Publicystyka
Antysocjalistycznego Mazowsza
Spór
o poprawność polityczną
Przefarbowany problem
Jak
wiadomo, złodziej potrafi stanąć na czele pogoni. Okazuje
się też, że zwolennik systemu manipulacji w sferze idei,
zwanego "polityczną poprawnością" (PP, amerykańskie PC,
czyli Political Correctness) potrafi głosić ją z całym przekonaniem
pod szyldem przeciwnym, pod pozorem zwalczania tejże PP.
Takie właśnie odwrócenie kota ogonem zaproponował nam Sławomir
Sierakowski w tekście "W
kręgu wzajemnej adoracji" ("Rz" z 14 XII).
Tematy
pomijane
Zaczął on swój artykuł bardzo obiecująco
i trafnie, wskazując, że debata o PP z wcześniejszych numerów
pisma (Wojciech Sadurski i Maciej Rybiński) obracała się
wokół terminologii, podczas gdy problem leży bardziej w
wolności dyskusji i jej tematach. Po tym wstępie można by
oczekiwać wzmianki o paru powszechnych zniekształceniach
debat publicznych w Polsce. Przy gospodarce sprowadza się
to praktycznie do jednej kwestii: dlaczego problemy społeczne
i nie dość szybki wzrost gospodarczy lat 90. przypisuje
się najczęściej kapitalizmowi wolnorynkowemu, skoro przyczyną
był jego brak - to znaczy nieuczciwe metody prywatyzacji,
brak reprywatyzacji, wysokie podatki, monopole w energetyce,
komunikacji i łączności, rozrost biurokracji i związany
z tym gąszcz przepisów, a wreszcie kosztowne rewindykacje
socjalne grup nacisku? W sferze obyczajów - dlaczego pogląd
o dopuszczalności aborcji przeciwstawiany jest stale "konserwatywnemu
światopoglądowo ustawodawstwu" itp., skoro faktycznie odrzucenie
aborcji to sprzeciw wobec zabijania istot ludzkich? Dlaczego
nawet w hasłach encyklopedycznych zdarza się, że przy temacie
kary śmierci wybiera się same argumenty przeciwko niej?
Dlaczego nagłaśnia się (domniemane) występki seksualne i
inne księży, a nie nauczycieli czy dziennikarzy? Dlaczego
brak praw o etyce mediów i ich egzekwowania, które by usunęło
z rynku pisma o charakterze, przepraszam za słowo, klozetowym?
Takich przykładów jednak nie ma. Autor skarży
się najpierw na kult przekształceń wolnorynkowych, na uważanie
za reformy wyłącznie takowych przekształceń, na brak "odważnej
i nieobciążonej lewicy". Na to, że intelektualiści polscy
wstrzymują się od "krytycznego komentarza" wobec papieża,
choć jest on "kontrowersyjny przecież na świecie" ("świat"
to w PP kryptonim opinii laicko-lewicowych mediów). Na to,
że "polska poprawność polityczna", którą chce zwalczać,
i kompromis z Kościołem skłoniły SLD do odstąpienia od likwidacji
takich rzeczy, jak "ustawa antyaborcyjna, brak wychowania
seksualnego w szkołach, brak refundacji za środki antykoncepcyjne,
preferencja jednego modelu rodziny [?], brak parytetu dla
kobiet".
Mniejsza już o to, że ta diagnoza jest nietrafna.
Ustawy typu socjalnego i etatystycznego są jak najbardziej
nazywane reformami. Sojusz Lewicy Demokratycznej oczywiście
pragnął ułatwień aborcyjnych, ale przeszkodził w ich wprowadzeniu
Trybunał Konstytucyjny, natomiast w ostatnich dniach (co
skutecznie falsyfikuje tezy Sławomira Sierakowskiego), ustami
Marka Dyducha, partia ta zapowiedziała nową próbę. Mniejsza
też o to, że wobec przewagi lewicy w mediach, tak publicznych
jak i prywatnych, na jej właśnie konto, a nie jakichś sił
konserwatywnych, należy składać rozmaite objawy cenzurowania
wypowiedzi.
Przede wszystkim bowiem powyższa lista propozycji
do dyskusji to typowy spis tematów forsowanych w świecie
zachodnim przez nurt PP! Krytyka kapitalizmu, krytyka papieża,
krytyka tradycyjnych zasad moralnych to przecież jej sztandarowe
postulaty! W Polsce dochodzi tu żądanie dostosowania się
do reguł postępu z Zachodu. Mimochodem proponuje też autor
odejście od "historycznych rozliczeń" - czy aby nie dlatego,
że w kręgu PP nie wolno wypominać lewicy mordów, łagrów
i rabunków? Co do istoty Sławomir Sierakowski jest więc
wyraźnym zwolennikiem PP.
Nazwy też są ważne
Każe to z pewną nieufnością odnieść się
do innych jego propozycji. Czy sposób nazywania zjawisk
jest rzeczywiście mniej ważny? Gdy sowiecka cenzura po Sołżenicynie
zakazała geografom używania słowa "archipelag", nie była
to bynajmniej sprawa terminologii. Nie jest rzeczą obojętną
nazywanie patrioty nacjonalistą czy faszystą ani też trudniejsze
do zauważenia rozumienie patriotyzmu jako nacjonalizmu.
Nie należy rozkładu moralnego nazywać wolnością, a przyzwolenia
nań - tolerancją. Nazwa łączy się bowiem z wartościowaniem.
Ważna jest też adekwatność i stały sens nazw: sumienie od
starożytności oznacza zdolność człowieka do osądzenia własnych
czynów na podstawie obiektywnych zasad moralnych, a nie,
jak w świecie PP, prawo do subiektywnego usprawiedliwiania
swych postępków. Nie jest obojętny przymus nazywania Murzyna
Afroamerykaninem, bo jedynym skutkiem jest wzrost obłudy
- i częstość używania między swoimi słowa "czarnuch". Każdy
tego rodzaju nakaz czy manipulacja znaczeniem słów jest
też programowym ograniczeniem wolności wypowiedzi.
Sławomir Sierakowski postuluje w tym kontekście,
by poprawność polityczna oznaczała "eliminację mowy nienawiści,
uprzedzeń", trzymanie formy. Może bym w to uwierzył, gdybym
nie przeczytał chwilę wcześniej jego ubolewań, że nikt nie
powie, iż Radio Maryja "wykorzystuje faszystowskie metody
panowania nad masami przez kreowanie wroga publicznego,
nawoływanie do nienawiści, oszczerstwa, wywoływanie poczucia
zagrożenia, nagonki i szantaże". A potem: "machlojki finansowe
i prawne instytucji ojca Rydzyka". W oczach PP nie jest
to naturalnie mowa nienawiści, lecz obiektywna krytykaÉ
Muszę tu zauważyć, że podwójne standardy tak zademonstrowane
cechują także drugiego zwolennika kulturalnej PP z łamów
"Rzeczpospolitej", Wojciecha Sadurskiego. Gdy przed paroma
miesiącami nie spodobały mu się moje krytyczne poglądy na
socjalizm, to je zafałszował, a mnie określił zwrotami "patologia
polskiego życia umysłowego" czy "kliniczny przykład". Sapienti
sat.
Purytanizm laicki
Z polskiej perspektywy PP kojarzy się ze
światopoglądem lewicowym i laickim. Jego amerykańska postać
ma jednak inny korzeń, który warto wydobyć. Jak parę innych
współczesnych zjawisk cywilizacyjnych, kojarzonych z postępowością,
stanowi ona faktycznie zdeformowaną świecką wersję anglosaskiego
purytanizmu. Ta odmiana chrześcijaństwa charakteryzowała
się pragnieniem poddania kontroli wszelkich ludzkich zachowań
i wypowiedzi (wbrew renesansowemu katolicyzmowi). Purytanie
za swoich rządów w Anglii zaprowadzili ścisłą ideologiczną
cenzurę w duchu kalwińskim i prześladowali inne wyznania
(szczególnie okrutnie katolicyzm w Irlandii). Dopiero sami
zaznawszy represji, przyjęli w USA zasadę wolności wyznania.
Nie ustały jednak ich totalitarne zapędy, czego przejawem
była kontrola małych społeczności, a w XX wieku słynna prohibicja.
Bunt przeciw konserwatyzmowi protestanckiemu
w USA jest połowiczny, ludzie w jego kręgu uformowani przejmują
jego milczące założenia. Na tej bazie rodzą się próby narzucenia
przez zorganizowany nacisk jednego sposobu mówienia i myślenia
odnośnie do kwestii socjalnych, różnic rasowych, ekologii
itd. To tłumaczy również niechęć do religii innych niż protestantyzm
i do cech kulturowych krajów katolickich.
Ten purytański korzeń widać jeszcze lepiej
w manii ścigania "molestowania seksualnego". U jej podstawy
widać bowiem nie tyle chęć wyeliminowania złych postępków
w sferze płciowej, ile jakiejkolwiek manifestacji seksualności.
Łączy się to z niezdrowym zainteresowaniem dla cudzych spraw
prywatnych i sprzyja obmowie, plotkarstwu i oszczerstwu.
Dość to oczywiście wybiórcze, skoro potępieniu podlega zagadywanie
koleżanki w pracy, ale niekoniecznie rozwód. Chodzi bowiem
o purytańską podejrzliwość i kontrolę, zlaicyzowaną przez
pominięcie chrześcijańskich zasad moralnych. Pewne postulaty
PP są skądinąd przeróbką zasad chrześcijańskich: tolerancja
to wszak mutacja przebaczenia grzechów, od którego różni
się tym, że nie nazywa zła złem.
Zwolennicy PP uważają, że stoją po stronie
wolności przeciw konserwatyzmowi, niesprawiedliwości społecznej
itd. Szczerości nie ma powodu im odmawiać. Jeśli jednak
popatrzeć, do czego ich zdaniem ma służyć wolność, jawi
się ona mocno po orwellowsku. Polityczna poprawność to jeszcze
jedna odmiana cenzury i ideologicznego totalitaryzmu, choć
na razie bardziej śmieszna niż groźna.
Michał Wojciechowski
Autor jest teologiem świeckim, biblistą,
profesorem UWM (Olsztyn) i UKSW (Warszawa); wydał m.in.
zbiór publicystyki "Wiara - cywilizacja - polityka".
Za dodatkiem weekendowym do dziennika "Rzeczpospolita"
z d. 28-29.12.2002 r.
Autor był w latach
1999-2000 prezesem Okręgu Mazowieckiego Unii Polityki Realnej.