|
|
||
|
|
||
|
|
||
|
|
O
Polsce...
Adaś Michnik - najważniejszy dziennikarz Związku Socjalistycznych Republik Europejskich" więcej... Jak nas widzą w Indiach? więcej... Jak nas widzą na Litwie? więcej... |
Wiadomości
z UPR
Oświadczenie Unii Polityki Realnej w sprawie austriackiej Partii Wolności Jerzego Haidera |
|
Inflacja rośnie! więcej...
|
||
| Ile trzeba zebrać niechęci - by niechciany rząd wreszcie ustąpił? więcej.. | ||
|
Bałagan w ZUS-ie - cierpią jak zwykle
- nie urzędnicy - lecz podatnicy! więcej...
|
||
| "Nowe" koncesje ZChN w łączności więcej... | ||
| Wałesa "nie może patrzeć..." więcej... | ||
| Szpital dla wiariatów w SLD w Szczecińskiem więcej... | ||
| "Historyczne" pojednanie w Szczecińskiem między SLD a UW więcej... | ||
| Pod rządami koalicji AW"S"-UW biurwokracja ma się coraz lepiej! więcej...więcej... | ||
| Komunistyczni "biznesmeni" mówią "dość" rządom Balcerowicza więcej... | ||
| Nowe podatki Unii Zniewolenia więcej... | ||
|
|
Krokodylom
na pożarcie
Bohater
bez grobu
|
|
| Edyta Cresson wyrzucona z Parlamentu Europejskiego więcej... | ||
| Faszyści europejscy zabierają się do dzieła więcej... | ||
| A na Węgrzech też nie lubią faszystów z ZSRE więcej... | ||
| W Rosji - podwyżka cen wódki? więcej... | ||
| Czy można wymagać dobrego wychowania od faszystów? więcej... | ||
|
Uważamy, że przystąpienie
do Unii Europejskiej może się odbyć na naszych
warunkach, ale jeszcze lepszym rozwiązaniem byłoby przystąpienie do NAFTA!!!
|
||
Serwis informacyjny Okręgu Mazowieckiego UPR
KRAJ
Inflacja w styczniu wyniesie 1,7-2,3 proc., roczna zawrze się w granicach
10-10,6 proc. Wzrost cen raczej nie wpłynie na zwyżkę stóp procentowych
NBP.
Za "Dziennikiem Internetowym" PAP z dn 15.02.2000 r.
Jak widać - polityka "liberała" Balcerowicza
- przynosi owoce...
Ponad 3/4 (77 proc.) Polaków badanych przez OBOP uważa, że rząd źle
wywiązuje się ze swoich obowiązków. Pozytywnie działalność tę ocenia 16
proc. ankietowanych.
Trochę mniej, bo 64 proc. respondentów ocenia, że premier Jerzy Buzek
źle wypełnia swoje obowiązki. Ze sposobu sprawowania władzy przez premiera
zadowolona jest jedna czwarta ankietownych (26 proc.).
(...)
Z sondażu OBOP wynika, że zdecydowanie dobrze ocenia działaność rządu
1 proc. ankietownych; raczej dobrze - 15 proc.; raczej źle - 41 proc.;
zdecydowanie źle - 36 proc. 7 proc. badanych nie ma zdania.
W porównaniu z grudniem ubiegłego roku o 6 proc. wzrósł odsetek osób
źle oceniających działalnośc rządu. O tyle samo zmalał udział osób pozytywnie
oceniających rząd.
Według OBOP, im lepsza jest sytuacja materialna ankietowanych, tym
wyższe są noty wystawiane rządowi, a im sytuacja ta jest gorsza, tym większy
udział niezadowolonych. Zadowolenie z rządu wyrażają najczęściej osoby
powyżej 60 roku życia, a oceny negatywne wystawiają mu najczęściej osoby
w wieku 30-49 lat. Częściej niż inni oceniają dobrze działalność rządu
osoby o prawicowych lub centroprawicowych poglądach politycznych. Najbardziej
krytyczni są respondenci deklarujący lewicowe i centrolewicowe poglądy.
Najlepsze oceny wystawiają rządowi emeryci i renciści, a ajgorzej oceniają
rząd robotnicy.
3 proc. ankietowanych zdecydowanie uważa, że premier Buzek dobrze wypełnia
swoje obowiązki; 23 proc. - że raczej dobrze; 36 proc. jest zdania, że
raczej niedobrze; 28 proc. uważa, że zdecydowanie niedobrze. 10 proc. nie
ma na ten temat zdania.
W porównaniu z grudniem ubiegłego roku odsetek przekonanych, że premier
wypełnia dobrze swoje obowiązki zmiejszył się o 7 proc. Jednocześnie wzrósł
o 8 proc. odsetek niezadowolonych ze sposobu sprawowania władzy przez premiera.
(...)
Sondaż OBOP przeprowadzono w dniach 29-31 stycznia na reprezentatywnej
próbie 1111 dorosłych Polaków.
Za "Dziennikiem Internetowym" PAP
Kto powie przepraszam
Płatnicy mają obowiązek złożenia dodatkowej deklaracji rocznej, a jeśli
go nie dopełnią, zapłacą 5 tysięcy złotych grzywny - zapowiedziały kilkanaście
dni temu władze Zakładu Ubezpieczeń Społecznych.
Trudno się dziwić setkom tysięcy osób, właścicieli drobnych firm, często
zatrudniających jedną czy dwie osoby, że zapowiedź tę odebrały jako chęć
przerzucenia na nie ciężaru niepowodzeń ZUS we wdrażaniu systemu informatycznego.
ZUS tłumaczy, że w dokumentach płatników roi się od błędów, że deklaracja
roczna to ostatnia deska ratunku, bez której utworzenie kompletnej bazy
danych o płatnikach i ubezpieczonych będzie niemożliwe. Gdyby system informatyczny
był sprawny, wypełnianie zbiorczej deklaracji nie byłoby potrzebne - przyznaje
jednocześnie rzecznik prasowy Zakładu.
Gdyby. Ale przecież o tym, że system informatyczny sprawny nie jest,
kierownictwo ZUS i rząd nie dowiedziały się ani wczoraj, ani miesiąc temu,
ani nawet wtedy, gdy prof. Lesław Gajek zastąpił Stanisława Alota na stanowisku
prezesa Zakładu. O tym było wiadomo latem 1999 roku, choć ówczesne władze
ZUS zapewniały, że uruchomienie systemu potrwa "najdalej trzy miesiące".
W ramach programu naprawczego wymyślono deklarację rozliczeniową. Być
może był to dobry pomysł. Być może jedyny. Ale zawiodło wykonanie. Całą
operację należało zacząć nie od groźby nałożenia kary, ale od przeprosin.
Należą się one tym wszystkim, którzy cały ubiegły rok składali dokumenty
i płacili składki. Groźby należałoby raczej zachować dla tych, którzy składek
nie płacili i nie płacą.
Małgorzata Solecka
Za dziennikiem "Rzeczpospolita"
ŁĄCZNOŚĆ
Obniżenie opłat koncesyjnych ma rozkręcić rynek
Nowy pomysł ministerstwa
Minister łączności Maciej Srebro zapowiedział wczoraj, że zmniejszy
opłaty koncesyjne prywatnym operatorom telekomunikacyjnym, jeśli będą inwestować
na terenach wiejskich. Opłata koncesyjna będzie pomniejszana o kwotę inwestycji
poniesionych na wsi. Dotyczy to przyszłych inwestycji.
Z danych resortu łączności wynika, że do dzisiaj wydano 103 koncesje
51 firmom. Pierwsze pozwolenie na budowę niezależnej od Telekomunikacji
Polskiej SA sieci telekomunikacyjnej wydano w 1992 r. Mimo to, udział operatorów
prywatnych w rynku wynosi dzisiaj zaledwie 3 proc.
Operatorzy lokalni nie ukrywają, że nie są zainteresowani inwestycjami
na obszarach wiejskich i słabo zurbanizowanych. - Jest to po prostu nieopłacalne
- mówią. Także zarząd TP SA zapowiedział w ubiegłym roku, że będzie odchodził
od budowania sieci telekomunikacyjnej na tych obszarach i skoncentruje
się na działalności, gwarantującej wysokie zyski.
- Obciążenia koncesyjne w wielu przypadkach stanowią w przeliczeniu
na abonenta tyle, ile rzeczywiście poniesione nakłady inwestycyjne - mówił
minister łączności. - Wpływa to znacząco na koszty operatora i obniża jego
zdolność konkurencyjną i inwestycyjną. Dlatego minister zdecydował obniżyć
prywatnym firmom telekomunikacyjnym opłaty z tytułu koncesji o kwoty zainwestowane
na terenach słabo zurbanizowanych. Żeby otrzymać umorzenie opłaty, operator
będzie musiał udowodnić, że faktycznie poniósł określone nakłady inwestycyjne.
- Wysokie opłaty koncesyjne są rzeczywiście ogromnym obciążeniem dla
każdego operatora - mówi członek zarządu Telefonii Lokalnej SA. - Tylko
dlaczego przy wszystkich przetargach w ciągu ostatnich dwóch lat o zwycięstwie
w przetargu decydowała wysokość opłaty koncesyjnej? Maciej Srebro tłumaczył,
że w momencie wprowadzenia pełnej liberalizacji rynku, nowi operatorzy
będą w dużo lepszej sytuacji, bo nie będą musieli ponosić wysokich opłat
koncesyjnych.
Minister powiedział też, że choć jest zadowolony z zapowiedzi TP SA
obniżenia opłat za rozmowy międzymiastowe od 1 kwietnia, to nie zamierza
wycofać się z opublikowania rozporządzenia ustalającego maksymalną opłatę
za połączenia (podkr. nasze). - TP SA nie popiera obniżenia opłat lokalnych,
ale ostatnie jej ruchy obniżające ceny połączeń międzymiastowych świadczą
o tym, że może jeszcze zmieni zdanie przed wejściem w życie tego rozporządzenia.
Minister łączności przypomniał, że Polska Telefonia Cyfrowa (Era GSM)
może sprzedawać zagraniczne usługi telefoniczne przez Internet tylko do
wysokości ustalonego z ministerstwem limitu, który - jak powiedział - wynosi
"kilka lub kilkanaście tysięcy". Z kolei przedstawiciele Ery informowali
na piątkowej konferencji prasowej, że usługę sprzedadzą wszystkim chętnym
niezależnie od ustalonego z ministrem limitu. - Jeżeli to się będzie rozszerzać,
cofnę zgodę na eksperyment - zagroził minister. Jednocześnie zapewnił,
że także inni operatorzy telekomunikacyjni dostaną zgodę na oferowanie
rozmów przez Internet.
Dorota Margas
Za dziennikiem "Rzeczpospolita"
A znieść koncesje w ogóle - to nie łaska? I ktoś
jeszcze chce coś powiedzieć na temat "prawicowości" ZChN?
Były prezydent, p. Lech Wałęsa powiedział, że
"nie mozę patrzeć na grandę rozkradania Polski" i w związku z tym zaproponował
spotkanie bossowi "Solidarności" M. Krzaklewskiemu - by się spotkać i porozmawiać
na temat uzdrowienia sytuacji w AW"S" Wspomniał, że "nie zależy mu ma na
stanowisku premiera"...!!!
ZACHODNIOPOMORSKIE
Koszaliński SLD chce województwa środkowopomorskiego
Akcja komentuje: schizofrenia w Sojuszu
Koszalińscy politycy Sojuszu Lewicy Demokratycznej, nie oglądając się
na swych szczecińskich kolegów, po raz kolejny zabrali się za tworzenie
województwa środkowopomorskiego.
Według opozycji świadczy to o poważnym kryzysie w Sojuszu. - W SLD
zapanowała schizofrenia - skomentował sytuację jeden z polityków AWS.
Liderem orędowników utworzenia 17 województwa, w skład którego miałyby
wejść dawne Koszalińskie i Słupskie, jest Jerzy Mokrzycki, negatywnie zlustrowany
senator SLD, były
przewodniczący sejmiku zachodniopomorskiego. Ze stanowiska ustąpił
na początku stycznia tego roku, by - jak twierdzi - poświęcić się walce
o środkowopomorskie. W tym samym czasie do dymisji (której powody do dziś
są niejasne) podał się też Zbigniew Zychowicz, SLD-owski marszałek województwa,
który jako gorący zwolennik Zachodniopomorskiego skrytykował zachowanie
Mokrzyckiego.
W Koszalinie powstanie województwa zachodniopomorskiego ze stolicą
w Szczecinie wielu koszalinian potraktowało prawie jak zabory, więc integracja
Koszalina i Szczecina nie układała się najlepiej, toczono wiele sporów
(głównie majątkowych), a koszalinianie próbowali podnieść rangę swojego
miasta - np. poprzez umieszczenie w nim siedziby Urzędu Marszałkowskiego
(bez skutku).
W maju ubiegłego roku 6 radnych SLD ogłosiło powstanie tzw. lobby koszalińskiego,
deklarując współpracę z koszalińską AWS i wspólną walkę o dobro byłego
województwa koszalińskiego. Polityków SLD podzieliła sprawa umieszczenia
siedziby Regionalnej Izby Obrachunkowej.
Kiedy w sierpniu ubiegłego roku sejmik przegłosował (m.in. AWS i UW)
umieszczenie jej w Koszalinie, pomysł poparł tylko koszaliński SLD. W styczniu
2000 r. w czasie kryzysu personalnego powróciła sprawa RIO. Okazało się
bowiem, że rząd zadecydował o umieszczeniu jej nie w Koszalinie, jak ustalił
sejmik, ale w Szczecinie. AWS winą za to obarczyła SLD. Sojusz zajęty własnymi
sporami nie wysłał nikogo do Warszawy, by na specjalnej konferencji potwierdził
wolę sejmiku. SLD bronił się: ustawa nakazuje umieszczenie RIO w
miastach, w których urzęduje wojewoda, więc nasz wyjazd do Warszawy
i tak by niczego nie zmienił.
- To, co oni robią, to jest schizofrenia. Jedni są za, inni przeciw.
Ustępujący przewodniczący sejmiku zachodniopomorskiego ogłasza się jego
przeciwnikiem - ironicznie ocenia SLD Sławomir Nitras, koszaliński radny
sejmiku z ramienia AWS. - Na najbliższej sesji chcemy poznać oficjalne
stanowisko w sprawie województwa środkowopomorskiego całego SLD z województwa
zachodniopomorskiego. I dodaje: - W AWS utworzyliśmy zespół koszaliński,
ale nie do działań odśrodkowych, lecz by walczyć o pozycję byłego województwa
koszalińskiego w nowej strukturze. Nie mam nic przeciwko powstaniu środkowopomorskiego,
ale żeby odbyło się to zgodnie z prawem i niech to będzie oddolna inicjatywa.
A na razie kieruje nią kilku posłów, senator i innych rozżalonych facetów
z koszalińskiego SLD. I nie spotyka się to z żadnym oddźwiękiem powiatów.
- Władze wojewódzkie są za pełną integracją Zachodniopomorskiego i
nie jesteśmy za jego rozwiązaniem. Rozumiemy jednak Koszalin i trudno nam
ponosić odpowiedzialność za wypowiedzi jednego polityka (chodzi o Jerzego
Mokrzyckiego - dop. red.) - tłumaczy Grzegorz Napieralski, sekretarz Rady
Wojewódzkiej SLD, informując, że sprawa będzie przedmiotem najbliższych
obrad rady.
Michał Stankiewicz
Za dziennikiem "Rzeczpospolita"
SZCZECIN
Zmiany polityczne w województwie
Unia Wolności bliżej SLD
Nad odwołaniem dwóch zachodniopomorskich wicewojewodów z ramienia Unii
Wolności: Grzegorza Jankowskiego i Władysława Husejki oraz unijnego kuratora
oświaty Pawła
Bartnika zastanawia się zachodniopomorska AWS. - To efekt zmiany politycznej
orientacji Unii w województwie - uważa Marek Słomski, jeden z liderów zachodniopomorskiej
AWS.
Na sobotnim posiedzeniu Rada Regionalna AWS podjęła decyzję o wystosowaniu
do wojewody zachodniopomorskiego Władysława Lisewskiego (AWS) zapytania,
jak obecna sytuacja w Szczecinie wpływa na funkcjonowanie władz wojewódzkich.
AWS wystosuje też natychmiastowe zaproszenia do Szczecina dla Mariana Krzaklewskiego
i Leszka Balcerowicza w celu omówienia dalszych losów koalicji w Zachodniopomorskiem.
Sprawa bezpośrednio związana jest z niedawnym porozumieniem, jakie
w samorządzie Szczecina UW zawarła z Sojuszem Lewicy Demokratycznej. Zdaniem
polityków Akcji powoduje to sprzeczność z układem politycznym na szczeblu
wojewódzkim. Unijny kurator Paweł Bartnik podlega AWS-owskiemu wojewodzie,
a z drugiej strony jako radny Szczecina funkcjonuje w porozumieniu z SLD.
Podobna sytuacja - według AWS - dotyczy wicewojewodów.
Szczecin nie jest jedynym miastem w województwie, gdzie AWS jest w
opozycji wobec UW i SLD. W Świnoujściu z AWS-owskim prezydentem Stanisławem
Możejką walczą radni Unii i SLD. Po różnych stronach UW i AWS stoją też
w powiecie szczecineckim i w Kamieniu Pomorskim.
UW i SLD współpracują w Gryficach, a być może dojdzie do tego i w Wałczu.
MST
Za dziennikiem "Rzeczpospolita"
Gieremek! Gieremek! Bujak! Bujak! Mazowiecki!
Mazowiecki! Kto jeszcze?! Kto jeszcze?!
Ubyło zadań, ale nie maleje zatrudnienie
Rośnie armia urzędników
W Polsce rośnie armia urzędników. Mimo reform i przekazywania zadań
"w dół", stare urzędy nie ograniczają swojego zatrudnienia, a w nowych,
powstałych w samorządach,
przybywa pracowników.
W trakcie sejmowych prac nad budżetami ubiegłego i tego roku żaden
z centralnych urzędów nie zaproponował zmniejszenia liczby swoich pracowników.
Tylko dwa urzędy potrafiły określić, ile docelowo osób chcą zatrudniać.
Pierwszym z nich była Najwyższa Izba Kontroli, której prezes poinformował,
że docelowo chciałby zatrudniać 1700 pracowników (w tej chwili pracuje
w NIK 1670 osób). Drugi to Państwowa Inspekcja Pracy, w której docelowo
ma być 2274 etaty (na koniec ubiegłego roku było 2227).
Pozostałe urzędy nie tylko nie potrafią określić swoich ostatecznych
potrzeb co do wielkości zatrudnienia, ale też wciąż występują o nowe etaty.
Mniej zadań, ale nie pracowników
- To KUP jeszcze istnieje? - spytał nas kilka dni temu ze zdziwieniem
szef ciechanowskiej delegatury Mazowieckiego Urzędu Wojewódzkiego. Był
przekonany, że po przekazaniu samorządom od 1 stycznia 2000 r. wojewódzkich
i powiatowych urzędów pracy, Krajowy Urząd Pracy został zlikwidowany.
Tymczasem KUP nie tylko istnieje, ale nawet - mimo reformy - potrzebuje
tego samego sztabu ludzi, co dotychczas. Na 2000 r. KUP zaplanował tyle
samo etatów, co w 1999 r., czyli 191, w tym 186 - dla pracowników cywilnych.
Mimo przekazania urzędów pracy samorządom, również w urzędach wojewodów
(a więc urzędach administracji rządowej, nie samorządowej) nadal zatrudniani
są pracownicy do spraw zatrudniania i bezrobocia. Wprawdzie nie jest ich
wielu i zmieniły się ich zadania - głównie kontrolują pracę powiatowych
urzędów pracy - ale samorządowcy denerwują się, bo chętniej widzieliby
te same środki na zatrudnienie pracowników w swoich budżetach. Najwięcej
pracowników, zajmujących się urzędami pracy, zatrudnia Mazowiecki Urząd
Wojewódzki. Ma pięć delegatur, w każdej pracuje po około pięć osób, których
zadaniem jest głównie kontrolowanie powiatowych urzędów pracy.
W sumie bezrobotnymi i walką z bezrobociem zajmują się w tej chwili
w Polsce: Krajowy Urząd Pracy (jako centralny urząd administracji rządowej,
podległy ministrowi pracy), urzędy wojewódzkie i ich delegatury, wojewódzkie
urzędy pracy (podległe marszałkom województw) oraz powiatowe urzędy pracy
(podległe starostom).
Mniej dróg, więcej urzędników
Reformy nie spowodowały też zmniejszenia zatrudnienia w innych urzędach
centralnych. Do 1 stycznia 1999 r. Ministerstwo Transportu i Gospodarki
Morskiej finansowało około 43 tys. kilometrów tzw. dróg krajowych, od ubiegłego
roku w gestii resortu pozostaje już tylko 16,9 tys. kilometrów. Nie wpłynęło
to w ogóle na stan zatrudnienia; w 1998 r. w resorcie pracowało 294 pracowników,
w ubiegłym roku - 312. W tym roku ma być tylu samo zatrudnionych - 312.
Odwrotna tendencja jest natomiast przy przejmowaniu przez resorty nowych
zadań. W tym roku przypisano ministrowi transportu nowy dział, turystykę,
i w związku z tym do resortu ma przyjść nowych 28 pracowników (zostaną
przeniesieni z Urzędu Kultury Fizycznej i Turystyki). Mimo przekazania
samorządom zadań związanych z prowadzeniem szkół na wszystkich szczeblach,
nie zmienia się stan zatrudnienia w Ministerstwie Edukacji Narodowej. W
1998 r. średniorocznie zatrudnionych było w MEN 287 pracowników, w ubiegłym
roku 285, a
tym roku ma być około 290 (nie licząc ministra, jednego sekretarza
stanu i czterech podsekretarzy).
Reforma wymaga pracowników
Niemal niezauważalny spadek zatrudnienia urzędników spowodowała też
reforma ochrony zdrowia. W 1998 r. pracowało w resorcie zdrowia 321 osób,
w ubiegłym roku, kiedy rozpoczęła się reforma, liczba pracowników wzrosła
o sześć osób. Wprawdzie w styczniu bieżącego roku - jak informuje biuro
prasowe resortu - w ministerstwie zatrudnione były "tylko" 293 osoby, ale
liczba planowanych na ten rok etatów wynosi tyle samo co w 1999 r. - 355.
Resort nie zmniejsza liczby etatów, ponieważ - jak przekonywali posłów
przedstawiciele resortu w trakcie prac nad budżetem - "dokonane analizy
nie pozwalają stwierdzić, iż ilość zadań ministerstwa z chwilą wdrożenia
reformy w ochronie zdrowia zmalała". Argumentowali, że określanie i finansowanie
świadczeń w zakresie wysokospecjalistycznych procedur medycznych to zadanie
porównywalne z działalnością kas chorych. Ponadto weszły w życie trzy nowe
ustawy: o ochronie informacji niejawnych, o ochronie danych osobowych i
o służbie cywilnej, a to - zdaniem ministerstwa - wymaga nowych etatów.
- Na pewno ani z ustawy o służbie cywilnej, ani z rozporządzeń do niej nie wynika konieczność zwiększania zatrudnienia w urzędach - powiedział "Rzeczpospolitej" Wojciech Zawadzki, rzecznik prasowy Urzędu Służby Cywilnej.
3400 osób w kasach
Równolegle, wraz z reformami, przybywa urzędników w samorządach oraz
w nowo powstających instytucjach. W 17 kasach chorych zatrudnionych było
w końcu września 1999 r. prawie 3400 osób. Średnio więc na jedną kasę przypadało
około 200 pracowników, ale istniały spore różnice zatrudnienia w poszczególnych
kasach. Najmniej pracowników zatrudniała Warmińsko-Mazurska Kasa Chorych
(83), najwięcej kasa śląska (515). Aktualnie - jak nam powiedziano w biurze
pełnomocnika rządu do spraw wprowadzania powszechnego
ubezpieczenia zdrowotnego - nie są już prowadzone statystyki dotyczące
stanu zatrudnienia w kasach. Samo biuro pełnomocnika ma być zlikwidowane
z końcem pierwszego kwartału tego roku, ale równolegle powstaje nowa instytucja
- Krajowy Związek Kas.
W samorządach coraz więcej
Analizą zatrudnienia w administracji samorządowej zajmuje się Ministerstwo
Administracji i Spraw Wewnętrznych. Na razie resort przeanalizował zmiany
w strukturze zatrudnienia w pierwszym półroczu 1999 r., kiedy to dochodziło
do największych ruchów kadrowych. Jak należało się spodziewać, spadło zatrudnienie
w urzędach wojewódzkich. 1 stycznia 1999 r. wynosiło 10 232 etaty, 1 lipca
- 8761 etatów, zmniejszyło się więc o ponad 14 proc. O ile jednak zmalało
zatrudnienie w delegaturach (z 4492 do 2620 etatów), o tyle w samych "centralach"
wzrosło (z 5740 do 6141 etatów).
W szesnastu urzędach marszałkowskich zatrudnionych było 1 lipca 1999
r. ponad 2,5 tys. pracowników. W ciągu pierwszego półrocza wzrosło z 2010
do 2519 etatów.
Natomiast w powiatach zatrudnionych było w końcu pierwszego półrocza
prawie 45,5 tys. pracowników, w tym w starostach powiatowych - ponad 17
tys., a w urzędach miast na prawach powiatu - około 28 tys. (dane te dotyczą
wszystkich powiatów w Polsce, ale zostały przez MSWiA wyprowadzone z ankiet
otrzymanych tylko od części samorządów: 282 powiatów i 63 miast na prawach
powiatu).
Średnio w jednym starostwie powiatowym było 1 lipca ubiegłego roku
61 etatów, a w urzędzie miasta na prawach powiatu - 433 etaty. Ale i tu
występowały olbrzymie różnice między poszczególnymi województwami. O ile
w województwie mazowieckiem przypadało na jedno miasto na prawach powiatu
średnio 239 etatów, to w sąsiednim województwie łódzkim - aż 999 etaty.
Katarzyna Jędrzejewska
Komentarz
Im mniej zadań, tym więcej ludzi
Mimo decentralizacji i przekazywania zadań w dół, w zastraszającym
tempie rośnie w Polsce armia urzędników. Sprawdzają się tym samym przepowiednie
sceptyków, że przeprowadzane reformy, w tym zwłaszcza administracyjna,
wcale nie wymuszą spadku zatrudnienia, chociaż reformy przeprowadza się
m.in. po to, aby obniżyć koszty. Jak najbardziej uniwersalne okazują się
też uwagi poczynione przez Parkinsona, obserwującego rozrost administracji
ds. kolonii w miarę upadku brytyjskiego imperium kolonialnego.
Mechanizm powiększania się administracji jest dość prosty. Nowe zadania
powodują, iż parlament, rząd, ministrowie powołują najpierw niewielkie
zespoły do ich wykonania; zespoły te następnie szybko się rozrastają, a
poprzednich struktur nie likwiduje się. Reforma administracyjna, oprócz
budowy nowego szczebla powiatowego, stworzyła także nową strukturę samorządowej
administracji wojewódzkiej. Dotychczasowa wojewódzka administracja rządowa
- wraz z siecią delegatur w starych województwach - została jednak tylko
nieznacznie okrojona. O kuriozalnej sytuacji można mówić zwłaszcza w przypadku
walki z bezrobociem, którym zajmują się w tej chwili podległy ministrowi
pracy Krajowy Urząd Pracy, urzędy
wojewódzkie i ich delegatury, samorządowe wojewódzkie urzędy pracy
oraz powiatowe urzędy pracy.
Do wzrostu zatrudnienia pracowników administracyjnych przyczyniły się
także reforma zdrowia, emerytalna i oświaty. W ministerstwach z kolei rozbudowują
się struktury doradców, powstają nowe centralne urzędy, pełnomocnicy rządu
itd. Można kąśliwie zauważyć, że rząd realizuje w ten sposób program walki
z bezrobociem.
Doświadczenia wskazują, iż walka z szybko pączkującą administracją
jest właściwie beznadziejna. Mając sojuszników i współtwórców w rządzie
i w parlamencie jest ona w stanie przeforsować - w majestacie stanowionego
prawa - tworzenie nowych administracyjnych czynności, które uzasadnią zatrudnienie
każdej liczby urzędników. Pohamować zapędy biurokracji może jedynie silny
rząd, który tak ograniczy i podzieli kompetencje urzędnicze, że od razu
wiadomo będzie, kto jest niepotrzebny.
Krzysztof Bień
Za dziennikiem "Rzeczpospolita"
BCC
Przedsiębiorcy o polityce rządu i ustawach
Rezultaty rozczarowały
Polityka podatkowa jest nieskuteczna, sprzyja marnotrawstwu publicznych
pieniędzy, a jej realizacja nie pokrywa się z deklaracjami rządu o reformie
tej sfery gospodarki - uważa
ponad 70 proc. przedsiębiorców zrzeszonych w Business Centre Club.
Jeszcze gorzej ocenione zostało prawo pracy. Stosunkowo najlepiej - prawie
połowa odpowiedzi pozytywnych - wypadła w badaniach BCC ocena polityki
integracyjnej z Unią Europejską.
- Przedsiębiorcy doceniają determinację i odwagę rządu we wprowadzaniu
czterech reform, jednak stan spraw objętych reformami widzą źle - powiedział
prezes BCC Marek Goliszewski, przedstawiając wczoraj wyniki sondażu na
temat polityki rządu w wymienionych dziedzinach. Adresatami pytań było
1800 przedsiębiorców skupionych w BCC.
Przedsiębiorcy z uznaniem wypowiadali się o wysiłkach Leszka Balcerowicza
zmierzających do reformy podatków, ale rezultat ich rozczarował. Jest to
również dowód, że polityka brutalnie wkroczyła do gospodarki - podkreślali.
BCC zapowiada, że organizacje należące do koalicji podatkowej oraz
związki przedsiębiorców same zaproponują zmiany w systemie podatkowym i
zapytają partie polityczne o ich stosunek do takiej reformy. Będzie to
dla przedsiębiorców wskazówka, kogo poprzeć w zbliżających się wyborach
(...).
Za dziennikiem "Rzeczpospolita"
Zmiana optyki przed wyborami parlamentarnymi?
Paliwa
Od 17 lutego wracają koncesje na import
Urzędnicy podnoszą ceny
Mimo sprzeciwu importerów i handlowców, Ministerstwo Gospodarki przywróciło
obowiązek
posiadania koncesji na import paliw oraz zezwoleń na sprowadzanie konkretnych
transportów. Polska Izba Paliw Płynnych szacuje, że z tego powodu ceny
paliw wzrosną o 2 grosze na litrze.
Koncesje i obowiązek uzyskania zezwolenia na import paliwa zlikwidowane
zostały od 1 stycznia tego roku. Paliwa bowiem nie znalazły się w opublikowanym
przez Ministerstwo Gospodarki wykazie towarów, którymi obrót z zagranicą
wymaga koncesji. Gdy sprawa została upubliczniona, po dwóch tygodniach
resort wydał komunikat prasowy, w którym informował, że nadal konieczne
jest uzyskanie zezwolenia na import oraz przedstawienie koncesji Urzędu
Regulacji Energetyki.
- Zakwestionowaliśmy wówczas ten sposób stanowienia przepisów, ale
nie zdołaliśmy zapobiec ogłoszeniu uzupełnienia do rozporządzenia, które
ukazało się 9 lutego - powiedział Andrzej Szczęśniak, prezes Polskiej Izby
Paliw Płynnych. Według PIPP, rozporządzenie wprowadzono dlatego, że nie
było podstaw do ograniczania importu na podstawie prawa energetycznego.
Przyznał to też pośrednio Paweł Badzio, rzecznik prasowy Ministerstwa
Gospodarki, wyjaśniając, że opublikowane w Dz. U. nr 8 z 9 lutego 2000
r. rozporządzenie przywracające obowiązek posiadania koncesji wydano "z
powodu wątpliwości, co do zakresu, jaki reguluje prawo energetyczne". Powiedział
też, że zniesienie koncesji od 1 stycznia br. wynikało z chęci uniknięcia
podwójnej kontroli. Od 2000 r. miał ją bowiem sprawować Urząd Regulacji
Energetyki.
Rzecznik wyjaśnił, że nie należy spodziewać się utrudnień w imporcie,
gdyż resort wydaje zezwolenie nawet po dwóch dniach, chociaż - zgodnie
z prawem - ma na to miesiąc. Paweł Badzio przyznał jednocześnie, że opiewające
na 15 tys. ton paliwa zezwolenie (najmniejsze dopuszczalne) może sprawić
kłopoty drobniejszym importerom.
Zdaniem ministra gospodarki Janusza Steinhoffa, na całym świecie obowiązują
koncesje na import paliw. Decyzja o ponownym ich wprowadzeniu była też
podyktowana możliwością zdyscyplinowania w ten sposób importerów jako płatników
podatku akcyzowego.
Koszty wzrosną
- Obecna ustawa o działalności gospodarczej rozróżnia obrót krajowy
i zagraniczny. To zmieni się w 2001 r., gdy wejdzie nowa ustawa o działalności
gospodarczej. Do końca roku obowiązuje obecna ustawa i zachodzi konieczność
ustalenia dziedzin koncesjonowanych w drodze rozporządzenia - uważa prezes
PIPP.
Jego zdaniem, argument MG, że koncesje mają zapewnić kontrolę nad importem
produktów do kraju, nie jest podstawowym motywem. - Naprawdę resortowi
zależy na wzmocnieniu producentów krajowych - mówi Szczęśniak. Izba starać
się będzie o wycofanie opublikowanego we wtorek rozporządzenia.
Zdaniem prezesa Szczęśniaka, przywrócenie biurokratycznych wymogów
oznaczać będzie wzrost ceny paliwa. - Wpływ pracy urzędników na koszty
paliwa oceniamy na 20 zł na tonie, czyli 2 grosze na litrze - powiedział
szef PIPP.
Z analiz PIPP wynika, że w 1999 r. importowana benzyna bezołowiowa
95 była droższa średnio o 97 zł na tonie od oferowanej przez krajowych
producentów. W tej kwocie tylko 37 zł stanowiło cło, natomiast dodatkowe
59 zł importerzy musieli dopłacać w związku z istnieniem systemu koncesji
i pozwoleń. W ocenie zarządu PIPP, decyzja MG zwiększa też zagrożenie korupcją.
Resort ma 30 dni na wydanie decyzji, a jest to termin długi z punktu widzenia
importerów. Każde jego przyspieszenie zależy od urzędników, którzy nie
muszą, ale mogą, żądać np. dodatkowych dokumentów. - Sytuacja taka jest
korupcjogenna - uważa prezes Szczęśniak.
Szkodliwa ochrona
Zdaniem PIPP, zapowiedziane zniesienie w 2001 r. ceł na import paliw
nie oznacza końca ochrony polskiego rynku. Według Andrzeja Szczęśniaka,
otwarcie rynku nastąpi, gdy zaistnieje wolna konkurencja jako zasada działania,
czyli gdy skończy się konieczność posiadania zezwoleń i zgody na import.
Jacek Wróblewski, dyrektor generalny Polskiej Organizacji Przemysłu
i Handlu Naftowego, zrzeszającej m. in. głównych importerów paliw, podkreśla,
że problemem nie jest sama koncesja, ale konieczność uzyskiwania każdorazowych
zezwoleń na import konkretnej ilości benzyny lub oleju napędowego. Uniemożliwia
to podpisywanie długoterminowych kontraktów i ustalania kalendarza dostaw.
- Duże firmy, jak Statoil czy Shell, mają zdecydowanie utrudnione działanie.
Jednorazowo importer może bowiem otrzymać tylko jedno zezwolenie na jedną
dostawę. Ograniczenie to obchodzono zakładając spółki córki, ale to podwyższa
koszty i komplikuje działalność - wyjaśnił Wróblewski. Z powodu
niewystarczających mocy produkcyjnych Polska musi importować około
20 proc. zużywanych paliw. W 1999 r. wielkość tego importu szacowano na
2,5 mln ton.
Adam Maciejewski, A. My.
Komentarz
Kto daje i zabiera...
Od 17 lutego znów trzeba będzie zdobyć trzy zezwolenia administracyjne,
aby przywieźć do Polski paliwo. Jest to produkt, którego w kraju wytwarzamy
za mało w stosunku do
zapotrzebowania, nie ma więc najmniejszego powodu, aby w sztuczny sposób
chronić rynek. Ponadto decyzja resortu przyniesie podwyżki cen, czyli negatywne
jej skutki odczują wszyscy obywatele.
Powtórne wprowadzenie ograniczeń importowych to nie tylko zwycięstwo
urzędników nad wolnym rynkiem. Decyzja ta wpływa na ceny paliw, jest też
złym sygnałem dla przedsiębiorców. Mimo szumnych zapowiedzi o odbiurokratyzowaniu
gospodarki widać, że rząd niełatwo zrezygnuje z kontroli i władzy, jaką
posiada.
Najgorsze w tej historii jest jednak to, że przez sześć tygodni polscy
przedsiębiorcy poczuli, jak przyjemnie jest działać na wolnym rynku, gdy
tylko od ich sprawności i szybkości działania zależy, ile zarobią. Teraz
znów będą wydeptywać korytarze w urzędach i zastanawiać się, czy komuś
naprawdę potrzebna jest ich operatywność.
Adam Maciejewski
Za dziennikiem "Rzeczpospolita"
Nie ma to jakrządy "łże-liberałów" spod zaku Gwiazdy... Unii Zniewolenia!
MADRYT
"El Pais" (28.01.00) Art. red. pt. "Adam Michnik wzywa media do ochrony
własnych wartości przed naciskami" - fragmenty: - "Polski dziennikarz A.
Michnik wskazał wczoraj, że media powinny być przygotowane na stawienie
czoła sytuacji, kiedy będą poddane naciskom a gdy to już nastąpi, ich zadaniem
jest "zachowanie własnych wartości". Redaktor naczelny "Gazety Wyborczej"
przedstawił taki pogląd w czasie inauguracji nauki w Szkole Dziennikarskiej
UAM / El Pais, która przyjmuje studentów po raz 14. Michnik podkreślił
ponadto, że nie można uprawiać dziennikarstwa bez niezależności ekonomicznej.
"Jednak
należy wiedzieć jak zarządzać pieniędzmi, ponieważ w przeciwnym razie
one rządzą tobą."
Zanim wygłosił to swoje wystąpienie, Michnik został przestawiony przez
J. L. Cebriana, członka Rady koncernu prasowego PRISA jako "najważniejszy
dziennikarz europejski". Swoją postawą wykazał, że oprócz tego, iż jest
profesjonalistą od mediów, pozostaje nadal działaczem politycznym i intelektualistą.
"Pragnę podkreślić jego wkład w rozwój demokracji z punktu widzenia pojednania",
zaznaczył Cebrian i dodał, że jedną z wartości Michnika jest to, że zdał
sobie sprawę, iż proces przechodzenia kraju do demokracji musi funkcjonować
na zasadzie porozumienia. Jednocześnie, dodał, dziennikarz ten potrafił
pracować na rzecz pojednania w Polsce na łamach swego dziennika Gazeta
Wyborcza, który ukazał się w kwietniu 1989 r. i w ciągu 10 lat rozwinął
się jako przedsiębiorstwo, które notowane jest na giełdzie w Polsce i w
Londynie. Przedsiębiorstwo, w którym on nie posiada ani jednej akcji" -
podkreślił Cebrian. Chciał także zaakcentować osobisty pogląd Michnika
nt. dziennikarstwa, który oparty jest na niezależności od władzy politycznej,
ekonomicznej i od własnych pokus zdobycia władzy. "Przekonanie o tym ,
że tożsamość moralna mediów skłania je do ustanowienia granic, których
nie można przekraczać: granic kodeksu etycznego, deontologicznego i moralności
dziennikarskiej" - dodał Cebrian.
Polski dziennikarz, który był założycielem i jednym z przywódców ruchu
Solidarność, stwierdził w swoim przemówieniu, że dziennikarze powinni wyważyć
( w sobie ) cechy człowieka interesu - "aby troszczyć się o naszych klientów
i rozumieć ich oraz wiedzieć czego chcą" - z cechami proroka z Ewangelii.
"To właśnie on w pewnym momencie zatrzymuje się i mówi: NIE - władzy, kościołowi,
własnej opinii publicznej. Potrafi pójść pod prąd."
Jego zdaniem bez tego ducha "dziennikarstwo jest cynizmem". Michnik
znalazł także słowa pochwały dla okresu, który nazwał "hiszpańskim okresem
przejściowym i drogą do demokracji." "Uważam, że jeżeli moja gazeta odniosła
sukces, to dlatego, że zawsze potrafiliśmy korzystać z hiszpańskich ideałów
demokracji"
DELHI
"Asian Age" (31.01.2000) zamieścił fotografie dwóch Polaków, Stanisława
Zmysłowskiego i Bolesława Staronia, byłych więźniów obozu nazistowskiego
w Auschwitz - Birkenau, którzy przybyli do Oświęcimia, aby wziąć udział
w obchodach 55. rocznicy wyzwolenia obozu.
Neutralny stosunek do Polaków
Polskę i Polaków większość Litwinów ocenia neutralnie lub pozywtywnie
i uważa, że odpowiedzialność za wszelkie nieporozumienia między naszymi
krajami ponoszą obie strony. Takie są najnowsze wyniki badań opinii publicznej,
opublikowane w litewskim tygodniku "Veidas" ("Twarz"). 38,5% ankietowanych
żywi wobec Polski i Polaków uczucia neutralne, a 32,6% ocenia nas pozytywnie.
8,9% badanych ma do Polski nastawienie negatywne, a 5,2% - bardzo negatywne.
56,3% ankietowanych uważa, że winę za polsko-litewskie nieporozumienia
ponoszą obie strony, 18,5% obwinia o nie władze Polski, a 7,4% władze Litwy.
PAP (z papierowego wydania dziennika "Rzeczpospolita" z dn. 08.02.2000
r.)
Edyta Cresson w związku z zarzutami o neptyzm
i łapownictwo - została usunięta z Parlamantu Europejskiego... Dintojra
Lewaków zaczęta?
Kandydat na prezydenta, premier Putin - powiedział, że "podwyżka cen
wódki była tylko propozycją" - tak to u nich wyglądają wybory...
AUSTRIA
Demonstranci spalili portrety Haidera
Przeciwko rządowi i podwyżkom
Trzynaście tysięcy przeciwników populistycznej Wolnościowej Partii Austrii
(FPÖ) przemaszerowało w sobotę ulicami Wiednia, protestując przeciwko nowemu
rządowi koalicyjnemu
utworzonemu przez wolnościowców i konserwatywną Austriacką Partię Ludową.
Manifestacja odbyła się pod hasłem "Walka z czarno-błękitną koalicją i
rasizmem".
Demonstranci przypięli do kurtek odznaki z hasłem "Opór". Wznosząc
antyrządowe okrzyki, przeszli pod gmach Rady Narodowej. Około dwudziestu
osób rozpaliło ognisko, do którego wrzucano portrety szefa FPÖ Jörga Haidera.
Obyło się bez starć z policją, chociaż przeciwko demonstrantom stanęło
8 tysięcy funkcjonariuszy. Niektórzy protestujący oblewali policjantów
keczupem i rzucali w ich stronę jedzenie dla psów. - To dopiero początek.
Dopiero dziś zaczynamy na serio - obiecywali.
Po raz pierwszy demonstranci zaprotestowali też przeciwko zapowiadanemu
wprowadzeniu pakietu oszczędnościowego, który ma ograniczyć przywileje
socjalne. Rząd uzasadnia cięcia i podwyżki katastrofalnym stanem kasy państwowej.
- Deficyt budżetowy odziedziczony po socjaldemokratach wynosi 100 mld szylingów
- twierdzi minister finansów Karl-Heinz Grasser (z partii Haidera), z czym
nie zgadzają się socjaldemokraci. Demonstracje odbyły się również w innych
miastach Austrii. W Innsbrucku zgromadziło się 2 tysiące osób, w Linzu
- 3 tysiące, a w Feldkirch - tysiąc.
Kanclerz Wolfgang Schüssel ponownie skrytykował sankcje Unii Europejskiej,
nałożone na Austrię po wejściu do rządu nacjonalistycznej FPÖ. - Z powodu
niedemokratycznego postępowania Unii cierpi cały kraj - powiedział. Dodał,
że do wprowadzenia sankcji nigdy by nie doszło, gdyby Austria była "dużym
krajem członkowskim i nie wstąpiła do Unii tak późno" (w roku 1995 - przyp.
red.).
Przypomnijmy: dziesięć dni temu kraje Unii zapowiedziały m.in., że
ograniczą stosunki dwustronne z Wiedniem, nie będą popierać Austriaków
ubiegających się o stanowiska w organizacjach
międzynarodowych, a astriaccy ambasadorzy nie będą przyjmowani przez
ministrów.
Tymczasem w społeczeństwie austriackim narastają nastroje antyunijne.
Dziennik "Die Presse" ujawnił, że 73 proc. ankietowanych Austriaków jest
przeciwnych bojkotowi, jaki zastosowało 14 państw Unii.
Andrzej Niewiadowski z Wiednia
W Budapeszcie ponad tysiąc manifestantów demonstrowało swoje poparcie
dla partii Jerzego Haidera - FPOe... Przemaszerowali pod flagami węgierską
i austriacką pod ambasadę austriacką, nazywając "obrońcą demokracji w Austrii"
przywódcę Wonościowców - Haidera... ZSRE pod nazwą obecną - Unii Europejskiej
też się oberwało - za sztuczne sankcje, wprowadzone na żądanie jej faszystowskich
przywódców...
Minister z partii Haidera chłodno przyjęta w Lizbonie
Bez uścisku ręki
Przedstawicielki Francji i Belgii ostentacyjnie opuściły w piątek unijne
spotkanie w Lizbonie, poświęcone problemom społecznym, kiedy głos zabrała
Elisabeth Sickl, reprezentująca
w nowym rządzie Austrii wolnościowców Jörga Haidera. Dzień wcześniej
szefowa dyplomacji austriackiej Benita Ferrero-Waldner została podobnie
potraktowana przez Belgię i
Francję na posiedzeniu Organizacji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie.
Ferrero-Waldner należy do partii chadeków.
Pani Sickl nie kryła, że jest jej bardzo przykro z powodu powitania,
jakie zgotowano jej w Portugalii. - Nikt, z wyjątkiem gospodarzy, nie uścisnął
mi ręki - skarżyła się minister spraw socjalnych. Najbardziej zabolał ją
"brak kobiecej solidarności" ze strony koleżanek z Belgii i Francji.
Z powodu pani Sickl do Lizbony przyjechały tłumy dziennikarzy. Aby
nie dopuścić do incydentów, Portugalczycy zmobilizowali policję do ochrony
Pałacu Wystaw, gdzie odbywały się obrady. Uzbrojeni policjanci zajęli stanowiska
na dachu budynku.
Przywódca skrajnej prawicy Jörg Haider skrytykował wczoraj kraje europejskie
za to, że "uwzięły się" na Austrię zamiast zająć się łamaniem praw człowieka
w Czeczenii czy w Turcji. Jego zdaniem Europa celowo skierowała uwagę opinii
publicznej na jego kraj, aby odwrócić ją od własnych wewnętrznych problemów.
- To śmieszne, że cały świat przestraszył się małej partii w małym kraju,
takim jak Austria - powiedział w wywiadzie dla tureckiej gazety "Hürriyet".
Haider zapewnił, że około 150 tysięcy Turków, którzy żyją w Austrii,
nie musi się obawiać jakiejkolwiek dyskryminacji. Dodał jednak, że
tureccy imigranci "nie są zdolni do integracji z austriackim społeczeństwem".
Decyzję o ograniczeniu kontaktów na wysokim szczeblu z Austrią podjęły
Czechy. Premier Milosz Zeman dał do zrozumienia, że będzie to dotyczyło
zwłaszcza ministrów z partii Haidera.
- Austriacki dziennik "Der Standard" ujawnił wczoraj, że stryjeczny
dziadek Jörga Haidera, Josef Webhofer, kupił w roku 1941 liczącą 1500 hektarów
posiadłość Bärental w Kartynii od Matilde Roifer, wdowy po żydowskim handlarzu
drewnem, płacąc za wspomniany majątek ziemski zaledwie 1 procent wartości.
Matilde Roifer była zmuszona sprzedać ziemię, ponieważ nakazywały to ówczesne
ustawy nazistowskie. Jej córka, 73-letnia Noemi Merhav, która mieszka w
Izraelu, skarży Haidera i domaga się zwrotu 15 mln dolarów - tyle bowiem
warta jest obecnie posiadłość. Haider twierdzi, że odziedziczył majątek
legalnie w połowie lat 80. i że nagłośnienie całej tej sprawy wiąże się
z próbą dyskredytacji jego
osoby za granicą. MT-O, A. N., AFP, REUTERS
Za dziennikiem "Rzeczpospolita"
Jak widać - za Jerzego Haidera wzięto się w iście "europejski" sposób
- domgajagąc się zwrotu "odszkodowania" za "utracone korzyści" ze sprzedaży
majątku przez Europejczyków...
15.02.2000 r.
Demonstracja UPR w Warszawie
Pod urzędem ZUS na ul. Senatorskiej w Warszawie odbyła się pikieta
Unii Polityki Realnej, w której udział wzięli Prezesi UPR: pp. Janusz Korwin-Mikke
i Leszek Samborski. Rozdawano ulotki z opisem złodziejskiego systemu ZUS,
kradnącego w ciągu życia podatnika 4 miliardów złotych... Pikietę sfilmowała
telewizja Polsat, nagrało Radio Kolor, a także opis został umieszczony
w serwisie PAP.
3 lutego 2000 r.
Oświadczenie
Unia Polityki Realnej z zażenowaniem przygląda się skandalowi, który
wybuchł w Europie (i nie tylko) po wyborach w Austrii.
Uważamy, że oświadczenia polityków i eurokratów dotyczące wyników wyborów
w Austrii są skandaliczną próbą ingerencji w wewnętrzne sprawy suwerennego
państwa. Zaś grożenie Austrii blokadą polityczną i gospodarczą na skutek
tego, że wynik demokratycznych (!) wyborów był nie pomyśli eurosocjalistów,
można określić tylko w jeden sposób: jest to zwykły terroryzm polityczny.
W świetle tych poczynań musimy uznać, że większością państw UE rządzą
ciemni nietolerancyjni, ksenofobiczni biurokraci, którzy nie są w stanie
zrozumieć i szanować poglądów innych niż swoje.
Wobec tak ewidentnego nieposzanowania demokracji, którą sami wychwalają
– i agresywnej postawy wobec jednego ze swych członków Rząd RP powinien
na nowo rozważyć czy wchodzenie do struktur UE ma jakikolwiek sens.
UPR ze zrozumieniem i szacunkiem przygląda poczynaniom FPÖ pana Jerzego
Haidera, który interes własnej Ojczyzny potrafi postawić wyżej od niejasnych
interesów eurosocjalistów i przełamując skostniałe, biurokratyczno-mafijne
struktury odnieść sukces. Mamy nadzieję, że sukces pana Haidera jest wydarzeniem,
które zapoczątkuje zdecydowaną zmianę kursu światowej polityki – w prawo.
UPR protestuje jednocześnie przeciwko określaniu w mediach organizacji
posthitlerowskich mianem „prawica”. Przypominamy, że hitlerowska partia
NSDAP nosiła socjalizm nawet w nazwie, czyli bardziej pasuje do niej określenie
skrajna lewica.
Prezes i wiceprezesi Unii Polityki Realnej
Janusz Korwin-Mikke
Leszek Samborski
Mariusz Waszak
Na Konwencie Oddziału Stołecznego, który odbył się 16.01.2000 r. jak
zwykle w budynku SD przy ul. Chmielnej - ustępujący zarząd pod kierownictwem
b. prezesa p. Sławomira Kameckiego dostał absolutorium i przeszedł do historii...
B. Prezes Kamecki nie zgłosił swojej kandydatury na następną kadencję...
Konwent prawie jednogłośnie (nie było innej kandydatury) zaaprobował
p. Grzegorza Parzycha (obecny prezes Stowarzyszenia "Koliber" i jego współtwórca)
na stanowisku nowego Prezesa. Serdecznie gratulujemy!!!