5/2000

Serwis informacyjny Okręgu Mazowieckiego UPR


 
Serwis Informacyjny
Archiwum
1/2000
KRAJ
O Polsce...

Niepokój biurwokratów UE, by Polska nie stała się autentyczną konkurencją dla socjalistycznej gospodarki na zachodzie Europy więcej...
 

Wiadomości z UPR

Wypowiedzi przedstawicieli UPR na konferencji nt. finansowania partii politycznych w Polsce

Konwent Oddziału Stołecznego UPR

Plagiaty "naukowe", plagiaty... Tym razem - popisują się (p)osłowie SLD... więcej...
Pierwszy pręgierz i dyby w Polsce - w Zambrowie więcej...
Komornik Balcerowicz dostał po pazurach od medrców z OECD więcej...
I płacze nad swoim wspaniałym programem rozwoju obciążeń podatkowych więcej...
Były prezes KGHM - kacykiem afrykańskim więcej...
Prosty przepis, jak można ukrócić rozpanoszenie się biurwokracji z partyjnych nadań więcej...
Dlaczego w Polsce są coraz młodsi przestępcy? więcej...
Serialu urządzania się postkomunistów w Polsce ciąg dalszy - przy okazji próby przejęcia jednagoz banków polskich przez Niemców więcej...
W jaki sposób Wielki Komornik Balcerowicz "obniża" podatki więcej...
ZAGRANICA
Publicystyka

Krokodylom na pożarcie
artykuł Stanisława Michalkiewicza

Gdzie jest Instytut?
artykuł Tadeusza M. Płużańskiego
 

"Zajęty wyborami" lewicowy premier Izraela - przeoczył "lewe" wpłaty na konto swojej partii więcej...
Postępowcy w Wielkiej Brytanii próbują wychować rodziców więcej...
Lewizna rzymska dofinasowuje (bez wstydu, oczywiście z pieniędzy podatników) zboczeńców więcej...
Czy w Hiszpanii znowu zwycięży Prawica? więcej...
W Niemczech oczywiście socjaliści też nigdy nie mieli czystych sumień więcej...
Socjaliści ze Starego Kontynentu łaczą się! więcej...
Uważamy, że przystąpienie do Unii Europejskiej może się odbyć na naszych warunkach, ale jeszcze lepszym rozwiązaniem byłoby przystąpienie do NAFTA!!!

 

KRAJ

28.01.2000 r. 
Nie tylko posłowie AW"S" popełniają plagiaty "naukowe"...

Decyzję podejmie komisja

Rada Wydziału Gospodarki Narodowej wrocławskiej Akademii Ekonomicznej powołała w czwartek komsję, która podejmie dalsze decyzje w sprawie doktoratu posła Jerzego Jankowskiego (SLD), którego na początku października ub. r. prof. Zofia Chyra-Rolicz oskarżyła o popełnienie plagiatu.
Jak już informowaliśmy w "Rzeczpospolitej", po rozpatrzeniu zarzutów prof. Chyry-Rolicz Rada Wydziału zwróciła się do Centralnej Komisji ds. Tytułu Naukowego i Stopni Naukowych o wznowienie przewodu doktorskiego posła Jankowskiego. W grudniu Centralna Komisja zaakceptowała ten wniosek.
W czwartek Rad Wydziału na wniosek dziekana, prof. Marka Łyszczaka powołała piętnastoosobową komisję, w której składzie znaleźli się wszyscy kierownicy katedr działających na wydziale. Komisja ta może przedstawić radzie dwa rozwiązania. Gdy uzna, że mimo niedozwolonych zapożyczeń z innych prac doktorat posła Jankowskiego spełnia kryteria samodzielnej pracy naukowej, może zaproponować powołanie nowych recenzentów i dalsze kroki związane z przeprowadzeniem przewodu doktorskiego. Może też wystąpić z wnioskiem o odenranie doktoratu, jeśli zdecyduje, że praca nie spełnia kryteriów samodzielnej pracy naukowej. Ostateczne decyzje podejmie Rada Wydziału.
R. B.
Z wydania papierowego dziennika "Rzeczpospolita"
Ciekawe, że media tym razem nie podnoszą takiego larum, jakie mieliśmy możliwość wysłuchać i obejrzeć w przypadku posła Anusza... Czy znowu trzeba się zastanawiać nad "rzetelnością" dziennikarską... "niezależnych" żurnalistów? Czy moze od razu udzielić odpowiedzi?



28.01.2000 r. 
Pierwsze dyby i klatka dla złodziei w Polsce

Pręgierz

JANUSZ WOJCIECHOWSKI

Przed supersamem w Zambrowie właściciel ustawił klatkę i dyby. Urządzenia te przewidziane są dla złodziei ujętych w sklepie na gorącym uczynku. Złodziej spokojny będzie oczekiwał na policję w klatce, z możliwością spoczęcia na krzesełku i nawet poczytania gazety. Złodziej nerwowy zostanie natomiast zakuty w dyby. Stosowne napisy nad klatką służyć mają poinformowaniu publiczności o przyczynie umieszczenia w niej danego delikwenta, żeby się nie tylko bał, ale i wstydził.
Zambrowski eksperyment, będący ponoć efektem peregrynacji właściciela sklepu do Tajlandii, doczeka się zapewne wielu komentarzy. Na fali popierania wszelkich inicjatyw walki z przestępczością znajdą się pochwały rzeczonej inicjatywy i być może jej naśladowcy. Policja jest  jednak wobec pomysłu sceptyczna i ostrzega,  że użycie klatki może się zakończyć sprawą o bezprawne pozbawienie wolności. Zastanów my się, jakie mogą wyniknąć konsekwencje z ewentualnego użycia sprzętu wystawionego przed sklepem w Zambrowie.
Każdy ma prawo zatrzymać przestępcę, w tym złodzieja, na gorącym uczynku i oddać go policji. To wynika z przepisów kodeksu postępowania karnego. Zatrzymać i oddać policji – to również znaczy, że zanim wezwana policja dotrze na miejsce incydentu (a życie uczy, że nie zawsze następuje to ekspresowo) ujęty przestępca musi czas jakiś pozostać w cudzych rękach. Ten, kto złodzieja zatrzymał, ma prawo przedsięwziąć takie środki, jakie są konieczne dla udaremnienia jego ucieczki. W zależności od potrzeb może to być trzymanie za kołnierz, zamknięcie w pokoju albo w piwnicy, związanie, w ostateczności chyba może to być również zamknięcie w klatce. Zwłaszcza wyposażonej w stół, krzesło i gazety. Trudniej nieco uznać słuszność zakucia w średniowieczne dyby. Ale skoro wolno kogoś w oczekiwaniu na policję przykuć do kaloryfera, to czemu nie w dyby? Nie w tym więc rzecz, że kogoś złapanego na gorącym uczynku pozbawiono wolności (to jest konieczność), lecz raczej w tym, że ktoś taki został wystawiony na publiczne poniżenie. Tu już wchodzi rachubę kodeks karny z jego odpowiedzialnością za znieważenie, żadnego bowiem człowieka nie wolno poniżać i znieważać, złodzieja również. Ale z kolei prawo usprawiedliwia taką zniewagę, która została sprowokowana. Kradzież można uznać za taką prowokację, która stanowi usprawiedliwiony powód zniewagi. Wygląda więc na to, że właściciel sklepu przytrzymujący złodzieja przez niezbędny czas w klatce nie musiałby koniecznie razem z tym złodziejem trafić na ławę oskarżonych. Zresztą ostatnio usprawiedliwia się przecież strzelanie do złodziei (czego nowym przykładem jest uwolnienie od kary emeryta, który zastrzelił złodzieja radia samochodowego, a przykładem dawniejszym – uniewinnienie kobiety, która zastrzeliła złodzieja na transformatorze). Skoro można zastrzelić złodzieja, to tym bardziej wolno zamknąć go w klatce na piętnaście minut. Taka wydaje się w każdym razie współczesna logika sprawiedliwości. Sedno sprawy tkwi moim zdaniem nie w odpowiedzialności, lecz w ryzyku, Jeśli zatrzymany faktycznie okaże się złodziejem, to właściciel sklepu powinien być wolny od przykrości. Gorzej, jeśli domniemany złodziej okaże się niewinny. Wtedy sprawca jego poniżenia może się liczyć z poważnymi konsekwencjami użycia klatki. Poszkodowany może mu wytoczyć pozew o grube odszkodowanie za naruszenie dóbr osobistych. Nie jest przecież wykluczone, że ktoś się znajdzie w klatce w wyniku pochopnych albo zgoła bezzasadnych podejrzeń i potem nie daruje poniżenia. Nie wiadomo też, czy pomysłowy zambrowianin zamierza więzić w klatce dzieci; w takim wypadku jego działania nie znalazłyby żadnego usprawiedliwienia i zasługiwały na surowe potępienie. A podejrzewam, że może to być klatka dla dzieci, bo to one najczęściej bywają przyłapane na drobnych kradzieżach w sklepie.
Najbardziej jednak właściciel ryzykuje pomyślność swego ostro chronionego interesu. Noga moja nigdy nie stanie w takim sklepie, przed którego wejściem jestem obrażany. A siedź sobie, człowieku, na swojej kupie towarów i jej pilnuj! Ludzie szanujący swoją godność ominą taki interes szerokim łukiem i pójdą do konkurencji, gdzie klientów się szanuje i nie obraża. Wielce prawdopodobne, że klatka i dyby znikną spod marketu w Zambrowie wraz z bankructwem jego właściciela.
Z papierowego wydania dziennika "Rzeczpospolita" z dnia 28.01.2000 r.
Trzeba jeszcze dodać pewne fakty: otóż ten sklep był już okradany 14 razy!! A w wypowiedziach sąsiadów tego sklepu zwyciężyło bezdyskusyjne poparcie dla takiego pomysłu...
Jednak liczba zwolenników postulowanych przez nas rozwiązań piętnujących naganne zachowania społeczne - rośnie!!!



28.01.2000 r. 
Podatki Wielkiego Komornika Unii Wolności

Polska może wejść na ścieżkę stałego wzrostu

OECD o polskiej gospodarce

(...) Podatki są za wysokie

Obciążenia podatkowe w Polsce są wyższe niż w większości krajów OECD - podkreślają - a przecież wysokość podatków ma ogromny wpływ na tempo wzrostu gospodarczego. Naturalnie, jest zrozumiałe, że wpływy podatkowe są ważnym i stałym dochodem dla budżetu, w ten sposób rząd może finansować swoje wydatki, redukować deficyt i nie zadłuża się zbytnio. Ale podatki w takiej wysokości, jak to jest obecnie, mogą niekorzystnie wpływać na tempo wzrostu, są zresztą krytykowane w Polsce i za granicą. Chodzi zwłaszcza o bardzo
wysokie obciążenie dochodów osobistych, które zniechęca do wydajnej pracy, zbyt dużo ulg podatkowych, które obniżają wpływy z podatków, korzystają zaś z nich przede wszystkim ludzie o najwyższych dochodach.
Opodatkowanie przedsiębiorstw należy do najwyższych spośród krajów przechodzących gospodarczą transformację. Tak więc reforma systemu podatkowego jest nieunikniona i to nie tylko ze względu na przygotowania do członkostwa w Unii Europejskiej, ale również dla poprawy klimatu gospodarczego.
Planowana reforma podatkowa zbliża obciążenie podatkami pośrednimi do porównywalnego z Unią Europejską. Bardzo korzystnie jest oceniona reforma przygotowana przez Ministerstwo Finansów, która przewiduje zmniejszenie obciążeń dochodów przedsiębiorstw do 22 proc. w 2004 roku.
Przedstawiciele OECD mają jednak nadzieję, że rząd przedstawi parlamentowi propozycję reformy podatkowej, która uwzględni obniżenie opodatkowania pracy, wyjątkowo wysokie w Polsce. W połączeniu zaś z mało mobilną siłą roboczą doprowadzi w efekcie do wysokiej stopy bezrobocia i wysokiego udziału szarej strefy w gospodarce.
OECD przestrzega również przez wprowadzeniem VAT w całym rolnictwie. Powodów jest kilka. Jeden z nich to wysokie koszty działalności dla gospodarstw, odwrócenie uwagi administracji podatkowej od problemów, które są znacznie ważniejsze, a przede wszystkim dlatego, że przy całym wysiłku wpływy do budżetu będą minimalne(...).
Część artykułu z dziennika "Rzeczpospolita"
Czyżby światowi mędrcy już nie lubili guru polskich komorników podatkowych - Leszka Balcerowicza?

29.01.2000 r. 
Płacz Komornika nad komornikami...

A oto odpowiedź guru "liberałów inaczej":

"- Mamy duże podatki, bo mamy wielkie wydatki" - skomentował wcepremier Leszek Balcerowicz wczorajszy raprt OECD, odnoszący się m.in. do wysokości obciązeń podatkowych w Polsce. (...) Trzeba zmniejszać opodatkowanie dochodów z pracy, również z pracy przedsiębiorców, a kompensować to opodatkowaniem koansumpcji. Taka zmiana w strukturze podatków będzie prorozwojowa (podkreślenie nasze) - stwierdził Leszek Balcerowicz.
Za wydaniem papierowym dziennika "Rzeczpospolita" z dn. 29.01.2000 r.
"Liberalizm" pełną gębą!!!



28.01.2000 r. 
Dalsze koleje skandalu w KGHM

Siewierski chce kupić złoże Kimpe

Były prezes KGHM Polska Miedź Stanisław Siewierski zaproponował władzom spółki, że odkupi od KGHM złoże kobaltu i miedzi w Kongu. Prawo do eksploatacji złoża Kimpe Polska Miedź kupiła w 1997 roku za 45 mln dolarów; później kontrakt renegocjonowano, ograniczając obszar złoża i zmniejszając cenę do 25 mln dolarów. Śledztwo w sprawie nadużyć w KGHM Polska Miedź, związanych z interesami spółki w Kongu, prowadzi Prokuratura Okręgowa w Legnicy. Sprawę bada również UOP. Recznik prasowy KGHM Jerzy Pietraszek potwierdził, że Siewierski wyraził chęć zakupu afrykańskiego złoża na raty, nie złożył jednak propozycji dotyczącej ceny. "Rz" napisała, że do końca sierpnia były prezes KGHM będzie otrzymywał ponad 170 tys. złotych - zgodnie z kontraktem przysługuje mu roczne wypowiedzenie i roczne odszkodowanie za zerwanie kontraktu menedżerskiego.
L. K.
Za papierowym wydaniem dziennika "Rzeczpospolita" z dn. 28.01.2000 r.



29.01.2000 r. 
WYNAGRODZENIA W SPÓŁKACH

Nikłe szanse prezesów na odszkodowania

Prawo księcia

Politycy ostrzegają przed koniecznością wypłaty odszkodowań prezesom spółek skarbu państwa, których płace byłyby obniżone przez ustawę ograniczającą ich wynagrodzenia.
Renomowani prawnicy twierdzą, że szanse na takie odszkodowania są znikome.
Przypomnijmy: ustawa przewiduje, że postanowienia umów o pracę oraz innych podobnych aktów, ustalające wynagrodzenia wyższe niż maksymalne dopuszczone przez nową ustawą, stają się nieważne z mocy prawa z upływem trzech miesięcy od dnia wejście w życie ustawy; zamiast nich stosuje się odpowiednie jej przepisy.
- Nie ma żadnych szans na odszkodowania - uważa mec. Maciej Bednarkiewicz. Ta ustawa jest dopuszczalnym odstępstwem od zasady gwarantującej swobodę umów. Wprowadza coś w rodzaju ceny maksymalnej, którą przewiduje kodeks cywilny.
Inny znany adwokat (współautor komentarza do kodeksu cywilnego) potwierdza brak szans na odszkodowania. Nie może bowiem ponosić odpowiedzialności partner umowy z powodu niemożliwości jej wykonania na skutek aktu władzy zwierzchniej (tzw. prawo księcia), jakim jest właśnie ta ustawa. Stwarza ona zresztą mechanizm dostosowawczy umów do jej wymogów.
Pozwala też przez trzy miesiące pobierać dotychczasowe wynagrodzenia, co wyczerpuje wszelkie ewentualne roszczenia prezesów.
Mec. Andrzej Rościszewski wskazuje na wyraźną kolizją interesów: publicznego, który najwyraźniej legł u podstaw ustawy, oraz osób, które tracą wynagrodzenia. Nie ma jednak wątpliwości, że sąd nie będzie mógł orzec odszkodowania wbrew wyraźnemu zakazowi ustawy.
Podobnie uważa sędzia Sądu Najwyższego: Mamy tu konflikt wartości: z jednej strony zasadę, że umów należy dotrzymywać, z drugiej - interes publiczny. Sąd jest związany ustawą, nie może zasądzić odebranego przez nią wynagrodzenia. Nie ma też podstaw do odszkodowania, nie można wykazać niedozwolonego zachowania pracodawcy ani nienależytego wykonania umowy (nawet jeśli skarb państwa zawarł umowę, to nie można go utożsamiać z ustawodawcą, czyli owym księciem).
Sędzia Hanna Bajer także potwierdza, że ustawa poważnie ingeruje w swobodę umów. Nie zmienia to jednak faktu, że nakłada na  sędziów obowiązek oddalenia ewentualnych pozwów o odszkodowania.
Sędzia Wojciech Jakubowski też nie ma wątpliwości, że prezesi spółek nie mają szans. - Żeby czegoś żądać, trzeba mieć prawną podstawę. Tymczasem ustawa unieważnia postanowienia przyznające wysokie wynagrodzenia. Prawo zna przykłady ustawowej ingerencji w istniejące stosunki umowne, np. prawo lokalowe.
Mec. Stanisław Mazur przewiduje, że ustawa wywoła pozwy, ponieważ chodzi o pieniądze, niekiedy bardzo duże. Sądy cywilne, z SN włącznie, będą musiały wszystkie je oddalić.
Mec. Anna Pszczołowska dodaje, że niezależnie od wszelkich zastrzeżeń, pozwy prezesów "nie przebiją się przez sąd". Sędziowie obok ustawowego zakazu będą mogli przywołać zasady współżycia społecznego, którym umowy nie mogą się sprzeciwiać.
Mec. Jerzy Naumann potwierdza, że prezesi nie mają szans na odszkodowania za utracone zarobki po wejściu w życie ustawy, uprawnienia do nich wygasają bowiem z mocy ustawy. Dziwi się nawet, że nikt dotychczas nie próbował odzyskać niektórych wypłaconych bulwersujących apanaży. Zasadnie można bowiem podejrzewać, że niekiedy prezesi działali na szkodę firm, co jest przestępstwem. Gdyby to wykazać, otwarta byłaby droga do odzyskania owych nadpłaconych wynagrodzeń.
Marek Domagalski
Za dziennikiem "Rzeczpospolita"
A więc jednak można skutecznie ukrócić rozpasanie rozwydrzonych biurwokratów z partyjnych nadań!!! Wystarczy tylko chcieć!!!



31.01.2000 r. 
Permisywizm w wychowaniu dzieci w Polsce jeszcze święci triumfy...

Jakiego zdania w sprawie rózgi jest polskie ustawodawstwo?

Wydany przed siedmiu laty komentarz do kodeksu rodzinnego i opiekuńczego, pióra pięciu sędziów Sądu Najwyższego, w licznych miejscach troszczy się o dobro dziecka i o to, by "dziecinne lata upływały w warunkach rodzinnego szczęścia". Stwierdza on, że ustawa nie rozstrzyga wyraźnie, czy rodzice mogą uciec się do karania fizycznego, dodaje jednak, że gdy zawiedzie perswazja i łagodne środki wychowawcze, "nie jest wykluczone stosowanie kar ostrzejszych, nie wyłączając cielesnych". Autorzy piszą jednak dalej: "Obecnie zyskuje zdecydowanie przewagę stanowisko, że rodzice nie powinni w ogóle stosować kar cielesnych". Najnowszy komentarz do kodeksu rodzinnego z 1999 r. unika jak ognia słów "chłosta" czy "kara fizyczna". Tak oto poucza on rodziców i odstrasza zarazem od stosowania podobnych pomysłów: "W wychowaniu dziecka rodzice powinni przede wszystkim uciekać się do perswazji. Mając prawo karania dziecka, powinni stosować je wyjątkowo. Karanie dziecka nie może spowodować jednak uszczerbku na jego zdrowiu (zarówno psychicznym, jak i fizycznym). Nadmierne karanie dziecka może spowodować ograniczenie, a nawet pozbawienie władzy rodzicielskiej takich rodziców".
W kraju, w którym bije się dzieci i w szkołach, i w domach, a w pierwszym półroczu ubiegłego roku ponad 1200 osób skazano za znęcanie się nad najbliższymi małoletnimi, jest to pouczenie może zbyt powściągliwe, ale wyraźne. Zmiany przygotowywane w Wielkiej Brytanii, która dość uparcie trzyma się kar cielesnych, ilustrują dobitnie, że rózga jest w odwrocie i że społeczność międzynarodowa w osobie sędziów strasburskich patronuje tej rejteradzie.
Stanisław Podemski
Za dziennikiem "Rzeczpospolita"
Surowe oczy urzędników z Brukseli przypatrująs się również krajom kandydackim do Związlu Socjalistycznych Republik Europejskich!!!



31.01.2000 r. 
Skąd postkomuniści mają pieniądze - serialu ciąg dalszy...

Bank Inicjatyw Gospodarczych BIG - tak dawniej nazywał się BIG Bank Gdański - sięga swoimi korzeniami czasów Okrągłego Stołu. Jeszcze w czasie jego obrad powstał Komitet Powołania BIG, który miał zająć się organizacją banku. 7 czerwca 1989 roku, już trzy dni po przegranych przez PZPR wyborach, podpisano akt notarialny zakładający bank. Otrzymał on drugą licencję bankową w naszym kraju. Na początku kapitał prywatny stanowił 2 procent, resztę, czyli 98 proc. stanowiły środki państwowych firm.
Początkowo BIG miał poważne problemy z uzyskaniem licencji. Ówczesny prezes NBP Władysław Baka nie chciał jej udzielić, ponieważ uznał, że właścicielami banku nie mogą być osoby prywatne, które jednocześnie są szefami państwowych firm - głównych udziałowców banku.

Założyciele

Założycielami BIG byli: podsekretarz stanu w URM i doradca premiera Aleksander Borowicz, prezes PZU Anatol Adamski, dyrektor generalny Poczty Polskiej Telegraf i Telefon Andrzej Cichy, prezes Warty Janusz Staniszewski, dyrektor Universalu Dariusz Przywieczerski, dyrektor w NBP Andrzej Olechowski, prezes spółki Interster Stanisław Tołwiński i Wiktor Pitus prezes firmy Transakcja.
98 proc. udziałów w BIG wykupiły państwowe firmy, których szefowie byli równocześnie udziałowcami banku: PZU, PPTiT, Universal, Warta, Expolco Holding. Wśród założycieli BIG znalazły się również Fundacja Rozwoju Żeglarstwa, Fundacja Wspierania Inicjatyw Gospodarczych oraz spółki Interster i Transakcja.
Fundację Rozwoju Żeglarstwa założyli w kwietniu 1989 m. in. Mieczysław Rakowski, Bogusław Kott i Aleksander Kwaśniewski. Kwaśniewski został wybrany na prezesa fundacji. Fundacja miała promować rozwój żeglarstwa w Polsce. Nie wiadomo, dlaczego fundacja korzystająca m. in. z państwowych funduszy inwestowała w akcje nowo powstającego banku.
Fundacja Rozwoju Żeglarstwa była również jednym z założycieli Intersteru. Interster był wtedy spółką, która korzystała z preferencyjnych, wielomiliardowych kredytów przydzielanych przez Urząd Kultury Fizycznej i Sportu. Interster słynął ze związków z wieloma politykami lewicy. Prezesem drugiej z fundacji zakładających BIG został Mieczysław Wilczek. Jednym z
pierwszych nabywców akcji BIG był Jerzy Urban.
Ponad 10 procent akcji w powstającym banku objęła spółka Transakcja. Jej prezes Wiktor Pitus był nie tylko udziałowcem banku, ale i członkiem Rady BIG. Transakcję założyły: KC PZPR, ZSMP, Akademia Nauk Społecznych i RSW Prasa, Książka, Ruch. Po KC PZPR udziały w Transakcji przejęła SdRP. W radzie nadzorczej Transakcji zasiadał m. in.: dzisiejszy minister w kancelarii prezydenta Marek Siwiec i Leszek Miller. Po przekształceniu Transakcji w spółkę akcyjną do rady dołączyli: Jerzy Szmajdziński, Wiesław
Huszcza, Piotr Szynalski. Transakcja była współudziałowcem wielu firm i przedsięwzięć prowadzonych przez SdRP. Kiedy pojawiło się zagrożenie, że majątek po byłej PZPR przejmie skarb państwa Transakcja sprzedała akcje BIG Universalowi za ówczesnych 1,7 mld zł.

Państwowy czy prywatny

Państwowe firmy w założenie BIG zaangażowały kilka bilionów starych złotych. Kapitał założycielski banku wynosił 1 miliard starych złotych. Państwowe firmy angażowały się w BIG, pomimo że same często były w trudnej sytuacji. Kiedy w 1990 roku PZU inwestowało w akcje banku miało bilion złotych strat. PZU powierzyło BIG 65 mld złotych jako lokatę, z której odsetki miały być dostępne dopiero po 10 latach. W tym samym roku bank przyjął również inną lokatę. 20 lutego 1990 roku 160 mld zł powierzył bankowi Fundusz Obsługi
Zadłużenia Zagranicznego. Osiem dni później BIG 100 mld zł z tej sumy przeniósł do Pekao SA. Sprawą ulokowania przez FOZZ pieniędzy w BIG interesował się Nadzór Bankowy, prokuratura i NIK. Raport NIK stwierdza "zdjęcie przez BIG z konta FOZZ owych 100 mld zł było bezpodstawne. Nie wynikało ono z jakiejkolwiek umowy między stronami (FOZZ - BIG). Lokata 100 mld zł na rachunku w PKO SA nastąpiła na podstawie polecenia przelewu BIG SA i zapewniła bankowi BIG SA nieuzasadnione korzyści".
Zdaniem NIK, BIG zarobił na tej operacji co najmniej 1,8 mld złotych i sumę tę powinien wraz z odsetkami zwrócić FOZZ. Członkiem pierwszej rady banku był mecenas Krzysztof Czeszejko-Sochacki. Mecenas Czeszejko był w radzie BIG przez 2 lata do 1991 roku. Dziś jest obrońcą Grzegorza Żemka, szefa FOZZ w toczącym się procesie.
Oskarżony o zagarnięcie blisko 1,5 mln dolarów na szkodę FOZZ Dariusz P. prezes Universalu był zaangażowany w założenie BIG od samego początku. W 1992 roku "Gazeta  Wyborcza" pisała, że "można czasem od bankowców usłyszeć opinię, że BIG, to bank od ciemnych interesów". Niewątpliwie na taką ocenę banku wpłynęły związki z FOZZ i zamieszanym w aferę prezesem Universalu Dariuszem Tytusem P.
Dziś BIG BG nie jest już postrzegany jako powiązany wyłącznie z jedną opcją polityczną. W ubiegłym roku był sponsorem obchodów dwudziestolecia Ruchu Młodej Polski. Na liście organizatorów tej imprezy prezes Kott występował obok weteranów gdańskiej antykomunistycznej opozycji. Z rady nadzorczej zniknęły osoby związane bezpośrednio z kręgami władzy sprzed 1989 roku.

Dwie fuzje

Kiedy PZU i FOZZ zrobiły intratne lokaty w BIG zajmował on zaledwie kilka pokoi w budynku Universalu. Współpracował z firmami uchodzącymi za sztandarowe spółki nomenklaturowe. Towarzystwo Ubezpieczeń i Reasekuracji Polisa SA wydało na akcje BIG do 1994 roku blisko 100 miliardów złotych. Kiedy Polisa na początku 1995 roku przeżywała poważne kłopoty finansowe uratował ją właśnie BIG.
Dostęp do indywidualnego klienta uzyskał dzięki przejęciu upadającego Łódzkiego Banku Rozwoju. Nikt inny nie odważył się na podjęcie restrukturyzacji tego bankruta. Przejmowany bank miał olbrzymie straty, które nie zostały pokryte do dziś. Jednak BIG potrafił umiejętnie wykorzystać środki pomocowe otrzymane z NBP oraz fakt zwolnienia z rezerwy
obowiązkowej. Dziś właśnie w ramach ŁBR (dziś nazywającego się BIG Bank) powstaje jedna z najnowocześniejszych sieci obsługi klienta detalicznego - Millennium.
Wielkim sukcesem BIG było przejęcie za koalicji SLD-PSL większego od siebie prywatyzowanego Banku Gdańskiego. Dzięki temu przejęciu bank stał się jednym z największych w kraju. BIG trzykrotnie obronił się przed przejęciem przez kapitał niemiecki, co w środowisku bankowym uważano za wielki sukces prezesa Bogusława Kotta. Z drugiej strony, przed kilku laty próbował przejąć kontrolę nad Kredyt Bankiem. Składał też oferty wzięcia udziału w prywatyzacji BPH i Banku Zachodniego.

Sylwetka Bogusława Kotta

Bogusław Kott, prezes BIG. Wybrany przez Związek Banków Polskich w 1995 roku bankierem roku. Pełnił funkcję prezesa doradcy byłego premiera Cimoszewicza ds. bankowości, jest członkiem rady Giełdy Papierów Wartościowych. Od 1989 r., tj od początku istnienia BIG był jego prezesem oraz główną w nim postacią.
Kott jest absolwentem handlu zagranicznego SGPiS. Przed założeniem banku przez 14 lat był związany z Departamentem Handlu Zagranicznego Ministerstwa Finansów PRL (do 1988 roku). W jego kompetencjach leżały tak istotne sprawy, jak nadzór nad spółkami polonijnymi, rublem transferowym i eksportem wewnętrznym.
Kott był współzałożycielem firmy ATS, która zajmowała się handlem bronią.
Twierdzi, że wycofał się z niej jeszcze zanim rozpoczęła tę działalność.
Za dziennikiem "Rzeczpospolita"
Następne źródełko wysycha...



31.01.2000 r. 
Następny podatek "liberała inaczej" Leszka Balcerowicza

"(...) Ponieważ opodatkowanie wartości szczególnie mieszkań i domów jest bardzo niepopularne i wywołuje wiele zresztą uzasadnionych obaw - dr Jan Władysław Brzeski,
doradca wicepremiera Leszka Balcerowicza do spraw rynku nieruchomości jest zdania, że należałoby najpierw zmienić opodatkowanie nieruchomości komercyjnych. - Nie potrzeba do tego nowej ustawy. Wystarczy wprowadzić do istniejących stawek opodatkowania powierzchni współczynniki lokalizacyjne - uważa Brzeski (...).
Za dziennikiem "Rzeczpospolita"
Ktoś ma jeszcze złudzenia co do "wolnorynkowych" przekonań Wielkiego Komornika na finansowym urzędzie ministerialnym?


O POLSCE...
23.01.2000 r. 
"Wirtschaftsblatt", (20.01.00) Art. G. Lessera pt. "Polskie oazy podatkowe na celowniku UE" opisuje różnice poglądów między Polską a UE nt. przyszłości specjalnych stref ekonomicznych.: - Unia domaga się ich likwidacji, przeciwko ich istnieniu protestuje także MFW. Towary produkowane w tych strefach, a następnie eksportowane naruszają - zdaniem ekspertów tych instytucji - zasady wolnej konkurencji. Polska stoi na stanowisku, że jest zobowiązana dotrzymać słowa danego inwestorom. Za zbyt kosztowną uważa unijną propozycję wypłaty rekompensat dla inwestorów, przy jednoczesnym pobieraniu podatków. Autorka opisuje kroki, jakie Polska podjęła dotychczas, wychodząc naprzeciw oczekiwaniom UE. Unia domaga się jednak renegocjacji umów z firmami działającymi na terenie stref ekonomicznych.
Jak widać: to, by Polska stała się "rajem podatkowym", co postuluje Unia Polityki Realnej - najbardziej niepokoi Związek Socjalistycznych Republik Europejskich... Tak będziemy trzymać!!!


ZAGRANICA
28.01.2000 r. 
IZRAEL

Partia premiera oskarżona o oszustwa

Prokurator generalny Izraela rozpoczął w czwartek śledztwo w sprawie nieprawidłowości finansowych, których podczas ubiegłorocznej kampanii wyborczej miała dopuścić się koalicja
"Jeden Izrael" obecnego premiera Ehuda Baraka. "Jeden Izrael" jest oskarżany o utworzenie fundacji, zbierających pieniądze na kampanię Baraka.
Fundacje, pod przykrywką działalności charytatywnej na rzecz bezdomnych dzieci, niewidomych, starców i kalek, miały zbierać pieniądze na poparcie Ehuda Baraka. Za pośrednictwem obecnego sekretarza rządu, Icchaka Herzoga, "Jeden Izrael" miał zebrać w USA miliony dolarów, które zostały przekazane do kasy partyjnej. Wykorzystano fundacje, które w tym celu powstały i znikły nazajutrz po wygranych wyborach.
Jeszcze w czwartek rano członkowie Knesetu z sojuszu "Jeden Izrael", Dalia Icyk i Sziri Weizman, wyrażali optymizm. Zwracali uwagę, że Eliezer Goldberg, który pełni funkcję Kontrolera Państwa (odpowiednik polskiej Najwyższej Izby Kontroli) nałożył wprawdzie na sojusz dotkliwą karę 13,5 milionów szekli (13,5 mln zł), ale nie zarządził postępowania karnego.
Nikt się nie spodziewał, że składając raport posłance Noemi Hazan, zastępującej przewodniczącego Knesetu Abrahama Burga, Kontroler Państwa, nie przebierając w słowach, wygłosi komentarz, zawierający ciężkie zarzuty przeciwko głównym partiom politycznym Izraela. Goldberg zwrócił się do radcy prawnego rządu o wszczęcie postępowania karnego wobec sojuszu "Jeden Izrael", partii Likud, Centrum, Nasz Dom Izrael i Szas.
Godzinę później radca prawny rządu Izraela, Eliakim Rubinstein zadecydował o wszczęciu śledztwa przeciwko działaczom partyjnym oskarżonym o dokonywanie świadomych oszustw, bezprawne zagarnianie majątków i łamanie przepisów dotyczących finansowania partii politycznych startujących w wyborach. Partie mogą korzystać z dotacji państwowej w wysokości 1 miliona 350 tysięcy szekli, a od osób prywatnych mogą otrzymywać jednorazową pomoc nie przekraczającą 1700 szekli.
Głównym podejrzanym jest sojusz "Jeden Izrael" finansowany przez ponad 20 fundacji, których działalność, według Goldberga, "ordynarnie mija się z prawem". Premier Ehud Barak wyraził głębokie zaniepokojenie raportem. - Zajęty wyborami nie wiedziałem o prowadzeniu zakazanej działalności przez fundacje społeczne popierające "Jeden Izrael" - oświadczył w radiu Kol Israel.

Adam Adler z Tel Awiwu
Z dziennika "Rzeczpospolita"
Wydający "moralny" wyrok na wyborców w Austrii rząd Izraela niedomaga na wzroku, kiedy chodzi o swoje, "europejskie" zachowanie...



31.01.2000 r. 
Prawo rózgi

W Wielkiej Brytanii opublikowano projekt ustawy ograniczającej prawo rodziców do wymierzania kar fizycznych dzieciom. Jest to kolejny ważny krok po zniesieniu w minionym roku takich kar w szkołach. Nie ulega wątpliwości, że tę zmianę wywołał wyrok Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu, który zakwestionował w 1998 r. uwolnienie ojca od zarzutu praktykowania wobec syna "powtarzających się i silnych razów" (paskiem). Sądy angielskie orzekły, że bijący stosował "rozsądne kary", dopuszczalne na podstawie ustawy z 1860 r. Trybunał strasburski uznał jednak, że postępowanie takie narusza prawa człowieka. W 1993 r. rząd brytyjski miał więcej szczęścia. Trybunał rozgrzeszył wówczas brytyjskiego
nauczyciela, pisząc w wyroku: "Kara dyscyplinarna, zastosowana wobec siedmioletniego ucznia, polegająca na trzech uderzeniach przez nauczyciela kapciem przez spodnie, nie była tak dolegliwa, aby mogła mieścić się w granicach art. 3 konwencji" (zakaz nieludzkiego lub poniżającego traktowania)(...).
Za dziennikiem "Rzeczpospolita"
Na razie jest to tylko projekt... Ale surowe oczy urzędników z Brukseli bacznie się przyglądają postępom postępu w Zjednoczonym Królestwie...



31.01.2000 r. 
Pederaści są nadal uwielbiani przez Lewiznę... tym razem w Rzymie!

RZYM

Władze nie spełnią prośby kardynała Sodano

Zlot gejów w czasie pielgrzymki

Światowy zjazd homoseksualistów obojga płci, nazywany Dniem Godności Gejów, niezbyt fortunnie zbiegnie się w lipcu w Rzymie z wielką pielgrzymką Polaków. Spotkanie rodaków z Ojcem Świętym nie zostało wprawdzie ujęte w oficjalnym programie Jubileuszu Roku 2000, który nie przewiduje dni narodowych, niemniej spodziewane jest przybycie licznych grup
pielgrzymów z Polski.
Watykański sekretarz stanu, kardynał Angelo Sodano, uważa, że trudno będzie pogodzić zjazd gejów i jubileusz chrześcijaństwa. - Nie sądzę, aby manifestacja gejów w Rzymie naruszała normy konkordatu - oświadczył z kolei włoski minister spraw zagranicznych Lamberto Dini, wyjaśniając pośrednio wątpliwości kardynała, który wezwał do wyznaczenia innego terminu spotkania homoseksualistów.
Angelo Sodano przypomniał zobowiązanie państwa włoskiego do zachowania szczególnego charakteru Wiecznego Miasta. - Musimy być otwarci i tolerancyjni wobec wszystkich obywateli niezależnie od ich wiary i sposobu zachowania - podkreślił Dini. Przyznał jednak, że "w tak szczególnym roku jak obecny podobna manifestacja spowoduje pewien ambaras". - Powinniśmy to rozważyć, ale nie sądzę, abyśmy mogli jej zapobiec - stwierdził.
Sytuację komplikuje fakt, że światowy Dzień Godności Gejów będzie częściowo finansowany przez władze Rzymu. Subwencja wyniesie 350 mln lirów (ok. 175 tys. dolarów). Wywodzący się z ruchu Zielonych i wybrany głosami lewicy burmistrz Wiecznego Miasta Francesco Rutelli jest nadzwyczajnym komisarzem rządu włoskiego do spraw Jubileuszu Roku 2000. Dotychczas jego współpraca z kościelnym komitetem obchodów układała się w sposób wręcz modelowy. Oskarżano go nawet o zbytnią uległość wobec Watykanu. Teraz jednak szef grupy parlamentarnej prawicowego Sojuszu Narodowego w Izbie Deputowanych, Gustavo Selva, zażądał odebrania Rutellemu mandatu rządowego komisarza,
oskarżając go, że nie zrozumiał sensu wielkiego jubileuszu. Z tą opinią nie zgodził się inny deputowany Sojuszu Narodowego Enzo Palmesano: - Kościół powinien się czuć znieważony tym, że bezdomni umierają w tych dniach z zimna na ulicach Rzymu, a nie spotkaniem gejów - oświadczył.
Jacek Moskwa z Rzymu
Za dziennikiem "Rzeczpospolita"
Czyżby Lewiznie włoskiej znowu zabrakło prywatnych, dobrowolnych pieniędzy na sfinansowanie swoich zboczeń? I ktoś ma jeszcze złudzenia, że lewicowość jest niedłącznie związana z dewiacjami seksualnymi?



31.01.2000 r. 
Prawica prowadzi w Hiszpanii

Sześć tygodni przed wyborami parlamentarnymi w Hiszpanii centroprawicowa Partia Ludowa (PP) premiera Jose Marii Aznara utrzymuje 5,5-procentową przewagę nad socjalistami (PSOE) - wynika z opublikowanego w niedzielę sondażu. Na PP zamierza głosować 42,5% elektoratu, na socjalistów 37%. Skupiona wokół byłych komunistów koalicja Zjednoczona Lewica (IU) może liczyć na 7,5% głosów. IU odrzuciła pakt wyborczy, zaproponowany jej przez socjalistów w celu odsunięcia partii Aznara od władzy. Sekretarz generalny PSOE Joaquin Almunia wezwał IU do wycofania jej kandydatów w prowincjach, w których postkomunici nigdy nie odnieśli zwycięstwa. Miałoby to utorować socjalistom drogę do zwycięstwa w wyborach, które odbędą się 12 marca.
AFP



31.01.2000 r. 
Chadecy wzywają prezydenta do dymisji

Za czyje pieniądze latał Rau

Obecny prezydent Niemiec, Johannes Rau, korzystał w pierwszej połowie lat 90. z fundowanych przez bank państwowy lotów czarterowych w celach prywatnych - pisała podczas
weekendu niemiecka prasa. Część liderów opozycji domaga się dymisji szefa państwa. Zarzuty pod adresem Raua są związane z zataczającą coraz szersze kręgi "aferą lotniczą" w Nadrenii Północnej-Westfalii. Z jej powodu stracił już stanowisko minister finansów tego landu, socjaldemokrata Heinz Schleusser.
Członkowie rządu Nadrenii Północnej-Westfalii, na którego czele przez 20 lat stał lider SPD Johannes Rau, ponad sto razy latali na koszt landowego banku WestLB. Prasa zastanawia się, czy wszystkie podróże miały charakter służbowy. Granica między lotami w celu prywatnym a tymi o charakterze służbowym bywa czasami cienka.
Prezydent Rau poleciał w przeddzień Wigilii w 1993 roku wraz z rodziną z Dźsseldorfu na przyjęcie urodzinowe byłego kanclerza Helmuta Schmidta w Lydd w południowo-wschodniej Anglii. W drodze powrotnej postanowił, że nie wyląduje w Dźsseldorfie, stolicy landu, którego był premierem, lecz poleci dalej, do Monachium, skąd udał się na urlop do Górnej Bawarii. Drugi kontrowersyjny lot odbył się w październiku 1994 roku z Dźsseldorfu do Hamburga i z powrotem. Zdaniem gazety "Bild am Sonntag" Rau poleciał na przyjęcie urodzinowe przyjaciela.
Adwokat prezydenta, Gernot Lehr, zapewnia, że wszystkie 45 lotów Raua na koszt banku miało służbowy charakter. W grudniu 1993 roku Rau nie miał szansy skorzystać z rejsowego samolotu na trasie Dźsseldorf - Monachium, był więc zmuszony przedłużyć lot czarterem, a rok później poleciał do Hamburga nie tylko na urodziny, ale także na rozmowy służbowe.
Wiceprzewodniczący CDU Christian Wulff w rozmowie z tygodnikiem "Focus" wezwał Raua do podania się do dymisji. Za jego ustąpieniem opowiedziało się w mniej jednoznaczny sposób kilku lokalnych przywódców CDU.
Do dymisji ministra Schleussera doszło w minioną środę. Przez kilka tygodni zapewniał on, że latał wyłącznie służbowo. Ostatecznie przyznał jednak, że dwukrotnie nie zapłacił za lot przyjaciółki, towarzyszącej mu w podróży na chorwackie wybrzeże.
Przed porównywaniem afery lotniczej z aferami finansowymi chadeków przestrzegają czołowi politycy SPD. - To zupełnie inna skala i inny kaliber zarzutów - mówią. Sekretarz generalny socjaldemokratów Franz Mźntefering uważa, że chadecy chcą dzięki sprawie Schleussera i Raua odwrócić uwagę od niejasnych spraw finansowych swojej partii.
Za dziennikiem "Rzeczpospolita"
Trzeba przyznać, że i chadecy i socjaliści są siebie warci... Ale Lewizna oczywiście krzyczy, że "to zupełnie inna piosenka"!!!



01.02.2000 r. 
Socjaliści ze Związku Socjalistycznych Republik Europejskich... łączą się!

Rządy czternastu państw Unii Europejskiej nie będą utrzymywały żadnych oficjalnych kontaktów z rządem austriackim, jeśli wejdzie do niego Wolnościowa Partia Austrii (FPÖ) - ogłoszono wczoraj w Lizbonie. W tym półroczu Portugalia sprawuje przewodnictwo w Unii. Wcześniej minister spraw zagranicznych Portugalii Jaime Gama przestrzegał, że jeśli partia Joerga Haidera będzie współtworzyć gabinet, zaciąży to na stosunkach między Austrią a UE. Minister spraw zagranicznych Francji Hubert Vedrine zaproponował, by na Austrię wywrzeć nacisk przez ewentualne odwołanie na konsultacje ambasadorów krajów UE w Wiedniu.
AP
Wreszcie Lewizna z ZSRE ma wspólnego wroga - wolnych wyborców w Austrii! Co za Postęp!!!


Wiadomości z UPR
09.12.1999 r.
7 września br. w hotelu „VICTORIA" w Warszawie odbyła się konferencja nt. „Finansowanie partii politycznych w Polsce; ocena dotychczasowych doświadczeń, wnioski na przyszłość" zorganizowana przez Instytut Spraw Publicznych. W pierwszym panelu – „Problemy finansowania partii politycznych w Polsce" jako panelista wystąpił wiceprezes UPR Leszek Samborski. W swoim wystąpieniu powiedział m.in.:
„UPR zawsze uważała, że partie polityczne powinny być finansowane ze składek członkowskich oraz dobrowolnych darowizn sympatyków. Jakakolwiek próba utrzymywania partii politycznych z budżetu państwa, czyli z kieszeni podatnika, jest po prostu niemoralna. Jest niedopuszczalne, aby sympatycy np. Unii Pracy poprzez podatki płacili na utrzymanie Unii Polityki Realnej bądź odwrotnie.
A takie rozwiązania są tutaj dzisiaj (i nie tylko dzisiaj) proponowane przez moich szanownych polemistów (Z. Janas – UW, A. Miedlicka – RS AW„S", A. Bentkowski – PSL).
Wg obecnie obowiązującej ustawy partie, które otrzymały w wyborach co najmniej 3% głosów, uzyskują z budżetu częściową refundację środków wydatkowanych na kampanię. Wynikają z tego dwie implikacje;
1 – wyborcy nie biorący udziału w wyborach (ok. 50% uprawnionych), a więc jak można się domyślać (wskazują na to różne badania) nie widzący żadnego sensu w partyjnych zmaganiach o stanowiska są zmuszani, jako podatnicy do opłacania tych igrzysk,
2 – wyborcy ugrupowań, które otrzymały mniej niż 3% głosów, płacą jako podatnicy na partie, przeciwko którym głosowali.
Taka sytuacja jest niemoralna i nie wolno jej utrzymywać.
Skoro jednak wśród parlamentarnych ugrupowań jest takie olbrzymie ciśnienie na finansowanie partii za pośrednictwem budżetu, to proponujemy wprowadzenie odpłatności za akt głosowania. Kwotę można ustalić na 5-10 zł.
Osiągniemy w ten sposób kilka pożytecznych rzeczy:
1 – w wyborach wezmą udział ludzie świadomi tego, co robią. Jak człowiek za coś płaci, to zastanawia się, czy warto wydawać pieniądze,
2 – osoby nie zainteresowane wyborami nie będą musiały za nie płacić,
3 – z uzyskanych środków pokryte zostaną koszty przeprowadzenia wyborów,
4 – środki pozostałe po opłaceniu kosztów można będzie przekazać partiom biorącym udział w wyborach proporcjonalnie do ilości uzyskanych głosów".

Podczas trwającej cały dzień konferencji właściwie wszyscy paneliści oraz dyskutanci (AW„S", UW, PSL, SLD), z wyjątkiem oczywiście UPR, starali się uzasadnić pogląd, że partie polityczne powinny być finansowane z budżetu państwa. Poseł L. Dorn przedstawił, opracowany w sejmowej komisji pod jego przewodnictwem, projekt zmian w ustawie o partiach politycznych i ich finansowaniu. Przedstawiający stanowisko SLD poseł L. Nikolski praktycznie w całości poparł proponowane zmiany, które sprowadzają się do tworzenia możliwości finansowania partii z budżetu oraz drobiazgowego kontrolowania każdej złotówki przechodzącej przez partyjne konta. Niezależnie od tego czy pochodzi z darowizn od osób prywatnych, czy z budżetu. Bardzo duży nacisk położono w ustawie wyznaczanie różnego rodzaju limitów finansowych, których partie nie mogą przekroczyć, finansując swoje kampanie. Jednocześnie właściwie wszyscy zauważali, że skontrolowanie czy limity nie zostały przekroczone, jest w praktyce niemożliwe.
Autorzy ustawy oraz ich poprawni politycznie zwolennicy bardzo ubolewali, że na razie społeczeństwo jest za mało dojrzałe, aby zgodziło się na całkowite finansowanie partii z budżetu. W wystąpieniach pojawiała się jednak wiara, iż przyjdzie czas, gdy naród do tego dojrzeje.
UPR wierzy, że naród rzeczywiście dojrzeje i pogoni tych cwaniaków, którzy chcą żyć cudzym kosztem.
Wiceprezes UPR Leszek Samborski ustosunkowując się do przedstawionego projektu ustawy oraz całości konferencji, powiedział:
„Nie znam stanowiska posła Dorna i pozostałych autorów projektu ustawy do kwestii wejścia Polski do UE. Po zapoznaniu się z projektem ustawy stwierdzam, że są oni w awangardzie postępu i takie osiągniecie UE jak np. ustalenie właściwej krzywizny banana jest niczym w porównaniu z tym co pan Dorn i jego koledzy zawarli w przedstawionej ustawie.
Komentowanie poszczególnych zapisów ustawy jest bez sensu, bo jest ona nikomu niepotrzebnym kawałem ciężkiej roboty przeprowadzonej zgodnie z zasadą ustaloną przez założyciela UPR Stefana Kisielewskiego; "Socjalizm to jest taki ustrój, który tworzy trudności nie znane w żadnym innym systemie tylko po to, by je potem bohatersko pokonywać".
Ta konferencja oraz omawiany na niej projekt ustawy są, co mnie niezmiernie cieszy, jawnym dowodem na to, że kierownictwa partii parlamentarnych zorientowały się, że potencjalni darczyńcy nie dadzą im tyle pieniędzy, co w poprzednich wyborach, bo po owocach ich już poznali. Stąd teraz te limity".
Poseł SLD, L. Nikolski odpowiedział na to: „Nam jeszcze dają".
No cóż, zobaczymy jak długo?



16.01.2000 r.
Konwent Oddziału Stołecznego

Na Konwencie Oddziału Stołecznego, który odbył się 16.01.2000 r. jak zwykle w budynku SD przy ul. Chmielnej - ustępujący zarząd pod kierownictwem b. prezesa p. Sławomira Kameckiego dostał absolutorium i przeszedł do historii... B. Prezes Kamecki nie zgłosił swojej kandydatury na następną kadencję...
Konwent prawie jednogłośnie (nie było innej kandydatury) zaaprobował p. Grzegorza Parzycha (obecny prezes Stowarzyszenia "Koliber" i jego współtwórca) na stanowisku nowego Prezesa. Serdecznie gratulujemy!!!



 

powrót do strony głównej