3/2000

Serwis informacyjny Okręgu Mazowieckiego UPR


Serwis Informacyjny
Archiwum
1/2000
KRAJ
O Polsce...

Poprawka o zwrocie majątku tylko obywatelom polskim, mieszkajacym w Polsce od pięciu lat - wzburzyła Polonię i polskich Żydów więcej...

Redaktor Michnik nie chce ujawnienia agentów SB więcej..

 

Wiadomości z UPR

Wypowiedzi przedstawicieli UPR na konferencji nt. finansowania partii politycznych w Polsce

Konwent Oddziału Stołecznego UPR

Urodzaj na kandydatów do prezydentury wśród PSL-owców więcej...
Dobrze sie żyje za nasze pieniądze! W państwowych firmach więcej...
Będą wybory uzupełniające do Senatu - czyli jak podwójnie zarabiają posłowie i senatorzy więcej...
Chetnych do podzielenia się tortem z pieniędzy UE - przybywa więcej...
Drugi wniosek obywatelski - po inicjatywie UPR - zgłoszony do Sejmu, ma szansę być głosowany więcej...
Znowu morderstwo - tym razem wyrok: dożywocie więcej...
Partyjno-państwowo-prywatne imperium buraczanych socjalistów a afera Banku Staropolskiego więcej...
Bogaci "chłopi" z al. Niepodległości w Warszawie więcej... i jeszcze więcej...
Socjaliści z SLD drą między sobą koty więcej...
Poseł Janowski, sprawa ministra Wąsacza i tajniki polskiego życia politycznego więcej...
Socjalizm gminny w pełnym rozkwicie - raprt NIK więcej...
Dlaczego sprawa odwołania ministra Wąsacza ma tak duże znaczenie? więcej...
ZAGRANICA
Publicystyka

Po enerdowsku?
artykuł Stanisława Michalkiewicza

 

Następni chadecy (tym razem niemieccy) - zmienią koszulki? więcej...
Wybory prezydenckie w Chile - II tura - znowu socjalizm, Generale! więcej...
I tura wyborów prezydenckich w Finalndii więcej...
.
Uważamy, że przystąpienie do Unii Europejskiej może się odbyć na naszych warunkach, ale jeszcze lepszym rozwiązaniem byłoby przystąpienie do NAFTA!!!

 

KRAJ

16.01.2000 r. 
W PSL kandydatów na Prezydenta RP - na pęczki...

"Józef Zych, Adam Struzik i Franciszek Stefaniuk są kandydatami Polskiego Stronnictwa Ludowego na prezydenta - poinformował wiceprezes tej partii Marek Sawicki. Dodał, że szef PSL Jarosław Kalinowski nie chce kandydować.
Który z trzech kandydatów "na konwencji wyborczej uzyska większą liczbę głosów, ten prawdopodobnie będzie kandydował" - powiedział w piątek Radiu Białystok Marek Sawicki. Zastrzegł jednak, że "może to jeszcze być ktoś inny".
"Nie wiem, czy będziemy popierali Jarosława Kalinowskiego. Wiem, że jak do tej pory prezes nie wyraża zgody na kandydowanie na prezydenta" - dodał Sawicki.
Według niego, przy wyłanianiu kandydata będzie także brana pod uwagę opinia Związku Rolników, Kółek i Organizacji Rolniczych, z którym PSL zawarł niedawno umowę o wspólnym udziale w najbliższych wyborach prezydenckich i parlamentarnych (...).
Za "Dziennikiem Internetowym" PAP



16.01.2000 r. 
Państwowa niegospodarność

Na ponad 117 mln zł Ministerstwo Finansów ocenia skutki ubiegłorocznych podwyżek płac w tych przedsiębiorstwach państwowych i spółkach skarbu państwa, w których pogorszyła się sytuacja finansowa. Dane obejmują tylko trzy kwartały 1999 r., jednak już z nich wynika - zdaniem resortu - że należy koniecznie stworzyć ustawę regulującą wzrost płac w państwowych firmach i spółkach skarbu państwa. (...) Z przygotowanej przez resort finansów analizy wynika, że największe skutki finansowe przekroczenia dopuszczalnego wskaźnika podwyżek występują u przedsiębiorców nadzorowanych przez ministrów (109,9 mln zł za trzy kwartały ub. r.), w tym przez ministra skarbu - 92 mln zł. (...)
Za artykułem z dziennika "Rzeczpospolita"



16.01.2000 r. 
Co najmniej sześciu posłów do wymiany

Ilu parlamentarzystów bezprawnie sprawuje mandat? Według informacji zebranych przez reporterów "Rzeczpospolitej" co najmniej sześciu. Niedawno Trybunał Konstytucyjny stwierdził że pełnienia funkcji w zarządach miast na prawach powiatu nie można łączyć z mandatem posła bądź senatora. A wspomniani parlamentarzyści te funkcje łączą. Problemy, jakie się z tym mogą wiązać, są dość trudne do wyobrażenia. Nie wiadomo chociażby, czy uchwały Sejmu i Senatu, przyjęte również ich głosami, są ważne.
Dotychczas głośno było o dwóch senatorach niezależnych - Bogdanie Zdrojewskim, prezydencie Wrocławia, i senatorze Marianie Jurczyku, prezydencie Szczecina. Zdrojewski zrezygnował z mandatu, zaś Jurczyk czeka na wyjaśnienie całej sprawy.
Z naszych informacji wynika jednak, że w podobnej sytuacji znalazło się co najmniej czterech parlamentarzystów - dwóch z AWS i dwóch z SLD: - Edmund Sroka, poseł AWS i prezydent Rudy Śląskiej, - Wojciech Frank, również poseł Akcji, członek zarządu miasta w Jastrzębiu Zdroju (Śląskie), - Ewa Janik, prezydent Częstochowy i posłanka SLD oraz - Tadeusz Jędrzejczak, jej klubowy kolega, prezydent Gorzowa Wielkopolskiego. W gruncie rzeczy, nie wiadomo jak wielu jest parlamentarzystów znajdujących się w podobnej sytuacji.
Sprawę do Trybunału Konstytucyjnego wniosła na początku ubiegłego roku marszałek Senatu Alicja Grześkowiak, wskazując, że przepisy ustawy o samorządzie powiatowym o łączeniu funkcji w zarządach  powiatów z mandatem posła bądź senatora są niejasne (...)".
Za dziennikiem "Rzeczpospolita"
Jak widac - pecunia non olet... Sprawdza się to powiedzenie zawsze i wszędzie: Koryto jest jedno - zmieniają się tylko Świnie... Będą nowe wybory - uzupełniające do Senatu.



16.01.2000 r. 
Za ile nas kupują - ciąg dalszy serialu UE a sprawa polska...

Ponad 10 mln zł na skorumpowanie nas, byśmy uwierzyli w dobrodziejstwa socjalizmu Unii Europejskiej, przeznaczył Urząd Komitetu Integracji Europejskiej. Ciągle objawiają się nowe "organizacje pozarządowe" o entuzjastycznym nastawieniu do wprzęgnięcia Polski do nowego kołchozu...
"Spadek poparcia dla integracji z UE wynika z obaw przed zwiększoną konkurencją, przewidywanym wzrostem bezrobocia i łączeniem członkostwa w Unii z "pozbywaniem się suwerenności" - uważa p.o. szefa UKIE Paweł Samecki.
Samecki przedstawił w piątek uczestnikom Forum Proeuropejskich Organizacji Młodzieżowych założenia rządowego Programu Informowania Społeczeństwa o integracji z UE na 2000 rok. Na realizację PIS w tym roku Urząd Komitetu Integracji Europejskiej przeznaczy 10 mln 690 tys. zł. W przyjętym stanowisku Forum zadeklarowało swoją pomoc w przeprowadzeniu ogólnonarodowej kampanii na rzecz przystąpienia Polski do UE". Za ile??? "Forum Proeuropejskich Organizacji Młodzieżowych powstało w czerwcu 1998 roku. Jego utworzenie popierał Aleksander Kwaśniewski. W Forum uczestniczą przedstawiciele kilkudziesięciu organizacji z całego kraju, zajmujących się promowaniem idei integracji europejskiej"
Za "Dziennikiem Internetowym" PAP.



16.01.2000 r. 
Będzie wniosek w sprawie referendum o reprywatyzacji lasów

Półtora miliona podpisów zebrano pod obywatelskim wnioskiem o przeprowadzenie powszechnego referendum w sprawie przyszłości lasów państwowych w Polsce - powiedział dyrektor generalny Lasów Państwowych Konrad Tomaszewski.
"Wniosek dotyczący przede wszystkim reprywatyzacji lasów ma trafić do marszałka Sejmu 20 stycznia" - poinformował w piątek w Szczecinie Tomaszewski.
Rządowy projekt ustawy reprywatyzacyjnej przewiduje m.in. utworzenie na bazie Lasów Państwowych spółki akcyjnej. Część jej zasobów leśnych mogłaby być użyta na potrzeby reprywatyzacji. Według leśników, reprywatyzacji podlegałby 1 mln ha lasów na 8 mln ha ogółu lasów. Leśnicy są temu przeciwni.
W proponowanym przez leśników referendum obywatele mieliby m.in. odpowiedzieć czy są za zwrotem lasów w naturze i czy chcą zmiany dotychczasowej, państwowej struktury zarządzania zasobami leśnymi.
Z "Dziennikiem Internetowym" PAP
Socjalizm wśród PAŃSTWOWYCH urzędników - jak widać - trzyma się mocno...



14.01.2000 r. 
WYROK

Dwa dożywocia za morderstwo na zlecenie

Dwie kary dożywotniego więzienia oraz 25 i 10 lat pozbawienia wolności wymierzył wczoraj koszaliński Sąd Okręgowy czterem
sprawcom zabójstwa na zlecenie.
Z 12 na 13 listopada 1997 r. w kołobrzeskim barze Multipub zastrzelono jego właściciela 22-letniego Krzysztofa Cz. oraz jego kolegę 25-letniego Mateusza P. Prokuratura zatrzymała trzech sprawców i stwierdziła, że działali na zlecenie Tomasza H., dystrybutora narkotyków, któremu Krzysztof Cz. był winny pieniądze (Tomasz H. podejrzewał także, że Krzysztof Cz. donosi na niego policji).
Egzekucję wykonali Andrzej S. i Sebastian M. Dariusz P. stał na czatach. Zleceniodawca i dostarczyciel broni Tomasz H. zacierał później ślady. Został zatrzymany przez policję trzy miesiące później; w kieszeni miał lufę od pistoletu, z którego padły strzały.
Adwokaci trzech oskarżonych prosili o uniewinnienie, obrońca Sebastiana M. o sprawiedliwy wyrok. Z kolei prokurator zażądał dla trójki dożywocia, a dla Dariusza P. 15 lat.
Sąd zadecydował, że dożywotnie więzienie należy się zleceniodawcy zabójstwa Tomaszowi H. i jednemu z egzekutorów Sebastianowi M. Andrzej S. otrzymał 25 lat więzienia oraz 10 lat pozbawienia praw publicznych, a Dariusz P. odpowiednio 10 i 5 lat.
Sąd ukarał dodatkowo Sebastiana M. i Tomasza H. 28 dniami aresztu w odosobnionej celi za naruszenie porządku podczas ogłaszania wyroku. Obydwaj ubliżyli sądowi, m.in. słowami "nie zlustrowane, komunistyczne mumie".
Wyroki nie są prawomocne".
Michał Stankiewicz
Artykuł z dziennika "Rzeczpospolita"



14.01.2000 r. 
Imperium prywatno-państwowe

Cztery lata temu, kiedy o Piotrze Bykowskim było najgłośniej, szacowano, że jego holding tworzy kilkanaście firm i zatrudnia ponad dwa tysiące osób. Wszystkie firmy holdingu przenikają się kapitałowo, mają tych samych - zamieniających się miejscami - prezesów i podobne rady nadzorcze. Większość powstała z inicjatywy Piotra Bykowskiego i jest przez niego zarządzana, choć nie zawsze jego nazwisko znajduje się w oficjalnych dokumentach.
Piotr Bykowski ma 45 lat. Pochodzi z miasteczka Oborniki Wielkopolskie.
W czasie studiów na Akademii Rolniczej w Poznaniu wstąpił do Socjalistycznego Związku Studentów Polskich, później - do Związku Socjalistycznej Młodzieży Polskiej. Po latach koledzy z ZSMP znaleźli pracę w jego firmach.
Po studiach miał propozycję pracy na uczelni, jednak zatrudnił się w Wojewódzkim Związku Rolniczych Spółdzielni Produkcyjnych, a później w Zarządzie Wojewódzkim Związku Socjalistycznej Młodzieży Polskiej. Przez dwa lata był sekretarzem do spraw młodzieży wiejskiej. Już na studiach wstąpił do PZPR. W 1982 roku dostał nawet propozycję etatu w partii, jednak z niej nie skorzystał. Z PZPR wypisał się w 1983 r.

Na początku był Pinus

Biznes zaczął w 1981 r. Kupił ziemię w Kamińsku koło Poznania. Dwa lata później, wraz z kolegami ze studiów i ZSMP, założył spółdzielnię Gryf, przemianowaną później na Pinus. Zajęli się projektowaniem, stolarką i budownictwem.
Po raz pierwszy o Bykowskim zrobiło się głośno pod koniec lat 80., a to za sprawą Drewbudu, który miał budować tanie drewniane domy finansowane nisko oprocentowanym kredytem.
Tu po raz pierwszy Bykowski starał się wyciągnąć pieniądze od przeciętnego Kowalskiego. Ten wątek w jego działaniach miał się pojawić jeszcze nie raz.
Partia chciała się zaangażować kapitałowo w Drewbud, ale do tego nie doszło. Bykowski otrzymał za to gwarancje rządu Rakowskiego na kredyty dla osób chcących budować z Drewbudem (spłaty miały być rozłożone na 40 lat, obejmować 90 proc. kosztów budowy, oprocentowanie wynosiło 6 proc. rocznie).
Przedsięwzięcie, jak wiele innych w owym czasie, przegrało z reformami wprowadzanymi przez rząd Mazowieckiego. W październiku 1989 roku Sejm zdecydował o urynkowieniu gospodarki mieszkaniowej. Kredyty podrożały niemal dwudziestokrotnie. Za dom Drewbudu zamiast 18 mln zł trzeba było zapłacić ponad 100 mln zł.

Nowa firma, stare pieniądze

Klęska Drewbudu otworzyła drogę do kolejnego przedsięwzięcia Bykowskiego - Invest-Banku. Do Invest-Banku trafiły zresztą pieniądze Drewbudu: kilkudziesięciu akcjonariuszy-założycieli Invest-Banku dostało z Drewbudu pożyczki, a uzyskane w ten sposób pieniądze wnieśli jako kapitał do nowej firmy Bykowskiego. Wśród założycieli znalazł się m.in. Wacław Niewiarowski, minister przemysłu w rządzie Hanny Suchockiej, wtedy jeszcze wojewoda gorzowski. W banku zaczęli pracować m.in. sekretarze byłej PZPR.
Ponieważ większość klientów Invest-Banku zaciągała kredyt na zakup samochodu, Bykowski wymyślił Polskie Towarzystwo Samochodowe - spółdzielnię, do której trzeba było przystąpić, żeby dostać kredyt na samochód.
PTS to pierwsza firma Bykowskiego, która z założenia zatrudniała polityków. W pierwszej radzie nadzorczej PTS zasiadło trzech: Andrzej Podsiadło - sekretarz stanu w Ministerstwie Finansów, Zdzisław Miedziarek - sekretarz stanu w Ministerstwie Przemysłu, i Marek Pol - poseł Unii Pracy, minister przemysłu. Bykowski tak to tłumaczył "Gazecie Wyborczej": - Zanim weszli do PTS, wcześniej zarządzali państwem, więc uznałem, że potrafią także zarządzać bardzo dużą organizacją biznesową. Skoro w radzie nadzorczej PTS zasiadał polityk, to było wiadomo, że to uczciwa firma, która nie będzie robić przekrętów.

Najbliżej mu do PSL

W tym samym 1991 roku Bykowski po raz kolejny wymyślił, jak wyciągnąć pieniądze od szarych ciułaczy. Według wyliczeń Ministerstwa Finansów, Polacy mieli wtedy w "skarpetkach" od 6 do 8 miliardów dolarów.
W tym okresie konkurencja nie oferowała lokat dewizowych poniżej 1 tys. dolarów, a oszczędności przeciętnej rodziny wynosiły ok. kilkuset dolarów. Bykowski miał dla nich propozycję: wpłaćcie do mego banku 100 dolarów lub 200 marek.
Ponieważ Invest-Bank nie miał zezwolenia na obrót dewizami - Bykowski kupił Bank Staropolski, który takie zezwolenie miał. Jednak nie był zadowolony - udało mu się zebrać zaledwie kilkanaście milionów dolarów.
W pierwszej radzie nadzorczej Banku Staropolskiego zasiadł m.in. związany z "Solidarnością" Aleksander Paszyński, wcześniej minister budownictwa w rządzie Mazowieckiego, który poprzednio zaangażował się w ideę Drewbudu.
Bykowski obnosi się jednak raczej ze znajomościami z drugiej strony sceny politycznej: Kwaśniewski, Kołodko, Oleksy, Sekuła. Najbliżej mu do PSL. Dzięki wstawiennictwu Lesława Podkańskiego, byłego ministra współpracy gospodarczej z zagranicą, został doradcą premiera Pawlaka. Twierdził nawet, że miał propozycje ministerialne.

Bykowski wymyślił, Buchacz podpisał

Bykowski uważany jest za współtwórcę imperium finansowego na bazie państwowo-prywatnego kapitału, czyli dawnej Agencji Rozwoju Gospodarczego (obecna nazwa: Polski Fundusz Gwarancyjny - PFG) i spółek z nią powiązanych.
Poznański biznesmen był blisko związany z dwoma kolejnymi ministrami współpracy gospodarczej z zagranicą - wspomnianym już Lesławem Podkańskim (to jego decyzje doprowadziły do utworzenia Agencji Rozwoju Gospodarczego) i Jackiem Buchaczem (którego podpisy widnieją na dokumentach zezwalających na utworzenie dzisiejszych powiązań PFG z Chemią Polską i Międzynarodową Korporacją Gwarancyjną). Skarb państwa od trzech lat próbuje wycofać swoje udziały z tego trójkąta i odzyskać 200 mln złotych - bezskutecznie. Każdy z tych pomysłów, mimo że nie sygnowany nazwiskiem Bykowski, jest z nim łączony.
W pewnym momencie nawet Polski Fundusz Gwarancyjny, czyli spółka powstała na bazie państwowego majątku, kupił 94 proc. akcji Banku Staropolskiego, kontrolowanego przez spółki należące do Piotra Bykowskiego. - Sprzedaż tego banku nie była sprawą łatwą - wyjaśniał "Rz" Wiesław Grad, prezes PFG. - Ostatecznie podstawiony pod ścianą Bykowski odkupił od PFG, poprzez swoje spółki, udziały w Banku Staropolskim - wspominał prezes Grad. Nie ujawnił jednak, jaka była wartość transakcji i czy zyskał na niej poznański biznesmen czy skarb państwa.
W MWGzZ powstawały różne koncepcje państwowo-prywatnych powiązań. Ich oficjalnym celem było powstanie systemu poręczeniowo-gwarancyjnego, mającego służyć wsparciu polskiego eksportu na wschód. Prawie za każdym razem udziałowcem systemu miała być któraś z firm Piotra Bykowskiego. Na przykład w 1995 roku powstał, jako spółdzielnia, Fundusz Poręczeń
Inwestycyjno-Eksportowych. Założyły go właśnie Bank Staropolski, Polisa oraz Agencja Rozwoju Gospodarczego. Do utworzenia tego funduszu doszło mimo wyraźnej dyspozycji rządu zakazującej szefowi MWGzZ, Jackowi Buchaczowi, dysponowania państwowym majątkiem. Złamanie zakazu prawdopodobnie stało się jedną z przyczyn odwołania Jacka Buchacza ze stanowiska ministra przez premiera Włodzimierza Cimoszewicza. Później były minister trafił do rady nadzorczej Banku Staropolskiego.
Aleksandra Biały Andrzej Stankiewicz (...)
Fragment opracowania dziennika "Rzeczpospolita" na temat afery Banku Staropolskiego



12.01.2000 r. 
Braun : Olbrzymie odprawy dla członków zarządu PR SA to skandal

Wysokość odpraw dla odwołanych członków zarządu Polskiego Radia to skandal - oświadczył przewodniczący Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji Juliusz Braun.
Braun powiedział we wtorek dziennikarzom, że odwołany prezes PR SA Stanisław Popiołek i jego zastępca Henryk Cichecki mają dostać po blisko 500 tys. złotych. ("Gazeta Wyborcza", która ujawniła sprawę, pisała o nieco niższych sumach - przyp. PAP)
"Wysokość odpraw i forma kontraktów budzą poważne wątpliwości. Tym bardziej, że radio publiczne jest zadłużone a obydwaj prezesi złożyli dymisje" - powiedział Braun. Na wtorkowym posiedzeniu KRRiT postanowiła, na wniosek Marka Jurka, zwrócić się do ministra skarbu o "wyjaśnienie kwestii patologicznego mechanizmu chroniącego stanowiska członków władz mediów publicznych".
Za "Dziennikiem Internetowym" PAP
14.01.2000 r.
Minister ma ustalać kontrakty władz publicznych mediów

Minister Emil Wąsacz zdecydował, że w spółkach skarbu państwa wysokość kontraktów członków zarządów zależeć będzie od Walnego Zgromadzenia Akcjonariuszy lub Wspólników. Oznacza to zmianę statutów tych spółek.
Minister skarbu Emil Wąsacz podjął taką decyzję po prasowych informacjach  na temat wysokich zarobków i odpraw członków zarządu spółek Skarbu Państwa, w tym Polskiego Radia i Telewizji Polskiej - poinformowała PAP w czwartek rzeczniczka resortu Beata Jarosz (...). Prasa donosiła, że liderzy AWS i PSL porozumieli się w sprawie ubiegłotygodniowego odwołania członków zarządu radia publicznego Stanisława Popiołka i Henryka Cicheckiego, związanych z PSL. Według tych doniesień, za poparcie wyboru Ryszarda Miazka (również z PSL) na prezesa Polskiego Radia przez członków rady nadzorczej reprezentujących AWS ludowcy mieli poprzeć kandydata Akcji na prezesa Instytutu Pamięci Narodowej".
Za "Dziennikiem Internetowym" PAP



17.01.2000 r. 
SAMORZĄD

Kryzys w zachodnio-pomorskim SLD

Propozycję nowego składu władz samorządowych województwa ogłosił wczoraj zachodniopomorski Sojusz Lewicy Demokratycznej.
Zbigniewa Zychowicza na stanowisku marszałka województwa ma zastąpić burmistrz Barlinka Jerzy Faliński, a Jerzego Mokrzyckiego na fotelu przewodniczącego sejmiku Wojciech Długoborski, burmistrz Gryfina.
W Szczecinie już od ponad tygodnia mówiło się o kryzysie w monolitycznym dotąd Sojuszu. Pierwsze sygnały pojawiły się 8 stycznia, kiedy na posiedzeniu Rady Wojewódzkiej SLD swoją rezygnację z funkcji przewodniczącego Sojuszu zapowiedział senator Jerzy Mokrzycki, uznany przez Wydział Lustracyjny Sądu Apelacyjnego za lustracyjnego kłamcę.
Michał Stankiewicz
Za dziennikiem "Rzeczpospolita"



19.01.2000 r. 
Skompromitować Janowskiego
Kto następny?

- Niedzielna niedyspozycja posla Janowskiego - inicjatora odwołania ministra skarbu Emila Wąsacza, mogła być skutkiem podania mu substancji odurzających lub psychotropowych - dowiedziało się "Życie Warszawy". Potwierdzają to specjaliści.
Asystent posła Janowskiego, Maciej Czwarnog, od niedzieli - kiedy to jego szef podczas spotkania z wiejskimi związkowcami przedstawił żenuący spektakl skakania, tupania, całowania po rękach i bełkotania - uparcie zapewnia, że poseł nie jest chory psychicznie, tylko przechodził wyjątkowo ciężką grypę.
Popisy "zagrypionego" posła obejrzała na ekranach telewizorów cała Polska. Niektóre stacje relacjonowały zachowanie Janowskiego wyjątkowo długo i skrupulatnie.
Programy informacyjne oglądali również lekarze. "Życie Warszawy" dotarło do kilku specjalistów. Anonimowo, bo nie mogą przecież postawić diagnozy tylko na podstawie telewizyjnego przekazu, zaprzeczali wersji o grypie. I nie tylko.
- W takie skytki grypy nawet dziecko nie uwierzy. Alkohol? - Też nie - potwierdzali to zresztą później publicznie obecni na tym spotkaniu goście. Prędzej można mówić o chorobie psychicznej. Dla mnie poseł bez wątpienia zachowywal sią jednak, tak jak po zażyciu jakiejś substancji odurzającej - mówił jeden ze specjalistów.
- Po wszystkim Gabryś powtarzał, że jest zmęczony. Od razu połorzył się spać. A kiedy się obudził, nie pamiętał nic, jakby się mu film urwal - przyznał reporterom "Życia Warszawy" Stanisław Janowski, brat bliźniak posła.
Zdaniem lekarzy, właśnie takie objawy: "odlot", "urwanie filmu" są charakterystyczne dla działania substancji odurzającej. "Życie Warszawy" dotarło do informacji, że poseł trafił do szpitala psychiatrycznego przy ul. Sobieskiego w Warszawie.
Rodzina Gabriela Janowskiego tego jednak nie potwierdza, choć przyznaje, że "miał iść do szpitala, ale żona się nie zgodziła" Przyznają też, że poseł miał grypę, choć to na pewno nie ona była przyczyną niedzielnej "niedyspozycji".
- Gabriel miał w Sejmie lekarstwa przeciw grypie. Tam też wziął kilka tabletek. Musiał to czymś popijać, może mu czegoś do herbaty dosypali - zastanawia się szwagierka Janowskiego.
Komu jednak zależaloby na skompromitowaniu inicjatora odwołania ministra Wąsacza?
W sejmowych kuluarach komentują to tak:
- Przecież miał wrogów. Miał, ale już nie ma, bo jako wariat przestał się liczyć.
Grzegorz Matuszewski i Malgorzata Wozniak z "Kulis"
Artykuł z "Życia Warszawy" z dn. 19.01.2000 r.



19.01.2000 r. 
Socjalizm samorządowy ma się coraz lepiej

Kiedy koalicja AW"S-UW ogłaszała "reformę" samorządową - mówiliśmy, ze przyczyni się ona tylko do rozwoju w następnej dziedzinie życia polityczno-społecznego socjalizmu i biurokracji... Raport Najwyższej Izby Kontroli - potwierdził nasze przewidywania...
Super Express:
Nieźle sobie płacą

Wczoraj pisaliśmy, że samorządowcy sami ustalają sobie wysokie pensje, jak wynika z raportu Najwyższej Izby Kontroli. Dziś podajemy kolejne bulwersujące szczegóły
dotyczące ich zarobków.
Oprócz tego, że samorządowcy dużo zarabiają, wypłacają sobie nagrody sięgające nawet kilkunastu tysięcy złotych, a także wysokie dodatki do pensji.

500 procent dodatku
Kontrola NIK ujawniła, że działacze samorządów umiejętnie omijają przepisy. Jeden z nich mówi, że dodatek służbowy nie może przekroczyć 40 proc. ich pensji.
- Ale według innego przepisu dodatek można podnieść w "wyjątkowych przypadkach". 97 proc. kontrolowanych osób tak właśnie zrobiło. Np. dodatek funkcyjny prezydenta
Świnoujścia wynosił 507 proc. - mówi prezes NIK, Janusz Wojciechowski. - Ponad 500 proc. pensji to nie jest już dodatek - dodaje.
Samorządowcy hojnie przyznają też sobie nagrody. Na przykład burmistrz gminy Warszawa Ursynów dostał nagrodę półroczną w wysokości 26 180 zł.
- Często radni dostają nagrody wypłacane np. z okazji 3 Maja lub innych świąt państwowych lub z okazji Dnia Samorządowca - mówi prezes NIK.

Rzadkie wnioski o obniżkę
NIK zbadała 252 urzędy marszałkowskie, starostwa i gminy miejskie. Skontrolowano dochody ponad 900 osób. Tylko 72 osoby, w okresie gdy NIK prowadziła kontrolę (od stycznia
do czerwca 1999 roku), zarabiały mniej niż we wcześniejszym okresie. Zaledwie 35 osób złożyło wnioski, by obniżyć własne zarobki. Jednym z nich był prezydent Warszawy Paweł
Piskorski. Zmniejszył sobie pensję o 25 proc. z 21 tys. 103 zł do 15 924 zł.

Radni dostaną po kieszeni?
Radni i szefowie gmin i powiatów nie będą mogli już uchwalać sobie niebotycznych wynagrodzeń. Górny pułap ich dochodów określi minister spraw wewnętrznych i administracji.
Pensja radnego będzie zależała od ilości mieszkańców w gminie. Takie zapisy przewiduje projekt ustaw, regulujący zarobki działaczy samorządowych. Projekt jest w Sejmie.

Radni nie będą mogli brać pieniędzy dwukrotnie, np. za to, że są radnymi i jednocześnie pracują w administracji samorządowej. Będą musieli wybrać: diety czy pensja.

Ma więcej niż prezydent Polski
Marek Nawara (AWS), marszałek województwa małopolskiego, "wygrał" w rankingu na najlepiej zarabiającego samorządowca w Polsce. Zarabia 17 985 złotych brutto - wynika z
raportu Najwyższej Izby Kontroli. Przy panu marszałku blado wypada nawet prezydent Aleksander Kwaśniewski - dostaje 10 tysięcy zł.
- Zaczynam pracę o ósmej rano, kończę o 23. W weekendy też rzadko odpoczywam. Jeśliby podzielić moją pensję na liczbę przepracowanych godzin, to zarabiam średnio -
powiedział nam wczoraj marszałek.
Zapytaliśmy Marka Nawarę, czy nie myślał, aby co miesiąc część swojej pensji przeznaczyć np. na potrzeby jakiegoś domu dziecka.
- Ja często wspieram akcje charytatywne - powiedział. Marszałek jest przekonany, że swoje obowiązki wykonuje solidnie i z oddaniem. Nie ma więc skrupułów, że wysokością
swojego wynagrodzenia bije na głowę prezydenta RP. - Wiem, ile warta jest moja praca - mówi.
Marek Nawara ma 44 lata, jest kawalerem. Skończył krakowską Akademię Górniczo-Hutniczą, wydział: przeróbka plastyczna metali. Przez 8 lat był wójtem podkrakowskich
Zielonek. Od 21 listopada 1998 r. jest marszałkiem województwa małopolskiego.
O zarobkach warszawskich samorządowców czytaj w dziale ZE STOLICY
Zbigniew Nowicki
MJP ABU, KRAKÓW

"NIK

Kontrola samorządowych wynagrodzeń i diet

Reguła stała się wyjątkiem

Najwyższe samorządowe wynagrodzenie, do jakiego dotarła NIK podczas zeszłorocznej kontroli, wynosiło prawie 18 tysięcy złotych; tyle otrzymywał marszałek województwa
małopolskiego. Prawie 70 procent członków zarządów w objętych kontrolą województwach, powiatach i miastach zarabiało co miesiąc więcej niż 7 tysięcy złotych.
Najwyższa Izba Kontroli doszła do wniosku, że przy ustalaniu wynagrodzeń członków zarządów i diet "występują istotne nieprawidłowości", choć - jak przyznał prezes Janusz Wojciechowski - zazwyczaj nie kwestionowano legalności decyzji w tych sprawach. Samorządy wykorzystują "wadliwie skonstruowane przepisy", zwłaszcza przepis z rozporządzenia Rady Ministrów z 1990 roku, umożliwiający podwyższanie "w szczególnie uzasadnionych przypadkach" dodatku służbowego dla pracowników samorządowych.
Podczas kontroli okazało się, że mniej niż 4 procent członków zarządów miało dodatek służbowy w takiej wysokości, jaka według rozporządzenia powinna być regułą (najwyżej 40 procent wynagrodzenia zasadniczego z dodatkiem funkcyjnym). Dla wielu dodatek służbowy stawał się podstawowym źródłem dochodu. Skrajny przypadek to 507 procent, przyznane prezydentowi Świnoujścia. - Reguła stała się wyjątkiem - mówili podczas wtorkowej konferencji prasowej przedstawiciele NIK.
NIK przyjrzała się też dietom radnych. Zgodnie z prawem, radny  sejmiku województwa może dostać miesięcznie najwyżej równowartość trzech najniższych wynagrodzeń, a radny powiatowy - dwóch. W większości jednostek te zasady są przestrzegane. W gminach diety radnych nie są ograniczone, a dysproporcje - ogromne. Najwyższa dieta wypłacona w czerwcu 1999 - prawie dziesięciotysięczna - przypadła przewodniczącemu Rady Gminy Warszawa Centrum.
Święta państwowe (na przykład rocznica uchwalenia Konstytucji 3 maja) i lokalne lub dobra ocena wykonania budżetu - to według ustaleń NIK najczęstsze okazje do przyznawania nagród uznaniowych członkom zarządów. Najwyższe w pierwszym półroczu zeszłego roku dostali: burmistrz warszawskiego Ursynowa (26 tysięcy zł), prezydent Głogowa (25 tysięcy) i burmistrz gminy Warszawa Białołęka (25 tysięcy)(...)".
Artykuł z dziennika "Rzeczpospolita"

"Samorządy na kasie
Najwyższa Izba Kontroli upubliczniła wczoraj raport "O wynikach kontroli wynagrodzeń członków zarządów i diet radnych jednostek samorządu terytorialnego". Raport NIK potwierdza to, o czym wielokrotnie pisaliśmy. - Opinia publiczna jest oburzona, że działacze samorządów terytorialnych przyznają sobie ogromne pensje i diety - mówił wczoraj rzecznik prasowy NIK Przemysław Szustakiewicz.

Sposób na pieniądze
NIK skontrolował 252 samorządy i przeanalizował wynagrodzenia 943 członków ich zarządów (stan do połowy 1999 r.).
Te drugie były znacznie zróżnicowane (NIK podał je brutto):
- w urzędach marszałkowskich: najniższe wynosiło od 7 tys. 77 zł (członek zarządu województwa lubuskiego) do 17 tys. 985 zł (marszałek województwa małopolskiego);
- w starostwach: od 923 zł (członek zarządu powiatu piaseczyńskiego) do 14 tys. 868 zł (starosta powiatu warszawskiego);
- w urzędach miast pełniących funkcje powiatu: od 941 zł (członek zarządu miasta Ruda Śląska) do 17 tys. zł (prezydent Wrocławia);
- w gminach miejskich: najniższe 2 tys. 441 zł (członek zarządu Starachowic) do 15 tys. 924 zł (prezydent miasta stołecznego Warszawy).
Z danych NIK wynika, że wynagrodzenie 67 proc. członków zarządu przekracza 7 tys. zł. Dla porównania: średnie miesięczne wynagrodzenie wojewodów i wicewojewodów (z 20-letnim stażem pracy) to odpowiednio 9 tys. zł i 8,3 tys. zł.
Wobec tego NIK twierdzi, że należałoby uzależnić wysokość wynagrodzeń członków zarządów "od stopnia trudności wykonywanych zadań", czyli np. od liczby mieszkańców. Jako przykład NIK podał wynagrodzenia burmistrzów miast o podobnej liczbie mieszkańców: Czeladź - 12,3 tys. zł, Zgorzelec - 9,8 tys. zł, Mińsk Mazowiecki - 6,5 tys. zł.
Jak dochodzi do tego, że wynagrodzenia są tak zróżnicowane?

Metoda pierwsza: na dodatek
Z raportu wynika, że tzw. dodatek służbowy stał się dominującą częścią pensji samorządowca. Np. najwyższy dodatek dostał marszałek województwa małopolskiego (14,1 tys. zł, a cała pensja - 17,9 tys. zł), a najniższy - 79 zł (członek zarządu powiatu białostockiego).
Jak to możliwe? Maksymalnie taki bonus to 40 proc. wynagrodzenia. Jest jednak furtka, która pozwala to ominąć. W rozporządzeniu jest bowiem zapis o "szczególnie uzasadnionych przypadkach" przyznawania dodatków. Z ustaleń NIK widać, że w samorządach istnieje nadzwyczajna ich obfitość: aż 96,4 proc. zarządów stosuje tę furtkę: urzędnicy dostają dodatek "za rozmiary i charakter zadań", "za rosnący poziom inflacji", "za ograniczenie możliwości dodatkowego zatrudnienia" - pisze NIK.
Naruszeń prawa NIK dopatrzył się w Żywcu: tamtejszy sekretarz zarządu dał najwyższym urzędnikom po 100 zł dodatku... "na ubezpieczenie".

Metoda druga: nagroda
Nagrody w samorządach to zjawisko powszechne. Np. w Warszawie pracownicy dostają je dwa-trzy razy w roku. Najwyższe sięgają jednorazowo nawet 5 tys. zł. Powody ich wypłacania są różne: dzień samorządowca, pozytywne wykonanie budżetu czy święta państwowe. Np. burmistrz stołecznej gminy Ursynów Stanisław Faliński (UW) - na wniosek swoich trzech zastępców - dostał w sumie 26,2 tys. zł z okazji Dnia Samorządowca, piątej rocznicy powstania urzędu i święta Warszawy. Uzasadnienie: "burmistrz niezwykle aktywną działalnością stworzył mocną podbudowę do powstania, a obecnie niezwykle sprawnego funkcjonowania urzędu". Sami wnioskodawcy dostali mniej: po 22 tys. zł.
Innymi rekordzistami są burmistrz stołecznej Białołęki (nagroda ponad 25 tys. zł) i jego zastępcy (po 21 tys. zł); powód: pięciolecie gminy i rocznica uchwalenia Konstytucji 3 maja. Także prezydent Głogowa dostał równe 25 tys. zł (zastępcy po 21 tys. zł).
Z kolei w Gdańsku prezydenta postanowił wynagrodzić wiceprezydent. Sutą nagrodę uzasadniał "przewidywanymi oszczędnościami funduszu płac za pierwsze półrocze 1999 r.". Prezydent zrewanżował się swoim zastępcom tym samym.
NIK wobec tego zarzuca, że właśnie nagrody są przyznawane na podstawie niejasnych i zupełnie uznaniowych kryteriów.

Metoda trzecia: na diety
NIK kilka razy podkreśla, że wynagrodzenia członków zarządów i diety radnych w większości ustalano zgodnie z prawem. NIK postuluje jednak, aby zasady przyznawania diet były jednolite. Tymczasem dziś radni gmin, czyli najniższego szczebla samorządu, w praktyce nie są ograniczani. Np. w Warszawie diety wynoszą nawet 6 tys. zł.
Z kolei diety radnych powiatu mogą być dwa razy wyższe od najniższej płacy w kraju. Warszawscy radni powiatu znaleźli sposób: ustalili sobie wysokie ryczałty - 1,1 tys. zł miesięcznie - na podróże służbowe.

Metoda czwarta: na aktywność
Jest to możliwe jedynie w Warszawie. Tu funkcjonują obok siebie cztery samorządowe szczeble: dzielnica, gmina, powiat i rada miasta. Wprawdzie ustawa nie pozwala być urzędnikiem i radnym w tej samej gminie, ale przy stołecznej obfitości urzędów (jest ich aż 20) można bez trudu łączyć mandat z funkcją w samorządowej administracji. W warszawskich radach sporo jest takich radnych-urzędników. Z naszych informacji wynika, że jednym z najbardziej zapracowanych jest Stanisław Rojek (AWS-PC), wiceprezydent Warszawy, radny dzielnicy Ochota, gminy Centrum, przewodniczący komisji gospodarki. Jako prezydent zarabia 12,4 tys. zł brutto, jako aktywny radny - 5-6 tys. zł. W kuluarach mówi się, że dzięki łączeniu funkcji jego zarobki przekraczają 20 tys. zł brutto.
- Ile pan zarabia? - zapytaliśmy Rojka. - Dokładnie nie wiem, bo to kwestia podatku od podatku - mówi tajemniczo. W końcu stwierdził, że "na rękę" ma 9 tys. zł: - Zarabiam je uczciwie i nie wstydzę się. Bo wstyd to kraść i kłamać.
Pytamy, co sądzi o ustawowym ograniczeniu płac samorządowców. - Nie będę tego precyzował. Chciałbym tylko, by posłów zajęły również płace w zadłużonych spółkach skarbu państwa - mówi Rojek. - Przecież pracujemy uczciwie, oddajemy do państwowej kasy podatki. Jako samorząd mamy dochody. A gmina płaci nam za pracę z własnego budżetu. Wielu kolegom mandat zastąpił pracę zawodową, z której zrezygnowali. Żyją tylko z diet. Żeby pracowali w spokoju, muszą zarobić na rodzinę.
Mówi, że nie jest rekordzistą ani wyjątkiem wśród kolegów z warszawskiej rady Centrum.

Sztywny limit?
NIK postuluje, by uzależnić samorządowe wynagrodzenia m.in. od wielkości danej gminy czy powiatu. Zdaniem NIK chodzi o to, by wynagrodzenie marszałka województwa małopolskiego (liczy 3,2 mln mieszkańców) nie było wyższe o 5 tys. zł od zarobków marszałka pięciomilionowego województwa mazowieckiego.
Sejm pracuje nad projektem ustawy, która ograniczałaby dochody samorządowców. Powołano w tym celu specjalną komisję. - Najpiew było pięć projektów ograniczenia płac. Na razie przeszła koncepcja AWS, ustalająca maksymalne limity wynagrodzeń. Jeśli Sejm przyjmie takie rozwiązanie, wówczas maksymalne wynagrodzenie marszałka i prezydenta Warszawy nie będzie mogło być wyższe niż 9 tys. zł. Dieta radnego nie będzie mogła przekroczyć trzech najniższych pensji, czyli dziś ok. 2 tys. zł - twierdzi poseł Maciej Poręba (SLD).
Jego zdaniem takie rozwiązanie ma wadę, bo ustala sztywne limity wynagrodzeń, a jakakolwiek zmiana górnej granicy - np. z powodu inflacji - każdorazowo wymagałaby zmiany ustawy.
Inni posłowie obawiają się, że sztywne ograniczenie płac spowoduje zaskarżenie tych przepisów do Trybunału Konstytucyjnego. Bo gminy mają zagwarantowaną w konstytucji autonomię w sprawach budżetowych, a więc też płacowych.

Tylko nie przesadzajmy
- Nie popadajmy w populizm. Zarobki samorządowców są wysokie w porównaniu z pensjami w sferze budżetowej, ale przecież prezydent miasta zarabia wciąż mniej niż prezes byle jakiej spółeczki. Koszty utrzymania są przecież różne w różnych miejscach kraju, a w Warszawie najwyższe. Jak będę musiał ograniczyć pensje w swoim urzędzie do średniej krajowej, to po prostu pozbędę się najlepszych pracowników: geodetów, architektów, prawników - uważa Piotr Fogler (UW), dyrektor warszawskiej dzielnicy Wola.

- Odgórne ograniczenia nie są najlepszym rozwiązaniem. Lepiej byłoby wprowadzić zasadę każdorazowego upubliczniania wszystkich samorządowych pensji i diet, np. na wiszącej w urzędzie gablocie czy w prasie lokalnej - mówi prof. Jerzy Regulski, specjalista ds. samorządu.
JAN FUSIECKI, IWONA SZPALA, JACH".
Artykuł z dziennika "Gazeta Wyborcza"



19.01.2000 r. 
Żeby odwołać ministra, potrzeba 231 głosów

Powtórka z Wąsacza

Na rozpoczynającym się dziś posiedzeniu Sejm rozpatrzy wniosek 74 posłów AWS o wyrażenie wotum nieufności ministrowi skarbu państwa Emilowi Wąsaczowi. Do debaty na
ten temat dojdzie najprawdopodobniej w sobotę, a nie, jak pierwotnie planowano, w czwartek. Wiąże się to z wizytą premiera w Portugalii w tym terminie.
W środę wniosek trafi pod obrady Komisji Skarbu Państwa, Uwłaszczenia i Prywatyzacji, której przewodniczącym jest jeden z jego głównych sygnatariuszy, poseł Tomasz Wójcik (AWS). Komisja sformułuje opinię na ten temat dla Sejmu. Tego samego dnia zajmie się też projektem ustawy uwłaszczeniowej, której autorzy są głównymi promotorami wniosku przeciw ministrowi Wąsaczowi. Uważają oni, że jego polityka uniemożliwia realizację ich inicjatywy. Komisja ma na tym posiedzeniu finalizować prace nad ustawą uwłaszczeniową. Rozważy też trzy ekspertyzy dotyczące projektu tej ustawy, dwie zdecydowanie negatywne i jedną pozytywną.

Do sześciu razy sztuka
Dotychczas żaden z 5 wniosków o wotum nieufności wobec któregoś z ministrów rządu AWS - UW nie uzyskał wymaganej większości 231 głosów.
Tym razem sytuacja jest nieco inna. Autorami wniosku są zbuntowani posłowie koalicji, których opozycja gotowa jest ochoczo w tej sprawie poprzeć.
Zarówno jednak w kręgach opozycji, jak i koalicji zaczyna dominować przekonanie, że i tym razem sprawa skończy się niczym. Po bezskutecznych usiłowaniach kierownictwa Klubu AWS, aby autorzy wniosku wycofali go, co i tak okazało się niemożliwe z powodów regulaminowych, w klubie powoli zaczęto przywracać dyscyplinę. Za jej złamanie mają grozić ostre sankcje. Już tylko kilku, a najwyżej kilkunastu podpisanych pod wnioskiem posłów zapowiada konsekwentnie, że niezależnie od tego, co by ich miało spotkać, zdania nie zmienią.
Z sejmowej arytmetyki wynika jednak, iż może się to okazać za mało, aby wniosek przeszedł. Koalicja nie musi się przy tym obawiać o frekwencję. W sprawie wotum istotne są bowiem głosy za jego przyjęciem, nie zaś wyrażające sprzeciw, czy też tych posłów, którzy zamierzają się wstrzymać od głosowania. Trzeba po prostu uzyskać poparcie większości członków izby. W tej sytuacji uchwała AWS wprowadzająca dyscyplinę w głosowaniu przeciw wetu wydaje się przesadzona. Wystarczy przecież, że sygnatariusze wniosku
wstrzymają się od głosu bądź nie wezmą udziału w głosowaniu, co byłoby jednak rozwiązaniem mniej eleganckim.

Stare zarzuty
Autorzy wniosku zarzucają ministrowi Wąsaczowi brak spójnej koncepcji prywatyzacji. Wytykają mu błędy, jakie popełnił przy prywatyzowaniu Domów Towarowych Centrum, mieszkań zakładowych. Szczególnie mają mu za złe forsowanie wyprzedaży polskich banków kapitałowi zagranicznemu. Za niejasną uważają koncepcję nadzoru właścicielskiego nad powierzonym ministrowi majątkiem skarbu państwa. Zarzucają także brak właściwego nadzoru nad NFI. Posłów bardzo boli arogancki, ich zdaniem, stosunek ministra do gremiów sejmowych i brak chęci współpracy z nimi.
Nie są to zarzuty nowe. Już raz stawiali je ministrowi Wąsaczowi posłowie opozycji, domagając się jego odwołania. Pod wnioskiem o wotum nieufności w grudniu 1998 r. znalazły się podpisy 96 posłów z PSL, ROP, KPN-OP i SLD. Koalicja stanęła jednak wówczas za ministrem murem.
Tym razem posłowie koalicyjni dopisali nowe pretensje i być może odegrały one rolę kropli przepełniającej czarę goryczy. Zwolennicy powszechnego uwłaszczenia zjednoczyli się mianowicie ze zwolennikami prywatyzowania polskiego przemysłu cukrowniczego nie za pomocą kapitału zagranicznego, ale z udziałem polskich plantatorów buraków. Nie mogli też wybaczyć Wąsaczowi, że, ich zdaniem, preferuje obcy kapitał, a nie polskich rolników, przy udostępnianiu ziemi z zasobów skarbu państwa.

Po co ten spektakl
W ten sam sposób, jak sprawa wotum nieufności wobec ministra Wąsacza w 1998 r., zakończyło się procedowanie nad pozostałymi czterema wnioskami. W maju 1998 r. koalicja stanęła zdecydowanie w obronie minister sprawiedliwości Hanny Suchockiej, której autorzy opozycyjnego wniosku zarzucali brak obiektywizmu politycznego i wywieranie nacisków na prokuratorów. Obronił się też minister  edukacji narodowej Mirosław Handke, którego kompetencje opozycja starała się zakwestionować tuż przed startem reformy oświatowej. Koalicja wybroniła też w styczniu 1999 r. ministra zdrowia Wojciecha Maksymowicza, którego obarczano winą za złe przygotowanie reformy ochrony zdrowia. Zaraz potem premier
rozstał się jednak z tym ministrem.
Z przewagą ponad 50 głosów wyszedł z Sejmu po głosowaniu nad wotum nieufności w marcu 1999 r. minister finansów Leszek Balcerowicz. Uzasadniając wniosek o wotum nieufności, Jarosław Kalinowski (PSL) próbował wtedy dowieść, że polityka schładzania gospodarki była kardynalnym błędem, a on i jego partyjni koledzy lepiej znają się na ekonomii.

Browar i salami
Choć w dyskusjach nad wotum nieufności biorą udział tylko mówcy występujący w imieniu kół i klubów, a w myśl regulaminu po tych wystąpieniach głos może zabrać jedynie premier, są to zazwyczaj debaty mało merytoryczne, noszące raczej charakter nagonki politycznej. Niektórzy obserwatorzy określają to mianem "bicia piany". Stanowi to oczywiście jakąś możliwość krytyki rządu i prowadzonej przezeń polityki. W ostatecznym rachunku liczą się jednak nie argumenty merytoryczne, lecz liczba głosów.
Dzieje się tak dlatego, że instytucja wotum nieufności nie przystaje raczej do zawartego w konstytucji systemu ustrojowego i znalazła się  w nim dość przypadkowo. Konstytucja wzmocniła bowiem premiera i wprowadziła zasadę solidarnej odpowiedzialności Rady Ministrów. Wszystkie zawarte w konstytucji procedury powoływania i odwoływania ministrów kluczową rolę w tym akcie przyznają premierowi. Podobnie rzecz się ma w innych państwach demokratycznych o zbliżonym do naszego ustroju. Jeśli nawet w Wielkiej Brytanii spotyka się instytucje wotum nieufności wobec ministra, to jednak jego przyjęcie oznacza dymisję całego rządu.
U nas wyłomem od tej zasady jest właśnie instytucja wotum nieufności wobec ministra. Przyjęto ją w konstytucji na wniosek posłów PSL i UP, którzy w ten sposób przygotowywali sobie bicz boży zwłaszcza na ministrów prywatyzacji, do której mieli i mają dość specyficzny stosunek. Było to jakąś ceną za kompromis konstytucyjny. Zwolennicy tej instytucji z trudem godzili się bowiem z tym, żeby, inaczej niż w PRL, Sejm miał ograniczony wpływ na kształt rządu. Z rezerwą traktowali instytucję konstruktywnego wotum nieufności pozwalającą na sprawną wymianę całej ekipy rządowej. Argumentowali przy tym, "po co nam kupować browar, jeśli chcemy tylko napić się piwa". W ten sposób w konstytucji
znalazła się instytucja, którą w dyskusji konstytucyjnej porównywano do "salami". Pozwala bowiem okrawać rząd kawałek po kawałku,  tak aby na końcu został tylko premier. Na szczęście jest to możliwość jedynie teoretyczna.
Jerzy Pilczyński
Komentarz do artykułu z dziennika "Rzeczpospolita"

Dodajmy, że w środę sejmowa Komisja Skarbu i Uwłaszczenia poparła wniosek o odwołanie minstra Emila Wąsacza. Za wnioskiem głosowało 13 posłów, którzy podpisali go wcześniej. Przeciw głosowało 12 posłów Klubu AW"S".


O POLSCE...
10.01.2000 r. 
REPRYWATYZACJA

Amerykańska krytyka
Decyzja komisji może zaszkodzić Polsce

Wniesienie przez nadzwyczajną komisję sejmową do projektu ustawy reprywatyzacyjnej poprawki, która przewiduje zwrot utraconego po wojnie mienia wyłącznie obywatelom polskim mieszkającym w kraju przez co najmniej pięć ostatnich lat, wywołało nieprzychylne reakcje środowisk polonijnych i żydowskich w USA.
W przekonaniu dyrektora wykonawczego Światowego Kongresu Żydów Elana Steinberga, "poprawka ta jest zasadniczo antyamerykańskim aktem wymierzonym bezpośrednio przeciwko amerykańskiej Polonii i amerykańskim Żydom". - Wymóg obywatelstwa i stałego pobytu to w tym przypadku działania antydemokratyczne, które plamią demokrację, jaką jest Polska - stwierdził Steinberg w wypowiedzi dla sobotniego "Washington Post". Dziennik powołuje się też na Kongres Polonii Amerykańskiej, który również wyraził oburzenie z powodu poprawki.
Zdaniem "Washington Post", uchwalenie poprawki do projektu ustawy reprywatyzacyjnej zaszkodzi stosunkom Polski zarówno z Żydami, jak i Polonią oraz ze Stanami Zjednoczonymi i Unią Europejską. "Zwiększa to szansę na trzecie już w ciągu dziesięciu lat niepowodzenie w uregulowaniu kwestii reprywatyzacji", pisze dziennik przypominając, że Sejm nie zdołał uchwalić ustawy reprywatyzacyjnej ani w roku 1991, ani w 1993.
Polska, zauważa "Washington Post", "znajduje się pod coraz większą presją, by uregulowała problem zwrotu mienia. Unia Europejska uzależnia od tego członkostwo Polski, a amerykańscy i brytyjscy Żydzi składają zbiorowe pozwy w amerykańskich sądach, by zmusić ją do oddania nieruchomości. Unia Europejska twierdzi, że w świetle międzynarodowego prawa Polska zobowiązana jest uznać prawo własności zarówno swych byłych obywateli, jak i Polaków żyjących za granicą".
Inne rozwiązanie w sprawie własności podlegającej reprywatyzacji proponował polski rząd. Jego projekt został jednak odrzucony. Według tej propozycji, prawo do roszczeń przysługiwałoby tym osobom, które miały polskie obywatelstwo wówczas, kiedy pozbawiono je mienia.
Za dziennikiem "Rzeczpospolita"



19.01.2000 r. 
WIEDEŃ

"Die Presse" (17.01.00) korespondencja K. Bachmanna z Warszawy pt. "Polscy dysydenci nie chcą rozliczenia byłych agentów". Autor informuje o problemach, z jakimi boryka się były premier W. Cimoszewicz. Zauważa, iż on wraz z innymi przedstawicielami polskiego życia publicznego znalazł się w 1992 r. na tzw. liście Macierewicza. Nikt z nich nie mógł się przed długi okres czasu oczyścić się z zarzutów, gdyż akta pozostawały tajne do połowy roku 1998.
"Przed dwoma laty, gdy Cimoszewicz składał swoje oświadczenie istniała już wprawdzie ustawa lustracyjna, ale ustawa o Rzeczniku Interesu Publicznego i Sądzie Lustracyjnym była przedmiotem niekończących się sporów między sędziami, parlamentem i prezydentem. Cimoszewicz oświadczył po prostu, że jest czysty. Teraz Rzecznik Interesu Publicznego przekazał jego akta Sądowi, ponieważ nie wierzy Cimoszewiczowi. (...)
"Gazeta Wyborcza" i jej redaktor naczelny Adam Michnik konsekwentnie występują za usuwaniem białych plam przeszłości, niezależnie czy to dotyczy prawicy, stosunków polsko-niemieckich i polsko-ukraińskich, czy też relacji między Polakami a Żydami. Poza jednym wyjątkiem - współpracy polskiej opozycji z komunistycznymi organami bezpieczeństwa. Od samego początku Michnik i jego redaktorzy stali na stanowisku, że po pierwsze nie było żadnej współpracy, a po drugie zajmowanie się tym tematem szkodzi demokracji, procesowi pojednania i stabilności kraju. (...) Ledwie, bliska rządowi gazeta "Życie" podała informację o przekazaniu akt Cimoszewicza i wysokiego urzędnika Ministerstwa Spraw Zagranicznych do Sądu Lustracyjnego, zaraz Michnik napisał na pierwszej stronie swojej gazety komentarz o obrzucaniu błotem.
Od tego czasu nie ma dnia, by Rzecznik Interesu Publicznego i Sąd Lustracyjny nie były atakowane na łamach "Gazety Wyborczej". Nie tylko Michnik, lecz także Jacek Kuroń, Andrzej Szczypiorski i wielu innych liberalno - lewicowych intelektualistów byłej opozycji występuje przeciwko rozliczeniu komunistycznej przeszłości. (...)
Wielu politycznych przeciwników lewicy przyznaje, że w Polsce nie można było wymienić elit tak, jak to miało miejsce w byłej NRD z powodu braku nowych elit. Lustracja na wzór wschodnioniemiecki dotknęłaby najprawdopodobniej intelektualistów Solidarności, którzy dzisiaj tworzą trzon liberałów wokół "Gazety Wyborczej" i Unii Wolności." Bachmann konkluduje: "To ma swoje przyczyny. Polska Służba Bezpieczeństwa nie interesowała się lojalnymi obywatelami, a własnych towarzyszy nie wolno było werbować."
Za "Przeglądem Mediów Światowych" MSZ


ZAGRANICA

15.01.2000 r. 
Korupcja wśród chadeków niemieckich - zasięg afery się coraz bardziej powiększa się...

W tej chwili korzyści przyjęte przez polityków CDU na rzecz ich ugrupowania ocenia się już na 2,5 mln marek. Wraz z postępami śledztwa - jak to zwykle przy tego typu sprawach - ujawniane są następne sumy, a obraz chcrześcijańskich demokratów do tej pory - w miarę poprawny, gwałtownie nabiera ciemnych baraw. Komentatorzy zaczynają spekulować na temat możliwości rozwiązania partii na wzór włoskich chadeków (którzy tym wypróbowanym manewrem powrócili na scenę polityczną).
"Równie błyskawicznie zmienia się charakter afery i przypisywane jej nazwy. Na początku, w listopadzie ubiegłego roku była mowa o aferze Kiepa (wyszło wówczas na jaw, że dawny skarbnik CDU, Walther Leisler Kiep dostał od handlarza bronią milion marek darowizny), potem o aferze Kohla (gdy były kanclerz potwierdził istnienie niejawnych kont partyjnych), a teraz o aferze SchŠublego (obecny przewodniczący partii przyznał się w poniedziałek do przyjęcia darowizny 100 tysięcy marek, które zostały potem niewłaściwie zaksięgowane). Złośliwi komentatorzy już czekają na następnego polityka chadecji, którego nazwisko posłuży
do nazwania kolejnej fazy afery".
Z artykułu w dzienniku "Rzeczpospolita"



17.01.2000 r. 
II tura wyborów prezydenckich w Chile - wygrał socjalista Ricardo Lagos

Chilijczycy po raz pierwszy od czasów prezydenta Salwatora Allende - lewicowego ekstremisty dążącego do podporządkowania swojego kraju sowieckim doradcom wojskowym i zaprowadzenia marksistowskiej dyktatury, odsuniętego od władzy przez gen Augusta Pinocheta - wybrali następnego lewicowego prezydenta - Ricardo Lagosa. Nieoficjalne szacunki z nocy z niedzieli na poniedziałek wskazywały na przewagę socjalisty nad konserwatystą Joachimem Lavinem w stosunku 51.31% do 48.69%.



17.01.2000 r. 
I tura wyborów prezydenckich w Finlandii

Do drugiej tury przeszli socjaldemokratka Tarja Halonen z poparciem w wysokości ok. 40% i ludowy centrysta Esko Aho, z poparciem 34.4%.


Wiadomości z UPR

09.12.1999 r.
7 września br. w hotelu „VICTORIA" w Warszawie odbyła się konferencja nt. „Finansowanie partii politycznych w Polsce; ocena dotychczasowych doświadczeń, wnioski na przyszłość" zorganizowana przez Instytut Spraw Publicznych. W pierwszym panelu – „Problemy finansowania partii politycznych w Polsce" jako panelista wystąpił wiceprezes UPR Leszek Samborski. W swoim wystąpieniu powiedział m.in.:
„UPR zawsze uważała, że partie polityczne powinny być finansowane ze składek członkowskich oraz dobrowolnych darowizn sympatyków. Jakakolwiek próba utrzymywania partii politycznych z budżetu państwa, czyli z kieszeni podatnika, jest po prostu niemoralna. Jest niedopuszczalne, aby sympatycy np. Unii Pracy poprzez podatki płacili na utrzymanie Unii Polityki Realnej bądź odwrotnie.
A takie rozwiązania są tutaj dzisiaj (i nie tylko dzisiaj) proponowane przez moich szanownych polemistów (Z. Janas – UW, A. Miedlicka – RS AW„S", A. Bentkowski – PSL).
Wg obecnie obowiązującej ustawy partie, które otrzymały w wyborach co najmniej 3% głosów, uzyskują z budżetu częściową refundację środków wydatkowanych na kampanię. Wynikają z tego dwie implikacje;
1 – wyborcy nie biorący udziału w wyborach (ok. 50% uprawnionych), a więc jak można się domyślać (wskazują na to różne badania) nie widzący żadnego sensu w partyjnych zmaganiach o stanowiska są zmuszani, jako podatnicy do opłacania tych igrzysk,
2 – wyborcy ugrupowań, które otrzymały mniej niż 3% głosów, płacą jako podatnicy na partie, przeciwko którym głosowali.
Taka sytuacja jest niemoralna i nie wolno jej utrzymywać.
Skoro jednak wśród parlamentarnych ugrupowań jest takie olbrzymie ciśnienie na finansowanie partii za pośrednictwem budżetu, to proponujemy wprowadzenie odpłatności za akt głosowania. Kwotę można ustalić na 5-10 zł.
Osiągniemy w ten sposób kilka pożytecznych rzeczy:
1 – w wyborach wezmą udział ludzie świadomi tego, co robią. Jak człowiek za coś płaci, to zastanawia się, czy warto wydawać pieniądze,
2 – osoby nie zainteresowane wyborami nie będą musiały za nie płacić,
3 – z uzyskanych środków pokryte zostaną koszty przeprowadzenia wyborów,
4 – środki pozostałe po opłaceniu kosztów można będzie przekazać partiom biorącym udział w wyborach proporcjonalnie do ilości uzyskanych głosów".

Podczas trwającej cały dzień konferencji właściwie wszyscy paneliści oraz dyskutanci (AW„S", UW, PSL, SLD), z wyjątkiem oczywiście UPR, starali się uzasadnić pogląd, że partie polityczne powinny być finansowane z budżetu państwa. Poseł L. Dorn przedstawił, opracowany w sejmowej komisji pod jego przewodnictwem, projekt zmian w ustawie o partiach politycznych i ich finansowaniu. Przedstawiający stanowisko SLD poseł L. Nikolski praktycznie w całości poparł proponowane zmiany, które sprowadzają się do tworzenia możliwości finansowania partii z budżetu oraz drobiazgowego kontrolowania każdej złotówki przechodzącej przez partyjne konta. Niezależnie od tego czy pochodzi z darowizn od osób prywatnych, czy z budżetu. Bardzo duży nacisk położono w ustawie wyznaczanie różnego rodzaju limitów finansowych, których partie nie mogą przekroczyć, finansując swoje kampanie. Jednocześnie właściwie wszyscy zauważali, że skontrolowanie czy limity nie zostały przekroczone, jest w praktyce niemożliwe.
Autorzy ustawy oraz ich poprawni politycznie zwolennicy bardzo ubolewali, że na razie społeczeństwo jest za mało dojrzałe, aby zgodziło się na całkowite finansowanie partii z budżetu. W wystąpieniach pojawiała się jednak wiara, iż przyjdzie czas, gdy naród do tego dojrzeje.
UPR wierzy, że naród rzeczywiście dojrzeje i pogoni tych cwaniaków, którzy chcą żyć cudzym kosztem.
Wiceprezes UPR Leszek Samborski ustosunkowując się do przedstawionego projektu ustawy oraz całości konferencji, powiedział:
„Nie znam stanowiska posła Dorna i pozostałych autorów projektu ustawy do kwestii wejścia Polski do UE. Po zapoznaniu się z projektem ustawy stwierdzam, że są oni w awangardzie postępu i takie osiągniecie UE jak np. ustalenie właściwej krzywizny banana jest niczym w porównaniu z tym co pan Dorn i jego koledzy zawarli w przedstawionej ustawie.
Komentowanie poszczególnych zapisów ustawy jest bez sensu, bo jest ona nikomu niepotrzebnym kawałem ciężkiej roboty przeprowadzonej zgodnie z zasadą ustaloną przez założyciela UPR Stefana Kisielewskiego; "Socjalizm to jest taki ustrój, który tworzy trudności nie znane w żadnym innym systemie tylko po to, by je potem bohatersko pokonywać".
Ta konferencja oraz omawiany na niej projekt ustawy są, co mnie niezmiernie cieszy, jawnym dowodem na to, że kierownictwa partii parlamentarnych zorientowały się, że potencjalni darczyńcy nie dadzą im tyle pieniędzy, co w poprzednich wyborach, bo po owocach ich już poznali. Stąd teraz te limity".
Poseł SLD, L. Nikolski odpowiedział na to: „Nam jeszcze dają".
No cóż, zobaczymy jak długo?



16.01.2000 r.
Konwent Oddziału Stołecznego

Na Konwencie Oddziału Stołecznego, który odbył się 16.01.2000 r. jak zwykle w budynku SD przy ul. Chmielnej - ustępujący zarząd pod kierownictwem b. prezesa p. Sławomira Kameckiego dostał absolutorium i przeszedł do historii... B. Prezes Kamecki nie zgłosił swojej kandydatury na następną kadencję...
Konwent prawie jednogłośnie (nie było innej kandydatury) zaaprobował p. Grzegorza Parzycha (obecny prezes Stowarzyszenia "Koliber" i jego współtwórca) na stanowisku nowego Prezesa. Serdecznie gratulujemy!!!



 

powrót do strony głównej