października 14, 2005 - października 24, 2005

Nowa ankieta ASME po zwycięstwie kandydata sanatorów z PiS - obecnie prezydenta-elekta Lecha Kaczyńskiego Wysłane poniedziałek, 24, października 2005 przez Krzysztof Pawlak

Wybory prezydenckie zostały rozstrzygnięte. Gratulacje przyjmował kandydat Lech Kaczyński z ugrupowania PiS, jednocześnie składając publicznie, przed obiektywami kamer środków masowego rażenia transmitujacych z sali "pałacu" im. Stalina, "meldunek" swemu bratu-bliźniakowi "o wykonaniu zadania". Atmosfera podczas tego już państwowotwórczego aktu była podniosła i nacechowana głęboką troską o dalszy i pomyślny rozwój naszej soc... wróć!, umiłowanej Ojczyzny.

Czy w tym stylu będziemy w niedalekiej już przyszłości "nadawali relacje z frontu walki o postęp i bezpieczeństwo" drogiego wielu sercom "regionu polskiego UE" - jak już w wielu miejscach w Sieci zaczęto niemal natychmiast parafrazować powstałą sytuację po miażdżącym sukcesie obozu sanatorów z warszawskiego, socjalistycznego Żoliborza - można mimo wszystko powątpiewać. Trzeba mieć nadzieję, że duch Wielkiego Językoznawcy i Strażnika Rewolucji Proletariackiej unoszący się niestety wciąż nad centrum naszej stolicy jedynie na chwilę przywołał prezydentowi-elektowi wspomnienia z lat dzieciństwa, farsą odbijając się w tak doniosłym momencie.

Niewątpliwie kończy na naszych oczach swój żywot PRL-bis, stworzona przez funkcjonariuszów Służby Bezpieczeństwa PRL, z tzw. generałem MO Czesławem Kiszczakiem na czele poprzez zawarcie w podwarszawskiej Magdalence, w willi MSW, układu z "opozycją koncesjonowaną", czyli w dużej części agentami SB w środowisku opozycji lat 70. i 80. ub. wieku. Dowodem pośrednim na taki wniosek może być widok autentycznego niezadowolenia (z wyniku batalii o stołek w Pałacu Namiestnikowskim), zarejestrowany w przekazach medialnych na fizys wielu osławionych osobistości, filarów tej struktury quasi(?)-mafijnej.
Obóz sanatorów z PiS dostał od polskiego społeczeństwa carte blanche dla przeprowadzenia autentycznej czystki na najwyższych, choć nie tylko, szeregach administracyjnych "regionu polskiego UE", by przywrócić do nich chociaż część zagarniętej przez SS PRL autentycznej władzy państwowej. Muszą zdawać sobie sprawę, że do wykonania tej misji mają zaledwie kilka miesięcy, może rok i spotkają się z natychmiastową reakcją na ten proces. Jednak to głównie dzięki postulatowi sanacji Rzeczypospolitej zawdzięczają poparcie udzielone m.in. przez środowisko konserwatywnych liberałów, którego wyrazicielem, może i skromnym, ale zawsze jednak, jest nasza witryna.
Poparcie dla kandydata "uczciwego socjalisty" z PPS-iackiego Żoliborza Lecha Kaczyńskiego sięgnęło wśród odwiedzających ten zakątek polskiej części Sieci AŻ ponad 44%. To przewaga daleko bardziej przygniatająca nad kandydatem Donaldem Tuskiem z "szalupy ratunkowej Mumii Od Wolności", czyli Platformy Obywatelskiej. To dzięki m.in. naszej witrynie jeden z tzw. ośrodków badania opinii publicznej mógł śmiało - jeszcze w ostatnich chwilach przed ogłoszeniem tzw. ciszy wyborczej - powiadomić cały świat, że "52% procent głosujących na kandydata Janusza Korwin-Mikkego w I turze wyborów odda teraz swoje głosy na Lecha Kaczyńskiego".
Poniżej mogą Państwo zapoznać się wynikami naszej ostatniej ankiety:



Cóż, może jednak czegoś tam nam się udało w tej polityczce dokonać... Wpływ na ugrupowanie PiS - określane tutaj, na "łamach" ASME bardzo często jako Populizm i Socjalizm - jest oczywiście niemal żaden. Jednak gdyby mogli i chcieli sobie w nadchodzących terminach wziąć pod uwagę zostawiane tu przez naszych współpracowników przemyślenia, to poprzez konsekwentne uświadamianie polskiemu społeczeństwu, że oto JEST prawdziwa, uczciwa alternatywa powstania, a właściwie - rozrostu - ugrupowania lewicowego i jednocześnie patriotycznego, jakim oczywiście jest środowisko PiS, alternatywa dla miłośników państwa socjalnego, miejmy nadzieję - w przyszłości prowadząca do całkowitej marginalizacji tkanki rakowej, narosłej w latach PRL na Polakach w wyniku zakażenia ciałem obcym zza wschodniej granicy PEŁNEJ RP w trakcie jej IV rozbioru. Na początek odnowy Rzeczypospolitej - marginalizacji tego wrzodu, a później jego całkowitej eliminacji.

To ważne - z pełną odpowiedzialnością głosić nadejście Nowych Czasów: NARODZIN POLSKIEJ LEWICY - Prawa i Sprawiedliwości.

Wtedy - po nieuniknionym okresie "zużycia się zderzaków" - nie będzie już możliwy scenariusz "powrotu »Magdalenki« tylnymi drzwiami", m.in. przy pomocy rządów III-ligowej formacji "pezetperii", czyli Samoobrony czy SdPL, SLD itd...

A teraz zapraszamy Państwa do wypowiedzi w nowej ankiecie o możliwych rozwiązaniach we władzy ustawodawczej i aparacie administracji państwowej.

Krzysztof Pawlak

Komentarz (3)

Czy w następnym parlamencie reprezentanci koalicji POPiS będą zachowywać się odpowiedzialnie: Trybunał Stanu dla tow. Kwaśniewskiego, zniesienie immunitetu poselskiego dla łamiących prawo i naznaczonych wyrokami posłów - Łukasz Perzyna stawia pytania na przyszłość Wysłane piątek, 21, października 2005 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |







Czy w następnym parlamencie reprezentanci koalicji POPiS będą zachowywać się odpowiedzialnie: Trybunał Stanu dla tow. Kwaśniewskiego, zniesienie immunitetu poselskiego dla łamiących prawo i naznaczonych wyrokami posłów - Łukasz Perzyna stawia pytania na przyszłość Wysłane piątek, 21, października 2005 przez Krzysztof Pawlak

"W mediach słyszymy często o brutalizacji kampanii wyborczej, o nieczystych chwytach - tak jakby chciały obrzydzić Polakom wybory, paradoksalnie towarzysz temu utyskiwania na niską frekwencję. To jednak tow.tow. Kwaśniewski oraz Cimoszewicz przyjęli terminarz, w którym Polacy musza głosować co dwa tygodnie. Jednak teraz miedzy elektoratami obu kandydatów nie było widać szczególnej wrogości, w przeciwieństwie do wyborów z 1990 roku, kiedy zwolennicy Lecha Wałęsy i Tadeusza Mazowieckiego kłócili się miedzy sobą nawet w rodzinach i nie podawali sobie rąk" - Łukasz Perzyny, publicysta "Tygodnika Solidarność" po raz ostatni przed II turą wyborów prezydenckich komentuje wydarzenia z łączki politycznej "regionu polskiego UE".

Co do wizji Polski, przedstawianych przez kandydatów - w ostatnich dniach nastąpił pewien regres, bo obaj zabiegali o głosy elektoratów kandydatów wyeliminowanych, z wątpliwym skutkiem dla jakości debaty publicznej. To przecież nie kto inny, tylko Jarosław Kaczyński niedawno, przed rokiem ostrzegał "Kryminaliści idą do władzy!" - chodziło oczywiście o posłów Samoobrony, których oskarżano m.in o fałszowanie podpisów w poprzednich wyborach, o wymigiwanie się przed spłatą długów. Teraz brat Jarosława, Lech zaczął się ciepło wyrażać o reprezentantach Samoobrony. Donald Tusk znalazł się być może w sytuacji jeszcze bardziej kłopotliwej - tow. Olek Disko" Kwaśniewski nie jest trefnisiem pokroju Leppera, więc Jego poparcie dla Tuska jest tym bardziej zobowiązujące. Dla całej przyszłej koalicji POPiS w parlamencie stanie się kłopotliwą kwestia zniesienia immunitetu poselskiego, co już jest widoczne w przypadku kolejnych przedstawicieli Samoobrony.

Ludzie głosowali na TE oba ugrupowania dlatego, że zadeklarowali odpowiedzialną politykę w przyszłości. Czas szamanów post(?)komunistycznych się skończył.

Nagranie trwa ponad 12 minut i jest dostępne w Sieci do 5 XI 2005 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




Komentarz (0)

Teresa Bochwic - "III Rzeczpospolita w odcinkach", uczestniczka wielu inicjatyw opozycyjnych w środkach medialnych: tygodniki "Spotkania", "CZAS Polski", dziennik "Nowy Świat" - o swojej najnowszej książce analizującej 16 lat "przemian ustrojowych" Wysłane piątek, 21, października 2005 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |








Teresa Bochwic - "III Rzeczpospolita w odcinkach", uczestniczka wielu inicjatyw opozycyjnych w środkach medialnych: tygodniki "Spotkania", "CZAS Polski", dziennik "Nowy Świat" - o swojej najnowszej książce analizującej 16 lat "przemian ustrojowych" Wysłane piątek, 21, października 2005 przez Krzysztof Pawlak

"Teresa Bochwic - Autorki nie musimy przedstawiać, ale co możemy powiedzieć o tej książce - "III Rzeczpospolita w odcinkach"? - redaktor Bogdan Krawczyk zaanonsował Gościa TV ASME.
"Zaczęło się od przygotowania jakieś trzy lata temu kalendarium początków II Rzeczpospolitej dla Jurka Zalewskiego do Jego filmu "2 kolory", pomyślałam sobie, że to jest właściwie gotowy materiał do książki. Starałam się przygotować to w miarę obiektywnie, jednak także ze strony osoby, która działała w opozycji antykomunistycznej i kogoś, kto miał bardzo określony wizję świata i Polski. Dobrałam tematy z punktu widzenia naszego samopoczucia w Rzeczypospolitej, które to uczucie nie było dobre dla bardzo wielu ludzi. Prześledziłam przede wszystkim tzw. wielki procesy, których było o wiele za mało. Nie chodzi o mściwość, o zemstę, odwet, ale żeby rozpoznać prawdę i ukarać zło, a dobro - nagrodzić" - mówi Teresa Bochwic, działaczka opozycji politycznej w PRL, świadek i uczestnik wydarzeń Marca 1968 na Wydziale Filozofii UW, a także ruchu oświatowego w "Solidarności" 1980 - 1981. W stanie wojennym należała do organizacji podziemnej oświaty - Komitetu Oporu Społecznego KOS i do OKNO (Oświata - Kultura - Nauka); w kampanii wyborczej "Solidarności" w czerwcu 1989 była reporterką Radia Solidarni. Dziennikarka "Tygodnika Solidarność", "Nowego Świata", a także Polskiego Radia. Pracowała w kancelarii prezydenta L. Wałęsy i premiera J. Buzka.

Inny wątek to przemiany cywilizacyjne po wyjściu z okupacji komunistycznej, podtrzymywanej przez spadkobierców Stalina, najczęściej rodzimego chowu. Jednak nie niszczono w niej patriotyzmu - np. straszono nas ciągle Niemcami, co pamiętają pokolenia wcześniej urodzone. Ta cała sytuacja, w której zderzyliśmy się po 1989 roku skonfrontowała została z wielkimi przemianami cywilizacyjnymi, zachodzącymi na Zachodzie. Tam były już zupełnie inne problemy, które zostały nam narzucone przez ludzi, którzy chcieli nas cywilizować na modłę zachodnia, według ułożonego przez nich scenariusza. To co się teraz najbardziej dostrzega, to szalony rozziew miedzy "elytami" a "resztą", ludźmi, których można według "światłych elit" można traktować jak kretynów, półkretynów, motłoch, "innych", których można oszukiwać i manipulować. Ta nierówność traktowania jest cechą charakterystyczną "III Rzeczypospolitej". Zmieniło to dopiero powstanie radia Maryja, które dopiero koło 1996-97 się rozwinęło, ale dało jednak głos innemu odłamowi opinii publicznej. Pozostała znowu niema część "środkowa" polskiego społeczeństwa.

Było też w tym okresie wiele sukcesów - tylko nie były to sukcesy wynikające z tej "przemiany"; np. pokazuje się jako sukces wręczenie paszportów, tylko że prawda jest tak, że paszporty wręczono nam wcześniej - 1 stycznia 1989, przed rozpoczęciem obrad "okrągłego stołu". Wcale nie więc rząd Mazowieckiego nam dał ten wybór... To było posunięcie, żeby dostarczyć nam możliwość poruszania się jako siły półdarmowej roboczej - także by otworzyć rynki dla "przedsiębiorców" nomenklaturowych... Te drobne wydarzenie wskazują, jak bardzo ta transformacja była przygotowana...


Nagranie trwa ponad 18 minut i jest dostępne w Sieci do 4 XI 2005 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




Komentarz (0)

Żałoba w sztabie kandydata na prezydenta RP Donalda Tuska - znany przedsiębiorca, założyciel firmy Optimus Roman Kluska poparł kandydata Kaczyńskiego Wysłane czwartek, 20, października 2005 przez Krzysztof Pawlak

Przez cały dzisiejszy dzień w m.in. serwisach informacyjnych wielu programów radiowych można było natknąć się powtarzaną informację, o "najświeższym sondażu przeprowadzonym wśród »polskich przedsiębiorców«", którzy "gremialnie popierają kandydata Tuska". Jak informuje dziennik "Puls Biznesu", cytowany przez serwis Wirtualną Polskę, na Tuska głosowałoby aż 86% przedsiębiorców, a na kandydata Kaczyńskiego - zaledwie 14%. Warto przy tej okazji przypomnieć, iż tzw "polska transformacja gospodarcza" lat 90. ub. wieku polegała na uwłaszczaniu się "meneczmętu" PZPR-owskiego, zarządzającego firmami państwowymi, pozostającymi po dzień dzisiejszy w większości we władaniu rodów nomenklaturowych i ich satelitów. Osławione "spółki nomenklaturowe" dostały niebagatelny okres ponad 15 lat na mocy porozumień tzw. okrągłego stołu jako "kapitał zakładowy" dla uwłaszczenia się średniej warstwy czynowników komunistycznych. PO-zostają oni dominująca grupą pośród "kapitalistów polskich", dlatego ich wybór nie powinien zbytnio dziwić nikogo, jak również wypowiedzi, taka jak poniżej - ze wzmiankowanej wiadomości:
"(...) Jeremi Mordasewicz, ekspert PKPP Lewiatan, wskazuje, że przedsiębiorcy popierają tego kandydata, który daje większe gwarancje wspierania rozwoju gospodarki. (...). Zbigniew Żurek, wiceprezes Business Centre Club, uważa, że tak znaczne poparcie dla lidera PO jest wynikiem przeświadczenia przedsiębiorców, że będzie on budował Polskę liberalną, podczas gdy jego rywal mówi o Polsce socjalnej. (...)".
Obie organizacje skupiają wśród swoich członków uwłaszczoną nomenklaturę post-PZPR-owską.

Dlaczego jednak w tej chwili zostały opublikowane wyniki sondaszu "przygotowanego na zlecenie »PB«" przez PBS?
Najwyraźniej chodzi o wczorajszą wypowiedź jednego z najsłynniejszych biznesmenów "polskiego regionu UE" Romana Kluski, który przedwczoraj uzyskał wyrok sądowy, nagradzający Go 5 tysiącami złotych w zamian za niesłuszne zatrzymanie w na wniosek PRL-owskiego prokuratora popartego przez służby wojskowe PRL-bis, żądające od biznesmena łapówki w postaci rekwizycji samochodów firmowych na rzecz armii:
"5 tys. zł zadośćuczynienia przyznał Sąd Okręgowy w Krakowie nowosądeckiemu przedsiębiorcy Romanowi Klusce za niesłuszne zatrzymanie na 48 godzin. Jednocześnie sąd oddalił wniosek byłego właściciela Optimusa o blisko 1,5 mln zł odszkodowania. (...)" - o czym powiadomił swoich odbiorców m.in. serwis WP z dn. 17.10.2005.
Biznesmen Roman Kluska został całkowicie "zrehabilitowany" w stosunku do fałszywych zarzutów małopolskiej Izby Skarbowej, jednak na długi czas zostało mu odjęte władztwo nad kaucją w wysokości 8 milionów złotych, której domagali się funkcjonariusze podatkowego aparatu represji. Biznesmen żądał dlatego odszkodowania w wysokości utraconych na rzecz tzw. skarbu państwa odsetek od kapitału. Gdy wyrok "wymiaru sprawiedliwości" obecnej PRL-bis został ogłoszony w takim, a nie innym brzmieniu - poparł kandydata Kaczyńskiego w Jego drodze do prezydentury, o czym doniosły swoim odbiorcom m.in. serwisy witryn Onet.pl (19.10.2005) i WP:

Kluska poparł program PiS i kandydaturę L. Kaczyńskiego

Były szef Optimusa Roman Kluska poparł program Prawa i Sprawiedliwości oraz kandydaturę Lecha Kaczyńskiego na prezydenta. Roman Kluska wystąpił na wspólnej konferencji prasowej z szefem sztabu wyborczego kandydata PiS na prezydenta Zbigniewem Ziobro.
Roman Kluska wyjaśnił, że głównym powodem jego deklaracji jest sprzeciw wobec wprowadzenia podatków: katastralnego i dochodowego w rolnictwie. Według Romana Kluski w przeciwieństwie do Platformy Obywatelskiej i Donalda Tuska, PiS i Lech Kaczyński gwarantują, że takich podatków nie będzie.
Przedsiębiorca przekonywał, że podatek katastralny musi powodować korupcję, ponieważ nie jest możliwa obiektywna wycena żadnej nieruchomości. Podobnie podatek dochodowy w rolnictwie - jego zdaniem - zapłaciliby głównie prości rolnicy, którzy nie będą w stanie obejść przepisów. Według Romana Kluski w gospodarstwie rolnym nie da się rozdzielić kosztów domu i firmy, dlatego ludzie obrotni po prostu nie płaciliby takiego podatku. (...)".

Jednocześnie przypominamy, że juz wcześniej kandydata Kaczyńskiego poparła najbardziej znana socjolożka Jadwiga Staniszkis, w ten sposób wspierając - Jej zdaniem - tego pretendenta, który daje większe szanse rozprawienia się z aparatem represji PRL i obecnej PRL-bis.


Komentarz (0)

Teresa Bochwic - DZIENNIK 1991, czyli jak hartowała się PRL-bis (materiał do przedwyborczych analiz) Wysłane czwartek, 20, października 2005 przez Krzysztof Pawlak

Zamieszczamy przedruk dziennika z roku 1991 p. Teresy Bochwic (ówcześnie - pracowniczki Kancelarii Prezydenta RP Lecha Wałęsy) z witryny ABCnet, za zezwoleniem PT Autorki. Ów fragment historii PRL-bis czy jak kto woli - "III Rzeczpospolitej" pozostaje do dziś niewyjaśnionym fundamentem stanu politycznego oraz gospodarczego obecnego folwarku służb specjalnych, jakim stał się "polski region UE" w wyniku ustaleń zawartych w Magdalence, w podwarszawskiej willi MSW PRL pomiędzy funkcjonariuszami reżimu PZPR a wybranymi starannie przez ówczesnego szefa MSW, generała MO Czesława Kiszczaka przedstawicielami "koncesjonowanej" opozycji, wywodzącej się ze środowisk dzisiaj określanymi przez usłużne media jako "autorytety moralne".

STYCZEŃ

Pamiętam, że kiedy wybuchła sprawa "TS", zapytałam Adama M., (pracowałam wówczas w "GW"), czy nie byłoby lepiej, gdyby dokładnie określić przynależność i zakres wpływów prasy związkowej, czy np. "GW" lub "TS" są czy nie są organami Związku, czy nie należałoby dokładnie tego rozstrzygnąć, jawnie i demokratycznie. Michnik powiedział mi, że absolutnie nie należy się o to starać, bo i po co. Zrozumiałam, że z tym mu wygodniej, natomiast nie miałam pojęcia, jak wielkie zagrożenie stanowiła decyzja Wałęsy dla kręgu związanego z "GW". Nikt poważnie zresztą ze mną nie rozmawiał - Bratkowski uparcie twierdził, że TS nie będzie teraz pismem związkowym, nie mówił "w »TS«", tylko "tam". Wiedziałam, jaką rolę odegrał Kaczyński w podziemnej "S", a potem w zmontowaniu rządu Mazowieckiego (wskutek jego to mediacji Mazowiecki został premierem) i zupełnie nie mogłam pojąć, dlaczego oddanie komuś takiemu posady redaktora naczelnego ma wywoływać taki alarm i opór. Potem dowiedziałam się, że Bratkowski liczył na "TS" i jeździł w tej sprawie do Wałęsy z Geremkiem, usiłując przekonać przewodniczącego do swojej kandydatury.

Okazało się jednak, czego oczywiście w danym momencie kompletnie nie zrozumiałam, że TS ma do odegrania istotną rolę polityczną - stworzenia oparcia publicznego dla trzeciej siły, jaką miał być Wałęsa (pozostałe dwie to rząd Mazowieckiego i grupa związana z "GW", czyli geremkowco-michnikowcy).

20 STYCZNIA

Pierwszy dzień pracy w Urzędzie Prezydenta RP. Nie bardzo wyobrażam sobie, na czym właściwie ma polegać moja praca w Zespole Obsługi Politycznej, poza pisaniem jakichś oświadczeń. Dziś okazała się nader interesująca. Prowadziłam spotkanie-dyskusję z 4 gośćmi, ekspertami gospodarczymi. Mieli odpowiedzieć na pytanie, co można i trzeba szybko zrobić, żeby poprawić położenie ludności, a przynajmniej poprawić poczucie bezpieczeństwa. Dyskusja trwała 2,5 godziny, musiałam mocno pilnować, żeby panowie nie schodzili z tematu, zwłaszcza, że mieli przygotowane obszerne referaty na tematy gospodarcze. To było bardzo ciekawe. (...)

Pamiętam okres po mianowaniu Mazowieckiego na premiera. Jak ludzie uwielbiali go i kochali, jak nieśli ostatnie obrączki na Fundusz Daru Narodowego. Tam zażenowane panie wydawały im bezwartościowe pokwitowania. Wszyscy czekali, co Mazowiecki powie ludziom - jego zasłabnięcie w Sejmie wzbudziło wiele dodatkowej sympatii. Mijał czas. Pracowałam wtedy w "Gazecie Wyborczej". Codziennie urywały się telefony do "Gazety" z błaganiami, żeby Mazowiecki coś powiedział w telewizji. Cokolwiek. Niech się pokaże i powie: już działamy, myślimy o was, staramy się, pamiętamy. Sekretarki Gazety odchodziły od zmysłów - to było bardzo ciężkie, brać na siebie te codzienne skargi. W tej samej sprawie przychodziły też dziesiątki chyba listów dziennie. A do mnie każda niemal napotkana osoba zwracała się o przekazanie "tam, na górze", że naprawdę tak ważne, żeby pan premier cokolwiek powiedział do swojego narodu.

Ale pan premier milczał uparcie. Występował Kuroń, to było wtedy bardzo dobre, ale premier nie miał czasu. Niezabitowska nawet nie raczyła w paru słowach usprawiedliwić tego milczenia i przekazać choć za własnym pośrednictwem czegoś od pana premiera.

Pewnego dnia, umęczona nieustannymi telefonami i żądaniami, zatelefonowałam do Jacka Ambroziaka, którego telefon domowy miałam od czasu kampanii wyborczej w maju 89 r. O ósmej rano telefon podłączony był do automatycznej sekretarki, nagrałam gorącą prośbę o parę słów do ludzi, popierając to otrzymywanymi przez Gazetę listami i telefonami. Niestety, premier milczał przez równe 2 miesiące, aż do 11 listopada. A pan Ambroziak nie widział potrzeby odezwać się do mnie.

19 LUTEGO

Trudno choćby zacząć się nudzić. Zapachniało dymisją wczoraj omalże już pakowaliśmy manatki. Od piątku ciągnie się sprawa Ziółkowskiej. K. jeszcze w piątek mi mówił, że Wałęsa istotnie poparł Ziółkowską w rozmowie telefonicznej z nim, ale K. sprzeciwił się temu i oczekiwał polecenia na piśmie, to jednak nie nadeszło. ... W poniedziałek rano gazety opublikowały oświadczenie rzecznika Wałęsy, Drzycimskiego, że Wałęsa istotnie Ziółkowską poparł. Osłupienie było kompletne. Kaczyński wezwany na rano do Wałęsy, wyjechał na pogrzeb biskupa Dąbrowskiego do Gniezna, wrócił dopiero późnym popołudniem. Cały wieczór spędzili z Maziarskim, Olszewskim i Grzelakiem na rozważaniach, co robić i wychodziło im, że wyłącznie złożyć dymisję - wiadomo było przecież, że ktoś mówi nieprawdę, trudno było to zarzucić Wałęsie. Kaczyński dał jednak oświadczenie, że była taka rozmowa telefoniczna, ale bez zlecenia, to samo powiedział Gil. Rano Maziarski z K. napisali tekst dymisji i K. poszedł do Wałęsy. Wrócił po jakiejś pół godzinie, z dymisją nadal w kieszeni.

W Belwederze znane już jest powiedzenie: "Kaczyński nie daje mi rządzić, bo ciągle ma te swoje prawne zastrzeżenia". A tymczasem K. ciągle występuje jako demon, kręcący Wałęsą. Tymczasem, teoretycznie K. z całej historii wyszedł obronną ręką: to on jest tym, który wystąpił przeciwko pezezetperówce, ryzykując posadę.

Trwały rozważania, po cóż też Wałęsa udzielił tego poparcia Ziółkowskiej. Jest koncepcja, że wszedł w jakiś układ z PZPR-em, bo chce odwlec wybory i chce się na nich oprzeć. Jak się bowiem okazuje, wcale nie ogłosił terminu 26 maja, chociaż tak mi się zdawało. Ten termin był ogłoszony przez jego rzeczników, on zaś proponował kolejnym osobom, żeby podały to jako ich własny. On w gruncie rzeczy furtkę dla siebie pozostawił. Jest też koncepcja, że stwierdził w jak ogromnym zakresie spółki nomenklaturowe opanowały polską gospodarkę i dostał syndrom Mazowieckiego - że bez tych byłych partyjnych nie potrafi rządzić gospodarką. Nie wiem tylko, czy zdaje sobie sprawę, co ściąga na siebie, popierając wobec tego narodu komunę. Traci zresztą gwałtownie popularność. Wyniki badań od końca stycznia spadają na łeb na szyję, listy są coraz przykrzejsze.

20 LUTEGO

Rozmawiałam z JK, dlaczego geremkowcy tak nie chcieli Romaszewskiego na prezesa NIK-u. Nigdy go nie lubili, już od czasu KOR-u, potem były raporty, do których się przykładali i uważali, że odgrywał przy nich za dużą rolę, wyjeżdżał do Stanów, zbierał laury i nagrody, potem swary w Komitecie Helsińskim. Przede wszystkim - on straszliwie dużo wie, wie np., kto ze środowiska był konfidentem. Woleliby, żeby tylko oni mieli tego rodzaju wiedzę. Teraz powiększyłby ją o wiedzę o PZPR. Jego stanowisko jest właściwie równorzędne z prezesem Sądu Najwyższego, a w ogóle zawsze jest obsadzane przez partię czy grupę rządzącą, jako jedno z najważniejszych.

Przy okazji - słyszałam, że Ryszard Kapuściński był współpracownikiem SB czy raczej kontrwywiadu, to podobno pewne (wytł. ASME). Co oczywiście w niczym nie umniejsza jego pozycji w literaturze faktu, tłumaczy tylko możliwości i samozaparcia. (...)

15 MARCA

(...) Olszewski opisał rozłam w obozie "S". Ale nie taki rozłam, jakiego świadkiem byliśmy w zeszłym roku, czy "kłótnia w rodzinie". Obserwujemy - powiedział Janek - przejście części obozu solidarnościowego na stronę przeciwnika. Najpierw widzi on to w decyzji kandydowania przez Mazowieckiego - było to przecież odebranie głosów Wałęsie i oddanie ich części Tymińskiemu i Cimoszewiczowi. A więc - posłowie z KPUD przeszli na stronę agresywnie zaktywizowanych postkomunistów. Następnie Komisja Konstytucyjna przekroczyła swoje uprawnienia, ponieważ nie wykonała uchwały sejmowej - przyjęła do poprawek tylko projekt sejmowy, ignorując projekt prezydenta. Od tej Komisji - powiedział Janek - nie można spodziewać się takiej ordynacji, która pozwoli przeprowadzić w pełni wolne wybory, zapewniające społeczeństwu pełną reprezentację w sejmie.

Sejm kontraktowy wszedł w jawną konfrontację z prezydentem, pochodzącym z wolnych wyborów. Pomysł rozwiązania Sejmu nie niepokoi. Stanowisko Sejmu było sygnałem skierowanym na zewnątrz, że tu są i skonsolidowały się siły, gotowe przywrócić komunę. Wałęsa, powiedział Janek, widocznie musi się liczyć z sytuacją zewnętrzną. W sprawie ewakuacji wojsk dopiero toczą się pertraktacje. Znajdujemy się w przeddzień wizyty w USA i spotkania z Gorbaczowem. Prezydent nie mógł pojąć rzuconej mu z premedytacją rękawicy, nie mógł Sejmu rozwiązać (skoro tego nie zrobił). Ale jego zaplecze polityczne - kancelaria i zwłaszcza komitet doradczy musi i może to społeczeństwu mówić. Co wcale nie świadczy o rozdźwięku. (Pamiętam, w zeszłym tygodniu jakiś kretyn domagał się natychmiastowego rozwiązania komitetu doradczego za to, że mówi co innego niż Wałęsa i że to niezgodne z prawem).

Jakie są perspektywy? Zdaniem Janka jesienne wybory stoją pod znakiem zapytania. Jaka więc może być taktyka sił niepodległościowych? 1. Stworzenie nacisku społecznego, różnych form aktywności do przyśpieszania wyborów. Może przecież wchodzić w rachubę wrzesień, na nawet niesprzyjający sierpniowy. Druga sprawa - wymuszenie ordynacji, pozwalającej wyrazić wolę narodu w sposób zapewniający sejmowi możliwość normalnego działania.
Nawet "Gazeta" ciągle pisze, że przecież Sejm uchwalił sobie korzystanie z ordynacji proporcjonalnej, więc jest to wola większości. Wiosną Geremek był jej przeciwny, OKP przygotowywało ordynację większościowo-proporcjonalną. Dlaczego teraz nie tylko opóźniał przygotowanie ordynacji, ale potulnie godzi się na gorszą? Kto wie, czy nie było to jego zadaniem, na które czekał od wielu, wielu lat, przyczajony jako uczciwy działacz solidarnościowy. Bo ta ordynacja pozwoli zachować w Sejmie maksimum sił komunistycznych. Czy o to mu chodziło? Janek twierdzi, że ten Sejm potrafi uchwalać tylko ustawy, podtrzymujące byt nomenklatury.

22 MARCA

(...) Kolejny klocek w układance: Rakowski udzielił wywiadu jakiemuś pismu w ZSRR o polskiej drodze - że niedobra, że odradza ją Rosjanom, przy okazji apoteozując stan wojenny u nas. Zresztą nawet trudno mi dokładnie zrelacjonować ten tekst, ponieważ żadna gazeta nie opisała, podano to tylko w TV. W "Gazecie Wyborczej" nie ukazała się nawet najlżejsza informacja na ten temat. A przecież Zarębski, rzecznik rządu, ostro zaprotestował przeciwko temu wywiadowi, jako godzącemu w interesy polskiej racji stanu. Klocek do układanki, przedstawionej przez Janka Olszewskiego w zeszły czwartek - konfrontacyjna postawa komunistów, gotowych wrócić do władzy i bezczelnie bimbających sobie ze wszystkiego. Rakowski pewnie będzie się skarżył na ograniczenie jego wolności słowa....

Napisałam list do Iłowieckiego po jego felietonie o "grubej kresce", w którym niezwykle mądrze wypowiada się przeciwko jej stosowaniu z wielu mądrych i wyważonych powodów. Popieram go. Napisałam o Zimandzie i jego postulacie komisji denazyfikacyjnych oraz o ludziach przywróconych do pracy i ludziach, którym myli się sprawiedliwość, chrześcijaństwo i zasłużona kara za zbrodnie. Ciekawe czy wydrukują.

Rozmawiałam z Jankiem S. "Spotkania" są przez jego przyjaciół z UDecji traktowane jako pismo prowałęsowskie, dostał ostatnio od nich tak po łbie, nawrzucali mu od ostatnich, że z trudem to przełknął nawet ten niezwykle twardy i odporny człowiek. Najbardziej nieznośny jest ten moralny sos, w którym narzuca się wszystko, co się podoba. Każdy, kto nie przeciw Wałęsie, ten łobuz, a może nawet złodziej? Podtrzymałam Janka w jego racjach, pismo zresztą też zaczęło mi się ostatnio bardzo podobać. (...)

29 MARCA

Rozmawiałam z Kaczyńskim, ... opowiedział mi różne rzeczy, które zaczęły mi otwierać oczy na rzeczywistość konfliktu zeszłorocznego. Ten konflikt to po pierwsze odprysk początkowego konfliktu w opozycji z okresu korowskiego, między "Biuletynem informacyjnym" a "Głosem". Natomiast histeria związana z Kaczyńskim w zeszłym roku datuje się od 86 roku, od czasu wypuszczenia na wolność wszystkich działaczy i powołanie tzw. Tereski, czyli Tymczasowej Rady Solidarności. Wtedy też była kwestia podziału kompetencji między TKK i KKW. Kaczyński był sekretarzem KKW przy Wałęsie, natomiast TKK była utworzona początkowo z działaczy Rejonu Mazowsze, demokratycznie wybranych w wyborach związkowych plus dokooptowanych - Ewę Kulik i Konrada Bielińskiego, a być może innych jeszcze, nie pamiętam, co sprawiało, że przeważała w niej tzw. lewica warszawska. Otóż Kaczyński, jak twierdzi, udaremnił zmonopolizowanie "Solidarności" przez TKK i utrzymał wpływy KKW. Rozumiem teraz alarm, jaki wybuchł po powołaniu Kaczyńskiego na stanowisko redaktora naczelnego "Tygodnika »S«". Oni już raz dostali, można powiedzieć, po nosie.

3 KWIETNIA

Zabawna była historia z Bratkowskim - przedstawił nas ze sobą mnie i Mamę, był zdumiony naszym pokrewieństwem, znają się z czasów KKK [Klub Krzywego Koła]. Bardzo był sympatyczny, nie komentował moich zajęć, znaleźliśmy wspólne tematy gospodarczo-interwencyjne, m.in. niesłychaną sprawę pana Zielińskiego, brata radnego Zielińskiego z Otmuchowa. Bratkowski zachwycał się premierem Bieleckim, że nadzwyczajnie dobry, energiczny a stonowany. Nareszcie ktoś nie wyrzeka. Mazowieckiego określił jako człowieka nie do roboty, owszem, na parę pierwszych miesięcy jako reprezentacja solidarnościowa, ale w ogóle nie do życia.

Pan Zieliński jest młodym drobnym biznesmenem monachijskim, wyjechał z Polski jako działacz NZS po stanie wojennym czy też został tam w czasie jego ogłoszenia. Od dwóch lat zajmuje się zakładaniem barków dworcowych. Jest właścicielem słynnego barku "Natalie" na Dworcu Centralnym. Od 9 lat mieszka w Niemczech i po niemiecku już rozumie praworządność i demokrację. Dwunastu dyrektorów różnych jednostek PKP zebranych w jednym pokoju zażądało od niego 20 tys. marek łapówki za uruchomienie barków w Poznaniu i Wrocławiu oraz 3/4 zysków w przyszłości. Nie dał do tej pory ani grosza i nie da, ale za nim czeka kilkunastu inwestorów, którzy patrzą czy mu się uda. Tymczasem barki uruchomione na Centralnym są prześladowane przez naczelnika dworca - codziennie naczelnik przychodzi z SOK-istą i spisują protokół, że w barku są nie sprzątnięte stoliki. Dosłownie czatują na klientów kończących jeść i spisują natychmiast protokół. Być może na tej podstawie wystąpią o cofnięcie mu dzierżawy. Chciał sprawę poznańską oddać do prokuratora, ale ostrzeżono go, że w prokuraturze jest to samo. Potwierdza to mecenas Tomek Kwiatkowski, który natrząsał się z postawy mazowszaków proponujących oddawanie do prokuratury i ściganie spraw strukturalnie politycznych, choć czasem przybierających postać zwykłych nadużyć. Mówi: oddać do prokuratora, a prokurator ten sam co był w tych samych prowincjonalnych układach, co? Opowiedział mi, był likwidatorem Igloopolu w Dębicy - niezawisła i praworządna sędzia powiedziała mu, że na samo zarejestrowanie go w sądzie trzeba jej 3 miesięcy. Potem brała zwolnienia i urlopy. Dlatego te wszystkie sprawy za Mazowieckiego ciągnęły się jak krew z nosa, przy czym ciągle nie było pomysłu, żeby to jakoś radykalnie rozwiązać.

Kolejna afera - Terlecki mianował na miejsce Dymarskiego, odwołanego wbrew różnym plotkom, podobno jednak za nie wysłanie dziennikarzy na lotnisko, gdy Wałęsa wracał ze Stanów (należałoby ukarać kogoś z ekipy, kto nie zawiadomił, że przylecą godzinę wcześniej) - pana Sławomira Zielińskiego, tego samego, co robił kampanię wyborczą Urbanowi w czerwcu 89 r., tegoż co wyrzucił Reszczyńskiego z "Teleekspresu" w 86 czy 87 roku. Podobno Reszczyński wczoraj spakował manatki i wyszedł bez słowa z telewizji. Nie bardzo mu się dziwię, bo co prawda dziennikarze powinni się podporządkowywać szefom, ale szefowie nie powinni raczej wykonywać awansów, które pracownicy odczuwają jako naplucie sobie w twarz. Zieliński ma być ten niezwykle fachowy. Napisałam w liście do "Spotkań", że uważam za elementarną zasadę, że ci co wyrzucali z pracy, nie mogą obecnie rządzić ani kierować tymi wyrzucanymi, choćby byli fachowi jak sam Duch Święty. Ciekawa jestem, czy to wydrukują.

6 KWIETNIA

Sprawa Zielińskiego z TV budzi coraz gwałtowniejsze protesty środowiska dziennikarskiego, kompletnie zbulwersowanego oddaniem telewizji ludziom Urbana. Zieliński zapowiedział natychmiast przywrócenie Jakubowskiej (ta przynajmniej naprawdę jest niezwykle fachowa - zresztą odmówiła, nie dziwię się przy takich płacach w TV) i powołanie Dziemidowicza. To dobry dziennikarz, radiowy, od informacji, dobry w każdym czasie. I w 68 r., i w latach siedemdziesiątych i w stanie wojennym. Nigdy nie miał kłopotów. (...)

Aleksander Mackiewicz, były minister handlu wewnętrznego z ramienia SD, jak się okazuje, w czasie swej kadencji w ministerstwie przerzucił fundusze z Fundacji Aktywizacji Zawodowej na rzecz SD, posługując się pośrednictwem wydawnictwa Epoka.

Michnik podobno się rozwodzi, dla jakiejś nowej pani. To jest wiadomość ze Sztokholmu, z drugiej ręki wprawdzie, ale pewnie dobra, a raczej nie tyle dobra co prawdziwa.

Dziwna jest jego wyjątkowa zupełnie sympatia do Rakowskiego, sympatia, która budzi niechęć. Podobnie jak kumanie się z Kwaśniewskim. Recenzja z książki była chyba całkowicie wyssana z palca, na pewno książki jeszcze nie czytał, może przejrzał. Pamiętam taki wypadek, 25 maja, w każdym razie we środę na 10 dni przed wyborami 4 czerwca 89 r. uczestniczyłam w kolegium redakcyjnym "Gazety Wyborczej". Na tym kolegium Michnik nagle oświadczył, że zrobił z Jackiem Żakowskim wywiad z Rakowskim. Wszyscy zaniemówili. Potem zaczęły się okrzyki: po co? dlaczego? Przy tak małej objętości na teksty kampanii wyborczej "S"! Wywiad miał podobno 30 stron maszynopisu. Michnik wyjaśnił to w prosty sposób: trzeba mieć w tej partii jakieś osoby, które nie będą wrogami. Lepiej za sojusznika mieć inteligentnego, pieriestrojkowego Rakowskiego niż kogokolwiek innego. Ta partia przecież będzie jeszcze długo rządzić, trzeba tam mieć swoich ludzi.

Żakowski wyglądał na strapionego, Skalski powiedział półgłosem, że zastanowi się chyba nad dalszą pracą w tej redakcji. Podobnie zareagowały inne osoby. W końcu Michnik wyjaśnił, że teraz, kiedy wywiad został przeprowadzony, nie wydrukowanie go byłoby policzkiem dla Rakowskiego. Podobnie, gdyby go opublikować po kampanii wyborczej, już po wyborach, bo straciłby cały sens. Ludzie wciąż protestowali, wymyślali Michnikowi (ten dzień i osoby obecne były utrwalone na zdjęciu w jednym z francuskich czasopism, opublikowanie co prawda dopiero w rok później w czerwcu 90 r., gdy byłam we Francji, pokazano mi tam mnie samą na zdjęciu), a wtedy Helena powiedziała: "słuchajcie, przecież to jest pismo Adama, on naprawdę wydrukuje, co zechce". Na boku spytałam kogoś, czy "Gazeta" nie jest pismem "S", ale dowiedziałam się wtedy, że przecież nie ma emblematu "S", a znaczek zamieszczony jest w formie "Nie ma wolności bez »S«", solidarycą, co oznacza bliskość ideału "S", a nie bycie jej organem.

Oczywiście, ani Skalski, ani nikt inny nie odszedł z "Gazety". Ale wszyscy dowiedzieliśmy się wtedy po raz pierwszy, jak szczególny stosunek ma Michnik do partyjnych.

15 KWIETNIA

Janek zamówił u mnie recenzję z książki Kurskiego "Wódz", umówiłam się też na wywiad z Magdaleną Abakanowicz - podobno wielkie osiągnięcie, bo rzadko udziela, ale zaprzyjaźniłam się z nimi w Krynicy i zaproponowałam jej to. Namyślała się, czy dla "Spotkań" może udzielać wywiadu, ale zdecydowała, że Iłowiecki jest uczciwy i bezstronny, i może.

W związku z tym udałam się na targ na, hm.... dawniej Świerczewskiego, a teraz diabli wiedzą, chyba Tłomackie czy inne Leszno, na rogu, hm... Marchlewskiego, nie - Jana Pawła II. Krótko mówiąc: koło poczty. Pan w czapce studenckiej sprzedający ze stołu książki spojrzał na mnie z dezaprobatą, pokazał mi książkę Wałęsy "Droga do wolności" i poradził, że ta jest lepsza od Kurskiego. Tamto "napisał człowiek, który całą politykę tylko widzi od strony towarzyskiej". Przeczytałam większość tej książki, teraz w czasie weekendu. Szkoda może było tych 18 tys., chociaż parę rewelacyjnych spraw powiedział, szczególnie w wywiadach z innymi osobami. Na przykład nie widziałam, że Michnik i reszta uważali w 81 roku Wałęsę za ubeka. Być może stąd częściowo ta niesłychana pogarda, z którą stale się stykam w AS-ie [Agencja Solidarności 1981]. Przypuszczam, porównując z niedawnymi rewelacjami mojej prokuratorskiej przyjaciółki, że ktoś partyjny na bardzo wysokim szczeblu bardzo poufnie musiał puścić taki przeciek do opozycji lewicowej, inaczej trudno sobie wyobrazić, żeby poważnie mogli tak uważać.

W pewnym momencie Kurski, który pewnie na oczy w życiu nie widział - a może tylko widział - Jana Olszewskiego, pisze, że Jan był w PPN "prawą ręką Najdera". Myślę, że to dobrze pokazuje jedną z wad tej książki - cała masa autorytatywnych "informacji", kompletnie bzdurnych bez podania źródła. Kurski w czasach PPN, jak obliczyłam, miał około 15 lat, był w Gdańsku i chyba nie ma żadnych możliwości, żeby wiedzieć coś o tym naprawdę. W książce miesza się informacja zasłyszaną plotką lub cudzą oceną. Olszewski z natury swej niczyją prawą ręką być nigdy nie mógł i nadal nie może. Wyjaśniłam z nim to dzisiaj w rozmowie telefonicznej. W PPN liczącym łącznie około 200 osób, był zespół kierujący złożony z m.in. Najdera i Olszewskiego. Ponadto był zespół uwiarygodniający PPN na zagranicę, 3 osoby - Olszewski, Najder i Jan Józef Szczepański.

17 KWIETNIA

W relacji Wyszkowskiego w książce Kurskiego znalazł się fragment o strajku majowym z 88 roku, kiedy to Wałęsa uznał, że trzeba młodym ludziom przyznać rację, że strajk ma trwać do upadłego, ponieważ wyczuł, że następnego dnia już i tak bez trudu ich wyprowadzi. Wtedy Mazowiecki wpadł w szał, krzyczał do Wałęsy: "jak pan mógł!" itp. Otóż dowiedziałam się, że krzyczał znacznie gorzej: "Jest pan nikim, pan jest zerem, to myśmy pana stworzyli!". Wyszkowski jednak nie zgodził się na zamieszczenie tego fragmentu w swoim wspomnieniu. To tłumaczyłoby dziwaczne stosunki Mazowieckiego z Wałęsą i pewnie też tłumaczyłoby to jego przedziwne lekceważenie Wałęsy, które m.in. doprowadziło do reakcji ze strony Wałęsy i chęci objęcia samodzielnych rządów.

11 MAJA

Sprawa "popiwku" zaczyna podminowywać Polskę. Wczoraj była narada, na której postanowiono przenieść ognisko konfliktu z linii zakłady - rząd na linię załogi - dyrekcje fabryk. Nie jest to co prawda merytoryczne rozwiązanie konfliktu, ale chyba to słuszne posunięcie. Dyrektorzy zasłaniają się tym, że to rząd nie pozwala przepisami podnosić płac, załogi kierują swe pretensje do rządu. Rząd może zmienić zasady popiwkowania - zamiast ograniczać średnią płacę, co powoduje zatrudnienie dużej liczby zbędnych, ale bardzo słabych pracowników, którzy "nabijają" średnią dla prawdziwie pracujących, zastosuje się dawno postulowaną (też mającą swoje wady ze względu na działanie recesyjne) zasadę kwotową - zmieść się w swoim funduszu płac i rób to, jak chcesz. To oczywiście spowoduje nacisk dyrekcji na zwolnienia, nacisk związków na pozostawianie ludzi w pracy. Ale uruchomi spór o oszczędności, o sposoby zwalniania, urlopy bezpłatne itp. Podobno Węgrzy naszą dotychczasową metodą zniszczyli sobie produkcję - zatrudniali masowo Cyganów, którzy dostawali grosze i mieli zakaz pokazywania się w fabryce byle podnieść średnią zatrudnionych. (...)

K., jak się dowiedziałam od TŁ., nie czuje się zbyt pewnie na swoim stanowisku. Bierze poważnie pod uwagę odejście z powodu swojej pozycji w PC (Chce kandydować z listy "ogólnej" - forma listy krajowej? Jako poseł), bo PC nie jest zadowolone z rządu Bieleckiego. Największym problemem są podobno w tej chwili spółki nomenklaturowe, które odtworzyły już strukturę partyjną, a poza tym przyjęły znaczną część majątku narodowego, bo tak znaczną, że wątpliwe jest utworzenie prawdziwie wolnego rynku. Sekuła i Wilczak są praktycznie wszechwładni, podobno kupiono już część samorządów lokalnych i regionów "S", i w tej chwili ktoś, kto nie jest pociotkiem Skuły, nie dostanie nawet kredytu w banku na otwarcie interesu. Stąd znana mi z dziennikarstwa droga przez mękę tych, co poza układami i co nie chcą płacić łapówek. Bo można jeszcze się opłacić.

Podobno rząd Mazowieckiego chronił te spółki, ponieważ Mazowiecki uważał, że inaczej gospodarka padnie z dnia na dzień, jego ekipa była zdania, że tylko partyjni gospodarczo umieją tu rządzić i rozeznać się w tym bałaganie. Rząd obecny to rząd gdańskich liberałów, podobno ze sporymi powiązaniami z komuną gospodarczą. Podobno kupiony jest już nawet Rulewski z "S", w Solidarności mówi się o tym półgłosem.

Wiadomości te były tak śmiertelnie smutne, że zasępiłam się na dłużej. (...)

29 MARCA

(...) Pojawił się u nas wczoraj pan Tadzio Szyma z "Tygodnika Powszechnego". Został wyrzucony stamtąd z przyczyn politycznych. Oczywiście, można to interpretować w ten sposób, w jaki ja np. wolę, że każda redakcja ma prawo dobierać sobie pracowników - tylko wtedy musi to prawo dotyczyć zarówno "Telewizji", jak "Gazety Wyborczej" czy "Tygodnika" [Powszechnego]. Już w sierpniu, będąc innych poglądów niż jego ostentacyjne promazowieccy koledzy, pan Szyma złożył Turowiczowi rezygnację z pracy. Turowicz jej nie przyjął. Pan Szyma był jedynym nowym pracownikiem przyjętym między 56 rokiem a ostatnimi latami, kiedy to przyjęto już sporo nowych młodych. Musiał mieć poparcie 14 osób, żeby mu zaufano, tak bardzo zespół "Tygodnika" bał się infiltracji. Tymczasem przyjęci ostatnio młodzi zradykalizowali "Tygodnik", Turowicz zrezygnował z chwalebnej, wieloletniej niezależności pisma i wdał się w politykę sam, a także wciągnął w nią pismo. Pani Hennelowa to teraz erynia sejmowa, Kozłowski odszedł na ministra spraw wewnętrznych (już wrócił). "Tygodnik" [Powszechny] stał się dla mnie nie do czytania, podobnie dla wielu moich znajomych, przestaliśmy go prenumerować czy kupować. Był taki charakterystyczny moment w "Tygodniku". W czasie kampanii wyborczej prezydenckiej w "Tygodniku" [Powszechnym] ukazał się list-artykuł Jana Galarowicza na temat zmian politycznych w linii "Tygodnika". Galarowicz pisał o agresywnym narzucaniu linii promazowieckiej, jako nie tylko jedynie słusznej, ale i jedynie moralnej i protestował przeciwko temu, jako zwolennik Wałęsy. Napisał, że nie wiedział długo, za kim głosować, ale po długich analizach i rozmyśleniach uznał, taki pogląd ma po prostu Wałęsa chyba będzie lepszy. Prosi więc o złagodzenie moralnego nacisku na zwolenników Wałęsy, ponieważ nie widzi powodu, żeby za to, że ma inny pogląd, był traktowany w piśmie jako łobuz. Na ten list rzucił się jak pirania jeden z młodych w "Tygodniku" [Powszechnym], Andrzej Romanowski, w tzw. błyskotliwym artykule. Lancetem ironii porozcinał Galarowiczowi skórę do żywego, napisał o jego złej woli i kłamliwych zarzutach, no i w ogóle zgnoił go kompletnie. Minęła nadzieja, wywołana opublikowaniem tego listu, że "Tygodnik" zapanuje nad swoją stronniczością, a zwłaszcza nad moralnym potępianiem odmiennie myślących.

Szyma, który jako jedyny w "Tygodniku" [Powszechnym] podpisał listę za Wałęsą, opowiedział, że sprawa ta miała swoje kulisy. Otóż pewna szlachetna pani, czytelniczka od pierwszego numeru, zaproszona przez Romanowicza do dyskusji na temat rzekomej jego zdaniem polityzacji i stronniczości "Tygodnika", napisała, że miała już nie przedłużać prenumeraty, zniechęcona tąże polityzacją i jednostronnością "Tygodnika", a przede wszystkim agresywnością. Jednak fakt wydrukowania listu Galarowicza zdecydował, że dalej prenumeruje, ponieważ "Tygodnik" [Powszechny] jednak potrafi dopuścić inne zdanie. Nie wydrukowano jednak tego listu, nie wydrukowano także repliki Galarowicza, natomiast prędko ukazał się tekst Zofii Radziszewskiej "Dlaczego kocham »Tygodnik Powszechny«?".

Szyma czuł się w redakcji coraz gorzej. Starsi traktowali go dobrze, raczej jako zbłąkanego syna, natomiast młodsi posuwali się do takich aktów, jak mówienie "tu coś śmierdzi", kiedy wchodził do pokoju, podkładali mu pod szkło na biurku podarte dwudziesto- i pięćdziesięciozłotówki, niby te "srebrniki" judaszowe, aż sytuacja stała się nie do wytrzymania. Pewnego dnia "powrócony" już do Warszawy Kozłowski wezwał do siebie Szymę, który postanowił tym razem nie składać rezygnacji, tylko dać się wyrzucić i powiedział: tutaj mam memoriał podpisany przez kilkunastu naszych młodszych pracowników na temat poprawy sytuacji w redakcji Wśród wielu punktów jest i taki, w którym żąda się pańskiego odejścia. Mam do wyboru - albo zostawić pana, albo kilkanaście osób, które odejdą, jeżeli pan zostanie.

Decyzja moja była tylko jedna, Szyma odszedł. Przyjechał teraz do Mazowieckiego, który chce mu pomóc, jak potem mi powiedział. Po drodze proponowano mu objęcie Telewizji Krakowskiej po Kutzu, ale w końcu Markiewicz przywiózł nominację dla Janickiego [Kutz dostał Łęg, czyli wielką wytwórnię filmów telewizyjnych, którą usamodzielniono]. Potem Marek Owsiński zaproponował Szymie dyrektorowanie radiu krakowskiemu, ale też jakoś do tego nie doszło, Szyma miał wrażenie, że Owsiński wycofał się ze strachu przed czymś. (...)

Podobno pan Tadzio Szyma zachowywał się nielojalnie wobec "Tygodnika", publikując w "Gazecie" krakowskiej teksty przeciwko "Tygodnikowi". On to potwierdzał, twierdził tylko, że zaatakowano go na łamach własnego pisma i nie dali mu zareplikować też na łamach, więc wyniósł replikę na zewnątrz do "Czasu". Tak czy inaczej, dla tej redakcji więcej się nie nadawał. Podobnie, jak "Obserwator" nie nadawał się więcej dla Telewizji. Podobno Dymarski zrezygnował wczoraj z dyrektorowania DPI - czy kolejna awantura? A niejakiego pana Chmielaka, postnomenklaturę Terlecki mianował na swojego zastępcę. Dopiero będzie afera. (...)

14 MAJA 91

(...) Mojej siostrze zaproponowano powrót do TV, najlepiej w charakterze rzecznika prasowego. Tego odmówiła, jednak rozmawiała z p. Grabowskim (chyba jeden z wiceprezesów) na temat własnej niezależności i działki kulturalnej. Żeby tylko być niezależną. Niestety, okazało się, że musiałaby zależeć od swej dawnej kierowniczki, "fachowej" Niny Terientiew i jakiegoś drugiego faceta podobnego pokroju. Dziesięć lat temu wygryźli ją z "Pegaza", gdzie nieustannie podkradano jej nagrania, chowano gotowe taśmy i wykonywano jej podobne niezliczone dowcipy, ponieważ pani T. i inni potrzebowali pretekstu, żeby ją wyrzucić np. za zagubienie programu. (...)

I niektórzy piszą, że nie ma czegoś takiego, jak nomenklatura i jej ofensywa. Jeżeli chodzi o TV, to błąd Wałęsy, niestety, jeden z dwóch - pierwszy NIK i Romaszewski, drugi tolerowanie decyzji Terleckiego w sprawie Zielińskiego. Nie pojmuję.

Mam cały stos materiałów do tekstów "antysemickich", czyli na wizytę Wałęsy w Izraelu. Przeczytałam sugestie Bieleckiego. Po raz pierwszy się z nim nie zgadzam - proponuje przeprosić Żydów za wyrządzone im krzywdy. Jeżeli nie traktujemy odpowiedzialności zbiorowo, to dlaczego Polacy mają ich przepraszać za szmal pracowników (zgodnie z polskim prawem podziemnym i praktyką AK skazywanych na śmierć i wyroki wykonywane), a oni odżegnują się od odpowiedzialności za UB itp.? Przecież to dokładnie to samo - odpowiedzialne nie są narody, tylko pojedynczy ludzie.

Pamiętam opowieści paru starszych osób, jak Żydzi, młodzi z małych kresowych miasteczek po wejściu Rosjan 17 września 39 r. budowali bramy powitalne z kwiatów na widok wojsk radzieckich, zakładali opaski członków partii komunistycznej, a potem przez tygodnie zajmowali się wyławianiem poukrywanych polskich oficerów, których potem wywożono w okolice Katynia i i innych miejsc kaźni. Zdecydujemy się - czy to byli Żydzi, czy pojedyncze osoby, odpowiadające tylko za swoje czyny? Moja cała rodzina ukrywała i przechowywała Żydów, jedna z tych osób, wcześniej już wychrzczona, została moją chrzestną matką. Czasem dziwię się, że nie skierowała wniosku o drzewko dla mojej mamy i ojca i odznaczenie ich orderem "Sprawiedliwi wśród narodów świata".

Dlaczego Polacy wszyscy mają odpowiadać za czyny niektórych Polaków? Że była atmosfera? A jaką atmosferę czynili Żydzi w tych małych miasteczkach? Czy wtedy - zasobni w siłę wojskową najeźdźcy - obawiali się polskiej opinii publicznej? Czy myślą, że Polacy po wojnie stracili pamięć tych czynów? Czy taki pogrom kielecki - przy całej zbrodniczości - nie miał w tle tamtych doświadczeń?

Myślę, że "Tygodnik Powszechny" z całą swoją akcją z 1987 roku już wtedy był tygodnikiem nie do czytania, ale wtedy jeszcze się nie wiedziało. Szczęście, że nie oglądałam "Interpelacji" z ambasadorem Izraela, bardzo jak się zdaje miłym i kulturalnym, namawiającym do dialogu panem. Dialog to rozmowa w dwie strony. Podobno Błoński nazwał paru występujących antysemitami. Gdybym oglądała ten program, pewnie umarłabym na zawał.

29 MAJA

Afera goni jak zwykle aferę. Wałęsa przeprosił Żydów, do czego w samolocie namówiony przez Czesława Bieleckiego. W rezultacie Szamir powiedział w Knesecie o "polskich obozach koncentracyjnych", co potem prostował, atmosfera między Polakami a Żydami stała "prawie ciepła", a cała prasa zachodnia napisała, że Polacy prosili o wybaczenie "za współudział" czy "pomaganie" Niemcom w likwidacji milionów Żydów w Polsce". Oto skutki. Pomyślałam jednak, że Wałęsa pewnie wie, co robi i na dłuższą metę przyniesie to pozytywne skutki. Rybicki zgłaszał w samolocie votum separatum, ale został przegłosowany. Po raz drugi zdarza mi się spotkać człowieka o tak nieprawdopodobnie zbieżnych z moimi poglądach.

Przewalił się strajk komunikacji. Zabierałam biedaków z przystanków (zresztą samochód miałam dopiero od trzeciego dnia, ale mogłam jeździć lancią). Przewalił się strajk śmieciarzy. Ludzie klną jak zwykle.

Przedwczoraj z kolei telewizja we wszystkich dziennikach w obu programach podała, że m.in. w Kancelarii w I kwartale zarobki wynosiły 4 mln 200 tys. zł. Wszyscy tu się wściekli, poszło sprostowanie, które blado odczytano pod koniec dziennika wieczornego. Tymczasem już w całej aferze, dzisiaj, "Gazeta" wydrukowała tę informację spokojnie, a w TOP-ie oczywiście kolejny telefon oburzonego czytelnika, który zapewne wiadomość zna z przedwczorajszej TV, chyba, że zna ją po prostu z redakcyjnego biurka, wg rozdzielnika, jedna wiadomość na trzecią stronę, oburzony głos ludu - do TOP-u. Wczoraj przybiegły do kadr rozwścieczone kucharki i sprzątaczki, które pewnie mają groszy więcej niż inne kucharki czy sprzątaczki, ale daleko do połowy tej sumy. Nasza średnia za I kwartał wyniosła 2.300 bez ministrów i dyrektorów, z nimi - 2.800. Teraz nam podnieśli, ja mam jedną z najwyższych tu pensji i ona razem wynosi 3.200. Żadnych premii, żadnych nagród. Śmiałam się, że po styczniowej informacji o 5 milionach, to nawet suma się zmniejszyła.

1 CZERWCA

Coraz mniej z tego wszystkiego rozumiem i ogarnia mnie już nawet nie zniecierpliwienie, ale zniechęcenie. Zaczyna działać mechanizm selekcji negatywnej. Wałęsa odrzucił najpierw przemówienie Giełżyńskiego na powitanie papieża. Przemówienie było naprawdę piękne, wzruszające, proste a zarazem literackie. Zostało przez Wałęsę wykreślone w takim stopniu, że nic nie zostało. Ostatecznie zatwierdził przemówienie kompletnie nijakie, nie wiem, co w końcu wygłosił, bo nie słuchałam dziś rano, zaspałam.

Inny przykład - Zieliński od dawna psuje fachowo informację w TV, a teraz przeczytałam o mianowaniu Dziemidowicza rzecznikiem prasowym MSZ. Odbyła się u nas kawa pożegnalna dla panienki - praktykantki i długa pogawędka na temat grubej kreski i dekomunizacji. I tu mnie Rybicki zadziwił. Nie wiedział, kim jest Dziemidowicz, znany ubol radiowy od wielu, wielu lat (wytł. ASME). Wreszcie powiedział, że widocznie się zmienił, że jest fachowcem itp. Że jak w końcu decydować - trzeba jakoś tych ludzi włączyć, że Zieliński na pewno nie uczestniczy w spisku postkomuny itp. Zdębiałam - powiedziałam, że to w ogóle nie chodzi o spiski, tylko o elementarne wyczucie i szacunek dla telewidzów, którzy pamiętają Zielińskiego z czasów Urbana. Dziemidowicza nie potrzeba prześladować ani dekomunizować, ani nic innego - wystarczy nie mianować go na eksponowane państwowe stanowisko. Rybicki na to, że wszyscy odmawiają, że nikt nie chce niczym się zająć, ze przed mianowaniem Zielińskiego odmówiło wiele osób. Czegoś tu nie pojmuję - w końcu od raka jeździ do Anglii i Francji dziesiątki osób na staże dziennikarskie, również do TV - czy któraś z takich osób nie może objąć tego typu stanowiska? Czy ktoś mnie np. albo licznym moim znajomym dziennikarzom proponował stanowisko rzecznika MSZ? Nigdy nie słyszałam, a ludzie przecież mówią, często z dumą, o takich propozycjach. Michnik udzielił wywiadu do "Polityki", pani Paradowskiej, dla której, jak się okazuje, jest to dobre miejsce. Michnik pieprzy o szlachetności grubej kreski i o okropności Porozumienia Centrum, o zbrodniach Kaczyńskiego. Tymczasem jego stanowisko odrzucają nawet osoby głęboko związane z tym nurtem. Podobno niedawno na UW odbył się interesujący odczyt o grubej kresce, jako przyczynie wybuchu antysemityzmu w Polsce. Przeniesienie wroga, jakim była komuna, na Żyda, jako bardziej uniwersalnego i abstrakcyjnego, zwłaszcza, że komunę nawet Wałęsa popiera, swoimi niewiarygodnymi posunięciami typu Ziółkowska, Zieliński itp. Gruba kreska to coś, od czego zginie Polska, przynajmniej jako kraj, w którym mogła się odbyć pewnego rodzaju katharsis, uwalniająca energię społeczną.

Kostek Gebert napisał znakomity artykuł w "Gazecie Wyborczej" o Żydach i Polakach, nareszcie ktoś zarysował w pełni prawdę i do tego jest to Żyd. Zatelefonowałam do niego z gratulacjami, ucieszył się bardzo. Robi w tej chwili dobrą robotę - jako Żyd polski oczekuje od Izraela reakcji na polskie przeprosiny.

W "Gazecie" artykulik o naszych płacach - tak pokrętny i wykrętny, jak tylko pani Kublik potrafi napisać. W każdym razie ktoś, kto nie słyszał sprostowania w TV ani nie czytał w ŻW, nie będzie mógł obliczyć tych płac. [...]

Piotr Wierzbicki odmówił pisania przemówień dla Wałęsy. Oburzyło go przepraszanie Żydów bez zapewnienia sobie ich odpowiedzi. Rybicki uważa, że to było dobre - potwierdzałby artykuł Kostka, że teraz piłka znajduje się na ich boisku i muszą z tym coś zrobić. Zastanawiam się, czy nasza drużyna piłkarska, z Wałęsą, jako trenerem ekipy, nie zapomniała, że istnieje coś takiego jak sędzia, nawet jeżeli się tego nie chce. W tym przypadku sędzią nieubłaganym jest społeczeństwo. Społeczeństwo, któremu każdy niewyjaśniony gest i niezrozumiała decyzja personalna każe głosować na Tymińskiego, który postrzegany jest wciąż jako coś z zewnątrz, spoza sitwy jednej czy drugiej. (...)

Przyszło kilkanaście listów po wizycie w Izraelu. List Stanisława Krajewskiego, wyrażający dumę z prezydenta za słowa o przebaczeniu. Poza jednym anonimem, zaadresowanym "sługus" i parobek żydowski, Prezydent RP Lech Wałęsa", wszystkie od starszych osób, które doznały konkretnych i namacalnych krzywd od Żydów w czasie wojny albo po niej. Oczywiście, nie wyobrażam sobie redakcji, która odważyłaby się to opublikować. Niechęć nie rasowa, nie religijna, nie uogólniona, tylko uzasadniona konkretnymi zdarzeniami: witanie przez Żydów wojsk radzieckich, wstępowanie ich do NKWD w czasie okupacji ziem wschodnich, bojówki żydowskie przeciwko Polakom, otwierające do nich ogień, powojenne krzywdy na UB, pan, którego osobiście torturował Światło (dziurawe płuca, połamane żebra, rozkalibrowana odbytnica). Niewątpliwie, stosunek do Żydów jako takich z góry negatywny i wyższościowy - "nie chciały się modlić przy Żydówce", "zechciała mi się odwdzięczyć, co oczywiście z oburzeniem odrzuciłam". To pewnie ten ton lepszości i wyższości tak Żydów straszliwie drażnił i on na pewno nie pomagał obu narodom, To musiało być okropne, mieć ratowane życie przez kogoś, kto i tak uważa się za lepszego. (...)

7 CZERWCA

Dostałam wycinki z prasy po wizycie Wałęsy w Izraelu. "Le Quotidien de Paris" z 21 maja: "Jaka jest odpowiedzialność narodu polskiego za eksterminację Żydów? O ile bardziej współpracowali ze zbrodniarzami nazistowskimi niż inne narody?". "Kurier Wiedeński" z 21 maja: "Wałęsa prosił o wybaczenie za polski antysemityzm oraz uwikłanie w Holocaust". Dziennik TV austriackiej: "los Żydów wymordowanych w polskich obozach koncentracyjnych". To samo gazety angielskie - wybaczenie za Holocaust. "Guardian" z 21 maja: "polskie zbrodnie wojenne nie będą zapomniane" (jako rzekome słowa Szamira). Parlamentarzysta izraelski określił wystąpienie Wałęsy na forum parlamentu jako "zbyt wielki zaszczyt i przedwczesny". "The Independent" za AP: "Wałęsa poprosił Żydów o przebaczenie za śmierć ponad trzech milionów Żydów w okupowanej przez nazistów Polsce". Prasa arabska pełna jadu: dziennik "Al Ra'i": "tylko jego (Wałęsy) noga dotknęła ziemi, a już język poprosił od narodu żydowskiego". [...] "Koelner Stadt Anzeiger": "antysemityzm kręgów polskiego społeczeństwa i ich udział w ludobójstwie". "L’Humanite": "wystąpienia antysemickie naznaczały karierę polityczną Wałęsy", pierwszy raz w Izraelu przyjęto polityka, "który stał się sławny dzięki swym deklaracjom antysemickim". "Le Quotidien" przytacza podobno popularną wśród Żydów pochodzenia polskiego opinię: "Jeżeli chodzi o antysemityzm, Polacy są gorsi od Niemców". "Historycznego długu Polski wobec narodu żydowskiego nie zatrze wystąpienia w Knesecie". Prasa hiszpańska daje tytuły: "Prośba Polski, by Izrael wybaczył jej rolę, jaką Polacy odegrali w Holocauście Żydów. Jak pisze korespondent MSZ, w prasie tej podkreślono wypowiedzi osobistości izraelskich, wskazując na współpracę Polaków z hitlerowcami w eksterminacji Żydów". "El Pais": "Ponad 3 mln Żydów zginęły w Polsce w czasie okupacji i powojennego antysemityzmu".

Zapytałam Rybickiego, czy będzie jakaś odpowiedź Polski na te kalumnie. Powiedział, że teraz polityka wyciszania jest przewidziana, a w ogóle on najchętniej napisałby artykuł do jakiegoś wielkiego pisma amerykańskiego, kontrolowanego przez Żydów, jak było naprawdę z obu stron, ale nikt mu tego przecież nie wydrukuje. Ciąg dalszy wycinków izraelskich. "Il Messagero" pisze w sposób całkiem właściwy: o niezręcznym polemizowaniu Wałęsy z przeciwnikami politycznymi w czasie kampanii wyborczej, o "polskim antysemityzmie", przy czym cudzysłów stosuje tu sama gazeta. W ogóle Włosi informacyjni i stonowani. Libańczycy piszą o przeproszeniu za "prześladowania Żydów", a nie za udział w holocauście, jak inne gazety. "Al Samb" (Damaszek): "Jest rzeczą bardzo przykrą, że polski prezydent L.W. stanął wczoraj przed izraelskim Knesetem, aby prosić o przebaczenie za - jak to nazwał - "zbrodnie popełnione przez Polskę wobec Żydów podczas II wojny światowej". Dalej pisze, że Polacy ucierpieli w czasie wojny więcej niż Żydzi od nazizmu, a w Knesecie zasiadają rasiści, terroryści i ekstremiści i to ich właśnie W. Prosił o wybaczenie. Arabowie bardzo ostrzy wobec Izraela, ale historycznie poinformowani o Polakach i Żydach. Ciekawe, że nawet gazety irackie piszą z grubsza rzecz biorąc prawdę. Wiedeńska "Die Presse": "Żydów stosunek do Polski jest ukształtowany nie tylko przez zbrodnie Niemiec, ale jakże jawny antysemityzm Polaków i ich udział w masowym mordzie". "The Daily Telegraph": piórem m.in. Krzyszofa Leskiego: próba “otrząśnięcia się z pozostałości antysemityzmu i współpracy w nazistowskiej eksterminacji Żydów polskich w czasie II wojny światowej". "The Indepedant": "Jak większość Polaków Wałęsa wchłaniał antysemityzm wraz z powietrzem, którym oddychał". Na szczęście podobno zmieniają się nastroje w samym Izraelu, informują o tym działacze żydowscy, World Jewish Congress ma ewentualnie zareagować na sformułowania: "Udział Polaków w Holocauście" i "powszechny antysemityzm". Ale na razie nie słyszałam o zareagowaniu. (...) Teraz dopiero zauważyłam, że autorem tekstów w "Il Messagero" jest Dominik Morawski. (...)

12 CZERWCA

(...) Nasz kolega nomenklaturowy wie, za co odszedł Merkel. Oczywiście odmówił powtórzenia tego, zaproponowałam mu więc, że ja będę zadawać mu pytania, a on może mówić "nie", choć nie musi. Powiedział spokojnie i zdziwione "nie", kiedy spytałam, czy chodzi o nadużycia w kampanii wyborczej. Powiedziałam: chodzi więc o rozmowy z Rosjanami. Na to nic nie odrzekł, a więc to gdzieś musi być blisko. Rozważałam dalej, że nie może w ogóle chodzić o sprawy finansowe, bo przecież Merkel został dyrektorem jakiegoś banku, kontrolowanego przez Amerykanów. I wtedy kolega powiedział, że Merkla Amerykanie zrobili dyrektorem tego banku w nagrodę za zasługi w czasie wojny irackiej. Podobno w ogóle rola Polski w tej wojnie była znacznie większa, niż się powszechnie sądzi i mówi, ponieważ Polska miała tam najwięcej przedsiębiorstw, jakby gotową siatkę informacyjną w całym Iraku. Rzeczywiście, zostało w Iraku około 300 Polaków, którzy nawet nie starali się o powrót. W nagrodę Polska dostała rolę reprezentanta interesów amerykańskich w Iraku, co przecież było publicznie ogłoszone. Merkel wtedy zarządzał obroną i tym samym wywiadem, więc stąd jego posada.

Dowiedziałam się też z ust osoby rozmawiającej z naocznym świadkiem, że Wachowski po otrzymaniu nominacji na dyrektora w Belwederze szedł po schodach belwederskich, trzymając ją wysoko w ręku i cedził na głos przez zęby: "no, teraz będzie rzeź niewiniątek". Szczególnie prześladował Rybickiego, co zaowocowało tak gwałtownym przeniesieniem go do Kancelarii. Podobno na zakończenie pobytu Rybickiego w Belwederze Wachowski wykrzykiwał za nim: znajdę cię w mysiej dziurze, przede mną się nie ukryjesz! Raczej kiepskie to informacje o człowieku, który przebywa stale przy Wałęsie i ma na niego ogromny, jak widać wpływ, bo przecież wszystkich swoich rzezi musiał dokonywać przynajmniej za milczącą zgodą szefa. Wachowski podobno był przy Wałęsie od lat, aż do 84 czy 85 roku, kiedy zniknął. Pojawił się dokładnie w czasie II tury wyborów prezydenckich, kiedy było wiadome, że Wałęsa jest wygrany i od razu odzyskał pełne wpływy. Mój informator nie wykluczał, że Wachowski ten czas spędził na przygotowywaniu się do jakiejś roli przy Wałęsie, ja jednak przypuszczam, że może chciał odzyskać wpływy ze względu na szanse osobistej kariery, gdyby był podstawiony, nie opuściłby Wałęsy. Z drugiej strony, mógł najpierw nie być podstawiony, a potem dostać ciekawą propozycję, która mu odpowiadała również osobiście. [...]

7 LIPCA 91

(...) Opowiedział mi to wczoraj rozgoryczony Kaczyński. Twierdzi, że Wałęsa ma kilka ważnych doświadczeń życiowych, które czynią go dodatkowo odpornym na perswazję. Po pierwsze, zawsze mu się wszystko udawało i sądzi podświadomie, że tak będzie zawsze. Po drugie, zawsze wiedział, że najlepszą polityką jest wyczekiwanie na właściwy moment, opóźnienie decyzji, żeby sytuacja dojrzała. Zwykle umiał nagle podjąć decyzję i była to zawsze decyzja optymalna. Tylko, że to była taktyka, czy strategia nawet, na komunistów. Może miał rację - ciągnął Kaczyński - że gdyby w pewnych okresach, w 83 roku na przykład, zadziałać zdecydowanie, komuniści postąpiliby znacznie ostrzej i zniszczyliby rzeczywiście opozycję.

Teraz taka polityka wydaje się zgubna. Trzeba załatwić wiele skomplikowanych spraw. Trzeba podejmować decyzję za decyzją, nie pozwalając sobie na wyczekiwanie. Czas pracuje na niekorzyść Wałęsy. Ludzie kompletnie nic nie rozumieją i niecierpliwią się. [...]

Miałam ponurą rozmowę z Rybickim, która zupełnie mnie załamała. Wybuchła ostatnio sprawa z telewizją i to jakoś nagle, może to był skutek tej nieszczęsnej umowy (potem dowiedziałam się, dlaczego akurat wtedy, ale o tym potem). Nagle wszyscy zaczęli mówić o dymisji Terleckiego, były jakieś skandale, przesłuchania w sejmowej komisji kultury itp. Ja zaatakowałam znowu decyzje personalne Terleckiego, Rybicki bronił go jak lew. Nie reagował na żadną argumentację, a podważał moje argumenty, że źle się dzieje, takimi np., powiedzonkami: a czy ten dziennik TV to rzeczywiście ma taki wpływ na ludność, a czy ten Zieliński to rzeczywiście taki zły? Musimy się przecież oprzeć na reżimowych dziennikarzach, bo nie ma innych. Itp. Byłam przerażona. Powiedziałam mu, że w ogóle nie chodzi mi o wyrzucanie Terleckiego, czy kogokolwiek, tylko a. Nie mianowanie takich Zielińskich, b. o porozmawianie od czasu do czasu z Terleckim, co robi. Na to on mi powiedział, że się nie da nie mianować bez ustawy dekomunizacyjnej. Powiedziałam mu, że nic podobnego, bo przecież można zwyczajnie, na zasadzie pewnego konsensusu jak to się teraz mówi, na pewne stanowiska nie powoływać komuchów, a pracować niechże przecież sobie pracują tam gdzie dotychczas, byle nie na poziomie decyzji politycznej. A potem on mi powiedział, że Terlecki zaczął likwidować Radiokomitet, stawiał to wręcz jako warunek przyjścia na to stanowisko, ale Bielecki po miesiącu mu zabronił. To dlaczego nie złożył z hukiem dymisji, jak powinien? A no, bo odpowiedzialność, no i wchodzi w grę pewna osobista ambicja. Ot, co, właśnie, jak się obawiam, o tę ambicję chodzi przede wszystkim. Rybicki przeraził mnie więc, choć podejrzewam, że to z wielkiej przyjaźni do Terleckiego, chociaż dobry przyjaciel wskazałby mu raczej zagrożenia, jakim są złe decyzje.

Konsensusu w sprawie obsady zagrożenia, jakim są złe decyzje, nie ma, bo np. ograniczeniom dla komuchów sprzeciwia się taki prof. Geremek.

Spotkałam Stefana Starczewskiego, ten przynajmniej jest kulturalny, wyściskał mnie i zapytał, jak mi się pracuje w tym gnieździe os i, że zawsze tak lubił tego Jarka, co on teraz wyprawia, doprowadzi do tego, że ludzie będą wymiotować na słowo Solidarność, a przecież itp. Powiedziałam, że to nie Jarek to wszystko robi, a on słusznie zauważył, że jednak to firmuje. I zrozumiałam przy okazji ważną prawdę, jak mi się zdaje. Dla mnie, jak pisałam w swoim tzw. "wspomnieniu", drukowanym w "Kulturze" i "Karcie". Solidarność była czymś w rodzaju Polski i kiedy przyszła prawdziwa Polska do robienia, Solidarność mniej mnie interesuje, to są już może inne struktury, inni ludzie, pewnie inne cele. Bo takim ludziom jak ja chodziło w gruncie rzeczy o Polskę, ojczyznę czy jak tam to nazwać. Natomiast dla takich ludzi jak Stefan, chodzi pewnie dalej o Solidarność, bo ona dla nich była czymś w rodzaju partii, która ich rozczarowała, a Solidarność była partią właściwą i dla nich koniec Solidarności to strata partii, z którą się identyfikowali. Wałęsa powiedział parokrotnie, żeby schować głęboko piękny sztandar "S" i zająć się Polską i dla mnie to naturalna kolej rzeczy. Dla Stefana, a pewnie Michnika itp. - nie. Oni wciąż żałują "S", jej rzekomej jedności itp. Znowu wyrzucono ich z partii.

Miałam napisać, dlaczego sprawa Terleckiego wybuchła dopiero teraz. Otóż Wałęsa podobno dał Rybickiemu list w tej sprawie i Rybicki na miesiąc schował go do szuflady. Ot, zapodział się. Obawiam się, że ta przyjacielska troska może teraz kosztować Terleckiego posadę prezesa, bo dostał od sejmu wotum nieufności. Oczywiście, ostatecznie odwołuje Bielecki, ale sejm chyba może mu to zlecić.

W zeszłą niedzielę było zwołane przez PC posiedzenie komitetów obywatelskich. Przykro mi, ale mówiono tam niezwykle ciekawe rzeczy i większość wydawała mi się słuszna, chociaż obecni odbiegali wyglądem i sposobem noszenia się od Europejczyków. Trochę byli tłuści, trochę przepoceni, wbici w garnitury, ot jak Kuroń czy Michnik. Doskonałe przemówienie wygłosił Kaczyński, ale oczywiście nigdzie się nie ukazały nawet obszerniejsze fragmenty, poza dwoma wyrwanymi z kontekstu zdaniami o wojsku i policji, które powinny uczestniczyć w ścisłym centrum silnej władzy. Dał piękny przegląd aktualnego kryzysu i obiektywny, nie pomijający własnych błędów obraz przyczyn takiego stanu rzeczy. Następnie przemówił wstrząsająco Jan Olszewski, który prawie płakał, że jego towarzysze broni z opozycji złączyli się z obozem postkomunistycznym, głosując za odrzuceniem weta prezydenckiego, choć w oczywisty sposób służy ono demokracji. Powiedział bardzo ciekawie, że prawa to zbiór norm, a w systemie komunistycznym prawo to był zbiór przepisów, służących władcom do utrzymania się przy władzy, nie można wić mówić o państwie prawa, jeżeli ma się na myśli dochowywanie przepisów komunistycznych. Mówił też o zgubnej roli "grubej kreski", która zamazała odpowiedzialność. Ludzie się złoszczą, że się mówi o rzekomym wrogu, o wrogach państwa, o rzekomych winnych, a ja mam zawsze w pamięci dyrektora, który mnie wyrzucał z pracy w 82 roku i który teraz nie tylko nie chciał mi poświadczyć, że nastąpiło to z przyczyn politycznych, ale jeszcze mnie opluł. I dalej był dyrektorem, To są konkretni ludzie i powinni ponieść odpowiedzialność - jedni do więzienia, inni, jak mój dyrektor, won ze stanowiska. [...]

W piątek rozpoczęła się dwudniowa narada konstytucyjna. Nie przyszedł demonstracyjnie Geremek, przewodniczący sejmowej komisji konstytucyjnej. Nie było zresztą w ogóle nikogo z Unii Demokratycznej. Za to był Cimoszewicz. Cóż za obrzydliwa figura! Ma tak wredną gębę, tak zimne oczy, podbródek cofnięty do tyłu, z profilu wygląda jak spod budki z piwem. Ulubieniec dam, przystojny Cimoszewicz, kandydat na pierwszego wolnego prezydenta Rzeczypospoliltej. Ręka swędziała, jak się na niego patrzyło.

23 LIPCA 1991

(...) Przetaczają się kolejne afery, ostatnio Zalewskiego, których nawet nie bardzo mam ochotę obserwować. W każdym razie nastąpiło frontalne zwarcie z Geremkiem, nie wiem tylko, czy przy stosunku do Kaczyńskich odegra to ostateczny skutek. Janek Olszewski, którego dziś spotkałam, twierdzi, że są zupełnie jednoznaczne i kompromitujące dowody przeciwko Geremkowi, montującemu intrygę z MSZ-em, ale niestety nie powiedział, jakie. Wojna chyba rozpoczęła się na dobre, bo byłoby to wytrącenie Unii najsilniejszej broni.

Kuroń powiedział w jakiejś olsztyńskiej gazecie (na spotkaniu Unii z ludem), że podał rękę Kaczyńskiemu, bo kiedyś podał ją również szefowi gestapo, z którym siedział w więzieniu i teraz poda każdemu. (A propos, Michał S. powiedział mi, że Małachowski ostatnio nie podał mu ręki, choć powiedział dzień dobry panu, na tyle demonstracyjnie, że Michał to zauważył). Znalazłam ten wycinek, przeglądając wycinki i razem z innymi przekazałam Kaczyńskiemu. Przeczytał, zbladł, powiedział: to już stanowczo przesada, zrobię z tego publiczną hecę. Miałam nadzieję, że wytoczy mu proces przez adwokata, ale nie. PC wydało oświadczenie, protestujące przeciwko niegodnym itp. Metodom Kampanii w Unii Demokratycznej. Kuroń zrobił z Kaczyńskiego kogoś, kto posługuje się inwektywami, bo przecież chyba nie uwierzył, że Kuroń mógłby coś podobnego powiedzieć i przeprosił go, jeżeli Kacvzyńskiego uraziło powiedzenie jego nazwiska w tym samym przemówieniu, gdzie znalazł się szef gestapo. W ten sposób Kuroń porównuje Kaczyńskiego z szefem gestapo, ale to Kaczyński używa inwektyw, mąci, robi koło siebie złą atmosferę i w ogóle wychodzi na idiotę. Robiłam w zeszłym tygodniu wycinki z prasy na temat prezydenta i kancelarii. Można rozchorować się nerwowo. Przedtem prezydenta przedstawiano kancelarii, jako siedlisko zła, teraz krytykuje się ich razem. Kpi, wydrwiwa, wymyśla od głupków, sugeruje, że będzie zakładał obozy dla intelektualistów itp. Nikt jakoś nie widzi, że powiedzenie do Michnika: "niech Michnik nie myśli, że wy zawsze macie rację nie jest żadną inwektywą ani niczym złym, poza tym, że zaprzecza wiecznej racji Michnika. Natomiast oblanie Wałęsy kubłami pomyj jest najzupełniej kulturalne i w porządku. Szkoła Małachowskiego, który pisał o "błocie, oblepiającym Wałęsę", czyli o jego otoczeniu i nadal był kulturalnym panem. (...)

28 LIPCA

(...) Do Ameryki miał jechać Lech Kaczyński. Polska chce przecież wstąpić do NATO i Wałęsa zapoczątkował rozmowy na ten temat w czasie swojej wizyty. Lech Kaczyński miał jechać nie sam, zastępcą był Zalewski i było parę innych osób w delegacji. Rozmowy na ten temat były supertajne i ciągnęły się od wizyty Wałęsy w Ameryce, chyba od marca, o ile pamiętam, czy kwietnia. O treści rozmów wiedziały nieliczne osoby - Skubiszewski, Geremek (przewodniczący Komisji Zagranicznej w sejmie), może Majewski, Wałęsa i Jan Olszewski, może jeszcze ktoś tej rangi. Wizyta zaplanowana była również ściśle tajnie. Tymczasem na tydzień przed wyjazdem "Gazeta Wyborcza" opublikowała dokładny plan wizyty: kto jedzie, o czym będzie rozmawiał, w jakim hotelu zatrzyma się delegacja itp. Amerykanie się wściekli i powiedzieli, że w tej sytuacji nie będą rozmawiali na zaplanowanym szczeblu, z czego wynikało, że to nie będzie jeszcze TA rozmowa, między innymi. W tej sytuacji Polska też musiała obniżyć szczebel delegacji i Kaczyńskiego zastąpił Zalewski, co zresztą Jan O. Oceniał jako błąd. Nie wiem czemu. Może ocenia jako błąd w ogóle jego nominację na sekretarza Rady Bezpieczeństwa. Zalewski pojechał, rozmawiał, częściowo w obecności Dziewanowskiego., Potem był przeciek prasowy, że Zalewski rozmawiał nie o tym, co potrzeba, że przekroczył kompetencje (fenomenalnie napisał o tym Piotruś Pacewicz: nie wiadomo, czy Zalewski powiedział, czy nie powiedział, czy rozmawiał o tym, czy o tamtym, dość na tym, że przekroczył kompetencje - mniej więcej tak, jakby powiedzieć: nie wiadomo, czy facet ukradł, czy nie, dość na tym, że skazać go trzeba). "Kurier Polski", kierowany przez Snopkiewicza napisał, że Kaczyński jest w Ameryce i że przekroczył kompetencje, ale to wiem z cytaty z Drzycimskiego i pewnie trzeba będzie poczekać na wycinki. Słowem, miał informacje, zanim jeszcze wydarzenia się stały. Są jakieś potwierdzenia z Departamentu Stanu, ale Jan twierdzi, że jest to zawsze to samo źródło i że na dnie tej kryształowej krynicy widać znajomą rudawą brodę siedzącego w niej pana profesora. Małachowski powiedział, że jednak Zalewski musiał powiedzieć coś niewłaściwego i że on nie wyklucza, że coś jednak powiedział o Balcerowiczu. Na to Jan powiedział, ze może mu zagwarantować, że Balcerowicz w ogóle nie był tematem rozmów, ponieważ Balcerowicz jest już nieaktualny. I powiedział, ze miesiąc temu spotkał się z sekretarzem ambasady amerykańskiej, który go poinformował, że Amerykanie nie wiążą już gwarancji reformy ekonomicznej z żadną osobą, co dla prostego czytelnika oznacza: zróbcie z Balcerowiczem, co chcecie. Podejrzewam, że to mogło być nawet związane z tą dziwną historią Porozumienia Centrum, że wymienią Balcerowicza na Glapińskiego.

A wiec nazwisko Balcerowicza właściwie nie mogło tam paść, zważywszy, że te rozmowy jest mało czasu i raczej nie ma możliwości wymienienia uwag towarzyskich, w których nazwisko Balcerowicza oczywiście paść by mogło.

Geremek był właściwie przyszpilony, zresztą są podobno jakieś dowody dyplomatyczne na to, ale niestety Skubi się przestraszył i zaprzeczył, jakoby wiedział o wizycie Zalewskiego i o treści planowanych przez Kaczyńskiego rozmów. Tymczasem Jan powiedział nam, że nie tylko odbyły się trzy co najmniej takie rozmowy, ale że on sam był świadkiem jednej z nich. Kto zrobił przeciek do Gazety? Czy była to próba wysadzenia Kaczyńskiego z siodła i uniemożliwienia mu objęcia stanowiska ministra obrony narodowej? Kto szkodzi Polsce? (...)

Ze Stanów wrócił jakiś czas temu lekarz, Andrzej H. Był u mnie. Jest w stanie czegoś w rodzaju lekkiej paranoi, ale twierdzi, że teraz dopiero widzi dobrze. Musze przyznać, że często uważamy za paranoję rzeczy, który są aż nadto rzeczywiste, tylko mamy mało dowodów, raczej ślady i błyski, a nie chcemy uwierzyć, że może naprawdę być tak źle czy tak strasznie. Ten sam mechanizm pewnie włączał się, kiedy przyjeżdżali z Polski Karski czy Zygielbojm i opowiadali o Treblince. Nie, to zbyt okropne, żeby mogło być prawdziwe.

Otóż H. Zobaczył jasno, do jakiego stopnia byliśmy i ciągle jesteśmy rządzeni przez KGB. Też jestem tego zdania, ale zawsze jest grupa rozkrzyczanych intelektualistów, którzy wtedy wrzeszczą: spiskowa teoria historii! Dzisiaj przeczytałam, że w majowej "Kulturze" opublikowano rozporządzenie NKWD o kierowaniu ścieków przemysłowych do możliwych rezerwuarów wody pitnej dla ludności. Czy nie tu, a nie w "nieudolności" czy braku finansów leżała przyczyna ciągłej niemożności uregulowania tych spraw? Nauczyłam się, że zawsze absurdalna sytuacja zawiera w sobie czyjś interes, a interesy mogą być różne - czasem finansowe, jak w wypadku "absurdalnych" przepisów o wywłaszczeniach, albo np., strategiczne. Czy te interesy przestały być aktualne? Czy już nie istnieje KGB w Polsce tylko dlatego, że jak mi się zdaje, wyjechał rezydent? Czy Związek Radziecki nie ma już swoich interesów w Polsce? Twierdzę, że wątpię, myślę, że nie sądzę.

H. powiedział: żadnych złudzeń. Ameryce chodzi o forsę, forsę i jeszcze raz forsę, a forsą rządzą tam Żydzi. Dlaczego, zapytał prezydent Stanów zachowuje się jak premier Izraela? Bo forsa. Można by dodać: bezpieczeństwo i to trochę przenosi nas w świat idei. Wszystkie prawa, zdaniem H. i wszystkie zamierzenia i ruch amerykańskie są w jednym celu robione: żeby popierać amerykański pieniądz. Po to jest nauka amerykańska, po to są gadania o prawach człowieka, dla maluczkich. "Dopóki nie pominiemy, nie wyzbędziemy się naszych moralnych mrzonek o papieskiej proweniencji, przełamanych przez komunizm. Pozwolimy się zeżreć". Pieniądze leżą w Ameryce na ulicy, możemy je podnieść, ale przeszkadza w tym nasza, obsadzona ciągle przez KGB ambasada w Waszyngtonie. "Jeżeli ktoś się opędza od pieniędzy, to mu w końcu nie dadzą". Szperałam po stenogramach sejmowych. Okazało się, że Wujec po rozłamie w Komitecie Obywatelskim zabrał wszystkie dokumenty i zostawił im gołe ściany, nawet jednego papierka przyszpilonego na ścianie nie było. Teraz była w OKP - niestety, nie istnieją również protokoły posiedzeń prezydium OKP sprzed rozłamu w OKP, czyli sprzed jesieni 90 roku. Zginęły też niektóre protokoły z posiedzeń całego OKP. Pani, która tym zarządza, była bardzo zdumiona, nikt do tego do tej pory nie zaglądał i dlaczego niektórych akurat nie ma? Jak zwykle - niewytłumaczalny przypadek. Spiskowa teoria historii. Magia i mesmeryzm, ziołolecznictwo i psychoterapia. Wszystkie protokoły po rozłamie równie dziwnym przypadkiem są w komplecie.

6 PAŹDZIERNIKA 1991

Przyszedł pucz moskiewski i Wałęsa telefonował do Kiszczaka i Jaruzelskiego, kolejny raz budząc niechęć znacznej części opinii publicznej. To nie jest cała prawda - a całą zna tylko Pan Bóg i Wałęsa. Wachowski przygotował Wałęsie list wiernopoddańczy do puczystów. List leżał jeszcze nie podpisany, kiedy do Wałęsy wszedł Lech Kaczyński i zobaczył go na biurku. Z wielkim trudem przekonał Wałęsę, żeby zniszczyć ten list. Gdyby nie przypadek, Wałęsa wysłałby ten list do Moskwy, tracąc resztę poparcia. Taka jest przy nim pewnie rola Wachowskiego.

Wachowskiego, ministra z Kancelarii, z którymi rozmawiałam, uważają za niewątpliwego agenta jakiegoś wywiadu. Wachowski pomagał Wałęsowej, która ma do niego szczególny sentyment, w czasie stanu wojennego (jak wyczytałam ostatnio, siedział z Wałęsą w Arłamowie, a może nie siedział). Potem zniknął na parę lat. Jak twierdzi zarówno Rybicki, jak Kaczyński, pojawił się w początkach grudnia 90 roku, na parę dni przed drugą turą wyborów prezydenckich, kiedy właściwie było zupełnie pewne, że Wałęsa wygra. Został przyjęty z otwartymi ramionami i do Belwederu przeniósł się już razem z Wałęsą. Już on załatwiał wszystkie sprawy papierowe, dopuszczał lub nie dopuszczał. Słyszałam, że nawet Rybicki zaczął się bać przekazywać Wałęsie różne informacje, do końca nie bał się - i chyba nadal się nie boi - tylko Kaczyński, ale i on nie wszystko ostatecznie wie, nie wszystko docenia.

W połowie kwietnia, jak pisałam wcześniej, Rybicki został gwałtownie wykopany z Belwederu do Kancelarii, szczegóły opowiadał mi nomenklaturszczyk, który ma swoich informatorów w Belwederze. Niezłych informatorów ma również nomenklaturowa pani Dyrektor Biura Listów, która na tydzień przed odsunięciem Kaczyńskiego od tych dwóch zespołów powiedziała mi, że ma wrażenie, że gdańszczanie montują jakiś układ decyzyjny poza Kaczyńskim, co zaraz potem okazało się prawdą.

W początkach września wróciłam do Kancelarii po urlopie i dłuższej nieobecności, spowodowanej sprawami rodzinnymi. Któregoś dnia siedziałam w sekretariacie z sekretarką. Zaniepokojona powiedział mi, że od półtorej godziny siedzi u Rybickiego Agnieszka Kublik z "Gazety Wyborczej", której zawsze unikaliśmy, ponieważ przeinaczała w specyficzny sposób wszystko, cokolwiek pisała o Kancelarii. Bardzo zdolna dziennikarka, dowiedziałam się, że pracuje ideowo, ponieważ Kancelarię uważa za rodzaj zła samego w sobie i uważa, że należy je kompromitować. Mnie się wydawało zawsze, że kłamstwo jest kłamstwem, ale muszę przyznać, że zręczność Gazety Wyborczej w pisaniu "prawdziwym", ale kompletnie skłamanym prześciga najlepsze wzory komunistyczne, może ludzie są inteligentniejsi, no i wiedzą, na co nikt się nie łapie, To ona napisała, że w Kancelarii na 207 pracowników jest 196 samochodów służbowych i wykonała parę innych podobnych pomyłek. Drobny przykład - nie pracuje już od 15 września w Kancelarii, zakładam gazetę razem z Piotrem Wierzbickim - "Gazeta" napisała o naszych planach niby na podstawie wywiadu z Wierzbickim w sposób maksymalnie kompromitujący, wymieniając najbardziej prawicowe osoby, które będą u nas pisać i przytoczyła parę uwag Wierzbickiego bez towarzyszącego im komentarza.

Otóż od półtorej godziny pani Kublik nie wychodziła od Rybickiego i sekretarka była wręcz zaniepokojona, czy coś się nie stało. Nikt tak długo nie bywał tam z wizytą, drzwi do saloniku były zamknięte i nie wypadało wejść. Czekałyśmy jeszcze dobre paręnaście minut, wreszcie ukazała się w drzwiach rozpromieniona pani Kublik, elegancka, w brązach i wysmakowanych fioletach, w wysokich botach, opalona i ciemnowłosa, lśniąca świetnymi kosmetykami, zakręciła się wokół siebie, pożegnała i wyszła, pozostawiając wrażenie niespożytej energii, która jak bolid przeniosła ją do dalszych galaktyk politycznych. Obok stanął zmęczony Rybicki. Zapytałam go żartobliwie, czy jeszcze żyje, bo przecież pani Kublik ma taką igiełkę, którą wbija i wysysa krew. Czy zostało mu jeszcze trochę krwi? Roześmiał się i powiedział, że jest bardzo zadowolony z wywiadu. Trochę się zmartwiłam - po tak długiej rozmowie pani Kublik będzie miała spory materiał do manipulacji, przecież i tak wybierze z tej rozmowy, co zechce. Rybicki powiedział na to coś, co wprawiło mnie w osłupienie. Miałam te słowa zrozumieć dwa tygodnie później. "Jeżeli jest wywiadów o Kancelarii, to nie można o niej pisać tylko pozytywnie, czasem musi być też i negatywny wywiad, to nic nie szkodzi". Przeglądając setki wycinków, nadchodzących do Kancelarii, widywałam rzadko, ale jednak, pozytywne wypowiedzi o Wałęsie, o samej Kancelarii nigdy.

W dwa tygodnie później - może w 10 dni - ukazał się ogromny blok materiałów o Kancelarii w "Gazecie Wyborczej". Nie był to materiał zły, kłamliwy, nie był nawet szczególnie tendencyjny, jeżeli wyjąć niechęć do Kaczyńskiego, do której w końcu "Gazeta" ma prawo. Był to wyraźnie materiał, w powodzi informacji kompromitujący Wachowskiego. To on - niewiadomego wykształcenia, pochodzenia i wieku - wykreślił Wałęsie z przemówienia w NATO fragment dotyczący konieczności wycofania wojsk radzieckich z Polski .Potem, zamiast wyrzucić go na zbity łeb albo postawić przed sądem, Wałęsa zrobił mu awanturę. I to właściwie jest główny sens całego tego bloku informacji. No i to, że Belweder jest w konflikcie z Kancelarią. I propozycja Skalskiego, że Wałęsa może być, ale po zmianie doradców i najbliższych współpracowników. Tego samego dnia w "Rzeczypospolitej" Drawicz napisał, że pora zakończyć i eksperyment belwederski, Wałęsa powinien ustąpić razem z sejmem i wrócić na pozycje właściwe kompetencjom i możliwościom - czyli do roli symbolu na uboczu. Tego samego w "NIE" zamieszczono podobną propozycję, ale tam to padło chyba nie po raz pierwszy. Krzysztof Wyszkowski zamieścił w "Tygodniku Solidarność" podobny w tonacji artykuł, bardzo krytyczny wobec personalnej polityki Wałęsy. Drzycimski nie chciał go skomentować, twierdząc, że podaje nieprawdziwe fakty. Otóż o ile ja wiem, fakty są stuprocentowo prawdziwe, a pewnie są jeszcze gorsze. Myślę, że gdańszczanie szukają już w tej chwili rozpaczliwie poparcia (z pewnością nie szukali go w "NIE", ono samo wpadło nie po raz pierwszy na ten pomysł) i starają się publicznie skompromitować Wachowskiego, dzięki czemu może Wałęsa go wyrzuci. Niestety, jednocześnie kompromituje się sam Wałęsa - niestety, zasłużył na to ostatnio w pełni, pomysł forowania Wachowskiego i tym podobnych jest zupełnie nieprawdopodobny - i jednym wystarczy, by zmienił doradców, inni zaś woleliby, żeby zmienił się z kimś innym stanowiskiem. (...)

A teraz - o skutkach pozostawania nomenklatury, bo fachowa. Mojego nomenklaturszczyka zastałam po wakacjach w dobrym nastroju i jeszcze elegantszym niż zwykle garniturze. Wprost lśnił. Zapytałam go na "rybkę" - "podobno Wachowski ma być teraz szefem Kancelarii? Strzał był trafny, zmieszał się i powiedział, że to jeden z wariantów. "A ty masz być jego zastępcą?"- dalej strzelałam. "Och, nic podobnego, tak wysoko nie zajdzie, na razie nic jeszcze nie wiadomo". Na razie nic nie wiadomo więc, ale za chwilę może być wiadomo wszystko. "W każdym razie masz pewne, że zostaniesz dyrektorem Zespołu?". No cóż, Zespołowi nie musi przewodzić minister, wystarczy dyrektor". W czasie wakacji nomenklaturszczyk został zastępcą Rybickiego, w czasie jego urlopu. Od MOICH informatorów dowiedziałam się, że niemal codziennie siedzi u Wachowskiego w Belwederze. (...)

9 LISTOPADA. SOBOTA

Zdaje się, że nie da się skończyć z moim dzienniczkiem. W każdym razie trudno byłoby zostawić tak interesujące sprawy bez jakiegoś śladu.

Tydzień temu Piotr W(ierzbicki) Opowiedział mi rozmowę, jaką miał z K(aczyńskim). K(aczyński) został wezwany do W(ałęsy) i ten poprosił go o zaakceptowanie na premiera Bieleckego albo Geremka. K(aczyński) odmówił poparcia obu. Wtedy W(ałęsa) zagroził, że go wyrzuci całkiem, K(aczyński) nie ugiął się.

Wczoraj cała niemal Kancelaria dostała wymówienia ze skutkiem natychmiastowym. (...)

Dziennik p. Teresy Bochwic został pierwotnie opublikowany na witrynie ABCnet (1), ABCnet (2) oraz miesięczniku "Orientacja na Prawo" w czerwcu 2005 r.


Spotkanie w redakcji dziennika "Rzeczpospolita": kolejne wyrazy poparcia dla JOW - prof. Jerzy Przystawa Wysłane czwartek, 20, października 2005 przez Krzysztof Pawlak

Szanowni Państwo

Wczoraj, tj. w środę, 19 października 2005, w redakcji dziennika "Rzeczpospolita" odbyło się spotkanie, poświęcone promocji kolejnego tomu "Ius et Lex" nr (III) 1/2005, zatytułowanego "De Republica Emendanda - O naprawie Rzeczypospolitej". Spotkanie prowadził dr Janusz Kochanowski, Prezes Fundacji "Ius et Lex", referentem tomu był jego redaktor naukowy prof. Witold Kieżun, obok nich, jako gospodarz spotkania, wystąpił redaktor naczelny "Rzeczpospolitej" Grzegorz Gauden. W spotkaniu i dyskusji wzięli udział autorzy artykułów zamieszczony w tomie oraz zaproszeni goście, w sumie kilkadziesiąt osób. Profesor Kieżun przedstawił główne przesłanie publikacji i zarys spraw, które - zdaniem autorów - wymagają naprawy. Tom podzielony jest na działy: 1. Ustrój państwa i system wyborczy. 2. Wymiar sprawiedliwości i legislacja. 3. Ustrój gospodarczy, finanse państwa i system podatkowy.3. Edukacja. 4. Media. 5. Analiza społeczna.

Miło mi było stwierdzić, że spośród 8 autorów działu "Ustrój państwa i system wyborczy" przynajmniej 7 okazało się zdecydowanymi zwolennikami wprowadzenia JOW: red. Stefan Bratkowski, mec. Jan Stefanowicz (współautor projektu ordynacji JOW), profesorowie: Antoni Kamiński, Witold Kiezun, Jadwiga Staniszkis, Czesław Oleksy i niżej podpisany. Zdecydowanym zwolennikiem JOW jest Prezes Fundacji, dr Janusz Kochanowski, a także redaktor naczelny "Rzepy", Grzegorz Gauden, czemu dał wyraz w opublikowanym przed kilkoma dniami komentarzu redakcyjnym. Wypada zresztą przypomnieć, że "Rzeczpospolita" opublikowała dwa lata temu "Apel 77" - pod którym podpisało się setki osób, a potem, mniej więcej rok temu, tzw. Apel Intelektualistów - oba domagające się wprowadzenia JOW.

Występując w dyskusji, jako jeden z autorów, zwróciłem uwagę na fakt, że proporcja zwolenników JOW wśród autorów tego działu jest mniej więcej taka, jak - według licznych sondaży - proporcja obywateli RP domagających się zmiany ordynacji. Wyraziłem nadzieję, że nowy parlament dokona wreszcie tej zmiany. PO zebrała ponad 750 tysięcy podpisów pod wnioskiem o referendum w sprawie JOW, a Donald Tusk konsekwentnie opowiada się za takim rozwiązaniem. Wręczyłem redaktorowi Gaudenowi kopię wniosku do Trybunału Konstytucyjnego, z 12 kwietnia 2001, o uznanie obecnej ordynacji wyborczej za sprzecznej z Konstytucją, z podpisami liderów PiS: Jarosława Kaczyńskiego, premiera Kazimierza Marcinkiewicza, dr, Ludwika Dorna i innych. Fakty te napawać mogą optymizmem, że nasza wieloletnia walka o JOW może się zbliżać do końca.

Interesująca dyskusja trwała ok. 2 godzin. Jak poinformował dr Janusz Kochanowski, egzemplarz tomu otrzymali wszyscy posłowie i senatorowie.

Jerzy Przystawa

Witryna ASME Antysocjalistycznego Mazowsza jest najstarszym serwisem w Sieci - oprócz witryny tematycznej JOW - propagującym ideę JOW


Komentarz (0)

Transparency International Polska na pierwszym miejscy w trosce o uzdrowienie "polskiego regionu UE" stawia - wprowadzenie Jednomadatowych Okręgów Wyborczych! Wysłane środa, 19, października 2005 przez Krzysztof Pawlak

W dniu dzisiejszym został opublikowany kolejny Indeks Percepcji Korupcji za rok 2005, ogłaszny przez organizację Transparency Intl., działającą także w naszym "polskim regionie UE". Jak piszą sami przedstawiciele Organizacji: "Badanie to szereguje państwa ze względu na skalę postrzeganej korupcji, mierzoną przy pomocy 10-cio punktowej skali, gdzie 10 oznacza pełną przejrzystość i brak korupcji a 1 brak przejrzystości i wszechogarniającą korupcję. Tegoroczny Indeks objął 159 państw, o 13 więcej niż w 2004 roku. (...) Polska zajęła 70 pozycję w rankingu, otrzymując zaledwie 3.4 punkty. Wynik ten świadczy o bardzo wysokim poziomie postrzeganej korupcji. Uległ on nieznacznemu pogorszeniu w stosunku do ubiegłego roku - o 0.1 punktu. Oznacza to kontynuację trendu systematycznego słabnięcia pozycji Polski w rankingu, począwszy od 1996 roku, kiedy to nasz kraj został po raz pierwszy objęty badaniem Indeksu Percepcji Korupcji (Pierwszy Indeks został opublikowany w 1995 roku). (...) Warto podkreślić, iż w 2005 Polska osiągnęła najgorszy wynik w Indeksie Percepcji Korupcji spośród ośmiu nowych państw członkowskich Unii Europejskiej z Europy Środkowo-Wschodniej i jest jedynym krajem w tej grupie, który na przestrzeni ostatnich 4 lat zanotował wzrost poziomu postrzeganej korupcji. (...) Przyczyny korupcji w Polsce mają charakter systemowy i są bardzo dobrze rozpoznane. Należą do nich: niejasność i niestabilność prawa, brak przejrzystości w działaniu administracji rządowej i samorządowej, nadmierna uznaniowość decyzji, lekceważenie sprawozdawczości i dokumentacji, brak odpowiedzialności osobistej za podejmowane decyzje, słabość systemu kontroli wewnętrznej, tolerancja dla zjawiska konfliktu interesów oraz brak skutecznych rozwiązań anty-korupcyjnych, wyrażający się głównie w słabości tzw. ustawy anty-korupcyjnej, która w dotychczasowym kształcie praktycznie pozbawiona jest instrumentów umożliwiających egzekwowanie jej przepisów.
Od lat kolejne rządy, niezależnie od opcji politycznej deklarują wolę walki z korupcją. Jednak jej zwalczanie kończy się zazwyczaj na deklaracjach, składanych głównie w miesiącach poprzedzających wybory. Nieliczne zmiany ustawowe wprowadzone w celu ograniczenia korupcji są zaopatrzone w furtki umożliwiające bezkarne kontynuowanie nielegalnych praktyk (dotyczy to np. przepisów regulujących finansowanie kampanii parlamentarnych), są z czasem cofane (zmiana treści art. 181. ordynacji podatkowej sparaliżowała ściganie osób podejrzanych o ciężkie przestępstwa gospodarcze) lub ograniczane (tak jak miało to miejsce w przypadku niedawno wprowadzonej poprawki do Ustawy o zmianie ustawy o ochronie informacji niejawnych, która pozwala na dyskrecjonalną ocenę klauzul »poufne« i »zastrzeżone« przez funkcjonariuszy publicznych, ograniczając tym samym dostęp do informacji publicznej).
O braku elementarnej woli politycznej do ukrócenia korupcji dobitnie świadczy sposób podejścia do realizacji wniosków de lege ferenda w zakresie przeciwdziałania korupcji zgłaszanych od lat przez NIK. Spośród 166 takich wniosków przedstawionych Sejmowej Komisji Kontroli Państwowej w latach 1996-2002, do tej pory zostało zrealizowanych jedynie 61 (a 15 zrealizowano częściowo), w dużej mierze dzięki konieczności dostosowania polskiego ustawodawstwa do wymogów prawa unijnego. (...)".

Całość opracowania Transparency Intl. "Polska" jest dostępna na witrynie własnej Organizacji.

Bardzo uważnie należy za to zwrócić uwagę na "Rekomendacje TI Polska" opublikowane w związku z Indeksem Percepcji Korupcji za rok 2005! Niniejszym podajemy je w skrócie:

"Ograniczenie zjawiska korupcji w Polsce wymaga wspólnych wysiłków instytucji państwowych, samorządowych i społecznych. Działania powinny być prowadzone jednocześnie na kilku płaszczyznach:

1. Więcej odpowiedzialności

- Wprowadzenie jednomandatowych okręgów wyborczych w wyborach do sejmu oraz wszystkich szczebli samorządu terytorialnego
- Wprowadzenie bezpośrednich wyborów starostów i marszałków województwa
- Wprowadzenie osobistej majątkowej odpowiedzialności urzędników za podejmowane decyzje
- Uproszczenie procedur sądowych karania urzędników za bezczynność lub ignorowanie wyroków
- Ograniczenie immunitetu do kwestii aresztowania
- Uregulowanie prawne konfliktu interesów

2. Więcej przejrzystości

- Przejrzystość stanowienia prawa
- Przegląd istniejącego prawa i wprowadzenie obowiązku opiniowania nowych przepisów pod kątem antykorupcyjnym
- Ograniczenie koncesji, w tym likwidacja systemu koncesyjnego radia i telewizji (!!! - wytł. ASME)
- Wprowadzenie sankcji za nieudostępnianie informacji publicznej
- Wdrożenie Dyrektywy UE o powtórnym wykorzystaniu informacji
- Ograniczenie zakresu informacji niejawnych
- Objęcie jawnością gospodarowania majątkiem podmiotów publicznych
- Wprowadzenie zasady jawności rozpoznawania wniosków osób publicznych

3. Więcej skuteczności

- Powołanie pełnomocnika rządowego
- Stworzenie antykorupcyjnego biura prokuratorskiego
- Przyznanie NIK-owi inicjatywy ustawodawczej
- Stworzenie antykorupcyjnego biura postępowań administracyjnych.
- Przegląd umorzonych postępowań prokuratorskich oraz administracyjnych w sprawach korupcyjnych
- Oddzielenie zarządzania pracą sądów od sądzenia
- Wzmacnianie efektywnej kontroli wewnętrznej
- Wzmocnienie służby cywilnej

Prezes Zarządu Transparency International Polska
Małgorzata Brennek





Jak widać - zalecenia TI "Polska" są zbieżne z POŁĄCZONYMI postulatami obu zwycięskich ugrupowań koalicyjnych - Platformy Obywatelskiej oraz Prawa i Sprawiedliwości. Czy i na ile ten głos rozsądku zostanie uwzględniony w pracach koalicyjnych - odpowiedź na te pytanie przyniesie przyszłość. Jednak zawarcie w PIERWSZYM punkcie postulatu formułowanego od ponad 16 lat przez Obywatelski Ruch n/rz. Jednomandatowych Okręgów Wyborczych ma swoją wagę i miejmy nadzieję - przyczyni się do natychmiastowego jego podniesienia w pracach legislacyjnych sejmu kolejnej, tym razem - mało post(?)komunistycznej kadencji...

Krzysztof Pawlak

Komentarz (0)

W poniedziałek nastąpi bolesny powrót do rzeczywistości, jaką znamy od 16 lat - TV-felieton Stanisława Michalkiewicza Wysłane wtorek, 18, października 2005 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |







W poniedziałek nastąpi bolesny powrót do rzeczywistości, jaką znamy od 16 lat - TV-felieton Stanisława Michalkiewicza Wysłane wtorek, 18, października 2005 przez Krzysztof Pawlak

"Kampani prezydencka zbliża się nieubłaganie ku końcowi, ku uldze obu kandydatów, którzy niewątpliwe przeklinają dzień, w którym zgodzili się na kandydowanie. Ostatni obaj zostali zresztą zdemaskowani. Donald Tusk jak wiadomo - przedstawiał się jako liberał. Jeśli ktoś się tego obawiał - to już nie musi, bo poparł Go tow. Marek Borowski, który swego czasu dokonał rozłamu w »ezelde", pod pretekstem, że »Miller i s-ka« są za mało lewicowi, i ześlizgują się w otchłań »liberalnego eksperymentu«. A więc skadziś się dowiedział, że ten »liberalizm« pana Tuska to jest tak dla picu, a chodzi, żeby "wypić i zakąsić" i ratować układ okrągłostołowy". Tuska popiera również »razwiedka«, Salon ze wszystkimi »salonowcami«, »wachowszczyzna« wraz z p. Wałęsą i Jego wszystkimi przyjaciółmi" - Stanisław Michalkiewicz komentuje mijający tydzień.

Natomiast Lecha Kaczyński na początku przedstawiał się jako ten, Który zbuduje "IV Rzeczpospolitą" Można w to było wątpić do ostatniej niedzieli. W ten dzień i pan Kaczyński, i p. Tusk z przybocznymi uczestniczyli nabożnie w obiedzie, wydanym przez JE Dziwisza w Łagiewnikach. Podczas tego obiadu p. Wasserman został - jak sam zapewniał - "zmuszony do przeprosin p. Jolanty Kwaśniewskiej". Poszło o wcale nie uchybiającą Jej tytulaturę podczas przesłuchań w sejmowej Komisji Śledczej.
Oznacza to, że p. Kaczyński zadba, żeby żadnemu beneficjantowi włos z głowy nie spadł. "krowa, która ryczy - mało mleka daje". Pamiętamy też sprawę ekshumacji w Jedwabnem, kiedy to minister Sprawiedliwości uląkł się "strony żydowskiej", przerywając ją, co dostarczyło amunicji "stronie", by dalej oczerniać Polaków.
Inklinacje ku elektoratowi lewicowemu, które prezentował w ostatnich tygodniach p. Kaczyński, wydają się wypływać "z Jego serca gorejącego".
W tej sytuacji wygląda na to, że w najbliższy poniedziałek będziemy przeżywać "bolesny powrót do rzeczywistości" - do tej, jaką przeżywamy już od 16 lat... - konstatuje Stanisław Michalkiewicz.


Nagranie trwa ponad 6 minut i jest dostępne w Sieci do 2 XI 2005 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




Komentarz (0)

"Kat Suwalszczyzny" znów przed sądem - Tadeusz M. Płużański Wysłane wtorek, 18, października 2005 przez Krzysztof Pawlak

Aleksander Omiljanowicz, były ubecki "kat Suwalszczyzny", a potem wzięty autor książek (napisał ich około 30) o II wojnie światowej, ponad rok temu został skazany na 4,5 roku więzienia za znęcanie się nad członkami niepodległościowego podziemia, co jest kwalifikowane jako zbrodnia przeciwko ludzkości. Wyrok odsiaduje w więzieniu w Białymstoku. Tymczasem Instytut Pamięci Narodowej postawił mu nowe zarzuty.

Białostocki IPN wysłał do sądu w Suwałkach kolejny akt oskarżenia, w którym zarzuca mu, że w 1946 r. podczas brutalnych przesłuchań w suwalskiej katowni PUBP Omiljanowicz wymusił biciem zeznania od trzech aresztowanych, związanych z niepodległościowym podziemiem. Tolerował również sadystyczne "metody" śledcze swoich podwładnych.
Zarzuty zostały sformułowane na podstawie zeznań świadka Stanisława W., który zgłosił się do IPN rok temu, po tym jak z mediów dowiedział się o procesie Omiljanowicza. Świadek, jeden z poszkodowanych, opowiedział prokuratorowi o szczegółach zdarzenia, które miało miejsce w kwietniu 1946 r. w jego rodzinnym domu we wsi Jegliniec na Suwalszczyźnie. Według tych zeznań, wtargnęli doń dowodzeni przez Omiljanowicza funkcjonariusze UB, szukając dowodów współpracy z partyzantką. Nie znajdując niczego, dotkliwie pobili trzech mężczyzn - ojca, syna i pasierba, po czym dwóch ostatnich zabrali do UB. Tam znęcali się nad nimi fizycznie i psychicznie. Stanisława W. wypuścili, ale jego przyrodniego brata Piotra A., który pod wpływem tortur przyznał się do posiadania broni (mimo, że jej nie znaleziono), zatrzymali, po czym urządzono mu proces. Drugi zarzut dotyczył nie zgłoszenia się do wojska (mimo, że nie był pełnoletni). Oskarżonemu groziła kara śmierci, ale sąd szczęśliwie uniewinnił go (było to rzadkością w stalinizmie).

NKWD, SMIERSZ, UB

W poprzednim procesie Sąd Rejonowy w Suwałkach spośród 22 zarzutów stawianych Omiljanowiczowi udowodnił mu 10. Prokurator IPN zarzucił mu, że w latach 1946 - 1947, "działając jako urzędnik państwowy, kierownik Sekcji PUBP w Suwałkach, przekroczył swoją władzę i nie dopełnił obowiązku wobec 22 zatrzymanych żołnierzy WiN, w ten sposób, iż stosował i tolerował stosowanie przez podwładnych mu funkcjonariuszy przemocy polegającej na zadawaniu zatrzymanym w trakcie przesłuchań uderzeń pięściami i różnymi przedmiotami po całym ciele".
Omiljanowicz był wówczas szefem III sekcji do spraw walki z bandytyzmem. Proces wykazał również, że współpracował z NKWD (od 1939 r., jako 17-letni chłopak; w aktach osobowych suwalskiego UB jest notatka na ten temat) i, po wojnie, ze Smierszem (sowiecki kontrwywiad wojskowy, w luźnym tłumaczeniu: "śmierć szpiegom"). Za pieniądze wydawał żołnierzy niepodległościowego podziemia, szczególnie członków Armii Krajowej i Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość.
Dziś "kat Suwalszczyzny" nie przyznaje się do tortur ani współpracy z NKWD i Smierszem (w 1945 r. w podaniu o przyjęcie do suwalskiego UB sam chwalił się tymi kontaktami). W IPN powiedział, że jego zadaniem było: "tropienie morderstw popełnionych przez bandy, wykrywanie sprawców rabunków i napadów na posterunki MO".

POGROMCA FASZYSTÓW I BANDYTÓW

W październiku 1939 r., kiedy w skutek korekty granicy rozbiorowej Sowieci opuścili Suwalszczyznę, a na ich miejsce przyszli Niemcy, agent NKWD Omiljanowicz był łącznikiem w... ZWZ (oddział Stanisława Wyrodnika, ps. Burza). W lipcu 1941 r. został aresztowany i skazany na cztery lata więzienia. Do końca wojny siedział w niemieckich obozach.
Do suwalskiego UB wstąpił w październiku 1945 r. W podaniu o przyjęcie do pracy napisał: "Gdy ład i porządek został zaprowadzony i zyskawszy imię Pogromcy Faszystów [musiał ich gromić jako więzień - red.], udałem się do ojczyzny, aby tu przyłożyć swe młode siły i rękę do gmachu potęgi naszej ojczyzny, która powoli otrząsając się ze zgliszcz i popiołów powstaje ku nowemu życiu". Trudno się dziwić, że Omiljanowicz został potem literatem...
Tymczasem suwalska sekcja specjalna (tzw. grupa operacyjna UB, razem z wojskiem, KBW i MO) pod jego dowództwem jeździła w teren, tropiąc AK-owców i WiN-owców.
Wyłapanych torturował podczas przesłuchań. Nie oszczędzał nawet swoich kolegów sprzed wojny. Tak było np. z Fabianem Daniłowiczem, którego najpierw (5 września 1946 r.) aresztował, a potem znęcał się nad nim. Powód? Przynależność do ZWZ, AK a potem WiN. Daniłowicz został skazany na 10 lat więzienia.
Dziś "kat Suwalszczyzny" twierdzi, że nie wiedział, kto z aresztowanych był partyzantem, a kto pospolitym przestępcą. Nie przeszkadza mu to nazywać niepodległościowego podziemia "bandami", a antykomunistycznego powstania "wojną domową". Jego tłumaczenia są pełne takich sprzeczności. Ale w końcu literaci tak mają...

UDANA PROWOKACJA

Omiljanowicz był najpierw w AK, a potem w WiN, znowu jako szpicel (tym razem z ramienia Smiersza i UB), podający się za partyzanta. Tadeusz Kalinowski, kolega Omiljanowicza z suwalskiego UB w "Relacji z osobistej działalności" napisał: "Do ważniejszych operacji na terenie Suwalszczyzny, w której brałem udział (...) pod dowództwem Aleksandra O., w ilości 15 osób pozorowaliśmy grupę bandycką z rzekomo innego terenu, której zadaniem było nawiązanie kontaktu z miejscowymi bandami i likwidacja ich oraz odszukiwanie osób, które mają nielegalną broń".
Prowokacja udała się i w kwietniu 1946 r. kilkunastu prawdziwych WiN-owców zostało aresztowanych, a potem skatowanych w UB. Był wśród nich Aleksander Rybnik, ps. Jerzy - zastępca komendanta Okręgu Białostockiego WiN. Większość skazano w pokazowym procesie na karę śmierci i rozstrzelano. Właśnie śledztwo IPN w sprawie Rybnika doprowadziło Omiljanowicza za kratki.
Występujący na procesie "kata Suwalszczyzny" świadkowie zapamiętali jego "metody" śledcze. Podczas przesłuchań zakładał im pas na szyję i ściskał go, uderzał głowami o ścianę, łamał paznokcie. Po takich "badaniach" Marian Piekarski trafił na salę sądu w Białymstoku, który w pokazowym procesie skazał go na karę śmierci. We wrześniu 1946 r. Piekarskiego stracono.

BIŁ PRZODOWNIKÓW PRACY

Omiljanowicz twierdzi, że do suwalskiej bezpieki wstąpił na polecenie Tadeusza Świtalskiego, komendanta obwodu WiN, gdyż podziemie chciało mieć w UB swojego człowieka. Czy tropienie i torturowanie WiN-owców było częścią tego planu? Dowód, który "kat Suwalszczyzny" przedstawia na tę okoliczność, jest fałszywką, a osoby, które mogłyby potwierdzić jego wallenrodyczną misję, nie żyją. Ale Omiljanowicz zawsze miał bujną wyobraźnię, o czym świadczy cytowany już życiorys, który napisał na potrzeby UB, a potem jego książki.
W 1946 r. ci sami WiN-owcy, którzy mieli go skierować do ubecji, skazali go na karę śmierci. Powód? Zwalczanie podziemia. Kilkukrotne próby likwidacji ubola nie powiodły się jednak (w 1947 r. podziemie zabiło jego brata za współpracę z NKWD - widać to rodzinna przypadłość).
Omiljanowicz uciekł na inny teren - szefował UB na Warmii i Mazurach. W 1948 r. miał pecha. Znęcał się w śledztwie nad podejrzanymi o związki z podziemiem, którzy okazali się działaczami partyjnymi i przodownikami pracy. W specjalnym rozkazie okrucieństwo Omiljanowicza napiętnował sam szef bezpieki Stanisław Radkiewicz.
Wojskowy Sąd Rejonowy w Olsztynie skazał go na osiem lat. Omiljanowicz odsiedział połowę wyroku. Jak na uboli w ówczesnym czasie to długo. Jego ofiary siedziały w dużo gorszych warunkach o wiele dłużej albo od razu były mordowane.
Potem "kat Suwalszczyzny" gładko zmienił zawód i został literatem. Był pupilkiem MON, które wydawało jego wojenne fantasmagorie (AK-owców opisywał oczywiście jako bandytów, a AL-owców jako bohaterów) i fundowało zagraniczne stypendia; udzielał się w ZBoWiD-zie. Za zasługi dla ludowej ojczyzny pobierał wysoką emeryturę (1900 złotych). Dziś sielankowe życie skończyło się - Omiljanowicz siedzi w więzieniu i czeka na kolejny proces.

TADEUSZ M. PŁUŻAŃSKI

Publicystyka Tadeusza M. Płużańskiego na ASME.


Komentarz (0)

Krajowy Zjazd Ruchu Obywatelskiego JOW - 5 XI 2005 WROCŁAW Wysłane wtorek, 18, października 2005 przez Krzysztof Pawlak

Szanowni Państwo

W związku ze zbliżającym się Krajowym Zjazdem Ruch Obywatelskiego na rzecz JOW i zbieraniem materiałów do kolejnego numeru Biuletynu Ruchu, zwracamy się do wszystkich Państwa z prośbą o nadsyłanie informacji do Kroniki Ruchu, żebyśmy niczego nie pominęli.

Prosimy również tych WoJOWników, którzy wzięli udział w wyborach do Senatu o nadsyłanie artykułów i uwag podsumowujących te wybory.

Wszystkim przypominamy i prosimy o nadsyłanie zgłoszeń i przyjazd do Wrocławia!!




Zapraszamy wszystkich na dzień 5 listopada 2005 do Wrocławia, na Zjazd Krajowy Ruchu Obywatelskiego na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych, pod hasłem:

JEDNOMANDATOWE OKRĘGI WYBORCZE:
JAK I KIEDY?


Zjazd odbędzie się w gmachu Wydziału Fizyki i Astronomii Uniwersytetu Wrocławskiego, przy pl. Maksa Borna 9, w Sali im. Jana Rzewuskiego, w godzinach od 12.00 do 16.00.

Istnieje możliwość taniego zakwaterowania w dobrym hotelu "Wieniawa", w nocy z 4 na 5 listopada, gdzie będzie zakwaterowana spora liczba Wojowników i okazja do dyskusji nad taktyką i strategią. "Tan", to znaczy 120 zł pokój 2-osobowy (bez śniadania 90); 80 złotych pokój jednoosobowy (bez śniadania 65). Są to ceny specjalne dla uczestników Zjazdu.

Proszę o możliwie wczesne zgłaszanie uczestnictwa:
na e-mail: lub telefonicznie: 0-600 740-149

Komentarz (0)

Scripta volant? - prof. Jerzy Przystawa Wysłane wtorek, 18, października 2005 przez Krzysztof Pawlak

Za niepamiętnych czasów I Rzeczypospolitej przodkowie nasi rozumieli, że dla prawidłowej budowy państwa najważniejsza jest jakość stanowionych praw, regulujących życie państwowe i społeczne. Dlatego tu, nad Wisłą, powstały kodyfikacje prawne, do których przez stulecia dochodzić musiały inne narody, to tutaj, na trzy wieki przed Monteskiuszem, wprowadzono monteskiuszowski podział władz, to tu Kodeks Napoleoński wymyślono na trzy wieki przed Napoleonem, to tu po raz pierwszy w świecie wprowadzone wolną elekcję i powszechne wybory prezydenckie (choć tamtego prezydenta nazywano królem). Ci dawni Polacy, Polscy prawodawcy i legislatorzy, nie bali się na polskim tronie ani Niemca, ani Francuza, ani Węgra, ani Szweda, ponieważ rozumieli i w to wierzyli, że najważniejsze są prawa, a złożona przysięga stanowi gwarancję ich respektowania i nienaruszalności.
Może to wszystko było za wcześnie, może ludzkość nie dorosła jeszcze do poziomu, jaki chcieli zbudować polscy legislatorzy, historia zakpiła sobie z ich wysiłku, pracy i najlepszych intencji, wymazała Rzeczpospolitą z mapy Europy, tłumacząc nam dobitnie, że w świecie liczy się przede wszystkim siła, naga brutalna siła, a wszystkie te prawa dobrze się czują na zakurzonych półkach bibliotek, a nie w życiu. Od tamtej pory kołacze się w polskim inteligenckim myśleniu pragnienie WODZA, silnej osobowości, przywódcy, który stanie na czele i poprowadzi nas w przyszłość niczym gen. Żeligowski na Wilno. Taką postawę wydaje się umacniać doświadczenie II Rzeczypospolitej i ta postawa ujawnia się na każdym zakręcie, a dzisiaj w szczególności. Po okrutnych doświadczeniach legislacyjnych III RP, po nieustannej kompromitacji państwa prawa i rządów prawa, nikt już prawie nie przywiązuje znaczenia do zobowiązań i deklaracji, mało kto wierzy, żeby prawnie można było coś przyzwoicie uregulować. Dlatego też i kandydaci na Urząd Prezydenta RP przede wszystkim odwołują się do swoich uroków osobistych, męskich walorów, bohaterskiej przeszłości, a jakoś jakby mniej wyjaśniają nam, jak powinna wyglądać Polska, gdyby przypadkiem ich zabrakło.
Działająca przy Uniwersytecie Warszawskim Fundacja "Ius et Lex" wydała właśnie nowy tom pisma "Ius et Lex", zatytułowany "O naprawie Rzeczypospolitej", organizując, w przeddzień pierwszego posiedzenia nowo wybranego Sejmu konferencję prasową w siedzibie gazety "Rzeczpospolita". Miło mi się pochwalić, że w tomie tym znajduje się tekst zatytułowany "Znaczenie ordynacji wyborczej dla funkcjonowania państwa i budowy społeczeństwa obywatelskiego", napisany przeze mnie i mojego kolegę, też (niestety!) fizyka, prof. Czesława Oleksego. Wyjaśniamy tam potrzebę zmiany ordynacji wyborczej do Sejmu i wprowadzenia jednomandatowych okręgów wyborczych (JOW), ale także pokazujemy absurdalność tzw. zasady proporcjonalności oraz jak obecna ordynacja wyborcza gwałci konstytucyjne zasady.
Otóż, po totalnej kompromitacji wszystkich stosowanych w ciągu ostatnich 16 lat ordynacji wyborczych do Sejmu, ostatnią redutą obrony status quo jest nieustanny klangor, że propozycja JOW jest całkowicie nierealna w warunkach polskich, ponieważ jej wprowadzenie wymaga zmiany Konstytucji, a to jest niemożliwe ani w tym, ani w żadnym innym pokoleniu! Ordonom tej reduty cierpliwie tłumaczymy, że są w błędzie, że to przede wszystkim ICH ordynacja powinna mieć kłopoty konstytucyjne, gdyby tylko znaleźli się uczciwi i bezstronni sędziowie tego zagadnienia. Podnoszą wtedy zgodnym chórem wrzask, że jesteśmy ignorantami i nieukami, że doktryna prawa, że na całym świecie, że powszechnie wiadomo, a poza tym co fizyk może rozumieć z Konstytucji i praw?
Z tego powodu nie od rzeczy, szczególnie w kampanii, w której ważą się losy Polski, będzie przypomnieć czytelnikom fakt prawie nieznany, o którym się milczy i poza "nawiedzonymi" (jak autor tego tekstu), nikt o nim nie wspomina. Otóż 12 kwietnia 2001 r., spora grupa posłów (57) skierowała do Trybunału Konstytucyjnego wniosek - słuchajcie, Szanowni Reduciarze, słuchajcie - o uznanie ordynacji wyborczej, która ich wprowadziła na salony sejmowe, za sprzeczną z Konstytucją i naruszającą sformułowane tam zasady równości i... proporcjonalności. Wymienię tylko najważniejszych polityków partii Ius et Lex, pardon, "Prawo i Sprawiedliwość", którzy ten wniosek podpisali. Byli nimi, dla przykładu, profesor prawa Jarosław Kaczyński, dr Ludwik Dorn, obecny o.m.c. premier Kazimierz Marcinkiewicz, Marian Piłka... Obszerne uzasadnienie tego wniosku zajęło dobrych kilka stron, ale niełatwo je znaleźć. Jedynym bodaj miejscem, gdzie cały ten dokument został opublikowany jest chyba "Biuletyn Informacyjny Ruchu Obywatelskiego na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych" nr 8, z czerwca 2001 r.
Zwróćmy uwagę na datę: 12 kwietnia 2001 r. Tuż przed nowymi wyborami parlamentarnymi. Od tamtego dnia minęły ponad cztery lata. Jarosław Kaczyński, Kazimierz Marcinkiewicz i Ludwik Dorn ponownie zostali wybrani do Sejmu według ordynacji, która - ich zdaniem - jest sprzeczna z Konstytucją. To znaczy: nie wiemy, czy takie jest ich zdanie, ale kierujemy się tutaj rzymską zasadą verba volant, scripta manent (Słowa ulatują, ale pisma wiążą). Czy ta krytyka, zapisana i podpisana, wiąże dzisiaj wybitnych profesorów prawa, Lecha i Jarosława Kaczyńskich - czy wiąże desygnowanego na premiera Rządu RP Kazimierza Marcinkiewicza, czy wiąże wybitnego eksperta konstytucyjnego, dr. Ludwika Dorna? Nic bowiem na ten temat nie słyszymy. Nie słyszeliśmy na ten temat z ich ust ani słowa w czasie całej minionej kadencji sejmowej, ani w kampanii wyborczej do Sejmu, ani nie słyszymy nic w kampanii o urząd Prezydenta Państwa. Czy ogłaszana przez nich IV Rzeczpospolita tym się będzie różniła od Pierwszej, że scripta, tak jak verba - volant, volant, volant...?

Jerzy Przystawa

Powyższy felieton został napisany dla "Nowego Kuriera" (Toronto)

  • Prof. Jerzy Przystawa był w kadencji 1990 - 1998 radnym rady miejskiej Wrocławia, startował w wyborach do Senatu Rzeczypospolitej Polskiej przeprowadzonych w dniu 21 września 1997 r.
    Od kilkunastu lat jest jednym z liderów Ruchu Obywatelskiego na rzecz JOW.

    Publicystyka prof. Jerzego Przystawy na ASME.

    Witryna ASME Antysocjalistycznego Mazowsza jest najstarszym serwisem w Sieci - oprócz witryny tematycznej JOW - propagującym ideę JOW

    Komentarz (1)

    Pan Andrzej wskaże prezydenta - Stanisław Michalkiewicz Wysłane wtorek, 18, października 2005 przez Krzysztof Pawlak

    "Klasa polityczna w Polsce kompletnie się zdyskredytowała, torując drogę niepohamowanemu populizmowi" - napisała niemiecka gazeta "Berliner Zeitung", komentując pierwszą turę wyborów prezydenckich w naszym kraju. Trudno nie zgodzić się z tą oceną, jeśli wziąć pod uwagę zarówno wyniki wyborów parlamentarnych, jak i rezultaty pierwszej tury wyborów prezydenckich. W moim przekonaniu prawdziwym zwycięzcą i jednych, i drugich został niewątpliwie pan Andrzej Lepper, przewodniczący Samoobrony. Może się uważać i powinien być uważany za prawdziwego zwycięzcę co najmniej z dwóch powodów. Po pierwsze, w odróżnieniu od ugrupowań, które uzyskały najwyższe wyniki w tych wyborach, Samoobrona nie jest na polskiej scenie politycznej efemerydą. Udowodniła to po raz kolejny, bo i w wyborach w roku 2001 i w wyborach tegorocznych. Warto zwrócić uwagę, że spośród obecnych ugrupowań parlamentarnych najdłużej istniejącą partią jest PSL. Zaraz po nim - Samoobrona, bo już SLD, jako partia polityczna o tej nazwie, jest od Samoobrony młodszy. Platforma Obywatelska oraz Prawo i Sprawiedliwość i ze względu na swój rodowód, i ze względu na swoje ideologie, bardziej przypominają partie jednorazowego użytku, której najlepszym przykładem była Akcja Wyborcza "Solidarność". Akcja Wyborcza "Solidarność" była nawet pomyślana jako bezideowa partia władzy, swego rodzaju wspólnota rozbójnicza, której celem był podział zdobytych na "państwie", czyli współobywatelach łupów, dzięki którym mogłaby zrównać się z inną wspólnotą rozbójniczą, czyli Sojuszem Lewicy Demokratycznej. Taki był prawdziwy cel utworzenia AW"S", chociaż, ma się rozumieć, nie wypadało o tym głośno mówić. Głośno wypadało odwoływać się do patriotyzmu i chrześcijańskich wartości, na co dało się nabrać również wielu przedstawicieli duchowieństwa, zwłaszcza tych, co wiedzę o świecie, gospodarce i polityce czerpią bardziej z natchnienia Ducha Świętego niż z gruntownej znajomości rzeczy. Warto zwrócić uwagę, że znaczna część obecnych wyborczych zwycięzców w tamtej wspólnocie rozbójniczej uczestniczyła, chociaż dzisiaj nie lubi, gdy im o tym przypominać. Drugi powód, jeszcze ważniejszy od pierwszego, to ten, że panu Andrzejowi udało się przekonać prawie wszystkich swoich politycznych konkurentów do schlebiania ignorancji tzw. ludzi prostych i podtrzymywania w nich przekonania, że "państwo" posiada "skarb", czyli jakieś niezmierzone bogactwa, które trzeba tylko sprawiedliwie rozdzielić między ludzi i wszystko będzie w jak najlepszym porządku. Żeby było jasne, dotyczy to również Platformy Obywatelskiej, a w każdym razie tych, którzy obecnie tę efemeryczną formację tworzą. Przedtem bowiem uczestniczyli oni - jak np. Stefan Niesiołowski - w AW"S" albo - jak Donald Tusk - w Unii Wolności, która, jako partia wielokrotnie rządząca i jako środowisko opiniotwórcze, uczyniła wszystko, co tylko można było uczynić, dla recydywy socjalizmu w Polsce. Nie tylko sama nie zdobyła się na radykalną zmianę modelu państwa wtedy, gdy była ona jeszcze możliwa, tzn. przed 1993 rokiem, kiedy władzę przejęła koalicja SLD-PSL, ale również, poprzez mobilizację chóru wpływowych półgłówków, stanowiących jej polityczne zaplecze, zablokowała nawet samą taką możliwość. Czyniła tak z poczucia lojalności wobec swoich partnerów od "okrągłego stołu", dla których zapomniała o lojalności wobec narodu, do którego odwoływała się w wyborach. W rezultacie w samym centrum politycznej sceny rozparł się dzisiaj pan Andrzej, uboczny produkt arogancji Unii Wolności, który - trzeba to wyraźnie powiedzieć - wyznaczy Polsce następnego prezydenta, bo to jego poparcie może przesądzić o zwycięstwie jednego bądź drugiego. Czego za to poparcie zażąda i jaka cenę w efekcie Polska będzie musiała zapłacić - tego jeszcze nie wiemy, ale jedno jest wysoce prawdopodobne - może to Polskę kosztować jeszcze więcej niż dwie kadencje Aleksandra Kwaśniewskiego.
    Przejrzałem sobie właśnie kilkadziesiąt projektów ustaw, jakie w minionej kadencji Sejmu złożyli posłowie Samoobrony. Przeważająca większość z nich ma charakter drobnych zmian istniejących już ustaw, by załatwić jakąś sprawę czasami słuszną, (jak np. w przypadku ustawy o zmianie ustawy o podatku akcyzowym - żeby wiejskie gorzelnie nie musiały "zabezpieczać" podatku akcyzowego w przypadku transportowania surowego spirytusu do Polmosów), a czasami wątpliwą (nacjonalizacja infrastruktury cieplnej i kanalizacyjnej w ustawie o zmianie ustawy o samorządzie powiatowym). Większość tych inicjatyw prowadzi do bezpośredniego lub pośredniego obciążenia budżetu państwa, a więc podatników, a w gruncie rzeczy żaden projekt nie ma charakteru regulacji kompleksowej. Potwierdza to podejrzenia, że Samoobrona jest zwyczajnie niezdolna nawet do samodzielnego administrowania kryzysem, do czego od kilku lat sprowadza się "rządzenie" Polską, tylko do funkcjonowania w charakterze hałaśliwej opozycji. Nie byłoby to ani niebezpieczne ani nawet niepokojące nawet w sytuacji, gdy na pana Andrzeja głosuje aż 24 procent mieszkańców wsi, gdyby nie to, że ugrupowania szykujące się do rządzenia są w gruncie rzeczy tak samo bezradne, a "Polska solidarna" w praktyce jest tylko mutacją projektu ustawy Samoobrony o "minimum socjalnym". Dowodem tej bezradności jest przejmowanie przez nie retoryki Samoobrony, ufundowanej na fałszywych wyobrażeniach ludzi prostych o funkcjonowaniu państwa, a zwłaszcza - finansów publicznych. Na przykład filipiki wygłaszane pod adresem "liberalnego eksperymentu" w kraju, w którym pod osłoną wolnorynkowych deklamacji, już w ciągu pierwszych 10 lat dokonała się recydywa socjalizmu (w 1999 r. reglamentacja, tzn. koncesje i licencje wróciły aż do 202 obszarów działalności gospodarczej), świadczą albo o kompletnym zerwaniu kontaktu z rzeczywistością, albo o świadomym robieniu ludziom wody z mózgu. Z kolei osłanianie liberalną retoryką programu ratowania układu "okrągłego stołu", który do tej recydywy socjalizmu we własnym interesie doprowadził, jest chyba jeszcze większym łajdactwem, bo dyskredytując liberalizm, blokuje możliwość przekonania ludzi do takich rozwiązań w przyszłości. W tej sytuacji nic dziwnego, że najwyraźniej sam Pan Bóg musiał się zniecierpliwić, na dowód czego ukazał się znak w postaci pana Andrzeja, wyznaczającego Polsce prezydentów.

    Stanisław Michalkiewicz

    Publicystyka Stanisława Michalkiewicza na ASME i nagrania TV ASME


    Komentarz (2)

    Dla kogo pracował Jacek Kurski i dlaczego padło oświadczenie "Nie wiedziałem!" jednego z kandydatów do najwyższego urzędu w "polskim regionie UE"? - TV-felieton Łukasza Perzyny Wysłane sobota, 15, października 2005 przez Krzysztof Pawlak

    | Pobierz |






    Dla kogo pracował Jacek Kurski i dlaczego padło oświadczenie "Nie wiedziałem!" jednego z kandydatów do najwyższego urzędu w "polskim regionie UE"? - TV-felieton Łukasza Perzyny Wysłane sobota, 15, października 2005 przez Krzysztof Pawlak

    "Czym różnią się kandydaci w II turze wyborów prezydenckich? Można powiedzieć, że to widać na pierwszy rzut oka. W USA z analiz wypadało jednoznacznie, że w wyborach od 1900 aż do 1968 wygrywał kandydat wyższy, wyższy wzrostem po prostu. W Polsce przełożyło się to na specyficzne zachowania pretendentów: Lech Kaczyński zachowywał się jak challenger, jak ten, który atakuje I miejsce, a nie je broni. Teraz widać, jak bardzo zatarły się różnego gatunku podziały, jak bardzo wykreowane wizerunki kandydatów nie przystają do ich elektoratów i poczucia rzeczywistości. Kandydatem Polski zamożnej, Polski, która daje sobie radę, jest Donald Tusk, wicemarszałek Sejmu, polityk, który nie przejmował się specjalnie polityką, który swój wizerunek budował na piłce nożnej, i to On uzyskuje wśród bezrobotnych 38% głosów w I turze. Lech Kaczyński przedstawia się jako kandydat »Polski solidarnej«. Jego przeciwnicy jednak zaznaczają, że solidarność to specyficzna - gdyż bogatsi będą musieli się podzielić swoim bogactwem z uboższymi. Kaczyński jednak przegrał w »ośrodkach >Solidarności<«, w których opór przeciw komunistycznej dyktaturze był najsilniejszy i najbardziej zdecydowany: Gdańsku, Warszawie, Poznaniu, Wrocławiu, Szczecinie. W czterech z sześciu śląskich okręgów wyborczych wygrał Tusk. Oznacza to, że jednak ktoś z tych symbolicznych "górników" musiał poprzeć tego kandydata, a nie Kaczyńskiego, który w kampanii podkreślał bardzo mocno, że górnictwo jest silnym i dochodowym przemysłem i trzeba tworzyć tam miejsca pracy" - Łukasz Perzyna, publicysta "Tygodnika Solidarność" i ASME komentuje przedostatni tydzień przedwyborczy kampanii prezydenckiej.

    W jednym tylko sztabie był Jacek Kurski, który zabłysnął przypomnieniem drogi życiowej przodków jednego z kandydatów. Nasuwa się tu porównanie z przypominaniem drogi życiowej ojca niedoszłego kandydata SLD Włodzimierza "Wołodii Cimoszenko" Cimoszewicza, które to zjawisko przedwyborcze miało jednak inną wagę: oznaczało społeczną pamięć o wyjątkowo antypolskiej działalności wielu przodków obecnych post(?)komunistów, którzy dzięki "klasowemu" uprzywilejowaniu w PRL-u osiągnęli status niemożliwy do osiągnięcia przez zwykłych poddanych tej dyktatury.

    Kandydat Tusk oświadczył, że "nie wiedział nic o swoim dziadku", który został wcielony do Wehrmachtu pod koniec II wojny światowej. Czy to może być prawda - biorąc pod uwagę zawodowe wykształcenie historyczne tego polityka i po prostu zdroworozsądkowy osąd każdego chyba człowieka, którego zainteresowanie swoimi korzeniami jest najzupełniej normalne i powszechne?
    W Stanach Zjednoczonych jest normalną sytuacja, kiedy przeszłość każdego kandydata do najwyższego urzędu państwowego prześwietla się do n-tego pokolenia, a z pewnością robią to wynajęci przez konkurencyjne sztaby fachowcy, dostarczając kompromitujące kontrkandydata materiały. Łukasz Perzyna zastanawia się, dla kogo pracował Jacek Kurski, ale też - dlaczego usiłujący sprawiać wrażenie poważnego polityka kandydat do stolca w warszawskim Pałacu Namiestnikowskim Tusk rozkłada ręce, kiedy mówi o swoim dziadku - "Nie wiedziałem!"...

    Nagranie trwa ponad 16 minut i jest dostępne w Sieci do 29 X 2005 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




    Komentarz (3)

    Bo ludzie są biedni... - Krzysztof Mazur Wysłane piątek, 14, października 2005 przez Krzysztof Pawlak

    Jakieś półtora wieku temu finansowe talenty rozwijała podobno niejaka Teresa Humbert, która swoja wiarygodność finansową ukrywała w starannie zamkniętym kuferku, mającym gromadzić jakoby cenne papiery wartościowe. Dopiero w wyniku uporu drobnego wierzyciela doprowadzono do komisyjnego otwarcia kuferka, wewnątrz którego - jak podaje P. L. Sulitzer- znajdowała się "stara gazeta i grosz, który wyszedł już z obiegu...".

    Czytając laurki wystawiane Kaczyńskiemu przez publicystów "NDz" i Radia Maryja, mimowolnie przychodzi na myśl, czy "stara gazeta i grosz, który wyszedł już z obiegu..." są warte tej obłudy, w której oparach pogrążają się nie tylko, jak pokazuje najnowsze doświadczenie, członkowie postępowego kościoła, ale i ci, którzy mieli bronić maluczkich przed skutkami owej obłudy.
    W ciągu ostatnich dni nie było w "Naszym Dzienniku" artykułu lub chociażby najmniejsze wzmianki, której treść można sprowadzić do pytanie "kto nie powinien zostać prezydentem i dlaczego Tusk?". Pal licho, gdyby ktoś chciał jedynie dać upust swoim poglądom, wszak Tusk nie jest również bohaterem mojej bajki, ale np. od księdza profesora Czesława Bartnika, chociażby ze względu na stan i tytuły można chyba oczekiwać czegoś bardziej wartościowego niż prop-agitkę wysmażoną pod tytułem "Prezydent warszawski czy brukselski". Wiem, że dla nas, Polaków ważne jest, aby nowy prezydent był dobrym prezydentem Polski, a nie prezydentem warszawskim, wiele wskazuje również, że L. Kaczyński będzie co najwyżej prezydentem lepszym od Kwaśniewskiego, chyba że być lepszym od Kwaśniewskiego - to już obecnie wyznacznik wysokiego standardu politycznego. Oczywiście Tusk jest przedstawiany jako zaprzaniec w kostiumie kosmopolity, "dla którego fundamentem profilu jest neoliberalizm i neokapitalizm", podczas gdy światopogląd Kaczyńskiego "tkwi raczej w polskim solidaryzmie czy nawet w personalizmie społecznym, który głosił m.in. Prymas Stefan Wyszyński i papież Jan Paweł II". Oczywiście, że tak, chociaż sam Kaczyński być może jeszcze nawet nie wie, jaki nurt w nowoczesnych teoriach ekonomiczno-społecznych popiera. Z drugiej strony w ostatniej kampanii parlamentarnej co drugi kandydat podpierał się autorytetem papieża, a prawie wszyscy twierdzili, że czerpią z Jego dziedzictwa duchowego. Tak czynił m.in. dawny członek Samoobrony sądzony jako niedoszły gwałciciel, takie ulotki roznosił dawny baron SLD Tuderek (obecnie w Samoobronie), tak też, a może nawet jeszcze bardziej swój image prezentował słynny rektor Antoni J., którego o. Rydzyk do ostatniej chwili publicznie pocieszał i wspierał duchowo. Na temat "dokonań" rektora mógłby się co nieco dowiedzieć chociażby od byłej posłanki E. Kantor, która - jak wynikało z relacji medialnych - zdążyła już się co nieco dowiedzieć o zasługach "tego pana". Dziwne tylko, że redaktor Morawski z "Rz" jeszcze nie wpadł na pomysł dopisania sequela do thrillera polityczno-obyczajowego, którego pierwsza część ukazała się onegdaj pt. "Grzech w Pałacu Biskupim". Dziwne także, że p. Stanisław Krajski, specjalista od spisków masońskich i było, nie było - ekspert w tej dziedzinie, wymieniając kryteria mogące ustalić "jakiego prezydenta Polacy nie potrzebują", zapomniał wspomnieć o wypadach do Fundacji Batorego lub sympatiach opisanych przez redaktora Jełowickiego w bardzo znaczącym artykule opublikowanym w "Rz" pt. "Test na ONZ". Takie kryterium nie mogło się w artykule p. Krajskiego znaleźć, gdyż kryteria były tak ustawione, aby jedyną poprawną odpowiedzią było: "Lech Kaczyński nie będzie jako prezydent odpowiadał wyżej przedstawionej charakterystyce". Cóż za subtelna, wydawałoby się, obiektywność - ale niestety jest to obłuda, której smrodu już tak łatwo nie uda się wywietrzyć. To już niestety coś więcej niż "smuga cienia".
    Są tez i zachowania naiwne, ot diagnoza pani prof. Krystyny Czuba, która tłumacząc "czy kandydatura Tuska byłaby dla Polski dobra i dlaczego nie byłaby" tak to m.in. uzasadniła: "Program liberalny, który popiera, jest jasno określony: państwo to minimum, żadne wspólne dobro nie jest ważne, ważne są natomiast niskie podatki i mała interwencja państwa. Tymczasem my nie jesteśmy na takim etapie, na którym możemy zrezygnować z mocnego zaangażowania państwa w pomoc człowiekowi, bo ludzie są biedni". I czytaj tu, człowieku klasyków, stawiaj hipotezy, weryfikuj, obserwuj i wyciągaj wnioski, analizuj teorie od Keynsa począwszy na Misesie skończywszy, przyjdzie pani profesor i w jednym zdaniu streści całą teorię o roli państwa w gospodarce rynkowej, a właściwie w jednej frazie: "bo ludzie tu biedni są".
    Wszystkich znajomych, którzy za nic nie dali się przekonać do głosowania na p. JKM, zachęcałem do oddania głosu na Macieja Giertycha, wszak - tłumaczyłem - facet aż za bardzo poważny, naukowiec, zna języki (dla niektórych to najważniejszy argument: sam słyszałem wielokrotnie, jaki mądry ten Kwaśniewski, bo przecież "zna języki"), a przede wszystkim - spoza obecnego politycznego towarzystwa wzajemnej adoracji. A tu Maciej Giertych wziął i zrezygnował, jego prawo, ale na koniec musiał dopowiedzieć, że zrobił to dla dobra państwa, niemalże z patriotycznego obowiązku. A przecież każdy wie, że Roman Giertych walczy z narodową konkurencją i Wrzodakiem, dla którego wynik Giertycha-seniora gorszy niż wynik LPR (a na to się zanosiło) stanowiłby kolejny przyczynek do ujadania tego ostatniego, jak to Giertychowie ciągnęli LPR w dół, chociaż sam Wrzodak otrzymał o 40 proc. głosów mniej niż w poprzednich wyborach przy status quo całej partii.
    Prawdziwym elitom zależy na uświadomionym narodzie, narodzie ceniącym takie cechy jak uczciwość, prawdomówność, sprawiedliwość, dążenie do prawdy, zaprzeczanie kłamstwu, przyznanie się do pomyłki itp. W tym celu prawdziwe elity dają przykład, przykład który powinien być naśladowany. Polskie pseudoelity jedynie naród bałamucą, oszukują tanimi chwytami marketingowymi, obnażają publicznie swoją niekompetencję i obłudę, mając przeświadczenie, że ludzie już tak ogłupieli, że nikt nie zakrzyknie "Król jest nagi!".
    Kilka dnie temu zaczepił mnie znajomy i w kontekście wyborów zagadnął na dobry początek: "No to co - zostało nam dwóch kandydatów...", chociaż formalnie było ich jeszcze chyba jedenastu, ale skoro dwóch - no to cóż: Tusk o roli państwa, gospodarce mówi znacznie rozsądniej niż Kaczyński. Co z tego, skoro doświadczenie podpowiada, że Tusk jak partia - co jak mówi że da, to mówi. Za kandydata Tuska więcej niż jego usta mówi mimika twarzy, ręce, które jak się podnoszą w geście niby triumfu, to tak jakby ważyły po półtorej tony każda i niepewny wzrok. Zapytany o swoją rolę w obaleniu rządu Olszewskiego, odpowiedział, że dzisiaj zrobiłby to samo, gdyż Polska nie potrzebuje Olszewskich, Macierewiczów, Janowskich (nb. "Głos" publikując fragment słynnej narady przed obaleniem Olszewskiego, wymienił prawie wszystkich jej uczestników, tylko "przeoczył" Gabriela Janowskiego), ale zapomniał jakby o pośle Niesiołowskim, obecnym senatorze z list PO, który wygłosił w sejmie płomienną mowę w obronie Olszewskiego, chociaż na naradzie siedział z twarzą pokerzysty.
    A Kaczyński Lech, jaki jest - każdy widzi, nigdy nie mogę zrozumieć, za co w Polsce ludzie otrzymują tytuły naukowe, skoro nie potrafią logicznie przedstawić wywodu i wyprowadzić wniosków wypływających z twierdzeń, które się samemu przedstawia. Rozumowanie Lecha Kaczyńskiego, podobnie jak i jego brata Jarosława, przypomina zachowanie na poziomie członkiń dyskusyjnego klubu koła gospodyń wiejskich, gdzie każda mówi to, co ma do powiedzenia i wcale nie zraża się tym, że wcześniej mówiła coś całkiem przeciwnego. A jak się komuś nie podoba - to socjalizm nazwiemy kapitalizmem, etatyzm - solidarnością, a problem depopulacji rozwiążemy bonusem demograficznym.
    Lekarzu - ulecz się sam!

    Krzysztof Mazur

    Publicystyka Krzysztofa Mazura na ASME


    Komentarz (4)

    Mediopiryna wszczepienna Wysłane piątek, 14, października 2005 przez Krzysztof Pawlak

    Świat ma oszaleć. Dlaczego? Bo to łatwe, miłe i przyjemne. Dla kogo? Aaaa... A to spiżem brzmiące, groźnie wymawiane pytanie ma stanowić "argument refleksyjny", samym sobą utrącający dalszą dyskusję przez oczywiste konotacje z czasem "odwetowców z Bonn i... won!" i imputowanie zadającemu je infantylizm, nieznajomość historii PRL-u tudzież jej wyparcie i skłonności do mordobicia.

    Piąchopiryna kontra szczepionka na grypę. Tę ptasią, zabawnie (ha, ha, ha, reh, reh, reh...) kojarzoną obecnie z "kaczą" w związku z wyborami prezydenckimi w "polskim regionie UE" jak Siec polskimi łączami szeroka i głęboka. Kto nie wierzy - ten frant i ciemnogrodzianin.
    Wiktor Suworow (alias Rezun) w swych opowieściach o GRU pisał w latach 70. ub. wieku o tym, jak łatwo zmanipulować "wielkie masy ludzkie" np. wydaniem edyktu o zmianie czasu aktywności człowieka poprzez ustanowienie kompletnie nieprzydatnych do niczego "czasu letniego" i "zimowego". Ale - to działa i wszyscy w Europce traktują to jako oczywistość.
    Badania podejmowane przez naukowców pracujących dla wojska od lat także 60. i 70. koncentrowały się na m.in. sposobach ataku i obrony przy wykorzystywaniu "broni B". Badania cywilne podążyły z wielką skutecznością w tym kierunku w latach 80 i trwają aż do dziś, mając jednak inne cele, najczęściej wskazane przez działy księgowości wielkich firm, dla których są prowadzone. Co rusz ogłaszane "wielkie odkrycia" mające stanowić zbawienie dla cierpiących na najbardziej powszechne schorzenia związane z cywilizacyjnym wydłużeniem trwania życia ludzkiego, po niezbyt długich okresach są wstydliwie zapominane medialnie, gdy przychodzą informacje o nieuchronnych skutkach ubocznych preparatów, za które farmaceuci muszą wypłacać odszkodowania.
    Wielkie problemy, wielki świat, wielkie pieniądze.
    Jak podał telewizor przed paroma dniami, jednostka szczepionki przeciw "ptasiej grypie" kosztuje około 250 złotych. Dla większości ludzi w "polskim regionie UE" jest to suma mało wyobrażalna do wydania na JEDEN lek, dlatego natarcie poszło w innym kierunku. Do wsparcia została użyta już OD WIEKÓW skorumpowana instytucja międzynarodowa - ONZ z jej agendą WHO, która wieszczy "zgon około 150 milionów ludzi na naszej planecie" w wyniku ataku wirusa H5N1, który jak dotąd - przy swobodnym niemal przemieszczaniu się po Azji wschodnio-południowej doprowadził do zgonu 60 (sześćdziesiąt) osób - i to stale pozostających w kontakcie z drobiem hodowlanym.
    Skala jest ważna. Skala - oddziaływania medialnego.
    Ordynarna kampania strachu przelewająca się przez środki masowego rażenia odnosi skutek. Który bowiem biurokrata mógłby sobie pozwolić na oskarżenie o "brak dbałości o zdrowie publiczne"? To nie biedne społeczeństwo ma wysupłać zaskórniaki na kosztowne (i pozbawione gwarancji skuteczności!!!) preparaty, tylko bogate, SOCJALISTYCZNE państwo, jakich w Unii Europejskiej przecież nie brakuje. Wielkie firmy farmaceutyczne nie chcą mieć za partnerów finansowych biedaków - tylko ich nadzorców, którzy wcześniej ubezwłasnowolnili swoich poddanych za pomocą drenażu finansowego.
    Co zostanie ukryte w tych wydatkach państwowych - to tylko superata sektora wojskowego, który w końcu też jest finansowany w największej mierze przez cywilów, służących także bezwiednie za obiekty laboratoryjne. W skali globalnej, bo i czas "zagrożeń" jest globalny.
    Piąchopiryna została zastąpiona przez mediopirynę. Nadal jest poszukiwana odtrutka na paranoję publiczną.

    Najbardziej uczciwy był lekarz na jednej z list dyskusyjnych, otwartym tekstem wzywający:
    "Szczepcie się!
    Muszę sobie kupić nowy samochód...".

    Krzysztof Pawlak


    Komentarz (0)

    Utrata przez Rosję całego Północnego Kaukazu jest konsekwencją kompromitacji systemu rosyjskiego militarnego ucisku i rusyfikacji - Antoni Zambrowski o akcji terrorystów muzułmańskich w Nalczyku Wysłane piątek, 14, października 2005 przez Krzysztof Pawlak

    | Pobierz |