października 24, 2005 - listopada 1, 2005

Święto Wszystkich Świętych i Dzień Zaduszny - AD 2005 Wysłane wtorek, 1, listopada 2005 przez Krzysztof Pawlak

Święto jakże chrześcijańskie, katolickie, także jakże - polskie. Tradycją chowane pokolenia Polaków zawsze czciły swoich czcigodnych poprzedników, przodków, dzięki którym zachowały swoją dumną odrębność i szacunek innych narodów Rzeczypospolitej, która w swej niegdysiejszej potędze chroniła pod swe skrzydła wielu przedstawicieli religii niechrześcijańskich oraz społeczności, które złożyły się na nowożytne narody.

Idziemy w te dni na cmentarze, gdzie spoczywają doczesne pozostałości po naszych bliskich, gdzie i nasze ciała w swoim czasie zostaną złożone. Zostawiamy przy nich gorejące ogniki jako wyraz nieustającej pamięci o Nich. Wspominamy.
Składamy kwiaty, zapalamy lampki także na zbiorowych miejscach pamięci o tych, którym nie dane było powrócić do swych miejsc rodzinnych - w polskiej historii, tak bardzo naznaczonej okrucieństwem wywodzącym się z zaborczych działań sąsiadów Rzeczypospolitej, wiele jej cór i synów pozostało w obcej ziemi. Od niedawna możemy oddawać hołd także tym, którzy zginęli z ręki kolaborantów sowieckich okupantów Polski: "Msza św. w intencji pomordowanych w okresie terroru komunistycznego 1944 - 1956 odprawiona została we wtorek w kościele św. Katarzyny na warszawskim Służewcu. Uroczystość poświęcona była zmarłym spoczywającym na cmentarzu przy kościele, ofiarom represji stalinowskich. Od 1945 roku do połowy lat 50. na łące w pobliżu kościoła pogrzebano potajemnie około 2 tys. osób, straconych w warszawskim więzieniu przy ul. Rakowieckiej". - o czym przypomniał m.in. dziennik "Rzeczpospolita". Na Cmentarzu Wojskowym na warszawskich Powązkach od kilku lat istnieje pomnik upamiętniający ofiary kaźni komunistycznej, przy którym oddawaliśmy cześć potajemnie tam pochowanym więźniom politycznym czasu panowania poprzedników obecnej formacji post(?)komunistów - Sojuszu Lewicy Demokratycznej i Socjaldemokracji Polskiej. Ten i inne pomniki znaczące krwawe ślady na drodze do odzyskania niepodległości powstały w czasie istnienie tzw. PRL-bis, zwanej też III Rzecząpospolitą - to konkretny wymiar różniący ten okres od okupacyjnej Polskiej Republiki (Rzeczypospolitej) Ludowej. W tym roku na warszawskiej Pradze, przy katedrze pw. św. Floriana przybył pomnik bohaterskiego księdza Skorupki - kapelana wojsk polskich broniących przedmieść Warszawy przed nawałnicą bolszewicką 1920 roku. Tu też rozbłysły ogniki pamięci. Zostawiamy też dowody pamięci na grobach tych, którzy już nie mają swoich rodzin.

Towarzysząca w tych chwilach zaduma nad przemijającymi w miarę upływu czasu sporami politycznymi czy środowiskowymi pozbawia je ostrości oraz zawraca myśli aspirujących do przewodnictwa społeczeństwu ku podstawowemu i eschatologicznemu porządkowi. Stanowi moment refleksji nad własnym w nim dziełem oraz skłania do próby odpowiedzi na pytanie o ich ocenę dokonaną przez przyszłe pokolenia. To jest największy wymiar tego święta, dzięki któremu możemy - my, dziedzice polskości - cały czas zachować łączność z odeszłymi na wieczną służbę pokoleniami Polaków.

AD 2004 - 2005 pozostawili nam wskazówki na przyszłe lata:

- Wielki Syn Narodu Polskiego, oddany na służbę całej ludzkości - Ojciec Święty Jan Paweł II, biskup Karol Wojtyła. Odszedł 2 kwietnia o godzinie 21.37, w wigilię niedzieli Miłosierdzia Bożego;

- Generał Stanisław Skalski, lotnik Września 1939, jeden z tych "niewielu, którzy uczynili tak wiele dla Wielkiej Brytanii", więzień komunistycznej bezpieki, skazany na karę śmierci; odszedł 12 listopada 2004 r.;

- Jan Nowak Jeziorański, żołnierz Września 1939, ostatni kurier, który wrócił z Londynu przed powstaniem warszawskim, powstaniec warszawski, w latach 1952 do 1976 kierownik Rozgłośni Polskiej Radia Wolna Europa - medium istotnie wpływającym na demontaż systemu okupacji sowieckiej Rzeczypospolitej, odszedł 20 stycznia 2005 r.;

- Edward Moskal, szef Kongresu Polonii Amerykańskiej, zapoznany krytyk Jana Nowaka-Jeziorańskiego, wpływowy inicjator wielu programów popierających aspirację Polski do struktur zachodniej Europy i NATO, odszedł 22 marca 2005 r..

Krzysztof Pawlak


Komentarz (1)

Kto opóźnił nadejście IV RP? - Krzysztof Mazur Wysłane poniedziałek, 31, października 2005 przez Krzysztof Pawlak

Jak pewnie wielu jeszcze pamięta, 4 czerwca 1989 r. aktorka Joanna Szczepkowska ogłosiła Polakom, że "właśnie skończył się komunizm", które to oświadczenie stało się w późniejszych latach pretekstem do wielu pobłażliwych w tonie aluzji do bieżących wydarzeń politycznych, gdyż każdy kto miał trochę oleju w głowie, wyraźnie dostrzegał, że mechanizmy rządzące III RP stanowiły jedynie bardziej wyrafinowaną mutację PRL-u. Nie wiem, czy uchodzący za prawicowca Jan Pospieszalski prowadzący audycję telewizyjną pt. "Warto rozmawiać" oświadczając w następny dzień po II turze wyborów prezydenckich, iż "oto obudziliśmy się w IV RP", zdawał sobie sprawę, że został - zapewne mimowolnie - narzędziem cezury IV RP tak jak wypowiedź p. Szczepkowskiej stała się symbolem początku III RP. No cóż, niektórzy twierdzą, że artyści mają szczególnie rozbudowaną inteligencję emocjonalną, która jest taką psychiczną odmianą sprawiedliwości społecznej, faktem jest, że także wielu komentatorów politycznych i polityków gotowych jest werdykt wyborców z 23 października traktować jako "nowy początek".

Zastanawiałem się również nad tym problemem, zwłaszcza że niedawno na tych łamach starałem się udowadniać, że prawdziwą cezurą IV RP mogłaby być jedynie fundamentalna zmiana ustrojowa, np. istotna zmiana konstytucji, zmiana systemu wyborczego, zakaz deficytu budżetowego itp. Delimitacja systemów ustrojowych nie jest zajęciem łatwym, zapewne ustrojową linią demarkacyjną trudno byłoby określić pierwsze przemówienia prezydenta elekta czy podziękowania jego brata skierowane m.in. do Ryszarda Bugaja i Adama Gierka, co zresztą w przypadku tego ostatniego nie może być jakimś wielkim zaskoczeniem, gdyż hasła "Polski solidarnej" przypominają słynne hasło programowe Edwarda Gierka: "No to jak, towarzysze – pomożecie?...". Praktycznie w tym samym czasie gdy Pospieszalski oznajmiał rodakom, że obudzili się w IV RP, jedna ze stacji komercyjnych nadawała film największego "mistyka" współczesnego kina M. Night Shyamalana pt. "Znaki", którego credo sprowadzało się do często cytowanej przez p. Michalkiewicza tezy śp. ks. Bronisława Bozowskiego, że "nie ma przypadków, są tylko znaki". Kierując się tą sugestią, należałoby trochę zrehabilitować znaczenie inteligencji emocjonalnej i na ostatnie wydarzenia spojrzeć właśnie pod kątem owych znaków. Moim skromnym zdaniem nic tak nie oddało symboliki ostatecznego werdyktu elektoratu jak casus p. Jana - palacza c.o. z Legnicy, o którego istnieniu dowiedziała się 23 października cała Polska. Otóż jak pewnie większości wiadomo, p. Jan - palacz z Legnicy, dzierżył klucze do jednego z tysięcy rozsianych po całym kraju lokali wyborczych i przypadek chciał (a jak wiadomo - nie ma przypadków, są tylko znaki), że nawalił budzik p. Jana, przez co drzwi do lokalu zostały otwarte kilkanaście minut później niż przewidywały postanowienia i uchwały organów państwowych. Wszystko być może skończyłoby się na krótkiej, roboczej odprawie na poziomie rzeczonej lokalnej komisji, ale PKW mając na uwadze, że telewizja publiczna jak i komercyjna TVN kilkadziesiąt sekund po godz. 20.00 miały podać przedwstępne wyniki wyborów, podjęła decyzję o wydłużeniu ciszy wyborczej o 20 minut właśnie z powodu wspomnianego zajścia w Legnicy. Tym samym skromny palacz z Legnicy, a właściwie jego budzik - w niezamierzony sposób odsłonili pewną istotną prawdę o ustroju III RP. Przede wszystkim należałoby zauważyć, że PKW z zasłużonym dla III RP przewodniczącym Ferdynandem Rymarzem podejmując decyzję o wydłużeniu ciszy wyborczej, uznała, że informacja mediów o wynikach sondaży powyborczych mogłaby wpłynąć na wynik głosowania poprzez kilkunastominutowe głosowanie w jednym skromnym obwodzie głosowania! Jak to miałoby niby wyglądać? Ano, chyba tak, że setki osób w Legnicy, którzy nie poszli do urn do 20.00, siedzieliby z uszami przy głośnikach telewizorów i kilka minut po 20.00 poinformowani, że prowadzi Kaczyński - w te pędy, tak jak stali, ruszyliby szturmem do komisji, by oddać głos, mimo że wcześniej albo z powodów ideowych, albo z braku przekonań i lenistwa do urn nie poszli. Zakładając, że taka nagła mobilizacja byłaby w ogóle możliwa i ludziska zdążyliby dopaść urny przed 20.20, to warto zapytać: co byłoby, gdyby PKW zignorowała awarię budzika palacza z Legnicy i nie poinformowała przez wszystkie media o wydłużeniu czasu głosowania w danym obwodzie? Ciekawe, że żadne media, które 20 długich minut musiały trzymać Polskę na bezdechu, a Lechowi Kaczyńskiemu przedłużały możliwość zameldowania o wykonaniu zadania, nie poinformowały, ilu wyborców głosowało w Legnicy między 20.00 a 20.20. Ale właściwie nie chodzi w tym wszystkim o to czy PKW postąpiła słusznie, czy nie, ważne - dlaczego tak postąpiła i dlaczego budzik palacza z Legnicy wstrzymał nadejście IV RP o 20 minut? Oczywiście powodem tym był fakt, że wyniki wyborów ogłaszają media i gdyby nie fakt, że PKW zezwoliła na prowadzenie pod lokalami wyborczymi wywiadów ankietowych, sponsorowanych przez tzw. układ medialny, to nie byłoby problemu z dwudziestominutowym opóźnieniem jednej z komisji wyborczych, wyniki z 10 proc. obwodów, czyli z próby 1,5-milionowej, kilkunastokrotnie większej i bardziej wiarygodnej od sondaży, zostały podane już przed 23.00 (pierwotnie przewidywano, że będzie to możliwe wkrótce po 22.00), więc o co tyle krzyku i forsy wydanej na sondażownie? Otóż zdecydował zapewne prime time, gdyż co innego oznacza dla telewizji godzina 20.00, a co innego godzina przed północą, co oznacza, że PKW zezwala sondażowniom prowadzić badania przed lokalami, by telewizja mogła natychmiast ogłosić i to koniecznie we wspomnianym "prime time", kto został prezydentem, by ten w zaaranżowanym orędziu do narodu mógł zastrzegać się, że jako "prawdopodobny prezydent...." ...i wszystko byłoby w porządku, gdyby nie budzik palacza c.o.

I sprawa druga, bardziej istotna. Otóż okazuje się, że pomimo ciszy wyborczej firma sondażowa prowadząca badania przed lokalami, regularnie (w praktyce co godzinę) podawała wyniki wyborów swoim sponsorom, ci zaproszonym do swoich redakcji i studiów gościom, ci innym znajomym, tamci sztabom wyborczym, tak, że liderzy PiS-u mogli zgromadzonym jeszcze podczas ciszy wyborczej podpowiadać, że za chwilę wystąpi przed nimi prezydent Polski. I właśnie ten fakt najlepiej oddaje istotę III RP, gdyż cisza wyborcza obowiązywała oficjalnie, natomiast niektórych nie obowiązywała, a jak się można domyślić - nie obowiązywała także wielu z tych, którzy w komisjach śledczych dużo rozprawiali o grupach trzymających władzę, a mimowolnie do porządku dziennego przechodzą nad istnieniem równych i równiejszych. Równych obowiązuje cisza wyborcza tak jak wszystkie zresztą głupie i szkodliwe prawa III RP, równiejsi mogą mieć dostęp do zaplecza demokracji, gdyż nawet jak zrobią użytek z informacji - to przecież dla dobra demokracji. Pisałem nie tak dawno w związku z casusem "zastępcy pośredniego" Cimoszewicza, że naczelną zasadą ustrojową III RP jest "co wolno wojewodzie, to nie tobie smro...", to znaczy: obywatelu równy w prawach i obowiązkach. Przypadek palacza c.o. z Legnicy ową ustrojową hipokryzję symbolicznie zaznaczył w ostatnim dniu III RP i dał do zrozumienia, że tym co się w tej dziedzinie z pewnością w IV RP zmieni, to ci, którzy od tej chwili będą równiejsi. Równy będzie palacz z Legnicy, przez którego - a nie przez sondaże i media - cisza wyborcza została niemiłosiernie wydłużona o całe 20 minut. Równiejsi będą znajomi króliczka, można być prawie pewnym, że nadal największą rolę w doborze kadr będą odgrywały nie kwalifikacje, ale to kto, gdzie, kiedy i przy kim stał... A właściwie - to przy kim stoi obecnie, gdyż polityka PiS-u jest bardzo podobna do polityki założyciela rodu Rothschildów, który swoich synów porozsyłał po wszystkich znaczących stolicach Europy tak, że niezależnie od tego kto był w danej chwili górą, rodzina zawsze miała "dojścia" potrzebne do realizacji zamierzonego przedsięwzięcia.

Usłużne media już doniosły, że kandydatką premiera Marcinkiewicza na ministra finansów ma być pani prof. Lubińska, zapewne tylko przypadkowo niegdysiejsza kierowniczka jego seminarium doktorskiego i spiritus movens szkoły wyższej funkcjonującej w rodzinnym mieście premiera (chociaż sprężyną przedsięwzięcia to był raczej premier Marcinkiewicz, a pani profesor - warunkiem ustawowym). Pani profesor uchodziła również niegdyś za "liberałkę" i należała do UW. Także pierwsza ujawniona twarz nowej kancelarii prezydenta - pani Jakubiak, jak się okazało - pracowała w kancelarii czołowego działacza liberałów z KLD, p. Kurczewskiego, a pracę w kancelarii prezydenta Warszawy zdobyła, gdyż jej nazwisko znalazło się na karteczce spisanej przez Jerzego Woźniaka z romantyczną adnotacją: "polecam ci to, co mam najlepszego". Ciekawe, co powiedziałby np. poseł Wasserman, gdyby odnalazła się słynna kartka od ministra Ungiera do ministra Kaczmarka, a na niej oprócz nazwisk znajdowałaby się adnotacja "polecam ci to, co mam najlepszego"? Zapewne nie miałby wątpliwości, że rzecz ocierałaby się o protekcję, ale co tam szczegóły - najwięcej o stanie rzeczy i powadze sytuacji mówi fakt, że pani Jakubiak jest specjalistką od rewalidacji po kierunku "pedagogika specjalna".

Jak zwykle niezastąpiony w diagnozach sytuacji okazał się poseł Michał Kamiński, który zapytany o ocenę sondażowych przekrętów, stwierdził, że taka pomyłka to kompromitacja i frajerami będą ci, którzy wyłożą jeszcze kiedyś pieniądze na zlecenia dla firm przeprowadzających badania przedwyborcze. Frajerem to jest pan poseł Kamiński, jeżeli faktycznie wierzy, że "przestrzelenie" szacunków było - posiłkując się formułą, jaką użyto w sprawie słynnego oświadczenia majątkowego Cimoszewicza - "nieświadomą pomyłką"! Sondaże przedwyborcze były jak najbardziej świadomym łgarstwem, a firmy wiedziały, za co biorą pieniądze - tak jak i zleceniodawcy wiedzieli, za co płacą. Mimo, że nie jestem wielkim zwolennikiem nieustających komisji śledczych, to przydałaby się na początek jakaś komisja, która gruntownie zbadałaby kulisy kampanii wyborczej. Ale czy w obnażaniu kulisów demokracji byłaby zainteresowana zwycięska partia, która oficjalnie na marketing wyborczy przeznaczyła ponad 35 mln zł? Jeszcze nie daj, Panie Boże, a okazałoby się, że przekonanie wyborców do idei "polski solidarnej" jest zasadniczo wypadkową pieniędzy pochodzących z kieszeni podatników, którymi futruje się kieszenie macherów od public relations.

Nieprzypadkowo również dzień po wyborach na prezydenta RP, które potwierdziły kompromitację, a właściwie - polityczną usłużność największych sondażowni, p. Lena Kolarska-Bobińska wysmażyła na łamach "Rz" łzawy artykulik pt. "Czerwona kartka wyborcza", którego sens sprowadzał się w zasadzie do odwrócenia uwagi od medialno-sondażowej porażki, jak zwykle zwracając uwagę publiczności na "niską frekwencję i brak więzi polityków z narodem". Pani profesor "od spraw publicznych" zaapelowała oczywiście o utworzenie - jakżeby inaczej! - Państwowego Instytutu Wyborczego, który zajmowałby się m.in. "promowaniem postaw obywatelskich" i "edukacją obywatelską, zwłaszcza młodzieży". No jasne! Zwłaszcza, że za kilka lat tacy wyborcy wyedukowani obywatelsko przez Państwowy Instytut Wyborczy z postawą "wypromowaną" przez Narodowy Ośrodek Sondażowy z pewnością nie dopuściliby, by wyniki głosowania były inne niż te przepowiadane przez "obop-y" i inne "najmimordy" z medialnego towarzystwa wzajemnej adoracji. Gdyby nadszedł taki dzień, to nawet p. Jan z Legnicy mógłby spać spokojnie bez obawy, że jego budzik opóźni nadejście zmiany ustrojowej.

Krzysztof Mazur

Publicystyka Krzysztofa Mazura na ASME


Komentarz (1)

Koalicja SLD-PO-PSL ukarała warszawiaków za wybór Polaków: prezydentem RP Lech Kaczyński Wysłane sobota, 29, października 2005 przez Krzysztof Pawlak

"Minister gospodarki zabrał pieniądze na budowę kolejki" - donosi swoim czytelnikom warszawski dziennik "Życie Warszawy" w dniu dzisiejszym. Warto się zapoznać z tym doniesieniem, zresztą podchwyconym przez inne gazety.

"Minister Jacek Piechota z SLD na koniec swojej kadencji wymierzył stolicy siarczysty policzek – w piątek po południu zatwierdził decyzję o nieprzyznaniu miastu pieniędzy na budowę metra. (...) 6 października członkowie krajowego komitetu sterującego przy ministrze gospodarki i pracy orzekli, że Warszawa pomocy na metro nie potrzebuje i że jej nie dostanie. Sztandarową inwestycję stolicy zepchnęli na ostatnie, dziesiąte miejsce w kolejce projektów oczekujących na dofinansowanie.
Pieniądze mógł dać miastu Jacek Piechota. Wystarczyłoby, żeby odrzucił wnioski ekspertów. On jednak je zatwierdził. Władze Warszawy osłupiały.
- Ze smutkiem i zażenowaniem przyjmuję to, co się stało. Decyzja ministra ma charakter czysto polityczny - mówi teraz zastępca prezydenta miasta odpowiedzialny za inwestycje, Sławomir Skrzypek (...)".
Co jest jeszcze bardziej ciekawe - nad wyraz nieprzyjazny obecnej ekipie warszawskiego ratusza bulwarowiec "GW" rozwija tę szaradę:
"W Ministerstwie Gospodarki i Pracy po raz kolejny zebrał się wczoraj Krajowy Komitet Sterujący. Przedstawiciele najbardziej zurbanizowanych regionów mieli podpowiedzieć ministrowi, jak podzielić 115 mln euro przeznaczonych na rozwój transportu publicznego w siedmiu największych aglomeracjach. (...) Trzy tygodnie temu członkowie Komitetu Sterującego głosami głównie przedstawicieli SLD, PO i PSL (wytł. ASME) przesunęli jednak metro na ostatnią pozycję, bo tylko wtedy pieniędzy starczyłoby na wszystkie pozostałe projekty.
Wczoraj pieniądze dla metra próbował jeszcze ratować Bogusław Kowalski, poseł LPR, który trzy tygodnie temu w ogóle nie pojawił się na posiedzeniu Komitetu Sterującego, bo był w Londynie.
- Starałem się zmienić ten niekorzystny dla stolicy podział pieniędzy. Poparło mnie kilka osób z komitetu, ale minister Piechota był nieugięty - opowiada Bogusław Kowalski, poseł LPR, były wicemarszałek województwa. Jego zdaniem tuż przed odejściem minister powinien tę decyzje pozostawić następcy. - Tu szło o politykę. Chodziło o upokorzenie obecnych władz Warszawy - uważa Kowalski. (...)".

Codziennie podziemna kolejka metropolitalna przewozi ponad 280.000 użytkowników - w znakomitej większości obecnych mieszkańców Warszawy (choć - czy warszawiaków - to już dyskusyjne). Stanowi swoistą oś komunikacyjną miasta, wzdłuż której pęcznieją ceny terenów oraz lokali mieszkalnych i użytkowych. Tak samo będzie w dalszych jej - już według nomenklatury starych warszawiaków - pod-warszawskich, bielańskich rejonach przyszłej obecności. Tak samo będzie wzdłuż kolejnych tras: Zachód-Wschód oraz Obwodnicy. Ten gest swoistej koalicji anty-metrowej post(?)komunistycznej-"lyberalnej"-mlekourzędniczej jest m.in. dowodem na warunkowany profitami politycznymi brak chęci rozwoju stolicy i jedynego mogącego nawiązać równorzędną walkę z innymi metropoliami europejskimi miasta Polski przez werbalnie "liberalną" Platformę Obywatelską - niedoszłą koalicjantkę w sumie populistycznego i socjalizującego ugrupowania PiS na scenie (scenie, panie Rybiński: SCENIE!) politykierskiej RP.

I jak tu być Małym Antysocjalistą - gdy socjaliści żoliborscy są bardziej liberalni niż werbalni "lyberałowie" wielo-polscy?


Komentarz (4)

Meisterstück Braci Kaczyńskich - nawet gdyby musieli z winy Platformersów utworzyć rząd mniejszościowy! - Łukasz Perzyna o możliwych rozwiązaniach patu gabinetowego niedoszłej koalicji PiS - P Wysłane sobota, 29, października 2005 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |







Meisterstück Braci Kaczyńskich - nawet gdyby musieli z winy Platformersów utworzyć rząd mniejszościowy! - Łukasz Perzyna o możliwych rozwiązaniach patu gabinetowego niedoszłej koalicji PiS - PO Wysłane sobota, 29, października 2005 przez Krzysztof Pawlak

"Bracia Kaczyńscy, zwłaszcza Jarosław - od lat uchodzą za najlepszych analityków sceny społecznej. Gdy na początku lat 90. ostrzegali przed plagą zawłaszczania państwa i korupcji w Polsce, ówczesna rządząca Unia Demokratyczna odpierała zarzuty, odpowiadając, że »pewne patologie zwykły towarzyszyć rozwojowi kapitalizmu« i w miarę wzrostu dochodu narodowego będą zanikać. Afery - Orlenu, te wszystkie lokalne ośmiornice SLD-owskie, ze świętokrzyską i opolską na czele potwierdziły, że to Kaczyńscy mieli rację. Dziś stają wobec historycznej próby, która określi ich miejsce w życiu publicznym na wiele lat. Podwójne zwycięstwo wydaje się, że nie było oczekiwane przez Braci Kaczyńskich" - Łukasz Perzyna, publicysta naszej witryny oraz "Tygodnika Solidarność" zastanawia się nad rozwojem sytuacji na scenie politycznej "polskiego regionu UE" i przezwyciężeniem kryzysu niedoszłej koalicji PiS-PO.

Jarosław Kaczyński nie uzyskał 41% poparcia dla swojej listy, ale - 26% głosów, przecież - pierwszy wynik, ale po czterech tygodniach staliśmy się świadkami największego Jego sukcesu: w walce dwóch ludzi odwołujących się do tradycji solidarnościowej, niepodległej, patriotycznej, w wyborach już większościowych, Jego brat Lech uzyskał poparcie WIĘKSZOŚCI Polaków. Część tego poparcia została jednak roztrwoniona - bo niektóre sondaże dawały ponad 30% wynik i Platformie, i PiS-owi. To jest pierwsza poważna przesłanka dla Braci Kaczyńskich: zwykli Polacy chcieli obdarzyć zaufaniem OBA ugrupowania, które w przyszłości deklarowały zawiązanie koalicji.
Dzisiaj PiS ma Prezydenta RP, który w wigilię Wigilii obejmie Urząd. Ma też stolec premiera, Marszałkiem Sejmu jest członek PiS, Marszałkiem Senatu jest człowiek, który poparł kandydata Lecha Kaczyńskiego w wyborach prezydenckich. W tej kampanii padło hasło "Pełna Odpowiedzialność" ponoć miał je ukuć kardynał Henryk Gulbinowicz, ale - dla potrzeb Platformy Obywatelskiej, jako rozwinięcie skrótu PO. Z woli wyborców przekształciło się w krzywym zwierciadle - w hasło PiS, które "wzięło wszystko".
Dzisiaj wydaje się, że PiS zdecydowało się na rządy bez Platformy, ale doszło do tego w wyniku obstrukcji przedstawicieli "liberałów". Można sobie wyobrazić już czarny scenariusz dla ekipy PiS, biorąc pod uwagę komentarze dochodzące z łam prasy zachodniej, oczywiście głównie niemieckiej - Francuzi znacznie mniej się interesują tą częścią Europy, bardziej ich obchodzi Hiszpania, Portugalia czy Włochy, do których jeżdżą na wakacje. Już dzisiaj współpracownicy prezydenta-elekta mówią, że Lech Kaczyński będzie musiał intensywnie jeździć po stolicach Zachodniej Europy, by zatrzeć niechętne mu, panujące w lewicowych gabinetach "Ełropki" socjalistycznej nastroje. W krajowej dziedzinie będą zapewne musieli polegać na doraźnych sojuszach, ale przez to, że ugrupowania np. LPR czy Samoobrona są stosunkowo słabe - mogą uzyskiwać wymierne poparcie dla konkretnych projektów. A nawet w ten sposób mogą zostać zwolnieni z realizacji postulatów "socjalnych", którymi epatowali mniej wyrobiony elektorat w trakcie euforii kampanii wyborczej...

I w ten sposób może okazać się, że był to prawdziwy meisterstück Braci Kaczyńskich!

Nagranie trwa ponad 16 minut i jest dostępne w Sieci do 12 XI 2005 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




Komentarz (0)

Poczytaj Mamie o SLD:
My z "ezelde", my z "ezelde", reakcji (prawnej) nie boim siem!
...bo tow. specjalny Ungier M. nie zrobił w sumie nic, co byłoby naprzeciwko naszym celom (i naszych przyjaciół!), a chcom go nienawistniki zawiesić... na przyzakładowej tablicy chwały w prokuraturze!
Wysłane piątek, 28, października 2005 przez Krzysztof Pawlak

Cytat podstawowy: "Obiektywnie socjaldemokracja jest umiarkowanym skrzydłem faszyzmu" Józef Stalin (Np. Onet.pl)


Poczytaj Mamie o PZPR/SLD/SDPl: My z "ezelde", my z "ezelde", reakcji (prawnej) nie boim siem! ...bo jak się już podajemy do dymisji - to tylko ze względu na... nasze błendy w krzewieniu wartościów rodzinnych, np. ojcowskich - tow. specjalny Ungier M. winny zaniedbań w dozorze syna!
Nie jest to już sprawa pachnąca żywicą i nowością, dlatego wydawałoby się, że nie musimy poświęcać jej zbytniej uwagi. Zabawnym zbiegiem okoliczności była sporego zasięgu awaria energetyczna, która miała miejsce w Katowicach na kilka godzin przed posiedzeniem prokuratury w tym mieście, składającej akt oskarżenia wobec byłego bardzo bliskiego współpracownika lokatora Pałacu Namiestnikowskiego. Nie przeszkodziła jednak w pracach tego urzedu. Jest jednak specjalny aspekt dotyczący byłego "kapciowego" towarzysza prezydenta Olka "Disko Polo" Kwaśniewskiego, który dzięki nieustannej medialnej promocji w czasie sprawowania swojej funkcji może wciąż liczyć na doniosłe wyniki popularności w społeczeństwie PRL-bis. Towarzysz specjalny Marek U. (-ngier) był wyjątkowym zaufanym post(?)komunistycznego "prezia", posiadając uprawnienia wglądu do tajemnic państwowych, nad którymi konstytucyjną pieczę pełni urząd prezydencki, czyli - tajników operacji wojskowych służb operacyjnych. Proszę zwrócić uwagę - to tow. Ungier miał ten przywilej, nie tow. "prezio". Analogicznie było w przypadku tandemu "ałtoryteta moralnego", "prezia" Wałęsy - "kapciowego" Wachowskiego. Dlatego tak ważna jest dla obecnie formułującego się rządu zdominowanego (a może - autorskiego, mniejszościowego) przez polityków PiS przejęcie dostępu do archiwów WSI, która to służb specjalna jest w nieustającym ogniu (słusznej) krytyki od kilkunastu lat ze strony środowisk antykomunistycznych jako odpowiedzialna za niezliczoną już liczbę przestępstw popełnionych przez jej funkcjonariuszy w trakcie "przemian gospodarczych", poczynając na aferze FOZZ (kłaniają się tu pp. Przystawa i Dakowski z Ruchu Obywatelskiego n/rz. JOW), a kończąc na "zamieszaniu" z rurociągiem Brody - Płock i sprawie rurociągu jamalskiego. Najpierw zagrożenie pozycji, potem usunięcie tow. Ungiera z Pałacu Namiestnikowskiego na wiosnę tego roku w pewnym stopniu osłabiło kontrolę "obozu prezydenckiego" nad "wiejskimi" przedstawicielami "środowisk gospodarczych PRL-bis", co już istotnie zmieniło np. tok prac nad uzyskaniem w końcu przez Polskę tzw. niezależności energetycznej.
O kolejnej odsłonie w sprawie tow. specjalnego Ungiera oczywiście poinformowały m.in. serwisy WP i Onet.pl w dniu dzisiejszym:


"Marek Ungier oskarżony o ujawnienie tajemnicy i fałszywe zeznania

Były szef gabinetu prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego Marek Ungier odpowie przed sądem za ujawnienie tajemnicy państwowej oraz składanie fałszywych zeznań. Prokuratura Okręgowa w Katowicach skierowała do sądu rejonowego akt oskarżenia przeciwko niemu - poinformował jej rzecznik Tomasz Tadla. Ungierowi grozi do pięciu lat więzienia.

Według prokuratury były szef gabinetu prezydenta miał ujawnić tajemnicę państwową, informując byłego ministra skarbu Wiesława Kaczmarka o działaniach podjętych wobec niego przez służby specjalne w związku z rzekomym przyjęciem przez niego łapówki. Fałszywe zeznania miał złożyć w postępowaniu dotyczącym PKN Orlen.
Śledztwo przeciwko Ungierowi było konsekwencją spotkania znanego biznesmena Jana Kulczyka z Władimirem Ałganowem, rosyjskim szpiegiem w Wiedniu w lipcu 2003 r. Po powrocie do Polski Kulczyk miał poinformować szefa Agencji Wywiadu Zbigniewa Siemiątkowskiego, że - według Ałganowa - były minister skarbu Wiesław Kaczmarek i były szef Nafty Polskiej Maciej Gierej przyjęli od Rosjan 5 mln dolarów łapówki za pomoc w prywatyzacji Rafinerii Gdańskiej.
- Informacja ta - zdaniem szefa wywiadu - była na tyle istotna, że nadano jej klauzulę »ściśle tajne«. Zainicjował on działania służbowe w Agencji Wywiadu po to, żeby zweryfikować te informacje - powiedział Tadla.
(...) W czasie śledztwa katowicka prokuratura zbadała obieg dokumentów w Kancelarii Prezydenta i wyodrębniła grupę osób, które mogły mieć związek ze sprawą. Z jej ustaleń wynika, że z informacją tą zapoznał się Ungier, posiadający certyfikat bezpieczeństwa, dotyczący informacji niejawnych.
- Zapoznając się z tą informacją przekazał ją prezydentowi. Odbyło się to w ten sposób, że 5 sierpnia poleciał on do Juraty, gdzie Kwaśniewski spędzał urlop. Tego samego dnia wrócił do Warszawy. Następnie zadzwonił do Wiesława K. i zaprosił go na rozmowę. Ta rozmowa odbyła się w Pałacu Prezydenckim 7 sierpnia - powiedział Tadla. Właśnie w czasie tej rozmowy - zdaniem prokuratury - Ungier miał powiedzieć Kaczmarkowi, że w sprawie rzekomej łapówki prowadzone są działania przez służby specjalne.
- Jest to niewątpliwie naruszenie tajemnicy państwowej, dlatego że klauzula »ściśle tajne«, naniesiona na informację przekazaną przez Agencję Wywiadu, nie była bezcelowa. Była po to, by chronić tę informację w sposób najwyższy z możliwych przewidziany przez polskie prawo, tymczasem dowiedziały się o niej osoby nieuprawnione, przy czym osoba jak najbardziej zainteresowana tą sprawą - podkreślił Tadla. Dlatego prokuratura uznała, że Ugnier przekroczył swoje uprawnienia i zdradził tajemnicę państwową.
Drugi zarzut wobec Ungiera dotyczy składania fałszywych zeznań w innym prowadzonym przez katowicką prokuraturę śledztwie - w sprawie zatrzymania w 2002 r. ówczesnego szefa PKN Orlen Andrzeja Modrzejewskiego. Jest jednak także pośrednio związany z rzekomą łapówką. Będąc przesłuchiwany jako świadek w tej sprawie zeznał nieprawdę, że nic mu nie wiadomo na temat rzekomej łapówki oraz że nic nie wie na temat prowadzonego postępowania w tej sprawie - powiedział rzecznik prokuratury. (...)".


Komentarz (0)

Medialne wycie lewicowych Europejsczyków do wyboru Lecha Kaczyńskiego na prezydenta RP - Mirosław Szczupakowski Wysłane czwartek, 27, października 2005 przez Krzysztof Pawlak

Co to się porobiło w tej pełnej postępowego szczebiotu Ełropce!: oto na DEMOKRATYCZNY wybór nie zgadzają ci, którzy jednocześnie krztuszą się rykiem o braku tolerancji i poszanowania reguł demokratycznych właśnie w stosunku do nich samych. Francuscy dewianci chcą protestować u siebie, w Paryżu, bo w Polsce Polacy wybrali sobie na prezydenta człowieka, który przez poważną część życia walczył z komunistycznymi totalitarystami o wolność, takze i dla takich jak oni, by prypomnieć tylko akta osobowe w kartotece "Hiacynt", utworzone przez MSW-owskich bandytów w celu szantażu osobników o spaczonym zachowaniu seksualnym. Taka wiadomość przyniesiona została przez serwis Kościół.pl dzisiaj:
Wybór na prezydenta w Polsce Lecha Kaczyńskiego deklarującego swe przywiązanie do tradycyjnych wartości chrześcijańskich, jak i wcześniejsze doniesienia o jego poglądach i krokach podejmowanych w sferze życia publicznego już wzbudziły rozgorączkowanie środowisk homoseksualnych na zachodzie Europy. Kaczyński, uważany za homofoba, stanie się bohaterem Paryża już w sobotę 29 października.

Internetowy magazyn gejów i lesbijek we Francji podał komunikat o planowanej na ten dzień wielkiej manifestacji protestu przeciwko wyborowi i prezydenturze Lecha Kaczyńskiego. L'International gay and lesbian association (ILGA - Międzynarodowe Stowarzyszenie Gejów i Lesbijek) oraz l'Interassociative LGBT (ta organizacja skupia także transwestytów i biseksualistów) ogłosiły, że planowana manifestacja odbędzie się na rogu ulic Telleyrand (siedziba Ambasady RP) i Constantine, w Paryżu o godzinie 18.30. Jest to szczególnie symboliczne dla Polaków miejsce. Tu bowiem w latach osiemdziesiątych odbywały się manifestacje poparcia dla Solidarności oraz sprzeciwu wobec istniejącego w Polsce reżimu komunistycznego.

Przypomnijmy, że wcześniej księża - przedstawiciele arcybiskupstwa Paryża złożyli w sądzie wniosek o ukaranie przedstawicieli jednej z organizacji popierających homoseksualizm, którzy urządzili sobie w katedrze Notre-Dame parodię ślubu, a spotkawszy się ze sprzeciwem księży pobili jednego z nich na dziedzińcu przed kościołem. Sąd odrzucił skargę w całości.


Komentarz (0)

PGB WZYWA DO DEBATY I OCENY WIARYGODNOŚCI OŚRODKÓW BADANIA OPINII PUBLICZNEJ Wysłane czwartek, 27, października 2005 przez Krzysztof Pawlak

Największymi przegranymi minionych, tegorocznych podwójnych wyborów w Polsce okazały się. tzw. sondażownie. We wszystkich środowiskach, zarówno we zwycięskim ugrupowaniu PiS, jak i w przegranych pozostałych rozległy się głosy o kompletnym blamażu ośrodków prognozowania "pogody wyborczej", których szacunki zostały "przestrzelone" niekiedy o niemal kilkanaście punktów procentowych. Dla tej dość wpływowej wśród tzw. inteligencji grupy "pracowników umysłowych" rozpoczął się okres gorączkowych poszukiwań winnych tego stanu rzeczy, co zaowocowało m.in. wieloma, natychmiast transmitowanymi w środkach masowego rażenia, po kolejnych odsłonach wyników głosowań, "dyskusjami nad możliwymi błędami w aparaturze pomiarowej". Głosy dyżurnych "socjometrów", publikowane czy ukazywane na ekranach, najczęściej nic nikomu nie wyjaśniły, co pogłębiło tylko stan frustracji środowiska.
Inaczej podszedł do tego najbardziej od kilku lat wiarygodny ośrodek pomiarów społecznych, Polska Grupa Badawcza, zrzeszająca Biuro Badania Opinii i Rynku Estymator oraz Ośrodek Badań Wyborczych. Z ich inicjatywy wczoraj został wystosowany list do prezesa "publicznej" TVP o podjęcie konkretnych środków zaradczych nieubłaganemu dramatycznemu spadkowi zaufania do jakichkolwiek szacunków w orbicie badań politycznych, dokonywanych przez "sondażownie". Dalej już podajemy za witryną Polskiej Grupy Badawczej:


Polska Grupa Badawcza wzywa do publicznej debaty na temat roli i sposobów publikowania sondaży politycznych w kampanii wyborczej. PGB chce także obiektywnej oceny wiarygodności ośrodków badania opinii publicznej - poinformował w środę PAP Marcin Palade z PGB.
"Nie ulega wątpliwości, że mamy do czynienia z kryzysem zaufania dla instytucji badawczych. Jeśli chcemy je odbudować, to powinna się odbyć publiczna debata na ten temat" - powiedział Palade.
PGB wystosowała w sprawie debaty list do prezesa TVP, jego kopie otrzymają także liderzy największych partii politycznych. Według założeń, w dyskusji mieliby wziąć udział politycy, socjologowie, politolodzy i przedstawiciele firm socjometrycznych. "Telewizja publiczna jest najlepszym miejscem na debatę. Jest to medium popularne i obdarzone największym zaufaniem społecznym" - dodał.
Szef PGB zaznaczył, że taka dyskusja zorganizowana w TVP dobrze wpisałby się także w misję telewizji, jaką jest informowanie społeczeństwa. "Telewizja szeroko prezentowała sondaże i teraz widzom należy się wyjaśnienie, dlaczego ich wyniki były tak mało precyzyjne" - podkreślił Palade.
Jak pokazały porównania przedwyborczych sondaży - zarówno parlamentarnych, jak i prezydenckich - prognozy większości ośrodków badawczych były dość dalekie od rzeczywistych rezultatów wyborów. Np. w drugiej turze wyborów prezydenckich ośrodki badawcze do ostatniej chwili wykazywały przewagę Donalda Tuska. Jedynym sondażem wskazującym na możliwe zwycięstwo Lecha Kaczyńskiego był opublikowany w PAP w piątek przed wyborami sondaż PGB.
Wcześniej badania PGB zostały docenione przez Centrum im. Adama Smitha, które oceniało pracownie badawcze przy okazji wyborów do Parlamentu Europejskiego. Centrum przeanalizowało wyniki sondaży przeprowadzanych w czerwcu 2004 przez 7 ośrodków badawczych. Po porównaniu ich z rzeczywistymi wynikami wyborów okazało się, że najprecyzyjniej przewidziała wyniki PGB.
Zdaniem dr. Jacka Chołoniewskiego - socjologa z PGB, takie wyraźne różnice między prognozami a wynikami w większości ośrodków wynikają w dużej mierze z metodologii badań. "To chyba głównie kwestia metodologii - my mamy inną niż reszta ośrodków. Jeśli wyniki są najbliższe rzeczywistości - to nasza metodologia jest chyba lepsza" - argumentował socjolog.
PGB przeprowadza swoje sondaże metodą wywiadu ulicznego, zaś większość ośrodków pyta swoich respondentów w domach lub przeprowadza ankiety telefoniczne. Metoda stosowana przez PGB, zdaniem Chołoniewskiego, zapewnia większą anonimowość respondentom. "Nasza metoda ma też swoje wady - ale przy sondażach politycznych lepiej pytać na ulicy niż mniej anonimowo w domu" - ocenił socjolog.
Dodatkowo, według Paladego, w Polsce ankiety przeprowadzane telefonicznie nie zapewniają reprezentatywności próby. "Europejskie Stowarzyszenie Badaczy Rynku i Opinii w swoich dokumentach zaleca, by sondaże telefoniczne przeprowadzano tam, gdzie nasycenie telefonami wynosi 85-90 na 100 dorosłych mieszkańców. W Polsce - uwzględniając telefonię stacjonarną i komórkową, wynosi ono około 73 na 100" - tłumaczył Palade.
Dodał, że przy sondażach telefonicznych wystąpi wyraźna nadreprezentacja wyborców zamożniejszych, lepiej wykształconych i mieszkających w dużych miastach. "To może wyjaśnić, dlaczego przecenione zostały wyniki Platformy Obywatelskiej i Tuska, mających najwięcej sympatyków właśnie wśród wykształconych mieszkańców miast" - podsumował.

Treść listu przedstawicieli PGB do prezesa TVP Jana Dworaka:

"Szanowny Panie Prezesie

W związku z kompromitującymi środowisko badawcze prognozami w zakończonych wyborach parlamentarnych i prezydenckich, które znacząco odbiegały od rzeczywistych wyników głosowań, apelujemy o niezwłoczne przeprowadzenie na antenie TVP publicznej debaty. Tematem przewodnim dyskusji z udziałem polityków, socjologów, politologów i przedstawicieli firm socjometrycznych powinna być rola i sposób prezentacji sondaży w mediach, a także obiektywna ocena wiarygodności ośrodków badawczych.
Z poważaniem
Jacek Chołoniewski Marcin Palade
Do wiadomości:
Pan Jarosław Kaczyński - Prezes PiS
Pan Donald Tusk - Przewodniczący PO
Pan Andrzej Lepper - Przewodniczący SRP
Pan Wojciech Olejniczak - Przewodniczący SLD
Pan Marek Kotlinowski - Przewodniczacy LPR
Pan Waldemar Pawlak - Prezes PSL
Pan Marek Borowski - Przewodniczący SDPL"


Komentarz (0)

"Lyberałowie kunserwatywni" czyli ujawnione żądze SS-mańskie "szalupy ratunkowej UW" Wysłane czwartek, 27, października 2005 przez Krzysztof Pawlak

Zerwanie rozmów koalicyjnych wymowni i giętcy szefowie PO tłumacza nieco sarkastycznym komentarzem: "Oni do królowania - my do pracy".
Wyborcom Platformersów do niedawna zdawało się, że lyberalno-kunserwatywni ich reprezentanci powinni mieć czekających na zapleczu znakomicie przygotowanych fachowców do objęcia ministerstw takich, jak gospodarka, finanse infrastruktura i jako namaszczeni medialnie lyberałowie zrobią w nich porządek raz-dwa. Przeciez rasowy liberał czuje swą powinność od momentu samookreślenia się i stosuje rozwiązania najprostsze: przy gospodarce nie będzie zbyt wiele majstrować.
Ostatnie rozmowy za pomocą wyjątkowo uczynnych dla PO mediów pomiędzy reprezentantami "lyberałów" i PiS wykazują, ze politykom Platformy najbardziej zależy na... tylko jednym jedynym resorcie.
Dokładnie taki rozwój sytuacji opisał już przed dwoma dniami Stanisław Michalkiewicz, współpracownik ASME, jeden z najlepszych analityków sceny politykierskiej od jej początków niknących w mrokach zalegających pod okrągłym meblem ustawionym dla gawiedziej hecy w komnacie Pałacu Namiestnikowskiego w 1989 roku przez współpracowników tzw. generała MO Czesława Kiszczaka (obecnie kryminalisty niezatwierdzonego sądownie).
Ktoś mniej zorientowany w niuansach obrotowej sceny kabaretów politykierskich, których występami jesteśmy nagradzani od lat 16, mógłby pomyśleć, ze "lyberałom" powinno zależeć na resortach społecznie roszczeniowych, których finanse mogliby trzymać krótko, aby mieć wolną rekę w gospodarce i jej finansach. Tylko że nie o ten mieszek z łakociami biją się chuopcy z PO.
Okazało się nagle, że niemal całej wierchuszce PO najbardziej zależy na Ministerstwie Spraw Wewnętrznych - nawet bez pozostałego członu Administracji, którą zaoferował kandydata na premiera Marcinkiewicz, tym samym przed przyszłorocznymi wyborami samorządowymi pozbawiając swoje ugrupowania realnego wpływu na dysponowanie znaczącymi środkami finansowymi oraz wypróbowaną "kadrą" urzędniczą w terenie.
Okazało się, ze "lyberałom" z PO trudno będzie zajmować się gospodarką jako taką bez jednoczesnej kontroli nad sprawami normalnie mało związanymi z liberalną koncepcją rządów, jak służby specjalne, policja, czy sądownictwo. Powyborczy sprawdzian deklaracji szerokim gestem sypanych w twarz wyborcom w trakcie kampanii wykazał, że PO jest partią gromadzącą osobników o zadziwiającym każdego liberała gospodarczego rozmachu działań ekonomicznych, obejmujących zapewne ekonomikę współpracy z resortami "siłowymi", jak je określają praktyczni Rosjanie.
Dlaczego więc - widząc nieumotywowane ideologicznie apetyty liderów PO na kierowanie dalekimi od ich naturalnych zainteresowań aparatami państwowymi - najwyraźniej już niedoszli koalicjanci z PiS mieliby rezygnować z "premii władzy", która zawsze zostaje przy dzierżącym ster rządów I ministrze gabinetu, zwyczajowo nazywanym premierem. Gdyby takiemu na ten przykład byłemu post(? - ha, ha...)komunistycznemu premierowi Leszkowi "Kanzelohrowi" Muellerowi (pisownia europejska nazwiska) zaproponowano pozbycie się kontroli nad UOP/ABW&AW przez SLD na rzecz - dajmy na to: Samoobrony (bliźniacze ugrupowanie dla SLD, składające się z III szeregu PZPR-owców), Polmosy z wielu miast miałyby zapewniony zbyt przez lata, znajdując gorliwych nabywców wśród pomysłodawców szukających zapomnienia o przyczynie swej klęski życiowej oraz regularnych nadawców przesyłek z przeprosinami na dwór "mniejszego prezia".

Zgranie tej ostatniej karty przez liderów PO - widziane przez szerokie masy ich wyznawców dzięki nieustannej obecności środków masowego rażenia, bezmyślnie oczywiście emitujące, wydające, nagłaśniające minuta po minucie największe zakręty negocjacji PO-PiS, nie pozostanie bez wpływu na stan tej organizacji, a próby wywołania kolejnej histerii związanej z możliwością ogłoszenia przedterminowych wyborów przez komunistycznego "gwoździa do trumny" w osobie Olka "Disko Polo" Kwaśniewskiego, dzielnie wspierającego byłego kandydata PO Donalda Tuska w drodze do stolca w Pałacu Namiestnikowskim, dołoży granitowy głaz na miejscy i czasie politycznego pochówku "szalupy ratunkowej Unii Wolności", jak doskonale została u swych początków określona formacja "lyberałów kunserwatywnych" na scenie polskich kabaretów politykierskich.


Komentarz (0)

Poczytaj Mamie o SLD:
My z "ezelde", my z "ezelde", reakcji (prawnej) nie boim siem!
...bo to w końcu jest umorzenie dla tow. Kalisza R., a nie zamorzenie głodem politykierskim tak znamienitego PZPR-owca!
Wysłane czwartek, 27, października 2005 przez Krzysztof Pawlak

Cytat podstawowy: "Obiektywnie socjaldemokracja jest umiarkowanym skrzydłem faszyzmu"Józef Stalin (Np. Onet.pl)


Kamrat Kalisz R. dostał wystarczające poparcie swoich wyznawców post(?)komunistycznych, by uciec sprawiedliwości politycznej, która dosięgła wielu jego mniej ciężkozbrojnych towarzyszy walki oraz "ciot rewolucji", choć już taka Jakubowska "P(remier)-uff" Ola nie ma wiele powodów do zadowolenia. Ale to nie o niej tym razem wiadomośc nadał m.in. serwis WP w dniu dzisiejszym, tylko o wyroku w sprawie zwyczajowego zachowania publicznego kamratów z byłej PZPR, obecnie – SLD, pomawiających swych przeciwników o wszystko co najgorsze. Rzadki to widok obecnymi czasy, dlatego warto zwrócić uwagę na rozstrzygnięcie białostockiego sądu:

"Ryszard Kalisz musi zapłacić 8 tys. zł zadośćuczynienia
Warunkowe umorzenie postępowania, ale nakaz zapłaty 8 tys. zł zadośćuczynienia - taki wyrok w sprawie z powództwa prywatnego białostockiego radnego Jacka Żalka przeciwko ministrowi spraw wewnętrznych Ryszardowi Kaliszowi zapadł przed Sądem Okręgowym w Białymstoku.

Sąd rozpatrywał apelacje obu stron od wyroku sądu pierwszej instancji i jego orzeczenie utrzymał w mocy. Sąd zmienił jedynie zapisy dotyczące kosztów sądowych. Wyrok jest prawomocny.
Sprawa dotyczyła zarzutu pomówienia, a związana była z zajściami w czasie wiecu wyborczego Aleksandra Kwaśniewskiego pięć lat temu w Białymstoku, gdzie doszło do przepychanek zwolenników i przeciwników prezydenta.
Kilka dni później w jednej z rozgłośni radiowych na temat okoliczności tych wydarzeń mówił ówczesny szef sztabu wyborczego prezydenta, Ryszard Kalisz. Jego wypowiedzią poczuł się dotknięty Jacek Żalek, wtedy szef podlaskiego sztabu wyborczego kontrkandydata Aleksandra Kwaśniewskiego, Mariana Krzaklewskiego".

Kiedy panowała szczęśliwa dla kolaborantów moskiewskich okupantów Rzeczypospolitej epoka władzy kolejnych genseków PZPR-erii taki wyrok po prostu nie był możliwy. Ba, nie doszłoby nawet do wprowadzenia podobnej sprawy na wokandę - oto wymierna, rzeczywista różnica pomiędzy PRL właściwą a dzisiejszą PRL-bis...


Komentarz (0)

Poczytaj Mamie o SLD:
My z "ezelde", my z "ezelde", reakcji (prawnej) nie boim siem!
...no bo jak cokolwiek przykrego mogłoby spotkać taaaak zasłużonego towarzysza broni jak Z. Siemiątkowskiego, któren po prostu wykonywał zadanie Egzekutywy? "Przekroczenie uprawnień"? To MY stanowimy uprawnienia! "PO-czyścić sobie umowę"? A który to byzneSSmen nie robił tego w trakcie tych już ponad dwudziestu lat nieprzerwanych rzędów lewicy?
Wysłane czwartek, 27, października 2005 przez Krzysztof Pawlak

Cytat podstawowy: "Obiektywnie socjaldemokracja jest umiarkowanym skrzydłem faszyzmu"Józef Stalin (Np. Onet.pl)


Nie ustał jeszcze zgiełk bitewny po bezlitosnej walce przedwyborczej, w której poległ taaaaaak zasłużony towarzysz specjalny Z. Siemiątkowski, były szef chuopców na posyłki dla towarzysza Leszka Muellera, zwanego pieszczotliwie w "kręgu trzymających wadze" (bezbłędna pisownia) "Sztalowym Kanzelohrem", w skrócie "Sztalocha", a już się posypały na jego skromną i mało pojemnościową głowę niezasłużone gromy ze strony czujących zmianę kierunku wiatr historii równie zasłużonych prokuratorów, którym zapewne przykład byłego post(?)komunistycznego ministra Sadowskiego spędza sen z oczu podczas nocnych dyżurów w kazamatach przy ulicy Koszykowej w Warszawie. Rozpisały się na ten temat różne media, a to dziennik "Życie Warszawy", a to dziennik "Rzeczpospolita"...:

"Siemiątkowskiemu postawiono zarzuty

Zbigniew Siemiątkowski jest podejrzany o przekroczenie uprawnień w sprawie zatrzymania byłego szefa Orlenu Andrzeja Modrzejewskiego.
Taki zarzut postawiła mu prokuratura w Katowicach. Jej zdaniem, Siemiątkowski, wówczas szef Urzędu Ochrony Państwa, wydał polecenie przekroczenia uprawnień podwładnym, a w konsekwencji bezprawnego zatrzymania Modrzejewskiego.
­ Przestępstwo polegało na tym, że użył podległych mu służb po to, aby nie dopuścić do podpisania kontraktu handlowego przez byłego szefa PKN Orlen i po to, aby doprowadzić do jego odwołania z tej funkcji - oświadczył Tomasz Tadla, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Katowicach. Prokurator wyjaśnił, że Siemiątkowski, rozkazując zatrzymać Modrzejewskiego, wiedział, że łamie prawo.
Siemiątkowski nie przyznał się do winy. Za popełnienie takich przestępstw może grozić mu do pięciu lat więzienia. Były szef UOP jest trzecim podejrzanym w tej sprawie. Katowicka prokuratura postawiła już zarzuty pułkownikowi Mieczysławowi Tarnowskiemu - byłemu wiceszefowi UOP oraz pułkownikowi Ryszardowi Bieszyńskiemu, byłemu szefowi zarządu śledczego UOP i ABW. Obaj oficerowie nie przyznali się do winy. (...)".

"AFERA ORLENU
Siemiątkowski nadużył władzy nad UOP


Katowicka prokuratura postawiła zarzuty Zbigniewowi Siemiątkowskiemu, byłemu posłowi SLD i szefowi UOP
Według prokuratury Siemiątkowski przekroczył swoje uprawnienia, używając w 2002 r. UOP do zatrzymania prezesa Orlenu Andrzeja Modrzejewskiego.
- Użył podległych mu służb specjalnych po to, aby nie dopuścić do podpisania kontraktu ze spółką J&S przez ówczesnego szefa PKN Orlen oraz aby doprowadzić do odwołania go z tej funkcji - tłumaczy rzecznik Prokuratury Okręgowej w Katowicach Tomasz Tadla. Prokuratorzy ustalili, że Siemiątkowski wydał polecenie pułkownikowi Ryszardowi Bieszyńskiemu, ówczesnemu szefowi zarządu śledczego UOP, aby »uruchomił odpowiednie procedury służbowe, których finałem było zatrzymanie Modrzejewskiego«. Bieszyński miał naciskać w tej sprawie prokuratorów z Warszawy. Modrzejewski został zatrzymany, a sąd uznał, że bezpodstawnie.
Siemiątkowski odmówił składania wyjaśnień. (...)".

Nie dość, że jedna z tajemnic w tzw. aferze Orlenu otarła się o w sumie - mało wysoko lotnego, ale za to wiernego towarzysza walki tzw. generała MO Czesława Kiszczaka (obecnie na etacie kryminalisty niezatwierdzonego), to jeszcze nienawistni od niedawna, byli podwładni prokuratorscy Zbigniewa S. (-iemiątkowskiego) starają się wkraść w łaski nowej rzeczywistości, błyskawicznie i bez oglądania się na skutki (możliwość szybkich ponownych wyborów z "łaski Olka »Disko Polo« Kwaśniewskiego"), ogłaszając kolejne zarzuty dla tego biednego chuopca, który kiedyś tam próbował po prostu POMÓC kolegom i koleżance w trudnej sytuacji biznesowej. No bo któryż z byzneSSmenów i byzneSSłumanek nie miał trudności w tak szybkim, piętnastoletnim zaledwie - przebranżowieniu się z meandrów Służby do niemal niepojętej dla nich Działalności? Informacjami o tym niecnym dla byłych PZPR-owców działaniu młynów sprawiedliwości już nie "proletariackiej" podzieliły się m.in. serwisy Onet.pl i WP z dn. 27.10.2005 r.:

"Postawiono zarzuty Siemiątkowskiemu
(...) Prokuratorzy postawili byłemu szefowi AW zarzut ujawnienia tajemnicy państwowej i spowodowania przecieku ze śledztwa Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego wobec spółki PERN zarządzającej ropociągami.
W marcu 2004 r. funkcjonariusze ABW z Bydgoszczy podsłuchali rozmowę Renaty K. (działaczki SLD i znajomej Siemiątkowskiego) z płockim przedsiębiorcą Markiem G., który miał zlecenia z PERN. Powołując się na rozmowę z ministrem od służb specjalnych, Renata K. miała poradzić przedsiębiorcy, by »poczyścił sobie« umowę z państwową firmą. Według dziennika »Rzeczpospolita«, w stenogramie z podsłuchu pada nazwisko Siemiątkowskiego.
W grudniu 2004 r. sprawa wyszła na jaw - w wyniku prac sejmowej komisji śledczej ds. PKN Orlen".

"Prokuratura postawiła zarzuty byłemu szefowi ABW
Zarzut złamania tajemnicy państwowej postawiła byłemu szefowi ABW Zbigniewowi Siemiątkowskiemu Prokuratura Apelacyjna w Poznaniu. Siemiątkowski został przesłuchany w charakterze podejrzanego.

Jak poinformował prok. Andrzej Laskowski, Siemiątkowskiemu zabrano paszport i wyznaczono 20 tys. zł poręczenia majątkowego. (...)".

I jak w obliczu tak jawnej zdrady i złamania lojalności kamraci z "ezelde" mają się przygotowywać do kolejnych wyborów - na rozkaz wydany dziś tow. dymisjonata "prezia" Olka "Disko Polo" Kwaśniewskiego? Nu, kak?


Komentarz (0)

Poczytaj Mamie o SLD:
My z "ezelde", my z "ezelde", reakcji (prawnej) nie boim siem!
... bo co z tego, że posłanka Ostrowska była "ululana", skoro publicystka i zasłużona "ciotka rewolucji" Paradowska - była trzeźwa!
Wysłane czwartek, 27, października 2005 przez Krzysztof Pawlak

Cytat podstawowy: "Obiektywnie socjaldemokracja jest umiarkowanym skrzydłem faszyzmu"Józef Stalin (Np. Onet.pl)


Powstał nowy Sejm, w którym byli kolaboranci sowieckich okupantów Polski mają jednak swoją ponaddziesięcioprocentową reprezentację, podczas gdy przed wyborami parlamentarnymi wcale nie było pewne, czy w ogóle ich przedstawiciele zostaną posłankami i posłami. Zadecydowały o tym wymierające zbyt powoli "osiedla mieszkaniowe MO i KBW", wiernie i karnie oddające swoje głosy na władców PRL i obecnej PRL-bis. Radość z takiego obrotu spraw z pewnością była przyczyną standardowego jak na znamienitych przedstawicieli tego ugrupowania "partii władzy" stylu fetowania "zwycięstwa" i próby odreagowania przedwyborczego stresu związanego z niewątpliwym strachem przed czekającymi w przeciwnym przypadku rozliczeniami politycznymi oraz - w dużej części przypadków - także karnymi. Informacją o alkoholowych występach zasłużonej "cioty rewolucji", posłanki Małgorzaty Ostrowskiej, podzielił się serwis dziennika "Super Express" z 27.10.2005 r., komentując nagranie telewizyjnej stacji TVN:

"Oto jak się bawi reprezentantka narodu
We wtorkową noc posłanka SLD Małgorzata Ostrowska zafundowała dziennikarzom kompletny kabaret. Pijana w sztok tańczyła, śpiewała i zapraszała przedstawicieli mediów na drinka.
W nocy z wtorku na środę, kiedy dziennikarze czekali w holu hotelu poselskiego, aż zejdzie do nich kandydat na premiera Kazimierz Marcinkiewicz, Małgorzata Ostrowska piła w sejmowej restauracji.
- Posłanka była kompletnie ululana. Mam nadzieję, że więcej nic takiego nie będzie mi dane oglądać - mówi anonimowy dziennikarz. Ostrowska żartowała sobie ze swojej obecnej sytuacji i z tego, że teraz musi być w opozycji. Dowcipkowała z naradzających się, niedoszłych koalicjantów i próbowała włączyć do zabawy zażenowanych dziennikarzy. W finale tego kabaretu, odśpiewała »Oto idzie pierwsza para«.
Wszystko zarejestrowali reporterzy TVN. (...)".

W materiale wyemitowanym w programie informacyjnym TVN występowała także inna "zasłużona ciotka rewolucji", sztandarowa publicystka saloniku warszawerskiego, niejaka Paradowska z niszowego pisma dla młodzieży lewackiej "Polityka", która - co nie omieszkali pokazać reporterzy "walterowni" zapewne dla kontrastu - była trzeźwa!


Komentarz (0)

Poczytaj Mamie o SLD:
My z "ezelde", my z "ezelde", reakcji (prawnej) nie boim siem!
...bo bal na naszej niezatapialnej szalupie trwa od kilkudziesięciu lat! Starosta policki Ćwiacz umie wypić i zakąsić na koszt podatnika-sąsiada!
Wysłane czwartek, 27, października 2005 przez Krzysztof Pawlak

Cytat podstawowy: "Obiektywnie socjaldemokracja jest umiarkowanym skrzydłem faszyzmu"Józef Stalin (Np. Onet.pl)


Wierni pretorianie Leszka "Kanzelohra" Muellera (pisownia europejska nazwiska), Józefa "Olin" Oleksego czy Olka "Disko Polo" Kwaśniewskiego nie występują oczywiście ze swoimi skeczami tylko na najbardziej znanej, ogólnopolskiej scenie kabaretowej - w świetle jupiterów największych środków masowego rażenia. Ich mniej osławieni kamraci zadowalają się rolami podrzędnymi, jednak czasem też przyciągającymi uwagę mało czym już umiejącej się zdumieć widowni. Oto jeden z lokalnych możnowładców SLD, starosta policki Henryk Ćwiacz, szef Samorządowego Forum Lewicy Demokratycznej, wykonał nieprzemijający numer pt. "My z »ezelde, my z ezelde, reakcji nie boimy siem!«", o czym doniosły serwisy WP i dziennika "Kurier Szczeciński" z dn. 18.10.2005 r.:

"Skandaliczne zachowanie starostów w drodze do Brukseli

"Wybitnie chamskie" tak zachowanie kilku zachodniopomorskich starostów udających się do Brukseli określił jeden ze świadków-uczestników wyjazdu studyjnego do Parlamentu Europejskiego.
Jak powiedział Leszek Ozimek z »Gazety Goleniowskiej«, który uczestniczy w wyjeździe, w poniedziałek na trasie Szczecin-Bruksela kilku starostów zachowało się w autokarze »nieelegancko, a nawet agresywnie«.
Już na początku podróży grupa starostów piła w autokarze alkohol. Potem były śpiewy, wykrzykiwanie niecenzuralnych słów. Gdy jeden z dziennikarzy próbował zwrócić uwagę samorządowcom, został obrzucony niewybrednymi epitetami. Doszło nawet do gróźb pod jego adresem - opisuje wydarzenia podczas podróży Ozimek. (...)
Zdaniem świadka skandalicznego zachowania starostów, prowodyrem i najbardziej aktywnym uczestnikiem incydentu był starosta z podszczecińskich Polic Henryk Ćwiacz. (...)
Przewodniczący rady powiatu polickiego Cezary Arciszewski powiedział, że 28 października, na najbliższej sesji radni zajmą się sprawą starosty. Pytany, czy możliwe jest, by rada odwołała starostę odparł, że nie wyklucza takiej sytuacji. (...) W podróży studyjnej oprócz starostów m.in. z Polic, Drawska Pomorskiego, Wałcza, Goleniowa, Kamienia Pomorskiego i Świdwina, biorą udział przedstawiciele mediów z Zachodniopomorskiego i Lubuskiego, a także uczniowie zachodniopomorskich szkół".

"Brukselska wycieczka starostów
»Na bani« do Europy


W BRUKSELI mieli zobaczyć, jak wygląda wspólna Europa.
Jak wyobrażają sobie godne reprezentowanie Zachodniopomorskiego pokazali już na starcie. Trzech starostów było kompletnie pijanych, czwarty na dodatek agresywny i wulgarny.
W poniedziałkowy poranek, na zaproszenie europarlamentarzysty Bogusława Liberadzkiego, wyjechał ze Szczecina do Brukseli autokar z samorządowcami i dziennikarzami. Celem był Parlament Europejski. Późnym popołudniem »Kurier« otrzymał informację od uczestników wyjazdu, że większość z podróżujących do Brukseli starostów jest pijana i awanturuje się w autokarze. Tak zachowywali się starosta drawski, wałecki i goleniowski. Wszelkie rekordy pobił ponoć starosta policki, Henryk Ćwiacz, który na dodatek był agresywny w stosunku do niepijących.
(...) Parlamentarzysta dodał także, iż autokar kilkakrotnie musiał się zatrzymywać, aby pijane towarzystwo choć trochę doprowadzić do porządku.
(...) Kandydatów na ten wyjazd typował konwent starostów. (...)
W wycieczce biorą udział dziennikarze prasowi, radiowi i telewizyjni. Ekscesy samorządowców w autokarze zostały zarejestrowane przez kamery i aparaty".

W tydzień po szumnej autoprezentacji starosty polickiego szerszej publiczności nadeszła wiadomość o niewielkich, jedynych jak na razie konsekwencjach normalnego dla PZPR/SLD zachowania podczas pełnienia przez ich reprezentantów funkcji publicznych, o czym powiadomił m.in. serwis WP z dn. 24;.10.2005 r.:

"Starosta policki Henryk Ćwiacz, który z kilkoma innymi starostami w autokarze pił alkohol, jadąc do Brukseli na zaproszenie eurodeputowanego Bogusława Liberadzkiego, zrezygnuje ze swej funkcji - poinformował przewodniczący rady powiatu polickiego Cezary Arciszewski.
Przewodniczący wyjaśnił, że starosta poinformował go, iż złoży rezygnację na najbliższej sesji rady powiatu, tj. 28 października. Jak wyjaśnił Arciszewski, radni będą musieli przyjąć rezygnację starosty, ale zgodnie z przepisami będą to mogli zrobić dopiero na kolejnej sesji. Musi ją zwołać przewodniczący, ale jeśli nie zrobi tego przed upływem miesiąca, to rezygnacja starosty, bez konieczności przegłosowania jej, zostanie przyjęta automatycznie (...)".

Do wyborów samorządowych pozostał rok. W tegorocznych wyborach parlamentarnych kamraci z "ezelde" utrzymali się w Sejmie na poziomie ponad 10% poparcia wiernego elektoratu "milicyjnych i KBW-owskich osiedli mieszkaniowych". Być może niektórzy z b. towarzyszy PZPR-owców przeczuwając nikły wynik w przyszłorocznym głosowaniu - korzystają z ostatnich chwil, by pobalować na koszt sąsiadów-podatników?


Komentarz (0)

Stanisław Michalkiewicz powrócił do UPR Wysłane środa, 26, października 2005 przez Krzysztof Pawlak

Szanowni Państwo

Miło mi poinformować, że P. Stanisław Michalkiewicz od dn. 25.10.2005 jest z powrotem członkiem UPR. Przypominam, że na wiosnę 2005 r. P S. Michalkiewicz złożył rezygnację z członkostwa w UPR, protestując przeciw kierunkowi, ku któremu odchylały Unię Polityki Realnej działania ówczesnych władz.
Większość członków UPR nie kryła swej nadziei, że po wyborach i po zmianach, które nastąpiły w partii, powróci On w nasze szeregi. W tej sprawie zwróciła się też do Niego Rada Główna UPR.

Stanisław Żółtek
Wiceprezes UPR


Komentarz (5)

Platformie Obywatelskiej będzie zależeć na utrzymywaniu PiS w niepewności co do lojalności koalicjanta - Stanisław Michalkiewicz przypomina o zależności PO od "saloniku" i państw ościennych Wysłane wtorek, 25, października 2005 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |








Platformie Obywatelskiej będzie zależeć na utrzymywaniu PiS w niepewności co do lojalności koalicjanta - Stanisław Michalkiewicz przypomina o zależności PO od "saloniku" i państw ościennych Wysłane wtorek, 25, października 2005 przez Krzysztof Pawlak

"Jak ten czas leci - zaledwie drugi dzień mamy po zakończeniu II tury wyborów prezydenckich, a już wie3my, że możemy między bajki włożyć te wszystkie zapewnienia o »eksperymencie liberalnym«, a to o »państwie socjalnym«. Otóż dzisiaj wyjaśniło się, o co chodzi naprawdę. Chodzi o to, zresztą chodziło o to zanim tow. Cimoszewicz zrezygnował z kandydowania, bo p. Tusk był »faworytem zastępczym«, także dla razwiedki, dla saloniku, dla mediów, czy dla Niemiec - to już nie wiadomo, bo być może dla nich był »nie zastępczym«... A więc chodziło o czy układ okrągłego stołu zostanie obalony, czy podtrzymany, zapewniając dla jego beneficjantów kolejne pięć lat »dobrego fartu«, znane z 16 lat poprzednich, zapewnionych przez michnikowszczyznę i wałęsiactwo" - Stanisław Michalkiewicz komentuje najnowsze wydarzenia na scence politykierskiej w wydaniu juz obozu post(?)solidarnościowego.

Nie chodzi o tyle już o teczki IPN-u, tylko o OBECNĄ agenturę, która jest utrzymywana w mediach, sondażowniach, wojsku, administracji i tak dalej... Kto panuje nad agenturą - ten ma pełnię władzy. Ten widoczny już pierwszy kryzys w niedoszłej jeszcze koalicji PO-PiS ma takie podłoże. Pan Marcinkiewicz mówi, że "władzy raz zdobytej nie oddamy nigdy", a tu Rokita "chce chociaż dyferencjał", trawestując słowa Grześkowiaka.
Jarosław Kaczyński zdaje sobie sprawę, że gdyby odpuścił sobie władzę nad służbami specjalnymi, wtedy całą ich rewaloryzację diabli wezmą i obalenie układu "okrągłego stołu" - też. Platforma Obywatelska oczywiście też to wie i będzie walczyła o utrzymanie michnikowszczyzny i wałęsiactwa za wszelką cenę. Zapewne za pomocą nieustannych dociągnięć do momentu rozpadu koalicji. W ten sposób żadnego swojego programu - jakby go kiedykolwiek miała! - nie będzie w stanie zrealizować, żadnego "eksperymentu liberalnego" nie będzie. Będzie stosować strategię balansowania na granicy rozpadu koalicji, by doprowadzić do zablokowania TEGO punktu programu PiS. Jeśli się jej to nie będzie udawać - pójdzie na rozpad całego parlamentu, na przedterminowe wybory. W tym będzie miała poparcie całego saloniku, zagenturyzowanych mediów, no i oczywiście - państw ościennych, które z powodu strategicznego partnerstwa niemiecko-rosyjskiego, które przypomina nam o związkach fryderycjańsko-katarzyńskich.

Nagranie trwa ponad 8 minut i jest dostępne w Sieci do 8 XI 2005 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




Komentarz (0)

Bo to źli ludzie, ci wyborcy Kaczyńskiego, byli... - piszą w Europce salonikowej Wysłane wtorek, 25, października 2005 przez Krzysztof Pawlak

Uważany przez wiele osób za prawicowy, w tym także przez naszego znamienitego publicystę Stanisława Michalkiewicza dziennik francuski "Le Figaro" obruszył się na prezydencki wybór Polaków, o czym poinformował swoich odbiorców m.in. serwis Onet.pl, pisząc:
"Lech Kaczyński został wybrany dzięki poparciu skrajnej prawicy i populistów z Samoobrony. (...) Gazeta pyta się jednak, co myśleć o publicznych podziękowaniach brata prezydenta-elekta i jednocześnie przewodniczącego największej partii w polskim parlamencie Jarosława Kaczyńskiego dla ojca Rydzyka, szefa wpływowego Radia Maryja, »które siłą ksenofobicznych i antysemickich ataków zmobilizowało (do głosowania na Kaczyńskiego) wszelkiego pokroju fundamentalistów?«. Czy nowy prezydent Polski będzie »zakładnikiem« ekstremistów, którzy zapewnili mu zwycięstwo? (...)".
Jest rzeczą cały czas zdumiewającą, jak publicyści i żurnaliści (te słowo przecież jest kalką francuszczyzny) z "francuskiego regionu UE" łatwo przechodzą do porządku dziennego nad wypieranymi ze świadomości społecznej swojego narodu ciemnymi kartami historii Francuzów ostatnich chociażby kilkudziesięciu lat. Nie odnosząc się już do sprawy oficera Dreyfusa, wystarczy przecież lekko przemknąć się ponad okresem intensywnej współpracy rządu Vichy z okupantem niemieckim w wyłapywaniu swoich współobywateli o żydowskich korzeniach, o gorliwej kolaboracji policji francuskiej na terenie okupowanym w "dziele Ostatecznego Rozwiązania" zarządzonego przez "światłych Germanów", by wylądować w okresie lat ostatnich, kiedy na terenie V Republiki z dość dużą częstością płoną synagogi oraz ulegają regularnej dewastacji kirkuty.
W obliczu takich informacji, stale napływających z zachodniej części Europy, stawianie zarzutów, które oczywiście nie są poparte żadnymi konkretnymi faktami, środowisku, które dysponuje jedyną szeroko rażącą radiowo-telewizyjną stacją medialną, pozostającą poza głównym nurtem środków masowego oddziaływania, wydaje się być czynem niezbyt roztropnym i daje do myślenia, czy czasem nie jest to kolejny reportaż pisany pod kątem konkretnego zamówienia.
Przeglądając wydanie internetowe tego dziennika z łatwością można ujrzeć, z jakiego to źródła czerpią swoje informacje jego żurnaliści. Opierając się na wynurzeniach takich osobistości warszawerskiego saloniku jak Lena Kolarska-Bobińska czy Eugeniusz Smolar z całą pewnością trudno zachować wyrobnikom pióra z tej redakcji jakikolwiek umiar, ni pisząc już o dążeniu do bezstronności.

Zwolenników spiskowej teorii świata uraduje zaś mało nagłaśniana, choć dość łatwo dostępna informacja, że na tegorocznym spotkaniu Bilderberg-mannów w Rottach-Egern, Niemcy, 5-8 maja, obok kumpla z "polskiego regionu UE" Andrzeja "MUSTA" Olechowskiego (cały czas określanego w zachodnioeuropejskim saloniku jako szef PO) siedział wydawca "Le Figaro" Nicolas Beytout.
Czekamy teraz na łagodne i jednocześnie namolne upomnienia publicystów oraz "ałtorytetów moralnych" z Niemiec, by Polacy nie palili w piecach Żydami, bo to nieładnie i nie po "europejskiemu"...

Krzysztof Pawlak


Komentarz (2)

Myśli samobójcze - Stanisław Michalkiewicz Wysłane wtorek, 25, października 2005 przez Krzysztof Pawlak

"Jeżeli uznajemy, że środki przekazu winny pomagać obywatelom w wyborze polityków i wyjaśniać konsekwencje proponowanych przez nich programów, a także ujawniać brak programu i demagogię wypowiedzi, to trzeba stwierdzić, że nad tą powinnością dominowała powierzchowność i poszukiwanie sensacji" - napisała w swoim oświadczeniu z 16 października br. Rada Etyki Mediów. Rada Etyki Mediów działa od 1996 roku, kiedy to powołali ją sygnatariusze Karty Etycznej Mediów. Karta Etyczna Mediów została sporządzona w 1995 roku przez prezesów spółek zajmujących się mediami i przedstawicieli organizacji dziennikarskich. Jeśli chodzi o prezesów, to są to szefowie państwowej telewizji i państwowego radia oraz stacji i rozgłośni komercyjnych. Organizacje dziennikarskie są trzy: Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich, Stowarzyszenie Dziennikarzy Rzeczypospolitej i Stowarzyszenie Dziennikarzy Katolickich. Dlaczego aż trzy? Za komuny było jedno, tj. SDP, które uznawało "przewodnią rolę" partii, bo inaczej nie mogłoby istnieć. W okresie pierwszej Solidarności doszło do ostrych podziałów środowiskowych na tle politycznym; jedni dziennikarze sympatyzowali z antykomunistyczną rewolucją, a inni stanęli po stronie "porządku konstytucyjnego", jak komunistyczne samodzierżawie nazywał najpoważniejszy humorysta wśród konfidentów, gen. Wojciech Jaruzelski. Stan wojenny te podziały pogłębił, bo WRON powyrzucała wówczas z pracy wielu przeciwników "porządku konstytucyjnego", a nawet powsadzała ich do paki, czemu zwolennicy owego "porządku" nie tylko ochoczo przyklaskiwali, ale w dodatku uwięzionych szkalowali i wyszydzali. Dzięki michnikowszczyźnie, po "transformacji ustrojowej" nie tylko włos nie spadł im z głowy, ale jeszcze dostali za darmo tytuły prasowe w ramach tzw. spółdzielni, no i tak sobie żyją, obcinając kupony od swego kurewstwa i mentorując nam nie tylko na odcinku demokratycznym, ale i "etycznym". Również bowiem i oni mają wpływ na skład Rady Etyki Mediów, co nadaje tej, trochę samozwańczej instytucji, niezamierzony charakter komiczny. Na przykład w pierwszym (1996) i drugim (2001) składzie Rady Etyki Mediów był co najmniej jeden b. Tajny Współpracownik Służby Bezpieczeństwa. Ale powiedzmy, że to był wypadek przy pracy. Znacznie poważniejszym problemem jest to, że w składzie Rady Etyki Mediów zasiadają osobistości, które też mają swoje sympatie i antypatie ideologiczne, polityczne i towarzyskie. Na przykład, należą do Salonu, gdzie podstawowym obowiązkiem salonowca jest obcmokiwanie innych salonowców. W ten sposób tworzą się towarzyskie kręgi wtajemniczenia oraz skomplikowana hierarchia autorytetów moralnych: intelektualista, autorytet moralny i niewątpliwy autorytet moralny. Wykonywanie tych salonowych obowiązków siłą rzeczy musi wpływać na etyczną ocenę rozmaitych zjawisk medialnych, bo człowiek jest jednością duszy i ciała, i skoro sam, dajmy na to, politykuje, to jego sumienie także. O prezesach mediów już nawet nie wspominam, bo albo zostali rzuceni na ten odcinek frontu ideologicznego z konkretnymi zadaniami propagandowymi, albo wykonują misję przekazaną im przez razwiedkę razem z pieniędzmi na uruchomienie stacji telewizyjnej czy rozgłośni radiowej. Można powiedzieć, że dzięki temu konstytucyjna zasada zrównoważonego rozwoju została jak dotąd zrealizowana przede wszystkim na odcinku korupcji; dotyka ona w jednakowym stopniu wszystkie bez wyjątku instytucje naszego życia publicznego.
Sądzę, że po tym historycznym wstępie lepiej zrozumiemy zacytowane na początku zdanie z ostatniego oświadczenia Rady. Od razu rzuca się w oczy, że Rada Etyki Mediów nie zauważyła słonia w menażerii. Zgodnie z tradycją prawa rzymskiego można by z tego powodu przypisać jej brak spostrzegawczości graniczący z głupotą, bo "nimia negligentia id est non intellegere quod omnes intellegunt" (rażące niedbalstwo jest to nierozumienie tego, co wszyscy rozumieją), ale byłby to błąd. Rada z pewnością zauważyła rażącą stronniczość, jaką w tej kampanii wykazały się media - bez różnicy - prywatne i państwowe, ale skarcić tego nie chce, bo Salon postawił na Donalda Tuska, zaś nie pamiętam, by Rada bodaj raz odważyła się sprzeciwić Salonowi. Jeśli zatem cokolwiek w mediach "dominowało", to z pewnością nie była to ani "powierzchowność", ani "poszukiwanie sensacji", tylko zwyczajna stronnicza propaganda, taka sama, jak za pierwszej komuny. Zresztą, jeśli wczytamy się uważnie w zacytowane zdanie z oświadczenia Rady, to nawet własna mowa ją zdradza. "Jeśli uznajemy, że środki przekazu winny pomagać obywatelom w wyborze polityków...". Uznajemy? No to nie dziwmy się, że "środki" pomagały, jak umiały; na podstawie treningu manipulowania wielkimi masami ludzi przeprowadzonego prze okazji śmierci Jana Pawła II, telewizje "pomagały" obywatelom w ten sposób, że przez dwa miesiące po kilka razy dziennie wbijały im do głowy, iż zwycięży Platforma Obywatelska i Donald Tusk. I inaczej być nie może, bo zawarte w oświadczeniu oczekiwanie iż media potrafią "wyjaśniać konsekwencje" politycznych programów czy ujawniać "demagogię wypowiedzi", mają charakter absurdalny i megalomański. Od kiedy to zarozumiali dyletanci, ewentualnie tzw. panienki, jakich pełno jest w "środkach przekazu", potrafią "wyjaśnić" cokolwiek, a zwłaszcza "konsekwencje programów"? Można oczywiście wyjaśnić wszystko nawet ośmioletniemu dziecku, ale pod warunkiem, że ten, co wyjaśnia, sam objaśnianą rzecz rozumie. Nawiasem mówiąc, dyletantyzm nie jest w zawodzie dziennikarskich żadnym grzechem. Dziennikarz siłą rzeczy musi być dyletantem, tzn. dysponować wiedzą rozległą, ale wskutek tego niezbyt głęboką. Problemem naszych mediów jest to, że nawet tego nie można się doprosić, bo po co cokolwiek wiedzieć, skoro korzystniej jest dostroić się do Salonu, który rozdziela posady i wydmuchuje hierarchie? A w co wsłuchuje się Salon? A w cóżby innego, jeśli nie w oficerów prowadzących? Czyż nie dlatego każda próba zlustrowania środowiska dziennikarskiego napotykała przeszkody nie do przezwyciężenia? Ale o tym oczywiście sza, bo cóż to ma wspólnego z etyką mediów, o którą tak troszczy się Rada?

Stanisław Michalkiewicz

Publicystyka Stanisława Michalkiewicza na ASME i nagrania TV ASME


Komentarz (3)

Poszukiwacze zaginionego elektoratu - Krzysztof Mazur Wysłane poniedziałek, 24, października 2005 przez Krzysztof Pawlak

Biorąc pod uwagę liczbę danych i analiz, którymi środki masowego rażenia przekazem raczyły codziennie swoje ofiary począwszy od liczby stron "programu" PO, a na efektach prac sondażowni bynajmniej nie skończywszy, aż dziw bierze, że jeszcze ktoś chce czytać horoskopy i wróżyć z pasjansa. W związku z tym, że podobno analizy statystyczne tym się różnią od wróżenia z horoskopu, że ta ostatnia metoda nie przewiduje podawania błędu wyniku, bardzo interesująco wyglądały efekty działań pracowni badających poparcie partii i kandydatów przed wyborami, które to efekty według zgodnych zapewnień szefów tychże ośrodków były niezawodne, a jeżeli ktoś miałby jakieś wątpliwości, to niech pretensje zgłasza do odpytywanych respondentów albo do czasu, który jak wiadomo upływa i wypacza doskonałe efekty socjologicznych badań. W tej sytuacji można nawet zrozumieć niechęć tychże firm do podawania możliwego przedziału błędu, gdyż jak wytłumaczyć się z analizy, której konkluzja sprowadzałaby się np. do stwierdzenia, że w drugiej turze Tusk zdobędzie 52 proc. poparcia, a - Kaczyński 48 proc., przy możliwym 3-procentowym błędzie tego szacunku?

W związku z tym, że najlepszym miejscem do ukrycia liścia jest las, a skoro nie ma lasu - to należy go posadzić, tak też wcale nie może dziwić, że największym zmartwieniem wszystkich socjologów, badaczy opinii, komentatorów, dziennikarzy i niektórych polityków stała się niska frekwencja, bo co to za święto demokracji skoro nie ma chętnych do świętowania. Przy okazji mamy też winnych nietrafionych, tzn. trafionych inaczej prognoz przedwyborczych z I tury, no bo skoro od 60 do 70 proc. badanych opowiadało się za uczestnictwem w wyborach to skąd nagle tak wysoka absencja? Ano okazuje się, że elektorat oszukuje, oszukuje nawet minutę po wyjściu z lokalu wyborczego, bo skąd by się wzięły nawet kilkuprocentowe błędy prognostyczne przy kilkudziesięciotysięcznej próbie? Za PRL-u sprawa była prosta, frekwencja miała wynieść 99,9 proc, z tego 99,9 miała głosować na "listę" i tak było, po czym wybrani w imieniu suwerenów demokracji ludowej pili i zakąszali na ich konto. Tymczasem wbrew twierdzeniu, że demokracja współczesna nie ma nic wspólnego z demokracją ludową, okazuje się, że kontestacja święta demokracji przez większość społeczeństwa ma taką samą przyczynę jak "rekordowa" frekwencja za PRL-u, a jej streszczenie można zawrzeć w krótkim: "po co pójdę głosować, skoro to i tak nic nie zmieni?". Oczywiście tak mówiący i myślący jest przeświadczony, że idąc do lokalu wyborczego, powinien oddać głos tak, by znaleźć się w widełkach zakreślonych przez publikowane codziennie sondaże, gdyż inaczej jego głos zostałby wyrzucony na zmarnowanie i gniłby na tym śmietniku demokracji niczym najbardziej uciążliwy odpad komunalny. Trudno nawet powiedzieć, czy taki zmarnowany elektorat ma prawo uczestniczyć w obchodach święta demokracji, czy dorósł do idei solidarności, wszak sam zwycięski kandydat na prezydenta, honorowy członek zwycięskiej partii zamierzał dochodzić do solidarności po stopniach egalite bez których podobno nie ma liberte.
Tymczasem obecne zaangażowanie obywateli w sprawy publiczne oraz ich polityczna świadomość są późnym owocem działań politycznych w pierwszych latach tzw. III RP. Rzeczowa analiza relacji z tamtego okresu, preferencji wyborczych i własnych obserwacji prowadzi do stwierdzenia, że na obecnej sytuacji politycznej zaważyły dwa spektakularne wydarzenia z lat 1992 - 1993, tj. utrącenie przez Belweder lustracji w 1992 r. oraz wprowadzenie progów wyborczych w 1993 r. Dobrze pamiętam nastroje z początku lat 90., kiedy to większość dawnych filarów systemu pochowało się po różnych nomenklaturowych spółeczkach, robiąc wszystko, by jak najmniej pamiętano o ich politycznych zaszłościach. Obalenie lustracji dało tym ludziom sygnał do powrotu na polityczną scenę. Tymiński już przestał być potrzebny, skoro można było z podniesionym czołem głosować na Kwaśniewskiego, Oleksego i Millera. Pomimo tego wynik zwycięskiego SLD w 1993 r. (20,4 proc.) był gorszy niż przegranego SLD w 1997 (27,1 proc.), nie mówiąc już o wyniku z 2001 r. (41 proc.), co oznacza, że na odzyskanie przez komunistów dobrej reputacji postsolidarnościowe środowiska musiały ciężko pracować całą dekadę lat 90. Ciężko pracował także prezydent Wałęsa, który swój sukces w tym temacie przypieczętował zresztą dopiero w roku 2005, pijąc z Kwaśniewskim urodzinowego brudzia i który jedynie raz w swojej politycznej karierze, tj. 4 czerwca 1992 r., chciał i mógł. Wygrana lewicy w 1993 r. była bardzo na rękę stronnictwu antylustracyjnemu, gdyż z jednej strony rządy lewicy stanowiły najlepszą gwarancję "wybierania przyszłości" i politycznego zesłania prawicowej opozycji, zauroczonej chwilowo urokami antykomunistycznych rozliczeń. Progi wyborcze uniemożliwiły niebezpieczeństwo wejścia na mównicę jakiegoś przedstawiciela "politycznego planktonu", który psułby wysokiej izbie dyskomfort bredzeniami nt. "Bolka" czy "Spółdzielcy", a Wałęsa wraz ze swoją belwederską kamarylą mógł wreszcie znowu robić za jedynego obrońcę wartości zagrożonych przez żądnych odwetu komunistów. W związku z tym, że zmianę ordynacji i wprowadzenie progów uchwalono na krótko przed wyborami, część politycznych elit, a szczególnie wyborcy, nie poznali jeszcze praktycznych skutków tego dobrodziejstwa. W związku z tym grupowali się i głosowali zgodnie ze swoimi przekonaniami, a przez to w wyborach we wrześniu 1993 r. "zmarnowaniu" uległo, uwaga! - aż 4,8 mln głosów. Dla porównania: w 1997 r. takich "zmarnowanych" głosów było już "tylko" 1,6 mln, a w ostatnich wyborach ok. 1,3 mln, ale że nic nie jest za darmo, więc w 1993 r. głosowało ok. 2 mln więcej osób niż w 2005 r. podczas gdy liczba uprawnionych była obecnie o ok. 3 miliony większa niż 12 lat wcześniej. Przez wiele lat przyzwyczailiśmy się do powtarzanej jak mantra diagnozy, że wygrana lewicy w 1993 r. była reakcją ludności na gospodarcze niepowodzenia lat 1990 - 1993 oraz skłócenie prawicy przed wyborami, mało kto jednakże zwrócił uwagę, że spośród tych 4,8 mln "zmarnowanych" głosów większość, bo ok. 4 mln została oddana na partie centroprawicowe (wyborcy głosowali wtedy m.in. na KKKW "Ojczyzna", ZP-PC, KLD, UPR, KdRz, PSL-PL), a uwzględniając wynik KPN i BBWR na tzw. centroprawicę padło wtedy znacząco więcej głosów niż w wyborach z 1997 r., które postrzega się jako zakończone wyjątkowym sukcesem. Nieprawdą jest więc teza, jakoby społeczeństwo nie chciało wtedy rozliczeń i tęskniło za postkomuną - to jedynie niektórym projektantom nowego ładu zatęskniło się za nieopatrznie porzuconą koncepcją jedności moralno-politycznej narodu, a nie mogąc tej jedności wymusić w krótkim czasie propagandą, stworzono mechanizm selekcyjny w postaci obowiązującej do dziś ordynacji wyborczej.
Oczywiście 20-procentowe zwycięstwo SLD pod koniec 1993 r. nie wskazywało na możliwy sukces tego obozu w wyborach prezydenckich, niestety - kunktatorstwo stronnictwa antylustracyjnego spowodowało, że Polska straciła całą dekadę na zmiany polityczne, które były możliwe do przeprowadzenia w latach 1992 - 1993, a patrząc z dzisiejszej perspektywy 10-letniej nieprzerwanej prezydentury "prezia", monokultury lewicy w latach 1995 - 1997 i 2001 - 2005 i skutków tejże, trudno obecnie poważnie twierdzić o gorszych skutki lustracji i dekomunizacji, demontażu państwa i innych upiorach, tak plastycznie serwowanych nam przez wiadome środowiska i usłużne im media w minionych latach. Oczyszczenie życia politycznego w pierwszej połowie lat 90. być może przyspieszyłoby dyskusję o ustroju gospodarczym państw, bo o ile postulaty oczyszczenia życia politycznego stały się obecnie głównymi hasłami zwycięskich partii, tak pod względem wizji systemu gospodarczego większość obecnych parlamentarzystów nadal popiera doktrynę wyrażoną w haśle "socjalizm tak - wypaczenia nie".

Liberalizm twoja mać

Nawiązując do konwencji dowcipów archeologicznych, gdyby po latach ktoś dokopał się do relacji prasowych i haseł politycznych najczęściej używanych w ostatnich kilkunastu tygodniach, mógłby wywnioskować, że przyczyną niedostatku i wszystkich możliwych plag, których Polacy doświadczyli od władz III RP, była nieludzka i wyjątkowo odrażająca ideologia liberalizmu. Gdyby ktoś miał jeszcze wątpliwości, że może chodzi o libertynizm lub jedynie o jakieś przyzwolenie na ekscesy obyczajowe, dość szybko zorientowałby się, że sednem tego nieludzkiego liberalizmu była nieskrępowana swoboda działalności gospodarczej, będąca przyczyną bogacenia się nielicznych i - jak to się elegancko zwykło teraz określać - wykluczenia większości obywateli naszego kraju. W takich diagnozach celują niestety przedstawiciele PiS-u, którzy jako przedstawiciele zwycięskiego ugrupowania mają nadawać ton pracom rządu, jednakże liberałowie z PO, gdy tak uważnie przysłuchać się wysuwanym przez liderów tej partii argumentom, tak naprawdę też nie nauczyli się wiele od czasów rządów KLD. Ot, dla przykładu: głowa głów wszystkich liberałów, znienawidzony "prezydent Tusk", na pytanie dlaczego uważa, że program reformy służby zdrowia zgłaszany przez konkurentów nie jest dobrym pomysłem na uzdrowienie sytuacji, odparł, że swoje przekonanie opiera na opinii prof. Religi, przy czym właściwie to on się na problemie nie zna, ale jak Religa tak mówi - to widocznie tak być musi.
Z kolei do niedawna najważniejszy capo decina sztabowców PiS-u, czyli Jacek Kurski prawie że szlochający nad krzywdą Cimoszewicza ("rzecz brutalna, wulgarna zdarzyła się raz - dwa miesiące temu, kiedy w wyniku policyjnej czy quasi-bezpieczniackiej akcji ludzi związanych z PO - Miodowicza, Brochwicza - został odstrzelony kandydat lewicy"), zapytany o kształt IV RP, odparł, że będzie to Polska "solidarna aksjologicznie, a socjalna w sferze materii". Wtórują mu w tym inni consigliere partii niby-mającej-rządzić np. Bolesław Piecha, kandydat PiS-u na ministra zdrowia, uważa propozycje PO za "ultraliberalną strategię", a "ludziom, którzy są tą ideologią otumanieni czy wręcz szaleńcami ultraliberalnych rozwiązań", władzy nie można oddać. Antykomunista Kamiński Mariusz bolejący nad tym, że "kiedy Konstanty Miodowicz występował w RM i masakrował Włodzimierza Cimoszewicza, Donalda Tuska sumienie nie bolało" zapewniał z kolei, że "nie będzie tak, jak chcą liberałowie, że o tym czy ktoś jest leczony, czy nie, będzie decydowała grubość portfela. Nie będzie tak, jak chcą liberałowie, że na wezwanie karetki pogotowia najpierw padnie pytanie o numer karty kredytowej". No jasne, że tak nie będzie, będzie pavulon i prowizja od zakładu pogrzebowego. Ale nie tylko politycy postanowili - używając porównań dotyczących sprawy Cimoszewicza - "zmasakrować" liberalizm, gdyż po jesiennej kampanii wyborczej AD 2005 wydaje się, że termin liberalizm nie ma - przynajmniej w Polsce - szans na odzyskanie pozytywnej konotacji i nawet gdyby np. udało się przemycić na łamach "ND" tekst o zaletach "dobrego "złego" liberalizmu", to i tak będzie zawsze opatrzony klauzulą informującą, że są to "indywidualne poglądy autora, a nie stanowisko redakcji", co mimowolnie przypomina napisy informujące np. palaczy, że "minister zdrowia przestrzega, iż palenie powoduje..." i tym podobnie. Tymczasem pogląd ks. F. Sarda y Salvany, że "liberalizm krzewi niemoralność, a niemoralność - liberalizm", opinia W. Moszkowksiego, że klasyczny liberalizm zaleca indyferentyzm moralny, który "nieuchronnie spycha jego wyznawców do rynsztoku zepsucia", przekonanie Stanisław Krajskiego (któremu w ostatniej publikacji omyłkowo przypisałem tropienie spisków syjonistycznych podczas gdy faktycznie chodziło o spiski masońskie), że "nie potrzebujemy prezydenta socjalisty ani tym bardziej liberała" (zwracam w szczególności uwagę na sformułowanie "ani tym bardziej"), nie musi być opatrywane żadnym komentarzem, gdyż takie opinie mają bezwarunkowe imprimatur i mogą być wygłaszane w nieskończoność. O tym, że krytyka liberalizmu w gruncie rzeczy sprowadza się do spraw gospodarczych, przekonuje, że na patologie życia społecznego istnieje mnóstwo bardziej adekwatnych terminów, np. korupcja, zepsucie moralne, zakłamanie, permisywizm i w końcu - libertynizm. Pomimo tego większość aktorów naszej politycznej sceny z uporem wartym lepszej sprawy za plagi bezrobocia, złej prywatyzacji, biedy, chorą służbę zdrowia, aferę Orlenu i PZU oraz setki innych skutków socjalizmu w gospodarce i tak uważa liberalizm. Winien jest liberalizm! - krzyczy PiS, "błędem jest wylansowanie liberalnej polityki państwa i desygnowanie na premiera osoby, która jest utożsamiana z liberalnym kierunkiem PiS" - poucza Roman Giertych. Liberałów chciałby przegonić Lepper, na liberalizm grzmi PSL, także SLD nie czyta się jeszcze jako Sojusz Liberałów Demokratycznych, trudno więc zrozumieć, dlaczego Kaczyński ma zawierać sojusz rządowy z jedynym ugrupowaniem w parlamencie, które jeszcze nie potępiło liberalnego odchylenia? Ano dlatego, że wszyscy - zarówno socjaliści z PiS-u oraz pseudoliberałowie z PO - są siebie warci, a o tym, żeby się o tym przekonać, wystarczy zobaczyć i posłuchać dowolnie wybraną "debatę" miedzy Tuskiem a Kaczyńskim. Być może mój pogląd jest odosobniony, ale doprawdy nie dawało się już słuchać tego nieustającego bełkotu o tym, kto kogo powinien bardziej przepraszać, wymiany zdań w stylu "szanowny panie przyjacielu Donaldzie, niestety muszę z przykrością oznajmić, że jest pan kłamcą i niegodziwcem" i ripost "niestety, szanowny panie przyjacielu Lechu, nie jestem niegodziwcem, bo gdybym był, to powiedziałbym, że jest pan niekompetentnym socjalistą i lawirantem", ciągłego wyliczania, kto kogo bardziej obraził, ile głodujących dzieci uratujemy od śmierci głodowej, a pracowników uwolnimy od tyranii pracodawców... Przepraszam za wyrażenie - ale rzygać się chce od tego bredzenia, a pewnie bardziej - od świadomości, że znowu jesteśmy skazani na rządy lawirantów i ekonomicznych kretynów. Jako zatwardziały prowincjusz nigdy nie rozumiałem, o co chodziło "Mońkowi" Staszczykowi (to ten, co nosił koszulkę z napisem "jestem żydem"), gdy śpiewał "A ja jestem głodny, tak bardzo głodny/ Kochanie nakarmisz mnie snami/ Zielony Żoliborz, pieprzony Żoliborz....". Podczas minionej kampanii wreszcie zrozumiałem: artysta antycypował korzenie i programowe przesłanie nowej władzy.

Krzysztof Mazur

Publicystyka Krzysztofa Mazura na ASME


Komentarz (1)

Pierwsze soczyste komentarze medialnych papierowych środków rażenia po wyborze Lecha Kaczyńskiego na Prezydenta RP Wysłane poniedziałek, 24, października 2005 przez Krzysztof Pawlak

Przedstawicielka przegranego z kretesem w tegorocznych wyborach parlamentarnych i prezydenckich (zanik reprezentacji "oświeconych Europejsów" ROAD-UD-UW-demokraci.pl, przegrana Platformy Obywatelskiej, przegrana kandydata Donalda Tuska) "saloniku" "jelit" warszowerskich ogłosiła z całą mocą swojego pisku medialnego w bulwarowcu "GW":
"Komentarz Heleny Łuczywo
Pełnię odpowiedzialności za najbliższe cztery lata bierze formacja braci Kaczyńskich. Korzystając ze wsparcia środowisk skrajnej prawicy i populistów, biorą na siebie odpowiedzialność za to, żeby nie pozwolić tym środowiskom zrujnować Polski.

Jest to niewątpliwy sukces koalicji nieufnej wobec rynku i wobec instytucji europejskich, koalicji negatywnie oceniającej dorobek ostatniego 15-lecia. Źle by się stało, gdyby rządy Polską zdominowała partia strachu przed nowoczesnością, Europą, tolerancją, gospodarką rynkową. (...)
Wierzymy i liczymy na to, że nowy prezydent będzie pilnować zasady równości obywateli wobec prawa, nie dopuści do zawłaszczania państwa, czystek, polityzacji wszystkich sfer życia. A prowadząc swoją politykę historyczną, będzie umiał dogadać się z naszymi europejskimi partnerami i sąsiadami. (...)".

Proszę zwrócić uwagę: to jednak rzadka umiejętność wśród współczesnej pismaczej zgrai, nie pamiętającej czasów osławionych agit-komentarzy żurnalistki "od audycji specjalnych" w Polskim Radiu po 1945 r. Wandy Odolskiej, ideowej krewniaczki Heleny Łuczywo - tak zawrzeć już w drugim zdaniu 3 (trzy!) epitety mające zdyskredytować przeciwnika: "skrajna prawica", "populiści" i "zrujnować"... W odezwie do obozu sanatorów z PiS zostały oczywiście zawarte zaklęcia salonikowe: "nowoczesność", "Europa", "tolerancja"... Niedościgniona Odolska po dzień dzisiejszy pozostaje wzorcem i ideałem dla "synów i cór Rewolucji" z ulicy Czerskiej:
"(...) W Lublinie istniał już ludowy rząd Polski. Ten moment londyński rząd, Bór-Komorowski, Mikołajczyk, Sosnkowski - cała sanacyjna uczepiona anglosaskich przedpokojów klika obszarników i dwójkarzy uznała za odpowiedni do wywołania powstania. (...) Śniła im się w Londynie nie polska ziemia, ale władza i burżuazyjne życie".

Powróćmy jednak z otmętów koneksji rodzinnych "saloniku" do współczesnych baranów. Najbardziej wpływowy i opiniotwórczy dziennik "Rzeczpospolita", którego łamy w trakcie kampanii przedwyborczej ociekały wprost od zapisu chwalnych dźwięków dla orkiestry basującej kandydatowi Donaldowi Tuskowi, w komentarzu swojego Naczelnego Grzegorza Gaudena stara się nie odnieść ran podczas okracznego przysiadu na barykadzie:
"Czekamy

Gratuluję Lechowi Kaczyńskiemu, który według sondaży został prezydentem na następnych pięć lat. Gratuluję obydwu kandydatom. (...) Polska staje wobec wyzwań zewnętrznych i wewnętrznych. Najpilniejsze z nich to np. nierozstrzygnięty kształt budżetu Unii Europejskiej na lata 2007 - 2013, a to właśnie w tym okresie powinniśmy otrzymać środki, które pozwolą na istotne unowocześnienie kraju. Wywalczyć i otrzymać pieniądze z Unii to jedno, a sprawnie z nich korzystać to rzecz druga. Wchłonięcie tak wielkich środków wymaga reformy państwa, decentralizacji, wzmocnienia samorządów. (...)".

Jak widać - najważniejsze dla Naczelnego dziennika w pierwszych chwilach tworzenie nowej jakości życia politycznego w Polsce są... "środki" (pieniężne zapewne), które "powinniśmy otrzymać" ze Związku Socjalistycznych Republik Europejskich, jak konserwatywni liberałowie nazywają UE, oraz - "kształt budżetu UE na lata 2007 - 2013"... Co tu dodawać?

Dzienniki "Życie Warszawy" oraz "Super Express" zamieściły materiały z wyborów bez specjalnych komentarzy swych sekretariatów, naczelnych, zarządców, czy jak tam oficerów zwą w miejscowym żargonie.

Tomasz Domalewski w małopolskim "Dzienniku Polskim" (niestety, dostęp bezpłatny istnieje tylko 1 dzień) napisał swój komentarz:
"Drugi Lech
Dla wielu Polaków najważniejsze dokonało się już w pierwszej turze. Wówczas stało się pewne, że kontynuacji w Pałacu Namiestnikowskim nie będzie. Być może nawet pomału zanikać będzie termin Pałac Namiestnikowski, choć historia wciąż do tego upoważnia. (...)
Kaczyńscy wygrali, bo ich zapewnienia o końcu państwa pełnego afer bardziej przekonywały. Dziś żadne zapewnienia liczyć się nie będą. Ważne będą fakty. I narodowa zgoda. Jak zapowiedział wczoraj Lech Kaczyński - zgoda oparta na prawdzie. (...)".


Komentarz (0)