listopada 2, 2005 - listopada 8, 2005

Post(?)komunistyczny feminizm państwowy - wysoce opłacalny! Wysłane wtorek, 8, listopada 2005 przez Krzysztof Pawlak

Centrum Informacyjne Rządu wywiązując się z swego ustawowego zadania informowania o kosztach funkcjonowania opłacanych przez podatników i wynajętych przez nich fachowców do administrowania państwem, odpowiedziało uprzejmie na naszą uprzejmą prośbę o dostarczenie danych nt. kosztów funkcjonowania likwidowanego Urzędu Pełnomocnika ds. Równego Statusu Kobiet i Mężczyzn. Tą drogą wyrażamy więc podziękowanie za wypełnienie swojej misji, i zamieszczamy następujące dane rządowe:
Uprzejmie informuję, że wydatki w latach 2002-2005 związane z działalnością Pełnomocnika Rządu ds. Równego Statusu Kobiet i Mężczyzn kształtowały się następująco (zgodnie z informacją podaną przez Biuro Finansowe KPRM):
(w tys. złotych )
2002 r.
2003 r.
2004 r.
2005 r.
Ogółem
2446
3310
3177
3331
W tym:
Dotacje
447
694
584
600
Wydatki bieżące
1167
1290
1352
1375
Wydatki majątkowe
49
0
0
0
Wynagrodzenia
783
1326
1241
1356

Jednocześnie informuję, że stan zatrudnienia w etatach wynosił:
2002 r. - 10
2003 r. - 19
2004 r. - 21
2005 r. - 25
z poważaniem
Joanna Fiodorow
Główny Specjalista
Centrum Informacyjne Rządu
Kancelaria Prezesa Rady Ministrów




W poprzedniej informacji o kosztach funkcjonowania Urzędu ds. Równości... podaliśmy przekazaną nam informację o dysponowaniu budżetem przez tę strukturę administracyjną w wysokości 1.930.000 zł - teraz możemy ją zweryfikować na podstawie powyższych danych do wysokości 3.331.000 zł, co stanowi niemal dwukrotność sumy, którą wydawali podatnicy na fanaberie ideologiczne feministek.
Jak widać z powyższego zestawienia - stanowisko oficjalnej feministki w aparacie administracyjnym dawało całkiem wymierną korzyść w budżecie domowym zatrudnionej (w chyba 100% stanowiły je kobiety, kiedyś w PRL przewodniczącym Ligi Kobiet Polskich był mężczyzna [?], ale to było dawno i chyba nikt z obecnej młodzieży w to nie uwierzy...): w pierwszym roku rządu tow. Muellera L. (pisownia europejska nazwiska) brutto (?): 7830 zł, w ostatnim - 5424 zł. Nie są to oczywiście oszałamiające sumy - z całą pewnością w prywatnym sektorze propagandowym, np. w opłacanych przez Fundację Batorego "programach społecznych" można osiągnąć daleko większe korzyści, ale ponieważ są one wypłacane przez prywatnego zleceniodawcę - nic nikomu do tego. Za to - wydatki z kieszeni podatników obchodzą ich przymusowych "świadczeniodawców" i to bardzo...

Komentarz (1)

List do Prezydenta-elekta RP Lecha Kaczyńskiego od prof. Jerzego Przystawy, jednego z liderów Ruchu Obywatelskiego na rzecz JOW Wysłane wtorek, 8, listopada 2005 przez Krzysztof Pawlak

Wrocław, 5 listopada 2005


Pan Lech Kaczyński
Prezydent-elekt Rzeczypospolitej Polskiej
Warszawa

Panie Prezydencie


Krajowy Zjazd Ruchu Obywatelskiego na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych, jaki odbył się 5 listopada 2005 w murach Uniwersytetu Wrocławskiego, upoważnił mnie do zwrócenia się do Pana i złożenia Mu gratulacji z powodu wyboru na Urząd Prezydenta i przekazania uchwalonego na Zjeździe Stanowiska oraz pewnej kwintesencji tego, co uczestnicy Ruchu chcieliby powiedzieć swemu Prezydentowi. Ruch nasz już nie jeden raz zwracał się do Pańskich poprzedników, ostatnio podczas manifestacji Ruchu w dniu 3 czerwca 2005 w Warszawie. Jak do tej pory nie doczekaliśmy się jakiejkolwiek odpowiedzi na nasze apele i wnioski ani ustosunkowania się do spraw przedstawianych Prezydentom RP. Kancelaria Prezydenta z pewnością dysponuje ogromną ilością listów i apeli, uchwał rad gminnych, powiatowych, a nawet sejmików wojewódzkich, apeli tak intelektualistów, jak i zwykłych, szeregowych obywateli. Piszę więc do Pana z przekonaniem, że wyrażam opinię wielkich rzesz Polaków, którzy życzyliby sobie niezwłocznej zmiany ordynacji wyborczej do Sejmu. To przekonanie poparte jest znajomością wyników badań opinii publicznej, ponad 750 tysiącami podpisów, jakie Polacy złożyli pod wnioskiem PO o referendum, a także dodatkowymi ok. 200 tysiącami podpisów, jakie Ruch nasz zebrał niezależnie i które w każdej chwili jest gotów przekazać Panu Prezydentowi. To przekonanie umacniają wyniki wszystkich wyborów do Sejmu, wraz z kompromitującą frekwencją wyborczą na poziomie 40%. Przygnębia nas fakt, że żaden z Pańskich poprzedników nie zechciał ustosunkować się do tych głosów obywatelskich. Piszę więc do Pana z nadzieją, że tym razem będzie inaczej, że Polska wybrała sobie wreszcie prezydenta, który szanuje i poważa autentyczny wysiłek obywatelski, jakiego celem jest rzeczywista naprawa Rzeczypospolitej.

Panie Prezydencie! Jest rzeczą zrozumiałą, Pierwszy Obywatel może mieć, tak w tej, jak i w innych sprawach, odmienne zdanie niż wielu, a nawet większość Jego współobywateli. Jeśli jednak słowo demokracja rozumiemy tak, jak je rozumie kultura europejska, to w demokracji takie problemy rozstrzygać powinna wola większości. Dlatego, tak jak do Pańskich poprzedników, zwracamy się z apelem o przeprowadzenie w tej sprawie referendum obywatelskiego.

Uważamy, że w sprawie tak niezmiernie ważnej dla stabilności i siły Państwa Polskiego powinna się odbyć rzeczywista, autentyczna, otwarta debata obywatelska. Z ubolewaniem i przygnębieniem stwierdzamy, że do tej pory taka debata się nie odbyła, przeciwnie, widzieliśmy, że kanały wypowiadania się opinii publicznej, były faktycznie, przed tą propozycją zamknięte. Wyrażam głęboką nadzieję uczestników Krajowego Zjazdu Ruchu Obywatelskiego na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych, że zechce Pan wykorzystać Swoje uprawnienia i możliwości, żeby taka debata stała się faktem.

Z wyrazami najgłębszego szacunku
Jerzy Przystawa


W załączeniu:
1. Stanowisko Ruchu Obywatelskiego na rzecz JOW z 5.XI. 2005

Komentarz (0)

Stanowisko Ruchu Obywatelskiego wobec sytuacji politycznej w Polsce przyjęte na Zjeździe Krajowym we Wrocławiu rzecz JOW - 5 listopada 2005 Wysłane poniedziałek, 7, listopada 2005 przez Krzysztof Pawlak

Ostatnie wybory parlamentarne nie doprowadziły do powstania większości sejmowej, która dawałaby szansę stworzenia akceptowanych przez obywateli stabilnych rządów. W naszym kraju nadal nie ma sprawnego systemu politycznego, gdyż życie polityczne jest zdominowane przez partyjne koterie. Jesteśmy przekonani, że wprowadzenie ordynacji większościowej z jednomandatowymi okręgami wyborczymi jest koniecznym warunkiem uchronienia Polski przed postępującą erozją demokratycznego państwa.

Wybory 2005 r. w pełni uwidoczniły, jak daleko zaszedł proces osłabiania państwa polskiego. Pomimo najwyższych w Europie kwot wydanych na kampanię wyborczą, pomimo powszechnego nawoływania przez autorytety społeczne do udziału w wyborach, pomimo braku wezwań do bojkotu wyborów - 60% wyborców nie wzięło udziału w głosowaniu. Fakt ten wskazuje, że społeczeństwo odrzuca w całości klasę polityczną w Polsce.

Podkreślamy, że partia, która obecnie samodzielnie obejmuje władzę w Polsce, posiada tylko ok. 1/3 mandatów poselskich, a w wyborach poparło ją niewiele ponad 10% obywateli. Wszyscy posłowie Sejmu V Kadencji razem zdobyli jedynie ok. 5272 tysiące głosów, co stanowi 17,4% uprawnionych do głosowania i tylko 43% tych, którzy wzięli udział w wyborach. Oznacza to, że przeszło 80% obywateli polskich nie ma swojej reprezentacji w Sejmie, a ogromna większość tych, którzy poszli na wybory (57%) oddała swoje głosy na kandydatów, którzy mandatu nie uzyskali. Fakty te każą nam się zastanowić czy obecna władza państwowa, przede wszystkim Sejm i rząd, mają rzeczywisty mandat społeczny do jej sprawowania.

Przypominamy, że Platforma Obywatelska w wielkiej akcji obywatelskiej w zeszłym roku zebrała ponad 750 tysięcy podpisów Polaków pod wnioskiem o referendum, między innymi w sprawie wprowadzenia JOW. Poważne zaniepokojenie budzi fakt, że pomimo upływu roku od przeprowadzenia tej akcji PO nie informuje społeczeństwa o dalszych krokach w tej sprawie. Uważamy, że zebranie tych podpisów stanowiło uroczyste zobowiązanie wobec Narodu, a niedoprowadzenie nawet do dyskusji w Sejmie nad tym problemem, podważa wiarygodność tego ugrupowania politycznego. Pozostawienie kwestii zmiany ordynacji wyborczej bez dalszego biegu będzie poważnym ciosem w świadomość obywatelską i pokaże, że politycy cynicznie posługują się różnymi wartościami i oszukują społeczeństwo. Oczekujemy, że politycy PO udowodnią, iż ich deklaracje o uczciwym państwie i uczciwych rządach nie są tylko pustymi słowami.

Ponad cztery lata temu czołowi politycy partii Prawo i Sprawiedliwość, w tym Jarosław Kaczyński, Kazimierz Marcinkiewicz i Ludwik Dorn, w grupie 57 posłów, wystąpili do Trybunału Konstytucyjnego z wnioskiem o uznanie, że ordynacja wyborcza, w ramach której, zarówno wtedy jak i teraz, zostali wybrani do Sejmu, posiada podstawowe wady konstytucyjne, a mianowicie narusza konstytucyjną zasadę równości i proporcjonalności. Wyrażamy przekonanie, że obecnie, gdy objęli najwyższe urzędy w państwie, spowodują, że ten najważniejszy akt ustrojowy, jakim jest ordynacja wyborcza do Izby Ustawodawczej, będzie zgodny z Konstytucją i przede wszystkim z oczekiwaniami ogromnej większości obywateli.

Wobec szczątkowej legitymizacji, jakie ostatnie wybory dały obecnemu Sejmowi i rządowi, konieczna jest otwarta debata publiczna nad najważniejszymi problemami kraju. Uczestnikami debaty nie mogą być - jak dotychczas - tylko reprezentanci partii politycznych - lecz przede wszystkim przedstawiciele ruchów, stowarzyszeń i organizacji obywatelskich. W debacie o przyszłości Polski najważniejszym problemem jest kwestia zmiany ordynacji wyborczej do Sejmu RP. Domagamy się odblokowania kanałów informacyjnych, nadal zamkniętych dla tej tematyki. Domagamy się zwłaszcza zaprzestania politycznej i medialnej kampanii dezinformacji na temat ordynacji większościowej z JOW. Podkreślamy, że od wielu lat Ruch Obywatelski na rzecz JOW dynamicznie się rozwija i skutecznie upowszechnia ideę zmiany ordynacji wyborczej do Sejmu RP. W związku z rosnącym poparciem społecznym tej propozycji, dalsze unikanie przez środki masowego przekazu i środowiska polityczne dyskusji w sprawie wprowadzenia ordynacji większościowej z jednomandatowymi okręgami wyborczymi będzie oznaczało utratę wiarygodności tych środowisk.

Witryna ASME Antysocjalistycznego Mazowsza jest najstarszym serwisem w Sieci - oprócz witryny tematycznej JOW - propagującym ideę JOW


Komentarz (0)

Centrum im. Adama Smitha: Kto popełnił przestępstwo wrogiego przejęcia telekomunikacyjnej marki IDEA przez francuską markę ORANGE? Wysłane poniedziałek, 7, listopada 2005 przez Krzysztof Pawlak

Z opracowania CAS, udostępnionego dzisiaj podczas konferencji prasowej:

"Zarząd firmy PTK Centertel sp. z o.o. (znanej dotąd przeważnie jako operator sieci komórkowej Idea") 19 września 2005 roku mógł doprowadzić do utraty majątku wycenianego przez ekspertów na ponad 1,2 miliarda złotych w uznawanym za prestiżowy rankingu Rzeczpospolitej i "Ernst & Young". Odbyło się to przez kompletną rezygnację z marki »Idea«, w którą inwestowano praktycznie do ostatniej chwili, i którą spontanicznie rozpoznaje 86% Polaków. Zamieniono ją na nieznaną w Polsce markę. Aby oferta PTK Centertel nie znikła z rynku, zainwestowano gigantyczne środki w lansowanie nowej marki: »Orange«. Obok kosztów kampanii trzeba było również ponieść znaczące wydatki na zmianę wystroju biur i salonów, nowe projekty grafiki, broszury, materiały firmowe itd. Jak wskazują przeprowadzone w studium rozważań, uczyniono to, aby mniejszościowy właściciel za pośrednictwem podporządkowanej spółki mógł co roku pobierać 1,6% opłaty licencyjnej naliczanej od obrotu. W odniesieniu do 5,636 miliarda złotych przychodów 2004 r. jest to rocznie kwota ok. 90 milionów zł! Gdy zsumowane zostaną opłaty za dziesięć lat obowiązywania umowy, będzie to od 0,9 do 1,6 miliarda złotych, zależnie od tempa wzrostu PTK Centertel. Opłata licencyjna będzie obliczania w odniesieniu sprzedaży towaru (usług telekomunikacyjnych) wprowadzonych na rynek pod inną marką. Nie odnosi się do osiąganych zysków, lecz do przychodów, będzie więc płacona, nawet jeśli firma nie będzie miała zysku.

Opłata licencyjna obniży zysk netto PTK Centertel o przeszło 10%, zmniejszając tym samym możliwości inwestycyjne tej firmy i możliwość wypłacania dywidendy. Dzieje się tak w chwili, gdy przed przedsiębiorstwem stoją wyzwania związane z odkładaną już dwa razy budową sieci UMTS, wprowadzeniem oferty multimedialnej i przygotowaniem usług konwergentnych, łączących cechy sieci stacjonarnej i ruchomej.
Z wykonanych na zamówienie Centrum im. Adam Smitha przez OBOP badań wynika, że zmianę marki wprowadzono wbrew oczekiwaniom klientów: jedynie 16% badanych popiera tę zmianę. Decyzja ta była zarazem dosyć szeroko krytykowana w mediach.

Pytania i protesty związane z procesem zmiany marki publikowane były w mediach. Z prośbą o wszczęcie postępowania do KPWiG zwrócił się Mark Mobius, prezes funduszu inwestycyjnego Tempelton. Pytanie do Zarządu TP SA wystosował też Michała Szymański, szef inwestycji Commercial Union.

Zarządzanie przedsiębiorstwem nieodłącznie związane jest z ryzykiem, które oznacza możliwość ponoszenia strat. Inną sytuacją jest działanie na szkodę przedsiębiorstwa. Gdy podejmowana decyzja jest ewidentnie niekorzystna - może mieć znamiona przestępstwa. Jak wynika z oceny opracowanej przez prawników w przedmiotowym przypadku - mogło dojść do popełnienia przestępstwa tak na gruncie Kodeksu spółek handlowych (art. 585.), jak i Kodeksu karnego (art. 296.). W tym drugim przypadku należy wziąć pod uwagę, że może być to szkoda o wielkich rozmiarach (kwota przekracza 849 tysięcy złotych). Ponadto, potwierdzenie się wymienionych zarzutów może sprawić, że zasadne staje się również wzięcie pod uwagę Kodeksu karnego skarbowego (art. 56.), gdyż poprzez zaniżenie dochodu uszczuplona może być kwota opłacanych podatków.
Poszczególne działania związane z wprowadzeniem marki Orange były krytykowane w mediach i dziwi dotychczasowy brak reakcji ze strony właściwych organów państwa. W tym przypadku postępowanie wyjaśniające mogło zostać podjęte z urzędu, nawet jeśli nikt nie złożył zawiadomienia.
Brak reakcji ze strony instytucji odpowiedzialnych za przestrzeganie prawa przyniósł kolejny element. Po przeprowadzonej operacji zmiany marki z polskiej na francuską TP SA ma wykupić od France Telecom pozostałe 34% udziałów spółki PTK Centertel za pokaźną kwotę 4,88 mld złotych, zapożyczając się na dodatek u sprzedającego na około 30% tej kwoty. Dla TP SA transakcja ta jest w obecnej sytuacji problematyczna pod względem gospodarczym, bowiem przynosi jedynie »papierowe« rezultaty. Argumenty przedstawiane przez Zarząd TP SA mediom są kompletnie nieprzekonywujące i nie znajdują potwierdzenia w działaniach operatorów poza Polską".

Najważniejsze dla potrzeb tego skrótu informacyjnego pozostają postawione na samym końcu opracowania CAS pytania:

"Opłaty i wydatki na Orange
Czy popełnione zostało przestępstwo?
Kto popełnił to przestępstwo?".

Całość do pobrania z serwera ASME - Plik PDF


Komentarz (0)

Informacja o V Zjeździe Krajowym Ruchu Obywatelskiego na rzecz JOW - Wrocław 5 XI 2005 Wysłane poniedziałek, 7, listopada 2005 przez Krzysztof Pawlak

Informacja Biura Krajowego Ruchu Obywatelskiego na rzecz JOW
na temat
Zjazdu Krajowego Ruchu we Wrocławiu
w dniu 5 listopada 2005


Zjazd odbył się w murach Uniwersytetu Wrocławskiego, w Gmachu Wydziału Fizyki i Astronomii, w godzinach 12.00 - 16.00. Zgodnie z listą obecności w Zjeździe wzięło udział ponad 200 zwolenników. z następujących miejscowości (kolejno, wg listy obecności): Kalisza, Wrocławia, Śremu, Grodziska Mazowieckiego, Dąbrowy Górniczej, Słubic, Szczecina, Nysy, Kłodawy, Łochowa, Krakowa, Gdańska, Kościerzyny, Lublina, Namysłowa, Warszawy, Kluczborka, Tomaszowa Mazowieckiego, Wałcza, Kłodzka, Krotoszyna, Piotrkowa Trybunalskiego, Legnicy, Sandomierza, Oławy, Krupki, Lubina, Poznania, Sulęcina, Radomska, Ostrowa Wielkopolskiego, Środy Wielkopolskiej, Kędzierzyna-Koźle, Katowic, Ostrzeszowa, Bydgoszczy, Opola, Jawora, Koszalina.
W Zjeździe wzięła też czynny udział grupa studentów politologii z Ukrainy. Dzięki pomocy Prezydenta Szczecina na Zjazd przybyła kilkunastoosobowa grupa studentów Uniwersytetu Szczecińskiego. Poza Szczecinem najliczniejszą grupę studencką tworzyli studenci z Nysy. Udział studentów uczelni wrocławskich był bardzo skromny.

Potwierdzili swój udział w Zjeździe wójtowie, burmistrzowie i prezydenci miast: Grodziska Mazowieckiego, Słubic, Kłodawy, Łochowa, Kluczborka, Tomaszowa Mazowieckiego, Kłodzka, Piotrkowa Trybunalskiego, Oławy, Kalisza, Radomska, Ostrowa Wielkopolskiego, Środy Wielkopolskiej, Ostrzeszowa. Swoich przedstawicieli, z listami do Zjazdu, przysłali wójt Kościerzyny Waldemar Tkaczyk, prezydent Bydgoszczy Konstanty Dombrowicz i prezydent Wrocławia Rafał Dutkiewicz. Wielu innych wójtów, burmistrzów i prezydentów miast nadesłało listy z wyrazami poparcia lub zapewniali o nim w rozmowach telefonicznych. Udział w Zjeździe wziął również jeden poseł, p. Arkadiusz Litwiński, poseł PO ze Szczecina.

Po otwarciu Zjazdu wystąpił JM Rektor Politechniki Wrocławskiej, Przewodniczący Konferencji Rektorów Akademickich Szkół Polskich, prof. dr hab. Tadeusz Luty, który przypomniał, że Ustawa o Szkolnictwie Wyższym obliguje gremia kolegialne szkół wyższych do zajmowania stanowiska w ważnych sprawach publicznych, zapewnił o swoim niezmiennym poparciu dla idei JOW i obiecał, że dołoży starań, aby sprawą tą zajęła się KRASP. Warto dodać, że Rektor Politechniki Wrocławskiej już szereg razy wspomagał aktywnie udział studentów Politechniki w pracach Ruchu.
Po wystąpieniu Rektora głos zabrał przedstawiciel Prezydenta Wrocławia, który odczytał Jego list z informacją, że p. Rafał Dutkiewicz dołączył do grona Honorowych Samorządowych Patronów Ruchu.

W programie Zjazdu wystąpili: Janusz Sanocki (Nysa), który przedstawił historię i działalność Ruchu, oraz dwaj eksperci Ruchu; dr Wojciech Błasiak z Dąbrowy Górniczej i dr Marek Zagajewski ze Szczecina, którzy przedstawili swoją ocenę aktualnej sytuacji społeczno-politycznej w Polsce. Teksty ich wystąpień udostępniamy na stronie internetowej www.jow.pl.
W drugiej części spotkania głos zabrał poseł PO p. Litwiński, który, nieoczekiwanie, okazał się zwolennikiem "małych kroków w dobrym kierunku", a więc tzw. ordynacji mieszanej. Wystąpienie to spotkało się z jednoznaczną krytyką innych uczestników Zjazdu. Bardzo mocnego wsparcia działaniom Ruchu udzielili w swoich wystąpieniach burmistrz Słubic Ryszard Bodziacki oraz prezydenci Jerzy Świątek (Ostrów Wlkp.), Waldemar Matusewicz (Piotrków Trybunalski) i Mirosław Kukliński (Tomaszów Maz.).

Po dyskusji Zjazd przyjął Stanowisko Ruchu, jakie opracowała Komisja w składzie: dr Zdzisław Ilski (Politechnika Wrocławska), dr Marek Zagajewski (Uniwersytet Szczeciński), Wojciech Kaźmierczak (student Politechniki Wrocławskiej), Piotr Wojtasik (student Akademii Pedagogicznej w Krakowie). Zjazd upoważnił prof. Jerzego Przystawę do napisania i wysłania, w imieniu Zjazdu, listu-adresu do Prezydenta-elekta Rzeczypospolitej. Oba te dokumenty załączamy.

Część obrad filmowała ekipa TVN (migawka ze spotkania ukazała się w "Faktach"). Na konferencję prasową przybyli dziennikarze PR Wrocław i "Gazety Wyborczej".

Witryna ASME Antysocjalistycznego Mazowsza jest najstarszym serwisem w Sieci - oprócz witryny tematycznej JOW - propagującym ideę JOW


Komentarz (0)

Pan Karol i Kostuś w nowym wcieleniu - Stanisław Michalkiewicz Wysłane poniedziałek, 7, listopada 2005 przez Krzysztof Pawlak

"Pan Karol - polityk o sławie światowej/ mąż stanu, budziciel sumienia,/ a Kostuś - prowincjusz spod lachy grobowej,/ pokątny intrygant i pieniacz" - pisał Janusz Szpotański w proroczym wierszu "Pan Karol i Kostuś", dedykowanym Stefanowi Niesiołowskiemu. Dzisiaj pan Stefan Niesiołowski jest profesorem i senatorem z Platformy Obywatelskiej, znaczy się - liberałem ("zgoda, ja mogę być leberał, tylko wy o tem mnie powiedzcie" - wołał Towarzysz Szmaciak), chociaż jeszcze niedawno "dziki kapitalizm" i liberalizm bezlitośnie piętnował. Dobrze to o nim świadczy, bo najwyraźniej "żadnych politycznych nie ma on przesądów" i chętnie pali wszystko, co kochał i kocha wszystko, co palił. Zresztą - mniejsza o niego, bo wiersz Szpotańskiego okazał się proroczy ze względu na ton reżimowej propagandy, która tak mocno została nakręcona na nadymanie Donalda Tuska, że nadyma go nadal siłą inercji, chociaż już dawno po wyborach.
"Pan Karol ma żonę uroczą i mądrą/ plus seraj rozkosznych kochanic,/ a Kostuś z pyskatą żonaty jest flądrą/ i romans ma z tkaczką z Pabianic". Nie da się ukryć, że wszelkie porównania wypadają na korzyść Pana Karola. Zresztą jakże inaczej, skoro "Pan Karol, jak myśli, to myśli szeroko/ i mnóstwo ogarnia perspektyw,/ a Kostuś wlepione baranie ma oko/ w stos brudnych, endeckich inwektyw". Nic zatem dziwnego, że nie tylko reżimowa propaganda, jak widać, dzisiaj też nakręcana przy pomocy tej samej sprężyny, co i w stanie wojennym ("posadę przecież mam w tej firmie kłamstwa, żelaza i papieru"), ale i Salon jak jeden mąż stanął po stronie Pana Karola, na użytek tych wyborów wcielonego w postać Donalda Tuska ("jakże piękna kolonela postać, que je voudrais żoną jego zostać"). A jak Salon, to i razwiedka, bo przecież Salon, jeszcze za pierwszej komuny etait fondee przez razwiedczyków, gwoli formowania stadnych opinii półinteligentów. Nawiasem mówiąc, obserwacja Salonu chłodnym okiem naturalisty dostarcza obfitego materiału do studiów nad ludzką naturą. Ot, np. co robi czas i przyzwyczajenie. Proste razwiedczyki, których ongiś partia rzuciła na odcinek salonowy, z biegiem czasu przepoczwarzyli się w salonowców i dzisiaj naprawdę myślą, że w ich żyłach płynie błękitna krew, a nie prolecka jucha. Szpotański zresztą wszystko przewidział: "dziś bowiem u partyjnych w modzie/ jest pleść koszałki o swym rodzie". Stąd też wściekłe oburzenie i zgrzytanie zębów, że niewdzięczny lud nie uszanował decyzji Salonu. Przecież skoro Salon wybrał był Donalda Tuska, to rzeczą ludu było okazać entuzjazm i głosować zgodnie z sondażami, zaplanowanymi w Wydziale Obrzędowości Świeckiej u pułkownika Trusiewicza. Tymczasem lud wzgardził werdyktem Salonu. Po prostu Sodoma i Gomora, i jak tak dalej pójdzie, to nie będzie innej rady, jak skończyć z tą całą demokracją! Jednak, zanim jeszcze padnie ostateczna salwa, Salon stwarza ludowi szansę poprawy, bo jużci: "Ach, w kogóż nieszczęsny ma wpatrzyć się naród,/ by szukać jasnego idola,/ w którego umyśle zbawienia tkwi zaród?/ To jasne, że w Pana Karola!".
Najciekawsze jest, że chyba i sam Pan Karol też uwierzył w propagandę Salonu, w związku z czym nie widzi, że jest ograny, a nawet ośmieszony i jakby nigdy nic - "stawia warunki". "Pan Karol warunki wysuwał wciąż twarde...". A tymczasem Kazimierz Marcinkiewicz utworzył rząd, nie bez udziału niedawnych zwolenników Donalda Tuska, co nadaje jego "twardym warunkom" rys - chciałem napisać: komiczny, ale nie - nadaje im rys groteskowy, bo polityk, który najwyraźniej tracąc poczucie rzeczywistości, pogrąża się w stan pomroczności jasnej, budzi mimowolne współczucie. I czy to z tego współczucia, czy z jakichści innych przyczyn "w lot Pana Karola spełniają zachcianki/ bankierzy, masoni, kapłani". Zwłaszcza jeden, który sprawia wrażenie, jakby się zatrudnił w sztabie Pana Karola na całodobowy Dienst i na poczekaniu "potępiał" wszystkich, którzy tak samo, jak i on zaangażowali się politycznie w tej kampanii tyle - że po przeciwnej stronie. Takie są jednak koszty przynależności do Salonu; kiedy odchodzi tam ostra partia salonowca, to bez względu na godności - trzeba się nadstawić.
Ostra partia salonowca zaczyna się również i po drugiej stronie, a to za sprawą Pana Andrzeja, który pełni dziś obowiązki obrażonego Pana Karola. Pan Andrzej ostatnio dał do zrozumienia, że "do pewnego czasu" gotów jest znosić rolę pokątnej kochanki, ale nawet za cenę brylantów - nie nazbyt długo. Co będzie, jeśli zażąda poprowadzenia do ołtarza? Za czasów Stanisława Augusta zjechał do Warszawy teatr francuski. Królowi wpadła w oko jedna aktoreczka, więc posłał jej sekretny bilecik z zapytaniem, czy może zapukać do jej serduszka. Aktorka odpowiedziała natychmiast: "Tak, Najjaśniejszy Panie, ale to będzie bardzo drogo kosztowało". Do serduszka Pana Andrzeja też można zapukać, ale to zawsze bardzo drogo kosztuje. Ile? O tym się dowiemy najpóźniej przy dyskusji nad budżetem, ale do tamtej pory Platforma Obywatelska, przez złośliwców nazywana "Volkswagenem", może się już zdekomponować.

Stanisław Michalkiewicz

Publicystyka Stanisława Michalkiewicza na ASME i nagrania TV ASME


Komentarz (3)

Region francuski UE: Akcja służb specjalnych w obronie demokracji narodowo-socjalistycznej "ścisłego jądra" UE Wysłane poniedziałek, 7, listopada 2005 przez Krzysztof Pawlak

Od ponad dziesięciu dni trwają, na początku w podparyskiej dzielnicy - teraz już w wielu regionach, przelewając się przez granicę socjalistycznej Republiki, akty wandalizmu dokonywane przez grupy młodzieżowej chuliganerii pochodzenia arabsko-murzyńskiego. Są to potomkowie imigrantów z byłych kolonii francuskich z Maghrebu oraz Afryki Północnej, którym polityka społeczna prowadzona przez kolejne ekipy administracji z Paryża ułatwiała osiedlanie się w państwie Galów od lat 60. ub. wieku w nadziei na pozyskanie taniej siły roboczej, najczęściej o niskich kwalifikacjach pracowniczych, do wykorzystania w rozbudowującym się przemyśle oraz prostych usługach publicznych, których nie chcieli wykonywać rodowici Francuzi.

Za tę błędną politykę, opartą na lewicowych rojeniach o możliwości "ucywilizowania" i wchłonięcia przez francuskiego społeczeństwo wielkiej liczby ludzi pochodzących z obcego kręgu kulturowego płaci dzisiejsze warstwy średnie Francuzów, gdyż to przede wszystkim oni są - zwykli użytkownicy miejskiej komunikacji, mieszkańcy sąsiednich do "osiedli nędzy", slumsów arabsko-murzyńskich, dzielnic, a także ludność miejska - w pierwszej linii zagrożenia.
Już w latach 80. ub. wieku środowiska akademickie społeczeństw Europy Zachodniej ostrzegały, że pomysł na zinternalizowanie ludzi kultury i religii islamskiej nie sprawdzają się, doprowadzając do powstawania nie pamiętanych od kilku wieków gett rasowo-narodowościowych. Jednak owładnięte ideologią społecznej inżynierii kręgi polityczne Francji oraz Niemiec (na przemian rządzące ekipy socjalistów bezbożnych oraz pobożnych, ukryte pod sztandarami "państwowców", podobnie jest w obecnie ponoć odchodzącej w przeszłość zapomnienia PRL-bis!) nie brały pod uwagę wyników badań naukowców społecznych, forsując dodatkowe mechanizmy dyskryminacji ludności tubylczej pod hasłami przywilejów dla "upośledzonych społecznie", których największą grupę nieodmiennie stanowili członkowie gett rasowych. Zakłamanie mediów od dawna pozostających w podporządkowaniu przez różne odmiany socjalistów nie pozwalało na szerszą publikację danych o narastającym problemie dotyczącym kolejnych już pokoleń "starych" oraz wciąż napływających kolejnych fal imigrantów ekonomicznych, spychając go poza horyzont poważnej i uczciwej publicznej dyskusji. W publikatorach występowali - znowu podobnie jak jest to nadal w PRL-bis - dyżurni "ekspierci", kanalizując uwagę odbiorców w bezpieczne dla wymieniających się ekip biurokratów rejony.
Zmieciony pod dywan, nabrzmiewający kłopot dawał się jednak we znaki przy okazji kolejnych świąt demokracji, czyli wyborów powszechnych, kiedy to od lat także 80. zaczęła rosnąć w siłę szermująca hasłami ksenofobii i populistycznymi partia narodowo-lewicowa Front Narodowy Jana Marii Le Pena. Jak wielkie zagrożenie dla zabagnionego swym smrodkiem "establiszmętu" francuskiego stanowi, odpowiadając na również powiększajace się społeczne oczekiwania, przekonali się jego przedstawiciele w minionych wyborach prezydenckich, kiedy to Le Pen pokonał kandydata socjalistów Lionela Jospina i starł się w ostatecznej walce ze zwycięskim jednak (dzięki pełnej mobilizacji "elit" i popędzanych przez nie wyznawców!) obecnym prezydentem Chirakiem.
Sprawa dlatego musiała przestać być lekceważona przez zawodowych i państwowych inżynierów społecznych, w kręgu właścicieli "francuskiego regionu UE" podjęto więc decyzję o zakończeniu coraz bardziej kosztownego eksperymentu i przystąpiono do działań. Jak podaje przywołany przez serwis Onet (7.11.2005) dziennik kataloński "La Vanguardia": "(...) kryzys, w którym pogrążyła się Francja ma charakter chroniczny. Od początku roku zarejestrowano przeszło 70 tys. aktów miejskiej agresji, spalono ponad 28 tys. samochodów, 5760 pomieszczeń, a lokalne bandy stoczyły między sobą 442 potyczki". Ewidentne przyzwolenie na potęgowanie się aktów rasowo wywołanej przemocy jest klasyczną techniką kontroli zmian społecznych. Trwające już 11 dzień harce nastolatków murzyńskich i arabskich "nadzorowane są - bo lepszego określenia trudno szukać - przez zaledwie 2,5 tysiąca funkcjonariuszów policji (relacja korespondenta brukowca "GW"). Słynąca cały czas z umiejętności posługiwania się brutalną przemocą w potrzebie policja francuska nie potrafi sobie poradzić z podobnej wielkości bandami wyrostków! Wolne żarty - chciałoby się powiedzieć. Wyjaśnienie tego fenomenu umyka oczywiście dyżurnym komentatorom znad Sekwany oraz w innych regionach Związku Socjalistycznych Republik Europejskich, znających swoje miejsce w szeregu, w obliczu podobnych zagrożeń na swoich terenach. Zagrzewanie młodzieży do eskalacji zamieszek poprzez brutalne, ale niepoprawne politycznie określenie ministra Spraw Wewnętrznych Sarkozy'ego o "kanaliach" miało swój wyraźny cel, także polityczny - dla przyszłego kandydata do urzędu prezydenta V Republiki.
Miniona noc przyniosła pierwsze ataki na kościoły, jak podał m.in. serwis WP("Z informacji, podanej przez rzecznika policji wynika, że podpalono co najmniej dwa kościoły - w aglomeracjach Lens na północy i Sete na południu".), a przecież nic tak nie budzi oburzenia jak - nawet w tej niemal doszczętnie zlaicyzowanej porewolucyjnie niegdysiejszej "pierwszej córy Kościoła" - agresja w stosunku do symboli religijnych. To też oklepany "temat" w społecznej inżynierii. Nie można oczywiście twierdzić, że zamieszki zostały WYWOŁANE przez służby państwowe (przypomnieć należy, że dramat rozpoczął się od śmierci dwóch nastoletnich złodziejaszków na terenie paryskich przedmieści Clichy-sous-Bois, którzy w ucieczce przed policją zamknęli się w stacji transformatora i tam się usmażyli) - jednak z pewnością były one na ten scenariusz wystarczająco przygotowane i cały czas go realizują w korzystnym dla siebie kierunku.
Jak zawsze warto zadać sobie pytanie: cui bono? Kto na tym skorzysta? Imigranci - z całą pewnością nie. Zwycięży za to minister Sarkozy, którego ambicje prezydenckie nie są żadną tajemnicą, a któremu zlecono zadanie powstrzymania rosnących wpływów "niegrzecznego" i medialnie nie uważanego za część "establiszmętu" Le Pena. Tylko że - Le Pen był i nadal jest wygodnym sparringpartnerem dla wymieniających się ekip "państwowców" oraz prawdziwych wyznawców socjalizmu, dostarczając obozowi RPR-UMP-PS amunicji strachu przed wewnątrzunijnymi konsekwencjami po już padających zarzutach o "nietolerancji" i rasizmie Francuzów.
Innej drogi powstrzymania napływu imigrantów z krajów obcych kultur niż wzbudzenie powszechnej niechęci, nienawiści wręcz, do pogardliwie określanych przez bagietkową ulicę jako "kasztanów" "nowych Francuzów", danie im do zrozumienia, że nie są już pożądanym elementem europejskiej mozaiki narodów - nie znaleźli zawiadowcy życia społecznego Nowego Europejskiego Wspaniałego Świata.

Krzysztof Pawlak


Komentarz (0)

Litewski region UE: Odkrywanie zbrodni niemieckich z okresu II wojny światowej - obóz w Macikajtach Wysłane poniedziałek, 7, listopada 2005 przez Krzysztof Pawlak

Jak podał serwis WP z dn. 06.11.20055 r., w Macikajach, k. Szyłokarczmy (dziś: Szilute, Litwa zachodnia), gdzie w czasie wojny znajdował się niemiecki obóz jeniecki Stalag Luft VI, w niedzielę odsłonięto pomnik upamiętniający żołnierzy polskich, którzy ponieśli tu śmierć. Nie jest jeszcze ustalone, w jaki sposób 14 Polaków tam zmarło. Obóz został utworzony w 1939 r. i prawdopodobnie był największym tego typu miejscem na terenie Litwy. W latach 1944-1948 w tej miejscowości znajdował się obóz jeńców niemieckich, a potem (jak to było w zwyczaju NKWD) do 1955 roku - oddział obozu w systemie Gułagu. Pomnik - dębowy krzyż i kamień z nazwiskami ofiar obozu - wzniesiono z inicjatywy sziluckiego koła Związku Polaków na Litwie.


Komentarz (0)

Region niemiecki UE: "Święto Zmarłych" po niemieckiemu: 70% anonimowych pochówków w Berlinie Wschodnim, sponsorowani przez BND skrajni lewacy dają oznaki życia, a ewangelicy przestali lubić antypolską Niemrę Wysłane poniedziałek, 7, listopada 2005 przez Krzysztof Pawlak

Spadek po komunizmie wschodnioniemieckim: bliscy zmarłych wolą rozsypać ich prochy (ach, ta skłonność Niemców do palenia ludźmi w piecach!) albo podrzucić trumny na anonimowe "składowisko" - o czym informuje serwis WP z dn. 01.11.2005:
(...) Wzrost wpływów kultury amerykańskiej, osłabienie więzów rodzinnych, spadające znaczenie Kościołów chrześcijańskich - w 2003 r. z Kościoła katolickiego wystąpiło 130 tys. osób, z ewangelickiego prawie 400 tys. - wszystko to doprowadziło do głębokich zmian w podejściu Niemców do problemu śmierci i ma wielki wpływ na zmianę obyczajowości związanej z kulturą sepulkralną.
Jednym z najważniejszych przejawów tych zmian jest gwałtownie wzrastająca liczba anonimowych pochowków. Na niektórych cmentarzach w Berlinie Wschodnim stanowią one obecnie od 60 do 70% wszystkich pogrzebów - mówi Rosemarie Koehler, oprowadzająca turystów po berlińskich nekropoliach. W tradycyjnych mieszczańskich dzielnicach Berlina Zachodniego odsetek ten jest znacznie niższy - zastrzega Koehler.
(...) Urny z prochami zmarłych oraz trumny chowane są na wspólnym trawniku w wydzielonej części cmentarza. Teren pozbawiony jest indywidualnych krzyży, tabliczek czy też innych symboli pozwalających na identyfikację pochowanych.
(...) Ostatnim »krzykiem pogrzebowej mody« są pochówki w »Lesie Spoczynku«, części lasu przeznaczonej na miejsce ostatniego spoczynku. Urnę z prochami, wykonaną z ekologicznego materiału, grzebie się pod drzewem. Na pniu umieszcza się plakietkę z nazwiskiem zmarłego. Możliwe jest wybranie jednego drzewa dla całej rodziny lub dla grupy przyjaciół. W Niemczech jest obecnie 10 takich leśnych cmentarzy. Zainteresowanie stale rośnie - mówi Kuhle.
Władze Nadrenii Północnej-Westfalii uchwaliły dwa lata temu nową ustawę znoszącą obowiązek umieszczania prochów zmarłych w urnach. Mogą być one teraz rozsypane pod drzewem. Największe Kościoły niemieckie - katolicki i protestancki zapobiegły w ostatniej chwili uchwaleniu przepisu zezwalającego rodzinie na przechowywanie urny z prochami zmarłego w domu. (...)".

W Poczdamie 5 listopada demonstrowali neonaziści. Było ich aż 200. Przeciwko konkurencji demonstrowali przedstawiciele "partii politycznych, związków zawodowych i organizacji kościelnych" w liczbie 5 tysięcy zwolenników lewicy nieneonazistowskiej - jak podał serwis WP z 05.11.2005

Następny dzień (06.11.2005) przyniósł informację o o tym, że ewangelicy nie chcą berlińskiego "Centrum przeciwko Wypędzeniom" forsowanego przez urodzoną podczas okupacji niemieckiej w Gdyni córkę żołnierza Wermachtu Erykę Steinbach:
"Przewodniczący Niemieckiej Rady Kościoła Ewangelickiego (EKD) Wolfgang Huber zaapelował do polityków o niedopuszczenie do powstania w Berlinie Centrum przeciwko Wypędzeniom. (...) Była to kolejna w ostatnim czasie krytyczna wypowiedź Hubera na temat planowanej przez przewodniczącą Związku Wypędzonych Erikę Steinbach placówki, która ma być poświęcona pamięci Niemców wysiedlonych po 1945 r. z Europy Środkowej i Wschodniej. (...) Przedstawiciele SPD i CDU uzgodnili w minionym tygodniu, że w Berlinie powstanie »widoczny znak«, upamiętniający wypędzenie Niemców. Ma to jednak nastąpić w duchu pojednania i w połączeniu z istniejącą od lata Europejską Siecią »Pamięć i Solidarność«, do której należy także Polska. Socjaldemokraci interpretują przyjęty zapis, który ma się znaleźć w umowie koalicyjnej rządu Angeli Merkel, jako zapowiedź, że rząd niemiecki nie poprze Centrum przeciwko Wypędzeniom Eriki Steinbach". Znowu powiadomił o tym swoich odbiorców serwis WP.


Komentarz (0)

TAJEMNICA ŚMIERCI MOSKIEWSKIEGO KSIĘDZA - Antoni Zambrowski Wysłane niedziela, 6, listopada 2005 przez Krzysztof Pawlak

9 września minęła 15. rocznica tragicznej śmierci prawosławnego księdza Aleksandra Mienia - proboszcza podmoskiewskiej parafii pw. Ofiarowania Pańskiego. W roku 1990 dziewiąty września wypadł w niedzielę i ojciec Aleksander udawał się swoim zwyczajem wczesnym rankiem do cerkwi, aby odprawić mszę świętą, gdy znienacka otrzymał z tyłu cios w głowę ostrym narzędziem. Atletycznie zbudowany kapłan przeszedł jeszcze dwieście metrów w kierunku stacji kolejowej, następnie jednak zawrócił do domu, upadł koło furtki i skonał. Jego żona (księża prawosławni do szczebla proboszcza mogą się żenić) wezwała pogotowie, ale lekarz jedynie stwierdził zgon. Śmierć znanego kapłana wywołała wówczas w Rosji wstrząs porównywalny z porwaniem i zamordowaniem księdza Jerzego Popiełuszki. Z jedną różnicą - polscy kapłani katoliccy zamordowani przez skrytobójców z SB byli uwikłani w działalność duszpasterską w podziemnej "S", ksiądz Aleksander natomiast unikał jak mógł polityki i zawinił jedynie głoszeniem Ewangelii.
Władze wdrożyły śledztwo, które nie dało wyników. Organa ścigania założyły, że kapłana uderzono w głowę siekierą, więc sprawców szukano wśród sąsiadów. Jednego z nich - Bogu ducha winnego usiłowano pociągnąć do odpowiedzialności i rodzina księdza musiała stawać w jego obronie. Wystarczy jednak założyć, że cios był zadany wyostrzoną łopatką saperską, by zagadka śmierci ojca Aleksandra została wyjaśniona. Morderca pochodził z KGB, z którym ojciec Aleksander całe swe dojrzałe życie miał kłopoty.
Urodził się ojciec Aleksander w Moskwie 22 stycznia 1935 roku w rosyjskojęzycznej rodzinie żydowskiej. Ojciec deklarował się jako ateista, ale matka Jelena Cuperfejn była wierzącą i praktykującą chrześcijanką. W owym czasie Kościół Prawosławny w Rosji (podobnie jak inne kościoły) pod wpływem represji stalinowskich zszedł do katakumb, ale pani Jelena utrzymywała kontakt z ukrywającym się mnichem, ojcem Serafimem Batiukowem, z rąk którego wraz z siedmiomiesięcznym synkiem otrzymała w warunkach ścisłej konspiracji chrzest święty. Dopiero w czasie II wojny światowej Stalin zezwolił na legalizację Kościoła Prawosławnego i mały Aleksander mógł już się modlić w działającej legalnie cerkwi. Niestety, po śmierci Stalina Nikita Chruszczow wznowił prześladowania religii, wskutek czego studenta Aleksandra Mienia po jego ślubie kościelnym wydalono z uczelni wyższej i usiłowano za karę powołać do wojska. Wówczas został wyświęcony przez arcybiskupa moskiewskiego Makarego na diakona i skierowany do kościoła pw. Bogurodzicy w Akułowie pod Moskwą. Podjął jednocześnie studia zaoczne w seminarium w Leningradzie. W tym czasie zaczął pisanie do tzw. samizdatu książek popularyzujących Ewangelię. Tysiące ludzi przepisywały na maszynach do pisania jego prace, poczynając od "O czym mówi i czego uczy Biblia". Jego książka "Syn Człowieczy" przyniosła mu światową sławę (Pod wpływem lektury odpisu tej książki nawrócił się na prawosławie Aleksander Sołżenicyn). Wówczas ojciec Aleksander trafił w pole obserwacji KGB, które nie szczędziło mu wszelakich szykan.
1 września 1960 roku ksiądz Aleksander otrzymał święcenia kapłańskie i odprawił swą mszę prymicyjną. Był wikarym kolejno w kilku kościołach pod Moskwą, ciągle tropiony przez KGB i prokuraturę. Dopiero "pieriestrojka" przyniosła mu ulgę i jednocześnie rozgłos medialny. Wygłaszał po 30 odczytów publicznych w miesiącu, zabierał głos w telewizji moskiewskiej, w grudniu 1989 roku awansował na proboszcza w swej parafii, więc ci, którzy nie zdążyli wsadzić go do więzienia, postanowili go sprzątnąć. Musiał przeczuwać, co się święci, gdyż kilkakrotnie żartował o nadchodzącym męczeństwie. Co też się stało. "Klątwa ludom, co własne mordują proroki" - napisał Adam Mickiewicz w głośnym wierszu "Do przyjaciół Moskali".

Antoni Zambrowski

Publicystyka Antoniego Zambrowskiego na ASME


Komentarz (0)

Czy Polska ma bać się Andrzeja Leppera, skrytego sparringpartnera Platformy Obywatelskiej - Łukasz Perzyna o mechanizmie kreacji Samoobrony przez prounijnych "liberałów" Wysłane sobota, 5, listopada 2005 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |






Czy Polska ma bać się Andrzeja Leppera, skrytego sparringpartnera Platformy Obywatelskiej - Łukasz Perzyna o mechanizmie kreacji Samoobrony przez prounijnych "liberałów" Wysłane sobota, 5, listopada 2005 przez Krzysztof Pawlak

"Rosjanie mają Wańkę-wstańkę, czyli lalkę zawsze wstającą łbem do góry, Francuzi - bilpoketa, a Polacy... A Polacy - mają Leppera. Niezależnie od tego, jak w sejmie się formowała koalicja, jaka była większość - Andrzej Lepper zostaje na początek marszałkiem, a później zgodnie z formuła Hitchcockowską - napięcie stale rośnie... Przed czterema laty trafnie ocenił, że dalsze pełnienie tej funkcji przyniesie mu więcej szkody niż pożytku, dlatego wdał się w karczemną awanturę z policjantami na targowisku. Teraz głosy PiS wyniosły go na opuszczony wtedy fortel wicemarszałka. Działacze PiS musieli się w ogniu rozpętanej przez PO histerii z tego kroku tłumaczyć" - Łukasz Perzyna, komentator i publicysta "Tygodnika Solidarność" oraz naszej witryny ASME opisuje zawiłości sejmowych kuluarów.

Czy Polska powinna bać się Leppera? Są gorsi - post(?)komuniści. Jednak to już w poprzedniej kadencji sejmu posłowie Platformy Obywatelskiej stworzyli formułę określającą Samoobronę jako "zbrojne ramię SLD". Charakterystyczne jest otoczenie Leppera: kiedy się widzi postaci takie jak poseł Borysiuk, związany z różnymi instytucjami wojskowymi, szkolony w Moskwie, poseł Rajmund Moric, były działacz OPZZ, to przychodzi na myśl, że coś więcej niż nić sympatii łączy Samoobronę z tym tradycyjnym, "ezeldowskim" lobby. I coś więcej niż interes objawiony w jednym czy drugim głosowaniu. Bez wątpienia akurat tam, gdzie były strategiczne interesy, gdzie były służby wojskowe, właśnie z wielkim hukiem rozwiązywane przez prokuratora Wassermanna, tam, gdzie już nie mogła sama PZPR-eria - tam pojawiała się Samoobrona.
Teraz cała ta lepperiada rozgrywająca się w sejmie jest w znacznej zasługą tych, którzy najgłośniej przeciwko obecności Andrzeja Leppera protestują. Chodzi oczywiście o Platformę. Parę lat temu do historii przeszły miana, jakimi obrzucały obie strony sporów politycznych: jedni mówili o "barbarzyńcach", drudzy - o "złodziejach". To wtedy Jan Maria Rokita zdecydował się na specyficzne pozycjonowanie polskiej sceny politycznej. Wzmocnił wtedy też swój wizerunek "człowieka, który wykluczył Leppera ze stanowiska wicemarszałka" Donald Tusk. Wtedy taki wizerunek SO był potrzebny Platformie jako straszak dla polskiej klasy średniej, jako m.in. ugrupowanie roszczeniowe. Lepper stał się królikiem doświadczalnym Rokity - tylko że ten królik zeżarł eksperymentatora - zauważa Łukasz Perzyna.

A dziś - mimo że PO i PiS mają tyle szabel w ławach sejmowych - będą mieli ten sam urobek po konfrontacyjnych wobec siebie głosowaniach - czyli po jednym wicemarszałku, podobnie jak Lepper...!

Nagranie trwa 12 minut i jest dostępne w Sieci do 18 XI 2005 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




Komentarz (0)

Trzy wymiary uroczystości Wszystkich Świętych - o. Jacek Salij OP, kazanie radiowe wygłoszone 1 listopada 2005 Wysłane piątek, 4, listopada 2005 przez Krzysztof Pawlak

W życie wieczne wierzymy naprawdę

Uroczystość Wszystkich Świętych stanowi publiczne świadectwo, że my, chrześcijanie, w życie wieczne wierzymy naprawdę. Już apostoł Paweł mówił: "Jeżeli tylko w tym życiu w Chrystusie nadzieję pokładamy, jesteśmy bardziej od wszystkich ludzi godni politowania" (1 Kor 15,19).
Już w początkach Kościoła właśnie wiara w życie wieczne była dla wierzących w Chrystusa źródłem siły i motywacji do znoszenia utrapień i prześladowań, jakie ich spotykały. Trwajcie przy Chrystusie również w prześladowaniach - zagrzewa wiernych apostoł Piotr. "Przez to wartość waszej wiary okaże się o wiele cenniejsza od zniszczalnego złota, które przecież próbuje się w ogniu". Jeżeli mimo utrapień wytrwacie przy Chrystusie, "ucieszycie się radością niewymowną i pełną chwały wtedy, gdy osiągniecie cel waszej wiary - zbawienie dusz" (1 P 1,6-9). Te słowa, że celem wiary jest zbawienie duszy, włóżmy głęboko w nasze serca.
Sam Pan Jezus obietnicę życia wiecznego głosił wyraźnie i bardzo często. "Nie gromadźcie sobie skarbów na ziemi. Gromadźcie sobie skarby w niebie, gdzie ani mól, ani rdza nie niszczą, i gdzie złodzieje nie włamują się i nie kradną" (Mt 6,19n). To jedno z wielu Jego pouczeń na ten temat. "Cieszcie się z tego, że wasze imiona zapisane są w niebie" (Łk 10,20). Słowa "albowiem wasza nagroda wielka jest w niebie" (Mt 5,12) oraz słowa podobne wiele razy pojawiają się na kartach Ewangelii. Natomiast w obliczu śmierci swojego przyjaciela, Łazarza, wypowiedział Pan Jezus pamiętne słowa: "Ja jestem zmartwychwstaniem i życiem. Kto we Mnie wierzy, choćby i umarł, żyć będzie. Każdy, kto żyje i wierzy we Mnie, nie umrze na wieki" (J 11,25).
Wiele też razy ostrzega nas Pan Jezus, że jeżeli się nie nawrócimy, do życia wiecznego nie wejdziemy. "Jeśli wasza sprawiedliwość nie będzie większa niż uczonych w Piśmie i faryzeuszów, nie wejdziecie do królestwa niebieskiego" (Mt 5,20). "Nie każdy, który Mi mówi: Panie, Panie!, wejdzie do królestwa niebieskiego, lecz ten, kto spełnia wolę mojego Ojca, który jest w niebie" (Mt 7,21).
Są ludzie, czasem są to nawet katolicy, którym trudno uwierzyć w życie wieczne. Wydaje im się ono jakieś nierealne i niemożliwe. Uroczystość Wszystkich Świętych jest dobrą okazją, żeby się zastanowić, skąd się to bierze: skąd się bierze ten opór przed uwierzeniem Panu Jezusowi, że On jest zmartwychwstaniem i życiem, i ma moc obdarzyć nas życiem wiecznym.
Pan Jezus powiedział kiedyś, że gdzie skarb twój, tam i serce twoje będzie. Żeby wierzyć w życie wieczne, trzeba nosić w swoim sercu chociaż trochę fascynacji Panem Bogiem, chociaż trochę tęsknoty za Bogiem i za tym, żeby On stał się dla mnie kimś naprawdę ukochanym. Trudno, żeby uwierzył w życie wieczne ktoś, dla kogo jedynym doświadczeniem modlitwy jest egocentryczna prośba w sprawach wyłącznie doczesnych.
Żeby wiara w życie wieczne stała się realnym wymiarem mojego życia, moje serce już teraz musi się wyrywać do uwielbiania Boga - do uwielbiania Boga nie tylko słowami, ale całym moim życiem. Żeby wiara w życie wieczne stała się realnym wymiarem mojego życia, muszę całym sercem pragnąć kochać mojego Boga, i to kochać Go coraz więcej.
Już tylko dla porządku dodajmy, że trudno, żeby na serio wierzył w życie wieczne ktoś, kto nie liczy się z Bożymi przykazaniami, kto w pogoni za bogactwem dopuszcza się niesprawiedliwości i w ogóle żyje tak, jakby Boga nie było. "Gdzie skarb twój, tak i serce twoje" - powiedział Pan Jezus. Jeżeli cały swój skarb umieściłeś w tym życiu doczesnym, nie dziw się, iż życie wieczne wydaje ci się czymś nierealnym.

Nasza łączność z tymi, którzy odeszli

Uroczystość Wszystkich Świętych daje nam dzisiaj wspaniałą okazję do odnowienia naszej wiary w życie wieczne. Miliony świateł, jakie na wszystkich cmentarzach zapłoną dzisiaj na grobach naszych bliskich, są przecież wyrazem naszego powszechnego przeświadczenia, że - jak to będziemy się modlić w jutrzejszej liturgii - "życie Twoich wiernych, o Panie, zmienia się, ale się nie kończy". Oby to była nie tylko nasza wspólna wiara, ale oby to była również osobista wiara każdego z nas. Oby rozświetlone dzisiaj cmentarze świadczyły również o wierze każdego z nas, kto będzie dzisiaj zapalał światła na grobach swoich bliskich - że śmierć nie musi być przepaścią, która gruntownie rozdziela żywych od umarłych, bo przecież każdy, kto wierzył w Chrystusa, mimo że umarł, nadal żyje.
Dzisiejsze święto nazywa się uroczystością Wszystkich Świętych, a to znaczy, że wielu, bardzo wielu tych, którzy od nas odeszli, są już bez reszty święci i przepełnieni Bogiem. Oni już osiągnęli pełny i nieprzemijalny sens swojego życia. Słyszeliśmy w dzisiejszym czytaniu z Apokalipsy, że tych świętych jest "wielki tłum, którego nikt nie może policzyć, z każdego narodu i wszystkich pokoleń, ludów i języków". Dziękując Bogu i uwielbiając Go za to, że tylu już ludzi obdarzył zbawieniem i uczynił swoimi przyjaciółmi na zawsze, na wieki wieków, tym więcej odnawiajmy w sobie nadzieję na nasze własne zbawienie i przypatrujmy się swojemu życiu, czy ono naprawdę jest pielgrzymowaniem do życia wiecznego. Jeżeli coś w naszym życiu trzeba poprawić, uczyńmy to już teraz, bo potem może być za późno. To by było straszne, gdyby ktoś z nas miał życia wiecznego nie osiągnąć.
Niezliczona rzesza świętych zawdzięcza swoje zbawienie Jezusowi Chrystusowi. Autor Apokalipsy powie w języku symbolicznym, że ten nie dający się zliczyć tłum świętych jest "odziany w białe szaty", a dlatego szaty świętych są białe, bo je "opłukali i wybielili we krwi Baranka" - tego Baranka Bożego, który gładzi grzechy świata, tego Ukochanego Baranka, który oddał za nas swoje życie, a po złożeniu do grobu zmartwychwstał.
Tak, uroczystość Wszystkich Świętych pozwala nam jeszcze raz uświadomić sobie, że gdyby nie Chrystus, gdyby nie Jego śmierć i zmartwychwstanie, nikt nie byłby zbawiony. Po to właśnie On umarł na krzyżu, żeby przyprowadzić do swojego Ojca niezliczony tłum zbawionych - żeby niezliczony tłum grzeszników uczynić Bożymi przyjaciółmi i świętymi.

Wszyscy jesteśmy powołani do świętości

Dlatego zwłaszcza w dniu dzisiejszym powinniśmy sobie przypomnieć, że my wszyscy - również ty i ja - jesteśmy wezwani do świętości. "Albowiem wolą Bożą jest wasze uświęcenie" - mówił apostoł Paweł (1 Tes 4,3). Już chrzest - jak przypominał zmarły w tym roku Jan Paweł II - "jest prawdziwym włączeniem w świętość Boga", dlatego nie wolno nam "się pogodzić z własną małością, zadowalać się minimalistyczną etyką i powierzchowną religijnością. Zadać katechumenowi pytanie: "Czy chcesz przyjąć chrzest?". znaczy zapytać go zarazem: Czy chcesz zostać świętym?". Słowa te napisał Jan Paweł II kilka lat temu w liście apostolskim "Novo millennio ineunte".
Co ma robić człowiek ochrzczony, żeby zostać świętym? Odpowiedź na to pytanie słyszeliśmy w dzisiejszej Ewangelii. "Błogosławieni ubodzy w duchu". Błogosławieni ci, dla których Bóg jest całym ich bogactwem, którzy całą swoją nadzieję złożyli w Panu Bogu.
"Błogosławieni, którzy się smucą" - którzy się smucą z tego powodu, że nie potrafią jeszcze kochać Boga całym sercem; błogosławieni, którzy się smucą, że w naszym świecie wciąż jeszcze tyle niepokoju, nienawiści, krzywdy, grzechu - którzy marzą o tym, ażeby bodaj jakiś promień Bożej obecności rozświetlił to, co w naszym świecie ciemne; którzy czynnie starają się przyczynić do tego, żeby na naszej ziemi było jaśniej i bardziej po Bożemu.
"Błogosławieni cisi" - błogosławieni ci, którzy uwierzyli w potęgę miłości, którzy uwierzyli, że wierność Bożym przykazaniom jest stokroć potężniejsza niż siła i przemoc. Błogosławieni, którzy wierzą, że ostatecznie zwycięży słaba prawda, a potężne kłamstwo będzie upokorzone.
"Błogosławieni, którzy łakną i pragną sprawiedliwości" - którzy naprawdę pragną, i naprawdę sprawiedliwości. Bo zarówno historia, jak i czasy współczesne pełne są niedobrych pragnień sprawiedliwości. Nie zapominajmy o tym, że zbrodniczą rewolucję bolszewicką przeprowadzili ludzie marzący o ustroju sprawiedliwości społecznej. Tak samo, jeśli dziś różni ludzie domagają się prawnej aprobaty dla aborcji, eutanazji czy związków homoseksualnych, to przecież nie dlatego, że chcą zła, ale dlatego, że postulaty te wydają się im słuszne. "Błogosławieni, którzy łakną i pragną sprawiedliwości" - prawdziwej, płynącej z Boga sprawiedliwości, a pragną jej w taki sposób, że aktywnie o nią zabiegają, a jeśli trzeba, to gotowi są cierpieć dla sprawiedliwości.
"Błogosławieni miłosierni" - miłosierni wobec własnej samotnej ciotki i miłosierni dla poczętego dziecka. Miłosierni również dla ludzi zagubionych, dotkniętych rozpaczą, dla ludzi kuszonych atrakcyjnymi modelami przejścia przez życie bezsensownie.
"Błogosławieni czystego serca". Błogosławieni ci, którzy rozróżniają między miłością czystą i brudną, którzy swoją męskość lub kobiecość przyjmują jako dar Boży i zadanie duchowe. Ci, którzy pracują nad swoją prostolinijnością i bezinteresownością. Ci, dla których słowa "nie opuszczę cię aż do śmierci" znaczą: "nie opuszczę cię aż do śmierci".
Właśnie ci, którzy napełnią się duchem błogosławieństw, Królestwo Boże posiądą i Boga oglądać będą. Niech dzisiejsza uroczystość, uroczystość Wszystkich Świętych, ożywia w każdym z nas pragnienie świętości, otwiera nas więcej na ducha błogosławieństw. Niech nas też napełnia dziękczynieniem Panu Bogu za to wszystko dobro, jakie otrzymaliśmy od tych, których groby dzisiaj będziemy nawiedzać. Niech nas napełnia radością prawda słów, jakie napisał kiedyś apostoł Paweł: "Nikt zaś z nas nie żyje dla siebie i nikt nie umiera dla siebie: jeżeli bowiem żyjemy, żyjemy dla Pana; jeżeli zaś umieramy, umieramy dla Pana. I w życiu więc i w śmierci należymy do Pana" (Rz 14,7). Amen.

Jacek Salij OP


Komentarz (0)

Feministki "polskiego regionu UE": kres życia na koszt podatników? Wysłane piątek, 4, listopada 2005 przez Krzysztof Pawlak

Poranek przyniósł spodziewaną od momentu sformowania rządu Kazimierza Marcinkiewicza wiadomość. Podzieliły się nią ze swoim odbiorcami m.in. serwisy WP, Onet:
"W nowym rządzie nie będzie pełnomocnika rządu ds. równego statusu kobiet i mężczyzn - zdecydowała Rada Ministrów, przyjmując rozporządzenie o zniesieniu tej instytucji. Minister Magdalena Środa otrzyma dymisję najprawdopodobniej w piątek. (...) Jak podkreślono w komunikacie Centrum Informacyjnego Rządu, decyzja ta ma związek ze zmianami wynikającymi z »Programu rządu na lata 2005-2009«. Rzecznik prasowy rządu Konrad Ciesiołkiewicz zapewnił, że zadania biura pełnomocniczki nadal będą realizowane przez rząd. »Kwestie równouprawnienia nie wymagają osobnego urzędu« - dodał. (...)".

Urząd pełnomocnika (pełnomocnicy?) ds. równego statusu kobiet został wprowadzone przez aparat urzędniczy post(?)komunistycznych zarządców "polskiego regionu UE" "w odpowiedzi na wymóg Unii Europejskiej". Wcześniej - m.in. przy rządzie Tadeusza Mazowieckiego czy Krzysztofa Bieleckiego istniały jedynie stanowiska ds. kobiet czy kobiet i rodziny. Nowa ekipa administracyjnych sanatorów RP uznała, że urząd wymaga likwidacji. To jaskółka pomyślnych zmian, których od lat oczekują Polacy w nadziei na odchudzenie rzeszy darmozjadów wiszących u klamki rozdawców pieniędzy zagarnianych przez aparat fiskalny. Można się spodziewać w najbliższych dniach ostrego ataku medialnych żandarmów poprawności politycznej na tę decyzję, z uzasadnieniem, że Polska zaczyna łamać ustalenia traktatu Anszlusu RP przez Związek Socjalistycznych Republik Europejskich, jak konserwatywni liberałowie określają UE. Wystarczającą odpowiedzią na taki zarzut jest zwrócenie uwagi, że bardziej prawdopodobna jest sytuacja, w której urzędnicy wywodzący się z polskiego społeczeństwa wiedzą lepiej (lub się im wydaje, że wiedzą, pozostając jednak w naturalnym zbliżeniu z mitami społecznymi) niż biurokraci z bujającej w oparach absurdu centrali socjalizmu europejskiego z Brukseli.
Decyzja o likwidacji tej potworkowatej narośli biurokratycznej cieszy też oczywiście z przyczyn bardziej przyziemnych - oznacza koniec wydatków podatników na utrzymywanie kilkunastu (konkretnie - 19 i pół etatu) stanowisk produkcji papierowych decyzji opatrzonych pieczątkami regulacji życia społecznego. Niestety - według informacji z likwidowanego urzędu - wydaje się, że pozostaną nietknięte funkcje wojewódzkich pełnomocniczek ds. równego statusu kobiet i mężczyzn, które nie są zaliczane do stanu zatrudnienia Urzędu Pełnomocnika (-cy) w hierarchii kadrowej i płac Kancelarii Prezesa Rady Ministrów. 16 urzędniczek, które łączą często tę funkcję z etatami w wojewódzkich wydziałach polityki socjalnej, w bezpośredni sposób też pozostają na utrzymaniu podatników. Zdarzają się też wyodrębnione etaty w ramach urzędów wojewódzkich, np. w przypadku Pełnomocniczki Wojewody Mazowieckiego ds. Równego Statusu Kobiet i Mężczyzn jest to jeden (niepełny) etat o koszcie miesięcznego utrzymania w wysokości 1100 zł (bez świadczeń obowiązkowych). Nie wydaje się to oczywiście zawrotną sumą, jednak działania podejmowane na zlecenie lub w kooperacji z byłymi szefowymi (Izabelą Jarugą-Nowacką, Magdaleną Środą) Urzędu Pełnomocnika ds. równego statusu... wliczane były w budżety urzędów administracji państwowej, dokładając swoje obciążenie do kosztów jej utrzymania, niezależnie od jakże ulubionego przez lewicowców wszelkiej maści legitymizowania funkcji opiekuńczej państwa. Podejmowane "prace", przypisywane były poszczególnym ministerstwom czy instytucjom i finansowane w ramach budżetów pozostających w dyspozycji ministrów, wojewodów czy tychże instytucji.

Urząd Pełnomocnika (-cy) od momentu utworzenia (koniec 2001 r.) dysponował rocznym budżetem w wysokości ok. 1.930.000 zł. Daje to na sumę prawie 100 tysięcy na głowę urzędnika (-czki) w Warszawie. Nie zazdrośćmy - w końcu to z pewnością była mordęga z tymi faksami, służbowymi autami, codziennym nadzorowaniem ważnych, równościowych akcji mających na celu likwidację jednego z niezliczonych przejawów niesprawiedliwości społecznej... Życie urzędnika (-czki) nie samymi różami wręczanymi "paniom w gabinetach" jest usłane! Zespół zatrudniony przez krajowe kierowniczki równania statusowego musiał się ciężko wysilać, by zapewnić szeroki dopływ środków finansowych z innych źródeł niż kieszenie tubylców. Do tej pory zdołał "spożytkować" poniżej 10 mln złotych, przydzielonych przez administrację unijną na różne programy; wśród nich są (były): "Kampania »Czas na kobiety!«", "Krajowy Program Działań na Rzecz Kobiet", "Przeciwdziałanie dyskryminacji (ze względu na wiek, rasę i pochodzenie etniczne oraz orientację seksualną)", "Przeciwdziałanie przemocy", "Kampania Społeczna »Przełam przemoc«", "Rynek pracy: »Integracja i reintegracja zawodowa kobiet«". Według przedstawicieli Urzędu Pełnomocnika - do wykorzystania w kolejnych latach, do 2009 r. miałoby być jeszcze 50 milionów złotych pochodzących z rozdzielnika unijnej biurokracji - która, jak wszyscy wiemy - obraca po prostu środkami pierwotnie należącymi do podatkodawców. Czytając na witrynie Urzędu Pełnomocnika (-cy) listę organizacji zasilonych różnymi kwotami w wyniku rozstrzygnięcia konkursu inicjatyw organizacji pozarządowych (stan z dn. 04.04.2005 r.), można natknąć się na znajome dla obserwatorów życia politykierskiego z lewej jego strony organizacje społeczne w nawiasach kwota dotacji), dla przykładu te najbardziej znane: Fundacja Rozwoju Demokracji Lokalnej (Warszawa) - projekt "Równa praca - równe możliwości - promowanie równości szans kobiet i mężczyzn na regionalnych rynkach pracy" (11.150 zł); Fundacja Ośrodek Informacji Środowisk Kobiecych OŚKa (Warszawa) - projekt "Ogólnopolska konferencja "Europa dla Kobiet" (10.000 zł); Kampania Przeciwko Homofobii (Warszawa) - projekt "Organizacja Krakowskich dni kultury gejowskiej i lesbijskiej 'Kultura dla Tolerancji' 2005" (11.961 zł); POLKA - Fundacja Odnawiania Znaczeń (Warszawa) - projekt dotyczący książki "Polka. Medium, cień, wyobrażenie - miejsce kobiet w ideach i wyobraźni w XX wieku" (12.000 zł) (projekt feministyczny - przyp. KP); Fundacja Centrum Praw Kobiet (Warszawa) (CPK jest sponsorowane przez Fundację Batorego - przyp. KP) - projekt "Co każdy funkcjonariusz policji powinien wiedzieć o przemocy wobec kobiet i dzieci w rodzinie" (7900 zł); Fundacja Ośrodek Informacji Środowisk Kobiecych OŚKa (Warszawa) - projekt "Ogólnopolska konferencja "Europa dla Kobiet": (10.000 zł); Liga Kobiet Polskich (Kościerzyna) - projekt "Dlaczego ja?" (8520 zł); Międzynarodowa Fundacja Kobiet (Łódź) (partner Fundacji Batorego - KP) - projekt "Bądźmy tolerancyjni, przełamujmy stereotypy" (7000 zł). Suma przydzielona 51 organizacjom w tym konkursie sięgnęła 499.914 zł.
Jednoczesne ogłoszenie likwidacji sejmowej komisji ds. równego statusu kobiet stanowi potwierdzenie początku zmiany myślenia społecznego przedstawicieli administracji wywodzących się z ugrupowania PiS, a może (miejmy nadzieję) znacznej części tzw. reprezentantów narodu rozpoczynających nową kadencję w Sejmie oraz jakości życia politycznego. Jak na formację określaną m.in. także i na naszych łamach od lat jako "Populizm i Socjalizm" jest to zaprzeczenie przyprawionej im "gęby medialnej", co cieszy w dwójnasób, wprowadzając jednocześnie cień dystansu do głoszonych przez PiS w toku kampanii przedwyborczej haseł o "solidaryzmie społecznym", kojarzonym z niesławnej pamięci pojęciami "sprawiedliwości społecznej" oraz "wyrównywania szans" kończącym się zawsze równaniem w dół. Jest to jedna z pierwszych decyzji nowej ekipy w kompleksie rządowym przy warszawskich Alejach Ujazdowskich, ale nie powinna być dla nikogo zaskoczeniem - stronnictwo Braci Kaczyńskich nie kryło swej niechęci do tego urzędu - twórczo rozwijającego sztuczny podział na kobiety i mężczyzn - już daleko wcześniej niż naszedł czas kampanii przedwyborczej.

I tylko jako szczególnego rodzaju komentarz, woniejący stęchłym zapaszkiem PRL właściwej oraz pozostałości po miazmatach międzynarodówek wszelakich, pozostanie przecudacznej urody apel-wezwanie do nowych władz uchwalone 17 X 2005 r. w czasie konferencji "13 kroków" dostępne na oryginalnej podstronie Urzędu Pełnomocnika (-cy):
"My, kobiety zebrane na konferencji »13 kroków do równości«, przedstawicielki organizacji kobiecych, pełnomocniczki i sołtyski, w związku z wyborem nowych władz ustawodawczych i wykonawczych, domagamy się od nich:
- Utrzymania lub wzmocnienia Biura Pełnomocnika ds. Równego Statusu Kobiet i Mężczyzn. (...)" i tak dalej...

Krzysztof Pawlak


Komentarz (1)

"GAZETA WYBORCZA" W ROLI TUBY MOCZARA - Antoni Zambrowski Wysłane czwartek, 3, listopada 2005 przez Krzysztof Pawlak

Na łamach "Gazety Wyborczej" z dnia 17 - 18 września 2005 roku ukazał się artykuł pt. "Ostatni partyzant" pióra historyka i dziennikarza Michała Wójcika. Opisuje on tragiczne dzieje żołnierza AK i powojennego podziemia antykomunistycznego, śp. Józefa Franczaka, zabitego w 1963 roku przez SB i ZOMO. Dla scharakteryzowania sytuacji w PRL w owym czasie pisze on na wstępie swego artykułu: "A w Polsce? Na całego trwa nasza mała stabilizacja. Rewelacyjny Zbigniew Pietrzykowski po raz czwarty zostaje mistrzem Europy w boksie, a Roman Zambrowski wylatuje z KC, co jest wyraźnym sygnałem, że okres błędów i wypaczeń jest już za nami". Pomijając prawdę o świetnym polskim pięściarzu Zbigniewie Pietrzykowskim, cała reszta - to bzdury wynikające z nieuctwa historycznego. Opublikowanie ich atoli na łamach "Gazety Wyborczej" przez świadomych prawdy historycznej redaktorów jest kolejnym skandalem. W ten sposób "Gazeta Wyborcza" staje się nie tylko tubą gen. Jaruzelskiego i Kiszczaka, ale i ich dawnego przyjaciela gen. Mieczysława Moczara alias Nikołaja Tichonowicza Diomki. To na jego polecenie prasa i inne środki przekazu przedstawiały w 1968 roku Romana Zambrowskiego jako stalinowskiego bankruta politycznego, przy pomocy zamieszek studenckich w marcu 1968 roku usiłującego powrócić do władzy i zająć miejsce tow. Wiesława. W rzeczywistości tzw. gomułkowska mała stabilizacja była okresem inicjowanych przez władze partyjne napięć społecznych, których symbolem mogą być kilkudniowe zamieszki w Nowej Hucie w obronie krzyża lub męczeńska śmierć wyniesionego ostatnio na ołtarze księdza Władysława Findysza, uwięzionego za działalność duszpasterską w duchu soborowej odnowy duchowej. Roman Zambrowski w roku 1963 nie "wyleciał z KC", lecz ustąpił w ślad za kilkoma innymi współpracownikami Gomułki (Jerzym Morawskim, Jerzym Albrechtem, Władysławem Matwinem) z kierownictwa partyjnego - z Biura Politycznego i sekretariatu KC w znak protestu przeciwko wyrzeczeniu się przez Gomułkę zapowiedzianego w Październiku 1956 programu reform demokratycznych, jako jedyny spośród nich nagłaśniając polityczne motywy swej dobrowolnej dymisji. Do moczarowej retoryki propagandowej należą też słowa o rzekomym zakończeniu wraz z dymisją Romana Zambrowskiego stalinowskiego - w domyśle - okresu błędów i wypaczeń. W Polsce ten okres zakończył się w roku 1956 wraz z dojściem do władzy Władysława Gomułki na październikowym VIII plenum KC PZPR. Roman Zambrowski brał czynny udział w torowaniu Gomułce drogi do władzy, stając się członkiem jego popaździernikowej ekipy. Z KC został usunięty dopiero po wygłoszeniu na XV plenum KC w marcu 1964 roku przemówienia zawierającego krytykę planu 5-letniego na lata 1965 - 1970. Uznane zostało ono za przemówienie opozycyjne, gdyż zawierało przestrogę, iż taki kształt planu pięcioletniego doprowadzi do konfliktu z klasą robotniczą, co sprawdziło się w postaci krwawego konfliktu na Wybrzeżu w grudniu 1970 roku. W marcu 1968 roku policyjni publicyści spod znaku Moczara lansowali tezy o "stalinowskich bankrutach" stojących za plecami studenckich wichrzycieli. By uprawdopodobnić tę tezę, osadzono mnie jako syna Romana Zambrowskiego w więzieniu, oskarżając bezpodstawnie o kierowanie studenckim Ruchem 8 marca u boku Jacka Kuronia, Karola Modzelewskiego i Adama Michnika.
Zdaję sobie sprawę, że red. Michał Wójcik może tego wszystkiego nie wiedzieć wskutek zmowy milczenia wokół Romana Zambrowskiego, stąd takie bzdury na wstępie jego cennego artykułu o bohaterskim żołnierzu zbrojnego podziemia po-AKowskiego. Wiedzą atoli to wszystko redaktorzy "Gazety Wyborczej", mimo to wolą brać udział w trwającej - jak widać do dnia dzisiejszego - moczarowej nagonce na Romana Zambrowskiego. I to obok eseju o haniebnych nagonkach pióra Adama Michnika...

Antoni Zambrowski

Publicystyka Antoniego Zambrowskiego na ASME


Komentarz (0)

Centrum im. Adama Smitha: OCENA ZGODNOŚCI WYNIKÓW SONDAŻY Z RZECZYWISTYMI WYNIKAMI WYBORÓW WRZESIEŃ - PAŹDZIERNIK 2005 Wysłane czwartek, 3, listopada 2005 przez Krzysztof Pawlak

"Centrum im. Adama Smitha, prezentuje w niniejszym dokumencie wyniki niezależnej ekspertyzy analizującej stopień wiarygodności sondaży poprzez porównanie ich wyników z rzeczywistymi wynikami wyborów. Jest to już druga nasza, tego typu publikacja - rok temu prezentowaliśmy podobną ocenę odnoszącą się do wyborów do Parlamentu Europejskiego, które odbyły się 13 czerwca 2004 roku.
Analizowane dane dotyczą następujących trzech głosowań: wybory do Sejmu z 25 września 2005, pierwsza tura wyborów prezydenckich z 9 października 2005 oraz druga tura wyborów prezydenckich z dnia 23 października 2005.
Dla każdego z głosowań opracowaliśmy ranking firm badawczych szeregując je od najdokładniejszej (pierwsze miejsce w rankingu) do najmniej dokładnej (ostatnie miejsce w rankingu).
Suma miejsc w tych rankingach posłużyła nam do zaprezentowania zbiorczego, podsumowującego wszystkie trzy głosowania, rankingu firm badawczych (...)".

Całość wyników analizy CAS jest zawarta w poniższych dokumentach do pobrania z naszego serwera: Plik RTF, Plik PDF.

Streszczamy poniżej wynik oceny CAS w kondensowanej formie:

Podobnie jak rok temu, przy okazji wyborów do "parlamentu UE", pierwsze miejsce w rankingu firm badawczych w związku z wynikami wyborów do Sejmu AD 2005 oraz I i II tury wyborów prezydenckich 2005 - zajęła Polska Grupa Badawcza - wspólne przedsięwzięcie firmy "Estymator" Badania Rynku i Opinii oraz Ośrodka Badań Wyborczych.
Uzyskała ona najmniejsze odchylenie (różnicę) swoich prognoz od wyników rzeczywistych, w wyborach do Sejmu RP ex aequo z CBOS, w wyborach do urzędu Prezydenta RP (I tura) - liderem była firma PBS, miejsce drugie ex aequo - CBOS, GfK, miejsce trzecie ex aequo - OBOP i PGB; II tura - lider: PGB, miejsce drugie ex aequo - PBS, GfK, miejsce trzecie - OBOP, miejsce czwarte - CBOS.


Komentarz (4)

Legitymacja władzy - prof. Jerzy Przystawa Wysłane czwartek, 3, listopada 2005 przez Krzysztof Pawlak

Przeciwnicy brytyjskiego systemu wyborczego (First-Past-The-Post) utrzymują, że system ten jest niesprawiedliwy i niereprezentatywny, ponieważ, jakoby, w systemie jednomandatowych okręgów wyborczych nadreprezentowana jest mniejszość, a większość po prostu reprezentacji nie ma. Lech Kaczyński, ustosunkowując się do propozycji Donalda Tuska, żeby PiS przyjął postulat JOW (TV POLSAT, 26 września 2005), odpowiedział: "Po pierwsze, każdy poseł jest przedstawicielem całej RP, a nie okręgu wielkości nieco mniejszej od powiatu. Bałbym się tego rodzaju mechanizmu. Po drugie, jest to mechanizm związany z tym, że przy okręgach jednomandatowych (tu najlepszym przykładem jest Wielka Brytania) partia, która dzisiaj jest wielkości PO (jeżeli chodzi o poparcie), czyli potężna i bardzo liberalna, nie ma nic do powiedzenia. To jest groźba tego rodzaju, że bardzo poważne siły polityczne, które mają jednak równe i wysokie poparcie w całym kraju, mogą nie mieć nic do powiedzenia. Jest jeszcze trzecia sprawa, związana z tym, że lokalne układy są bardzo istotne. Polska ta lokalna jest bardzo ważna, ale najważniejsza jest Polska jako całość. Sejm w 1790 roku, sejm I RP uznał, że każdy poseł jest reprezentantem całej Rzeczypospolitej".

Ta wypowiedź prezydenta-elekta odsłania szereg interesujących aspektów tego problemu. Po pierwsze: porównanie sytuacji w Wielkiej Brytanii z sytuacją wyborczą w Polsce. Jak wiadomo w W. Brytanii, w wyborach tegorocznych, zwyciężyła Partia Pracy, zdobywając 356 mandatów, co stanowi bezwzględną większość i partia ta, już na drugi dzień po wyborach utworzyła rząd. W Polsce, jak widzimy, rząd tworzy samodzielnie partia, która ma zaledwie 155 posłów, a więc zaledwie 1/3 Sejmu i rząd ten rodzi się w ciężkich bólach, i nie ma wcale pewności, że przetrwa nawet pierwsze głosowanie. Jaki tu może być powód do zadowolenia i stawiania tej sytuacji jako dobrego kontrprzykładu wobec Wielkiej Brytanii?

Jeszcze ciekawiej przedstawia się sprawa reprezentacji. Kogo reprezentują posłowie Rzeczypospolitej? A nawet - kogo reprezentuje cały Sejm RP?

W Wielkiej Brytanii nie ma mowy, żeby mandat poselski zdobył kandydat, którego poparło mniej niż ok. 20 tysięcy wyborców w jednym, niewielkim okręgu. W Polsce, w dniu wyborów było 30 milionów 229 tysięcy uprawnionych do głosowania. Do urn poszło 12 milionów 263 tysiące, a więc 40,6%. Jeśli te liczby podzielimy przez 460 posłów, to jeden poseł wypada na 65.715 wyborców, natomiast na 26.660 tych którzy poszli głosować. Liczby te nie wiele się różnią od tych dla Zjednoczonego Królestwa. Inaczej jednak sprawa się przedstawia, gdy popatrzymy, ile naprawdę głosów zdobyli nasi posłowie?

Odpowiedź wymaga trochę pracy. Otóż jeśli zsumujemy wszystkie głosy oddane w tych wyborach na wszystkich 460 posłów, to otrzymamy liczbę 5.271.861. Liczba ta stanowi 17,4% wszystkich uprawnionych obywateli, natomiast niecałe 43% tych, którzy "wykonali swój obywatelski obowiązek" i poszli głosować!

Warto zastanowić się przez chwilę nad wymową tych liczb. 82,6% obywateli polskich nie ma w Sejmie posła, na którego chcieliby głosować. Ale przyjmijmy, zgodnie z tym, co nam wmawiają autorytety moralne, że ci, co nie chodzą głosować sami, są sobie winni, nie są prawdziwymi obywatelami, kto nie głosuje - nie ma nic do gadania. Okazuje się jednak, że większość z tych, co zadali sobie ten trud – bo aż 57% - też nie znajduje w Sejmie ludzi, na których głosowali! Jak to jest z tą "reprezentatywnością Sejmu"? Czy faktycznie Sejm, na który oddała głos mniej niż 1/5 (17,4%) polskich wyborców, posiada prawdziwą legitymację do ustanawiania prawa? Do sprawowania rządów? Czy jeśli zdecydowana większość (3 miliony w stosunku do 2,2 mln) "odeszła z kwitkiem", bo ich wybrańcy nie dostali się do Sejmu, ma motywację do uczestniczenia w dalszych wyborach? Ponieważ nie jest to sytuacja nowa: ona się powtarza z wyborów na wybory, ludzie tego nie wiedzą, bo nikt nie analizuje szczegółowo wyników wyborów, ALE CZUJĄ, że jest tu coś nie w porządku, czują, że mają do czynienia z tym, co tygodnik „Wprost” określił jako "oszustwo demokratyczne" („Wprost” z 9 października 2005).

Jeszcze gorzej przedstawia się sprawa, kiedy odejdziemy od danych "globalnych" – dotyczących całego Sejmu, a zajmiemy się poszczególnymi posłami. Kogo reprezentują nasi posłowie?

Jak powiedzieliśmy wyżej, na jednego posła wypada w Polsce 65.715 wyborców. Zaledwie SZEŚCIU posłów w obecnym Sejmie przekroczyło tę normę przedstawicielską. Są to: Jarosław Kaczyński (171.119 PiS), Hanna Gronkiewicz-Waltz (137.280 PO), Zbigniew Ziobro (120.188 PiS), Donald Tusk (79.237 PO), Bogdan Zdrojewski (73.959 PO) i Jan Rokita (72.145 PO).

Tylko 23 posłów przekroczyło tę drugą normę, 26.660, jaka wynika z podzielenia liczby głosujących przez 460. Zaledwie 163 na 460 uzyskało więcej niż 10 tysięcy głosów poparcia. 240 mieści się w przedziale od 5-10 tysięcy głosów poparcia, a 57 nie uzyskało nawet 5 tysięcy głosów. Jeden okręg wyborczy w Polsce zamieszkuje średnio ok. 737 tysięcy wyborców. Z tego wynika, że prawie 2/3 posłów w Sejmie nie reprezentuje nawet 1% (jednego na stu!) wyborców z ich okręgów wyborczych!

Dopiero porównanie tych ostatnich liczb daje nam pojęcie o tym, czym różni się poseł w Wielkiej Brytanii od posła w Polsce. W Wielkiej Brytanii KAŻDY poseł zdobył ok. połowy głosów wyborców jego okręgu – w Polsce zaledwie 23 posłów – w ogromnych okręgach wyborczych, dziesięciokrotnie większych od brytyjskich – uzyskał porównywalną liczbę głosów, a ogromna większość, 2/3, nie uzyskała poparcia więcej niż 1 na 100 wyborców w jego okręgu wyborczym! Gdyby w Polsce obowiązywały takie standardy demokratyczne, jakie obowiązują w Wielkiej Brytanii, Kanadzie, USA czy w Indiach, to ponad 2/3 naszych posłów nie miałoby nawet cienia szansy na znalezienie się w parlamencie!

Kogo reprezentuje polski Sejm? Czy taki Sejm, taka władza, ma rzeczywiście autentyczną legitymację do stanowienia prawa i sprawowania władzy? Czy też mamy raczej do czynienia z "oszustwem demokratycznym"? Kiedy obserwujemy teatr polityczny ostatnich tygodni, kiedy widzimy kłopoty z wyłonieniem rządu i znalezieniem "legitymacji" dla jednopartyjnych rządów PiS-u, powinniśmy zdać sobie sprawę, że są to wszystko pochodne tego oszustwa wyborczego. Ludźmi, którzy nie mają poparcia nawet jednego procenta wyborców, łatwo manipulować i łatwo tworzyć z nich najprzeróżniejsze "koalicje". Jesteśmy tego świadkami i to będzie trwało nadal - i nie skończy się na udzieleniu wotum zaufania dla nowego rządu, czy nie udzieleniu takiego wotum. Ten proces erozji demokracji w Polsce będzie trwał. Będzie trwał tak długo, aż zrozumiemy, że ten oszukańczy system wyborczy należy odrzucić i dać wreszcie Polsce szansę na demokrację autentyczną, która dopiero potrafi wyłonić władzę z autentyczną legitymacją obywatelską.

Jerzy Przystawa

  • Prof. Jerzy Przystawa był w kadencji 1990 - 1998 radnym rady miejskiej Wrocławia, startował w wyborach do Senatu Rzeczypospolitej Polskiej przeprowadzonych w dniu 21 września 1997 r.
    Od kilkunastu lat jest jednym z liderów Ruchu Obywatelskiego na rzecz JOW.

    Publicystyka prof. Jerzego Przystawy na ASME.

    Witryna ASME Antysocjalistycznego Mazowsza jest najstarszym serwisem w Sieci - oprócz witryny tematycznej JOW - propagującym ideę JOW

    Komunistyczna wierchuszka bezkarna? - TADEUSZ M. PŁUŻAŃSKI Wysłane środa, 2, listopada 2005 przez Krzysztof Pawlak

    Jak się mają dziś PRL-owscy dygnitarze z wojskowo-agenturalną przeszłością? Podrzędni ubole i "oficerowie" Informacji Wojskowej są skazywani za swoje przestępstwa (symboliczne kary), ale ich mocodawcy mogą spać spokojnie. Tak jest w przypadku trzech generałów - Jaruzelskiego, Kiszczaka i Milewskiego. Ich procesy trwają już kilkanaście lat i nic nie wskazuje na to, aby miały się szybko zakończyć.

    Pod koniec września gen. Jaruzelski znów zeznawał przed katowickim sądem jako świadek (nie oskarżony!) w sprawie pacyfikacji kopalń "Wujek" i "Manifest Lipcowy" w grudniu 1981 r. Oskarżonych jest 17 funkcjonariuszy (16 byłych zomowców i były wiceszef KW MO w Katowicach). Proces toczy się już po raz trzeci, gdyż dwa pierwsze wyroki uchylał sąd apelacyjny.
    Podczas ostatniego przesłuchania Jaruzelski zeznał, że o tragedii w kopalni dowiedział się post factum, od gen. Kiszczaka podczas posiedzenia tzw. dyrektoriatu (przedstawiciele rządu, KC PZPR, MSW i wojska) i wiadomość ta była dla niego szokiem. Po raz kolejny podważył ustalenia prokuratury, że do górników strzelał (bezpośrednio, żeby zabić) pluton specjalny ZOMO. Gdyby tak było, ofiar byłoby znacznie więcej, ale strzelano z pewnością w obronie własnej, w powietrze, a ofiary były przypadkowe. Jaruzelski, również po raz kolejny, wyraził żal wobec rodzin zamordowanych górników, ale rodziny, po raz kolejny, jakoś mało się żalem generała przejęły.
    Przeciwko Jaruzelskiemu toczy się jeszcze jedna sprawa - o decyzję, która m.in. umożliwiła masakrę w śląskich kopalniach, czyli o wprowadzenie stanu wojennego. Postawienia przed sądem ówczesnego szefa rządu, I sekretarza PZPR i szefa Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego nie wyklucza katowicki Instytut Pamięci Narodowej. To właśnie WRON wydała Radzie Państwa polecenie podpisania dekretu o wprowadzeniu stanu wojennego. Jeśli prokuratorzy udowodnią, że Jaruzelski przekroczył przysługujące mu uprawnienia, które wynikały z konstytucji PRL, będzie oznaczało to, że popełnił przestępstwo, kwalifikowane jako zbrodnia komunistyczna. Dla pięciu członków Rady Państwa akty oskarżenia są już gotowe. Dla Jaruzelskiego jeszcze nie, gdyż generał skutecznie - jak do tej pory - zasłania się zagrożeniem interwencją sowiecką. Dzieje się tak mimo, iż historycy już dawno ustalili, że generalska wersja wydarzeń jest nieprawdziwa. Czym innym jest jednak wiedza historyczna, czym innym prawniczy paragraf.

    MARTWY PRECEDENS

    Z kolei kolega gen. Jaruzelskiego, gen. Kiszczak odpowiada za przyczynienie się do śmierci dziewięciu górników w kopalni "Wujek" i ciężkiego zranienia 25-ciu w kopalni "Manifest Lipcowy". W marcu ub.r. Sąd Okręgowy w Warszawie wydał precedensowy wyrok (pierwszy raz w III RP komunistyczny dygnitarz został skazany) i wymierzył mu karę czterech lat więzienia (na mocy jakiejś dziwnej amnestii karę zmniejszono o połowę). Sąd uznał tym samym znaczenie tajnego szyfrogramu ZW-I-01486/81, w którym szef MSW - bez żadnej podstawy prawnej - "przekazał swoje uprawnienia w zakresie decyzji o użyciu broni palnej dowódcom oddziałów i pododdziałów MO".
    Precedensowy wyrok okazał się jednak martwy. Kiszczak - oczywiście - odwołał się i sprawa wróciła do ponownego rozpatrzenia. Jaka była podstawa prawna? Sędziowie uznali, że skoro czyn zarzucany generałowi może być traktowany jako zbrodnia komunistyczna, to w myśl ustawy o Instytucie Pamięci Narodowej sprawą tą powinien się zająć pion śledczy IPN. W przeciwnym razie prokuratura powinna ją umorzyć z uwagi na przedawnienie.
    Katowicka prokuratura złożyła jednak zażalenie na tę decyzję do Sądu Apelacyjnego w Warszawie.
    - Kiedy prokuratura prowadziła śledztwo w tej sprawie, nie było jeszcze IPN. Rozstrzygnięcie, czy jest to zbrodnia komunistyczna, czy nie, powinno zapaść przed sądem - powiedział prokurator Tomasz Tadla.
    We wrześniu br. (podobnie, jak Jaruzelski) Kiszczak znów stanął przed sądem. Powtórzył, że nie wyraził zgody na użycie broni w czasie pacyfikacji "Wujka", a jego szyfrogram jest bez znaczenia, gdyż... nie powoływał się na niego żaden funkcjonariusz. Kiszczak twierdził, że 16 grudnia 1981 r., w dniu masakry, rozmawiał telefonicznie z komendantem wojewódzkim milicji w Katowicach, płk. Jerzym Grubą, który informował o dramatycznej sytuacji w kopalni: "Dopiero wówczas dowiedziałem się, że istnieje taka kopalnia, jak kopalnia »Wujek«, że jest pacyfikowana, że są ranni milicjanci i że proszą o zgodę na użycie broni" - mówił Kiszczak. Z kolei o rannych w kopalni "Manifest Lipcowy" dowiedział się dopiero po akcji w "Wujku".

    PROWOKACJĄ W KISZCZAKA

    Mimo nalegań Gruby Kiszczak stanowczo zabronił użycia broni, a do tego polecił wycofać z terenu kopalni milicję i wojsko. Grubie odmówił także wiceszef MSW, gen. Władysław Ciastoń.
    Godzinę później Gruba znów zadzwonił do Kiszczaka i powiedział, że w kopalni są zabici i ranni. Już po pacyfikacji Gruba zapewniał Kiszczaka, że sam zgody na strzelanie nie wydał, ale - jak się teraz okazuje - Kiszczak mu nie uwierzył. Dziś generał przyznaje, że choć decyzja o odblokowaniu strajkujących w stanie wojennym zakładów zapadła na szczeblu centralnym, to prowadzenie konkretnych operacji należało do struktur wojewódzkich milicji. Bezpośrednio Gruby jednak nie obwinia.
    A zatem, jeśli nie Gruba, kto zadecydował o strzelaniu do górników? Kiszczak nie wyklucza "prowokacji służb specjalnych państw ościennych" lub przeciwnych mu polskich towarzyszy: "Do października 1984 roku myślałem, że panuję nad wszystkimi podległymi mi służbami. Kiedy jednak doszło do porwania i zabójstwa ks. Jerzego Popiełuszki przez SB, zorientowałem się, że są w ten sposób m.in. przeciwko mnie podejmowane prowokacje. Nie wykluczam, że takie sytuacje miały miejsce wcześniej. Nie wykluczam, że taka sytuacja miała miejsce w kopalni »Wujek«" - powiedział Kiszczak.
    A kto strzelał? Kiszczak nie wie, ale kiedyś słyszał, że mógł to zrobić Pluton Specjalny ZOMO, oczywiście w obronie własnej (taką samą wersję przedstawia Jaruzelski). A zatem, ofiary są, ale winnych cały czas brak.

    ODSUNIĘTY ZA NADMIAR PRACY

    Podobne kłopoty są z gen. Mirosławem Milewskim. Równo rok temu historyk prof. Andrzej Paczkowski ujawnił notatkę tow. Wiesława Górnickiego z narady w Urzędzie Rady Ministrów (25 października 1984 r.), która wskazuje na gen. Milewskiego jako na inspiratora porwania i zabójstwa księdza Jerzego Popiełuszki. Na tych łamach pisaliśmy już, że informacja ta nie była "trzęsieniem ziemi", jak tego chciał gen. Jaruzelski i większość "polskich" mediów, ale raczej próbą odwrócenia uwagi od prawdziwych sprawców zbrodni. Historycy IPN nie uznali notatki za dowód przeciwko Milewskiemu, ale za poszlakę, potwierdzającą tylko jedną z hipotez. Dr Jan Żaryn: - Jest bardzo prawdopodobne, że i generał Jaruzelski, i generał Kiszczak byli doskonale poinformowani o przebiegu całej operacji. Pozostaje tylko pytanie, czy zbrodnia była zaplanowana w 100 proc. i czy miała się zakończyć tak, jak się zakończyła, czyli śmiercią księdza Popiełuszki.
    Dla prokuratora Andrzeja Witkowskiego notatka nie jest zaskoczeniem: - Tego rodzaju wersja była już uwzględniona i zweryfikowana w toku śledztwa prowadzonego jeszcze w 1991 r. Wówczas Witkowski chciał objąć zarzutami nie gen. Milewskiego - ale gen. Jaruzelskiego i Kiszczaka i... został nagle odsunięty od sprawy. Do śledztwa wrócił po 10 latach, w 2001 r. jako prokurator lubelskiego IPN. W wywiadzie zamieszczonym w "Biuletynie IPN" (styczeń 2003 r.) ujawnił inną notatkę, znalezioną w dokumentach Urzędu ds. Wyznań z sierpnia 1984 r., w której Jaruzelski polecił "wzmóc działania wobec ks. Popiełuszki". Efekt był taki, że Witkowskiego znów odsunięto od śledztwa. Szef pionu śledczego IPN, prof. Witold Kulesza utrzymuje, że Witkowski miał po prostu za dużo pracy.
    Pytany o notatkę Górnickiego, Milewski odpowiadał: "Mówię uczciwie i szczerze - ja nigdy nikogo nie zabiłem, nigdy. Mimo że były nawet ciężkie sytuacje, że trzeba było strzelać".

    "CIĘŻKIE SYTUACJE" GENERAŁA

    Owe "ciężkie sytuacje" Mirosława Milewskiego rozpoczęły się w 1944 r., kiedy jako 16-letni chłopak (urodził się w 1928 r. w Lipsku nad Biebrzą; po drugiej stronie rzeki, nieopodal Suchowoli, przyszedł na świat ks. Jerzy Popiełuszko) rozpoczął pracę w bezpiece, najpierw w PUBP w Augustowie. Jako funkcjonariusz WUBP w Białymstoku w marcu 1947 r., w Miłkach koło Giżycka, Milewski aresztował żołnierza Armii Krajowej Czesława Burzyńskiego i wydał go NKWD. W areszcie NKWD w Mińsku Burzyński był sądzony za działalność przeciwko Związkowi Sowieckiemu, zdradę... sowieckiego państwa i... nielegalne przekroczenie granicy, co było zarzutem najbardziej absurdalnym. Burzyńskiego skazano początkowo na karę śmierci, zamienioną następnie na 20 lat "zesłania do robót katorżniczych". Po śmierci Stalina, w 1954 r. napisał skargę, informując o swoim bezpodstawnym aresztowaniu i skazaniu. Sowieci wypuścili go na wolność dopiero w 1957 r. (po 11 latach ciężkich robót w kopalni węgla w Workucie stracił zdrowie, wzrok). Rok później jego prześladowca Mirosław Milewski pracował już w centrali MSW.
    Z oskarżenia Burzyńskiego, przed Sądem Rejonowym w Giżycku, toczy się proces Milewskiego. Kilka lat temu prokurator stwierdził bowiem, że Milewski, aresztując Burzyńskiego, dopuścił się czynu bezprawnego (żołnierze podziemia niepodległościowego podlegali wówczas amnestii z 22 lutego 1947 r.), związanego "ze szczególnym udręczeniem wobec wydania pokrzywdzonego władzom obcego państwa". Aresztowanego dręczono również psychicznie i fizycznie.
    Po czterech latach procesu (1998 - 2001) sąd orzekł: "Oskarżony współpracował z NKWD. Dowodom trudno zaprzeczyć", ale w sprawie Burzyńskiego uniewinnił Milewskiego (tu dowody okazały się niewystarczające; sędziowie nie mogli ustalić, czy ówczesny Milewski to dzisiejszy Milewski).
    Po odwołaniu prokuratora sprawa została uzupełniona, m.in. o zeznania nowych świadków. W końcu postępowanie przejął Instytut Pamięci Narodowej. W lutym 2004 r. pion śledczy IPN w Białymstoku skierował do giżyckiego sądu ponowny akt oskarżenia przeciwko generałowi. Milewskiemu grozi do dziesięciu lat więzienia. Tego kolejnego procesu swojego prześladowcy Burzyński nie dożył, zmarł dwa lata temu.

    ZMIECIONY PRZEZ "ŻELAZO"

    Od 1958 r. Milewski był zatrudniony w centrali MSW jako wicedyrektor, potem dyrektor departamentu. Między październikiem 1980 r. a lipcem 1981 r. w "imieniu klasy robotniczej" (z wykształcenia był inżynierem-rolnikiem) sprawował funkcję ministra spraw wewnętrznych (zastąpił go Kiszczak). Resortem faktycznie kierował już wcześniej - od początku lat 70. W książce "bohatera PRL", czczonego także w III RP - Edwarda Gierka "Przerwana Dekada" czytamy o ówczesnym szefie SW Stanisławie Kowalczyku: "Stał się on tylko malowanym ministrem, któremu się tylko wydawało, że pełni tę funkcję. Resortem zaczął rządzić Milewski, on też dawał Kowalczykowi tylko te informacje, które miały trafić na jego ręce".
    Karierę polityczną Milewski zaczynał w PPR, by później - naturalną koleją rzeczy takich osobników - znaleźć się w PZPR. W latach 1980-85 był członkiem Biura Politycznego, a od lipca 1981 r. do maja 1985 r. sekretarzem KC. Odpowiadał za milicję. Generałem brygady MO został w 1971 r., a generałem dywizji w 1979 r.
    Milewski był bez wątpienia jedną z najbardziej wpływowych osób w komunistycznym państwie. Jego nazwisko pojawia się nie tylko w kontekście zabójstwa księdza Popiełuszki, ale również Grzegorza Przemyka, wprowadzenia stanu wojennego (optował za twardą rozprawą z "Solidarnością"; w tej sprawie zeznawał w III RP w charakterze świadka przed komisją odpowiedzialności konstytucyjnej) i afery "Żelazo", ujawnionej niedługo przed śmiercią kapelana "Solidarności". Przypomnijmy, że afera ta dotyczyła zrabowania przez politycznych gangsterów (funkcjonariuszy wywiadu PRL-owskiego, kierowanego przez Milewskiego) i zawodowych gangsterów ze świata przestępczego w latach 60. i 70. dużych ilości złota i kamieni szlachetnych z "imperialistycznego" wówczas Zachodu. Towarzyszyły temu napady i morderstwa. Właśnie pod pretekstem "Żelaza", w połowie 1985 r., gen. Milewskiego usunął z partii gen. Jaruzelski (w ramach rozgrywek na szczytach władzy; do dziś panowie nie przepadają za sobą, a Jaruzelski nie waha się mówić o Milewskim w kontekście śmierci ks. Jerzego). W 1990 r. Milewskiemu i sześciu innym osobom (gangsterom z obu grup) zarzucono korupcję na wielką skalę przez przyjmowanie korzyści majątkowych. Dokumenty w tej sprawie zostały jednak zniszczone (przez pogrobowców PRL), a śledztwo - z powodu przedawnienia - umorzone (przez prokuratora III RP). Zaiste owo przedawnienie jest cudownym rozwiązaniem dla różnej maści gangsterów.
    I jeszcze jeden fakt z życia Milewskiego. W 1980 r. zawiózł do Moskwy szefowi KGB Andropowowi listę osób przewidzianych do internowania po wprowadzeniu stanu wojennego.
    Dlaczego Mirosław Milewski odpowiada tylko za jedną sprawę i to najbardziej odległą - sprzed pół wieku? Po pierwsze - znaleźli się świadkowie, którzy chcieli zeznawać. Po drugie - zachowały się akta. Może ktoś uznał, że nie są takie ważne, bo kto będzie sięgał 50 lat wstecz, kiedy główne funkcje Milewski pełnił w latach 80.? A może po prostu najwygodniej było oskarżyć generała MSW "tylko" o wsadzenie za kraty żołnierza AK, co w porównaniu z jego późniejszą działalnością może wydawać się błahostką.

    CHOROBY LOKOMOCYJNE
    I ZABURZENIA PAMIĘCI


    Ponowny proces Milewskiego przed Sądem Rejonowym w Giżycku nie rozpoczął się 30 września ub.r., z powodu wielu chorób oskarżonego. Dopiero po pół roku, w marcu br. sąd doszedł do wniosku, że choroby nie są takie straszne i Milewski może przyjeżdżać z Warszawy (gdzie mieszka) i zeznawać. Proces miał ruszyć jeszcze na wiosnę (sędzia mówił, że termin ten byłby najdogodniejszy dla świadków, w większości mieszkańców okolic Augustowa, którzy są starzy i schorowani, i dotarcie na rozprawy w zimie było by dla nich dużym problemem), ale, rzecz jasna, nic z tego nie wyszło. Obrońca generała, mecenas Jakub Śmietanko, zawiadomił sąd, że nie mógł dotrzeć do sądu, gdyż... zepsuł mu się samochód.
    Następny termin - wrzesień 2005 r. Tym razem do sądu zwolnienie lekarskie przesłała córka Milewskiego, która przedstawiła się jako jedyna opiekunka ojca i według jego zapewnień tylko ona mogła go dowieźć na rozprawę. Sąd uznał niestawienie się oskarżonego za usprawiedliwione i nakazał mu stawić się w giżyckim sądzie 13 października.
    Radosław Ignatiew, prokurator Oddziałowej Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu (badając sprawę Jedwabnego, nie bał się przyznać, że mord inspirowali Niemcy), który jest oskarżycielem w procesie, oburzał się na odraczanie procesu z powodów wskazywanych tylko przez jedną stronę - stronę oskarżaną. Ignatiew stwierdził, że następnym razem, aby nie przedłużać procedury, "będzie odpowiednio reagował, wykorzystując w tym celu istniejące możliwości kodeksowe".
    13 października. Przełom w sprawie. Prokurator Ignatiew nie musiał reagować. Milewski przyjechał na rozprawę, a do tego przyznał: - Brałem udział w aresztowaniu żołnierza AK i przekazałem go do siedziby UB w Białymstoku.
    Oświadczeniem tak zaskoczył swojego adwokata, że ten stwierdził tylko, iż generał ma zaburzenia pamięci i odmówił jego dalszej obrony. Rozprawę przerwano bezterminowo, a oskarżony ma trzy tygodnie na znalezienie nowego adwokata.

    TADEUSZ M. PŁUŻAŃSKI

    Publicystyka Tadeusza M. Płużańskiego na ASME.


    Komentarz (0)

    Głosujący w poprzedniej ankiecie ASME wybrali realny wariant rządu PiS: samodzielne tworzenie gabinetu Wysłane środa, 2, listopada 2005 przez Krzysztof Pawlak

    Skończyliśmy zbieranie głosów do poprzedniej ankiety ASME dotyczącej możliwości powołania rządu zdominowanego przez ugrupowanie PiS. W pierwszych dniach wyrażali Państwo jeszcze nadzieję (większość głosów na I pozycję) na utworzenie koalicji PiS-PO, choć opcja koalicji PiS-LPR-PSL-Samoobrona też uzyskiwała sporo poparcia. Dopiero w minionym tygodniu, kiedy już stały się jasne zamierzenia "szalupy ratunkowej UW" o chęci zagarnięcia przez Platformę Obywatelską resortów strategicznych: MSWiA oraz MS - zaczęła zwyciężać opcja rządu samodzielnego, mniejszościowego, uzyskując poparcie ponad 40%. I tak już pozostało:



    Zapraszamy Państwa do oddawania głosów w nowej ankiecie ASME, w której będzie można wyrazić oczekiwania dotyczące polityki całego obozu "sanatorów" z ugrupowania PiS: na czym powinni się skupić w najbliższych miesiącach politycy i eksperci premiera Kazimierza Marcinkiewicza oraz prezydenta-elekta RP Lecha Kaczyńskiego. Ankieta jest dostępna na stronie głównej Antysocjalistycznego Mazowsza.

    Komentarz (0)

    Melodyję zmącam - Stanisław Michalkiewicz Wysłane środa, 2, listopada 2005 przez Krzysztof Pawlak

    No, to już "po harapie". Kolejnym prezydentem Polski został Lech Kaczyński, wygrywając z Donaldem Tuskiem przewagą prawie 10 procent głosów. Trzeba to podkreślić w sytuacji, gdy wszystkie sondażownie jeszcze na tydzień przed wyborami przewidywały zwycięstwo Donalda Tuska, a co bardziej gorliwe - nawet z 10-procentową przewagą nad Lechem Kaczyńskim. Mamy zatem dwie możliwości: albo w tych sondażowniach siedzą matoły, albo skorumpowani konfidenci razwiedki. Braku profesjonalizmu oczywiście z góry wykluczyć nie można; na przykład podczas wieczoru wyborczego w TVN pani socjolog nie zauważyła słonia w menażerii, w postaci różnicy między województwem opolskim i podkarpackim. W woj. opolskim wysoko wygrał Donald Tusk, a w podkarpackim - Lech Kaczyński. Wśród różnych przyczyn pani profesor nie odważyła się wskazać na okoliczność, iż w Opolskiem jest najliczniejsza i najlepiej zorganizowana mniejszość niemiecka. Mimo to jednak wolę uprzejmie przypuścić, że chodzi raczej o agenturę i łajdactwo. Przypominam, że u schyłku PRL, na rozkaz gen. Jaruzelskiego "badaniem opinii publicznej" zajmował się płk Stanisław Kwiatkowski, który zorganizował te sondażownie pod kątem potrzeb razwiedki. W tegorocznych wyborach wyszło szydło z worka i najlepszym wyjściem z sytuacji byłoby rozpędzenie tego skorumpowanego towarzystwa, bo lepiej nie mieć żadnych informacji niż zafałszowane. Ja w każdym razie nie zleciłbym im żadnych badań, nawet za złotówkę i apeluję do wszystkich podatników, żeby oprotestowywali każdą próbę wyrzucania publicznych pieniędzy na tę agenturę.
    Wiadomość o wygranej Lecha Kaczyńskiego została przyjęta z wyraźnym rozczarowaniem i ledwie ukrywaną irytacją przez prawie wszystkie media, co było ukoronowaniem ich łajdackiej stronniczości, jaką wykazały się w tegorocznych wyborach. Potwierdza to podejrzenia, że - podobnie jak sondażownie - również media, zwłaszcza te bardziej wpływowe, naszpikowane są agenturą, niczym sztufada słoniną. Charakterystyczne jest również to, że - chyba po raz pierwszy od 1968 roku - opinia Salonu jest identyczna z opinią razwiedki. Wygląda na to, że dla potrzeb tych wyborów, w których stawką było przetrwanie układu "okrągłego stołu", nastąpiła pełna mobilizacja agentury również w Salonie. Rozczarowanie i irytację widać także w komentarzach prasy niemieckiej, która zarzuca nowemu prezydentowi "nacjonalizm". Widać, że nie tylko w Związku Sowieckim obowiązywał "internacjonał"; w UE też. Ten jednobrzmiący ton pudeł rezonansowych pokazuje, że nasza razwiedka dostroiła się już do niemieckiej. W tyle nie pozostaje również "Gazeta Wyborcza", piórem red. Pacewicza wyrażając oczekiwanie, że Lech Kaczyński będzie realizował... program Platformy Obywatelskiej. Najwyraźniej lobby żydowskie też dostraja się do oczekiwań niemieckich, co zresztą widać było już wcześniej po posunięciach pana min. Adama Rotfelda.
    Wspominam o tych spontanicznych reakcjach, bo "z obfitości serca usta mówią" i pokazują one, co naprawdę myślą ci wszyscy, którzy związali swoje nadzieje ze zwycięstwem Donalda Tuska. Oczywiście będą oni teraz udawali kurtuazję, a nawet można będzie odnieść wrażenie, iż podlizują się nowemu prezydentowi, ale to tylko pozory. Kto raz był królem, zawsze zachowa majestat - mówią Francuzi i stalinowca ani konfidenta nic nie zmieni, chyba że śmierć lub cud. Dlatego i Salon, i media, i razwiedka wykorzystają każde potknięcie prezydenta, zwłaszcza gdy sam dostarczy im okazji, np. składając bratu meldunki o "wykonaniu zadania". W ogóle wydaje się, że braciom Kaczyńskim łatwiej było wygrać wybory niż będzie skonsumować to zwycięstwo. Można bowiem powiedzieć, że drzwi do IV Rzeczypospolitej pomogło im otworzyć dwóch ludzi: ojciec Tadeusz Rydzyk i Andrzej Lepper. Bez poparcia pierwszego PiS w żadnym wypadku nie wygrałby wyborów parlamentarnych, podobnie jak bez poparcia obydwu - Lech Kaczyński nie wygrałby wyborów prezydenckich. Problemem jest to, że PiS uważa, iż nie może ryzykować innej koalicji niż z Platformą Obywatelską, z dwóch powodów: że taka koalicja oznacza otwartą wojnę z Salonem, mediami i razwiedką, a po drugie - że byłaby kłopotliwa sama przez się, z uwagi na - powiedzmy - egzotykę Samoobrony. Uzależnienie Prawa i Sprawiedliwości od partii, w której funkcyjnymi są wyrokowcy, byłoby osobliwością nawet w Polsce, gdzie do wielu rzeczy zdążyliśmy się już przyzwyczaić. Ale, skoro my to wiemy, to tym bardziej wie to Platforma Obywatelska, która już przyjmuje w związku z tym strategię balansowania na granicy wyjścia z koalicji, próbując w ten sposób spychać PiS do defensywy. Wprawdzie Platforma nie będzie mogła w ten sposób narzucić realizacji własnego programu, ale liczy na zablokowanie obalenia układu "okrągłego stołu", bo tak naprawdę - tylko to jest ważne, a nie żadne tam "liberalizmy" czy "społeczeństwa solidarne", bo na takie manewry nie ma miejsca w warunkach Anschlussu, gdzie prawa ustanawiane są w Brukseli. Oczywiście bracia Kaczyńscy nie są dziećmi, a zwłaszcza Jarosław ma wybitny dryg do politycznej intrygi, ale obiektywną granicę możliwości wyznacza tu interes obydwu partii. Platforma nie może dopuścić do obalenia układu "okrągłego stołu", bo wtedy traci rację bytu. Jeśli zatem nie będzie mogła inaczej, to pójdzie na zerwanie koalicji, obalenie rządu i rozpisanie nowych wyborów, w czym będzie miała poparcie i Salonu, i mediów, i razwiedki, i Żydów, i Niemców. Ryzykuje niewiele - bo tylko zmianą szyldu, który - jestem o tym głęboko przekonany - razwiedka już przygotowuje. Takie są, niestety, konsekwencje zgody na Anschluss, którą Prawo i Sprawiedliwość w swoim czasie wyraziło.

    Stanisław Michalkiewicz

    Publicystyka Stanisława Michalkiewicza na ASME i nagrania TV ASME


    Komentarz (2)