listopada 8, 2005 - listopada 19, 2005

Historia powtarza się farsą przy okazji "likwidacji Krajowej Rady Radia i Telewizji" - Łukasz Perzyna o realizacji zapewnień wyborczych PO i PiS o "przywróceniu mediów elektronicznych społeczeństwu" Wysłane sobota, 19, listopada 2005 przez Krzysztof Pawlak

"Zaczyna się kolejna w Polsce polityczna wojna o telewizję publiczną. Żadne to zaskoczenie, ponieważ jeszcze w momencie kiedy Platforma Obywatelska oraz Prawo i Sprawiedliwość - w tej właśnie kolejności, mając poparcie w sondażach, deklarowały mocną wolę współrządzenia, zmieniania układu politycznego i medialnego, w niemal jednobrzmiący sposób podkreślały zamiar likwidacji Krajowej Rady Radia i Telewizji. Wiadomo, że jest to pasożytnicze ciało mieszczące się w pałacyku przy warszawskiej ulicy Sobieskiego, który wcześniej był domem publicznym - później w nim funkcjonariusze SB robili wypisy z nasłuchu zachodnich stacji radiowych, z Monachium, Londynu czy Waszyngtonu. Teraz funkcjonariuszom KRRiTV żyło się w nim tak, że żyć a nie umierać - ich status materialny był powyżej statusu posła - wiadomo: posłów jest 460, urzędników KRRiTV - tylko dziewięcioro" - Łukasz Perzyna, publicysta ASME i "Tygodnika Solidarność" komentuje tegotygodniowe zawirowania wokół "porządkowania" przez "partie prawicowe" spraw medialnych w PRL-bis.

Teraz okazało się, że żeby zlikwidować KRRiTV - trzeba by zmienić Konstytucję RP, a niemały jeszcze wpływ mają przepisy Unii Europejskiej, które biurokratycznie stanowią, że musi istnieć regulator "ładu medialnego", żeby na przykład stacje nie zagłuszały się nawzajem. Dlatego zgłoszony w tym tygodniu pomysł PiS ma na celu "zmniejszenie" KRRiTV - do 3 osób, a w "opozycji" PO proponuje zmniejszenie do 5 osób. Czyli - niby "Państwo tanie i oszczędne". Nikt jednak już nie proponuje likwidacji KRRiTV. "Zmienić, bo nas dyskryminują" - takim wydaje się być program PiS. Z kolei działacze PO, jeszcze niedawno pryncypialnie chcący likwidować Radę - teraz głoszą, że nie pozwolą na zawłaszczanie "mediów publicznych", czyli wykonanie "skoku na media". Lecz wyobraźmy sobie scenariusz, który był spodziewany przy okazji minionych wyborów: że zwycięzcą jest PO. Wtedy to PO by ograniczyła KRRiTV do liczby 3 członków, a PiS - oponowałby, krzycząc o "zawłaszczaniu mediów".
Łukasz Perzyna wolałby po prostu - przywrócić telewizję społeczeństwu. Warto zastanowić się, czy TVP musi stawać się po każdych wyborach przedmiotem politycznych przetargów. PiS proponował podział TVP na dwa kanały - Pierwszy dla rządu, Drugi dla opozycji. Podobnie na przykład jest we Francji. Tylko że prywatne stacje w obecnej PRL-bis są średnio udanymi klonami państwowej telewizji. Stacje się niestety do siebie upodobniają: szef TVN Mariusz Walter uczestniczył w minionych zwycięskich sztabach SLD, a stacja Polsat Solorza-Żaka była nazywana "partią Polsatu". Kiedy dziś słyszymy, że w zamian za poparcie jakiś ugrupowań - pewnie tych samych, które wsparły rząd Kazimierza Marcinkiewicza - PiS miałby rozdawać "koalicjantom" z Samoobrony miejsca w radach nadzorczych w spółkach związanych z TVP - to znaczy, że historia powtarza się już - jak mawiał klasyk swojej quasi-religii marksistowskiej - farsą...

Nagranie trwa prawie 14 minut i jest dostępne w Sieci do 1 XII 2005 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




Komentarz (1)

FOZZ ukryżowany! - prof. Jerzy Przystawa Wysłane piątek, 18, listopada 2005 przez Krzysztof Pawlak

W czwartek 17 listopada Sąd Najwyższy, z iście salomonowym poczuciem sprawiedliwości, orzekł, że sędzia Andrzej Kryże, który ostatnio prowadził proces oskarżonych w sprawie FOZZ i wydał wyrok, "miał pełne prawo" tę sprawę prowadzić, osadzić ją i wydać wyrok, "chociaż takiego prawa nie miał", bo nie pozwalały na to względy proceduralne. Będzie więc teraz biedził się nad tą sprawą biedny Sąd Apelacyjny, który już nie osądzi sędziego Kryże, ale zajmie się tym czy bezprawne prawne prowadzenie przez niego sprawy nie miało wpływu na wyrok. Sędzia Kryże nie ma szczęścia do Sądu Apelacyjnego, bo nie dość, że Sąd doszedł do wniosku, że ten prawny wyrok może być nie całkiem prawny, to wcześniej już kwestionował jego orzeczenia. Mam na myśli fakt uchylenia przez Sąd Apelacyjny nakazu odebrania paszportu i zakazu opuszczania kraju, jaki sędzia Kryże zastosował wobec Dariusza Przywieczerskiego. Kryże zakazał, ale Sąd Apelacyjny - w imię prawa i sprawiedliwości ów nieprawny zakaz uchylił, wobec czego Dariusz Przywieczerski przebywa gdzieś-niewiadomo-gdzie i poszukują go policje świata. Co ciekawsze, ten niepozorny jegomość, wobec którego nie zastosowano nawet aresztu tymczasowego, określany jest dzisiaj jako "mózg FOZZ-u". Bardzo mnie to określenie wzrusza, ponieważ p. Przywieczerski, który 12 lat temu pozwał mnie do sądu za krzywdy, jakie wyrządziłem mu książką "Via bank i FOZZ", wyznał przed Sądem Okręgowym w Warszawie, że on w ogóle o FOZZ-ie żadnego pojęcia nie miał, a jedyne jego kontakty z tą instytucją polegały tylko na niewinnym pożyczaniu sobie pieniędzy: "raz my im, a raz oni nam i vice versa". A tu się nagle okazuje, że to, po prostu MÓZG! Bardzo mnie to podnosi na duchu i 14 grudnia, kiedy będę zmuszony pojechać znowu do Warszawy na kolejną rozprawę, będę się czuł lepiej, bo to jednak co innego mieć do czynienia z pospolitym przestępcą, a co innego z SAMYM MÓZGIEM, nawet jeśli ten "mózg" - wobec chwilowo niesprzyjających "mózgom" okoliczności - nie będzie mógł osobiście pojawić się w sądzie.
Wszystkie te procesy, i ten nad Przywieczerskim i S-ka, i ten nad Kryże, i ten nade mną i Mirosławem Dakowskim, stanowią cudowny wprost dowód całkowitej niezawisłości i niezależności sądów Rzeczypospolitej i chlubnie dowodzą prawdziwości maksymy wypisanej na frontonie Gmachu Sądów w Warszawie: "Sprawiedliwość jest ostoją Rzeczypospolitej". Od roku 1991, kiedy Michał Tadeusz Falzmann odkrył i ujawnił sprawę FOZZ mieliśmy już pięć kadencji parlamentarnych, mieliśmy już rządy UW, KLD, PC, PSL, SLD, AW"S", a teraz PiS, a sądy, jak widzimy, całkowicie niepodatne są na zmiany koniunktury politycznej, wymiany ministrów sprawiedliwości, zarówno z lewa, jak i z prawa. W Polsce sprawiedliwość jest ostoją, a więc tu nie może być żadnego pośpiechu i żadnej niedoróbki. Tu się nie sądzi tak, jak sądzą na przykład we Włoszech. W lutym 1986 przed sądem w Palermo stanęło 500 mafijczyków, których wprowadzano na salę sądową w 30 ogromnych klatkach. Do pomocy mieli 300 adwokatów, a materiał dowodowy liczył sobie ponad 600 tysięcy stron, pięć razy więcej niż zgromadzono w sprawie FOZZ. Sędziowie włoscy nie byli jednak tak skrupulatni i dokładni jak sędziowie Rzeczypospolitej, za nic mieli względy proceduralne, nie odczytali nawet w całości aktu oskarżenia, wyrok zapadł po niecałych dwu latach, w tym 19 wyroków dożywotniego więzienia i setki innych najcięższych kar. Jestem pewien, że gdyby nasi sędziowie sądów apelacyjnych i najwyższych dobrali się do tych wyroków, to niewinni mafijczycy spokojnie pili by dzisiaj whisky w towarzystwie - albo i nie - naszych "mózgów" transformacji gospodarczej i ustrojowej.
Kiedy piszę o "mózgach", to nie mogę pominąć faktu, że parę dni temu Prezydent RP udekorował Orderem Orła Białego prof. Leszka Balcerowicza, przed którego wielkością nadal, jakby nigdy nic, biją pokłony rzesze polskich inteligentów, uważając go za twórcę cudu gospodarczego, w którym FOZZ i "mózgi" w rodzaju Dariusza Przywieczerskiego odegrały rolę niepoślednią. 20 grudnia 1989 roku Prezes NBP wydał Zarządzenie, obowiązujące od 1 stycznia 1990 roku, na mocy którego miesięczne stopy procentowe w NBP ustalone zostały na 36%. Było to prawdziwie światowe osiągnięcie, nie notowane do tej pory w annałach bankowych na świecie. Zarządzenie to bowiem szło w parze z dewaluacją (czy rewaluacją) złotego względem dolara i ustalało kurs dolara na 1 do 10 tysięcy. Każdy więc "mózg" mógł powierzyć bankowi p. Balcerowicza, na początku stycznia, np. równowartość miliona dolarów, żeby już po miesiącu wyjąć o 360 tysięcy dolarów więcej (jakie naprawdę były te możliwości - opisaliśmy, z prof. Markiem Wolfem, w pracy opublikowanej w roku 2000 w czasopiśmie międzynarodowym „Physica A”). Oczywiście, żaden prawdziwy "mózg" takiej okazji nie mógł przepuścić, ale takimi błahostkami nie zajmował się ani sędzia Kryże, ani Pan Prezydent przyznając p. LB najwyższe odznaczenie państwowe. Któż zresztą czyta zarządzenia Prezesa NBP i kogo one mogą interesować! Parę tygodni temu złożył mi wizytę pewien wybitny profesor matematyki z wielkiego polskiego uniwersytetu, który przyjechał do Wrocławia, aby zobaczyć dokument, w którym takie zarządzenie się znajduje. Okazuje się bowiem, że kiedy on mówi o tych procentach w gronach uczonych, to uczeni pukają się w głowę i nikt nie wierzy, żeby coś takiego mogło być prawdą!
Z ciekawością patrzę na rozwój wypadków w Nowej Polsce pod rządami PiS-u, bo warto zobaczyć, jak nowa władza podejdzie do tej niebywałej sprawy. Na razie sędzia Kryże powołany został na wiceministra sprawiedliwości, a Leszek Balcerowicz z dumą nosi order. Nie słyszałem jeszcze ani jednego słowa ze strony nowego rządu, które pozwalałoby się domyślić, że traktuje on sprawę FOZZ jako coś bardzo ważnego i wyjątkowego. Wypada mi więc przypomnieć, że 20 czerwca 1991, na miesiąc przed śmiercią, Michał Falzmann złożył osobiście wizytę Lechowi i Jarosławowi Kaczyńskim (Lech był wtedy ministrem-szefem Biura Bezpieczeństwa Narodowego, a Jarosław ministrem-szefem Kancelarii Prezydenta RP) w towarzystwie ministrów Jerzego Grohmana i Jerzego Eysymontta i przedstawił im wyniki swojego dochodzenia. 2 czerwca 1991 r. na biurku ministra sprawiedliwości Wiesława Chrzanowskiego, Mirosław Dakowski i ja, złożyliśmy powiadomienie o przestępstwie wraz z obszerną dokumentacją zgromadzoną przez Michała Falzmanna. Przed śmiercią Falzmanna i po Jego śmierci wędrowaliśmy po wszystkich naszych bliższych i dalszych znajomych - ministrach Rzeczypospolitej. Byliśmy, między innymi, u ministra spraw wewnętrznych Antoniego Macierewicza, u ministra obrony narodowej Jana Parysa, u ministra pracy i płacy Jerzego Kropiwnickiego, byliśmy u posłów, senatorów, biskupów i ekspertów. Przedkładaliśmy dokumenty, tłumaczyliśmy, że uchwycenie za nitkę FOZZ spruje całą agenturę jak stary sweter, że tu nie "teczki" są potrzebne, lecz kwity bankowe, które pieczołowicie przechowuje zawsze ten sam Leszek Balcerowicz.
Nasze wysiłki nie przydały się na nic. To właśnie ich bezowocność skierowała naszą uwagę na sprawę ordynacji wyborczej i postulat JOW. Doszliśmy bowiem do wniosku, że tylko posłowie wybierani w jednomandatowych okręgach wyborczych wykazują tę niezwykłą cechę, jaką jest słuchanie tego, co do nich mówią ich wyborcy i przejmowanie się tym. Przekonaliśmy się, że ludzie wyłaniani w kluczu partyjnym nie mają ani głowy, ani chęci do zajmowania się czymś innym niż wewnętrznymi rozgrywkami, leninowskim "kto-kogo?". Ubiegłe kadencje parlamentarno-rządowe potwierdziły w pełni zasadność naszych obaw.
Panowie Lech i Jarosław Kaczyński zeznawali (już rok temu!) w charakterze świadków na procesie autorów książki "Via bank i FOZZ". Co tam zeznali, nie mogę powiedzieć, bo wszystko to sąd objął klauzulą "ściśle tajne". Bez względu na to jednak, co tam powiedzieli, ważniejsze jest co zrobią w sprawie FOZZ?

Jerzy Przystawa

  • Prof. Jerzy Przystawa był w kadencji 1990 - 1998 radnym rady miejskiej Wrocławia, startował w wyborach do Senatu Rzeczypospolitej Polskiej przeprowadzonych w dniu 21 września 1997 r.
    Od kilkunastu lat jest jednym z liderów Ruchu Obywatelskiego na rzecz JOW.

    Publicystyka prof. Jerzego Przystawy na ASME.

    Witryna ASME Antysocjalistycznego Mazowsza jest najstarszym serwisem w Sieci - oprócz witryny tematycznej JOW - propagującym ideę JOW

    Komentarz (2)

    Nagroda im. Józefa Mackiewicza AD 2005 - wyróżnienia: Sławomir Cenckiewicz "Oczami bezpieki" oraz Aleksander Kopiński "Ludzie z charakterami. O okupacyjnym sporze Czesława Miłosza i Andrzeja Trzebińskiego" Wysłane środa, 16, listopada 2005 przez Krzysztof Pawlak

    | Pobierz |







    Nagroda im. Józefa Mackiewicza AD 2005 - wyróżnienia: Sławomir Cenckiewicz "Oczami bezpieki" oraz Aleksander Kopiński "Ludzie z charakterami. O okupacyjnym sporze Czesława Miłosza i Andrzeja Trzebińskiego" Wysłane środa, 16, listopada 2005 przez Krzysztof Pawlak

    Nagroda im. Józefa Mackiewicza nie ogranicza się tylko do uhonorowania Laureata Nagrody - którym w tym roku został Eustachy Rylski - przyznawane są także z tej okazji wyróżnienia. W tym roku do nich zostały zaliczone utwory Sławomira Cenckiewicza "Oczami bezpieki" oraz Aleksandra Kopińskiego "Ludzie z charakterami. O okupacyjnym sporze Czesława Miłosza i Andrzeja Trzebińskiego". Laudację pierwszej z nich wygłosił Stanisław Michalkiewicz, który w wielu swych felietonach opierał się na odnalezionych przez PT Autora faktach z archiwów SS PRL, drugiej zaś Tomasz Burek.

    Prezentujemy Państwu notację TV ASME z tego momentu uroczystości.

    Nagranie trwa ponad 28 minut i jest dostępne w Sieci do 31 XI 2005 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




    Komentarz (0)

    Dobrze by było, gdybyśmy nie pamiętali nazwiska rządzącego premiera, ale żeby rząd swoją robotę wykonywał - Łukasz Perzyna o rządzie mniejszościowym Kazimierza Marcinkiewicza Wysłane wtorek, 15, listopada 2005 przez Krzysztof Pawlak

    | Pobierz |






    Dobrze by było, gdybyśmy nie pamiętali nazwiska rządzącego premiera, ale żeby rząd swoją robotę wykonywał - Łukasz Perzyna o rządzie mniejszościowym Kazimierza Marcinkiewicza Wysłane wtorek, 15, listopada 2005 przez Krzysztof Pawlak

    "Rząd Kazimierza Marcinkiewicza od początku był opisywany jako rząd mniejszościowy. I tu mamy pierwszy paradoks: ten rząd postępuje inaczej niż poprzedni rząd mniejszościowy post(?)komunisty Belki u uzyskał znakomity wynik arytmetyczny w głosowaniu sejmowym, które nastąpiło w wigilię święta narodowego, 11 listopada - ponad 40 głosów więcej niż było potrzebne do zwykłego »trwania« tego gabinetu. Jest to niebywałe zwycięstwo Kazimierza Marcinkiewicza. Ma stabilną większość za sobą. Parę dni później następuje deklaracja premiera, że nawet gdyby budżet nie został przegłosowany - to prezydent (już Kaczyński) nie musi wcale rozwiązywać tego rządu. Platforma Obywatelska upowszechnia na korytarzach sejmowych i w mediach tezę w związku z tym, że koalicjantem dla PiS stała się Samoobrona - ugrupowanie sytuujące się na marginesie życia politycznego Polski" - publicysta ASME i "Tygodnika Solidarność" Łukasz Perzyna komentuje wynik głosowania nad wotum zaufania dla rządu PiS.

    Problem w tym, że jak dotąd w Polsce nieznane było pojęcie koalicji parlamentarnej. Dotąd były to zazwyczaj koalicje rządowe. Trzeba przypomnieć, że to funkcjonariusz PO Jan Maria Władysław Rokita wykreował swego czasu Samoobronę i jej lidera na głównego rywala i przeciwnika PO, tworząc podział na "barbarzyńców" i "złodziei" - żeby przypomnieć epitety, którymi obrzucali się wdzięcznie polityczni sparringpartnerzy. O problemach nocy wigilijnej święta 11 Listopada za parę miesięcy nikt nie będzie pamiętał. W demokracjach dawno okrzepłych jak duńska czy belgijska o sile danego rządu nie decyduje liczba głosów, którymi zdobyły władzę - tam nawet nie każdy mieszkaniec stolic, zapytany na ulicy, umie powiedzieć, jaki jest w danej chwili premier u władzy. Oby takim premierem stał się Kazimierz Marcinkiewicz...

    Nagranie trwa 9 minut i jest dostępne w Sieci do 30 XI 2005 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




    Komentarz (0)

    "Ja mogie być i leberal - tylko wy mnie o tym powiedzcie!"
    Liberalny etatyzm programu Platformy Obywatelskiej - programem narodu!
    Wysłane wtorek, 15, listopada 2005 przez Krzysztof Pawlak

    "Przeciwnikami finansowania partii z budżetu są politycy PO. W kampanii zapowiadali zmianę przepisów. Co teraz poczną ze swymi dziesiątkami milionów? - Postaramy się przekonać posłów pozostałych partii, aby wszystkie zrezygnowały z budżetowych pieniędzy - mówi "Rz" Mirosław Drzewiecki, skarbnik Platformy. (...)".
    "PO wie już, na co przeznaczy te pieniądze. Ugrupowanie zamierza »sfinansować działania w terenie«. A dokładniej utworzyć etaty dla działaczy w powiatach. (...) Chcemy mieć dobrze funkcjonujące struktury we wszystkich powiatach. Biura powinni więc prowadzić etatowi pracownicy. Dzięki temu będziemy lepiej obsługiwać wyborców i działaczy - podkreśla Drzewiecki. Dodaje, że na początek w grę wchodzi jakieś 250 etatów.
    Platforma zamierza też opłacać z dotacji budżetowych ekspertów i druk biuletynów dla mieszkańców. (...)".
    Pierwszy z cytatów popełnił tow. leberał Drzewiecki Mirosław (primo voto Mumia Od Wolności, nr 77. na liście "najbogatszych Polaków" tygodnika "Wprost") w rozmowie z żurnalistą Andrzejem Stankiewiczem reprezentującym wielce przychylną dla zawodowych "alles, alles liberales" gazetę "Rzeczpospolitą", w której to wyznanie drukiem ukazało się dzisiaj, tj. 15.11.2005 r.. Elektorat liberalny dostał swoją porcję pociechy. Drugi cytat przyszedł z tegosamodniowego wydania gazety "Życie Warszawy", która swoich odbiorców/czytelników lokuje raczej wśród szerszych warstw urzędniczych chowu post(?)komunistycznego, dlatego też i program lyberalny tow. Drzewieckiego został odpowiednio przykrojony do gustów potencjalnych przyszłych wyborców.
    Żurnalistka "Rzeczpospolitej" Małgorzata Czyczło ujawniła w swym artykule sumy, jakie zostaną przyznane ugrupowaniom, które dostały w minionych wyborach wystarczające zaufanie, by ich reprezentanci zajęli poselskie fotele przy ul. Wiejskiej. Silnie etatystyczne PiS będzie dysponowało w okresie czterech lat prawie 100 milionami złotych, poprzednio należącymi do podatników, a werbalnie liberalna Platforma Obywatelska - kwotą niewiele mniejszą. Całość zabawy w politykę kosztuje Polaków ok. 400 milionów zł. Formacje wywodzące się z post(?)komunistycznych środowisk - SLD i Samoobrona będą dysponowały po 12 mln zł rocznie. LPR - 8,7 mln, PSL - 7,8. Nie wiadomo jeszcze, czy wobec złamania ustawy o finansowaniu partii zostanie przyznana subwencja 4,6 mln ugrupowaniu "czystych post(?)komunistów" - SDPL.
    W poprzednim podziale zrabowanych podatnikom pieniędzy Platforma nie brała udziału - gdyż nie mogła, nie będąc zarejestrowana jako partia, a jedynie jako komitet wyborców. Takiej instytucji pieniądze z mocy ustawy nie przysługiwały, niemniej jej prominenci gromko zapewniali po sam kres ostatniej kampanii przedwyborczej, że i tak nie skorzystaliby z "brudnych i nieuczciwych źródeł finansowania".
    Po niekorzystnych dla PO wynikach wyborów parlamentarnych i prezydenckich (choć w swej pysze reprezentanci PO niemal się juz widzieli jako samotni zwycięzcy obu maratonów) z całą pewnością wśród szeregów wiernych pretorianów "liberalizmu gospodarczego" zapanował popłoch wynikający z ruiny planów życiowych chętnych do życia na koszt podatników politykierów z bożej łaski. Funkcjonariuszom PiS nie można przynajmniej zarzucić hipokryzji, gdyż nigdy nie ukrywali swej chęci wzmacniania etatyzmu, fundowanego na państwowotwórczym patriotyzmie, co było już sprawdzoną metodą rządów w II Rzeczypospolitej. Z tego mniej więcej powodu zostali obdarzeni etykietką "sanatorów" współczesnej jej wersji. Ale PO i wizja opłacanych etatów partyjnych z kieszeni podatników? Na taki temat nie było ani słowa podczas prezentacji w środkach masowego rażenia, a wręcz przeciwnie: ukojeni szerokim horyzontem powszechnego dostatku wynikającego z programu minimalizacji państwa i odciążenia fiskalnego gospodarki, pracodawców oraz pracowników, wyborcy czuli zwiększający się ciężar portfeli i blask obrazu promiennej przyszłości kreślonego przez propagandystów post-UW-olskich.
    Magia "różowych" szamanów nie była, jak widać, pierwszej próby, szybko więc szczezła, a na scenie pozostał widok kilkuset biurek zarękawionych "leberałów" w pocie czoła wdrażających program Partii w trud życia codziennego Narodu.

    Krzysztof Pawlak


    Komentarz (0)

    Czy ludzie są głupi? - Stanisław Michalkiewicz Wysłane wtorek, 15, listopada 2005 przez Krzysztof Pawlak

    Niedawno gawędziłem sobie z pewną panią profesor o nauce społecznej Kościoła. Z tą nauką społeczną jest w ogóle pewien problem; jedni się na nią bezustannie powołują, podczas gdy inni podają w wątpliwość samo istnienie czegoś takiego. W koszmarnych latach stanu wojennego, podczas jakiegoś spotkania zapytałem ojca Stanisława Opielę, podówczas redaktora naczelnego jezuickiego "Przeglądu Powszechnego", co nauka społeczna Kościoła sądzi na jakiś temat. - "Nauka społeczna Kościoła - zdziwił się ojciec Opiela - a co to takiego? Nie pamiętam". Jakiś czas później ojciec Opiela znalazł się w Nowosybirsku, gdzie, zdaje się, przebywa do dzisiaj. Mam nadzieję, że nie za to, iż nie wierzył w naukę społeczną Kościoła, bo - o ile wiem - żaden katolik nie jest zobowiązany w nią wierzyć. Są to bowiem poglądy na sprawy społeczne i gospodarcze, formułowane przez wybitnych przedstawicieli Kościoła, m.in. w papieskich encyklikach, ale nie po to, by ludzie w nie "wierzyli", tylko po to, by np. polityków katolickich skłonić do przełożenia zasad katolickiej moralności na język rozstrzygnięć prawnych i rozwiązań ekonomicznych.
    Poruszyliśmy z panią profesor m.in. bardzo w nauce społecznej Kościoła eksponowaną zasadę pomocniczości. Polega ona na tym, by możliwie jak najwięcej kompetencji pozostawiać strukturom niższym, a dopiero, gdy z jakimiś sprawami nie mogą one sobie poradzić - przekazywać je do kompetencji struktur wyższych. Jest to postulat bardzo rozsądny i właściwie nie byłoby powodu, by się nad tym rozwodzić, gdyby nie kwestia, jakie właściwie struktury są najniższe, a w związku z tym - jakie - jako najniższe - powinny mieć możliwie najwięcej kompetencji. Potocznie przyjmuje się, że taką najniższą "strukturą" jest jakiś organ władzy publicznej, np. samorząd gminny. Czy jednak aby na pewno? Władzy publicznej, nawet na szczeblu gminnym, przydajemy jakieś kompetencje przecież tylko dlatego, że potrafi ona oceniać, wybierać i podejmować decyzje. Ale umiejętność oceny, wyboru i podejmowania decyzji ma nie tylko władza publiczna. Ma je również każdy człowiek. Co więcej; władza publiczna tylko dlatego ma te umiejętności, bo mają je ludzie tworzący organy władzy publicznej. Wygląda zatem na to, iż najniższą strukturą nie jest, dajmy na to, nawet gmina, tylko pojedynczy człowiek! W takim razie, zgodnie z zasadą pomocniczości, najwięcej kompetencji trzeba by pozostawić właśnie jemu. Władzy publicznej zatem należałoby przyznać kompetencję tylko w takich sprawach, z którymi pojedynczy człowiek z natury rzeczy nie potrafi sobie poradzić albo którymi nie powinien się zajmować. Np. pojedynczy ludzie nie powinni zajmować się stosowaniem przemocy, gdyż od tego właśnie mamy państwo, jako monopol na przemoc. Pojedynczy ludzie nie powinni zajmować się wymierzaniem sprawiedliwości, zwłaszcza gdy są stroną w sporze. Krótko mówiąc, pojedynczy ludzie nie powinni zajmować się dziedzinami, których wspólnym mianownikiem jest przemoc, chociaż oczywiście mogliby sobie z nimi poradzić, przynajmniej teoretycznie. Z jakimi natomiast innymi sprawami pojedynczy człowiek z natury rzeczy nie potrafiłby sobie poradzić?
    Jeśli o mnie chodzi, to nie potrafiłbym wymienić żadnej takiej dziedziny i w związku z tym powiedziałem mojej rozmówczyni, że zasada pomocniczości wydaje mi się najsilniejszym argumentem przeciwko interwencjonizmowi państwowemu i za modelem państwa-minimum, państwa-stróża nocnego, które zarządza sektorem publicznym ograniczonym do dziedzin związanych z przemocą, ustanawia prawa i pilnuje ich przestrzegania. Jednak pani profesor nie zgodziła się ze mną i ku mojemu zaskoczeniu powiedziała, że to postulat nierealny, ponieważ ludzie nie potrafią kierować własnymi sprawami, a w tej sytuacji ich sprawami musi pokierować władza publiczna. Na przykład spora część ludzi nie zadbałaby o zabezpieczenie na starość i dlatego władza publiczna powinna zmuszać ich do oszczędzania w ramach ubezpieczeń społecznych. Z tego powodu władza publiczna musi mieć znacznie większy zakres kompetencji, niżby to wynikało z zasady pomocniczości, zwłaszcza pojmowanej "po mojemu".
    Moje zaskoczenie wzięło się stąd, że nie bardzo potrafię zrozumieć, jak w takim razie nauka społeczna Kościoła może akceptować demokrację polityczną? Albo bowiem ludzie są tak głupi, nie potrafią właściwie pokierować nawet własnymi sprawami, a w takim razie, jakże można powierzać im - już to jako wyborcom, już to jako przedstawicielom - kierowanie sprawami państwa albo wcale tacy głupi nie są, a w takim razie dlaczego odbierać im kompetencje i powierzać je organom władzy publicznej? Przecież w demokracji politycznej dochodzi do częstej zmiany ról; w jednej chwili szary "głupi" obywatel, staje się nagle "mądrym" przedstawicielem, np. posłem czy ministrem, ale i odwrotnie - "mądry" poseł staje się szarym, "głupim" obywatelem. I co - mamy wierzyć, że w zależności od przypadkowej liczby uzyskanych głosów doznaje iluminacji albo zostaje jej pozbawiony? Wreszcie sprawa podstawowa; w demokracji politycznej wszystkie decyzje podejmuje większość: albo większość przedstawicieli, albo większość obywateli. Jeśli zatem ludzie są tak głupi, że nie potrafią odpowiednio pokierować nawet własnymi sprawami, to jakim cudem zebrawszy się do kupy mogą podjąć mądrą decyzję i ustanowić mądre prawa?
    Wydaje się że, choćby w świetle tych wątpliwości, zasada pomocniczości, a właściwie odpowiednia jej interpretacja, wymagałaby głębokiego przemyślenia zwłaszcza u nas, gdzie "nauka społeczna Kościoła", cokolwiek by się pod tym określeniem nie kryło, nie jest przedmiotem refleksji, tylko celebry, a w rezultacie zajmujemy się "dalszym doskonaleniem" etatystycznego modelu państwa i coraz głębiej brniemy w socjalizm. Wyjaśnienia wymagałaby zwłaszcza kwestia, czy ludzie są głupi, czy nie, bo - jak się okazuje, właściwie wszystko od tego zależy.

    Stanisław Michalkiewicz

    Publicystyka Stanisława Michalkiewicza na ASME i nagrania TV ASME


    Komentarz (3)

    Niezadowolone z prezydenta-elekta Niemcy za pomocą Rosji i jej wojny handlowej z Polską wskazują RP miejsce w szeregu - Stanisław Michalkiewicz o kulisach wydarzeń krajowych i międzynarodowych Wysłane poniedziałek, 14, listopada 2005 przez Krzysztof Pawlak

    | Pobierz |






    Niezadowolone z prezydenta-elekta Niemcy za pomocą Rosji i jej wojny handlowej z Polską wskazują RP miejsce w szeregu - Stanisław Michalkiewicz o kulisach wydarzeń krajowych i międzynarodowych Wysłane poniedziałek, 14, listopada 2005 przez Krzysztof Pawlak

    "Wydarzenia biegną szybciej niżby się nam wydawało - sądziłem, że objawy dekompozycji w Platformie nastąpią dopiero po uchwaleniu przez rząd premiera Marcinkiewicza budżetu, bo dyskusja nad budżetem będzie znacznie bardziej poważna niż ta nad wotum zaufania dla rządu, bo wtedy PiS będzie musiało podpisywać rachunki wystawione przez poszczególne formacje za poparcie dla rządu - wtedy nastąpi, jak to mówi wymowny pan doktor Olechowski, »pora na przejście do konkretów« i wtedy będzie można po tych konkretach będzie można ocenić i zamiary rządu, i jego polityczne uwarunkowania. Tymczasem objawy dekompozycji PO wystąpiły już po kilku dniach po udzieleniu wotum zaufania, które było większe o kilkadziesiąt głosów niż wymagane minimum. Historia przyspiesza - okazało się, że jakieś szemrania podniosły się w opolskiej strukturze PO, w którym to województwie - o czym oczywiście zapomnieli zauważyć zawodowi komentatorzy i socjologowie - występuje najbardziej liczna i dobrze zorganizowana mniejszość niemiecka - wśród której kandydat Tusk Donald odniósł największy sukces" - Stanisław Michalkiewicz zwraca uwagę na pomijane przez mainstreamowe media okoliczności istnienia "podziałów" w obecnym parlamencie.

    W miarę upływu czasu pewnie te szemrania będą coraz donioślejsze - a my, którzy pamiętamy zasadę księcia Gorczakowa, że "nie można wierzyć w nie zdementowane doniesienia prasowe", musimy zwrócić uwagę na być może nadciągające "najgorsze" dla Platformy Obywatelskiej. Być może klub posłów "niezależnych", na razie składający się z tylko posła Wrzodaka - stanie się znacznie liczniejszy, a później coś nowego, co wykluje się z połączonych klubów "ezelde" + PO, będzie miało znacznie szlachetniejszą formę "partii jednorazowego użytku", choć oczywiście nie tak szlachetną jaką jest teraz PO.
    Czasy są ciężkie, oto Rosja wypowiedziała Polsce wojnę handlową, za pomocą nawet i prawdziwego pretekstu: sfałszowanych 11 licencji eksportowych. Komisja Europejska w związku z "oczywistym fałszerstwem" ani myśli się w to angażować, a w ten sposób rząd niemiecki wykorzystując "strategiczne partnerstwo" z Rosją, realizuje swoje niezadowolenie z wyników wyborów parlamentarnych i prezydenckich, kiedy nie może krytykować nowego polskiego rządu za "antysemityzm", z przyczyn dwu-i-pół oczywistych, zwłaszcza że wszyscy jesteśmy w postępowym Związku Socjalistycznych Republik Europejskich...

    Nagranie trwa 12 minut i jest dostępne w Sieci do 29 XI 2005 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




    Komentarz (1)

    Polityczna cnota szarości - Krzysztof Mazur Wysłane poniedziałek, 14, listopada 2005 przez Krzysztof Pawlak

    "...Do tych co mają tak za tak - nie za nie
    Bez światłocienia....."
    C. K. Norwid


    Tak się składa, że półtora miesiąca po wyborach, przeprowadzonych według ordynacji mającej wyłaniać stabilną większość sejmową, mamy kolejny rząd mniejszościowy i to naprędce poskładany, a polityczny krajobraz zamiast zmierzać do klarowania - coraz bardziej mętnieje. Jeszcze na dobre nie przebrzmiały komentarze fanfaronów kładących ludowi, jak to dobrze będzie za rządów PO i PiS, a już Polacy podzielili się na tych, których mierzi zarozumiały Rokita i sterowny Tusk lub na tych, których straszą "kaczory" i "krwawy Ludwik". Zapewne dążenie do zrozumienia, czym kierują się ludzie z jednej strony dostrzegający drugorzędne wady jednych, a przymykający oczy na identyczne wady drugich, wydaje się czymś pożądanym, z tym że zapewne okazałoby się tak samo poznawczo wartościowym, jak dociekanie, co miała na myśli Gioconda, uśmiechając się do portretu malowanego przez słynnego mistrza Leonardo. Tym bardziej drażni usilne dociekanie tych samych komentatorów, o co chodzi politykom zwycięskich partii, którzy budują koalicję parlamentarno-rządową za pomocą telewizji i gazetowych artykułów, skoro wiele wskazuje, że wspomniani politycy sami do końca nie wiedzą, w jakiej grze uczestniczą. Pisząc ostatnio krytycznie o PiS-ie, powstaje obawa, by nie robić za "pożytecznego idiotę", pomagającego mimowolnie w zanegowaniu wyniku wyborów, na czym zależy środowiskom tak usilnie do niedawna reklamujących PO i mimo wszystko obawiających się naruszenia politycznego status quo przez wyborczych zwycięzców.
    Niestety, trzeźwy osąd rzeczywistości postwyborczej nie pozostawia złudzeń, że skład obecnego parlamentu jest hołdem złożonym bylejakości, politycznemu kunktatorstwu, a w przypadku dwóch największych partii - bezideowości, która została sprzedana marketingowo, jako idea "Polski solidarnej i socjalnej", która ostatnio wyewoluowała w kierunku idei.... konserwatywno-liberalnej. W tekście Rokity zamieszczonym w "GW" pt. "Sarmaci przeciw reformatorom?" lider PO o syntezie "konserwatywno-liberalnej" wspomniał siedmiokrotnie, używając dokładnie i z naciskiem tego terminu, przy czym jak można było się łatwo domyślić program "konserwatywny" uosabiali politycy PiS, a liberalny - PO. Tymczasem ani bracia Kaczyńscy, ani czołowi politycy tej partii nigdy nie zająknęli się o konserwatyzmie, świadomie wprowadzając ideologicznego Humpty-Dumpty pod marketingową nazwą "Polski solidarnej", sam prezydent-elekt w rozmowie z Jackiem Żakowskim swoje ideowo credo zarysował następująco: "Nie sądzę, żebym był populistą. Nie jestem nacjonalistą. Nic mnie z nacjonalizmem nie łączy. Jestem patriotą. Jeżeli z jakąś historyczną tradycją polityczną czuje się związany, jest to tradycja obozu państwowego, piłsudczykowskiego. Na pewno nie z obozem endeckim...". Logiczny rozbiór tej wypowiedzi nie pozostawia złudzeń co do intelektualnej i ideowej formacji nowo wybranego prezydenta, prezydent-elekt nawet nie wie na pewno, czy jest populistą, on tylko sądzi, że nim nie jest. Okazuje się ponadto, że patriotyzm wyklucza ideę narodową, co wyraźnie świadczy, że kontynuowany będzie model państwa jako instytucji służącej interesom grupy politycznej, której ideologia stanowi rację stanu i wykładnię patriotyzmu. Zbyt wiele świadczy, że nowa władza budując Polskę solidarną, ma na uwadze model solidarności przymusowej, a solidarność przymusowa w praktyce sprowadzi się niestety do dojenia ludzi z pieniędzy, by budować "państwo umiarkowanie opiekuńcze", w końcu przecież "czas welfare state przyniósł wiele dobrego".
    Oczywiście budowa welfare state nie byłaby skuteczna, gdyby w rządzie IV RP kluczowych stanowisk gospodarczych nie powierzyć "dzieciom" Balcerowicza lub takim fachowcom od uzdrowienia zdrowia jak prof. Religa, pełniącego do niedawna rolę programowego guru w sprawach reformy służby zdrowia u "prezydenta Tuska". Jak wszystkim wiadomo, prof. Religa przez ostatnie cztery lata zasiadał w Senacie III RP, wykazując się tam bardzo małą aktywnością, co życzliwi mu ludzie jak i sam profesor tłumaczyli wyjątkowo pogłębionymi pracami nad kształtem reformy systemu ochrony zdrowia. Prace te widocznie zakończyły się sukcesem - tzn. program pewnie wreszcie "się spiął" i pan profesor Religa przez ostatnie miesiące mógł brylować w aureoli specjalisty od reformy zdrowia, aż wreszcie prof. Religa, pobudzony patriotycznie przez prezydenta-elekta, zgodził się zostać ministrem zdrowia i w rozmowie z redaktorką "Rz" ujawnił zręby swojego fundamentalnego, reformatorskiego planu, które przedstawiają się następująco: "Mamy dwa lata. Jeśli w tym okresie sytuacja w służbie zdrowia będzie się poprawiać, pozostaniemy przy koncepcji ubezpieczeniowej. Jeśli nie, wróci pierwotny pomysł na finansowanie służby zdrowia z budżetu". Jak widać, plan naprawy służby zdrowia jest następujący: "przez dwa lata co do zasady funkcjonowania systemu to nie zmieniamy nic, jeśli się poprawi to nadal nic nie będziemy zmieniać, jeśli będzie gorzej to rozwiążemy NFZ-y czy kasy chorych - jak tam się będą aktualnie nazywać - i ich kompetencje przekażemy nowym urzędom podległym ministrowi. Prof. Religa jakby przeczuwając mizerię tego biznesplanu, zdążył się jeszcze usprawiedliwić, że "...o tym, że mam być ministrem zdrowia, wiem od kilku godzin. Potrzebuję czasu, by popracować nad rozwiązaniami i mówić o szczegółach". Trudno powiedzieć, śmiać się czy płakać, wszak miał być program, cztery lata w Senacie podporządkowane pracom nad programem, guru od programu, bezgraniczne zaufanie "prezydenta Tuska" do programu Religi - a tu minister Religa nadal musi "popracować nad rozwiązaniami".
    Ale co tam Religa, skoro sam premier Marcinkiewicz z godną ubolewania szczerością stwierdza, że "problemu ZUS nie rozwiążemy szybko, choć pracujemy nad tym i może jakieś pomysły się znajdą...". No, może się znajdą, faktem jest, że wszyscy bohatersko pracują nad rozwiązaniami, media odkrywają kolejnych fachowców-pracusiów, wynalazców minimum socjalnego i odkrywców "kwoty wolnej od podatku, na dzieci", ekonometryków, którzy latami wytężonych studiów nad liczbą progów podatkowych i granicą "dobrego deficytu" wyznaczali kolejne progi milowe polskiej szkoły ekonomicznej, właśnie na naszych oczach rodzi się kolejne pokolenie "Balcerowicz Boys", które po fiasku koncepcji "Polski solidarnej i socjalnej" wyjedzie doradzać rządom Tatarstanu, Mołdowy, Mongolii i Zimbabwe. Jeśli będą ich tam jeszcze chcieć.
    Nowa ministerka od finansów, pani profesor Lubińska, liberałka z Unii Wolności, właśnie niedawno zszokowała "rynki finansowe" oświadczeniem, że dobry deficyt - to deficyt większy niż dobry deficyt według premiera Marcinkiewicza, a zwiększone wydatki zostaną przeznaczone na "naukę i wysokie technologie". Czyli możemy liczyć, że za kilka lat polscy archeolodzy i paleontolożki dokonają kolejnego epokowego odkrycia na trasie budowy następnego wiekopomnego kilkukilometrowego odcinka autostrady łączącej Szczecin z Gorzowem Wielkopolskim, odkrycia, które ostatecznie rozwieje wątpliwości dotyczące stanowiska faraona jako odpowiednika polskiego prezydenta i wezyra stanowiącego odpowiednik premiera?
    Ale czy np. w sprawie reformy służby zdrowia i i kandydatury Religi na to stanowisko mogło być inaczej, skoro Jarosław Kaczyński w wywiadzie dla duetu Kublik - Olejnik wyraźnie stwierdził, że PiS od początku ministerstwo zdrowia ofiarowało PO "...ale oni powiedzieli, że go nie wezmą. My byliśmy gotowi w tej sytuacji wziąć zdrowie, jako to kukułcze jajo...". System ochrony zdrowia jako kukułcze jajo podrzucone partii rządzącej stanowi najlepszą egzemplifikację "polski solidarnej" i poczucia odpowiedzialności za państwo. Ale liderzy partii rządzącej zachowali się bardzo przytomnie i owo kukułcze jajo podrzucili prof. Relidze, biorąc go na haczyk patriotyzmu i odpowiedzialności za państwo. Ciekawe, na jaki haczyk złapał państwowców Religa, przyjmując to jajo, bo patriotyzm patriotyzmem, ale "ktoś tym przecież musi kierować"! Bo, że kieruje tym premier Marcinkiewicz, to wierzy już chyba tylko sam Marcinkiewicz, a przynajmniej takie sprawia wrażenie, jakby nie czytał bajek biskupa Krasickiego: "cudzej jasności małaś uczestniczka: zna każdy, co pochodnia, zna każdy, co świeczka"... Nie takich cudów jesteśmy ostatnio świadkami, nawet w takiej Ameryce, jak tylko tamtejszy prezydent nieco spowolnił działania na rzecz budowy Wielkiego Izraela, to od razu wyszły na jaw różne afery z udziałem jego doradców i nominatów, nawet "spontaniczne" nagranie rozmowy z żołnierzami stacjonującymi w Iraku ujrzało światło dzienne w kilka godzin po nagraniu tego wyreżyserowanego wywiadu. Nagle też w Polsce odżył temat lądowania talibów w Klewkach, przy czym tym razem nie były to już bredzenia psychicznego Gasińskiego, lecz czołowy artykuł "GW", co na nowo definiuje pojęcie bredni. Otóż brednia to jest informacja, którą rządzący i oficerowie nadzorujący media uważają za zarezerwowaną dla siebie, a kiedy te ważne figury dobrowolnie lub pod przymusem sytuacji politycznej zmieniają zdanie - brednia staje się hipotezą lub oficjalną informacją. W taki m.in. sposób niegdysiejsze brednie o podatku liniowym stały się pełnoprawną hipotezą programową najpoważniejszej partii, tak też bredzenia o agenturze i roli służb specjalnych awansowały do najbardziej prawdopodobnej hipotezy wyjaśniającej mechanizmy rządzenia Polską, w kolejce do rehabilitacji już ustawiają się brednie o manipulacjach sondażowych, brednie o urabianiu postaw światopoglądowych, niszczeniu rodziny i jej materialnych podstaw itp. Uszlachetnienie niektórych bredni ekonomicznych zostało na jakiś czas powstrzymane zwycięstwem obozu "solidarnego", w natłoku informacji trudno wszakże rozstrzygnąć czy informacja o nagłym odnalezieniu w archiwach NIK dokumentów świadczących, iż szlachetny Edward Gierek wybudował na swoje konto z publicznych pieniędzy kilka willi miało dopomóc Adamowi Gierkowi w podjęciu decyzji, którą Polskę wybiera: solidarną czy liberalną. Faktem jest, że wspomniana informacja przeleciała przez serwisy i zgasła szybciej niż się pokazała, a żeby nie było wątpliwości co do szlachetnej natury Gierków - to lider PiS-u osobiście wywindował unioposła Adama Gierka do godności zasłużonego dla IV RP. Takim to sposobem tworzy się nowy obóz wielkiej prawicy, teraz nadchodzi czas na kolejne wiekopomne reformy w stylu słynnych reform administracyjnych rządu Jerzego Buzka.

    Krzysztof Mazur

    Publicystyka Krzysztofa Mazura na ASME


    Komentarz (0)

    Mięczy namy prawnykamy czyli Żyrinowski wystawia atest polskości Kwaśniewskiemu Wysłane niedziela, 13, listopada 2005 przez Krzysztof Pawlak

    Humor KGB-owców (na potrzeby tego artykułu będzie to pojęcie zbiorcze dla funkcjonariuszów "Smiersza", KGB-FSB, GRU i ich polskawych odpowiedników) najczęściej nie należał do wysokich lotów, niemniej zdarzało się im wzbudzać uśmiech nawet na twarzach katowanych przez ich przedstawicieli ofiar "międzynarodowego ruchu rewolucyjnego". Do takich momentów niewątpliwie można zaliczyć najnowsze wczorajsze wystąpienie tow. Władimira Żyrinowskiego, który - jak doniosły serwisy m.in. WP czy Onet - wypuścił "z siebie" kolejne "międzynarodowe oświadczenie":
    "Przedstawiciel Polski, która »miała już papieża«, nie ma prawa kandydować na stanowisko sekretarza generalnego ONZ - powiedział w rozmowie z agencją ITAR-TASS lider rosyjskich liberalnych demokratów, Władimir Żyrinowski. Uważa on, że następcą Kofiego Annana powinien zostać przedstawiciel wschodniej Europy, lecz w żadnym wypadku nie Polak. (...)".


    Znany kawalarz, oddelegowany na trudny odcinek frontu rewolucji proletariackiej z ramienia Kominternu, Karol Sobelsohn, pseudo partyjne "Radek", skomentował niegdyś niezwykle trafnie stan osobowy tej niezwykle dla przodków współczesnych post(?)komunistów zasłużonej instytucji. Otóż na kolejnym posiedzeniu międzynarodówki "wybrańców" zjawili się na partyjne wezwanie delegaci wszystkich kontynentów i ras - za wyjątkiem przedstawicieli Afryki subsaharyjskiej. Na pełne oburzenia głosy dla takiej dyskryminacji ludu pracującego wsi i miast Sobelsohn-Radek przytomnie wyjaśniał, że wśród pełnych poświęcenia i uczciwości towarzyszy "nie znalazł się ani jeden Żyd, który dałby sobie przekłuć obrączką nos".
    Zapoznany wśród dygnitarstwa Dumy mordobijca i instytucjonalny już warchoł Władimir Żyrinowski został tym razem wydelegowany do ratowania mocno opadłego w Polsce kursu "wymiany" towarzysza Olka "Disko Polo" Kwaśniewskiego, znanego też ze złośliwoulicznych ksyw "Wieprz" tudzież nazwy świni męskiego rodzaju, czyli "Knur", zapoznanych szeroko w społecznej pamięci dzięki lalkowemu serialowi politycznemu "Polskie zoo" z czasów dyrektorowania TVP przez prezesa Drawicza. Towarzysz "honorowy prezio" Stowarzyszenia "Ordynacka" jest w tej chwili na wylocie ze stolca ustawionego na poczesnym miejscu w warszawskim Pałacu Namiestnikowskim, do którego przejęcia szykuje się prezydent Warszawy Brat "L.-ewy". Pełniona przez Olka "Disko Polo" wieloletnia funkcja rozciągliwego jak jasna niebieska zwieracza "polskiego regionu UE" dla lawiranckich stosunków pomiędzy Wschodem a Zachodem doznała stosownego zakończenia głównego aktu sztuki granej przez post(?)komunistyczną trupę i wobec zapowiadanej możliwości postawienia go przed Trybunałem Stanu jego niezawodni byli (?) przyjaciele oraz "starsi bracia w wierze (politycznej)" przystąpili do realizacji scenariusza ratowniczego.
    Żyrinowski z lubością przyznaje się do pochodzenia "prawniczego", co prawda nie najwyższej próby, bo tylko ze strony ojca, a nie jest to okoliczność poważna nie tylko dla bliskowschodnich znawców tematu, ale w tej samej sytuacji występuje tow. Kwaśniewski, dodatkowo mając w odwodzie poważny argument w rodzaju wiernej służby tatusia dla organów represji antypolskiej z lat drugiej połowy ub. wieku - podobnym, ale czynnym umocowaniem chwali się półgębkiem, dając tu i ówdzie na swój temat do zrozumienia sprawca wielu bójek w moskiewskiej Dumie i podczas publicznych wystąpień, "kagebowski klaun", tow. Zyrinowski.
    Nie można przy tej okazji nie oddać pewnego uznania dla swoistego sprytu tow. Żyrinowskiemu i jego mocodawcom - gdyż według scenariusza, że "TAKI »Rusek«" nastawa na »naszego« »prezia«" z pewnością kilka mniej wyrobionych grupek parających się amatorsko komentowaniem życia politykierskiego "naszego regionu UE" może przejąć się w swojej naiwności i stanąć w obronie atestowanego na polskość przez "prawnika Żyrinowskiego" POP Kwaśniewskiego (stara dekrypcja tego skrótu: Pełniący Obowiązki Polaka - z czasów rządów w Polsce bandy Romkowskiego, Fejgina, Światły i Bieruta, a także Stolzmana - nadzorowanych przez tow. generał-majora Sierowa).
    Nieustanne drażnienie Polaków starannie dozowanymi erupcjami państwowo zarządzanej niechęci "Rosjan" (bo zdecydowana większość zwyczajnych Rosjan naprawdę niewiele z tego rozumie i często nawet nic o nich nie wie) do Polaków i ich nowej ekipy powoli przejmującej władzę w Rzeczypospolitej, przełamanej cały jeszcze czas PRL-bis, zwraca uwagę na aktywność bieżącą i zapewne przyszłą niedorżniętej politycznie jeszcze pozostałości post-PRL-owskich, rozlokowanych najczęściej w strategicznych działach gospodarki oraz aparatu propagandowego, zwanego uprzejmie mediami. Otrzymują oni nieustanne wsparcie z Kremla - jak choćby wymienić niedawną serię pobić polskiego personelu dyplomatycznego w Moskwie (dlaczego tak oszczędzono tow. Mellera?), brak zaproszenia na uroczystość święta niegdysiejszego miasta lennego Rzeczypospolitej Królewca dla przedstawicieli Polski przy jednoczesnym zaproszeniu "najlepszego sąsiada" tow. cara-KGB-isty Putina dla tow. kanclerza Schrödera, zapowiedź budowy Gazociągu Północnego z niemal jednoczesnym żądaniem podwyżki cen eksportowanego do Polski gazu i najnowszych - zakazów "sanitarnych" dla mięsa, jego przetworów oraz produktów roślinnych importowanych przez Rosję. Ten ciąg "wydarzeń specjalnych" będzie miał zapewne w przyszłości podobnego pokroju następstwa tak długo, jak towarzysze z byłej PZPR-erii będą licytowani nawet jako blotki w grze inżynierów polityki międzynarodowej przy stoliku niedaleko lotniska na Chodynce.
    Wysuwanie kandydatury na szefa jednej z najbardziej skorumpowanych instytucji życia międzynarodowego, utworzonej zresztą na wniosek zlewicowanych tuzów międzynarodowego Ałtorytetu już w ostatnich dniach II Wojny Światowej, zagrożonego przez sąd Trybunału Stanu "Disko Olka" jest chichotem historii wartym odnotowania dla samego siebie, gdyby nie był poważnie brany pod uwagę przez ponoć sporą liczbę skądinąd przyjaźnie nastawionych dla interesów polskich ludzi z wielu krajów. Agentura wpływu nie wzięła się jednak z niczego i nie istnieje od niedawna, a wręcz przeciwnie: w jej ustanawianiu i pielęgnowaniu mają słusznie zasłużone sukcesy Rosjanie i "Rosjanie" jeszcze z czasów przedrewolucyjnych. Dla dyplomacji moskiewskiej ulokowanie takiego byłego (?) jej zasłużonego współ-wespół działacza komunistycznej młodzieżówki oraz "honorowego »prezia«" Stowarzyszenia "Ordynacka", skupiającego kilka tysięcy niezawodnych dla ostatnich lat kolaboracji z okupantem sowieckim "wieśmenów" tudzież "chuopaków", obecnie odgrywających znaczące role w działach gospodarki opartych na wciąż przymusowej kooperacji z Rosją już nie "działaczach młodzieżowych", a "byznesmenach" PRL-bis - jest okazją bynajmniej nie wymyśloną na poczekaniu, ale zapewne konsekwentnie realizowanym planem wsparcia kolejnego pokolenia "uczciwie" zaangażowanego w "rozwój harmonijnych stosunków europejsko-rosyjskich" zwolenników konwergencji sojalistyczno-kapitalistycznej.

    Jednak wystawienie zaświadczenia o przynależności do polskiej folkslisty przez rosyjskojęzycznego "prawnika" dla O Mało Co (o.m.c) magistra też "prawniczego" biegłego w polskim jaziku" najlepiej się nim posługującemu podczas nieustających przeprosin "w imieniu Polaków" podczas takich uroczystości jak np. w Jedwabnem - jest, przyznacie to chyba Państwo, krotochwilą godną Karola Sobelsohna ksywa partyjna "Radek". Z poczuciem humoru w chodynkowskich budynkach nie jest więc tak źle...

    Krzysztof Pawlak


    Komentarz (1)

    Eustachy Rylski - Laureat nagrody im. Józefa Mackiewicza AD 2005 Wysłane piątek, 11, listopada 2005 przez Krzysztof Pawlak

    | Pobierz |







    Eustachy Rylski - Laureat nagrody im. Józefa Mackiewicza AD 2005 Wysłane piątek, 11, listopada 2005 przez Krzysztof Pawlak

    Przedstawiamy Państwu skrót rejestracji z dzisiejszej uroczystości wręczenia Nagrody im. Józefa Mackiewicza, która odbyła się w Domu Literatury przy warszawskiej Starówce.

    "W centrum prozy Rylskiego na pewno są luzie. Ludzie i otchłań, którą w sobie noszą, aż się w nią pogrążą. Rylski idzie w głąb tej otchłani, jaką znajduje w mężczyźnie dążącym do ostateczności. To jest Stankiewicz w najnowszej powieści »Rangu«,a tutaj - Rański i jego dziad, generał Rański. Ich starsi bracia to pułkownik Miasojedow, to Almeier i Kurtz - bohater »Jądra Ciemności«. Męskie postaci Mackiewicza i Konrada...".

    Nagranie jest notacją laudacji utworu Autora i Jego bezpośrednio następującym wystąpieniem.

    Nagranie trwa ponad 10 minut i jest dostępne w Sieci do 25 XI 2005 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




    Komentarz (0)

    Nagroda im. Józefa Mackiewicza AD 2005 - przyznana! Wysłane piątek, 11, listopada 2005 przez Krzysztof Pawlak

    Laureatem tegorocznej edycji Nagrody im. Józefa Mackiewicza został

    Eustachy Rylski



    za Swoją powieść "Człowiek w cieniu".

    Relacja z dzisiejszej uroczystości przyznania Nagrody im. Józefa Mackiewicza - w najbliższych godzinach!

    Komentarz (0)

    JEDEN DZIEŃ - DWIE ROCZNICE - Antoni Zambrowski Wysłane czwartek, 10, listopada 2005 przez Krzysztof Pawlak

    Przez ponad 70 lat w Rosji sowieckiej obchodzono 7 listopada rocznicę bolszewickiego zamachu stanu w Piotrogrodzie zwanego oficjalnie Wielką Rewolucją Socjalistyczną. Było to dla Rosjan autentyczne święto, obchodzone hucznie przez ogół obywateli. Świąt w Związku Rad było mało, władze ateistyczne skasowały tradycyjne święta kościelne jak Boże Narodzenie i Wielkanoc, toteż ludność traktowała jako radosną okazję każde święto ofiarowane ludziom pracy przez władze. W gospodarce niedoborów, zrodzonych przez system planowo-rozdzielczy, w przeddzień święta państwowego władze "rzucały" do sklepów nadwyżki towarów i to też było powodem do ogólnej radości, (której nie zmniejszała konieczność wystawania po nie w kolejkach).
    Poza tym ludność rosyjska traktowała rewolucję bolszewicką jako swoją własną, w odróżnieniu od Polaków czy Węgrów, którym socjalizm narzuciły obce - sowieckie bagnety, a raczej czołgi.
    Po upadku Związku Rad prezydent Borys Jelcyn, choć sam postkomunista, musiał stawić czoła silnej opozycji komunistycznej. Jej przywódca Giennadij Zjuganow był dla niego najgroźniejszym rywalem podczas wyborów prezydenta Federacji Rosyjskiej. W tych warunkach następca Borysa Jelcyna, prezydent Władimir Putin postanowił zabrać komunistycznej opozycji sposobność do obchodzenia rocznicy rewolucji bolszewickiej i znaleźć jakąś inną datę do świętowania. Wybrano w tym celu dzień 4 listopada - rocznicę uwolnienia Moskwy od najeźdźców polsko-litewskich w roku 1612. Przeważyły doraźne względy geopolityczne: zdradziecka Polska odeszła do NATO, a następnie do Unii Europejskiej, porzucając bratnią rodzinę narodów obozu moskiewskiego, zorganizowanego uprzednio w Układzie Warszawskim oraz w RWPG. Również Litwini mieli złe notowania w elitach rosyjskich, gdyż przyczynili się do rozpadu Związku Rad, domagając się niepodległości i stawiając czoła sowieckim czołgom w obronie gmachu swego parlamentu w Wilnie. Rosyjskie elity słabo znają historię krajów ościennych i nie orientują się, że Wielkie Księstwo Litewskie w Rzeczpospolitej Obojga Narodów - to tak bliska sercu każdego Rosjanina Białoruś (Na Litwę etniczną w owych czasach mówiono Żmudź). Patriotyczna młodzież białoruska usiłowała nawet obchodzić rocznicę walnego zwycięstwa wojska litewskiego pod dowództwem księcia Konstantego Ostrogskiego nad Moskalami pod Orszą 8 września 1514 roku, co skutecznie uniemożliwili ZOMO-wcy prezydenta Aleksandra Łukaszenki.
    Nie ma dwóch zdań, że uroczyste świętowanie rocznicy uwolnienia Moskwy od polskich najeźdźców służy antypolskiej propagandzie i utrwalaniu wśród rosyjskiego społeczeństwa antypolskich stereotypów. Propaganda rosyjska nie zadaje sobie trudu, by pokazać prawdziwy obraz ówczesnych stosunków polsko-rosyjskich, w wyniku którego ludność Moskwy dobrowolnie otworzyła bramy miasta dowodzonemu przez hetmana Żółkiewskiego wojsku. Obecność Polaków na Kremlu opisywana jest w barwach bardziej przydatnych dla opisu obecności tam wojsk napoleońskich lub pobitych pod Moskwą wojsk hitlerowskich.
    Ludność rosyjska nie zdaje też sobie sprawy, że dla Polaków tenże dzień 4 listopada jest znacznie boleśniejszą rocznicą krwawej rzezi Pragi z rąk żołdactwa feldmarszałka Aleksandra Suworowa - rosyjskiego bohatera narodowego. Tego dnia w czasie Powstania Kościuszkowskiego 1794 roku wojsko feldmarszałka Suworowa wzięło szturmem położone na prawym brzegu Wisły miasto Praga i wymordowało jego ludność cywilną. Takiej rzezi Polska nie widziała od czasów najazdu tatarskiego w XIII wieku. Wrzask gwałconych i mordowanych kobiet słychać było po drugiej stronie Wisły. Sam Aleksander Suworow - znany ze skłonności do błazenady, biegał po ulicy z dwoma indykami pod pachami i wołał: "Niech przynajmniej te niebożęta ujdą cało".
    Generalissimus Suworow jest rosyjskim bohaterem narodowym, w ZSRR były ordery Suworowa dla najwybitniejszych dowódców wojskowych, zaś w dzisiejszej Rosji zachowały się po czasach stalinowskich szkoły kadetów zwane szkołami suworowskimi. W Polsce straszono nim dzieci. Zabronione za rządów komunistycznych obchody rocznicy rzezi Pragi są celebrowane tego dnia przez kurię diecezji warszawsko-praskiej. Sądzę, że należałoby nadać im rangę obchodów ogólnowarszawskich, gdyż Praga nie jest już odrębnym miastem i stała się integralną częścią stolicy Rzeczypospolitej.

    Antoni Zambrowski

    Jest to pełna wersja artykułu, który pierwotnie został opublikowany (ze skrótami) w tygodniku "Gazeta Polska".

    Publicystyka Antoniego Zambrowskiego na ASME


    Komentarz (1)

    Konspiracja jest w krwi Sakiewiczów - redaktor naczelny "Gazety Polskiej" Tomasz Sakiewicz opisuje charakterystyczny, wielopokoleniowy rodowód "elementu antysocjalistycznego" oraz członka opozycji antykomunistycznej Wysłane czwartek, 10, listopada 2005 przez Krzysztof Pawlak

    | Pobierz |






    Konspiracja jest w krwi Sakiewiczów - redaktor naczelny "Gazety Polskiej" Tomasz Sakiewicz opisuje charakterystyczny, wielopokoleniowy rodowód "elementu antysocjalistycznego" oraz członka opozycji antykomunistycznej Wysłane czwartek, 10, listopada 2005 przez Krzysztof Pawlak

    "Mam przyjemność przedstawić Państwu Tomasza Sakiewicza, redaktora naczelnego tygodnika "Gazeta Polska", przedstawiciela najmłodszego pokolenia opozycji antykomunistycznej" - zapowiedział Gościa TV ASME red. Antoni Zambrowski.

    "Moje korzenie są wyryte w kamieniu - jeżeli ktoś z Państwa będzie miał okazję odwiedzić kościół pw. św. Stanisława Kostki na Żoliborzu - tam obok grobu księdza Jerzego są tabliczki z nazwiskami mojej rodziny. To był Walerian Raba, brat mojego dziadka, który zginął śmiercią męczeńską na Ukrainie. Ksiądz Raba, potomek senatorów Rzeczyspospolitej, uwierzył w Polskę, w jej powstawanie i działając w "Skałacie", w Tarnopolskiem, zginał za nią, zamordowany przez ukraińskich nacjonalistów.
    Z kolei Szymon Budny był człowiekiem, który pierwszy przetłumaczył Biblię na język polski. Wielu moich przodków można spotkać, przeglądając herbarze polskie.
    Dziadek Sakiewicz bił się w 1920 pod Lwowem, dostał się we Wrześniu 1939 r. do niewoli sowieckiej, ale nie podzielił losu innych oficerów w Katyniu, Miednoje czy Charkowie, później konspirował w Terespolu, po wpadce z 1941 r. zginął w Oświęcimiu. Ale wtedy już konspirował jego syn, a mój Ojciec. Bił się w Powstaniu Warszawskim, gdzie został ciężko ranny. Spotkał się w czasie okupacji z księdzem Wyszyńskim, który kazał jemu i innym młodzieńcom - przeżyć...
    Moja własna działalność opozycyjna zaczęła się właściwie z dniem wprowadzenia stanu wojennego, kiedy nagle nie było w telewizji "Teleranka"... Wtedy razem z moimi kolegami zastanawialiśmy się czy "zrobią to" "nasi" czy "Ruscy". Okazało się, że wystarczyli "nasi". Oczywiście wydawaliśmy jakieś ulotki i pisemka... Chodziłem do specyficznego liceum w Warszawie, na Bielanach, do "Dewulotu", gdzie co drugi syn to było dziecko albo wojskowego, albo milicjanta, a mimo to - a może właśnie dlatego - mieliśmy strasznie dużo "członków wspierających" nasze dziecięce działania opozycyjne.
    Na bazie parafialnym i znajomości licealnych spróbowaliśmy później stworzyć coś poważniejszego: przybrało to nazwę Ruch Katolickiej Młodzieży Niepodległościowej, wydalaliśmy gazetkę "Słowo Niepodległe" i byliśmy z siebie bardzo zadowoleni, bo pisaliśmy z dużo większym polotem niż starsi koledzy. Bezpieka nas jednak nie ruszała, choć obserwowała. Na wydziale psychologii UW, gdzie zdałem, nie mogliśmy znaleźć tego Pierwszego NZS-u, być może się tak zakonspirowali albo wszyscy już pokończyli studia. Więc wpadliśmy na pomysł zawiązania II NZS-u, ale nie chcieliśmy utajniać niczego, zawiesiliśmy nawet na tablicy ogłoszeń pełen jego skład na wydziale wraz z numerami telefonów... Po strajkach z lat 80. zdecydowaliśmy podłączyć się pod grupę "Głosu" Macierewicza i poszukać polityków "profesjonalnych"...
    Do ZChN wstąpiłem w 1988 i byłem najmłodszym w tym towarzystwie, ale odtąd można mówić o końcu działalności opozycyjnej, a rozpoczęciu politycznej. Jednak trwała ona bardzo krótko, gdyż wypisałem się z ZChN po dwóch latach i zająłem się dziennikarstwem, gdyż doszedłem do wniosku, że jest to właściwsza forma budowania nowej Rzeczypospolitej...

    Nagranie trwa 32 minuty i jest dostępne w Sieci do 24 XI 2005 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




    Komentarz (1)

    Poczytaj Mamie o SLD:
    My z "ezelde", my z "ezelde", reakcji (prawnej) nie boim siem!
    ...bo jak nawet taki tow. Gierek zrobił siem "zły", to i tak siem łonemu nic nie stało!
    Wysłane środa, 9, listopada 2005 przez Krzysztof Pawlak

    Cytat podstawowy: "Obiektywnie socjaldemokracja jest umiarkowanym skrzydłem faszyzmu" Józef Stalin (Np. Onet.pl)


    Poranek już dawno miniony, ale znamienny dla wielu wypróbowanych kamratów z byłej PZPR-erii, którzy obecnie wspominają z łezką w oku podczas emeryckich spotkań przy lampce koniaku i dymku z marlboro, które zastąpiło niegdysiejsze sporty - nadszedł 14 października 2005 r., kiedy to podkurkowych wydaniach serwisu pojawiła się wiadomość o tytule "SE": Sensacyjne dokumenty o willach Gierków (tym razem za serwisem Onet-u). Bulwarówka "Super Express: opublikowała kilka faktów z tzw. archiwum Moczara, byłego UB-ola, współpracownika GRU, zwanego "krwawym Mietkiem" od czasów jego zarządu w łódzkim UB. Dla byłych władców PRL i obecnych PRL-bis te znalezisko nie było oczywiście niczym sensacyjnym - już od dawna towarzysze z PZPR-erii byli przyzwyczajeni do traktowania zarządzanego przez siebie "regionu polskiego Związku Sowieckiego" jak własnego folwarku, w którym najczęściej wcześniej, w II Rzeczypospolitej pracowali. W trakcie stanu wojennego tu i ówdzie były półgębkiem kolportowane plotki o "poważnych nieprawidłowościach", jakich ponoć miał się dopuścić były Pierwszy sekretarzyk PZPR wraz z rodziną - ale oficjalne dane nie były oczywiście publikowane. Teraz można było m.in. przeczytać: "Super Express": W lutym 1982 roku odbył się tajny proces Edwarda Gierka. Sąd odebrał I sekretarzowi KC PZPR i jego żonie dwie wille w Katowicach jako majątek pochodzący z przestępstwa.
    Gazeta odnalazła sensacyjne dokumenty o pięciu willach Gierków, wybudowanych za państwowe pieniądze. (...)"

    Ale oddajmy już głos najbardziej zasłużonym, czyli "Super Expressowi":


    "Pięć willi pierwszego sekretarza
    »Super Express«odnalazł tajne archiwum Mieczysława Moczara

    W lutym 1982 roku odbył się tajny proces Edwarda Gierka - ustalił »Super Express«. Sąd odebrał I sekretarzowi KC PZPR i jego żonie dwie wille w Katowicach jako majątek pochodzący z przestępstwa. W archiwum NIK znaleźliśmy sensacyjne dokumenty o pięciu willach Gierków, wybudowanych za państwowe pieniądze.
    Archiwum Mieczysława Moczara (prezesa Najwyższej Izby Kontroli w latach 1971-1983) jeszcze kilka lat temu ukryte było w kancelarii tajnej NIK, później przeniesiono je do piwnicy. Choć na dokumentach nie ma klauzul »tajne« czy »poufne«, do pożółkłych papierów nikt nie miał wglądu od 25 lat. Byliśmy pierwsi! Teczki partyjnych towarzyszy, gromadzone przez Moczara, który na wszystkich chciał mieć haki, to rewelacja nie tylko dla historyków.
    W zestawieniu z dokumentami NIK pryska mit propagowany przez biografa Gierka Janusza Rolickiego, o uczciwym I sekretarzu KC PZPR, który otworzył Polskę na świat i nic z tego nie miał.

    Inspektorzy NIK policzyli

    W latach 70. Gierkowie dorobili się sporego majątku, przywłaszczając sobie pieniądze z państwowych przedsiębiorstw. Część tego majątku (1/3 willi w Ustroniu) należy dziś do eurodeputowanego Adama Gierka, syna Edwarda.
    Inspektorzy NIK wszystkie przekręty finansowe wyliczyli co do złotówki. Np. »łączne straty jednostek gospodarki uspołecznionej« przy budowie domu Gierków w Ustroniu-Zawodziu wyniosły 1 milion 793 tys. 634 zł. Budowę zlecił w październiku 1971 r. Adam Gierek. Droższym interesem dla państwowych firm była budowa dwóch bliźniaczych willi w Katowicach - NIK wylicza »szkody w wysokości co najmniej 21 milionów 363 tys. 574 zł«.

    Zrzutka na willę w Ustroniu

    Luksusową willę Gierków w Ustroniu budowało na początku lat 70. Katowickie Przedsiębiostwo Budownictwa Przemysłowego (KPBP). Nowoczesny dom projektowali najlepsi katowiccy architekci - Henryk Buszko i Aleksander Franta. Na willę była zrzutka - najpierw pół miliona złotych »dotacji« wpłacił Komitet Budowy Wojewódzkiego Parku Kultury i Wypoczynku. Później 200 tys. zł gotówki przyniósł w walizce dyr. Julian Koba, który miał budować park kultury, ale przy okazji z państwowych pieniędzy sponsorował budowę willi Gierków.
    - W styczniu 1973 r. generał Ziętek (członek Rady Państwa, wojewoda katowicki - przyp. L.K.) przeprowadził ze mną rozmowę telefoniczną - zeznał w katowickiej delegaturze NIK Zdzisław Tabaszewski, były dyrektor KPBP. - Uprzedził, że przyjdzie do mnie dyr. Koba w specjalnej misji.
    »Specjalna misja« polegała na sfałszowaniu faktur, tak aby Gierek miał kwity potwierdzające, że za wszystko zapłacił. Tabaszewski napisał na jednej z nich, że na konto przedsiębiorstwa wpłynęło 700 tys. zł. Owszem wpłynęło, ale nie od I sekretarza, tylko od państwowych firm. 400-metrowy dom w Ustroniu nadal należy do rodziny Gierków.

    Szklarnia z drugiej strefy

    O bliźniaczych willach Gierków w Katowicach krążyły legendy. Miał się rzekomo pod nimi znajdować przeciwatomowy bunkier. Bunkra nie było, tylko solidna piwnica. W jednej willi mieszkał Edward Gierek z żoną Stanisławą, w drugiej ich syn - Jerzy. Właścicielami budynków i dużej działki Gierkowie stali się w maju 1976 r. W akcie notarialnym znajdujemy zapis, że prezydent Katowic Lucjan Gajda, reprezentujący Skarb Państwa, sprzedał »dwusegmentowy budynek« Gierkom. A co z pieniędzmi? »Wartość przedmiotowej nieruchomości została wpłacona w gotówce do kasy Urzędu Rady Ministrów«. Ale to nieprawda. Inspektorzy NIK ustalili, że nie wpłynęła ani złotówka. Gierkowie obie wille dostali za darmo. I jeszcze dorzucono im supernowoczesną szklarnię, nazywaną warzywnikiem, za którą 1,5 mln zł zapłaciła fabryka domów »Sigma« w Mysłowicach. »Podlewanie roślin i otwieranie tafli szklanych, regulacja temperatury, nawiewu powietrza, jego ogrzewanie w czasie nawiewu, wilgotności powietrza - samoczynne, automatyczne, programowane« - stwierdzili inspektorzy NIK, odnotowując pieczołowicie, że urządzenia są z »drugiej strefy dewizowej«.

    Towarzysze, ja nic nie wiem!

    9 czerwca 1981 r. Najwyższa Izba Kontroli zawiadomiła prokuratora generalnego PRL o »poważnych nieprawidłowościach i nadużyciach« przy budowie willi Gierków w Katowicach i Ustroniu.
    W 1981 r., zeznając przed tzw. komisją Grabskiego, były I sekretarz zapewniał, że jest niewinny, bo o jego życiu decydowało... Biuro Ochrony Rządu. Prace komisji utajniono.
    - Ja naprawdę nie mogę, towarzysze, przyznawać się do czegoś, w czym nie brałem udziału - mówił Gierek. - Mnie przeniesiono tam z uwagi na bezpieczeństwo. Niczego w tym mieszkaniu, towarzysze, nie mam. Ja nigdy nie uważałem się za właściciela tego domu. Nigdy! »Warzywnik« zbudowany został nie wiem przez kogo i nie wiem dla kogo. Ja z tego »warzywnika« nigdy nie korzystałem. Po cholerę jest mi on potrzebny!

    Różowe marmury tow. Grudnia

    To nie był koniec wyliczanki. Inspektorzy ustalili, że Jerzy Gierek, młodszy syn Edwarda, ma jeszcze willę w Stańcówce k. Zwardonia - wybudowaną za pieniądze... Kombinatu Rolno-Spożywczego w Szczekocinach. Willa kosztowała ponad 1,6 mln zł, a Jerzy Gierek wpłacił zaledwie 201 tys. zł. »Jerzy Gierek nie posiadał pozwolenia na budowę ze strony Urzędu Gminy w Rajczy; pod budowę zabrano właścicielowi grunty rolne; odcięto źródło wody niezbędne dla miejscowych gospodarstw do pojenia bydła" - czytamy w dokumentach z »szafy Moczara«.
    Starszy syn Edwarda, Adam, dostał przydział na 225-metrowy dom przy ul. Drozdów w Katowicach i meble wartości 360 tys. zł. Sąsiadem Adama był wtedy Zdzisław Grudzień, członek Biura Politycznego KC PZPR. W bliźniaczym domu Grudnia inspektorzy NIK znaleźli »różowe marmury, boazerię z drewna modrzewiowego, kryształowe lustra i kominek«.
    - Później za te meble zapłaciłem - tłumaczy Adam Gierek. - To nie był mój dom. Później prawdopodobnie wykupiła go moja była żona. A za dom w Stańcówce mój brat przepłacił. Potem nawet oddano mu pieniądze.
    Przed komisją Grabskiego Edward Gierek opowiadał dyrdymały, że jego syn Adam wprowadził się do willi przy ul. Drozdów, bo »zaczęto grozić jego córce, że ją uprowadzą i zgwałcą«.

    Gierek tylko lokatorem

    17 lutego 1982 r. Sąd Wojewódzki w Katowicach spełnił żądanie prokuratora i w największej tajemnicy odebrał katowickie wille Gierkom. Unieważniono akt notarialny z 1976 r. Były I sekretarz stracił status właściciela, stał się lokatorem. Po 12 latach historia zatoczyła jednak koło i... Gierek odzyskał dom. W październiku 1994 r. wykupił go od gminy Katowice i natychmiast sprzedał ze sporym zyskiem biznesmenowi Michałowi Goli. Co ciekawe i tu wytropiliśmy przekręt. Gmina sprzedała Gierkowi willę tak jakby to było zwykłe mieszkanie w kamienicy (zastosowano »uchwałę Rady Miejskiej w sprawie sprzedaży lokali mieszkalnych w domach wielomieszkaniowych«). Drugi dom - ten, w którym mieszkał kiedyś Jerzy Gierek - kupił od gminy Wojciech Czech, pierwszy solidarnościowy wojewoda katowicki.
    - Rodzice wyprowadzili się do Ustronia właśnie z powodu Czecha - opowiada Adam Gierek. - Nie było to miłe sąsiedztwo.
    (...) O Mieczysławie Moczarze mówi krótko i dosadnie: - Żaden wielki partyzant, zwykły bandyta. (...)".

    ...i jeszcze "słowo nadzorcze" od redaktora kontrolnego "SE":

    Gierek jakiego nie znaliśmy

    Informacja o korupcji klanu Gierków sprawi przykrość niektórym Czytelnikom. Edward Gierek do dziś ma fanów, a bardzo wielu Polaków czuje sentyment do "czasów gierkowskich". Na początku lat 70. ubiegłego wieku rosła stopa życiowa zwykłych obywateli, modernizowano kraj.
    Potem, od 1976 roku, było już co prawda gorzej: opustoszały półki w sklepach, a pały milicyjne spadały na niezadowolonych. Ale na koniec Gierek bezkrwawo ugodził się z Solidarnością. To też jego ogromny plus.
    Niestety, w tych pięknych latach 70. cała rodzina Gierków tuczyła się też na potęgę na społecznym majątku. Ustalił to nasz reporter, red. Leszek Kraskowski. Psujemy więc wizerunek "dobrego, uczciwego wujka Gierka" z jeżykiem na głowie. I odbieramy wielu z Was, Drodzy Czytelnicy, trochę miłych złudzeń. Dlaczego? Bo prawda jest ważniejsza od mitów.
    Edward Gierek nie był pierwszym - i na pewno nie ostatnim! - polskim politykiem, który nadużył władzy, by materialnie "urządzić" siebie i bliskich. Czy to jednak usprawiedliwia jego i jego synów, z których jeden reprezentuje dziś Polskę w Brukseli? Osobiście wątpię.
    Mariusz Ziomecki

    Na potrzeby wyniesionych z pijackich odmętów "dołów partyjnych" do poziomu "rządzącej klasy robotniczej" ten tekst może i jest wystarczający - ale z całą pewnością nie dla większości Polaków, którzy już w połowie lat 70. minionego wieku zaczęli odczuwać "dobrobyt" systemu PRL-owskiego pod rządami tow. Edwarda Gierka - wtedy właśnie wprowadzono pierwsze kartki: na cukier....


    Komentarz (0)

    ROZMOWA PUTINA Z WIERNYM LUDEM - Antoni Zambrowski Wysłane wtorek, 8, listopada 2005 przez Krzysztof Pawlak

    Jak stało się ostatnio zwyczajem w putinowskiej Rosji, prezydent Władimir Putin odbył kolejną doroczną rozmowę radiowo-telewizyjną ze swoimi wyborcami w Rosji i okolicy. Obywatele wysłali do prezydenta niezliczoną liczbę pytań, a ponadto w trakcie prawie trzygodzinnej audycji zadawali mu na bieżąco pytania w interesującej ich sprawach. Dziennikarze telewizyjni pierwszego oraz drugiego kanału telewizji moskiewskiej łączyli się z różnymi miejscowościami "nieobjętej dla ludzkiego oka" Federacji Rosyjskiej, zaś miejscowi reporterzy telewizyjni podsuwali mikrofon poszczególnym obywatelom płci obojga. Miało to mieć pozór swobodnego i spontanicznego dialogu prezydenta z jego wyborcami, ale w rzeczywistości wszystko odbywało się w myśl zasad regulowanej demokracji. W dialogu z prezydentem brali udział odpowiednio wyselekcjonowani przedstawiciele stronnictwa władzy, zaś zwykłych obywateli milicja trzymała na bezpieczną odległość od kamer i mikrofonów (Gdy w jednym miejscu grupa obrońców praw człowieka usiłowała przedostać się w pobliże mikrofonów bez uzgodnienia, została brutalnie pobita i zatrzymana przez milicję). Ludzie gadają, że i pytania zadawane przez obywateli były uprzednio uzgodnione z administracją prezydencką, zaś zadawanie parokrotnie przećwiczone dla większej pewności dla uniknięcia wpadki przy kamerach. Odpowiednio przygotował się i sam pan (dla wojskowych wciąż: towarzysz) prezydent. Najbardziej mnie zadziwił, gdy zapytany przez jednego z młodzieńców z kurortu czarnomorskiego Gelendżyk o wrażenia z ich miasta, wygłosił całe exposé o perspektywach rozwojowych tej miejscowości. Gdyby nie wiedział, że będzie o to pytany, nie przygotowałby się do odpowiedzi. Wszak takich miejscowości w Rosji są tysiące.
    Pytano prezydenta najczęściej o sprawy najbardziej ludzi obchodzące, które w świecie cywilizowanym nie wchodzą w jego kompetencje. Od tego jest samorząd lokalny. Ale w Federacji Rosyjskiej prezydent Putin jest wciąż kimś na kształt monarchy o władzy absolutnej niczym cesarz Wszechrosji lub sekretarz generalny KPZR. Dlatego zagadnięty przez babinę z jakiejś wsi w Kraju Stawropolskim na Północnym Kaukazie o brak wodociągu, zdenerwował się i zapowiedział, że kończący swą kadencję gubernator nie otrzyma nominacji na dalsze urzędowanie dopóty, dopóki tej wody do owej wsi nie doprowadzi (Dodajmy z uznaniem, że słowa swego dotrzymał. W czasie urzędowej rozmowy z gubernatorem ubiegającym się o poparcie prezydenta dla nominacji na następną kadencję, zapytał go o ową nieszczęsną wioskę i jej wodociąg. Dawniej gubernatora wybierano w wyborach powszechnych, ale dziś jego nominacja zależy od prezydenta. To w ramach demokracji regulowanej odgórnie).
    W tym roku prezydent był bardziej otwarty na krytykę oddolną i nawet przyznał publicznie, że w Czeczenii nie wszystkie sprawy toczą się pod odgórną kontrolą. Ludzie są porywani i znikają bez śladu nie tylko za sprawą "bandytów", ale i federalnych organów ścigania. Winą za to obciążył wszelako znane wydarzenia z niedawnej przeszłości. Koncentrował się jednak na sprawach gospodarczych zrujnowanej wojną republiki. Podobnie było w rozmowach kilku innych republik autonomicznych. Prezydent rozmawiał z ich mieszkańcami, pomijając istniejące tam konflikty etniczne pomiędzy ludnością tubylczą a Rosjanami. Widać z tego, że podobnie jak Michaił Gorbaczow lekceważył konflikty etniczne, które rozsadziły Związek Rad, również i Władimir Putin ma na nie jedyną receptę - imperialną. Co nie wróży dobrze spoistości wielonarodowej Federacji Rosyjskiej.
    Ignorując własne konflikty etniczne i lekceważąc potrzeby swych mniejszości narodowych, nawet będących tytularnymi gospodarzami swych republik autonomicznych, prezydent Putin pozwala sobie na ingerencję w cudze sprawy wewnętrzne w obronie napływowej ludności rosyjskiej. Przez długą chwilę rozmawiał bowiem z mówiącymi po rosyjsku mieszkańcami łotewskiej stolicy Rygi. Ponieważ miejscowe władze nie udzieliły im pozwolenia na taki akt ingerencji w sprawy suwerennej od 15 lat Łotwy, łotewscy Rosjanie zebrali się na płaskim dachu rosyjskiego przedstawicielstwa i tam domagali się przywilejów dla rosyjskiej oświaty na Łotwie. Cała Rosja pełna jest oburzenia na należącą do NATO i Unii Europejskiej Łotwę za takie łamanie praw mniejszości rosyjskiej, żądnej oświaty w swej mowie ojczystej. Umyka jej uwadze istotna w tej sprawie okoliczność, że swoim autochtonicznym mniejszościom narodowym Federacja Rosyjska nie daje nawet tak kusych (jej zdaniem) uprawnień w zakresie oświaty narodowej, co Łotwa - napływowym Rosjanom. Ostatnio kraje ugrofińskie, jak Estonia i Finlandia, nagłaśniały skandaliczną politykę rusyfikacji oświaty w ugrofińskiej co do języka republice autonomicznej Marij El.
    Poza tym pragmatyczna dyplomacja rosyjska swoim zwyczajem wsadza ogon tam, gdzie głowa nie włazi. Prezydent Putin kokietuje środkowo-azjatyckich dyktatorów, którzy ewidentnie uciskają ludność rosyjską, zmuszając ją do emigracji do Rosji, i nie śmie im wytknąć dyskryminacji swych rodaków. Wyżywa się natomiast na demokratycznej Łotwie, gdzie Rosjanom żyje się lepiej niż w samej Rosji. Wymaga od Łotyszy tego, czego nie chce zapewnić swoim mniejszościom. Prezydent Putin ewidentnie uprawia filozofię Kalego, choć nie czytał zapewne "W pustyni i w puszczy".

    Antoni Zambrowski

    Publicystyka Antoniego Zambrowskiego na ASME


    Komentarz (0)