listopada 19, 2005 - listopada 28, 2005

Awangarda zachodzi od tyłu? - Stanisław Michalkiewicz Wysłane poniedziałek, 28, listopada 2005 przez Krzysztof Pawlak

Nie da się ukryć, że po wyborach stosunki w Polsce strasznie się skomplikowały. Zauważył to z właściwą sobie przenikliwością pan Waldemar Pawlak, zwracając w przemówieniu podczas dyskusji nad wotum zaufania dla rządu uwagę, że całe zamieszanie wzięło się stąd, iż PiS nie przeprosił Platformy Obywatelskiej za wygranie wyborów i nie przekazał jej władzy. Wszystko byłoby wtedy na swoim miejscu, a zwłaszcza beneficjanci "okrągłego stołu", którzy po 16 latach zaczynali już nabierać przekonania, iż należą do rodowej arystokracji, a poczucie wyższości nad prostym ludem noszącym moherowe berety odziedziczyli po królach, swoich rodzicach. Niestety, stało się inaczej, a powstały wskutek tego zamęt jest tak wielki, że dochodzi do rzeczy wprost niespotykanych, do sensacji, przy których oślica Balaama przemawiająca ludzkim głosem wygląda na rzecz zwyczajną. Oto pan Andrzej Lepper, bicz Boży na liberałów wszelkiej maści, nagle oświadcza, że on też jest liberałem, wprawdzie "socjalistycznym", niemniej jednak. Oczywiście ani przez chwilę nie mam wątpliwości, że ta deklaracja pana Andrzeja jest szczera, podobnie jak i wszystkie pozostałe zwłaszcza, że przy pomocy tego prostego zabiegu w jednej chwili wytrącił z ręki broń wszystkim swoim przeciwnikom. Za cóż go bowiem teraz mają krytykować? Że jest socjalliberałem? Toż oni są tacy sami, a pan prof. Stefan Niesiołowski jest nawet socjalliberałem katolickim. Niewiarygodne, ale nawet Balcerowicz już nie "musi odejść", tylko "może zostać". W tej sytuacji niezależnym mediom nie pozostało nic innego, jak zaprzestać wyrzutów, że rząd skorzystał z parlamentarnego poparcia Samoobrony i podjąć koncert na pudła rezonansowe z zupełnie innego klucza.
Kiedy tylko pojawiły się pogłoski, że premier "rozpoczął procedurę" odwoływania gen. Marka Dukaczewskiego, co ma być wstępem do reorganizacji Wojskowych Służb Informacyjnych, tego "twardego jądra" naszej młodej demokracji, akurat siły postępu uparły się, by w Poznaniu przeprowadzić Paradę Równości. Nazwa tej imprezy jest trochę myląca, bo chodzi tu o propagandę stosunków homoseksualnych. Celem tej natrętnej propagandy jest narzucenie ludziom przekonania, że "wszystko" jest "normalne", czyli poglądu diametralnie sprzecznego z przekonaniem, że istnieje prawda i fałsz, norma i dewiacje. Oczywiście nie chodzi tu o udelektowanie pederastów czy lesbijek; oni są tylko pretekstem, swego rodzaju mięsem armatnim, zastępczym proletariatem, przy pomocy którego lewica jeszcze raz spróbuje przeprowadzić komunistyczną rewolucję, tym razem, w myśl wskazówek Antoniego Gramsciego, zaczynając od kultury. Wskazują na to choćby postacie organizatorów poznańskiej Parady, np. pani dr Izabeli Kowalczyk, która, zdaje się, żadną lesbijką nie jest, bo przykładnie mieszka w Poznaniu z mężem i dwoma synami, więc wygląda na to, że pederaści i lesbijki są jej potrzebni w charakterze trampoliny do politycznej kariery, którą próbowała zrobić, kandydując do Sejmu z listy SDPl. Inna rzecz, że pani Kowalczyk może mieć skłonność do traktowania polityki w kategoriach erotycznych, na co wskazywałby temat jej rozprawy doktorskiej: "Ciało i władza we współczesnej sztuce polskiej". Ano, nie da się ukryć, że odpowiednio posługując się ciałem, można dojść i do władzy. Można się nawet zgodzić, że jest to pewna sztuka, ale dlaczego tylko "współczesna"? Za komuny też tak było, mniejsza o nazwiska, bo nomina sunt odiosa, ale każdy mógłby pewnie wskazać jakiś przykład kariery, o jakiej wspomina Szpotański: "przez łóżek sto przechodzi szparko / stając się damą i pisarką". To oczywiście nic złego; czasy są ciężkie i każdy orze, jak może, tylko po co zaraz łamać krzesła? Tymczasem pani Kowalczyk strzela z grubej rury, wspominając coś o "nienawiści", a nawet - jakże by inaczej - "antysemityzmie".
Oczywiście mamy tu do czynienia z poszukiwaniem przez lewicę proletariatu zastępczego, o czym już zdaje się na tych łamach wspominałem. Pederaści i lesbijki nadają się na "mniejszość" jak mało kto, więc wystarczy tylko trochę połechtać ich na tle ambicjonalnym, by ochoczo dali się użyć w charakterze awangardy. Sytuacja jest nieco dziwaczna, bo pederaści zazwyczaj zachodzą raczej od tyłu, ale skoro już pan Andrzej został liberałem, to i taka awangarda nie powinna specjalnie nas dziwić. Więc kiedy tylko policja zatrzymała kilkudziesięciu uczestników Parady, w sukurs ruszył b. minister spraw wewnętrznych, pan Ryszard Kalisz, krytykując policjantów za "brutalność". Wszystko wskazuje na to, że pan Kalisz taki delikatny zrobił się stosunkowo niedawno. W stanie wojennym, kiedy milicja i ZOMO zachowywało się znacznie bardziej brutalnie niż policja dzisiaj, grzecznie i w podskokach odbywał aplikację sądową, a zaraz potem - adwokacką, w międzyczasie korzystając ze stypendium w Szwajcarii. Nieubłaganym szermierzem wolności został dopiero teraz, kiedy rozwój wypadków "napawa trwogą, że mu zdobycze zabrać mogą".
Właśnie ten rozwój wypadków sprawił, że Parada Równości najwyraźniej staje się testem na determinację rządu nie tyle wobec pederastów, bo to pretekst zgoła nieistotny i nie o nich tu chodzi, tylko odnośnie razwiedki, będącej wszak twardym jądrem naszej młodej demokracji. Najwyraźniej w szeregach nastąpiła mobilizacja totalna, bo np. pani red. Monice Olejnik nie wystarczył ks. Adam Boniecki w charakterze świadka oskarżenia rządu, więc na przesłuchanie wezwała samego premiera Marcinkiewicza. Najzabawniejsze, że razwiedczyki drapują się w szalenie humanitarne szaty i np. zaciekle piętnują "nienawiść". Czy jednak słusznie? Rewolucja á la Gramsci, której awangardą próbuje się robić pederastów, naprawdę ma na celu zniszczenie podstaw cywilizacji, będącej przecież naszym duchowym domem. Każdego, kto bez powodu próbuje zburzyć mi dom, najzwyczajniej w świecie nienawidzę i wcale nie wstydzę się tego uczucia. Niech się raczej wstydzą ci, którzy próbują podpalić dom, żeby korzystając z zamieszania, ukraść portmonetkę, w której zobaczyli pięć złotych.

Stanisław Michalkiewicz

Publicystyka Stanisława Michalkiewicza na ASME i nagrania TV ASME


Komentarz (0)

Wielki rząd mniejszościowy - Krzysztof Mazur Wysłane poniedziałek, 28, listopada 2005 przez Krzysztof Pawlak

"Państwo narodowe powstało, by chronić cywilne społeczeństwo. Megapaństwo stało się panem tego społeczeństwa", twierdził zmarły kilkanaście dni temu Piotr F. Drucker. Autor "Społeczeństwa pokapitalistycznego" był przez całe swoje długie życie postrzegany jako guru od zarządzania zarówno w skali mikro jak i makroekonomicznej, i okoliczność ta jest dobrym pretekstem do wskazania na zasadniczą rolę organizacji i zarządzania dla pomyślnego funkcjonowania nie tylko przedsiębiorstwa, ale także państwa i jego instytucji.

Żadne źle zorganizowane i zarządzane przedsiębiorstwo nie będzie prorozwojowe i konkurencyjne, nawet gdyby posiadało całkiem dobre otoczenie i zasoby, a państwo polskie jest taką fatalnie zorganizowaną i nieprofesjonalnie zarządzaną firmą, której władze mające na uwadze bardziej własne profity wynikające z rządzenia utrzymywały korupcjogenne i niewydolne mechanizmy polityczne i ekonomiczne. Obecnie po exposé premiera Marcinkiewicza jak i licznych wypowiedziach jego samego oraz ministrów zatwierdzonego rządu, wyraźnie widać, że rząd nie wie nie tylko, co uda mu się przeprowadzić, ale nawet co powinno zostać przeprowadzone, aby Polska mogła awansować do drugiej ligi państw rozwijających się, a Polacy nie musieli w Londynie szukać nadziei na lepszą przyszłość. O tym, że rząd nie ma żadnego pomysłu na zmianę systemu lecznictwa, świadczy powierzenie tego resortu prof. Zbigniewowi Relidze, także wypowiedź premiera Marcinkiewicza, że "problemu ZUS nie rozwiążemy szybko, choć pracujemy nad tym i może jakieś pomysły się znajdą..." nie świadczy dobrze o przygotowaniu nowej ekipy do podjęcia rzeczywistych wyzwań związanych z naprawą państwa. Ale to, że w przypadku przejęcia władzy przez PiS można będzie sobie podarować istotne zmiany w polityce gospodarczej, było wiadome od dawna, niestety z każdym dniem maleje również wiara w zmianę sposobu organizacji państwa, przycichł problem zmiany konstytucji, zmiany ordynacji wyborczej, nawet deesbekizacja służb ma już podobno dotyczyć jedynie zatwardziałych funkcjonariuszy, którzy nie zechcą dokonać aktu skruchy. Także odbiurokratyzowanie procedur nie będzie możliwe bez zmiany filozofii zaangażowania państwa w mechanizmy społeczno-ekonomiczne, wszak każda instytucja publiczna funkcjonuje w oparciu o konkretne ustawy i przepisy wykonawcze, i wykonuje zadania wymyślone przez prawodawców, dlatego też tak głośno zapowiadane odchudzanie państwa bez jednoczesnego zlikwidowania tych zadań sprowadzi się jedynie do likwidacji jednych stołków i stworzenia drugich, tylko w innym miejscu.
W Polsce od lat istota uzdrowienia państwa opiera się na przeświadczeniu, że wystarczy wymienić kadry, a sytuacja ulegnie poprawie na zasadzie "pańskie oko konia tuczy", stąd też i obecnie więcej szumu powstaje wokół wymiany komendantów policji, straży, ministrów, wojewodów itd., podczas gdy wyraźnie widać, że rząd nie ma zdecydowanej woli i wizji uproszczenia modelu decyzyjnego, co oznacza, że rząd będzie wprawdzie mniejszościowy, ale "wielki". Poza posłami, senatorami, prezydentem i ich kancelariami mamy 28 działów administracji rządowej (w niektórych przypadkach ministrowie zawiadują więcej niż jednym działem), wojewodów i wicewojewodów oraz podlegające im urzędy wojewódzkie wraz z delegaturami terenowymi, marszałków i wicemarszałków wraz z kilkusetosobowym (średnio) składem osobowym ich urzędów i radnymi wojewódzkimi, 308 powiatów i 65 miast na prawach powiatów wraz ze starostami, wicestarostami, radnymi i urzędnikami oraz prawie 2,5 urzędów gminnych z wójtami, burmistrzami, prezydentami miast, radnymi i urzędnikami. W każdym mieście wojewódzkim rezydują przynajmniej cztery najważniejsze persony, tj. wojewoda, marszałek, starosta i prezydent, przy czym wojewoda sprawuje nadzór nad jednostkami samorządu i reprezentantem skarbu państwa, podczas gdy takim reprezentantem w rozumieniu właściwych przepisów są także marszałkowie i starostowie. Faktycznie przeciętny mieszkaniec regionu zupełnie nie orientuje się w kompetencjach wymienionych władz, które pośrednio lub bezpośrednio sam sobie wybiera. Z podziałem tych kompetencji nie radzą sobie także tzw. specjaliści, gdyż pod koniec kadencji poprzedniego sejmu z inicjatywy posłów SLD znaczna część kompetencji wojewodów przekazano marszałkom (SLD przewidując wyborczą porażkę, postanowiło część stołków przerzucić do samorządu wojewódzkiego, w którym przynajmniej przez następny rok można jeszcze się nachapać) i tak np. decyzje lokalizacyjne na drogi przyznano marszałkom - ale zapomniano, że zgodnie z prawem budowlanym decyzje na budowę tych dróg nadal wydaje wojewoda. Z pewnością połączenie funkcji wojewody i marszałka oraz wyeliminowanie szczebla powiatowego znacznie uprościłoby strukturę decyzyjną i korzystnie wpłynęłoby na proces zarządzania, ale taki krok oznaczałby przekreślenie wiekopomnych reform rządu Jerzego Buzka, z którego otoczenia wywodzi się wielu obecnych parlamentarzystów i figur politycznych. Wymienione urzędy stanowią jedynie kręgosłup administracji publicznej, gdyż dopiero administracja zespolona oraz personel jednostek publicznych (muzea, czytelnie, szkoły, szpitale, filharmonie, teatry itd.) dają prawdziwy obraz rozmiaru "solidarnej i socjalnej" Polski.

Inspekcje

Inspekcja Celna, Inspekcja Farmaceutyczna, Inspekcja Handlowa, Inspekcja Jakości Handlowej Artykułów Rolno Spożywczych, Inspekcja Ochrony Środowiska, Państwowa Inspekcja Pracy, Społeczna Inspekcja Pracy, Inspekcja Transportu Drogowego, Inspekcja Weterynaryjna, Inspektor do Spraw Substancji i Preparatów Chemicznych, Inspektorzy Rybołówstwa Morskiego, Inspektorzy urzędów żeglugi śródlądowej, Państwowa Inspekcja Ochrony Roślin i Nasiennictwa, Państwowa Inspekcja Sanitarna, GIIF, GIODO



Kontrole i służby

NIK, Kontrola Celna i obrotu z zagranicą, Kontrola dewizowa, Kontrola działalności pocztowej, Kontrola finansowania nauki, Kontrola projektów i systemów teleinformatycznych, Kontrola skarbowa, podatkowa i finansowa (RIO, biegli rewidenci, Kontrola usług certyfikacyjnych, Kontrola wyrobów budowlanych, Systemy ocen zgodności i bezpieczeństwa produktów Policja, ABW, AW, Służba Celna, Straż Pożarna, NIK, Straż Graniczna, BOR, Straż Rybacka, Straż Łowiecka



Urzędy

Wyższy Urząd Górniczy, Urząd Dozoru Technicznego, Centralna Komisja d.s. Stopni i Tytułów, Polski Komitet Normalizacyjny, GUS i Rada Statystyki, UOKiK, Urząd Regulacji Poczty i Telekomunikacji, Urząd Rejestracji Produktów Leczniczych, Wyrobów Medycznych I produktów Biobójczych, Urząd Zamówień Publicznych, Komisja Nadzoru Ubezpieczeń i Funduszy Emerytalnych, KPWiG, Centralna Komisja Egzaminacyjna, Naczelna Rada Zatrudnienia, Główny Urząd Miar, URE, UDT,
Transportowy Dozór Techniczny, Wojskowy Dozór Techniczny



Agencje i Fundusze

Agencja Rezerw Materiałowych, PARP, Agencja Mienia Wojskowego, Wojskowa Agencja Mieszkaniowa, ARIMR, ARR, ANR, Państwowa Agencja Atomistyki, Agencja Rozwiązywania Problemów Alkoholowych, CEPiK, Fundusz Alimentacyjny, Fundusz Daru Narodowego, Fundusz Dopłat, Fundusz Gospodarki Zasobem Geodezyjnym i Kartograficznym, FGŚP, Fundusz Kościelny, Fundusz im. Komisji Edukacji Narodowej, Fundusz Kredytu Technologicznego, Fundusz Leśny, Fundusz Modernizacji Bezpieczeństwa Publicznego, Fundusz Modernizacji Sił Zbrojnych, Fundusz Nauki i Technologii Polskiej, Fundusz Ochrony Gruntów Rolnych, Fundusz Pomocy Postpenitencjarnej, Fundusz Poręczeń Unijnych, Fundusz Pożyczek i Kredytów Studenckich, Fundusz Pracy, Fundusz Promocji Kultury, Fundusz Promocji Twórczości, Fundusze Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych, Fundusz Rekompensacyjny, Fundusz Reprywatyzacji, Fundusz restrukturyzacji Przedsiębiorców, Fundusz Rozwoju Kultury Fizycznej, Fundusz Rozwoju Inwestycji Komunalnych, Państwowy Fundusz Kombatantów, NFZ, Krajowy Fundusz Poręczeń Kredytowych, Krajowy Fundusz Kapitałowy, Krajowy Fundusz Mieszkaniowy, Krajowy Fundusz Autostradowy, Fundusze Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej, Fundusz Wsparcia Policji, FUS , KRUS, Fundusz Rezerwy Demograficznej, Fundusz Termomodernizacji, Fundusz Skarbu Państwa



Gdyby rządzący wiedzieli jak obalić "tyranię status quo", to spór polityczny nie dotyczyłby zamiany stanowiska pełnomocnika ds. równego statusu płci na pełnomocnika ds. rodziny i personaliów tegoż pełnomocnika - ale wokół zasadności utrzymywania takiego urzędu, spór nie dotyczyłby ile pieniędzy państwo powinno wydawać na sport i budowę stadionów - ale czy powinno jakiekolwiek pieniądze wydawać na te sprawy, a przede wszystkim - polityczni konkurenci nie przerzucaliby się bon motami czy nas na coś stać albo nas nie stać, tylko wreszcie podaliby jedną konkretną i uzasadnioną przyczynę, dla której pieniądze podatników mają być wydawane na taki cel. Trudno poważnie traktować premiera i polityków, którzy całkiem serio bredzą o milionie głodujących dzieci i młodzieży lub takiej samej liczbie osób niepełnosprawnych, którym należy śpieszyć z odpowiednimi regulacjami tak, by nawet przyciski w windzie były oznaczone alfabetem Braila. Czasami słuchając rodzimych sejmowych wrażliwców, można odnieść wrażenie, że człowieka ogarnęła jakaś wyjątkowa społeczna znieczulica i pomimo wytężonych wysiłków nie słyszy marsza wygrywanego przez kiszki zagłodzonych dzieci, widzi natomiast rozwydrzoną hałastrę okupującą w godzinach lekcyjnych parkowe ławeczki, popijających napoje energetyczne, przeżuwających bazę gumową i ślących kolegom wyniki swoich przemyśleń za pośrednictwem operatorów telefonii bezprzewodowej. Chrupiącą bułeczkę, którą w latach licealnych znałem jedynie z opowiadań ministra Krasińskiego, można kupić za kilkadziesiąt groszy, podobnie jak szklankę mleka, za kilka złotych można kupić parę kilogramów odzieży fasonem kilkakrotnie przewyższającej tę, którą ich rodzice kupowali w okresie, gdy Polska była dziesiątą potęga gospodarczą lub przechodziła kolejne etapy reformy jaruzelskiej. Tylko wyjątkowej bezmyślności i infantylizmowi niektórych członków obecnej ekipy rządzącej należy przypisać, że wzorem swoich poprzedników nie są w stanie głośno powiedzieć, że rzeczywiście zaniedbane dzieci w Polsce to dzieci z rodzin patologicznych, że prawdziwa bieda pozostałych rodzin mieszczących się w szerokiej normie polega na niemożności spełnienia swoich często niewygórowanych aspiracji dotyczących podstawowych przymiotów życiowej samodzielności tj. własnego domu lub mieszkania, samochodu i pewnej rezerwy umożliwiającej korzystanie z usług powszechnie dostępnych w normalniejszych krajach.
A wracając do wspomnianej na wstępie organizacji państwa, finansów tego państwa i biurokratyzacji życia, to należy zauważyć, że obecnie mamy cztery poziomy władzy publicznej, z czego trzy poziomy dotyczą władzy samorządowej, przy czym gminy, powiaty i samorządne województwa dysponują niespełna jedną czwartą wszystkich środków publicznych (23 proc.), a pozostałe pieniądze podatników muszą przejść przez kasę państwową. Tym sposobem trzy czwarte władzy dysponuje jedną czwartą środków, a póki co nie mówi się nie tylko o zmniejszeniu wydatków, ale nawet o odwróceniu tych proporcji. Trwa też spór o to czy deficyt powinien wynosić 30 miliardów zł, czy nieco więcej, tylko nikt nie chce przyznać, że deficyt budżetowy to inna nazwa opodatkowania, związana jedynie z innym sposobem jego egzekwowania. Dla porównania: tegoroczne dochody z tytułu podatku dochodowego od osób fizycznych zostały zaplanowane na poziomie mniejszym niż 24 mld zł, co oznacza, że oficjalne obciążenie podatkiem dochodowym jest niższe niż podatkiem ukrytym pod nazwą deficytu budżetowego, tenże deficyt stanowi również prawie 43 proc. zaplanowanych dochodów z tytułu podatku VAT. Wniosek z tego taki, że eliminując eufemistyczną konstrukcję deficytu budżetowego, można bez ryzyka większej pomyłki przyjąć, że najniższa stawka podatku dochodowego wynosi nie 19, ale ok. 30 proc. i czas najwyższy, aby rządzący powyższy fakt przyjęli do wiadomości, zamiast oszukiwać siebie i społeczeństwo fałszywymi teoriami fiskalnymi.
Tymczasem rosną plany wydatkowe, a maleją oczekiwania co wzrostu gospodarczego. Jeszcze nie tak dawno z ust czołowych działaczy partii obecnie rządzącej słyszeliśmy o tworzeniu klimatu dla ośmioprocentowego wzrostu PKB. Premier Marcinkiewicz krótko po powołaniu rządu oświadczył, że w najbliższych latach oczekuje wzrostu pięcioprocentowego, a to oznacza, że nie należy oczekiwać więcej niż mamy obecnie. W praktyce oznacza to, że o gonieniu Europy nie ma co nawet spekulować, gdyż wcześniej tak my jak i inne narody europejskie po prostu wymrzemy, chyba że na drodze katastrofy demograficznej nasz rząd postawi cudowną broń współczesnych inżynierów społecznych, czyli tzw. becikowe i "ulgi podatkowe na dzieci", a minister pracy wydłużony o miesiąc urlop macierzyński zrekompensuje wydłużonym o pięć lat wiekiem emerytalnym kobiet, czyli uwspółcześniając zawołanie "późnego Gomółki": "Rodzice po zasiłek, babcie do fabryk!". "Kobiety powinny rodzić dzieci w interesie państwa" - tak to mniej więcej sformułował w telewizyjnej debacie poseł Cymański, który w swoich wypowiedziach jako przecinka często używał żargonowego "sorry", a powinien raczej "scusi", gdyż to Duce wymyślił, że "wszystko dla państwa, wszystko przez państwo, nic przeciw państwu".

Krzysztof Mazur

Publicystyka Krzysztofa Mazura na ASME


Komentarz (0)

Manipulacja, manipulacje... Orwell: kto panuje nad przeszłością - panuje nad teraźniejszością Wysłane poniedziałek, 28, listopada 2005 przez Krzysztof Pawlak

Nagłośnione z niebywałym przepychem przez mainstreamowe mass media demonstracje środowisk lewackich, anarchistycznych i skupiających osobników o dewiacyjnym sposobie zaspokajania popędu płciowego odbyły się w sobotę i niedzielę 26 i 27 listopada w kilku miastach Polski. Ich bezpośredni organizatorzy mieli nadzieję wywołać żywe zainteresowanie mediów, które w większości cały czas pozostają w dyspozycji grup związanych z minionym (?), post(?)komunistycznym ośrodkiem władzy. Chciano osiągnąć taki efekt poprzez wywołanie wrażenia sporego zainteresowania tzw. opinii publicznej sprawami marginalnych grup dewiantów seksualnych w postaci dużej liczebności osób manifestujących poparcie dla ich publicznych wystąpień.
Cała akcja spaliła jednak na panewce, gdyż weekendowe zajścia nie zebrały więcej w czasie 2 dni niż około dwóch tysięcy osób w 38-milionowym kraju. Przypomnijmy, że choćby czerwcowa, jednodniowa manifestacja zwolenników ordynacji wyborczej opartej na jednomandatowych okręgach wyborczych w jednym mieście - Warszawie - zgromadziła podobną liczbę swoich uczestników.
Wierne zasadom marksizmu kulturowego i nieocenionym nakazom swego zawodowego guru, wybitnego propagandysty narodowo-socjalistycznego, dr. Józefa Goebbelsa, środowiska żurnalistów w wielu redakcjach przystąpiły do "poprawiania rzeczywistości", by w przyszłości zatrzeć niemiły fakt kompletnej klapy przedsięwzięcia.
Odbywało się to za pomocą "pompowania", czyli podwyższania w miarę upływu czasu liczby demonstrantów, co przybrało najbardziej karykaturalną formę w stolic "polskiego regionu UE", czyli Warszawie.

Oto, jak wyglądał ten proceder:

Jeszcze we wczesnych godzinach popołudniowych doniesienia serwisu PAP z miejsca wydarzenia (pl. Konstytucji, zachodnia pierzeja placu), powtarzane przez serwisy portali dostarczały liczby około 200 manifestantów (Onet - PAP):

"200 osób uczestniczy w warszawskim wiecu równości

Około 200 osób zebrało się na warszawskim Placu Konstytucji, by wziąć udział w wiecu pod hasłem »Reanimacja demokracji - Marsz Równości idzie dalej«.
Organizatorzy przewidują, że uczestników wiecu będzie około tysiąca; w kierunku Placu Konstytucji ciągle zmierzają duże grupy ludzi.
Wiec jest chroniony przez policję. Kilkaset metrów od zebranych stoją kilkuosobowe grupki przypatrujących się zgromadzeniu młodych ludzi. Część z nich ma na szyi szaliki w barwach klubów piłkarskich.
Uczestnicy wiecu to m.in. środowiska homoseksualistów, feministek, anarchistów. Jest też wielu zwykłych warszawiaków. Są również politycy. Silnie reprezentowany jest SLD, m.in. przez szefa partii Wojciecha Olejniczaka, eurodeputowanego Marka Siwca, posłankę Jolantę Szymanek-Deresz i b. marszałka Senatu Longina Pastusiaka. (...)".

Na pamiątkę zrobiliśmy skan tego artykułu - z godziny 12:15:



W trochę późniejszych godzinach - relacja z godz. 16:50 - demonstrantów oczywiście "przybyło", jednak nie przekroczyli liczby "kilkuset" (Onet - za IAR):

"(...) W Warszawie w wiecu na Placu Konstytucji uczestniczyło kilkaset osób, w tym artyści i politycy, głównie z partii lewicowych. Manifestację usiłowała zakłócić grupa kilkunastu młodych osób, które twierdziły, że też mają prawo do wyrażania swoich poglądów. Podczas przemówienia Borowskiego zaczęli wykrzykiwać hasła: »Precz z komuną« oraz »SLD-KGB«. Policja natychmiast usunęła ich z miejsca manifestacji. (...)"

Pod wieczór, kiedy demonstracja warszawska zakończyła się po godz. 16, ALE GODZINA NADANIA RELACJI POZOSTAŁA - 14:20!!! (wyjaśnimy to poniżej), pojawiły się całkiem nowe wyliczenia, podparte autorytetem rachmistrzów policyjnych (znowu Onet - PAP):
"Zakończył się wiec równości w Warszawie
Zakończył się wiec równości w Warszawie. Jego uczestnicy rozchodzą się do domów. Według policji, w manifestacji wzięło udział około 1500 osób, według organizatorów - kilka tysięcy.
Na zakończenie demonstracji jej uczestnicy ułożyli na placu Konstytucji ze zniczy napis »Art.57« symbolizujący artykuł konstytucji mówiący o wolności zgromadzeń. (...)".

Sfetyszyzowana liczba "1500" demonstrantów została powtórzona w wydaniach gazet z następnego dnia. "Życie Warszawy" 27.11.2005:
"Tysiące osób w całym kraju wzięło udział w marszach
Od 1,5 tysiąca (według policji) do kilku tysięcy osób (według organizatorów) wzięło udział we wczorajszym Marszu Równości w Warszawie. Wiecowano też w wielu innych miastach Polski. (...)".

Dziennik "Rzeczpospolita" 27.11.2005:
"Marsze równości przeszły przez Polskę
»A mury runą« śpiewało 1500 (według policji; według organizatorów kilka tysięcy) uczestników manifestacji w Warszawie. (...)".

Najbardziej karykaturalną relację przedstawił oczywiście bulwarowiec "Gazeta Wyborcza":
"Kilka tysięcy osób wzięło udział w wiecach równości
Warszawa - 2 tysiące

Na pl. Konstytucji przyszli - oprócz organizatorów - mieszkańcy, aktorzy, politycy (m.in. liderzy SLD, UP, PD). Na ustawionej scenie spotkali się ludzie z różnych środowisk. (...)".

Też zrobiliśmy z tego skrajnej liczebnie relacji pamiątkę w postaci skanu:



Tak ładnie i bezboleśnie proces przebiegał w ciągu kilku godzin - liczba 200 (dwieście osób) rozmnożyła się dziesięciokrotnie! I - to tylko w Warszawie!

Z relacji wiszącej jeszcze na tym samym serwisie portalu Onet - IAR możemy dowiedzieć się, że w pozostałych miastach: Katowicach, Łodzi, Gdańsku, Rzeszowie, Elblagu, Toruniu i Wrocławiu - brało udział odpowiednio: (około) K100, Ł200, G200, R100, E200, T150, W600 osób. W sobotnich demonstracjach w Krakowie i Poznaniu wzięło udział około - odpowiednio - K200 i P250 osób. Razem: 1900 - 2000 osób. To są dane podawane oficjalnie w relacjach serwisów sieciowych, opartych na doniesieniach agencji PAP i IAR.

Teraz wyjaśnienie, jak to się stało że w jednej relacji (późniejszej, 16.50) jest podana liczba manifestantów mniejsza niż w relacji wcześniejszej (14.20). Każdy, kto para się edycją tzw. contentu, czyli zawartości serwisów, doskonale wie, że niemal każdy zautomatyzowany system tego rodzaju umożliwia dokonywanie wymiany tekstu PO jego pierwotnej edycji - i tak się działo i w tym przypadku: edytorzy w miarę napływu nowych depesz agencyjnych dokonywali wymiany zawartości poszczególnych "niezmiennych" kolejnych informacji na wersje uwspółcześnione. W jednym przypadku (inna agencja - IAR) stało się jednak inaczej: przyczyną pozostawienie sprzecznego z pozostałymi przekazu było jego pochodzenie z innego źródła - należałoby w tym momencie dokonać kasacji całej wiadomości, co byłoby dużo łatwiej zauważone, gdyż są jeszcze na tym świecie dociekliwi obserwatorzy, którzy interesują się powstawaniem "białych plam" w rzeczywistości, nawet tej najbardziej ulotnej, jaką jest rzeczywistość wirtualna. Lepiej było pozostawić ją - przygniatając wielością innych depesz z innego źródła, popartych wspomnianym już autorytetem policyjnych liczykrupów, licząc na jej "zaginiecie" w natłoku nowszych informacji. Już zupełnie kompromitującej pierwszej depeszy PAP z godz. 12:15, liczbą zaledwie około 200 demonstrantów na pl Konstytucji - w bloku poświęconym temu wydarzeniu z niedzieli 27.11 - nie można odnaleźć, mają do niej dostęp tylko ci, którzy w pamięci swych przeglądarek umieją odszukiwać takie dane.

Odpowiedź na pytanie - po co te wszystkie starania z wyolbrzymieniem liczby "popierających" akcje osobników z zaburzonym popędem seksualnym, inspirowane ze znacznie dalszych pozycji przez odsuwane od władzy grupy interesów związane z post(?)komunistycznym ośrodkiem politycznym - jest wręcz narzucająca się: by w przyszłości można było szybko zapominającej "opinii publicznej" wmawiać, że "był ten czas, gdyśmy wszyscy - (wtedy już) dziesiątki tysięcy! stali ramię w ramię w obliczu rozszalałego i podnoszącego głowę hydry FASZYZMU PRAWICY i walczyli o wspólną sprawę: o wolność i poszanowanie praw człowieka i obywatela, towarzysze!".

A co, proszę szanownej publiczności - inżynierowie dusz i społeczni mieliby się wtedy szczycić demonstracjami ledwie ponad OKOŁO DWÓCH TYSIĘCY osobników w 38-milionowym kraju? Jak to by wyglądało przed obliczem "postępowej Europy"???!!!

"Kto rządzi przeszłością w tego rękach jest przyszłość; kto rządzi teraźniejszością, w jego rękach jest przeszłość" - mówi jeden ze sloganów Partii... Partia wcale nie przestała istnieć, ona istnieć będzie zawsze - o czym doskonale wiedział George Orwell.

Krzysztof Pawlak

Komentarz (0)

Gra w "numerki" polityków może stać się licytacją z "rosyjskiej ruletki" - Łukasz Perzyna o wnioskach wynikających z raportu ogłoszonego przez Centrum im. Adama Smitha Wysłane sobota, 26, listopada 2005 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |







Gra w "numerki" polityków może stać się licytacją z "rosyjskiej ruletki" - Łukasz Perzyna o wnioskach wynikających z raportu ogłoszonego przez Centrum im. Adama Smitha Wysłane sobota, 26, listopada 2005 przez Krzysztof Pawlak

"Politycy w Polsce uwielbiają, niezależnie od tego czy toczy się jakaś walka wyborcza, jeden rodzaj gry: grę w numerki - śledzenie notowań sondaży i »badań« socjometrycznych. Ostatnio w badaniu GfK Polonia największą przyjemność znaleźli dla siebie zwolennicy polaryzacji polskiej sceny politycznej. Teraz mamy do czynienia z dwoma potężnymi ośrodkami: chadeckim - uosabianym przez Braci Kaczyńskich i liberalnym, uosabianym przez przegraną ostatnio Platformę, zapowiadającą niemniej »twardą opozycję«. Do sejmu wydaje się, że weszłyby tylko TRZY ugrupowania polityczne. Tak jeszcze w Polsce nie było" - Łukasz Perzyna, publicysta "Tygodnika Solidarność" oraz naszej witryny ASME, komentuje nowości medialne zapowiadające istotną zmianę w najbliższej przyszłości na deskach scenicznych, znanych z występów trup politykierskich w "polskim regionie UE".

PiS ma nadzieję "wypłukać" elektorat m.in. LPR, także Samoobrony oraz PSL - to jest już widoczna strategia Braci Kaczyńskich. Platforma O. też "nabiera ciała" - m.in. z elektoratu SLD i SDPL.
Politycy z pierwszych stron gazet pominęli jednak bardzo ważny raport demograficzno-gospodarczy opublikowany przez Centrum im. Adama Smitha - o warunkach, w jakich obejmuje władzę rząd Kazimierza Marcinkiewicza. Centrum zaś przestawiło liczby, które mają moc porażającą: mamy do czynienia w Polsce z ostatnim wyżem demograficznym nowoczesnej Europy. 10 milionów młodych ludzi domaga się pracy, która staje się dobrem luksusowym, bo najbardziej opodatkowanym! We Francji, gdzie płonęły przed kilkoma dniami przedmieścia większych miast, wskaźnik bezrobocia w najmłodszej wiekowo grupie - do 20. roku życia - wynosi 20%. W Polsce - 40%. To oznacza, że albo rządzący stworzą koniunkturę, która umożliwi znalezienie przez tych ludzi pracy, albo będzie trzeba kontynuować niechlubną politykę rządów post(?)komunistów eksportu tego bezrobocia do innych "regionów UE". Te miejsca mają stworzyć w kraju przedsiębiorcy. Tylko że z raportu CAS wynika, że istnieje ponad 40 instytucji, które mają prawo kontrolować przedsiębiorstwa, a ich właściciele muszą składać rocznie ponad 500 milionów stron różnych dokumentów dla potrzeb sprawozdawczości. Choć Polacy są uważani na całym świecie za społeczność jedną z najbardziej przedsiębiorczych, to trzeba się zastanowić - jak długo w obliczu zwiększającej się korupcji i biurokracji jeszcze będzie ten stan trwał?
Trawestując słowa znanej komunistycznej piosenki, że "biurokracja i korupcja - są to nierozłączne siostry dwie", należy zastanowić się, czy politycy entuzjazmujący się kolejnymi sondażami - nie powinni czasem zwrócić uwagi na te liczby dotyczące polskiej gospodarki, by nie stały się zamiast grą w "numerki" - licytacją z "rosyjskiej ruletki"...

Nagranie trwa ponad 13 minut i jest dostępne w Sieci do 10 XII 2005 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




Komentarz (0)

FOTOGRAFIE POMORDOWANYCH - Antoni Zambrowski Wysłane sobota, 26, listopada 2005 przez Krzysztof Pawlak

Przy sposobności pokazu filmów o Służbie Bezpieczeństwa PRL obejrzałem w Domu Spotkań z Historią przy ul. Karowej 20 wystawę "Europa XX wieku: oblicza totalitaryzmu". Wielkie wrażenie - obok innych wstrząsających rzeczy - wywarła na mnie wielka tablica z mnóstwem policyjnych fotografii en face komunistów pomordowanych przez NKWD za tzw. jeżowszczyzny, czyli krwawej czystki 1937 roku dokonanej pod kierownictwem ówczesnego szefa NKWD Nikołaja Jeżowa. Stalin, który jako stary bolszewik pokonał w latach 20. swego rywala Lwa Trockiego (i wypędził go na Zachód, a następnie zamordował skrytobójczo w Meksyku), w latach 30. podczas kilku paroksyzmów czystki wymordował większość starych bolszewików. Na gruzach dawnej partii bolszewickiej Stalin zbudował później nową partię Lenina - Stalina, złożoną z bezwolnych wykonawców jego poleceń. (Jak pisał Aleksander Sołżenicyn, była to kara Boża za zbrodnie bolszewików w krwawej wojnie domowej i później). Uboczną ofiarą tej czystki padła nielegalna w Polsce Komunistyczna Partia Polski - Sekcja Międzynarodówki Komunistycznej oraz dziesiątki tysięcy polskich komunistów przebywających w Związku Rad, a nadto ludność zlikwidowanych wtedy dwóch polskich rejonów autonomicznych im. Feliksa Dzierżyńskiego na sowieckiej części Białorusi oraz im. Juliana Marchlewskiego na sowieckiej Ukrainie. Tych ostatnich rozstrzelano (m.in. w Kuropatach pod Mińskiem) lub wysiedlono do Kazachstanu i Kirgizji.
Na powyższej tablicy wśród fotografii pomordowanych w czystce rozpoznałem rozstrzelaną w Moskwie polską komunistkę Wierę Babicz - matkę mojej koleżanki z lat szkolnych Janki Staszewskiej. Fotografię tę oglądałem przed kilku laty na łamach "Karty" i wtedy zwróciłem uwagę na wielkie podobieństwo matki i córki. Tym łatwiej fotografię rozpoznałem teraz na wystawie. Twarz Wiery Babicz na zdjęciu nosi ślady bicia podczas śledztwa, ma wyraźnie podbite oko. Siedemdziesiąt lat po tamtej tragedii dzięki wystawie "Karty" widzimy twarze pomordowanych ofiar Stalina. "Głaza ubitych - eto ad, oni gljadiat, oni - gljadiat..." (oczy zabitych - to piekło, oni wciąż patrzą...), napisała poetka rosyjska Natalia Astafiewa, jeśli mnie pamięć nie myli - również córka polskiego komunisty zgładzonego w Moskwie Jerzego Czeszejki-Sochackiego, który na własną zgubę odszedł z PPS do komunistów. Po śmierci ojca pewnie chowała się w rosyjskim sierocińcu, dlatego w odróżnieniu od Andrzeja Mandaliana, sprowadzonego przez uwolnioną z sowieckiego obozu matkę do Warszawy, została poetką rosyjską. Po aresztowaniu matki Janka również trafiła do sowieckiego sierocińca dla dzieci "wrogów ludu". Jak opowiadała mi Teresa Torańska, polski komunista Ostap Dłuski szukał po wojnie swej córki z poprzedniego małżeństwa Majki w takim sierocińcu pod Moskwą i zaczepiła go nastolatka, która zapamiętała go z wizyt u niej w domu. Była to właśnie Janka Babicz, w przyszłości Staszewska.
Stefan Szuster-Staszewski - sekretarz KC Komunistycznego Związku Młodzieży, a następnie wykładowca w moskiewskiej Wyższej Szkole Politycznej im. Lenina przy Komitecie Wykonawczym Kominternu, również padł ofiarą "jeżowszczyzny". Uratował swe życie, gdyż mimo ciężkich tortur w moskiewskim więzieniu w Lefortowie nie przyznał się do nie popełnionej winy. (Zarzucano mu, że wraz z I sekretarzem KC KZM Romanem Zambrowskim był członkiem antypartyjnej grupy "markowców", czyli zwolenników tow. Marka - Alfreda Lampego, więzionego w polskim więzieniu członka Biura Politycznego KC KPP). Nie został rozstrzelany, jak ci którzy na mękach przyznali się do winy i całą wojnę spędził jako więzień w obozie pracy na Kołymie. (Gdy po rozstrzelaniu przez Stalina Jeżowa opadł paroksyzm czystki, zarówno tow. "Marek", czyli Alfred Lampe, jak i Roman Zambrowski jako "markowcy" nie dostąpili zaszczytu przyjęcia do WKP[b] i pozostali bezpartyjnymi komunistami, ale do więzienia nie trafili). Po wojnie Stefan Staszewski został zwolniony z obozu na usilną prośbę Bolesława Bieruta wraz z dużą grupą więzionych polskich komunistów, gdyż PPR brakowało ludzi do pracy partyjnej. (Opisuje to Celina z Wleklińskich Budzyńska w swej rozmowie z Teresą Torańską w jej głośnym zbiorze wywiadów "Oni" oraz we własnych wspomnieniach pt. "Strzępy rodzinnej sagi". Celina Budzyńska sama przeżyła uwięzienie w obozie na Kołymie, jej mąż Zygmunt Trawiński wrócił z GUŁAGu dopiero po Październiku 1956 roku, zaś jej drugi mąż Stanisław "Tradycja" Budzyński - członek kierownictwa KPP, zginął w 1937 r. podczas "jeżowszczyzny").
Po powrocie do Polski Stefan Staszewski zaopiekował się córką Wiery Babicz Janką, sprowadził ją do Polski i adoptował jako córkę obok Hanki - córki jego nowej żony Anny Danuty z Żebrowskich Staszewskiej, późniejszej autorki "Piety katyńskiej". Janka ukończyła Liceum Ogólnokształcące im. Gabrieli Żmichowskiej, następnie Akademię Medyczną w Warszawie. Wyszła za mąż, urodziła córkę Anię. Jej męża - oficera LWP gen. Wojciech Jaruzelski wyrzucił z wojska za to, że babcia bez zgody rodziców ochrzciła wnuczkę podczas letnich wakacji spędzanych u niej na wsi.
Stefan Staszewski pracował na różnych stanowiskach partyjnych i państwowych w PRL najpierw pod kierownictwem tow. Wiesława, czyli Władysława Gomułki. Z jego nie opublikowanych wspomnień wynika, że miał żal do Gomułki o jego obojętny stosunek do uwolnionych z GUŁAG-u komunistów. W 1948 roku poparł więc z entuzjazmem Bolesława Bieruta w jego walce z prawicowo-nacjonalistycznym odchyleniem w kierownictwie PPR. Po śmierci Bolesława Bieruta w Moskwie w marcu 1956 roku brał czynny udział w walkach frakcyjnych nieformalnych koterii w kierownictwie Partii jako członek KC oraz I sekretarz Komitetu Warszawskiego PZPR. Na VII plenum KC ostro oponował przeciwko proponowanemu przez neostalinowskich "natolińczyków" powrotowi Władysława Gomułki do życia politycznego, przypominając autokratyzm i skłonności dyktatorskie tow. Wiesława. Później jego przyjaciele z "liberalnej" i niepodległościowej grupy "puławian" zdecydowali się ofiarować Gomułce stanowisko I sekretarza KC, co spowodowało sprzeciw Kremla. Mimo krytycznego stosunku do Gomułki Staszewski podczas gorących dni październikowych 1956 roku odegrał istotną rolę w organizowaniu oporu załóg robotniczych oraz studentów warszawskich wobec sowieckich nacisków podczas VIII plenum KC. Dlatego otwierał 23 października 1956 r. głośny wiec ludności Warszawy na placu Defilad (dawnym Placu Stalina przed Pałacem Kultury i Nauki tegoż imienia), na którym przemawiał Gomułka oraz gen. Marian Spychalski. Wkrótce W. Gomułka usunął Staszewskiego z władz partyjnych, zaś w Marcu 1968 bezpodstawnie oskarżono go, iż inspirował studenckie protesty przeciwko zdjęciu mickiewiczowskich "Dziadów" ze sceny Teatru Narodowego w Warszawie. Odtąd jednoznacznie popierał opozycję antykomunistyczną, przyjaźnił się m.in. z członkami-założycielami Komitetu Obrony Robotników: prof. Edwardem Lipińskim oraz doktorem Józefem Rybickim. Ten ostatni wraz ze swym adiutantem z Kedywu AK Leopoldem Kummantem był świadkiem na ślubie kościelnym państwa Staszewskich w kościele Najświętszego Zbawiciela, którego udzielił im zaprzyjaźniony z nimi ojciec Jacek Salij OP. On też udzielił chrztu świętego Stefanowi Staszewskiemu, w ten sposób palącemu ostatecznie mosty prowadzące do "komuny". Gdy zmarł 2 listopada 1989 roku już po upadku "komuny", w ostatnią drogę odprowadzało go czterech katolickich kapelanów "Solidarności": o. Jacek Salij OP, ks. prałat Jan Sikorski, ks. Stanisław Małkowski oraz ks. prałat Antoni Łassa z kościoła pw. św. Maksymiliana Kolbego w Koninie.
Janka Staszewska mieszka dziś w Australii, jej córka Ania wraz z dziećmi w Warszawie. Gdy ostatnio odwiedzała córkę i wnuki, nie wiedziała, że na ul. Karowej może zobaczyć ostatnie przed śmiercią zdjęcie swojej matki.
Wiera Babicz ginąc z ręki swych komunistycznych współtowarzyszy w moskiewskim więzieniu, nie myślała, że antykomunistyczne pismo "Karta" zadba o jej pamięć w jej odległej ojczyźnie, po kolejnym dziejowym zwycięstwie Polaków nad komunizmem.

Antoni Zambrowski

Publicystyka Antoniego Zambrowskiego na ASME


Komentarz (0)

O "złotym rogu" jednomandatowych okręgów wyborczych, czyli Jarosława Kaczyńskiego długa droga donikąd - dr Wojciech Błasiak Wysłane sobota, 26, listopada 2005 przez Krzysztof Pawlak

Jest to artykuł dr. Wojciecha Błasiaka, który autor skierował do Redaktora Naczelnego "Naszej Polski", Piotra Jakuckiego (24 listopada 2005), w odpowiedzi na opublikowane w "Naszej Polsce" sejmowe wystąpienie p. Jarosława Kaczyńskiego.

"Przed nami długa droga" - tak tygodnik "Nasza Polska" (22.11.2005) zatytułował przedruk sejmowego wystąpienia lidera PiS Jarosława Kaczyńskiego z 10.11.2005 r. W tym kluczowym politycznie wystąpieniu, J. Kaczyński przedstawił ową strategiczną drogę, która ma wieść do IV Rzeczypospolitej. Ma wieść do państwa, które zlikwiduje "czworokąt składający się z części służb specjalnych, części środowisk przestępczych, części polityków i części środowisk biznesowych". Tyle, że przedstawione przez lidera PiS reguły tej strategii wskazują, że nie dość, iż droga będzie długa, to jeszcze będzie to droga donikąd.

"Miękkie" państwo III Rzeczypospolitej

Budowane przez ostatnich 16 lat państwo III RP okazało się być tzw. miękkim państwem, używając określenia szwedzkiego ekonomisty i socjologa Gunnara Myrdala. Okazało się być europejską wersją państw tzw. III Świata, a mówiąc bardziej precyzyjnie: oligarchicznym państwem semiperyferyjnego kapitalizmu zależnego. Jest to państwo "miękkie" wobec silnych zewnętrznie i wewnętrznie, natomiast "twarde" wobec własnych obywateli. To państwo, o czym już namacalnie można się było przekonać dzięki pracom sejmowych komisji specjalnych w sprawach "afery Rywina", "afery Orlenu" i "afery PZU-Życie", charakteryzuje się trzema cechami:
- niskim stopniem skuteczności i efektywności działania aparatu państwowego, aż po niemożność rozwiązania trwałego szczególnie trudnych spraw, w tym dotyczących bezpieczeństwa egzystencjalnego milionów Polaków;
- niskim stopniem praworządności i służebności publicznej władzy państwowej, aż po samowolę i anarchię w poszczególnych korpusach cywilnych aparatu państwa;
- wysokim stopniem korupcji finansowej i politycznej aparatu państwowego, aż po kryminogenność i kryminalność poszczególnych praktyk tego aparatu.
Te trzy cechy czynią z III RP państwo niebezpieczne dla przyszłości swych obywateli.
Co wszakże jest najważniejsze, to fakt, iż te trzy cechy "miękkiego" państwa, są cechami strukturalnymi, a nie koniunkturalnymi. Nie są zależne ani od zmiennych układów partyjnych w parlamencie, ani od personalnych i osobowych składów samych partii. Te trzy cechy są niezmienialnymi w ramach ustrojowych rozwiązań III RP, co dobitnie dowiodło ostatnich 16 lat. I kolejne 16 lat "długiej drogi" w ramach tych rozwiązań tego państwa nie zmieni. A najważniejszym pytaniem jest pytanie o to, jakie ustrojowe rozwiązania oraz jakie ustrukturyzowane siły społeczne za tak wysokim stopniem nieudolności, niepraworządności i korupcji w III Rzeczypospolitej stoją? Albo inaczej - co odtwarza stale i na nowo, mimo zmieniających się rządów owe "czworokąty" ukrytej oligarchicznej władzy?

Fasadowa demokracja, czyli "twarde" jądro "miękkiego" państwa

To co najdobitniej odsłoniły prace trzech kolejnych sejmowych komisji specjalnych, to znacząca fasadowość polskiej demokracji. Demokratyczne procedury podejmowania zasadniczych decyzji dotyczących polskiego państwa i gospodarki okazały się być tylko fasadą dla rzeczywistych ośrodków władzy i rzeczywistych nieformalnych oraz nielegalnych sposobów podejmowania kluczowych decyzji. Polski parlament z jego demokratycznymi procedurami okazał się być w sposób istotny atrapą władzy, za którą kryją się nielegalne i niewidzialne ośrodki decyzyjne. To m.in. ów "czworokąt", a tak naprawdę i "pięciokąt", gdyż istotną rolę odgrywają w tej nielegalnej grze również przedstawicielstwa zagranicznych centrów politycznych i kapitałowych.
Za fasadą demokracji ukrywa się faktyczna władza układu oligarchicznego - polskiej oligarchii finansowo-politycznej. To ośrodek władzy o charakterze nieco analogicznym do kosmicznej "czarnej dziury" w polskiej przestrzeni politycznej. Choć "ciemne jądro" oligarchicznej władzy jest zasadniczo niewidzialne, choć fragmentarycznie odsłonięte na krótko przez komisje specjalne, to sposób funkcjonowania i ruchów jego otoczenia czyli całej polskiej galaktyki politycznej, od parlamentu, aparatu państwa, ale i mass mediów oraz wymiaru sprawiedliwości, potwierdza precyzyjnie nie tylko jego istnienie, ale i punkty położenia.
Ta funkcjonująca poza wszelką kontrolą publiczną, poza wszelką odpowiedzialnością, bezkarna koteria, tzw. układ, zawłaszczyła faktycznie polskie państwo i stale oraz na nowo go zawłaszcza. To układ oligarchicznej władzy, wokół której krąży cała polska klasa polityczna, jest autorem i reproduktorem "miękkiego" państwa III RP.
Układy oligarchiczne istnieją w wielu państwach, jak choćby oligarchia finansowa Wschodniego Wybrzeża USA. Tyle, że nie były one wstanie i nie są w stanie zawłaszczyć własnego państwa. I państwa te nie mają charakteru oligarchicznego. A III RP ma.

Powstanie i reprodukcja "ciemnego jądra" polskiej oligarchii

Powstanie relatywnie wąskiej grupy społecznej, która ostatecznie zawłaszczyła polskie państwo, było możliwe dzięki skoncentrowaniu w jej rękach olbrzymich aktywów finansowych i politycznych. Geneza układu oligarchicznego III RP tkwi w przebiegu polskiej transformacji, o której stanowiły przede wszystkim konsekwencje układu "okrągłego stołu", realizacji planu G. Sörösa-J. Sachsa nazwanego dla ukrycia jego niesuwerennego charakteru tzw. planem Balcerowicza oraz kluczową aferą FOZZ, która umożliwiła pierwotną akumulację aktywów finansowych polskiej oligarchii rzędu co najmniej kilkunastu miliardów dolarów. Tu narodziły się główne powiązania, który utworzyły "ciemne jądro" oligarchicznej władzy.
Ale najważniejsze pytanie brzmi: dzięki czemu, dzięki jakim instytucjom i jakim rozwiązaniom ustrojowym następuje reprodukcja układu oligarchicznej władzy i reprodukowane są możliwości zawłaszczania polskiego państwa?
Jest ich oczywiście wiele - od braku instytucji Skarbu Państwa i Prokuratorii Generalnej, braku zasadniczej kontroli parlamentu nad Narodowym Bankiem Polskim, podporządkowaniu prokuratury partyjnej biurokracji politycznej, czy braku kontroli politycznej nawet partyjnych biurokracji nad służbami specjalnymi, a jakiejkolwiek już kontroli, oczywiście poza oligarchiczną, nad wojskowymi służbami specjalnymi czy wreszcie oligopolowi zależnych mass mediów itd., itp.
Ale rozwiązaniem fundamentalnym, które decyduje o możliwości zawłaszczania polskiego państwa przez układ oligarchiczny i powiązane z nim czy tylko ciążące do niego koterie i grupy biurokracji politycznej, jest sposób wyłaniania elit państwa oraz charakter odpowiedzialności tych elit wobec obywateli. Ten sposób i ten charakter nazywa się ordynacją wyborczą do Sejmu. Dlatego do Sejmu, a nie do Senatu, samorządów terytorialnych czy prezydenta państwa, gdyż w polskich rozwiązaniach ustrojowych władza formalna leży w Sejmie. Kto panuje nad Sejmem i partiami tam zasiadającymi, uzyskuje zasadniczą możliwość panowania w państwie.

Jaka ordynacja, taka partiokracja

Gdyby inaczej potoczyła się historia polskiej transformacji, sprawa ordynacji wyborczej nie byłaby być może tak strategiczna dla naszej przyszłości. Gdyby w jej wyniku nie powstała oligarchia polityczno-finansowa, która za pośrednictwem podporządkowanych jej koterii i grup biurokracji politycznej stale i na nowo zawłaszcza polskie państwo, wywłaszczając z jego posiadania resztę obywateli, pewnie dałoby się jako tako funkcjonować demokratycznie również i w ramach tej obecnej ordynacji partyjnej.
Ale w polskich warunkach to właśnie obecna ordynacja partyjna nazywana nie wiedzieć czemu "proporcjonalną", jest zasadniczym mechanizmem reprodukcji - odtwarzania i tworzenia na nowo - "miękkiego" państwa III RP.
To ta ordynacja bowiem (1) stale i na nowo reprodukuje personalnie i grupowo ten sam układ polityczny, i instytucjonalny, który wyrósł z "okrągłego stołu", na czele z decydującą rolą oligarchicznych układów polityczno-finansowych jako "ciemnego jądra" państwowości i kluczową rolą środowiska służb specjalnych, (2) uniemożliwia wyłonienie autentycznych reprezentantów środowisk społecznych i politycznych poprzez start w wyborach środowiskowych liderów, a w ostateczności uformowanie się zdolnej do kreatywności politycznej i działania w kategoriach polskiej racji stanu elity politycznej kraju, (3) tworzy fasadowość polskiej demokracji i strukturalnie korupcjogenny układ, dzięki odebraniu wyborcom kontroli nad posłami i przesunięciu tejże w ręce bossów i kierownictw partyjnych oraz dzięki koncentracji kontroli nad życiem politycznym w rękach wielkich mediów, przy ograniczaniu przestrzeni politycznego dyskursu.
Ta ordynacja tworzy warunki rozwoju nie demokracji obywatelskiej - ale partiokracji. Ta ordynacja odbiera bowiem obywatelowi jego podstawowe prawo wyborcze - prawo bycia wybieranym, łamiąc obowiązującą Konstytucję. Faktycznie tylko ogólnokrajowa partia posiadająca milionowe finanse może wprowadzić posłów do Sejmu. A obywatel może co najwyżej za przyzwoleniem bossów partyjnych znaleźć się na liście wyborczej. Zaś wyborcy mogą tylko głosować na tych, którzy już zostali na te listy wybrani przez partyjnych bossów. Podporządkowuje też ona posłów ich bossom partyjnym, od których zależy, kto znajdzie się na liście wyborczej i na jakim miejscu. To koncentruje władzę w partii w ich rękach i przekształca partie w formacje mniej lub bardziej wodzowskie czy lepiej powiedzieć: bolszewickie - wódz, biuro polityczne i mierni, bierni, ale wierni posłowie. Wielkie, wielomandatowe okręgi wyborcze uniemożliwiają kontrolę społeczną i polityczną wyborców nawet nad tak wybranymi posłami. Stąd też płynie olbrzymia władza mass mediów, które w tej ordynacji mają wyłączność na kontrolę partii i posłów również w trakcie kadencji. Stąd również kluczowa rola wielkich pieniędzy wyborczych, często niewiadomego, oligarchicznego pochodzenia, bez których nie sposób dotrzeć do kilkuset tysięcy wyborców w okręgu wyborczym. To zresztą główny powód korupcji w państwie, traktowanym przez tak funkcjonujące partie w ostateczności jako potencjalny łup polityczny.
Tylko co to ma wspólnego z demokracją obywatelską?

Jednomandatowe okręgi wyborcze jako fundament "twardej" Rzeczypospolitej

W tej sytuacji budowę fundamentu "twardej" Rzeczypospolitej, państwa skutecznego, kreatywnego, praworządnego i nieskorumpowanego, można rozpocząć w sposób demokratyczny (choć można i czekać na rewolucję polityczną) wyłącznie poprzez bezpośrednie podporządkowanie posłów wyborcom. Czyli zmianę ordynacji wyborczej do Sejmu i wprowadzenie małych, 460-ciu 60-tysięcznych okręgów wyborczych, w których wybiera się tylko jednego posła i to tego, który uzyskał większość ważnych głosów. Tylko to zlikwiduje zależność najpierw Sejmu, a później państwa od "ciemnego jądra" władzy oligarchii. Tak jak dowiódł tego włoski przykład wprowadzenia ordynacji większościowej od 1994 roku, co umożliwiło odcięcie państwa od wpływów mafii włoskiej, a następnie jego zasadniczą naprawę.
Wprowadzenie jednomandatowych okręgów wyborczych będzie zmianą ustrojową, gdyż stworzy nowy sposób wyłaniania elit politycznych państwa oraz nowy sposób ich politycznego rozliczania i ponoszenia przez nie odpowiedzialności politycznej. Przewidywane skutki wprowadzenia nowej ordynacji w oparciu o doświadczenia choćby włoskie, brytyjskie czy amerykańskie są trojakie.
Po pierwsze, zostanie wyrzucona na śmietnik polskiej współczesnej historii większość polskiej klasy politycznej, a równocześnie zostaną prawdopodobnie zlikwidowane wszystkie istniejące w Polsce partie polityczne. Tym samym zostaną przerwane zależności i połączenia z "ciemnym jądrem" władzy oligarchii.
Po drugie, rozpocznie się proces wyłaniania autentycznych przedstawicieli środowisk społecznych i politycznych, a w konsekwencji rozpocznie się proces tworzenia i konsolidacji nowych, autentycznych i (patrz efekt wyborów większościowych prezydentów, burmistrzów i wójtów) kreatywnych elit politycznych polskiego państwa. Utworzy się klasyczny dla krajów o ordynacji większościowej, dwubiegunowy układ polityczny, którego partie będą miały charakter federacyjno-wyborczy. I będą zmuszone szukać najwartościowszych ludzi na prowincji, aby wygrywać wybory, gdyż głosowanie odbywać się będzie na ludzi w okręgach wyborczych, a nie na medialne wizerunki partii.
Po trzecie i najważniejsze, posłowie, partie polityczne i elity polityczne państwa zostaną bezpośrednio podporządkowani wyborcom, gdyż nie będzie można poza pełnym rozpoznaniem wyborców i ich stałą kontrolą w swym okręgu wyborczym wejść do Sejmu, a szerzej: do elity politycznej państwa. Odebrana zostanie zdolność zasadniczego manipulowania opinią publiczną przez mass media. Posłowie, politycy i partie, które okażą się niewiarygodni czy nieskuteczni, będą stopniowo w procesie powtarzalnych wyborów eliminowani. Zostanie uruchomiony mechanizm pozytywnej selekcji do elit politycznych polskiego państwa.

Narastający kryzys polityczny III RP

Powyższe rozumowanie i argumenty są nade wszystko zbiorowym dorobkiem działającego od 1992 roku Ruchu Obywatelskiego na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych. Ruch bowiem zastąpił w swej działalności intelektualnej polskie nauki społeczne, a w szczególności politologię i socjologię polityki, które okazały się niezdolne do podstawowych rozpoznań sytuacji własnego państwa. I te argumenty, podobnie jak i tysiące działań publicznych Ruchu, po ostatni III Marsz na Warszawę w czerwcu tego roku, są i będą przemilczane przez mass media i polską klasę polityczną. "Ciemne jądro" władzy oligarchii jest bowiem doskonale zorientowane w zagrożeniach dla swego istnienia, o czym świadczy nieudana próba dyskretnego zamachu konstytucyjnego w 1997 roku poprzez zapis w Konstytucji o "proporcjonalności" wyborów parlamentarnych. Zapis wzorowany na artykule PRL-owskiej Konstytucji o "kierowniczej roli partii".
Tyle, że kryzys polityczny III RP będzie nadal narastał w wyniku procesu erozji prawomocności władzy państwowej. Czyli narastaniu przeświadczenia u większości obywateli o tym, że to państwo, ten Sejm, ten rząd, te sądy, te prokuratury, te izby skarbowe nie mają moralnego i politycznego prawa o niczym stanowić. Najważniejszym faktem wrześniowych wyborów parlamentarnych była bowiem najniższa w historii III RP frekwencja wyborcza, która wyniosła ok. 40 proc. Był to dyskretny bojkot wyborów parlamentarnych. I to mimo jednoznacznych apeli hierarchii Kościoła katolickiego o udział w wyborach oraz presji mass mediów operujących neopeerelowskim propagandowym stereotypem "odpowiedzialności obywatelskiej" oraz "obywatelskiego obowiązku" udziału w wyborach.
Ten fundamentalny fakt i stojący za nim proces delegitymizacji III RP nie został oczywiście przez obecne elity polityczne, koterie i grupy biurokracji politycznej zauważony. Musiałoby się to bowiem skończyć konstatacją braku społecznego (choć i prawnego, ze względu na złamanie w wyborach do Sejmu biernego prawa wyborczego obywateli) mandatu do sprawowania władzy w państwie.
Za kuriozum wszak nawet jak na polskie warunki polityczne i intelektualne należy uznać publiczne przypisanie przez lidera PiS, Jarosława Kaczyńskiego postulatowi wprowadzenia jednomandatowych okręgów wyborczych oligarchicznych korzeni. Uzasadniając odmowę koalicji z PO tym, że chce w swym projekcie sprawowania władzy utwierdzić władzę "ciemnego jądra" oligarchii, nazywanego przez niego "czworokątem", stwierdził ni mniej, ni więcej, iż "jest to projekt, który w istocie swej wyraźnie zakłada wyłączenie z normalnego procesu demokratycznego znacznej części sił politycznych, które w tej chwili funkcjonują na scenie, bo taki musi być skutek połączenia dwóch posunięć: wprowadzenia jednomandatowych okręgów wyborczych i zniesienia finansowania politycznego partii politycznych. Powtarzam: wtedy będą decydowali ci, którzy mają dostęp do pieniędzy, a to są w Polsce tylko pewne formacje".
Nie znam intencji PO, jeśli chodzi o okręgi jednomandatowe. Podobnie jak nie znałem intencji SLD, jeśli chodziło o wprowadzenie bezpośrednich wyborów prezydentów, burmistrzów i wójtów, dzięki którym ta partia straciła większość władzy w miastach i gminach. Być może jest to i było zwykłe niezrozumienie swych interesów, zwane popularnie głupotą. Nie znam też intencji Jarosława Kaczyńskiego i PiS w ich walce z postulatem okręgów jednomandatowych. Wiem tylko, że proponowana przez J. Kaczyńskiego droga do "twardej" Rzeczypospolitej bez zmiany fundamentu ustroju politycznego państwa, czyli ordynacji wyborczej do Sejmu, przy oparciu się na komisarycznym sterowaniu przez PiS tylko fragmentem tego państwa, jest nie tylko długa, ale i wiedzie donikąd.
I mam nadzieję, że narastający kryzys polityczny III RP tę drogę zmieni.

Wojciech Błasiak

Autor jest ekonomistą i socjologiem, działaczem Ruchu Obywatelskiego na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych, redaktorem naczelnym "Pulsu Zagłębia", był posłem na Sejm II Kadencji


Komentarz (0)

"Antyfaszyści" lewaccy znowu stosują swoje nazistowskie metody walki "politycznej" - o napadzie na młodzież ze środowiska zadrużan opowiada jeden z jego liderów Tomasz Szczepański Wysłane sobota, 26, listopada 2005 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |







"Antyfaszyści" lewaccy znowu stosują swoje nazistowskie metody walki "politycznej" - o napadzie na młodzież ze środowiska zadrużan opowiada jeden z jego liderów Tomasz Szczepański Wysłane piątek, 25, listopada 2005 przez Krzysztof Pawlak

"11 listopada, w dniu Święta Niepodległości, na Cmentarzu Komunalnym, dawniej Wojskowym, na warszawskich Powązkach, grupa lewackiej młodzieży, określająca się jako »ANTIFA«, napadła na grupę młodzieży składającej wieńce na grobie Józefa Stachniuka. Jedną z ofiar tej bandyckiej napaści padł mój wieloletni kolega Tomasz Szczepański, z którym współpracowałem w ramach działalności antykomunistycznej na Uniwersytecie Warszawskim. Prowadził wtedy klub "Pomostu", w ramach którego pracowali studenci białoruscy, ukraińscy i polscy przy programie »Międzymorza« - tak Antoni Zambrowski, publicysta ASME, przedstawia gościa TV ASME, wywodzącego się ze środowiska "Zadrugi", niechrześcijańskiego ruchu narodowego i patriotycznego.

"O przyczynę trzeba pytać samych sprawców, my możemy ich tylko dociekać, ale środowiska skrajnej lewicy, które środowiskami marginalnymi, jednak wspieranymi przez swych pobratymców z Europy Zachodniej czy zza Atlantyku, od dawna traktują środowiska patriotyczne, narodowe jako swoich przeciwników politycznych i usiłują zepchnąć je do narożnika życia politycznego. Temu służy przypisywanie łatki »faszyzmu« wszelkim środowiskom patriotycznym i narodowym. Między innymi takie zarzuty stosowano i do naszego środowiska, odnoszącego się do myśli Stachniuka-Stoigniewa" - mówi Tomasz Szczepański.
Całe zdarzenie wyglądało następująco: grupa kilkunastu osób, kobiet i mężczyzn, sympatyków spuścizny intelektualnej twórcy "Zadrugi" pojechała w dni Święta Niepodległości złożyć wieńce i kwiaty na grobie Stachniuka. W trakcie tej czynności zostaliśmy napadnięci przez grupę dwudziestu kilku osób, zamaskowanych w kominiarkach i chustach na głowach, z przygotowanymi BUTELKAMI i DREWNIANYMI PAŁKAMI. Mnie zaatakowało trzech napastników, zostałem uderzony w głowę oraz pałką. Trzy osoby wymagały opieki szpitalnej. Wśród nich był niepełnosprawny. Nie spodziewaliśmy się żadnego ataku NA CMENTARZU. To do tej pory nie mieściło się w stylu uprawiania polityki w kręgu kultury polskiej. Ludzie, którzy tego dokonali, wydają się wywodzić spoza spuścizny polskiej kultury. Ci bandyci przedstawiali się, krzycząc "ANTIFA! ANTIFA!". To jest środowisko tzw. lewicy liberalnej. Ma swoją witrynę internetową, na której widoczne są gotowe do użycia dwa rewolwery i (aż) trzy naboje do nich. Zaiste - wymowny przekaz preferowanego przez nich sposobu "walki politycznej". Ich przywódcami "intelektualnymi" są m.in. Rafał Pankowski ze stowarzyszenia "Nigdy Więcej" oraz jego współpracownik Marcin Kornak, który niedawno dostał nagrodę Fundacji Polkul za wydawanie pisemka o tej samej nazwie - "Nigdy Więcej". Być może to nie oni rzucali w nas przedmiotami, ale z pewnością tworzą intelektualne podglebie dla przemocy stosowanej w kierunku środowisk patriotycznych. To nie był chuligański wygłup - napastnicy byli przygotowani: mieli zakryte twarze, przyszli uzbrojeni w pałki i butelki, to był zwyczajny bandycki, czyli lewacki napad.
Lewacy, którzy zaatakowali zadrużan, używali do miotania na nas ukradzionych zniczy z innych grobów m.in. - z kwatery żołnierzy Armii Krajowej! W prasie ukazały się błache wzmianki o tym zdarzeniu - np. w dzienniku "Życie Warszawy" była notatka o "incydencie". Także wzmianki w prasie prawicowej, która niestety nadal jest medium niszowym. Ciekawe, jaka byłaby reakcja, gdyby jacyś skini pobili jakiś lewaków na przykład - na cmentarzu żydowskim, pewnie huk byłby na całą Europę, ze szczególnym uwzględnieniem polskojęzycznego bulwarowca "Gazeta Wyborcza". Ostatni kontekst medialnej histerycznej reakcji Policji na nielegalną manifestację kompletnie marginalnego środowiska pederastów w Poznaniu też taki hipotetyczny scenariusz kreśli...

Nagranie trwa ponad 11 minut i jest dostępne w Sieci do 9 XII 2005 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




Komentarz (0)

"GAZETA WYBORCZA" ZNOWU KŁAMIE - Antoni Zambrowski Wysłane piątek, 25, listopada 2005 przez Krzysztof Pawlak

W poniedziałkowym numerze "GW" z 14 października br. w dodatku "Duży Format" nr 43/656 ukazała się rozmowa red. Mikołaja Lizuta z prof. Stefanem Niesiołowskim - senatorem Platformy Obywatelskiej. W tej rozmowie senator Stefan Niesiołowski zupełnie bezpodstawnie uśmiercił mego sąsiada na osiedlu oraz kuma (ojca chrzestnego mego najmłodszego syna Jarka) Emila Morgiewicza, który żyje i cieszy się dobrym zdrowiem. Emil Morgiewicz - wieloletni działacz opozycji niepodległościowej, skazany za organizację "Ruch" (z Andrzejem Czumą na czele) na wieloletnie więzienie, był później członkiem-założycielem Komitetu Obrony Robotników, następnie bardziej prawicowego Ruchu Obrony Praw Człowieka i Obywatela, internowanym w stanie wojennym w więzieniu w Białołęce. Tam go poznałem i zaprzyjaźniłem się. Dziś pracuje w Senacie, więc senator S. Niesiołowski może łacno się przekonać o swej pomyłce co do jego śmierci. Nie wykluczone, że sprawę zawinił przez swe niechlujstwo przy spisywaniu rozmowy sam red. Mikołaj Lizut. Ale są ludzie, którzy żywią podejrzenia, że Emila uśmiercił sam senator S. Niesiołowski. Emil Morgiewicz jako weteran opozycji antykomunistycznej wie zbyt wiele o sprawach, o których pan senator wolał by zapomnieć.
W następnym "Dużym Formacie" nr 44/657 ("GW" z dnia 21 listopada br.) senator Stefan Niesiołowski zamieścił zaskakujące sprostowanie, z którego wynika, że "Pan Emil Morgiewicz żyje, cieszy się dobrym zdrowiem i jest bardzo aktywny zawodowo". Z tego sprostowania nie wynika wszelako, kto uśmiercił Emila Morgiewicza - red. Mikołaj Lizut, czy sam sen. Stefan Niesiołowski. Nasuwa się też pytanie, dlaczego sen. Niesiołowski, zaprzyjaźniony z Emilem Morgiewiczem od dziesięcioleci, nagle teraz przeszedł z nim na pan?

Antoni Zambrowski

Jest to pełna wersja artykułu, który ze skrótami ukazał się w tygodniku "Gazeta Polska".

Publicystyka Antoniego Zambrowskiego na ASME


Komentarz (1)

NAGRODA GIEDROJCIA DLA POETKI Z PARYŻA - Antoni Zambrowski Wysłane piątek, 25, listopada 2005 przez Krzysztof Pawlak

Wybitna poetka i głośna rosyjska dysydentka z Paryża - Natalia Gorbaniewska, od niedawna obywatelka polska, otrzymała doroczną nagrodę dziennika "Rzeczpospolita" im. Jerzego Giedrojcia. Choć jest utalentowaną poetką oraz zasłużoną tłumaczką poezji i prozy z języków zachodniosłowiańskich, zwłaszcza z polskiego, zasłynęła najbardziej jako uczestniczka protestu siódemki moskiewskich opozycjonistów 25 sierpnia 1968 roku na Placu Czerwonym przeciwko najazdowi 5 państw Układu Warszawskiego na bratnią Czechosłowację. W wózku dziecięcym ze swym małym synkiem Josifem przemyciła transparent z hasłem polskich powstańców XIX wieku "Za wolność waszą i naszą". Zapłaciła za to uwięzieniem w moskiewskim więzieniu w Butyrkach, a następnie przymusowym leczeniem w szpitalu dla obłąkanych w Kazaniu aż do lutego 1972 roku. Przed tym była jedną z redaktorów dysydenckiej "Kroniki bieżących wydarzeń", krążącej w odpisach i przepisywanej przez swych czytelników na maszynach do pisania. W 1975 roku wyemigrowała z dwojgiem dzieci na Zachód i od 1976 roku mieszka w Paryżu. Tam jako dziennikarka współpracowała z rosyjskim tygodnikiem "Russkaja Mysl", wydawanym przez śp. Irinę Iłowajską-Alberti oraz z emigracyjnym kwartalnikiem "Kontinient" wzorowanym na polskiej "Kulturze" paryskiej i redagowanym przez znanego rosyjskiego pisarza emigracyjnego, śp. Władimira Maksimowa. Opowiadał mi w Warszawie, że gdy trzeba było coś uczynić dla sprawy polskiej, Nataszę Gorbaniewską można było do tego zadania wzywać o każdej porze dnia i nocy. Już w czasie "pieriestrojki" - w roku 1988 wyleciała z rosyjskiej redakcji amerykańskiego radia "Swoboda" (odpowiednik RWE dla ZSRR) za krytycyzm wobec Michaiła Gorbaczowa. Dziś jest współpracownicą polskiego miesięcznika w języku rosyjskim "Nowaja Polsza" redagowanego przez prof. Jerzego Pomianowskiego. W odróżnieniu od innych rosyjskich dysydentów, jak Siergiej Kowalow, a podobnie jak znany rosyjski pisarz emigracyjny, dawny więzień polityczny Władimir Bukowski, po doświadczeniach zażyłej przyjaźni z Adamem Michnikiem ma do niego stosunek nader krytyczny. Dzięki uzyskanemu ostatnio obywatelstwu polskiemu mogła nareszcie nawiedzić rodzinną Moskwę. Tam skorzystała z nabytych w RP praw obywatelskich i wzięła udział w polskich wyborach parlamentarnych i prezydenckich, głosując w lokalu wyborczym w ambasadzie polskiej. Głosowała - co podkreśla z satysfakcją - na "Prawo i Sprawiedliwość" oraz Lecha Kaczyńskiego. Pani Nataszy gratulujemy nagrody i życzymy stu owocnych lat życia.

Antoni Zambrowski

Publicystyka Antoniego Zambrowskiego na ASME


Komentarz (0)

Komu wieje J.J. Wiatr, komu bije dzwon - depresyjne wiadomości ze sfer "Żydów" oraz "Chamów" Wysłane czwartek, 24, listopada 2005 przez Krzysztof Pawlak

Jeszcze przez pół dzisiejszego dnia informatory z triumfem obwieszczały, że ugrupowanie PiS nie spełniło kolejnego swojego przedwyborczego warunku, czyli obietnicy utworzenia komisji "Prawdy i Sprawiedliwości", najwyraźniej usiłując w ten sposób zrobić wodę z mózgu głosującym w trakcie minionych wyborów na tę formację ludziom, że niby to mają następny powód do jesienno-zimowej depresji okołopolitykierskiej.

Podwieczorne doniesienia zweryfikowały pokwikiwania środków masowego rażenia, wielce już przerażonych perspektywą przejęcia kontroli nad - przepraszam za wyrażenie - publicznymi mediami w postaci Polskiego Radia i Telewizji Polskiej, sterowanych przez cały okres PRL i obecnej PRL-bis przez partyjno-ubeckie wielopokoleniowe rody, zagnieżdżone przy warszawskich ulicach Niepodległości, Woronicza i Jasnej. PiS ustami wymownego posła Gosiewskiego potwierdziło swój zamiar weryfikacji "dorobku" układu magdalenkowego - choć - co lekko zasmuca - jeszcze nie padł żaden termin zawiązania struktur parlamentarnych nakierowanych na wyjaśnienie wszelkich okoliczności towarzyszących umówionemu przy tzw. okrągłym stole okresowi przepoczwarzania się "pezetperii" w szczerych i nowoczesnych socjal-demokratów. Ponoć jest jeszcze problem umocowania konstytucyjnego takiej instytucji - ale... dla chcącego nigdy nie ma nic trudnego. Określenie jako "wybitnych specjalistów" zasiadających w tej formie struktury sprzątającej po półtoradekadowej obecności post(?)komunistów w życiu społecznym, politycznym i gospodarczym Polski ma wzbudzić medialne zaufanie na kredyt, ale jak będzie z tym w rzeczywistości - będziemy wszyscy tego świadkami. Trzeba niemniej od razu rozumieć, że każdy uczestnik tego ciała będzie musiał zaprezentować publicznie swój wyciąg z akt IPN-u, dowodzący nieskazitelnej lilijności w przeszłym okresie, prawda?
W tym samym mniej więcej czasie sieciowe publikatory przyniosły wiadomość o ponownym objęciu szefostwa wywiady cywilnego przez Zbigniewa Nowka, pułkownika zresztą. Witryna Onet przez kilka godzin nie mogła się otrząsnąć z wrażenia i zamieszczała w związku z tym tylko dwa zdania: tytuł o powołaniu nowego szefa AW i zdanie - KTO został powołany. Walterownia w szczękościsku - to była soczysta satysfakcja dla pewnej części komentatorów życia robaczkowego scen teatru "polskiego regionu UE".

Konkretne fakty. Delegowanie Piotra Naimskiego ponownie do struktury PGNiG było celnym strzałem. Układ "wiedeński", tak zasłużenie fetowany przez prawdziwych rozdających z mianowania moskiewskiego w najważniejszych, strategicznych dla niepodległości Rzeczypospolitej sferach gospodarczych, był jednym z największych zagrożeń dla jej bytu państwowego. Tu należą się gratulacje, niezależnie od widocznego uzależnienia, wyklętego przez ośrodki propagandy postępiackiej, "rasowego" związanego ze "śmiejącym się się oficerem Żaglem" i jego kamratem, synem J.J. Winda z warszowerskiego Instytutu Socjologii przy ulicy Karowej. Teraz Piotr Naimski... Towarzysz wielu biesiad "polskich czynowników" rodem z kamraterii kolaborantów sowieckich okupantów Polski, tow. Ałganow może w tej chwili jedynie marzyć o odwecie. Ale będzie miał przeciw sobie wielonarodowe związki "niezależnych inwestorów". Touche!.

Powiedzmy sobie szczerze - PiS ma wyjątkowy kredyt zaufania ze strony konserwatywnych liberałów, jeśli chodzi o prezentowany od dłuższego czasu zamiar rozliczenia się ze strukturami państwa bandyckiego, jakim jest obecna PRL-bis, będąca bękartem - no, może nie tak od razu: paktu monachijskiego, Platforma Obywatelska jeszcze dycha pełną piersią - "układu magdalenkowego", zawartego przy szczególnym nadzorze Kremla i innych Wysokich Układających Się Stron, pomiędzy "opozycją koncesjonowaną", zwaną potocznie "Żydami", a "Chamami" reprezentowanymi przez postmoczarowski odłam Służb Specjalnych PRL, zorganizowanych pod osławionym przewodnictwem tzw. generała Milicji Obywatelskiej Czesława Kiszczaka. Pomocna już stała się w tym dziele (obserwacja ruchu z rządowych i sejmowych serwerów) np. nasza ankieta (umieszczona na Stronie Głównej ASME, która niestety m.in. nie obejmuje afery związanej z wyprowadzeniem z ówczesnego Komitetu ds. Młodzieży 130 milionów dolarów. Kto nim wtedy zarządzał, Koteczku? Sprawa jeszcze jest nieprzedawniona!) dotycząca osławionych afer w wykonaniu znamienitych przedstawicieli kamraterii PPZR-owskiej. Sprawy gospodarcze w najbliższym okresie dwunastu miesięcy będą musiały zejść na plan dalszy, co by o nich nie usiłowały wykrzyczeć w niebogłosy związane z "lyberalnymi" środowiskami "ezelde" i szalupy ratunkowej post-UW-olskiej, Platformy O.

Macie niecały rok. Macie pewną grupę sprzyjającą wam w SS PRL-bis z przyczyn czysto pragmatycznych (!), więcej raczej wśród poza-miejskiej inżynierii ruchu drogowego niż tej przewerbowanej na stronę graną niegdyś przez aktora Stanisława Mikulskiego, bo tam "żelazo i miecz" nomen omen zostało tylko...

DO ROBOTY!

Krzysztof Pawlak


Komentarz (0)

Kolejna ankieta ASME - które afery "układu magdalenkowego" do odstrzału? Wysłane czwartek, 24, listopada 2005 przez Krzysztof Pawlak

Zakończyliśmy poprzednią ankietę ASME dotyczącą oczekiwań środowiska konserwatywnych liberałów związaną z utworzeniem rządu Kazimierza Marcinkiewicza delegowanego przez ugrupowanie Prawo i Sprawiedliwość po zwycięskich dla "obozu sanatorów" związanego z przewodzonym przez Braci Kaczyńskich środowiskiem antykomunistycznym i prosocjalnym.

Z pokrywającej się w istotnej części z programem naszego środowiska wolą odkomunizowania życia społecznego i politycznego, wyrażaną w odpowiedziach na naszą ankietę proporcją oddanych głosów ponad 66% na warunek "likwidacji komunistycznych SS i odtworzenia polskich służb specjalnych, także służb dyplomatycznych" można wnioskować o dość wyraźnej zbieżności pomysłów na odnowę Rzeczypospolitej. Dodatkowo daje do myślenia wysoki wskaźnik odpowiedzi na warunek "zliberalizowania gospodarki - zniesienia większości koncesji w ruchu gospodarczym i narzutów na pracę" - ponad 25%!
Mimo prezentowanego w czasie kampanii przedwyborczej przez PiS sztafażu socjalno-etetystycznego, środowisko konserwatywnych liberałów - mimo porażki zawiązania sojuszu parlamentarno-gabinetowego z post-"unijnowolnościowym" kręgiem Platformy Obywatelskiej - pokłada spore nadzieje na realizację programu wolnorynkowych idei w polskiej gospodarce przez zwyczajowo określane jako "Populizm i Socjalizm" środowisko "sanatorów".

I tak - poniżej prezentowały się wyniki naszej ankiety:



Zapraszamy teraz Państwa do wyrażenia swojej opinii w nowej ankiecie ASME, dotyczącej próby eliminacji pozostałości "układu magdalenkowego" z polskiego życia politycznego.
Ankieta jest dostępna - jak zwykle - na Stronie Głównej ASME.

Komentarz (0)

Nadchodzi czas sytości dla komentatorów polskowo atdieła "krótkiego kursu WKP(b)"? Wysłane środa, 23, listopada 2005 przez Krzysztof Pawlak

Co za wysyp materiałów!? Embarasse de richese! I "Rzeczpospolita", i niezawodne "Życie Warszawy" (co prawda nie podpisany kolega-sprawozdawca), i równie wszędobylski "Super Express", szpryngierowski "Fakt" nie nadążył - widać, że po parlamentarnej i prezydenckiej wpadce pro-niemieckiej Platformy dyżurny oficer czasopisma wypadł z układu, małopolski "Dziennik Polski" też nie dostał wierszówki, no a brukowiec "GW" jak zawsze - widzi zagrożenie "tylko na prawicy", dlatego zajmuje się hipotezami o "inwigilacji prawicy przez rząd Suchockiej oraz jej kanclerza Jana Marię Władysława", nie zaś najnowszym tematem zleconym...

Jednak i stacje radiowe w mijającym właśnie dniu, i serwisy witryn Wirtualnej Polski, Onet czy INTERII, tak samo jak wymienione wcześniej trzy gazety - zajmowały się sprawą pozostawaniu przy życiu kluczowego świadka dla rozwikłania sprawy morderstwa, mianowanego co prawda przez funkcjonariuszów "ezelde", byłego komendanta Policji, generała Marka Papały (przegląd dostępny na Witrynie Kary Śmierci). Świadek nazywa się Edward Mazur i póki co - pozostaje do usług na kontynencie amerykańskim, konkretnie w znanym z drugiej co do liczebności populacji wielkomiejskiej Polaków - Chicago, zwanego nieformalnie Czykagowem. Świadek jest (wciąż żyje) doskonałym i zażartym znajomym wielu tzw. osobistości życia robaczkowego politykierstwa polskiego z jego lewej, tej serdecznej strony, sięgającym w swej komitywie kamrackiej wyżyn najwyższych, świadomość którego faktu w połączeniu z niezaplanowanym przez wielkie układające się nad Polską strony zwycięstwem ugrupowania Braci K. spowodowała trwałą szarość cery na obliczach Najdostojniejszej Dla PT Post(?)komunistów Pary, do 22 XII 2005 r. wycierającej jeszcze swoimi podeszwami posadzki Pałacu Namiestnikowskiego.
Nie tylko u tych dwojga osobników życia politykierskiego lewizny odcień pobladłego różu jest od wielu dni widoczny dla wnikliwych obserwatorów scen teatru "regionu polskiego UE". Nerwowość ekstremalną zaczął przejawiać elektryczny i ekscentryczny eksprezydent "Waliizaa", tak pięknie odmieniany przez spikerów krajów zagranicznych. Na razie - zajął się oskarżaniem oskarżających Go wcześniej o intensywne i wielorakie stosunki z PRL-owską Służbą Bezpieczeństwa żurnalistami i osobistościami "podziemia antykomunistycznego". Trochę wcześniej - jego osławiony "kapciowy" Wachowski, były sekretarz stanu w Kancelarii Prezydenta RP w czasu pierwszej "post(?)komunistycznej" vel "solidarnościowej" prezydentury. Wtedy to doszło (pierwsza połowa lat 90. ub. wieku) do wydania zadziwiającego aktu łaski dla bandyty o wdzięcznej ksywie "Słowik", który ponownie stał się na dniach bohaterem łam pismaczych - a to ze względu na ujawnioną już bez ogródek jego znacząca rolę w akcie mordu komendanta Policji. Przez lata prezydentowania towarzysza Olka "Disko Polo" Kwaśniewskiego prokuratury wielu instancji wykazywały się zadziwiającą nieruchawością i niezgulstwem w toku swoich postępowań, co zostało skwitowane przez "ŻW":
"W połowie grudnia może dojść do rozprawy ekstradycyjnej Edwarda Mazura. Śledczy boją się jednak, że do tego czasu biznesmen ucieknie z Ameryki lub zginie w »niejasnych okolicznościach«.
- Amerykanie są skłonni wydać Mazura, jednak boją się, że wycieki informacji dotyczące śledztwa, które powstają za sprawą ludzi chroniących biznesmena, utrudnią procedurę przed sądem ekstradycyjnym - mówi policjant związany z wyjaśnianiem tajemnicy zabójstwa gen. Marka Papały. (...) Według naszych informacji, przez cały czas trwania śledztwa w sprawie śmierci generała w Ministerstwie Sprawiedliwości działała grupa osób torpedujących pracę prokuratorów i policjantów. Przez podstawionych świadków próbowano kierować śledztwo na boczne tory. Wskazywano na absurdalne wątki, których weryfikowanie zajmowało czas specgrupy. »Opiekunowie« Mazura próbowali również rozpętać wielką kampanię medialną, mającą na celu obronę poszukiwanego listem gończym biznesmena".
Swoje dopowiada żurnalista "SE":
"Mazura obciążają zeznania Artura Z. - płatnego zabójcy z Trójmiasta. Według niego to Mazur w 1998 r. szukał »killera«, który przyjmie zlecenie na zabójstwo generała. Biznesmenowi w tych poszukiwaniach towarzyszył boss gangu pruszkowskiego, Andrzej Z., ps. Słowik. Niebawem jemu również śledczy zarzucą udział w zbrodni. Jedyną osobą, która obecnie ma zarzuty w tej sprawie, jest płatny zabójca Ryszard B.
W tle bulwersującej zbrodni są ludzie kojarzeni z PRL-owskimi służbami specjalnymi. Zdaniem śledczych, taka nieformalna grupa stała za Mazurem. Generał zginął, bo miał wiedzę o jej lewych interesach".
O co daje chodzi - precyzuje wywiadowca "Rz":
"Na początku listopada "Rz" ujawniła, że opolscy śledczy przesłuchali już wszystkich świadków, a śledztwo zostanie umorzone. Po tej publikacji prokuratorzy zmienili zdanie - zdecydowali, że powinni przesłuchać jeszcze Barbarę Piwnik, która w 2002 r. kierowała resortem sprawiedliwości. (...) Jeden ze świadków przesłuchanych przez opolskich oskarżycieli zeznał bowiem, że funkcjonariusz byłego UOP mógł wywierać nacisk na prokuratorów, by Mazura nie zatrzymywać. Świadek mówił o płk. Ryszardzie Bieszyńskim, który wtedy był szefem Zarządu Śledczego UOP. O tym, że prokuratorzy chcą przedstawić zarzuty Mazurowi, Bieszyński wiedział co najmniej od jesieni 2001 roku. Dyskutowano o tym na naradach w Ministerstwie Sprawiedliwości. Rok temu "Rz" ujawniła, że Bieszyński na tych naradach sprzeciwiał się wiązaniu Mazura ze zleceniem zabójstwa policjanta".

O tym, że w m.in. produkcję i "eksport" syntetycznych narkotyków na terenie Polski zamieszani byli i są byli funkcjonariusze SS PRL - wie chyba każdy student prawa, z wyłączeniem może żaków z kierunków politologicznych i "zarządzania oraz markietingu". O tym, że na terenie USA zostali przed pewnym czasem zlokalizowani uczestnicy tego łańcuszka szczęścia i funkcjonariusze DEA nakłonili ich do zwierzeń - też w tym roku stało się głośno, kiedy tygodnik "Wprost" opublikował artykuł swoich "śledzi" pt. "Wielka wsypa". Jak to było zorganizowane przez ulokowanych w Stanach funkcjonariuszów "wywiadu" SS PRL, można dowiedzieć się z łam pism amerykańskich: ot - chociażby opisana już sprawa filadelfijskich członków "The Kielbasa Posse", importujących od "europejskich hurtowników" (także - izraelskich oraz oczywiście rosyjskich) "produkty do sprzedaży", o czym już w 2002 r. rozpisał się żurnalista śledczy tygodnika "Philadelphia City Paper".
W tym samym czasie w "polskim regionie UE" zaczęły być słyszalne uporczywe plotki o powiązaniu z "dilerami" śmiercionośnych ekstraktów już wcale nie garażowo-chałupniczego przemysłu chemicznego z byłymi bardzo wysokimi urzędnikami administracji państwowej. Padły nawet spiżowe wskazania na atlantyckie rejsy jachtu należącego do superbliskiego otoczenia byłego prezydenta RP. Odpowiednikiem osobistości w zaprzeszłej kadencji był do niedawna wypróbowany towarzysz specjalny Marek U., któremu udzielono dymisji wiosną tego tego roku, ale "tą razą" była to już kancelaria tow. "prezia" Kwaśniewskiego, no i ciekawym zwrotem w tej historii jest fakt, że w minionej (?) sytuacji politycznej nadzorem obrotem metaamfetaminy i jej pochodnych zajmowały się kręgi wywodzące się ze Służby Bezpieczeństwa, a obaj podlegli zainteresowaniu dzisiejszych prokuratorów należą do kompanii nie-cywilnej.

Skoordynowana akcja wypływu kolejnych strzępów materiałów ze śledztw dotyczących obrotu "materiałami strategicznymi" wskazuje, że w strukturze bynajmniej niecywilnej ujawniła się przynajmniej jej część skłonna w zamian za "przetrzymanie" akcji "rozwiązywania wiejskiej potańcówki" podzielić się swoimi spostrzeżeniami i głębokimi - po równie głębokim namyśle - przemyśleniami. Ujawniona - ze strony zwycięskiego obozu PiS - przed kilkoma dniami zapowiedź, że "nie zostaną rozwiązane kontrwywiad i wywiad wojskowy, a jedynie zmieniona struktura tych służb", jak widać, przyniosła pierwsze efekty.

Teraz żądnej spektakularnych efektów gawiedzi pozostaje poczekać na powołanie zapowiadanych w czasie kampanii przedprezydenckiej i przedparlamentarnej specjalnych komisji śledczych, przed którymi - za pomocą obiektywów kamer i w świetle fleszów aparatów fotograficznych - z odpowiednio dozowanymi stopniami ponoszonego napięcia zostanie ujawniona...

...mała część krótkiej historii oddziału "polskiego" WKP(b), czyli "pezetperii"...

Krzysztof Pawlak


Komentarz (1)

"Die Strasse frei dem Sturmabteilungsman"?* - Stanisław Michalkiewicz Wysłane wtorek, 22, listopada 2005 przez Krzysztof Pawlak

11 listopada Tomasz Szczepański w przyjaciółmi wybrał się na Cmentarz Powązkowski w Warszawie, by zapalić znicz na grobie Jana Stachniuka. Został on tam pochowany w 1963 roku, po ciężkich przejściach w stalinowskich więzieniach. Stachniuk był ideologiem tzw. Zadrugi - grupy postulującej stworzenie gospodarki kolektywistyczno-planistycznej, takiego nacjonal-komunizmu, a w dziedzinie kulturowej - powrót do prasłowiańskiego pogaństwa, jako remedium na zgubny - zdaniem stachniukowców - wpływ chrześcijaństwa, a katolicyzmu w szczególności, na psychikę narodu polskiego, który pod wpływem tej religii stał się zbiorowiskiem konformistów. Tomasz Szczepański jest jednym z nielicznych w Polsce zwolenników Stachniuka, a w każdym razie czuje się z nim związany na tyle, że 11 listopada wybrał się odwiedzić jego grób. Jakimści sposobem dowiedzieli się o tym aktywiści ANTIFY i na miejscu wszystkich pobili tak, że Szczepański i jego przyjaciel - inwalida, znaleźli się w szpitalu, na szczęście bez poważniejszych obrażeń. Charakterystyczne było, że napastnicy nie ukrywali swojej przynależności organizacyjnej. Przeciwnie - wykrzykiwali "Antifa!, Antifa!", żeby ofiary nie miały wątpliwości, kto i z jakich pobudek wykonuje na nich tę egzekucję.
ANTIFA jest grupą, jak to się mówi, "antyfaszystowską" i przedstawia się, iż należy do grup prezentujących "opcję bojową" ruchu antyfaszystowskiego. Jak wiadomo, w ruchu antyfaszystowskim są grupy zajmujące się organizowaniem forsy, są grupy zajmujące się kreowaniem autorytetów moralnych i towarzyskich hierarchii, bo według tych kryteriów następuje dystrybucja forsy, są grupy zajmujące się organizowaniem wywiadu i wskazywaniem ofiar, no i wreszcie - grupy prezentujące "opcję bojową", które się z tymi ofiarami "fizycznie konfrontują". "Fizyczna konfrontacja" bowiem jest - obok "propagandy" - jednym ze statutowych celów ANTIFY. Żeby była pełna jasność - ANTIFA nie jest przedsięwzięciem wyłącznie polskim, bo nie tylko ma "doskonałe kontrakty" międzynarodowe, którymi chwali się na swoich stronach internetowych. Początków ANTIFY należy szukać w Niemczech, w okresie, gdy Amerykanie, w odpowiedzi na sowiecką ekspansję na świecie i widoczne przygotowania do uderzenia na Europę Zachodnią, zainstalowali na terenie Republiki Federalnej Niemiec rakiety "Pershing" i "Cruise" z głowicami atomowymi. W odpowiedzi, z inspiracji komunistycznej, zaktywizował się ruch "Zielonych", żeby w oczach opinii niemieckiej i w ogóle zachodniej nie utożsamiał się zbytnio z "czerwonymi". Dawało to pewną osłonę, ale niezbyt szczelną, bo ówczesny dowcip o Murzynach głosił, że "czarne jagody są czerwone, bo są jeszcze zielone". Dlatego też partia komunistyczna przy pomocy KGB i pieniążków moskiewskich zaczęła tworzyć organizacje "pozapartyjne" - wśród nich Vereinigung der Verfolgten des Naziregimes. Z niej wypączkowała ANTIFA-FRONT, odnośnie której odpowiednia instrukcja obsługi głosiła, że "antyfaszyzm będzie obecnie punktem odniesienia i wytyczną dla partii, związków zawodowych i ruchów społecznych, otwierając nowe możliwości dla wspólnych, antyfaszystowskich akcji". "Wspólnych", to znaczy inspirowanych i kierowanych przez partię komunistyczną, z wykorzystaniem "pożytecznych idiotów", których zawsze można na "antyfaszyzm" nabrać. Naturalnie ANTIFA i dla oka, i dla miłego grosza "konfrontuje się" i z faszystami, co natychmiast zauważają "Żydzi, Polacy, Chrześcijanie" ze stosownego "Forum", ale przede wszystkim realizują program partii komunistycznych, dzisiaj przemalowanych na zielono lub socjaldemokratycznie, zatem "walczą" z "dyskryminacją" wszystkich "mniejszości", szczególnie zaś "seksualnych", z którymi partia widać wiąże jakieś specjalne nadzieje i plany. "Kultowym" utworem polskiego abteilungu Antify jest pieśń zespołu "Piżama Porno", głosząca m.in.: "Lecz kiedy blisko siebie przechodzimy / To słychać, jak serce drugiemu wali". Serce drugiemu? Chyba powinno być - "jeden drugiego"? Ale mniejsza o szczegóły, bo ważniejszy jest nastrój utworu, bardzo podobny do "Horst Wessel Lied": "Die Fahne hoh / Die Reinen fest geschlossen / S.A. marschiert / Mit mutig festen schritt / Kamraden die Rotfront / Und Reaktion erschossen / Marschiert in Geist / In unser Reinen mit!" (Sztandar wznieś, szeregi mocno zwarte/ S.A. maszeruje spokojnym mocnym krokiem/ Towarzysze, których zastrzeliły Rotfront i reakcja/ Maszerują duchem z nami w szeregach). Już ten fragment pokazuje ponad wszelką wątpliwość socjalistyczny rodowód i korzenie faszyzmu, zaś podobieństwo atmosfery z utworem "Piżamy Porno" - że rację mieli Francuzi wymowni, twierdząc, iż les extremes se touchent, tzn. że przeciwieństwa się stykają. Czy zresztą tylko przeciwieństwa? Podobieństwa - tym bardziej. Antyfaszyści próbują bowiem sił również w twórczości amatorskiej. Z obfitości serca usta mówią i chyba szczerze, więc posłuchajmy, co ma nam do powiedzenia antyfaszystka Kamila: "Jak ja cię, kurwa, strasznie nienawidzę / i pragnę, by przyszedł wreszcie twój koniec".

Stanisław Michalkiewicz

* Ulica wolna dla brunatnych batalionów

Publicystyka Stanisława Michalkiewicza na ASME i nagrania TV ASME


Komentarz (3)

Józefów AD 2005 - wystąpienia I Prezesa Janusza Korwin-Mikkego oraz nowego prezesa UPR Wojciecha Popieli Wysłane poniedziałek, 21, listopada 2005 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |







Józefów AD 2005 - wystąpienia I Prezesa Janusza Korwin-Mikkego oraz nowego prezesa UPR Wojciecha Popieli Wysłane poniedziałek, 21, listopada 2005 przez Krzysztof Pawlak

Dorocznym zwyczajem w willi I Prezesa Janusza Korwin-Mikkiego w Józefowie odbyła się listopadowa celebra solenizanta, podczas której po raz pierwszy publicznie zaprezentował się nowy prezes UPR Wojciech Popiela. Przedstawiamy Państwu krótką notację tej uroczystości.

Nagranie trwa ponad 8 minut i jest dostępne w Sieci do 5 XII 2005 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




Komentarz (0)

Teraz Wojciech Popiela - Janusz Korwin-Mikke Wysłane poniedziałek, 21, listopada 2005 przez Krzysztof Pawlak

Serię posiedzeń Władz UPR rozpoczęła Straż, która na wniosek Prezesa, podniosła do godności Członków-Sygnatariuszów kol.kol. Ireneusza Kaszę, Andrzeja Nelickiego, Macieja Sieranta, Stefana Kramarskiego, Wojciecha Popielę, dr. Jana Przybyła i usunęła z Partii trzech Członków z Gdańska, którzy samowolnie ogłosili start miejscowej UPR z list Ligi Polskich Rodzin - zresztą bez powodzenia.

Licznie obsadzony Konwentykl, na którym oczekiwano omówienia sytuacji po wyborach, rozpoczął się dość dziwnie: najpierw przez długi czas omawiano sprawy personalne ustępującego Przewodniczącego Rady Sygnatariuszów, potem zastanawiano się, czy aby jest to na pewno Konwentykl przed Konwentem (w sensie Statutu; na szczęście sondażowe głosowanie wykazało, że tylko jeden z Członków jest przeciwnego zdania; okazało się zresztą, że On tylko przekazywał wątpliwości rozsiewane w internecie!) i dopiero po dwóch godzinach (!) ustalono porządek obrad - nie przewidujący omówienia sytuacji po wyborach. Zamiast bicia piany Konwentykl zajął się konkretami: na wniosek Prezesa, kol. Jacka Boronia (który oświadczył, że jest nieuczciwością, że Sygnatariusze płacą tak małe składki - podczas gdy emeryci przesyłają na kampanię wyborczą po 17,50 zł ze słowami "W Was ostatnia nasza nadzieja!") oraz Przewodniczącego Komisji Rewizyjnej, kol. Jacka Majewskiego, uchwalił zalecenie "znacznego podniesienia składki" - i jednocześnie, by dać przykład, ustalił, że Członkowie-Sygnatariusze płacić będą PIĘĆ razy więcej niż wyniesie składka, jaką ustali Konwent!
Konwentykl formalnie przyjął projekty zmian w Statucie nie zarejestrowane przez poprzednie Władze - oraz kilka nowych. Następnie Konwentykl przyjął (zapowiadaną już przy wyborze) dymisję Prezesa - i przystąpił do wyborów Prezesa. Po wyrażeniu wątpliwości, czy podoła temu zadaniu (z uwagi na obowiązki zawodowe), zgodził się kandydować dotychczasowy wiceprezes, kol. Wojciech Popiela - i w tajnym głosowaniu padło na Niego ponad 3/4 głosów (mimo, że przewodniczący Sadu Naczelnego, kol. Paweł Nakonieczny, rozesłał list, że wystąpi z Partii, jeśli by kol. Popiela został Prezesem). Kol. Popiela doskonale zresztą wypadł w odpowiedziach na pytania Członków Konwentyklu i rozwiał chyba obawy niektórych Sygnatariuszów.
Następnie Konwentykl wybrał 6 Członków Rady Głównej. Zostali nimi kol.kol. Maciej Bojanowski (Wrocław), Grzegorz Grocki (Wielkopolska), Wojciech Grotecki (Warmia), Stefan Kramarski (Częstochowa), Mieczysław Targosz (Łódź), Andrzej Turczyn (Koszalin), spośród których mianował wiceprezesem kol. Bojanowskiego. Po czym wybrał Członkiem Komisji Rewizyjnej kol. Ireneusza Kaszę (tylko jednego - ponieważ teoretycznie obowiązywał stary Statut!)
Nazajutrz obradował Konwent, na który przyjechało 98 Delegatów (nie uznano mandatów części Delegatów, głownie z Mazowsza!). O dziwo: również tu nie było dyskusji o zaszłościach! Próby załatwiania spraw ambicjonalnych zostały przez kol. Wodnickiego ucięte krótkim: "A co to kogo obchodzi, czy kol. Żółtek był wtedy formalnie wiceprezesem - czy nie był? Załatwił co trzeba? Załatwił. Wystarczy!". Sędziowie SN, kol.kol. Wojciech Kosiba i Jacek Modzelewski wspierani przez kol. Elżbietę Marusikową poprowadzili obrady wyjątkowo sprawnie (jeśli pominąć moment, w którym dopuścili do głosowania nad tym, jak należy głosować - co wzbudziło okrzyki: "Znów jakaś demokracja?"; efekt tego głosowania był taki, że natychmiast zażądano jego reasumpcji, więc prowadzący czym prędzej wzięli sprawę w swoje ręce).
W dyskusji nad absolutorium dla ustępujących Władz spór toczył się między kol.kol. Bagińskim, Boroniem i Żółtkiem, w co czasem mieszał się JKM. Efekt był taki, że Członkowie, którzy ustąpili bądź zostali usunięci w czerwcu, nie otrzymali absolutorium (najgorzej został oceniony p. Stanisław Wojtera!), a wszyscy "nowi" otrzymali. W wyborach do nowej Rady Głównej pierwsze miejsca zajęli kol.kol.: Andrzej Jędrzejewski, Tomasz Skóra, Sławomir Sławski, Jarosław Szatan, Wojciech Wilkowski i Stanisław Żółtek, który został wybrany wiceprezesem (nikt nie zgodził się kontr-kandydować!).
W trakcie liczenia głosów trwała dyskusja nad Statutem. Krótka: niemal bez dyskusji przyjęto poprawki rekomendowane przez Konwentykl (większość zresztą była uchwalona przez poprzedni Konwent, tylko nie zarejestrowana w Sadzie z niedbalstwa "wojterowskiego" kierownictwa Partii), również bez dyskusji odrzucono pozostałe - nie dlatego, że były złe, lecz dlatego, że niedopracowane. Podkreślić tu trzeba niesamowitą wręcz dyscyplinę i powściągliwość Delegatów, którzy nie dali się wciągnąć w tradycyjne anty-arystokratyczne dyskusje. Gdy bardzo popularny Członek UPR nieoczekiwanie zażądał demokratyzacji przez statutową likwidację Konwentyklu, nie poparł Go z sali ani jeden głos!! (...)

Jest to część relacji z ostatnich wydarzeń w Unii Polityki Realnej pióra Janusza Korwin-Mikkego, jaka ukaże się w najnowszym wydaniu tygodnika "Najwyższy CZAS!".


Komentarz (0)

NOWY PREZES UPR Wysłane poniedziałek, 21, listopada 2005 przez Krzysztof Pawlak

Najstarsza partia środowiska konserwatywnych liberałów (bo to teraz jest "trendi" być kons-libem, więc i w PiS, i w PO, i nawet w opozycji pozaparlamentarnej można odnaleźć też nuworyszy KL) UNIA POLITYKI REALNEJ ma nowego Prezesa. Poprzedni, Jacek Boroń, zgodnie z zapowiedzią u początków sprawowania swej funkcji, podał się do dymisji.

Nowym Prezesem został Wojciech Popiela, który dał się szerzej poznać jako jeden z inicjatorów oraz organizator kampanii przeprowadzonej w 2002 r. przez UPR wraz z ogólnopolskim środowiskiem "mikroprzedsiębiorców", czyli taksówkarzy, wymierzonej przeciw pomysłowi Ministerstwa Finansów wymuszającemu instalowanie w pojazdach kas fiskalnych. Można zapoznać się z resztką informacji na ten temat na zniszczonej przez tzw. koliduprancki młodzieżowy zarządzik UPR jej witrynie.

Panu Wojciechowi Popieli - gratulujemy!


Komentarz (1)

Historia powtarza się farsą przy okazji "likwidacji Krajowej Rady Radia i Telewizji" - Łukasz Perzyna o realizacji zapewnień wyborczych PO i PiS o "przywróceniu mediów elektronicznych społeczeństwu" Wysłane sobota, 19, listopada 2005 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |