grudnia 8, 2005 - grudnia 17, 2005

Jaka forma destrukcji byłaby dla Platformy Obywatelskiej korzystniejsza? - zastanawia się Łukasz Perzyna Wysłane sobota, 17, grudnia 2005 przez Krzysztof Pawlak

"Czy wyobrażają sobie Państwo rozłam w partii, która prowadzi w sondażach? Być może będziemy mieli w Polsce do czynienia ze swoistym politologicznym fenomenem, jeśli nie z rozłamem - to odpryskiem w łonie Platformy Obywatelskiej, której sondażowe przewagi to jednak zwycięstwo pyrrusowe" - Łukasz Perzyna, publicysta "Tygodnika Solidarność" i naszej witryny ASME, analizuje wydarzenia z omijającego tygodnia.

PO uzyskała stabilne miejsce na scenie politycznej i imponująco wyrównane poparcie w głosowaniach. 24% obywateli wybrało PO w głosowaniu do Parlamentu Europejskiego i był to wówczas I miejsce i zwycięstwo. Również 24% obywateli głosowało na PO w minionych, jesiennych głosowaniach - ale to już była wtedy porażka. J. M. W. Rokita ogłaszał się już na plakatach "premierem z Krakowa". Sondaże przez moment wróżyły zwycięstwo Donaldowi Tuskowi w wyborach prezydenckich. Obywatele dali I miejsce PiS i Lechowi Kaczyńskiemu. Dzisiaj mamy do czynienia z pierwszą frondą w PO. Andrzej Sośnierz nie jest oczywiście świetlaną osobistością w polityce polskiej - był już w AW"S", miał do czynienia z prokuratorem, nie wiadomo czy słusznie, czy nie - PO jednak podjęła pewne ryzyko, biorąc go na miejsce w swoim szeregu wyborczym. Teraz znalazł się w pierwszym szeregu krytyki. Reakcja była twarda - został wykluczony z jej szeregów. Nie chodzi jednak o niego samego - raczej o narastające niezadowolenie w PO. Mieli być zwycięzcami, drużyna Tuska miała wziąć pełną pulę, apetyty rosły. Co z tego pozostało - mamy próbkę przy Andrzeju Sośnierzu. Sukcesu jednak nie było, w takim przypadku w korporacjach - do przyrównania do których sytuacji PO odwoływał się prominent z tego ugrupowania Andrzej Drzewicki - zarząd się odwołuje, i o tym Drzewiecki zdaje się zapomniał.
PO jest w obecnym sejmie izolowana, ani lewica, ani "prawica" nie ma ochoty z nią się kojarzyć, strata kilkudziesięciu "szabel" może okazać się porażką tym większą, gdyby do nich przystąpił niedoszły "premier z Krakowa". W dodatku Janowi Marii Władysławowi PiS nie zaoferowałby znaczących, prestiżowych stanowisk. A destrukcja byłaby olbrzymia. Wiedzą o tym Bracia Kaczyńscy i wcale nie chcą jej przyspieszać...

Nagranie trwa ponad 11 minut i jest dostępne w Sieci do 31 XII 2005 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




Komentarz (0)

UE: Łotwa broni się rozpaczliwie, Brytyjczycy w oparach państwa homopolicyjnego Wysłane piątek, 16, grudnia 2005 przez Krzysztof Pawlak

Czy trzeba walić w tarabany, bo nadchodzi kres cywilizacji zachodnioeuropejskiej (a może i atlantyckiej) z powodu "potopu" zachowań dewianckich, usilnie lansowanych przez ogólnoświatowe (zachodnie) media? Jeszcze niekoniecznie, należy tylko wczytywać się w te mniej nagłaśniane przez te same środki masowego przekazu informacje o narastającej kontrreakcji dla propagandy upowszechniającej zboczenia w naszym kręgu kulturowym. Oto serwisy witryn Onet i WP z dnia dzisiejszego doniosły za agencją PAP o dość istotnym zwrocie polityczno-obyczajowym na krańcu Wspólnot Europejskich, zwanych przez konserwatywnych liberałów Związkiem Socjalistycznych Republik Europejskich:

"Łotwa: Zakaz małżeństw homoseksualnych
Sejm Łotwy przyjął w ostatecznym trzecim czytaniu poprawki do konstytucji, zakazujące małżeństw homoseksualnych.
Za poprawkami wniesionymi przez chadecką Pierwszą Partię Łotwy (LPP) głosowało 65 ze 100 posłów, przeciw było 6.
LPP wniosła poprawki po pierwszym w historii Łotwy lipcowym marszu mniejszości seksualnych. W pochodzie uczestniczyło mniej niż 70 osób, jednak towarzyszyły mu wielotysięczne demonstracje przeciwników homoseksualistów, rzucających jajkami i próbujących atakować przedstawicieli mniejszości seksualnych. Policjantom, których było znacznie więcej niż uczestników pochodu, udało się zapobiec poważnym incydentom".

Wbrew pozorom - nie jest to jednak optymistyczna wiadomość, gdyż w obronie podstaw kulturowych ustawodawca łotewski został zmuszony do sięgnięcia po środki nadzwyczajne: zapis w ustawie zasadniczej normy kulturowej, jaka do tej pory nie podlegała kodeksowym normowaniom, pozostając w sferze obyczajowości, powszechnego poczucia smaku oraz hierarchii społecznej. Intensywna medialna propagacja zachowań dewiacyjnych doprowadziła najwyższych reprezentantów społeczeństwa do czynu radykalnego i wydaje się, że rozpaczliwego, co obrazuje stan niepewności tych przedstawicieli wobec przemożnej rewolucyjnej polityki obyczajowej decydentów ZSRE i poczucia zagrożenia wywołanego przez działania ustawodawcze związane z tzw. Kartą Praw Człowieka i Obywatela, na którą powołują się hunwejbini Nowego Wspaniałego Świata w wydaniu eurosocjalizmu. W odróżnieniu od dość purytańskiego socjalizmu chowu moskiewskiego, którego wpływowi podlegaliśmy przez ponad 40 lat okupacji sowieckiej, socjalizm UE jest wyjątkowo libertyński, gdyż najwidoczniej jego prominentni wyznawcy doszli do wniosku, że ta drogą ma o wiele większe szanse powodzenia w wojnie z "społeczeństwem zamkniętym, represyjnym, kapitalistycznym oraz zdroworozsądkowym" w celu urzeczywistnienia kolejnej utopii, tym razem w postaci "społeczeństwa otwartego", lansowanego energicznie przez "tynk tanki" pokroju Fundacji Batorego, szuflowanej przez "międzynarodowego filantropa" za cudze pieniądze (także - kryminalisty uznanego przez wymiar sprawiedliwości "regionu francuskiego UE", o czym taktownie milczą główne media) George'a Sörösa, pochodzenia prawniczego.

Na zachodnim krańcu Starego Kontynentu (choć to oczywiście dość obraźliwe przyporządkowanie dla mieszkańców Wysp Brytyjskich, ale po osławionym "żartobliwym" liście ambasadora W. Brytanii, ujawnionym w mijającym tygodniu chyba można pozwolić sobie na chwilę "facecji kontynentalnej") postępy postępu zaszły już oczywiście o wiele dalej. Ujawnione przez znakomitego obserwatora systemów totalitarnych George Orwella "dwójmyślenie" zdobywa nowe przyczółki i już dzisiaj Brytyjczycy muszą kontrolować swoje wypowiedzi pod kątem "zachowań homofobicznych", gdyż w przeciwnym przypadku czeka ich na początek wizyta policji w domu, a scenariusz dalszych wydarzeń jest jeszcze nieznany, choć zapowiada się oczywiście ciekawie. Jak może on w przyszłości wyglądać na Łotwie, oczywiście - także i w "polskim regionie UE", widać po doniesieniu m.in. dziennika "Rzeczpospolita":

"Homofobia czy wolność słowa

Policja wszczęła śledztwo w sprawie autorki książek o wychowywaniu dzieci, która uważa, że zezwolenie parom homoseksualnym na adopcję może być ryzykowne.
W Wielkiej Brytanii, gdzie swobody obywatelskie i prawa jednostki są świętością, wywołało to oburzenie. »George Orwell byłby z was dumny" - napisał "Daily Mail«. »Nie można bezpiecznie wyrażać opinii, które są sprzeczne z etosem coraz bardziej autorytarnej elity, pragnącej przeszczepić swe poglądy i standardy całemu społeczeństwu« - komentował jeden z czytelników »Daily Telegraph«.
- Nigdy wcześniej w naszym kraju nie słyszeliśmy o czymś takim - powiedziała »Rz« Sally Pook, dziennikarka »Daily Telegraph«, która opisała całą sprawę. Oskarżona, Lynette Burrows, jest znaną specjalistką od spraw rodziny i wychowywania dzieci, autorką setek artykułów i kilku książek.
Kilka dni temu brała udział w dyskusji na antenie radia BBC. Wyraziła wówczas przekonanie, że nie powinno się pozwalać na adoptowanie dzieci przez pary osób tej samej płci. Zastrzegła, że powierzenie małego chłopca dwóm homoseksualistom byłoby równie ryzykowne, jak przekazanie małej dziewczynki dwóm heteroseksualistom.
Następnego dnia do mieszkania pani Burrows zadzwoniła policjantka z komisariatu w Fulham. Poinformowała zaskoczoną kobietę, że dopuściła się »homofobicznego incydentu«. Okazało się, że organy ścigania otrzymały od jednego ze słuchaczy donos na panią Burrows.
W wyniku burzy, która rozpętała się w mediach, sprawa zostanie prawdopodobnie umorzona, choć wszystko wskazuje na to, że Lynette Burrows znajdzie się na liście osób, które dopuściły się »zachowań homofobicznych«. Zdaniem obserwatorów sprawa jest bardzo poważna, bo naruszone zostało podstawowe prawo człowieka, jakim jest wolność słowa.
Londyńska policja przyznała, że od pewnego czasu obowiązują ją nowe przepisy odnośnie do przestępstw, którymi trzeba się zajmować w pierwszej kolejności. Należą do nich »incydenty homofobiczne i rasistowskie oraz przemoc domowa«.
Co ciekawe, BBC nie wzięła swojego gościa w obronę. Wprost przeciwnie, stacja zapewniła, że nie podziela jej poglądów. "Czasami zdarza się, że na antenie wyrażane są wyzywające i nieprzyjemne opinie" - wyjaśniono w specjalnym oświadczeniu.
»(...) Przypuszczam, że w Polsce homoseksualiści też wcześniej czy później wystąpią z postulatem adopcji dzieci. Wszędzie ma to podobny przebieg. Środowiska homoseksualne zaczynały od umiarkowanych postulatów, by oswoić opinię publiczną. Z czasem domagały się więcej. Wiem, że wielu homoseksualistów jest do głębi wstrząśniętych tym, że ich orientacja seksualna, ich prywatność zostały zawłaszczone przez głośną, agresywną i rozpolitykowaną grupę, która żąda specjalnych przywilejów«" - ocenia sama zainteresowana "przestępczyni homofobiczna" Lynette Burrows.

Lewica - jak widać - uważa dziecko za towar, który "należy się" osobnikom nie mającym nic wspólnego z darem narodzin życia ludzkiego. Osobnikom, którzy swoją dewiację podnoszą do rangi cnoty i zachowań społecznych równorzędnych do otaczanych przez wszystkie systemy kulturowe i państwowe związków rodzinnych, potocznie określanych małżeństwem. Bezwzględna wojna wydana przez wrogów człowieczeństwa w jego najbardziej intymnej i najgłębszej istocie rozgrywa się w tej chwili na poziomie próby zmiany zawartości leksykalnej pojęci "małżeństwo", ale jak i ten przykład z Wielkiej Brytanii, i inne, z innych "regionów europejskich", m.in. Szwecji, Holandii, Belgii, Francji, Hiszpanii pokazują, że są już przygotowane kolejne etapy oraz płaszczyzny konfliktu mające doprowadzić do rozkładu i zaniku pierwotnej tkanki społecznej, istniejącej od dziesiątków tysięcy lat ludzkiej cywilizacji - rodziny...


Komentarz (0)

Józef Garliński (1913 - 2005)
W służbie prawdy - Tadeusz M. Płużański
Wysłane środa, 14, grudnia 2005 przez Krzysztof Pawlak

29 listopada 2005 r. zmarł w Londynie w wieku 92 lat prof. Józef Garliński, wybitny, choć w Polsce trochę niedoceniany emigracyjny pisarz i historyk. Swoje niespożyte siły poświęcał również szeroko pojętej działalności społecznej na rzecz Polonii. Zaraz po wojnie współtworzył m.in. słynny Polski Ośrodek Społeczno-Kulturalny Londynie, a później, przez lata, kierował Związkiem Pisarzy na Obczyźnie. Wszystko, co robił, było podporządkowane nadrzędnemu celowi - walce o dobre imię Polski na Zachodzie.

Prof. Garliński, inaczej niż większość polskiej zgnuśniałej i poprawnej politycznie społeczności w Wielkiej Brytanii, był znany z ostrych, niepopularnych sądów. Nie bał się prawdy. Ale należał w końcu do emigracji powojennej, wychowanej w II RP, jakże innej od tej późniejszej, pomarcowej, w dużej mierze rewizjonistyczno-internacjonalnej.

DWIE EMIGRACJE

Gdy przed kilkoma laty odwiedziłem go w jego skromnym domu w jednej z londyńskich dzielnic, mówił z oburzeniem o głośnej wówczas sprawie ekstradycji z Anglii (a dokładnie z odległego o 100 km. od Londynu Oksfordu) do Polski byłej stalinowskiej prokuratorki, płk Heleny Wolińskiej, żony profesora-rewizjonisty Włodzimierza Brusa, oskarżonej o bezprawne aresztowanie szefa Kedywu Komendy Głównej AK, gen. Augusta Emila Fieldorfa "Nila":
- Brytyjska prasa milczy o tym, ale Polska powinna naciskać na ekstradycję. Wolińską trzeba osądzić, ponieważ dopuściła się jednej z najobrzydliwszych zbrodni przeciwko Armii Krajowej. Od momentu aresztowania, aż po proces, przeciwko gen. Fieldorfowi nie znaleziono niczego obciążającego, wszystkie dowody winy zostały wymyślone. To było jedno wielkie kłamstwo. Gen. "Nil" prowadził najgorszy odcinek konspiracyjnej pracy - dywersję przeciw Niemcom. O likwidacji partyzantów radzieckich czy rosyjskich skoczków, o co go oskarżano, nie było nigdy mowy. Komuniści powiesili Fieldorfa, bo nienawidzili go, gdyż miał wielki autorytet wśród społeczeństwa, szczególnie młodzieży.
W czasie wojny Helena Wolińska (Fajga Mindla Danielak) była sekretarką i konkubiną szefa sztabu Armii Ludowej Franciszka Jóźwiaka. Po 1956 r. wróciła do przedwojennego męża, politruka z Armii Berlinga Beniamina Zylbelberga (późniejszego Włodzimierza Brusa).
Józef Garliński, jako szef Wydziału Bezpieczeństwa KG Armii Krajowej, był podwładnym gen. Fieldorfa. Po wojnie odnalazł poślubioną jeszcze w pierwszych dniach września 1939 r. żonę Eileen Short - Irlandkę, która całą okupację spędziła w Warszawie, służąc w AK i walcząc w Powstaniu. Oboje osiedli w Londynie. Wolińska z Brusem w latach 70. przyjechali do Oksfordu, aby zamieszkać w sąsiedztwie innego pomarcowego emigranta - prof.Leszka Kołakowskiego.

ENIGMA I AUSCHWITZ

Prof. Garliński znany był z tego, że ilekroć któreś z brytyjskich mediów zakłamywało historię, domagał się sprostowań. Za cel badań, a przede wszystkim za punkt honoru postawił sobie zgłębianie i upowszechnianie na Zachodzie wiedzy o polskiej historii, a szczególnie polskim wkładzie militarnym w zwycięstwo aliantów w II wojnie światowej (książka "Poland in the Second World War"). W innej swojej słynnej książce "Intercept: Secrets of the Enigma War" (polskie wydanie pt. "Enigma") podkreślał, że rozpracowanie niemieckiej maszyny szyfrującej to sukces polskich kryptologów - Mariana Rejewskiego, Jerzego Różyckiego i Henryka Zygalskiego. Dodawał jednocześnie, że Polacy nie mogli wykorzystać zdobytych przez siebie informacji o Enigmie, Francuzi nie zdążyli tego zrobić, bo skapitulowali, zrobili to dopiero Brytyjczycy. W dążeniu do prawdy Garliński zawsze kierował się historycznym obiektywizmem.
Jednak najbardziej znana książka Garlińskiego to nowatorska "Fighting Auschwitz", która miała szereg wydań na Zachodzie - z czego pięć angielskich i jedno w niezależnym obiegu w Polsce ("Oświęcim Walczący"). Podstawą był doktorat z historii, obroniony na prestiżowej London School of Economics and Political Science. Garliński - więzień Auschwitz - opisał w niej prawie nieznany wówczas (połowa lat 70.) fenomen, jakim było stworzenie w tej hitlerowskiej fabryce śmierci, przez dobrowolnego więźnia obozu - rotmistrza Witolda Pileckiego, wielkiego i świetnie funkcjonującego ruchu oporu. Profesor oburzał się, że wszystkie zasługi Pileckiego przypisał sobie potem, w PRL-u, Józef Cyrankiewicz, którego przywieziono do Oświęcimia dwa lata później: - W maju 1943 r., razem z komunistami austriackimi, mało znany Cyrankiewicz stworzył "Kampfgruppe Auschwitz", ale nigdy nie weszła ona w skład organizacji Pileckiego. Kiedy w 1948 r. Pilecki stanął przed sądem, Cyrankiewicz nie pomógł mu, chociaż był premierem. Pomoc oznaczała narażenie się swoim mocodawcom, a Cyrankiewicz był koniunkturalistą, sprzedał PPS komunistom.
Przez lata Garliński był członkiem Międzynarodowej Rady Oświęcimskiej, w ramach której też walczył o prawdę o obozie.

"MUSZKIETEROWIE"

Józef Garliński urodził się w 1913 r. w Kijowie. Do Polski, wraz z rodziną, przesiedlił się w 1920 r. W 1934 r. zdał maturę w liceum w Kaliszu (w III RP został honorowym obywatelem miasta). W 1935 r. ukończył Szkołę Podchorążych Rezerwy Kawalerii w Grudziądzu (jej absolwentem był również rotmistrz Pilecki), a tuż przed wojną prawo na Uniwersytecie Warszawskim.
W kampanii wrześniowej 1939 r., jako podporucznik 1. Pułku Szwoleżerów, w ramach Warszawskiej Brygady Kawalerii, walczył pod Krasnoborem, Kowalowem i Suchowolą.
Po wejściu do struktur Polskiego Państwa Podziemnego, jako szef Wydziału Bezpieczeństwa KG AK, Garliński był związany z głęboko zakonspirowaną organizacją wywiadowczą "Muszkieterowie", do której wprowadził go przedwojenny znajomy, por. Czesław Szadkowski. Organizacja miała kontakty z internowanym w Rumunii marszałkiem Edwardem Śmigłym-Rydzem, któremu w październiku 1941 r. udało się wrócić do okupowanej Polski. W grudniu 1941 r. por. Szadkowski, na polecenie szefa "Muszkieterów", inż. Stefana Witkowskiego, przedostał się do armii Andersa na Wschodzie i przekazał rozkaz o podjęciu współpracy z Niemcami przeciwko Rosji. Po przybyciu do Andersa Szadkowski został skazany na karę śmierci za zdradę, ale puszczono go wolno. Z rozkazu AK został natomiast zastrzelony inż. Witkowski, jednak nie za tę sprawę, a za zamordowanie swojego podkomendnego (istnieją poszlaki wskazujące, że przy świadomości wysłannika wywiadu brytyjskiego!), kuriera na linii Warszawa - Budapeszt Włodzimierza Szyca, zresztą - śp. dziadka naszego kolegi redakcyjnego i wydawcy ASME Krzysztofa Pawlaka.
Kiedy kilka lat temu pojawiły się informacje, że podobny wyrok śmierci został wydany na Śmigłego-Rydza, prof. Garliński zaprotestował: - Takiego wyroku nie było. Była jedynie decyzja, żeby nie spotykać się z Rydzem i Grot-Rowecki, podkomendny Rydza z czasów legionowych, odmówił spotkania. To był element walki politycznej między gen. Sikorskim i sanatorami, którzy chcieli odebrać mu władzę. Istnieje relacja kobiety, u której Rydz mieszkał, że zmarł śmiercią naturalną, na zawał serca w 1941 r.
Odkłamywanie historii Polski przez prof. Garlińskiego, nie oznaczało, że był podatny na sensacje, nieudokumentowane informacje. Mówiąc o sukcesach polskiego wywiadu w II wojnie światowej, nigdy nie uważał - wbrew lansowanym, szczególnie w kraju, hurrapatriotycznym, niemal mesjańskim opiniom - że był on najlepszy na świecie. W sprawach wywiadu dla Garlińskiego najlepsi byli Brytyjczycy, a w myśleniu - najważniejszy, powtórzę - obiektywizm.

Z POLSKĄ HISTORIĄ PO CAŁYM ŚWIECIE

Józef Garliński został aresztowany w kwietniu 1943 r. Przeżył gehennę Pawiaka, Auschwitz i Neuenengamme, ale Niemcy do końca nie rozpoznali w nim oficera z dowództwa (i do tego wywiadu) AK.
Po wojnie, której koniec zastał go w Niemczech, razem z żoną emigrował do Wielkiej Brytanii. Poświęcił się działalności naukowej (a brytyjskie archiwa obfitują w polskie dokumenty) i społecznikowskiej. Od 1984 r. był profesorem zwyczajnym najnowszej historii Polski Polskiego Uniwersytetu na Obczyźnie w Londynie. Wykładał na uniwersytetach i w ośrodkach polonijnych Wielkiej Brytanii, Stanów Zjednoczonych, Kanady, Francji, Norwegii, Danii, Szwecji i Włoch. W PRL-u jego liczne publikacje przedrukowywały podziemne wydawnictwa, m.in. "Przedświt" i "CDN".
Do Polski, pierwszy raz po wojnie, przyjechał najszybciej, jak to było możliwe, w 1990 r. W 1993 r. wydał dwutomowe, pełne interesujących szczegółów i dygresji (mimo wieku pamięć miał doskonałą) i oryginalnych analiz wspomnienia "Świat mojej pamięci".
Prof. Józef Garliński gromadził dokumenty polskiego rządu na emigracji z okresu II wojny światowej, które przekazywał następnie do Hoover Institute and Library na Uniwersytecie Stanforda (USA).
Jego wkład w badanie, odkłamywanie i upowszechnianie historii Polski na Zachodzie jest nie do przecenienia. Cześć Jego pamięci!

TADEUSZ M. PŁUŻAŃSKI

Publicystyka Tadeusza M. Płużańskiego na ASME.


Komentarz (0)

Europa - system nieludzkiego systemu szpiegującego obywateli - Janusz Korwin-Mikke, I Prezes UPR, rozważa status państw represyjnych i prewencyjnych Wysłane środa, 14, grudnia 2005 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |






Europa - system nieludzkiego systemu szpiegującego obywateli - Janusz Korwin-Mikke, I Prezes UPR, rozważa status państw represyjnych i prewencyjnych Wysłane środa, 14, grudnia 2005 przez Krzysztof Pawlak

"Istnieją dwa typy państw: państwo oparte o zasadę represji, i państwo oparte o zasadę prewencji. Państwo represyjne bardzo się źle dzisiaj kojarzy: państwo dzisiejsze jest oparte o prewencję, parsa, radio, telewizja mówią, że represjonowanych ludzi należy bronić, prewencja jest wspaniała, zapobiega przestępstwom, chorobom społecznym... Ja jako ohydny reakcjonista jestem zwolennikiem państwa represyjnego" - Janusz Korwin-Mikke przypomina podstawowe różnice państwowotwórcze.

Na czym polega państwo represyjne? Na tym, że jak ktoś chce państwo obalić, coś ukraść, kogoś zamordować - to spotyka się z represją. Za cara, za cesarza - gdy ktoś ukradł, zamordował - szedł na szafot lub z kulą u nogi do kamieniołomów. Państwo prewencyjne tworzy tysięczne szeregi agentów i policji tajnych, windnych i dwupłciowych. Ma "zapobiegać". Nie dopuszczać do powstania spisków przeciw państwu, jak ktoś chce robić spisek - to się go przekupuje, szpieguje, demoralizuje, wyciąga się mu kochankę lub kochanka - i w ten sposób się go neutralizuje. Po mieszkaniach chodzi dzielnicowy, który napomina złoczyńcę: "Kochany, ty tylko nie kradnij, nie morduj...!".

Cała współczesna Europa - to jest państwo prewencyjne...

Nagranie trwa prawie 14 minut i jest dostępne w Sieci do 23 XII 2005 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




Komentarz (0)

Czy liberalizm istnieje? - prof. Michał Wojciechowski Wysłane środa, 14, grudnia 2005 przez Krzysztof Pawlak

Jeśli słabnie potępienie takich występków, jak kradzież, przemoc czy bluźniercze wybryki, należy się spodziewać upadku wolności w sferze gospodarki, polityki i religii
Pojęcie liberalizmu, powracające w dyskusjach publicznych w Polsce, jest mocno niejasne. Niejasność jest nieunikniona, gdyż wynika z wielorakiego pojmowania wolności i liberalizmu.
Na ogół przyjmuje się, że jeżeli coś ma nazwę, ma też w miarę jednoznaczną treść. Tak jednak być nie musi. W PRL na przykład głoszono zasadę ustrojową centralizmu demokratycznego, który nie istniał i istnieć nie mógł, gdyż centralizacja kłóci się z demokracją (nie przeszkodziło to doktoryzować się i habilitować z tej dziedziny). Zatem i z tego, że politycy, dziennikarze, księża i naukowcy mówią o liberalizmie, nie wynika, że istnieje. Także wypowiedzi o liberalizmie w ostatniej kampanii wyborczej zdradzały pomieszanie pojęć w tej kwestii.

Czym jest wolność?

W liberalizmie chodzi o wolność, co wyraża jego nazwa, pochodząca od łacińskiego libertas, "wolność". Liberalizm proponuje przyznanie wolności należytego miejsca w życiu społecznym. Jednakże wolność może być pojmowana rozmaicie, przynajmniej na dwa sposoby.
Wolność rozumie się ogólnie jako możność postępowania zgodnie z pragnieniami. Można to pojąć - wewnętrznie - jako wolną wolę w człowieku, istniejącą wbrew determinizmowi. Wobec tej obserwacji jedni proponują stworzenie dla wolności jak najlepszych warunków, inni zaś widzą potrzebę jej ograniczenia.
Wybór zależy od poglądów na naturę człowieka. Jeśli akcentuje się jego słabość, skłonność do złego, to nawet doceniając wolność, trzeba postulować jej kontrolowanie. Konsekwentny liberalizm natomiast wymaga założenia, że ludzie są z natury dobrzy albo przynajmniej, że wolność sama uczyni ich lepszymi. Jest to nader wątpliwe. Tym samym bardziej realistyczny wydaje się liberalizm umiarkowany, z barierami dla nadużywających wolności.
Z drugiej strony, wolność pojmuje się zewnętrznie, redukując ją do braku ograniczeń. Nikt jednak nie sądzi, że wolność obejmuje przyzwolenie na przestępczość! Ograniczenia są konieczne i muszą odwoływać się do jakiegoś systemu wartości. Mimo istnienia skrajności (libertarianizmu i totalitaryzmu), istotny spór dotyczy umiejscowienia granicy między tym, co w warunkach wolności dozwolone, a tym, co zakazane, nie zaś samego istnienia i potrzeby takiej granicy. Prawa innych i społeczny charakter człowieka zawsze stanowią pewną barierę. Nie da się mówić o wolności w życiu społecznym, nie mówiąc o ograniczeniach wynikłych z zasad i wartości.
Liberalizm może przybrać w tej sytuacji dwie różne postacie. Jedna to ogólna dyrektywa, że w przypadkach wątpliwych należy raczej przyznać wolność niż jej odmówić. Druga możliwość, to domaganie się prawa do wolności we wszystkim, w tym do łamania zasad moralnych. Na tej zasadzie za liberałów podają się krytycy etyki i religii, udający, że bronią wolności.
Klasyk liberalizmu, Monteskiusz, uznawał jednak więź wolności z powinnością. Definiował wolność jako wartość, która daje dostęp do innych wartości oraz jako możność czynienia tego, co czynić powinniśmy. Czy ktoś jednak widział dzisiejszego liberała cytującego te bardzo trafne definicje i wyciągającego z nich wniosek, że należy poszerzać wolność czynienia dobra?

Sfery wolności

Wolność gospodarowania i dysponowania majątkiem nazywa się liberalizmem gospodarczym, ale zarazem jest ona podkreślana przez konserwatystów i ma oparcie w tradycji Kościoła. Druga sfera to wolności obywatelskie w dziedzinie publicznej, politycznej. Trzecia to rozmaite wolności osobiste (gwarancje zabezpieczające jednostkę przed nadużyciami władzy, wolność poglądów i ich głoszenia, tolerancja, swoboda w życiu rodzinnym i prywatnym).
Są to rzeczy znane, ale problem leży w tym, że te typy wolności są różnie realizowane i nie muszą występować łącznie. Np. wolność gospodarcza może towarzyszyć dyktaturze politycznej (przykładem rządy Pinocheta), a konstytucyjne gwarancje wolności politycznej sąsiadują nader często z drobiazgowym regulowaniem gospodarki i dojeniem jej przez podatki, czym cechuje się dzisiejsza Europa.
Obecnie pod nazwą liberalizmu rozumie się nieraz, w sposób wąski, dążenie do swobody w sferze życia płciowego i jego konsekwencji. Zwolennicy tych koncepcji chcą je narzucić innym, nie zważając na prawo do własnych przekonań, a próbują to czynić przez cenzurę "politycznej poprawności" lub przez wychowanie seksualne w szkole. Wolność to w tym ujęciu prawo do licznych partnerów, do rozwodów, do praktyk uważanych dotąd za zboczenia, a przede wszystkim do zabijania nienarodzonego jeszcze potomstwa. Dla "wolności" jednych istot ludzkich pozbawia się więc życia inne. Podobny sposób myślenia dostrzeżemy również w głoszonej przez lewicę "liberalizacji" prawa karnego, która oznacza zmniejszanie kar. Czyją wolność to zwiększa?
W praktyce tak zwani liberałowie miewają rozmaite poglądy i interesują się różnymi sferami wolności. Trudno by znaleźć kogoś, kto by był jednocześnie zwolennikiem np. szerokiej wolności gospodarczej, wolności programów szkolnych oraz aborcji. Na poziomie haseł można by ewentualnie łączyć te bardzo różne poglądy. Istnieje jednak między nimi niespójność, a nawet sprzeczność.
Otóż wolność gospodarcza, wolność polityczna i wolność sumienia są możliwe pod warunkiem, że ludzie zachowują się zasadniczo moralnie, czy to z przekonania, czy z obawy przed prawem karnym. Natomiast inwazja zła moralnego nadużywającego wolności musi prowadzić do jej podważenia. Jeśli słabnie potępienie takich występków, jak kradzież, przemoc czy bluźniercze wybryki, należy się spodziewać upadku wolności w sferze gospodarki, polityki i religii.

Pogoń za cieniem

Miraż "liberalizmu w ogóle" zwodzi także jego krytyków. W publicystyce katolickiej każdy liberalizm bywa kojarzony z podważaniem zasad wiary i moralności. Brakuje tam rozróżnienia różnych sfer wolności i ich właściwej oceny. A przecież św. Paweł napisał: "ku wolności wyzwolił nas Chrystus". Tacy krytycy liberalizmu dostarczają lewicowej propagandzie upragnionego dowodu, że katolicyzm to wróg wolności.
Liberalizm gospodarczy oznacza dla wielu w dzisiejszej Polsce prawo do nieograniczonego bogacenia się drogą kradzieży i wyzysku. Tak chyba widzą liberalizm jego krytycy z PiS czy Radia Maryja. "Liberał" to wtedy epitet, którym obrzuca się m.in. konserwatystów broniących własności prywatnej i wolności gospodarczej!
Ustrój dobry tylko dla bogatych lepiej by jednak nazwać kapitalizmem oligarchicznym bądź latynoamerykańskim; ustrój dobry dla samych rządzących to system biurokratyczny. Liberalizm gospodarczy oznacza natomiast, że łatwiej założyć i prowadzić każdą firmę, także małą, że mniej się płaci podatku od każdego zarobku, że przepisy co do pracy są mniej sztywne, że budujący domek nie jest na łasce urzędników gminnych itd. Owe polemiki z liberałami byłyby celniejsze, gdyby zauważyć, że chodzi raczej o pseudoliberalizm, dla którego wolność jest zasłoną dymną.

Liberalizm pozorny

Ludzie pragną wolności, więc często stawała się ona hasłem politycznym, i jak wiele takich haseł - fałszywym. Jaskrawym przykładem była rewolucja francuska, która głosząc wolność, równość i braterstwo, sprawowała rządy w sposób bardziej tyrański niż jakikolwiek król w długiej historii Francji. Marksistowski komunizm też obiecywał wyzwolenie, a przyniósł największe chyba zbrodnie w dziejach świata. Laicyzm zwący się liberalnym z założenia kwestionuje wolność religii, eliminując ją z życia publicznego i w ten sposób pozbawiając wierzących znacznej części wolności.
Zasady liberalne często myli się z demokratycznymi. Demokracja może jednak stać się tyranią większości nad mniejszością lub inaczej ograniczać wolność jednostki. Karykaturalnym przykładem była prohibicja w USA (1920 - 1933). Aż trudno uwierzyć, że w dużym, wolnym państwie zakazano sprzedaży alkoholu (czego jedynym skutkiem był rozrost mafii). Dzisiaj podobny charakter ma tam ściganie, w atmosferze polowania na czarownice, domniemanego molestowania seksualnego. W Szwecji można pójść do więzienia, gdy pięciolatek nałga, że dostał od ojca parę klapsów. Mało kto zauważa, że demokracje zachodnie prawie całkiem wyeliminowały wolność szkoły na rzecz kontroli biurokratycznego państwa.
Obecnie w USA "liberalizm" oznacza tendencję polityczną, którą na kontynencie europejskim nazwano by raczej socjaldemokracją czy lewicą. Jest ona nieliberalna w zakresie gospodarki, a sprzyja liberalizmowi obyczajowemu. Są to koncepcje sprzeczne z liberalizmem klasycznym, jaki opisują encyklopedie. W rezultacie państwo opiekuńcze, socjalne i biurokratyczne, krępujące wolność gospodarczą, a pośrednio i polityczną, jest nazywane opacznie "(neo)liberalnym".
Zwolennicy wolnego rynku mówiąc o liberalizmie, ryzykują więc niezrozumienie (jak w Polsce UPR). Za "liberałów" uchodzą bowiem agitujący za aborcją względnie kombinatorzy. Nasi rzekomi "liberałowie gospodarczy" przyczynili się do wprowadzenia fikcyjnie prywatnej, kolektywnej i nieefektywnej formy własności, jaką są NFI. Znany publicysta "liberalny" pochwala biurokratyczne regulacje Unii Europejskiej i rozrośnięte państwo socjalne, a swój tolerancyjny stosunek do inaczej myślących wyraża epitetem "patologia polskiego życia umysłowego".
Wobec tych wszystkich problemów nie wydaje się możliwe stwierdzenie, czym jest właściwie liberalizm ani co jest wart. Można tylko oczekiwać indywidualnych wystąpień ludzi, którzy twierdzić będą, że ich pojmowanie liberalizmu jest jedynie słuszne. Jest więc aż nadto powodów, by sądzić, że zamiast o liberalizmie, należy mówić o wolności i zniewoleniu oraz o etyce i jej braku. Nie o fikcjach i propagandowych frazesach, lecz o tym, co istotne.

Michał Wojciechowski

Artykuł pierwotnie ukazał się w dzienniku "Rzeczpospolita"
Publikacja w witrynie ASME za zgodą Autora.


  • Autor jest teologiem świeckim, profesorem Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie i Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie. Wydał m.in. zbiór publicystyki "Wiara - cywilizacja - polityka"; ekspert Centrum im. Adama Smitha.

    Komentarz (0)

    Ekstradycja gen. Jaruzelskiego do Czech i/lub Słowacji? - Konrad Turzyński Wysłane środa, 14, grudnia 2005 przez Krzysztof Pawlak

    Obserwując, jak "ślimaczą się" postępowania karne, w których gen. Wojciech Jaruzelski mógłby być oskarżonym i ew. skazanym (o ile pamiętam, chodzi o dwa kompleksy spraw: Grudzień 1970 i Grudzień 1981 r.), kompetentni funkcjonariusze publiczni w dwóch sąsiadujących z nami od południa państwach mogą pokusić się o wszczęcie procedury ekstradycyjnej przeciwko generałowi.

    Oczywiście chodziłoby o formalną współodpowiedzialność tow. Jaruzelskiego za agresję przeciwko ówczesnej Czechosłowackiej Republice Socjalistycznej przez wojska kilku jej formalnych sojuszników, miedzy innymi przez siły zbrojne Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej, za które formalnie gen. Jaruzelski odpowiadał jako minister obrony narodowej. Ewentualni zwolennicy postawienia Jaruzelskiego przed sądem w Republice Słowackiej albo Republice Czeskiej mają znakomity argument odnoszący się do tego, jak to Państwo Hiszpańskie wystąpiło o ekstradycję gen. Augusto Pinocheta (właśc.: Augusto José Ramón Pinochet Ugarte) z Chile (też zresztą - emerytowanego prezydenta) z powodu krzywd, jakich z powodu przewrotu wojskowego z dnia 11 września 1973 r. (a raczej - z winy zapoczątkowanej tym przewrotem dyktatury) mieli doznać pewni poddani hiszpańscy na terytorium Republiki Chile. (Tak: poddani, bowiem "Państwo Hiszpańskie", Estado Español w odróżnieniu od "Państwa Izrael", Medinat Yisra'el, jest - przynajmniej formalnie - monarchią, i to dziedziczną.)

    Analogia pomiędzy gen. Pinochetem a gen. Jaruzelskim polega na zastosowaniu wyrażenia "tym bardziej". Hiszpanie udali się do Chile z własnej woli, wiedząc o istniejącej tam dyktaturze i najwyraźniej właśnie z jej powodu (chcieli przeciwstawiać się jej, a przynajmniej - wspomagać Chilijczyków, którzy owemu reżymowi przeciwstawiali się, albo nawet bez tego od niego ucierpieli). Skoro spadły na nich represje, to można by ewentualnie bronić dyktatury gen. Pinocheta za pomocą starożytnej rzymskiej zasady prawnej "volenti non fit iniuria" ("chcącemu nie dzieje się krzywda"), bowiem "widziały gały, co brały" (jak głosi z kolei polskie nowożytne powiedzonko). Oburzenie pokrzywdzonych Hiszpanów przypomina trochę procesy schorowanych palaczy przeciwko firmom tytoniowym. Oburzenie Państwa Hiszpańskiego okazane w imieniu pewnych swoich poddanych i sięgające tak daleko, że aż imające się ostatecznego środka prawno-międzynarodowego, jakim jest instytucja ekstradycji, świadczy wszak o wielkiej determinacji...

    Cóż wobec tego mają powiedzieć państwa "sukcesorskie" (w każdym razie w tym sensie, że odziedziczyły terytorium) byłej CSRS, tj. Republika Czeska i Republika Słowacka?! Obywatele CSRS nie udawali się za granicę, aby znaleźć się w opresji, gotowanej im przez korpus ekspedycyjny Układu Warszawskiego. Korpus ekspedycyjny oszczędził im tego wysiłku, a nawet decyzji - sam do nich się pofatygował. A więc TYM BARDZIEJ istnieje dobre prawo naszych południowych sąsiadów, aby chcieć osądzić jednego z nielicznych jeszcze żyjących eks-VIP-ów, którzy byli współodpodwiedzialni za dokonanie owej agresji na "bratnią" Czechosłowację.

    Swoją drogą, znakomity przykład Orwellowskiego "dwójmyślenia" (w oryginale: "doublethink") przejawiają ci, którzy w stosunku do gen. Jaruzelskiego okazują współczucie dla podeszłego wieku i używają tego w swoich wypowiedziach jako jednego z argumentów przeciwko stawianiu Jaruzelskiego przed sądem w jakiejkolwiek sprawie, gdy tymczasem wtedy, kiedy we Wielkiej Brytanii ważyła się decyzja co do wydania władzom hiszpańskim generała Pinocheta (jeszcze starszego niż generał Jaruzelski obecnie!).

    Gdyby jednak tak się stało, że Jaruzelski zostałby (choćby tylko na karę o "symbolicznie" małym wymiarze) skazany przez sąd w Republice Czeskiej albo / i w Republice Słowackiej przed ew. skazaniem go przez sąd w Rzeczypospolitej Polskiej, to byłoby to jeszcze dotkliwszym upokorzeniem wymiaru sprawiedliwości w RP niż niedawno udzielone Polsce odmowy ekstradycji: tow. Salomona Morela (przez Państwo Izrael) i tow. Heleny Wolińskiej-Brus, właśc.: Fajgi Mindlak Danielak (przez Zjednoczone Królestwo Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej). Państwo Izrael - nie dbając o ekstradycję! - umiało na swój sposób sprowadzić przed stosowny sąd tow. Adolfa Eichmanna (bez czekania, aż osobnik osiągnie wiek tak podeszły, że łatwo byłoby jego zwolennikom nadużywać argumentu litości wobec starczego wieku!), skazać go i wykonać orzeczoną wobec niego karę... Od wywiezienia z Argentyny do ojczyzny przodków (Eichmann, wybitny współtwórca dzieła ludobójstwa na Żydach, sam był niemieckim Żydem!) do "ostatecznego rozwiązania kwestii Eichmanna" minęło niewiele ponad dwa lata! Niestety, formacja taka jak GROM poczynała sobie bardzo dzielnie, ale jednak przede wszystkim w cudzym interesie (najpierw na Haiti, później w Iraku), o mało co nie schwytała pewnego niecnotę, ale był(by) nim tow. Saddam Hussejn (właśc.: Saddam ibn Hussein al-Tikriti), a nie ktoś, kto unika odpowiedzialności przed polskim sądem za czyny popełnione w Polsce.

    Aby nie było wątpliwości: tytuł "towarzysz", umieszczony w skrócie przed niektórymi wyżej wymienionymi nazwiskami, jest zamierzoną uszczypliwością, ma przypominać, że mowa o wybitnych przedstawicielach ruchu socjalistycznego: tow. Helenie Wolińskiej-Brus, tow. Salomonie Morelu i tow. Wojciechu Jaruzelskim z Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej (PZPR), tow. Adolfie Eichmannie z Narodowo-Socjalistycznej Niemieckiej Partii Robotniczej (NSDAP) oraz o tow. Saddamie Hussejnie z Socjalistycznej Partii Odrodzenia Arabskiego (BAAS).

    Konrad Turzyński

    Toruń, 13 grudnia 2005 r.

    Autor jest stałym współpracownikiem miesięcznika "Opcja Na Prawo".


    Komentarz (2)

    XV-lecie UNII POLITYKI REALNEJ - spotkanie pokoleń liberalnych konserwatystów Wysłane środa, 14, grudnia 2005 przez Krzysztof Pawlak

    | Pobierz |







    XV-lecie UNII POLITYKI REALNEJ - spotkanie pokoleń liberalnych konserwatystów Wysłane środa, 14, grudnia 2005 przez Krzysztof Pawlak

    "Nigdy nie dawano nam w sondażach więcej niż 1 procent. Teraz zdarza się, że dają nam 2-3 procent. To dobrze świadczy o przyszłości. żebyśmy tego nie zmarnowali! Widzę teraz to bardzo dobrze. Moim wielkim rozczarowaniem była grupa kolibrantów u steru. Sam to forowałem. Była dyskusja, że padły dwie kandydatury na Konwentyklu, jedna z kandydatur miała przyciągnąć młodych ludzi, drugi był pan Leszek Samborski. Taką decyzję Konwentykl pojął. Ta decyzja okazała się być nieszczęśliwa. Okazało się, że zmian o jedno pokolenie jest dobra, o dwa pokolenia - niezbyt dobra. Teraz widzę po wieku Rady Głównej, że są we właściwym wieku, czyli pełni energii, a jednocześnie z doświadczeniem..." - I Prezes UPR Janusz Korwin-Mikke przyznaje się do błędu popełnionego w poprzednich latach przy zarządzaniu UNIĄ POLITYKI REALNEJ i wyraża optymizm z odmiany nastawienia środków masowego rażenia w stosunku do UPR.

    "Największym sukcesem Unii Polityki Realnej jest gwałtowny przyrost liberałów w Polsce. Już nawet tow. Lepper jest socjalliberałem, a nawet pan Niesiołowski jest liberałem, choć do niedawna uważał liberalizm za jedno z imion szatana, a teraz został omal; marszałkiem z ramienia Platformy Obywatelskiej" - zauważył nowy prezes UPR Wojciech Popiela.

    Nagranie trwa ponad 5 minut i jest dostępne w Sieci do 28 XII 2005 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




    Komentarz (0)

    Prezydent rzyga łaskawością - Stanisław Michalkiewicz Wysłane wtorek, 13, grudnia 2005 przez Krzysztof Pawlak

    "Kiedy Padyszachowi wiozą zboże, kapitan nie troszczy się, jakie wygody mają myszy na statku" - zauważył Franciszek Maria Arouet, zwany inaczej Wolterem. I rzeczywiście - kiedy trzeba wyciągać z opresji towarzysza tak zasłużonego dla PZPR (a niektórzy powiadają, że i dla STASI), a więc szeroko pojętej lewicy, jak b. wiceminister spraw wewnętrznych Zbigniew Sobotka, to trzeba przejść do porządku dziennego nad wątpliwościami co do względów przyzwoitości. Właściwie, to na początku nie było żadnych wątpliwości ani w sumieniu prezydenta Kwaśniewskiego, ani u innych polityków Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Żeby takie wątpliwości pojawiły się w sumieniu, to po pierwsze - trzeba w ogóle mieć sumienie, po drugie - umieć rozróżnić, co jest przyzwoite, a co nie, a po trzecie - nie mieć nawyku działań stadnych. Tymczasem wypowiedzi prezydenta i wszystkich innych polityków SLD dowodzą braku każdego z tych trzech czynników. Niby wszyscy to wiemy, a przecież za każdym razem nie możemy powstrzymać zdziwienia.
    Dopiero kiedy podniosła się fala krytyki nawet ze strony zaprzyjaźnionej Platformy Obywatelskiej ("Bo taka głupia to ja już nie jestem, no, może głupia, ale taka to już nie"), prezydent Kwaśniewski podjął próbę zachowania pozorów, nie tyle, jak sądzę, na użytek krajowy, co przez wzgląd na zagranicę. Jeździ przecież z "wizytami pożegnalnymi", licząc na jakąś międzynarodową posadę, więc zdaje się, że dopiero te krytyczne głosy uświadomiły mu ryzyko kompromitacji. Wprawdzie zagraniczni koledzy prezydenta Kwaśniewskiego specjalnie nie odbiegają od niego poziomem etycznym, ale właśnie dlatego żarliwie praktykują hipokryzję. Jak zauważył Franciszek ks. De La Rochefoucauld, "hipokryzja jest hołdem, jaki występek składa cnocie". Zatem zagraniczni koledzy prezydenta Kwaśniewskiego, jeśli nawet nurzają się w występkach, to jak ognia unikają ostentacji. Ostentacyjnie udają cnotliwych. Tymczasem sukurs, z jakim prezydent Kwaśniewski śpieszy z pomocą panu Sobotce, jest aż nazbyt ostentacyjny. W tej sytuacji głowa naszego państwa uciekła się do sposobu, o jakim wspomina Chesterton w opowiadaniu "Złamana szabla": "Gdzie mądry człowiek ukryje liść? W lesie. A jeśli nie ma lasu? To mądry człowiek zasadzi las, by ukryć w nim liść". Czy jednak źle zapamiętał cytat, czy już było za późno, dość, że najpierw wszystkim pokazał liść, a dopiero potem przystąpił do sadzenia lasu, tj. do ułaskawiania Sławomira Sikory, który obciął łeb szantażyście i bandycie. No, ale Chesterton mówił o "mądrym", a nie np. cwanym człowieku. Cwany człowiek może nauczyć się manier, noszenia garniturów, a nawet języków obcych, ale czy od tego będzie mądrzejszy? "Jesteś pan gównem w jedwabnej pończosze" - powiedział Napoleon do księcia Benewentu.
    Kiedy tak prezydent Kwaśniewski wprost rzyga łaskawością, dziennikarze śledczy spenetrowali, że w 1999 roku prezydent Kwaśniewski ułaskawił niejakiego Petera Vogla, czyli Piotra Filipkowskiego, który za morderstwo popełnione w roku 1971 skazany został na 25 lat więzienia. W 1979 r. ktoś udzielił mu "przerwy" w odbywaniu kary, a tak naprawdę - wyciągnął go z więzienia, bo Filipowski w 1983 roku, kiedy obowiązują jeszcze "surowe prawa stanu wojennego", a przez granicę nawet myszka nie może się przecisnąć, jak gdyby nigdy nic wyjeżdża do Szwajcarii. Tam przepoczwarza się w Vogla i ni z tego, ni z owego "robi karierę" w finansach. Akurat w finansach. W 1998 roku Polska wszczyna starania o jego ekstradycję; Vogel zostaje aresztowany, ale w 1999 roku prezydent Kwaśniewski z punktu go ułaskawia, dzięki czemu kariera "finansisty" rozwija się już bez przeszkód.
    Odkrycie dziennikarzy śledczych świadczy, że w związku z nadchodzącą zmianą na urzędzie prezydenta, konflikt między bezpieczniakami wchodzi w nową fazę. Warto w związku z tym przypomnieć, że na początku 1996 roku, podczas apogeum sprawy "Olina", tygodnik "Wprost" ogłosił artykuł, jak to PZPR transferowała do szwajcarskich banków ogromne sumy w dewizach, przejmowane z Peweksu. Informatorem "Wprost" był prawdopodobnie gen. Zacharski, który po wymienieniu go na amerykańskich agentów dostał na otarcie łez posadę dyrektora Peweksu od 1988 roku do końca. Z tych ostatnich lat "Wprost" miał informacje precyzyjne, a z lat wcześniejszych - ogólnikowe. Np. w latach 1988-89 PZPR uzyskała 800 zezwoleń dewizowych, czyli więcej niż jedno dziennie. 31 sierpnia 1989 r. transferowała 750 tys dolarów i 22 mln franków szwajcarskich. Tylko jednego dnia, a przecież takie transfery odbywały się dzień w dzień od 1972 r. (wtedy właśnie utworzono Pewex) do 1990. Kto pilnuje tych pieniędzy, komu je wypłaca, jaki użytek jest z nich robiony - takie pytania nigdy nie zostały nikomu postawione. Kiedy bowiem w na początku 1996 r. ukazał się ten artykuł, prezydent Kwaśniewski oświadczył, że jeśli na ten temat ukaże się jeszcze choćby jedno słowo, to on w odwecie zarządzi "lustrację totalną". W odpowiedzi Jacek Kuroń i prof. Karol Modzelewski napisali mu list, że już się nie kłóćmy, niech tylko Józef Oleksy poda się do dymisji ze stanowiska premiera i "mociumpanie - z nami zgoda". Oleksy do dymisji się podał, premierem został ulubieniec prezydenta Kwaśniewskiego i Adama Michnika, Włodzimierz Cimoszewicz, a o forsie PZPR w Szwajcarii od tamtej pory nikt, poza niżej podpisanym, nawet się nie zająknął. Teraz jednak, kiedy już wiemy, że prawdopodobnie pilnuje jej (to ta "kariera w finansach"?) odcięty ze stryczka przez prezydenta Kwaśniewskiego w 1999 roku morderca i prawdopodobnie agent PRL-owskiego wywiadu Peter Vogel alias Piotr Filipowski, chyba będzie można to ujawnić? Być może będzie można też wreszcie ujawnić agenturę, chociaż możliwość "lustracji totalnej" wzbudzała, jak widzimy, lęk nawet samego Jacka Kuronia i prof. Modzelewskiego, a dzisiaj nie przestaje zasmucać zarówno red. Michnika, jak i JE abpa Józefa Źycińskiego.

    Stanisław Michalkiewicz

    Publicystyka Stanisława Michalkiewicza na ASME i nagrania TV ASME


    Komentarz (1)

    Zima nasza, a wiosna jeszcze bardziej? - prof. Jerzy Przystawa Wysłane wtorek, 13, grudnia 2005 przez Krzysztof Pawlak

    Bracia Kaczyńscy i ich partia Prawo i Sprawiedliwość dają nam przykład niesłychanego sukcesu i idą jak burza. Partia została założona 13 czerwca 2001 i liczyła wówczas zaledwie 70 członków, ale już w trzy miesiące później, po wrześniowych wyborach roku 2001, wprowadziła do Sejmu 44 posłów, uzyskując prawie 10% oddanych głosów. Fakt ten obala wszystkie teorie głoszące, że w warunkach ordynacji proporcjonalnej i istnienia pięcioprocentowego progu wyborczego na sukces liczyć mogą tylko partie bogate, które stać na kosztowną kampanię wyborczą, albowiem koszt zdobycia jednego mandatu poselskiego oscyluje około miliona złotych. Łatwiej nam zrozumieć sukcesy Samoobrony czy Platformy Obywatelskiej, bo tam siedzi bogacz na bogaczu, podczas gdy zarówno sami Kaczyńscy, jak i inni znani politycy tej partii, groszem nie pachną. Sukces PiS należy zatem rozpatrywać albo w kategorii cudu, albo geniuszu. Premier Kazimierz Marcinkiewicz twierdzi, że Jarosław Kaczyński jest geniuszem i przyjmijmy taką wykładnię, bo nie byłoby grzecznym nie wierzyć premierowi. Geniusz, połączony z dotacją i subwencją, doprowadził do tego, że dzisiaj w Sejmie mamy prawie cztery razy więcej (154) posłów PiS, prawie połowa senatorów pochodzi z PiS, o Prezydencie i Rządzie Rzeczypospolitej już nie wspomnę. Czy w demokracji sukces może być większy? Czy pełnia władzy może być bardziej pełna?
    Okazuje się, że tego wszystkiego za mało, że czegoś tu jeszcze brakuje. Media codziennie raczą nas wypowiedziami polityków PiS, którzy grożą nowymi wyborami parlamentarnymi na wiosnę, nawet razem z wyborami samorządowymi. Wprawdzie konstytucja wymaga, żeby kadencja władz samorządowych wynosiła pełne cztery lata, ale nie wydaje się, żeby niezgodność z konstytucją miała naszych admiratorów prawa i sprawiedliwości specjalnie krępować. Dobrą ilustracją tej opinii jest stosunek liderów PiS-u do sprawy ordynacji wyborczej. 12 kwietnia 2001, a więc na dwa miesiące przed oficjalnym założeniem ich nowej partii, Jarosław Kaczyńskim, razem z Kazimierzem Marcinkiewiczem (i innymi), wystąpił do Trybunału Konstytucyjnego z wnioskiem o uznanie obecnej ordynacji wyborczej za sprzecznej z konstytucją. Działo się to jednak w sytuacji hazardowej, kiedy rozsypywała się w oczach AW"S", do władzy zmierzał SLD i nie wiadomo było, czym się to może zakończyć. Tymczasem, wbrew tym obawom, ta wadliwa i - zdaniem Kaczyńskich - niezgodna z konstytucją ordynacja nie przeszkodziła im wygrać wybory parlamentarne, wobec czego nie słyszymy już, żeby któryś z wybitnych prawników tej partii nadal miał w tej sprawie jakieś zastrzeżenia. Trawestując słynną frazę z filmu "Sami swoi" - "Konstytucja konstytucją, ale sprawiedliwość musi być po naszej stronie", a ponieważ wygraliśmy, to prawo możemy chwilowo odłożyć na półkę. Co więcej, sukces ten uskrzydlił ich na tyle, że gotowi są wykorzystać koniunkturę i przeprowadzić szybkie wybory parlamentarne, które umocniłyby jeszcze ich władzę, dając im większość parlamentarną, pozwalającą na niczym już nieskrępowaną realizację reformatorskich zamysłów.
    W systemie tzw. wyborów proporcjonalnych zdobycie przez jedną partię większości parlamentarnej byłoby wyczynem porównywalnym tylko z rozwiązaniem problemu kwadratury koła, ponieważ, jak do tej pory, nikomu i nigdzie się to jeszcze nie udało. Mówiąc "nigdy i nigdzie", mam na myśli normalne zwycięstwo wyborcze w krajach uchodzących za demokratyczne - bez "cudów nad urną". Od ponad stu lat, od czasów gdy socjalistom belgijskim udało się wprowadzić "wybory proporcjonalne", system głosowania na listy partyjne był ćwiczony setki razy, w prawie wszystkich krajach europejskich i nie tylko, w najróżniejszych warunkach i najrozmaitszych wariantach. Próbowano metody d'Hondta, metody Sainte-Lague z różnymi przelicznikami, metody Hare'a, metody Hagenbacha-Bischofa, metody Niemeyera, metody Droopa, próbowano "kwot imperialnych", z najróżniejszymi progami i całkiem bez progów, w małych okręgach, w dużych okręgach, przy stałym składzie parlamentu, przy zmiennej liczbie posłów itd., itp. Wspólną cechą wszystkich tych prób jest właśnie to, że nigdy nie udało się wyłonić większości zdolnej do samodzielnego rządzenia. Dla każdego, kto w polityce chce się kierować jakąś racjonalnością, a nie tzw. wishful thinking, czyli, po polsku, "chciejstwem", musi być oczywistym, że kryją się za tym jakieś poważne powody, powody o charakterze strukturalnym, że jest to związane z metodą, z systemem wyborczym, a nie z takimi czy innymi warunkami panującymi, w danej chwili, w tym czy innym kraju.
    Tych powodów strukturalnych jest niemało, spróbujmy wskazać chociaż kilka z nich.
    Po pierwsze: selekcja negatywna. Liderom partyjnym, którzy posiadają przywilej układania list partyjnych i decydowania o miejscu na liście, wydaje się, że posiadają nadzwyczajne kwalifikacje, dzięki którym są w stanie lepiej wskazać, kto będzie dobrym posłem, niż ciemna masa wyborców. Niestety, na ogół te cechy kandydatów, jakie liderzy uznają za pozytywne i pożądane, całkiem inaczej prezentują się w oczach ludzi, którzy tych kandydatów znają od innej strony. Wypada pamiętać, że w warunkach polskich każda partia zmuszona jest wystawić ok. 1000 kandydatów i trzeba rzeczywiście specjalnych darów Ducha Świętego, żeby byli to wszystko kandydaci zasługujący na zasiadanie w ławach sejmowych. Oglądając wyniki wyborów do Sejmu znajdziemy dziesiątki nazwisk kandydatów, którzy zdobyli "tylko jeden głos" wyborczego poparcia.
    Po drugie: "wycinanie się" wzajemne kandydatów tej samej partii. Istnieje takie, zupełnie fałszywe, przekonanie, że im więcej kandydatów na liście danej partii, tym więcej głosów poparcia, bo sumują się głosy oddane na różnych kandydatów. Tymczasem każdy, kto ma jakieś poważne doświadczenie wyborcze, wie, że jest odwrotnie: wyborca, który chętnie oddałby głos na kandydata X, widząc go w towarzystwie znanego mu ze złej strony kandydata Y, mówi "o, nie, na X bym głosował, ale z tym Y na pewno nie". Drugim elementem tego wzajemnego "wycinania się" jest naturalna konkurencja pomiędzy kandydatami z tej samej listy. Ta konkurencja często zamienia się w kampanię negatywną w stosunku do partyjnych kolegów, co poważnie osłabia ostateczny wynik.
    Po trzecie: "wycinanie się" partii o zbliżonych programach. Jest znanym faktem, że najostrzejsza kampania toczy się pomiędzy partiami, które, w oczach wyborców, powinny być sobie bliskie i których programy oraz ideologie niewiele się różnią.
    Po czwarte: zagubienie i dezorientacja wyborców. Wyborca dostaje do ręki broszurę zawierającą kilkaset nazwisk, które nic mu nie mówią, bo ludzi tych nie był w stanie w żaden sposób poznać. Wielu wyborców gubi się w tej sytuacji i oddaje swoje głosy na przypadkowe, w zasadzie losowo wybrane nazwiska.
    Wszystkie te i inne czynniki sumują się do skutku, jakim jest rozdrobnienie partyjne w parlamencie i niemożność wyłonienia jednej partii, posiadającej większość mandatów a tym samym mandat do samodzielnego rządzenia. Dlatego przyspieszone wybory, w tym samym partyjnym kluczu, niczego nie rozwiążą i niczego nie poprawią. Stracimy tylko czas i pieniądze. Co innego, gdyby Bracia Kaczyńscy, korzystając ze swoich władczych prerogatyw i możliwości, przeprowadzili reformę prawa wyborczego i wprowadzili zasadę jednomandatowych okręgów wyborczych. Takie wybory są jak najbardziej pożądane i na takie wybory Polacy czekają jak kanie na deszcz.

    Jerzy Przystawa

  • Prof. Jerzy Przystawa był w kadencji 1990 - 1998 radnym rady miejskiej Wrocławia, startował w wyborach do Senatu Rzeczypospolitej Polskiej przeprowadzonych w dniu 21 września 1997 r.
    Od kilkunastu lat jest jednym z liderów Ruchu Obywatelskiego na rzecz JOW.

    Publicystyka prof. Jerzego Przystawy na ASME.


    Witryna ASME Antysocjalistycznego Mazowsza jest najstarszym serwisem w Sieci - oprócz witryny tematycznej JOW - propagującym ideę JOW

    Komentarz (0)

    UPRzejmy punkt widzenia (2) - Wojciech Popiela Wysłane niedziela, 11, grudnia 2005 przez Krzysztof Pawlak

    Tydzień zdominowany był gromkim oburzeniem rządu polskiego wobec brytyjskiej szczerości na temat budżetu tzw. UE. Wobec znikomego wykorzystana przez Polskę dostępnych pieniędzy z uwagi na procedury unijne i działania polskiej biurokracji, polskie pokrzykiwania miały charakter mało poważny, zwłaszcza w obliczu naszych możliwości nacisku i kroków na jakie zdobyć może się zadłużony po uszy polski rząd. Tym niemniej dla widzów telewizji w Polsce wyglądało to zarówno stanowczo jak i honorowo.

    Wypada tu przypomnieć, że UPR ostrzegała przed podobnym scenariuszem, podobnie jak podważała samą socjalistyczną zasadę redystrybucji, tym razem w skali całej Wspólnoty. Jeśli dodamy do tego fakt corocznego zadłużania nas przez nasz, polski, parlament na dziesiątki miliardów złotych i to, że nie zasiłki z UE, wspomagane naszą sporą składką, przyczyniają się do dobrobytu (vide eks-NRD), wówczas buńczuczne krzyki i ponowna walka (werbalna li tylko) do ostatniej kropli krwi o 1,50 zł dziennie na głowę Polaka ukazuje prawdę o tym, co napisać miał brytyjski ambasador. Zgodnie z prawdą miał bowiem stwierdzić, że Polacy znaleźli w Wielkiej Brytanii więcej miejsc pracy niż powstało za przyczyną polityki polskiego rządu. Może więc, zamiast wspierać socjalistyczne pomysły na Wspólnotę Europejską Francji czy Niemiec, polski rząd zdecyduje się na "ucieczkę do przodu" i zaadoptuje brytyjskie rozwiązania pozwalające młodym ludziom, których 40% nie ma w Polsce płatnego zajęcia, na podjęcie pracy na polskiej ziemi? Jeśli będziemy zachowywać się jak żebracy, nie dziwmy się, że będziemy tak właśnie traktowani.
    Tymczasem swoje "dzieło" przedstawiła złożona z samych bodaj profesorów Komisja Kodyfikacyjna Prawa Pracy. Coś takiego w Polsce istnieje, co więcej, z pewnością za to płacimy. Twór ten powołał w roku 2002 sam premier Miller. Dość powiedzieć, że komisja pracowała przez trzy lata nad projektem nowego kodeksu pracy. I wypracowała m.in. wiekopomny pomysł, by podstawa wymiaru urlopu dla pracownika o dziesięcioletnim stażu wynosiła nie 26, tylko 36 dni. Wielkie brawa! Doprawdy potrzeba tytułu profesorskiego, by wpaść na tak genialny pomysł pognębienia polskiej gospodarki. 10 dni roboczych to około 4% mniej z rocznego czasu pracy. Biorąc pod uwagę, że na czele tego pasożytniczego tworu stoi obecny minister edukacji i nauki (nazwisko z uprzejmości pomijam), warto zapytać: jaki wzrost gospodarczy planuje PiS, skoro ich minister planuje o 4% zmniejszyć czas pracy? Może wreszcie pan premier Marcinkiewicz zapyta jakiegoś Polaka z USA, choćby pana Fijora, skąd w USA bezrobocie wynosi 4%, a nie 20%, dlaczego w USA wydajność pracy wzrosła o 4,7% w trzecim kwartale 2005 r., a dlaczego w Niemczech bezrobocie oficjalne bezrobocie to już ponad 5 mln i co mają z tym wspólnego żądana tamtejszych związków zawodowych, coraz krótsze tygodnie pracy i coraz bardziej podmywające fundamenty niemieckiej gospodarki i niemieckich rodzin, liczne przywileje socjalne?

    W tym tygodniu też minęło 15 lat od rejestracji UPR. W czasie konferencji prasowej pan Stanisław Michalkiewicz powiedział, że największym sukcesem UPR jest rozmnożenie się liberałów. Nie dość, że sam pan Andrzej Lepper ogłosił przepotwarzenie się z prawdziwego socjalisty z kampanii wyborczej, w prawdziwego socjal-liberała tuż po niej, to sam pan Niesiołowski, który na słowo liberalizm drżał, obecnie jest senatorem PO, niedoszłym marszałkiem. Tymczasem przedstawicielka firmy badającej preferencje partyjne zapytała naszego Sekretarza Generalnego, na kogo oddałby swój głos. Nie znalazł ani UPR, ani nawet PJKM, był za to Ruch Patriotyczny i pomniejsze zielone i czerwone partie. W odpowiedzi na jego list, firma poinformowała, że zamawiający sondaż dziennik ogólnopolski z kolorowymi wkładkami nie zechciał dać badanym do wyboru ani UPR, ani nawet PJKM. Także jesteśmy za tym, by płacący dostawał to, czego chce, ale by dotyczyło to także płacącego za ten renomowany tytuł prasowy… W czasie konferencji prasowej poinformowałem o wręczeniu z okazji dnia św. Mikołaja zarówno panu premierowi jak i Marszałkowi Sejmu, wydanej dzięki wsparciu Polsko-Amerykańskiej Fundacji na rzecz Badań i Edukacji Ekonomicznej "Pro publico bono", książki ks. Sirico "Religia, wolność, przedsiębiorczość" jako tarczy broniącej przed socjalistami strojącymi się w piórka solidaryzmu.
    O naszej rocznicy wspomniał też w swoim cotygodniowym felietonie na antenie Radia Maryja pan Michalkiewicz. Tak się bowiem składa, że i Radio Maryja miało swoją, 14. już rocznicę powstania w mijającym tygodniu. Tą drogą składam Radiu życzenia owocnej pracy ewangelizacyjnej i dalszego przełamywania monopolu beneficjantów "okrągłego stołu" na informację w Polsce.

    A za dwa dni minie 24 lata od wojny w obronie socjalizmu, jaką narodowi wypowiedział generał Jaruzelski i jego świta. Przebywający kilkakroć w Polsce pan Włodzimierz Bukowski mówił o istniejących dokumentach, z których wynika, że to Jaruzelski żebrał o interwencję sowiecką. Być może rządzący politycy Prawa i Sprawiedliwości stojący na czele Ministerstwa Sprawiedliwości zechcą zapoznać się z tymi materiałami i uczynić z nich użytek? Pan Bukowski wyrażał niekłamane zdumienie, że żaden pookrągłostołowy rząd nie zechciał się tym zająć. Być może tyrania "salonu" zelżała już na tyle, by obecny minister Sprawiedliwości się odważył? Będzie to swego rodzaju test na IV RP, która być może narodzić się ma tuż przed Bożym Narodzeniem, wraz z inauguracją prezydentury pana Lecha Kaczyńskiego. Jak wspomniałem w pierwszym "UPRzejmym punkcie widzenia" oczekiwania wielu związane z tym rządem są spore, tymczasem póki co, wszystko zostało jak się wydaje podporządkowane oczyszczeniu przedpola, czyli neutralizacji postkomunistycznych i pookrągłostołowych powiązań na rzecz powiązań nowych. Dobre na początek i to.
    W połowie października na łamach "GP" pan Waldemar Łysiak napisał w "Koncercie życzeń": "Prócz przywrócenia suwerenności i zablokowania gangreny - oczekuję od PiS-u realizowania tego fundamentalnego humanitaryzmu państwa, który polega na eliminacji głodu i nędzy. Nie w sposób socjalistyczny, rozdawnictwem (lub: samym rozdawnictwem) ryb, tylko w sposób kapitalistyczny, rozdawnictwem wędek (…) Jeśli PiS nie chce, aby bieda PiSzczała również za cztery lata, musi natychmiast wziąć się do ciężkiej roboty - do harówki, która odmieni oblicze tej ziemi! Tylko tyle, panowie bracia. Nikt nie oczekuje od was więcej. Tyle wystarczy".
    Czy deklaracja premiera, że obecny, zaadoptowany od SLD i premiera Belki i lekko przeczesany przez PiS budżet nie jest jeszcze bardzo dobry, ale jest dobry, to wyraz tej harówki, czy zasłona dymna przed politycznymi pracami porządkowymi? A może to dająca już o sobie znać "tyrania status quo"?

    Wojciech Popiela


    Komentarz (0)

    Relacja z posiedzenia Rady Głównej UPR 10.12.2005 Wysłane niedziela, 11, grudnia 2005 przez Krzysztof Pawlak

    W sobotę 10 XII odbyło się pierwsze posiedzenie nowej Rady Głównej UPR. W jego części uczestniczył zaproszony na inaugurację pan Janusz Korwin-Mikke.
    Członkowie nowej RG stawili się niemal w komplecie. Tworzą ją obecnie Maciej Bojanowski z okręgu dolnośląskiego, Grzegorz Grocki z Wielkopolski, Wojciech Grotecki z Olsztyna, Stefan Kramarski z okręgu śląskiego, Mieczysław Targosz z Łodzi, Andrzej Turczyn z Koszalina, Andrzej Jędrzejewski z Białegostoku, Tomasz Skóra z Dąbrowy Górniczej, Sławomir Sławski z Katowic, Jarosław Szatan z Olkusza, Wojciech Wilkowski z okręgu kujawsko-pomorskiego i Stanisław Żółtek z okręgu małopolskiego. W skład RG wchodzą także prezes UPR, skarbnik UPR - pani Anna Orzechowska i sekretarz RG Patryk Godowski.

    Po przedstawieniu się członków RG i zabraniu głosu przez pana J. Korwin-Mikke, prezes UPR Wojciech Popiela wraz z Anną Orzechowską - Skarbnikiem UPR, przedstawili stan partii ze szczególnym uwzględnieniem finansów i planem zrównoważenia budżetu partii. Prezes zakomunikował, że jako Członek Sygnatariusz wpłacił ustaloną przez Konwentykl pięciokrotność składki podstawowej za rok 2006 kilka dni temu i zwrócił się do wszystkich członków UPR o wpłacenie składki centralnej do 31 stycznia 2006 r.
    W punkcie tym obrad poruszono też kwestię renowacji wizytówki UPR, jaką jest siedziba przy Nowym Świecie w Warszawie. Ciężar prac weźmie na siebie Oddział Stołeczny UPR. Chętne do pomocy osoby z poza Warszawy proszone są o zgłaszanie się do Sekretarza Generalnego UPR Patryka Godowskiego. Nad stroną merytoryczną czuwał będzie członek RG, architekt p. Andrzej Jędrzejewski.

    Trzecim punktem posiedzenia Rady Głównej było powołanie Sekcji Młodzieżowej UPR. Konieczność reaktywacji takiej sekcji sygnalizowało od dawna wiele Okręgów. Koordynatorem utworzenia Sekcji Młodzieżowej UPR został prezes Okręgu Wielkopolskiego Grzegorz Grocki. Współpracują z nim Wojciech Grotecki z Olsztyna i wiceprezes Maciej Bojanowski z Wrocławia. Sekcja, prócz zadań związanych z jej organizacją, zajmie się też stworzeniem ram działania dla sympatyków UPR. Do 7 stycznia zostaną przygotowane dokumenty i plan działań Sekcji.
    Na sobotnim posiedzeniu RG powołano też Sekcję Graficzną, którą kieruje pani Izabela Tomasiewicz, która zajmowała się stroną graficzną kampanii PJKM i Sekcję Marketingową z wiceprezesem Maciejem Bojanowskim. Sekcja Graficzna przygotuje stosowne projekty nawiązujące do tradycyjnej symboliki UPR na najbliższe posiedzenie Rady Głównej.

    Rada Główna uznała za pilne rozpoczęcie przygotowań do samodzielnego startu UPR w wyborach do Sejmików Wojewódzkich. Działania w wyborach do rad gmin i powiatów, a także wójtów, burmistrzów i prezydentów pozostawiono w gestii Oddziałów, przy czym wykluczono współpracę z formacjami lewicowymi. Zalecono w szczególności wystawianie kandydatów na wójtów, burmistrzów i prezydentów, na których szczególnie skupiona jest uwaga wyborców i mediów w czasie kampanii wyborczej. Koordynatorem d.s. wyborów został wiceprezes UPR Stanisław Żółtek. Wsparcie w tych działaniach zadeklarowali panowie Sławomir Sławski i Tomasz Skóra z Okręgu Śląskiego. Do 15 stycznia zostanie przedstawiony harmonogram działań związanych z wyborami wraz z materiałami dla kandydatów.

    Rada Główna UPR omówiła pomysł ogólnopolskiej akcji UPR koordynowanej przez prezesa UPR, zaakceptowała także przestawiony szczegółowo przez wiceprezesa Macieja Bojanowskiego plan działań UPR na I kwartał 2006 r..

    Po posiedzeniu RG UPR odbyło się spotkanie członków i sympatyków z okazji 15. rocznicy rejestracji Unii Polityki Realnej. W spotkaniu uczestniczyli m.in. panowie Leszek Samborski i Andrzej Szczęśniak.
    Prezes UPR mianował prezesem Okręgu Śląskiego pana Stefana Kramarskiego zaś prezesem Okręgu Mazowieckiego pana Bogdana Kołakowskiego.

    (a.s.)


    Komentarz (0)

    UPRzejmy punkt widzenia - Wojciech Popiela Wysłane niedziela, 11, grudnia 2005 przez Krzysztof Pawlak

    Z punktu widzenia Unii Polityki Realnej, zapowiadana IV RP jawi się póki co jako bliźniacza siostra RP Trzeciej. Być może dlatego, że dziecko jest niemowlęciem i kształty nie zostały jeszcze zasadniczo zarysowane. Jednak to co jest wyraźne - zdecydowanie wskazuje na kontynuację.

    Minister Sprawiedliwości stara się pokazać sprawiedliwą twarz rządu, zaś Prezydent-elekt konkuruje z ustępującym Prezydentem (tym od ułaskawiania kolegi z SLD), kto ułaskawi bohatera polskiego filmu. Filmu o wikłaniu się w niejasne interesy i obcinaniu głów szantażującym, początkowym wspólnikom i wyrzucaniu ich "w siną dal". Wszystko to nosi chyba wciąż znamiona kampanii wyborczej, która jeszcze nie wyhamowała.
    Wśród konkretów pojawiła się propozycja, by wszyscy podatnicy płacili niektórym podatnikom za posiadanie potomstwa. Propozycja taka w okresie Adwentu - więc oczekiwania na Boże Narodzenie - rodzi refleksję, że i przed wiekami, i całkiem niedawno, z niewiadomych przyczyn nieco inne mechanizmy stymulowały rozmnażanie się i czynienie sobie ziemi poddanej.
    Najwyraziściej w rządzie prezentują się dwie osoby: "dobry" pan premier i Jego pani profesor, obecnie minister Finansów, która pełni rolę tej "złej". Mechanizm za każdym razem jest podobny. Pani minister coś mówi, przez media przetacza się fala oburzenia, krytyki i nawet kpin, po czym dobry premier spokojnymi, oddzielanymi ciszą słowami dementuje wypowiedź swojego ministra Finansów.
    Niestety, po raz kolejny mamy do czynienia z urzędnikiem (dla feministek: urzędniczką), który zapomina, że pensję płacą mu/jej podatnicy, a nie mityczne państwo. Z urzędnikiem, w którego przekonaniu będzie dobrze wówczas, gdy najpierw będzie lepiej - obniżka podatków jest oczywista, ale dopiero gdy osiągniemy wysoki wzrost gospodarczy. Na tle wyznań premiera, który za wzór stawiał sobie śp. prezydenta Reagana i premier Thatcher, wygląda to jak zwykłe nieporozumienie w obsadzie ministerialnego stołka.
    Na 144 stronach swojego programu PiS obiecywało obniżenie stawek tzw. PIT-u (coraz mniej istotnego z uwagi na wciąż rosnące akcyzę i VAT). Tymczasem p. minister miała stwierdzić niedawno: "Na razie wyliczyłam, że to kosztuje 6,5 mld zł w skali roku, więc same koszty są potężne. Punkt wyjścia to trzeba mieć środki do pokrycia podstawowych zadań, a drugi etap - to czy dana reforma ma sens z punktu widzenia państwa". Cóż - pozostaje wierzyć, że w rządzie IV RP znajdzie się jednak ktoś, kto oprócz odróżniania skutków od przyczyny, będzie też potrafił spojrzeć czy dana reforma ma sens z punktu widzenia obywateli naszego państwa i ich kieszeni... Mogliby to być także posłowie, ale obecny system wyborczy, o czym Ruch na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych od lat wspomina, nie ustanawia posłów sługami wyborców, tylko raczej sługami partyjnych decydentów.
    Stąd przypominający istotę spraw głos Unii Polityki Realnej, która zawsze stała i stać będzie po stronie finansujących zabawy i hojność władzy - podatników.

    Wojciech Popiela


    Komentarz (0)

    Mimo nadal przychylnych dla PO wyników ankiet skompromitowanych sondażowni Bracia Kaczyńscy będą kontynuować politykę spokojnej budowy coraz większego ugrupowania parlamentarnego - Łukasz Perzyna o przyszłorocznym rozwoju sceny politycznej w Polsce Wysłane sobota, 10, grudnia 2005 przez Krzysztof Pawlak

    | Pobierz |






    Mimo nadal przychylnych dla PO wyników ankiet skompromitowanych sondażowni Bracia Kaczyńscy będą kontynuować politykę spokojnej budowy coraz większego ugrupowania parlamentarnego - Łukasz Perzyna o przyszłorocznym rozwoju sceny politycznej w Polsce Wysłane sobota, 10, grudnia 2005 przez Krzysztof Pawlak

    "Czy Państwo sobie wyobrażacie parlament, który składa się z trzech - i tylko z trzech - partii politycznych? Można powiedzieć, że kategoria wyobraźni w polskiej polityce została w ostatnich latach dość wyraźnie zweryfikowana. Gdyby ktoś pół roku powiedział, że prezydentem będzie Lech Kaczyński, a jego brat NIE zostanie premierem, tylko namaści polityka z drugiego szeregu Kazimierza Marcinkiewicza na premiera - w dodatku rządu mniejszościowego - zostałby okrzyknięty fantastą. Wedle najnowszego sondażu CBOS PIS uzyskałoby 39% poparcia, PO - 30%, Samoobrona - 8%. Kto dalej? NIKT! CBOS daje np. LPR i SLD - po 4%. Oczywiście sondaże nie sprawdzają się w 100%, a nawet w mniejszym wymiarze - ostatnio" - Łukasz Perzyna, publicysta "Tygodnika Solidarność" i naszej witryny ASME, analizuje najnowsze tendencje w grze politykierskiej "polskiego regionu UE'.

    Sondaże są oglądane wnikliwie przez czytelników gazet, ale także są pomocą "naukową" dla wszystkich polityków. W tym badaniu zyskuje "władza", zyskuje PiS, ale także - zyskuje Platforma Obywatelska, która pozostaje "twardą opozycją" do rządu Marcinkiewicza. Według niego następuje też wycinanie wszystkich, którzy nie zdołali się okopać na pewnych stanowiskach. Główny strateg Jarosław Kaczyński może wysnuć stąd wniosek, że nie warto iść na wcześniejsze wybory, nie warto iść na szybkie kończenie kadencji parlamentu, która dopiero się zaczęła. Nie wygrywa się wyborów po to, by zaraz po nich zaczynać następne! Gdyby było tak, jak wskazuje sondaż CBOS - to PiS traci w Sejmie szczerych, choć sytuacyjnych sprzymierzeńców: LPR i PSL. Gdyby rząd Marcinkiewicza mógłby spokojnie pracować, administrować - to Bracia Kaczyńscy mogliby spokojnie też skutecznie przeprowadzać proces oczyszczania państwa, realizować swoje obietnice wyborcze.
    Już dzisiaj widać wyraźnie pęknięcie w Platformie Obywatelskiej: z jednej strony mamy ten tryumfalnie ogłaszany przyrost w sondażach, z drugiej - partia ta, do tej pory zdyscyplinowana także wokół niedoszłego "premiera z Krakowa", miała spoić się sukcesem wokół wygranych wyborów. Zwycięstwa jednak nie było. Dzisiaj poseł PO Andrzej Sośnierz wraz z grupą parlamentarzystów ze Śląska wyraźnie dystansuje się wobec polityki platformersów niewchodzenia w koalicję z PiS. Widać więc, że może nawet kilkudziesięciu parlamentarzystów z PO przejdzie do obozu PiS.
    Nie ma więc specjalnych wątpliwości, co wybiorą Bracia Kaczyńscy. Raczej politykę spokojnego kaptowania, przeciągania na swoją stronę posłów nie tylko z PO, ale także z LPR, może z Samoobrony...

    Nagranie trwa prawie 14 minut i jest dostępne w Sieci do 22 XII 2005 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




    Komentarz (0)

    ZAPOMNIANY BOHATER OPOZYCJI ANTYKOMUNISTYCZNEJ - Antoni Zambrowski Wysłane piątek, 9, grudnia 2005 przez Krzysztof Pawlak

    22 października br. zmarł nagle w Łodzi mec. Karol Głogowski - wybitny działacz opozycji demokratycznej i niepodległościowej w PRL. Jego śmierć przeszła do tego stopnia niepostrzeżenie, zignorowana przez środki przekazu, że na jego imieniny w dniu 4 listopada usiłowałem mu złożyć telefonicznie życzenia i dopiero od zapłakanej wdowy dowiedziałem się o jego tragicznej śmierci. Jakże to kontrastuje z ogólnopolskimi obchodami śmierci Jacka Kuronia, który dzięki odpowiedniej reklamie zgarnął wszystkie laury bohatera opozycji demokratycznej kosztem wielu pozostałych - nie mniej od niego zasłużonych!

    Karol Głogowski urodził się 1 lipca 1933 roku w Gowarczowie koło Końskich, ale całe jego życie związane było z miastem Łódź, gdzie ukończył w roku 1956 na Uniwersytecie studia prawnicze. Po przełomie październikowym 1956 roku Karol stanął na czele pierwszej w PRL politycznej organizacji niekomunistycznej, usiłującej działać legalnie w ramach obowiązującego prawa. Był to Związek Młodych Demokratów, który wybrał Karola na swego przewodniczącego. Niestety SD - stronnictwo satelickie, popierające kierowniczą rolę PZPR, cofnęło swój parasol ochronny znad ZMD i władze komunistyczne zdelegalizowały tę organizację. Część członków ZMD ze studentem wydziału prawa Uniwersytetu Warszawskiego Przemkiem Górnym zeszła do podziemia i w następnym roku wzięła czynny udział w demonstracjach studenckich w obronie zamkniętego przez władze za nieprawomyślność tygodnika dla młodzieży "Po prostu". Ich działalność zakończyła SB uwięzieniem Przemka Górnego i jego przyjaciół w roku 1961. Natomiast Karol Głogowski jako legalista z bólem uznał ową decyzję władz i wraz z większością kierownictwa podjął uchwałę o zaprzestaniu działalności organizacji, przenosząc swe zainteresowania na działalność w Zrzeszeniu Prawników Polskich.
    Od 1960 roku Karol pracował w Łodzi jako adwokat. W 1962 roku był on inicjatorem tworzenia kółek samokształceniowych, z których wyrośli liczni działacze opozycji antykomunistycznej. W marcu 1964 roku został aresztowany w wyniku prowokacji SB, uwięziony na pięć miesięcy pod zarzutem przechowywania materiałów szkalujących ustrój PRL. Chodziło o list prywatny znajomego inżyniera zawierający nieprawomyślne treści. Jako wytrawny prawnik przez wiele lat toczył walkę w sądach PRL różnych instancji w Łodzi i Warszawie w obronie swego prawa do pracy w adwokaturze. W 1966 roku Karol nawiązał kontakt z uczestnikami konspiracyjnego kółka dyskusyjnego grupującego pracowników naukowych i studentów Uniwersytetu Warszawskiego oraz Łódzkiego zbierających się początkowo w mieszkaniu Bernarda (dziś Bolesława) Tejkowskiego, a następnie po rozłamie z B. Tejkowskim - w mieszkaniu socjologa i pisarza Waldemara Siemińskiego. Członków tego kółka łączył krytyczny stosunek do Listu Otwartego Jacka Kuronia i Karola Modzelewskiego do Partii. Zarzucaliśmy im pomijanie sprawy niepodległości Polski oraz lekceważenie łamania praw Kościoła katolickiego w PRL. Ponadto odrzucaliśmy głoszenie haseł rewolucyjnych, grożących kolejnym przelewem polskiej krwi i wykluczającym legalną działalność opozycyjną. O roli Karola w naszych pracach świadczy fakt, że Jacek Kuroń w swych wspomnieniach "Wiara i wina" określił Karola jako centralną postać naszego grona. (Prokurator Andrzej Jarzyna w swym przemówieniu na moim procesie marcowym określił z kolei nasze kółko dyskusyjne jako grupę Antoniego Zambrowskiego, ale to było nadużycie, gdyż w odróżnieniu od Ruchu 8 marca u nas "wodzów" nie było. Na zebraniach przewodniczył zawsze gospodarz mieszkania).
    Po wydarzeniach marcowych 1968 roku, nie oczekując na wyrok w sprawie mec. K. Głogowskiego, usunięto go z listy adwokatów. Jego piękna żona, śpiewaczka Opery Łódzkiej nie wytrzymała szykan SB i 1 maja 1968 roku popełniła samobójstwo, gdy Karol wyszedł obejrzeć pochód 1-majowy. (Słyszeliśmy później wiele o tragedii Jacka Kuronia i o okolicznościach męczeńskiej śmierci jego żony, śp. Grażyny z Boruckich Kuroniowej. O tragedii Karola Głogowskiego panowała cisza). Ostatecznie sprawę Karola umorzono w wyniku amnestii na 22 lipca 1968 roku, dzięki której wyszli również na wolność więźniowie marcowi, oprócz Karola Modzelewskiego i Jacka Kuronia, skazanych w warunkach recydywy.
    Po krwawych wydarzeniach na Wybrzeżu w grudniu 1970 Karol Głogowski powołał w Łodzi Zespół Inicjatywy Obywatelskiej. Za udział w zbiorowym proteście przeciwko planowanym przez Edwarda Gierka zmianom w Konstytucji PRL (miano wpisać do konstytucji kierowniczą rolę PZPR oraz sojusz z ZSRR) został w 1976 roku wydalony z Zrzeszenia Prawników Polskich.
    W marcu 1977 roku Karol Głogowski był jednym z twórców konkurencyjnego wobec KOR Ruchu Obrony Praw Człowieka i Obywatela, stając jednocześnie na czele autonomicznego w jego ramach Ruchu Wolnych Demokratów. Po sierpniu 1980 roku wyrażał swój krytycyzm wobec kompromisowego stanowiska władz "Solidarności" odnośnie kierowniczej roli Partii w PRL, ale pełnił funkcję eksperta związku, odgrywając ważną rolę jako mediator podczas styczniowego strajku studentów łódzkich w 1981 roku. Po wprowadzeniu stanu wojennego odważył się na procesie działacza łódzkiej "S" Ryszarda Kostrzewy jako jego obrońca zakwestionować legalność dekretu Rady Państwa o jego wprowadzeniu. Zapłacił za to internowaniem w zakładzie karnym w Łowiczu.
    W III Rzeczypospolitej działał nadal jako adwokat, m.in. broniąc w głośnym procesie o krzyże na Żwirowisku koło obozu w Oświęcimiu byłego założyciela Wolnych Związków Zawodowych na Śląsku Kazimierza Świtonia. Ostatnio przegrał sprawę sądową prowadzoną w imieniu wdowy po Andrzeju Mazurze w obronie jego dóbr osobistych. Andrzej Mazur - były bohaterski powstaniec warszawski i więzień polityczny w czasach stalinowskich, a następnie uczestnik wielu inicjatyw opozycyjnych, został ku naszemu najgłębszemu zaskoczeniu zdemaskowany przez IPN jako Tajny Współpracownik SB. Karol Głogowski nie umiał pogodzić się z tak bolesną prawdą o naszym wieloletnim przyjacielu. Zmarł nagle w Łodzi, ale pochowany został w swej rodzinnej miejscowości koło Końskich. Niech mu polska ziemia lekką będzie.

    Antoni Zambrowski

    Publicystyka Antoniego Zambrowskiego na ASME


    Komentarz (1)

    Obywatelska misja Ojca Dyrektora Tadeusza Rydzyka, Radia Maryja, gazety "Nasz Dziennik" i stacji TV TRWAM Wysłane czwartek, 8, grudnia 2005 przez Krzysztof Pawlak

    Okres pierwszych miesięcy rządów ugrupowania PiS z pewnością już przejdzie do Historii pisanej z dużej litery z jednego przynajmniej powodu. Oto znamienici przedstawiciele rządzącej ekipy nie przedstawili swoich założeń programowych w mediach przyzwyczajonych do swej roli jedynie słusznych kreatorów gwiazd i gwiazdeczek medialnej demokracji oraz omnipotentnych interpretatorów zmian na scenie politykierskiej "polskiego regionu UE". Uczynili to na falach radiostacji nazywającej się Radio Maryja, założonej i kierowanej przez Ojca Dyrektora - jak z szacunkiem wymawiają ten tytuł Jego liczni współpracownicy oraz sympatycy - Tadeusza Rydzyka.

    Na czym właściwie polega fenomen tej stacji i założyciela także dziennika "Nasz Dziennik" oraz stacji telewizyjnej TRWAM?
    Ten niepożytej energii zakonnik oo. redemptorystów dokonał niezwykłej wagi przemiany potężnej części polskiego społeczeństwa.

    Po pierwsze, ojciec Tadeusz Rydzyk jest uzdolnionym zarządcą powierzonego mu mienia i przekazanej mu misji. Ten fakt ma potwierdzenie w postaci nieskuteczności wpływów nienawistnych mu osobistości życia Kościoła w Polsce. 14 lat działalności toruńsko-warszawskich redakcji, pozostających pod pieczą zakonnika ma swój doniosły wymiar.
    Po drugie, Ojciec Dyrektor jest człowiekiem bez wątpienia wielkiej miary i z pewnością wielkiej wiary. Bez niej nie udałoby się mu to, co nie udało się chyba nikomu innemu: upodmiotowienia olbrzymiej liczby Polaków z dotychczas całkowicie niemal zapomnianych kręgów społecznych, mieszkańców małych wsi, miasteczek, miast innych niż Warszawa czy Kraków, "Polski B", a może nawet "Polski C". Ci ludzie, jeśli się pojawiali w mediach mainstreamowych, to najczęściej w kontekście ironicznych reportaży "z prowincji", podlegając najprymitywniejszym manipulacjom "oświeconych" pań redaktorek i "panów redaktorów", którzy z wyżyn swej parweniuszowskiej ogłady dokonywali linczów na środowiskach, z których bardzo często się wywodzą i których dokonali awansu kulturalnego oraz społecznego do fałszywie pojętego stanu elity, a tak naprawdę - do zawodu wyrobników propagandowych w służbie reżimu. Określani pojemnym i mającym wśród "elity" pejoratywny wydźwięk pojęciem "moherowych beretów", często używanym przez usłużnych salonikom publicystów wysoko nakładowych mediów papierowych, a wydobytym oficjalnie do sfer parlamentarnych przez lidera Platformy Obywatelskiej Donalda Tuska, mieszkańcy polskiej prowincji, zaścianków, miast wojewódzkich i powiatowych, w których polska kultura i tradycja trwała mało skażona nowinkami "oświeconej" Europy, pełnej lewackich paranoi, właściwie nie byli traktowani inaczej przez media ogólnopolskie oraz zagraniczne jak przedmioty przekazów medialnych oraz pionki na planszy gier inżynierów społecznych. Słuchając wypowiedzi emitowanych prawie na żywo w Radiu Maryja lub widząc ich w przekazach Telewizji TRWAM, widać doskonale częstą nieporadność językową i naturalną tremę ludzi biorących po raz pierwszy w życiu udział w obywatelskiej dyskusji nad trapiącymi ich problemami oraz kwestiami, które są uważane i znaczące w ich rozumieniu współczesnego dialogu nad polskością. Daje się też zauważyć olbrzymia wola i autentyczna chęć zabrania głosu przez odbiorców mediów wykreowanych przez o. Tadeusza oraz przyłączenia się ich do kręgu świadomych swej wartości OBYWATELI Rzeczypospolitej, mających wpływ na kształt swojego losu. W obrazie życia społecznego Polski przekazywanym najczęściej przez zawodowych komentatorów dominujący jego stan określany jest powszechnie mianem apatii, na co wskazywać ma m.in. zmniejszająca się liczba biorących udział w igrzyskach demokracji, jakimi są wybory powszechne i samorządowe. Jest to obraz fałszywy, specjalnie przykrojony dla potrzeb bieżących manipulacji politycznych, dokonywanych za pomocą środków masowego rażenia medialnego. Podobnie miało być według twórców stanu wojny jaruzelsko-polskiej w latach 80. ubiegłego wieku. Tymczasem wtedy jak rzadko wcześniej wybuchło wiele inicjatyw społecznych i kulturalnych, ale pozostających poza oficjalnym biegiem życia okupowanego kraju. Podobnie jest i teraz, i wielka zasługa w tym ogniskującego nowe, dzisiejsze inicjatywy środowiska stworzonego przez Ojca Dyrektora. Pobudzenie środowisk do niedawna pomijanych w poważnych analizach społecznych, do uczynienia pierwszych kroków na drodze do brania odpowiedzialności za własne życie i uczestnictwa w stani obywatelskim jest czynem dobrym i chwalebnym, niezależnie od zagrożeń czyhających na dalszej drodze pogłębiania człowieczeństwa w jego chrześcijańskim, katolickim i obywatelskim wymiarze.
    W Radu Maryja nie ma programów "z udziałem publiczności", jakich jest wiele w "publiczno-prywatnych" środkach masowego rażenia. To jest niezafałszowany głos Obywateli i tych, którzy się nimi zwolna stają, nabierających poprzez udział w życiu religijno-społecznym i czasem - politycznym, poczucia godności. To wielkie dzieło i za to - bez względu zapatrywania polityczne - należy oddać szacunek jego autorowi.

    Po trzecie, Ojciec Dyrektor to także dobry pasterz. Któż bowiem inny umiałby tak efektywnie nawrócić grzeszników (a wiadomo, że Kościół ma z nich pociechę głębszą niż z wiernych owieczek), którzy wstąpili na drogę poprawy i swoimi postawami dają dobry przykład dla błądzących? Do wiernych współpracowników Ojca Dyrektora należy teraz były współpracownik Służby Bezpieczeństwa, prof. Edward Prus, który w minionym (?) okresie PRL "pracował na odcinku rozpoznania zagrożenia nacjonalistów i faszystów ukraińskich", pisząc ta m.in.:
    "Walka polityczna, kończąca się rewolucją socjalistyczną i ustanowieniem dyktatury proletariatu, stanowi decydujący warunek wyzwolenia klasy robotniczej od wyzysku"*. W Jego książce "Pannacjonalizm" bohaterami są „antykomuniści i neofaszyści dążący uparcie do obalenia socjalizmu i do restauracji kapitalizmu w tych krajach, w których przemiany rewolucyjne ugruntowały się na trwałe"*.
    Inny grzesznik, niegdyś członek proreżimowego Chrześcijańskiego Stowarzyszenia Społecznego (w 1989 r. zmieniło nazwę na Unię Chrześcijańsko-Społeczną), ksiądz prof. Czesław Bartnik, błądził swego czasu mocno, tak m.in. dając dowody swej fascynacji socjalizmem chowu moskiewskiego: "W Polsce w tym czasie powstał dogodny grunt pod idee socjalizmu, które niejako wisiały w powietrzu. Robotnicy, chłopi, inteligencja, część arystokracji - wszyscy poczuli się jednakowo synami tej samej ojczyzny"*. Teraz jest jednym ze znamienitych ideologów, drukowanych w "Naszym Dzienniku" i zabierających głos w Radiu.
    Na uroczystości 14-lecia Radia dali się zauważyć m.in. tacy zatwardziali do niedawna grzesznicy jak Andrzej Lepper, jeszcze sprzed kilku miesięcy wysoce efektywny współpracownik Sojusz Lewicy Demokratycznej, czyli przemalowanej Polskiej Zjednoczonej partii Robotniczej, do które sam zresztą należał w czasie PRL właściwej, oraz syn dygnitarza PZPR Edwarda Gierka, Adam. Do Torunia peregrynują inni, mniejszego płazu grzesznicy, którym media mainstreamowe nie poświęcają już uwagi, ale ich wypowiedzi są od czasu do czasu słyszalne np. na falach Radia Maryja. Sam fakt, że choćby środowiska post-PZPR-owskie czy bandyckiego wymiaru służb specjalnych PRL muszą się liczyć z opiniami formułowanymi w Rembertowie i Toruniu jest początkiem drogi i szansą nawrócenia się, podarowaną przez pełnego optymizmu redemptorystycznego zakonnika.

    Ojcu Dyrektorowi udało się przełamać na znaczną skalę dyktat medialny saloników warszawersko-krakówkowskich, dotąd niemal niepodzielnie wyznaczający mody polityczno-społeczne w "polskim regionie UE". To ewenement na nieznaną w historii post(?)komunistycznych krajów skalę. Odgłosy pojękiwań i porykiwań dochodzące z lewoskrętnych redakcji współczesnej Polski są melodią przyjemną dla uszu dotychczas jednotorowo indoktrynowanych dziesiątków milionów Polaków. Echa wycia lewicowych żurnalistów z zachodniej Europy, spowodowane przez istnienie niezależnych od ponadnarodowych koncernów prasowo-radiowo-telewizyjnych, docierające do Polski, mają jeszcze wyższą nutę i stanowią niekłamaną satysfakcję dla sympatyków prawicy polskiej, we wszystkich jej odmianach. Bez zbytniej przesady można więc stwierdzić, że staraniem toruńskiego zakonnika buduje się spora część społeczeństwa obywatelskiego nowoczesnej Polski. Nie - "otwartego", ale właśnie - obywatelskiego. I za to w przyszłości podziękują mu także kolejne roczniki inżynierów dusz, tych z lewej i tych z prawej strony teatru politycznego Rzeczypospolitej Obywateli...

    Wiwat, Ojcze prym(u)sie Dyrektorze! I tak trzymać! Hallelujah... i do przodu!

    Krzysztof Pawlak
    Bywszyj służaszczij "ND"

    * Wszystkie cytaty za "Gazetą Polską" z 1.03.2005 r., art. "Kim są najwierniejsi pretorianie ojca Rydzyka?" red.red. Elizy Michalik, Piotra Lisiewicza.


    Należy umożliwić tym, którzy naprawę brali udział, zmieniali Historię, by oni tę Historię naprawdę teraz napisali... - II część wywiadu z Józefem Dajczgewandem, "komandosem"-emigrantem roku 1968, okresu PZPR-owskich walk frakcyjnych i początków "opozycji koncesjonowanej" Kuronia i Michnika Wysłane czwartek, 8, grudnia 2005 przez Krzysztof Pawlak

    | Pobierz |







    Należy umożliwić tym, którzy naprawę brali udział, zmieniali Historię, by oni tę Historię naprawdę teraz napisali... - II część wywiadu z Józefem Dajczgewandem, "komandosem"-emigrantem roku 1968, okresu PZPR-owskich walk frakcyjnych i początków "opozycji koncesjonowanej" Kuronia i Michnika Wysłane czwartek, 8, grudnia 2005 przez Krzysztof Pawlak

    "Dokonała się jakaś konwergencja między opozycją a władzą" - zauważa Józef Dajczgewand, Gość TV ASME w ramach cyklu Świadkowie Historii Prawdziwej w II części nagrania. "Nie - opozycji! Tylko między częścią opozycji, która frondowała w ramach komunizmu" - oponuje prowadzący wywiad red. Antoni Zambrowski. "Kiedy Karol Modzelewski idzie pracować do sztabu wyborczego tow. Cimoszewicza, to to właściwie pokazuje, że ta cała jego wojna z komunizmem to była wojna wewnątrz komunizmu i dotyczy to i Kuronia, i Michnika, i całego środowiska, które założyło teraz partię "demokratów' razem z towarzyszami partyjnymi" - stwierdza Antoni Zambrowski.
    "Władza korumpuje, władza absolutna korumpuje w sposób absolutny - mówię to za liberałami. Jak ludzie dostają władzę, coś się z nimi dzieje, tracą poczucie realizmu, zaczynają działać jak narkomani, myślą, że znaczą coś więcej, politycy zaczynają zachowywać się jak aktorzy na scenie. Są tak naprawdę niewolnikami władzy" - przypomina znane oczywistości Józef Dajczgewand. "Adam ma trudność, by się samemu ocenić. Szuka dlatego potwierdzenia z zewnątrz swojej pozycji. Po tej liczbie medali, które dostał, osób, które zna, wielkich ludzi, czuje, że jest też wielką osobą. Ja do Adama mam stosunek ludzki, chociaż krytyczny oczywiście. Ja go znam od dawna, z czasów np. siedzenia w celi - jest tak jak to było już wcześniej: był młody i stary Marks: jest młody i stary Michnik. Mimo różnic poglądów, mam empatię dla niego. Ale to co się stało później, to jest przerażające: rozkład, rozpad osobowości, utrata samego siebie. Nie wiem, czy on do tego, co było kiedyś, wróci. On teraz nie chce mnie znać, to jego sprawa, teraz nie jest moim przyjacielem. Ostatnio zaczął mówić, jak to kiedyś było, zaczął opisywać jak to było na Rakowieckiej, opisy celi.... Zaczął być człowiekiem. Chciał być tym sztandarem, jak to niektórzy twierdzą, być symbolem, ale to już nie jest możliwe, jest IV Rzeczpospolita, to jest zupełnie coś innego" - mówi Józef Dajczgewand.
    "Ja z nim jechałem jedną »suką« przez pół Polski, to bardzo łączy, a potem taki człowiek kopie dołki pode mną, zresztą nie tylko pode mną.. Oni po prostu walczyli z wszelkiego rodzaju opozycją, każdy, kto mówił coś innego niż oni sobie ustalili - był ich przeciwnikiem, im się to nie mieściło w głowie" - zauważa Antoni Zambrowski.
    "To przypomina Iran, oni rzucają fatwę. Jak Michnik pisze o Wielkim Lustratorze, to chyba podświadomie mówi o sobie, choć mówi cytatami. To jest projekcja na zewnątrz. By nie dopuścić do siebie tych traumatycznych przeżyć związanych z korumpowaniem się układu przez władze, kiedy przychodzą wielkie pieniądze - przychodzi moment, że trzeba nauczyć się od przeciwników metody rozbijania opozycji. Jedną z takich pierwszych osób, na które została nałożona fatwa, była Irena Lasota, bo należała do naszej grupy. Kryterium nałożenia fatwy jest umiejętność myślenia samodzielnego..." - opisuje zdarzenia z kręgu michnikowskiego Dajczgewand.
    "Nie wiem, na kogo stawiała Rosja, czy stawiała na Michnika. Oni przegrali wybory. Pamiętam, pracowałem wtedy w »Tygodniku Solidarność«, jak na spotkaniu z Michnikiem, zostałem jak zwykle przez niego po chamsku potraktowany, aż prowadząca dziennikarka, pani Ewa Michalska była przerażona, ale ja byłem przyzwyczajony do Michnikowego chamstwa, ale wtedy obecny na spotkaniu Jarosław Kaczyński, znając go oczywiście doskonale, pokazywał innym: »O widzicie Państwo, to jest ich pluralizm, kiedy on mówi - nie dopuszcza innych do głosu...!«" - wspomina Antoni Zambrowski.

    "Król jest nagi, i zawsze był nagi, trzeba zamiast brać gotowe recepty - zacząć myśleć, spróbować znaleźć wyjście z tych układów, by umożliwić tym, którzy naprawę brali udział, zmieniali Historię, by oni tę Historię naprawdę teraz napisali..." - podsumowuje Józef Dajczgewand.

    To tylko wyjątki z nagrania wywiadu z Józefem Dajczgewandem, o innych osobach, np. Henryku Szlajferze, Bernardzie Margeritcie, współpracownikach Służby Bezpieczeństwa i horrorze przeżywanym przez środowisko "demokratów", problemie moralnym "kultury ethosu", synonimie kłamstwa, nietolerancji, czyli "Gazecie Wyborczej" - można zapoznać się w nagraniu TV ASME.

    Nagranie trwa prawie 30 minut i jest dostępne w Sieci do 22 XII 2005 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




    Komentarz (0)