grudnia 17, 2005 - grudnia 30, 2005

Kto komu finansuje ludyczne zabawy noworoczne - Warszawa i Kraków Wysłane piątek, 30, grudnia 2005 przez Krzysztof Pawlak

Jak donosi dzisiejszy dodatek warszawski do gazety "Rzeczpospolita" - stołeczny ratusz nie wyda ani złotówki na organizację ludycznej imprezy dla plenerowych zabawowiczów z okazji Sylwestra:
"Lublin znalazł sponsorów zorganizowania sylwestra. Kraków zadba o dobrą zabawę mieszkańców, nie wydając ani złotówki. Tylko warszawiacy nie będą się bawić na miejskiej imprezie.
Od początku sylwestrowego zamieszania miasto tłumaczyło, że nie organizuje zabawy ze względów bezpieczeństwa - do tej pory nie złapano bowiem bombiarza odpowiedzialnego za podłożenie trzynastu atrap bomb w stolicy 20 października. (...)
Natomiast w Krakowie za koncert i pokaz sztucznych ogni miasto... nie zapłaci ani złotówki. Ponad 400 tys. zł otrzymało od różnych sponsorów. (...)".

Znane skąpstwo tzw. centusiów i tym razem okazało się być dobrym rozwiązaniem dla ichniejszego ratusza, choć należy powątpiewać w opisywany brak zaangażowania podkomendnych rajców grodu Kraka, choćby z racji obowiązkowego dokonania "zabezpieczenia terenu" przez Straż Miejską przekazanego terminowo na potrzeby uczestników zabawy, a także - o czym poniżej - specjalnej organizacji dowozu i rozwozu uczestników imprezy. Czy jest to niewykorzystany przez stołecznych biurokratów pomysł na "bezpodatkową" organizację jubla dla nielicznych chętnych pozostających w murach Warszawy - jeśli powątpiewać także w podane wyżej uzasadnienie odwołania do tej pory cyklicznie jednak odbywającej się stołecznej imprezy noworocznej? W jej trakcie - to prawda - pasły się dotychczas przenajróżniejsze osobistości z kręgów "znajomych i krewnych Królika", zatrudniane do "prac" organizatorskich przy tych zazwyczaj żenującego poziomu spędach okolicznościowych. Spotykający się zabawowicze raczeni bywali zazwyczaj odpadami klezmerskiego autoramentu "sztuki scenicznej", tudzież występami "rozrywkowców" klasy Zet, zaludniającymi sceny wynajęte za słone stawki od zaprzyjaźnionych ze "Stołeczną Estradą" firm.
Publika, składająca się w wysokim stopni z ulululanej już wcześniej środkami wyskokowymi młodzieży, i tak przyjmowała wszystko "jak leci", traktując ten dar jako wyraz hołdu dbających o notowania dla swych pryncypałów urzędników miejskich dla najniższego, a przez to też najbardziej powszechnego rodzaju rozrywki.
Nie inaczej było, jest i będzie w pozostałych aglomeracjach i tylko opanowaniu żurnalistów, chcących w przyszłości mieć "dojścia" do wyznań biurokratów magistrackich przypisywać należy wstrzemięźliwość, z jaką w dniach następnych po Nowym Roku opisywane są pozostałości po tłumach balowiczów, zanieczyszczające (dosłownie!) place.
Warszawiacy - jak kto umie i jak kogo stać - bawią się z tej okazji na balach w wynajętych lokalach, domowych prywatkach i lokalnych imprezach - miejmy nadzieję (poza socjalistycznym, oczywiście nadal i jeszcze dłuuugo, dłuuugo poza-warszawskim Bemowem, gdzie prowincjonalni biurokraci usiłują nadal schlebiać gustom tłuszczy - za jej własne, przedtem odebrane w podatkach pieniądze) - nie "sponsorowanych" w żadnym groszu nawet przez "zachęcanych" nawet do tego w domyśle lokalnych przedsiębiorców, którzy prowadzą z rozlicznymi czynownikami "kontrakty", jak to jest w Centusiowie, gdzie imprezę noworoczną sponsorują odbiorcy ciepła (Elektrociepłowni Kraków S.A.) klienci MPK SA oraz korzystający (tu duża i zapewne dobrowolna na szczęście rola turystów!) z lotniska im. Jana Pawła II klienci linii Sky Europe czy hoteli tego znakomitego centrum "kultury kazimierzowskiej"...

Warszawiacy chcą bawić się noworocznie - za własne pieniądze, tak jak nie chcą być zmuszanymi do finansowania w jakikolwiek sposób imprez schlebiających nieakceptowanym przez nich rodzajom ludycznej rozrywki. Tylko czy aby taka zasada przyświecała naszym radnym i urzędnikom Ratusza, gdy wydawali swą skądinąd słuszną decyzję?

(mokotowiak)


Komentarz (2)

Detronizacja "Mr Walizy", czyli oczekiwanie następnego procesu wytoczonego przez współpracownika SB w latach 70. ub. wieku Lecha Wałęsę Telewizji Polskiej SA oraz IPN-owi Wysłane piątek, 30, grudnia 2005 przez Krzysztof Pawlak

Dla niewielu obserwatorów życia politycznego to co wydarzyło się na dniach, mogło być zaskoczeniem. Jest jednak znamienne, że nastąpiło to w niemal moment po zaprzysiężeniu Lecha Kaczyńskiego na stanowisku Prezydenta RP.

Wczoraj, tj. 29 grudnia TVP "publiczna", zapewne we własnym mniemaniu jako realizacja osławionej "misji" nadawcy publicznego, wyemitowała drugą część filmu dokumentalnego "Bezpieka - pretorianie komunizmu". Filmu dość łagodnie traktującego w swej wymowie bandytów i zbrodniarzy PRL-owskich, jakimi byli członkowie tej - w niedalekiej już przyszłości zapewne tak prawnie zdefiniowanej - organizacji komunistycznego terroru państwowego. Szeroko nagłaśniany w mediach dokument miał w spektakularny sposób przybliżyć współczesnym troglodytom młodzieżowym istotę czasów działania bandy tow.tow. Różańskiego, Bermana, Brystygierowej, Fejgina, Humera, Gomułki, Moczara, Szlachcica innych, pomniejszych pomocników oraz ich następców - funkcjonariuszów Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, Wojskowej Służby Wewnętrznej czy ich rozkazodawców z Ministerstwa Obrony Narodowej (tow. tzw. generał "LWP" Jaruzelski W.). Forma prezentacji przeprowadzonych wywiadów z funkcjonariuszami Instytutu Pamięci Narodowej czy oryginalnych dokumentów wytworzonych przez obie wersje bezpieki komunistycznej (także filmowych) była na wskroś nowoczesna i pewnie według wyk_rz_tałconych w myśl nowoczesnych programów nauczania reżyserów-dokumentalistów - tylko taka może w dzisiejszych czasach spowodować zainteresowania widza epoki "obrazkowej", jednak już trzydziestoletnim widzom nieprzystawalność formy do treści, jej nazbyt dosadna dosłowność określana przez samych twórców właśnie jako "nowoczesność i dynamizm", pozostawia pewien absmak. Ale o gustach...
Jednak nie ważkość tematu - jak można się było przekonać, wcale nie odkrywczo przedstawionego, wręcz można pokusić się o ocenę na poziomie zaledwie dostatecznym - spowodowała medialny harmider wokół daty i godziny emisji tego zleconego do produkcji przez TVP dokumentu. Prawdziwym powodem było zaledwie jedno zdanie, wygłoszone przez dr. Sławomira Cenckiewicza z gdańskiego IPN w jednym z zawartych z nim w filmie z wywiadów. Podczas relacjonowania historii pierwszej "Solidarności" początku lat 80. bez zmieniania tempa wypowiedzi gładko wyrzucił z siebie passus "z czasów współpracy Lecha Wałęsy ze Służbą Bezpieczeństwa w latach 70.".
NIE - "domniemanej współpracy" czy "zarzucanej współpracy" albo coś podobnego w tonie, omijającego istotę rzeczy. Sprawa nazwana została wprost - WSPÓŁPRACY byłego I Przewodniczącego NSZZ "Solidarność" - wcześniejszej niż powstanie tego ruchu społecznego sprzeciwu wymierzonego w samą istotę systemu totalitaryzmu, w wydaniu komunistycznym okupującego Polskę wtedy już od 30 lat.
Zadałem wtedy mojej szkolącej się jeszcze w podstawowym wymiarze edukacyjnym córce, która nie oglądała żadnej z części "Bezpieki..." proste pytanie: "Czy gdybyś się dowiedziała, że podczas okupacji II wojny światowej tacy np. Niemcy usadzili swojego kolaboranta jako »bohatera narodowego«, mającego jednoczyć wszystkie siły podziemnej walki pod swoim kierownictwem, dalej byś w niego wierzyła?".

Grymas obrzydzenia był odpowiedzią.

Czekamy teraz na proces Przewodniczącego wytoczony dr. Sławomirowi Cenckiewiczowi, wydawcy w strukturze TVP, samej TVP, reżyserowi filmu Bogdanowi Łoszewskiemu oraz oczywiście - Instytutowi Pamięci Narodowej...

Czekamy...

Krzysztof Pawlak


Komentarz (4)

Rosyjska prokuratura nie stwierdziła uchybień sił specjalnych podczas akcji w Biesłanie, a fascynatka radzieckim życiem towarzyskim, aktorka Barbara Brylska dobrze się rozumie z posłem do Dumy Żyrinowskim - Antoni Zambrowski o "normalnym" życiu w Rosji Wysłane czwartek, 29, grudnia 2005 przez Krzysztof Pawlak

"Zakończyło się dochodzenie prokuratorskie dotyczące ewentualne uchybień, które mogłoby być popełnione przez władze przy okazji oswobadzania szkoły w Biesłanie. Oczywiście - nic takiego nie wykazało, a wynika to z faktu, że w Rosji, podobnie jak to było w ZSRS i innych podbitych przez niego państwach tzw. demokracji ludowej - prokuratura jest podporządkowana służbom specjalnym i w związku z tym nie śmiała by żadnych uchybień wytykać. Oczywiście prokurator Mikołaj Szepiel nie jest frajerem, uchybień się nie dopatrzył" - Antoni Zambrowski komentuje wydarzenia w Rosji z minionych tygodni.

Podobnie było przy sprawie ataku terrorystycznego w Teatrze na Dubrowce. W dodatku i tam, i tu nie było pewne, czy ci terroryści to są "uczciwi terroryści", czy może - uformowani przez rosyjskie służby specjalne ich agenci pozorujący terrorystów. Takimi bowiem metodami posługiwali się NKWD-owcy w czasie wojny domowej w Rosji i podległe im służby w państwach Układu Warszawskiego w ramach walki z podziemiem antykomunistycznym. Opisu takich wydarzeń dostarczył znany niegdyś pisarz Roman Bratny, AK-owiec współpracujący z kolaboracyjnymi władzami okupacyjnymi PRL. Książki Antoni Zambrowski nie czytał, ale według scenariusza pisarza został nakręcony film "Zerwany most". Film otrzymał nawet nagrodę "marszałka" LWP Spychalskiego z czasów, kiedy go jeszcze tow. Moczar nie wygryzł ze stanowiska. O takiej możliwości "pozoracyjnej" wspomina reportażystka Kurczab-Redlichowa, zauważając, że wszyscy niemal "terroryści" w Teatrze na Dubrowce wcześniej byli aresztowani przez FSB...

Przy sposobności Antoni Zambrowski opowiada o programie obejrzanym w II programie w moskiewskiej telewizji RTR "Cziasnoje żizn", czyli "Życie prywatne", do którego kolejnego odcinka zaproszono znakomitą i niezwykle popularną w Rosji aktorkę z Polski Barbarę Brylską. Ten odcinek był poświęcony sposobowi obchodzenia Nowego Roku w rosyjskiej łaźni. Pani Brylska kiedyś występowała w radzieckim utworze filmowym poświęconym radzieckim zwyczajom noworocznym. Teraz zapytana, jak się ogólnie wiedzie w Polsce - odpowiedziała, że coraz gorzej, ale jest w sumie prywatnie optymistką, bo syn jej rośnie...
"Do programu został też doproszony Władimir Wolfowicz Żyrinowski, któremu swego czasu zapowiedziałem, że jeżeli się pojawi W Polsce, to dostanie w szczękę i parę kopów z tyłu poniżej pleców, niestety - nie mogłem wypełnić swojego zobowiązania i pojechać z kolegami, gdyż jak się zjawił przy okazji kręcenia kolejnego odcinka jakiegoś rosyjskiego »reality show«, to nasze media podały tę informację już po fakcie. W każdym razie pani Barbara została potem obcałowana przez Żyrinowskiego po rekach i swój - można powiedzieć - przyszedł do swego.
Warto jednak skonfrontować postawę pani Brylskiej z postawą pani Anny Walentynowiczowej, która przy okazji kręcenia filmu przez niemieckiego reżysera Volkera Schlöndorffa o niej w Gdańsku, gdzie Polacy mieli być przedstawieni jako w dużej części - pijacy i nieroby, wycofała swoje nazwisko ze scenariusza i w ogóle z produkcji. Pani Brylska na tyle oderwała się od życia w Polsce, że zapytana na czym polega polski sposób obchodzenia Sylwestra - odpowiedziała... że głównie na piciu alkoholu...".

Przepraszamy za nie najlepszą jakość początku nagrania wynikłą z przyczyny technicznej.

Nagranie trwa prawie 16 minut i jest dostępne w Sieci do 12 I 2006 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




Komentarz (0)

Rosyjska prokuratura nie stwierdziła uchybień sił specjalnych podczas akcji w Biesłanie, a fascynatka radzieckim życiem towarzyskim, aktorka Barbara Brylska dobrze się rozumie z posłem do Dumy Żyrinowskim - Antoni Zambrowski o "normalnym" życiu w Rosji Wysłane czwartek, 29, grudnia 2005 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |







BOLESŁAWA TEJKOWSKIEGO ZMARNOWANE ŻYCIE - Antoni Zambrowski Wysłane wtorek, 27, grudnia 2005 przez Krzysztof Pawlak

Warszawski dodatek do "Gazety Wyborczej" "Stołeczna" zamieściła 17 listopada notatkę o sprawie sądowej Bolesława Tejkowskiego, który domaga się od państwa 467 tys. zł odszkodowania, ponieważ - jak podaje "Gazeta" - od 1977 roku nie ma stałej pracy i ma problemy z uzyskaniem emerytury. "Uważa, - kontynuuje autor notatki, red. Mariusz Jałoszewski, - że źle wiodło mu się w życiu, bo krytykował PRL" (Dodajmy, że krytyka PRL była sankcjonowana przez jej władze, gdyż Bolesław Tejkowski jedynie udawał opozycjonistę, będąc de facto agentem SB). "Jego zdaniem, szykany nie skończyły się też po 1989 r." - kontynuuje red. M. Jałoszewski i cytuje B. Tejkowskiego: "Znalazłem się w opozycji do nowej władzy. Na wyścigi zaczęli wyprzedawać majątek państwowy i ja to krytykowałem. Byłem też przeciwny wejściu Polski do UE i NATO - przekonywał wczoraj warszawski sąd okręgowy".

Bolesław Tejkowski jest w III RP przywódcą kanapowej organizacji Polskie Stronnictwo Narodowe - Polska Wspólnota Narodowa. Mam podstawy sądzić, że w ten sposób kontynuował swe prace dla służb specjalnych PRL, zadomowionych w służbach specjalnych III RP, czyli PRL-bis. Wystarczy porównać jego bezkarność z smutnym losem Kazimierza Świtonia - w PRL założyciela Wolnych Związków Zawodowych na Górnym Śląsku, w III RP - obrońcy papieskiego krzyża na Żwirowisku koło dawnego obozu koncentracyjnego Auschwitz w Oświęcimiu. Temu nie wiodło się tak dobrze w III RP jak Bolesławowi Tejkowskiemu. Zaliczył i więzienie, aby tylko nie miał możliwości kontaktu z ojcem świętym Janem Pawłem II podczas Jego pielgrzymki do ojczyzny, i bicie - gdy bronił na Żwirowisku krzyża papieskiego przed zwolennikami poprawności politycznej. Bolesławowi Tejkowskiemu, otwarcie głoszącemu antysemickie hasła, cała jego działalność uchodziła na sucho. I to mimo skandalicznych akcji, przynoszących mu światowy rozgłos i służących kompromitowaniu nowej Polski. A jacyś sekretni protektorzy zapewniali mu i bezkarność, i pieniądze na jego działalność polityczną wśród skinów.
"Gazeta Wyborcza" nie chce dostrzegać służebnej wobec służb specjalnych roli Bolesława Tejkowskiego, więc red. Mariusz Jałoszewski opisuje go jako autentycznego działacza politycznego, tyle że wrogiego środowisku "GW". Toteż pisze: "Jak pisaliśmy w »Gazecie«, w 1956 r. był radykalnym marksistowskim działaczem »lewicy październikowej«, a w latach 60. zbliżył się do »narodowej« frakcji w PZPR. Jako świadek oskarżenia zeznawał przeciw byłym towarzyszom w procesach wytoczonych po Marcu 1968. W latach 70. zmienił imię Bernard na bardziej »słowiańsko« brzmiące Bolesław. Popierał ideę sojuszu Słowiańszczyzny pod egidą Rosji. Na początku lat 90. bojówki skinów związane z jego partią napadały m.in. na niemieckich turystów". Mariusz Jałoszewski jest zapewne młodym dziennikarzem i mało wie o przedmiocie, który omawia. Po październikowym przełomie 1956 roku Bernard Tejkowski jako przedstawiciel "rewolucyjnych środowisk studenckich" został wybrany na sekretarza Komitetu Wojewódzkiego PZPR obok Bolesława Drobnera oraz historyka Marka Waldenberga. Wówczas neostalinowscy antysemici z tzw. grupy natolińskiej wymieniali te nazwiska jednym tchem jako "Drobner, Tejkower i Waldenberg". Długo nie porządzili w Krakowie, gdyż tow. Wiesław ich nie zatwierdził, lecz mimo to w styczniowych wyborach do Sejmu w 1957 r. Bernard Tejkowski startował jako kandydat na posła z ramienia PZPR, tyle że z miejsca niemandatowego. Dlatego przepadł po wezwaniu tow. Wiesława do głosowania bez skreśleń (Natomiast Bolesław Drobner, umieszczony na miejscu mandatowym listy kandydatów, został wybrany do Sejmu). Za udział w protestach studenckich po zamknięciu przez nowe władze młodzieżowego tygodnika "Po prostu" Bernard Tejkowski został usunięty z PZPR. Na szczęście uchodzący za "puławianina" tow. Mateusz Ochs z KC PZPR załatwił mu w Warszawie garsonierę na Hożej, zaś doc. Zygmunt Bauman został promotorem jego pracy magisterskiej z socjologii (W Krakowie Bernard Tejkowski ukończył studia na Politechnice, ale nie chciał pracować w zawodzie jako inżynier). Z Uniwersytetu Warszawskiego został usunięty za współpracę z Jackiem Kuroniem i Karolem Modzelewskim przy dyskutowaniu tez ich "Manifestu Rewolucyjnego", wyprzedzającego "List Otwarty do PZPR". Po ich uwięzieniu demonstrował z nimi solidarność i zbierał wraz z nami pieniądze na pomoc dla ich rodzin. Wtedy naraził się kolegom, przyjmując od Gajki Kuroniowej część przekazywanych jej pieniędzy, co środowisko "komandosów" określiło zbyt pochopnie jako defraudację. Podczas obchodów Millenium chrześcijaństwa w Polsce - wbrew stanowisku "komandosów" z Adamem Michnikiem na czele, propagujących neutralność w sporze pomiędzy "czarnymi" a "czerwonymi" - wraz z kolegami z kółka "bogoojczyźnianego" brał udział w akcjach solidarności z Episkopatem, m.in. w manifestacji młodzieży katolickiej na Miodowej i Krakowskim Przedmieściu w Warszawie 26 czerwca 1966 r. W imieniu naszego środowiska złożył wizytę księdzu Prymasowi Stefanowi Wyszyńskiemu w Warszawie oraz kardynałowi Karolowi Wojtyle w Krakowie, co później podczas procesów marcowych uznał otwarcie za błąd. W trakcie antysemickiej kampanii, kierowanej przez gen. Mieczysława Moczara (Nikołaja Tichonowicza Diomkę) oraz gen. Wojciecha Jaruzelskiego, poparł "narodowo-radykalną" frakcję PZPR, ale przez jednego z członków swej grupy - Leszka Kozyrę został oskarżony o to, iż jest kryptosyjonistą ukrywającym przed kolegami swe żydowskie pochodzenie. W roku 1969 zeznawał jako świadek oskarżenia na procesach marcowych, m.in. przeciwko Jackowi Kuroniowie i Karolowi Modzelewskiemu. Na jego zeznaniach i zeznaniach ustawionych przez niego kolegów z Instytutu Organizacji Przemysłu Maszynowego oparte było oskarżenie mnie z art. 28. mkk o szkalowaniu narodu polskiego przez rzekome ułożenie przeze mnie wiersza "o Polaku głupim przed szkodą i po szkodzie", którego prawdziwym autorem był Jan Kochanowski z Czarnolasu. Skazano mnie za to na dwa lata więzienia. Wtedy zdemaskował się jako agent SB. W latach 70. pod wpływem lansowanych w ZSRR poglądów rosyjskich nacjonalistów, tzw. rusitów, usadowionych w KGB i Komsomole, zwalczających wiarę chrześcijańską i przeciwstawiających jej dawne pogańskie tradycje pogańskie, zmienił swe imię z Bernard na Bolesław (Swe kontakty z czerwono-brunatnymi nacjonalistami rosyjskimi utrzymywał nadal jako wódz PSN-PWN, zapraszany przez nich do Moskwy już po upadku ZSRR). W czasie stanu wojennego trafił na jakiś czas do obozu internowania w więzieniu w Białołęce, by stworzyć mu opinię osoby represjonowanej przez reżym komunistyczny. Zawdzięczam temu przedwczesne uwolnienie z internowania, gdyż SB zależało, abym nie opowiadał internowanym, jakim gagatkiem w rzeczywistości jest Bolesław Tejkowski.
Jest rzeczą zrozumiałą, że przez długie lat B. Tejkowski i jego partia byli finansowani z zasobów finansowych polskich, a może i rosyjskich służb specjalnych. Jego desperacka próba uzyskania odszkodowania od państwa wynika prawdopodobnie ze zmiany sytuacji politycznej w Polsce po ostatnich wyborach, która wyklucza dalsze finansowanie z tych zasobów.
Teraz Bolesław Tejkowski będzie klepał biedę, podobnie jak tysiące dawnych działaczy opozycji niepodległościowej i podziemnej "Solidarności", o których zapomniały elity PRL-bis. W odróżnieniu od niego, my jednak nie musimy stroić się w piórka ofiar PRL, gdyż jesteśmy autentyczni. B. Tejkowski może wszelako żywić nadzieję, że pomoże mu ktoś z majętnych do dziś właścicieli Polski Ludowej, na co - my liczyć rzecz jasna nie możemy.

Antoni Zambrowski

Publicystyka Antoniego Zambrowskiego na ASME


Kolejna ankieta ASME - Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej Lech Kaczyński Wysłane wtorek, 27, grudnia 2005 przez Krzysztof Pawlak

Zakończyliśmy kolejną ankietę ASME wskazującą na preferencje naszych PT Odbiorców co do hierarchii wyjaśniania (i karania) tzw. ciemnych stron PRL i obecnej PRL-bis (choć już pod panowaniem Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego, którego zwolennicy i sympatycy woleliby określać stan państwowości od początku objęcia przez Niego tego stanowiska jako IV RP).

Jak się okazało - zdecydowana większość naszych respondentów wolałaby w pierwszej kolejności dokonania rozliczenia "wewnątrz-solidarnościowego", czyli wyjaśnienia sposobu transferu tzw. pieniędzy solidarnościowych na rzecz powstałego u początku lat 90. koncernu medialnego AGORA SA, którymi ówcześnie zarządzał tandem "autorytetarny" tow.tow. Michnik - Kuroń: na ten punkt głosowało ponad 43% ankietowanych.
Drugim w kolejności postulatem zobrazowania przez sejmowe komisje śledcze był punkt dotyczący afery FOZZ, czyli machinacji dokonywanych przez SS PRL przy wykupie przez Fundusz Obsługi Zadłużenia Zagranicznego długów zaciągniętych na Zachodzie przez komunistycznych kolaborantów sowieckich okupantów Polski - ponad 14% głosów.
Trzecim punktem zainteresowania postulowany przez ankietowanych była sprawa prywatyzacji największych przedsiębiorstw "państwowych", czyli m.in. głównych "budów socjalizmu" lub firm, które miały znaczący potencjał rynkowy w momencie dokonywania zmian własnościowych - w większości przekazywanych podmiotom zagranicznym przy zagwarantowanym w umowach udziale nomenklatury PZPR-owskiej.

Poniższa grafika oddaje wyniki całej minionej ankiety ASME:



Zapraszamy Państwa do wzięcia udziału w następnej ankiecie naszej witryny ASME, dotyczącej wybiegającej daleko w przyszłość prognozy stanu naszego państwa, zwanego też przez eurofederastów "polskim regionem UE". Specjalnie umieszczamy ją w doniosłym momencie początku sprawowania rządów prezydenckich przez Lecha Kaczyńskiego po to, by przy końcu kadencji sprawowania przez obecnego Prezydenta RP, pierwszego najwyższego urzędnika pochodzącego spoza doboru tzw opozycji koncesjonowanej, dokonanego przez tow. tzw. generała Milicji Obywatelskiej (przedtem agenta wojskowych SS PRL - WSI) Czesława Kiszczaka (obecnie na etacie nieprawomocnie zatwierdzonego kryminalisty komunistycznego), móc dokonać ponownego, a zarazem i takiego samego podsumowania etapu odzyskiwania Rzeczypospolitej przez jej obywateli.

A więc - czy chcieliby Państwo drugiej kadencji prezydentury Lecha Kaczyńskiego?

Ankieta jest dostępna na stronie głównej ASME - Antysocjalistycznego Mazowsza...

Komentarz (2)

Dwie sroki za ogon - Janusz Baczyński Wysłane piątek, 23, grudnia 2005 przez Janusz Baczyński


     Jednym z negatywnywnych zjawisk, jakie występują w spółkach jest, że zarządy (zainteresowane wzrostem spółki - co generalnie im się chwali) inwestują w coraz to nowych rodzajach działalności i powstają spółki-molochy, które słabo reagują na zmienne z natury zapotrzebowania klientów i które stają się konglomeratami starającymi się robić wszystko dobrze - przez co nie robią dobrze nic. W efekcie takie spółki są mniej zyskowne od małych, wyspecjalizowanych firm. Dlatego właściciele spółek powinni zawsze z dużą rezerwą podchodzić do planów rozszerzania rodzajów działalności spółki. Jeśli np. drugi rodzaj działalności wygląda ciekawie, to właściciele zyski ze spółki specjalizującej się w jednej działalności powinni inwestować w innej spółce specjalizującej się tej drugiej działalności.

Puls Biznesu podał:

"Lotos SA na razie nie planuje zakupu stacji benzynowych za granicą, ale nie wyklucza, że w przyszłości może do tego dojść, jeśli firma nadal będzie się rozwijać w szybkim tempie, wynika ze słów Wojciecha Kowalczyka, członka zarządu GL i dyrektora ds. handlu".

Produkcja paliw jest działalnością zasadniczo różną od handlowania paliwem i ja - gdybym był akcjonariuszem - cieszył bym się, jak bym wiedział, że zarząd Lotosu intensywnie poszukuje możliwości korzystnego SPRZEDANIA stacji benzynowych, które posiada, a byłbym zaniepokojony tą informacją, że zarząd snuje plany mocniejszego trzymania drugiej sroki za ogon.

Janusz Baczyński


Komentarz (0)

Ciemne sprawy wywiadu PRL-owskiego, afera "Bergu", sprawa tzw. V Komendy zrzeszenia Wolność i Niezawisłość - komunistycznej prowokacji wymierzonej w środowiska podziemia niepodległościowego w Kraju oraz ośrodki emigracji polskiej - kolejny wywiad ze Stanisławem Gabrielem Cichockim, synem wysokich funkcjonariuszów komunistycznych władz KPP przedwojennej oraz okupowanej przez Sowietów Polski Wysłane piątek, 23, grudnia 2005 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |







Ciemne sprawy wywiadu PRL-owskiego, afera "Bergu", sprawa tzw. V Komendy zrzeszenia Wolność i Niezawisłość - komunistycznej prowokacji wymierzonej w środowiska podziemia niepodległościowego w Kraju oraz ośrodki emigracji polskiej - kolejny wywiad ze Stanisławem Gabrielem Cichockim, synem wysokich funkcjonariuszów komunistycznych władz KPP przedwojennej oraz okupowanej przez Sowietów Polski Wysłane piątek, 23, grudnia 2005 przez Krzysztof Pawlak

"Sprawa tzw. V Komendy WiN, afera »Bergu«, czyli wykorzystania pieniędzy łożonych przez CIA na działalność demokratyczną w państwach okupowanych przez ZSRS w celu finansowania ugrupowań komunistycznych na Zachodzie - Gość cyklu TV ASME "Świadkowie Historii Prawdziwej" Stanisław Gabriel Cichocki jest podejmowany w wywiadzie TV ASME przez redaktora Antoniego Zambrowskiego.

Stanisław Gabriel Cichocki: "Ja w tę sprawę niejako »wdepnąłem«. Byłem wtedy młodym chłopcem i nie miałem Moja matka pracowała w specjalnej komisji przy Biurze Politycznym [PZPR - przyp TV ASME], która zajmowała się sprawami kontroli wywiadu i Urzędu Bezpieczeństwa ze strony Partii - prowadziła różne akcje, ale przede mną ukrywała wszelkie sprawy, które uważała za tajne.
Pewnego dnia zachorowałem na grypę. Leżąc w gorączce w mieszkaniu przy ulicy Kopernika 6, usłyszałem dziwny dzwonek do drzwi. Po chwili ktoś wszedł do mieszkania i zaczął się w nim krzątać. Po kolejnej chwili rozległ się znowu ten dziwny dzwonek, ta osoba otwiera drzwi i dwaj mężczyźni zaczęli rozmawiać. Usłyszałem słowa »win«, coś o wywiadzie amerykańskim, coś o CIA. Zrozumiałem, że coś w naszym mieszkaniu dzieje się dziwnego. Jeden z mężczyzn określany był »profesorem«, drugi »pułkownikiem«. Padły słowa o przyjeździe do Kraju »narodowców« i »pepesowców«, i że teraz w tym mieszkaniu odtąd będą odbywać się ich spotkania.
Przy następnych spotkaniach już nadsłuchiwałem uważnie... Przy drugiej wizycie zorientowałem się, że jeden z nich odzywał się do kogoś, kogo mianował »towarzyszem Białasem«... To był - jak się później dowiedziałem - »pułkownik« Michał Jachimowicz, zastępca Luny Brystygierowej. Później przyjechał do Polski, do tego mieszkania kontaktowego, Zbigniew Zaremba, przywódca PPS z Londynu.
Myślałem wtedy, że moja matka przestała być komunistką, że stała się agentką wywiadu amerykańskiego, że pracuje na dwie strony...
Popełniłem wtedy chyba największy błąd w swoim życiu, z powodu którego musiałem uciekać z Polski w 1957 roku. Poszedłem wtedy do koleżanki mojej matki, która okazała się - jak się później dowiedziałem - jedną z dwóch sióstr rodzonych Józefa Światły (Fleishfarba), odpowiedzialnego za Departament Śledczy UB, nazywała się wtedy Róża Obozowicz. Ona była już »podpadnięta« z powodu wcześniejszej ucieczki Światły na Zachód - ale oficjalnie jeszcze to skrywano. Przeniesiono ją z mieszkania w budynku CRZZ-u przy Kopernika do innego, a kiedy ktoś mi otworzył w tym dawnym mieszkaniu, oświadczył, że »tu żadnej Obozowicz nigdy nie było!«. Dostałem nowy adres od jej zastępczyni, pani Stefy. Obozowicz pracowała w Centralnej Radzie Spółdzielczości, była tam jedną z dyrektorek. Kiedy zacząłem opowiadać, co się działo w naszym mieszkaniu - ta przeraziła się, później dowiedziałem się, że już miała mieszkanie na podsłuchu, i zaczęła krzyczeć, że »jest uczciwą komunistką« i wyrzuciła mnie z gabinetu. Wiedziała już, że brat uciekł na Zachód. Kiedy wróciłem do mieszkania, w drzwiach z rewolwerem w ręku powitał mnie już »pułkownik« Jachimowicz, który już wiedział, że poszedłem do Obozowicz. Obrzucił mnie obelgami w rodzaju »zdrajco komunizmu, i swoich takich wspaniałych komunistycznych rodziców!«. Zorganizowano mi przymusowy wyjazd do podkrakowskiego schroniska dla dzieci inteligencji krakowskiej w Krzeszowicach, w willi b. gubernatora Hansa Franka, który skonfiskował ten dom bodajże Potockim - miałem do »wyboru« jeszcze wyjazd do Niemiec Wschodnich. Wychowankami tego domu byli w tym czasie m.in. Stefan i Piotr Bratkowscy. Unikałem jednak z nimi kontaktu, a i z innymi kolegami też. Szefem tego ośrodka był funkcjonariusz UB...".

O początkach "Po Prostu", Stefanie Bratkowskim, młodym Jerzym Urbanie wysyłanym do Izraela, Janie Olszewskim, Walerianie Namiotkiewiczu, siostrzeńcu I genseka PZPR Władysława Gomułki, Eligiuszu Lasocie, redaktorze naczelnym tego pisma, o przynależności do Hitlerjugend jednego z najwyższych funkcjonariuszy Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, o korupcji części emigracji dokonanej przez zagarnięte pieniądze "Bergu", współpracującej z wywiadem PRL, o tajemniczym "panu Bergesie", łączniku wywiadu komunistycznego z zachodnioeuropejskimi środowiskami lewicowymi i o tajemniczym liście nadesłanym do redakcji "Przyjaciółki" od więźnia z okolic Rzeszowa, wysokiego oficera Armii Krajowej, który był przez UB kamuflowany jako oficer Gestapo - opowiada Stanisław Gabriel Cichocki w kolejnym nagraniu z cyklu Świadkowie Historii Prawdziwej TV ASME.

Nagranie trwa ponad 47 minut i jest dostępne w Sieci do 6 I 2006 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




Komentarz (0)

KONIEC LUSTRACYJNYCH NONSENSÓW? - TADEUSZ M. PŁUŻAŃSKI Wysłane piątek, 23, grudnia 2005 przez Krzysztof Pawlak

Na ostatnie wyroki lustracyjne rzutuje kontrowersyjna decyzja Sądu Najwyższego, który sprzeciwił się lustracji osób nie pełniących funkcji publicznych. Niektóre sądy stosują tę wykładnię, inne nie. Właśnie weszło w życie jeszcze bardziej absurdalne i szkodliwe orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego, zezwalające na dostęp do akt Instytutu Pamięci Narodowej byłym SB-kom i TW (mogą teraz manipulować procesami lustracyjnymi). Wcześniej Generalny Inspektor Ochrony Danych Osobowych (w związku z wyciekiem tzw. listy Wildsteina) odebrał taką możliwość osobom spoza Instytutu. Polska lustracja zabrnęła w ślepą uliczkę. To ostatni moment, aby uporządkować ten lustracyjno-kompetencyjny bałagan. Czy dokona tego wybrany właśnie przez Sejm na prezesa IPN Janusz Kurtyka?

Jakie były te ostatnie wyroki lustracyjne? Sąd Najwyższy postanowił, że Henryk Szlajfer, niegdyś opozycjonista, a teraz dyplomata, nie ma prawa do autolustracji. Mimo, że pracował w MSZ i kandydował na stanowisko ambasadora Polski w USA, uznano, że nie jest osobą publiczną w rozumieniu ustawy lustracyjnej. Wcześniej z tego samego powodu wniosek Szlajfera odrzucił Sąd Lustracyjny. Podejrzewany o współpracę z SB i donosy na środowisko Adama Michnika w latach 70., chciał się oczyścić z zarzutów. Szlajfer powoływał się na przepis ustawy lustracyjnej o "innych szczególnie uzasadnionych przypadkach". Takiego przypadku nie dopatrzył się jednak sędzia Piotr Hoffmański, który z ramienia SN rozpatrywał sprawę niedoszłego ambasadora (Szlajfer może jeszcze złożyć skargę konstytucyjną, lub odwołać się do międzynarodowych trybunałów). Szlajfer argumentował również, że sądy wszczęły dwa procesy autolustracyjne: byłego podziemnego wydawcy Henryka Karkoszy, i obecnego szefa Rady Ochrony Pamięci Walki i Męczeństwa Andrzeja Przewoźnika, którym formalnie autolustracja też nie przysługiwała. Odnosząc się do tego, sędzia Hoffmański stwierdził, że tylko Szlajfer odwołał się do SN i dlatego tylko jego dotyczy orzeczenie, a - co za tym idzie - "nie wywiera ono żadnych skutków prawnych wobec wszczętych już procesów lustracyjnych".

RÓŻNE AUTOLUSTRACJE

Praktyka orzecznictwa lustracyjnego okazała się jednak inna. Sąd Lustracyjny umorzył prowadzoną od roku, przywoływaną przez Szlajfera, autolustracyjną sprawę Henryka Karkoszy. Postanowił tak, mimo, iż jego proces, po 12 rozprawach, miał się już ku końcowi, a bronił go znany ze skutecznych wystąpień, m.in. przed komisją ds. Orlenu mecenas Jan Widacki. Ale wydawca Karkosza to nie biznesmen Kulczyk.
Zupełnie inaczej potoczyła się autolustracja Andrzeja Przewoźnika. Sąd Lustracyjny całkowicie oczyścił go z zarzutów, stwierdzając, że zebrane dowody i zeznania świadków "absolutnie wykluczają" tezę, że w latach 80. współpracował on z bezpieką. Ujawnił też, że były kapral SB Paweł Kosiba, autor notatki z 1990 r., w której wymienił nazwisko Przewoźnika jako swojego agenta, przyznał się przed sądem, że świadomie napisał nieprawdę. Sąd potwierdził natomiast, że Przewoźnik był ofiarą inwigilacji ze strony bezpieki.
Zarzut współpracy z SB wykluczył wcześniej Przewoźnika z kandydowania na stanowisko prezesa Instytutu Pamięci Narodowej. Kolegium Instytutu (11 członków rekomendowanych przez partie polityczne i Krajową Radę Sądownictwa) powołało się bowiem na zapis ustawy o IPN mówiący, że prezesem nie może być osoba, co do której, według materiałów archiwalnych, istnieją nawet minimalne przesłanki wskazujące na możliwość współpracy z SB. Zdaniem członka Kolegium IPN Sławomira Radonia nawet rozpisanie nowego konkursu na szefa Instytutu nie wpłynęłoby na sytuację Przewoźnika, gdyż - mimo wyroku sądu - "przesłanki do odrzucenia jego kandydatury nie ustały".
Te lustracyjne nonsensy stara się wyjaśnić inny członek Kolegium IPN Andrzej Grajewski: - Otrzymaliśmy tajne dokumenty, m.in. z Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, które były przesłanką uniemożliwiającą panu Andrzejowi Przewoźnikowi kandydowanie. Notatka Kosiby nie miała żadnego wpływu na naszą decyzję.
I jeszcze jedna sprawa autolustracyjna, która tym razem dotyczy "osoby publicznej". Sąd Lustracyjny przerwał, rozpoczęty we wrześniu, proces przewodniczącego Państwowej Komisji Wyborczej Ferdynanda Rymarza, podejrzanego o współpracę najpierw z wojskowymi, a potem cywilnymi służbami specjalnymi PRL. Sprawa musi rozpocząć się od nowa ze względu na… chorobę dotychczasowego sędziego i wyznaczenie nowego.

PÓŁ ROKU W PLECY

Równolegle z Sądem Lustracyjnym i Rzecznikiem Interesu Publicznego lustrację przeprowadza Instytut Pamięci Narodowej, w którym zapowiadają się właśnie duże zmiany. Choć 5-letnia kadencja prezesa Leona Kieresa formalnie minęła już w czerwcu, do tej pory nie można było wybrać jego następcy. Kolegium IPN odrzuciło po kolei kandydatury Leona Kieresa (ubiegał się o drugą kadencję) i Leszka Bullera (dawnego pracownika UOP). Janusz Kurtyka pokonał rywali dopiero w drugim, wrześniowym konkursie. Nie przyspieszyło to sprawy, gdyż zaakceptowany kandydat, aby zostać powołanym, musiał poczekać na ukonstytuowanie się nowego Sejmu.
W ten sposób prezesem IPN, tyle, że pełniącym obowiązki pozostał Kieres, a działalność Instytutu praktycznie zamarła. Kieres publicznie oświadczył zresztą, że nie będzie podejmował żadnych strategicznych decyzji i słowa dotrzymał. Skutek był taki, że nie można było ustalić nowego budżetu IPN, a zatem zaplanować nowych projektów badawczych.
Teraz pozostawało pytanie, czy Sejm wybierze Kurtykę. Pamiętając, że w poprzedniej kadencji posłowie męczyli się z tym przez kilka miesięcy (Kolegium IPN musiało kilkakrotnie wyłaniać kandydata), sprawa nie była taka prosta.
Nowy (i jedyny) kandydat na prezesa IPN musiał dostać 3/5 głosów, czyli przy stuprocentowej frekwencji - poparcie 276 posłów. Chodziło zatem o poparcie posłów z dwóch największych klubów - PO (133) i PiS (155), czyli razem 287.
Jeszcze kilka dni temu Kurtyka mógł być pewny jedynie głosów Platformy, (choć część partii upierała się przy kandydaturze Andrzeja Przewoźnika, - czyli chciała rozpisania kolejnego konkursu na prezesa IPN, w którym ponownie - po oczyszczeniu przez sąd - startowałby szef Rady Ochrony Pamięci Walki i Męczeństwa; ostatecznie platformersi wprowadzili dyscyplinę głosowania na Kurtykę). PiS wahał się. Przed drugą turów wyborów Lech Kaczyński zarzucał Kurtyce, że to on wyeliminował Przewoźnika z walki o prezesurę Instytutu. Z krakowskiego oddziału IPN, którym kieruje Kurtyka, pochodziła bowiem wspomniana już notatka kaprala Kosiby.

Z KOSIBĄ W TLE

A propos Kosiby - faktycznie krakowski IPN udostępnił jego notatkę (jako jeden z wielu dokumentów) szefowi krakowskiej Platformy Obywatelskiej Zbigniewowi Fijakowi na potrzeby badań naukowych. A propos nieczystej gry Kurtyki - jeśli nawet sprawa Kosiby miała wpływ na decyzję Kolegium Instytutu, to bardziej mogła ona zaszkodzić niż pomóc Kurtyce, za sprawą sugestii (lansowanej uporczywie m.in. przez "Gazetę Wyborczą"), że oto szef krakowskiego IPN idzie do władzy po trupach.
A propos krytyki Kurtyki, zorientowani komentowali, że kandydat na prezydenta tak naprawdę nic nie miał do kandydata na szefa Instytutu, a była to jedynie propagandowa zagrywka, aby pozyskać bardziej umiarkowany elektorat. Zresztą drugi Kaczyński - Jarosław odciął się wówczas, - co rzadko się zdarza - od słów brata. Bardziej wiarygodna wersja brzmiała, że część PiS nie była zbyt przychylna Kurtyce, gdyż postrzegała go jako człowieka lidera PO Jana Rokity.
Kurtyka jakoś jednak przekonał do siebie partię Kaczyńskich. Może z prozaicznego powodu, że - jak przyznał marszałek Sejmu Marek Jurek z PiS - jego pryncypałowie nie mieli konkurencyjnego kandydata. Poza tym rządzący mogli się obawiać, że jeśli teraz nie wybierze się prezesa IPN, w przyszłości może to być tylko trudniejsze.

SOJUSZ SOJUSZU Z SAMOOBRONĄ

Kandydaturę Janusza Kurtyki odrzucił SLD, z ogólnie znanych przyczyn w ogóle przeciwny istnieniu IPN, a szczególnie jego pionu śledczego. W sejmowej dyskusji szczególnie napastliwi byli posłowie Gadzinowski i trochę mniej ostatnio piskliwa (po częściowym remoncie głosu) Senyszyn. Zarzucili Kurtyce to, co Lech Kaczyński, (choć używając dużo bardziej dosadnej retoryki) - wyeliminowanie z walki Przewoźnika za pomocą ubeckich papierów. Postkomuniści upierali się, że tylko wyłoniony w ponownym konkursie kandydat (czytaj: Przewoźnik) będzie miał "moralny, a nie tylko polityczny mandat, by ubiegać się o to stanowisko". Ciekawe zresztą, czy lansowanie Przewoźnika było tylko grą SLD na opóźnienie wyboru prezesa IPN?
Ostatecznie Sejm wybrał Kurtykę znaczną większością 332 głosów PiS, PO, LPR i PSL (choć ludowcy zgłaszali wcześniej zastrzeżenia). Przeciw był SLD i Samoobrona (podzieliła "argumenty" kolegów z Sojuszu). Znów zaistniała wypróbowana w poprzedniej kadencji koalicja postkomunistów z ich populistyczną przybudówką (w tym kontekście ataki na PiS za konszachty z partią Leppera są groteskowe).
Janusz Kurtyka jedną nogą jest już zatem prezesem IPN. Zatwierdzenie go przez zdominowany przez PiS Senat wydaje się zwykłą formalnością. Po wyborze przez Sejm ten prawie prezes Instytutu zapowiedział zreformowanie jego struktury i usprawnienie działań, których priorytetem będzie "ostatni okres funkcjonowania reżimu komunistycznego", czyli lata 70. i 80., co szczególnie musi drażnić lewicę. Drażni zapewne i wcześniejsza zapowiedź Kurtyki o powszechnym dostępie do akt IPN dla naukowców i dziennikarzy, (co zablokowano za prezesury Kieresa), ale z wyłączeniem obyczajowych brudów.

"CASUS PRZEWOŹNIKA" DO WALKI Z ROZLICZENIAMI

Podobnie rozłożą się zapewne polityczne głosy podczas debaty i głosowania nad projektem zmian w ustawie o IPN. Odpowiedni projekt PiS zakłada, że to właśnie Instytut przejmie całość procedur lustracyjnych, przy jednoczesnej likwidacji instytucji Rzecznika Interesu Publicznego i Sądu Lustracyjnego. Powodem - w największym skrócie - jest wspomniany wyrok Trybunału Konstytucyjnego, przyznający prawo dostępu do tajnych akt służb PRL ich funkcjonariuszom i agentom, oraz uzasadniona nieufność do nowego, związanego z lewicą RIP Włodzimierza Olszewskiego.
A co o lustracji tylko w IPN myśli Janusz Kurtyka? - Jeśli Sejm uchwali odpowiednie ustawy, to na pewno będziemy je realizować - zapowiedział. Wydaje się zatem, że nowy prezes będzie sojusznikiem braci Kaczyńskich, bo bez jego poparcia trudno by im było zmieniać, zapowiadane od dawna, zasady lustracji.
Ustawa o IPN musi zostać znowelizowana także dlatego, żeby przeciwnicy lustracji nie wykorzystywali "casusu Przewoźnika" do walki z rozliczeniami. Przede wszystkim należy mieć nadzieję, że pod rządami Kurtyki ustalone zostaną, zaniedbane przez Kieresa, priorytety badania i rozliczania polskiej historii (symbolicznie rzecz ujmując, w wyścigu o narodową pamięć Katyń wygra rywalizację z Jedwabnem), i nie będzie więcej wpadek a la ojciec Hejmo. Konieczne są również jasne standardy dostępu do teczek. Kolejną priorytetową kwestią jest rozstrzygnięcie, kto powinien podlegać lustracji (czy np. dziennikarze i którzy - tylko mediów publicznych, czy także prywatnych).
Czekamy także na ostateczne wyjaśnienie takich spraw, jak masakra robotników na Wybrzeżu w grudniu 1970 r. i w kopalni Wujek w grudniu 1981 r., czy przeszłości architektów dawnego systemu, w tym gen. Wojciecha Jaruzelskiego, agenta Informacji Wojskowej, ps. "Wolski" (ostatnio generał, nie chcąc komentować odnalezionych w IPN dokumentów na swój temat - bo poczuł się bardziej chory - zapowiedział dołączenie doń sprostowania, co jest możliwe właśnie dzięki "ubeckiemu" orzeczeniu Trybunału Konstytucyjnego i co może mieć wpływ na sądowe wyroki na generała). A propos Jaruzelskiego i jego wyroków, katowicki oddział IPN, który prowadzi śledztwo w sprawie stanu wojennego, wystąpił ostatnio do MON o odtajnienie akt dotyczących wydarzeń z 13 grudnia 1981 r. Prokuratorzy mają nadzieję znaleźć w nich potwierdzenie, że zagrożenia sowiecką interwencją wówczas nie było, co pomogłoby postawić generała przed sądem.

O NOWY SYSTEM LUSTRACYJNY

Problem UB, SB, czy WSI w III (IV?) RP polega także na tym, że ludzie PRL-owskich służb specjalnych mają nadal ogromny wpływ na politykę i gospodarkę. Dlatego - jak postuluje Zbigniew Romaszewski, senator PiS - Polsce potrzebny jest spójny system ustawy lustracyjnej, ustawy o IPN, ustawy o ochronie tajemnicy państwowej i ustawy o ochronie danych osobowych.
Tak więc, wyglądamy również zapowiadanej przez PiS likwidacji wywodzących się jeszcze ze stalinizmu Wojskowych Służb Informacyjnych - chyba jedynej instytucji w Polsce, która pozostała odporna na wszelkiego rodzaju rozliczenia.
Wracając do IPN, trzeba wierzyć, że skończą się również jego kłopoty finansowe. W poprzedniej kadencji postkomunistyczni posłowie, pod różnym pretekstem, regularnie obcinali budżet Instytutu. Oczywiście po to, aby najpierw storpedować jego działania, a następnie w ogóle skasować ten dziwny twór, sprzeczny z okrągłostołową ideą i praktyką ogólnonarodowego pojednania. Teraz już to nie przejdzie. To, póki co, jedyny pewnik "w temacie" Instytutu Pamięci Narodowej.

TADEUSZ M. PŁUŻAŃSKI

Janusz Kurtyka
urodził się w 1960 r. w Krakowie. Ukończył Wydział Historyczno-Filozoficzny Uniwersytetu Jagiellońskiego. Jest doktorem nauk historycznych - specjalizuje się w historii Polski średniowiecznej i wczesnonowożytnej oraz historii konspiracji niepodległościowej w Polsce po 1944 r. Od 1979 r. działał w krakowskiej opozycji. Współtworzył Niezależne Zrzeszenie Studentów w Instytucie Historii UJ. Wykładał w Chrześcijańskim Uniwersytecie Podziemnym. Od 1985 r. pracuje w Instytucie Historii PAN. W 1989 r. został przewodniczącym koła NSZZ "Solidarność" krakowskich placówek Instytutu Historii PAN. Jest wykładowcą Państwowej Wyższej Szkoły Zawodowej w Przemyślu. Od roku 2000 r. kieruje krakowskim oddziałem IPN, którego był współtwórcą.

Publicystyka Tadeusza M. Płużańskiego na ASME.


Komentarz (0)

PRL lat 50. w oczach syna członka Biura Politycznego KPP i wysokiej funkcjonariuszki reżimu stalinowskiego - w cyklu Świadkowie Historii Prawdziwej przedstawiamy Stanisława Gabriela Cichockiego Wysłane piątek, 23, grudnia 2005 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |






PRL lat 50. w oczach syna członka Biura Politycznego KPP i wysokiej funkcjonariuszki reżimu stalinowskiego - w cyklu Świadkowie Historii Prawdziwej przedstawiamy Stanisława Gabriela Cichockiego Wysłane piątek, 23, grudnia 2005 przez Krzysztof Pawlak

"Chciałabym Państwu przedstawić Stanisława Gabriela Cichockiego, wieloletniego działacza lewicy niepodległościowej" - prezentuje kolejnego Gościa cyklu TV ASME Świadkowie Historii Prawdziwej redaktor Antoni Zambrowski. "Chciałbym dodać do tego wprowadzenia Antka, że należałem do PPS-WRN, na czele którego stał Zygmunt Zaremba, Dla mnie jest to ważne uściślenie, bo działała jeszcze grupa PPS-WRN, którym kierował Adam Ciołkosz, a my z tym nie mieliśmy nic wspólnego" - natychmiast wtrąca Gabriel Cichocki.

"Pochodzę z rodziny polsko-żydowskiej. Jak to było w wielu tego typu rodzinach inteligenckich, rożnie rozkładały się w nich poglądy polityczne i społeczne. Moja matka pochodziła z bogatej, burżuazyjnej rodziny żydowskiej. Bardzo wielu dzieci z takich rodzin przeszło na stanowisko komunizmu. Najpierw była pod wielkim wpływem chrześcijaństwa. Na studiach uległa urokowi Komunistycznej Partii Polski. Matka z moim ojcem biologicznym miała tylko ślub »partyjny«, zaś on miał też ślub »partyjny« z inną kobietą. Matka spotykała ojca tylko w krótkich czasach, kiedy bywał nielegalnie w Polsce. Ojciec z pierwszą żoną przebywali głównie w Charkowie na terenie ZSRS, ponieważ był członkiem Biura Politycznego, a zostałem zrodzony z tego krótkiego okresu, kiedy przerzucali go przez Polskę w drodze do ogarniętej wojną domową Hiszpanii, gdzie miał dowiedzieć się losów mordowanych komunistów - prawdopodobnie przez ich towarzyszy, a nie przez »V Kolumnę«, która pewnie wcale nie istniała. Ojciec nazywał się Kazimierz Cichowski, miał jeden z wielu pseudonimów partyjnych »Towarzysz Hrabia«, rodzina Cichowskich nazywała naprawdę się Cichoccy, tylko zruszczyli swe nazwisko, to była polska, ziemiańska rodzina, spokrewniona z hrabiami Łubieńskimi. Ja ojca właściwie nigdy nie poznałem, matka była po prostu jego łączniczką" - opowiada Gabriel Cichocki. "Kazimierz Cichowski w czasie czystki stalinowskiej, przy okazji oskarżeń KPP o wrogą działalność ze strony Stalina, został odwołany do Moskwy i tam rozstrzelany" - dopowiada redaktor Antoni Zambrowski.
"Moja matka była pod wielkim wpływem pani Kołłątajowej, głosicielki »wolnej miłości«, »miłości pracujących pszczół«, dlatego wychowywał mnie ojczym, profesor Stanner, wielki naukowiec z dziedziny chemii. Skończyła pierwsze studia społeczne, jakie były w wolnej Polsce na Uniwersytecie Warszawskim. Przed wojną pracowała w wydziale opieki stołecznej u prezydenta Starzyńskiego w warszawskim ratuszu, gdzie Partia kierowała - do niej - wszystkich komunistów, którym trzeba było pomóc, oczywiście z pieniędzy państwowych. Kiedyś przyszła do niej Zofia, później Gomółkowa, która wtedy nazywała się Liwa Szokenówna, a rodzina ją wyrzuciła - jako komunistkę - z domu. Zofia pochodziła z bogatej rodziny żydowskiej, była córką wielkiego wydawcy »Hajntu« i innych późniejszych pism w Izraelu. W czasie wojny pracowała w ramach niemieckiej części »Czerwonej Orkiestry«, została aresztowana przez Amerykanów w Bawarii, którzy zdawali sobie doskonale sprawę z kim mają do czynienia. Amerykański Murzyn-komunista pomógł jej w ucieczce ze strefy okupacyjnej. Jak się przedostała do strefy sowieckiej, natychmiast zatelefonowała do Moskwy, a sam tow. Beria kazał jej wrócić do Polski. Wtedy matka zabrała mnie z klasztoru, gdzie udało się mi przeżyć okupację. Widząc, co się dzieje w kraju, nie chciała w tym uczestniczyć z początku, wstąpiła do PPS-u, zamieszkaliśmy u tow. Szyszki w Krakowie, myślała, że komuniści o niej zapomną. Tymczasem ci się oburzyli, że ich "zdradziła", kazali jej z PPS-u wystąpić i zameldować się w Warszawie. Zamieszkaliśmy najpierw na ulicy Foksal 16, później na Kopernika 6 [to istotna informacja, która będzie rozwinięta w kolejnym odcinku wspomnień Gabriela Cichockiego - przyp. TV ASME].

O kontaktach matki naszego Gościa z m.in. Rudolfem Slanskym, o powstałej w latach 50. "Komunie Młodych" (przełom lat 1953/54), grupie wywodzącej się z pisma "Po Prostu", próbach legalizacji i uruchamiania partii socjaldemokratycznej w tamtym okresie, o koneksjach rodzinnych i towarzyskich takich osławionych kolaborantów sowieckich okupantów Polski, a też i samych okupantów w rodzaju Jakuba Bermana, Jerzego Duracza, syna Teodora Duracza, adwokata, znanego obrońcy komunistów w II Rzeczypospolitej, zamordowanego w Oświęcimiu, rozgrywkach z aparacie młodzieżowej organizacji ZMP, z której wywodzą się liczni obecni przedstawiciele "autorytetów moralnych", lansowanych m.in. przez środowisko "Gazety Wyborczej", powstaniu Rewolucyjnego Związku Młodzieży, jego kontaktach z międzynarodówką socjaldemokratyczną z Zachodu, delegalizacji Związku Młodzieży Demokratycznej, przyczynach powołania Związku Młodzieży Socjalistycznej, powołaniu POLAR-u, Politycznego Ośrodka Młodzieży Studenckiej i Robotniczej - struktury podziemnej związanej z PPS, która chciała nawiązać kontakty z Narodową Demokracją i Chrześcijańską Demokracją, o nadzorze politycznym wywiadu PRL-owskiego, w którym uczestniczyła matka Gościa TV ASME, kreującym prowokacje wymierzone w struktury rządu emigracyjnego II RP w Londynie, o ludziach w Polsce pracujących dla Mosadu, wywiadu izraelskiego... - w dzisiejszym nagraniu wywiadu TV ASME.

A także: kto zamordował syna Bolesława Piaseckiego i dlaczego do dziś ten temat jest na indeksie środowisk żydowskich, o strukturze Ha'nokmim ("Mściciele") - opowiada Gość cyklu Świadkowie Historii Prawdziwej TV ASME.

Nagranie trwa ponad 38 minut i jest dostępne w Sieci do 6 I 2006 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




Komentarz (0)

Prawo i niesprawiedliwość - Janusz Baczyński Wysłane środa, 21, grudnia 2005 przez Janusz Baczyński


     W Polsce obowiązuje gangsterskie prawo, które pozwala na legalne obrabowywanie pracodawców przez gangi pracownicze zwane uprzejmie związkami zawodowymi. Puls Biznesu podał właśnie drastyczny przykład takiego rabunku.

Spór zbiorowy z zarządem KGHM Polska Miedź SA m.in. na tle żądań płacowych ogłosił we wtorek działający w tej spółce Związek Zawodowy Pracowników Przemysłu Miedziowego (ZZPPM).

Działacze ZZPPM, jednego z dwóch największych związków w miedziowym koncernie, zgłosili w sumie pięć postulatów: pierwsze dwa dotyczą żądania 10-procentowych podwyżek dla załogi od stycznia 2006 roku oraz tzw. przeszeregowań dla 1/3 załogi, co oznacza awanse na lepiej płatne stanowiska pracy. (...)

W tym roku średnia płaca w KGHM wzrosła do ok. 6,5 tys. zł, głównie za sprawą nagród, które wypłacono pracownikom w ostatnich miesiącach.


Związki zawodowe nie powinny mieć żadnych przywilejów - powinny działać jako stowarzyszenia poza zakładami pracy i poza czasem pracy. Jestem pewnien, że w KGHM dało by się skompletować całą załogę przy średniej płacy 3 tys. zł, ale nie można zwolnić tych co zarabiają po 6,5 tys. ani obniżyć im płac do rynkowych bo chroni ich gangsterskie prawo. Czy rządzący Polską wreszczie zauważą ten gigantyczny w sumie rabunek na kwoty idące w miliardy zł dziennie i zmieni prawo na sprawiedliwe?

Janusz Baczyński


Komentarz (3)

BŁĘDU WCALE NIE BYŁO - Antoni Zambrowski Wysłane wtorek, 20, grudnia 2005 przez Krzysztof Pawlak

W artykule pod tytułem "Do braci niemieckich", dotyczącym listu polskich biskupów katolickich do biskupów niemieckich, wystosowanego z ław Soboru Watykańskiego II w przeddzień Millenium chrześcijaństwa w Polsce 18 listpada 1965 roku, pan Robert Spałek zarzucił na łamach "Gazety Polskiej" księdzu Prymasowi Stefanowi Wyszyńskiemu poważny błąd. Pisze on: "Biskupi nie przekazali »Orędzia« władzom PRL". Tak twierdziła partyjna propaganda. Prawda jednak była inna. Jak podaje świadek tych wydarzeń Andrzej Micewski - historyk i działacz katolicki, w owym czasie poseł z katolickiego klubu "Znak", ksiądz Prymas Wyszyński przekazał tekst listu dla konsultacji z czynnikami rządowymi reżymowemu dziennikarzowi Ignacemu Krasickiemu. Ów przekazał list gen. Mieczysławowi Moczarowowi (wł. Nikołaj Tichonowicz Diomko), który bez powiadamiania Władysława Gomułki o sprawie przekazał w imieniu władz PRL pozytywną opinię o inicjatywie Episkopatu Prymasowi. Moczarowi prawdopodobnie zależało na uwikłaniu tow. Wiesława w konflikt z Episkopatem, gdyż w grudniu 1970 roku odkrył on karty, proponując przekazanie władzy w PRL jemu przy formalnym zachowaniu przez Gomułkę stanowiska I sekretarza KC PZPR. Władze moskiewskie podejrzewały wówczas Moczara o zaostrzanie konfliktu ze stoczniowcami na Wybrzeżu celem utrudnienia Gomułce rozwiązania kryzysu.
Urażony Gomułka rozpętał w roku 1966 przeciwko Episkopatowi straszliwą nagonkę, licząc na żywe wciąż w społeczeństwie resentymenty antyniemieckie. Na szczęście szerokie rzesze katolików polskich trwały wiernie przy Prymasie i biskupach. Konflikt z Kościołem o Millenium chrześcijaństwa w Polsce przyczynił się do podważenia autorytetu tow. Wiesława w społeczeństwie. Później przyszły wydarzenia marcowe 1968 roku, wywołane jego decyzją zdjęcia ze sceny Teatru Narodowego w Warszawie mickiewiczowskich "Dziadów", co jeszcze bardziej zachwiało jego pozycją, zaś wydarzenia grudniowe 1970 r. wysłały go w niebyt społeczny. Natomiast gen. Moczar przeliczył się, gdyż Kreml zamiast go awansować, poparł kandydaturę Edwarda Gierka. W każdym razie ksiądz Prymas Wyszyński wyszedł z tej konfrontacji wzmocniony i zyskał przydomek Prymasa Tysiąclecia.

Antoni Zambrowski

PS. Oprócz Andrzeja Micewskiego w jego "Współrządzić czy nie kłamać? PAX i Znak w Polsce 1945 - 1976" pisze o roli red. Ignacego Krasickiego oraz jego mocodawcy, gen. Moczara w konflikcie o list biskupów prof. Jerzy Eisler w jego pracy "Marzec 1968".

Publicystyka Antoniego Zambrowskiego na ASME


Komentarz (0)

Święty Herod od Niewiniątek? - Stanisław Michalkiewicz Wysłane wtorek, 20, grudnia 2005 przez Krzysztof Pawlak

Uczestniczyłem niedawno w debacie z udziałem studentów politologii z Uniwersytetu Warszawskiego, którzy w ramach egzaminu podzielili się na partie polityczne i jako posłowie należący do różnych klubów parlamentarnych, przeprowadzali debatę poświęconą udziałowi Polski w Unii Europejskiej. Rozpoczęła się ona wysłuchaniem na stojąco "Ody do radości", no a potem większość uczestników przekonywała się nawzajem do korzyści, jakie przynosi Polsce przyłączenie do Eurosojuza. Podobnie uczestnicy zjazdów PZPR przekonywali się nawzajem do wyższości ustroju socjalistycznego, aż wreszcie socjalizm upadł i zaczęli przekonywać nas do demokracji. Jest to znakomita ilustracja procesu łączenia nowego patriotyzmu i w ogóle - nowych kultów ze starymi. Ten proces rozpoczął się u nas już dość dawno, na co zwrócił uwagę Antoni Słonimski, opisując, jak to jego pracownica domowa "w czynie pierwszomajowym" udekorowała kwiatami figurę Matki Boskiej. Słonimski twierdził co prawda, że ten proces zachodzi w umysłach ludzi prostych, ale tu akurat nie miał racji, bo zachodził on również w umysłach ludzi wyrafinowanych, co prof. Zbigniew Brzeziński nazywał konwergencją. Teoria konwergencji głosiła, że dwa rywalizujące ze sobą systemy ideologiczne i polityczne, chcąc nie chcąc - upodabniają się do siebie. Okazuje się, że ten proces nie dotyczy wyłącznie polityki czy ideologii. Na przykład od wielu już lat moraliści i socjologowie zwracają uwagę na postępującą komercjalizację świąt religijnych, zwłaszcza Bożego Narodzenia, no i wreszcie doszło do urządzenia kaplicy w supermarkecie. Czy proces konwergencji doprowadzi do sakralizacji zakupów i komercjalizacji liturgii - czas pokaże.
"Człowiek skłania się raczej ku dobru niźli złu, ale warunki nie sprzyjają mu" - twierdził, nie wiadomo - ironicznie czy serio Bertold Brecht. Atmosfera towarzysząca świętowaniu Bożego Narodzenia w Polsce sprzyja wzruszeniom, a nawet rozrzewnieniu. W takim stanie łatwiej nam uwierzyć, że na świecie nie ma złych ludzi, że przynajmniej wszyscy dobrze chcą, słowem - "pokój ludziom dobrej woli". Ciekawe, że to wrażenie od pewnego czasu starają się w nas podtrzymać również instytucje państwowe, zwłaszcza organy wymiaru sprawiedliwości. Chodzi mi naturalnie o orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego, zalecające Instytutowi Pamięci Narodowej, by przy ustalaniu statusu pokrzywdzonego kierował się wykładnią obowiązującą sąd lustracyjny. Zgodnie z wykładnią Sądu Najwyższego, za tajnego współpracownika SB może być uznana tylko osoba, która - po pierwsze - wyraziła zgodę na tajną współpracę "z ogniwami operacyjnymi SB", po drugie - współpracę taką "efektywnie" podjęła i po trzecie - w ramach tej współpracy przekazywała informacje "uznane za przydatne" przez komunistyczne służby. Tymczasem - czyż którykolwiek z tajnych współpracowników przekazywał informacje "uznane za przydatne"? O tym nie ma mowy; każdy przekazywał wyłącznie informacje zupełnie nieprzydatne, które z całą pewnością nie mogły nikomu zaszkodzić. Tak było zwłaszcza w przypadkach, gdy tajny współpracownik w ogóle nie zdawał sobie sprawy, że zgodził się na współpracę z "ogniwami operacyjnymi SB". Atmosfera, w której dochodziło do złożenia podpisu, musiała bywać widocznie tak przyjemna, że delikwent mógł odnosić wrażenie, że dajmy na to, wpisuje się tylko funkcjonariuszowi do pamiętnika, a nie składa cyrograf "ogniwom operacyjnym". Czy w takiej sytuacji można w ogóle mówić o "efektywnym podjęciu" współpracy? A skądże znowu, takie przypuszczenie byłoby całkowicie bezpodstawne. Słowem - dzięki czujności wymiaru sprawiedliwości wyjaśniło się, że w PRL właściwie nie było konfidentów z prawdziwego zdarzenia, a więc tak naprawdę - nie było konfidentów w ogóle. To nie są jakieś bezpodstawne przypuszczenia, przeciwnie - taki obraz sytuacji kreślą nie tylko sami zainteresowani, ale również autorytety moralne, angażujące się w dochodzenie prawdy, ale w "duchu pojednania". Czy wobec tego PRL była "państwem totalitarnym", czy to jest też bezpodstawne oskarżenie, wysuwane przez chorych z nienawiści frustratów?
Wysuwanie takich oskarżeń jest nie tylko świadectwem barbarzyństwa i prymitywizmu moralnego, ale przede wszystkim - łamania prawa. Tymczasem dla łamania prawa nie może być najmniejszej nawet tolerancji i oto z satysfakcją odnotowujemy, że wraca zaufanie wymiaru sprawiedliwości do społeczeństwa. Dowodem na to jest przedstawienie przez prokuraturę w Otwocku zarzutów Januszowi Korwin-Mikkemu. Jest on podejrzany o znieważenie sędziów Sądu Najwyższego, którym zarzucił był poświadczenie nieprawdy w wyroku uwalniającym pana Mariana Jurczyka od zarzutu kłamstwa lustracyjnego. Miejmy nadzieję, że dojdzie do procesu i wydania sprawiedliwego wyroku, być może nawet przez Sąd Najwyższy, o ile oczywiście ewentualna skarga kasacyjna znajdzie w jego oczach uznanie. Dzięki temu świąteczne hasło "pokój ludziom dobrej woli" nabierze nowych, jeszcze słuszniejszych znaczeń. A żeby w tej sytuacji nic już nie zakłócało nam nastroju świątecznej apokatastazy, powinniśmy jeszcze skorygować nasze spojrzenie na Heroda, oceniając jego postępowanie w kontekście ówczesnej, niełatwej przecież sytuacji. Dzięki temu lepiej zrozumiemy, że jeśli nawet tu i ówdzie może i zachował się niewłaściwie, to dzisiaj nie ma już najmniejszego powodu, by mu to wypominać tym bardziej, że intencje to pewnie i on miał jak najlepsze, a poza tym "Oda do radości" wyraźnie głosi, że "WSZYSCY ludzie będą braćmi".

Stanisław Michalkiewicz

Publicystyka Stanisława Michalkiewicza na ASME i nagrania TV ASME


Komentarz (0)

Czy jak konwergencja w polskim Kościele dojdzie do końca - jedynie słusznym katolickim medium zostanie "Gazeta Wyborcza"? - okołoświąteczny Stanisław Michalkiewicz Wysłane poniedziałek, 19, grudnia 2005 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |







Czy jak konwergencja w polskim Kościele dojdzie do końca - jedynie słusznym katolickim medium zostanie "Gazeta Wyborcza"? - okołoświąteczny Stanisław Michalkiewicz Wysłane poniedziałek, 19, grudnia 2005 przez Krzysztof Pawlak

"Nie ma nic ważniejszego na tym świecie, jak władza. Przekonaliśmy się o tym nie jeden raz, i w stanie wojennym, kiedy tow. generał LWP Jaruzelski zastosował nam przykład »mniejszego zła«, chodziło wtedy o to czy ma rządzić Partia, czy »Solidarność«. Nie ważne "jak" - ważne "kto". Podejrzewałem zawsze, że miedzy różnymi systemami zachodzi konwergencja, tzn. systemy polityczne, ideologiczne które niby są antagonistyczne - w miarę przedłużania się tej konfrontacji, zaczynają się upodabniać do siebie" - Stanisław Michalkiewicz rozważa zjawiska społeczno-teologiczne zachodzące w Kościele katolickim w Polsce.

Z pewnym opóźnieniem to następuje i teraz, czasami o fazę, czasami mniejszym. Podobne takie problemy z władzą, jakie miała przed 25 laty Partia, wydaje się mieć teraz Kościół w Polsce. W innych kościołach lokalnych ten problem z władzą już wcześniej się zaznaczył - tam jacyś cywile powstają przeciw swoim proboszczom, u nas to nie dzieje się tak serio, bo religijność w Polsce raczej należy do elementów folklorystycznych. Ale nigdy tak nie ma, by nie mogło być lepiej - oto z pewnej gazety dowiedzieliśmy się, że JEm. Tadeusz biskup Pieronek złożył doniesienie do watykańskiej Kongregacji Nauki i Wiary na temat, czy jeśli radio katolickie zajmuje stanowisko niezgodne ze stanowiskiem Episkopatu - to czy jest to dopuszczalne, czy nie. Oczywiście Kongregacja zajęła jedyne możliwe stanowisko - nie jest dopuszczalne! Niezależnie, czy Episkopat podejmuje decyzje mądre czy nie mądre, a zdarzało się rożnie. Np. w sprawie Anszlusu Polski przez Unię Europejską Episkopat wykręcił się pozorowanym zajęciem stanowiska, a takie Radio Maryja zajęło wyraźniejsze stanowisko - też nie jest ważne, czy mądre, czy nie. Od razu odezwał się JE arcybiskup Życiński, że jeżeli Radio Maryja się nie zdyscyplinuje, to zostanie mu odebrany przymiotnik "katolicki".
Wydaje się, że w takiej sytuacji jedynym słusznym i katolickim medium w Polsce będzie "Gazeta Wyborcza", bo wszystkim innym ten przymiotnik zostanie odebrany, a jedynie słuszną linię Episkopatu w sprawie politycznych i wszystkich innych będzie kształtowała Fundacja Batorego - a właściwie nie ona, lecz "filantrop" futrujący tę Fundację.
Zbliżają się Święta - więc wszystkie te otchłanne problemy teologiczne będzie można sobie okolicznościowo rozważać...

Nagranie trwa prawie 7 minut i jest dostępne w Sieci do 2 I 2006 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




Komentarz (5)

Świeżo uniosceptyczne PiS ma problem: jak uzasadnić istnienie tzw. przedstawicielstwa Mazowsza w Brukseli (i innych tego typu potworków unioentuzjastycznych) Wysłane poniedziałek, 19, grudnia 2005 przez Krzysztof Pawlak

Działania przedstawicieli PiS mieszczą się w pełnym spektrum postaw unioentuzjastycznych do uniosceptycznych. Jak doniósł serwis "ZSRE czyli UE" za serwisem uniosceptyków brytyjskich EUobserver) - do nowo tworzącego się zgrupowania unijnych sceptyków oraz zwolenników wolnego rynku dołączyli właśnie reprezentanci tej partii, zaproszeni do niego przez torysów obok prominentów z czeskiej partii Wacława Klausa ODS i francuskiego Ruchu na rzecz Francji. Torysi są jednak dobrze zorientowani i na pytania żurnalistów, czy PiS mieści się w tej formule połączonych działań anty-UE i pro-wolnorynkowych, odpowiedzieli, że "mniej więcej", choć działania ugrupowania Braci Kaczyńskich na rzecz ustawowej regulacji handlu (limitacja powstawania wielkopowierzchniowych sklepów czy zakładany wzrost wydatków budżetowych) nie pozwalają na określanie ich jako szczerych zwolenników rozwiązań wolnorynkowych.

Za to szczere i głębokie zaangażowanie premiera Kazimierza Marcinkiewicza w batalię o "pieniądze dla Polski z Brukseli" przy okazji układania budżetu Związku Socjalistycznych Republik Europejskich (jak konserwatywni liberałowie określają UE) nie powinno żadnego, nawet mało uważnego obserwatora życia politycznego "polskiego regionu UE", pozostawić przy złudzeniach co do fundamentów obecności Polski w strukturze socjalistycznego i biurokratycznego unijnego molocha, stanowiących politykę zagraniczną (?) ugrupowania PiS. Ale - jest właśnie stale to "ale", o którym było wyżej.
Kolejny test na szczerość intencji administracji państwowo-samorządowej nadejdzie już niedługo, i jest związany z opublikowanym m.in. przez dziennik "Rzeczpospolita" z dn. 15.12.2005 alarmistycznym w tonie artykule pt. "Kompromitujące biuro w Brukseli" o straszliwych socjalno-administracyjnych niedostatkach, na jakie cierpi tzw. przedstawicielstwo Mazowsza, afiliowane przy brukselskich strukturach. Kontrola przeprowadzona w tym mieście przez wysłanników radnych wojewódzkich z Mazowsza ukazała niemal niewysłowioną nędzę i horror biurokratyczny: "pokój na poddaszu bez toalety, dyrektor, który jest także sekretarką i sprzątaczką". No, przecież urzędnicy nie powinni przebywać i dawać się reprezentować w takich warunkach, prawda?!
"Zdaniem kontrolujących brukselska placówka Mazowsza przy takiej obsadzie i siedzibie nie może wypełniać swoich zadań. Praca dyrektora Prandoty ogranicza się w zasadzie do udziału w spotkaniach, na które był zaproszony. Jeśli wychodzi, biuro nie działa.
- Takie przedstawicielstwo nie tylko nie jest nam potrzebne, ale wręcz nas kompromituje - mówi. radny Andrzej Wiśniewski.
Zespół kontrolny uznał, że istnienie biura będzie mieć sens tylko wtedy, gdy znajdzie się dlań lepsza, większa siedziba, będzie w nim pracować więcej osób i zwiększy się budżet (w tej chwili wynosi on 130 tys. zł rocznie). Radni przekażą wyniki swej kontroli zarządowi województwa i jego zastępcom, którzy będą musieli się do nich ustosunkować. Jak informuje jednak Waldemar Kuliński, dyrektor Urzędu Marszałkowskiego, zarząd już ma plany zwiększenia budżetu przedstawicielstwa w Brukseli. Dodatkowe pieniądze pójdą na zakup siedziby dla biura Mazowsza i na nowe etaty".

Jedyny wniosek wyciągnięty z tej historii przez wojewódzkich czynowników? "Zwiększyć etaty"! Dlatego dobrze byłoby znać już teraz odpowiedź reprezentantów nie tylko PiS na pytanie o sens utrzymywania takiej instytucji, jaką jest przedstawicielstwo Mazowsza przy Unii Europejskiej, które ma "promować nasz region w instytucjach unijnych". Choć unioentuzjastyczne PO, PSL i SLD właściwie nie muszą odpowiadać, ich poglądy są znane od lat i na pewno nie doznały żadnej odmiany. Stanowisko nominalnie uniosceptycznej LPR będzie ciekawe, ale skoro Ojciec Dyrektor Tadeusz Rydzyk zaczął już współpracować z państwowym Totalizatorem Sportowym przy kształceniu "w zdobywaniu pieniędzy unijnych", to "trudno wierzgać przeciw ościeniowi", jak napisałby nieoceniony także i nasz publicysta Stanisław Michalkiewicz... Przy istnieniu mało skomplikowanych i tanich, wręcz niemal darmowych środków łączności, jakim jest chociażby internet - uzyskiwanie materiałów potrzebnych do np. opracowywania strategii "pozyskiwania" pieniędzy - wcześniej zabranych podatnikom mazowieckim i dołączonych do składki członkowskiej na rzecz brukselskiego molocha biurokratycznego - odbywa się zapewne w sposób wygodny i miejmy nadzieję - także bezproblemowy dla szerokich rzesz zatrudnionych w urzędzie wojewódzkim. Jeśli tej czynności nie potrafili dotąd opanować polscy biurokraci - to wymagać raczej należałoby wymiany nie potrafiących się dostosować do współczesnych wymogów obiegu dokumentów urzędników niż wyposażania kolejnej instytucji w większe środki i w ten sposób powiększania szeregów i tak już rozdętej administracji samorządowo-państwowej.
Z całą pewnością dalsze utrzymywanie tej żałosnej instytucji nie ma wielkiego sensu - z punktu widzenia łożącego na nią podatnika mazowieckiego - za to na pewno wiele uroków widzą w niej potencjalni beneficjanci "zwiększonego budżetu" regionalnego przedstawicielstwa.
Ale skoro - partia PiS ma ochotę zadomowić się na dobre w strukturach antyintegracyjnego "Kongresu Brukselskiego", powołanego na dniach przez europejskich uniosceptyków - to z ciekawością czekamy na wyjaśnienie kompetentnych jej przedstawicieli, czy będą chcieli dalej wydawać 130 tysięcy złotych - albo i wielokrotnie więcej - ze zrabowanych w majestacie prawa portfeli mazowieckich podatników na kompletnie chybione "integracyjne" inicjatywy entuzjastów Związku Socjalistycznych Republik Europejskich...

Krzysztof Pawlak


Komentarz (0)

UPRzejmy punkt widzenia (3) - Wojciech Popiela Wysłane niedziela, 18, grudnia 2005 przez Krzysztof Pawlak

"PiS - szczególnie w sprawach gospodarczych - oscyluje na lewo. Dlatego myślę, że wzrośnie zapotrzebowanie na partię centroprawicową, konserwatywno-liberalną. My jesteśmy taką partią: konserwatywną w sferze światopoglądowej i liberalną w gospodarczej". Nie, nie powiedział tego nikt z UPR. Powiedziała to w wywiadzie prasowym pani Gronkiewicz-Waltz z PO. Jak skomentował to jeden z moich znajomych, z nich są tacy konserwatywni liberałowie, jak możliwe jest "oscylowanie na lewo". Pomijając definicję oscylacji, widać, że narożnik konserwatywno-liberalny pozostając bodaj jedynym nie zbrukanym, stanowi nęcący kąsek dla polityków, którzy z niejednego demokratycznego, liberalno-demokratycznego, wolnościowego, centrowego, wałęsowego czy awuesowskiego pieca chleb jedli. To by wyjaśniało, dlaczego nasza konserwatywna-liberalna formacja była skutecznie rugowana z wiadomości państwowej telewizji, zwłaszcza przy podawaniu wyników prawyborów czy nawet podawaniu wyników samych wyborów (sic!). Konkurencję najlepiej wyciąć, w ramach umiłowania wolnego rynku. Zapewne z tej miłości PO w sojuzie z SLD i PSL lało krokodyle łzy nad wyrugowaniem ich z Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji przez PiS. Gdy łapę na państwowych mediach trzymają konserwatywni-liberałowie z PO do spółki z komuną czerwoną i zieloną, to demokracja ma się dobrze, a rynek jeszcze lepiej, choć i to czasem nie daje gwarancji, że wynik wyborów będzie słuszny. Gdy tego samego chce konkurencja, to mamy skandal i łamanie prawa. Rozumiem, że w tym objawia się konserwatyzm PO - aby w KRRiTV PO miała zaklepane miejsce i wpływy, jak było do tej pory.
Tymczasem PiS pamiętając, że kto ma wpływ na media, ten ma dłużej władzę, postanowiło ten ważny przyczółek kontrolować. KRRiTV będzie więc istniała w okrojonym składzie (PSL, na którym zawsze można polegać, chciało powiększyć skład Rady do 12 miejsc, by każdy najadł się do syta) i nadal będzie udzielała koncesji oraz je przedłużała, albo i nie. Automatycznie przedłużać się będą koncesje "nadawców społecznych", co na jakiś czas pozbawi KRRiTV bata na m.in. Radio Maryja. O zlikwidowaniu koncesjonowania mediów i pozbawieniu polityków SLD, PO, PSL, PiS, LPR, Samoobrony, PD, UPR i kogo tam jeszcze wpływu na media nikt się nie zająknął. Z czegoś trzeba żyć…
To już kolejny bezczelny postępek PiS, które najpierw zajęło konserwatywno-liberalnej Platformie stołek premiera i wszystko co się z tym wiąże, później stołek marszałka sejmu i prezydenta, a teraz jeszcze ma chęć na radio i telewizję. Na słabe nerwy konserwatywnych liberałów z PO to już chyba za wiele, zważywszy na coraz śmielsze poczynania prokuratury i brak gwarancji dla członków PO, o których opowiadał w wywiadach pan Jarosław Kaczyński. W zemście PO obsadziła stołek szefa Zespołu do spraw Organizacji Pozarządowych, by liznąć choć tamte konfitury. A jest ich niemało. Wiadomo bowiem, że pozarządowe organizacje nie chcą mieć nic wspólnego z rządem, ale nie gardzą pieniędzmi, które rząd zabiera nam, a daje im. Liberalizm PO daje o sobie znać po raz kolejny?
W cieniu rozgrywek parlamentarnych, szczęśliwie kończący swoją ostatnią kadencję pan prezydent Kwaśniewski "ze względów humanitarnych" uchronił przed kryminałem swojego czerwonego kolegę z "afery starachowickiej". Może to i słusznie, skoro pan minister Ziobro stwierdził szczerze, że resocjalizacja to lipa. Podatnicy oszczędzą trochę grosza. Skoro w rządzie ujawniła się taka skłonność do szczerości, być może w najbliższych dniach usłyszymy, że ZUS to lipa, państwowy nadzór nad przedsiębiorstwami to lipa, koncesje to lipa, drugi filar to lipa, NFI to lipa, stan naszej armii to lipa, chroniczny deficyt budżetowy i drukowane masowo obligacje to lipa… Choć tego ostatniego możemy nie usłyszeć. Okazuje się, że w przyszłym roku rząd planuje sprzedać obligacje za ponad 7 mld złotych. Głównie dziesięcioletnie. W wyniku procederu, jakiego dopuszczają się opłacani przez nasz urzędnicy, zadłużenie skarbu państwa (czyli nas) wzrosło w tym roku o 5,1%. Ile wynosił wzrost gospodarczy? O ile szybciej zadłużamy się niż "rośniemy"?
Mimo zadłużania się, rządowi nadal nie starcza. W tym celu ogłosił podwyżki ukrytych w towarach podatków. Prąd, gaz, benzyna i papierosy obłożone zostaną wyższą akcyzą, a to wszystko obłożone siłą rzeczy większym VAT-em. Mało kto odważył się pisnąć, że olbrzymia i nie ostatnia podwyżka akcyzy ukrytej w papierosach jest wymuszona na Polsce przez Brukselę, na co rząd polski się oczywiście zgodził, jako że w ograbianiu swoich obywateli ma wprawę i nie czuje do tego odrazy. Tymczasem, rzekomo za wspomnienie o podwyżce akcyzy na gaz samochodowy, stracił posadę wiceminister finansów. Tej podwyżki finansującej bieżące wydatki ma nie być. Bardziej moralne jest obciążanie bieżącymi wydatkami rządu przyszłych pokoleń, które będą musiały wykupywać drukowane przez obecny rząd obligacje?
Ale co tam przyszłe i obecne pokolenia. Z wywiadu dla "Najwyższego CZASU!", jakiego udzielił pan poseł Cymański z PiS, dowiedzieć się możemy, że co prawda obywatele Polscy mają wystarczającą ilość rozumu, by wybrać pana Posła do Sejmu, ale nie starcza im go już na to, by zrobić dobry użytek z własnych pieniędzy. Dlatego rząd, dla naszego dobra, nasze pieniądze nam zabiera. Pracownikom najemnym około 70-80 procent. Skorośmy tacy nierozumni i nieodpowiedzialni, to może zabrać nam wszystko i przekazać do dyspozycji jakimś uczciwym politykom, pełnym rozumu, troski i solidaryzmu?
Na marginesie warto odnotować, że wydawany przez Agorę nowy dziennik zajął się kwestią dawnych (prawdziwych?) nazwisk. Od dziennikarzy śledczych dowiedzieć się można, że poseł Hojarska to w rzeczywistości poseł Hujarska. Kto by pomyślał, że Agora wkroczy na taki, potępiany jeszcze niedawno, grząski grunt. Toż nie brakuje w Polsce ciekawskich, chcących znać, o ile istnieją, poprzednie nazwiska tylu znanych, także z kręgu Agory, osób. A skoro poznamy nazwiska, to może i teczki, także i te które wyparowały? Sikorki i gile ćwierkają, że lustracja dziennikarzy ante portas. A która redakcja jest, rzec można, matką demokratycznych dziennikarzy polskich? Kto pójdzie na pierwszy ogień?
A za granicą same sukcesy. Ledwie tylko ustały komentarze do prywatnego maila ambasadora brytyjskiego, który czystym zbiegiem okoliczności niczym balon próbny wydostał się na języki publiki, już odnotowaliśmy wielki nasz sukces. Może dostaniemy z UE dwa miliardy euro mniej niż proponował Luksemburg. Zjednoczone Królestwo zaproponowało jeszcze mniej, jak to w handlu. A tu w heroicznym boju taki sukces Polski. Radości Francji i Niemiec nie było końca. Prezydent Francji od razu zapragnął spotkania z tymi, którzy po raz kolejny nie wykorzystali okazji, aby siedzieć cicho. Niemcy dołożyły Polsce nawet 100 mln na zakąskę. Trójkąt Weimarski znów w uścisku. Oby nam się tylko nie zrobiło duszno. Tak się bowiem składa, że Niemcy i Francja popierają to, co brytyjski ambasador nazwał "najgłupszą, najbardziej niemoralną polityką dotacji państwowych w dziejach ludzkości, jak nie przymierzając komunizm".
Na co idą "unijne pieniądze"? Zapewne płacące w listopadzie podwójną stawkę podatku polskie firmy chciałyby wiedzieć, na co płacą. Odpowiedź daje wnikliwe czytanie prasy. Z wywiadu udzielonego przez panią będącą zastępcą dyrektora Departamentu Wdrażania Europejskiego Funduszu Społecznego w Ministerstwie Pracy i Polityki Społecznej (jest takie coś i płacimy za to) każdy z szefów i pracowników polskich firm może się dowiedzieć, jak trwonione są jego pieniądze i pieniądze innych wspólnotowych podatników. Ot, na przykład milion siedemdziesiąt siedem tysięcy w ciągu 22 miesięcy wydane zostanie w jednej z dzielnic warszawskich na "projekt skierowany do 100 osób". Projekt ma polegać na poradnictwie grupowym i indywidualnym i szkoleniach "pozwalających znaleźć pracę na warszawskim rynku pracy". Predyspozycje zawodowe osób poddających się procesowi leczenia z alkoholizmu i innych chorób, bezrobotnych, zbada zatrudniony w tym celu doradca zawodowy. Każdy z uczestników otrzyma "dodatek szkoleniowy" (ok. 100 zł) oraz bilet komunikacji miejskiej. "W ramach projektu założono, iż 25 osób znajdzie pracę". Niestety, pani nie powiedziała, czy jeśli 25 z tych osób pracy nie znajdzie, "doradca zawodowy" odda pobieraną przez 22 miesiące pensję, a sama pani wicedyrektor wyleci z hukiem z ciepłej posady? W każdym razie wydanie ponad miliona złotych po to, by - optymistycznie zakładając - 25 osób znalazło (na jak długo?) pracę, daje 43 tys. na osobę! To - dodaje pani wicedyrektor - jeden z "bardzo wielu projektów, które w tej chwili są realizowane w całej Polsce". Niestety.
W Polsce jest, dzięki wysiłkom kolejnych rządów, ponad 3 mln bezrobotnych. Działając tak efektywnie i wydając 130 mld złotych, można by założyć, w ramach projektu, że wszyscy znajdą pracę. Albo i nie. Pozostaje jeszcze tylko pytanie, kogo wówczas z tych 130 miliardów złotych okraść, ponieważ nawet Unia E. zanim komuś da, wpierw komuś musi zabrać i rodzi to na rynku określone konsekwencje, o czym w departamentach wdrażania czegokolwiek wiedzieć już nie trzeba, tym bardziej, że czytanie mądrych książek szkodzi zdrowiu. Zdrowy rozsądek ciągle ma przed sobą przyszłość.

Wojciech Popiela


Komentarz (0)

Jaka forma destrukcji byłaby dla Platformy Obywatelskiej korzystniejsza? - zastanawia się Łukasz Perzyna Wysłane sobota, 17, grudnia 2005 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |