stycznia 1, 2006 - stycznia 17, 2006

PAŹDZIERNIK 1956, PIERWSZA ZWYCIĘSKA INSUREKCJA BEZKRWAWA - Antoni Zambrowski Wysłane wtorek, 17, stycznia 2006 przez Krzysztof Pawlak

"O roku ów! Kto ciebie widział w naszym kraju!" - można by zawołać za Adamem Mickiewiczem na wspomnienie wydarzeń w roku 1956. Był on pełen głębokich przemian zwłaszcza w Polsce, gdyż ówczesny komunistyczny "Gospodarz" PRL Bolesław Bierut nie przeżył rewelacji tajnego referatu Nikity Chruszczowa o zbrodniach Stalina i umarł w Moskwie 16 marca 1956 r. Na jego miejsce w uzgodnieniu z Kremlem (i w obecności Nikity Chruszczowa na plenum KC) wybrano Edwarda Ochaba, ale nim umocnił on swą pozycję w Partii i aparacie państwowym - w kraju trwał rozgardiasz. Oliwy do ognia dolała okoliczność, że tajny referat Chruszczowa o zbrodniach Stalina był czytany we wszystkich organizacjach partyjnych, zaś broszurę z tekstem (z nadrukiem na okładce: tylko do użytku organizacji partyjnych) można było kupić spod lady na bazarze Różyckiego na warszawskiej Pradze. We władzach partyjnych powstały dwie zwalczające się, tajne koterie (centralizm demokratyczny obowiązujący w partii komunistycznej wykluczał istnienie frakcji): orientująca się na ambasadę sowiecką grupa "natolińska" (zwana tak od pałacyku Urzędu Rady Ministrów w Natolinie pod Warszawą) o tendencjach zachowawczych oraz grupa "puławska" (od domów mieszkalnych przy ul. Puławskiej 24 i 26 w Warszawie, gdzie mieszkało kilku jej członków [tzw. Dom Wedla, i kamienica przylegająca - wytworne luksusowe mieszkania, zbudowane w przedwojennej Warszawie w stylu funkcjonalizmu, przymusowo zasiedlone po wojnie przez partyjnych notabli - przyp. ASME]), postulująca pewne reformy w kierunku demokratyzacji oraz domagająca się większej suwerenności PRL w stosunkach z Kremlem. Gdy w czerwcu 1956 roku wybuchły krwawe zamieszki w Poznaniu, rozpoczęte przez strajk załogi zakładów im. Stalina (dawne i obecne zakłady Cegielskiego) w obronie swych płac, obie frakcje zgodnie wysłały wojsko do stłumienia rozruchów, ale podzieliły się w sporze o przyczyny konfliktu. Prostalinowscy "konserwatyści" zgodnie z podpowiedzią z Moskwy akcentowali wpływ imperialistycznej agentury podczas odbywających się wtedy Międzynarodowych Targów Poznańskich, natomiast partyjni "liberałowie" podkreślali niedrożność mechanizmów społecznych, mających zapewnić więź pomiędzy władzą a klasą robotniczą.
W lecie zebrało się VII plenum KC, na którym owe koterie ujawniły swe istnienie. "Natolińczycy" postulowali wzrost płac robotniczych, regulację "narodowościową", czyli usunięcie z władz partyjnych i państwowych komunistów pochodzenia żydowskiego, rozliczenie zbrodni okresu stalinowskiego ze szczególnym uwzględnieniem roli oprawców tegoż pochodzenia (o innych przezornie milczano) oraz rehabilitację partyjną tow. Wiesława, czyli Władysława Gomułki - byłego sekretarza generalnego KC PPR (Usunięto go ze stanowiska w lecie 1948 roku i następnie uwięziono pod zarzutem odchylenia prawicowo-nacjonalistycznego). "Puławianie" opierali się tym propozycjom, natomiast domagali się reform politycznych i gospodarczych, urynkowienia gospodarki i wdrożenia samorządu pracowniczego w zakładach pracy. "Puławianom" sprzyjała inteligencja, zwłaszcza dziennikarze, gdyż "natolińczycy" jako tuba Moskwy domagali się ukrócenia ekscesów na łamach prasy, najbardziej otwartej w owym czasie i odważnej w krytyce błędów i wypaczeń minionego okresu w całym obozie ze Związkiem Rad na czele od NRD do Pekinu. Satyrycy z STS śpiewali z przekąsem o programie "natolińczyków": "Wszystkiemu winna rasa i prasa, i te, co majom mature".
W tych to okolicznościach jeden z przywódców "liberalnych" "puławian" w kierownictwie Partii Roman Zambrowski zaproponował Edwardowi Ochabowi ustąpienie stanowiska I sekretarza KC Władysławowi Gomułce i przelicytowanie w ten sposób postulatów kadrowych "natolińczyków". Zambrowski działał w ścisłym porozumieniu z premierem Józefem Cyrankiewiczem, dawnym socjalistą z PPS-WRN, traktowanym przez Kreml jako komunista gorszej jakości. Edward Ochab zamiast natychmiast zdymisjonować obydwu głosicieli tych propozycji, dla dobra kraju na nie przystał. W połowie października 1956 roku miano zwołać VIII z kolei plenum KC PZPR, by zatwierdziło owe zmiany na szczycie władzy. Ponieważ propozycje te nie były uzgodnione (wbrew komunistycznym zwyczajom) z Kremlem, do Warszawy bez zapowiedzi przylecieli przedstawiciele postalinowskiego kierownictwa KPZR Nikita Chruszczow, Wiaczesław Mołotow, Anastas Mikojan oraz Łazar Kaganowicz w towarzystwie marszałka Iwana Koniewa. W tym samym czasie bez uzgodnienia z władzami polskimi z sowieckich baz na Ziemiach Zachodnich PRL wyruszyły w kierunku Warszawy sowieckie kolumny czołgowe. Do Zatoki Puckiej koło Gdańska wpłynęła eskadra sowieckich okrętów wojennych. W całej Polsce zawrzało, zaś świat wstrzymał z wrażenia oddech.
Po stronie nowego kierownictwa partyjnego na niezliczonych wiecach i masówkach opowiedziały się szerokie rzesze warszawiaków oraz mieszkańców Trójmiasta w swoich zakładach pracy i uczelniach wyższych. Co wieczór wiecowali studenci Politechniki Warszawskiej. Przybyli do Warszawy przywódcy sowieccy ku swemu zdumieniu zdali sobie sprawę, że wbrew dotychczasowym zwyczajom, panującym w obozie moskiewskim, Polacy nie zamierzają ustąpić przed dyktatem. Gotowi są stawić opór w oparciu o szerokie rzesze robotników i studentów oraz wiernych nowemu kierownictwu oficerów LWP i KBW (Szczególnie w szeregach sił zbrojnych taką postawą wyróżniały się Wojska Wewnętrzne z gen. Włodzimierzem Musiem i gen. Bronisławem Bednarzem oraz zwolnionym właśnie z więzienia gen. Wacławem Komarem, a nadto dowództwo Wojsk Lotniczych z gen. Janem Freyem-Bieleckim na czele). Również reperkusje międzynarodowe takiego konfliktu byłyby nie do przewidzenia. Po stronie Polaków opowiedziały się dwa niezależne od Moskwy kraje komunistyczne, z którymi Nikita Chruszczow musiał się liczyć: Chińska Republika Ludowa oraz Jugosławia z jej prezydentem marszałkiem Josipem Brozem "Titem". W tych warunkach przywódcy sowieccy woleli przyjąć do wiadomości wyjaśnienia polskich komunistów, że PZPR nie zamierza podważać sojuszu z ZSRR i innymi krajami obozu sowieckiego. Odwołali oni marsz swoich wojsk na Warszawę i powrócili do Moskwy samolotem Tu-104. "Tu i z powrotem" - żartowano z satysfakcją w Warszawie. Cały cywilizowany świat, który ze wstrzymanym oddechem śledził wydarzenia w Polsce w obawie przed nową tragedią na kształt Powstania Warszawskiego z sierpnia 1944 roku, odetchnął z ulgą i uznaniem dla postawy Polaków.
VIII Plenum KC PZPR wybrało w otwartym głosowaniu Władysława Gomułkę na I sekretarza KC. Jednocześnie po raz pierwszy i jedyny wybrano w tajnym głosowaniu Biuro Polityczne oraz sekretariat KC. Zdecydowaną większością głosów przeszła lista proponowana przez tow. Wiesława. Nie było na niej ludzi Moskwy, w obronie których interweniowali przywódcy sowieccy. Nie zgłoszono oczywiście do wyboru listy alternatywnej, jedynie dwaj promoskiewscy członkowie KC Stanisław Skrzeszewski oraz Bolesław Rumiński wysunęli w miejsce Romana Zambrowskiego kandydaturę marszałka Konstantego Rokossowskiego. Marszałek obojga narodów przegrał atoli, uzyskując jedynie 23 głosy wobec 56 oddanych na R. Zambrowskiego. 56 głosów otrzymał również inny przedstawiciel "liberalnego" nurtu w Partii Jerzy Morawski (Edward Ochab otrzymał 75 głosów, o jeden głos więcej od W. Gomułki). Innymi słowy, stosunek głosów 56 : 23 obrazuje stosunek sił w KC PZPR pomiędzy zwolennikami reform i suwerenności kraju a zwolennikami socjalizmu ze Związkiem Rad na czele.
23 października odbył się w Warszawie na dawnym placu Stalina przy Pałacu Kultury i Nauki tegoż imienia wielki wiec mieszkańców Warszawy i okolic z poparciem dla nowego kierownictwa partyjnego. Wiec otworzył I sekretarz KW PZPR w Warszawie Stefan Staszewski (wł. Gustaw Szuster), który odegrał istotną rolę w przygotowywaniu oporu przed sowiecką interwencją (Jego determinację wzmagała okoliczność, że spędził on osiem lat w łagrze na Kołymie, dokąd trafił jako polski komunista wskutek czystek stalinowskich). Przemówienie wygłosił Władysław Gomułka, wzywając w nim do zakończenia wiecowania. Po nim musiał przemówić nieprzygotowany do tego, a wywołany przez zebrane tłumy gen. Marian Spychalski, również więzień w okresie stalinowskim. Wiec zamknął S. Staszewski, zaś orkiestra odegrała "Miedzynarodówkę". Po niej zebrany tłum odśpiewał bez akompaniamentu orkiestry hymn "Jeszcze Polska nie zginęła". Mimo wezwań Gomułki do zaprzestania wiecowania duże grupy młodzieży krążyły po mieście, domagając się uwolnienia z internowania księdza Prymasa Stefana Wyszyńskiego oraz odesłania do Moskwy marszałka Konstantego Rokossowskiego. Co też się wkrótce stało.
W Polsce nie umiemy obchodzić rocznic naszych zwycięstw. Zwyczajem jest obchodzenie pamięci tragicznych ofiar nieudanych powstań narodowych. Pamiętalibyśmy o "wiośnie w Październiku" 1956, gdyby przyniosła Polakom nie tryumf, lecz zagładę pod sowieckimi czołgami. Lecz dla milionów Polaków w owym czasie było to wielkie zwycięstwo, poprawiające ich codzienne bytowanie oraz zmieniające wizerunek Polaków w oczach świata. Znany pisarz austriacki Franz Werfel napisał wcześniej sztukę "Jakobowski i pan pułkownik", której bohaterem był dzielny Żyd Jakobowski towarzyszący zwariowanemu polskiemu pułkownikowi Umieralskiemu podczas letniej kampanii francuskiej 1940 roku. Tak nas postrzegał świat po Powstaniu Warszawski 1944 roku - jako naród Umieralskich. Od Polskiego Października 1956 roku było to już niemożliwe. A znany rosyjski pisarz emigracyjny Władimir Maksimow mówił mi z uznaniem, że po 1956 roku inteligent rosyjski patrzył na Polaków "snizu wwierch" - czyli z podziwem i zazdrością.

Antoni Zambrowski

Publicystyka Antoniego Zambrowskiego na ASME


Polityka energetyczna i dietetyczna - Krzysztof Mazur Wysłane wtorek, 17, stycznia 2006 przez Krzysztof Pawlak

Przez kilkanaście dni tematem nr 1 były sprawy związane z tzw. kryzysem gazowym pomiędzy Rosją i Ukrainą. W kontekście wcześniejszych ubolewań polskich polityków związanych z budową rurociągu bałtyckiego, była to dyskusja na temat tzw. bezpieczeństwa energetycznego naszego kraju. Co do kontraktu pomiędzy Niemcami i Rosją, to wydaje się, że większy dyskomfort powinni odczuwać podatnicy niemieccy, gdyż cała otoczka polityczno-ekonomicznych profitów tego państwa z tytułu wspomnianej inwestycji nieco przyblakła na wieść o osobistym zainteresowaniu kanclerza Schrödera w rurociągowym biznesie.

Łatwo sobie wyobrazić, co działoby się obecnie w Polsce, gdyby dajmy na to - prezydent Kwaśniewski podpisał kontrakt z Rosjanami na budowę specjalnego, rosyjsko-polskiego rurociągu, po czym po zakończeniu kadencji okazałoby się, że zasiada on za milionowym wynagrodzeniem w radzie nadzorczej spółki realizującej wspomniany projekt. Zapewne obecny rząd nie pozostawiłby na projektowanym przedsięwzięciu suchej nitki, nie mówiąc już o kolejnej i to supernadzwyczajnej komisji śledczej mającej wyjaśnić kulisy takiego postępowania byłego prezydenta.
Tymczasem inny tym razem gazowy konflikt na osi Moskwa - Kijów zakończył się szybciej niż trwało jego zawiązywanie, co wyraźnie speszyło niektórych "analityków" i spekulantów - zakończył się ponadto wyjątkowo korzystnym rozwiązaniem dla samej Ukrainy, która realnie ma płacić po niespełna 100 dolarów za każde 1000 msześc. tego surowca. Białoruś dysząca pod butem Łukaszenki płaci 47 dolarów za taką samą ilość gazu, a zachodnie kraje UE - po ok. 250 dolarów. No, ale Białorusini cierpią okrutny ucisk, więc niech chociaż sobie dogodzą tym gazem, my - to co innego, wolni ludzie, stać nas na znacznie więcej, a przecież wiadomo, że to co na Białorusi jest łamaniem praw człowieka i zagrożeniem dla wolności, tzn. pardon - społeczeństwa otwartego, to w niektórych krajach UE nazywa się przeciwdziałaniem terroryzmowi i zwalczaniem różnego gatunku fobii.

Upaństwowiony mobbing

Polska płaci cenę podobno zbliżoną do tej, jaką ponoszą inne kraje UE, ale zapewne niższą, a paradoksem naszego demokratycznego rządu jest, że cena gazu kupowanego od Rosjan stanowi naszą największą tajemnicę państwową. Wiemy na ten przykład, ile kosztuje F-16, ile kosztuje konkretny czołg czy nasza szlachetna misja w Iraku, natomiast nie wiemy, ile kosztuje kubik gazu z Rosji, odsprzedawany nam następnie przez kolejnego już, krajowego pośrednika-monopolistę, perełkę naszej gospodarki, przedmiot dumy i troski kolejnych rządów, czyli PGNiG. Właśnie kilka dni temu uregulowałem owemu monopoliście kolejny rachunek, wystawiony za ostatnie dwa jesienne miesiące, kiedy to koszty ogrzewania są jeszcze znacznie niższe niż w okresie zimowym, ale już dość dotkliwe. Z tego rachunku wyszło mi, że każdy metr sześcienny gazu kosztował 1,225 zł, co oznacza, że po przeliczeniu według obowiązującego kursu walutowego każde 1000 msześć gazu kupowanego od PGNiG kosztuje ok. 385 dolarów, a po 1 stycznia br. cena tego paliwa ma dodatkowo wzrosnąć o ok. 7 proc. Zestawiając te informacje, wychodzi, że Białoruś kupuje po 47 dolarów, Ukraina po 97, zachodnia Europa po 255 dolarów, Polska (w imieniu państwa działa oczywiście pośrednik) za mniej więcej tyle co zachodnia Europa, ale pewnie nieco mniej, a niżej podpisany i setki tysiące mu podobnych obywateli IV RP - kupuje od PGNiG za blisko 400 dolarów.
To, że Rosja mogła odgrywać się Ukrainie za pomarańczową rewolucję (chociaż teza ta jest dość wątpliwa, gdyż zapewne chodziło o sprawy bardziej przyziemnej natury), to jeszcze można zrozumieć, ale za co IV RP mobbinguje swoich obywateli, nie tylko tolerując, ale umacniając takie monopole jak PGNiG, koncerny energetyczne, telekomunikację, koleje, kopalnie itd. - to już chyba tylko praktycy państwa solidarnego są w stanie wytłumaczyć. Od nowego roku o 17 proc. wzrosły ceny gazu także w Rumunii, co tamtejszy rząd wytłumaczył koniecznością wywiązania się z zobowiązań dostosowania ich do stawek obowiązujących w Unii, dziwne tylko, że Bruksela nie żąda dostosowania płac do stawek obowiązujących w Unii, tak więc polska administracja musi tłumaczyć się z minimalnie niższej akcyzy na paliwa - ale nikt nie wytłumaczy, dlaczego polscy rolnicy otrzymują jedynie połowę tych dotacji, które przysługują ich europejskim kolegom po fachu?

Gigantyzm i wyrównywanie szans

W najbliższym okresie mają wejść kolejne europejskie przepisy wymagające np. ponownej rejestracji wszystkich substancji chemicznych, co będzie kosztowało polskie przedsiębiorstwa chemiczne ok. 400 mln euro. Oczywiście procesu tego nie za bardzo obawiają się duże koncerny chemiczne, szacujące swój koszt rejestracji na kilka milionów euro, z czego wniosek, że ww. europejskie standardy dotkną najbardziej małe i średnie firmy chemiczne, dotychczas ratujące rynek przed całkowitym dyktatem dużych koncernów.
Rząd myśli o tworzeniu tzw. koncernów narodowych, wzorując się na polityce ekipy Gierka, zapatrzonej w tzw. WOG-i, czyli wielkie organizmy gospodarcze, nb. wiele z tych narodowych "perełek" mających stanowić trzon owych narodowych koncernów gospodarczych to - biorąc poprawki na niezbędną modernizację - spadek po "dziewiątej gospodarce świata". Skutkiem istnienia tych organizmów jest m.in. to, że wydatki polskich gospodarstw na opłacenie rachunków z energię elektryczną są relatywnie największe wśród wszystkich krajów UE, zatrudnienie w polskich grupach energetycznych kilkakrotnie przewyższa zatrudnienie w podobnych koncernach w Europie - przy takiej samej, a nawet niższej w Polsce produkcji tejże energii. Wzrost cen energii w ostatnich kilku latach przewyższa inflację, a posłowie, media i różnego rodzaju grupy nacisku skutecznie przeciwstawiają się prywatyzacji tego sektora, pomimo takich przejawów demoralizacji lobby energetycznego, jak słynne już umowy społeczne, zawierane z pracownikami tych przedsiębiorstw.
Z okazji kolejnej realizacji słynnej historii o King Kongu francuski biolog ewolucyjny Sue Lieberman wyraził przekonanie, że "gigantyzm jest efektem izolacji i braku konkurencji", wiele okoliczności codziennego życia dostarcza dowodów, że teza ta z pewnością pasuje do opisu życia gospodarczego. Problem w tym, że rządzący hodujący takich gigantów naszym kosztem myślą w kategoriach gospodarki wojennej, nie pamiętając starej, żydowskiej przestrogi, ze "zanim gruby schudnie, to chudy umrze". Dochodzi zresztą w tej materii do oczywistych sprzeczności, gdzie z jednej strony mamy do czynienia ze wspieraniem dużych przedsiębiorstw ulokowanych w większości i tak w najbardziej rozwiniętych regionach, a z drugiej - z bohaterską walką o wyrównywanie szans poszczególnych regionów. Z jednej strony przeznaczamy miliardy złotych na dotowanie nierentownych kopalń i regulowanie gazowych rachunków firm chemicznych, z drugiej chodzimy na żebry do Angeli Merkel, ciesząc się jak dzieci z marnych 100 mln euro na pomoc dla ściany wschodniej.
Tymczasem po zatwierdzeniu taryf energetycznych wychodzi, że najdrożej za prąd zapłacą mieszkańcy zamojskiego, lubelskiego i rzeszowskiego, a najtańszy prąd otrzymają mieszkańcy Warszawy i Górnego Śląska. Różnice nie są takie bagatelne, gdyż przy zużyciu ok. 2000 tys. kWh rachunek mieszkańca Zamościa i okolic wyniesie ok. 860 zł, podczas gdy warszawiak zapłaci ok. 750 zł, czyli o ok. 13 proc. mniej, a paradoksem jest, że Warszawę obsługuje STOEN będący pod zarządem znienawidzonego, zachodniego prywaciarza, a ścianę wschodnią - koncerny energetyczne pod pośrednim zarządem solidarnego państwa polskiego.
Oczywiście fachowcy i analitycy fakt owego zróżnicowania natychmiast będą tłumaczyć odległością od producentów energii i źródeł zaopatrzenia w surowce, tymczasem niedawno poczyniono przygotowania do eksploatacji całkiem pokaźnych złóż wysokometanowego gazu, odkrytych w okolicach Rzeszowa, który to gaz mógłby z powodzeniem zaspokoić potrzeby energetyczne regionu, ale nie będzie - gdyż po wydobyciu zostanie wtłoczony do sieci i zmieszany m.in. z gazem rosyjskim, po czym z powrotem przypłynie do kuchenek i piecyków mieszkańców Podkarpacia, po cenie ustalonej przez Karpacką Spółkę Gazownictwa w Tarnowie, nadzorowaną przez PGNiG.

Puchniemy z głodu

Jest to zresztą zrozumiałe, gdyż co by to było, gdyby mieszkańcy sami wyrównywali swoje szanse, korzystając z indywidualnych zdolności, regionalnych bogactw naturalnych i walorów położenia, potencjału demograficznego, kulturowego itp.? Czy wtedy prezydent mógłby spojrzeć na przygotowaną mapę ubóstwa, biedy, wykluczenia i patologii i powiedzieć "O, tu, w tym kierunku należy tak i tak działać" - co tak sugestywnie w wywiadzie dla "GW" przedstawił prezydencki minister Urbański.
"Mamy mocarza - to mocarz okrutny - Na imię mu - głód!". Taką uwagę zapisaną przez komunizującego autora w wydanej 100 lat temu broszurze powtarzają obecnie jak mantrę rządowi i prezydenccy etatyści. Liczba głodujących dzieci urosła do kilku milionów (dziwić się tylko, dlaczego jeszcze nie lądują samoloty ONZ z pomocą żywnościową), a wszystkie kanały telewizyjne i bzdurne pisemka oglądane i przeglądane przez te setki tysięcy rodzin, w których wychowują się owe głodujące dzieci, pełne są reklam podpasek, tamponów, szamponów, telefonów komórkowych, gum do żucia, zabawek dla dzieci i dorosłych etc., które to artykuły raczej nie stanowią uzupełnienia codziennej diety żywnościowej. A przecież taka skala głodu nakazywałaby telewizji publicznej uruchomienie specjalnych kanałów informacyjno-poradniczych, uczących jak przyrządzić zupę z buraka pastewnego lub szczawiu, jak zastąpić cytrynę kiszoną kapustą i herbatę indyjską naparem z pokrzywy. Podobno sami "pracownicy socjalni" nazywają siebie "popsutymi bankomatami", gdyż doskonale zdają sobie sprawę, iż jedynie pośredniczą w wyłudzaniu zasiłków przez dorabiających w ten sposób świadczeniobiorców, stanowiących jedno z ogniw tego łańcucha obywateli wzajemnie mobbingujących się pod patronatem solidarnego państwa.
Mówienie w dzisiejszej Polsce o głodzie, a nawet niedożywieniu jako problemie społecznym jest - jak mawiali starsi ludzie - obrazą Boga i prawdziwie głodujących ludzi na świecie, jak pisał Guy Sorman, a czego pewnie nie wiedzą urzędnicy kancelarii prezydenta, jak i sam prezydent - mapa głodu pokrywa się zazwyczaj z mapą fałszywych ideologii.
A dlaczego panują fałszywe ideologie? Ano dlatego, że są ludzie, którzy mają interes w ich kolportowaniu, wprowadzeniu do praktyki rządzenia państwem i utrzymywaniu przeświadczenia o ich nadrzędności wobec wymogów prawa naturalnego. Ideologie takie nie są wyłącznie dziełem cyników i chciwych dyktatorów, jeszcze częściej ich krzewicielami są socjaliści-patrioci, dobroczyńcy ludzkości, którzy sami nie splamiwszy swoich rąk użytecznym zajęciem, ale i nie doznawszy nigdy głodu - żyją całe życie z dala od tych, którym tak bardzo chcieliby pomóc, mają usta pełne głupot o biedzie i wykluczeniu, co stanowi rodzaj samousprawiedliwienia za swoją niezasłużoną pozycję społeczną. To oni - przeciwnicy nacjonalizmu, jako remedium na wzrost gospodarczy proponują narodowe, kontrolowane przez państwo gospodarcze dinozaury, to oni jako remedium na demograficzną zapaść proponują becikowe (w 1983 r., kiedy królował stan wojenny, a półki wypełniały butelki z octem, kiedy nie było becików i pieluch - urodziło się w Polsce prawie 800 tys. dzieci, najwięcej w naszej powojennej historii, a nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie twierdził, że ów demograficzny boom był zasługą Jaruzelskiego), to wreszcie oni upokarzają nasz kraj w czasie żenujących targów o kilka miliardów euro z brukselskiej kasy. Jak wygląda w praktyce solidarne państwo, opisał jeden z najbardziej znanych obrońców uciśnionych i biednych, sam Karol Dickens, który w opowiadaniu pt. "O sztuce rządzenia państwem" tak scharakteryzował typową instytucję takiego ustroju: "Ministerstwo Przelewania z Pustego w Próżne było (jak to każdemu wiadomo i nie potrzeba tego tłumaczyć) najważniejszym organem w państwie. Nie podobne było nigdy załatwić żadnej sprawy bez zgody M.P.P.P.".

Krzysztof Mazur

Publicystyka Krzysztofa Mazura na ASME


Komentarz (0)

Łagiewnicki - czy ... piskorski? - Stanisław Michalkiewicz Wysłane poniedziałek, 16, stycznia 2006 przez Krzysztof Pawlak

Już Mahatma Gandhi w jednym z przypływów szczerości powiedział, że nic nie jest tak kosztowne, jak stworzenie wrażenia ubóstwa i prostoty. Czyż wypada nam spierać się z takim tęgim autorytetem moralnym? Jasne, że nie wypada. A co wypada? Ano, wypada, byśmy sobie to spostrzeżenie z uwagą rozebrali. Skoro stworzenie stosunkowo prostego w swej jednorodności wrażenia ubóstwa i prostoty okazuje się "kosztowne", to cóż dopiero mówić o tworzeniu wrażenia pełnej spontaniczności? Musi być ono nie tylko "kosztowne", ale i szalenie pracochłonne. Można przyrównać to do koncertu orkiestry; każda sekcja gra inaczej, ale pod batutą dyrygenta te rozmaite tony układają się w jedną symfonię. Na koncercie wygląda to na pełny spontan, ale dyrygent i muzycy wiedzą, ilu żmudnych przygotowań wymagała ta pozorna swoboda.

Stare przysłowie powiada, że "jak trwoga, to do Boga". Prezydent Aleksander Kwaśniewski nigdy nie był specjalnie odważny, o czym świadczy choćby jego życiorys. W jakim stanie ducha znajduje się teraz, kiedy immunitet już się skończył, a "energiczne śledztwa" zarządzone przez ministra Ziobrę w każdej chwili mogą usunąć mu ziemię spod nóg? Ten stan musi być, powiedzmy skomplikowany, skoro pan prezydent, bodaj w ostatnim dniu swej kadencji, zdecydował się na ślub kościelny. Zdecydował się, ale - po swojemu; zapalił, ale się nie zaciągnął. Ceremonia została otoczona taką tajemnicą, że aż red. Rybiński miał wątpliwości, czy w ogóle byli jacyś świadkowie, mogący w razie czego potwierdzić, że to nie kolejna blaga o cudownym nawróceniu.
Takie cudowne nawrócenie byłoby niezwykle użyteczne politycznie, gdyby Aleksander Kwaśniewski rzeczywiście podjął się tworzenia Centrolewu, jak kiedyś się odgrażał. Wprawdzie w SLD nadal żywa jest tradycja walki z religianctwem i "reakcyjnym klerem", ale pamiętają tam również wskazania Lenina o konieczności dostosowywania się do "etapu". Wszystko zaś wskazuje, że na obecnym "etapie" mamy powtórkę z tworzenia zapory przeciwko "faszyzmowi". Do stworzenia takiej zapory nie wystarcza sama awangarda w postaci partii komunistycznej. Konieczni są sojusznicy w ramach fołksfrontu i odpowiedzią na tę naturalną potrzebę byłby właśnie Centrolew. Starzy czekiści i partyjniacy takie rzeczy wysysają z wódką matki, więc wystarczy im jedna odprawa, ale elektorat katolicki trzeba, jak to mówią, bajerować.
Dlatego też i Platforma Obywatelska, kiedy zrobiła szpagat na epatowaniu modernizmem, postanowiła osiąść na dewocji i w tym celu 7 i 8 stycznia urządziła sobie Dni Skupienia w Krakowie. Poseł Rokita zakadził arcybiskupowi Dziwiszowi, że jest "przyszłą głową Kościoła", oczywiście na razie w Polsce, ale przecież na Polsce świat się nie kończy, zwłaszcza, że były "premier z Krakowa" bardzo zaangażował się po stronie "katolicyzmu łagiewnickiego". Ale Platforma, podobnie jak Aleksander Kwaśniewski, nie byłaby sobą, gdyby nawet dewocji nie nadała specyficznego charakteru, rozpoczynając pokazowe nawrócenie od... korumpowania Episkopatu Polski. Jakże inaczej bowiem nazwać ofertę przedstawioną tuż przed Dniami Skupienia, że Platforma przeznaczy w tegorocznym budżecie 20 mln zł na dofinansowanie katolickich uczelni? Czy taki katolicyzm rzeczywiście jest jeszcze "łagiewnicki", czy może już "piskorski"? Poza tym - co ma znaczyć, że tylko 20 milionów? Zgodnie z tradycją srebrników powinno chyba być 30?
Jak tam było, tak tam było, zawsze jakoś było, bo jeszcze nigdy tak nie było, żeby jakoś nie było - mawiał dobry wojak Szwejk. Jeszcze nie ochłonęliśmy po tych krakowskich aktach strzelistych, a tu już z samego rana w poniedziałek Nuncjatura Apostolska w Polsce wydała szalenie enigmatyczny Komunikat, w którym przypomina duchowieństwu o konieczności przestrzegania prawa kanonicznego i w ogóle. Wprawdzie już wcześniej przyzwyczailiśmy się do pytyjskiego języka różnych eklezjalnych dokumentów, ale ten jest wyjątkowo dyplomatyczny. Zwykły człowiek nie pojmie, o co tu właściwie chodzi i dlatego z wyjaśnieniami pospieszył niezawodny w takich momentach ks. red. Adam Boniecki z "Tygodnika Powszechnego". Wyjaśnił, że "Watykan" upomina w ten sposób Radio Maryja, bo "kościół instytucjonalny bardzo nie lubi, jeśli stwarza się wrażenie, że w jego imieniu przyjmuje się jakieś opcje lub zaangażowania polityczne". Czy tak jest rzeczywiście - tego niepodobna zgadnąć i nawet ks. Boniecki powiada, że jemu tak się tylko "kojarzy". No, ale ks. Boniecki od lat opowiada się za "katolicyzmem otwartym", który w praktyce jest bardzo podobny do "katolicyzmu piskorskiego", więc trudno, żeby kojarzyło mu się inaczej. W końcu to nie kto inny, tylko Rzymianie zauważyli, że "nie ma takiej bramy, której nie przeszedłby osioł obładowany złotem", nawet jeśli w sakwach ma tylko 20, a nie tradycyjne 30 jednostek płatniczych.
Mimo całej niejasności tej sytuacji ma ona pewne zalety. Oto po raz pierwszy Episkopatowi została przedstawiona konkretna oferta: 20 milionów zł za spacyfikowanie Radia Maryja rękoma Kościoła w przededniu trudnej operacji budowania "fołksforontu", który będzie w Polsce "powstrzymywał faszyzm". Oczywiście w tej symfonii Episkopatowi dyrygent wyznaczył tylko odegranie "grande finale furioso", bo poszczególne sekcje czerwonej orkiestry swoje fragmenty już rzępolą. Wskazuje na to choćby artykuł pani Magdaleny Bajer w "Rzeczpospolitej". Przytłaczając czytelników autorytetem przewodniczącej Rady Etyki Mediów, dawna zastępczyni kierownika działu naukowego (1978 - 1981) organu KC PZPR "Polityka", karci Radio Maryja za "jadowitą publicystykę". Ano, nie da się ukryć, że ta publicystyka jest nie na rękę budowniczym fołksfrontu, którzy poubierali się w ornaty i ogonami dzwonią na czarną mszę, ale dla społeczności katolickiej to jeszcze nie jest żaden argument. Dla katolików piskorskich - to co innego.

Stanisław Michalkiewicz

Publicystyka Stanisława Michalkiewicza na ASME i nagrania TV ASME


Komentarz (4)

Czy warto było dla jednego sondażu wszczynać niemal szlachecki rokosz sejmowy - Łukasz Perzyna o pierwszym quasi-poważnym kryzysie parlamentarnym Wysłane sobota, 14, stycznia 2006 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |






Czy warto było dla jednego sondażu wszczynać niemal szlachecki rokosz sejmowy - Łukasz Perzyna o pierwszym quasi-poważnym kryzysie parlamentarnym Wysłane sobota, 14, stycznia 2006 przez Krzysztof Pawlak

"Zdarzenia w gmachu sejmowych znowu znalazły się w centrum zainteresowania opinii publicznej, co oczywiście było wygodne dla dziennikarzy politycznych, którzy z tego gmachu nie wychodzą. Z pierwszych komentarzy można było wynosić, że mieliśmy do czynienia z jakimś zamachem na polski parlamentaryzm, a albo - że obok siebie będą funkcjonować dwa sejmy" - Łukasz Perzyna, publicysta "Tygodnika Solidarność" i naszej witryny ASME, zastanawia się nad sensem pierwszego "poważnego" kryzysu parlamentarnego w nowej kadencji sejmu.

Kampania trwa już permanentnie, gdyż potężnym bodźcem skutkującym wzrostem adrealiny u polityków stał się jeden sondaż, ogłoszony przez wcale nie renomowany z ośrodków "badania opinii publicznej", bo GfK Polonia, z którego wynikało, że w kolejnym sejmie znajdą się tylko 3 (trzy) ugrupowania: PiS z samodzielną większością, PO i Samoobrona, a więc wiadomo było, że Platforma byłaby izolowana, zważywszy że skład owej izby dopełniany byłby przez kamratów Andrzeja L.
Doszło do tragikomicznego niemal momentu, iż posłowie nie chcieli opuścić sali obrad plenarnych w obawie, by marszałek Marek Jurek nie kazał przypadkiem jej zamknąć i ich do niej ponownie nie wpuścić. Nie przypadkiem "tęczową koalicją" nazwano powstały wtedy związek czterech antagonistycznych organizacji, z jednej strony: antykomunistyczna LPR i post(?)komunistyczny SLD, z jednej strony PO - z drugiej Samoobrona, a więc - "barbarzyńcy" i "złodzieje" w jednym, jeśli brać poważnie pod uwagę epitety, jakimi niedawno obrzucali się "politycy"; do tego tradycyjne "obrotowe" PSL. Do tej egzotycznej koalicji doprowadził właśnie PiS-owski marszałek Marek Jurek.
Czy budżet zostanie uchwalony, czy Prezydent Lech Kaczyński rozwiąże parlament? Czy kolejny sejm będzie inny? Czy warto było dla tego jednego sondażu robić taką awanturę, kiedy w piątek 13 stycznia ukazały się już wyniki kolejnej ankiety, tym razem przeprowadzonej przez szamanów z CBOS, gdzie wyeliminowaniu uległo tylko PSL, teraz - najmniejsze ugrupowanie, którego przedstawiciele zasiadają w izbie niższej parlamentu "polskiego regionu UE"...

Nagranie trwa ponad 9 minut i jest dostępne w Sieci do 28 I 2006 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




Komentarz (0)

Wielka Koalicja Strachu, czyli komunizująca się freudowsko z telewidzami posłanka Senyszyn o PO: "dzieje się coś niedobrego" Wysłane piątek, 13, stycznia 2006 przez Krzysztof Pawlak

Jak w każdym - parę spraw miało swój czas i miejsce w mijającym tygodniu. Oto były kolega NZS-iacki, który konsekwentnie drapał się na szczyt biurokratycznej kariery, aż w końcu się tam dodrapał, czyli Mariusz Kamiński, nieopatrznie chlapnął swym za długim organem wysublimowanego smaku, że panowie towarzysze "byznessmeni" Kulczyk, Krauze i Gudzowaty powinni się mieć na baczności, bo on ich nie lubi - a może swe uczucia okazywać już urzędowo! Na co natychmiast kolegialny organ "byzneSSu" post-PZPR-owskiego, czyli "lożowata" organizacja Business Centre Club zaapelowała do Sejmu o odrzucenie projektu ustawy powołującej Centralne Biuro Antykorupcyjne, któremu przewodzi, na razie w stadium organizacji, poseł Kamiński. Ponieważ ma to być główny urząd zaprojektowany przez PiS jako narzędzie walki z patologiami obecnej PRL-bis (ale czy jakikolwiek urząd coś kiedy realnie dokonał??? - zapyta konserwatywny liberał), wiadomość tę traktujemy jako kolejny krok w zapowiedzianej w trakcie kampanii przedwyborczej likwidacji wpływów agentury komunistycznej i Służb Specjalnych PRL i na razie obserwujemy z dużą życzliwością. Ta jest tym większa, im więcej protestów dochodzi ze strony "byzneSSu" post(?)komunistycznego. Dlatego nie bez kozery można zauważyć zwiększony niepokój osobistości pokroju pp. Kulczyka, Krauzego i Gudzowatego, którzy lokują swoje sympatie raczej po stronie Platformy Obywatelskiej, która według ocen wielu analityków politycznych "polskiego regionu UE" ma stanowić jądro konsolidacji przyszłego układu post-"PD-alsko"-SLD-owskiego pod egidą niezapomnianej jeszcze niestety pamięci tow. "Disko-prezia" Kwaśniewskiego, jak tylko ten powróci z inspekcji kont PZPR-owskich nadzorowanych w Szwajcarii przez mordercę Petera Vogla vel Piotra Filipkowskiego, syna byłego wysokiego czynownika nomenklatury, który został niedawno zidentyfikowany przez służby śledcze i wobec którego zostało wystosowane żądanie ekstradycji.

Z dużym napięciem komentatorzy życia robaczkowego polskich "jelit" politykierskich czekali na ostateczne rozstrzygnięcie przepychanek sejmowych z drugiej połowy tygodnia nad pospiesznie zgłoszonymi przez rządzące PiS autorskimi poprawkami budżetowymi, skrzętnie zasuflowanymi przez Braci K. pozostałym uczestnikom parlamentarnej zabawy. W wyniku tego umiejętnego zagrania socjotechnicznego po raz pierwszy ukazała się wcale już nie zdumionej widowni naturalna koalicja strachu, która zgromadziła wszystkie pozostałe ugrupowania sejmowe. Wspólnie w obronie stołków parlamentarnych stanęli i poseł Gadzinowski, i poseł specjalny Komorowski z posłem OMC - "O Mało Co" premierem Rokitą, wspierani przez posłów Giertycha z Kotlinowskim na czele klubu LPR oraz Waldkiem "panie Waldku, niech Pan się nie boi...!" Pawlakiem, który tym razem porzucił maskę pacjenta po trepanacji i okazał trochę uczuć do kamer telewizyjnych.
Uczuciem dominującym na szlachetnych obliczach poselskich i posłankowskich od tow.tow. Kalisza R. i Wenderlicha J. po syna Arkadego Fiedlera - też Arkadego, ale już mało pis-matego, za to wielce sPOlegliwego - było przerażenie.
Ten silny stan emocjonalny był widoczny u wszystkich posłów poza reprezentantami PiS. Dzień wcześniej został opublikowany pierwszy w tym roku wynik ankiety jednej z tzw. sondażowni, która przeprowadziła swoje odczyniania czarów nad "targetami elektorskimi" na zlecenie opiniotwórczej gazety "Rzeczpospolita". Okazało się, że ugrupowanie prawicawych konserwatystów, zwane uprzejmie przez warszawską ulicę Populizmem i Socjalizmem - w hipotetycznie bliskich, kolejnych wyborach parlamentarnych mogłoby osiągnąć bez problemu przewagę parlamentarną. Tego jeszcze było mało, gorsze wieści przyszły dla przedstawicieli ugrupowań LPR, PSL i post(?)komunistycznego "ezelde". Ich dalszy pobyt w sejmowych i senackich progach przestał być pewien: ankieterzy nie dali im nawet przekroczyć progu 5%. Szczekliwego ratlerka ostatnio widzianego pod zawołaniem "PeDały.pl", który podwójnie przegrał ostatnie, zeszłoroczne losowanie szczęśliwych numerków z konserwatywno-liberalną Unią Polityki Realnej - nikt już nigdzie nie widział. Spokój zachował tylko tow. Lepper A., którego formacja III ligi byłych PZPR-owców oraz współpracowników PRL-owskich służb specjalnych przekroczyłaby 7% poparcia, co było wynikiem lepszym niż poprzednio wyczytanym z tras przelotu ptactwa wędrownego przez uczynnych szamanów od stawiania prognoz pogody politycznej. Następnego dnia, a więc już w trakcie bezpardonowej walki o swój korzystny wizerunek markietingiarski gangów politykierskich, w brukowej gazetce, wydawanej przez półinteligentów dla ćwierćinteligentów, jak ją określa nasz współpracownik Stanisław Michalkiewicz, czyli "Gazecie Wyborczej" pojawił się kontrsondaż, wyprodukowany przez konkurencyjny klan szamanów spod totemu sopockiej Pracowni Badań Społecznych - ale też wielce korzystny dla rządzącego obecnie ugrupowania. To było ponad siły triumwiratu Tusk-Rokita-Schetyna i wspierających go "sił demokratycznych", dlatego przy wydatnej pomocy wicemarszałka Kotlinowskiego z LPR doszło do swoistego puczu "demokratycznego", kiedy to wicemarszałek narodowo-konserwatywny pokazał marszałkowi prawicawo-konserwatywnemu Markowi Jurkowi, gdzie ten drugi może sobie schować mniemanie o procedurach i regulaminie sejmowym. Licytacja była wysoka, ale sprawdzenie nastąpiło ze strony PiS, kiedy to w czwartek wieczorem Jarosław Kaczyński wystosował zaproszenie do spotkania dla OMC prezydenta Tuska, którym ten sznurkorękonogi polityk... wzgardził.

Efektem było zaproszenie do rozmów o koalicji rządowej, wystosowane przez Braci K. pod adresem towarzyszy samoobronnych, "obrotowych" "chłopów z ulicy Grzybowskiej" oraz Ligi Polskich Rodzin, która jednak chyba się na wstąpienie do rządu Kazimierza Marcinkiewicza nie zdecyduje.
Prominentni przedstawiciele "jedynie susznej" formacji w oczach, uszach i dłoniach dzierżących pióra polemiczne żurnalistycznej hałastry, czyli Platformy Obywatelskiej - zaczęli od samego poranka strasznie dla nich pechowego, piątkowego 13 stycznia 2006 r. narzekać, że "po raz trzeci chyba dostaliśmy... eeee... zostaliśmy na lodzie"..., w czym dzielnie wspierały ich usłużne media, co było widać po przeglądzie prasowym, jaki zaserwował swoim odbiorcom serwis WP z tego (13.01.2006 r.) dnia :
"Większość piątkowych gazet ogólnopolskich, komentując dwudniowy sejmowy kryzys, jaki rozpętał się wokół terminu debatowania nad budżetem, zarzuca Prawu i Sprawiedliwości działanie szkodliwe dla państwa. Jedynie "Nasz Dziennik" widzi sprawę inaczej.
Publicystka »Gazety Wyborczej« (..) Ewa Milewicz zarzuca rządzącej partii, że wobec innych ugrupowań stosuje pokaz siły. Podkreśla, że PiS powinien w końcu pojąć, że nie da się rządzić bez stabilnej większości, a opozycja to pełnoprawny składnik Sejmu, a nie wychowankowie poprawczaka o zaostrzonym rygorze. Redaktor naczelny »Rzeczpospolitej« uważa, że PiS uprawia grę szkodliwą dla państwa. (...) Redaktor naczelny »Trybuny« [to taki fanzin dla byłych UB-eków i milicjantów "obywatelskich" - przyp. ASME] pisze, że »Jarosław Kaczyński i jego wierni giermkowie robią sobie żarty z demokracji«"... Oj, będzie musiał jeszcze wiele lat pracować zespół prawicawych konserwatystów z PiS, by osiągnąć minimalizację żywo okazywanej przez "czwartą władzę" niechęci, to tak łatwo i bezboleśnie samo nie nastąpi!
Najzabawniejszy komentarz do swojego stanu umysłowego dała publicznie, na wizji ekranów TV z włączoną stacją TVN 24, posłanka post(?)komunistyczna Senyszyn: "No, skoro SLD ramię w ramię z LPR, PO, PSL i Samoobroną zjednoczyły się przeciwko PiS to znaczy, że z PiS dzieje się coś niedobrego"

Ale chyba ma w jednym, freudowskim - więc oczywiście lewackim - punkcie rację: z Platformą Obywatelską na jej własne życzenie "dzieje się coś niedobrego"...

Krzysztof Pawlak


Komentarz (1)

II Zjazd Samorządowców w sprawie zmiany ordynacji wyborczej do samorządów - Malbork 21 stycznia 2006 r. Wysłane wtorek, 10, stycznia 2006 przez Krzysztof Pawlak

ZAPROSZENIE


Szanowni Państwo!


W dniu 21 stycznia 2006 r. w Malborku odbędzie się kolejny Zjazd Samorządowców w sprawie zmiany ordynacji wyborczej do samorządów na większościową z jednomandatowymi okręgami wyborczymi.
Hasło Akcji Samorządowej "Pierwszy z Okręgu", pod którym odbędzie się Zjazd w Malborku oddaje wiernie przesłanie naszej inicjatywy, którym jest wprowadzenie w wyborach do rad gmin, powiatów i sejmików wojewódzkich wyborów większościowych z jednomandatowymi okręgami wyborczymi.
W systemie tym wyboru kandydatów na radnych dokonuje się w jednostce terytorialnej, utworzonej stosownie do opracowanej normy przedstawicielstwa. Mandat uzyskuje tylko jeden spośród zarejestrowanych kandydatów, czyli ten, który otrzymał największą liczbę ważnie oddanych głosów w jednej turze głosowania.
Ogólnopolski Zjazd Samorządowców, który odbył się w Kielcach 17 grudnia 2005 r., określił w przyjętym Memorandum cele i zakres działania Akcji Samorządowej "Pierwszy z Okręgu". Na zjeździe tym powstała też Grupa Inicjatywna, zadaniem której jest koordynowanie prac przygotowawczych do zawiązania Krajowego Komitetu Obywatelskiej Inicjatywy Ustawodawczej. W ramach tych działań odbywają się lokalne i regionalne debaty o znaczeniu ordynacji wyborczej dla jakości polskiej demokracji, upowszechnianie i komentowanie opinii reprezentantów lokalnej społeczności, oraz zawiązywanie lokalnych i regionalnych Komitetów Inicjatywy Obywatelskiej.
Jesteśmy przekonani, że zaangażowanie w obrady Zjazdu jak najszerszych gremiów naszego społeczeństwa przyniesie określone efekty w przemianach politycznych naszego kraju, wpłynie także w sposób znaczący na dalszy przebieg działań prowadzonych przez obywateli w ramach Obywatelskiej Inicjatywy Ustawodawczej.

W imieniu Grupy Inicjatywnej i organizatora, którym jest Burmistrz Miasta Malborka, pan Jan Tadeusz Wilk, zapraszamy serdecznie do uczestnictwa i aktywnego włączenia się w prace Zjazdu.

Jan Jagielski
Andrzej Madej
Pełnomocnicy Grupy Inicjatywnej





ZAPROSZENIE NA

Zjazd Samorządowców
w sprawie zmiany ordynacji wyborczej do samorządów na większościową z jednomandatowymi okręgami wyborczymi

Malbork 21 stycznia 2006 r.



Szanowni Państwo


W celu powstrzymania procesu degradacji mechanizmów demokratycznych w naszym kraju na Zjeździe Samorządowców w Kielcach, w dniu 17 grudnia 2005 r., zainicjowano Akcję Samorządową "Pierwszy z Okręgu" oraz powołano Grupę Inicjatywną Akcji do koordynowania prac przygotowawczych, zmierzających do zawiązania Krajowego Komitetu Obywatelskiej Inicjatywy Ustawodawczej.
Zdaniem uczestników Zjazdu, zmniejszająca się frekwencja w wyborach do organów przedstawicielskich i inne symptomy wycofywania się obywateli z życia publicznego czynią aktualnym postulat zmiany ordynacji wyborczej do samorządów terytorialnych na taki, który sprzyja upodmiotowieniu obywatelskiej aktywności w strukturach władzy demokratycznego państwa. Dlatego też kontynuujemy działania zmierzające do zainicjowania publicznej debaty nad zmianą ordynacji samorządowej.
Inicjatywa ta, nawiązując do inicjatywy grupy społeczników z całej Polski zawiązanej w Krakowie w 2001 roku, będzie kolejną próbą naprawy systemu demokracji przedstawicielskiej opartej na wartościach cywilizacji łacińskiej, gdzie siła jedności politycznej wspólnoty wsparta jest na różnorodności społeczeństwa.
Temu też celowi służyć ma organizowany w Malborku w dniu 21 stycznia 2006 r. Zjazd Samorządowców.

Burmistrz Miasta Malbork
Jan Tadeusz Wilk

Malbork, 04 stycznia 2006 r.





Miejsce Zjazdu: Urząd Miasta w Malborku
Malbork, plac Słowiański 5
Sala Posiedzeń Rady Miasta

Program zjazdu
9.15 - 10.00
Rejestracja uczestników
10.00 - Otwarcie konferencji - Jan Tadeusz Wilk, Burmistrz Miasta Malbork

Część pierwsza (10.15 - 11.45)
Ustrój Samorządowy a Społeczeństwo - debata o potrzebie zmiany ordynacji wyborczej do samorządów terytorialnych

10.15
- Ordynacja wyborcza a odpowiedzialność w życiu publicznym - Andrzej Sadowski, Prezes Centrum Adama Smitha
10.30 - Ordynacje wyborcze w badaniach opinii publicznej - Michał Drozdek - Prezes Instytutu Paderewskiego
10.45 - Społeczeństwo obywatelskie na poziomie lokalnym - Maciej Płażyński, Wicemarszałek Senatu
11.00 - Jednomandatowa samorządność w Krakowie - dr Jerzy Grela - Radny Miasta Krakowa, wieloletni Przewodniczący Rady Dzielnicy Dębniki,
11.15 - System wyborczy - poprawiać czy zmieniać? - Mariusz Wis, Prezes Fundacji im. J. Madisona, Centrum Demokracji Jednomandatowe Okręgi Wyborcze
11.30 - Ile tur wyborczych w wyborach większościowych - czego dotyczy wybór? - Jan Jagielski, Pełnomocnik Grupy Inicjatywnej
11.45 - 12.15 - przerwa

Część druga (12.15 - 14.00)
Narada Samorządowców - w sprawie działań podejmowanych w ramach inicjatywy ustawodawczej
12.15
- Obywatelska Inicjatywa dla zbierania opinii i podpisów - Andrzej Madej, Pełnomocnik Grupy Inicjatywnej Pierwszy z Okręgu
12.25 - Omówienie proponowanych zmian ustawy w ordynacji wyborczej do rad gmin, powiatów i sejmików wojewódzkich - Bartłomiej Michałowski - Ruch Normalne Państwo
12.40 - Dyskusja
14.00 - Przyjęcie stanowiska Zjazdu, zakończenie Zjazdu
14.20 - Konferencja prasowa

Biuro Organizacyjne Zjazdu:
Mieczysław Roeding - zastępca Burmistrza Malborka, tel. 0 (55) 647 33 23;
kom. 601 65 69 10; e-mail: roeding@um.malbork.pl,
Aleksandra Kapejewska - tel. 0 (55) 647 99 00 w. 144; e-mail: asystent@um.malbork.pl
Zapraszamy również na stronę www.ordynacja.pl
Prosimy o potwierdzenie przybycia na adres asystent@um.malbork.pl w terminie do 16 stycznia 2006 r.

Komentarz (0)

"Abram Mojsie Piłsuder" - Stanisław Michalkiewicz Wysłane poniedziałek, 9, stycznia 2006 przez Krzysztof Pawlak

Tak się złożyło, że w miłym towarzystwie, z którym spędzałem Sylwestra, rozmawialiśmy m.in. o reinkarnacji. Z jakichś powodów reinkarnacją bardziej zainteresowane były panie. Wprawdzie trochę je konfundowało ostrzeżenie, że mogą odrodzić się w postaci, dajmy na to, glisty czy karalucha, ale mimo wszystko ciekawość przeważała. Panowie natomiast byli reinkarnacją raczej rozczarowani, przede wszystkim z tego powodu, że w nowym wcieleniu nie ma kontynuacji pamięci z wcielenia poprzedniego. Skoro tak - powiadali - to czy w ogóle jest jakiś dowód albo chociaż poszlaka, przemawiające za reinkarnacją?

Wydaje się, że takiego dowodu nie ma, ale widocznie taka potrzeba jest, skoro podejmowane są próby stworzenia przynajmniej takiego wrażenia. Jedną z takich prób był artykuł Adama Michnika w noworocznej "Gazecie Wyborczej", zatytułowany "Gniew Komendanta", w którym natchniony autor w taki sposób dobiera cytaty z pism Piłsudskiego, by wykazać, że Marszałek również był przeciwko lustracji. Nawiasem mówiąc, niechęć red. Michnika do lustracji jest tak duża, że aż zagadkowa. Czyżby nie był pewien, czy gen. Kiszczak jest "człowiekiem honoru"? Chociaż taka możliwość w świetle zapewnień samego red. Michnika wydaje się niewiarygodna, ale przecież tak zupełnie wykluczyć jej nie można, a w takiej sytuacji "dziarscy chłopcy" z IPN, na których red. Michnik też rozciąga swoją niechęć do lustracji, mogą stać się przyczyną jakiejś niemiłej siurpryzy.
Ale tworzenie wrażenia, jakoby red. Michnik był reinkarnacją Józefa Piłsudskiego, jest trochę groteskowe; wychodzi z tego karykatura nie tylko Marszałka, ale nawet red. Michnika, taki "Abram Mojsie Piłsuder" - jakby napisał Tuwim. Piłsudski bowiem mówił także, żeby w czasach kryzysu strzec się "agentów", a jak tu strzec się "agentów" gdyby za red. Michnikiem i JE abpem Józefem Życińskim przyjąć, że żadnych "agentów" nie ma, tylko szlachetni ludzie, którym trochę pokrzywiły się aureole? Tymczasem "kryzys" chyba mamy; żeby się o tym przekonać, wystarczy otworzyć "Gazetę Wyborczą" albo TVN państwa Walterostwa. W tych merdiach główną przyczyną kryzysu jest zapierający dech w piersiach fakt, że prezydentem Polski po raz pierwszy nie została osoba wskazana przez razwiedkę, zaś wyłoniony wskutek wyborów rząd zaczyna w razwiedce przeprowadzać czystki i to bynajmniej nie etniczne. Z tego tez powodu JE abp Józef Zyciński w okolicznościowym kazaniu na Nowy Rok przestrzegł, by "ołtarz" nie wiązał się zbyt ściśle z "tronem", bo może to stać się przyczyną "laicyzacji". Znaczy - każdy definiuje kryzys i walczy z nim po swojemu; "GW" i TVN na odcinku razwiedkowo-politycznym, a Ekscelencja - na odcinku eschatologicznym. Czy jednak przestroga Ekscelencji jest słuszna bez względu na okoliczności? Wyobraźmy sobie, czas się cofnął i odwrócił lica, a rząd ponownie kompletuje pan Tadeusz Mazowiecki spośród aktywistów Unii Demokratycznej (potem Wolności, a obecnie - Partii Demokratycznej). Czy w tej sytuacji ściślejsze powiązanie "ołtarza" z "tronem" o poręczach słodkich i nogach sprawiedliwych, byłoby nadal sprośnym błędem Niebu obrzydłym? Już samo takie przypuszczenie zatrąca siarką piekielną, więc każde dziecko widzi, że nie chodzi o powiązania "ołtarza" z "tronem" w ogóle, tylko - o powiązania niewłaściwe.
Takie przypuszczenie potwierdza linia publicystyczna "Trybuny" i jednego z jej czołowych publicystów, pana red. Szubartowicza Przemysława, który w rozmowie z panią Kazimierą Szczuką, czołową współczesną demokratką ("Wasilij Wasilewicz Dokuczajew - filozof-gleboznawca, społecznik i demokrata" - pisał "Mały Słownik Filozoficzny Akademii Nauk ZSRR z roku 1953) stawia kropkę nad "i", mówiąc o "brunatnej" fali, która zagraża - jakże by inaczej - "młodej polskiej demokracji". Jeśli już stalinowcy grają larum przeciwko "faszystom", to nie żarty - to już nawet nie kryzys, to kontrrewolucja! Jednym z jego objawów jest choćby to, że "faszyści" ("dziarscy chłopcy z IPN") przymierzają się do demaskowania "agentów", których wystrzeganie się zalecał Józef Piłsudski. Czyżby nasza młoda demokracja stała "agentami"?
Ale mniejsza już o nich, bo nie czas żałować róż, gdy oto płoną lasy i "faszyści" wiodą natarcie nie tylko na razwiedkę, ale nawet merdia, za pośrednictwem których red. Michnik gospodarował sobie w naszych duszach, niczym pani red. Justyna Pochanke w swojej kuchni. A co się robi, gdy "faszyści" wiodą natarcie? Po pierwsze - podnosi się klangor; woła się albo "gewałt", albo "no pasaran!", czy jakoś tak, a po drugie - buduje się "fołksfont" ze wszystkich "sił demokratycznych" jakie tylko są pod ręką. Twardym jądrem przyszłego "fołksfrontu" będzie serdeczne porozumienie Platformy Obywatelskiej, SLD, i Socjaldemokracji Polskiej, które na odcinku salonowym będzie zabezpieczała Partia Demokratyczna Władysława Frasyniuka, od tyłu - "Zieloni 2004", zaś na odcinku eklezjalnym - Ekscelencja, który co trzeba - zaraz obnaży i potępi. Jak widzimy - odpór jest już przygotowany, więc Nowy Rok zapowiada się niezwykle ciekawie, chyba, że PiS w ostatniej chwili czymś przekupi Platformę, bo po głosowaniu nad "becikowym" za ekspektatywę prezydentury Warszawy dla "naszej Hani kochanej" już wiadomo, że "w pysk dadzą sobie napluć za tyle a tyle, gębę potem obetrą, a forsę przeliczą".

Stanisław Michalkiewicz

Publicystyka Stanisława Michalkiewicza na ASME i nagrania TV ASME


Komentarz (2)

Sensacja dnia: Jan Maria Władysław R. mianował nową "głowę Kościoła" w "polskim regionie UE" Wysłane poniedziałek, 9, stycznia 2006 przez Krzysztof Pawlak

Tego epokowego "newsa" nie przegapi chyba żaden szanujący się pismak, czyli żurnalista na etacie redakcyjnym. Pierwsi donieśli o sensacyjnym wydarzeniu w naszym "regionie europejskim" pp. Wojciech Pelowski, Rafał Romanowski - korespondenci nieocenionej "gazety robionej przez półinteligentów dla ćwierćinteligentów", jak ją określa Stanisław Michalkiewicz, czyli "Gazety Wyborczej". W innych redakcjach szefowie działów krajowych z niecierpliwością i drżeniem zamawiają choćby wzmianki u swych krakowskich współpracowników, z jednoczesną nadzieją na ekskluzywne wywiady z błyszczącą wypolerowanym politycznie blaskiem gwiazdą pierwszej wielkości. Maszyny drukarskie i ekipy współczesnych elektronicznych metrampaży trzymane są w pogotowiu przy ulicach Faradaya, placu Starynkiewicza i na warszawskim Targówku Fabrycznym...
Oto narodził się nowy, świecki obyczaj, proweniencji tym razem PRL-bis (w odróżnieniu od PRL właściwej, w której stalinowscy namiestnicy Kremla usiłowali wyznaczać na stanowiska kościelne swoich mianowańców, czemu przeciwstawił się Prymas Tysiąclecia Stefan kardynał Wyszyński w liście pasterskim "Non possumus"), gdzie lokalny watażka partyjny, pardon - potężny WATACHA polityczny, dokonał intronizacji Głowy Kościoła katolickiego, skromnie pomijając choćby fakt obecności na tym stanowisku obecnego Prymasa, nie mówiąc już o posiadaniu przezeń kompetencji do takiego kroku.
W dzisiejszym wydaniu bulwarówki "GW", w artykule pt. "Platforma Obywatelska i Kościół nierydzykowy" można było zapoznać się z niniejszym passusem:
"(...) Jan Rokita po spotkaniu z abp. Dziwiszem cytował jego słowa: - Mimo że nad nami unosi się duch Zyty Gilowskiej, który sprawia nam pewien kłopot, mamy prawo do optymizmu. Bo przyszła głowa Kościoła katolickiego w Polsce - powiedział Rokita o abp. Dziwiszu - mówi do nas: »Nie zostaniecie sami«".

Widząc niepo-chamowany wzrost znaczenia ugrupowania politycznego, które choć zostało na przegranej pozycji w minionych, zeszłorocznych wyborach tak prezydenckich, jak i parlamentarnych, to jednak umie odnaleźć dla siebie niezagospodarowaną niszę aktywności - tym razem w doniosłej dziedzinie stosunków państwo - Kościół, należy z uznaniem i właściwym podziwem dla osiągniętych sukcesów schylić czoła przed człowiekiem, który umiał - jak postulował Rudyard Kipling - "spacerować z królem w sposób naturalny" i wyznaczać interreksa...

Panie, panowie: oto Jan Maria Władysław Rokita Creator regis!

...teraz juz nic nie powinno stać na przeszkodzie do "zlania się" PO-munistów (ukłon dla znanej "szczekającej brzytwy" na jednej z list dyskusyjnych - twórcy tego terminu) oraz post(?)komunistów z byłej PZPR-erii, tym bardziej, że wyśniona w medialnych marzeniach wszystkich kucht i "meneczmętów", karmiących się kolorowymi pismami przyrządzanych dla obojga płci "nowych ełropejsczyków", Para Królewska wzięła przecież w ostatnich dniach swej regencji - ślub kościelny w kaplicy belwederskiej...


Komentarz (1)

Najtrwalsze w Polsce są prowizorki, dlatego przyszłość rządu Kazimierza Marcinkiewicza ma mocne podstawy - Łukasz Perzyna o powodach widocznej już kolejki chętnych do "wzięcia odpowiedzialności za rządy" spragnionych posad polityków, mających nadzieję na szeroką koalicję z PiS Wysłane niedziela, 8, stycznia 2006 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |






Centralny spęd WOŚP - bez upiększeń i w "kolyperalnych" oparach Wysłane niedziela, 8, stycznia 2006 przez Krzysztof Pawlak

Jadąc na dyżur do redakcji, specjalnie zmieniłem trasę podróży, by móc znaleźć się przy ustawionym przed "Pałacem" im. Józefa Stalina scenicznym podestem, na którym jak co roku występować mieli "artyści" scen estradowych i telewizyjnych za pieniądze podatników, czyli "publicznej" TVP, zgromadzeni przez Stołeczną Estradę w celu zamanifestowania scenicznego spontanu dla rozlicznych ponoć rokrocznie tłumów zaludniających pl. Defilad w momencie "finału Orkiestry J. Owsiaka". Chęć konfrontacji medialnego wizerunku "szołu" charytatywnego, organizowanego przez wieloletniego guru młodzieżowych programów radiowych i telewizyjnych na rzecz wiecznie niewydolnego Ministerstwa Zdrowia i nienasyconego budżetu niemiłościwie nam panującej wciąż PRL-bis z niezafałszowaną rzeczywistością sprowadziła mnie na stację Centrum warszawskiego metra tuż przed godziną 18. Jadąc schodami ruchomymi w otoczeniu rzeczywiście licznej młodzieży, mogłem jeszcze przed wynurzeniem się na powierzchnię placu posmakować węchem zdecydowanej mieszanki "dopalaczy imprezowych", znanych każdemu z czasów studenckich, w których stan konta biednego żaka mało kiedy pozwalał na raczenie się bardziej wysublimowanymi napitkami niż piwny napój z niegdysiejszego browaru warszawskiego, sprzedawany w poręcznych dla robociarskiej dłoni "handgranatkach".
Kiedy wszyscy dojechaliśmy do końca sztolni i wyszliśmy na przestrzeń łomotu wzmacniaczy głoszących sławę nieśmiertelnej piosenki biesiadnej "...ore, ore, siaba-da-baaa, amoreeeeeeeee!!!" w wykonaniu zawodowych szansonistów politycznie poprawnego pochodzenia artystowskiego i "romskiego", zrozumiałem, że zapachy w wagonikach kolejki podziemnej oraz przestrzeniach stacji były zaledwie wstępem do zapoznawczej degustacji wydychanych przez uczciwie tym razem opisany jako ponaddwutysięczny tłum imprezowiczów produktów destylacji przemysłu spożywczo-chemicznego (można mieć nadzieję, że przynajmniej w większości pochodzące z przedsiębiorstw działających w polskim obszarze podatkowym). Do kompletu doszło jeszcze efekty dźwiękowe wydobywające się z jam ustnych małoletnich uczestników centralnego spędu plenerowego Orkiestry Świątecznej, używających swych języków do wymiany poglądów na temat innych współzabawowiczów przy pomocy jakby żywcem wyjętych ze spotkań młodzieży "konserwatywno-liberianckiej" spod znaku kilkuosobowej gromadki "kolypra", której zachowanie i poziom wyk_rz_tałcenia znamienitych przedstawicieli UPR-owcy mogli niestety podziwiać przez prawie 3 lata ich obecności w Centrali tej partii konserwatywno-liberalnej, zakończonej osławionymi kwestiami z Konwentu UPR, wypowiadanymi przez nastolatków pod adresem władz UPR w rodzaju "Wy, staruchy - wyp....alać!" czy "Teraz to już wasz koniec, starzyki", "Wycinać starych!" - to przy okazji głosowań konwentowych. Tym razem rozmowy "młotcieszy" zgromadzonej w okolicach sceny obracały się wokół tematów oczywiście imprezowych poszerzonych o zwyczajowe komentarze o osobach, a raczej osobniczkach w pobliżu: "Tyyyy, luknij, k...a, jaka k...a!", "Za..bisto!" (w podobny sposób oceniani byli przez swych rówieśników członkowie tzw. młodzieżowego zarządziku UPR swego czasu w wyznaniach internetowych), "J...ny Owsik! Taka impra co roku! etc. Trzeba mieć nadzieję, że tego typu zachowania nie dominowały podczas tej imprezy, choć ja niestety ze swojej obserwacji nie czerpię żadnej pociechy. Widoczne wszędzie "patrole WOŚP", składające się zresztą z ludzi w podobnym wieku, co "cywile" zupełnie nie przejawiały zainteresowania rynsztokowym słownictwem dominującym w tej części placu. te okoliczności zadecydowały o szybkiej mojej ewakuacji z miejsca uciechy zorganizowanej przez tego bardzo wydajnego współpracownika Ministerstwa Finansów, a i termin przybycia do firmy naglił.
Tegoroczna edycja imprezy Owsiaka i jego nadzorców z "publicznej telewizji" oraz Ministerstwa Finansów została wyposażona - może bezwiednie - w dodatkowe, choć znaczące atrybuty. Oto przez całą długość chodnika przy ul. Marszałkowskiej rozłożyli się uliczni straganiarze z produktami zazwyczaj spotykanymi jedynie na wiejskich odpustach lub przy okazji świąt pokroju Wszystkich Świętych - w okolicach cmentarzy. Czyżby była to zapowiedź świeckiej oczywiście, ale jednak - "sakralizacji" poczynań piewcy sloganu o bezgranicznym permisywizmie i bezrefleksyjnej wolności? Z pewnością ktoś, kto wpadłby na taki pomysł, powinien zostać szczodrze uhonorowany przez inżynierów społecznych, stojących w cieniu scen przygotowanych dla popisów tele-idola współczesnych troglodytów "młotcieszowych". Osiągnięte takim prostym efektem nawiązanie do jarmarcznej symboliki, którą obrosły obchody świąt kościelnych, mające dać prosty przekaz - "Owsiak i jego ferajna jest TYM SAMYM", co np. działalność kościelnego Caritasu na zasadzie łańcucha skojarzeń (Owsiak - tandeta handlarzy odpustowych - odpust - święto kościelne - sacrum - działalność charytatywna Kościoła - ten sam wymiar "imprez dobroczynnych"), zapewne cały czas obecne w lokalnych, np. małomiasteczkowych akcjach WOŚP, ale po raz pierwszy pokazane z całą otwartością w stolicy - ma swoją wymowę dla analityków zajmujących się przemianami społecznymi na co dzień.

Właściwie po co to piszę, skoro od lat takie i podobne obrazki można było zobaczyć przy tej samej okazji? Może po to, by przywołać wspomnienia pamiętnych pierwszych koncertów rockowych w Jarocinie, które na początku lat 90. ub. wieku były także i moim udziałem, choć biernym - na których jednak styl "looozacki", typowy - jak widać - dla wszystkich sfer obecnych pokoleń "młotcieszy", NIE DOMINOWAŁ, a był raczej marginesem związanym z także marginalnymi grupkami ograniczonymi do gorących fanów różnych odmian "metalu", cieszącego się się specyficznym powodzeniem środkowo-południowych części Polski?
A może - by zadumać się nad bezczelnością krzykliwej grupki "elity ledwo co dorosłej »młotcieszy«", która tym razem wzięła udział w spektaklu pt. "Róbta, co chceta", choćby nawet tylko w swej małej części z województwa dolnośląskiego, gdzie jakiś lokalny "prezesik" tego "wyjątkowo koliberalnego" stowarzyszenia "Kolyper (???)" Grzesio Bielewicz gorąco agitował za Wielką Orkiestrą Świątecznej Pomocy, czynnie jednocześnie biorąc w niej udział, a którego to działanie ogólnokilkuwojewódzki "zarządzik" chcący usilnie usadowić się korytolubnie przy warszawskiej strukturze PiS po tym, jak jego prominentni przedstawiciele zostali z hukiem wydaleni z szeregów Unii Polityki Realnej w zeszłym roku - musiał bez żadnej wątpliwości akceptować...

Krzysztof Pawlak


Komentarz (5)

Poczytaj Mamie o SLD:
My z "ezelde", my z "ezelde", reakcji (prawnej) nie boim siem!
...bo za wyczyny tow.tow. Marka K.[ubiaka], b. senatora Jerzego P.[ieniążka], Szczepana M. dokonane w łódzkim Funduszu Ochrony Środowiska można przyznać tylko medale, jak robił to już jako "prezio wszystkich preziów" seryjnie ich serdeczny przyjaciel z czasów SdRP, tow. Olek "Disko-prezio" Kwaśniewski!
Wysłane niedziela, 8, stycznia 2006 przez Krzysztof Pawlak

Cytat podstawowy: "Obiektywnie socjaldemokracja jest umiarkowanym skrzydłem faszyzmu" Józef Stalin (Np. Onet.pl)


Także:

Poczytaj Mamie o PZPR/SLD: My z "ezelde", my z "ezelde", reakcji (prawnej) nie boim siem! ...bo ta nasza "Gazeta Wyborcza" nie raz dobrze myślała o wyprowadzeniu towarzyszy ze złych manowców na lepsiejsze!

Skończył się przed paroma dniami rok 2005, zatem powspominajmy o osławionych dokonaniach post(?)komunistów, które doznały upublicznienia w końcu okresu ich ponownych, bezpośrednich rządów PRL-bis. Tym razem przypomnijmy sławetne towarzystwo spod ciemnej, jak znalazł - środowiskowo-ochronnej Gwiazdy, czyli kamratów rządzących łódzkim Wojewódzkim Funduszem Ochrony Środowiska z niejakim Markiem K. na czele. Jak doniósł swoim odbiorcom serwis witryny Onet.pl 29.12.2005 r.:

"Były prezes Funduszu Ochrony Środowiska stanie przed sądem za łapownictwo
Przed łódzkim sądem stanie b. prezes Wojewódzkiego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej w Łodzi Marek K., oskarżony o żądanie i przyjęcie ponad 200 tys. zł korzyści majątkowych.
Pieniądze na łapówki wyprowadzone zostały z kont spółki-córki Funduszu - Agencji Poszanowania Energii (APE) w Łodzi.
Obok b. szefa Funduszu na ławie oskarżonych zasiądzie jeszcze piętnaście osób, w tym b. szef spółki APE Szczepan M., który - zdaniem prokuratury - m.in. na polecenie Marka K. wyłudził z jej kont co najmniej 300 tys. zł. W związku z tym śledztwem b. prezes Funduszu od niemal dwóch lat przebywa w areszcie. Głównym oskarżonym grozi kara do 10 lat pozbawienia wolności. (...)".

Towarzysz post(?)komunista Marek K, który rządził łódzkim Funduszem przez 7 (siedem) lat, miał m.in. zlecać wykonywanie prac remontowych swoich prywatnych nieruchomości na rachunek spółki-wnuczki Funduszu - APE SA. Swojemu kamratowi Szczepanowi M. wydawał polecenia wyłudzenia i przekazywania mu pieniędzy z kont spółki na podstawie m.in. fikcyjnych umów na prace, które nie były wykonywane.
Prokuratura uważa, że część z wyłudzonych pieniędzy Marek K. miał później wręczyć ówczesnemu "baronowi" SLD Andrzejowi Pęczakowi (40 tys. zł) i b. marszałkowi województwa Waldemarowi Matusewiczowi (20 tys. zł). Pieniądze te miały trafić na konto SLD. Obu byłym działaczom SLD zarzuty w tej sprawie przedstawiono w innych postępowaniach.
Jeden z zarzutów dotyczy tzw. inwestycji ekologiczne w ramach programu "Pilica", gdzie usiłowano wyłudzić od prywatnego przedsiębiorcy niemal 50 tys. zł. W tym śledztwie prokuratura przestawiła też nowy zarzut obecnemu prezydentowi Piotrkowa Tryb. Waldemarowi Matusewiczowi. Według prokuratury, w marcu 1997, gdy był on wicewojewodą piotrkowskim zażądał od tego samego przedsiębiorcy 1,8 tys. zł korzyści majątkowej w formie opłacenia wyjazdu innej osoby na szkolenie do Zakopanego. Był to kolejny akt oskarżenia dotyczący nieprawidłowości w WFOŚiGW w Łodzi, do których doszło pod koniec lat 90.
Przed łódzkim sądem dobiega końca proces m.in. b. marszałka województwa Waldemara Matusewicza. Prokuratura zarzuca mu, że w latach 1999 - 2000, kiedy był marszałkiem województwa, zażądał ponad pół mln zł i przyjął prawie 43 tys. zł łapówek właśnie od ówczesnego prezesa Funduszu Marka K. oraz osób powiązanych ze spółkami-córkami Funduszu. Łapówki - zdaniem prokuratury - przyjmował zarówno w gotówce, jak i w formie opłacenia rachunków w restauracjach i hotelach. Część z tych pieniędzy miała zasilić konto SLD. Prokurator wycenił te dokonania wybitnego przedstawiciela władców PRL i obecnej niestety PRL-bis na 8 lat więzienia. Prezydent Piotrkowa jednak nie przyznaje się do zarzucanych mu czynów.
Matusewicz (który wyszedł na wiosnę 2005 r. po 9 miesiącach z aresztu dzięki poręczeniu majątkowemu w wys. 200 tys. zł) i Marek K. spotkają się na jednej ławie oskarżonych w procesie dotyczącym niegospodarności w Funduszu w latach 1999 - 2000. Wśród 23 oskarżonych w tej sprawie są także m.in. b. poseł SLD Andrzej Pęczak i
b. senator Sojuszu Jerzy P. (post[?]komunistyczny przedstawiciel z b. woj. sieradzkiego, do wglądu na podstronie Senatu RP) Według prokuratury, w związku z działalnością oskarżonych fundusz stracił ponad 42 mln zł. Proces ma ruszyć pod koniec stycznia przyszłego roku, a głównym oskarżonym grozi do 10 lat więzienia.

Zasłużeni dla rozwoju i podtrzymania tradycyjnie wśród międzynarodówki socjal-demokratycznej dobrej opinii o Sojuszu Lewicy Demokratycznej tow.tow. Marek K.[ubiak] (aktywny działacz SZSP, absolwent ekonomii na UŁ, doktorat w ZSRR, twórca i działacz Łódzkiego Stowarzyszenia na rzecz Porozumienia z Europą, zanim został szefem łódzkiego WFOŚiGW, jego firmy: Towarzystwwo Nauki Języków obcych sp. z o.o. i ww. "Łódzkie Stow. na rzecz..." zostały uhonorowane przez Fundusz na sumę 565 mln starych złotych w formie dotacji), Jerzy P., Szczepan M., Andrzej "baro/an" Pęczak (podobnie jak tow. Kubiak, skończył ekonomię i zrobił w Moskwie doktorat, b. sekretarz PZPR w łódzkiej Fonice, członek Rady Naczelnej SdRP) wraz z kamratami z pobliskiej starachowickiej struktury "ezelde" - wszyscy powinni dostać wysokie odznaczenia partyjne w akcie podziękowania ze strony jeszcze nie podlegających wzrastającemu zainteresowaniu organów prokuratorskich kolegów spod znaku Młota, Sierpa oraz Gwiazdy. Powinno to choć w części im zrekompensować bezinteresowną niechęć okazywaną ze strony uwstecznionych w rozwoju socjalistycznym i pozbawionych "intuicji paneuropejskich umiejętności" jednostek społeczeństwa polskiego.
Osłodą na pozostałą część przyszłej wydajnej pracy dla potrzeb pogłębiana zdobyczy socjalizmu w "polskim regionie UE" pozostanie niewątpliwie dość znaczny majątek zgromadzony m.in. przez byłego "prezia" łódzkiego Funduszu: kamienica w Łodzi przy ul. Jaracza 17 (olbrzymi czworobok z trzypiętrowym frontem i bardzo długimi oficynami, z kilkudziesięcioma mieszkaniami), trzypiętrowa czynszowa kamienica przy ul. Więckowskiego 48, czteropiętrowy apartamentowiec obok kamienicy przy ul. Więckowskiego, w którym tow. Kubiak ma 78 proc. Udziałów, kamienice przy ul.ul. Więckowskiego 28, Struga 60, 50 proc. udziałów w budynku przy Kopernika 21. 1998-99 Kubiak wydał na kamienice (według cen wykazanych w aktach notarialnych) blisko półtora miliona złotych. Do tow. Kubiaka należy też w połowie plac przy ul. Opiekuńczej, przy której powstaje kilka okazałych rezydencji. Jest też właścicielem olbrzymia rezydencja przy Dzielnej w podłódzkim kurorcie Sokolniki. A także - jak sam się niegyś chwalił - ma ma udziały w ziemi położonej nad nowo powstałym jeziorkiem we wsi Skoszewy kilkanaście kilometrów od Nowosolnej, gdzier powstał zalew w wyniku spiętrzenia rzeczki Moszczenicy, którą to inwestycję oczywiście dotował łódzki Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej. Jego szef Marek K.[ubiak] zarabiał przed wejściem w życie ustawy kominowej ok. 18 tys. zł netto miesięcznie. Po wprowadzeniu ograniczeń brał co miesiąc "tylko" cztery średnie krajowe. Średnia krajowa to w tamtych latach było ponad 2 tys. zł...


Komentarz (3)

Najtrwalsze w Polsce są prowizorki, dlatego przyszłość rządu Kazimierza Marcinkiewicza ma mocne podstawy - Łukasz Perzyna o powodach widocznej już kolejki chętnych do "wzięcia odpowiedzialności za rządy" spragnionych posad polityków, mających nadzieję na szeroką koalicję z PiS Wysłane sobota, 7, stycznia 2006 przez Krzysztof Pawlak

"Na kilka dni przed decydującym o przyszłości rządu Kazimierza Marcinkiewicza głosowaniem budżetowym zaznacza sie pewien paradoks. Z jednej strony niechętne mu media i politycy upowszechniają zdanie, że jest to rząd słaby, władny tylko Polska administrowań, nie zaś realnie rządzić, że superpremierem pozostanie Jarosław Kaczyński, zaś Marcinkiewiczowi pozostanie rola figuranta. Z drugiej strony ustawia się już kolejka chętnych do bądź do miejsc w rządzie, bądź do tzw. rozszerzenia koalicji parlamentarnej. LPR wysyła sygnały, że Roman Giertych będzie znakomitym marszałkiem Sejmu RP. Samoobrona gotowa jest z kolei obejmować funkcje ministerialne, tradycyjnie - związane z rolnictwem" - Łukasz Perzyna, publicysta "Tygodnika Solidarność" i naszej witryny ASME, komentuje sytuację polityczną w "polskim regionie UE".

Nawet Wielki Przegrany minionych wyborów Donald Tusk deklaruje, że nie co prawda na warunkach Jarosława Kaczyńskiego, ale - jednak powrót do koalicji z PiS byłby dla PO jednak możliwy! Czyli jednak ten rząd nie jest taki słaby, skoro jest atrakcyjny nawet dla "twardej opozycji" werbalnych liberałów, i podobnie jest z obecnym parlamentem - skoro pod młotek trafia funkcja marszałka Sejmu. Obecny marszałek Marek Jurek kiedyś publicznie sygnalizował, że dla dobra Partii, dla dobra Narodu... może ustąpić z tej funkcji - co prawda było to wysłany ukłon w kierunku Donalda Tuska, ale zmiany na scenie teatru politycznego postępują.
Rząd Marcinkiewicza pozbył się ze swojego pokładu pierwszego wicepremiera Andrzeja Mikosza, który od początku niezbyt pasował do tego gabinetu. Nie był identyfikowany z PiS-em czy nurtem myślenia ekonomicznego, który zatryumfował w wyborach, przyciągając Polaków hasłem "Polski solidarnej". Egzekucja ministra Mikosza trwała zaledwie kilkanaście godzin: rano w "Rzeczpospolitej" ukazał się artykuł o wątpliwych powiązaniach ministra, a po południ złożona dymisja została przyjęta przez premiera. Reakcja była właściwa, tak jak na deklarujące przywiązanie do czystości biografii swych członków ugrupowanie PiS przystało. Jest to odmienna sytuacja od pamiętnej sprawy z czasów rządów AW"S" ministra Tomasz Szyszki, rekomendowanego do tego gabinetu przez nieistniejące już ugrupowanie ZChN. Premier Buzek długo trzymał w szeregach swego rządu takich Jonaszy... W efekcie tamten gabinet nie pozostawił po sobie dobrych wspomnień.
Czy rząd Marcinkiewicza będzie mógł przetrwać bez uchwalenia ustawy budżetowej? Pewnie tak - pamiętając deklaracje składane przez premiera o możliwej takiej sytuacji, w której prezydent Lech Kaczyński po prostu NIE zdymisjonuje ekipy...
Rząd Jana Olszewskiego przez krótki czas swej kadencji działał w ogóle bez uchwalonego budżetu, a przecież nie z tego powodu upadł.
Roman Giertych jednak stanowiska marszałkowskiego nie dostanie... Otrzyma nie zawetowane przez Kaczyńskiego "1000-złotowe" "becikowe", które mu pomoże osiągnąć w sondażach próg 5%, kwalifikujący w przyszłych wyborach te ugrupowanie do objęcia foteli sejmowych. Jest to bardzo mu potrzebne, gdyż teraz LPR jest poniżej kreski (XII 2005 - 4%), a Ojciec Rydzyk ma już innego faworyta. Samoobrona też jakąś cenę otrzyma. Platforma może jeszcze przez jakiś czas zyskiwać, ale nie ma pomysłu na własną przyszłość.
Kazimierz Marcinkiewicz będzie jeszcze długo zarządzał Polską, dla Braci Kaczyńskich nie jest politykiem ani kompromitującym, ani żadnym zagrożeniem, a umie wychodzić ze splotu trudnych okoliczności, co pokazała sprawa ministra Mikosza. Prowizorki w Polsce bywają najtrwalsze...

Nagranie trwa prawie 13 minut i jest dostępne w Sieci do 19 I 2006 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




Komentarz (2)

Kto jest główniejszym siłownikiem pomarańczowej rewolucji i dlaczego ewangelie nie mówią o rozmnażaniu dolarów oraz jakie ustawy przygotowane przez koalicję PO-Samoobrona-LPR będzie wykonywał rząd PiS - Stanisław Michalkiewicz o dysonansach poznawczych w Polsce i na Ukrainie Wysłane czwartek, 5, stycznia 2006 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |







Kto jest główniejszym siłownikiem pomarańczowej rewolucji i dlaczego ewangelie nie mówią o rozmnażaniu dolarów oraz jakie ustawy przygotowane przez koalicję PO-Samoobrona-LPR będzie wykonywał rząd PiS - Stanisław Michalkiewicz o dysonansach poznawczych w Polsce i na Ukrainie Wysłane czwartek, 5, stycznia 2006 przez Krzysztof Pawlak

"Jesteśmy w wielkim dysonansie poznawczym, w naprawdę wielkim dysonansie, z powodu nadmiaru dobrych wiadomości i sukcesów. Już Europa i cały świat wstrzymały oddech z powodu gazowej wojny rosyjsko-ukraińskiej, a tu już trzeciego dnia okazało się, że Ukraina odniosła niebywałe zwycięstwo. Najpierw płaciła 50 dolarów za 1000 mszesc., po ostatecznym zwycięstwie - 95. Czyż nie jest to niebywały sukces? Każdy by tak chciał, a tu jeszcze Gazprom będzie dostawał za 1000 mszesc. 230 $, a Ukraina będzie płaciła tylko 95. Wprawdzie święte ewangelie pouczają nas o cudownym rozmnożeniu wina, chleba i rybek, ale nigdy nie mówiły o cudownym rozmnożeniu dolarów. Więc - cud. A wszystko bierze się stąd, że między Rosję a Ukrainę wszedł pośrednik. A więc to te pośrednictwo sprawia, że następuje cudowne rozmnożenie dolarów" - Stanisław Michalkiewicz przygląda się tajnikom teorii wartości w ekonomii, która wyjaśnia się owym cudownym pośrednictwem.

Jak już tylko nasze media odtrąbiły zwycięstwo na Ukrainie, nawet biorący pieniądze z Fundacji Adenaurea Antoni Podolski podkreślał tę wygraną, a tu nagle dziś Julia Tymoszenko powiedziała, że owa umowa gazowa to jest akt zdrady narodowej. Wczoraj - zwycięstwo, dziś - akt zdrady narodowej. Nie dowiemy się niczego pewnego aż do momentu, kiedy naprawią telefon u tow. redaktora Michnika. Julia Tymoszenko - główna siła rewolucji pomarańczowej - nie może się mylić, pan prezydent Juszczenko - też przecież główna siła pomarańczowej rewolucji - nie może się mylić też oczywiście, ale Julia Tymoszenko wraz z korzeniami - jest przecież taką główniejszą siłą rewolucji ukraińskiej, więc mylić się jeszcze bardziej nie może. Dysonans poznawczy w pełni.
Jak by tego było mało - mamy jeszcze drugi dysonans poznawczy - w kraju. To znaczy, przed decydującym starciem, czyli głosowaniem nt. budżetu rząd znajduje się w trudnej sytuacji, gdyż "pan Andrzej" przedstawia rachunek do zapłacenia, także p. Giertych - tak samo. Ciekawe jest, czy Jarosław Kaczyński ma jakieś "rozwiązanie wariantowe" na tę okoliczność. Stanisław Michalkiewicz podejrzewa, że JK tego tym razem nie ma.
Tow. dochtor wicemarszałek Lepper chce zostać ministrem ds. rolnictwa, a p. Giertych - marszałkiem Sejmu. Może dojść do sytuacji, że "rząd mniejszościowy będzie rządził samodzielnie", czyli: będzie wykonywał ustawy zaprojektowane przez Ligę Polskich Rodzin wraz z Samoobroną - przy ich poparciu dokonanym przez Platformę Obywatelską...

Nagranie trwa ponad 8 minut i jest dostępne w Sieci do 19 I 2006 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




Komentarz (0)

CUD SIĘ STAŁ... - Antoni Zambrowski Wysłane środa, 4, stycznia 2006 przez Krzysztof Pawlak

W grudniu ub. roku w naszej publicznej TVP wydarzył się cud (zapewne pod wpływem wyborczego szoku) i zostałem zaproszony do programu Jana Pospieszalskiego "Warto rozmawiać", poświęconego 24. rocznicy wprowadzenia stanu wojennego w PRL. W poprzednim roku również brałem udział w programie na powyższy temat pod kierownictwem red. Kamila Durczoka. W panelu zasiedli (od lewej) Jan Lityński - b. poseł na Sejm z ramienia Unii Wolności, zaprzyjaźniony z nim prof. Stefan Niesiołowski, dalej z przeciwnego obozu - prof. Tomasz Nałęcz oraz prof. Jerzy Wiatr. W ławkach dla publiczności zasiedli zwolennicy gen. Wojciecha Jaruzelskiego z odpowiednich organizacji młodzieży lewicowej oraz garstka zwolenników solidarnościowej prawicy: Adam Borowski i Edward Mizikowski - dwaj dawni przywódcy podziemnej struktury "S", czyli Międzyzakładowego Robotniczego Komitetu Solidarności, oraz bracia Melakowie - wsławieni w swoim czasie postawieniem na cmentarzu wojskowym na Powązkach pomnika ku czci pomordowanych w Katyniu. Trafiłem tam zaproszony przez Edka Mizikowskiego. Wiele razy zabierałem głos, wyprowadzając z równowagi prof. Jerzego Wiatra, niestety - jak mówi góralska piosenka: "ale mnie nikt nie słysoł...", choć pokazywano mnie nader często. Dowiedziałem się o tym po powrocie do domu od oglądającej program red. Kamila Durczoka żony.
Tym razem zaproszono mnie do panelu jako równoprawnego uczestnika dyskusji. Zasiadłem w nim obok (znów od lewej) red. Janusza Rolickiego, prof. Jerzego Holzera, historyka z IPN Pawła Machcewicza, min. Kazimierza Ujazdowskiego oraz red. Cezarego Michalskiego. To do tego stopnia odbiegało od dotychczasowych zwyczajów w TVP, że swoje zaskoczenie odnotował na łamach "Najwyższego CZASU!" nasz kolega Tadeusz Płużański. Natomiast nieoceniona "Gazeta Wyborcza" wyróżniła mnie inaczej. Jej czołowy publicysta Jarosław Kurski zrecenzował krytycznie program Jana Pospieszalskiego, omawiając krytycznie lub przychylnie wystąpienia wszystkich dyskutantów, oprócz Pawła Machcewicza oraz mnie. Pawła Machcewicza pominął zapewne ze względu na niechęć "Gazety" do Instytutu Pamięci Narodowej oraz lustracji agentów SB. Mnie nie zauważył ze względu na całokształt mej twórczości.
Mała rzecz, a jakże cieszy. Przecież mógł red. Jarosław Kurski zarzucić mi wzorem Sergiusza Kowalskiego ze Stowarzyszenia "Otwarta Rzeczypospolita" zoologiczny antysemityzm (Jak zarzucał w swoim czasie w książce "Wódz" Lechowi Wałęsie, co dziś "Gazeta Wyborcza" wolała by być może zapomnieć sama i wymazać z pamięci swych czytelników). Mógł, a wspaniałomyślnie się powstrzymał. Patrzcie, państwo, ileż wyrozumiałości ze strony "Gazety Wyborczej" wobec mojej skromnej osoby...

Antoni Zambrowski

Publicystyka Antoniego Zambrowskiego na ASME


Komentarz (1)

Lewicowa hydra podnosi łeb - TADEUSZ M. PŁUŻAŃSKI Wysłane wtorek, 3, stycznia 2006 przez Krzysztof Pawlak

Nastąpił renesans historii. Historii prawdziwej, nie zakłamanej. Duży w tym udział nowych władz stolicy, a teraz państwa. Z należnym szacunkiem obchodzimy narodowe rocznice: wybuchu Powstania Warszawskiego, Polskiego Sierpnia, dramatu Katynia. Ostatnio, gdzie nie spojrzeć, mieliśmy serial prawdy o stanie wojennym. Osłabionej lewicy trudno przełknąć taką dawkę patriotyzmu, dlatego - gdzie jeszcze może - podnosi łeb i bruździ.

W poprzedniej kadencji rządzący SLD obchodził zupełnie inne rocznice, np. powołania KBW czy "wielkich sukcesów militarnych" Armii Ludowej, na które wysyłał oficjalne delegacje partyjno-państwowe. Teraz zepchnięci do narożnika (oczywiście lewego) niedawni prominentni działacze znacznie mniej mogą, więc ograniczają się głównie do sabotażu i dywersji. Ostatnio żywo zareagowali na odtajnienie przez nowego szefa MON Radka Sikorskiego akt Układu Warszawskiego (przypomnijmy, że była wśród nich m.in. "mapa ćwiczebna" z 1979 r., z której wynikało, że w przypadku wojny nuklearnej z NATO Sowieci wyznaczyli Polsce rolę poligonu doświadczalnego - zmiecione zostałyby 43 polskie miasta, a śmierć poniosłoby 2 miliony Polaków - to miało być tylko preludium do totalnej zagłady).

UKŁAD WARSZAWSKI WIECZNIE ŻYWY

Jak gdyby nigdy nic, różnej maści lewacy zgodnym chórem intonowali starą melodię, że Układ Warszawski wcale nie miał charakteru agresywnego, tylko gwarantował równowagę sił, a zatem pokój. Krzysztof Pilawski szukał w "Trybunie" prawdziwych winnych planowanego unicestwienia Polski: "Warto więc upowszechnić wiedzę o sprzyjaniu przez rząd londyński i antykomunistyczne podziemie w Polsce wybuchowi III wojny światowej" i konkludował: "W przedstawianiu najnowszych dziejów Polski zbliżamy się do momentu krytycznego. Gdy niepowstrzymywane właściwie przez nikogo ideologiczne, zupełnie ahistoryczne spojrzenie na naszą przeszłość przybierze postać komicznej karykatury. Przekroczenie progu śmieszności sprawi, że zaczniemy na nowo odkrywać XX wiek i Polskę Ludową..."
Przez 16 lat żaden rząd (z wyjątkiem szybko unicestwionego gabinetu Jana Olszewskiego) nie zdecydował się na zasadniczą rewizję historii. I choć odważną decyzją minister obrony uchylił tylko rąbka tajemnicy świata za dawną żelazną kurtyną, i tak zagrożona postkomuna podniosła larum: że to gra polityczna (znana, nie tylko zresztą lewacka śpiewka), narażanie się na gniew Rosji, a przede wszystkim ukryte pod pozorem interesu III RP bezprawie. Poprzednik Sikorskiego, Jerzy Szmajdziński powoływał się na umowę likwidacyjną Układu Warszawskiego z 1991 r., która miała wykluczać ujawnianie dokumentów. Z kolei Dariusz Szymczycha z w radiowej "Zetce" z wrodzoną sobie szczerością oświadczył, że przed opublikowaniem dokumentów min. Sikorski mógł chociaż poinformować o tym… państwa byłych stron Układu Warszawskiego.
Prof. Paweł Wieczorkiewicz z Uniwersytetu Warszawskiego uznał decyzję min. Sikorskiego za przyjazną historii, wykpiwając przy tym zagrożenie naruszenia tajemnicy: "Były to układy podpisane z nieistniejącym państwem - Związkiem Sowieckim - i dotyczyły nieistniejącej organizacji".

Z "CHE" NA KOSZULCE

Zasadnicza rewizja nastąpiła też w przypadku oceny stanu wojennego. Obchodzona przed trzema tygodniami 24. rocznica jego wprowadzenia po raz pierwszy od 1989 r. była przedstawiana bez fałszu. Uroczystości, sesje naukowe, a nawet dużo ciekawej publicystyki i dokumentów w "publicznej" telewizji (np. o Komitecie Prymasowskim na ul. Piwnej). Doszło do tego, że w programie Jana Pospieszalskiego "Warto rozmawiać" transmitowano na żywo spotkanie pod willą generała (ul. Ikara na warszawskim Mokotowie, w nocy z 12 na 13 grudnia). Czy takie prowokacje były możliwe za czasów Roberta Kwiatkowskiego?
Do studia Pospieszalski zaprosił m.in. matkę zamordowanego w stanie wojennym ucznia oraz robotnika postrzelonego w Grudniu 1970 r. na stacji Gdynia-Stocznia (dostał 6 kul). Do grona publicystów zaproszono nawet naszego redakcyjnego kolegę Antoniego Zambrowskiego.
Pod generalską willę też przyszło więcej ludzi, niż ostatnimi laty. Na ekranach telewizorów wypowiadali się organizatorzy manifestacji z młodzieżówki PiS; podziemny i obecny wydawca Adam Borowski, a w końcu, punkt dwunasta, wystąpił historyk Jan Żaryn z IPN. Wzorowa organizacja, oddanie hołdu zamordowanym, połączone z happeningiem (ZOMO-wcy legitymujący przechodniów, SKOT-y na ulicach - młodszym czytelnikom przypominam, że SKOT to Średni Kołowy Opancerzony Transporter OT-64, owoc bratniej współpracy polsko-czechosłowackiej, dziś najkorzystniej można go kupić za 7 tys. zł od Agencji Mienia Wojskowego, ale trzeba się spieszyć, bo PiS chce zlikwidować AMW).
Na ul. Ikara nie mogło oczywiście zabraknąć kontrmanifestacji młodych lewaków, broniących człowieka honoru, z transparentami ZSMP i jakimiś anty-Kaczyńskimi hasłami. Tak na marginesie, nie wiem, w czym młodzieżówki lewicy są lepsze od prawicowych, ale tylko o tych ostatnich w kółko trąbią media: że naziści, ksenofobi, antysemici, (choć to oni m.in. współorganizowali spotkanie na Ikara); a że lewaccy młodzieńcy paradują w koszulkach ze zbrodniczym sierpem i młotem czy mordercą "Che" Guevarą, prowokują zachowaniem i słownictwem - to już nikogo nie razi. Tych samych osobników widać zresztą na akcjach "gejowskich" i ekologicznych. Tym razem szczęśliwie tylko statystowali, może nie chcieli wszczynać burd pod świątynią swojego guru?

MNIEJSZEGO ZŁA NIE BYŁO

Spotkanie pod willą generała odbywa się tylko raz w roku, przez pozostałe 364 (5) dni generał ma spokój, prócz udzielania wywiadów i pisania książek (kiedy jest zdrów) oraz zaglądania do skrzynki po nowe wezwania sądowe, z których na ogół jednak nie korzysta (wtedy jest chory) i lektury doniesień prasowych o agencie "Wolskim" (choroba pogłębia się). Teraz jednak do willi mogą coraz częściej zaglądać nowi wielbiciele generała, wydziedziczeni w PRL-u i domagający się zwrotu nieruchomości dawni właściciele.
Wracając do medialnej oprawy rocznicy stanu wojennego. Przekaz (m.in. dzięki wykorzystaniu najnowszej wiedzy historyków z IPN), był wreszcie jasny i nie zmanipulowany: żadnego mniejszego zła nie było, a Jaruzelski dopraszał się o "pomoc", ale Sowieci kilkakrotnie wyraźnie powiedzieli: NIE. Tylko nieliczni, np. Stanisław Ciosek zdecydowali się powtarzać przed kamerą stare dyrdymały, że generał bronił nie stołka i komunistycznego układu, ale przede wszystkim narodu, ale jego "argumenty" zaraz zbijali Czesław Bielecki i Wojciech Roszkowski.
Przez lata czekaliśmy na tak godne i rzetelne historycznie upamiętnienie rocznicy wybuchu wojny jaruzelsko-polskiej. Cień na rocznicowe obchody rzuca tylko jedna, ale zasadnicza kwestia natury prawnej. Wśród relacji pojawiły się wywiady z prokuratorami katowickiego IPN, prowadzącymi śledztwo w sprawie odpowiedzialności Jaruzelskiego. Do oskarżenia już podobno blisko, co cieszy. Smutne jest jednak to, że generała można ścigać tylko za złamanie ówczesnego prawa - niekonstytucyjny tryb wprowadzenia stanu wojennego, a więc sam fakt był w porządku. Jaruzelskiemu i kolegom z dawnej i dzisiejszej lewicy tylko w to graj.

WINNYCH BRAK

Lewicowa hydra nie tylko, już od lat, broni "wyborów" generała na łamach "Trybuny", pod willą Jaruzelskiego, ale także w Sejmie. Ostatnio zablokowała projekty uchwał oddających hołd ofiarom Grudnia 70. i stanu wojennego. Klubowicze z SLD oprotestowali wypracowany przez pozostałe pięć klubów kompromisowy tekst obu projektów. Powód? W uchwałach wskazano winnych.
W projekcie PiS, który był podstawą prac nad uchwałą upamiętniającą tragedię robotników Wybrzeża, czytamy: "35 lat temu w całej rozciągłości ujawniło się prawdziwe oblicze władzy komunistycznej, która w imię utrzymania totalitarnego systemu pozbawiającego obywateli nadziei na godne życie nie wahała się zabijać tych, którzy się jej sprzeciwiali". Oj, nie dobrze tak nazywać rzeczy po imieniu. Lewicę najbardziej rozjuszył jednak inny fragment: "osoby, które w tamtym czasie swoimi decyzjami i działaniami doprowadziły do masakry na Wybrzeżu, a w szczególności ówczesny minister obrony narodowej oraz inni członkowie władz centralnych i wojskowych, powinny ponieść odpowiedzialność karną i moralną".
W uchwale dotyczącej stanu wojennego Wojskową Radę Ocalenia Narodowego określono jako "całkowicie pozakonstytucyjny twór mający cechy junty".
Łukasz Zbonikowski (PiS), autor pierwotnego tekstu: "SLD nie chce uznać tej prawdy, mimo że Aleksander Kwaśniewski przeprosił za stan wojenny, a w czasie kampanii wyborczej SLD eksponowało 21 postulatów Stoczni Gdańskiej". Ten młody poseł PiS przypomniał, że przez 16 lat wolnej Polski Sejm nie zdobył się na potępienie stanu wojennego. W 2002 r. upamiętniono jedynie ofiary, ale bez oceny samego wydarzenia.

STRZAŁY NIE HAŃBIĄ

Rocznicowe uchwały poparły: PO, PSL, Samoobrona (choć ostatnio wpływowy poseł tej partii Łyżwiński stwierdził, że stan wojenny był słuszny, a internowanie poprawiało dobre samopoczucie i krzepę) i LPR (dzisiejszy uniodeputowany Maciej Giertych w przeszłości podziwiał gen. Jaruzelskiego).
Najbardziej aktywna w zwalczaniu wrogich treści okazała się wiceszefowa klubu SLD Jolanta Szymanek-Deresz. Powiedziała to, co zwykle mówi lewica, gdy chce coś storpedować: że sprawa budzi kontrowersje, utrwala podziały, a więc nie służy pojednaniu oraz zgodzie narodowej. Szymanek-Deresz wtórował szef klubu Sojuszu Jerzy Szmajdziński: "PiS redaguje historię Polski i wydaje instrukcje dla wymiaru sprawiedliwości, mnoży podziały wśród Polaków, zamiast je zasypywać. Są przecież różne oceny stanu wojennego czy zasadności jego wprowadzenia i Sejm musi to uwzględniać".
Mariusz Kamiński, poseł PiS i szef powstającego Urzędu Antykorupcyjnego skomentował: "Taka postawa SLD jednoznacznie pokazuje, jak zakłamane były wszystkie deklaracje postkomunistów, uznające historyczne racje Solidarności. Dla nich strzelanie do robotników nie jest czymś haniebnym. SLD w swoim uporze i zakłamaniu jest bezwstydne".
Sprzeciw SLD spowodował, że wszystkie projekty uchwał trafią teraz do komisji kultury, gdzie będą ponownie "analizowane". A więc znów lewacki sabotaż i dywersja. O tyle to szkodliwe, że na przyjęcie uchwał przez aklamację nie ma raczej co liczyć, co znacznie obniża ich rangę. SLD przygotował własny projekt (bez "winnych") i przedstawił go jako wniosek mniejszości. Dodać trzeba - mniejszości głośnej i jątrzącej. Przyjęcie uchwał miało odbyć się przed świętami.

Z MŁODYMI NAPRZÓD IŚĆ

Lewica robi też porządki we własnych, topniejących szeregach. W ramach odmładzania kadr lider SLD Wojciech Olejniczak spotyka się z kombatantami i weteranami lewicy. Przekonuje ich, że chce budować nową, znów zjednoczoną lewicę i w tej budowie nie zapomni o starej gwardii, patronach komunizmu. "Nie odcinamy się od korzeni ani od starszych pokoleń SLD" - tymi słowy młody działacz zjednywał sobie dawny aktyw i dyktatorów proletariatu. Tak właśnie wygląda nowy, jeszcze bardziej europejski i postępowy wizerunek Sojuszu. "Z drugiej strony doceniamy, że młodzież nie zapomina o swoich, jakże chlubnych tradycjach. Trzeba wiedzieć, skąd się przyszło. A partia będzie przez to jeszcze bardziej przejrzysta".
Á propos korzeni. Nie próżnuje także wiceprzewodniczący Sojuszu, prof. Andrzej Jaeschke. Pod koniec listopada, na spotkaniu z bardzo zakurzonymi dziś (dawno wyszli z roli czołowych propagandystów komunizmu) lewackimi historykami w siedzibie SLD na warszawskiej Rozbrat (ta część kamienicy szumnie nazywa się Centrum Kultury Rozbrat) patronował zawiązaniu się Zespołu Historyków Lewicy. Celem ZHL jest krzewienie lewicowej historii, głównie wśród eseldowskiej młodzieży, a nade wszystko danie odporu coraz bardziej nachalnie lansowanej, kłamliwej, prawicowej wizji naszych najnowszych dziejów. Wszystko po to, aby renesans prawdziwej historii nie był zbyt głęboki.

TADEUSZ M. PŁUŻAŃSKI

Publicystyka Tadeusza M. Płużańskiego na ASME.


Komentarz (2)

Pasterze wyprzedają trzodę? - Stanisław Michalkiewicz Wysłane poniedziałek, 2, stycznia 2006 przez Krzysztof Pawlak

Wśród rozlicznych prezentów, jakimi w szczodrobliwości swojej Opatrzność obdarzyła naród polski na tegoroczną Gwiazdkę, oprócz nowego prezydenta, otrzymaliśmy również zbawienne pouczenie JEm Józefa kardynała Glempa, Prymasa Polski. W wypowiedzi dla Katolickiej Agencji Informacyjnej Eminencja skrytykował Radio Maryja, że "rozbija Kościół" w Polsce, że "wprowadza podziały", a na dodatek hołduje "przedwojennej pobożności". Oprócz krytyki, w wypowiedzi Eminencji była też i zbawienne rada; jeśli Radio Maryja chce położyć kres tym sprośnym błędom Niebu obrzydłym, to powinno "poddać się Kościołowi".

Takie zbawienne, a przede wszystkim - szczere napomnienia i pouczenia nie trafiają się codziennie, więc tym bardziej powinniśmy je sobie "rozebrać z uwagą", niczym Wojski opowieść o królowej Dydonie i wołowej skórze, na której to "stanęła Carthago". Najsampierw zacznijmy od zarzutu, iż Radio Maryja "rozbija Kościół". Radio Maryja zostało utworzone przed 14 laty, więc ze słów Eminencji wynikałoby, że przedtem Kościół był zjednoczony, niczym bratnia Polska Zjednoczona Partia Robotnicza. I rzeczywiście - za pierwszej komuny, oczywiście nie całej, uchowaj Boże, Kościół sprawiał wrażenie zjednoczonego. Czy jednak nie były to tylko takie znamiona zewnętrzne, inaczej mówiąc - pozory? Pomijam już ruch "księży patriotów" z lat 50., bo w większości byli to ludzie przymuszeni do kolaboracji z komunistami w charakterze tzw. żywej cerkwi - szantażem, a niekiedy i torturami. Inna sprawa, że bardzo wielu przymusić się nie dało, co opłacili latami więzienia, a niekiedy i śmiercią. Mam tu na myśli choćby o. Tomasza Rostworowskiego SJ, który przecież nie był odosobniony. Podobnie w starożytności; jedni chrześcijanie byli męczennikami, a znowu inni - tradytorami. Tych pierwszych Kościół wyróżnił kanonizacją i ze czcią wspomina po dziś dzień, jak np. św Perpetuę i Felicytę, rzymską elegantkę i jej niewolnicę, a tradytorów - nie wspomina. Jest to niewątpliwie podział w Kościele, którego historię tworzą i męczennicy, i tradytorzy. I całe szczęście, że ten podział jest, bo inaczej skądże byśmy wiedzieli, kogo właściwie naśladować? Zatem nie zawsze wprowadzanie "podziałów w Kościele" musi być szkodliwe. Jeśli zatem pominąć "księży patriotów", to przecież jakaś część katolików w Polsce poszła na współpracę z komuną w charakterze konfidentów SB. I co - mamy udawać, że nic o tym nie wiemy? Jak pouczają nas Ewangelie, Pan Jezus wiele grzesznikom wybaczał, ale sprawiał wrażenie bezlitosnego wobec obłudy, a więc sytuacji, gdy łajdactwo nie tylko poprzebierało się w płaszcze Konrada, ale licząc na naszą utratę pamięci, próbuje uprawiać moralizanctwo. Jak to powiedział Żeromski? Że trzeba rozdrapywać rany, by nie zarosły błoną podłości?
Wydaje się, że wbrew temu, co sugeruje Eminencja, to nie Radio Maryja "wprowadza podziały". One w polskim Kościele, podobnie zresztą, jak w Kościele powszechnym, istnieją obiektywnie. A skoro istnieją, to chyba można o nich mówić, chyba można wskazywać na kryteria tych podziałów i chyba wolno charakteryzować grupy, z jakich, mimo owych podziałów, składa się Kościół? Charakterystyczna zresztą dla wypowiedzi Eminencji jest jej selektywność. Na przykład środowisko "Tygodnika Powszechnego", szczodrze wspomagane srebrnikami przez Fundację Batorego, nigdy nie ukrywało, że tworzy "Kościół otwarty". Cokolwiek by to miało znaczyć, samo lansowanie "Kościoła otwartego" oznacza, że różni się on jakoś od pozostałej reszty Kościoła, a więc - oznacza "podział". Dlaczego zatem Eminencja nigdy nie odważył się postawić takiego zarzutu wobec tego środowiska? Czyżby tak naprawdę nie chodziło o żaden "podział" ani "rozbijanie", tylko o to, że Radio Maryja nie śpiewa w chórze pod batutą red. Michnika? Jeśli Eminencja podjął się takiej misji, to nie trzeba się krępować, tylko szczerze nam to powiedzieć
To przypuszczenie potwierdzałby dziwaczny zarzut hołdowania "przedwojennej pobożności". Cóż Eminencja ma przeciwko "przedwojennej pobożności"? Toż jej owocem jest św. Maksymilian Kolbe i setki, a może nawet tysiące innych, bezimiennych bohaterów, którym nigdy nie przyszłaby do głowy myśl, że "nieważne, co się podpisuje", byle tylko zdrowie było, a którą Eminencja publicznie wypowiedział w początkach stanu wojennego. To ma być ta devotio moderna? "Przedwojenna pobożność" ożywiała naszych świętej pamięci Rodziców i chyba nie była najgorszej próby, skoro oparła się początkowym prześladowaniom i nie ugięła się w obliczu skazania na dożywotnią marginalizację. To ona jest "ogniem próbowana" i dzięki Bogu rozumiał to poprzednik Eminencji na urzędzie Prymasa, niezapomniany Stefan kardynał Wyszyński. Szkoda, że Eminencja sprawia wrażenie, jakby zapominał, skąd wyrastają mu nogi. Więc cóż - mamy wszyscy przerobić się na Andrzejów Szczypiorskich i kiedy forsa idzie za pośrednictwem Kościoła - to się chrzcić nawet po dwa razy, a kiedy za pośrednictwem Fundacji Batorego - to pomstować na "państwo wyznaniowe" i "ajatollachów"?
Wreszcie - Radio Maryja ma "poddać się Kościołowi". No dobrze, to znaczy - konkretnie komu? Czy JE Tadeuszowi Gocłowskiemu, który "nic nie wiedział" o siuchtach "Stelli Maris" zarówno z trójmiejskimi gangsterami, jak i SLD-owską mafią, a my też nie wiemy, dlaczego właściwie "dziennikarze śledczy" tak starannie obchodzą go na paluszkach? Czy może JE Andrzejowi Śliwińskiemu, który swemu ekonomowi diecezjalnemu pozwalał na gigantyczne wyłudzenia finansowe, którego w 2000 r. cała Polska i pół Rosji szukało w Irkucku, podczas gdy Ekscelencja pogrążał się w pijackiej nirwanie w hotelu "Novotel" opodal moskiewskiego lotniska Szeremietiewo, aż wreszcie w dobrym chmielu w 2002 r. samochodem porozbijał na drodze jakichś ludzi? Czy może tym Pasterzom, którzy gwoli udelektowania "filantropa" po troszeczku wyprzedają pachciarzom swoje trzody?

Stanisław Michalkiewicz

Publicystyka Stanisława Michalkiewicza na ASME i nagrania TV ASME


Komentarz (8)

Zaplecze eksperckie a ordynacja wyborcza - prof. Jerzy Przystawa Wysłane poniedziałek, 2, stycznia 2006 przez Krzysztof Pawlak

W ostatnich miesiącach minionego roku, w różnych miejscach Polski, odbywały się spotkania i konferencje poświęcone "problemowi elit": jakie te elity są, jakie powinny być i dlaczego takie nie są, a zatem szto diełat - jak by powiedział towarzysz Lenin. Z pewnym zdziwieniem można zauważyć, że nigdzie w programach tych spotkań nie pojawił się problem ordynacji wyborczej, tak jakby te dwie sprawy nie miały ze sobą żadnego związku, a już z pewnością związku przyczynowo-skutkowego. III Rzeczpospolita uchodzi za kraj demokratyczny, w którym, w odróżnieniu np. od PRL, elity - przede wszystkim elity rządzące - się wybiera, czy to możliwe, żeby sposób ich wyboru był bez znaczenia? Warto przypomnieć, co na ten temat, już prawie 100 lat temu, pisali biskupi polscy (1): "Ustrój prawa wyborczego wydaje ze siebie prawodawców, którzy za pomocą władzy ustawodawczej wpływać mogą i wpływać będą na wszystkie dziedziny życia kościelnego, narodowego, społecznego i moralnego, a szczególnie na przyszły kierunek wychowania publicznego... Do nas więc, jako stróżów praw wiary w tych dziedzinach należy pytać i badać, o ile do ich zdrowego rozwoju ustrój prawa wyborczego dopomaga albo też w uprawnionym rozwoju przeszkadza lub go nawet niszczy...". Autorami tych słów byli ludzie w dziejach Kościoła i Polski zapisani w sposób szczególny, jak, m.in., niedawno wyniesieni na ołtarze św. Józef Pelczar i bł. Józef Bilczewski, kard. książę Adam Sapieha. Wydawać by się mogło, że będzie to stanowisko inspirujące ludzi, którzy zwykli powoływać się na autorytet Jana Pawła II i naukę społeczną Kościoła. Tymczasem, śledząc debaty nad stanem państwa i stanem elit państwowych, jakie od lat toczą się w środkach masowego przekazu, tylko niezwykle baczny obserwator, wyposażony w mikroskopy i teleskopy, potrafiłby zauważyć, że to stanowisko biskupów polskich jest przez kogokolwiek podzielane.
W takiej sytuacji faktem niezwykle radosnym jest, że temat związku ordynacji wyborczej z jakością elit politycznych podniesiony został, na łamach tygodnika "Głos" (2) przez parę uczonych filozofów, etyków i aksjologów, Teresę Grabińską i Mirosława Zabierowskiego, w artykule "Czy zmiana ordynacji wyborczej uzdrowi państwo". Autorzy podnoszą tam 12 zasadniczych kwestii, odpowiedź na które powinna nam uzmysłowić co jest nam potrzebne, aby Polska posiadała elity, na jakie zasługuje. Zaskakuje jednak, że w tej głębokiej, aksjologicznej analizie Uczeni nie formułują żadnych zastrzeżeń czy uwag odnośnie obowiązującego u nas systemu wyborczego, lecz swoje wątpliwości i krytykę kierują pod adresem propozycji wprowadzenia w Polsce brytyjskiego systemu jednomandatowych okręgów wyborczych (JOW). Jest to tym bardziej dziwne, że w ostatnich wyborach udziału nie wzięło ok. 18 milionów uprawnionych do głosowania Polaków, a liczba zniechęconych do demokracji w Polsce rośnie z wyborów na wybory i mogłoby się wydawać, że to wystarczający powód, aby zapytać czy przypadkiem nasz system wyborczy nie uzasadnia ich aksjologicznych dylematów? Ruch Obywatelski na rzecz JOW od lat stawia obecnej ordynacji wiele zarzutów, z których każdy, na dobrą sprawę, wystarczyć powinien, aby ją odrzucić. Np. w broszurze "Jednomandatowe Okręgi Wyborcze" (3) wyjaśniamy, że tzw. proporcjonalna ordynacja wyborcza jest wadą ustrojową, ponieważ (1) jest niezrozumiała dla wyborców i zniechęca ich do udziału w wyborach; (2) likwiduje odpowiedzialność posłów przed wyborcami; (3) destabilizuje i osłabia państwo; (4) zamienia demokrację w partiokrację; (5) generuje korupcję polityczną; (6) degeneruje życie publiczne, degeneruje partie polityczne i przeszkadza powstaniu społeczeństwa obywatelskiego; (7) narusza nasze bierne prawo wyborcze; (8) jest sprzeczna z Konstytucją, bo łamie zasady równości, proporcjonalności, bezpośredniości i powszechności wyborów. Nie miejsce tu, aby te tezy rozwinąć, ale warto przypomnieć, że nie są to argumenty wysuwane jedynie przez sfanatyzowanych maniaków JOW, bo tezę o tym, że obecna ordynacja wyborcza łamie konstytucyjne zasady - sformułowali ponad pięć lat temu najważniejsi dzisiaj politycy RP, jak premier Kazimierz Marcinkiewicz, prezes PiS-u Jarosław Kaczyński czy wicepremier Ludwik Dorn i, razem z innymi posłami, skierowali odpowiednią skargę do Trybunału Konstytucyjnego (4). Jeszcze surowszą krytykę obecnego systemu opublikował, tuż po ostatnich wyborach tygodnik "Wprost" w artykule "Oszustwo demokratyczne" (5) albo reklamowany ostatnio przez "Rzeczpospolitą" tom "Ius et Lex" (6). Wydawać by się mogło, że jest więcej niż potrzeba argumentów za tym, żeby skłonić uczonych epistemologów do poddania wnikliwej analizie aksjologii systemu, który ma decydujący wpływ na nasze życie państwowe i społeczne? Zamiast tego ekspercka para profesorska domaga się od nas odpowiedzi na pytanie "Jak ma wyglądać zaplecze ekspercko-doradcze niezależnego (pozapartyjnego) parlamentarzysty?" i grozi, że "jeśli propagatorzy JOW pomijają ten problem, to fundują społeczeństwu jeszcze jedną utopię". Wygląda więc na to, że Uczeni uważają, że z chwilą wprowadzenia JOW, niedojrzałe społeczeństwo wybierze do Sejmu masę niezależnych, pozapartyjnych posłów, którzy bez ekspercko-doradczego zaplecza uczonych w żaden sposób nie poradzą sobie z nawą państwową.
Warto więc, żeby Szanowni Autorzy i Ich Czytelnicy zechcieli uświadomić sobie dwie rzeczy:
Po pierwsze: Już ponad 60 lat temu socjolog francuski Maurice Duverger wywiódł teoretycznie to, co przez ponad 100 lat mógł wcześniej dostrzec każdy baczny obserwator, że w krajach demokratycznych stosujących JOW w systemie brytyjskim (First-Past-The-Post czy Winner-Takes-All) powstaje system nazywany dwupartyjnym i jeszcze nie słyszałem, żeby któraś z tych partii, czy to Partia Pracy, czy Partia Konserwatywna w Wielkiej Brytanii, Partia Republikańska lub Partia Demokratyczna w USA, czy jakaś inna, narzekała na brak zaplecza ekspercko-doradczego.
Po drugie: W systemie JOW rzeczywiście, pojawiają się w parlamencie posłowie niezależni, którzy potrafili w swoich okręgach wygrać z kandydatami wielkich partii politycznych. Nie znam przypadku, żeby narzekali oni na brak "zaplecza eksperckiego" albo, żeby z tego powodu wynikały jakieś państwowe kłopoty. Dlatego warto zachęcić naszych aksjologów, żeby swoje teleskopy skierowali na Sejm: jak to jest z tymi "posłami pozapartyjnymi" w sejmach kolejnych kadencji? Teoretycznie bowiem coś takiego jak "poseł pozapartyjny" jest w Polsce niemożliwe - mandat może zdobyć tylko partia, która przekroczyła próg 5% poparcia. Nawet przy 40% frekwencji wyborczej 5% to ok. 600 tysięcy głosów. Teoria teorią, a życie życiem. Jak na gruncie epistemologicznej aksjologii wyjaśnić pojawienie się w Sejmie IV Kadencji 39 posłów pozapartyjnych, z których każdy mógł się pochwalić jedynie śladowym poparciem? Np. Marek Muszyński (2915 głosów), Stanisław Jarmuliński (3062), Joanna Nowacka (3302), Jacek Zdrojewski (3458) itd., itp. IV Kadencja nie była pod tym względem rekordowa, bo w III-ciej mieliśmy 43 "niezależnych", A jak wyjaśnić obecność w Sejmie V Kadencji pozapartyjnego posła Krzysztofa Szygi (3882) czy nawet Zygmunta Wrzodaka, którego poparło AŻ 18.921 wyborców, co jakby nie liczyć stanowi jedynie 1,5 promila ważnie oddanych głosów? Mamy początek kadencji i tylko 5 "niezależnych", ale, jak pokazuje życie, ich liczba będzie, z miesiąca na miesiąc, rosła. Czy Szanownych Autorów nie ciekawi, jakie jest "zaplecze ekspercko-doradcze" tych "niezależnych" posłów w Sejmie?
Proponowana przez Ruch JOW ordynacja, wbrew temu co piszą Grabińska i Zabierowski, nie jest żadnym "panaceum na wszystkie bolączki", jest jedynie propozycją usunięcia najpoważniejszej wady ustrojowej, jaką jest obecny system wyborów do Sejmu.

Jerzy Przystawa

Literatura:

1. List Biskupów Polskich, "Czas" z 17 kwietnia 1913
2. T. Grabińska, M. Zabierowski, "Głos" z 25 grudnia 2005
3. J. Przystawa, "Jednomandatowe Okręgi Wyborcze", Wektory, Sadków, 2003 (http://www.jow.org.pl/pdf/broszura001.pdf)
4. Biuletyn Informacyjny Ruchu JOW, nr 8, 2001 (www.jow.org.pl)
5. G. Pawelczyk, R. Pleśniak, "Wprost" nr 40 z 9. X. 2005
6. Cz. Oleksy, J. Przystawa, "Znaczenie ordynacji wyborczej dla funkcjonowania państwa i budowy społeczeństwa obywatelskiego", Ius et Lex, vol. II, 2005 (www.jow.org.pl)


  • Prof. Jerzy Przystawa był w kadencji 1990 - 1998 radnym rady miejskiej Wrocławia, startował w wyborach do Senatu Rzeczypospolitej Polskiej przeprowadzonych w dniu 21 września 1997 r.
    Od kilkunastu lat jest jednym z liderów Ruchu Obywatelskiego na rzecz JOW.

    Publicystyka prof. Jerzego Przystawy na ASME.


    Witryna ASME Antysocjalistycznego Mazowsza jest najstarszym serwisem w Sieci - oprócz witryny tematycznej JOW - propagującym ideę JOW

    Komentarz (0)

    UPRzejmy punkt widzenia (4) - Wojciech Popiela Wysłane niedziela, 1, stycznia 2006 przez Krzysztof Pawlak

    Bez odrobiny naszego wysiłku mamy zupełnie nowy rok. W Polsce tradycyjnie jest on poprzedzony orędziem pana Prezydenta, a zaczyna się - też tradycyjnie - szopką noworoczną. Nie licząc oczywiście tradycyjnych podwyżek. Tak więc rok jest nowy, ale wszystko po staremu. Narodziny nowej RP ogłosić będzie można wówczas, gdy nowy rok zacznie się obniżkami cen, ponieważ pojawiające się z tygodniowym opóźnieniem, konkurencyjne do Bożego Narodzenia i orędzia Prymasa Polski, przemówienie Prezydenta i szopka z politykami w roli głównej są - zdaje się jak Lenin - wiecznie żywe.

    Koniec nowego i początek starego roku są okazją do podsumowań i planów, ale by cokolwiek podsumować, a już z pewnością zaplanować "o co walczymy, dokąd zmierzamy", należy ustalić, w którym punkcie jesteśmy. O tym, że jest to sprawa pierwszej wagi, przekonał mnie list, jaki z okazji zbiórki na tacę na rzecz KUL skierował do "Drogich Przyjaciół KUL" słuchających listu w kościołach, JM Rektor tej lubelskiej uczelni. Ksiądz profesor napisał w nim, że "jako wierzący jesteśmy powołani, aby iść za Chrystusem aż po Krzyż. Na tej drodze każdego dnia otaczająca rzeczywistość stawia przed nami liczne wyzwania. Przeszkadzają nam spory i wzajemna nieufność, skrajny liberalizm gospodarczy i relatywizacja norm etycznych".

    Rzeczywiście relatywizacja choćby przykazania "Nie kradnij" czy "Nie pożądaj żadnej rzeczy bliźniego twego" doprowadziła do sytuacji, w której zalegalizowana przez parlamenty grabież zyskuje coraz to nowe imiona i obleka się w szaty dobroczynności i solidarności. Liczne kłamstwa z kampanii wyborczych potęgują wzajemną nieufność i rodzą spory, zaś skrajny liberalizm gospodarczy… No właśnie. Być może z Lublina inaczej widać, ale byłoby zbawiennym dla Polski ustalić wreszcie, choćby wzorem wywołującego poruszenie socjalistów pobożnych "Raportu Otwarcia" przygotowanego przez CAS - czy w Polsce panuje "skrajny liberalizm ekonomiczny", przeszkadzający w kroczeniu za Chrystusem aż po Krzyż, czy może ani skrajny, ani liberalizm, tylko kolejna mutacja socjalizmu?

    Według, dość obiektywnego choćby z uwagi na charakter opracowania i metodologię, Index of Economic Freedom autorstwa The Heritage Foundation, będącego odbiciem stopnia wolności w gospodarce, w roku 2005 Polska zajmowała 41. miejsce w kolejności do skrajnego liberalizmu gospodarczego. Na miejscu czwartym była postsowiecka Estonia. Panuje tam, wg The Heritage Foundation, jeden z najskrajniejszych liberalizmów gospodarczych. Ponad 5 procent wzrostu gospodarczego, podatek firm od reinwestowanych zysków 0 (zero) procent, dochód na głowę mieszkańca o prawie 450 dolarów wyższy niż w Polsce, a przy tym zakaz deficytu budżetowego i niemal zupełne zniesienie ceł - były tam fundamentem przemian i rozwoju. (wytł. ASME) Rzeczywiście droga Estonii nie wygląda na drogę krzyżową, ale za to podobna jest do cudownego rozmnożenia chleba i ryb. Do tego również zostaliśmy powołani w ramach czynienia sobie ziemi poddanej i naśladowania Chrystusa. Goszcząca kilka lat temu w Polsce pani Ana Isabel Eiras mająca swój udział w tworzeniu Indeksu, sugerowała władzom USA, by chcąc dzierżyć prymat w światowej gospodarce, polityce i siłach zbrojnych, cięły podatki, ograniczyły agendy rządu, eliminowały pozataryfowe bariery celne, odbiurokratyzowały gospodarkę… Władze Rosji tworzą właśnie w Obwodzie Kaliningradzkim europejski Hongkong. Zwolnienia z podatków, znaczne ułatwienia dla prowadzenia przedsiębiorstw, co w efekcie ma dać 10-15 procentowy wzrost gospodarczy w tej najbardziej wysuniętej na zachód enklawie Rosji. A tymczasem w Polsce panuje przeszkadzający w zbawieniu "skrajny liberalizm gospodarczy"…

    Jego najjaskrawszym przykładem jest wypowiedź pana ministra Dorna, który zagroził lekarzom chcącym się targować o płacę za pracę, wymierzeniem kary pozbawienia wolności bez sądu, poprzez wcielenie ich do wojska i poddanie rozkazom. Jeśli nie działają mechanizmy rynkowe, pozostaje przymus i siła. Przekonuje się o tym właśnie Ukraina, która żyła z gazu po cenie promocyjnej i zmuszona jest zapoznawać się szybko z tajnikami równania Bernoulliego. Sprawa płacenia za "bezpłatne" leczenie nie jest kolejnym - tradycyjnym już w Polsce - kryzysem, tylko rezultatem. Dla wszystkich, którzy nie dostrzegają w Polsce panowania skrajnego liberalizmu gospodarczego, jest to oczywisty efekt przyjętego modelu państwa. I wygląda na to, że IV RP odziedziczyła tę chorobę po RP III. Pewną iskierką nadziei jest plotka, że przestaniemy płacić z naszych podatków pensję obecnej pani minister Finansów, a zaczniemy pani Zycie Gilowskiej, wyrzuconej z pokazowym hukiem z PO. Czy jednak zmieni to sytuację, w której podatnicy fundują naukę przyszłym doktorom, po czym albo przyglądają się wzajemnym szantażom władz i lekarzy, albo dowiadują się, że z bagażem wiedzy opłaconej przez podatników, lekarze masowo wyjeżdżają do Anglii, by świadczyć usługi tamtejszym chorym i w Polsce nie ma ich kto wyleczyć? Póki co, pan minister Religa zagroził podaniem się do dymisji, jeśli w drugim kwartale pieniądze się nie znajdą. Pieniądze, czyli "środki publiczne", jak ładnie nazywa odebrane obywatelom pieniądze konstytucja: "Obywatelom, niezależnie od ich sytuacji materialnej, władze publiczne zapewniają równy dostęp do świadczeń opieki zdrowotnej finansowanej ze środków publicznych". O łapówkach za opłacone już raz w podatkach zabiegi i operacje konstytucja z nieznanych powodów nie wspomina.

    Na marginesie tego sporu okazało się, że chorzy, którzy 2 stycznia zastaną zamknięte drzwi gabinetów, będą mogli skorzystać bezpośrednio z pomocy lekarza-specjalisty, a recepty wypisywane przez lekarzy nie mających kontraktów z biurokratami z NFZ będą honorowane w aptekach. Tak stwierdził sam szef tychże biurokratów, pan Miller z NFZ. Okazuje się, że w sytuacji kryzysu może być normalnie, a pomysł powołania lekarzy rodzinnych był tylko barierą odgradzającą chorych od lekarzy-specjalistów, co miało zatrzeć niewydolność organizacyjną państwowego lecznictwa. Okazuje się też, że kontrakt z NFZ nie jest do niczego potrzebny, a już z pewnością nie do tego, by posiąść mądrość pozwalającą na wypisanie recepty. Rację miał pan Janusz Korwin-Mikke, że choremu potrzebny jest lekarz i pielęgniarka, a nie olbrzymie i kosztowne ministerstwo i "Służba Zdrowia". Skoro objawiło się to w pierwszych dniach od powstania IV RP, to może jeszcze wszystko przed nami i mamy szansę na "skrajny liberalizm ekonomiczny" także i w Polsce? Tym bardziej, że pan premier obiecał ku zgryzocie brukselczyków brak podwyżki akcyzy na paliwo w roku 2006. Tak więc, do siego roku!

    Wojciech Popiela

    Artykuł był pisany w 2005 r.


    Komentarz (0)