lutego 4, 2006 - lutego 11, 2006

Pokerowa zagrywka Jarosława Kaczyńskiego zablokowała "histeryczne pojednanie się" Różowych i Czerwonych - Łukasz Perzyna o nieznanym sondażu z czasu zawarcie "paktu stabilizacyjnego" Wysłane sobota, 11, lutego 2006 przez Krzysztof Pawlak

"Tak jak Krzysztof Zanussi nakręcił swego czasu film »Rok spokojnego słońca«, tak teraz czeka PiS »rok spokojnego rządzenia«, przynajmniej jeśli uwzględnić proporcje parlamentarne, zagwarantowane przez wymuszoną na słabszych partnerach Samoobronie i LPR umową, zwaną »Paktem stabilizacyjnym«. Wszystko teraz odbywać się będzie pod dyktando Braci Kaczyńskich. Gdy dzisiaj bada się efekty »Paktu", to wiadomo, że można wrócić do domniemanych przesłanek tej decyzji: Bracia zdecydowali się na zawarcie pokoju na własnym warunkach, a nie na wypowiedzenie wojny, jaką byłyby ponowne, przedterminowe wybory. Trochę światła rzuca na to późniejszy sondaż PBS" - Łukasz Perzynya, publicysta "Tygodnika Solidarność" i naszej witryny ASME, ujawnia kulisy zawarcia najbardziej doniosłej umowy politycznej początków obecnego roku.

Sondaż ten jest trochę paradoksalny: PiS zajęłoby i tak I miejsce, PO - drugie, ale krajobraz polityczny byłby dla Braci mniej korzystny i nie umożliwiałby im rządów samodzielnych. Do parlamentu dostałyby sie tylko cztery ugrupowania: PiS, PO, SLD i Samoobrona. Żadnej Ligi Polskich Rodzin, żadnego Polskiego Stronnictwa Ludowego. Jeśli chodzi o możliwą do rządzenia większość, bez LPR samo tylko combo głosów w parlamencie: PiS i Samoobrony nie dawałoby większości stabilnej, pozwalającej na rządzenie. Efekt: mielibyśmy albo do czynienia z Wielką Koalicją - podobną do utworzonej po wyborach w Niemczech - PiS z PO, co nie pozwoliłoby PiS na dokonanie przeobrażenia państwa, albo z sojuszem PO i SLD, co już w tej chwili niektórzy politycy z PO w ostatnich dniach suflują liderom swego ugrupowania.
Z nieoficjalnych przekazów wiemy, że na zlecenie PiS był przeprowadzony inny sondaż, którego wyniki znają tylko jego właściciele, czyli Bracia Kaczyńscy. Nie został upubliczniony. Zwycięzcą w nim jest oczywiście PIS, ale SLD miał w nim dostać nawet około 20% poparcia. Zwasalizowani obecni partnerzy PiS o tym, że Jarosław Kaczyński nie miał asa w rękawie - nie wiedzieli.
Bo prawdą jest, że antykomunistyczne działania współpracowników Braci i ich samych - przyczyniają się do odbudowania elektoratu "ezelde", który jest w najwyższym stopniu już zaniepokojony utratą swych żywotnych interesów i będzie coraz rozpaczliwiej się bronił, polaryzując mimowolnie scenę polityczną w Polsce.
Jednak geniuszu Jarosławiowi Kaczyńskiemu - tym bardziej wiedząc już o jego pokerowej zagrywce - nie można odmówić...

Nagranie trwa ponad 11 minut i jest dostępne w Sieci do 25 II 2006 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




Komentarz (0)

Dwie uwagi w sporze o karykatury - o. Jacek Salij Wysłane piątek, 10, lutego 2006 przez Krzysztof Pawlak

Mądre obstawanie przy prawdzie, choćby drugiej stronie niemiłej, buduje, wbrew pozorom, pokój, a nie wojnę.

W Europie zostaliśmy już wyćwiczeni do udawania, że w bluźnierstwie nie widzimy nic niestosownego i że profanowanie najdroższych wartości wiary chrześcijańskiej w gruncie rzeczy nam się podoba, a już na pewno jest elementarnym prawem każdego, komu się wydaje, że inaczej nie umiałby wyrazić tego, co w nim najgłębsze.

Również chrześcijan nie powinno się ranić

Ostatnia Wieczerza z nagą aktorką w miejsce Chrystusa, krucyfiks zanurzony w urynie, autentyczny obrazek Matki Bożej z modlitwą o szczęśliwą aborcję na odwrocie, Matka Boża z rogami jako wyraz czyjejś awersji do Radia Maryja - to tylko przykładowe przejawy tej atmosfery, w której wrażliwość religijna chrześcijan jest uznawana za coś godnego pogardy i niezasługującego na to, żeby się z nią liczyć.
Zgoda na profanowanie naszych własnych świętości idzie tak daleko, że zdarza się nam również lokale kościelne udostępniać dla manifestowania, iż nawet z wizerunkiem Chrystusa wolno się obchodzić bez żadnych ceregieli. Odnotowałem sobie kiedyś informację o wystawie Elisabeth Ohlson pt. "Ecce homo", przygotowanej na międzynarodowy festiwal gejów i lesbijek Gay Pride w Sztokholmie, a następnie pokazywanej w katedrze w Uppsali oraz w lokalach wielu szwedzkich parafii.
Pokazano tam następujące obrazy: "Jezus Chrystus podczas Ostatniej Wieczerzy w stroju transwestyty, na wysokich obcasach. Nagi Jezus czule obejmowany przez Jana Chrzciciela przyjmuje chrzest w Jordanie. Jezus chory na AIDS. Jezus w otoczeniu homoseksualistów ubranych w czarne skóry". Nie wykluczam, że cele artystki były poczciwe. Jednak nawet, jeżeli tak, to coś bardzo mocno woła w duszy, jak sądzę, niejednego chrześcijanina, a na pewno w mojej duszy: Tak z wizerunkiem Zbawiciela obchodzić się nie wolno! Chciałoby się, żeby jednym z pozytywnych owoców afery spowodowanej opublikowaniem karykatur Mahometa było przypomnienie sobie przez możliwie wszystkich organizatorów naszej przestrzeni publicznej, że chrześcijanie też są ludźmi. To nieprawda, co twierdzą niektórzy dziennikarze, że chrześcijaninowi łatwiej niż muzułmaninowi znosić profanacje i bluźnierstwa pod adresem swoich świętości. Wielu z nas czuje się ciężko zranionymi w tych, niestety, licznych sytuacjach, kiedy nasze świętości są profanowane lub wyszydzane.

Narastanie atmosfery wojennej?

To, co się obecnie dzieje na ulicach miast muzułmańskich, przypomina tańce rytualne wojowników przygotowujących się do wojny. Wojenne zaś tańce to już nie żarty, bo nie służą one usuwaniu nagromadzonych nieprzyjaznych energii, tylko jej powiększaniu.
Niestety, taniec wojenny zaczęła Europa. Duńczycy mogli sobie z tego nie zdawać sprawy. Prawo do szydzenia z chrześcijańskich świętości uznaje się przecież w zlaicyzowanej Europie za nieusuwalną część praw wolnościowych każdego artysty i dziennikarza. Jednak podjęta później przez kolejne dzienniki europejskie akcja solidarności z duńską gazetą to było już świadome wykonywanie wojennych tańców. Owszem, w imię po europejsku pojętej wolności słowa i bez zamiaru obrażania muzułmanów. Jednak, obiektywnie, są to tańce wojenne. Przecież wykrzykiwanie, że "nie będzie Arab pluł nam w twarz ni gazet nam układał", nie służy uspokojeniu wzburzonej atmosfery, tylko - niepotrzebnie - ją podgrzewa.
Dwie dobre rzeczy stały się dzięki temu sporowi. Z jednej strony, Europa usłyszała - ufajmy, że na trwałe - iż powinna więcej liczyć się z wrażliwością religijną muzułmanów. Z drugiej strony, w ich kierunku zostały nadane zdecydowane sygnały, że nie mamy i nigdy mieć nie będziemy zrozumienia dla zachowań jednoznacznie barbarzyńskich.
To bardzo dobrze, że norweski minister spraw zagranicznych powiedział stanowczo swojemu syryjskiemu odpowiednikowi: "To wy odpowiadacie za bezpieczeństwo naszych obywateli w Syrii!". Wolno też mieć nadzieję, że wzrosła liczba muzułmanów, którzy sobie uprzytomnili, iż skandowanie na ulicach hasła "Śmierć Duńczykom!" czy wypisywanie wezwań, żeby zabić każdego, kto znieważa Mahometa, jest - nie tylko w oczach Europejczyków, ale obiektywnie - aktem skrajnego barbarzyństwa.
Słowem, obie strony jasno określiły granice, na których przekraczanie przez drugą stronę nigdy się nie zgodzą. Teraz ludzi dobrej woli po obu stronach czeka cierpliwa praca nad usuwaniem tych nieprzyjaznych energii, jakie między nami się nagromadziły i wciąż narastają.
My, Europejczycy, moglibyśmy czasem pomyśleć o tym, czy dezynfekowanie naszego życia publicznego z wymiaru religijnego (tak jakby religia była jakąś zarazą albo trucizną) nie pogłębia, może niepotrzebnie, przepaści, jaka nas dzieli od świata islamu. Może warto by też zastanowić się czasem nad tym, czy ostra krytyka, jaką formułują muzułmanie pod adresem Europy jako siedliska bezbożności i moralnej zgnilizny, jest całkiem bezzasadna. Może powinniśmy przynajmniej trochę więcej wiedzieć, co o nas myśli się i mówi w krajach muzułmańskich - i może w całości tej krytyki nie odrzucajmy.
Może europejskie środowiska opiniotwórcze powinny wreszcie przełamać swoją antychrześcijańską alergię i zacząć rzetelniej i z większą stanowczością, zarazem starannie unikając retoryki wojennej, informować o dyskryminacji (a nieraz i prześladowaniach) chrześcijan w krajach muzułmańskich. Mądre obstawanie przy prawdzie, choćby drugiej stronie niemiłej, buduje, wbrew pozorom, pokój, a nie wojnę.
Bo przecież to nie jest w porządku, że w niektórych krajach muzułmańskich nietolerancja religijna stała się normą, zaś zlaicyzowana Europa przyzwyczaiła się traktować ją jako coś rzeczywiście normalnego.
Jak się wydaje, potrzeba dialogu i gotowość otwarcia na krytykę przychodzącą od drugiego jest po obu stronach duża. Zwłaszcza wśród ludzi młodych. W swoim czasie młodzi muzułmanie, podczas spotkania w Casablance, gorącymi oklaskami nagrodzili następującą wypowiedź Jana Pawła II: "Mam pewność, że wy, młodzi, jesteście zdolni do dialogu. Nie chcecie się poddawać uwarunkowaniu przesądami.
Jesteście gotowi do budowania cywilizacji opartej na miłości. Chcecie pracować nad usunięciem barier, których powodem czasem jest pycha, a częściej słabość i ludzki lęk. Pragniecie kochać innych bez względu na to, do jakiego należą narodu, jakiej są rasy, czy jaką wyznają religię".

  • O. Jacek Salij, dominikanin, profesor teologii, wykładowca Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego

    Artykuł pierwotnie ukazał się w dzienniku "Rzeczpospolita" 08.02.2006 r., przedruk za zgodą Autora.

    Komentarz (0)

    Mit niezależności - Krzysztof Mazur Wysłane piątek, 10, lutego 2006 przez Krzysztof Pawlak

    Skok na media, skok na spółki, skok na służbę cywilną... Takie alarmujące informacje praktycznie codziennie serwują media i różni zainteresowani, według których dla zachowania "demokratycznego państwa prawa" konieczne jest funkcjonowanie niezależnych mediów publicznych, państwowych firm zarządzanych przez "fachowców", praktycznie nieusuwalnych urzędników publicznych i jeszcze wielu innych tego gatunku "kotów, które szczekają".

    Kluczem do ustalenia, jak należałoby rozumieć niezależność określonych organów lub instytucji, jest zrozumienie, że każda z tych instytucji jest koniec końców zależna od konkretnych gremiów politycznych - począwszy od nieformalnych lub formalnych lobbies, a na parlamencie skończywszy. Ponadto osoby wchodzące w skład organów nadzorczych i zarządów tychże instytucji, a także ich szeregowi pracownicy, także mają swoje poglądy polityczne i kierują się określoną moralnością. Inaczej sprowadzalibyśmy takiego człowieka do robota wykonującego zaprogramowane czynności, a programistę - do efektu generatora liczb losowych. Powyższa teza jest logiczna i jest potwierdzona przez praktykę dnia codziennego, inaczej nie mielibyśmy afer związanych ze skokiem na media organizowanym przez grupę trzymającą władzę, nie byłoby nieustających zarzutów o upolitycznienie mediów publicznych, upolitycznienie organów spółek z udziałem skarbu państwa, upolitycznienie służb specjalnych czy upolitycznienie apolitycznej służby cywilnej. Kolejnym dowodem na upolitycznienie niezależnych instytucji są lamenty nad ich zawłaszczaniem, które dziwnym trafem zawsze swoje największe natężenie osiągają w okresie politycznych przesileń i zawsze pochodzą ze strony aktualnej opozycji.

    Od kogo niezależni?

    Skutkiem niezależności różnych instytucji były prezesury Drawicza, Terleckiego, Walendziaka, Kwiatkowskiego i Dworaka, kojarzonych jednoznacznie z określonymi partiami politycznymi. Prezesem NBP była Gronkiewicz-Waltz - niegdyś kandydatka na prezydenta, dziś liderka PO, a obecnie funkcję ową sprawuje niegdysiejszy prezes Unii Wolności Leszek Balcerowicz. Kierownicze stanowiska tak w administracji rządowej, jak i samorządowej są w znakomitej większości obsadzane każdorazowo według politycznego klucza, podobnie jak sympatie ideowe kierują nominacjami w policji, straży, wojsku, wymiarze sprawiedliwości, kasach chorych, ZUS-ie itd. Czasami można odnieść kuriozalne wrażenie, że aby rząd PiS-u nie był oskarżany o zawłaszczanie państwa, to powinien na prezesa telewizji powołać p.Danutę Waniek, do KRRiTV Włodzimierza Czarzastego, a na prezesa NBP zaproponować Grzegorza Kołodko i na odwrót - gdyby przypadkiem zwyciężyła ponownie lewica, powinna natychmiast znowelizować prawo medialne, odwołać Waniek i Czarzastego, a kierownictwo nad mediami złożyć w ręce Pospieszalskiego. Innym wyjściem byłaby jedynie ustawowa lobotomia mózgu wszystkich kandydatów na stanowiska w instytucjach uznanych za niezależne, z tym że natychmiast powstałby praktyczny problem jak odpolitycznić tych, którzy pisaliby procedury dla takich ideowo wyjałowionych fachowców.

    Dobry fachowiec, ale niezależny

    Skoro tak logika jak i praktyka dowodzą, że praktycznie każdy człowiek ma określony światopogląd, a człowiek aspirujący do wysokiego stanowisko w instytucji publicznej nawet powinien posiadać wyraziste poglądy społeczno-polityczne, to ludzie tworzący określoną instytucję również z konieczności nadają jej konkretny charakter. W związku z tym postulaty o niezależności instytucji publicznych powoływanych przez ciała jak najbardziej upolitycznione są w mniejszości utopijnymi rojeniami a zapewne w większości cyniczną grą zainteresowanych tym by dana instytucja lub służba była owszem niezależna ale niezależna głównie od nich samych i ich stronników. Typowym przykładem takich praktyk, jak i absurdalności postulatów o niezależności jest służba cywilna, czyli cały korpus urzędniczy, w którym po każdych wyborach następuje profilaktyczna "czystka" w przypadku większości stanowisk kierowniczych. Postulat niezależności urzędników od polityki zmaterializował się w połowie rządów AW"S", kiedy dość oczywistym stało się, że wymieniona koalicja nie będzie rządziła 40 lat i raczej prędzej niż później doczeka się odwetu lewicy za wcześniejsze praktyki "TKM". Oczekiwania te spełniły się z nawiązką, gdyż Leszek Miller obejmując rządy na kolejną - w domyśle 40-letnią - kadencję, częściowo "zawiesił" obowiązywanie ustawy, by móc urzędników z nadania AW"S" przesunąć na z góry upatrzone pozycje, a stanowiska decyzje obsadzić "swoimi". Urzędników mianowanych nie dało się tak po prostu zwolnić, więc wielu z nich zaczęło pobierać niezłe wynagrodzenia na naprędce utworzonych pod powstałe potrzeby stanowiskach, tak więc SLD mianując dla przykładu "swojego" dyrektora urzędu dla odsuniętego na boczny tor dyrektora z nadania AW"S", tworzył stanowisko dyrektora gabinetu dyrektora. Urzędnicy z nadania SLD widząc nieuchronną klęskę popierającej ich opcji politycznej najpierw, w popłochu przepchnęli tzw. ustawę Belki o konkursach, a następnie na wyścigi zaczęli wygrywać te konkursy i starali się wypełniać kryteria urzędników mianowanych, szkoląc się często na koszt zarządzanych przez nich urzędów, wynikiem czego nowy rząd PiS-u, który nie zdążył się jeszcze dorobić własnej kadry "mianowanych", zastał kolejną kastę "nietykalnych". Wobec tej sromoty, jeśli danego urzędnika z AW"S" nie dało się z powrotem przywrócić ze stanowiska "dyrektora gabinetu dyrektora na dyrektora", to nie było wyjścia, tylko "nietykalnego" z SLD należałoby zrobić "dyrektorem gabinetu dyrektora gabinetu dyrektora generalnego" po to, by dyrektorem generalnym mógł zostać człowiek z obecnego układu. Oczywiście taka "nietykalność" jest bardzo kosztowna dla wszystkich podatników utrzymujących te multiplikujące się i z reguły - jak na administrację - wysoko płatne stołki. Dlatego też postulat PiS-u dotyczący "poluzowania" rygorów w naborze na wysokie stanowiska w instytucjach podległych rządowi wydaje się całkowicie sensowny, jego wadą z kolei jest - jak zwykle w przypadku obecnych decydentów politycznych - połowiczność rozwiązań.

    Sprywatyzować i upolitycznić

    Połowiczność rozwiązań wynika, jak zwykle, z przekonania, że dany problem nie jest skutkiem wadliwości samego systemu, ale złych ludzi i złych partii, dlatego też nikt z rządzących nie kwestionuje np. idei telewizji publicznej, ale kwestionuje kompetencje określonych gremiów do decydowania o tym medium. Dobra jest więc telewizja publiczna i radio publiczne, dobre są koncesje na nadawanie, dobra jest nawet Krajowa Rada Radia i TV, tylko skład tej rady i osoba prezesa są złe! Sama idea apolityczności urzędników jest według rządzących dobra - ale pod warunkiem, że całym tym korpusem będą zarządzać nasi "dobrzy" fachowcy, a bank centralny powinien być niezależny. Powinien jednak wspierać politykę rządu i nieważne, że obecna ustawa o NBP stanowi, iż zadaniem banku jest "utrzymanie stabilnego poziomu cen, przy jednoczesnym wspieraniu polityki gospodarczej rządu", skoro owo wspieranie każda kolejna ekipa rozumie nieodmiennie jako wtłoczenie do obiegu pieniężnego tzw. pustego pieniądza.
    Praktycznie nikt z polityków i dziennikarzy dopuszczanych do głosu przez największe media nie podnosi sprawy prywatyzacji telewizji, tak jakby rzeczywiście telewizja i radio państwowe istotnie różniło się w swojej ofercie –poza przerywaniem programów reklamami - od stacji komercyjnych. Co gorsza, zamiast sprywatyzować chociażby część kanałów publicznych (TVP1, TVP2, TVP3, TV Polonia, TV Kultura), coraz częściej mówi się jeszcze o tworzeniu nowych kanałów tematycznych jak np. TV Sport. Zamiast zlikwidować kompletnie zbędną Radę Polityki Pieniężnej, toczy się boje o to, kto w tej radzie będzie zasiadał, podobnie zresztą jak w przypadku Krajowej Rady Radia i TV. Zamiast prywatyzować państwowe molochy i jako przeciwwagi dla nowych już, prywatnych monopolistów używać liberalizacji rynku i tworzenia warunków dla nowych przedsiębiorstw, rehabilituje się ideę przedsiębiorstw państwowych i własności państwowej. Przykładem niech będzie chociażby niedawny artykuł w "Tygodniku Solidarność" o "nie świętym prawie własności" i zatrzymanie prywatyzacji tak, jakby złe praktyki tego procesu wynikały z jakiejś immanentnej cechy samej prywatyzacji. Zamiast prywatyzacji - do organów nadzorczych spółek powołuje się osoby powszechnie szanowane, tak jakby zasługi 86-letniego prof. Bartoszewskiego predestynowały go do przewodniczenia radzie nadzorczej PLL LOT, przy czym komentatorzy tego mianowania nie ukrywali, że nie tylko zasługi społeczne i naukowe, ale także polityczne zaangażowanie profesora przeważyło o tej nominacji.
    Skoro zaś nowa, solidarystyczna prawica nie myśli prywatyzować, wybierając zamiast tego "marsz przez instytucje", to przynajmniej przestańmy mamić społeczeństwo terminami o niezależnych, publicznych instytucjach, niezależnych sędziach trybunałów, niezależnych rzecznikach praw wszystkich do wszystkiego, tylko wreszcie ustalmy, że wszystkie publiczne instytucje podlegają rządowi i są tak samo polityczne, jak ten rząd. Zamiast utrzymywać kosztowne fasady niezależności i tonąć w urzędowej hipokryzji, prościej i higieniczniej będzie przyznać, że "czyja władza, tego stołki", nie zawracać sobie głowy "apolityczną" służbą cywilną, pseudoegzaminami, konkursami, komisjami etc., a w zamian niech będzie przynajmniej wiadomo, kto ponosi odpowiedzialność - zamiast ustawicznego twórczego rozwijania słynnego "chcem, ale nie mogiem". I paradoksalnie, taki stan rzeczy powinien najbardziej odpowiadać opozycji, jeżeli faktycznie deklarowane przez nią cele są zgodne z rzeczywistymi zamiarami.

    Krzysztof Mazur

    Publicystyka Krzysztofa Mazura na ASME


    Komentarz (0)

    Kłopoty mniejszości gazetowych w "faszystowskim państwie PiS-owskim" Wysłane piątek, 10, lutego 2006 przez Krzysztof Pawlak

    Tow. Kwaśniewski z trudem, bo z trudem, ale jednak nabiera "europejskiej" ogłady: zrobił swojej harlequinowej małżonce Yolandzie "Polisie" kolejny prezent. Dobry to mąż i przykładny mężyk "opacznościowy" "narodu komunistycznego". Niewdzięcznicy znowu mają mu jednak coś do zarzucenia. Oto dziennikarz "Gazety Polskiej" Lisiewicz aka "Lenin", a więc poniekąd znawca tajników władzy komuszej i postkomuszej, przyczepia się wrednie do podarunku, że został on zasponsorowany przez polskich podatników w ostatnich godzinach urzędolenia tow. "Prezia" na stolcu w Pałacu Namiestnikowskim, zanim ten budynek doznał cudownej przemiany w Pałac Prezydencki za sprawą wprowadzenia się Pierwszej Pary, państwa Kaczyńskich. Łańcuchowy brytan z "GP" na towarzyszy ujada, że "sam sobie i swoim fundacjom wynajął państwowy budynek. Za grosze i na pięć lat, czyli całą kadencję Lecha Kaczyńskiego. Luksusów prywatnemu obywatelowi Kwaśniewskiego nie zabraknie, bo w 2005 r. jego kancelaria przeznaczyła na remont budynku prawie milion złotych". Wtórują mu przedstawiciele równie niewdzięcznych, niektórych instytucji, które miały jak u Pana... - pardon: Towarzysza Humanisty za piecem: "Działania byłego prezydenta potępiają zgodnie przedstawiciele zwalczających korupcję organizacji - Transparency International, stowarzyszenia Stop Korupcji i Programu przeciw Korupcji Fundacji im. Stefana Batorego. - To ewidentne nadużycie funkcji publicznej dla celów prywatnych. Z pewnością należy je zaliczyć do szeroko rozumianej korupcji - mówi Małgorzata Wojciechowska-Brennek, prezes Transparency International Polska. (...) 17 listopada i 21 listopada inne części kamienicy trafiły w ręce Fundacji Jolanty Kwaśniewskiej „Porozumienie bez barier” i nowej fundacji samego Kwaśniewskiego - Amicus Europae (niewielki fragment budynku wynajmował też jeden z urzędników). Umowy podpisano na pięć lat. Tyle, ile trwać będzie kadencja prezydenta Kaczyńskiego".

    Pan Literat z Gdańska Huelle, którego tak ulubiła "Gazeta Wyborcza" - pismo robione przez półinteligentów dla ćwierćinteligentów, jak ją trafnie określa nasz współpracownik publicystyczny Stanisław Michalkiewicz - przeżywa kolejny "dramat", po poprzednim spowodowanym przez księdza prałata Jankowskiego, który nie dał się pokornie, jak na funkcjonariusza Kościoła katolickiego przystało według "GW", opluć Panu Literatowi, protestującemu przeciw "wpisywaniu Gwiazdy Dawida w symbol swastyki". Teraz Pan Literat ma kłopot, gdyż funkcjonariusze - policji tym razem spisali protokół zakłócenia spokoju publicznego po tym, jak Szanowna Żona Pana Literata rozpuściła przekupio jęzor na klatce schodowej i niczym handlowa mamełe na bazarze zwymyślała swoich sąsiadów, którzy przyszli poskarżyć się do niej na notoryczne hałasy wytwarzane przez rozrywkową parę mniejszości gazetowej. Dramat Pana Literata polega na zagrożeniu... grzywną. Czy to już faszyzm?

    "Życie Warszawy" ujawnia spodziewaną niedługo kontrolę finansów wiejskiej społeczności. Pewnie kilkadziesiąt dziennikarskich portfeli dozna nagłego i nieodwracalnego schudnięcia. Może dlatego tow. były "Prezio" musiał obciążyć podatników kosztami podarunku dla byłej Pierwszej Maglowej, bo aktywa pezetperii zostały wytransferowane za pomocą towarzyszy funkcjonariuszów wiejskich jeszcze w latach 80. minionego wieku do Szwajcarii? Tam teraz ukrywa się od grudnia przed posłem śledczym Giertychem, morderczo żądnym przesłuchania go w uścisku odnowionej komisji śledczej ds. afery Orlenu Sejmu RP.
    Dzisiaj odbędzie się uroczyste otwarcie Zimowych Igrzysk w Turynie. Do Szwajcarii stamtąd jest niedaleko. Niezawodnie tow. "Disko-prezio" Olek K. stawi się na miejscu międzynarodowej zabawy "działaczy sportowych" i górali ze wzgórz Golan.
    I znów pewnie nie będzie medali dla Polski.

    Krzysztof Pawlak


    Komentarz (0)

    Czas poszerzyć debatę publiczną o ugrupowania spoza "zaklętego kręgu okrągłego stołu" - Prezes UPR Wojciech Popiela Wysłane czwartek, 9, lutego 2006 przez Krzysztof Pawlak

    | Pobierz |







    Czas poszerzyć debatę publiczną o ugrupowania spoza "zaklętego kręgu okrągłego stołu" - Prezes UPR Wojciech Popiela Wysłane czwartek, 9, lutego 2006 przez Krzysztof Pawlak

    "Dzisiaj [08.02.2006 - przyp. TV ASME] odbyło się - przy pełnej sali, a nawet ludzie siedzieli na korytarzu - spotkanie z członkami i sympatykami UPR, czyli przed UPR jest przyszłość, może nie świetlana, ale chęć wśród ludzi do działania - jest. Partia przez kilkanaście lat swego istnienia przeżywała mniej czy bardziej chlubne okresy, natomiast zawsze działanie w niej było decyzją indywidualną ludzi, którzy poświęcali swój czas i pieniądze, oddając je dla partii. To cieszy mnie tym bardziej, że ludzie są już zmęczeni tym, co słyszą dookoła - z telewizora, tymi opowieściami o państwie, które podobno było liberalne, teraz jest niby solidarne, a w istocie wiele się nie zmienia: jak mieli mało w portfelach, tak mają, a może nawet będą mieli mniej: - Prezes UPR Wojciech Popiela w swym pierwszy wystąpieniu w TV ASME komentuje bieżące wydarzenia na scenie politycznej "polskiego regionu UE" i wewnątrz najstarszej partii prawicowej, której od niedawna przewodzi.

    Jeśli wierzyć np. p. Gronkiewicz-Waltz, która w jakimś wywiadzie się udzieliła niedawno - "przed partią konserwatywno-liberalną jest przyszłość", choć można wątpić, że akurat Ona mówiła o Unii Polityki Realnej. Istota systemu została zachowana, co nie wróży dobrze, dlatego UPR zwraca się cały czas do ludzi, którym Wolność, Własność, Sprawiedliwość są najbliższe własnym wyborom ideowym. Łatwiej jest nam dotrzeć do ludzi, którzy prowadzą działalność gospodarczą, do tych, którzy niedawno np. wrócili z pracy w Europie Zachodniej po rocznej harówce, a tutaj chcą rozpocząć własny biznes i widzą m.in., że prywatne pośrednictwo pracy załatwia pracę szybciej i efektywniej, choć bierze za to 1,5 funta przez pół roku, ale dzięki temu mają/mieli pracę. Wiedzą też już, że zarejestrowanie firmy w Wielkiej Brytanie trwa 1 dzień, a w Polsce...

    Na razie mamy w "IV RP" festiwal propagandowy, nakierowany na uzasadnienie przejęcia władzy przez tworzący się blok narodowo-konserwatywno-ludowy, a Polska ma już 500 miliardów długu - co w najbliższej przyszłości będzie miało olbrzymi wpływ na portfele wszystkich jej mieszkańców. Głos UPR może nie był zbyt szeroko znany, ale z pewnością docierał do wpływowych kręgów, które powoli realizują podane wcześniej przez jej liderów rozwiązania. Trzeba mieć nadzieję, że przestrzeń debaty publicznej zostanie poszerzona o ugrupowania, które nie zaistniały przy "umowie tzw. okrągłego stołu". Wierzymy, że rząd premiera Marcinkiewicza szczerze ma zamiar skończyć z niemożnością wyjścia poza "zaklęty krąg okrągłego stołu" i jego otoczkę gospodarczą...
    W tym roku odbędą się wybory samorządowe - prezes Popiela prezentuje pewne rozwiązania dla członków UPR na ten okres...

    Nagranie trwa prawie 13 minut i jest dostępne w Sieci do 23 II 2006 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




    Komentarz (0)

    Moralność bez Boga? - prof. Michał Wojciechowski Wysłane czwartek, 9, lutego 2006 przez Krzysztof Pawlak

    Czy rzeczywiście "ateiści i agnostycy nie zachowują się mniej moralnie od osób wierzących", jak twierdzą w swoim artykule Marc Hauser i Peter Singer ("Moralność bez Boga", "Rzeczpospolita" - "Plus-Minus" z 21-22 I 2006)? Stojąca za tym argumentacja okazuje się nierzetelna. O tyle warto się nią zająć, że analogiczne przekręcenia w dyskusjach o etyce powtarzają się częściej.
    Przede wszystkim autorzy przemilczeli zbrodnie dokonane przez systemy ateistyczne, choćby dziesiątki milionów ofiar sowieckiego bezbożnictwa. Podobny był jego efekt w Chinach, czemu chwalony przez autorów konfucjanizm nie zaradził (nie pomaga on też na zwyczaj duszenia nadliczbowych noworodków płci żeńskiej). Religią pogardzali również naziści. Laicka rewolucja francuska w krótkim czasie zabiła więcej ludzi niż inkwizycja przez całą swoją kilkusetletnią historię.
    Dowiadujemy się za to, że "religia doprowadziła ludzkość do popełnienia licznych i potwornych zbrodni". Jako przykłady figurują rzezie plemienne z wczesnej historii izraelskiej, krucjaty, inkwizycja i konflikty między muzułmanami. W dziejach religii nie brakło występków, ale to nie usprawiedliwia powierzchownych sądów, np. krucjaty broniły przecież chrześcijan z Bliskiego Wschodu przed okupacją muzułmańską. O współczesnych prześladowaniach chrześcijan (Sudan!) ani słowa. Mieszanie różnych religii świadczy o beztrosce, przecież nie są one równie prawdziwe i równie moralne.
    Głoszenie moralności naturalnej popadło więc od razu w konflikt z Dekalogiem, który ostrzega: "Nie mów fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu swemu".
    Artykuł opiera się na przeciwstawieniu sobie dwóch uzasadnień etyki: jej opierania na Bogu i na naturze ludzkiej. Tymczasem nie ma tu sprzeczności. Istotnie, w chrześcijaństwie moralność czerpie z Boga, który sam jest miłością i dlatego daje przykazanie miłości; Bóg jest źródłem i wzorem etyki. Skoro jednak człowiek został stworzony na obraz Boga, moralność jest też od początku wpisana w jego naturę. Ludzie mogą więc, a nawet powinni, za pomocą rozumu odkryć Boga i zasady moralne.
    Dlatego chrześcijaństwo zaaprobowało idące w tym kierunku poszukiwania filozofii greckiej, między innymi stoicyzmu, który opierał moralność na rozumnej naturze człowieka. Chrześcijański teolog nie twierdzi zatem, że "ateistom brakuje poczucia moralności". Sądzi jednak realistycznie, że i wierzący, i niewierzący są słabi, grzeszni, potrzebują więc kompasu czy drogowskazu, jakim są Boże przykazania. Tu niewierzący są w gorszej sytuacji. We mgle można wprawdzie znaleźć drogę, istnieją więc dobrzy ateiści, ale znając Boga, znaleźliby ją łatwiej; byliby lepsi.
    Różnice wyrównuje po części społeczny wymiar religii. Czy ktoś to lubi, czy nie, potoczne opinie moralne są uwarunkowane kulturą, a jej istotnym czynnikiem jest religia. Ateizm oderwany od tła kulturowego ma niewielki zasięg. Tłumaczenie etyki ludzi niewierzących rozumianą biologicznie "naturą" ignoruje tę okoliczność i jest metodologicznie błędne. Ci ludzie nadal tkwią korzeniami w religii. Skutki wykorzenienia stały się natomiast widoczne w Sowietach i Chinach.
    Autorzy głoszą względność tej etyki biologicznej: "co było dobre dla naszych przodków, niekoniecznie jest dobre dla nas". Twierdzą też, że "drogowskazów w zmieniającym się świecie wartości moralnych [...] nie zawdzięczamy religii, lecz dogłębnej refleksji nad człowieczeństwem". Tymczasem to właśnie trywialne "nie zabijaj" - zasada stała i głoszona przez religię, a zarazem ogólnoludzka - na początku życia dało ci, czytelniku, szansę uniknięcia aborcji i daje ci też nadzieję, że nie zostaniesz na starość dobity pod hasłem eutanazji. "Dogłębna refleksja" niektórych bioetyków je bowiem uzasadnia...

    Michał Wojciechowski

    Źródło: "Rzeczpospolita" z 4-5 II 2006 (jako list), publikacja za zgodą autora.

    Publicystyka prof. Michała Wojciechowskiego na ASME

  • Autor jest teologiem świeckim, profesorem Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie i Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie. Wydał m.in. zbiór publicystyki "Wiara - cywilizacja - polityka"; ekspert Centrum im. Adama Smitha.

    Komentarz (0)

    Małe, duże bałwany Wysłane wtorek, 7, lutego 2006 przez Krzysztof Pawlak

    Z przedszkola wracaliśmy z Michałem w znakomitych humorach - dziś znowu sypnęło obficie śniegiem, zabawy w rzucaniu śnieżkami więc było co niemiara. Już przy budynku ochronki syn prosił, by zrobić bałwana, ale zaproponowałem mu, że pobawimy się przy naszym osiedlu tak, by później móc długo oglądać efekty zimowych igrców. Zaraz przy przystanku zaczęliśmy - no cóż, syn raczej jak na trzylatka przystało, raczej asystował - toczyć kule. Wyszedł okazały idol śniegowy, półtora raza większy od "architekta", który oczywiście zaczął narzekać, że do standardowej jakości, znanej powszechnie z bajek i czytanek, brakuje mu nosa, i okolicznościowego nakrycia głowy. Ale i tak był to pierwszy tej zimy w naszej okolicy, tak potężny Strażnik Śniegu. Uradowani - syn, że będzie się chwalił przed Mamą, ja - że synek będzie mógł się chwalić przed Żoną - wróciliśmy do domu.
    Żona przyszła po chwili z pracy, Michał natychmiast zaciągnął ją do okna, wskazując z przejęciem w głosie widocznego na rogu ulic "jego" bałwana. To był jego pierwszy w życiu, świadomy artystycznie akt kreacji Natury.
    Wieczorem wyszedłem na przystanek, jak co dzień jadąc na wieczorną szychtę do pracy. Nie zdążyłem dojść do ulicy, kiedy dostrzegłem dwie małe postacie biegnące z psem w kierunku naszego "dzieła". Z zapamiętałą zawziętością kilkunastoletni syn mojego sąsiada z kolegą i psem rozbijali Strażnika, którego krótkie istnienie zawarło się w niecałych dwóch godzinach, z pewnością jednak dla wielu innych przechodniów stanowiąc widoczny symbol nieprzemijających wspomnień z dzieciństwa i znak, że radość z uroków pełnej zimy umie przetrwać w kolejnych pokoleniach.
    Przed półtoratygodniem, w nocy, też zdążając do pracy, byłem niemal samotnym świadkiem, jak banda wyrostków zabawiała się wybijaniem szyb w tym samym przystanku, przy którym został powołany do istnienia i tak krótko "żył" pierwszy Strażnik Śniegu Michała. Brzęk rozbijanego szkła wybudził kogoś najwidoczniej ze snu, policyjny radiowóz pojawił się nadzwyczaj szybko, młodociani (kilku poniżej ustawowego wieku "dorosłości") troglodyci spędzili przepisowe 48 godzin na komisariacie naszej podwarszawskiej dzielnicy sypialnej, która jest zbiornikiem wszelkiej nowożytnej imigracji z całej Polski.
    Wiata przystanku autobusowego do dziś straszy pustymi otworami.

    Krzysztof Pawlak


    Komentarz (0)

    Totalniacy w służbie niemisyjnej religii judaistycznej - Stanisław Michalkiewicz o dwóch powodach "walki o wolność słowa" przetaczającej się przez łamy lewackich gazet w Związku Socjalistycznych Republik Europejskich Wysłane wtorek, 7, lutego 2006 przez Krzysztof Pawlak

    | Pobierz |






    Totalniacy w służbie niemisyjnej religii judaistycznej - Stanisław Michalkiewicz o dwóch powodach "walki o wolność słowa" przetaczającej się przez łamy lewackich gazet w Związku Socjalistycznych Republik Europejskich Wysłane wtorek, 7, lutego 2006 przez Krzysztof Pawlak

    "Proszę Państwa, mamy walkę o »wolność słowa« o takim nasileniu, że nigdy byśmy się nie spodziewali, że coś takiego będziemy oglądać jeszcze na własne oczy, po czasie szczytowego nasilenia »walki o wolność« w trakcie wojny w Korei. »Walka o wolność« rozpoczęła się po czasie, w którym pewien duński dziennik - nie udało mi się jeszcze ustalić, jaki kapitał tam wchodzi - opublikował karykatury Mahometa. Stało się to jeszcze we wrześniu zeszłego roku, skandal zaś wybuchł dopiero teraz, kiedy inne "europejskie" gazety zaczęły przedrukowywać te karykatury. Oczywiście oburzyło to środowiska muzułmańskie w Europie i rządy państw islamskich na świecie. Te same »postępowe« pisma, podkreślając, że chodzi o »wolność słowa", bez mrugnięcia okiem akceptują inne tematy tabu w rodzaju tzw. rewizjonizm Holokaustu, ofiarnie i pryncypialnie zwalczają antysemityzm, popierają penalizację »kłamstwa oświęcimskiego« - wszystkie te działania, które wolność słowa ograniczają. Pan redaktor Gauden, ośmielony tymi zachętami, opublikował też w »Rzeczpospolitej« karykaturę Mahometa" - Stanisław Michalkiewicz zajmuje się niesłychanie w ostatnich dniach nagłośnionym pan-europejskim problemem społeczno-militarnym.

    Zdaje się, że na to wszystko było obliczone, środowiska, które w tej chwili stają w pierwszym szeregu "wolności słowa", niedawno domagały się odebrania koncesji Radiu Maryja pod oskarżeniem, że "posługuje się językiem nienawiści" - słowem, są to totalniacy którzy nagle się nawrócili na "wolność słowa". Ciekawe, dlaczego tak się stało? Powody są dwa.
    Pierwszy: wiadomo było, że tego rodzaju publikacja - karykatury Mahometa, może wywołać nieprzyjazne reakcje wyznawców islamu i państwa islamskie do jakiś nieprzyjaznych Europie deklaracji. Chodziło o sprowokowanie krajów islamskich do okazywania wrogości w stosunku do państw Unii Europejskiej. A dzisiaj właśnie władze UE ostrzegły władze Iranu, że jeśli nie przywróci stosunków gospodarczych z "państwami europejskimi" (zerwał z Danią), to UE "gwałtownie pogorszy swoje stosunki z Iranem". Chodzi o spopularyzowanie wśród opinii publicznej Europy planowane uderzenie militarne na Iran. Jest to dowód na wpływ diaspory żydowskiej, dzięki usytuowaniu w mediach światowych, na manipulację narodami europejskimi w zamierzonym przez nią kierunku. To trzeba zapamiętać na przyszłość.
    Drugi powód ujawnił w dzisiejszym wydaniu gazety "Rzeczpospolita" tow. redaktor Majcherek i jest nim chęć usunięcia z terenu publicznego wszelkich przejawów religijności w interesie "pokoju społecznego". Czegóż dla "pokoju społecznego" i "walki o pokój" nie robi? Widać właśnie to było w czasach wojny w Korei, kiedy to myśleliśmy, że to już machiny Sądu Ostatecznego zostaną uruchomione...

    Nagranie trwa prawie 11 minut i jest dostępne w Sieci do 21 II 2006 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




    Komentarz (0)

    Tani państwowi Dobrodzieje, czyli minister zrozumiał swoją powinność Wysłane wtorek, 7, lutego 2006 przez Krzysztof Pawlak

    Międzyresortowy zespół urzędników zebrany nad trudnym i odpowiedzialnym problemem wdrożenia idei tzw. taniego państwa zebrał się wreszcie w sobie i wyprodukował zaskakującą dla niektórych mniej bystrych na umyśle tezę w swym raporcie dla premiera Kazimierza Marcinkiewicza, iż właściwie nie ma z czego rezygnować w ramach tej szczytnej idei poza kosmetycznymi ograniczeniami wydatków budżetowych w rodzaju mniejszej liczby rozmów wykonywanych przez zabiurkowych kolegów i koleżanki z aparatów telefonii mobilnej, zwiększenia tężyzny uzarękawionych organizmów w wyniku mniejszej liczby przejechanych kilometrów służbowymi limuzynami czy pozbycia się niedochodowych, a opłacanych przez podatników na sto dwie fajerki sanatoriów dla kasty biurokratycznej (z przychówkiem) w całym kraju. Mimochodem i warunkowo wspomniano o delikatnym przepłacaniu urzędnikom za ich oczywiście dobrą i wysoce odpowiedzialną pracę, ale z natychmiastowym odporem równoważnym zalążkom pomysłów wystąpił dzielny obrońca herosów administracyjnych i patentowany ich kreator Jan Pastwa, szef tzw. służby cywilnej, który autorytatywnie stwierdził, że "w Polsce nie ma przerostu administracji", co zostało przytoczone w dzisiejszym wydaniu gazety opiniotwórczej niestety, "Rzeczpospolita". Szefowi cywilnemu Pastwie umknęło z pola widzenie spostrzeżenie, że u progu tzw. przemiany ustrojowej liczba biurokratów rządowych i samorządowych była ponad cztery razy mniejsza niż jest obecnie - po kilkunastu latach rządów naprzemiennych ekip socjalistów pobożnych (ROAD/UW-ZChN - AW"S") i bezbożnych (SdRP-UP, SLD) - wtedy liczyła ponad sto tysięcy głów "aparatu administracyjnego".
    Efekt pracy międzyresortowych ekspertów budzi uzasadnione i niejako spodziewane zdumienie, zaskoczenie, można powiedzieć i napisać: szok - zapewne jedynie dla jej zleceniodawców. Nie ma wniosków o likwidacji liczby biurek, czyli urzędów, łączenia ministerstw czy instytucji budżetowych poza ogłoszonym już w zeszłorocznej kampanii ugrupowania PiS zlikwidowaniem Rządowego Centrum Studiów Strategicznych. Mają jedynie zostać zlikwidowane delegatury Ministerstwa Skarbu Państwa, a Agencja restrukturyzacji i Modernizacji rolnictwa ma zostać połączona z Agencją Rynku Rolnego. Epokowym zaś rozwiązaniem jest propozycja, by - przy jednoczesnym braku likwidacji delegatur urzędów wojewódzkich - szefowie rządowej administracji terenowej sami piłowali gałąź, na której siedzą i na której pousadzali swoich wiernych pretorian oraz Znajomych i Przyjaciół Królika, czyli "wojewoda sam zaproponuje wielkość oszczędności i sposób ich osiągnięcia".
    Jak widać - dobrze dla wiernych współpracowników Brata Jarosława Kaczyńskiego, prezesa PiS, zaczyna się "walka o sanację państwa", nagród dla nich z pewnością nie zabraknie w postaci etatów futrowanych pieniędzmi podatnika, czego m.in. doświadczył w początkach swej młodej kariery administracyjnej tzw. prezesik młodzieżowy niegdysiejszej formacji określanej przez konserwatywnych liberałów jako "kolidUPR", służący obecnie swemu PiS-owskiemu Dobrodziejowi na odpowiedzialnym stanowisku wysoko płatnego doradcy specjalistycznego od "markietingu" w Polskiej Organizacji Turystycznej, gdyż jedynie tam się nadawał do upchnięcia po kilkumiesięcznym treningu "markietingiarskim" w firmie swojego kumpla, co pozwoliło Mu chwalić się "wysokimi umiejętnościami" w danym zakresie, pomijając nieefektywną próbę zaprzęgnięcia środowiska K-L do pracy na rzecz socjalizmu sanatorskiego Braci K. (w czym z zupełnie innych przyczyn, nieznanych nastolatkom z kręgu tzw. kolypra, sekunduje spora część UPR-owców). Funkcja znana tzw. prezesikowi z przedpokojów Rady Warszawy: "podaj, przynieś, pozamiataj", jest przydatna w wielu urzędach, czego dowód naoczny jest do sprawdzenia w rządowej POT.
    A mimo to - rząd imć Marcinkiewicza jest cały czas postrzegany jako najlepszy od wielu lat - także i przez przedsiębiorców - z jednej, niezaprzeczalnie pozytywnej cechy: działa tak, jakby chciał pozostawić po sobie niezatarte wrażenie, jakby... go nie było. Co jest przyjmowane przez wielu znawców sceny gospodarczej "polskiego regionu UE" z niekłamanym zachwytem, gdy brana jest pod uwagę spuścizna rządów minionych, których paralityczna i paralizatorska aktywność dała się we znaki wszystkim uczestnikom obrotu gospodarczego.

    W dzień po publicznej prezentacji wzmiankowanego raportu swoistym jego rozumieniem popisał się minister rolnictwa z mianowania prawicawego ugrupowania PiS Krzysztof Jurgiel, wobec którego wyjątkowo złośliwie postąpili żurnaliści brukowca szpryngierowskiego "Fakt", zamawiając przez telefon jako "asystenci" Ojca Dobroczyńcy PiS Tadeusza Rydzyka limuzynę z parku rządowego, gdyż tego wyjątkowo zasłużonego dla rozwoju i pomyślności sanacyjnej ugrupowania PiS redemptorystycznego Dobrodzieja, bawiąc w stolicy, rzekomo miała spotka nieprzyjemność usterki w jego własnym samochodzie. Uczynny minister, ponoć częsty gość anteny Radia Maryja, natychmiast wykazał się ogładą nabytą w trakcie klasycznej zapewne edukacji, dając dowód pełnego rozumienia nazwy zajmowanego ministerialnego stanowiska i usłużnie dokonał własnoosobistego wyboru reprezentacyjnej podwody dla Ojca Dobrodzieja, wszelako jednocześnie okazał się niesumiennym słuchaczem i wykonawcą poleceń swego urzędniczego szefa, premiera Marcinkiewicza dotyczących "taniego państwa". Wysłał pojazd razem z szoferem.
    A powinien - sam pokierować służbowym autem!

    Krzysztof Pawlak


    Komentarz (0)

    Pacta sunt servanda - prof. Jerzy Przystawa Wysłane wtorek, 7, lutego 2006 przez Krzysztof Pawlak

    Pakt jest w polityce rzeczą normalną, a jego zawarcie, przynajmniej w intencji, łagodzi obyczaje i prowadzi do zgody, pokoju i współpracy. Naturalnie, od czasów starożytnego Rzymu, pacta sunt servanda - umów należy dotrzymywać, o czym 17 lat temu przypominał nam prof. Bronisław Gieremek, zdegustowany brakiem dojrzałości i wyrobienia politycznego Polaków. "Wysokie Układające się Strony" zawarły pakt zapewniający, że w Sejmie znajdzie się 299 kandydatów PZPR i "stronnictw sojuszniczych". 35 z nich, do których kandydowania przykładano największą wagę, umieszczono na tzw. liście krajowej i oczekiwano, że Polacy pójdą tłumnie do urn wyborczych i wszystko to, zgodnie i przykładnie, zaakceptują. Niestety, nasze powszechnie znane wady narodowe zakłóciły piękną harmonię i nie pozwoliły cieszyć się jak należy upadkiem komunizmu i triumfem wolności oraz demokracji. Nie zważając na zachęty i namowy, polscy wyborcy, kompletnie nieracjonalnie, odrzucili całą "listę krajową", kreśląc ją, na krzyż, od góry do dołu. Nieracjonalności tego wykreślania najlepiej dowodzi fakt, że ocalały dwa nazwiska, znajdujące się u dołu alfabetycznie sporządzonej listy, ponieważ ów "krzyż" nie wszędzie został starannie zaznaczony do końca. Uznano zatem, iż Polacy życzą sobie, żeby posłami zostali Mikołaj Kozakiewicz i Adam Zieliński! Ten dowód "zaufania" pozwolił pierwszemu z nich natychmiast objąć stanowisko marszałka Sejmu, a drugi niebawem został Rzecznikiem Praw Obywatelskich.
    Ale co z resztą? Jak dotrzymać magdalenkowej umowy? Umowa przecież jest rzeczą świętą: czy można od niej odstąpić tylko dlatego, że nie chce jej zaakceptować niedojrzałe społeczeństwo? Autorytety moralne, z profesorem Gieremkiem na czele, uznały, że tak być w żadnym wypadku nie może. Zmieniono więc wyborcze reguły w trakcie wyborów, sporządzono nową listę krajową, kazano nam głosować jeszcze raz i już bez oglądania się na większość. 18 czerwca 1989, przy prawie trzy razy niższej frekwencji, pakt został ostatecznie przyjęty, komunizm upadł, a komuniści, w odpowiedniej liczbie, zostali posłami Rzeczypospolitej.
    Tamten przykry incydent zakończył się, ostatecznie, szczęśliwie, ale pokazał, jakie to ryzykowane wystawiać pakty pod akceptację nieuświadomionych wyborców. Niekoniecznie nawet w wyborach powszechnych, gdy głosują miliony, ale nawet i w bardziej kameralnych warunkach. Mieliśmy tego dowód już w kilka tygodni później. Zasadniczym elementem tamtego paktu, była umowa "wasz prezydent, nasz premier". Prezydenta, jak pamiętamy, wybierało Zgromadzenie Narodowe. Sam prezydent Stanów Zjednoczonych specjalnie pofatygował się do Polski, aby przekonać niewystarczająco uświadomionych o konieczności wybrania Wojciecha Jaruzelskiego. Ale nawet tego było za mało i gdyby nie "sprytne kombinacje" (wychodzenie z sali, oddawanie głosów nieważnych itp.) naszych solidarnościowych autorytetów, Generał mógł nie zostać wybrany i aż strach pomyśleć, co by się wtedy działo!
    Fakty te przychodzą mi na myśl przy okazji kolejnego paktu, który właśnie Jarosław Kaczyński zawarł z Andrzejem Lepperem i Romanem Giertychem. Bardzo słusznie i bardzo dobrze, że nie poszedł na hazard wyborów powszechnych, bo przy takim stanie świadomości społecznej kompletnie nie wiadomo, czym by się to mogło skończyć. Sondaże wprawdzie zapewniają Go, że odniósłby wielkie zwycięstwo, ale - jak wiemy - w tamtych czasach sondaże też głosiły, że komuniści w powszechnych wyborach gładko dadzą sobie radę ze swoimi niedoświadczonymi konkurentami politycznymi! Warto więc na zimne dmuchać i jeśli można umówić się po dżentelmeńsku, jak Polak z Polakiem, bo jest to droga zarówno łatwiejsza, jak i mniej ryzykowna. Tylko... Tylko, czy wśród dżentelmenów jest chociaż jeden Profesor Gieremek, który w odpowiednim momencie przypomni wszystkim, że pacta sunt servanda?
    Wątpliwości te są tym bardziej uzasadnione, że w odróżnieniu od tamtego paktu, nie jest tak bardzo jasne, o co naprawdę chodzi Wysokim Układającym się Stronom? Z Paktu wynika, że Lepper i Giertych dają Kaczyńskiemu carte blanche, i to jest zapisane wyraźnie, ale co uzyskują w zamian? 140 zapisanych projektów ustaw przypomina tony papieru zapisane pracowicie przez "stoliki" i "podstoliki" "okrągłego stołu": była to prawie wyłącznie makulatura, do której nawet historycy nie mają ochoty zaglądać - papierowa przykrywka do sekretnych umów w Magdalence i poza nią. Nie mam specjalnych wątpliwości, że także teraz, projekty te, w większości, pozostaną w sferze mniej lub bardziej pobożnych życzeń. Giertych i Lepper zgadzają się żyrować wszystkie decyzje (przede wszystkim personalne) Kaczyńskiego: w zamian za co? Czy są jakieś inne, tajne umowy, nie ujęte w Pakcie? Czy też wszystko dogadane jest "na słowo honoru"?
    W tamtym czasie sprawy wyglądały jaśniej. "Wasz prezydent, nasz premier", Sejm Kontraktowy - to były czasowe instrumenty osłony procesu transformacji, procesu transferu pieniędzy i zmiany stosunków własnościowych w zamian za atrybuty formalnej władzy. A co chce uzyskać Kaczyński i w zamian za co?
    W swoim Programie 2005 Jarosław Kaczyński proponuje nam "Polskę nowej umowy społecznej", gruntowną przebudowę państwa, które najpierw należy oczyścić z sieci komunistycznych powiązań, zdekomunizować i zlustrować. Na razie, po 100 dniach rządów zamiast umowy społecznej mamy umowę z Giertychem i Lepperem.
    Wielu komentatorom nasuwają się analogie z okresem międzywojennym, porównują Jarosława Kaczyńskiego do Marszałka Piłsudskiego. W gazecie "Rzeczpospolita" z 2 lutego, historyk, prof. Andrzej Nowak pisze artykuł "Na drodze do majowego zamachu". Bez względu na to, jak swoją rolę postrzega Jarosław Kaczyński, te porównania są nietrafne. Józef Piłsudski z pewnością nie był elementem pępowiny łączącej Polskę Niepodległą z Polską pod Zaborami, podczas gdy zarówno Lech, jak i Jarosław Kaczyńscy odgrywali istotną rolę w porozumieniach magdalenkowych i okrągłostołowych. Przecięcie tej pępowiny jest konieczne, ale wolno mieć wątpliwości, czy najlepiej zrobią to ci, którzy ją tworzyli? Ludzie Piłsudskiego swoją polskość i patriotyzm potwierdzili "krwią i blizną". Jak wiemy nie była to legitymacja wystarczająca do tego, aby kompetentnie rządzić Polską, ale przynajmniej stawiała ich poza podejrzeniem agenturalności. Czy podobne właściwości posiadają notesy adresowe Braci Kaczyńskich?
    Historia II Rzeczypospolitej dowodzi, że państwo nasze zafundowało sobie u zarania wadę ustrojową, jaką był wadliwy mechanizm wyłaniania elit, czyli ordynacja wyborcza. Bohaterowie wojenni niekoniecznie nadają się do rządzenia państwem. Całe dwudziestolecie to historia zmagania się z tą wadą, nieudolnych prób naprawienia ułomnego mechanizmu, fantastycznych wręcz konstrukcji ustrojowych, jak na przykład ordynacja Walerego Sławka. Wydaje się, że całe to doświadczenie, niczym ogary Żeromskiego, poszło w las. Zamiast skorzystać z dorobku ludzkości, z przykładów krajów, które te sprawy rozstrzygnęły rozumnie, nieustannie manipuluje się ordynacją wyborczą w poszukiwaniu kamienia filozoficznego, "umowy społecznej", która ma zagwarantować, że ten lub ów, ta grupa lub tamta, będzie robić, co zechce i przy aprobacie społecznej!
    Ten Pakt, tak jak tamten, jest zabiegiem doraźnym. Po 17 latach doraźnego eksperymentowania czas na prawdziwą reformę, pozbawioną sensu politycznej doraźności. Ta reforma musi się zacząć od reformy prawa wyborczego - mechanizmu wyłaniania elit - od wprowadzenia jednomandatowych okręgów wyborczych w wyborach do Sejmu. Do Sejmu, a nie do Senatu, sejmików czy do innych ciał przedstawicielskich. "Wiemy, że drzemią w nas wielkie pokłady pozytywnej energii, którą tylko trzeba wyzwolić" - to cytat z Programu Jarosława Kaczyńskiego. Tę pozytywną energię wyzwoli dopiero mechanizm pozytywnej selekcji, a nie żadne sztuczki, małe szachrajstwa, sprytne kombinacje lewego z prawym, białego z czerwonym, pakty nie wiadomo jakie i nie wiadomo z kim.

    Jerzy Przystawa

  • Prof. Jerzy Przystawa był w kadencji 1990 - 1998 radnym rady miejskiej Wrocławia, startował w wyborach do Senatu Rzeczypospolitej Polskiej przeprowadzonych w dniu 21 września 1997 r.
    Od kilkunastu lat jest jednym z liderów Ruchu Obywatelskiego na rzecz JOW.

    Publicystyka prof. Jerzego Przystawy na ASME.


    Witryna ASME Antysocjalistycznego Mazowsza jest najstarszym serwisem w Sieci - oprócz witryny tematycznej JOW - propagującym ideę JOW

    Komentarz (0)

    Izolacja Prezydenta Kaczyńskiego od Polonii waszyngtońskiej podczas wizyty w Waszyngtonie - List Otwarty do ministra Andrzeja Urbańskiego Wysłane poniedziałek, 6, lutego 2006 przez Krzysztof Pawlak

    Do Pana ministra Andrzeja Urbańskiego

    Dlaczego Prezydent Kaczyński będzie izolowany od Polonii waszyngtońskiej podczas wizyty w Waszyngtonie w dniach od 8 lutego do 10 lutego? Otrzymałem informację, że o godz. 19 ma być wydany obiad na cześć Prezydenta Kaczyńskiego przez działaczy Kongresu Polonii Amerykańskiej w Waszyngtonie. Nie potrafiono mi powiedzieć, gdzie będzie odbywał się ten obiad.

    W związku z tym zadałem to samo pytanie Panu Tadeuszowi Mireckiemu, szefowi Kongresu Polonii Amerykańskiej na terenie Waszyngtonu. Odmówił mi on jednak podania tej informacji. Nie powiedział mi też, kto będzie obecny na tym obiedzie. Powiedział mi, że wszystko organizuje Biały Dom. Zachował się jak kadrowy pracownik służb (...) Ambasady, Departamentu Stanu czy też innych. Kto wydał mu instrukcje, aby nie informować o tym spotkaniu? Czy można by go w końcu zlustrować, tak jak i innych działaczy polonijnych?
    Dlaczego wizyta prezydenta Kaczyńskiego w Waszyngtonie utrzymywana jest w takiej tajemnicy? Czy to może robota Pana Ireneusza Bila - wicedyrektora biura spraw międzynarodowych kancelarii prezydenta - pracownika kancelarii również w czasach Kwaśniewskiego, czy też MSZ-u, czy Ambasady RP w Waszyngtonie, czy Departamentu Stanu? Kiedy w końcu skończy się polityka izolacji prezydenta od Polonii w Waszyngtonie? Kiedy nastąpi lustracja oraz wymiana pracowników ambasady?
    Prezydent Kaczyński będzie spotykał się z osobami, które były i są jemu nadal przeciwne, natomiast zostanie odizolowany od tych, co go popierają i na niego głosowali.
    Dzwoniłem do Pana ministra 30 razy. Ani razu nie udało mi się z Panem ministrem porozmawiać. Podobna sytuacja nastąpiła z ministrem Krawczykiem. Dlaczego wizyta Prezydenta organizowana jest przez ludzi Kwaśniewskiego (...)?
    Trafnym trickiem medialnym jest wizyta prezydenta w Chicago. Tam jest wielka Polonia, ale nie ma ona wpływu na politykę amerykańską w takim stopniu jak Polonia w Waszyngtonie. Można więc będzie po tej wizycie napisać w prasie, że prezydent spotkał się z Polonią, a więc nie jest od niej izolowany.
    Jak długo Polska będzie traktowana przez Departament Stanu jako kraj podbity, z którego należy wyciskać maksymalnie wszystko, ile się da? Jak długo polityka wobec Polski prowadzona będzie przez służby specjalne Departamentu Stanu? Kiedy to się zmieni? Te opinię przedstawił już publicznie redaktor Stanisław Michalkiewicz.

    Dlaczego Polonia w Waszyngtonie jest lekceważona przez kancelarię Prezydenta Kaczyńskiego?

    Łączę wyrazy Szacunku

    Jacek Marczyński


    Komentarz (0)

    Jezus dzisiaj chce dokonywać cudów i uwalniać nas od złych duchów - Jacek Salij OP Wysłane poniedziałek, 6, lutego 2006 przez Krzysztof Pawlak

    Kazanie radiowe, wygłoszone w kościele Świętego Krzyża w Warszawie, 5 lutego 2006 r.

    Znamienne, że głoszenie Ewangelii zaczął Pan Jezus od północnej Galilei. Była to głęboka prowincja, świat zabity deskami. Również religijnie była to kraina bardzo zaniedbana. Ziemia ta najwcześniej odpadła od jedności ludu Bożego, toteż ignorancja religijna i duchowe zagubienie były tam większe niż w Judei.
    Dlaczego właśnie tych ludzi Zbawiciel tak wyróżnił, że głoszenie Ewangelii zaczął właśnie od nich? Czyż nie chciał w ten sposób pouczyć nas, że Bóg nie ma względu na osoby? Jak czytamy w Księdze Mądrości: "On bowiem stworzył małego i wielkiego i jednakowo o wszystkich się troszczy". Wolno nam domyślać się jeszcze więcej: że ubodzy, dyskryminowani, lekceważeni, marginalizowani są Bogu szczególnie drodzy.
    Obyśmy tylko starali się naśladować naszego Zbawiciela w Jego szacunku dla tych wszystkich, których świat ma za nic i lekceważy. Kiedy ja, zwyczajny człowiek, okazuję szacunek i życzliwość komuś, kim ludzie często pogardzają, np. człowiekowi umysłowo upośledzonemu, to tak jakby promień miłości samego Boga wychodził ze mnie ku temu człowiekowi.

    Dlaczego ludzie garnęli się do Jezusa?

    Ewangelista Mateusz, kiedy opisywał głoszenie Ewangelii wśród tego ludu lekceważonego niemal przez wszystkich, zwrócił uwagę, że wypełniało się w ten sposób proroctwo Izajasza: "Lud, który siedział w ciemności, ujrzał światło wielkie, i mieszkańcom cienistej krainy śmierci światło wzeszło". Dzięki Jezusowi ludzie ci uświadomili sobie, że kocha ich sam Pan Bóg, że samemu Bogu na nich zależy. Uświadomili sobie, że ich dotychczasowe życie było zamknięte w horyzoncie śmierci, ale dzięki Jezusowi to się może zmienić.
    Z chwilą, kiedy ludzie ci spotkali Jezusa, zaczęli się do Niego garnąć. Coś dobrego dzięki Jezusowi zaczęło się z nimi dziać. Uwierzyli, że Jego miłość jest potężna. Ewangelista odnotował, że "przynosili do Niego wszystkich chorych i opętanych; i całe miasto było zebrane u drzwi. Uzdrowił wielu dotkniętych rozmaitymi chorobami i wiele złych duchów wyrzucił".
    Wielu z nas na samych sobie doznało, że to jest prawda - że jeżeli człowiek zawierzy Bogu całego siebie, wtedy cuda będą się działy w jego życiu. Bóg pierwszy nas umiłował. Jego miłość jest źródłem naszego życia i wszelkiego dobra. Jeżeli ją przyjmiemy i Boga postawimy w naszym życiu na pierwszym miejscu, przybliży się do nas Królestwo Boże. Trzeba tylko wiarą i modlitwą wychodzić naprzeciw tej miłości, z którą przyszedł do nas nasz Zbawiciel.
    Co jednak robić, kiedy przyjdzie na nas jakieś utrapienie, albo choroba, albo nawet jakieś nieszczęście? Co robić w momencie, kiedy chciałoby się skarżyć i krzyczeć, tak jak Hiob w dzisiejszym pierwszym czytaniu, że już całe miesiące trwa moja męczarnia, że już nie do zniesienia są noce udręki? Otóż czymś ogromnie ważnym jest również wtedy wierzyć, że Bóg jest i będzie ze mną, i że mi dopomoże, i sił będzie dodawał. Mocą wiary wtedy nieraz i cud się stanie, i utrapienie zniknie albo przynajmniej dziesięciokrotnie zmaleje, a na pewno łatwiej będzie mu sprostać.
    Zapewne wielu z nas zauważyło, że skargę Hioba dzisiejsza liturgia spuentowała śpiewem Psalmu: "Panie, Ty leczysz złamanych na duchu!".
    Mówię o tym nastawieniu ducha, które tak głęboko streszczone jest w modlitwie: "Tobie, Panie, zaufałem - nie zawstydzę się na wieki!". Psalmista wyraził to nawet w słowach, które niedowiarka mogą gorszyć, a my odczuwamy, że są to słowa bardzo prawdziwe: "Bóg zbawienie nasze, On sam dźwiga nasze ciężary" (Ps 68,20). Bardzo podobnie mówił apostoł Paweł: "Wierny jest Bóg i nie dozwoli was kusić ponad to, co potraficie znieść, lecz jeżeli zsyła próbę, równocześnie da moc, abyście mogli bezpiecznie ją przetrwać" (1 Kor 10,13). Do takiej właśnie odpowiedzi na miłość Bożą, do całoosobowego zawierzenia wzywa nas również napis umieszczony na obrazie Pana Jezusa Miłosiernego: "Jezu, ufam Tobie!".

    Cuda Jezusa dzisiaj

    Tłum z dzisiejszej Ewangelii, który garnął się do Jezusa, doznał wielu uzdrowień i wiele złych duchów Jezus z nich wyrzucił. Również dzisiaj, również dla nas Jezus chce tych cudów dokonywać. Chodzi tylko o to, żebyśmy zbliżyli się do Niego i naprawdę chcieli się pozbyć tego ducha kłótliwości, który może zapanował w mojej rodzinie, albo tego ducha rozpusty, który niszczy moją człowieczą godność, i tego ducha egoizmu, który upodabnia nasze serca do twardych, nieczułych kamieni.
    Opowiadała mi pewna osoba, że po wielu latach spotkała się ze swoją koleżanką z klasy. Męża ma dobrego, dziecko też udane, ale życie ją nie cieszyło. Najgorsze były ciągle powracające depresje. Jakaś intuicja kazała jej postawić pytanie: "Słuchaj, kochana, a może ty kazałaś sobie włożyć spiralę?". Okazało się, że tak. "To się w ogóle nie zastanawiaj, tylko od razu jutro idź do lekarza i wyrzuć z siebie to śmiercionośne narzędzie. Bo jeszcze nikt przez deptanie Bożych przykazań szczęścia nie osiągnął". Za jakiś czas koleżanka dzwoni: "Dziękuję ci strasznie. Zrobiłam tak, jak kazałaś. I odzyskałam radość, życie mi się odmieniło".
    Tego wydarzenia nikt w księdze cudów nie zapisze. A przecież to prawdziwy cud, że ktoś wrócił na drogę Bożych przykazań, że wyprostował się duchowo i wiele dobrych rzeczy zaczyna dziać się w jego życiu. Bracia i Siostry, życzmy sobie nawzajem podobnego cudu. Jeżeli ktoś z nas zagubił się Panu Jezusowi - oby jak najszybciej się do Niego nawrócił. Natomiast ci z nas, którzy staramy się trzymać Bożych przykazań - obyśmy w tym wytrwali. I więcej jeszcze - obyśmy nie tylko zachowywali Boże przykazania, ale obyśmy naprawdę je miłowali. Jak to modlimy się w Psalmie (19,11): oby przykazania Pańskie były dla nas "cenniejsze niż złoto, a słodsze od miodu płynącego z plastra". Takie nawrócenia to są prawdziwe cuda, może większe jeszcze niż przywrócenie wzroku niewidomemu albo władzy w nogach człowiekowi nie mogącemu chodzić.
    O jednym cudzie dzisiejsza Ewangelia mówi szczególnie, mianowicie o uzdrowieniu teściowej Szymona Piotra. Ewangelista dyskretnie podkreśla, że Pan Jezus uzdrowił ją nie tylko z choroby ciała, ale uzdrowił również jej duszę. Mianowicie natychmiast po uzdrowieniu owa kobieta zaczęła usługiwać Jezusowi i Jego uczniom. Zwykle choroba wyczerpuje ciało, toteż kiedy ktoś w sposób naturalny wraca do zdrowia, potrzebuje trochę czasu na rekonwalescencję, aby wrócić do sił. Teściowa Piotra, uzdrowiona cudownie, od razu była w pełni zdolna do wypełniania swoich obowiązków gospodyni.
    W ogóle to było charakterystyczne dla cudów Pana Jezusa, że On uzdrawiał ciała, ale bardziej jeszcze chodziło Mu o duszę człowieka. Brak czasu, żeby ten wątek rozwinąć trochę szerzej, zwłaszcza że jeszcze na dwa szczegóły z dzisiejszej Ewangelii koniecznie musimy zwrócić uwagę.

    Znaczenie modlitwy

    Otóż zauważmy najpierw, że chociaż cały wieczór spędził Pan Jezus wśród ludzi, których nauczał i uzdrawiał, to "nad ranem, gdy jeszcze było ciemno, wstał, wyszedł i udał się na miejsce pustynne, i tam się modlił". On, chociaż Syn Boży, wiele się modlił. Jedność z Ojcem i oddanie Ojcu były źródłem Jego miłości do nas. To stąd brała się Jego bezinteresowność i poświęcenie. Wolno nam się domyślać, że swoją modlitwą ogarniał wtedy również nas, którzy mieliśmy się narodzić dopiero za niespełna dwa tysiące lat.
    Tym bardziej my potrzebujemy modlitwy, bo inaczej źródła naszej miłości wyschną. Jak napisał Ojciec święty Benedykt XVI w swojej pierwszej encyklice, człowiek, "aby stać się źródłem [miłości], sam musi pić wciąż na nowo z tego pierwszego, oryginalnego źródła, którym jest Jezus Chrystus, z którego przebitego serca wypływa miłość samego Boga". I przywołuje Ojciec święty "przykład Mojżesza, który wciąż powraca, wchodzi do świętego namiotu, prowadzi dialog z Bogiem, aby mógł dzięki temu, wychodząc od Boga, być do dyspozycji swojego ludu".

    Pragnienie, by Ewangelia była głoszona wszędzie

    I jeszcze jeden szczegół z dzisiejszej Ewangelii, na który warto zwrócić uwagę. Mianowicie mieszkańcy Kafarnaum poczuli się tak bardzo obdarzeni przez Pana Jezusa, że prosili Go, żeby pozostał z nimi na zawsze. On im wtedy odpowiedział: Muszę iść również "gdzie indziej, do sąsiednich miejscowości, abym i tam mógł nauczać, bo na to wyszedłem".
    Patrzmy, o ile my jesteśmy szczęśliwsi od tamtych prostych ludzi, którzy uwierzyli w Pana Jezusa i Go pokochali. Kiedy On dokonał już naszego odkupienia i zmartwychwstał, i zesłał nam Ducha Świętego, starczy Go dla wszystkich. Choćby nas było miliardy, każdy z nas ma do Niego bezpośredni dostęp, każdy z nas może słuchać Jego Ewangelii, żywić się Jego Ciałem, kochać Go i się z Nim przyjaźnić. O ileż szczęśliwsi jesteśmy od mieszkańców Kafarnaum!
    Natomiast to swoje pragnienie, żeby Ewangelia była głoszona wszędzie, gdzie to tylko możliwe, Pan Jezus chce wszczepić w nasze serca. To dlatego liturgia wiąże z dzisiejszą Ewangelią wykrzyknik apostoła Pawła: "Biada mi, gdybym nie głosił Ewangelii! Dla słabych stałem się jak słaby, by pozyskać słabych. Stałem się wszystkim dla wszystkich, żeby w ogóle ocalić przynajmniej niektórych. Wszystko zaś czynię dla Ewangelii, by mieć w niej swój udział".
    Zatem módlmy się serdecznie o to, żeby również w nas i wśród nas Pan Jezus dokonywał swoich cudów. Ufajmy, że również z nas i spośród nas Jezus zechce usuwać złego ducha kłótliwości, rozpusty i egoizmu. Pilnujmy modlitwy jako źródła naszej miłości. I oby nam bardzo zależało na tym, żeby dzielić się Ewangelią z innymi ludźmi!

    Jacek Salij OP


    Komentarz (0)

    "Katastrofalne" z katastralnego? - Stanisław Michalkiewicz Wysłane poniedziałek, 6, lutego 2006 przez Krzysztof Pawlak

    Ogłoszona przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego żałoba narodowa z powodu tragedii w Chorzowie wyciszyła polityczny jazgot przynajmniej do 1 lutego. Oczywiście niezupełnie, bo taka tragedia, to dla polityków kąsek nie do pogardzenia, toteż mimo żałoby z obfitości serca usta mówią, przekazując opinie przydatne z punktu widzenia politycznego. I tak np. poseł Ryszard Kalisz, niedawno posłujący do tymczasowej siedziby przyszłego pierwszego sekretarza Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej (która pod inną oczywiście nazwą ma być wkrótce reaktywowana) do Szwajcarii (gdzie zdeponowano walory pierwszej PZPR), oświadczył, że winę za katastrofę w Chorzowie ponowi kapitalizm. Kapitalizm bowiem sprawia, że o wszystkim decyduje rachunek ekonomiczny, a nie bezpieczeństwo, podczas gdy w socjalizmie wszystko podporządkowane było Służbie Bezpieczeństwa, więc jak wiadomo, takie katastrofy nigdy się nie zdarzały. Jeśli nawet tu i ówdzie coś się i zawaliło, to zawsze przyczyną był sabotaż wroga klasowego, ewentualnie szpiegów któregoś z państw NATO, a Służba Bezpieczeństwa nieubłaganie takiego sprawcę demaskowała, by oddać go w niezawodne ręce niezawisłego sądu. No a niezawisły sąd już tam wiedział, co do niego należy, podobnie jak gdański Sąd Okręgowy w sprawie wytoczonej przez Lecha Wałęsę Krzysztofowi Wyszkowskiemu. Zresztą - co tam Sąd Okręgowy, kiedy wcześniej drogę wskazał sam Sąd Najwyższy, oczyszczając Mariana Jurczyka z zarzutu agenturalności wbrew powszechnie znanym i publicznie udokumentowanym faktom. Razwiedka walczy, razwiedka czuwa, razwiedka nam kaganiec wykuwa!
    Z kolei posłanka Julia Pitera z Platformy Obywatelskiej daje do zrozumienia, że jest odwrotnie; winę za zawalenie się hali w Chorzowie i inne, podobne katastrofy ponosi oczywiście socjalizm. To właśnie socjalizm sprawia, że nawet stalowe konstrukcje od samego początku przeżarte są korupcją i nie są w stanie wytrzymać obciążeń nawet zgodnych z polskimi normami, a cóż dopiero - niezgodnych? Rzeczywiście trudno odmówić i temu rozumowaniu pewnej logiki; liczba inspekcji działających w służbie bezpieczeństwa jest tak duża, a ich koszty tak wysokie, że na sama konstrukcję inwestorom często nie wystarcza już pieniędzy, z czego potem rodzą się katastrofy. Widać wyraźnie, że między tymi pozornie diametralnie różnymi opiniami jest iunctim w postaci wskazania na oszczędności, jako przyczynę katastrofy. Skoro tak, to nie można wykluczyć, że jeśli razwiedka słodszymi od malin ustami Donalda Tuska zdecyduje się na zamach sta..., tzn. pardon - oczywiście na ogłoszenie "obywatelskiego nieposłuszeństwa", to i Platforma Obywatelska i Polska Zjednoczona Partia Robotnicza (oczywiście pod inną nazwą) znajdą się we wspólnym fołksfroncie.
    Ale nie wybiegajmy zanadto w przyszłość. Na razie partie polityczne jeszcze przez dwa następne tygodnie będą trwały w niepewności i na wszelki wypadek kaptowały wyborców rozmaitymi prezentami, ma się rozumieć, na ich koszt. Nie jest zatem wykluczone, że obok "becikowego", "senioralnego", "stypendialnego", "rolniczego" i "godnościowego", pojawi się wkrótce nowa propozycja, w postaci "katastrofalnego" albo - bardziej elegancko - "ryzykowego". I tak, jak "becikowe" wymaga utrzymania stawki VAT na artykuły dla dzieci na poziomie 22 procent, jak "senioralne" wymaga utrzymania podatku dochodowego od emerytów, jak "stypendialne", "rolnicze" i "godnościowe" wymagają konfiskowania przez państwo 83 procent dochodu rodziny pracowników najemnych, to "katastrofalne", zwane inaczej "ryzykowym", będzie prawdopodobnie wymagało albo podniesienia nadchodzącego podatku od nieruchomości, czyli tzw. katastralnego z 2 do 2,5 procenta albo pozyskiwania środków na ten prezent w cenie prądu elektrycznego i wody. Cóż to jednak znaczy w obliczu faktu, że dzięki temu partie będą mogły nam, na nasz koszt przychylić nieba? Sprzyja to niewątpliwie przywróceniu jedności moralno-politycznej narodu, czyli utraconego ideału z epoki Edwarda Gierka, kiedy poza tym Polska (oczywiście ze Związkiem Radzieckim na czele) była dziesiątą potęgą gospodarczą świata, o czym wymownie świadczyły kartki najpierw na cukier, a potem już - na wszystko.
    Śledząc pilnie doniesienia o wszelkich aspektach katastrofy, dowiedziałem się i o mobilizacji psychologów (tylko patrzeć, jak w związku z tym na Śląsk spadnie desant socjologów, bez których żadna poważniejsza katastrofa nie może się przecież obejść) i adwokatów, którzy z podziwu godną bezinteresownością udzielają wszystkim porad prawnych, natomiast nie zauważyłem, by ktokolwiek majątek spółki będącej właścicielką zawalonej hali zabezpieczył na poczet przyszłych roszczeń. W rezultacie może się okazać, że nie ma ona żadnego majątku, tylko same długi, najwięcej wobec urzędu skarbowego i ZUS-u. W takiej sytuacji może się okazać, że rację ma pan poseł Kalisz, gdy mówi, że winien jest "kapitalizm" i pani posłanka Pitera, gdy mówi, że winien jest "socjalizm". Że skądś już wiedzą, jak się to wszystko zakończy. Bo czy ktokolwiek otrzymał jakieś odszkodowanie od "kapitalizmu" lub "socjalizmu"?

    Stanisław Michalkiewicz

    Publicystyka Stanisława Michalkiewicza na ASME i nagrania TV ASME


    Komentarz (0)

    Witryna Antysocjalistycznego Mazowsza ASME na własnej domenie - asme.pl Wysłane poniedziałek, 6, lutego 2006 przez Krzysztof Pawlak

    Witryna ASME - Antysocjalistycznego Mazowsza, jedna z najstarszych w polskiej części Sieci witryn konserwatywno-liberalnych (istniejemy od 1998 roku) doczekała się własnej domeny, zgodnej z zastosowanym akronimem.

    Choć powolność działania nie należy do podstawowych cech konserwatyzmu, jednak u podłoża wszelkich zmian tkwi namysł przy wprowadzaniu kolejnych modyfikacji nawet w "życie" takich form, jak środek komunikacji publicznej, do którego nasza witryna jest od samego jej założenia zaliczana, stanowiąc źródło informacji dla wielu innych mediów polskojęzycznych i ośrodków analiz tak polskich, jak i zagranicznych.
    Rozważając różne propozycje "zakotwiczenia" wieloletniego dorobku Naszych PT Współpracowników oraz najbardziej korzystne dla PT Odbiorców Witryny, uznaliśmy, że kwestia przyzwyczajenia do powszechnie funkcjonującej już, potocznej jej "nazwy"-akronimu ma pierwszorzędne znaczenie, stanowiąc istotny powód sięgnięcia po wygodny dla wszystkich zainteresowanych adres sieciowy.
    Obecnie, by uzyskać najszybsze połączenie z zasobami witryny ASME, można wpisywać w okno przeglądarki adres "www.asme.pl" lub "asme.pl", co rekomendujemy jako stały już początek odnośników Antysocjalistycznego Mazowsza.

    Redakcja ASME


    Komentarz (0)

    Zwasalizowani "kryminaliści" szpuntem stabilizacji w "IV Rzeczypospolitej" - Łukasz Perzyna o konsekwencjach zawarcia Paktu Stabilizacyjnego pomiędzy ugrupowaniami PiS, LPR a Samoobroną Wysłane sobota, 4, lutego 2006 przez Krzysztof Pawlak

    | Pobierz |







    Zwasalizowani "kryminaliści" szpuntem stabilizacji w "IV Rzeczypospolitej" - Łukasz Perzyna o konsekwencjach zawarcia Paktu Stabilizacyjnego pomiędzy ugrupowaniami PiS, LPR a Samoobroną Wysłane sobota, 4, lutego 2006 przez Krzysztof Pawlak

    "Sukces w polityce nie polega na tym, by przeciwnika politycznego rozbić, wywołać u niego rozłam, doprowadzić do tego, by nie przekroczył progu 5-procentowego w wyborach - sztuką jest, by go zwasalizować, by stał się "»naszym« klientem. To się właśnie udało Jarosławowi Kaczyńskiemu. Kiedy ten manewr się zaczynał - wydawał się kolejnym fantomem polskiej polityki. Pakt Stabilizacyjny stał się faktem, został podpisanym po długich negocjacjach w czwartek 2 lutego. Ta umowa stabilizuje rząd Kazimierza Marcinkiewicza, a partnerzy PiS otrzymują jedynie prolongatę daty wyborów i przywilejów poselskich - na czas jednego roku" - Łukasz Perzyna, publicysta "Tygodnika Solidarność" i naszej witryny ASME, komentuje najbardziej doniosłe wydarzenie z początku lutego, które będzie miało największy wpływ na tegoroczne wydarzenia na scenie politycznej "polskiego regionu UE".

    Wiadomo, że w przypadku jednej z zawartych przy tej okazji umów nie chodzi tu o rozliczenie komunizmu, ale raczej tego, co po nim pozostało - czyli zaplecza finansowego biznesowej korupcji, afer czasu "transformacji". Mnóstwo innych umów jest przyszykowanych "pod publiczkę" i zepchnięte do aneksu umowy stabilizacyjnej.
    Jarosław Kaczyński nie daje swoim partnerom stanowisk rządowych - mówi się o jakichś miejscach w agencjach rządowych, jednocześnie przypomina się, że kandydaci muszą mieć czystą kartotekę w dziedzinie niekaralności.
    Przy okazji podpisywania tej umowy zdarzył się kiks medialny, ponieważ dwukrotnie podpisywano tę umowę: najpierw przed kamerami TV TRWAM, która nieoczekiwanie doznała awansu do roli polskiej CNN, a później w miejscu pewnej inscenizacji przed pozostałymi dziennikarzami. Było to pewne kopnięcie wymierzone w odbiorców tych żurnalistów. Jarosław Kaczyński i tak miał na pieńku z pewnymi grupami dziennikarzy. Mieliśmy więc - i sukces, i błąd. Ale - jak mówili wysocy funkcjonariusze rządzącej formacji - było to świadome działanie, by odwrócić uwagę mediów od kłopotliwego faktu, że prezes PiS podpisuje umowę z Andrzejem Lepperem. Jeszcze niedawno Łukasz Perzyna przeprowadzał wywiad z JK, który wtedy oświadczał, że "kryminaliści prą do władzy" i miał wtedy na myśli właśnie Samoobronę...

    Nagranie trwa ponad 13 minut i jest dostępne w Sieci do 18 II 2006 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




    Komentarz (0)

    Komunistyczni zbrodniarze bez emerytur - TADEUSZ M. PŁUŻAŃSKI Wysłane sobota, 4, lutego 2006 przez Krzysztof Pawlak

    Ostatnio wspominaliśmy, że Ministerstwo Obrony Narodowej zawiesiło wypłacanie emerytury stalinowskiej Heleny Wolińskiej. MON sprawdzi też dokumenty innych osób, które są podejrzewane o to, że w latach 1944 - 1956 zwalczały podziemie niepodległościowe. Przemysław Gosiewski, szef Klubu Parlamentarnego Prawa i Sprawiedliwości w radiowej "Jedynce": "To jest rząd dzisiaj kilkunastu tysięcy osób. To są osoby, które były funkcjonariuszami Służby Bezpieczeństwa i innych służb PRL, które bardzo często podejmowały działania na niekorzyść innych obywateli i w tym zakresie te osoby powinny utracić przywileje emerytalne". Emeryturę w wysokości 5 tys. złotych pobiera np. mieszkający w Izraelu Salomon Morel, gdyż nie znaleziono w jego dokumentach żadnych uchybień.

    Zawieszenie emerytury Wolińskiej było możliwe tylko dlatego, że na polecenie szefa MON Radosława Sikorskiego sprawdzono dokumenty byłej prokuratorki wojskowej. Okazało się, że nie spełnia ona wymogów formalnych, aby dostawać emeryturę. Po prostu do tej pory źle naliczano Wolińskiej podstawę emerytalną.
    Piotr Paszkowski, rzecznik ministra obrony, tłumaczy: - Okazało się, że Wolińska-Brus nie przepracowała w prokuraturze wojskowej 15 lat, a taki jest wymóg ustawowy. Zabrakło jej dziewięć miesięcy i jednego dnia.

    SKANDALICZNE WYPŁATY

    Za jakie szczególne zasługi Wolińska dostawała emeryturę? Od 1 sierpnia 1942 r. do 31 lipca 1944 r. służyła w Gwardii Ludowej i Armii Ludowej (lata konspiracji są liczone podwójnie); od 1 sierpnia 1944 r. do 31 marca 1949 r. w MO; a od 1 kwietnia 1949 r. do dnia zwolnienia - 25 listopada 1954 r. - w Wojsku Polskim, m.in. w Naczelnej Prokuraturze Wojskowej.
    Zawieszenie wypłaty emerytury nie oznacza utraty do niej prawa. Wolińska może się bowiem odwołać.
    Teraz MON ma sprawdzić, jak doszło do tego, że przez ponad 30 lat Wolińska dostawała pieniądze, które się jej nie należały. Na dodatek, okres tej szczególnej "służby" Wolińskiej może być jeszcze skrócony. Zgodnie z art. 13. ustawy o zaopatrzeniu emerytalnym, pracy w latach 1944 - 1956 w prokuraturze wojskowej nie traktuje się jako służby w Wojsku Polskim, jeżeli emerytowi udowodniono w trybie postępowania karnego lub dyscyplinarnego stosowanie represji wobec osób podejrzanych lub skazanych za działalność podjętą na rzecz suwerenności i niepodległości Polski.

    ODEBRAĆ PRZYWILEJE

    - Jesteśmy zadowoleni z zawieszenia wypłacania Wolińskiej-Brus emerytury. Sprawę świadczeń dla stalinowskich prokuratorów i funkcjonariuszy trzeba jednak rozwiązać na drodze ustawowej - mówi Jerzy Bukowski, rzecznik Porozumienia Organizacji Kombatanckich i Niepodległościowych w Krakowie.
    Organizacja skierowała apel w tej sprawie do klubów parlamentarnych - PiS, PO, LPR i PSL: "Skandalem jest fakt, że niepodległa Polska wciąż wypłaca kilkutysięczne świadczenia emerytalne ubeckim oprawcom".
    Gosiewski w radiowej "Jedynce": "Cieszę się z tego apelu, bo on zbiegł się z pracami rozpoczętymi na naszym klubie nad taką nowelą ustawy, która by odbierała przywileje, bo rzeczywiście skandalem jest to, że ci, którzy katowali Polaków, którzy bardzo często łamali prawa wówczas też obowiązujące, dzisiaj pobierają wielotysięczne emerytury, sięgające czasami do 7 tysięcy złotych, co, oczywiście, z punktu widzenia tego, że średnia emerytura wynosi kilkaset złotych, pokazuje, jak bardzo niesprawiedliwa jest ta sytuacja. I nasz klub podjął się inicjatywy, która ma służyć odebraniu tym osobom przywilejów emerytalnych, tych szczególnych przywilejów".

    PROJEKT PIS

    Projekt PiS, o którym mówi Gosiewski, przygotowany razem z Ministerstwem Sprawiedliwości, przewiduje, że emerytury stracą ci funkcjonariusze służb specjalnych PRL, którzy dopuścili się zbrodni komunistycznych i zostali w III RP skazani za to prawomocnym wyrokiem. Ich emerytury często wielokrotnie przekraczają świadczenia, które dostają żołnierze AK czy NSZ.
    - Uposażenie kata nie może być wyższe niż uposażenie ofiar, a tak jest w chwili obecnej - komentuje poseł Arkadiusz Mularczyk (PiS), jeden z twórców projektu.
    Wiadomo jednak, że wyroków na komunistycznych zbrodniarzy było niewiele. Procesy ubeków i esbeków są w toku lub w ogóle się jeszcze nie zaczęły. Projekt PiS przewidział również takie przypadki. Wystarczy, aby prokurator IPN postawił zarzuty. Wówczas świadczenie nie będzie co prawda odebrane, ale obniżone do wysokości najniższej emerytury. Gdyby sąd uniewinnił taką osobę, wówczas miałaby ona prawo do zwrotu różnicy pobieranej kwoty, wraz z ustawowymi odsetkami.
    PiS przygotowuje też projekt innej ustawy, na mocy której można by odebrać świadczenia emerytalne stalinowskim sędziom i prokuratorom, którzy dopuścili się "zbrodni sądowej".
    Kombatanci walczący o wolną Polskę (nie ci z GL i AL) chcą również, by Sejm specjalną uchwałą odebrał uprawnienia kombatanckie członkom bojówek Armii Ludowej.

    "DEMONSTRACJA POGARDY"

    Odebranie bądź zawieszenie emerytur mundurowych od lat budzi sprzeciw postkomunistów. Tak było też przed ostatnimi wyborami. We wrześniu ub.r. w "Trybunie" można było przeczytać: "1,5 miliona rencistów może stracić po wyborach jedyne źródło utrzymania, jakim jest świadczenie z ZUS. Na schorowanych i biednych chcą zaoszczędzić przyszli koalicjanci - Platforma Obywatelska oraz Prawo i Sprawiedliwość, które zapowiadają kolejną powszechną weryfikację rencistów".
    "Trybuna" znalazła też oburzonych rencistów: "Większość to ludzie starzy i schorowani. Obawiam się, że przeprowadzanie tej weryfikacji może się dla nich źle skończyć - mówi Eugeniusz Mielnicki, przewodniczący Komisji Weteranów Pracy przy Ogólnopolskim Porozumieniu Związków Zawodowych".
    "Zaskoczenia pomysłami PO i PiS nie kryją także posłowie lewicy. - To jest horror! Prawica i liberałowie chcą zasilać budżet państwa, oszczędzając na ludziach. Nie można odbierać rencistom tych i tak marnych pieniędzy - oburza się posłanka SLD Alicja Murynowicz".
    SLD-owski minister obrony narodowej Jerzy Szmajdziński i jego zastępca Janusz Zemke wydali nawet oświadczenie, w którym stwierdzili, że jest propozycja obcięcia emerytur mundurowych jest nieodpowiedzialna: "Nie bierze ona pod uwagę trudów i warunków służby oraz praw nabytych. Godzi w poczucie stabilizacji i podważa troskę państwa o los żołnierzy zawodowych, policjantów, strażaków i innych służb mundurowych. Proponowane rozwiązanie nie jest znane w żadnym państwie".
    Na stronie SLD Krzysztof Janik w tekście-apelu "Wszyscy do urn" pisał: "Jeśli Platforma dojdzie do władzy, to nie zawaha się także obciąć o 50 proc. renty i emerytury mundurowe. Dla nich to zwykła operacja oszczędnościowa, dla ok. 350 tys. rencistów i emerytów mundurowych - policjantów i wojskowych z rodzinami, to dramat. Bezwstydna demonstracja pogardy dla fundamentalnej zasady ich służby. Pensje w wojsku i policji nie są wysokie, choć przecież istotą tej służby jest gotowość ryzykowania życia za innych. Ale w każdym kraju i w każdej sytuacji policjanci, strażacy i żołnierze jednego są pewni - jeśli przeżyją, to za to, że się narażali, za to, że zawsze byli na rozkaz i na baczność, ojczyzna zapewni im godną starość".
    Wniosek Janika był oczywisty: "Z wszelkich sondaży wynika, że jedynym ugrupowaniem, które w przyszłym Sejmie może przeciwstawić się prawicy, zahamować jej wszechwładzę, może być tylko Sojusz Lewicy Demokratycznej. Los sprawił, że dla ludzi spokojnych, tolerancyjnych, dla ludzi pracy najemnej, Sojusz jest doprawdy ostatnią deską ratunku".
    W żadnej wypowiedzi postkomunistów nie ma, rzecz jasna, mowy, że chodzi o komunistycznych zbrodniarzy.

    WOLIŃSKA NA RPO

    "Czy zdaniem pana posła wnioskodawcy byłoby rzeczą wskazaną (...) szukać na to stanowisko tak apolitycznych osób jak na przykład pani Helena Wolińska, tak bardzo lubiana przez tę [lewą - red.] stronę sali parlamentarnej. I być może było naszym błędem, że nie szukaliśmy wśród takich osób". Tak na zarzuty SLD wobec kandydatury dr. Janusza Kochanowskiego na Rzecznika Praw Obywatelskich odpowiadał w Sejmie Zbigniew Girzyński, poseł PiS z Torunia. I pytał: "ponieważ padły tu zarzuty, że dokonujemy tego wyboru pod osłoną nocy, o jakiej porze 13 grudnia 1981 r. państwo, którzy dziś wycieracie sobie twarz prawami obywatelskimi, wprowadzaliście w Polsce stan wojenny?".
    "Czy myli mnie pamięć, czy nie myli, kiedy przypominam sobie, że funkcję Rzecznika Praw Obywatelskich sprawował pan Tadeusz Zieliński, który w roku 1995 kandydował na niezwykle apolityczny urząd prezydenta Rzeczypospolitej i czy myli mnie pamięć, czy nie myli, kiedy przypominam sobie, że zaraz po nim funkcję Rzecznika Praw Obywatelskich sprawował pan Adam Zieliński, który w wyborach 4 czerwca 1989 r. kandydował z listy krajowej ustalanej przez niezwykle apolityczny Komitet Centralny Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej?". To z kolei poseł Jacek Kurski.
    "Pan przywołuje zbrodniarzy stalinowskich, pan przywołuje Polską Zjednoczoną Partię Robotniczą po to tylko i wyłącznie, żeby autoryzować swoje dzisiejsze czyny. Panie pośle, wy skończycie tak jak PZPR". To poseł Wojciech Olejniczak. Szef SLD zapowiedział skierowanie wniosku przeciwko posłowi Girzyńskiemu do komisji etyki poselskiej w związku z tym, jak się "wypowiada w stosunku do posłów wybranych w demokratycznych wyborach do tej Izby".
    Dr Janusz Kochanowski został wybrany na Rzecznika Praw Obywatelskich.

    "KADROTÓRCZA PZPR"

    Wolińską przywołał też Piotr Gadzinowski (SLD) podczas wyboru przez Sejm tego samego dnia członków Krajowej Rady Sądownictwa: "Pan poseł Wojciech Jasiński był członkiem Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, partii, której członkiem była przywoływana tutaj pani prokurator Wolińska, ale także wielu porządnych ludzi. Na przykład zadający pytanie. Pytam, ponieważ mam dylemat, czy poprzeć towarzysza z mojej pierwszej organizacji partyjnej, człowieka o korzeniach lewicowych, który być może oddalił się i porzucił poprzednią formację. Ja jestem bardziej wierny formacjom i mam dylemat. Chociaż z drugiej strony Polska Zjednoczona Partia Robotnicza jest organizacją wielce kadrotwórczą i okazuje się, że gdyby nie PZPR, PiS nie miałby z czego wybierać".
    Do Krajowej Rady Sądownictwa Sejm wybrał: Jana Burego (rekomendowanego przez PSL i Samoobronę), Przemysława Edgara Gosiewskiego i Wojciecha Jasińskiego (obaj PiS) i Alinę Gut (Samoobrona). Przepadł Cezary Grabarczyk (PO) i Katarzyna Piekarska (SLD). A prokurator Wolińska mieszka sobie spokojnie w Oksfordzie i śmieje się.

    TADEUSZ M. PŁUŻAŃSKI

    Publicystyka Tadeusza M. Płużańskiego na ASME.


    Komentarz (0)

    Nie ma tego złego - Janusz Baczyński Wysłane sobota, 4, lutego 2006 przez Janusz Baczyński

    Nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło



         Jak podał Puls Biznesu:


    Bojkot duńskich produktów mleczarskich przez muzułmanów na Bliskim Wschodzie, oburzonych publikacjami karykatur proroka Mahometa, przyniósł już duńsko-szwedzkiemu koncernowi Arla straty rzędu 40-50 mln brytyjskich funtów (1 funt = 1,47 euro) - informuje w piątek na swoich stronach internetowych BBC. Codziennie z powodu bojkotu Arla traci milion funtów.

    Jak się inwestuje w dziwnych rozfanatyzowanych krajach to trzeba się liczyć z ryzykiem. Zapraszamy do Polski, a fanatycy niech tam cierpią na skutek zmniejszonej podaży zdrowych i pożywnych serów, masła i śmietany. Jak podał prof. Leszek Balcerowicz zakaz importu polskiej żywności do Rosji spowodował spadki cen żywności w Polsce. To też da w efekcie wzrost zdrowia i siły narodu polskiego, a zaszkodzi społeczeństwu rosyjskiemu.

    Janusz Baczyński


    Komentarz (0)