marca 5, 2006 - marca 16, 2006

Der Totale Krieg, czyli Zyg-Zyg Hajl na parteitagach VolksPlattformy Wysłane czwartek, 16, marca 2006 przez Krzysztof Pawlak

Nic nie powtarza się w sposób identyczny, o czym przekonał się każdy, kogo nazajutrz bolała głowa i dlatego wziął zwyczajowe lekarstwo sprzyjające zapomnieniu o troskach dnia bieżącego, a gdy kolejnego poranka zbudził się - otaczała go juz nowa, jeszcze wspanialsza rzeczywistość.
Zapomnieniem z całą pewnością nie chwalą się czołowi przedstawiciele VolksPlattformy, jak uprzejmie ochrzciła ich w dniu dzisiejszym warszawska ulica po porannych enuncjacjach jej prominentów, że wyruszyli dziarskim, marszowym krokiem "na wojnę totalną", a ich pochód wcale tym razem nie czarnych myśli będzie szybki i zwycięski jak zawsze to głoszone jest u początku. Do Rzymu droga daleka, zresztą nie ma tam już "polskiej ekipy", do Łagiewnik bliżej, więc można się spodziewać, że kardynał in spe Dziwisz nie zdziwi się wkrótce widokiem zbrojnej ekipy hajlującej - oczywiście po europejskiemu, jakże by inaczej! - mu pod oknami, wymachującymi legionowymi totemami oraz sztandarami i zapewne pozdrawiającej się wzajem europejskim, a nawet - rzymskim gestem, jak na jedynie prawdziwych "białych ludzi" przystało.
O "białych ludziach", którzy najwyraźniej zostali retorycznie użyci wymiennie z chwilowo mało popularnym pojęciem czystości ar..., aryja..., nie... niech będzie, że - ariańskiej, wspomniał był uprzejmie herr Mirosław Trzcheviecki w wypowiedzi publicznej, z ochotą rozpowszechnionej przez m.in. serwisy sieciowe, np. Onet, który w najbliższej przyszłości otrzyma zapewne stosowne zaświadczenie z urzędu stanu cywilnego o aryj...ańskości swego słowiańsko brzmiącego jeszcze imienia. Ci współcześni "biali ludzie" maszerują, wymachując kończynami w zamaszystych, zdecydowanych gestach - idąc kolumnami od pierwszej do piątej w boju totalnym, o czym, nie bez pewnej nuty komedianckiej - zawiadomił herr Paul Singer, przedstawiciel starego, patrycjuszowskiego rodu szlachty jerozolimskiej, zwany nie wiadomo dlaczego do niedawna Pawłem Śpiewakiem, ale to pewnie ta słynna polnische Toleranz, od wieków uprawiana wobec napastniczych ciągotek sąsiadów bliższych i dalekich, a nawet azjatyckich.
Nic nie powtarza się tak samo tym bardziej, że wcześniejsi użytkownicy i właściwi wynalazcy pojęcia wojny totalnej nie lubili konkurencji i dlatego więzienia poprzedniej Rzeszy zaludniły się szybko krewniakami z komunistycznej partii "weimarskiego bękarta", a teraz VolksPlattform deklaruje swoje upodobanie w koalicji z post(?)komunistycznym SLD oraz "byłymi ludźmi", jak to zgrabnie ujął we wczorajszym wystąpieniu w TV ASME Stanisław Michalkiewicz z "prawdziwej Samoobrony", która też nie sroce przecież wypadła spod ogona, tylko ma rzetelne i właściwe zaplecze wśród towarzyszy pułkowników i pałkowników do niedawna jedynie słusznych. Choć z drugiej strony - jakieś reminiscencje są na rzeczy, patrząc na deklaracje "solidarne" prawicawego ugrupowania PiS, które na zasadzie kontrastu zostało ujawnione jako stronnictwo "czarnych", co znowu ma swoje niewątpliwe potwierdzenie w postaci wysokiego wskaźnika poparcia wśród wielu hierarchów zwalczanego przez poprzednich "totalnych ludzi Rzeszy" Kościoła katolickiego.
Jedynie kamrat Rosenberg, wpatrując się morderczym spojrzeniem w herr Paula Singera, nadziany na rożen nad ogniem piekielnym, zwija się zapewne w okropnych mękach na widok takiego spostponowania wyśnionej przez niego krainy czystej ras..., no, teraz to - jednobarwnej, choć biały to przecież nie kolor, a pełne spektrum wszystkich barw tęczy, którą to jako symbol wzięli sobie na sztandary spadkobiercy ideowi "miękkich chłopców z SA". Lecz Noc Długi Noży II - jeszcze przed nimi i zastygłą w całkowitej ekstazie szeroką publicznością, o czym uczciwie zapewnił herrPaul Singer w artykule dla dziennika "Rzeczpospolita" (16.03.2006), mówiąc, że "Politycy PO przyznają, że będą teraz walczyć z PiS na noże, sięgając w dyskusji po najcięższe argumenty" (krzesła, kije bejsbolowe, maschinenpistole, skąd wezmą Grubą Bertę...?).
Nic nie powtarza się w sposób identyczny, dlatego her Donald z keine polnische Kaszëbe będzie miał w nadchodzącej w takt sprężystych marszów i chłopięco malowniczej, wspaniale pieśni biesiadnej "Tommorow belongs to meeeeeeeeeeeee!", świetlanej, paneuropaische przyszłości niejaki problem z deklaracją potępiającą pojawiające się w toku minionej kampanii wyborczej sugestie, jakoby jego prześwietny dziad służył z niechęcią w walecznym i rycerskim Wehrmachcie, a w ogóle to zwiał z niego jak tylko mógł najszybciej i później już był przykładnym obywatelem państwa słowiańskich Untermenschów.
Nic nie jest takie samo, dlatego to słowiańsko-śląskiego pochodzenia czart trojga, a może i więcej imion - ma za żonę frau urodzoną w Rosji, o zdecydowanym i zasadniczym temperamencie pozwalającym jej objąć poczesne i malownicze stanowisko przewodniczącej Bundu polnische Kobiet, a jej mężowi zaledwie pozwolono nakładać filcowe kapelutki, choć jeszcze bez szarotki...
Nie nie powtarza się jednako, dlatego "chłopcy" z zaprzyjaźnionego "ezelde" Szymon nomen omen Niemiec i Robert Biedroń zapewne już dociekliwie wypatrują następcy Ernsta Röhma, bo wiedzą, że czas szczęścia będzie krótki, choć może trochę dłuższy niż poprzednio, bo choć ta poprzednia wersja wojny totalnej miała być tysiącletnia, to jednak nie – wieczna...

Krzysztof Pawlak


Komentarz (0)

"Byli ludzie" wznoszą nowe hasło "Lepper musi odejść!", a prezes Balcerowicz zna swoją powinność - Stanisław Michalkiewicz o kolejnej "wojence na górze" Wysłane środa, 15, marca 2006 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |







"Byli ludzie" wznoszą nowe hasło "Lepper musi odejść!", a prezes Balcerowicz zna swoją powinność - Stanisław Michalkiewicz o kolejnej "wojence na górze" Wysłane środa, 15, marca 2006 przez Krzysztof Pawlak

"»No to mamy wojenkę, pani Millerowo!« - powiedziałby dzielny wojak Szwejk, gdyby dożył do 8 marca 2006 roku. Na szczęście nie dożył i nie był świadkiem tych paroksyzmów, jakie nastąpiły po usunięciu pana Cezarego Mecha z posiedzenia Komisji Nadzoru Bankowego. Wyrzucił go stamtąd być może na prośbę pana Lejby Fogelmana pan prezes Leszek Balcerowicz, choć może i nie musiał pan Fogelman nic nakazać panu prezesowi Balcerowiczowi, bo pan prezes swoją inteligencję ma i wie, co należy robić w takich sytuacjach" - Stanisław Michalkiewicz komentuje najnowsze i bardzo ostre starcie na najwyższych piętrach władzy w "polskim regionie UE".

Ta "wojenka" wybuchła na chwilę przedtem, a zarazem potem po tym, jak prezes Jarosław Kaczyński skierował projekt likwidacji WSI pod obrady Sejmu RP. Wtedy pan prezes Leszek Balcerowcz nie tyle dał małego prztyczka w nos rządowi, ale "blachę w czoło". Wydaje się, że razwiedka chce sprawdzić prezesa Kaczyńskiego, czy Jego deklaracje o budowie "IV Rzeczpospolitej" są prawdziwe i poważne. Prezes Kaczyński zrozumiał, że musi w takiej chwili się postawić razwiedce, bo natychmiast w, oczywiście niezależnych, mediach rozpoczął się zgodny chór, jazgot oraz lament nad krzywdą "autorytetu" ekonomicznego wszech czasów wyrosłego na polskiej gospodarce i znieważeniem jego majestatu. Pan Balcerowicz pojechał abcugiem do Bazylei, do prezesa Tricheta, z donosem na brzydką część polskiej klasy politycznej, co wskazuje, na jak wielkie pole manewru można liczyć teraz - po Anszlussie.
Klangor Propaganda Abteilung - to jedno, a działania poważne razwiedki - drugie, bo oto w znanym zajeździe w Czosnowie, u pana Witaszka, spotkali się "byli ludzie" z Samoobrony, którzy wznieśli nowe hasło "Lepper musi odejść!"...

Nagranie trwa ponad 7 minut i jest dostępne w Sieci do 29 III 2006 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




Komentarz (0)

Ordynacja wyborcza Prawa i Sprawiedliwości - prof. Jerzy Przystawa Wysłane środa, 15, marca 2006 przez Krzysztof Pawlak

Kilka dni temu Marszałek Sejmu Marek Jurek postraszył sojuszników Prawa i Sprawiedliwości groźną zapowiedzią, że jeśli nie będą grzeczni, to PiS wprowadzi pod uchwały Sejmu przygotowywany od dawna projekt nowej ordynacji wyborczej, który będzie miał tę cudowną właściwość, że z miejsca wyeliminuje z Sejmu małe partie. Najmniejszą dziś partią jest Liga Polskich Rodzin, więc to ona najbardziej powinna się obawiać. Jest to nowy rodzaj uprawiania polityki w Polsce. Dotąd najczęściej straszono, czym się dało przeciwników, od niedawna straszy się głównie sojuszników. Jest to też nowatorskie podejście do funkcji Marszałka Sejmu, ponieważ "do laski marszałkowskiej" jeszcze nie wpłynął odpowiedni projekt ordynacji, więc straszenie nim w wykonaniu Marszałka stanowi swoiste kuriozum.
Ponieważ uparcie zachęcam moich rodaków do skorzystania z rozwiązań, jakie przez wieki wypraktykowali Brytyjczycy, a w ślad za nimi obywatele Kanady i wielu innych krajów, więc warto może poświęcić kilka zdań funkcji odpowiednika Marszałka Sejmu w brytyjskiej lub kanadyjskiej Izbie Gmin. Tym odpowiednikiem jest Speaker of the House (czyli "Mówca Izby"). Jest to funkcja niezwykle zaszczytna i prestiżowa. Speaker jest wybierany w głosowaniu tajnym bezwzględną większością głosów. To tajne głosowanie jest potrzebne, żeby zapewnić wybór osoby cieszącej się największym szacunkiem oraz charakteryzującej się obiektywizmem i bezstronnością. Jest rzeczą ciekawą, że po wyborze Speaker występuje z partii, która popierała go w wyborach powszechnych. Speaker prowadzi obrady i pilnuje porządku, ale sam w głosowaniach uczestniczy tylko wtedy, gdy za jakimś rozwiązaniem opowiada się dokładnie tyle samo posłów, ilu jest przeciw. Otóż polscy demokraci gdzieś słyszeli o tym, że w przypadku równej liczby głosów rozstrzyga głos prowadzącego obrady, ale nie dosłyszeli, że takie postępowanie ma sens wtedy, gdy on sam w głosowaniu nie uczestniczy. Wielokrotnie byłem świadkiem tego rodzaju sytuacji, w których przewodniczący zarówno głosował razem z innymi, jak i po głosowaniu rozstrzygał, kto wygrał.
Speakera Izby Gmin obowiązuje bezstronność. Nie może on popisywać się swoimi sympatiami partyjnymi. Speaker musi być obiektywnym arbitrem. Dzięki temu możliwa jest taka sytuacja, że Speaker częstokroć zachowuje swoją pozycję po kolejnych wyborach. Oczywiście, jak każdy poseł, musi wygrać wybory i uzyskać mandat w swoim okręgu wyborczym. W tych wyborach nie startuje jednak jako przedstawiciel jakiejś partii, lecz jako "Speaker seeking re-election" - "Marszałek, który chce powtórnie zostać wybranym". Obecny Speaker brytyjskiej Izby Gmin, Michael Martin, został wybrany w wyborach roku 2000 i zachował swoją pozycję po wyborach roku 2005. Nie ulega wątpliwości, że Sejm i Polska bardzo by skorzystały na tym, gdyby podobne zasady obowiązywały w odniesieniu do Marszałka Sejmu.
Na razie tak nie jest, więc przyjrzyjmy się, czym straszy Marszałek Jurek polskich wyborców i swoich politycznych rywali.

Zasadnicze elementy projektu ordynacji PiS są następujące:
1.Kraj ma być podzielony na 230 jednomandatowych okręgów wyborczych (JOW) w ramach 16 wojewódzkich okręgów wyborczych. Na każde województwo przypada dwa razy tyle mandatów, ile jest JOW, np. jeśli województwo zostało podzielone na 15 JOW, to do obsadzenia będzie 30 mandatów.
2.Każdy wyborca ma dwa głosy: jeden oddaje na konkretnego kandydata, a drugi na partię.
3.Każda partia i każdy komitet wyborczy może wystawić tylko jednego kandydata w jednym JOW. Kandydatura musi zostać poparta 500 podpisami wyborców. Jeśli jednak partia zarejestruje kandydatów w połowie JOW, to pozostałych kandydatów nie potrzebuje popierać podpisami.
4.Jeśli partia zarejestruje kandydatów, w co najmniej połowie JOW w danym województwie, to ma prawo wystawić listę wojewódzką. Ta lista musi zawierać co najmniej tyle nazwisk, ile jest mandatów przypadających na to województwo. Na liście tej znajdować się winni wszyscy kandydaci startujący w konkursie w JOW. Ich kolejność ustala partia i nie ma ona związku z tym, ile głosów kto zdobył.
5.Mandaty poselskie mogą uzyskać tylko kandydaci tych partii, których listy wojewódzkie uzyskały co najmniej 5% głosów poparcia w skali całego kraju! Nie mają więc jakichkolwiek szans żadni "samotni strzelcy" ani żadne ugrupowania lokalne, bez względu na skalę ich poparcia. Można zdobyć nawet wszystkie głosy w swoim JOW, a i tak nic z tego!
6.Ile mandatów przypadnie danej partii, która przekroczyła próg wyborczy, o tym rozstrzyga metoda Sainte-Lague. Liczba wygranych wyborów w JOW nie ma tu znaczenia. Mandaty mają być przyznawane proporcjonalnie do liczby uzyskanych głosów. Jeśli jakaś partia zdobędzie więcej mandatów w JOW niż to wynika z proporcji, to niektóre z tych mandatów zostaną jej odebrane, a jeśli mniej, to zostaną dodane z listy partyjnej.

Ta propozycja PiS, którą autorzy sami nazywają "spersonalizowanym systemem proporcjonalnym", nie ma wiele wspólnego z postulatem JOW, zgłaszanym przez Ruch na rzecz JOW i całkowicie rozmija się z oczekiwaniami społecznymi.
Czego bowiem najbardziej nie lubią wyborcy polscy w obecnym systemie i przeciwko czemu najdobitniej protestują?
Bez wątpienia w oczach Polaków największą wadą obecnej ordynacji jest jej niezrozumiałość. Przeciętny Polak nie widzi żadnego związku z oddanym przez niego głosem i wynikami wyborów. Zaledwie jeden na pięciu znajduje wśród parlamentarzystów kandydata, na którego oddał głos. W przytłaczającej większości są to ludzie nikomu nieznani, typowi "ludzie znikąd", którzy częstokroć uzyskali nie więcej niż ułamek promila głosów w swoim okręgu wyborczym. Jeszcze gorzej, kiedy są to ludzie już skompromitowani swoją działalnością parlamentarną, nikt na nich nie głosuje, a oni i tak przechodzą w kolejnych wyborach. W takiej sytuacji, oczywiście, nie może być mowy o odpowiedzialności posła przed swoimi wyborcami. Projekt PiS-u tej wady nie usuwa, przeciwnie, jeszcze ją pogłębia. Do tej pory wyborcy przynajmniej mogli zaznaczyć swoje preferencje, ponieważ z list partyjnych wchodzili do Sejmu kandydaci w kolejności zdobytych głosów i czasem się zdarzało, że mandat uzyskiwał ktoś z dalszego miejsca na liście. Według projektu PiS tak już nie będzie: o kolejności przyznawania mandatów z listy partyjnej decydować będzie partia, a nie wyborcy.
Projekt nie usuwa żadnej z wad dotychczasowych ordynacji: (1) podobnie jak wszystkie inne gwałci nasze bierne prawo wyborcze, uniemożliwiając zdobycie mandatu obywatelom niezrzeszonym w duże partie polityczne; (2) nadając przywileje partiom, gwałci zasadę równości; (3) komplikując dodatkowo procedurę rozdziału mandatów, będzie pogłębiać frustrację i niechęć wyborców do udziału w tych procedurach; (4) zapisana w Konstytucji zasada powszechności wyborów do Sejmu zostaje sprowadzona do fikcji; (5) ordynacja ta jest tak samo, a może nawet jeszcze bardziej korupcjogenna niż obecna. Upartyjnienie państwa tylko się pogłębi.
Co chcą osiągnąć twórcy tego pomysłu i dlaczego podrzucają nam tego potworka? Otóż daje on szansę wzmocnienia wyniku partyjnego, poprzez wyeliminowanie konkurencji pomiędzy kandydatami z tej samej listy partyjnej. Obecnie jest tak, że kandydaci z tej samej listy starają się zdobyć jak najwięcej głosów i wypaść lepiej od swoich partyjnych rywali. Muszą więc siebie ukazywać wyborcom w lepszym świetle, a swoich kolegów partyjnych w gorszym. Tracą na tym wszyscy i traci partia, bo taka konkurencja jest często gorsząca i zniechęca wyborców do oddawania głosów na jej listę. W efekcie wynik ogólny jest gorszy i jest to jedna z przyczyn, dla której żadna partia nie jest w stanie zdobyć większości mandatów Sejmie. Pan Ludwik Dorn i jego koledzy doszli do wniosku, że w ten sposób wzmocnią swoją partię i polepszą jej wynik wyborczy.
Można mieć wątpliwości czy ten makiaweliczny pomysł przyniesie powodzenie? Niewątpliwe jest natomiast co innego: wprowadzenie go w życie i to pod szyldem "jednomandatowych okręgów wyborczych" ostatecznie zniechęci Polaków do prób naprawiania państwa poprzez odpowiednią reformę prawa wyborczego. Do tej pory nasi prawodawcy raczyli nas średnio jedną nową ordynacją wyborczą na kadencję. Wszystkie one były na jedno kopyto i dlatego propozycja JOW budzi nadzieję na rzeczywistą zmianę i prawdziwą naprawę państwa. Wprowadzenie takich pseudo-JOW, jakie proponuje PiS, będzie tak mocnym ciosem zadanym w tę ideę, że może trzeba będzie pokoleń, aby sprawa mogła odżyć. I być może to jest właśnie główna "zaleta" tego projektu.

Jerzy Przystawa

Wrocław, 13 marca 2006

  • Prof. Jerzy Przystawa był w kadencji 1990 - 1998 radnym rady miejskiej Wrocławia, startował w wyborach do Senatu Rzeczypospolitej Polskiej przeprowadzonych w dniu 21 września 1997 r.
    Od kilkunastu lat jest jednym z liderów Ruchu Obywatelskiego na rzecz JOW.

    Publicystyka prof. Jerzego Przystawy na ASME.


    Witryna ASME Antysocjalistycznego Mazowsza jest najstarszym serwisem w Sieci - oprócz witryny tematycznej JOW - propagującym ideę JOW

    Komentarz (0)

    Tow. Leszek Balcerowicz - dobroczyńca tak wielu... Wysłane wtorek, 14, marca 2006 przez Krzysztof Pawlak

    W końcu lat 80 ub. wieku i na przełomie ostatniej dekady dla przyszłego "regionu polskiego UE" został opracowany "plan Sachsa" dla "przemiany gospodarczej PRL", zwany później od jego głównego wykonawcy "planem Balcerowicza", byłego wykładowcy Działu Polityczno-Gospodarczego w Instytucie. Podstawowych Problemów Marksizmu-Leninizmu przy KC PZPR.
    Obecnie mamy do czynienia w Polsce z sytuacją, że sektor bankowy w gospodarce jest pod kontrolą w 80% przez podmioty zagraniczne, o czym pisze w dzisiejszym wydaniu dziennika "Rzeczpospolita", informując, że jest to niespotykana nigdzie indziej na świecie zależność, znany socjalista ideowy Ryszard Bugaj, a więc człowiek, którego można by w jak najmniejszym stopniu podejrzewać o ciągoty liberalne w dziedzinie gospodarczej, dodając przy tym, że z tzw. prywatyzacji budżet państwa uzyskał właściwie ochłapy. Czyli - banki miotu PRL-owskiego zostały niemal rozdane. Działo się to pod nadzorem wcześniej Hanny Gronkiewicz-Waltz (dzisiejsza kandydatka na prezydentkę m.st. Warszawy z ramienia Platforrmy Obywatelskiej), później tow. Leszka Balcerowicza; dzieje się tak do dzisiaj, co uświadamia tzw. opinii, za przeproszeniem, "publicznej" głośny od kilku dni konflikt o wymuszoną przez uprzednie paneuropejskie połączenie banków UniCredito oraz HVB fuzję banków "polskich" PeKaO SA i BPH, co doprowadziłoby do powstania najpotężniejszej na rynku "polskiego regionu UE" instytucji finansowej.
    Tow. Leszek Balcerowicz doprowadził do konfliktu na arenie Komisji Nadzoru Bankowego, usuwając z posiedzenia tegoż ciała przedstawiciela obecnego rządu Cezarego Mecha, jak wyjaśniał - nie dowierzając Mu, że zachowa bezstronność w swych decyzjach. Tow. Bugaj stwierdza ze smutkiem egzystencjalnym, że "Banki zagraniczne nie dokonały przełomu efektywnościowego, transferują dużą część dywidendy (szczególnie PKO SA). Polscy menedżerowie są na dużą skalę - formalnie lub de facto - odsuwani od zarządzania. A co najważniejsze, coraz częstsze są sygnały, że w polityce kredytowej kierują się globalnymi wytycznymi, ignorując interesy lokalnych przedsiębiorstw. Balcerowicz nie podjął żadnych działań zmierzających do ochrony krajowego sektora bankowego, a niektóre decyzje NBP (np. operacja - skądinąd celowa - redukcji rezerw obowiązkowych) sprzyjały interesom zagranicznych banków".
    Jednym słowem - banki "polskie" pozostające pod nadzorem właścicielskim podmiotów zagranicznych, nie kierują się interesami polskich przedsiębiorstw, preferując zapewne działania międzynarodowych podmiotów gospodarczych, zwanych korporacjami, które traktują polski rynek głównie jako zdobyczne pole do zbytu dóbr materialnych wyprodukowanych gdzie indziej. To przykład planistyki wyższego rzędu, trzeba wierzyć, że nie poddanej ideologicznym warunkom jak było to w czasach feudalizmu RWPG-owskiego rodem z Moskwy, tylko posługującego się wytycznymi i założeniami efektywności gospodarczej, tak hołubionymi przez zwolenników wolnego rynku. Trzeba wierzyć również, że w toku "przemian gospodarczych" dziejących się na naszych oczach tylko kalkulacja ekonomiczna ma wpływ na podejmowanie, dotykających wielkie rzesze konsumentów i producentów, decyzji w wielkich, ponadnarodowych korporacjach, nie zaś prymitywna, nieetyczna działalność korupcyjna, wymierzona w "ikony przemian wolnorynkowych", które również rozgrywają się na naszych, trochę już załzawionych ze zdumienia oczach. Chciałoby się także wierzyć, że nie mają w nich zastosowania i udziału osoby i osobistości z przyczyn obiektywnych posiadające większą od przeciętnej wiedzę o mechanizmach gospodarczych, jak na przykład funkcjonariusze SS poszczególnych państw. Wiara ta przychodzi jednak z trudem.

    Dzisiejsze wydanie Dziennika "Nasz Dziennik" przynosi zapewne frapujące "sektor bankowy" i "międzynarodową opinię finansową" informacje o znanych od lat więzach na najwyższych i jednocześnie najbardziej wpływowych na stosunki gospodarcze stanowiskach urzędniczych w obecnej PRL-bis:
    "Prezes NBP, przewodniczący Komisji Nadzoru Bankowego Leszek Balcerowicz zasiada w radzie fundacji CASE, którą sponsoruje Pekao SA - bank należący do UniCredito Italiano, będący jednym z sześciu sponsorów statutowych fundacji CASE. Szefową CASE jest żona szefa Komisji Nadzoru Bankowego - Ewa Balcerowicz. W radzie fundacji znajdziemy też nazwisko Rafała Antczaka, twórcy programu wyborczego PO, a dokładniej - koncepcji podatku liniowego. Wśród współpracowników fundacji figuruje Ryszard Petru - główny ekonomista banku BPH. W radzie naukowej jest Jeffrey Sachs, projektodawca polskiej transformacji. (...)
    CASE - Centrum Analiz Społeczno-Ekonomicznych, fundacja naukowa - zostało założone w 1991 roku. Jest prywatną, niekomercyjną instytucją, prowadzącą badania w zakresie transformacji i integracji europejskiej oraz gospodarki światowej. Jak zaznacza na swoich stronach, nie mogłoby istnieć bez sponsorów i mecenasów. Oprócz Pekao SA fundację sponsorują Rabobank Polska SA, BRE Bank SA, ING BŚ SA, a także grupa Commercial Union i Fortis Bank Polska SA. Oprócz stałego wsparcia CASE korzysta także z grantów ufundowanych m.in. przez ComputerLand, Polkomtel, Komisję Europejską, Bank Światowy, Fundację Stefana Batorego, Fundację Humboldta, Fundację Adenauera. Wśród sponsorów figurują także PBK (który w 2001 r. połączony został z BPH) oraz CA IB, większościowy udziałowiec UniCredito, którego szefem na Polskę jest Alicja Kornasiewicz, bliska współpracownica Balcerowicza i przyjaciółka jego żony, rekomendowana przez niego na stanowisko wiceministra skarbu w rządzie AW"S" - UW. Kornasiewicz szefuje też radzie nadzorczej BPH.
    Ze sprawozdania finansowego CASE wynika, że w 2004 r. za ekspertyzy fundacji dziesiątki tysięcy złotych płacił m. in. NBP, którego prezesem jest Balcerowicz. Płaciły także MEN i UKIE. CASE posiada ok. 5 mln zł kapitału ulokowanego w różnych bankach, w tym 1,9 mln zł w CA IB u pani Kornasiewicz. (...)".

    Dla zorientowania się we wszelkich możliwych wpływach na bezstronność wszelkich możliwych stron w tym konflikcie, dobrze byłoby poświęcić kilka chwil na rozważenie pytania, czy nie jest trochę zastanawiające, że tow. Balcerowicz jest zanurzony po szyję w organizacji sponsorowanej przez firmę, której miejsce na rynku bankowym zależy od arbitralnej decyzji miedzy innymi Leszka Balcerowicza? Także, skoro jednym z naczelnych haseł ugrupowania PiS była walka z agenturą SS PRL, przenikającą wiele dziedzin i stanowisk gospodarczych obecnej PRL-bis, dobrze byłoby sięgnąć w kierunku z lekka odstającym, choć równie ważnym gospodarczo i kuzynim, bo znowu z sektora bankowości. A było o tym cicho przez cały czas nieustannego korowodu rządów socjalistów pobożnych i bezbożnych.
    Taki przykład BRE Bank SA (tego, który dofinansowuje fundację CASE żony obecnego szefa NBP Leszka Balcerowicza) jest równie ciekawy. Warto zapytać publicznie, czy na liście zasobów archiwalnych IPN figurują m.in. nazwiska:
    1. Krzysztofa Szwarca (takie samo jak pierwszego prezesa BRE);
    2. Wojciecha Kostrzewy (takie samo jak kolejnego prezesa BRE, który na rynku kapitałowym słynął z tego, że był protegowanym L. Balcerowicza - który po powrocie Kostrzewy z "gościnnych występów w RFN" w 1990 r. powierzył mu funkcję prezesa nowo utworzonego państwowego Polskiego Banku Rozwoju SA, mimo, że Kostrzewa NIGDY wcześniej w banku nie pracował, a m.in. z J. Kulczykiem o mały włos nie doprowadził do upadłości tego banku.) Smaku sprawie dodaje pewnie przypadkowy fakt, iż dyr. biura zarządu PBR SA był późniejszy szef ABW - Andrzej Barcikowski. Kostrzewa był jedynym prezesem banku przesłuchiwanym przez komisję śledczą ds. PKN "Orlen". Dziś, po ucieczce z BRE, W. Kostrzewa jest prezesem koncernu medialnego ITI, należącego m.in. do Jana Wejcherta (to nazwisko też jest na liście IPN).
    3. Sławomira Lachowskiego (takie samo jak obecnego prezesa BRE, szkolonego za granicą w latach 80.).
    4. Jana Kulczyka (takie samo jak byłego członka RN BRE, czołowego "kapitalisty politycznego" w Polsce, syna oficera Misji Wojskowej PRL w berlinie Zachodnim, który mu "pożyczył pierwszy milion na rozkręcenie biznesu", tam gdzie Kostrzewa, tam Kulczyk i na odwrót).
    5. Mieczysława Groszka (takie samo jak byłego wiceprezesa PBR i BRE, obecnego prezesa BRE Leasing).
    6. Bogusława Grabowskiego (takie samo jak byłego prezes PTE Skarbiec-Emerytura S.A., obecnie prezesa Skarbiec Asset Management Holding, byłego prezesa Petrobank SA [1993-97] należącego m.in. do CPN, byłego członka RPP, który w 2000 r. w zaskakujących okolicznościach nagle zrezygnował z ubiegania się o posadę premiera).
    7. Barbary Błaszczyk (takie samo jak członkini Rady Nadzorczej PTE Skarbie-Emerytura, pracowniczki fundacji CASE)?

    Jeśli dodać, iż za rządów Kostrzewy członkami Rady Nadzorczej BRE Bank byli także: Sławomir Wiatr (przyznał się do współpracy z SB, współpracownik kilku interesów "wiedeńskich", zapoznanych z przesłuchań przed sejmową komisją ds. afery Orlenu pp. Kuny czy "śmiejącego się oficera" Żagla, także - pułkownika SS PRL Kaźmierczaka) czy Gromosław Czempiński (jest członkiem RN do dziś, agent wywiadu PRL-owskiego) - to rysuje się nam całkiem ciekawy obraz innego wzorcowego "banku" III RP.

    Chciałoby się wierzyć w zapewnienia ugrupowania PiS o likwidacji wpływu agentury SS PRL na wiele dziedzin życia społeczno-gospodarczego "polskiego regionu UE", do którego stręczyli Polaków także przedstawiciele Prawa i Sprawiedliwości...
    Była komisja śledcza ds. "afery Miller-Rywin-Michnik", była komisja śledcza ds. "afery Orlenu", była komisja Śledcza ds. "afery PZU" - te dziś ponownie i chyba celowo lekceważone przez media instytucje życia politycznego "polskiego regionu UE" dały wiele do myślenia jego wyborcom, w wyniku czego, mimo usilnych działań "frontu medialno-sondażowego", to nie Platforma Obywatelska zdobyła większość głosów w ostatnich wyborach parlamentarnych i prezydenckich.
    Trwają działania prokuratorskie w sprawie "afery paliwowej", w którą po usmarowane mazią naftową uszy zanurzeni są funkcjonariusze "wiejscy", a których działalność trwa od momentu zagarnięcia Banku Handlowego SA rodowi finansowemu Kronenbergów w latach 40. ubiegłego wieku, którego wysokim funkcjonariuszem był śp. tata Jana Marii Władysława z osławionej platformy..., którego wysokim funkcjonariuszem był tow. Andrzej Olechowski, TW "MUST", do dziś zasiadający w Radzie Nadzorczej PKN "Orlen", o czym przypomina przy okazji pismo "Głos" Antoniego Macierewicza, w swym podsumowaniu krótkiego spięcia o ministra "Energetyczny coup d'etat"...

    Banki, nadzorcy bankowi... Środki energii, nadzorcy rozlewu środków energii... I interesy polskie w Azji Środkowej, i interesy polskie na Bliskim Wschodzie... Od niepamiętnych już - dla wielu - czasów!

    Krzysztof Pawlak


    Komentarz (0)

    IV RP: Jeszcze socjalizm czy już komunizm? - Wojciech Popiela Wysłane wtorek, 14, marca 2006 przez Krzysztof Pawlak

    W czasie wizyty w Polsce dwukrotnego premiera Estonii, będącej nieodległym dowodem na praktyczność i skuteczność rozwiązań wolnościowych w gospodarce, przygniatającą większością głosów koalicja socjalistyczna złożona z posłów SLD, PiS, LPR, PSL, Samoobrony, pojedynczych przedstawicieli PO i nie zrzeszonych przyjęła 10 marca 2006 ustawę "o informowaniu pracowników i przeprowadzaniu z nimi konsultacji".

    Prawo uchwalone przez tę koalicję wychodzi naprzeciw zawartym w "Programie przejściowym" oczekiwaniom wice-Lenina, Lwa Dawidowicza Trockiego wyrażonym jeszcze w roku 1938 i zgodne jest z zaleceniami socjalistycznej UE. W jaskrawym świetle stawia też ono łże-deklaracje polityków PiS i LPR o ciągotach w stronę thatcheryzmu czy reaganomiki.

    Ustawa, za którą głosowało niemal 300 zaczadzonych komunizmem posłów, zmusza pracodawców mających pecha zatrudniać ponad 50 osób do powoływania, informowania i w określonych przypadkach opłacania Rad Pracowników. Pasożytnictwo to uprawiać mogą przede wszystkim związki zawodowe, ale także ogół zatrudnionych. Pasożytów "radzących" nie można zwolnić, nie można też obniżyć im pensji, trzeba im - zgodnie z ustawą - także płacić za to, że nie pracują. Rada Pracowników "ustala" z pracodawcą m.in. "zasady ponoszenia kosztów związanych z wykonywaniem niezbędnych ekspertyz" itp., itd. Kadencja pasożytów trwać ma cztery lata. Po trzech latach mogą bezkarnie ujawniać tajemnice firmy, w których posiadanie weszli. Pracodawca, "właściciel", który nie zgodzi się na komunizm w swoim zakładzie pracy może, zgodnie z ustawą, trafić do więzienia.

    Lew Dawidowicz Trocki: "Strategiczne zadanie Czwartej Międzynarodówki nie polega na reformowaniu kapitalizmu a na jego obaleniu. (…) Czwarta Międzynarodówka wysuwa system żądań przejściowych, których sens polega na tym, że wszystkie one bardziej otwarcie i zdecydowanie skierowane są przeciwko samym podstawom burżuazyjnego ustroju. (…) Liberalny kapitalizm, oparty na konkurencji i wolności handlu, to już tylko przeszłość. (…) Konieczność »kontroli« nad gospodarką, państwowego »kierownictwa« nad przemysłem i »planowania« uznają obecnie - w każdym razie werbalnie - prawie wszystkie nurty burżuazyjnej i drobnomieszczańskiej myśli, od faszyzmu do socjaldemokracji. (…) Zniszczenie »tajemnicy handlowej« jest pierwszym krokiem do rzeczywistej kontroli nad przemysłem. Robotnicy mają nie mniejsze niż kapitaliści prawo znać »tajemnice« przedsiębiorstwa, trustu, gałęzi przemysłu. (…) O ile zniesienie tajemnicy handlowej jest niezbędnym warunkiem robotniczej kontroli, to kontrola jest pierwszym krokiem na drodze socjalistycznego kierowania gospodarką.

    Sejm IV RP: Art. 13. 1. Pracodawca przekazuje radzie pracowników informacje dotyczące: 1) działalności i sytuacji ekonomicznej pracodawcy oraz przewidywanych w tym zakresie zmian; 2) stanu, struktury i przewidywanych zmian zatrudnienia oraz działań mających na celu utrzymanie poziomu zatrudnienia; 3) działań, które mogą powodować istotne zmiany w organizacji pracy lub podstawach zatrudnienia. (…) Obowiązek nieujawniania uzyskanych informacji obowiązuje również po zaprzestaniu pełnienia funkcji, lecz nie dłużej niż przez okres 3 lat. (…) W przypadku uznania, że zastrzeżenie poufności informacji lub ich nieudostępnienie jest niezgodne z przepisami ust. 1 lub 2, rada pracowników może wystąpić do sądu rejonowego - sądu gospodarczego z wnioskiem o zwolnienie z obowiązku zachowania poufności informacji lub o nakazanie udostępnienia informacji lub przeprowadzenia konsultacji.

    Trocki: "Dla złamania oporu wyzyskiwaczy potrzeba presji proletariatu. Komitety zakładowe - i tylko one - mogą przeprowadzić rzeczywistą kontrolę nad produkcją, przyciągając - w charakterze konsultantów, a nie »technokratów« - uczciwych i oddanych ludowi specjalistów - rachmistrzów, inżynierów, naukowców i in.".

    Sejm IV RP: Art. 5. 1. Rada pracowników ustala z pracodawcą: zasady ponoszenia kosztów związanych z wykonywaniem niezbędnych ekspertyz w przypadku rady pracowników powoływanej w sposób określony w art. 4 ust. 1 i 3. 2. Rada pracowników może ustalić z pracodawcą w szczególności: 2) zasady pokrywania kosztów związanych z pomocą osób posiadających specjalistyczną wiedzę, z której korzysta rada pracowników; Art. 15. Przy wykonywaniu zadań rada pracowników może korzystać z pomocy osób posiadających specjalistyczną wiedzę.

    Trocki: "Walka z bezrobociem jest nie do pomyślenia zwłaszcza bez szerokiej i śmiałej organizacji robót publicznych. Ale roboty publiczne tylko w tym wypadku mogą mieć długotrwałe i postępowe znaczenie zarówno dla społeczeństwa‚ jak i dla samych bezrobotnych, jeśli stanowią one część ogólnego planu, obliczonego na szereg lat. W ramach takiego planu robotnicy mogą żądać wznowienia na koszt społeczny pracy w prywatnych przedsiębiorstwach, zamkniętych w następstwie kryzysu. Kontrola robotnicza zmieni się w takich wypadkach w bezpośrednie robotnicze zarządzanie. Wypracowanie choćby najbardziej elementarnego gospodarczego planu - pod kątem potrzeb ludzi pracy, a nie wyzyskiwaczy - nie jest do pomyślenia bez robotniczej kontroli, bez wejrzenia robotniczym okiem we wszystkie jawne i ukryte sprężyny kapitalistycznej gospodarki. Komitety poszczególnych przedsiębiorstw winny na odpowiednich konferencjach wybrać komitety trustów, gałęzi przemysłu, gospodarczych regionów, w końcu - całego przemysłu narodowego w całości. W ten sposób robotnicza kontrola stanie się szkołą gospodarki planowej. W oparciu o doświadczenie kontroli proletariat przygotuje się do bezpośredniego zarządzania znacjonalizowanym przemysłem, gdy wybije tego godzina.
    Tym kapitalistom, przeważnie drobnym i średnim, którzy sami niekiedy proponują otwarcie przed robotnikami swych buchalteryjnych ksiąg - robotnicy odpowiadają, że nie interesuje ich księgowość poszczególnych bankrutów czy półbankrutów, lecz księgowość wszystkich wyzyskiwaczy".

    Sejm IV RP: Art. 1. 2. Przepisy ustawy stosuje się do pracodawców wykonujących działalność gospodarczą zatrudniających co najmniej 50 pracowników. 3. Przepisów ustawy dotyczących zasad wyboru rady pracowników i ochrony jej członków nie stosuje się do: 1) przedsiębiorstw państwowych, w których tworzony jest samorząd załogi przedsiębiorstwa; (…) Art. 3. 1. W skład rady pracowników wchodzi u pracodawcy zatrudniającego: 1) od 50 do 250 pracowników - 3 pracowników; 2) od 251 do 500 pracowników - 5 pracowników; 3) powyżej 500 pracowników - 7 pracowników. 2. Każda z organizacji związkowych ma prawo wyboru nie mniej niż jednego członka rady pracowników. 3. W przypadku gdy liczba organizacji związkowych jest większa niż liczba członków rady pracowników, o której mowa w ust. 1, każdej z organizacji związkowych przysługuje prawo wyboru jednego członka rady pracowników. 4. Organizacje związkowe mogą ustalić odmienne od określonych w ust. 2 i 3 zasady reprezentacji w radzie pracowników.

    Trocki: "Komitety zakładowe, jak już powiedziano, są elementem dwuwładzy w zakładzie. (…) Dwuwładza jest z kolei punktem kulminacyjnym okresu przejściowego. (…) Starcie między nimi jest nieuchronne. (…) W razie zwycięstwa - władza rad, tj. dyktatura proletariatu i socjalistyczna przebudowa społeczeństwa".

    Tli się jeszcze nadzieja, że Senat czy Pan Prezydent odrzucą ten komunistyczny gniot, poparty ochoczo przez SLD. A ponieważ na usta cisną się wyrażenia nieparlamentarne, pozostaje - zwracając się do niektórych, uważanych dotąd za oddalonych od socjalizmu posłów głosujących "za" - zapytać: Jak Wam, Szanowni Posłowie, nie wstyd tak się kompromitować?!!

    Wojciech Popiela


    Komentarz (0)

    Onyszkiewicz za fołksfrontem - Stanisław Michalkiewicz Wysłane poniedziałek, 13, marca 2006 przez Krzysztof Pawlak

    "On revient toujours a son premiere amour" - mówią wymowni Francuzi, co się wykłada, że zawsze wraca się do pierwszej miłości. Tak się akurat złożyło, że powrót ze Szwajcarii b. prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego zbiegł się w czasie ze zjazdem Partii Demokratycznej, który na nowego przewodniczącego wybrał Janusza Onyszkiewicza. Zbieżność ta była zapewne przypadkowa, ale nie byłoby niczego dziwnego, gdyby nie jedna rzecz, ponieważ jedną z pierwszych deklaracji nowego przywódcy demokratów był zamiar wzięcia udziału w budowaniu szerokiej politycznej formacji "od PO po SLD", która ma stanąć "w obronie demokracji". Tak uzasadniony historyczny kompromis "Chamów" z " Żydami" mieści się w formule fołksfrontu, jakie na polecenie Kominternu, czyli Józefa Stalina, powstawały w latach 30.
    Stalin akurat przeprowadzał kolektywizację, która pochłonęła co najmniej 11 mln ofiar. Nie przeszkadzało to jednak pożytecznym idiotom upatrywać właśnie w jego osobie obrońcy wolności i demokracji. Trudno to zrozumieć, bez wyjaśnienia roli żydowskiej diaspory, która już wtedy zaczynała nadawać ton "międzynarodowym" mediom. Otóż kolektywizacja, jako element postępowego "poprawiania świata", była ulubionym pomysłem żydokomuny nie tylko na robienie głupim gojom wody z mózgu, ale i receptą na dobry fart w praktyce. Naftali Aronowicz Frenkiel, twórca systemu "kotłów" w "GUŁag-u mawiał, że "z więźnia musimy wycisnąć wszystko w pierwsze trzy miesiące, potem nic nam po nim". Więc jedni "wyciskali", a inni sprzedawali "wyciśnięte" za granicę, korzystając z pomocy sieci obrotnych compatriotes. Nie było to, ma się rozumieć, bezinteresowne i pewnie była to jedna z przyczyn, dla których GUŁag zawsze był ekonomicznie deficytowy. Anna Applebaum bardzo przekonująco pisze o tym w swej książce "GUŁAG", więc nie wypada zaprzeczać. No to dlaczego "międzynarodowa prasa" nie miała uważać Józefa Stalina za głównego obrońcę wolności i demokracji oraz stręczyć pożytecznym idiotom fołksfronty? Dzisiaj większość naszych politycznych i innych elit jeszcze nie zdecydowała, czy wysługiwać się Żydom, czy Niemcom i z tego powodu pomysł, żeby kierować się interesem polskim - wydaje się im zagrożeniem samych podstaw demokracji. Zresztą, powiedzmy sobie szczerze, nie wiadomo, czy po Anschlussie nie są to już marzenia ściętej głowy, bo ramy "polskiego interesu" wyznacza z jednej strony strategiczne partnerstwo rosyjsko-niemieckie, a z drugiej - zobowiązania amerykańskich polityków wobec holokaustowej industrii.
    Tymczasem w polityce najważniejsze jest przygotowanie alternatywy. Okazało się, że Platforma Obywatelska, nawet wsparta siłami razwiedki i przy pełnej mobilizacji całej agentury, taką alternatywą nie jest. Z drugiej strony, również i PiS bardzo prędko natknął się na barierę niemożności. Wygląda na to, że zapanowała sytuacja patowa; Platforma nie może obalić PiS-u, ale i PiS nie bardzo może dokonać zapowiadanego przełomu, nawet przy założeniu, że naprawdę go chciał. Toteż do Szwajcarii wybrał się był z sekretną misją były minister spraw wewnętrznych Ryszard Kalisz. Podobno chodziło to, by Aleksander Kwaśniewski stanął na czele odnowionej Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, która pod inna oczywiście nazwą, przejmie w Polsce władzę i z ramienia Unii Europejskiej będzie administrowała prywiślińską marchią, w jaka stopniowo zamieni się Polska w następstwie strategicznego partnerstwa rosyjsko-niemieckiego. Aleksander Kwaśniewski na takiego administratora nadaje się jak najbardziej; "można zeń wszystko zrobić i w każdą formę ulepić", więc i w tę również. Chodzi więc tylko o stworzenie odpowiednio szerokiego politycznego zaplecza i tu formuła fołksfrontu może okazać się prawdziwym darem Niebios. Trzeba tylko wykazać, że zagrożona jest demokracja, ale to dla razwiedki, dysponującej agenturą nie tylko w mediach, ale i innych ośrodkach opiniotwórczych, jest już zadaniem łatwym. Pożytecznych idiotów, spośród których sporo jest przecież na pensji z gadzinowego funduszu, długo nie trzeba będzie namawiać, zwłaszcza gdy w odpowiednim momencie głos zabiorą autorytety moralne. Jeśli nawet jakimś cudem dotychczasowe miałyby jakieś wątpliwości, to jest dostatecznie dużo czasu, by ponadymać nowe.
    Czyż można wyobrazić sobie większą radość? Oto prof. Geremek, "drogi Bronisław", po 40 latach znowu na łonie Partii Przewodniczki! Doprawdy, większa radość może być już tylko z okazji znalezienia się na łonie Abrahama. Pan przewodniczący Onyszkiewicz podobno rozprowadzał w kuluarach zjazdu Partii Demokratycznej książkę opisującą dzieje swego rodu. "Dziś bardzo u partyjnych w modzie jest pleść koszałki o swym rodzie" - pokpiwał wprawdzie Janusz Szpotański, ale tym razem sprawa wydaje się jak najbardziej poważna. Szlachta polska i jerozolimska wraz z bolszewikami i "prawdziwymi" socjalistami z Unii Pracy, przystąpią do budowania eurokołchozu dla tubylców.

    Stanisław Michalkiewicz

    Publicystyka Stanisława Michalkiewicza na ASME i nagrania TV ASME


    Komentarz (0)

    Ośle-pienie i zaślepienie - Krzysztof Mazur Wysłane niedziela, 12, marca 2006 przez Krzysztof Pawlak

    W czwartkowy wieczór 2 marca tuż po wieczornym wydaniu telewizyjnych "Wiadomości" prognozę pogody dla kierowców podawał redaktor Kret, który zaświecił telewidzom w oczy lampą studyjną w celu zademonstrowania efektu oślepienia słonecznego, któremu możemy ulec podczas prowadzenia pojazdów samochodowych. Redaktor Kret słynie z niekonwencjonalnego sposobu przepowiadania warunków atmosferycznych, więc nie byłoby w tym jego przedstawieniu niczego zaskakującego, gdyby nie komentarz towarzyszący wspomnianemu doświadczeniu. Otóż sympatyczny prowadzący zaapelował do kierowców o dalsze włączanie świateł mijania w dzień, gdyż - cytuję z pamięci - "wprawdzie przepisy prawa tego nie nakazują, ale nakazuje to zdrowy rozsądek".

    Zapewne w sposób niezamierzony pan redaktor dołączył tym samym do coraz liczniejszego grona osób nawołujących do "obywatelskiego nieposłuszeństwa" i to oczywiście nie poprzez fakt włączania świateł, gdyż przepisy, mimo że tego nie nakazują - to również nie zakazują, ale poprzez niedwuznaczną sugestię, że obowiązujące przepisy są po prostu sprzeczne ze zdrowym rozsądkiem. Tymczasem już następnego dnia "Życie Warszawy" zamieściło dość obszerną informację na ten sam temat, której myślą przewodnią była wypowiedź dr.Sławomira Gołębiewskiego zatrudnionego do niedawna w Instytucie Transportu Samochodowego, który stwierdził, iż badania jakie prowadził, nie potwierdziły związku pomiędzy jazdą "na światłach" w zimie a mniejszą liczbą wypadków. Pewne jest tylko, ze włączone światła powodują większe zużycie paliwa co może kosztować wszystkich kierowców bagatela jakieś 200 mln zł. rocznie. Oczywiście póki co większą popularnością wśród decydentów politycznych cieszą się wypowiedzi "fachowców" udowadniających konieczność wydłużenia roku "świetlnego", dlatego zapewne kwestia ta przycichnie, a za kilkanaście dni jakiś inny fachowiec - jak co roku zresztą - zacznie nam udowadniać, ile nasze państwo zaoszczędzi na zastosowaniu się do rozporządzenia Leszka Millera z 2004 r. w sprawie zarządzenia czasu letniego wyznaczającego urzędową datę tego przejścia w tym roku na 26 dzień marca. Dyskusje na ten temat ucichną jeszcze szybciej, gdyż na 1 kwietnia nasz gazowy monopolista zapowiedział kolejną dużą podwyżkę cen gazu, przy czym znowu wystąpią eksperci wykazujący, że winą za ten stan rzeczy ponosi pazerny rosyjski Gazprom, tylko nikt nie wyjaśni biednemu przeciętnemu "homo-sovieticus", dlaczego pazernemu Gazpromowi PGNiG ma płacić 170 dolarów za tysiąc metr sześć. gazu a od gospodarstw domowych żąda za taką samą ilość tego paliwa ponad 400 dolarów.

    Niezależność inwigilowana

    Trudno wymagać, by politycy opcji rządzącej - zajęci tak ważną sprawą jak likwidacja WSI, ustalaniem, kto na czyje zlecenie działa czy zapewnieniem nam niezależności energetycznej - byli jeszcze w stanie zauważyć, że na nasze codzienne życie oraz na to w jaki sposób postrzegamy rzeczywistość wpływa właśnie dziesiątki zdarzeń, takich chociażby jak opisane powyżej. Zdarzenia te są skutkiem obowiązującego ustawodawstwa, a owo ustawodawstwo wynika z określonej koncepcji ustrojowej, którą wyznawali i nadal wyznaje zdecydowana większość rodzimej klasy politycznej. Wspomnianą zasadą jest interwencjonizm i etatyzm. Masowe społeczeństwo tak przyzwyczaiło się do rozmaitych nonsensów wymyślonych przez "ekspertów" i następnie przekutych na ustawy, że obecnie krytyka tych nonsensów uchodzi za zachowanie ekscentryczne, a z większą powagą zawsze śledzi się wywody tej osoby, która proponuje jeszcze większe zaostrzenie kryteriów ustawowych, czyli demonstruje znikome zaufanie do rozsądku tych osób, których zachowania wyznaczają ramy tych przepisów.
    W "GW" z 16 lutego br. można było przeczytać notatkę o postępach zniewolenia na świecie, która rozpoczynała się od informacji, że "firma City Watcher.com jako pierwsza w USA zaczęła wszczepiać swoim pracownikom czipy zezwalające na dostęp do zastrzeżonych pomieszczeń. Do tej pory takie urządzenia wszczepiano psom i pracownikom prokuratury w Meksyku". Nie wiadomo, czy martwić się postępami metod inwigilacji, czy śmiać z równorzędnej pozycji psów i prokuratorów w Meksyku, faktem pozostaje, że takie informacje stają się już powoli coraz powszechniejsze i mało kto zastanawia się nad tym, czy w ogóle tak można postępować - tylko w jakim zakresie jeszcze można.
    Patrząc na pieskie położenie meksykańskich prokuratorów, oburzenie rodzimego środowiska prawniczego na wypowiedzi ministra Ziobro i posła Gosiewskiego wydaje się cokolwiek przesadzone, z drugiej strony koncepcja prezesa Kaczyńskiego dotycząca uniezależnienia dziennikarzy od ich pracodawców może dawać do myślenia tym, którzy poczytują niektóre wypowiedzi liderów partii rządzącej za dobrą monetę. Wypada przy tej okazji zauważyć, że prezydium PiS-u zakazuje posłom RP należącym do klubu tej partii publicznych wypowiedzi, których wymowa różniłaby się od stanowiska tegoż prezydium, ale zarazem prezes tego prezydium chciałby, aby redakcja zatrudniała dziennikarza, który głosiłby inne poglądy niż stanowi linia tegoż pisma. Dlaczego więc w imię pluralizmu i wolności mediów od razu nie zadekretować, że "Trybuna" powinna przyjąć na etat jakiegoś żurnalistę z "Naszego Dziennika", a redaktor Sakiewicz miałby obowiązek zapewnić stały felieton Piotrowi Wierzbickiemu? Wszak nie tylko Gauden zwolnił Wildsteina, ale i miła rządowi "Gazeta Polska" pozbyła się części swoich redaktorów.

    Za kasę waszą i naszą

    A skoro już o zaślepieniu na szczytach władzy, to rząd wstrzymał do 8 marca podwyższenie kapitału Stoczni Gdynia, które miało kosztować podatników, bagatela, 100 mln zł, gdyż… nie i jeszcze raz nie! Tym, którzy już myśleli, że rząd złapał się za swoją przepastną kieszeń, mając na uwadze "tanie państwo": otóż dekapitalizowanie wstrzymano, gdyż ktoś tam pomyślał sobie, że 100 mln zł stoczni nie zda się na wiele, dlatego też należałoby dołożyć do interesu ok. 250 mln zł! Dużym wysiłkiem dobrej woli można jeszcze zrozumieć, że jakiś socjalista wierzy w skuteczność państwowych przedsiębiorstw i ich podtrzymywanie, ale trudno zrozumieć strategię polegającą na ładowaniu ćwierci miliarda złotych złotych w jedną firmę zatrudniającą ok. 5 tys. osób, skoro tymi samymi pieniędzmi można poratować 50 firm zatrudniających po 100 osób. Z pewnością przynajmniej część z tych miejsc pracy zostałoby utrzymana, a istnieje duża szansa, że za jakiś czas w stoczni "znowu zrobi się gorąco". Oczywiście faktycznie wygląda to tak, że rząd najpierw pozbawić pieniędzy tych 50, 500 lub 5 tysięcy firm, by później ich pieniądze przeznaczyć na ratowanie stoczni, ale dla rodzimych decydentów jest to już zbyt trudne do zrozumienia i może lepiej takiej porażającej wiedzy nie serwować im od razu w całości.
    A że przykład idzie z góry - dlatego też regionalny, gorlicki dodatek "Dziennika Polskiego" przyniósł informację, że tylko 170 osób z upadłego "Glimaru" zarejestrowało się w "pośredniaku", ale nie dlatego, że pozostali znaleźli zatrudnienie - tylko że "nadal przebywają na zwolnieniach lekarskich wypisanych jeszcze przed ogłoszeniem upadłości" przedsiębiorstwa. Wiadomość ta pozostała bez komentarza, a przecież jej zasadniczym przekazem jest podanie takiej nowej jednostki chorobowej, że już niedługo taki pracownik zapytany, na co choruje, może odpowiedzieć "na upadłość". Lekarze wypisują zwolnienia chorobowe, pseudopacjenci udają, że chorują, nikt tym razem nie goni lekarzy w kamasze, nikt nikogo nie straszy Mariuszem Kamińskim ani jego nieprzekupnymi z CBA, a przecież problem nie tylko w tym, że kradną i oszukują członkowie grup trzymających władze, problem w tym, że dla wielu niektóre rzeczy przestały być nagannymi. Ale jak im to wypomnieć, skoro są to nasi wielmożni wyborcy i suwereni?
    Kto ma im to zresztą wypomnieć, skoro wybrańcy myślą podobnie? Dla przykładu, gdy po wyborze Stanisława Kozłowskiego do rady nadzorczej Zakładów Chemicznych "Police" okazało się, że stoi to w opozycji do jego członkostwa w wojewódzkim zarządzie w PiS, to natychmiast, jak podała "GW" z 28.02.06, oświadczył on, że "nie ma problemu, rezygnuję z zasiadania w zarządzie partii". Jak łatwo się domyślić, jego wcześniejsze zaangażowanie w kierowanie partią miało wyłącznie ideowe przesłanki. Gdyby okazało się, że większość lokalnych prezydiów ma takich ideowców, to niedługo PiS-owi może zabraknąć kandydatów do kierowania partią.

    Krzysztof Mazur

    Publicystyka Krzysztofa Mazura na ASME


    Komentarz (0)

    UPRzejmy punkt widzenia (9) - Wojciech Popiela Wysłane sobota, 11, marca 2006 przez Krzysztof Pawlak

    "Czy podtrzymuje Pan swoje stanowisko z początku ubiegłego roku, że LPR powinna iść w kierunku thatcheryzmu? - Dokładnie właśnie ku temu zmierzamy" - powiedział pan Roman Giertych w ostatnim wywiadzie.
    Spójrzmy na propozycje ustaw i uchwał produkcji LPR zmierzających w stronę thatcheryzmu: Projekt uchwały w sprawie spółek Skarbu Państwa - projekt nie dotyczy bynajmniej ich likwidacji tylko umacniania. Projekt ustawy o korzystaniu z nieruchomości do celów związanych z narciarstwem - zmuszający właścicieli do niekorzystnego udostępniania własnego majątku osobom chcącym czerpać korzyści z wyciągów i tras narciarskich. Projekt nowelizacji ustawy o zawodzie tłumacza przysięgłego, który w istocie sankcjonuje zasadę tworzenia list "cechowych", przedłużając jedynie termin wpisu na listę. Ustawa o zmianie ustawy "Kodeks Pracy". Ustawa ta nie przywraca swobody umów, wprowadza jedynie koszty, 500 mln, na realizację "thatcherowskich" pomysłów... Pokryte mają być z oszczędności. Na becikowym i senioralnym?

    Druga Ustawa o zmianie ustawy "Kodeks Pracy" to czysty powiew wolności w duchu thatcheryzmu. Łaskawcy z LPR chcą, by pracować można tj. aby "święta państwowe i szabat były dla człowieka" w następujących przypadkach pracy za wynagrodzeniem: 1) w razie konieczności prowadzenia akcji ratowniczej w celu ochrony życia lub zdrowia ludzkiego, ochrony mienia lub środowiska albo usunięcia awarii, 2) w ruchu ciągłym, 3) przy pracy zmianowej, 4) w grupowej organizacji pracy, 5) przy usuwaniu awarii, 6) w transporcie i w komunikacji, 7) w zakładowych strażach pożarnych i w zakładowych służbach ratowniczych, 8) przy pilnowaniu mienia lub ochronie osób, 9) w hodowli i w rolnictwie, 10) w pogotowiach naprawczych, zwłaszcza w pogotowiu elektrycznym, gazowym, wodno-kanalizacyjnym i w pomocy drogowej, 11) w zakładach opieki zdrowotnej i innych placówkach służby zdrowia przeznaczonych dla osób, których stan zdrowia wymaga całodobowych lub całodziennych świadczeń zdrowotnych, 12) w aptekach, 13) w zakładach komunalnych, 14) w zakładach hotelarskich, 15) w gastronomii, 16) w domach pomocy społecznej oraz placówkach opiekuńczo-wychowawczych, zapewniających całodobową opiekę, 17) w zakładach prowadzących działalność w zakresie kultury, oświaty, upowszechniania czytelnictwa i kolportażu prasy oraz sportu, turystyki i wypoczynku, 18) w stacjach benzynowych, 19) podczas jednorazowych targów, kiermaszy i wystaw, 20) w sklepach sprzedających wyłącznie żywność oraz artykuły pierwszej potrzeby, zatrudniających nie więcej niż 5 pracowników". Kto określi pierwszą potrzebę? Rzecznik Pierwszej Potrzeby, o którego stołek opłacany przez nas stoczona będzie kolejna bitwa? Dlaczego właściciel dający pracę aż 6 osobom ma mieć zakaz? Kogo ma zwolnić by łaska pańska nań spłynęła? Czy w święto pracy 1 maja, może sam sprzedawać mimo, że zatrudnia więcej niż 5 pracowników?

    Projekt ustawy o powołaniu Narodowego Ośrodka Badań Opinii Publicznej. Kolejne państwowe posady "à la Thatcher"? Wszystko rzekomo po to, by nie było manipulacji w kampanii. Czy jednak po ostatnich wyborach prezydenckich ktokolwiek normalny wierzy jeszcze jakimkolwiek ośrodkom "badania" opinii? Przy okazji: czy nie lepiej znieść przepis o "ciszy wyborczej"? W dniu wyborów bezczelni kłamcy będą się bardziej bali kłamać zbyt ostentacyjnie; wieczorem wyniki. W piątek jeszcze mogą. Pamięć ludzka jest krótka.
    Projekt LPR dot. zmiany ustawy o dopłatach do ubezpieczeń upraw rolnych i zwierząt gospodarskich. Dotacje z kieszeni podatników objąć mają także "owoce miękkie". W uzasadnieniu czytamy: "W pierwszym okresie wdrażania systemu dopłaty do składek ubezpieczenia zwierząt i upraw roślinnych wyniosą łącznie ok. 50 mln zł. Wydatki na ten cel zostaną ustalone w budżecie ministra właściwego do spraw rolnictwa. Biorąc pod uwagę wysokość podanej kwoty rozszerzenie dopłat o uprawy owoców miękkich nie powinno stanowić zbyt dużego obciążenia dla budżetu państwa". Pomysły pozostałych partii parlamentarnych nie odbiegają zbytnio od "thatcherowskiego" dążenia do ideału prezentowanego przez posłów LPR.

    Jak pokazuje aktualna wizyta w Polsce - z nieznanych powodów przemilczana przez media wolne, niezawisłe i gotowe informować o wszystkim spragnione prawdy społeczeństwo - dwukrotnego premiera Estonii, pana M. Laara, zaproszonego przez Polsko-Amerykańską Fundację na rzecz Badań i Edukacji Ekonomicznej, słowo liberalizm, w tym gospodarczy, samo w sobie stało się w Polsce oskarżeniem mimo, iż w wydanej z tej okazji książce "Estoński cud" widać jak wolnościowe rozwiązania pomogły Estonii odrzucić sowiecki bagaż i sprawić, że przeciętny Estończyk jest już o połowę bogatszy od Polaka. LPR i sam pan premier z PiS powołują się na panią premier Thatcher. Czyżby przyszedł czas na obrzydzenie Polakom "thatcheryzmu"? Pozostaje nadzieja, że przynajmniej to - pośród pasma sukcesów rządu i stabilizatorów - się nie uda.

    Nie można jednak wykluczyć i wypada uprzejmie założyć, że zarówno LPR jak i pan premier bardzo chcą "thatcheryzmu", tylko nie bardzo wiedzą jak się do tego zabrać. Podpowiedzią służy (podaję za mpp.org.pl ) pan Premier M. Laar: "Najbardziej podstawowa i istotna zmiana musi zaistnieć w umysłach ludzi. W erze socjalizmu ludzie nie byli przyzwyczajeni do samodzielnego myślenia, wykazywania inicjatywy czy też podejmowania ryzyka. Trzeba było nimi wstrząsnąć, aby wyrwać ich z iluzji powszechnej w krajach postkomunistycznych, że ktoś przyjdzie i rozwiąże za nich problemy. Trzeba było zdynamizować ludzi, wprawić ich w ruch, zmusić ich do podejmowania decyzji i brania odpowiedzialności za swoje decyzje. Aby osiągnąć te zmiany, musieliśmy ludzi obudzić. Po pierwsze, należało wesprzeć konkurencję. W 1992 r. Estonia zniosła wszystkie cła importowe i stała się jedną wielką strefą wolnego handlu. Zagraniczna konkurencja zmusiła krajowe firmy do zmiany i restrukturyzacji produkcji. W tym samym czasie Estonia wstrzymała wszelkie subsydia, pomoc i tanie pożyczki dla przedsiębiorstw, pozostawiając im dwa wyjścia: upaść lub zacząć działać efektywnie. Nieoczekiwanie, wiele z nich wybrało drugie rozwiązanie. Jednocześnie musieliśmy zapewnić, że ten kto więcej pracuje i więcej zarabia nie będzie za to ukarany. Wprowadzono radykalną reformę podatków, która obniżyła drastycznie poziom podatków oraz wprowadzono płaską, proporcjonalną stawkę podatku dochodowego. Płaska stopa podatkowa była ważną częścią estońskiego sukcesu. Jest ona prosta w zastosowaniu i łatwo ją kontrolować. Jedynymi przegranymi tejże reformy podatkowej byli doradcy podatkowi. Zlikwidowaliśmy podatek dochodowy dla firm, który jest reinwestowany w krajową gospodarkę. Decyzja ta była bezprecedensowa na skalę światową. Reinwestowane zyski nie są obłożone podatkami ponieważ, według naszej opinii są to pieniądze, które tworzą dodatkową wartość w gospodarce, są tym czego Estonia bardzo potrzebuje."

    Szanowny Panie Premierze, Szanowny Panie Pośle - nie traćcie bezpowrotnie naszego, Waszych Rodaków, czasu! Setki tysięcy młodych ludzi uciekło w ostatnim czasie z Polski! I - Panie Premierze - nie ma co cieszyć się z tego do kamer. Tak Pan rządzi, że Pańscy obywatele masowo wyjeżdżają z naszego kraju, odbierając wcześniej wykształcenie opłacane przez wszystkich podatników... Zamiast becikowych, senioralnych i innych modyfikacji socjalistycznych rozwiązań finansowanych przez nas, podatników skopiujcie choć pomysły, które dały sukces Estonii. Potomni będą Wam stawiać pomniki.

    Na koniec jeszcze ostrzeżenie i przesłanie autorstwa pana Laara, z pewnością nie przerastające możliwości Panów, wzniesienia się ponad ambicje i partyjne interesiki życia na koszt podatników:
    "Mogę to Wam powiedzieć: nie będziecie zbyt popularni, prowadząc taką politykę. Rząd, który podejmuje takie kroki, może się stać bardzo niepopularny i upaść. Ale nie to jest ważne. Ważniejsze jest to, że Wasz kraj zmienia się nie do poznania. Patrząc wstecz, można będzie kiedyś powiedzieć: to była ciężka praca, ale ktoś musiał ją wykonać. Pociąg, który uruchomiliście jedzie i nie można go zatrzymać, i to właśnie jest jedyna rzecz która ma znaczenie.
    Naśladowcy Roalda Reagana i Margaret Thatcher stracili władzę w wielu krajach na świecie. (...) Konserwatywne rządy przegrywały wielokrotnie; ale ich idee, wartości i marzenia odniosły zwycięstwo. Jest bardzo ważne, by mieć marzenia i czynić właściwe rzeczy. Widzimy świat, który zmienia się przed naszymi oczami. Wielu jest ludzi na świecie, którzy wątpią w to, iż jednostka może go zmienić. Jedyną odpowiedzią na tego typu myśli są słowa wypowiedziane przez Roberta Krieble do malkontentów, którzy wątpili w niego przy każdych trudnościach i stali na drodze jego wizji rzeczy wielkich, którą to wizją jest i powinno być: "Tak, potrafimy to zrobić!".

    Wojciech Popiela


    Komentarz (0)

    Bracia Kaczyńscy swoje robią, pomaga im Zyta Gilowska, a nawet paradoksalnie - Leszek Balcerowicz - Łukasz Perzyna o nowych "okolicznościach przyrody" przejętego przez PiS od koalicyjnej Samoobrony hasła "Balcerowicz musi odejść!" Wysłane sobota, 11, marca 2006 przez Krzysztof Pawlak

    | Pobierz |







    Bracia Kaczyńscy swoje robią, pomaga im Zyta Gilowska, a nawet paradoksalnie - Leszek Balcerowicz - Łukasz Perzyna o nowych "okolicznościach przyrody" przejętego przez PiS od koalicyjnej Samoobrony hasła "Balcerowicz musi odejść!" Wysłane sobota, 11, marca 2006 przez Krzysztof Pawlak

    "»Prezes NBP nie jest królem« - powiedział to nie Lepper, nie Giertych, nie Kropiwnicki, ale Zyta Gilowska, wicepremierka w rządzie PiS-owskim, pragnąca uchodzić za równie silną co tow. Balcerowicz (rodem z PZPR) strażniczkę skarbu państwa. Tego marzyciela o Nagrodzie Nobla w dziedzinie »nauki ekonomicznej« weryfikują w ostatnich dniach mijającego tygodnia wszyscy »stabilizanci« z mimo wszystko trwałej koalicji PiS-Samoobrona-LPR" - Łukasz Perzyna, publicysta "Tygodnika Solidarność" i naszej witryny ASME, analizuje doniosły problem zajmujący ostatnio wszystkie strony aktorskie sceny politycznej "polskiego regionu UE".

    Starcie na linii rząd - prezes Komisji Nadzoru Bankowego przy okazji fuzji banków Uni Credito i HVB przerodziło się w sąd nad wyjątkowo dobrze notowanym przez "zachodnią finansjerę", uważanym przez Zachód za stabilizanta interesów międzynarodowego kapitału, byłego wykładowcę Instytutu Podstawowych Problemów Marksizmu-Leninizmu przy KC PZPR. Warto pamiętać, że tow. Leszek Balcerowicz został prezesem NBP z nadania nieszczęsnej "prawicawej" AW"S", którą w drugiej połowie lat "kręcił jak ogon psem" - rozgrywała, jak chciała, zeszła już na szczęście na uwiąd starczy Unia Wolności.
    Kolejne genialne posuniecie Braci Kaczyńskich - Zytę Gilowską w ten sposób wypromować przed wyborami samorządowymi w niechętnym jednak PiS-owi rejonie stołecznym. Będzie w ten sposób mogła przyciągnąć trochę elektoratu platformersowego. A nawet gdyby nie wygrała w jesiennych szrankach - posłuży do tworzenia następnej partii centrowo-prawicowej, kiedy Bracia uznają, że "zderzak" Populizmu i Socjalizmu zużył się doszczętnie.
    Powiązany z "Opus Dei" Cezary Mech, doktoryzowany na hiszpańskim uniwersytecie Nawarry, i tak będzie w programie Braci K. sztandarowym guru środowiska "sanatorów" polskiej polityki...
    Wyczerpująca analiza przyszłości PiS, LPR i Samoobrony, przeprowadzona przez Łukasz Perzynę, ukazuje kulisy znaczących wydarzeń targających medialnie "scenę polityczną" od początku roku...

    Nagranie trwa ponad 12 minut i jest dostępne w Sieci do 25 III 2006 r. W Klubie
    TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




    Komentarz (0)

    Wykład o. Jacka Salija w Nowym Sączu - 14 marca 2006 Wysłane czwartek, 9, marca 2006 przez Krzysztof Pawlak

    Oddział Nowosądecki UPR zaprasza na wykład o. Jacka Salija OP na temat "Polityka a moralność". Wykład odbędzie się 14 marca (wtorek) 2006 r. o godz. 18.30 w Kaplicy Przemienienia Pańskiego przy ul. Duch Świętego 2 w Nowym Sączu.
    Imprezą towarzyszącą będzie Kiermasz Książki Prawicowej.

    Andrzej Paciej
    Prezes Oddziału Nowosądeckiego UPR


    Ojciec Jacek Salij urodził się 19 sierpnia 1942 w Budach na Wołyniu; jest dominikaninem, profesorem teologii, kierownikiem Katedry Teologii Dogmatycznej Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego, konsulatorem Sekcji Nauk Teologicznych w Komisji Nauki Wiary Konferencji Episkopatu Polski, członkiem polskiego PEN Clubu, stale współpracuje z miesięcznikiem "W drodze".
    O. Jacek Salij jest autorem licznych publikacji z dziedziny teologii i duchowości. M.in.: "Praca nad wiarą", "Ewangeliarz", "Świadkowie wiary", "Rozpacz pokonana",
    "Grzech, łaska, sakrament pojednania", "Listy szóste", "Tajemnice Biblii", "Zło, cierpienie, nadzieja", "Legendy dominikańskie", "Po co nam Kościół?", "Patriotyzm dzisiaj".


    Komentarz (0)

    Dni rządu premiera Marcinkiewicza są już policzone: sanacja morduje papugi - Stanisław Michalkiewicz o przyszłym Rządzie Ocalenia Narodowego Wysłane wtorek, 7, marca 2006 przez Krzysztof Pawlak

    | Pobierz |








    Komentarz (0)

    Dni rządu premiera Marcinkiewicza są już policzone: sanacja morduje papugi - Stanisław Michalkiewicz o przyszłym Rządzie Ocalenia Narodowego Wysłane wtorek, 7, marca 2006 przez Krzysztof Pawlak

    "Proszę Państwa, sytuacja jest już bardzo poważna, już przed wojną Gałczyński wszystko przewidział - napisał wiersz »Sanacja morduje papugi«. Teraz rząd nie tylko po cichu szykuje holokaust drobiowy, ale jeszcze ukrywa to przed społeczeństwem, o czym donoszą profesjonalni dziennikarze śledczy z »Gazety Wyborczej«. Rząd ukrywał fakt pojawienia sie »zarazy z Torunia« przez całe trzy dni, gdyby rządził premier Jan Maria Rokita, to byśmy o tych łabędziach dowiedzieli się w tej samej chwili, a gdyby rząd tworzyła koalicja SLD-PD »demokraci.pl« - to byśmy się o tym dowiedzieli z dwutygodniowym wyprzedzeniem" - Stanisław Michalkiewicz o nieomylnych znaklach "przygasania ognia" w koalicji spojonej Paktem Stabilizacyjnym.

    Sam marszałek Marek Jurek wyznał publicznie, że już żałuje, że doradzał samemu Prezydentowi, by utrzymać parlament przy życiu. Nikt się już nowych wyborów nie boi, Ministerstwo Bezpieczeństwa, tworzone przez PiS, przejdzie w ręce koalicji dotychczasowych sygnatariuszów Paktu Stabilizacyjnego plus PO-SLD-PD, zostanie utworzony Rząd Ocalenia Narodowego, na odsiecz przybędzie sam Olek "Disko" Kwaśniewski, w chwilę po tym, jak złoży zeznania na temat Laboratorium Frakcjonowania Osocza, o ile oczywiście znajdą się dokumenty "zaginione" jeszcze w czasach Urzędu Ochrony Państwa...

    Nagranie trwa 5 minut i jest dostępne w Sieci do 21 III 2006 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




    Komentarz (0)

    Zwykła mowa do zwykłych ludzi - Krzysztof Mazur Wysłane wtorek, 7, marca 2006 przez Krzysztof Pawlak

    Gorące dyskusje, jakie rozgorzały po sejmowym wystąpieniu Jarosława Kaczyńskiego, skłaniają do smutnej refleksji, że polskim życiem publicznym nadal rządzi pewien schemat myślenia i postępowania oparty w dużej mierze na tzw. wishful thinking. Lider PiS-u we wspomnianym wystąpieniu nie powiedział niczego, co nie byłoby wielokrotnie zapowiadane już wcześniej, z tym że koncentrując się głównie na nadbudowie politycznej i instytucjonalnej, wskazał na to co normalni ludzie dostrzegają w Polsce od lat i co było dotychczas skutecznie zagłuszane przez propagandę sukcesu kolejnych rządów.

    Każdy kto dostrzegał i dostrzega te patologie, nie mógł nie zauważać, że istnieje również silna koalicja obrony tego pseudodorobku ustrojowego, a w skład tej koalicji nieprzypadkowo wchodzą ugrupowania popezetpeerowskie, front antylustracyjny, beneficjanci grubej kreski, wspólnoty interesu materialnego i obyczajowego. Do tych ostatnich należą nie tylko grupy wywodzące się ze służb, polityki i biznesu, ale także różnego rodzaju korporacje broniące swoich zawodowych interesów kosztem pacjenta, klienta, konkurenta czy poczucia sprawiedliwości oraz lobby naciskające na te elementy polityki, które dotyczą zachowania ich uprzywilejowanej pozycji, także kosztem pogorszenia ogólnej konkurencyjności i dostępu do rynku.
    Ale z tego punktu widzenia wystąpienie Kaczyńskiego nie było ani specjalnie oryginalne, ani szczególnie porywające, wszak to co zostało powiedziane, nie różniło się specjalnie od tego, co było głoszone w czasie kampanii wyborczej, a nawet przez okres kadencji poprzedniego parlamentu. Ponadto postulaty, które głosi obecnie partia rządząca i które przypisuje się geniuszowi i profetycznym niemalże zdolnościom jej lidera, Unia Polityki Realnej głosi niemalże od momentu swojego powstania i to dla przykładu - nie Jarosław Kaczyński, ale wieloletni prezes taj partii w maju 1992 r. zgłosił pamiętną uchwałę lustracyjną. Jeżeli liderzy PiS-u, którzy zdołali zaliczyć już różne partie i to nie tylko ROP, PC i OKP w sejmie kontraktowym przywołują prześladowania i szykany, jakie spotykały ich ze strony "łże-elit", to tym bardziej powinni docenić konsekwencję konserwatywnych, tfu... liberałów, kwalifikowanych do dzisiaj przez te elity do egzotycznego polskiego zoo.

    Sielankowy mit założycielski

    Obecny rząd jak i wielu dawnych PeCetów chętnie odwołuje się do rządu Olszewskiego, mającego być symbolem pierwszej próby naprawy kraju, przy czym Kaczyński przyznaje, że rząd tamten "nie miał... całościowego, rozbudowanego programu". Nie przeszkadza mu to jednakże w bezdyskusyjnym stwierdzeniu, że "czas rządu Olszewskiego to czas, kiedy polska gospodarka po przeszło dwóch latach spadku zaczęła się znów rozwijać". Każdy kto ma jakie-takie pojęcie o funkcjonowaniu gospodarki, doskonale zdaje sobie sprawę, że wymierne skutki reform gospodarczych dają się zauważyć po upływie pewnego czasu. Milton Friedman optymistycznie szacował, że pierwsze efekty zdrowienia gospodarki będące skutkiem konkretnych posunięć rządowych występują po upływie ok. sześciu miesięcy w odróżnieniu od skutków negatywnych, które dają o sobie znać znacznie wcześniej. Trudno w związku z tym poważnie twierdzić, że rząd, który faktycznie sprawował władzę w oparciu o prowizorium budżetowe, podrzucone jeszcze przez poprzednią ekipę J. K. Bieleckiego (ustawa budżetowa na 1992 r. została przyjęta dopiero 5 czerwca, tj. dzień po obaleniu rządu Olszewskiego), zdołał samą swoją antykomunistyczną postawą doprowadzić gospodarkę do stanu przyśpieszonego rozwoju. Prawda wygląda zaś tak, że w styczniu 1992 jeszcze na skutek decyzji poprzedniego rządu wzrosły ceny energii, w lutym z rządu uciekł "monetarysta" Karol Lutkowski, w maju odfrunął jego następca o agenturalnej przeszłości, czyli Andrzej Olechowski, a przez następny miesiąc rząd z wakatem na stanowisku ministra finansów kontynuował politykę poprzedników w oparciu o przygotowane przez nich prowizorium budżetowe. O ile tzw. PKB w roku 1990 i 1991 był w stosunku do roku poprzedniego o ok. 7 proc. niższy, tak ta sama wielkość w pierwszym kwartale 1992 r. zmniejszyła się w stosunku do analogicznego okresu roku poprzedniego o ponad 8 proc. Wzrost rozpoczął się dopiero od drugiego kwartału 1992 r., kiedy to rząd Olszewskiego był praktycznie rozbijany przez bojówki Samoobrony i działania stronnictwa antylustracyjnego, i nie był w stanie przeforsować jakiejkolwiek znaczącej zmiany, no, chyba że za taką uznać wprowadzenie koncesji na handel paliwem. Sygnały, że koniunktura ulega poprawie, wystąpiły jednakże już w 1991 r., kiedy to spadek produkcji sprzedanej był trzykrotnie mniejszy niż rok wcześniej, a produkcja budowlano-montażowa wzrosła o 1 proc., podczas gdy jeszcze w 1990 r. spadek w tej branży wynosił ponad 11 proc. Gdyby przyjąć tok rozumowania Kaczyńskiego, to można udowodnić, że to co dobre w gospodarce w minionym szesnastoleciu zawdzięczamy głównie postkomunistom i ich przyzwoitkom z PSL-u, gdyż w latach 1994 - 1997 wzrost wynosił od 5,2 proc. do 7 proc., natomiast wzrost ten jeszcze tylko jeden raz był wyższy niż 5 proc. i zdarzyło się to w 2004 r. Nigdy natomiast za rządów prawicowych wzrost nie przekroczył wspomnianej, magicznej bariery 5 proc. i niewiele wskazuje, że będzie on naszym udziałem w 2006 r., pomimo że rząd Marcinkiewicza ma mieć jakoby "całościowy, rozbudowany program".

    ZCHN jak oliwa

    Analogii między rządem Olszewskiego a rządem Marcinkiewicza jest znacznie więcej niż chcieliby widzieć admiratorzy obecnej władzy. Otóż rząd obecny narodził się, podobnie jak rząd Olszewskiego, w dość dużych bólach i w gwarze kłótni personalno-partyjno-prezydenckich. O ile jednakże pod koniec 1991 r, Kaczyński musiał przekonywać posłów kilku rozproszonych partii, tak pod rządami ordynacji "z progiem" wystarczyło przekonać jedynie dwóch sojuszników. Tak jak ekipa Olszewskiego przejęła budżet rządu Bieleckiego, tak rząd obecny, pomimo usilnego odżegnywania się od poprzedników, ochrzcił pogański budżet Belki kilkoma populistycznymi autopoprawkami, dzięki czemu zły budżet stał się budżetem wprawdzie niedoskonałym, ale już dobrym. Pomimo kontynuacji balcerowiczowskiej polityki gospodarczej, rząd Olszewskiego, ówczesny premier i jego ministrowie często odwoływali się do retoryki socjalnej, a sam Olszewski tłumaczył, że "niewidzialna ręka rynku okazała się ręką aferzysty". Podobne niepotrzebne i nieuzasadnione deprecjonowanie rynku występuje w retoryce obecnego rządu, także Jarosław Kaczyński wskazując swoich obecnych przeciwników, tłumaczył posłom, że są to ci sami, którzy "składali oświadczenia, że można by w Polsce demokrację cokolwiek ograniczyć, bo trzeba przede wszystkim wprowadzać rynek". Wypowiedź ta jest z perspektywy minionych doświadczeń kuriozalna, gdyż trudno poważnie dowodzić, iż obecni najbardziej namiętni krytycy taktyki Kaczyńskich kiedykolwiek werbalnie i publicznie deklarowali się jako przeciwnicy demokracji czy zwolennicy jej ograniczania. Wprost przeciwnie, postkomuna z gorliwością neofity - a środowiska postudenckie z samej nazwy, całe minione szesnastolecie strawiły na przekonywaniu, że demokracja jest najwspanialszym z ustrojów, a jakakolwiek krytyka demokratycznych przekonań skazywała takich malkontentów na przemilczanie i medialną obstrukcję. Próżno w UD, UW, PO, a tym bardziej w SLD poszukiwać zwolenników Pinocheta, także kohabitacyjne koncepcje Dzielskiego z lat 80. jakoś nie znalazły szerszego posłuchu w tych partiach. Jedyną partią, która z dużą rezerwą podchodziła do dobrodziejstw demokratycznego ustroju, była UPR - ale trudno uznać, iż to jej zwolenników miał na myśli Kaczyński, mówiąc wcześniej, że "przy władzy byli w niemałej mierze ci, którzy dziś nas atakują", a którzy składali nieco później wiadome oświadczenia, jakoby "można by w Polsce demokrację cokolwiek ograniczyć, bo trzeba przede wszystkim wprowadzać rynek".
    Wydaje się, że największym podobieństwem obu porównywanych ekip jest mechanika współpracy stronnictw tworzących PiS oraz dynamika i charakter konfliktu z PO vel UW vel UD vel ROAD. O ile konflikty międzypartyjne są bardziej czytelne, zwłaszcza że ich bohaterami mimo upływu lat pozostają w gruncie rzeczy ci sami politycy, tak konflikty wewnętrzne są z reguły bardziej skrywane, ale to, że występują - jest tym bardziej oczywiste, im gorliwiej takie plotki są dementowane. Historyk Antoni Dudek, znany głównie ze swojej działalności w IPN-ie, opisując w "Pierwszych latach III Rzeczpospolitej" kulisy rządu Olszewskiego, zawarł także uwagę, iż "nasilać się zaczął konflikt między Olszewskim a Kaczyńskim. (...) Brak wzajemnego zaufania... stał się praźródłem kryzysu wewnętrznego koalicji rządowej". Jako jedną z głównych przyczyn nasilenia się owego konfliktu przytaczano spory personalne, podobne bardzo do obecnych sporów o obsadę ministerstw czy strategicznych stołków w spółkach, kontrolowanych przez rząd. Za rządu Olszewskiego "na zakulisowej walce Kaczyńskiego z Olszewskim najwięcej skorzystało - oczywiście poza zdeklarowanymi wrogami rządu - Zjednoczenie Chrześcijańsko-Narodowe, uzyskując niewspółmiernie duży wpływ na politykę Rady Ministrów".

    To se ne wrati?

    Jak wiadomo, premier Marcinkiewicz, wywodzący się z ZCHN-u, nie jest wbrew pozorom politycznym nowicjuszem, wszak polityką zajmował się od dawna, terminował na stołkach ministerialnych, w kancelarii premiera, w sejmowej komisji Skarbu Państwa, aż do pełnionej obecnie funkcji premiera, można rzec, że współtworzył oblicze III RP. Unikając drażniących władzę terminów, można delikatnie stwierdzić, że napięcie pomiędzy wierchuszką dawnego PC a premierem i jego stronnikami jest zauważalne. Wskazuje na to również konstruktywna krytyka rządu przez prezydenta, niezadowolonego z faktu, że "program wyborczy nie jest realizowany". Jak wiadomo, wkrótce po słynnym kryzysie rozwiązanym jakoby paragrafem 4a, lider LPR odpowiedzialnością za eskalację nastrojów obarczył określone stronnictwo w PiS-ie, niedwuznacznie wskazując, że jądro tego stronnictwa stanowią ludzie dawnego ZCHN-u z marszałkiem Jurkiem na czele. Zresztą marszałek Jurek wykorzystał pierwszą lepszą okazję na "odgryzienie się", wskazując na Giertycha, jako tego, któremu "nie podoba się, że pakt stabilizacyjny jest realizowany". Wskazuje to, że być może Giertych chcący czy niechcący - ale utrafił w czuły punkt podstarzałych "młodopolaków", które być może w przedterminowych wyborach widziało szansę na umocnienie swojej pozycji w PiS-ie.
    Nie ulega wątpliwości, że w środowisku zetchaenowców nastąpiła wymiana pokoleniowa, na scenę wkroczyli "uczniowie" Walendziaka, nowe pokolenie "pampersów" - bardziej otwarte na wolny rynek, bardziej pewne siebie, ale i bardziej wyrachowane, a zarazem skrępowane etatystyczną wizją Kaczyńskich i ich najbliższych współpracowników. Skrępowanie jest tym większe, że środowisko to zdaje sobie sprawę, iż wyborcze zwycięstwo PiS-u zostało osiągnięte na skutek odwołania się do retoryki socjalnej, a w głoszeniu tego typu haseł bardziej wiarygodni są Kaczyńscy, mający niewątpliwy atut w postaci urzędu prezydenta. Na taką superatę Jarosław Kaczyński nie mógł liczyć w pierwszej połowie 1992 r., stąd najpierw przegrał spór wewnętrzny z Olszewskim, a następnie Olszewski padł w zetknięciu z Belwederem i stronnictwem antylustracyjnym w sejmie. Stąd też dopóki trwa trójporozumienie, wydaje się, że realizowana będzie wizja przemian, proponowana przez Jarosława Kaczyńskiego, co być może zaowocuje kuracją "na przeczyszczenie" w zakresie służb specjalnych, ale opóźni konieczne zmiany w sferze gospodarczej.
    Oczywiście kuracja przeczyszczająca powiedzie się jedynie w przypadku, gdy przyzwolenie na nią wyrazi "czołowy stabilizator" w osobie Andrzeja Leppera, którego gwiazda szczęśliwie i zapewne nieprzypadkowo rozbłysła właśnie w okresie rządów Jana Olszewskiego. Wtedy to właśnie Lepper zinstytucjonalizował swój ruch i powołał bojówki, które w kwietniu 1992 r., przez dwa tygodnie okupowały gmach Ministerstwa Rolnictwa. Pacyfista Olszewski nie mógł ich stamtąd usunąć, dając pierwszy poważny dowód swojej słabości. Słabość ową wkrótce wykorzystał prezydent Wałęsa, zapraszając przywódcę buntowników na spotkanie i tym samym namaszczając Lepepra na orędownika "uciśnionych ofiar polityki Balcerowicza".
    Obecne żądania Leppera wydają się znacznie skromniejsze, wszak chodzi jedynie o aneks do czterech wiekopomnych reform administracyjnych w postaci księstwa koszalińskiego oraz zwolnienie paliwa rolniczego z akcyzy. Pomijając fakt, że po spełnieniu tego postulatu większość z nas chętnie przekwalifikuje się na rolników, należy zauważyć, że niektóre z fakultatywnych postulatów Samoobrony, np. powszechny zasiłek dla bezrobotnych, już dzisiaj wydają się nie do spełnienia, więc pretekst pod ewentualny rokosz zawsze się znajdzie.

    Złośliwi krytycy

    Póki co wydaje się zwyciężać koncepcja Jarosława Kaczyńskiego, szkoda tylko, że tak idealizowana przez lidera PIS-u demokracja sprawia, że sam nie sprawuje funkcji głowy państwa czy chociażby nie dzierży steru rządu, gdyż znacznie zwiększyłoby to czytelność przekazu nowej władzy oraz odebrało pole do popisu krytykom słusznie zwracającym uwagę na tworzenie nowych ośrodków władzy. Koncepcja Kaczyńskiego dotycząca oczyszczenia mechanizmu rządzenia jest ze wszech miar godna poparcia, niestety: nie jest to warunek wystarczający do tego, aby premiowani byli ludzie, którzy "przejawiają w gospodarce rzeczywistą, uczciwą inicjatywę i którzy potrafią gospodarować". To nie krytyka "pełna złej woli, złośliwości" i płynąca z "niedobrych intencji" jest powodem niekonsekwentnej diagnozy Kaczyńskiego dotyczącej przyczyn obecnego stanu rzeczy, nietrafionych podsumowań, jak i braku koncepcji dotyczącej zmiany ustroju gospodarczego. Kiedy dawny minister stanu w kancelarii Wałęsy wymienia winy III RP, mówiąc m.in., że "działania w sferze oświaty - no, ten bałagan, który tam został zrobiony w ciągu ostatnich lat, (...) w obecnej sytuacji tam już po prostu nikogo niczego nie da się nauczyć" - to jakby nie pamiętał, że jeszcze pół godziny wcześniej twierdził z tej samej mównicy, że "mamy do czynienia z ogromnym postępem w oświacie, to bodajże największy sukces III Rzeczypospolitej". Zasadniczymi sukcesami obecnego rządu jest to, że "sprawa głodnych dzieci" została "w końcu załatwiona", podobnie jak "sprawa matek, sprawa depopulacji", "urlopy", tzw. becikowe, pokazywanie "życzliwości", "biopaliwa, paliwa rolnicze, różnego rodzaju zwiększenia środków dla wsi". Nie dość, że żadna z wymienionych spraw nie załatwia nawet jednego procenta problemów wsi czy problemów depopulacji, to finansowa strony tych wydatków podpada pod zachowania, które w teorii wyborów publicznych nazywa się "moralnie wątpliwymi", pomimo niewątpliwe dobrych intencji, które im przyświecają.
    Jest jednakże pewien szczególny wyróżnik w exposé lidera rządzącego ugrupowania: a mianowicie powtarzające się kilka razy odwołanie do "zwykłych ludzi, zwykłych Polaków". Otrzymujemy więc zapewnienie, że "będzie w Polsce porządek, bo to jest w interesie zwykłych ludzi, zwykłych Polaków", "Prawo i Sprawiedliwość jest partią zwykłych Polaków i jesteśmy z tego dumni", oznacza to drogę do tego, by państwo polskie stało się "państwem polskich obywateli, państwem zwykłych Polaków". Do tego należy wyeliminować metody, które nie mają nic wspólnego ze "zwykłym rynkiem", gdyż celem partii zwykłych ludzi jest m.in. "budowa mieszkań dla zwykłych obywateli".
    Oby tylko nie skończyło się jak zwykle.

    Krzysztof Mazur

    Publicystyka Krzysztofa Mazura na ASME


    Komentarz (0)

    Ich wielki wróg - "Łupaszka" - Tadeusz M. Płużański Wysłane wtorek, 7, marca 2006 przez Krzysztof Pawlak

    Posłowie PiS z sejmowej Komisji Kultury i Środków Przekazu przygotowali projekt uchwały, który spotkał się z ostrym atakiem postkomunistycznej lewicy. Projekt stwierdza na wstępie: "Pięćdziesiąt pięć lat temu, 8 lutego 1951 roku, zamordowany został w komunistycznym więzieniu major Zygmunt Szendzielarz »Łupaszka«. Żołnierz do końca wierny Niepodległej Polsce, za swoją służbę dwukrotnie odznaczony orderem Virtuti Militari". Prawo i Sprawiedliwość chciało w ten sposób uczcić pamięć jednego z najlepszych dowódców z okresu niemieckiej okupacji i powojennej, antysowieckiej konspiracji. Do dziś - w pewnych środowiskach - żołnierza wyklętego.

    16 lutego br., dzień po dyskusji w komisji kultury, postkomunistyczna "Trybuna" na czołówce opublikowała artykuł pod znamiennym tytułem: "Ich krwawy idol". Czytamy w nim m.in.: "Dlaczego Sejm ma czcić grupę żołnierzy, którzy wprawdzie byli patriotami, ale prezentowali archaiczną politykę, zgubną dla kraju? - pytał poseł SLD Piotr Gadzinowski podczas sejmowych prac nad uchwałą z okazji 55. rocznicy śmierci Zygmunta Szendzielarza "Łupaszki". "Nie zawracaj dupy! Nie czytaj mi takich bzdur!" - krzyczał na posła Sojuszu Jerzy Fedorowicz (PO).
    Poseł rzucał mięsem na swojego kolegę z Sojuszu za krytykę działalności jednej z najbardziej kontrowersyjnych postaci poakowskiego podziemia, słynnego dowódcy "brygady śmierci", którego śmierć chcą uczcić posłowie PiS-u. I to specjalną uchwałą sejmową. Gadzinowski wytykał politykom prawicy niekonsekwencję - dlaczego wywyższają człowieka, który czynnie zwalczał dążenia niepodległościowe Litwinów, Białorusinów i Ukraińców, skoro dziś tak zażarcie walczą o niezależność naszych wschodnich sąsiadów? Argumentował, że to nie Szendzielarz obalił porządek jałtański, ale wstąpienie Polski i Litwy do UE oraz europejskie aspiracje Ukrainy.
    "Łupaszka" ma ponadto na swoim koncie śmierć ok. 200 milicjantów, żołnierzy LWP, członków PPR, funkcjonariuszy UB i NKWD, których często rozstrzeliwał po wzięciu do niewoli. W historii Szendzielarza niejasne są okoliczności aresztowania go w 1944 r. przez Niemców, a wkrótce potem uwolnienie. Niektórzy dowódcy AK twierdzili, że Łupaszka poszedł na współpracę z okupantem, powojenni autorzy pisali wręcz, że Szendzielarz kolaborował, godząc się w zamian za uwolnienie na walkę z wojskami radzieckimi i polskimi. Faktem jest natomiast, że dowódca "brygady śmierci" odmówił uczestnictwa w opracowanej przez dowództwo AK operacji "Ostra Brama" - szturmie na pozycje niemieckie w Wilnie i równolegle z oddziałami hitlerowskimi wycofał się na zachód". Tyle "Trybuna". Niżej prostujemy niedopowiedzenia i kłamstwa postkomunistów.

    POŻYWKA DLA PROPAGANDY

    Zygmunt Szendzielarz pochodził z Wileńszczyzny. Urodził się w 1910 r. w Stryju (potem rodzina przeniosła się do Wilna). Wojaczki uczył się w szkole Podchorążych Piechoty w Ostrowi Mazowieckiej, a później w Szkole Podchorążych Kawalerii w Grudziądzu, po ukończeniu której trafił do 4. pułku Ułanów Zaniemeńskich. We wrześniu 1939 r. pułk wszedł w skład Północnego Zgrupowania Odwodowej Armii "Prusy", a następnie Grupy Operacyjnej gen. Andersa. Por. Zygmunt Szendzielarz dowodził 2. szwadronem. Po wrześniowej klęsce wstąpił do Związku Walki Zbrojnej, aby organizować konspirację na Wileńszczyźnie.
    W 1943 r., przybierając pseudonim "Łupaszka", Szendzielarz został dowódcą pierwszego polskiego oddziału partyzanckiego na Wileńszczyźnie, który przekształcił się w V Wileńską Brygadę Armii Krajowej. Wkrótce, dzięki dowódcy, stała się najliczniejszą i najsilniejszą brygadą na Wileńszczyźnie.
    W rocznicowym projekcie uchwały Sejmu czytamy: "W latach 1943 - 1944 V Wileńska Brygada Armii Krajowej stoczyła kilkadziesiąt bitew. Oddział majora »Łupaszki« prowadził krwawe walki z wojskami hitlerowskimi, z pozostającymi w służbie III Rzeszy formacjami litewskimi oraz z sowiecką partyzantką terroryzującą Polaków. W czasie tych działań Zygmunt Szendzielarz zdobył sobie zaszczytną opinię znakomitego dowódcy, a V Brygada w uznaniu poniesionych ofiar zyskała miano »Brygady Śmierci«".
    W uznaniu zasług, w styczniu 1944 r., Komendant Okręgu Wileńskiego AK, płk Aleksander Krzyżanowski, ps. Wilk, odznaczył Zygmunta Szendzielarza Krzyżem Walecznych.
    Z ramienia Komendy Okręgu Szendzielarz uczestniczył w rozmowach z Niemcami. W PRL-u dało to asumpt różnym pseudo-historykom i pismakom do oskarżeń "Łupaszki" o kolaborację. Takie poglądy głosili również niektórzy emigracyjni publicyści. Fakty przedstawiają się jednak inaczej. Na początku kwietnia 1944 r. Szendzielarz został przypadkowo aresztowany przez Litwinów, którzy przekazali go Niemcom. Ci zaproponowali mu zawieszenie broni w zamian za współpracę w walce przeciwko sowieckiej partyzantce. "Łupaszka" odmówił, zasłaniając się brakiem kompetencji. W końcu Niemcy zwolnili go, aby - jak się przypuszcza - nie zamykać sobie drogi do rozmów z Komendą Okręgu.
    Teraz kolejna sprawa, która dała pożywkę komunistycznej propagandzie. Zarzut: dezercja i zdrada.
    "Brygada Śmierci" nie wzięła bowiem udziału w Operacji "Ostra Brama", której założeniem było wyzwolenie Wilna przez oddziały AK. Postawę "Łupaszki" tłumaczy się dwojako. Przede wszystkim brakiem zaufania do Sowietów i sojuszy z nimi. Niektórzy badacze dodają do tego powody logistyczne - w chwili wkroczenia Armii Czerwonej na Wileńszczyznę jego oddział, zgodnie z rozkazami gen. "Wilka", miał opuścić te tereny. Potem rozkazy zmieniły się i po prostu nie zdążył powrócić na czas w rejon Wilna. Dzięki temu uniknął rozbrojenia i internowania przez Sowietów, co spotkało większość oficerów i żołnierzy Wileńskiego Okręgu AK.

    NIE JESTEŚMY BANDĄ

    Projekt uchwały Sejmu: "Oddziały utworzone przez majora "Łupaszkę" przeprowadziły w latach 1945 - 1952 około 450 akcji zbrojnych. W jednostkach podległych majorowi "Łupaszce" panowała wzorowa dyscyplina. Zwalczały one nie tyko komunistyczny aparat bezpieczeństwa, ale także chroniły ludność przed pospolitymi bandytami".
    Mimo rozkazu o demobilizacji Zygmunt Szendzielarz postanowił pozostać w konspiracji i dalej walczyć z Sowietami i służącymi im Polakami. Awansowany do stopnia majora, odtworzył 5., a następnie 6. Wileńskie Brygady. Walczył od Podlasia, poprzez Białostocczyznę, Warmię i Mazury do Pomorza. Jednego dnia walczył w Borach Tucholskich, drugiego w okolicach Jeziora Śniardwy. Likwidował przede wszystkim komunistycznych agentów i członków PPR. Szacuje się, że w latach 1945 - 1948 oddziały "Łupaszki" rozbiły około 60 posterunków MO, kilka placówek UBP i posterunków SOK, a także kilkanaście placówek Armii Czerwonej. Zlikwidowano około 200 funkcjonariuszy i oficerów NKWD, UBP, MO i Armii Czerwonej. Za głowę jednego z największych wrogów NKWD wyznaczyła wysoką nagrodę.
    "Łupaszka" prowadził także akcję propagandową, która polegała na redagowaniu, powielaniu i rozprowadzaniu ulotek o treści antykomunistycznej. Oto fragment jego ulotki z marca 1946 r.: "(...) Nie jesteśmy żadną bandą, tak jak nas nazywają zdrajcy i wyrodni synowie naszej ojczyzny. My jesteśmy z miast i wiosek polskich. (...) My chcemy, by Polska była rządzona przez Polaków oddanych sprawie i wybranych przez cały Naród, a ludzi takich mamy, którzy i słowa głośno nie mogą powiedzieć, bo UB wraz z kliką oficerów sowieckich czuwa. Dlatego też wypowiedzieliśmy walkę na śmierć lub życie tym, którzy za pieniądze, ordery lub stanowiska z rąk sowieckich, mordują najlepszych Polaków domagających się wolności i sprawiedliwości".

    GODNOŚĆ DO KOŃCA

    Najprawdopodobniej w grudniu 1946 r. mjr Szendzielarz dostał od ministra bezpieczeństwa publicznego Stanisława Radkiewicza list, w którym ten nakłaniał "Łupaszkę" do rozwiązania oddziałów, w zamian za swobodne opuszczenie Polski. List pozostał bez odpowiedzi. Również później - szczególnie na początku 1947 r. - wobec zbliżania się wyborów do Sejmu, UB próbował nawiązać kontakt z Szendzielarzem i nakłonić go do złożenia broni. Oddział "Łupaszki" był już wówczas za słaby, aby prowadzić otwartą wojnę z nowym okupantem. Tylko od czasu do czasu prowadzono akcje zaczepne i odwetowe. Pod koniec marca Szendzielarz zwolnił część swoich podkomendnych, przez co brygada stopniała do ok. 40 ludzi. Ostatecznie, po rozmowach ze swoimi podkomendnymi, m.in. z Lechem Beynarem ps. Nowina (późniejszy publicysta i historyk Paweł Jasienica; ten oficer BiP Okręgu Wileńskiego AK do oddziału "Łupaszki" dołączył pod koniec 1944 r.; w marcu 1968 r. Władysław Gomułka oskarżył go o liczne morderstwa na zlecenie "Łupaszki") zaprzestał czynnej walki zbrojnej i postanowił powrócić do cywilnego życia. Szendzielarz najpierw przeniósł się na Śląsk, a później do Zakopanego. Przez cały czas utrzymywał przez łączników kontakt z 6. Brygadą, informował o sytuacji w kraju i rozkazach płynących z komendy Okręgu Wileńskiego AK.

    Projekt uchwały Sejmu: "Przeciwko partyzantom majora »Łupaszki« zmobilizowano duże siły NKWD, UB, KBW i MO. Major Zygmunt Szendzielarz »Łupaszka« został aresztowany w czerwcu 1948 roku, a następnie skazany na osiemnastokrotną karę śmierci. W śledztwie zachował godną postawę. O łaskę nie poprosił. Wieczorem 8 lutego 1951 roku został stracony w więzieniu mokotowskim. Miejsce jego pochówku jest nieznane".
    W czerwcu 1948 r. UB rozpracował i rozbił Okręg Wileński AK. "Łupaszkę" aresztowano 30 czerwca w Osielcu pod Zakopanem i od razu przewieziono do aresztu śledczego na Rakowieckiej w Warszawie. Bohaterski major spędził tam 2,5 roku życia. W listopadzie 1950 r., przed Wojskowym Sądem Rejonowym w Warszawie, rozpoczął się proces byłych członków Okręgu Wileńskiego AK. Składowi sędziowskiemu przewodniczył były AK-owiec, a potem wyjątkowo dyspozycyjny wobec komunistów, a przez to krwawy stalinowski sędzia - mjr Mieczysław Widaj. Wszyscy oskarżeni, oprócz kobiet, dostali wyroki śmierci.

    DOBRZE ZASŁUŻYLI SIĘ OJCZYŹNIE

    Poniewieranie pamięci majora Szendzielarza trwało przez cały PRL. Inaczej było jedynie na emigracji. Prawdę o nim publikowały m.in. paryskie "Zeszyty Historyczne". W 1988 r. prezydent Polski na Uchodźstwie w uznaniu wybitnych czynów w czasie wojny nadał majorowi Szendzielarzowi Krzyż Złoty Orderu Virtuti Militari. W Polsce prawdę o "Łupaszce" zaczęto pisać dopiero po 1989 r. Wydana w 2004 r. przez "Rytm" książka Patryka Kozłowskiego "Jeden z wyklętych Zygmunt Szendzielarz - Łupaszka" pokazuje go jako doskonałego żołnierza, genialnego stratega wojskowego, twórcę nowoczesnej metody działania samodzielnymi szwadronami. Szendzielarz to człowiek o silnej charyzmie, symbol patrioty, walczącego z dwoma totalitaryzmami - faszystowską III Rzeszą i stalinowską Rosją.
    W 1993 r. Zygmunt Szendzielarz został oczyszczony przez sądy III RP ze wszystkich zarzutów.
    Projekt uchwały Sejmu kończy się słowami: "Major Zygmunt Szendzielarz »Łupaszka« stał się symbolem niezłomnej walki o Niepodległą Polskę, jaką toczyli »Żołnierze Wyklęci« - żołnierze antykomunistycznego ruchu oporu z organizacji Wolność i Niezawisłość, Armii Krajowej na Kresach Wschodnich, Ośrodka Mobilizacyjnego Wileńskiego Okręgu AK, Narodowych Sił Zbrojnych, Narodowego Zjednoczenia Wojskowego, Ruchu Oporu Armii Krajowej, Konspiracyjnego Wojska Polskiego i dziesiątek innych organizacji; podkomendni podpułkownika »Kotwicza«, podporucznika »Zagończyka«, kapitana »Młota«, majora »Orlika«, majora »Zapory«, kapitana »Warszyca«, majora »Ognia«, kapitana »Bartka« i wielu innych, których żołnierski szlak kończyła śmierć w nierównej walce z komunistycznymi siłami bezpieczeństwa bądź ubecki strzał w tył głowy. Niech polska ziemia utuli ich do spokojnego snu. Sejm Rzeczypospolitej Polskiej, czcząc Ich pamięć, stwierdza, że »Żołnierze Wyklęci« dobrze zasłużyli się Ojczyźnie".

    TADEUSZ M. PŁUŻAŃSKI

    Publicystyka Tadeusza M. Płużańskiego na ASME.


    Komentarz (0)

    Dużo dymu mało ognia - Krzysztof Mazur Wysłane wtorek, 7, marca 2006 przez Krzysztof Pawlak

    W związku z tym, że prace nad stworzeniem "ogólnej teorii wszystkiego" nie zakończyły się dotychczas sukcesem, dlatego też wszystkie komentarze dotyczące ostatnich wydarzeń politycznych z konieczności obarczone są pewnym błędem wynikającym z niedoinformowania i niewłaściwego rozpoznania związków przyczynowo-skutkowych. Oczywiście minister Dorn chętnie przerzuciłby całą winę na niedouczonych dziennikarzy ale - nie bagatelizując tego czynnika - można stwierdzić, że przyczyna leży także po drugiej stronie.

    Nie ulega wszak wątpliwości, że nawet większość polityków PiS-u - no może poza synem premiera Marcinkiewicza - nie za bardzo kojarzy, w jakim kierunku zmierza polityka kierownictwa ich partii. Stąd też czasami w sytuacji gdy taki ważny gość-poseł nie za bardzo wie, jakie powinien mieć aktualnie w danej sprawie zdanie, daje się zauważyć budzące uczucie politowania nadrabianie miną lub wrodzonym vis comica (vide poseł Cymański).
    Jak można wtedy zauważyć, najbardziej sprawdzonym sposobem zachowania własnej wiarygodności jest - tak na wszelki wypadek - negowanie tego co powie przedstawiciel strony opozycyjnej, gdyż najgorszym byłoby dać się przyłapać na chwili refleksji lub przyznaniu, że "opowiadaliśmy bzdety, obiecywaliśmy złote góry". Pamiętamy jak to redaktor Wildstein, mianowany przez Jarosława Kaczyńskiego szpicą polskiej publicystyki, z okazji kontrowersji związanych z listą jego imienia często powoływał się na ewangeliczne przesłanie, powtarzając, iż "prawda nas wyswobodzi". W tym kontekście trochę trudno zrozumieć, dlaczego politycy od dawna deklarujący swoje przywiązanie do wartości ewangelicznych, a nawet ci na nowo nawróceni w wierze, bardziej wierzą w skuteczność socjotechnicznych wybiegów niż w prawdę, nawet gdyby miała zaprzeczać ich wcześniejszym deklaracjom.

    Gra w czarnego Piotrusia

    Kiedy jeszcze nie było w Polsce Romów i obowiązywała kara śmierci, funkcjonowało powiedzenie, że "kowal zawinił, Cygana powiesili", które gdyby nie to, że IV RP musi stosować standardy UE, idealnie pasowałoby do obarczenia wicepremier Gilowskiej odpowiedzialnością za rozterki prezydenta Kaczyńskiego nad rozwiązaniem sejmu. Taką genezę poniedziałkowego kryzysu jako pierwszy wygłosił nieoceniony minister Dorn i koncepcja ta co najmniej kilkanaście godzin była obowiązującą, dopóki poseł Giertych nie zmienił zdania w tej materii, oświadczając, że winę za powstałe zamieszanie ponosi stronnictwo antylustracyjne skupione wokół osób dawnego ZChN-u. Oczywiście natychmiast Michał Kamiński, jako te nożyce, które odzywają się na skutek uderzenia w stół, oznajmił, że Giertych plecie bzdury, a oświadczeniu temu zawtórował sam Jarosław Kaczyński, który zdiagnozował u pozostałych triumwirów syndrom upokorzonego odwetowca, który szuka okazji na - jakby to określił senator Niesiołowski - "odwinięcie się". Jak wiadomo, gra w Czarnego Piotrusia polega na tym, by ową felerną kartę jak najszybciej wcisnąć konkurentowi, więc minister Wasserman chcąc odsunąć podejrzenia od sygnatariuszy Paktu Stabilizacyjnego, zasugerował, że doszło do "takiej małej, dziennikarskiej prowokacji Radia ZET". I już już wszystko byłoby na Monikę Olejnik, gdyby nie odezwał się minister Urbański, oświadczając, że on prowokacji "nie widział", co poniekąd potwierdził premier Marcinkieiwcz, który nie był do końca przekonany o prowokacji. Jednocześnie premier zapewnił, że o pomysłach premier Gilowskiej został wcześniej uprzedzony, a że nikt nie ośmielił się wskazać Jarosława Kaczyńskiego jako pomysłodawcę tej gry, tak też tym sposobem Czarny Piotruś gdzieś się po drodze zawieruszył i wszyscy okazali się wygrani. Nie ucierpiał za bardzo nawet prezydent, którego biuro zaniepokojone negatywnymi odczuciami narodu poczętego w próbce sondażowej, natychmiast oświadczyło, że prezydent nie wygłosił orędzia do narodu, by powiedzieć czego nie zrobi, gdyż czas antenowy na wspomniane orędzie został już zarezerwowany w piątek, czyli trzy dni przed orędziem. Niestety, biuro prezydenta nie podało, czego prezydent miał zamiar nie zrobić w piątek, a czego nie zrobił w poniedziałek, tak że nadal niektórzy trwają w przekonaniu, że prezydent tego nie wiedział, gdyż był w USA, a Jarosław Kaczyński był w Polsce.
    Swoją drogą, Czwartej RP niezbyt dobrze wróży, że jej byt zawisł od jednego zdania paragrafu 4a, dlatego na wszelki wypadek należałoby jeszcze wstrzymać się z ogłaszaniem końca III RP. Sytuacja z obecną delimitacją ustrojów przypomina opisaną w anegdocie "warszawskiej", w czasach gdy po 1951 plac Bankowy przemianowano na plac Dzierżyńskiego. Jakiś czas po tym zdarzeniu jeden z pasażerów tramwaju zapytał jadącego obok sąsiada "Czy to już plac Bankowy?", na co tamten odpowiedział: "Niestety, jeszcze Dzierżyńskiego!".

    Koniec republiki

    Praktyczne przejęcie władzy przez triumwirów stabilizacyjnych oraz już widoczne niesnaski pomiędzy nimi wyraźnie wskazują, że kończy się okres republiki i powoli wkraczamy w epokę cesarstwa, nazywanego obecnie dla niepoznaki demokracją prezydencką. Oczywiście na takiej zamianie możemy skorzystać, podobnie jak mieszkańcy starożytnego Rzymu bez żalu zrezygnowali z republikańskich praw i instytucji, nad społeczne niepokoje, gwałty i rozboje wyżej ceniąc sobie bezpieczeństwo i ład umożliwiający w miarę spokojne prowadzenie swoich codziennych spraw. Trudno powiedzieć, ile złośliwej plotki kryło się w stwierdzeniu, że prezydent przesunął orędzie o godzinę, gdyż w tym samym czasie TVP2 nadawał "M jak Marcinkie...", tzn. oczywiście "M jak Miłość", ale faktem jest, że coraz więcej debat poświęcanych jest omawianiu wzajemnych relacji pomiędzy występującymi w nich politykami niż dyskusjom nad rzeczywiście ważnymi dla kraju sprawami. Trudno się zresztą takiej sytuacji dziwić, gdyż jak pokazuje długotrwała obserwacja różnych debat publicznych przekazywanych za pośrednictwem ogólnopolskich mediów - w dyskusji na najważniejsze tematy dotyczące przyszłości naszego kraju dyskutuje na okrągło kilkanaście, góra dwadzieścia do trzydziestu osób.
    Masową już obecnie partię jaką jest PiS, mającą stukilkudziesięcioosobowy klub parlamentarny, ustawicznie reprezentuje dyżurny poseł Cymański, który nie mając nic do powiedzenia, parodiuje samego siebie, sejmowy Quasimodo - Gosiewski, Dorn, który w odróżnieniu od nas, goim, pochodzi od samego Adama, więc nie musi już niczego udowadniać, no jeszcze Ziobro, Wasserman i oczywiście Marcinkiewicz oraz Kaczyński. Platforma poza Rokitą, który próbując ośmieszyć styl premiera, sam zaczyna być karykaturą owego stylu (jak cień to cień), pokaże czasami Tuska, Komorowskiego rzadziej Hannę Waltz, LPR to Giertych, Samoobrona - Lepper, jeszcze po jednej góra dwie persony z pozostałych trzech partii powyżej trzyprocentowego progu i... tyle. Co do komentatorów: jak Lis odejdzie z Jedynki przez TVN do Polsatu, a Olejnikówna z Jedynki przez TVN z powrotem do Jedynki, to za chwilę Durczok odejdzie z Jedynki do TVN, a Rymanowski przejdzie do Jedynki. Obieg zamknięty. W repolonizowanej, na pół rządowej "Rzeczpospolitej" prawie na stały etat przyjął się Janusz Rolicki, któremu merytoryczny poziom dyskusji wyznacza Janusz Majcherek. I tak tych kilkunastu polityków i kilkunastu dziennikarzy wyznacza trendy, polityczne mody, decyduje, jakie tematy warto omawiać, a jakie na to nie zasługują, jakie postulaty są obecnie cywilizowane, a jakie podpadają pod moralny prymitywizm, jakie tezy świadczą o programowej dojrzałości, a jakie powinny być zakwalifikowane do epoki kamienia łupanego lub co najwyżej "dzikiego kapitalizmu".
    Na takim właśnie "trzymaniu standardów" polega misja mediów publicznych i niezależność mediów prywatnych. Nie chodzi o to czy ma się rację, czy się jej nie ma, algorytm wygląda tak, że najpierw należałoby "opowiadać bzdety i obiecywać złote góry", po to by oszukać co najmniej 3 proc. podążających do urn wyborczych, by następnie na tej podstawie dostać legitymację upoważniającą do wstępu na wyżej opisany salon, gdzie już czekające gwiazdy mediów mogłyby z wrodzoną sobie przenikliwością demaskować owe bzdety i obiecanki. To już lepiej zróbmy jak najszybciej to cesarstwo, bo to wstyd, żeby prezydent przyrodzone sobie prerogatywy wykonywał poprzez Polską Agencję Prasową.

    Krzysztof Mazur

    Publicystyka Krzysztofa Mazura na ASME


    Komentarz (0)

    W poszukiwaniu najlepszego - Stanisław Michalkiewicz Wysłane poniedziałek, 6, marca 2006 przez Krzysztof Pawlak

    Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Kiedy 17 lutego Sejmowi nie udało się wybrać nowego Rzecznika Praw Dziecka, wielu ludzi było tym szczerze zmartwionych. Nie tyle może z powodu utrzymywania się wakatu na tym urzędzie, bo nie sądzę, żeby ktokolwiek w Polsce w ogóle to zauważył, jeśli oczywiście nie liczyć tych, którzy mają nadzieję na otrzymanie tam posady. Jak dotąd bowiem nie wynaleziono takiego aparatu fotograficznego, który zdołałby utrwalić pracę Rzecznika. Jednocześnie zablokowanie wyboru wielu ludzi ucieszyło. Nie tylko licznych dziennikarzy, którym w ten sposób sygnatariusze Paktu Stabilizacyjnego ułatwili wykonanie zadań stawianych przez oficerów prowadzących, ale również Salon, który z mściwą satysfakcją odnotowuje każde potknięcie rządu, a jeśli akurat żadnego nie ma, to odwołując się do eksperiencji z czasów stalinowskich, chętnie tworzy fakty prasowe. Jak bowiem powszechnie wiadomo, media są niezależne, ale podobnie jak wolnym rynkiem - ktoś przecież musi nimi kierować! Jednolitego kierownictwa potrzebuje zwłaszcza Salon, skupiający głównie ambitnych durniów. Ponieważ głównym problemem ambitnego durnia jest ukrycie głupoty, szuka on towarzystwa podobnych durniów, ponieważ z jednej strony ta masa gwarantuje mu anonimowość, a z drugiej - daje poczucie siły. Ponieważ jednak nie istnieje nic takiego jak "zbiorowa mądrość", to wiadomo, że nawet Legion durniów niczego mądrego nie wymyśli. Na tym też ufundowana jest pozycja red. Adama Michnika i proroków mniejszych, którzy objawiają Salonowi, co akurat się myśli. Zdarzają się niekiedy momenty, gdy red. Michnikowi albo zwichnie się aureola, albo zepsuje telefon i w takich chwilach Salon nie wie, co myśli, dopóki telefon się nie odblokuje.
    Ale nie dlatego uważam, że zablokowanie wyboru Rzecznika Praw Dziecka może wyjść Polsce na dobre. W końcu dobre samopoczucie konfidentów, którzy udają publicystów czy salonowych durniów nie jest aż tak ważne. Znacznie ważniejsza jest okoliczność, że urząd ten potrzebny jest Polsce, jak psu piąta noga, tak samo zresztą, jak urząd Pełnomocnika do Równego Statusu Kobiet i Mężczyzn. Obydwa te urzędy, podobnie jak wiele innych, zostały utworzone pod wpływem ideologicznych przesądów panujących w łonie grupy trzymającej władzę w Unii Europejskiej, a konkretnie jednego przesądu: że tradycyjna rodzina jest elementem "kultury burżuazyjnej", należącej do tej przeszłości, której "ślad dłoń nasza zmiata". Wszystko zatem, co prowadzi do rozbicia tej społecznej instytucji, w oczach politycznie poprawnych europejsów uchodzi za pożyteczne. Lansują więc i Rzeczników Praw Dziecka i Pełnomocników Równego Statusu, ponieważ instytucje te wprowadzają do rodziny państwowego urzędnika, którego natrętna obecność prowadzi do rozsadzenia tej społecznej komórki, stwarzając jednocześnie biurokratyczną synekurę i poprzez mnożenie norm i "standardów" umacnia panowanie biurokratycznego internacjonału. Zatem im dłużej będzie trwał wakat na stanowisku Rzecznika Praw Dziecka, tym lepiej, a skoro tak, to najlepiej, gdyby ten urząd nie został obsadzony w ogóle.
    Na to jednak nie ma co liczyć, bo po pierwsze - obsadzenie jak największej liczby urzędów i synekur jest wyznacznikiem prestiżu partii politycznych, po drugie - czasy są ciężkie i wielu ludzi aż przebiera nogami za państwową posadą i to im bardziej operetkową, tym lepiej, a po trzecie - biurokratyczny internacjonał naciska, bo przecież nie może dopuścić, by zaprojektowana z takim rozmachem rewolucja socjalistyczna nie udała mu się ze względu na kłótliwość kilku tubylczych partii. Z tych trzech powodów prędzej czy później musi dojść do obsadzenia tego urzędu, a skoro tak, to najlepiej byłoby, gdyby objął go najgorszy łajdak.
    Taki postulat może wydać się szokujący, ale zaraz go uzasadnię. Wbrew rozpowszechnionemu mniemaniu, że urzędy tworzone są dla rozwiązania jakichś problemów, jest akurat odwrotnie. Skoro pod jakimś pretekstem został już utworzony urząd i objął go jakiś urzędnik, podstawową jego troską jest utrzymanie się na tym stanowisku jak najdłużej, a najlepiej, gdyby udało się ulokować kiedyś na tym miejscu własne dziecko. W tej sytuacji należy unikać wszystkiego, co prowadzi do rozwiązania problemu, dla którego urząd utworzono. Przeciwnie - urzędnik zainteresowany jest maksymalnym komplikowaniem problemu, żeby ewentualne rozwiązanie nastąpiło jak najpóźniej, a najlepiej - nigdy. W takim razie, z punktu widzenia społecznego najlepiej, gdyby urzędnik po prostu brał pieniądze i nic nie robił, bo dzięki temu nie będzie przynajmniej komplikował życia innym. Łajdak chętnie na taki układ przystanie, natomiast człowiek uczciwy będzie chciał za swoją pensję coś robić i to właśnie jest najgorsze. Polskę byłoby stać na wypłacanie pensji różnym darmozjadom, ale może nie przetrzymać szkód wyrządzonych przez uczciwych urzędników, którzy chcą coś robić w bezsensownych urzędach. Skoro zatem trzeba będzie obsadzić urząd Rzecznika Praw Dziecka, to wszyscy dotychczasowi kandydaci powinni zrezygnować, najlepiej na rzecz jakiegoś kryminalisty. Bo nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło.

    Stanisław Michalkiewicz

    Publicystyka Stanisława Michalkiewicza na ASME i nagrania TV ASME


    Komentarz (0)

    UPRzejmy punkt widzenia (8) - Wojciech Popiela Wysłane poniedziałek, 6, marca 2006 przez Krzysztof Pawlak

    Wraz z uczestniczkami "manif" pojawiła się w Polsce ptasia grypa. Dojrzałe i niedojrzałe kobiety miały kilka poważnych problemów, o których informowały postronnych przechodniów i media. Chcą, by w szkołach wprowadzono "edukację seksualną". Nie chcą dzieci i chcą pracy zamiast becikowego. Najczęściej też mają awersję do mężczyzn. Być może nie dostrzegają, że ich postulaty znoszą się i dlatego nie ma powodu, by państwo się nimi zajmowało. Mogą stanowić jedynie rodzaj wiosennej rozrywki, preludium przed topieniem marzanny. Skoro mają awersję do mężczyzn - posiadanie dzieci im nie grozi. Szczęśliwie są kobiety chcące i mężczyzn i dzieci. Do tego sprowadza się istota edukacji seksualnej i szkoda, że zajęte mamusie nie zdążyły im tego powiedzieć, gdy były w wieku szkolnym. Becikowe w tej sytuacji również nie będzie ich udziałem. Pracy też nie rozdaje rząd, nie licząc państwowych posad. Tyle wypadałoby w tym wieku już wiedzieć i jeśli można coś postulować, to intensywny kurs "edukacji ekonomicznej". Praca, jako edukatorki seksualne jak można mniemać, dla podatnika miałaby taki sam skutek jak becikowe. Wypada więc nam, podatnikom, grzecznie odmówić i polecić poszukania sobie pożytecznego zajęcia.

    Ptasia grypa, która w ciągu kilku lat pochłonęła na całym świecie kilkadziesiąt istnień ludzkich, będzie obecnie tematem głównym, który trenowaliśmy przy wściekłych krowach, wściekłych kurczakach itp. Jest spory interes do zrobienia. Wiedzą to zarówno biurokraci z UE, jak też zainteresowani. Pewne jest, że zapłacimy za to słono. Za to kurczaki potanieją.

    W cieniu tych medialnych hitów trwa budowa IV RP przypominająca coraz częściej renowację socjalistycznego i niewydolnego modelu państwa polskiego. Pomijając WSI, spółki skarbu państwa, tanie państwo, walkę o wolne media prowadzoną ich dalszym zniewalaniem - w okolicach fundamentów Rzeczypospolitej zmian nie widać. Poza personalnymi. Przykład? Państwowa edukacja. Problem? Rozdanie świadectw maturalnych dopiero 14 lipca. Wcześniej się "nie da". Dlaczego? Ponieważ jest dużo pracy. Mogło by być wcześniej, ale szkoła jest państwowa, komisja - państwowa, a państwowa poczta właściwie w soboty nie działa, więc się "nie da". Dlaczego to za późno? Prof. Tadeusz Luty, przewodniczący Konferencji Rektorów Akademickich Szkół Polskich: "Jeśli uczniowie dostaną świadectwa 14 lipca, wówczas rekrutacja zostanie przesunięta na sierpień, a to może pokrzyżować plany pracownikom uczelni, którzy zwyczajowo mają wolny ten miesiąc". Zwyczajowo szkoły w Polsce nie służą uczniom, tylko są miłym miejscem pracy dla wielu ludzi. Uczniowie i studenci są tam dodatkiem. Podobnym dodatkiem byli w PRL-u klienci w sklepach. Pan Waldemar Łysiak postulował w ostatniej "GP" pozostawienie przymusowej edukacji jedynie na poziomie szkoły elementarnej. Zwyczajowo taki postulat wzbudzić może jedynie gwałtowne protesty "zatroskanego środowiska nauczycielskiego" i żerującej na wszystkim biurokracji.

    Z naszego podwórka warto wspomnieć, że pan Janusz Korwin-Mikke, który nie zgodził się na ugodę w sprawie "s****nów" wspomnianych na łamach "NCz!", złożył doniesienie do prokuratury na sędziów SN, którym zarzucił, że oczyszczając pana M. Jurczyka, popełnili przestępstwo poświadczenia nieprawdy. Co na to prokuratura? Odmówiła wszczęcia śledztwa w tej sprawie. Każdy wie, że jeśli ktoś bierze pieniądze za donosy, kwituje to podpisem itd., to żadnym współpracownikiem nie był, gdyż nikogo nie skrzywdził, a SB standardowo płaciła za bezwartościowe informacje, których nigdy nie sprawdzała. Dlatego PRL zbankrutowała. W każdym razie i prokuratura i niezawiśli sędziowie wyraźnie chcą, by Polacy w to uwierzyli. Sprawa lustracji wymiaru sprawiedliwości jest już zakończona?

    Na koniec pozwolę sobie, z uwagi na dochodzące mnie sygnały, raz jeszcze poinformować, że Unia Polityki Realnej startuje w wyborach do Sejmików Wojewódzkich samodzielnie. Tworzenie list koordynują Prezesi Okręgów. Sposób udziału w wyborach niższych szczebli leży w gestii Oddziałów UPR. Do przyszłych wyborów parlamentarnych UPR pragnie przygotować listy kandydatów składające się z ludzi opowiadających się za wolnością. Wrogom wolności na listach innych partii nie chcemy zajmować miejsc. Wszystkich zwolenników wolności chcących dać Polakom w przyszłych wyborach parlamentarnych możliwość rzeczywistej alternatywy - zapraszamy do współpracy.

    Wojciech Popiela


    Komentarz (0)

    TO już jest! KO-MA 23, RE-DY 45... Wysłane niedziela, 5, marca 2006 przez Krzysztof Pawlak

    Proszę Państwa, proszę nie wpadać w panikę! "Nie ma powodów do paniki" - tak zapewniają dziś od rana wszelkie elektronowe publikatory, czyli sprzęt odbiornikowy fal radyjnych, państwowych w wykonaniu, choćby taki Program ... Polskiego Radia, także prywatne w wierze media współczesne, czyli serwisy informacyjne zwane uprzejmie przez gawiedź sieciową "srortalalami".
    Nie można wpadać w panikę! NIE WOLNO! - wręcz. Proszę zachować spokój i wsłuchiwać się w kolejne relacje z pola walki... o szczęście i spokój (już nie pokój, ale właśnie - spokój) naszego wystawionego na ciężką próbę społeczeństwa. I Narodu. Oczywiście. Na froncie są już wszyscy wyznaczeni i doświadczeni reporterzy, wspomagani przez profesjonalne oczywiście ekipy współpracowników, dlatego należy pokładać całe pokłady zaufania, że zostaniemy wyśmienicie obsłużeni i satysfakcja będzie gwarantowana. Nie może być inaczej.

    Aaaaaalleeee... o co chodzi? - rozlegną się głosy zaspanych (wszak to dopiero 12.00 rano w niedzielę, msza dopiero wieczorem w mieściech) i z lekka zdezorientowanych odbiorców gorączki współczesnego życia w tempie.
    NO JAKŻE TO TAK? Obywatelu, jeszcze NIE WIESZ?

    MAMY PTASIĄ GRYPĘ! Wreszcie!
    Teraz możemy powiedzieć, ze "dorównujemy" Prawie Najlepszym! Prawie - bo Najlepszy, Najlepsiejszy jest tylko Jeden, i wciąż w Erecu NIE MA ptasiej... Choć wiodą przez Ziemię Wybraną wszelkie szlaki przelotów Naszych wspólnych ptasich Braci Mniejszych - to widomy i oczywisty znak, że jest to ląd wybrany, bo niedotknięty trądem medialnym, choć taki jeden korespondent jednego tygodnika prawicowego robi co może, ale jaskółką nie zostanie, aj, nie...
    Tak więc - mamy, tę wytęsknioną, tę wypragnioną, tę jedyną, nie wiedzieli o tym przecież, że... biedna Rebeka w miasteczku swym wypłakała z oczu łzy za tym szczęściem, że JEST.
    Aaaaa... A jakie miasteczko? - zapytają rozbudzeni już z lekka filistrzy.
    No pszecież! Jakże to tak - nie wiedzieć, nie przczuwacz, nie tomyślacz szem! No, to jakisz niepomyszleniecz przeciesz, myszugene jakisz! Nu, jakże to tak - nie wiedziecz?

    W TORUNIU!

    I NIE MA - ŻE GDZIE INDZIEJ!

    I być nie mogło, bo to ZNAK!
    Znak trądu medialnego i wszelakiego, jaki musiał spaść na ten miasteczek za jego obywateli wszetecznoszcz, za ich zaprzaństwo, za ich obrazę Pana, za ich...
    I znak trendu - też medialnego, bo jakże by inaczej mogło być?
    Przez cały mijający tydzień mediumy karmiły swych odbiorców informacjami z Pomorza bardzo zachodniego, że oto parę metrów od niezdemontowanych jeszcze do końca (mogą się przydać, Pawlak, jak jechał do sądu, to zawsze zabierał jednak granat w karman, bo sprawiedliwość po naszej stronie - musiała i musi nadal być) zasieków - ale po szkopskiej stronie - padają jak mrówki wszelkie latające żywiny, a nawet już na koty pomór przechodzi, więc co to będzie za chwilę? Tak mówiły mediumy bez ten cały pański tydzień, więc jakże mogło być inszej?
    Musiało paść na tego Torunia!
    Wskazywał na niego nieubłaganym, upierścienionym palcem JE ARCY-biskup Życiński z lubelskiego kościoła, pełnego uczciwych współpracowników, wskazywał na niego nieubłaganym, upierścienionym palcem JE biskup Gocłowski z kościoła pomorskiego, który jęczy (znaczy - kościół, nie pasterz Tadeusz, nie...) pod knutem komornika za grzechy uczciwych współpracowników i gwiazdowników morskich, wskazywał na niego nieubłaganym, upierścienionym palcem JE biskup afrykański Pieronek, który.. no, może nie jęczy, to nie licuje... ale współpracuje teraz z odważnymi żurnalistami, przed którymi odważnie wyznaje, że może i palił, ale zaciągać się - co to, to nie!
    No jak - miało paść no coś innego? Nie mogło być mowy!
    To tam ciągną pielgrzymki ptasich, bo kaczych sejmików, kolumn transportowych, poprzedzanych rozbudzoną syreną policyjną po trasie gdańskiej, później bydgoskiej, w końcu - toruńskiej. Nie kaczki jednak, westchną niektórzy, jeno łabędzie to były, ale należało się im - od czasów tej zboczonej Ledy... Już wiadomo, komu machały one temi skrzydłamy i pióramy, rajfury!
    KO-MA 23, RE-DY 45! - spiker aż się zachłystywał od własnego uniesienia.
    Bi redy, drogi odbiorco! Ptasia grypa zabiła już na całym świecie aż 80 osób w ciągu pięciu lat! (I ani jednego mieszkańca Ereca! ZNAK TO!)
    To nie są ćwiczenia, proszę państwa, to się dzieje na poważnie!

    Dzisiejsza walterownia nr 24: Zaraza! Torunianie omal się nie chcą zadeptać w wielokilometrowych tłumach targających toboły, dobytek, niemowlęta, starców, tratując się nawzajem, wywracając i podpalając samochody, ciągnących we wszystkich kierunkach - no jeszcze ich nie widać, bo nie wyszli z domów. Ale już tam na miejscu jest wóz transmisyjny TVN24 i będzie informował na bieżąco o przypadkach paniki, która niechybnie MUSI ogarnąć mieszkańców... Jutrzejszy szpryngierowski "FUCKT" "ŚMIERĆ ZAWITAŁA DO MIASTA OJCA RYDZYKA".

    TORUŃ - STREFĄ ZAKAZANĄ! (także dla prelegentów RM)
    Od kiedy?

    Krzysztof Pawlak
    (wykorzystane wypowiedzi i komentarze internałtów z list dyskusyjnych)


    Komentarz (0)