marca 16, 2006 - marca 23, 2006

Patrzę na sejmową zawieruchę z rozbawieniem - I Prezes UPR Janusz Korwin-Mikke o szykowanych w tym roku wyborach parlamentarnych Wysłane czwartek, 23, marca 2006 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |







Patrzę na sejmową zawieruchę z rozbawieniem - I Prezes UPR Janusz Korwin-Mikke o szykowanych w tym roku wyborach parlamentarnych
Wysłane czwartek, 23, marca 2006 przez Krzysztof Pawlak

"Ludzie mówią o nowych wyborach, my się tym zupełnie nie przejmujemy, ale mam wiadomości, że trwa dogadywanie dwóch gigantów w nadziei, że wyrezają konkurencję z parlamentu" Janusz Korwin-Mikke komentuje wydarzenia ze sceny politycznej "polskiego regionu UE"

Grozi nam rzecz straszliwa, mianowicie, że do sejmu wejdą TRZY partie. A z doświadczeń nie tylko socjo-cybernetycznych czy zwykłej socjotechniki - wiadomo, że układ potrójny w związkach ludzkich - jest najmniej stabilny...

Nagranie trwa ponad 3 minutt i jest dostępne w Sieci do 4 IV 2006 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




Komentarz (0)

MOSKWA WSPIERA DYKTATORÓW - Antoni Zambrowski Wysłane czwartek, 23, marca 2006 przez Krzysztof Pawlak

Moskiewska telewizja pełna jest lamentów nad losem zmarłego w więzieniu serbskiego prezydenta Slobodana Miloszevicia - oskarżonego o zbrodnie wojenne w wojnie bałkańskiej, do wybuchu której walnie się przyczynił. Nad jego losem płaczą nie tylko opozycyjni komuniści, swoją troskę wyraziła cała Duma Państwowa. Wielu dygnitarzy nazywa go swym przyjacielem. Gdy były początkowo problemy z pogrzebem w kraju ojczystym dyktatora, gdyż władze demokratycznej Serbii nie wyrażały zgody na urzędowy pogrzeb w Belgradzie, natychmiast zrodziła się idea uroczystego pogrzebu w Moskwie. W Moskwie zresztą stale przebywa ścigana w ojczyźnie wdowa Mira, która obawia się nawet wziąć udział w pogrzebie męża w ich rodzinnym mieście, także ich syn - Marko oraz brat Borislav, były ambasador Serbii w Rosji. Ten ostatni jest częstym gościem na ekranach moskiewskiej telewizji, gdyż dobrze mówi po rosyjsku.
Sentyment Moskwy do zmarłego dyktatora, zbroczonego krwią niewinnych ofiar w krajach dawnej Jugosławii, którą rozwalił swą nieprzytomną polityką, choć wymowny, nikomu dziś nie zagraża. Gorzej jest z poparciem dla dyktatora Białorusi Aleksandra Łukaszenki. Tu Moskwa angażuje cały swój autorytet w popieranie jego sukcesu wyborczego. W Mińsku gościł prezydent (mer) Moskwy Jurij Łużkow, prawiąc komplementy Łukaszence. Nowy ambasador Rosji w Mińsku z miejsca określił Białoruś jako kraj demokratyczny. Rosjanie, którzy powinni odczuwać niepokój o przyszłe losy swego kraju wobec takich sympatii rządzących, wciąż zachowują milczenie. Na swoją zgubę.
W polskiej (broń Boże, nie moskiewskiej) telewizji widziałem białoruskiego chłopaka trzymającego transparent z rosyjskim napisem "Poddierżka diktatora - pozor Rosii" (Poparcie dla dyktatora - to hańba dla Rosji). Nic dodać, nic ująć.

Antoni Zambrowski

Jest pełen tekst artykułu, który ukazał się w "Gazecie Polskiej" - ze skrótami.

Publicystyka Antoniego Zambrowskiego na ASME


Komentarz (0)

Stalinowski sędzia Mieczysław Widaj żyje w Warszawie, przez nikogo nie ścigany
Kat AK-owców co miesiąc dostaje ponad 9 tys. zł emerytury - TADEUSZ M. PŁUŻAŃSKI
Wysłane czwartek, 23, marca 2006 przez Krzysztof Pawlak

Na ten temat:

- Jerzy Kędziora - sadysta z bezpieki - Tadeusz M. Płużański

- Bestie (10) - Tadeusz M. Płużański

- Bestie (9) - Tadeusz M. Płużański

- Bestie (8) - Tadeusz M. Płużański

- Bestie (7) - Tadeusz M. Płużański

- Bestie (6) - Tadeusz M. Płużański

- Bestie, cz. 5 - Tadeusz M. Płużański

- Bestie, cz. 4 - Tadeusz M. Płużański

- Bestie (3) - Tadeusz M. Płużański

- Bestie (2) - Tadeusz M. Płużański

- Mordercy narodu polskiego - Tadeusz M. Płużański

- "Generał smród" skazany - artykuł Tadeusza M. Płużańskiego

- Pamiętam, w Ostrołęce prowadziłem z rozgłosem sprawę bandy "Lasa" (Kozłowskiego). W sprawie odpowiadało dziewięciu ludzi. Sam "Las" miał coś z dziewięćdziesiąt zarzutów, dalsi po kilkadziesiąt - około pięćdziesiątki. Od tow. Wareckiego jako szefa Wojskowego Sądu Rejonowego w Warszawie otrzymałem wtedy rozkaz rozpocząć rozprawę 26 kwietnia, a zakończyć przed 1 maja, bo tak żądają czynniki partyjne, by ze względów politycznych procesu dłużej nie przeciągać, w szczególności poza pierwszomajową uroczystość. Było to chyba w 1949 r. Ten nakaz wykonałem, choć wymagał on niespania w ciągu czterech nocy i pisania tego wyroku po nocach, który był już udowodniony w toku toczącego się procesu.

W czasach stalinowskich Mieczysław Widaj wydał ponad 100 wyroków śmierci. Wielu żołnierzy niepodległościowego podziemia skazał na wielokrotną karę śmierci, m.in., w listopadzie 1950 r., członków "bandy" słynnego majora Zygmunta Szendzielarza "Łupaszki", dowódcy Wileńskiej Brygady Armii Krajowej, który wcześniej przez 2,5 roku był maltretowany w śledztwie w więzieniu na Rakowieckiej w Warszawie. Wielokrotnie "sądził" w tzw. procesach kiblowych w więzieniu (od kibla w rogu celi, na której oskarżony, z braku innego miejsca, musiał siedzieć podczas "rozprawy"). Często było tak, że prokurator Helena Wolińska wydawała nakaz tymczasowego aresztowania, Mieczysław Widaj "sądził", a sędzia Stefan Michnik albo "współsądził", albo asystował przy wykonaniu kary śmierci. Tak było w przypadku majora AK Andrzeja Czaykowskiego, cichociemnego, dowódcy batalionu "Ryś" i "Oaza-Ryś" w Powstaniu Warszawskim, odznaczonego za bohaterstwo Krzyżem Virtuti Militari, poety. 30 kwietnia 1953 r., już po śmierci Stalina, ppłk Mieczysław Widaj skazał go na KS. 10 października 1953 r. przy egzekucji AK-owca w więzieniu na Rakowieckiej asystował porucznik Stefan Michnik.

ROZPRAWY PO NOCACH

W 1956 r., na fali częściowego (głównie symbolicznego) rozliczenia ze stalinizmem Widaj tłumaczył się: "Faktem jest, że tolerowane było zjawisko ogłaszania wyroków przed ich zredagowaniem. Było to jednak i powszechne i konieczne, gdyż polityka personalna utrzymywała w tym sądzie [Wojskowy Sąd Rejonowy w Warszawie, którego był szefem - TMP] tak mały skład sędziów w stosunku do ogromu pracy, że nie sposób było nadążyć. Tow. ppłk Wizelberg [Zygmunt Wizelberg, przedwojenny absolwent prawa na Uniwersytecie im. Jana Kazimierza we Lwowie - TMP] może nam tu przypomnieć, jak często rozprawy prowadził po nocach, przekraczając północ. Dziś z perspektywy czasu i ujawnionych już wypaczeń nasuwa się tragiczne pytanie: czy to nie było celowe tyle na nas pracy nałożyć, by nam czasu nie starczyło na należyte przeanalizowanie spraw?".
Szereg spraw, którym przewodniczył i w których wymierzał najwyższy wymiar kary - wymienia dwutomowy słownik biograficzny Instytutu Pamięci Narodowej pt. "Konspiracja i opór społeczny 1944 - 1956". Na ogół wyrok brzmiał: "skazany na karę śmierci z pozbawieniem praw publicznych i obywatelskich praw honorowych na zawsze oraz przepadkiem całego mienia".
PŁK MIECZYSŁAW WIDAJ DO DZIŚ ZA SWOJE "ZASŁUGI" POBIERA WYSOKĄ WOJSKOWĄ EMERYTURĘ - 9300 ZŁ MIESIĘCZNIE.

NIEDOSZŁY ARTYLERZYSTA


Mieczysław Widaj ma 94 lata. Urodził się 12 września 1912 r. w Mościskach (woj. lwowskie), syn Jana (kancelisty) i Anieli z Żywczynów (biuralistki). W 1934 r. ukończył wydział prawa na Uniwersytecie im. Jana Kazimierza we Lwowie (tak jak tow. ppłk Wizelberg), a rok później Szkołę Podchorążych Rezerwy Artylerii we Włodzimierzu Wołyńskim. Do 1939 r. aplikował w Sądzie Grodzkim w Mościskach i Sądzie Okręgowym w Przemyślu. W kampanii wrześniowej dowódca plutonu artylerii. Jak większość Polaków, wychowanych w II RP, wstąpił do Armii Krajowej, gdzie przyjął pseudo "Pawłowski" i został oficerem łączności Obwodu Mościska, należącym do lwowskiego okręgu AK. Pod koniec wojny awansowany na stopień kapitana. W lutym 1950 r. skazał na 15 lat Jana Władysława Władykę, jednego z kierowników lwowskiego AK i swojego przełożonego. Sądzenie dawnych organizacyjnych kolegów stało się jego specjalnością. Był jednym z najkrwawszych funkcjonariuszy stalinowskiego systemu bezprawia
Z komunistyczną władzą nawiązał flirt 15 marca 1945 r., kiedy został zmobilizowany do LWP. Po latach - jak to w zwyczaju takich typów bywa - zarzekał się, że nie chciał iść do sądownictwa wojskowego (wolał artylerię), ale musiał. Już po miesiącu orzekał w sprawie ppłk. Edwarda Pisuli, ps. Tama - szefa Kedywu Okręgu Tarnopol, który wskutek śledztwa zmarł w więzieniu UB przy ul. 11 Listopada na Pradze w Warszawie.

"MURAT" - ZAMĘCZONY BEZ PRZYMUSU

Już w maju 1945 r. został sędzią Wojskowego Sądu Garnizonowego w Warszawie, a następnie Wojskowego Sądu Rejonowego w Łodzi.
Widaj: "Już w lecie 1946 r. miałem w Łodzi powierzoną do prowadzenia rozprawę tzw. bandy »Groźnego«, na jednej rozprawie 25 osób, każda po kilkadziesiąt zarzutów ["Groźny" - Eugeniusz Kokolski, dowódca poakowskiego oddziału na terenie łódzkiego i poznańskiego - TMP]. Przyznam się, że trochę mnie nawet bolało, że później w 1949 r. do prowadzenia sprawy "Murata" [Jan Małolepszy, komendant poakowskiego Konspiracyjnego Wojska Polskiego, następca Stanisława Sojczyńskiego "Warszyca", zamordowanego przez łódzką bezpiekę Mieczysława Moczara - TMP] przyjechał kto inny, a mianowicie ppłk Polan-Haraschin [Julian Polan-Haraschin, inny przedwojenny prawnik (po Uniwersytecie Jagiellońskim), po wojnie nie mniej krwawy sędzia, m.in. zastępca szefa Wojskowego Sądu Rejonowego w Krakowie, do tego agent UB i SB - TMP]. Ja uważałem, że doświadczenie już mam, bo prowadzić sprawę z 25 oskarżonymi to nie lada sztuka, tym bardziej, że płk Podlaski [Henryk, wł. Hersz Podlaski, zastępca Naczelnego Prokuratora Wojskowego do spraw szczególnych, wyjątkowy okrutnik - TMP] wówczas pozostawił mi akta na przygotowanie się zaledwie 5 dni przed rozprawą, która była z góry ustalona i wyznaczona beze mnie. (...) Po wydaniu wyroku z karą śmierci »Murat« został przez funkcjonariuszy urzędu bezpieczeństwa w Łodzi zamęczony. Chcieli od niego wydostać, kogo miał jako wtyczki w aparacie. Ze sprawy wynikało, że je miał, ale zachowywał w tajemnicy. To utwierdziło we mnie, że do spraw publicznie prowadzonych nie ma i nie może być przymusu". A więc, trzymając się jedynie słów Widaja, "Murat" został zamęczony bez przymusu!!!

PIELUSZKI NA SALI ROZPRAW

Z Łodzi Widaj trafił do Warszawy, gdzie wkrótce miał zostać szefem Wojskowego Sądu Rejonowego, jednego z najkrwawszych wojskowych sądów ówczesnej Polski. Zanim przyszedł awans, nie było mu łatwo. W 1956 r. wyjaśniał, że do stołecznego WSR (podobnie, jak do sądownictwa wojskowego w ogóle) "był przeniesiony wbrew swojej woli": "w Łodzi dopiero w styczniu 1949 r. dostałem mieszkanie, męcząc się od 1946 r. po hotelach i cudzych kątach. I właśnie już w maju byłem w Warszawie, by znów zacząć od braku mieszkania, od kwaterowania na sali sądowej, tuż obok celi, do której wprowadzano więźniów aresztantów. A rozprawy odbywały się i po nocach. (...) Mnie i żonę będącą w ciąży budził gwar i tupot dochodzący z zadymionego korytarza, na który prowadziły mieszkalne drzwi. To były warunki pracy i warunki życia, jakie były mi postawione do dyspozycji. (…) mieszkałem w tak ciężkich warunkach w budynku, w którym szczury wyprawiały harce pod podłogą i po podłodze, gdy groziło, że po przyjściu na świat dziecka pieluszki będą musiały być suszone na sali rozpraw. (…) Gdy inni »po praktyce« w Wojskowym Sądzie Rejonowym odchodzili na szefów innych sądów, ja pozostawałem na czarnej robocie, nie byłem przesuwany do klasy menedżerów. (...) Mnie - a zresztą w ogóle nami - przesuwano jak pionkami po szachownicy, nie pytając nas o zdanie". W 1948 r. Widaj - jak twierdził - prosił o zwolnienie z wojska, ale jego wniosek odrzucono. Zamiast tego, w tym samym roku - został... zastępcą szefa WSR w Warszawie, a w 1952 r. szefem tegoż sądu. Na słuszność wydawanych przez siebie wyroków lubił przywoływać fakt, że były one zatwierdzane przez sąd II instancji, czyli Najwyższy Sąd Wojskowy. W 1956 r. mówił: "dla mnie zawsze druga instancja była gwarancją, że jeżeli ja się pomylę, to zostanie to naprawione, że ja nie jestem sędzią ostatecznym".
W 1954 r. Widaj sam trafił do Najwyższego Sądu Wojskowego, awansując na zastępcę szefa.
Od 1948 r. należał do partii. W 1955 r. został pułkownikiem. Rok później został zwolniony z zawodowej służby wojskowej i przeniesiony do rezerwy. Komisja Mazura, badająca "przejawy łamania praworządności" przez stalinowskich funkcjonariuszy, nie pociągnęła go do odpowiedzialności. Stwierdziła jedynie ogólnikowo, że jego "działalność powinna być przedmiotem śledztwa", którego - rzecz jasna - nie było.
Został radcą prawnym Centralnego Laboratorium Chemicznego w Warszawie, potem Centralnego Zarządu "Konsumów" i w końcu (od 1964 r.) Komendy Garnizonu m.st. Warszawy.

472 NAZWISKA

W wydanej w 2000 r. książce "Zbrodnie w majestacie prawa 1944 - 1955" na końcu biogramu Widaja Krzysztof Szwagrzyk napisał: "dalsze losy nieznane". Tymczasem jeden z najbardziej krwawych stalinowskich sędziów mieszka sobie spokojnie w Warszawie. Instytut Pamięci Narodowej chciał go nawet postawić przed sądem, ale okazało się, że Widaj jest chory. Teraz dobrało się do niego Ministerstwo Obrony Narodowej, które chce mu zmniejszyć resortową emeryturę.
- Mieczysław Widaj przepracował w MON 19 lat, z tego jako wojskowy sędzia - 11 lat. Chcemy mu odebrać całą wojskową emeryturę, czyli 4 tys. zł, ale nadal będzie miał prawo do 5300 zł "cywilnej" emerytury - mówi Aleksander Szczygło, wiceszef MON. - Ustawa o wojskowych emeryturach mówi, że emerytowi, który w latach 1944 - 1956 służył w wojskowej informacji, sądownictwie i prokuraturze - a stosował represje - nie zalicza się tego okresu do służby.
Na liście MON są 472 nazwiska wojskowych oprawców pobierających do dziś - jak sędzia Widaj - wysokie świadczenia. Jest tam np. gen. Czesław Kiszczak, zabrakło natomiast gen. Wojciecha Jaruzelskiego.

ZŁOŚLIWE SZKODZENIE
WŁADZOM PRL


Jako szef Wojskowego Sądu Rejonowego w Warszawie Mieczysław Widaj odrzucał wnioski lekarzy o zwolnienie więźniów. Tak było w sprawie członków V Komendy WiN. Przedłużał również tymczasowy areszt, na wniosek Naczelnej Prokuratury Wojskowej. Tak było w maju 1949 r. w przypadku generała Aleksandra Krzyżanowskiego "Wilka". Wnioskodawca, mjr Mieczysław Dytry z NPW, argumentował: "Obecny stan więźnia nie pozwala na jego stawiennictwo na sprawę sądową. Wyżej wymieniony przebywa na oddziale gruźliczym Centralnego Szpitala Więziennego od dnia 9 października 1948 r. Stan chorego bardzo ciężki, rokowania złe". O zwolnieniu umierającego człowieka oczywiście mowy nie było. W lutym 1951 r. Widaj zatrzymał również w więzieniu gen. Augusta Emila Fieldorfa "Nila". Wnioskowała Helena Wolińska.
7 grudnia 1953 r., Widaj, w ramach sprawy tzw. kierownictwa konspiracji cywilnej, skazał na karę dożywotniego więzienia płk. Jana Mazurkiewicza "Radosława". Przed sądem oskarżony mówił: "...Jestem szczęśliwy, że wreszcie moja pięcioletnia mordownia kończy się i stanąłem przed sprawiedliwym sądem Rzeczypospolitej Ludowej. (...) Zeznania moje z pierwszych dwóch lat śledztwa zostały na mnie wymuszone albo sfałszowane. Bito mnie i wydzierano włosy. Najwyraźniej o śledztwie z tego okresu mówi trzykrotna moja głodówka i wybicie zębów". Okrutne śledztwo prowadziło Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego i Informacja Wojskowa.
W kwietniu 1950 r. Widaj skazał na 15 lat więzienia Tadeusza Bagniewskiego, byłego więźnia hitlerowskich obozów koncentracyjnych. Na rozprawie oskarżony Bagniewski pokazywał przewodniczącemu Widajowi gołe szczęki, gdyż wszystkie zęby wybili mu podczas śledztwa na UB. Reakcją Widaja było... zaostrzenie kary, co tłumaczył prowokacyjnym zachowaniem oskarżonego i oczernianiem władz bezpieczeństwa. W 1956 r. inny stalinowski sędzia, ppłk Józef Waszkiewicz w podobnym duchu bronił Widaja za wyrok na Bagniewskim: "Oskarżony w obronie swej przeczył swym własnym wyjaśnieniom ze śledztwa (...), według których przyznał się on do czynów zgodnie z zeznaniami świadków. Oskarżony, przyznając autentyczność swych podpisów pod tymi protokołami, próbował szkalować władze przesłuchujące go w śledztwie rzekomym przymusem i podstępem. (...) obrona oskarżonego stanowi po jego stronie złośliwą chęć szkodzenia dobremu imieniu władz Polski Ludowej".

ZUPA JESZCZE CIEPŁAWA

Nad Stanisławem Skalskim, asem polskiego lotnictwa (w czasie II wojny światowej strącił 22 niemieckie samoloty) znęcało się wielu oprawców: Humer, Kobylec, Midro, Serkowski, Szymański. Zmarły w ub. roku Skalski wspominał: "I rzeczywiście przekonywali mnie... Pięścią, kopniakami, drutem po nogach, stójkami, karcerem. Na zmianę, przez kilka miesięcy, z przerwami na odzyskanie sił. Ciągle jedno i to samo: mówcie o swojej działalności szpiegowskiej, kto z oficerów dostarczał wam informacje, komu je przekazywaliście... Już nie miałem siły zaprzeczać". Po dwóch latach takich "badań" podpisał akt samooskarżenia. 7 kwietnia 1950 r. w więzieniu na Mokotowie odbył się proces kiblowy. "...Pamiętam, był akurat Wielki Piątek. Jak mnie wywoływali z celi, akurat oddziałowy wydawał obiad. Zdążyłem go wziąć, ale nie zdążyłem zjeść. »Prędzej, prędzej«, ponaglał strażnik. Nawet nie wiedziałem, że idę na swój proces. Wróciłem, to jeszcze zupa była ciepława. Dokończyłem jeść. Ile więc mógł trwać cały proces - pół godziny maksimum. Sądził mnie mjr Widaj. Do niczego w śledztwie, jak i na rozprawie się nie przyznałem. Jedyny świadek, jakiego wezwano - Władysław Śliwiński - też zaprzeczył, abym przekazywał mu jakieś wiadomości lub orientował się w jego szpiegowskiej działalności...".
Mimo to Widaj zawyrokował: "Sąd Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej uznaje Stanisława Skalskiego, byłego majora WP, za winnego działalności szpiegowskiej na rzecz Anglii i St. Zjednoczonych i za to skazuje go na - karę śmierci...". Skalski - w przeciwieństwie do wielu innych więźniów stalinowskich - miał szczęście: został "ułaskawiony" przez Bieruta, ale nikt nie raczył go o tym poinformować i sześć lat czekał na wykonanie wyroku. Na wolność wyszedł w kwietniu 1956 r. i został całkowicie zrehabilitowany.

SKUĆ MORDY

Ordynariusz kielecki Czesław Kaczmarek był poddawany konwejerowi - przesłuchania przeprowadzane dzień i noc przez zmieniających się śledczych. W przypadku księdza trwały one non stop przez 30-40 godzin. Biskup kielecki był notorycznie pozbawiany snu i jedzenia. Odmówiono mu prawa do widzeń, listów i paczek. Ubecy podawali mu środki odurzające. "Przekonywali go", że jest zdrajcą i jako takiego wszyscy się go wyrzekli. Śledztwo, z przerwami, trwało przez dwa lata i osiem miesięcy. W rezultacie bp. Kaczmarek został doprowadzony do stanu przedagonalnego.
Proces bp. Kaczmarka i jego "współpracowników" odbywał się w dniach 14-21 września 1953 r. przed Wojskowym Sądem Rejonowym w Warszawie (nawet w PRL-u sądzenie duchownego przed wojskowym trybunałem było ewenementem). Sądził Mieczysław Widaj. Akt oskarżenia - jak czytamy w stenogramie - dotyczył: "działalności w antypaństwowym ośrodku" w interesie "imperializmu amerykańskiego i Watykanu" w celu "obalenia władzy robotniczo-chłopskiej" drogą "działalności dywersyjnej i szpiegowskiej".
Wyroki:
- bp. Czesław Kaczmarek 12 lat więzienia,
- ks. Jan Danielewicz (skarbnik kurii kieleckiej) 10 lat,
- ks. Józef Dąbrowski (kapelan biskupa) 9 lat,
- ks. Władysław Widłak (prokurator Seminarium Duchownego w Kielcach) 6 lat,
- siostra Waleria Niklewska (Zgromadzenie Sióstr Służebniczek) 5 lat.
Na sali sądowej przewodniczący Widaj "nie zauważył", że w pewnym momencie ów pokazowy proces został przerwany. Cóż takiego się stało? Otóż bp. Kaczmarek przestał czytać przygotowany mu przez "oficerów" śledczych maszynopis. Uwadze Widaja umknęło również, jak czerwony (sic!) ze wściekłości dyrektor departamentu śledczego MBP Jacek Różański (Józef Goldberg) wyszedł nagle z salki obok i upominał Kaczmarka: "Ja już skułem mordy obrońcom [biskupa bronił słynny adwokat Mieczysław Maślanko, który pełnił de facto rolę jednego z oskarżycieli - TMP] i przestrzegam księdza biskupa, aby nie poważył się więcej na podobne postępowanie". Cóż, to właśnie Różański wydał wcześniej wyrok na biskupa, podobnie jak czynił to w przypadku wielu innych "wrogów ludu".

"CIĘŁO SIĘ NOŻYCAMI"

Widaj: "W sprawie Kaczmarka była decyzja przekazana przez tow. płk. Karlinera [Oskar Karliner, szef Zarządu Sądownictwa Wojskowego - TMP], żeby Niklewskiej zawiesić wykonanie kary. Nie było na to pokrycia w ustawie, gdyż chodziło o szpiegostwo, ale efekt polityczny miał być ogromny. Rzeczywiście tak jak ja i obecny tu tow. ppłk Radwański [kolejny stalinowski sędzia - TMP] poszliśmy na tę koncepcję. A muszę zaznaczyć, że przecież Zgromadzenie Sędziów NSW poprzednio już poszło na koncepcję kary dożywotniego więzienia dla generałów ze spraw Tatara [oskarżonych o tzw. spisek w wojsku i szpiegostwo na rzecz kapitalistycznych imperializmów - TMP] z art. 86. par. 2 k.k. WP, który takiej kary nie przewidywał. (...) Pisaliśmy wtedy wyrok we czterech: ja, tow. ppłk Radwański, ppłk Stojanowski i tow. płk Karliner. Każdy opracowywał swój dział, potem się to składało, rozkładało, cięło nożycami, rozdzielało, łączyło itd., aż wyszła całość".
Nawet po wyroku władze PRL-u nie dały spokoju biskupowi Kaczmarkowi - w celi śmierci spędził kolejne osiem lat. Wyszedł z więzienia w maju 1956 r. Ubeckie metody sprawiły, że zmarł w sierpniu 1963 r.
Proces bp Czesława Kaczmarka to nie jedyny kontakt Widaja z duchownymi. W styczniu 1953 r. przewodniczył procesowi księży kurii krakowskiej - kolejnych "wrogów ludu w sutannach", na który sprowadzono go specjalnie z Warszawy (oskarżał Naczelny Prokurator Wojskowy Stanisław Zarako-Zarakowski). W innych procesach Widaj skazał jeszcze przynajmniej dwóch księży, kapelanów AK.
Widaj: "Poza tym w pewnym momencie tow. płk Karliner rozpoczął pomaganie mi w redakcji wyroków, uczestnicząc w przerabianiu. Mozolna to była praca. Przerabialiśmy wielokrotnie, wspólnie inicjując ulepszenia. (...) Potem tow. płk Karliner wyrok zabierał według mego przekonania do towarzyszy z Biura Politycznego partii i przynosił z pewnymi poprawkami czy wstawkami. (...) U mnie nie było tak, bym nie był przekonany o słuszności poprawek, gdy mi coś było niejasne, dlaczego ma być takie słowo, a nie inne, zapytywałem tow. płka Karlinera i ten udzielał odpowiedzi, która mnie przekonywała".

SHERLOK HOLMES
I SAMOLOTY "LANGEUDOC"


Widaj był również wyznaczony do sądzenia "ludowego generała" Mariana Spychalskiego, oskarżanego o "odchylenie prawicowo-nacjonalistyczne". Jego sprawę chciano połączyć ze wspomnianym już procesem gen. Tatara i innych, rzekomych szpiegów w wojsku. I sędziemu Widajowi i oskarżycielowi Zarakowskiemu pytania przygotowali (jak to miało miejsce w procesach tatarowskich) Bierut i Berman, konsultując się z prowadzącymi śledztwo szefami bezpieki i wybranymi, wpływowymi członkami Biura Politycznego. Proces Spychalskiego jednak nie doszedł do skutku i przez pięć lat (1950-55) siedział on w więzieniu bez wyroku. Rola Widaja skończyła się na tym, że jako przewodniczący składu Najwyższego Sądu Wojskowego usankcjonował - na wniosek wiceprokuratora Prokuratury Generalnej PRL Macieja Majstera - bezprawne aresztowanie Spychalskiego, "uwzględniając, że z powodu szczególnych okoliczności sprawy śledztwa nie można było dotychczas ukończyć".
Były też drobniejsze sprawy, ale wyroki - niewspółmiernie do win - wysokie. W lutym 1950 r. Halina Dunin-Karwicka została skazana na 6 lat więzienia m.in. za "kontynuację więzi grupowej resztek ujawnionych żołnierzy batalionu »Parasol« poprzez organizację i udział w pracach ekshumacyjnych", co Widaj zakwalifikował jako usiłowanie obalenia przemocą ustroju Państwa Polskiego. Cztery lata później - w lutym 1954 r. - por. Tadeusz Buczyński, został skazany na taką samą karę za łapówkę.
W sprawie oskarżonej Orłowskiej uzasadnienie Widaja do skazującego wyroku brzmiało: "Ponieważ oskarżona jest osobą inteligentną i czytała (Sherloka) Holmesa, więc orientowała się, że rozmawiała ze szpiegiem".
I jeszcze jedna sprawa. Mieczysław Widaj skazał Wojciecha Zielińskiego za rzekomy sabotaż w firmie PLL "LOT", której oskarżony był dyrektorem. Wyrok: kara śmierci. W uzasadnieniu napisał, że samoloty typu "Langeudoc", jako wyprodukowane w kapitalistycznej Francji, nie mogą nadawać się do eksploatacji.

SPRAWY Z DOWODAMI,
BEZ NACISKÓW


W 1956 r. w ramach wspomnianej już próby rozliczania stalinowskich błędów i wypaczeń, Mieczysław Widaj mówił: "taka w tym czasie obowiązywała ocena dowodów, jaka była zastosowana przeze mnie czy przez innych sędziów. Do skazania, jak wiemy, nie wystarczy przekonanie sędziowskie, potrzebna jest odpowiednia ocena dowodów. TO NIE BYŁY SPRAWY BEZ DOWODÓW - TO BYŁY SPRAWY Z DOWODAMI, KTÓRE NALEŻAŁO TYLKO WŁAŚCIWIE OCENIĆ".
I dalej: "tow. płk Warecki wspominał mi raz o ludziach niesłusznie skazanych, »bo tak było trzeba« albo też »bo tak partia kazała«, że ja jednakże na te sprawy jakoś nie natrafiłem" (...) Z poprzednich okresów miałem nawet nieprzyjemności z powodu niektórych wyroków uniewinniających" (...) Tak to było, że gdy byłem przekonany o winie, wydawany był wyrok skazujący, gdy byłem przekonany o niewinności lub innej kwalifikacji, był wyrok uniewinniający lub z inną kwalifikacją prawną, chyba że zostałem przegłosowany (...) to wtedy czasem sporządzałem zdanie odrębne. (...) NIE MOŻNA ZATEM NAWET PRZYPUSZCZAĆ, BYM ULEGAŁ NACISKOM".

TADEUSZ M. PŁUŻAŃSKI

Publicystyka Tadeusza M. Płużańskiego na ASME.


Komentarz (0)

W Radio Maryja tow. Lepper został ukontentowany - Wojciech Popiela, prezes UPR, o mgielnych jaskółkach wiosennych przyszłych rządów "patryjotów socjalliberalnych" z "prawicawymi" konserwatystami, a może i nawet z "lumpen-liberałami" Wysłane środa, 22, marca 2006 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |





Komentarz (0)

W Radio Maryja tow. Lepper został ukontentowany - Wojciech Popiela, prezes UPR, o mgielnych jaskółkach wiosennych przyszłych rządów "patryjotów socjalliberalnych" z "prawicawymi" konserwatystami, a może i nawet z "lumpen-liberałami" Wysłane środa, 22, marca 2006 przez Krzysztof Pawlak

"Szczerze współczuję PiS-owi, ponieważ postawiło sie w takiej sytuacji, że IV RP może budować TYLKO z »nowom, patryjotycznom lewicom«. Ta sytuacja przypomina zdarzenia z sąsiedniego kraju sprzed II wojny światowej. Ta lewica już stała się »socjal-liberalnom«, tak więc PiS dookoptowuje do siebie »liberałów«, tylko takich trochę inaczej. Może nawet PiS dokooptuje do siebie »peezel«, słynną partię, która »mogła zawsze z każdym«, ale tow. Lepper wypominał wczoraj, że »jak to jest!«, że PiS utrzymuje w korytkach »peezel« w różnych radach nadzorczych"... Krótko mówiąc - wszyscy trafiają na swoich, być może będziemy mieli rząd kolejnie koalicyjny, ale raczej parlament się nie rozwiąże" - Wojciech Popiela, prezes UPR, komentuje najnowsze "osiągniecia" na obrotowej scenie politycznej "polskiego regionu ZSRE, czyli UE".

PiS mówi - "nowe wybory", PO mówi "ależ wcale nie!", chyba że - jednomandatowe okręgi wyborcze, do których poczuła nagłą i silną miłość, oczywiście - wszystko dla dobra Polski... Na placu boju pozostałoby PiS , PO i "ezelde", być może nie byłoby nawet Samoobrony, z tych głosów odrzuconych i przydzielonych w ramach "najbardziej proporcjonalnych, praworządnych wyborów jednomandatowych" - decydowałoby właśnie "ezelde"... W tym przypadku szansa, że powstałby rząd PiS-"ezelde" jest mniejsza "mimo pewnych zbieżności programowych" niż rząd PO-"ezelde", choć Platforma coraz częściej napomyka o takim rozwiązaniu.
Jak by nie patrzyć - wszyscy zmierzamy w tym samym kierunku: zadłużenie sięga prawie 500 miliardów złotych, liczba osób pracujących sięga 13 milionów pracujących i bezrobotnych, co daje z grubsza biorąc - po 50 tysięcy złotych na osobę pracującą, więc na rodzinę - 100 tysięcy złotych. Są jaskółki nadchodzącej wiosny: oto rząd powołał na stanowisko przewodniczącego rady nadzorczej ZUS-u (Zawsze Ukradnie Składki) Roberta Gwiazdowskiego z Centrum im. Adama Smitha...

Nagranie trwa ponad 7 minut i jest dostępne w Sieci do 3 IV 2006 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




Komentarz (0)

Kiedy prawdziwie Polacy powstaną - prof. Jerzy Przystawa Wysłane środa, 22, marca 2006 przez Krzysztof Pawlak

Przyczyny, dla których posłowie na Sejm RP obawiają się wprowadzenia jednomandatowych okręgów wyborczych (JOW), są już dzisiaj dla każdego zrozumiałe i oczywiste: wybory w JOW to konkurs, w jakim ich szanse "stanięcia na podium" są przeraźliwie małe. Praktyka wyborów w JOW w innych krajach świata pokazuje, że aby wygrać, trzeba zdobyć minimum ok. 30% głosów wyborców w okręgu wyborczym. Tymczasem nawet Jarosław Kaczyński, który uzyskał w ostatnich wyborach rekordowe poparcie 171129 wyborców - nie może spać spokojnie (wytł. ASME). Gigantyczny okręg wyborczy, Warszawa I, jest równy 19 JOW. Jeśli podzielimy 171129 przez 19, wypadnie nam 9006. Na taki JOW przypada ok. 65700 wyborców, a więc wynik Jarosława Kaczyńskiego to zaledwie 13,7%. Nawet, jeśli weźmiemy pod uwagę niską frekwencję wyborczą, to wynik lidera PiS ląduje w okolicach 30%. A przecież był to rekord. Jeśli weźmiemy wynik wyborczy, startującego w tym samym okręgu, tak wybitnego polityka PiS jak Mariusz Kamiński, to uzyskane przez niego poparcie 9142 głosów, podzielone przez 19 daje 481, czyli 0,7% uprawnionych do głosowania. I tak dalej. 297 posłów obecnego składu sejmowego nie przekroczyło 1% głosów w ich (wielkich) okręgach wyborczych. Gdyby więc Jarosław Kaczyński, jak emfatycznie głosi, rzeczywiście chciał się odwołać do tego najbardziej demokratycznego rozstrzygnięcia, jakim są uczciwe wybory, to z pewnością nasza scena polityczna wyglądałaby inaczej. Z tego powodu politycy polscy wolą zajmować się wyborami na Białorusi niż zadbaniem o to, żeby wybory do Sejmu w Polsce były rzeczywiście demokratyczne, a więc równe, bezpośrednie, a nawet proporcjonalne i gwarantowały obywatelom RP ich konstytucyjne bierne prawo wyborcze.
Aby ukryć przed opinią publiczną prawdziwe powody strachu przed uczciwym konkursem wyborczym, nasi politycy zasłaniają się Konstytucją i twierdzą, że zapisy konstytucyjne zabraniają wprowadzenia JOW. Ten sam argument powtarzają uparcie wszyscy komentatorzy telewizyjni i radiowy. Wspiera ich w tym Jarosław Kaczyński, który twierdzi, że wprowadzenie JOW jest niemożliwe, bo do tego potrzeba zgody co najmniej 307 posłów. Jest ciekawe, że wcale mu to nie przeszkadza, żeby nawoływać do samorozwiązania Sejmu, gdzie także potrzeba poparcia 2/3 Sejmu. Więc jak to jest: poważny polityk nawołuje do czegoś, o czym wie, że PO tego nie przyjmie, natomiast nie widzi możliwości wprowadzenia czegoś, do czego ta sama PO nawołuje?
Nie jest prawdą, że zapisy konstytucyjne uniemożliwiają wprowadzenie JOW. W rzeczywistości jest dokładnie odwrotnie: to wybory takie, jakie nam się od roku 1989 urządza - są jak najbardziej sprzeczne nie tylko z zasadami ujętymi w Konstytucji, ale nawet w Deklaracji Praw Człowieka i Obywatela. W interesie UE, OBWE, USA itd. jest obalenie Łukaszenki i urządzenie tam kolejnego "majdanu", wszyscy więc "niezależni obserwatorzy" głoszą, że tam narusza się prawa człowieka, fałszuje wybory itp. Nie jestem takim wielkim altruistą, żeby przejmować się nadmiernie losem Białorusi i nie będę się z nimi spierał. Mnie interesuje Polska i to, co się w niej dzieje, a kiedy w Polsce gwałci się prawa obywatelskie, to hipokryzją jest rozdzieranie szat nad Białorusią. Gdyby rzeczywiście niezależni obserwatorzy zechcieli przyjrzeć się wyborom w Polsce, to właśnie tutaj powinni podnosić larum. Tak jednak się nie dzieje, ponieważ od roku 1989 ustalono, że Polska będzie czempionem demokracji, a więc inni mogą się od nas co najwyżej uczyć, a w żadnym wypadku nie można nas krytykować.
Żeby zrozumieć, że wybory w Polsce systematycznie gwałcą konstytucyjne zasady równości i proporcjonalności, nie potrzeba ani być wybitnym prawnikiem, ani kończyć studiów wyższych. Wystarczy przeanalizować wyniki.
Na przykład: w roku 1993 Katolicki Komitet Wyborczy „Ojczyzna” zdobył ponad 878 tysięcy głosów poparcia i nie uzyskał ani jednego mandatu poselskiego. W tych samych wyborach Bezpartyjny Blok Współpracy z Rządem uzyskał tylko 746 tysiące głosów i wprowadził do Sejmu 16 posłów. Komitet Mniejszości Niemieckiej zdobył niecałe 50 tysięcy i dostał w nagrodę 2 mandaty.
Inny przykład: w roku 2001 AW"S" zdobyła ok. 730 tysięcy głosów i ani jednego mandatu, Mniejszość Niemiecka, podobnie jak poprzednio, mniej niż 50 tysięcy i 2 mandaty.
O jakiej równości albo proporcjonalności można tu mówić? Z pomocą przychodzą tu Bracia Kaczyńscy, Ludwik Dorn i inni. Czując pismo nosem i obawiając się, że czeka ich wyeliminowanie z parlamentu, składają (w kwietniu 2001) wniosek do Trybunału Konstytucyjnego o uznanie ordynacji za sprzecznej z Konstytucją! Szczęśliwie Aleksander Kwaśniewski godzi się na zmianę metody rozdziału mandatów i PiS wprowadza 44 posłów. Skarga konstytucyjna ląduje w koszu.
Polscy wyborcy, przede wszystkimi polscy inteligenci, którzy bez przerwy martwią się problemem zgodności ordynacji wyborczej z konstytucją, powinni zrozumieć kilka prostych faktów.
Po pierwsze: nie istnieje żadna definicja prawna pojęcia "proporcjonalnych wyborów". Jest to więc wyłącznie sprawa INTERPRETACJI. Jak tego dowodzi praktyka pięciu już kadencji Sejmu i pięciu różnych ordynacji wyborczych, politycy cały czas interpretują to pojęcie, tak jak im się podoba, zależnie od chwilowej konstelacji politycznej i wyników sondaży.
Po drugie: istnienie tzw. klauzul zaporowych, a więc progów wyborczych, powoduje, że słowo "proporcjonalne" traci sens. Politolodzy na świecie (ale także w Polsce) piszą o "indeksie dysproporcjonalności" i, obliczając wartości tego indeksu dla różnych wyborów, porównują wyniki ze sobą. Wtedy wybory są jedynie "mniej" albo "bardziej" proporcjonalne. Przy porównaniach tego rodzaju okazuje się, że wybory w JOW wcale nie muszą być "mniej" proporcjonalne od wyborów w Polsce. Przeciwnie, i na tym właśnie argumencie opierała się skarga konstytucyjna Dorna i S-ki z 2001 roku. Wymieniali tam szereg krajów z JOW, w których ten "indeks dysproporcjonalności" był znacznie mniejszy niż dla "wyborów proporcjonalnych" w Polsce.
Podczas konferencji międzynarodowej "15 Lat Praktyki Konstytucyjnej w Krajach Europy Środkowo-Wschodnie", jaka odbyła się na Zamku Królewskim w Warszawie w listopadzie 2004, politolodzy zachodni mówili o tym, że pojęcie "wybory proporcjonalne" należy rozumieć, jako zachowanie odpowiedniej normy przedstawicielskiej, a więc przydział mandatów poszczególnym regionom w proporcji do liczby wyborców. W tym sensie np. wybory do Kongresu USA mogą być uważane za proporcjonalne, bo każdy stan wybiera tylu kongresmenów, ilu wynika z proporcjonalnego podziału, a na przykład wybory do Senatu USA nie są proporcjonalne, ponieważ każdy stan, bez względu na liczbę mieszkańców, wybiera 2 senatorów. I tak np. dwu przedstawicieli w Senacie ma stan Wyoming, który zamieszkuje ok. 300.000 mieszkańców, i dwu senatorów ma stan Kalifornia, gdzie mieszka ponad 60 milionów.
Aby wprowadzić w Polsce wybory w 460 JOW, przy zachowaniu warunku, że okręgi wyborcze będą w dobrym przybliżeniu równe (ok. 62 tysiące wyborców), nie potrzeba zmieniać konstytucji. Wyniki takich wyborów będą w podobny sposób jak do tej pory odbiegać od "proporcjonalności", a "indeks dysproporcjonalności" będzie raz mniejszy, a raz większy, w zależności od mnóstwa czynników. Konstytucję trzeba by zmieniać, gdyby się chciało zmniejszyć liczbę posłów, np. do 230 jak proponowała Platforma Obywatelska, albowiem w Konstytucji zapisano, że Sejm liczy 460 posłów.
Problemy z konstytucyjnymi zasadami mają wszystkie ordynacje, jakie obowiązywały w Polsce od 1989 roku. Jest rzeczą godną najwyższego ubolewania, że polscy miłośnicy demokracji na to się godzą i przeciwko temu nie wychodzą protestować na "majdany". Ufam, że jest to tylko kwestia niewiedzy i niezrozumienia. Gdy Polacy wreszcie zrozumieją, że od 17 lat są ofiarami oszustwa wyborczego, to - jak wieszczył Juliusz Słowacki - "składek zbierać nie będą narody"...

Jerzy Przystawa

Wrocław, 21 marca 2006

  • Prof. Jerzy Przystawa był w kadencji 1990 - 1998 radnym rady miejskiej Wrocławia, startował w wyborach do Senatu Rzeczypospolitej Polskiej przeprowadzonych w dniu 21 września 1997 r.
    Od kilkunastu lat jest jednym z liderów Ruchu Obywatelskiego na rzecz JOW.

    Publicystyka prof. Jerzego Przystawy na ASME.


    Witryna ASME Antysocjalistycznego Mazowsza jest najstarszym serwisem w Sieci - oprócz witryny tematycznej JOW - propagującym ideę JOW

    Komentarz (0)

    Problemy relacji moskiewskiej telewizji - Antoni Zambrowski o międzynarodowych lewicowych "protestach" przeciw "okupacji Iraku" Wysłane środa, 22, marca 2006 przez Krzysztof Pawlak

    | Pobierz |







    Problemy relacji moskiewskiej telewizji - Antoni Zambrowski o międzynarodowych lewicowych "protestach" przeciw "okupacji Iraku" Wysłane wtorek, 21, marca 2006 przez Krzysztof Pawlak

    "Przez cały cywilizowany świat przewalają się manifestacje protestacyjne przeciw najazdowi Amerykanów na Irak. Z wyjątkową satysfakcją pokazuje to telewizja moskiewska, którą oglądam. Widać, że ani lewica na Zachodzie, ani Moskwa nie zastanawiają się, że mają podwójne standardy, dlatego że protestują przeciw temu, co robią Amerykanie w Iraku, zupełnie zapominając o tym co Rosjanie robią w Czeczeni" - Antoni Zambrowski, uczestnik Komitetu Pomocy Czeczenom w Polsce, przy tej okazji przypomina zakłamanie moskiewskie w znanej sprawie wolności dla narodów Zakaukazia.

    Antoni Zambrowski przypomina o szczególnej własności lewicy europejskiej i amerykańskiej: relacjonowaniu korzystnych tylko dla moskiewskich wydarzeń, przy pomijaniu tematów wyjątkowo niechętnie podejmowanych przez sterowane przez Kreml media, co widać było przy okazji najnowszych relacji TV Moskwa dotyczących wydarzeń związanych z wyborami na Białorusi...

    Nagranie trwa ponad 3 minuty i jest dostępne w Sieci do 2 IV 2006 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




    Komentarz (0)

    NOWY PRZYKŁAD JĘZYKA NIENAWIŚCI - Antoni Zambrowski Wysłane wtorek, 21, marca 2006 przez Krzysztof Pawlak

    Na łamach "Przekroju" (nr 10 z dnia 9 marca 2006) ukazał się artykuł demaskujący prof. Jerzego Roberta Nowaka jako wojującego antysemitę. Tytuł jego brzmi odpowiednio: "Tropiciel judeospisków". W poniedziałkowym numerze "Gazety Wyborczej" z dnia 13 marca, dokładniej w dodatku do "GW" zatytułowanym "Duży Format", prof. Jerzy Robert Nowak jest z kolei bohaterem artykułu "Kampania z Żydem w tle". Jest on poświęcony wyborom burmistrza w miasteczku Jedwabne, rozsławionym dzięki książce Jana Tomasza Grossa "Sąsiedzi". Zaledwie przed miesiącem, bo 7 lutego prof. Jerzy Robert Nowak gościł już na łamach "Gazety Wyborczej" w związku z jego odczytem w domu kultury w podwarszawskim Pruszkowie. Wszystkie te artykuły napisane są w napastliwym tonie i raz po raz przetykane kłamliwymi insynuacjami pod adresem flekowanej ofiary.

    OPLUWANIE POD DYKTANDO


    Mnie najbardziej dotknął artykuł na łamach "Przekroju", ponieważ miałem sposobność poznać jego autora. Red. Cezary Łazarewicz zwrócił się do mnie przed jego napisaniem o pomoc w zebraniu i weryfikacji informacji na temat mego wieloletniego przyjaciela. Jestem osobą otwartą na wszystkich, więc spotkałem z panem Cezarym i w duchu zrozumienia i przyjaźni opowiedziałem mu, co wiem o bohaterze artykułu. Nie miałem jednak pojęcia, w co się ładuję, gdyż nie mieściło mi się w głowie, że pod kierownictwem byłego dziennikarza "Gazety Wyborczej" Piotra Najsztuba poczytny tygodnik zszedł na psy i zajmuje się miast informowania - opluwaniem pod dyktando "Gazety Wyborczej" prominentnych osób z przeciwnego politycznie obozu. Nie spełniłem najwidoczniej rachub pana Cezarego w odróżnieniu od cytowanych w artykule innych jego rozmówców, demaskujących prof. Jerzego Roberta Nowaka jako antysemitę i niskich lotów historyka. Za karę doczekałem się następującego stwierdzenia:
    "Jerzy Robert Nowak nie spotka się ze mną, bo jest zbyt zajęty. (...) Ubolewa, że liberalni dziennikarze wciąż powtarzają te same kłamstwa na jego temat. Na przykład, że jest antysemitą. - A ja napisałem znacznie więcej niż ktokolwiek inny o propolskich Żydach - mówi. Bo zawsze interesowałem się tymi, którzy biorą w obronę polskie sprawy.
    Tyle że dla Nowaka propolscy Żydzi to tacy, którzy bez szemrania popierają jego wersje historii. Jak Antoni Zambrowski, który wystąpił publicznie w jego obronie, gdy Marian Barański w periodyku »Teraz Polska« ogłosił, że Jerzy Robert Nowak też jest pochodzenia żydowskiego. Zambrowski oświadczył, że znał matkę profesora".

    WIELE KOMPROMITUJĄCYCH KŁAMSTW

    W tym krótkim ustępie pan Cezary zawarł wiele kompromitujących kłamstw. Po pierwsze, pod wpływem mojej perswazji Jerzy Robert Nowak wyraził zgodę na rozmowę z panem Cezarym, ale on po spotkaniu ze mną już się do nas nie odezwał. Prof. Jerzy Robert Nowak istotnie pisał wiele o wkładzie Żydów i Polaków żydowskiego pochodzenia (co nie jest to samo) w obronę polskich spraw w czasie rozbiorów Polski, w okresie międzywojennym oraz w dobie dzisiejszej. Większość z nich nie może popierać jego wersji historii, gdyż od dawna nie żyje. Co się tyczy mojej osoby , to pan Cezary dobrze wie, że miałem poważne rozbieżności z prof. J. R. Nowakiem w sprawie oceny pewnych wydarzeń historycznych, przede wszystkim polskiego Października 1956 r., polemizowałem z nim na łamach tygodnika "Nasza Polska" i prof. J. R. Nowak urażony ostrością mej polemiki, zerwał na czas jakiś ze mną stosunki towarzyskie (Pan Cezary zapewne liczył, że mu coś opowiem o tej polemice, co da się wykorzystać przeciwko prof. J. R. Nowakowi). Pogodził nas dopiero raport "Otwartej Rzeczypospolitej" o języku nienawiści w prasie prawicowej, wydany pod tytułem "Zamiast procesu". Na współautora tego raportu Sergiusza Kowalskiego powołuje się zresztą pan Cezary w swych oskarżeniach o szerzenie przez prof. Nowaka treści antysemickich w swych publikacjach.
    Mnie Sergiusz Kowalski oskarżył o to samo za słowa prawdy o wydarzeniach w Jedwabnym, kłamliwie opisanych przez Jana Tomasza Grossa (Wbrew temu, co pisze pan Cezary, we wstępie do swego artykułu pion śledczy IPN nie potwierdził wersji prof. Grossa, w której zabrakło Niemców jako inspiratorów i organizatorów mordu). Miał też Sergiusz Kowalski w swym raporcie pretensje do mnie o to, że ujawniłem fakt załamania się Janka Grossa w śledztwie w sprawie "Ruchu 8 marca" w 1968 roku i haniebnego sypania kolegów oraz koleżanek, za co był poddany ostracyzmowi przez bardziej dzielnych kolegów.
    Dodam przy sposobności, że o zaplanowanie afery z Jedwabnem oskarżałem w swych artykułach nie mityczne judeospiski, lecz Jacka Kuronia - guru lewicy laickiej. Potwierdza to wsparcie, jakiego kłamstwom prof. Jana Tomasza Grossa udzieliła "Gazeta Wyborcza", która ewidentnie wybaczyła Jankowi dawną zdradę. Jacek Kuroń nie po raz pierwszy zagrywał wtedy przeciwko Polsce, gdyż to on w roku 1989 zaprosił do Polski znanego z antypolonizmu, choć mało znanego z działalności duszpasterskiej, rabina z Nowego Jorku Abrahama Weissa, by urządził głośną hecę pod klasztorem karmelitanek w Oświęcimiu. Pracujący na rusztowaniach robotnicy polali ich wodą i uczestnicy ekipy rabina Weissa przyjechali z płaczem do Jacka Kuronia, by tam osuszyć swoje szaty (Opisała to z odpowiednim wzruszeniem "Gazeta Wyborcza").

    NA JAKIEJ PODSTAWIE?

    Z lektury słów pana Cezarego o propolskich Żydach popierających prof. Nowaka wynika ewidentnie, że zostałem arbitralnie zakwalifikowany przez niego do tej właśnie kategorii. Chciałbym go zapytać, na jakiej podstawie to uczynił. Dziś w III Rzeczypospolitej, gdy skończył się inspirowany przez Moskwę urzędowy antysemityzm komunistyczny, mamy zjawisko masowego ujawniania się jako etnicznych Żydów osób nieraz mających 1/4, 1/8 lub nawet mniej tzw. krwi żydowskiej. Wielu z nich w PRL przezornie ukrywało swą przynależność do narodu wybranego, ale w III RP nabrało odwagi. Mnie to wszelako nie dotyczy. Całe życie deklarowałem narodowość polską, zarówno w Polsce, jak i wcześniej w Rosji, gdzie w dzieciństwie chodziłem do szkoły podstawowej, zaś za młodu ukończyłem Uniwersytet Moskiewski im. Łomonosowa. To samo czynili moi rodzice. Ojciec - znany działacz komunistyczny, przez całe życie z dumą przyznawał się do tego, że jego wuj po kądzieli Władysław Skoryński był bojowcem z Frakcji Rewolucyjnej PPS, rannym podczas rewolucji 1905 roku w strzelaninie z kozakami. Jako inwalida (poniekąd wojenny) przeżył mimo utraty możliwości pracy w zawodzie tylko dzięki obrotności i warszawskiej smykałce. Komunista dumny z obecności "fraka" w rodzinie!
    Byłem w czasie komunistycznej nagonki antysemickiej po marcu 1968 roku ofiarą oskarżeń o sympatie syjonistyczne, co było wierutnym kłamstwem, gdyż gdy w 1966 roku usuwano mnie z szeregów PZPR za krytykę wrogiej polityki Partii wobec Kościoła katolickiego, stawiano mi również zarzuty o sympatię do rewolucyjnego nacjonalizmu arabskiego. Wobec załamania się planów SB uwikłania mnie w odpowiedzialność karną za kierowanie Ruchem 8 marca, posłużono się jako fałszywym świadkiem oskarżenia, agentem SB Bernardem (dziś Bolesławem) Tejkowskim, który zeznał, iż - jak na syjonistę przystało - uważałem Polaków i w ogóle Słowian za głupców i przerobiłem znane polskie przysłowie "mądry Polak po szkodzie" w wierszyk, że Polak jest głupi przed szkodą i po szkodzie. Otrzymałem za to dwa lata z art. 28. stalinowskiego "małego kodeksu karnego" o szkalowaniu Narodu Polskiego, mimo że mój obrońca, dr Kazimierz Łojewski tłumaczył sądowi, iż jest to cytat ze znanego wiersza Jana Kochanowskiego z Czarnolasu. Gdy przybyłem do Zakładu Karnego w Barczewie, administracja więzienna usiłowała napuścić na mnie więźniów pospolitych, rozpowiadając przez klawiszów, że jestem Żydem. Próba ta spaliła wszelako na panewce, gdyż podczas pierwszej wizyty w więziennej łaźni można było się łacno przekonać się, że nie jestem obrzezany. Zdawałem sobie sprawę, że wszystkie te szykany - to przewrotna zemsta władz partyjnych i esbeckich za katolicki ślub kościelny, który wziąłem po wydaleniu mnie z Partii, co czynniki partyjne przyjęły z wielkim niesmakiem.
    Również w dokumencie o decyzji o mym internowaniu przygotowanym jeszcze w styczniu 1981 roku przez Pałac Mostowskich przypisano mi - bez powiadamiania mnie o tym - narodowość żydowską, o czym dowiedziałem się ze zdumieniem dopiero ostatnio, czytając swoje dokumenty w Instytucie Pamięci Narodowej. Bezpieka była równie leniwa i niewydolna, jak wszystkie instytucje komunistyczne z gospodarczymi na czele, i w przygotowanej wtedy charakterystyce wciąż nawiązywała do mego procesu marcowego, nie dostrzegając, że przed Sierpniem 1980 r. byłem czynnym uczestnikiem Akcji Wiernych "Chrystus w środkach przekazu społecznego" zbierającej podpisy wiernych o mszę świętą w radiu i TV. Dzięki tej akcji stoczniowcy wywalczyli mszę radiową nadawaną od września 1980 roku w programie I PR z kościoła św. Krzyża w Warszawie. Tak czy owak - mogę pogratulować panu Cezaremu wpisywanie się w "chlubne", esbeckie wzorce. Tym razem w ramach demaskowania prawicowego antysemityzmu.

    PRZEKRECANIE FAKTÓW

    By dokopać prof. Jerzemu Robertowi Nowakowi, pan Cezary odpowiednio preparuje jego życiorys. Przekręca przy tym fakty - trudno orzec czy z niechlujstwa, premedytacji, czy też braku czasu wynikającego z przepracowania - w tym samym bowiem numerze pan Cezary dokopuje jeszcze w innym artykule Jarosławowi Kaczyńskiemu jako byłemu naczelnemu redaktorowi "Tygodnika Solidarność". Zastanawiające, że w rozmowie ze mną nie zapytał ani słowem o mego dawnego szefa! Wiedział, że będę wobec niego lojalny, natomiast liczył, że uda się ze mnie wydusić coś przeciwko Robertowi. Wkłada w usta ministrowi Waldemarowi Kuczyńskiemu słowa o rzekomym przestrachu jako przyczynie wycofania się Jerzego Roberta Nowaka z opozycji antykomunistycznej. Myli atoli daty. Jan Nowak-Jeziorański w swych wspomnieniach dyrektora Rozgłośni Polskiej RWE opisuje pewnego Nowaka, zatrzymanego przez SB za rozpowszechnianie odpisu sławnego listu 34 intelektualistów do premiera Józefa Cyrankiewicza w sprawie cenzury krępującej życie kulturalne kraju. Tym wspomnianym przez niego Nowakiem był właśnie Jerzy Robert. Pan Cezary przekręca słowa Waldemara Kuczyńskiego, by wynikało z nich, iż to wtedy Jerzy Robert tak się przestraszył, że wycofał się z działalności opozycyjnej. Przeczy temu opowieść tegoż Waldemara Kuczyńskiego: "Nowak należał do frakcji patriotycznej, bliższej Kościołowi - razem z Bernardem Tejkowskim i Antonim Zambrowskim". Tymczasem nasze "bogoojczyźniane" kółko dyskusyjne zbierające się najpierw w garsonierze Bernarda (dziś Bolesława) Tejkowskiego, a po zerwaniu z nim - u socjologa Waldemara Siemińskiego, wyłoniło się z opozycyjnego nurtu na Uniwersytecie Warszawskim po wyrzuceniu mnie i Waldemara Kuczyńskiego z szeregów PZPR na wiosnę 1966 roku. Widziałem Roberta na manifestacji młodzieży katolickiej, rozpędzonej pałkami ZOMO w czerwcu 1966 roku w ostatnim dniu warszawskich obchodów Millenium Chrześcijaństwa w Polsce. Więc jednak nie przestraszył się.
    Cenne jest też świadectwo Waldemara Kuczyńskiego o ówczesnej postawie Roberta, przytoczone przez pana Cezarego: "Nie było w nim nawet cienia antysemityzmu - opowiada Kuczyński". A warto wiedzieć, że toczyliśmy zażarty spór ze zwolennikami Adama Michnika, którzy traktowali jako uleganie moczarowskim nacjonalistom mówienie o polskim patriotyzmie i mieli nam za złe obronę praw Kościoła katolickiego. Później Adam Michnik napisał książkę "Kościół - lewica - dialog", w której złożył samokrytykę za swą ówczesną postawę, ale powstrzymał się przed daniem satysfakcji swym ówczesnym adwersarzom. Po co konkurencji robić reklamę! Tej niechęci do Kościoła sprzyjał rodowód michnikowych "komandosów" wywodzących się z dawnych kuroniowych "walterowców", czyli harcerzy z czerwonego hufca im. gen. Waltera. Powołał go Jacek Kuroń w odpowiedzi na reaktywowanie dzięki październikowym przemianom 1956 roku Związku Harcerstwa Polskiego z Aleksandrem Kamińskim na czele. Wielu partyjnych rodziców, zwłaszcza o żydowskim rodowodzie, traktowało ZHP jako organizację reakcyjną i klerykalną, więc chętnie posyłali swe pociechy do kuroniowego hufca. Stąd ich tylu było wśród "komandosów" z Adamem Michnikiem na czele.
    Po wyjściu Jacka Kuronia z więzienia w lecie 1967 roku uczestnik naszego konspiracyjnego kółka, mec. Karol Głogowski z Łodzi, gdy zapoznałem go z Jackiem, powiedział mu wprost, że jeśli nie zrewiduje swego stosunku do suwerenności Polski oraz do praw Kościoła katolickiego, to będzie miał w swym otoczeniu samych Żydów. Jak wiemy, Jacek Kuroń na początku 1968 roku zapragnął stać się polskim Dubczekiem i wystąpił w obronie mickiewiczowskich "Dziadów", zdjętych przez Gomułkę ze sceny Teatru Narodowego. Podał wtedy piłkę moczarowej propagandzie, która określała Ruch 8 marca jako syjonistyczną akcję.
    Zostałem dokooptowany przez SB do grona przywódców tego Ruchu, aby uwiarygodnić propagandową manipulację, iż za plecami Jacka Kuronia i Adama Michnika czai się złowieszcza postać "bankruta politycznego" Romana Zambrowskiego (mego ojca), który w 1963 roku z własnej inicjatywy złożył dymisję Gomułce ze swych wysokich stanowisk partyjnych. Ponieważ w trakcie śledztwa wyszło na jaw, że nie miałem (podobnie jak ojciec) nic wspólnego z tą akcją, zostałem ostatecznie (by uniknąć skandalu z mym uniewinnieniem) skazany za coś innego, a mianowicie - za szkalowanie PRL przez określenie polityki Partii wobec Kościoła jako nowe wydanie Kulturkampfu oraz za szkalowanie Narodu Polskiego przez przypisanie mi słów z wiersza Jana Kochanowskiego. W tych okolicznościach zarówno Waldemar Kuczyński, jak i Jerzy Robert Nowak wystąpili jako świadkowie mej obrony. Jerzy Robert, który wtedy był już pracownikiem podległego MSZ Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych, ryzykował za swą postawę wydaleniem z pracy. Taki właśnie los spotkał starszego asystenta Wydziału Ekonomii UW Włodzimierza Bursztyna, również świadka mej obrony, który za karę stracił pracę na Wydziale Ekonomii Uniwersytetu Warszawskiego i wyemigrował do Szwecji
    Opisując dalsze losy Jerzego Roberta Nowaka, pan Cezary wydziwia, że pisząc teksty do reżymowej prasy, m.in. do tygodnika "Polityka", pisał on je zgodnie z wymogami ówczesnych czasów. Przytacza zgodne relacje prof. Andrzeja Garlickiego, Wiesława Władyki oraz historyka IPN, prof. Andrzeja Friszke, że artykuły Jerzego Roberta Nowaka nie stwarzały problemów z cenzurą. To świadczy jedynie o kunszcie autora, który umiejętnie przemycał informacje, iż na bratnich Węgrzech władze komunistyczne inicjują z pozytywnym skutkiem reformy gospodarcze, zainspirowane polskim dorobkiem teoretycznym stanowiącym spadek popaździernikowych dyskusji ekonomicznych. A u nas wtedy panował zastój. Wygląda to wyraźnie na czepianie się delikwenta, by mu za wszelką cenę przyczepić łatkę oportunisty.

    NIE TYLKO O ŻYDACH

    Również czepianie się krytycznej postawy prof. Jerzego Roberta Nowaka wobec okrągłostołowego układu rządzącego III Rzeczypospolitą zdradza zwolenników PRL-bis. Pan Cezary zgodnie z zaleceniami swych mocodawców akcentuje rzekomy antysemityzm prof. J. R. Nowaka (To samo czyni autor artykułu w "Dużym Formacie", powołując się nawet na te same ekspertyzy prof. Jerzego Tomaszewskiego. W "Dużym Formacie" opisuje on prof. J. R. Nowaka jako przyjaciela Leszka Bubla, choć to właśnie Leszek Bubel zaatakował go w opisanym przez pana Cezarego artykule, zamieszczonym w jego piśmie "Tylko Polska", na który odpowiedziałem artykułem polemicznym.). Tymczasem krytyka postaw antypolskich środowisk żydowskich - to tylko cząstka jego zainteresowań. Pamiętam dla przykładu artykuły w "Naszej Polsce" krytykujące nadmierne przywiązanie Jacka Kuronia do alkoholu.
    Dorabianie współczesnej Polsce antysemickiej gęby - to po prostu ulubiony chwyt środowisk liberalnych, układających kanony poprawności politycznej i usiłujących zmusić nas (nawet przy pomocy prokuratury) do przestrzegania tych kanonów. Sami z kolei przeżywają żydowskie obsesje, wobec czego mają do prof. J. R. Nowaka pretensje o przypominanie osobom żydowskiego pochodzenia ich nazwisk rodowych, co jest w przypadku osób publicznych zwyczajną praktyką w krajach demokratycznych. Przy tym wszystkim mylą im się kierunki i w związku z tym sami są gotowi szerzyć antysemickie plotki. Dlatego na zakończenie swego artykułu pan Cezary usiłuje dobić prof. Jerzego Roberta Nowaka, przypominając mu, że jacyś kretyni przypisują mu nazwisko Moritz Nauman. Na kretynów, panie Cezary, nie ma lekarstwa, gdyż dla niektórych z nich nawet nazwisko Nowak - najpopularniejsze w całej Słowiańszczyźnie - jest typowym nazwiskiem przechrztów. Cóż zrobić, na głupotę nie ma lekarstwa. Jedynym kryterium słuszności jest zgodność z prawdą i dlatego mam pretensje do pana Cezarego o tak częste mijanie się z nią w powyższym artykule.

    Antoni Zambrowski

    Publicystyka Antoniego Zambrowskiego na ASME


    Komentarz (0)

    Stanowisko Ruchu na rzecz JOW przyjęte na konferencji w Lubinie oraz zaproszenie na konferencję JOW do Warszawy w dniu 8 kwietnia 2006 Wysłane poniedziałek, 20, marca 2006 przez Krzysztof Pawlak

    Informacja o konferencji w Lubinie, w sobotę 18 marca 2006

    W sobotę, 18 marca 2006, w sali kinowej Centrum Kultury "Muza" odbyła się konferencja pod hasłem "Ordynacja wyborcza warunkiem naprawy państwa". Konferencję zorganizował Ruch Obywatelski na rzecz JOW (głównym organizatorem był Edward Wóltański) pod patronatem Prezydenta Miasta Lubina.

    Konferencję otworzył i słowo wstępne wygłosił p. Robert Raczyński, Prezydent Miasta, który dołączył do grona Honorowych Samorządowych Patronów JOW. Referaty wygłosili: prof. Jerzy Przystawa (Uniwersytet Wrocławski), dr Zdzisław Ilski (Politechnika Wrocławska), mgr Igor Brudnowski (Uniwersytet Szczeciński), prof. Delaine Swenson (USA, Katolicki Uniwersytet Lubelski), mgr inż. Janusz Sanocki (Nysa, Prezes Stowarzyszenia na rzecz Zmiany Systemu Wyborczego JOW), prof. Mirosław Dakowski (Akademia Podlaska), dr Marek Zagajewski (Uniwersytet Szczeciński) i mgr inż. Jerzy Gieysztor (Wrocław), który przedstawił złożony w Sejmie projekt ordynacji wyborczej Ruchu. W konferencji uczestniczyli, poza mieszkańcami Lubina i okolic, działacze Ruchu m.in. z Nysy, Wrocławia, Szczecina, Katowic, Warszawy.

    Dyskusja koncentrowała się wokół propozycji ordynacji zgłoszonej przez Prawo i Sprawiedliwość. Uczestnicy uchwalili Stanowisko, w jakim przedstawili podstawowe wady tego projektu, którego uchwalenie nie uzdrowiłoby polskiej sceny politycznej, a tylko pogłębiłoby frustrację społeczną i zniechęcenie Polaków do procedur demokratycznych. (wytł. ASME)




    Stanowisko uczestników
    Konferencji Samorządowej
    "Ordynacja wyborcza do Sejmu warunkiem naprawy Państwa"
    Centrum Kultury "MUZA" - Lubin, 18 marca 2006


  • Przez ostatnie 17 lat Polska jest przedmiotem nieustannego eksperymentowania z ordynacją wyborczą do Sejmu. Ordynacja ta jest zmieniana średnio raz na kadencję.
  • Zmiany te nie były podyktowane interesem ogółu obywateli, lecz ten podstawowy akt ustrojowy był traktowany jako instrument doraźnej walki politycznej między partiami.
  • Reformy prawa wyborczego nie doprowadziły do utworzenia stabilnej sceny politycznej, a tworzone w ten sposób rządy są słabe i niezdolne ani do przeprowadzenia niezbędnych reform, ani sensownego kierowania państwem.
  • Partie rządzące Polską unikają dokonania reformy ustrojowej, jaką byłoby wprowadzenie jednomandatowych okręgów wyborczych na wzór najstarszych demokracji świata, w których mechanizm ten zdał i zdaje egzamin.
  • Mieszana ordynacja wyborcza proponowana ostatnio przez Prawo i Sprawiedliwość nie wychodzi naprzeciw oczekiwaniom społecznym. Jest ona obarczona oczywistymi wadami:
  • Po pierwsze: kuriozalna i nie do przyjęcia jest ordynacja, w której zwycięzca w jednomandatowym okręgu wyborczym może nie uzyskać mandatu poselskiego.
  • Po drugie: koncepcja list partyjnych, obsadzanych według uznania przez liderów partyjnych, oznacza dalsze upartyjnienie państwa.
  • : tak daleko idące uprzywilejowanie aparatów partyjnych sprzeczne jest z podstawowym prawem obywatelskim, jakim jest prawo do równego traktowania
    i z konstytucyjną zasadą równości wyborów.
  • Po czwarte: ordynacja mieszana, tak jak i wszystkie dotychczasowe, narusza nasze bierne prawo wyborcze, albowiem szanse na uzyskanie mandatu mają tylko obywatele zrzeszeni w dużych partiach politycznych.
  • Uchwalenie tego rodzaju ordynacji nie poprawi sytuacji politycznej i społecznej. Przeciwnie, pogłębi frustrację i zniechęcenie do procedur demokratycznych.
  • Właściwa droga do naprawy Rzeczypospolitej wiedzie poprzez rzeczywistą, pozbawioną elementu doraźności, reformę prawa wyborczego i wprowadzenie ordynacji na wzór brytyjski, a więc dopuszczającej uzyskanie mandatu do Sejmu wyłącznie w jednomandatowych okręgach wyborczych.




    RUCH OBYWATELSKI NA RZECZ JEDNOMANDATOWYCH OKRĘGÓW WYBORCZYCH

    zaprasza na Ogólnopolską Konferencję
    50/50" czy "3 x 1"? czyli "jaka ordynacja w IV RP"


    poświęconą doborowi optymalnej dla Polski ordynacji wyborczej do Sejmu i rad samorządowych.
    Konferencja odbędzie się

    8 kwietnia 2006 r. w godzinach 11.00 -16.00
    w Sali Kolumnowej Sejmu RP (wstęp od godz.10.00).


    W programie przewidziane są m.in. wystąpienia Tomasza Kaźmierskiego, Witolda Kieżuna, Julii Pitery, Jerzego Przystawy, Rafała Ziemkiewicza i in.

    Współorganizatorzy:
    Seminarium Parlamentarne JOW, Stowarzyszenie "OKP", Fundacja im. J. Madisona.

    Zgłoszenia do 7.04.2006 (nazwisko, imię, adres, ew. telefon) na:
    t. (022) 718-01-42, fax (022)718-01-18, e.mail: k.mianowski@cyf.gov.pl.
    Udział wziąć może ok. 200 osób, decyduje pierwszeństwo zgłoszeń.
    Za Kom. Programowy - Andrzej Czachor
    Za Kom. Org. - Remigiusz Zarzycki

    Witryna ASME Antysocjalistycznego Mazowsza jest najstarszym serwisem w Sieci - oprócz witryny tematycznej JOW - propagującym ideę JOW

    Komentarz (0)

    Powiastki filozoficznej ciąg dalszy - Stanisław Michalkiewicz Wysłane poniedziałek, 20, marca 2006 przez Krzysztof Pawlak

    Jak człowiek żyje dostatecznie długo, to z samego upływu czasu może stać się klasykiem. A jeśli jeszcze pisze...! Co prawda, nie ma rzeczy doskonałych i z pisaniem wiąże się też pewne ryzyko, bo nie ma nic śmieszniejszego niż diagnozy, co się nie sprawdzają. Jeśli jednak się sprawdzają, to czyż ich autorowi nie należy się choćby jeden listek bobkowy do wieńca sławy? Ożywiony takimi nadziejami, przypominam tedy felieton, jaki wydrukowałem 10 sierpnia 1991 roku w tygodniku "Najwyższy CZAS!" pod tytułem "Temat na powiastkę filozoficzną".

    Pisałem tam m.in.: "Otóż kiedy tak sięgam pamięcią wstecz, to przypominam sobie, że teoretycznie pan Leszek Balcerowicz został wynaleziony przez pana Tadeusza Mazowieckiego, który "»obdarzył go pełnym zaufaniem«. Czy jednak zaufanie pana Tadeusza Mazowieckiego mogło stać się fundamentem takiej politycznej potęgi? Chyba nie, bo przecież wkrótce sam pan Tadeusz Mazowiecki musiał odejść w konfuzji ze sceny politycznej. W takiej sytuacji jego zaufanie nie warte już było funta kłaków. Zauważmy jednak, że mimo upadku pana Tadeusza Mazowieckiego pan Leszek Balcerowicz trwał nadal. Zdawało się, że jego pozycja zachwiała się podczas próby formowania rządu przez pana mec. Jana Olszewskiego (...), ale skończyło się na tym, że to pan mec. Olszewski musiał zrezygnować, zaś Pan Prezydent obudował wokół wicepremiera i ministra finansów nowy rząd z panem J. K. Bieleckim jako premierem. W ten sposób zamiast zapowiadanego »przełomu« otrzymaliśmy »kontynuację«, ponieważ było jasne, że strategię gospodarczą nadal wyznacza pan Leszek Balcerowicz, zaś reszta rządu, wraz z jego Szefem, funkcjonuje, że tak powiem, ze względów protokolarnych. (...) Pewne światło na źródło politycznej trwałości pana Leszka Balcerowicza rzuca okoliczność, że firmowany przez niego program stabilizacyjny (...) zyskał akceptację Międzynarodowego Funduszu Walutowego, Banku Światowego oraz innych ośrodków wielkiej finansjery. Popierając pana Leszka Balcerowicza i obdarzając go zaufaniem, ma ona naturalnie swoje cele i swoje - jakże by inaczej! - wyrachowanie, ale przecież nie można z góry wykluczyć, że i pan Leszek Balcerowicz też ma swoje. Wynikałoby z tego, że prawdziwa trwałość władzy nie jest ufundowana na lotnych piaskach masowych nastrojów, które bywają kapryśne, ani nawet na poparciu osób uważanych za wpływowe, które też mogą odwrócić swoje sympatie, tylko na zaufaniu ludzi trzymających klucz do kasy. Wkraczamy w kampanię wyborczą, z odmętów której wyłoni się nowy parlament, który z kolei powoła nowy rząd. Zadaję sobie w związku z tym pytanie, czy również i w tym rządzie, bez względu na to, jaka partia czy koalicja będzie go firmowała, pan Leszek Balcerowicz obejmie tekę ministra finansów? Gdyby tak się stało, byłby to temat na powiastkę filozoficzną".
    A czyż stało się inaczej? Wprawdzie pan Leszek Balcerowicz nie we wszystkich rządach był wicepremierem i ministrem finansów, ale jeśli nawet nie był, to i tak sprawował coś w rodzaju gospodarczej dyktatury nad kolejnymi tubylczymi formacjami. Zmieniały się rządy, zmieniali się prezydenci, a pan Leszek Balcerowicz trwał niczym skała, o którą rozbijają się wszystkie bałwany. Czyż nie świadczy to, że punkt ciężkości władzy państwowej w Polsce od samego początku transformacji ustrojowej przesunął się na jego osobę, że "ubi Petrus, ibi Ecclesia", czyli - gdzie Piotr - tam Kościół? Skłania to do głębokiej zadumy nad naszą młodą demokracją i państwem prawa, a w szczególności - nad głupstwami, które w nieprawdopodobnych ilościach wypisują różni obłąkani docenci nauk politycznych.
    Dlatego snując tę filozoficzną powiastkę, nie zapominajmy o uwadze Adama Mickiewicza, który zapożyczył ją od La Fontaine'a, a ten - od starożytnego Ezopa, że "każdy ma swoją żabę, co przed nim ucieka i swojego zająca, którego się boi". Kiedy w Sejmie pojawił się świętokradczy pomysł utworzenia komisji śledczej, która sprawdziłaby prywatyzację sektora bankowego, na całą Polskę rozległ się klangor, którego nie powstydziłyby się nawet gęsi holokaustowane pod pretekstem ptasiej grypy. Przoduje jak zwykle "Gazeta Wyborcza", a za nią powtarzają jeremiady rzesze półinteligentów, niezwykle rade ze sposobności wykazania, że są "na poziomie". Tylko patrzeć, jak po linii nadprzyrodzonej to zuchwałe bluźnierstwo potępi JE abp Józef Życiński, ostatnio specjalizujący się w anatemach. Aliści przebieg posiedzenia Komisji Nadzoru Bankowego pokazuje, że zającem pana Leszka Balcerowicza może być pan Lejb Fogelman, doradca pana Profumo, warszawski król życia. Już ta okoliczność wyjaśniałaby zaangażowanie "Gazety Wyborczej", której publicyści na wyścigi lojalnie merdają ogonami, a przecież pan Fogelman tylko doradza panu Aleksandrowi Profumo, przed którym nawet członkowie Komisji Europejskiej skaczą z gałęzi na gałąź.

    Stanisław Michalkiewicz

    Publicystyka Stanisława Michalkiewicza na ASME i nagrania TV ASME


    Komentarz (0)

    Czy następca Balcerowicza zepsuje złotego? - Krzysztof Mazur Wysłane poniedziałek, 20, marca 2006 przez Krzysztof Pawlak

    "Giertych chce głowy Balcerowicza", "Balcerowicz musi odpowiedzieć", "Balcerowicz pod Trybunał Stanu", "Balcerowicz pod specjalnym nadzorem", "LPR żąda odwołania Balcerowicza" - to tylko ułamek tytułów prasowych będących reakcją na ubiegłotygodniowe napięcia pomiędzy prezesem NBP a rządem i ugrupowaniami tworzącymi tzw. pakt stabilizacyjny.

    Oczywiście wśród tytułów dominował stary i ciągle aktualny postulat "Balcerowicz musi odejść" kojarzony najczęściej z osobą przywódcy Samoobrony, który wprawdzie miał niedawno okres chwilowego załamania, kiedy to godził się nawet, że "Balcerowicz musi zostać", ale wszystko wskazuje, że wspomniany kryzys Andrzej Lepper ma już za sobą, a przynajmniej nie może sobie na taki luksus pozwolić w sytuacji, gdy coraz głośniej o głowę Balcerowicza dopominają się pozostali "sojusznicy" Paktu Stabilizacyjnego. Faktem jest, że Leszek Blacerowicz jest symbolem i twarzą ciągle żywej III RP, gdyż mało jest polityków, którzy począwszy od 1989 r. aż po dzień dzisiejszy mieli przez tak długi okres wpływ na kształtowanie systemu finansowego i gospodarczego. W połowie lat 90. zachodzące przemiany w mentalności młodych ludzi zaowocowały powołaniem przez socjologów terminu "generacja X", a niedawne wydarzenia zainspirowały media do wymyślenia "pokolenia JPII". To co może łączyć "pokolenie X" w Polsce z "pokoleniem JPII", to konflikt określonego emocjonalnego zaangażowania i oczekiwań na miarę XXI wieku z niemożnością ich realizacji we własnym kraju. Powodem tej dychotomii jest właśnie realizowana od kilkunastu lat polityka, kojarzona z byłym ministrem, wicepremierem, szefem Unii Wolności, a obecnie prezesem krajowego banku centralnego.
    Materialne piętno balcerowiczowskiej polityki, będącej w istocie odpowiednikiem ekonomicznego New Age, monetarnego etatyzmu doprawionego utylitarną ideologią, wyraźnie rzutuje na poglądy nie tylko zwolenników, ale co gorsze - również na oponentów tej strategii.
    Czy stanowisko prezesa NBP daje rzeczywiście takie możliwości oddziaływania na politykę ekonomiczną, że warto rozpraszać siły na wojny podjazdowe z Balcerowiczem lub próbować jego przedterminowego odwołania, stawiając pod osąd Trybunału Stanu? Z pewnością podstawowa funkcja banku, czyli dbanie o zdrowy pieniądz, ma znaczenie bardzo istotne, o czym świadczy najnowsza historia rodzimej waluty.

    Niemoralna historia złotego

    Już wkrótce po odzyskaniu przez Polskę niepodległości postanowiono, że funkcję narodowej waluty będzie pełnił "złoty", jednakże ze względu na trwające zamieszanie polityczne i gospodarcze odkładano w czasie realizację tego zamierzenia.
    Dopiero w 1924 r., kiedy podjęto szereg działań mających na celu ograniczenie szalejącej hiperinflacji, zdecydowano się na utworzenie pierwszego w II RP banku centralnego z prawdziwego zdarzenia, który - jak wielu nie chce pamiętać - nie był wcale bankiem państwowym, lecz spółką akcyjną z kapitałem m.in. prywatnych udziałowców. W ślad za utworzeniem Banku Polskiego została przeprowadzona zmiana ustroju pieniężnego, w wyniku której markę polską wymieniono na złotego, przy czym relacja wymiany wynosiła 1.800.000 do 1, co obrazuje skalę inflacji w latach poprzednich (rok wcześniej przeprowadzono denominację w Niemczech, a relacja wymiany wynosiła 1.000.000.000.000 do 1).
    W związku z wybuchem wojny Bank Polski został wraz z zapasami złota i dewiz ewakuowany, a Niemcy postawili na czele Banku Emisyjnego (jak wiadomo, po wprowadzeniu unii walutowej narodowe banki centralne faktycznie zamieniają się w regionalne banki emisyjne) Feliksa Młynarskiego, który odtąd podpisywał nowe banknoty zwane od jego nazwiska "młynarkami". W styczniu 1945 r. ukazał się dekret powołujący do życia NBP z kapitałem założycielskim 250 mln zł, a pierwsza ustawa o NBP została uchwalona dopiero w 1958 r., czyli dopiero kilka lat po tym, jak komunistyczny rząd zafundował Polakom pierwszą reformę pieniężną stanowiąca pretekst do obłupienia spekulantów, którzy zamiast zanosić pieniądze do upaństwowionych banków, woleli zaufać własnym portfelom. "Reforma", o której mowa, miała miejsce w 1950 r. na mocy ustawy o zmianie systemu pieniężnego. Ustawa ta miała iście ekspresowy tryb, gdyż została uchwalona 28 października 1950 r., a weszła w życie dwa dni później, ale też trudno się dziwić temu stachanowskiemu tempu, gdyż jej celem było "okiełznanie i ograniczenie wyzyskiwaczy i elementów spekulacyjnych" oraz "ustalenie właściwego i słusznego stosunku pieniądza polskiego do walut państw kapitalistycznych". Właśnie w ramach wspomnianego okiełznywania "elementów", a także tworzenia "podstaw dla wzrostu oszczędności mas pracujących" praktycznie z dnia na dzień unieważniono dotychczasowe banknoty złotowe, dokonując ich wymiany na nowe złote w stosunku 100 do 1. Nie wszystkie jednak kategorie pieniądza poddano wymianie w podanym stosunku, gdyż sumy złotowe wymienione w przepisach na dzień wymiany przeliczono w stosunku 100 do 3, co oznacza, że np. posiadacze oszczędności zgromadzonych na rachunkach bankowych za 100 dotychczasowych złotych otrzymywali 3 nowe złote, a posiadacze gotówki w portfelu mogli taką samą kwotę 100 zł wymienić jedynie na 1 nową złotówkę. Również bardzo krótki termin wymiany i brak wcześniejszej informacji o takiej operacji spowodowały, że wiele osób nie wymieniło posiadanych banknotów na nową walutę co oznacza, że wspomniany zabieg był rodzajem jednorazowego podatku uderzającego przede wszystkim w osoby i podmioty wykazujące - mimo zaostrzających się represji - racjonalnie uzasadnioną aktywność ekonomiczną.
    Przy okazji tej oszukańczej denominacji przeprowadzono również denominację klasową, gdyż o ile w latach 1948 - 1950 chłopi byli uhonorowani banknotem 100-złotowym, tak po "reformie" przydzielono im banknoty pięcio i 10-złotowe, rybaków przeszacowano z pięciuset na pięćdziesiąt złotych, a hutników - z 1000 na 100 zł, dodano przy tym nową, jak wynika z nominału, najważniejszą klasę robotników: górników, których upamiętniono banknotem 500-złotowym. Jak widać, nic nie pozostawało wolne od obciążeń ideologicznych, walczącym z kolektywizacją chłopom jako najmniej cennej warstwie zawodowej przydzielono najmniejszy nominał, górników walczących z kolejnymi normami wydajności wyceniano najwyżej. W zasadzie banknoty się zmieniły, ale klasowe zróżnicowanie pozostaje bez zmian, zwłaszcza w kontekście zapowiedzi PiS-owskiej ekipy o zwiększaniu i tak dużych środków na dofinansowanie górnictwa.

    Mit stabilności

    Mimo przeprowadzonej denominacji i kontroli cen inflacja w latach 1950 - 1954 była bardzo wysoka i wynosiła od 7,5 proc. w 1950 r. do prawie 42 proc. w 1954. Mitem jest również twierdzenie, że w okresie gomółkowskim czy w okresie kiedy Polska była "dziesiąta potęga gospodarczą świata", relacje cenowe była stabilne. Inflacja w PRL-u była - pomimo urzędowej kontroli cen - wysoka, gdyż tylko w okresie 1950 - 1954 ceny wzrosły o ponad 90 proc., a wynagrodzenia nominalne o 77 proc., wprawdzie na skutek oficjalnej deflacji z lat 1954 -56, w latach 1950 - 1970 ceny wzrosły o 216 proc., a nominalne wynagrodzenia ponad czterokrotnie, jednakże duża część wzrostu cen została ukryta w niedoborach podstawowych produktów spowodowanych tym, że oficjalna cena nie odpowiadała cenie rynkowej, zresztą już od lat 70. ceny rosły znacznie szybciej, by doprowadzić do ogromnej inflacji z lat 1980 - 1990. Najlepiej ilustruje to poziom cen, który w 1980 r., był - według oficjalnych statystyk - czterokrotnie wyższy niż w 1950 r., podczas gdy w końcówce 1989 r. ceny były 111-krotnie wyższe niż w 1950 r., a ponad 30-krotnie wyższe niż 10 lat wcześniej. Jedyną reformą pieniężna w tym okresie była wymiana banknotów z serii "klasowej" na serię zatytułowaną "sławni Polacy", co miało ten skutek, że dewaluacji nie uległy klasy społeczne i zawodowe, ucierpiał natomiast wizerunek Kopernika,
    Niestety, mimo cywilizowanej denominacji w 1995 r., wskaźnik wzrostu cen dóbr i usług konsumpcyjnych, nazywany stopą inflacji, pokazuje corocznie spadek siły nabywczej złotówki, w takim stopniu, że realna wartość 1 zł w cenach roku 1995 wynosi obecnie ok. 45 groszy. Obok inflacji istotną sprawą związaną z meandrami polityki pieniężnej było sterowanie polityką kursową i źle zorganizowany system bankowy, stwarzające pole do działania wielu aferzystom, by przypomnieć jedynie sprawę oscylatora bankowego i wielu "złych" kredytów bankowych dla kolesiów, spłacanych następnie z pieniędzy innych deponentów lub podatków obywateli.

    Możliwości następcy

    Politycy PiS-u oraz prezydent Kaczyński, który ma desygnować kandydata na prezesa banku centralnego, wiedzą natomiast, że w tej kwestii należałoby zwrócić się ku "niebalcerowiczowskiej części", przy czym na giełdzie nazwisk pojawiły się już nawet pierwsze typy, wśród nich prof. Urszula Grzelońska (najważniejsza publikacja: "Równowaga gospodarcza w socjalizmie"), Krzysztof Rybiński obecnie jeden z członków zarządu NBP, a nawet Hanna Gronkiewicz-Waltz, której kandydatura została chyba podana jedynie w celu podrażnienia części PO. Wydaje się jednakże, że ten wskazany przez obecną ekipę nowy prezes, pozbawiony ciemnej, balcerowiczowskiej natury, będzie kontynuatorem dotychczasowej polityki NBP, gdyż "tako rzecze" pragmatyka tego stołka. Tym co może różnić przyszłego antybalcerowicza od obecnego "bankiera roku", to demonstrowanie większego zainteresowania tzw. interesem narodowym i być może mniejsza skłonność do ulegania takim życzeniom, jak np. wniosek UniCredito dotyczący wyłączenia wiceministra Mecha z uczestniczenia w obradach KNB. W sytuacji kiedy akcja upokarzania Polski na arenie międzynarodowej nie została odwołana, takie stanowisko jest wbrew pozorom dość ważne zwłaszcza, że dodatkowo toczy się cały czas batalia o kształt UE i jak najszybsze wkręcenie nas do strefy euro.
    Niestety, większość PiS-u, a przede wszystkim obaj Kaczyńscy ani myślą przeciwstawiać się generalnej zasadzie tworzenia UE, a jak wiadomo - akcesja Polski do tej ponadpaństwowej struktury przesądziła zarazem o przyjęciu przez Polskę euro. Prawdopodobnie bardzo mała część Polaków głosujących za wspomnianą akcesją zdawała sobie sprawę z tego faktu, a nadal duża część nie zdaje sobie sprawy z krytyki wspólnej waluty, która zaledwie kilka lat po jej wprowadzeniu (6 styczna br. minęło cztery lata) toczy się w krajach strefy euro.
    Może więc faktycznie lepiej byłoby, aby strażnikiem wymienionych interesów został ktoś, kto "lepiej niż pan prezes przewidywał rzeczywistość ekonomiczną", jakby nie było - wydaje się, że żałoba po "najwybitniejszym Europejczyku" nie będzie trwała długo. Oby tylko nowy "najwybitniejszy bankier roku" nie wywołał za szybko tęsknoty za przeszłością, gdyż jeden mit Gierka nam w zupełności wystarczy.

    Krzysztof Mazur

    Publicystyka Krzysztofa Mazura na ASME


    Komentarz (0)

    UPRzejmy punkt widzenia (10) - Wojciech Popiela Wysłane poniedziałek, 20, marca 2006 przez Krzysztof Pawlak

    "I oto nagle, niespodziewanie, jak grom z jasnego nieba, dociera do nas porażająca informacja, że jeden z tych, którzy nie tylko, że szkodzili nam tu na obczyźnie, ale przede wszystkim szkodzili naszej Ojczyźnie - niejaki p. Ryszard Schnepf, były ambasador RP w państwach Ameryki Łacińskiej, zostaje mianowany na stanowisko sekretarza stanu przy Premierze K. Marcinkiewiczu. Wszyscy Polacy, mieszkający tu w Ameryce Łacińskiej, pytaliśmy - co się stało? Co to ma oznaczać? Czyżby powrót do "starego"? Na odbytym w Punta del Este XI Zebraniu USOPAŁ w dniach 25 - 27 listopada 2005 r. uczestnicy spotkania przyjęli tę nominację ze zgrozą i oburzeniem. Uznali jednak, że jest to "wypadek przy pracy". Sądzili, że po zapoznaniu się przez Pana i Rząd R. P. kim jest p. Ryszard Schnepf, zostanie on natychmiast zdymisjonowany. Wystosowali więc List otwarty do Pana, Parlamentu, Senatu i Rządu RP, w którym to liście dokładnie przedstawili szkodliwą działalność p. Schnepfa, jaką prowadził on, pracując w placówkach dyplomatycznych RP w Ameryce Łacińskiej. Od czasu wysłania listu minęło kilka miesięcy i nie tylko, że ten pan dalej pracuje w MSZ w Warszawie jako sekretarz stanu, to w dodatku pozwolił sobie na taką bezczelność, że list zaadresowany do Premiera RP, p. K. Marcinkiewicza, odesłał z powrotem bez komentarza. Jest to coś niesamowitego - tego by nawet komuna nie potrafiła zrobić" - napisała Unia Stowarzyszeń i Organizacji Polskich Ameryki Łacińskiej i powiedział to jej przedstawiciel w niedzielny wieczór w Radio Maryja. Na to obecny tam premier K. Marcinkiewicz z PiS stwierdził, że pan Schnepf to jego przyjaciel od paru lat, który m.in. organizował 25-lecie "Solidarności", a pismo na biurko premiera trafiło i odpowiedź otrzymają.

    Być może więc, jeśli PiS chce ten Sejm rozpędzić "dla dobra Polski", może sposób "na dymisję rządu" jest do rozważenia? Pretekst by był. Zapowiedź wniosku o samorozwiązanie była zagrywką, po której nawet sam pan Lepper stwierdził, że jednak w rządzie PiS-Samoobrona on sam być nie musi, ale PO nie w ciemię bita. Gdyby tak wygrała, to - ku uciesze PiS - grać musiałaby z SLD czy jak się ta nowa PZPR ma nazywać. Na razie o takim wariancie nawet "dla dobra Polski" mówić nie można, więc pan Tusk powiedział "nie", a dzień wcześniej powtórzył za panem Mazowieckim apel, by PO była "siłą spokoju". Być może wyznaczy to dla PO kierunek, w jakim poszła partyjna macocha pana Tuska - Unia Wolności.
    Rozwiązaniem szkodliwego dla Polski problemu "braku większości" mogą być wybory większościowe, ale jak stwierdził pan Jarosław Kaczyński, PiS było im zawsze przeciwne. To oczywiście jest argument zamykający dyskusję o szukaniu najlepszego dla Polski sposobu wyłaniania przedstawicieli do parlamentu. Z uwagi na buńczuczność LPR, prócz Samoobrony w koalicji rządowej znaleźć może się PSL pana Pawlaka. Czy to aby nie ten sam, który gra jedną z głównych ról w filmie "Nocna zmiana", gdzie ledwie drugie skrzypce grał pan Donald Tusk? Z uwagi na Wielki Post, udział PSL w rządzie PiS może być uznany za akt pokutny, a grzech odpuszczony. Skoro dało się wytłumaczyć udział w rządzie wyzywanego wcześniej od najgorszych pana Religii czy pani z PO, to i z PSL się uda; choćby śpiewając "Nie rzucim ziemi" itd.
    A tu jeszcze pojawił się pomysł jak zwykle błyskotliwego pana Wałęsy, który wyraźnie po pierwszym wyroku z panem Wyszkowskim zhardział. Pomysł jest prosty: odsunąć PiS od władzy i unieważnić wybory prezydenckie. Gdyby poczekał do 1 kwietnia, kompromitacja mogła być mniejsza, a tak jest jak zwykle.

    W blasku perspektywy rozwiązania parlamentu WSI oczekuje ze stoickim spokojem na losy ustawy o swoim rozwiązaniu (Co to mówił J. M. W. Rokita? Że WSI mają PiS w ręku?), zaś w cieniu informacyjnego szumu, telewizja państwowa, zwana dla niepoznaki publiczną, opłacana z naszych podatków zwanych dla niepoznaki abonamentem, realizuje swoją misję. Choćby dziś w programie "Duże dzieci", gdzie pani współprowadząca zapytała dzieci i miliony widzów, czy dziś aktualne jest hasło "Miłość - Honor - Ojczyzna", na co jeden z chłopców przytomnie zauważył: "To nie tak! Bóg - Honor - Ojczyzna!". Pani z lekka skonfundowana zechciała się zgodzić: "Tak też może być…". Uprzejme wytłumaczenie jest takie, że pani się pomyliło, gdyż "Bóg jest miłością", a nieuprzejme w UPRzejmym punkcie widzenia znaleźć się nie powinno.

    Tematem tygodnia były jednak banki. Wrzenie wolnych i niezależnych mediów wywołała informacja, że posłowie przyjrzą się bankowości na przestrzeni ostatnich szesnastu lat. Wrzenie było uzasadnione, gdyż przyjrzenie się "sprawie Orlenu" czy "sprawie Rywina" odsłoniło na chwilę kulisy "społecznej gospodarki rynkowej" w Polsce. Kto pamięta, że Unia Wolności oddała wszystko za stanowisko szefa NBP dla pana Balcerowicza, płacąc dodatkowo niebytem - rozumie, że sprawa jest bardzo poważna, tym bardziej, że i służby specjalne bankowością zajmują się teoretycznie i praktycznie by nam, klientom żyło się bezpiecznie i dostatnio. Pan Tusk powiedział, że to atak na PO, zaś pani Gronkiewicz-Waltz - że to socjalizm. Cieszy, że w PO jest ktoś tak uczulony na socjalizm. Przyda się to z pewnością do weryfikacji struktur PO, które w uprawianiu gminnego socjalizmu nie pozostają w tyle za SLD. Istnienie żerowiska gminnego to jeden z filarów III i IV RP.

    W całym pohukiwaniu zabrakło jednak pytań fundamentalnych. Niezależni dziennikarze też jakoś nie potrafili ich zadać. Przewodniczący Sejmowej Komisji Gospodarki, pan Zawisza z PiS otwierał w sobotę w Sejmie spotkanie z panem premierem Laarem, który doprowadził do prywatyzacji banków w Estonii, w efekcie czego rząd estoński nie ma w nich udziałów. Wnioski, jakie wyciągnął pan Zawisza, wyjawił radiu PiN: "Najlepiej, gdyby dominował w polskim sektorze bankowym krajowy kapitał". Krajowy czy rządowy? Czy rząd polski powinien mieć udziały w bankach i wpływ na obsadę ich kierownictw? Czy służby specjalne powinny mieć swoich ludzi na czele banków państwowych i prywatnych? Czy w banku państwowym koledzy władzy otrzymają kredyty mimo braku zdolności kredytowej? Kto pokryje koszty tych "złych kredytów"? Czy klienci PeKaO SA i BPH będą mogli odejść z tych banków do konkurencji, jeśli po fuzji okażą się one Związkiem Pijawek, czy też Polacy są niewolnikami i będą zmuszeni poddać się "sile bankowej, która będzie dyktowała warunki i wykorzystywała Polaków jeszcze bardziej niż dotąd" - jak stwierdził pan Jarosław Kaczyński? Czy większość parlamentarna, zamiast realizować rozkazy UE i przyjmować komunistyczne prawo o "informowaniu pracowników", wprowadzi wolny rynek, zniesie koncesje i wpuści do Polski zastępy banków walczących o klienta i stwarzających im dogodne warunki, jak choćby w Estonii? Czy na wysokość oprocentowania kredytów nie ma wpływu polityka rządu i parlamentu zadłużających Polaków i ratujących się wypuszczaniem wysokooprocentowanych obligacji? Co - jak chce pan Gosiewski - może naruszyć suwerenność ekonomiczną naszego kraju: fuzja czy 500 mld długu, do jakiego doprowadziły kolejne rządy? Czy zwykła przyzwoitość pozwala, aby obecny lider PO - a poprzednio członek UW i KL-D - posługiwał się w oskarżeniach PiS, LPR i Samoobrony argumentem "pazerności" i "skoku na kasę"? Przy okazji: jak mają się NFI? I wreszcie - czy PiS z niestabilnymi "stabilizatorami" zechcą zrobić zapowiadane porządki polityczne, wprowadzić prawo uwalniające gospodarkę z socjalizmu i dać Polakom szanse na rozwój, czy też pozostanie im ino sznur i powtórzenie za byłym rosyjskim premierem: chcieliśmy jak najlepiej, a wyszło jak zawsze?

    Wojciech Popiela


    Komentarz (0)

    Meisterstück polityczny Braci Kaczyńskich: wypędzanie Diabła Belzebubem - Łukasz Perzyna o tow.tow. Andrzeju Lepperze i Leszku Balcerowiczu oraz uśmiechu zadowolenia na twarzach Braci Wysłane sobota, 18, marca 2006 przez Krzysztof Pawlak

    | Pobierz |






    Meisterstück polityczny Braci Kaczyńskich: wypędzanie Diabła Belzebubem - Łukasz Perzyna o tow.tow. Andrzeju Lepperze i Leszku Balcerowiczu oraz uśmiechu zadowolenia na twarzach Braci Wysłane sobota, 18, marca 2006 przez Krzysztof Pawlak

    "Nie znamy jeszcze wszystkich efektów »wojny o banki«, która wywołał przecież Leszek Balcerowicz, wypędzając z posiedzenia KNB przedstawiciela rządu Cezarego Mecha. Spór jest na rękę zarówno tow. Balcerowiczowi, jaki Jego zaprzysięgłym przeciwnikom z PiS, bo przecież tow. Balcerowicz może już liczyć na stanowisko w Banku Światowym, z kolei Bracia Kaczyńscy zapoczątkowali już w trakcie zeszłorocznej kampanii proces przejmowania elektoratu Andrzeja Leppera i Macieja/Romana Giertycha, wiec jest to spór, w którego nagłośnieniu są zainteresowane obie strony" - Łukasz Perzyna, publicysta "Tygodnika Solidarność" i naszej witryny ASME, zwraca uwagę na zwycięstwo Braci Kaczyńskich na kolejnym polu sceny politycznej "polskiego regionu UE".

    W mijającym tygodniu ważne jednak mimo wszystko, mimo zeszłorocznego blamażu niemal wszelkich ośrodków tzw. badania opinii publicznej, było notowanie OBOP. Nastąpiła zmiana lidera: przewodnictwo objęła PO, nie zmienia się jednak skala poparcia, liderzy zachowali swoje poparcia. Za to na trwałe wypadła już z "progu" LPR, zaś Samoobrona Andrzeja Leppera osiągnęła wynik zaledwie na styku wejścia do parlamentu. To jest olbrzymi sukces Braci K., szczególnie prezesa PiS Jarosława, któremu udało się zminimalizować w wyniku starcia z tow. Leszkiem Balcerowiczem wpływ byłego trzeciorzędowego PZPR-owca, ochrzczonego przez Jana Marię Władysława mianem "barbarzyńcy"... Samoobrona w kolejnej walce przedwyborczej będzie miała "pod górkę", a może nawet nie będzie się już liczyła w poważnych rozważaniach politycznych.
    Hasło "Balcerowicz musi odejść" zostało zwekslowane na stronę ugrupowania PiS - co zostało w małym stopniu zauważone przez tzw. media mainstreamowe...

    Nagranie trwa ponad 13 minut i jest dostępne w Sieci do 31 III 2006 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




    Komentarz (0)

    WYBORY NA BIAŁORUSI: BIAŁORUSKI ARTURO UI - Antoni Zambrowski Wysłane piątek, 17, marca 2006 przez Krzysztof Pawlak

    Wybitny niemiecki dramaturg Bertolt Brecht, przebywający jako antyfaszysta na emigracji poza granicami III Rzeszy Adolfa Hitlera, sportretował Führera - niewątpliwego przywódcę niemieckiego - jako pośledniego gangstera z Chicago Artura Ui. Był to chwyt mający pokazać wielkiego zbrodniarza wojennego jako pospolitego przestępcę, rządzącego twardą ręką miejscowym rynkiem kalafiorów. Z określonym skutkiem propagandowym. Gdyby dziś ktoś sportretował prezydenta Białorusi Aleksandra Łukaszenkę jako białoruskiego Artura Ui, trudno byłoby mówić o pomniejszaniu białoruskiego dygnitarza. Aleksander Łukaszenka jest naprawdę postacią skrojoną na miarę brechtowskiego Artura Ui. Mały człowieczek (choć słusznego wzrostu) bez odpowiedniego wykształcenia, pochodzący z zabitej deskami białoruskiej prowincji, który dzięki płynnej wymowie (czasem bez sensu) wypowiadanej w niezbyt gramatycznej ruszczyźnie zdobył w odpowiedniej chwili masowe poparcie swych wyborców i został prezydentem kraju. Skutkiem tego wyboru ewidentny ćwok z kompleksami ćwierćinteligenta dorwał się do absolutnych rządów na zgubę powierzonego jego pieczy kraju. Z Arturem Ui łączy go również to, że z zamiłowaniem zarządza osobiście białoruskimi bazarami, ku utrapieniu miejscowych kupców. Ci w rozpaczy organizują akcje protestacyjne przeciwko ogłaszanym przez prezydenta Łukaszenkę rujnującym ich zarządzeniom. Sytuację pogarsza okoliczność, że wychowany w ubóstwie nieślubny syn samotnej dojarki wyładowuje swe kompleksy na najbliższym otoczeniu i niszczy w zapamiętaniu swych kolejnych dobroczyńców, przez co utrudnia służenie mu dobrą radą. Przy sposobności retuszuje swoje urzędowe życiorysy, wmawiając wyborcom, iż - dla przykładu - jego rodzice mieli cywilny ślub, a później sowieckim obyczajem się rozwiedli, choć nosi nazwisko nie ojca, lecz swego dziadka po kądzieli. Nie są to jedyne kłamstwa, z których słynie.

    POWTÓRKA ZE STALINA

    Porównanie do Artura Ui pasuje wszelako z jednym zastrzeżeniem: choć Białoruś podczas II wojny światowej poznała uroki hitlerowskiej okupacji i poniosła wielkie straty demograficzne wskutek bitew frontowych, walk partyzanckich oraz terroru hitlerowskiego, nikt nie odwołuje się tam do doświadczeń III Rzeszy i wyroków sądu w Norymberdze. Na całej przestrzeni postsowieckiej obowiązuje bowiem inny wzorzec porównawczy dla słynących z okrucieństwa dygnitarzy - jest nim osoba potępionego przez Nikitę Chruszczowa na XX oraz XXII zjeździe KPZR byłego wodza postępowej ludzkości Józefa Stalina. Z nim dziś porównują historycy i politycy Aleksandra Łukaszenkę. I zaraz nasuwa się na myśl trafna uwaga Karola Marxa, iż historia powtarza się najpierw jako tragedia, a następnie farsa. W przypadku krwawego satrapy jak Łukaszenka - jako tragifarsa.
    Od takiej diagnozy sformułowanej już w pierwszym zdaniu wstępu rozpoczynają swą głośną książkę o prezydencie Łukaszence jej autorzy Paweł Szeremet oraz Swietłana Kalinkina. Książka jest zatytułowana "Przypadkowy prezydent" ("Słuciajnyj priezidient") i została wydana w 2004 roku przez rosyjskie wydawnictwo "Limbus Press" z Petersburga. Pani Swietłana jest redaktorem naczelnym czołowej (opozycyjnej wobec reżymu Łukaszenki) gazety wydawanej na Białorusi - rosyjskojęzycznej "Biełoruskoj diełowoj gaziety", mieszka nadal na Białorusi i jest wymownym świadectwem, iż nie ma w tej książce żadnego kłamstwa, za które można by było pociągnąć ją do odpowiedzialności za oszczerstwo pod adresem prezydenta. Paweł Szeremet był zaś w roku 1998 bohaterem skandalu telewizyjno-sądowego, który sam na własne oczy śledziłem na ekranie swego telewizora, dzięki serwowanemu w owym czasie przez moją "kablówkę" programowi kanału 1-go moskiewskiej telewizji, czyli ORT.

    WIĘZIENIE ZA REPORTAŻ

    Widziałem na własne oczy w końcu lipca 1998 roku miejscowego korespondenta ORT w Mińsku Pawła Szeremeta, jak przez nikogo nie zaczepiany przekracza granicę białorusko-litewską w okolicach Oszmiany i zagłębia się na kilka kroków w litewski las. Miało to służyć tezie, że granica litewsko-białoruska nie jest należycie chroniona, wobec czego w warunkach rosyjsko-białoruskiej unii celnej obszary Rosji są narażone na przemyt wódki, spirytusu oraz papierosów z Litwy. Prezydent Łukaszenka zareagował na ten zdawałoby się niewinny reportaż wyjątkowo ostro i polecił uwięzić nie tylko redaktora Szeremeta, lecz również operatora Dymitra (po białorusku Zmiter) Zawadzkiego, a nawet pozostającego na tereni Białorusi ich kierowcy Jarosława Owczynnikowa. Łukaszenka w pierwszym gniewnym porywie chciał urządzić rzecz absolutnie bez sensu - zarzucić im aferę szpiegowską z udziałem zachodnich służb specjalnych, pragnących rzekomo zdyskredytować Białoruś i jej prezydenta. Stojący wówczas na czele KGB Leonid Jerin przyrzekł Łukaszence mimo absurdalności zarzutów doprowadzenie sprawy do zwycięskiego końca. Na dworze bowiem Łukaszenki nikt z jego dworaków nie odważy się powiedzieć mu zgodnie z prawdą "nie".
    Sprawa ta wywołała jednak w zrzeszonej z Białorusią poprzez ZBiR Rosji wielki skandal. W obronie dziennikarzy, mających wprawdzie obywatelstwo białoruskie, ale obsługujących I kanał telewizji moskiewskiej, wystąpił prezydent Borys Jelcyn. Zadał on Łukaszence cios w bolesne miejsce, zabraniając mu wjazd na teren Rosji. Łukaszenka, który wówczas marzył najpoważniej w świecie o stanowisku prezydenta Rosji w miejsce Jelcyna, upodobał sobie wyjazdy do poszczególnych obwodów rosyjskich i spotkania z przyszłymi, rosyjskimi wyborcami. Opozycyjna wobec Jelcyna Komunistyczna Partia Federacji Rosyjskiej (KPRF) w pełni go w tych usiłowaniach popierała. By zmusić Łukaszenkę do zwolnienia więzionych przez kilka miesięcy dziennikarzy, 1 października 1998 roku Borys Jelcyn zabronił Łukaszence wjazdu na terytorium Rosji, w chwili gdy ów zamierzał odbyć lot do miasta Jarosławl. Łukaszenka na próżno spędził kilka godzin w samolocie na lotnisku Mińsk-2. Gdy to nie poskutkowało, Rosja 7 października 1998 roku zapowiedziała wyegzekwowanie zaległych płatności za gaz i ropę. Tegoż dnia Pawła Szeremeta białoruscy kagebiści zabrali samochodem z więzienia w Grodnie i w kajdankach (by uprzykrzyć ostatnie chwile uwięzienia !) odwieźli do domu w Mińsku.

    SKRYTOBÓJCZE MORDY

    Prezydent Aleksander Łukaszenka udaje sportowca, bierze udział w rozgrywkach hokejowych (ba ! - większość swego czasu poświęca nie sprawom państwowym, które go nużą, lecz treningom na lodowisku), ale - w odróżnieniu od prawdziwych sportowców nie umie przegrywać. Ponosząc porażki, wpada w gniew i wtedy jest nieobliczalny. Obawiając się jego zemsty, szefowie ORT wycofali Pawła Szeremeta do Moskwy. W Mińsku jednak pozostał jako operator ORT Dymitr (Zmiter) Zawadzki. 7 lipca 2000 roku zaginął on na dworcu lotniczym w Mińsku, dokąd przybył, aby powitać przylatującego z Moskwy tego dnia Pawła Szeremeta. Pod dworcem lotniczym znaleziono jego samochód, natomiast jego samego do dnia dzisiejszego nie znaleziono. Ponieważ nie jest to pierwszy przypadek zaginięcia na Białorusi osób mających na pieńku z prezydentem Łukaszenką - zaginęli uprzednio (w roku 1999) działacz opozycyjny Jury Zacharenko - były minister spraw wewnętrznych, następnie były wicepremier Wiktor Honczar oraz jego przyjaciel prywatny przedsiębiorca Anatolij Krasowski, opozycjoniści białoruscy często manifestują w Mińsku na ulicy, trzymając w ręku portrety zaginionych ludzi. Widziałem na własne oczy w telewizji, jak młodą wdowę Swietłanę Zawadzką trzymającą portret swego męża uderzył mocno w twarz dobrze zbudowany funkcjonariusz OMON-u, (mówiąc po polsku ZOMO-wiec). Na znak, że na Białorusi nie obowiązują europejskie normy grzeczności wobec kobiet. Scenę tę transmitowała TV moskiewska i inne, był wielki skandal medialny, ale milicyjnego chama nie spotkały żadne przykrości.
    Piszę o wdowie, gdyż nikt nie ma wątpliwości, iż podobnie jak w przypadku kandydata na stanowisko prezydenta Hennadija Karpenki, otrutego w Mińsku i umyślnie przez całą dobę pozbawionego pomocy medycznej, aż skonał, chodzi o ludzi zabitych i pochowanych celowo na terenie jednostki wojskowej, do którego nie można swobodnie dotrzeć. Za wiedzą i aprobatą Łukaszenki, który oficjalnie wypiera się wszelkiego w tych morderstwach udziału. Ale uniemożliwia ich wykrycie i ukaranie bezpośrednich wykonawców. Wieść gminna otwarcie oskarża o skrytobójcze mordy na opozycjonistach Wiktora Szejmana - byłego szefa ochrony prezydenta oraz byłego przewodniczącego Rady Bezpieczeństwa Republiki, specjalnie mianowanego przez Łukaszenkę prokuratorem generalnym (mimo braku wykształcenia prawniczego), aby zapobiegł wykryciu skrytobójców. Ponieważ dwór Łukaszenki - to kłębowisko żmij i poszczególni dworacy kopią wzajemnie dołki pod sobą, był taki moment, że 22 listopada 2000 r. przewodniczący białoruskiego KGB, gen. Władimir Mackiewicz polecił zatrzymanie na 30 dni zamieszanego w skrytobójcze mordy dowódcy oddziału SOBR (specjalnej jednostki szybkiego reagowania) Dymitra Pawliczenki. Sankcję na zatrzymanie Pawliczenki podpisał zastępca generalnego prokuratora Republiki Michaił Snegir. Pawliczenko został aresztowany 24 listopada i przesłuchany na okoliczność swych przestępstw. Ku zaskoczeniu wyżej wymienionych dygnitarzy już 27 listopada prezydent Łukaszenka dymisjonuje szefa KGB, gen. Mackiewicza, jego zastępcę w KGB Narkiewicza, generalnego prokuratora Bożełkę oraz szefa Rady Bezpieczeństwa Wiktora Szejmana. Dymitr Pawliczenko natychmiast odzyskał wolność. A po kilku dniach Wiktor Szejman - osoba jako się rzekło bez wykształcenia prawniczego, zostaje mianowany prokuratorem generalnym. Mackiewicz i Bożełko na wszelki wypadek uciekają do Rosji, jak najdalej od długich rąk Szejmana i Łukaszenki. Władimir Mackiewicz, aby zachował milczenie w tej sprawie, otrzymał nominację na ambasadora Białorusi w bratniej Jugosławii.

    NIE MA ODWROTU OD TERRORU

    Nauczony gorzkim doświadczeniem afery dziennikarza Giwi Gongadze na Ukrainie, Łukaszenka wie, że nie ma w tej sprawie odwrotu. Podobnie jak nie ma odwrotu w zbliżających się wyborach prezydenckich. On dobrze wie, że nie stać go na zelżenie terroru, gdyż chwiejni dyktatorzy - jak świadczy przykład Leonida Kuczmy, Eduarda Szewardnadzeggo czy Askara Akajewa - mogą paść ofiarą kolorowej rewolty wyborców, takich jak pomarańczowa rewolucja na Ukrainie. Na Białorusi takim rewolucyjnym kolorem są granatowe dżinsy. Dla Łukaszenki nie ma więc wyboru, gdyż w razie porażki może on zasiąść na wzór swego przyjaciela Slobodana Miloszevicia na ławie oskarżonych w Hadze. Dlatego możemy oczekiwać pokazu różnych technik zastraszania wyborców, dosypywania głosów do urn i odpowiedniego liczenia wyników głosowania. Pod tym względem na Białorusi wciąż trwa postkomunistyczna dyktatura.
    Przy sposobności chciałbym zakwestionować prawdę zawartą w tytule rosyjskiej książki o prezydencie Łukaszence - "Słuciajnyj priezidient". Wybór Łukaszenki w czerwcu 1994 roku nie był dziełem przypadku. Jak stwierdził w rozmowie ze mną w owym czasie jego konkurent Zianon Poźniak - przywódca niepodległościowego Białoruskiego Frontu Narodowego (BNF), Łukaszenkę wylansowały rosyjskie służby specjalne. I tak istotnie było, o czym świadczy wpływowa w gronie współpracowników Łukaszenki figura podpułkownika KGB Urała Łatypowa - Rosjanina o tatarskich (sądząc z imienia i nazwiska) korzeniach. W przeciwnym razie walka toczyła by się pomiędzy Zianonem Poźniakiem a kandydatem komunistycznego "betonu" premierem Wiaczesławem Kebiczem i wynik tej rywalizacji dałby się przewidzieć. Łukaszenka wystąpił z impetem jako bojownik przeciwko korupcji i utrącił m.in. byłego marszałka Rady Najwyższej Stanisława Szuszkiewicza, który wraz z Borysem Jelcynem i Leonidem Krawczukiem rozwiązał w grudniu 1991 roku na spotkaniu w Białowieży Związek Rad. Łukaszenka zarzucił mu nadużycia przy budowie domku, określone później jako awantura o skrzynkę gwoździ. Szuszkiewicz uniósł się honorem i podał do dymisji. Zwycięzca w tej batalii Aleksander Łukaszenka jest dziś najbogatszym człowiekiem na Białorusi dzięki miliardowym nadużyciom w handlu bronią. Co tu kryć, jest to jeszcze jeden powód, by nie oddać dobrowolnie władzy demokratycznej konkurencji.

    POD PUBLICZKĘ

    Tu się nasuwa znany żart znanych satyryków sowieckich Ilfa i Pietrowa o rasowym psie w cyrku, który na popis całkował i różniczkował. Wygryzł go jednak zwyczajny kundel, który dzielił i mnożył pod publiczkę. Stanisław Szuszkiewicz - to wybitny białoruski naukowiec, mówiący biegle po białorusku, ponadto po rosyjsku niczym moskiewski inteligent i przy sposobności zupełnie poprawnie po polsku. Łukaszenka - to prowincjonalny nieuk, nie znający, jak na patriotę sowieckiego, przystało swej mowy ojczystej, zamiast literackiej ruszczyzny mówiący miejscową gwarą, czyli tzw. triasianką i co krok popełniający gafy wskutek luk w wykształceniu oraz wynikającego z tego kompleksu ćwierćinteligenta. Po śmierci przed dwoma laty autentycznego wieszcza białoruskiego Wasyla Bykowa, którego zresztą wypędził swymi rządami na emigrację do Finlandii i Niemiec, w atmosferze powszechnej żałoby narodowej, Łukaszenka oświadczył, iż został wychowany na poezji Bykowa. Rzecz w tym, że znany pisarz frontowy Wasyl Bykau - autor pisanych po białorusku głośnych powieści o wojnie z najeźdźcą hitlerowskim, nigdy nie pisał wierszy! Prezydent mógł zapytać w wątpliwej sprawie kogoś ze swych doradców. Ale on niczym maszynistka pisząca notorycznie z błędami ortograficznymi, lecz nie zaglądająca do słownika w wątpliwych sprawach, nigdy nie ma wątpliwości.
    Jeszcze gorzej jest z prawdomównością pana prezydenta, który w trudnych chwilach łże, jak najęty. Ofiarą tych skłonności padła pani prezes Banku Narodowego Tamara Winnikowa, która spędziła w roku 1997 na polecenie Łukaszenki, mimo ciężkiej choroby, dziewięć miesięcy w więzieniu śledczym za odmowę publicznego łgania w sprawie opłacania zadłużenia za dostawy gazu i ropy z Rosji. Łukaszenka polecił jej wystosowanie do moskiewskiego Gazpromu lipnego zobowiązania opłacenia zadłużenia w wysokości 500 mln dolarów w imieniu Banku Narodowego, na co ona odpowiedziała odmową: "Nie będę kłamała". Łukaszenka na to potwierdził swe żądanie: "Ja kłamię, więc i ty musisz". Niezgodę na służbowe kłamstwo Tamara Winnikowa opłaciła więzieniem i przymusową emigracją do Londynu.
    Trzeba poza tym stwierdzić, że mimo okresowych konfliktów z prezydentem Białorusi władze rosyjskie niejednokrotnie ratowały Łukaszenkę w jego walce z opozycją demokratyczną. I to nie tylko rosyjscy komuniści, za prezydentury Borysa Jelcyna stojący na czele Dumy Państwowej jak Sielezniow i Ziuganow, wspierający Łukaszenkę nawet w chwili, gdy był on uwikłany w spór z komunistami białoruskimi, jak marszałek parlamentu Siemion Szarecki i prezes Sądu Konstytucyjnego Walerij Tichinia, broniącymi reguł demokratycznych i konstytucji. Podczas konfrontacji z opozycją w listopadzie 1996 r., gdy losy prezydentury Łukaszenki wisiały na włosku, udzielił mu osobistego wsparcia premier Wiktor Czernomyrdin. Powiedzmy otwarcie: bez tego rosyjskiego wsparcia umotywowanego imperialnymi ciągotami moskiewskich elit nie byłoby na Białorusi Aleksandra Łukaszenki ani w Azji Środkowej pozostałych dyktatorów. Cokolwiek by o tym nie mówiono na Kremlu.

    Antoni Zambrowski

    Publicystyka Antoniego Zambrowskiego na ASME


    Komentarz (0)

    Spotkania z publicystą ASME, Radia Maryja, Telewizji TRWAM i pism prawicowych Stanisławem Michalkiewiczem w Lublinie i Poznaniu Wysłane piątek, 17, marca 2006 przez Krzysztof Pawlak

    Stanisław Michalkiewicz, jeden z najwybitniejszych publicystów prawicowych, współpracownik naszej witryny ASME, tygodników "Najwyższy CZAS!", "Nasza Polska", Radia Maryja, Telewizji TRWAM i wielu innych publikatorów, będzie "dostępny" publicznie podczas otwartych spotkań w stolicach Lubelszczyzny i Wielkopolski w najbliższych daniach.

    - 20.03.2006 r., Lublin, godz. 18.00, sala konferencyjna hotelu "Lublinianka",

    - 25.03.2006 r., Poznań, godz. 17.00, Dom Naczelnej Organizacji Technicznej.

    Organizatorzy serdecznie zapraszają wszystkich chętnych.


    Komentarz (0)

    KATYŃSKIEGO KŁAMSTWA CIĄG DALSZY - Antoni Zambrowski Wysłane czwartek, 16, marca 2006 przez Krzysztof Pawlak

    Nie jestem członkiem Stowarzyszenia Rodzin Katyńskich, ale mój wuj Janek spoczywa w grobie w tamtym lesie. Brał udział w kampanii wrześniowej 1939 roku jako oficer rezerwy WP, lecz w cywilu był lekarzem-ginekologiem. Gdyby Stalin i jego przyboczni wierzyli w głoszone przez siebie hasła troski o dobro człowieka radzieckiego, wykorzystali by jego wiedzę i umiejętności dla leczenia sowieckich kobiet, którym tak ciężko było dostać się do lekarza. Zamiast tego wydali rozkaz, by wsadzić mu kulę w potylicę. A potem cynicznie wyparli się tej zbrodni, zwalając ją na hitlerowców.
    Przez dziesięciolecia w PRL za mówienie prawdy o Katyniu groził wyrok pozbawienia wolności. Siedzieliśmy w 1969 roku wraz z Januszem Szpotańskim w Zakładzie Karnym w Barczewie z rosyjskim Żydem Lwem Nikulinem - nauczycielem języka rosyjskiego w Radomiu, który otrzymał wyrok za słowa prawdy o zbrodni katyńskiej napisane w liście prywatnym do brata w Rosji. W okresie pieriestrojki prawda wyszła na jaw dzięki staraniom historyków rosyjskich, m.in. prof. Natalii Lebiediew. W archiwach rosyjskich odkryła ona dokumentację NKWD o transportach polskich jeńców na miejsce zagłady. Później w archiwum Stalina znaleziono jego decyzję o egzekucji Polaków jako elementu antysowieckiego. Te dokumenty prezydent Borys Jelcyn przekazał władzom III Rzeczypospolitej. Rosyjska prokuratura odmawiając uznania prawdy o stalinowskim ludobójstwie, usiłuje cofnąć nas z powrotem w tamte, sowieckie czasy, kiedy na straży kłamstwa stała przemoc KGB.
    W putinowskiej Rosji prokuratorzy wykonują posłusznie odgórne polecenia. Odpowiedzialni za ich treść rządzący na Kremlu KGBowcy chcieliby może cofnąć czas i przywrócić dawne porządki, ale rychło się przekonają, że niczego oprócz hańby nie uzyskają. Oszczędności na groszowych odszkodowaniach dla rodzin pomordowanych, na których im tak zależy, nie są warte takiej hańby, jaką okrywa się z winy rosyjskiej prokuratury oraz jej kremlowskich mocodawców państwo rosyjskie.

    Antoni Zambrowski

    Publicystyka Antoniego Zambrowskiego na ASME


    Komentarz (0)

    NIEOPŁAKANA KATASTROFA - Antoni Zambrowski Wysłane czwartek, 16, marca 2006 przez Krzysztof Pawlak

    Od pierwszych lat władzy sowieckiej w Rosji obchodzono święto 23 lutego - najpierw jako dzień Armii Czerwonej, dziś po upadku tej władzy - jako Dzień Obrońcy Ojczyzny. Taka jest logika rządów prezydenta Władimira Putina, łączącego w jedno tradycje imperialne białych carów oraz czerwonego faraona Stalina. Od rana tego dnia (w czwartek) w moim telewizorze oglądałem na drugim moskiewskim kanale RTR programy batalistyczne lub świąteczno-patriotyczne. Z polskiej telewizji już wiedziałem, że w Moskwie nad ranem wydarzyła się katastrofa analogiczna do naszej chorzowskiej, aliści wieść ta nie mogła się przebić do rosyjskich telewidzów. Dopiero wieczorem ogłoszono ją w ogólnorosyjskim programie informacyjnym. Z niej się dowiedziałem, że już pierwszego dnia użyto ciężkiego sprzętu do rozbiórki zawałów, mimo znajdujących się pod nimi ofiar.
    Ta opieszałość w informowaniu o tragedii moskiewskiej kontrastowała z naszymi, europejskimi obyczajami medialnymi, ale już staje się regułą, że oglądając namiętnie rosyjskie programy informacyjne, o pewnych faktach i wydarzeniach w Rosji dowiaduję się nie z nich, lecz z polskich środków przekazu. Dla przykładu: w telewizji RTR omawiano przypadek znęcania się "dziadków" w Nowy Rok nad młodym "kotem" w jednostce czołgowej. W tej sprawie była nawet interpelacja w Dumie Państwowej i nagłośniona medialnie odpowiedź na nią wicepremiera i ministra obrony Siergieja Iwanowa, (nb. prawdopodobnego następcy prezydenta Putina). Ale o tym, że skatowanemu przez "dziadków" i pozbawionemu pomocy medycznej "kotowi" Andriejowi Syciowowi amputowano nie tylko nogi, ale i jądra - dowiedziałem się z polskiej prasy.
    Podobnie było i tym razem. Piątkowy (z 24 lutego) "Fakt" pisze na stronie tytułowej: "Moskwo, płaczemy z tobą!". Rzecz w tym, że płaczemy samotnie, gdyż Moskwa nie płacze, lecz świętuje święto swego wojska, które tak traktuje swych rekrutów. I nie dziwota. Większość ofiar - to nie Moskwianie, lecz gastarbeiterzy z południa dawnego Związku Rad: w większości handlujący na Rynku Basmannym Azerowie, kilku Tadżyków oraz dwóch Gruzinów. Ich rodowici Rosjanie nazywają z pogardą "czarnymi dupami" (ciernożopyje), i co i rusz napadają na nich podmiejscy skinowie z organizacji nacjonalistycznych. Prezydenci Ilham Alijew oraz Emomali Rachmonow nie upomną się o nich, gdyż, zwalczani przez opozycję, potrzebują poparcia Kremla. Cieszmy się, że dzięki solidarnościowej rewolucji my, Polacy, żyjemy na innym świecie.

    Antoni Zambrowski

    Jest to pełen tekst artykułu, pierwotnie opublikowanego (ze skrótami) w "Gazecie Polskiej".

    Publicystyka Antoniego Zambrowskiego na ASME


    Komentarz (0)