marca 24, 2006 - kwietnia 1, 2006

To był i jest świat funkcjonujący niezależnie od rzeczywistości kraju - Teresa Bochwic o kuluarach działania Kancelarii Prezydenta RP - z czasów prezydentury Lecha Wałęsy Wysłane sobota, 1, kwietnia 2006 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |







To był i jest świat funkcjonujący niezależnie od rzeczywistości kraju - Teresa Bochwic o kuluarach działania Kancelarii Prezydenta RP - z czasów prezydentury Lecha Wałęsy
Wysłane sobota, 1, kwietnia 2006 przez Krzysztof Pawlak

"Jeśli ktoś miał do tej pory jakieś wątpliwości, że istnieją ludzie, którzy będą tworzyli całe scenariusze, jak postąpić, jak podłożyć świnię, jak wylać oliwę na chodnik, by ktoś się przewrócił - to ma teraz żywy dowód, że tak jest. Trzeba sobie powiedzieć po tych 17 latach, że to już jest wielka pora, by w Kancelarii Prezydenta RP nie było ludzi, którzy pracują w niej od 35 lat" - Teresa Bochwic, dziennikarka zatrudniona w Zespole Obsługi Politycznej prezydenta Wałęsy w początkach lat 90. ub. wieku, opisuje kulisy funkcjonowania ekip współpracowników głównego lokatora Pałacu Namiestnikowskiego/Pałacu Prezydenckiego w Warszawie.

Antoni Pietkiewicz nauczył mnie jednego - zrozumiał, kiedy był wojewodą, że starą ekipę należy wymienić W CAŁOŚCI, że lepiej jest wziąć studentów, swoich ludzi - przez parę miesięcy ich przyuczyć i mieć jedynie do nich zaufanie. Nie ulegało wątpliwości, że pewne działania były podejmowane, anegdota głosiła, że zanim Jarosław Kaczyński dostawał faks od kogokolwiek, to wpierw lądował on u Rakowskiego. Do jednej z sekretarek wciąż dzwonili "ludzie z poprzedniej ekipy", z ponagleniem, by odeszła ona od "solidaruchów", bo to dla nich było "nie do pomyślenia", by dla takiej ekipy pracowała...

Nagranie trwa prawie 23 minut i jest dostępne w Sieci do 14 IV 2006 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




Komentarz (0)

Stanisław Lem w służbie prawdy? - Konrad Turzyński Wysłane piątek, 31, marca 2006 przez Krzysztof Pawlak

W czasach, kiedy w głosowanie nikt na serio nie wierzył (a "patronujący" całej tej sytuacji Józef Dżugaszwili, ps. Stalin, mawiał, że "nie ważne, jak ludzie głosują, ważne, kto liczy głosy"), oficjalnie "obowiązywała" marksistowska koncepcja prawdy: prawdą jest to, co służy "rewolucji proletariackiej", a fałszem to, co jej nie służy. Nikt jednak nie wpadłby na to, by głosowanie było kryterium prawdy. Tymczasem zmarły w tym tygodniu polski pisarz Stanisław Lem w swojej pierwszej, jeszcze hurra-komunistycznej, powieści pt. "Astronauci", powstałej jeszcze w okresie stalinowskim, umieścił interesujący passus. Warto przypomnieć, że akcja powieści toczy się mniej więcej w naszych czasach, konkretnie w roku 2006, kiedy to świat już w całości jest ogarnięty socjalizmem, przeżywa po prostu ten komunistyczny raj, który wówczas (w czasach Stalina) intensywnie głoszono wszelkimi sposobami. Nie ma wojen, planeta jest zjednoczona, konflikty rasowe należą już do historii, słowem - "każdemu według jego potrzeb, od każdego według jego zdolności", jak brzmi naczelne hasło owej utopii. Dla uczczenia triumfu komunizmu, który nastąpił już wiele lat wcześniej, odkryty w 1997 roku pierwiastek chemiczny, posiadający w tablicy Mendelejewa numer 103, został nazwany "Communium" (w rzeczywistości pierwiastek o takiej tzw. liczbie atomowej został odkryty już w 1961 r. i otrzymał nazwę "Lawrencium", czyli lorens). Widomym znakiem tego, że ludzkość nie ma większych trosk ani zmartwień, jest czyniony wspólnymi siłami podbój kosmosu.

Uczeni próbowali dociec, skąd przybył na Ziemię i czym naprawdę był tzw. meteoryt tunguski, który rzeczywiście spadł we wschodniej Syberii w 1908 roku. W ferworze dyskusji doceniono znaczenie kwestii metodologicznych: "O głos poprosił docent Dżugadze z sekcji logików. (...) Nie znając prawdy na pewno, zdani jesteśmy na nasze przypuszczenia i dlatego wszyscy możemy się na ten temat wypowiedzieć. Natomiast (...) nie można rozstrzygnąć głosowaniem, czy dach tego budynku jest ze szkła, czy z metalu. W tym celu należałoby po prostu spytać architekta, który go budował. Chodzi bowiem o pewne fakty wiadome specjalistom i oni muszą się w tej sprawie wypowiedzieć. Wniosek logika przyjęto". Ten cytat stanowił przemycenie w czasach stalinowskich zupełnie "nieprawomyślnej" (z punktu widzenia lewicy) koncepcji prawdy - bliskiej (chociaż nie identycznej z nią!) klasycznej definicji prawdy (którą proponowali: najpierw pogański filozof Arystoteles ze Stagiry w IV wieku p.n.e., a w ślad za nim chrześcijański filozof św. Tomasz z Akwinu w XIII wieku n.e., a która po prostu mówi, że prawda jest "zgodnością rzeczy z umysłem"). Przecież zgodnie z nieśmiertelną nauką Marksa, Engelsa, Lenina i Stalina prawdą jest to, co służy zwycięstwu rewolucji, proletariatowi, jego sile przewodniej (= partii komunistycznej) itp. - niepotrzebne skreślić, a tu takie reakcyjne pozostałości w myśleniu... Trudno zgadnąć, czy autorowi to "samo się napisało", czy naprawdę świadomie próbował przemycić coś, co wówczas niekoniecznie byłoby uznane za prawomyślne - kompetencja władz komunistycznych bywała w tamtych czasach rozciągana i na językoznawstwo (tu sam Stalin się zaangażował!), i na biologię ("osiągnięcia" Łysenki), i na cybernetykę ("burżuazyjna pseudo-nauka"!), i nawet na fizykę (zwalczanie teorii względności Einsteina przez niejakiego Focka).

Tak więc, idąc za poradą, jaką w usta doc. Dżugadzego włożył Stanisław Lem, gdy chcemy, na przykład, wiedzieć dokładniej, czego zabrania przykazanie "nie zabijaj", musimy zapytać fachowca - w tym wypadku: filologa-hebraistę, które z trzech bliskoznacznych słów hebrajskich zostało tam użyte i co ewentualnie z tego wynika. Waldemar Łysiak zabierając głos w dyskusji nad karą śmierci ("Tygodnik Solidarność" z 19 kwietnia 1996 r.) przypomniał, że piąte przykazanie zawiera wyraz "rasah" (= mordować), nie zaś "harag" (= zabijać nieprzyjaciela na wojnie) ani "hemit" (wykonywać wyrok śmierci), polemizując z tymi, którzy, uzasadniając swój bezwzględny sprzeciw wobec kary śmierci, powołują się na Dekalog, a wyciąganie "różnic językowych" uważają za "kuglarstwo semantyczne". Podobnie wszystkie inne dziedziny aktywności ludzkiej mają sobie właściwe metody ustalania, co jest, a co nie jest obiektywną prawdą.

Poglądy głoszone przez Stanisława Lema także później, po (domniemanym) upadku socjalizmu, sprzyjały na ogół bardziej obozowi lewicy niż obozowi prawicy. Nic więc dziwnego, że nikt z obozu lewicy nie próbował przypomnieć o tym wyżej przytoczonym fragmencie powieści "Astronauci", zwłaszcza w czasach, kiedy spory o dopuszczalność sztucznych poronień przywiodły polemistom obu stron kwestię, czy można głosować nad piątym przykazaniem Dekalogu albo ogólniej - nad normami moralnymi.

Stanisław Lem to zresztą nie jedyny przykład postaci lewicowej, która może mimowolnie (i z wyprzedzeniem czasowym) uczyniła przysługę obozowi przeciwnemu - wystarczy wspomnieć prof. Marię Szyszkowską i jej niegdysiejsze rozważania nad prawem naturalnym (pisała o nim z aprobatą i to w kilku książkach), przydatne ostatnio również bardziej... osobom broniącym życia nasciturusów niż zwolennikom postEMpu.

Nie potrzeba było robić referendów ani ankiet, abyśmy odgadli, że dawno temu większość ludzkości poparłaby pogląd o ruchu Słońca wokół Ziemi, a mniej dawno temu - pogląd dokładnie odwrotny. Czy w ciągu ostatnich paru stuleci w związku z tą różnicą ludzkich poglądów zmieniły się zjawiska we wszechświecie? Referendum nie uchyliłoby ani nie potwierdziłoby niczyjej racji, a tylko wykazałoby tyle, co każda ankieta. Tak samo, jak głosowanie w sprawie uznania zdania "2+2=4" albo twierdzenia Pitagorasa! Choćby tylko jedna miliardowa obecnej ludzkości uznawała, że dwa i dwa to cztery, to i tak to pozostawałoby prawdą. Podobnie, choćby tylko sześć lub siedem osób na świecie podzielało pogląd, że należy karać za zabicie dziecka w brzuchu matki, to i tak byłby to pogląd słuszny. Takie głosowanie prawnie byłoby tyle warte, co sondaże na temat winy lub niewinności niejakiego "Olina"; chyba żaden sędzia nie poważyłby się wyrokować w jego sprawie nie polegając np. na zdaniu ławy przysięgłych, ale na podstawie ustaleń ankieterów i socjologów...

Toruń, 30 marca 2006 r.

Konrad Turzyński

Publicystyka Konrada Turzyńskiego na ASME


Komentarz (0)

ROSJA: DOGONIĆ I PRZEŚCIGNĄĆ - Antoni Zambrowski Wysłane piątek, 31, marca 2006 przez Krzysztof Pawlak

Telewizja moskiewska co i rusz powtarza dyrektywę prezydenta Władimira Putina, by wzmóc tempo wzrostu gospodarczego. Celem jest osiągnięcie przez Rosję poziomu produkcji Portugalii na jednego mieszkańca. Hasło "dognat' i pieriegnat'", czyli dogonić i prześcignąć, stało się tradycyjnym hasłem pięciolatek stalinowskich. Wtedy zadanie było znacznie ambitniejsze, gdyż plany zakładały prześcignięcie USA. Po wojnie Nikita Chruszczow odgrażał się nawet Amerykanom, że Związek Rad ich pogrzebie wraz z ich ustrojem. Nic z tego nie wyszło. Dziś prezydent Putin nie marzy o ściganiu się z USA i wziął sobie za cel znacznie uboższą Portugalię. Ale mimo to zadanie nie jest łatwe, tak zacofana gospodarczo jest Rosja. Zwłaszcza, że wciąż pozostaje niewydolna gospodarczo i obciążona zbrojeniami wskutek ambicji imperialnych jej władców.
Coś mi się widzi, że polem współzawodnictwa będzie wobec tego poziom ludności. Rosja jest znacznie większa, ale jej ludność się kurczy co roku o milion osób. Powszechna ateizacja oraz system kołchozowy rozsadziły niegdyś liczną rodzinę rosyjską. Rosjanki nie chcą rodzić dzieci. Skrobanki są popularnym zabiegiem antykoncepcyjnym. Skutkiem tego Rosja się wyludnia. Czy osiągnie poziom Portugalii?

Antoni Zambrowski

Publicystyka Antoniego Zambrowskiego na ASME


Komentarz (0)

Błędy podwładnych Prezydenta Rzeczypospolitej będą zapamiętane tylko na rachunku Szefa, o kancelistach nikt za kilka lat nie będzie pamiętał - Łukasz Perzyna o istotnych przyczynkach pamiętnikarskich, znanych z historii Polski Wysłane piątek, 31, marca 2006 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |








Błędy podwładnych Prezydenta Rzeczypospolitej będą zapamiętane tylko na rachunku Szefa, o kancelistach nikt za kilka lat nie będzie pamiętał - Łukasz Perzyna o istotnych przyczynkach pamiętnikarskich, znanych z historii Polski
Wysłane piątek, 31, marca 2006 przez Krzysztof Pawlak

"W zwycięskiej dla siebie, ubiegłorocznej kampanii prezydenckiej Lech Kaczyński był przedstawiany przez sztabowców jako lepszy, wielki patriota i katolik niż jego główny konkurent Donald Tusk. W ślad za tym szły działania sztabowców PiS na krawędzi faulu, czyli m.in. przypominanie, kiedy to Donald Tusk wziął ślub kościelny i w jakim mundurze walczył dziadek Donalda. Jeśli ten wybór wygrał Lech Kaczyński, to dlatego, że udało się Mu upowszechnić wizerunek sprzedany w kampanii. Teraz pojawiły się na wizerunku zwycięzcy i pretendenta do więcej niż pojedyncza kadencja prezydencka - zasadnicze rysy" - Łukasz Perzyna, publicysta "Tygodnika Solidarność" i naszej witryny ASME skupia się na na świeżych błędach popełnionych przez podwładnych szefa urzędu Prezydenta Rzeczpospolitej.

Co integruje elektorat Lecha Kaczyńskiego - to z pewnością stosunek do stanu wojennego, do "Solidarności", sprzeciw wobec komunistycznych "ałtorytetów": Wojciecha Jaruzelskiego, który był sprawcą wielu nieszczęść narodu polskiego w latach 80. ub. wieku. A oto w wyniku niefortunnego zbiegu okoliczności" tow. Jaruzelski uzyskuje Krzyż Sybiraków. W definicji tego odznaczenia jest jasno opisane, że może być nim nagrodzony ktoś, kto oprócz pobytu na Syberii - walczył o niepodległość Polski i o jej samostanowienie, cierpiał za Ojczyznę. Tej definicji nie spełnia z całą pewnością, generał tzw. LWP, TW "WOLSKI", tow. Jaruzelski, który był współpracownikiem sowieckich władz okupacyjnych Rzeczypospolitej.
Ponoć to jacyś tajemniczy kanceliści z Kancelarii Prezydenta RP dokonali sabotażu na szkodę wizerunku Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego...
Druga sprawa wiąże się z wizerunkiem Lecha Kaczyńskiego jako szczerego katolika po tym, jak Jego wysoki urzędnik z Kancelarii Andrzej Urbański, stwierdził, że "żaden biskup nie będzie decydował o polskiej polityce" - a zostało to wymierzone w osobę kardynała Dziwisza, przyjaciela Ojca Świętego Jana Pawła II.
Pośrednio zaowocuje to spadkiem autorytetu państwa - przewiduje Łukasz Perzyna. Bo błędy podwładnych Prezydenta będą zaliczony TYLKO w Jego rachunek...

Nagranie trwa ponad 10 minut i jest dostępne w Sieci do 13 IV 2006 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




Komentarz (0)

Pomarańczowa ordynacja - prof. Jerzy Przystawa Wysłane czwartek, 30, marca 2006 przez Krzysztof Pawlak

Od czasu, gdy politycy polscy - na Aleksandrze Kwaśniewskim poczynając, a na Lechu Kaczyńskim kończąc - odnieśli historyczny sukces, doprowadzając do zwycięstwa Wiktora Juszczenki i Pomarańczowej Rewolucji na Ukrainie, kraj ten wysunął się na czoło państw zrzucających z siebie komunistyczną skórę i dołączających do społeczeństw nowoczesnych i demokratycznych. Taki przynajmniej obraz Ukrainy kształtują wszystkie życzliwe demokratyczne media "zachodnie" z polskimi, bez wątpienia, na czele. Któż bowiem jest w stanie bardziej kompetentnie ocenić przebieg wydarzeń na Ukrainie niż jej najbliżsi sąsiedzi - Polacy? Obraz ten staje się jeszcze bardziej wyrazisty przez kontrast z ciemnym obrazem Białorusi, gdzie panuje dyktatura, a o demokracji wolno tylko marzyć. Takie jest wspólne stanowisko ponad trzech i pół tysiąca bezstronnych międzynarodowych obserwatorów, którzy skrupulatnie badali i przyglądali się wyborom parlamentarnym na Ukrainie, jakie zakończyły się w minioną niedzielę, 26 marca. Wszystkie, albo prawie wszystkie, "wolne media" donoszą z radością, że były to pierwsze, prawdziwie wolne i demokratyczne wybory na Ukrainie i co do tego nie może być najmniejszych wątpliwości.
Polska, rzecz jasna, od dawna przoduje w procesie transformacji demokratycznej, a wolne i prawdziwie demokratyczne wybory nie są dla nas żadną nowością, tym niemniej, w związku z toczącą się ostatnio dyskusją publiczną na temat kolejnych wyborów i ordynacji wyborczej, warto nieco bliżej przyjrzeć się wyborom na Ukrainie. Jeśli bowiem jest prawdą, że polscy politycy tak znaczącą rolę odegrali w procesie ostatnich przemian w tym kraju, to kierunek tych przemian może być dla nas pewną wskazówką, w jakim kierunku może jeszcze pożeglować nawa Rzeczypospolitej. W dwa dni po zakończeniu głosowania na Ukrainie Prezydent Lech Kaczyński oświadczył, że gdyby Sejm uchwalił większościową ordynację wyborczą, to on ją zawetuje, gdyż "wybory większościowe nie mają nic wspólnego z demokracją". Trudno tego stanowiska nie skonfrontować ze stanowiskiem jego "młodszego brata" - Prezydenta Ukrainy Wiktora Juszczenki. Jak wiadomo, Wiktor Juszczenko, prawie natychmiast po zwycięstwie Pomarańczowej Rewolucji i objęciu urzędu prezydenta zmienił ordynację wyborczą do Rady Najwyższej Ukrainy i usunął z niej wszelki ślad niedemokratyczności. Poprzednio, jeszcze w wyborach roku 2002, kiedy o demokracji na Ukrainie można było tylko marzyć, połowę posłów wybierano w okręgach jednomandatowych. Wybory te, jak donosili różni obserwatorzy, były często fałszowane. Akurat zarzut ten nie dotyczył posłów wybranych w JOW, tylko tych wybranych z list partyjnych, ale przecież na fałszowanie wyborów godzić się nie podobna. Partia Wiktora Juszczenki "Nasza Ukraina" zwyciężyła, ale zdobyła zaledwie 24% głosów (najwięcej), co dało jej tylko 101 mandatów (na 450). Oczywiście, przy takim stanie rzeczy rządzenie krajem jest niemożliwe, co dokładnie widzimy w Polsce na przykładzie partii Lecha Kaczyńskiego, pomimo, że PiS zdobył nawet o 5% głosów więcej. Dzięki pomocy Polski i wszystkich miłujących demokrację krajów świata, nastąpiła Pomarańczowa Rewolucja, Wiktor Juszczenko dostał carte blanche, a w rezultacie powstała ordynacja, według której odbyły się tegoroczne wybory. Okręgi jednomandatowe zostały zlikwidowane. Wybory są już czysto proporcjonalne i to w takim stopniu, że może to być inspiracją i prawdziwym natchnieniem dla naszych prawodawców.
Ukraińska ordynacja wyborcza, podobnie jak polska, stwierdza (w art. 1 rozdz. I), że wybory są powszechne, równe, bezpośrednie, proporcjonalne i tajne. W art. 6. zapisano jeszcze, że "wybory są wolne", co może sprawiać pewien kłopot tym demokratom polskim, którzy od lat namawiają do wprowadzenia obowiązku głosowania! Oczywiście, dalej wyjaśnia się, że chodzi tu o "wolność wyboru w akcie głosowania", ale nie jest pewne, czy wolność i demokracja nie byłyby jeszcze większe, gdyby pozostawić możliwość pewnych kar, za nieskorzystanie z nich.
Obywatele Ukrainy, podobnie jak w Polsce, w wieku 18 lat mają prawo głosowania, a w wieku 21 mogą nawet kandydować i uzyskać mandat poselski. Co więcej: okazuje się, że mają nawet prawo zgłaszania kandydatów! Mówi o tym art. 10.: "Obywatelom Ukrainy, posiadającym prawo udziału w głosowaniu, przysługuje prawo wysuwania kandydatów. Prawo to realizowane jest za pośrednictwem partii politycznych (lub koalicji partyjnych), w sposób określony w niniejszej Ustawie".
O tym, jak to prawo jest realizowane, mówi rozdział VII "Zgłaszanie i rejestracja kandydatów na posłów". Zasady są sformułowane w 10 obszernych artykułach (42 do 51), z których najciekawszy jest art. 42.: "Kandydatów na posłów może zgłosić partia, która została zgodnie z obowiązującym prawem zarejestrowana nie później niż na 365 dni przed dniem wyborów; albo koalicja partii. W skład koalicji wchodzić mogą tylko partie zarejestrowane nie później niż na 365 dni przed dniem wyborów".
Cała Ukraina stanowi jeden, 450-mandatowy, okręg wyborczy. Każda partia lub koalicja, przedkłada jedną listę wyborczą, na której - w kolejności ustalonej przez partię - znajdują się nazwiska (i inne szczegółowe dane) kandydatów, przy czym kandydatów zgłoszonych nie może być więcej niż miejsc w Radzie Najwyższej.
Art. 46. Ordynacji stanowi, że każda dopuszczona do wyborów partia musi wpłacić kaucję w wysokości dwóch i pół tysiąca płac minimalnych. Kaucja ta przepada, jeśli partia nie uzyska żadnego mandatu. (Nota bene: w wyborach 26 marca listy kandydatów zgłosiło 45 partii. Wstępne wyniki wskazują, że próg 3% przekroczyło tylko pięć partii.)
Telewizje przekazały nam wiele obrazów z ostatnich wyborów na Ukrainie. Wiemy, że frekwencja była wysoka, ponad 60% (wstyd, Polacy: który kraj bardziej dorósł do demokracji: Polska czy Ukraina?), formowały się długie kolejki do oddania głosu. Niewątpliwie, do długości tych kolejek przyczyniła się długość kart do głosowania: na każdej musieli się znaleźć kandydaci aż 45 partii i koalicji partii! Oczywiście, nie wszyscy. Gdyby taka karta do głosowania miała zawierać nazwiska wszystkich kandydatów, to 45 razy 450 wymagałoby drukowania tomu ok. 300 stron i to razy prawie 40 milionów wyborców! Tego budżet Ukrainy mógłby nie wytrzymać, dlatego ordynacja wyborcza przewiduje, że na liście wyborczej ujawnia się tylko nazwiska pięciu pierwszych kandydatów danej partii (art. 64. pkt. 4.)!
Dowodem na to, jak bardzo demokratyczne i wolne są to wybory, dowodzi fakt, że u dołu każdej listy wyborczej znajduje się tekst: "Nie popieram kandydatów na posłów z żadnej partii politycznej ani z żadnej koalicji partii". Wyborca może obok tego zdania postawić krzyżyk (art.64. pkt 4)!
Wybory są, jak mówiliśmy, "proporcjonalne", sposób rozdziału mandatów określa precyzyjnie art. 77. Jeśli się nie mylę, to metoda tego rozdziału znana jest w literaturze pod nazwą metody Hare'a (taka, jaką zastosowali Amerykanie w Iraku!). Oczywiście, wszystkie te "metody proporcjonalne" - Hare'a, d'Hondta, Sainte-Lague, Droopa, Niemeyera itd., itp. - działają tym lepiej, im większy jest okręg wyborczy, dlatego w przypadku podziału 450 mandatów, wynik będzie dużo bardziej "proporcjonalny" niż gdy tych mandatów jest, jak w Polsce, 7 do 19! Warto jednak i nad wynikami wyborów na Ukrainie pomedytować "pod kątem proporcjonalności". 3% z 450 to, było nie było, kilkanaście mandatów. A kto reprezentuje wyborców, którzy postawili krzyżyk w miejscu "nie popieram żadnej partii"? Toż to może całkowicie zburzyć zalety metody Hare'a! Trzeba ufać, że nasi prawodawcy, reformując nasze prawo wyborcze, tego błędu nie popełnią! Cóż to za niegodziwość: nie popierać żadnej partii?!
Warto przeanalizować wyniki wyborów z 26 marca. Nasz Prezydent zapowiedział, że nie zgodzi się na jednomandatowe okręgi wyborcze, natomiast może, ostatecznie, zgodzić się na ordynację "mieszaną". Jednakże jego Wielki Uczeń i Brat - Wiktor Juszczenko, miał już ordynację mieszaną, ale po niej konieczna była Rewolucja Pomarańczowa i dopiero potem Prawdziwa Demokracja, czyli ordynacja w pełni proporcjonalna, ale nie "na niby proporcjonalna", jak w Polsce, ale taka - na całość!
Czy opłaciła się skórka za wyprawkę? W poprzednich, niedemokratycznych wyborach, partia Juszczenki zdobyła 24% głosów i mniej więcej tyle samo mandatów. 26 marca Juszczenko znalazł się na trzecim miejscu, zdobywając niecałe 15% poparcia. Na pierwsze miejsce wszedł wróg demokracji i osobisty wróg Juszczenki - Wiktor Janukowycz, z dwa razy większym poparciem! Wygrała jedynie Lilia Pomarańczowej Rewolucji, rywalka Juszczenki, Julia Timoszenko. W poprzednich wyborach zaledwie 7%, obecnie już ponad 20%! Któż więc i jak będzie teraz rządził Ukrainą? 20 + 15 daje zaledwie 35%. Jeśli nawet dodać jeszcze Partię Socjalistyczną, z jej 5,7% głosów, to nadal jest niewiele więcej niż 40%?
Jeśli przykład Ukrainy ma w sobie cokolwiek pouczającego, to wypada zwrócić uwagę, iż droga przez ordynację mieszaną prowadzi do "Kolorowej Rewolucji" (była już Różowa - w Gruzji też przed Rewolucją mieli ordynację mieszaną - była Pomarańczowa, jaki kolor mają do wyboru Polacy?). A co potem? "Prawdziwa Demokracja", jak na Ukrainie? Tego, oczywiście, nie wiemy. Wiemy tylko, że nie może być tak, jak w Wielkiej Brytanii lub Kanadzie, o USA nie wspominając, bo wybory w tamtych krajach, zgodnie z najbardziej autorytatywną wykładnią - z demokracją nic wspólnego nie mają.

Jerzy Przystawa

Wrocław, 30 marca 2006

  • Prof. Jerzy Przystawa był w kadencji 1990 - 1998 radnym rady miejskiej Wrocławia, startował w wyborach do Senatu Rzeczypospolitej Polskiej przeprowadzonych w dniu 21 września 1997 r.
    Od kilkunastu lat jest jednym z liderów Ruchu Obywatelskiego na rzecz JOW.

    Publicystyka prof. Jerzego Przystawy na ASME.


    Witryna ASME Antysocjalistycznego Mazowsza jest najstarszym serwisem w Sieci - oprócz witryny tematycznej JOW - propagującym ideę JOW

    Komentarz (0)

    Manipulacje ostatnich dni - przegląd - Teresa Bochwic Wysłane środa, 29, marca 2006 przez Krzysztof Pawlak

    Najpierw małe szpileczki. Słucham przeważnie radia, więc to przykłady z radia.
    Raport UE, z którego wynika, że jesteśmy w reformach na ostatnim miejscu w Europie (a przynajmniej wśród państw przyjętych do Unii) pod każdym pozytywnym względem, a na pierwszych pod względami wstydliwymi i złymi. Parę razy nawet tu i ówdzie mruknęli, że ten raport dotyczy 2005 roku, ale nikt tego nie analizował, nie padało nazwisko Belki czy Millera.
    Wszystko poszło na konto PiS i rządu Marcinkiewicza. To widocznie on sobie nie radzi z reformami.
    O Stoczni Gdańskiej - podawano jednym tchem wiadomość, że "w Stoczni Gdańskiej, kolebce »Solidarności&«, płaci się (Koreańczykom Płn.) 60 zł miesięcznie". Rzeczywiście, Stocznia to kolebka "S"... ale co ma piernik do wiatraka? A zawsze przesączy się do podświadomości słuchacza, że ta "Solidarność" tak walczyła o płace, a sama tak kiepsko płaci.
    MEN planuje utworzenie kilkudziesięciu chórów dziecięcych i młodzieżowych w szkołach. Trudno się przyczepić do takiej idei. Ale zawsze można się zatroszczyć: "idea piękna i słuszna, ale czy aby skuteczna?". Skuteczna w sączeniu wątpliwości co do intencji, umiejętności itp. - na pewno.
    I większy kwiat. Brzydko pachnący.
    Żakowski ze swoja jaczejką komentatorów w Radio TokFM. Sławny Tomasz Lis wyraża prawdziwe zatroskanie Białorusią: ale może dałoby się jakoś ucywilizować tego Łukaszenkę, trochę go wciągnąć między ludzi, znaleźć w nim coś dobrego? Oniemiały (w końcu, w odróżnieniu od kompanionów - wykształcony) Żakowski po chwili milczenia z trudem wypowiada (cytuję z pamięci): no to jakby coś z Chamberlaina... Przypomnijmy - ten niesławnej pamięci polityk starał się "wciągnąć" Hitlera do cywilizowanego grona, też chciał znaleźć w nim coś dobrego. I Lis też tak widzi sytuację.
    Pogratulować Żakowskiemu rozmówców. Lisowi można podrzucić inny dobry pomysł na komentarz - przecież w gruncie rzeczy takie wtrącanie się Polaków w Białoruś, to ingerencja w wewnętrzne sprawy sąsiedniego, suwerennego kraju, prawda? Tak przynajmniej twierdzą pętające się od czasu do czasu po mediach dinozaury komunistyczne, w sam raz towarzystwo dla Lisa. Widocznie dla Żakowskiego także.
    I coś z internetu.
    Fora internetowe tworzy się przeważnie przejrzyście, wszystkie kwestie mają tytuł, autora, cytuje się pierwsze słowa każdej wypowiedzi. Inaczej na forum "Wyborczej". Tam wypowiedzi są zręcznie ukrywane (pomijam, że nie zamieszczono nigdy chyba żadnej mojej uwagi, a na pewno były cenzuralne). W długich kolumnach wielokrotnie powtarza się te same kwestie jako rzekome "Re", nie można się właściwie w niczym zorientować.
    I natrafiłam tam jednak na bardzo ciekawy list. Zniecierpliwiony bałaganem, internauta napisał, że obserwuje od dawna to forum i zawsze, gdy jest coś kontrowersyjnego, napotyka długachne, bezsensowne słowotoki paru konkretnych autorów. Tak, jakby forum zatrudniało parę osób, które psują dyskusję, robią nieustanne "re", piszą bez opamiętania długo i często wulgarnie.
    Ale to chyba napisał jakiś paranoik ze spiskową teorią historii.

    Teresa Bochwic


    Komentarz (0)

    List o miejsce dyskusji nad JOW na forum uczelni wyższych - od prof. Jerzego Przystawy i 32 profesorów uczelni polskich do JM Przewodniczącego KRASP Tadeusza Lutego Wysłane środa, 29, marca 2006 przez Krzysztof Pawlak

    Prof. dr hab. Jerzy Przystawa
    Wydział Fizyki i Astronomii
    Uniwersytetu Wrocławskiego


    Wrocław, 20 marca 2006


    Jego Magnificencja
    Prof. dr hab. Tadeusz Luty
    Rektor Politechniki Wrocławskiej
    Przewodniczący KRASP
    ul. Wybrzeże Wyspiańskiego 27
    50-370 Wrocław

    Magnificencjo,


    W listopadzie 2004 uczestnicy IV Zjazdu Krajowego Komitetu Referendalnego o JOW w Wyborach do Sejmu RP, zwrócili się do Konferencji Rektorów Akademickich Szkół Polskich z prośbą o poparcie starań o zasadniczą reformę polskiego prawa wyborczego do Sejmu i wprowadzenia w Polsce, na wzór najstarszych demokracji świata, zasady wyborów tylko jednego posła w jednym okręgu wyborczym. W rok później, w listopadzie 2005, przedstawiono Sejmowi RP wniosek obywatelski o referendum w tej sprawie, pod którym zebranych zostało ponad 750 tysięcy podpisów. Ten ogromny wysiłek obywatelski został całkowicie zlekceważony zarówno przez Sejm, tak poprzedniej, jak i obecnej kadencji. Podobnie zresztą, jak i wielka ilość apeli w tej sprawie uchwalanych przez najróżniejsze gremia i kierowanych zarówno do Sejmu jak do Prezydenta Państwa. Na szczególną uwagę zasługują w tym miejscu uchwały wielu rad gmin, powiatów a nawet sejmików wojewódzkich. Ruch Obywatelski na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych dysponuje obszerną dokumentacją tych działań, podejmowanych nieustannie w czasie ostatnich kilkunastu lat.

    W ciągu już 17 lat zastosowany w Polsce system wyborczy nie doprowadził do ukształtowania się stabilnej sceny politycznej, umożliwiającej sprawne i skuteczne rządzenie krajem. Wybory parlamentarne za każdym razem dają w wyniku rozbity i skłócony Sejm, doraźne i nietrwałe koalicje, niezdolne do podejmowania decyzji rozwiązujących najtrudniejsze problemy naszego życia społecznego i narodowego. Zamiast tego mamy do czynienia z nieustannym polowaniem na ludzi i ugrupowania, którym przypisuje się winę za taki stan rzeczy; gorszące awantury i wzajemne publiczne oskarżenia, jedynie odbierające władzy publicznej resztki autorytetu. Tymczasem zasadniczą przyczynę takiej sytuacji stanowi wada ustrojowa, jaką jest niewłaściwa, konflikto- i korupcjogenna ordynacja wyborcza do Sejmu. Ordynacja ta narusza podstawowe prawa obywatelskie, w szczególności nasze bierne prawo wyborcze, a także gwałci konstytucyjną zasadę równości obywateli. Okazjonalnie i koniunkturalnie niezgodność z Konstytucją dostrzegają nawet politycy, o czym świadczy chociażby fakt, że 12 kwietnia 2001 liczna grupa posłów skierowała w tej sprawie wniosek do Trybunału Konstytucyjnego. Warto przypomnieć, że pod wnioskiem tym podpisali się główni politycy dnia dzisiejszego ‑ Jarosław Kaczyński i Kazimierz Marcinkiewicz, w towarzystwie takich luminarzy polityki polskiej jak Bronisław Geremek, Jan Olszewski czy Bogdan Borusewicz.

    Z ubolewaniem stwierdzamy, że ta doniosła sprawa nie znajduje żadnego odbicia w dyskusjach, jakie się w Polsce nieustannie toczą w mediach publicznych i prywatnych, w szczególności w studiach telewizyjnych. Także i wspomniany wyżej wniosek do Trybunału Konstytucyjnego został de facto ukryty przed społeczeństwem. Niewątpliwie, dyskusji takiej nie życzą sobie liderzy partii politycznych, którzy wolą rządzić Polską bez udziału obywateli. Zamknięcie przed tą tematyką mediów publicznych skutkuje nieświadomością i brakiem wiedzy obywateli odnośnie tych podstawowych problemów ustrojowych. Jest to zasadniczy powód, dla którego zwracamy się z apelem do Konferencji Rektorów Akademickich Szkół Polskich, aby miejscem takiej dyskusji stały się uczelnie, a przez to umożliwiły polskiej młodzieży akademickiej zapoznanie się z tymi zagadnieniami i zajęcie świadomego, rozumnego stanowiska.


    Z wyrazami prawdziwego szacunku,

    Jerzy Przystawa

    Do przedłożenia niniejszego apelu upoważnili mnie profesorowie:
    Zbigniew Chłap, Uniwersytet Jagielloński
    Andrzej Czachor, Instytut Energii Atomowej
    Jerzy Czerwonko, Politechnika Wrocławska
    Mirosław Dakowski, Akademia Podlaska
    Stanisław Dembiński, Uniwersytet Mikołaja Kopernika
    Ludwik Dobrzyński, Uniwersytet w Białymstoku i Instytut Problemów Jądrowych
    Mariusz Gajda, Instytut Fizyki PAN i Uniwersytet Kardynała Stefana Wyszyńskiego
    Tomasz Gąsowski, Uniwersytet Jagielloński
    Andrzej Holas, Instytut Chemii Fizycznej PAN
    Lucjan Jacak, Politechnika Wrocławska
    Janusz Jędrzejewski, Uniwersytet Wrocławski
    Marek Kalinowski, Uniwersytet Warszawski
    Józef Kalisz, Wojskowa Akademia Techniczna w Warszawie
    Jacek Karwowski, Uniwersytet Mikołaja Kopernika
    Lech Longa, Uniwersytet Jagielloński
    Christos Mandzios, Akademia Sztuk Pięknych we Wrocławiu
    Michał Mierzejewski, Uniwersytet Wrocławski
    Rafał T. Niżankowski, Uniwersytet Jagielloński
    Czesław Oleksy, Uniwersytet Wrocławski
    Andrzej Michał Oleś, Uniwersytet Jagielloński
    Andrzej Pękalski, Uniwersytet Wrocławski
    Andrzej K. Piasecki, Akademia Pedagogiczna w Krakowie
    Jan Prokop, Akademia Pedagogiczna w Krakowie
    Krzysztof Redlich, Uniwersytet Wrocławski
    Krzysztof Rościszewski, Uniwersytet Jagielloński
    Jan Stanek, Uniwersytet Jagielloński
    Łukasz A. Turski, Centrum Fizyki Teoretycznej PAN i Uniwersytet Kardynała Stefana Wyszyńskiego
    Romuald Wit, Uniwersytet Jagielloński
    Marek Wolf, Uniwersytet Wrocławski
    Jakub Zakrzewski, Uniwersytet Jagielloński
    Krzysztof Zamorski, Uniwersytet Jagielloński
    Eugeniusz Żukowski, Uniwersytet w Białymstoku

    Witryna ASME Antysocjalistycznego Mazowsza jest najstarszym serwisem w Sieci - oprócz witryny tematycznej JOW - propagującym ideę JOW

    Komentarz (0)

    W zamian za rozbity tylko jeden nos w Mińsku, w Warszawie trwa obrona pedałów i lesbijek - Stanisław Michalkiewicz o działaniach tzw. Salonika w stolicy i na Kresach Wschodnich Wysłane poniedziałek, 27, marca 2006 przez Krzysztof Pawlak

    | Pobierz |








    W zamian za rozbity tylko jeden nos w Mińsku, w Warszawie trwa obrona pedałów i lesbijek - Stanisław Michalkiewicz o działaniach tzw. Salonika w stolicy i na Kresach Wschodnich
    Wysłane poniedziałek, 27, marca 2006 przez Krzysztof Pawlak

    "Mamy prawie że »wojnę na górze«, nie tylko wewnątrz Kraju, ale na zewnątrz: stosunki z Białorusi się tak zaostrzyły, że aż brakuje tylko powszechnej mobilizacji, bo były ambasador RP został skazany na 15 dni aresztu, a stażystka »Gazety Wyborczej« dostała aż 10 dni aresztu. To są przeżycia tak traumatyczne, że będzie trzeba wzywać do nich psychologów, a może i nawet socjologów?! Nie wiem, iloma siłami Rzeczpospolita uderzy na Białoruś, ale może WSZYSTKIMI CZTEREMA, a trzeba będzie też skądś dobyć więcej amunicji, bo tych 18 sztuk nabojów przypadających na pojedynczego żołnierza może nie wystarczyć, by Białorusini nie umarli ze śmiechu, kiedy już do interwencji na znienawidzoną satrapię dojdzie" - Stanisław Michalkieicz komentuje doniosłe wydarzenia medialne z okolic polityki wewnętrznej i zagranicznej, imperialnej Najjaśniejszej Rzeczypospolitej.

    Rozbity nos demonstranta w Mińsku wymaga potępienia zdecydowanego przelewu krwi, i RP musi pomścić niewinną krew. Ale i na Ukrainie też zdarzyła się Salonikowi nieprzyjemna siurpryza, bo wybory parlamentarne wygrał tow. Janukowycz, a nie "o właściwych korzeniach" Julia Tymoszenko czy popierany przez "naszych" internacjonalistów tow. Juszczenko. Kto będzie rządził na Ukrainie? - to jest pytanie zasadnicze. Zwłaszcza gdy wiadomo już powszechnie, że głównym kasjerem "pomarańczowej rewolucji" był Borys Aleksandrowicz Bierezowski, działający na zlecenie "filantropa", co nawet przyznała dzisiaj stacja TVN, a komu wierzyć, jak nie boksowi ze stajni "walterowni"?
    W zamian za niepowodzenia zagraniczne, Salonik wetuje sobie zdobycie palm męczeństwa w klubie "Le Madame", ponieważ straszliwy reżim Braci Kaczyńskich wysłał tam komornika z nakazem eksmisji pederastów i lesbijek z tego przybytku. Cały Salonik w liczbie 200 osób się tam zgromadził, a wszyscy reporterzy i "postempowcy" czekali na pojawienie się "Kazi" Szczukówny w odzieniu Ti-szortowym z napisem "Mam okres".
    Okazało się przy tej okazji, że nastąpiła rehabilitacja tow. Andrzeja Leppera, który też niegdyś udaremniał egzekucje komornicze i dzięki temu zaistniał w mediach salonikowych, dlatego tym bardziej staje się prawdopodobny scenariusz wywyższenia do "godnych urzędów" tow. Leppera z byłej PZPR, zaproponowany w artykule na naszej witrynie ASME "Towarzysz Lepper wspólnym kandydatem na »prezia« stolycy zgodnego obozu PiS-SLD-SdPl-UP... "demokratów"... PO... Instytutu Schillera...!"...

    Nagranie trwa prawie 9 minut i jest dostępne w Sieci do 8 IV 2006 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




    Komentarz (0)

    Geniusz karpacki według "Wyborczej" - Stanisław Michalkiewicz Wysłane poniedziałek, 27, marca 2006 przez Krzysztof Pawlak

    Wielu historyków nauki zwracało uwagę, że największe odkrycia dokonywane są przypadkiem. Na przykład dwaj amerykańscy naukowcy Albert Penzias i Robert Wilson zupełnie przypadkowo wpadli na trop największego odkrycia naszych czasów w postaci tzw. promieniowania tła. Odkąd amerykański astronom Edwin Hubble, który nawiasem mówiąc, tak naprawdę był adwokatem, odkrył (w 1929 r.), że Wszechświat się rozszerza, coraz więcej naukowców skłaniało się do poglądu, iż miał on początek w czasie, że powstał z niczego, tj. z punktu matematycznego w postaci gigantycznej eksplozji, zwanej Wielkim Wybuchem. Efekt Dopplera w postaci przesunięcia widma świetlnego galaktyk ku czerwieni, wprawdzie na to wskazywał, ale była to tylko poszlaka, a nie dowód. Dowodem byłoby wykrycie echa Wielkiego Wybuchu w postaci tzw. promieniowania tła, które jest wszędzie, ale nie ma wyraźnego, a właściwie żadnego źródła. Penzias i Wilson, prowadząc obserwacje astronomiczne, nie mogli usunąć uciążliwego szumu ani znaleźć jego przyczyny. Wreszcie olśniła ich myśl, że oto właśnie natrafili na promieniowanie tła - echo Wielkiego Wybuchu, które rozlega się we Wszechświecie od 15, a może nawet 20 miliardów lat, dając o sobie znać również w postaci tzw. śniegu na ekranach naszych telewizorów.
    Jak wiadomo, wśród odkryć naukowych są i większe, i mniejsze. O ile odkrycie promieniowania tła słusznie jest uznawane za jedno z największych odkryć XX wieku, o tyle, na początku wieku XXI, mamy do czynienia z odkryciem znacznie mniejszej rangi i w innej dziedzinie. Mówi się trudno; na bezrybiu i rak ryba, ale na pocieszenie możemy sobie powiedzieć, że autorem tego odkrycia jest Polak, zaś uczynił je nie tyle dzięki zamiłowaniu do naukowych dociekań, co z lizusostwa. Mówię oczywiście o rewelacji pana redaktora Jarosława Kurskiego z "Gazety Wyborczej", rodzonego brata pana red. Jacka Kurskiego, posła na Sejm z klubu parlamentarnego Prawa i Sprawiedliwości. Jak wiadomo, kiedy w obronie nie tyle prezesa Balcerowicza, co w obronie alimentów zagrożonych zapowiedzią powołania "Bankowej" komisji śledczej, nastąpiła totalna mobilizacja nie tylko całego Salonu, ale i wszystkich wyrobników z "niezależnych mediów", pan red. Kurski pociągnął wraz z innymi, by dać tzw. odpór, no i wydzielić z siebie oczekiwaną porcję wazeliny. Nie miałoby to żadnych następstw dla nauki i artykuł "Dlaczego podziwiam Leszka Balcerowicza" byłby jeszcze jednym ze sterty lizusowskich panegiryków, gdyby nie śmiała teza, jaką autor przedstawił na samym wstępie. Teza brzmi następująco: "Siła charakteru Balcerowicza jest siłą polskiej złotówki".
    Jak wiadomo, od połowy lat 70., kiedy to ostatecznie załamał się światowy ład monetarny, ukształtowany w 1945 roku na konferencji w Breton Woods, mamy do czynienia z płynnymi kursami pustych walut, to znaczy znaków pieniężnych, które mają wartość tylko dlatego, że ludzie myślą, iż mają one wartość. Może to być interesujące dla moralistów, bo oto wartość pieniądza, czyli uważanej za esencję materializmu "mamony", istnieje dzięki ludzkiej wierze! Z punktu widzenia naukowego jest to jednak trudny problem, wprowadzający zamęt do teorii wartości. Niektórzy ekonomiści twierdzą np., że wartość bierze się z pracy. Ale tzw. życie zdaje się tego nie potwierdzać. Np. złotówka staje się raz "silna", a innym razem "słaba", chociaż ludzie pracują mniej więcej podobnie. Wydawało się tedy, że znaleźliśmy się w sytuacji bez wyjścia, aż pan red. Jarosław Kurski jedną porcją wazeliny przyczynił się do rozwiązania tego gordyjskiego węzła. Jeśli siła polskiej złotówki jest pochodną siły charakteru Leszka Balcerowicza, to wszystko staje się jasne. Złotówka rośnie w siłę, gdy Leszkowi Balcerowiczowi wzmacnia się charakter, np., zacina się w uporze albo coś w tym rodzaju. Złotówka słabnie, gdy prezes Balcerowicz ma z jakichś powodów obniżony nastrój. Skoro jednak tak, to niestety pan prezes Balcerowicz musi przyjąć odpowiedzialność za ekonomiczne skutki oscylacji siły własnego charakteru. Wiadomo bowiem, że jeśli złotówka rośnie w siłę, to pogarsza się konkurencyjność polskiego eksportu, a poprawia opłacalność importu i warunki regulacji zagranicznych zobowiązań państwa, nie mówiąc już o wzroście siły nabywczej obywateli. Jeśli złotówka spada, to wprawdzie konkurencyjność eksportu się poprawia, ale za to spada opłacalność importu, siła nabywcza ludności i pogarszają się warunki realizacji zagranicznych zobowiązań państwa. Nie wiem, czy pan red. Jarosław Kurski pomyślał o tych skutkach swego odkrycia, bo są one zupełnie niezgodne z linią programową "Gazety Wyborczej", natomiast wychodzą naprzeciw przeświadczeniu pana Andrzeja Leppera, że wszystkiemu winien jest Leszek Balcerowicz. W świetle mimowolnego odkrycia pana red. Kurskiego okazuje się, że pan Andrzej może mieć rację! A to ci dopiero siurpryza, a to ci dopiero obciach!
    Pozostaje jeszcze do wyjaśnienia kwestia, czy siła charakteru prezesa Balcerowicza oddziałuje tylko na złotówkę, czy również i na inne waluty, czy ma ona charakter uniwersalny, czy tylko lokalny. Mikołaj Ceaucescu zażywał w Rumunii reputacji "geniusza karpackiego". Z pozoru był to tytuł zaszczytny, ale po bliższej analizie można było nabrać wątpliwości. Niby "geniusz", ale przecież tylko "karpacki", więc taki bardziej powiatowy, trącący parafiańszczyzną. Du sublime au ridicule il n`y a, qu`un pas - powiadają Francuzi, co znaczy, że od wzniosłości do śmieszności tylko krok. Obawiam się, że przez zbytek lizusostwa pan red. Jarosław Kurski ten krok prezesowi Balcerowiczowi zrobił.

    Stanisław Michalkiewicz

    Publicystyka Stanisława Michalkiewicza na ASME i nagrania TV ASME


    Komentarz (0)

    Towarzysz Lepper wspólnym kandydatem na "prezia" stolycy zgodnego obozu PiS-SLD-SdPl-UP... "demokratów"... PO... Instytutu Schillera...! Wysłane poniedziałek, 27, marca 2006 przez Krzysztof Pawlak

    Niespełnione marzenia są częstym źródłem wielu zgryzoto oraz niepokojów sennych, dlatego powinno się czynić wiele, by uniknąć nadmiernej koncentracji żółci w zdrowym ciele, którym kieruje wesoły i pewny siebie duch. Ta zdroworozsądkowa konstatacja na pewno towarzyszy podejmowaniu znaczącej liczby decyzji w światku obrotowej sceny politycznej rodzącej się w bólach Rzeczpospolitej numer już czwarty. Nie zostanie też pominięta przez Wysokie Układające się Strony przy niechybnym zawiązywaniu kolejnej koalicji - być może teraz już rządowej pomiędzy prawicawą formacją Prawo i Sprawiedliwość a wywodzącą się - wydawałoby się - z zupełnie innych, mrocznych rejonów bez-myśli politykierskiej Samoobroną, której szeregi wypełniają towarzysze z PZPR-erii sortu trzeciego.
    Ponieważ po stronie "solidarnościowej" trwają niezrozumiałe dla sporej części obserwatorów desek scenicznych wahania i krygacje przed podpisaniem aktu małżeństwa, spieszymy ze zgrabnym - w naszym mniemaniu - rozwiązaniem dylematu o marzeniach wypełniających głębiny dusz kreatorów współczesnej polityczki rodem z PiS, co to chciałby nadal rządzić, sztukując swe pochodzenie rodowodem z ekipy przedwrześniowych sanatorów ówczesnej II Rzeczypospolitej, później Armii Krajowej, a w końcu - "tradycji Solidarności", czyli niezłomnej walki o Najjaśniejszą - i rodem z jakuboszelowego panoptikum, które z wytężeniem czeka na swój czas chwały i "godnego miejsca w rządzie" (za WP).
    Otóż przed kilkunastoma godzinami usłużne publikatory doniosły o zawiązaniu pewnego rodzaju sojuszu w łonie miotu post-PZPR-owskiego, jakim jest Unia Pracy, Socjaldemokracja Polska oraz "ezelde" w ramach zwierania zwier.., tj. szeregów przed wyborami samorządowymi w stolicy, czyli walki o prezydencki stołek w Pierwszym Ratuszu Polski. Chwilowo także tam trwają drobne niesnaski, gdyż jedni proponują szlachetnego niegdysiejszego subiekta dżinsowego z minionych Domów Centrum, czyli tow. Borowskiego primo voto Bermana, co jest słuszną koncepcją, jak mawiał zaangażowany reżyser Zagajny, gdyż wsparła Go wcale oczekiwanie sama "Gazeta Wyborcza" (no, a jak wsparł kogoś ten tabloid, to..!), zaś inni suflują uczynnie szczerego do bólu, uczciwego socjalistę Ryszarda Bugaja, który swoim rodakom miejskim nieba (!) by przychylił, pod warunkiem, że wpierw by je zasekwestrował towarzysz komornik. Z całą pewnością tzw. lewica ma istotny kłopot w doborze jej jedynego reprezentanta w warszawskim kastingu, gdyż aktorzy mają swoje od lat znane mankmenta, na jednego krzywo spod łba spoziera towarzycho wyrośniętych spadkobierców "dobrotliwego wujka Mietka" oraz "szlachetnego" Franciszka z byłego PRL-owskiego MSW lat 60. ub. wieku, zaś drugi nie wzbudza wielkiego entuzjazmu wśród nomenklaturowo urządzonych wyjątkowo dostatnie przez okres "transformacji ustrojowo-gospodarczej" towarzyszy krezusów "przedsiębiorczych", chwilowo reprezentowanych przez "loże" kapitałowe z Pałacu Lubomirskich.
    Wyjściem pośrednim, takim "środkowym" byłaby kandydatura wywodzącego się przecież tych samych oparów i szuwarów tow. A. Leppera, który stanowi jeszcze siłę daleko przewyższającą stan elektoralny obu wcześniej inkryminowanych kamratów w socjalistycznym dziele.
    Nie od rzeczy będzie w tym miejscu zwrócenie uwagi na ożywioną życzliwość pozostającej na razie w cieniu tych układów Platformy Obywatelskiej, która mając niejaki kłopot z prącym ponownie do konfitur stołecznych minionym prezydencikem Piskorskim Pawełkiem - zawsze będzie mogła ze spokojnym sumieniem poprzeć tę wybitną osobowość kandydacką, twierdząc nie bez słuszności, że "nie tylko wszak u nas trafiają się..."...
    Dla socjalizującej "niepodległościowo", a więc - nomen omen, jak niemal tow. Ziuk! - partii PiS byłoby te rozwiązaniem honorowym wyjściem z kłopotów, bo wskazując na odbytą niedawno drogę do najwyższego stolca Najjaśniejszej przez JE Prezydenta Lecha Kaczyńskiego, który po 10-leciu arcyżenujących "rządów'" diskopolowego przebierańca w roli Pierwszego reprezentanta Wszystkich UB-eków jawi się niemal z godnością boską, a przynajmniej - z przyzwoitością na tym urzędzie - będą jej przedstawiciele dyskretnie wskazywać żądnemu zaszczytów warchołowi szosowemu wcale nie mirażową perspektywę usłanej różyczkami (symbol wszak socjaldemokracji w całej postempowym eurokołchozie) drogi do wyśnionego celu. Podrzucenie tow. Leppera jego kamratom ze wspólnego korzeniowo obozu oddali też obraz Polski widoczny bez mącących filtrów medialnych ze wszystkich stron świata naszego państwa, gdzie etosiarsko koronujący się na jedynego spadkobiercę tradycji niepodległościowej Populizm i Socjalizm, które to pojęcie zostało wynalezione i rozpowszechnione przez naszą witrynę już przed wieloma laty (archiwum służy), byłby postrzegany jako dorównujący poziomem formacji byłych władców PRL, nobilitujących do rangi najwyższych urzędów (ale właściwie czy to jest wywyższenie?) osobników o ewidentnych trudnościach w przestrzeganiu prawa. Tow. Olek "Disko-prezio" mógł sobie w ostatnich godzinach sprawowania urzędu w Pałacu Namiestnikowskim ułaskawić kumpla z Jego przestępczej ferajny, bo to jest właściwy styl zachowania tamtego obozu, funkcjonariusze PiS zdają się silnie jednak dryfować w tym samym kierunku, co może być dla niektórych zagranicznych obserwatorów zaskoczeniem, a z całą pewnością będzie dla wielu post(?)komunistów chwilą cennej satysfakcji, że "oni" wcale nie są lepsi, a właściwie to "...myśwa som jak jedna rodzina"...

    Tak więc: jak w przysłowiu, i wilk cały, i owca usatysfakcjonowana pożyciem małżeńskim... W odwodzie kandydackim zawsze pozostanie "psychiczny" niedoszły "prezio" warszawski Marek Balicki - także z PZPR, bo w końcu ktoś z odpowiednim doświadczeniem musi dbać o stan dusz kompletnie już zagubionego, wręcz ustabilizowanego do imentu elektoratu PiS, LPR, Samejbrony, "ezelde", "demokratów.il", PO...
    Jak to mawiałaby warsiawska ulica, gdyby nie tow.tow. socjaliści Hitler i Stalin - jak już taki bajer - to na full!:
    "Bo wszyscy Polacy, to jedna rodzina/ Starszy czy młodszy chłopak czy dziewczyna...!".

    Krzysztof Pawlak


    Komentarz (0)

    Dyktatorzy i filantropi - Krzysztof Mazur Wysłane poniedziałek, 27, marca 2006 przez Krzysztof Pawlak

    Na początku lat 60., kiedy jeszcze tow. Wiesław trzymał się mocno, powstał film pt. "Gangsterzy i filantropi", ukazujący w dopuszczalnej przez cenzurę formule absurdy naszego PRL-owskiego soc-u. Absurdy te w rzeczywistości wyglądały znacznie poważniej niż na celuloidowej taśmie, gdyż zaledwie dwa lata po tym jak widzowie bawili się perypetiami pechowego laboranta Anastazego, wybuchła jedna z największych afer gospodarczych PRL-u, czyli tzw. afera mięsna. W ferowaniu wyroków, które zapadły w tej sprawie, swój walny udział miał sędzia Roman Kryże, ojciec obecnego wiceministra sprawiedliwości.

    Niestety, pomimo iż od tamtego czasu wyrosły w Polsce już następne dwa pokolenia obywateli, nie opuszczają nas polityczne absurdy, nie brakuje też gangsterów, a i filantropi czasami przypominają o swoim istnieniu. Szczególnie jeden, bardzo mocno zaangażowany w budowanie społeczeństwa otwartego, próbujący po spektakularnej porażce w Rosji okrążyć Putina, odbierając mu po kolei wszystkie dawne lenna.
    W związku z tym, że filantropa w jego politycznych zamierzeniach dzielnie wspiera - trudno powiedzieć czy świadomie, czy na zasadzie użytecznego idioty - polski rząd, mamy okazję obserwować bardzo ciekawe zachowania będące dla znawców geopolityki i politycznych analityków prawdziwym kalamburem.
    Oto polski sejm przyjął w piątek, 24 marca uchwałę, której sedno zostało ujęte następująco: "Sejm RP, biorąc pod uwagę relacje obserwatorów OBWE oraz przekazy dziennikarzy o sposobie przeprowadzania marcowych wyborów prezydenckich w Republice Białoruś, uznaje je za sfałszowane". W związku z tym, że sejm powyższą uchwałę przyjął przez aklamację, można powiedzieć, że była to pierwsza od kilku miesięcy sprawa, która połączyła tak bardzo dotychczas podzielony polski parlament.
    Biorąc pod uwagę dotychczasowe relacje, na których opierali się również posłowie, można stwierdzić, że zapewne miały miejsce - być może nawet liczne - przypadki utrudniania opozycyjnym kandydatom możliwości publicznego zaprezentowania swojego programu (pod warunkiem, że taki mieli). Zapewne kandydaci tacy nie byli pokazywani w telewizji czy drukowani w gazetach, a reżimowe media przedstawiały ich jako sługusów UE i Ameryki.
    Polski parlament, oburzony "porażającą skalą" wyborczych nadużyć, wystosował do Łukaszenki apel o powtórzenie wyborów tak, by m.in. wszyscy kandydaci "na równych prawach" zostali zaproszeni do mediów. Tymczasem jak gdyby nigdy nic trwają przygotowania do zmiany ordynacji, z takiej która dopuszcza w parlamencie sześć ugrupowań, na taką, która sześć zredukowałaby do dwóch, bo okazuje się, że najlepszy ze wszystkich podziałów politycznych jest podział dwubiegunowy. Podczas ostatnich wyborów telewizja publiczna za godnych zaszczytu wystąpienia w darmowych programach arbitralnie uznała te komitety, które zostały docenione przez firmy produkujące badania sondażowe. Z kolei największe możliwości medialnego zaistnienia dostały te partie, którym umożliwiały to ich finanse, zaś stan tych finansów zasadniczej mierze zależał od wielkości dofinansowania tych partii z kieszeni podatników, także tych, których reprezentanci nie byli uwzględniania w badaniach sondażowych. Tak więc "My pobiedli - nasze dieło prawoje" - jest zgodne ze wszystkimi standardami poprawności, jeżeli zostały zachowane pozory demokratycznego państwa prawa, jeżeli natomiast te same praktyki - ale za pomocą mniej wysublimowanych metod - stosuje kołchoźnik Łukaszenka, to jest to "porażający brak" demokracji.
    Swoja droga faktycznie durak ten Łukaszenka, wszak widzi na przykładzie Balcerowicza i Leppera, jak stymulująco na karierę polityczną w demokratycznym państwie prawa działają kołchoźniane korzenie. Widzi też, kto zapewne wyraźnie, bo z ponad 10-cio punktową przewagą, wygra wybory na Ukrainie, więc nawet gdyby przyszło mu przez rok przewodniczyć jakiejś nomenklaturowej spółeczce, to za kilka-kilkanaście miesięcy znów powróciłby do władzy, a Białoruś zostałaby wcielona do demokratycznej rodziny narodów, a on sam, po odpaleniu prowizji dla filantropa, mógłby zostać nawet człowiekiem roku jakiegoś opiniotwórczego, zachodnioeuropejskiego tygodnika.
    W aklamacyjnym sposobie przyjęcia omawianej sejmowej uchwały uczestniczyło oczywiście PiS, którego politycy naprzemiennie z politykami PO kilkanaście miesięcy temu latali z pomarańczowymi kokardkami i szalikami po sejmie oraz przemawiali na kijowskim placu Niepodległości. Zwycięstwo "pomarańczowej rewolucji" zostało spuentowane przez tegoroczne zwycięstwo partii Janukowycza, pomimo że tym razem nikt nie zauważył ponad 300 uchybień wyborczych. A na dowód sympatii i wdzięczności za "pomarańczową rewolucję" obecne władze Ukrainy zakazały eksportu polskiego mięsa, z powodu - jak to określono - rosnącego przemytu. Tylko czekać, jak Janukowycz, wzorując się na polskich parlamentarzystach, powoła ichniejszą komisję parlamentarną ds. wyjaśnienia, kto stał za logistyką "pomarańczowej rewolucji", chociaż może jemu zbyt drobiazgowe dopominanie się prawdy może nie będzie za bardzo na rękę.
    Czy PiS za kilkanaście miesięcy czeka los partii Juszczenki - trudno orzec, gdyż polscy politycy w większości słabo przywiązują się do swoich przekonań i być może za kilkanaście miesięcy PiS ewoluuje w rodzimą odmianę Partii Regionów. Swoją drogą, ciekawe, jak nasi wybitni politolodzy wytłumaczą społeczeństwu fakt, że media o. Rydzyka (przez wielu ludzi rozumnych uważanego za rusofila, a nawet Putinowego agenta) popierają zarazem PiS, który z kolei wspiera polityczne zamierzenia filantropa? To już trochę za dużo, aby wyglądało na zaplanowaną intrygę - to jest chyba jednak użyteczna głupota.

    Krzysztof Mazur

    Publicystyka Krzysztofa Mazura na ASME


    Komentarz (0)

    Nie zarzyna się kury znoszącej złote jajka - Łukasz Perzyna o stabilności rządu Kazimierza Marcinkiewicza Wysłane poniedziałek, 27, marca 2006 przez Krzysztof Pawlak

    | Pobierz |








    Nie zarzyna się kury znoszącej złote jajka - Łukasz Perzyna o stabilności rządu Kazimierza Marcinkiewicza
    Wysłane poniedziałek, 27, marca 2006 przez Krzysztof Pawlak

    "Jak wynika z badań opinii publicznej, Kazimierz Marcinkiewicz cieszy się popularnością wśród 69% rodaków, Jarosław Kaczyński - wśród 44%. Ta spora różnica określa pole manewru polityka, który nie bez racji uchodził za wszechmocnego, selekcjonera, a nawet - »kingmejkera«, czyli tego, który tworzy, promuje władców... Dzisiaj to rząd Kazimierza Marcinkiewicza ogniskuje sympatię społeczną dla formacji, która wygrała jesienne wybory i wciąż jest czytelnym znakiem nadziei dla milionów Polaków. W związku z tym jeden z możliwych wariantów, by doprowadzić do przedterminowych wyborów, na których tak zależy Jarosławowi Kaczyńskiemu, wariant dymisji rządu - wydaje się diabelską alternatywą" - Czy można mówić o rządach formacji PiS przez ponad 14 minut? Można, z pełnym powodzeniem, jak widać w kolejnym TV-felietonie Łukasza Perzyny, publicysty "Tygodnika Solidarność" i naszej witryny ASME. Fascynująca umiejętność...!

    Rozważania o wyższości jesiennych wyborów nad ich terminem wiosennym przypominają dywagacje o wyższości Świąt Bożego Narodzenia nad wyższością Świat Wielkiej Nocy. Kazimierz Marcinkiewicz w te spory nie wchodzi. Marcinkiewicz promuje w imieniu Polskie demokrację na Białorusi, zyskując sobie wysoką popularność tych, którzy wciąż wierzą w hasło "za wolność Waszą y Naszą". Zaś Jarosław Kaczyński pozostając autorytetem dla środowisk wierzących w zmianę obiecywaną im przez PiS, codziennie zużywa się w nieustających konfrontacjach, których liczba wciąż rośnie. Nie rozbity został m.in "ład medialny", który istnieje od czasów "chwały naszym kolegom" z Grupy Trzymającej Władzę im. tow.tow. Kwiatkowskiego i Czarzastego, porażką zakończyło się wprowadzenie ustawy medialnej, która skrytykował Trybunał Konstytucyjny. A przecież JK i LK są prawnikami, jeden doktorem, a drugi nawet profesorem!
    Mimo wszystko - notowania zarówno obozu rządzącego, jak i "twardej opozycji", na którą składa się właściwie tylko Platforma Obywatelska - wciąż rosną. To dobry prognostyk, zapowiada porządkowanie sceny politycznej naszego "regionu polskiego UE", gdzie efemerydy pokroju LPR czy Samoobrony przestaną odgrywać znaczącą rolę, a także "partia sfrustrowanej wiejskiej biurokracji", odziedziczonej po satelicie PZPR-owskim, czyli ZSL/PSL.
    Rosnąć będą za to wpływy partyj fundamentalnych, ideowych... A także - stronnictwo "lewych interesów", czyli post(?)komunistyczna organizacja, która dzisiaj występuje pod znakiem "ezelde"...
    Wypowiedź Jarosława Kaczyńskiego "wybory teraz albo w 2009 roku" - wskazuje więc na ten drugi termin.

    Nagranie trwa ponad 14 minut i jest dostępne w Sieci do 7 IV 2006 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




    Komentarz (0)

    Demokratyczne państwo interpretacji prawa - Krzysztof Mazur Wysłane poniedziałek, 27, marca 2006 przez Krzysztof Pawlak

    Spory dotyczące interpretacji konstytucyjnego terminu podpisania ustawy budżetowej przez prezydenta ucichły głównie z powodu podpisania ustawy przez Lecha Kaczyńskiego. Z dużym prawdopodobieństwem można założyć, że w przypadku rozwiązania sejmu, tzw. konstytucjonaliści zasypywaliby się obecnie wzajemnie sprzecznymi interpretacjami w tym zakresie, tak jak to miało miejsce np. w sprawie czynności maklerskich byłego marszałka Cimoszewicza.

    Dzisiejsze praktyki związane z taką interpretacją ustawowych zapisów, jaka akurat odpowiada określonym stronom procesu, stały się już pewnego rodzaju standardem, wydaje się, że doszliśmy do takiego etapu rozwoju państwa prawa, w którym nawet najbardziej oczywiste znaczenie określonego przepisu może zostać podważone i zinterpretowane po swojemu. Oto w momencie, kiedy po raz kolejny zaczęły trzeszczeć podstawy tzw. paktu stabilizacyjnego, PiS-owscy liderzy po raz kolejny zaczęli wyciągać straszaka w postaci przyśpieszonych wyborów - "Dlatego też z nami niech partie się liczą, /Bo my dzisiaj górą! I dobrze! I byczo!", z tym, że aby straszenie mogło dać lepsze efekty, to i rekwizyty muszą ulegać ewolucji, dlatego też obok wizji nowych wyborów wyciągnięto pomysł zmiany ordynacji wyborczej. Zaproponowano mianowicie tzw. ordynację mieszaną, czyli proporcjonalno-jednomandatową, która nie dość, że utrzymywałaby próg wyborczy, to jeszcze faktycznie podnosiłaby ten próg, gdyż system jednomandatowych okręgów wyborczych jest systemem większościowym, a więc całkowicie eliminującym kandydatów, nawet tych, którzy uzyskują 49,99 proc. ważnych głosów. Ordynacja taka dla partii typu PSL czy LPR, dla których poparcie oscyluje wokół granicy progu wyborczego, oznaczałaby w praktyce wyeliminowanie z politycznej gry, a dla partii typu Samoobrona, mającej mało ideowy elektorat i zróżnicowane poparcie w określonych regionach kraju, w dość prawdopodobnym scenariuszu skutkowałyby uszczupleniem reprezentacji parlamentarnej.
    Tym, co do niedawna stanowiło główną przeszkodę w zmianie prawa wyborczego, była konstytucja, jak wiadomo - konstytucja jest obecnie taka sama jak kilka lat czy kilkanaście miesięcy temu, ale nagle jakby ręką odjął: jej przepisy stały się bardziej przyjazne projektowanej ordynacji. Nagle okazało się, że dla przeprowadzenia chcianych projektów wystarczy coś w rodzaju prowizorium konstytucyjnego albo po prostu inna wykładnia obowiązujących przepisów. I tak jak poprzednio, znawcy problemu podzielili się na tych, którzy nie widzą sprzeczności ustawy zasadniczej z proponowanym systemem proporcjonalno-większościowym oraz na tych, którzy straszą prawdopodobnym odrzuceniem takich zmian przez TK. "Więc pierwszy z wariatów na podium wszedł blondyn, I mówił, że radio, że prasa, że Londyn... Gdy blondyn zszedł z podium, na podium wszedł łysy/ I mówił: - Poznaliśmy wszystkie kulisy".
    Jakich więc argumentów używają "blondyni" i "łysi"? Prof. Wieczorek z UW twierdzi, że "…konstytucja nakazuje, by wybory były w całości proporcjonalne, a ordynacja mieszana kłóciłaby się z tym przepisem", zapominając przy tym wytłumaczyć, że konstytucja również nie wspomina o progu wyborczym, a przecież wystarczyłoby, aby podnieść ten próg do 15 proc. i… mamy system dwupartyjny. Czy 15 proc. to znowu tak dużo, może być 5, to mogłoby i 15, wszak dlaczego 5, a nie 4, 5, a nie 7 itd.? Ale co tam tak subtelne dywagacje "podprogowe", skoro inny utytułowany profesor Działocha z Wrocławia uważa, że wprawdzie ordynacja większościowa naruszałaby konstytucję - ale ordynacja mieszana pozostawiałaby porządek konstytucyjny nienaruszony. Czyli jajeczko częściowo znakomite w dekadzie ptasiej grypy jest bytem jak najbardziej uzasadnionym. "Panie ministrze spraw wewnętrznych!/ Może pan ze mnie zrobić jajko na miękko - ale ja muszę się wywnętrzyć...".
    Ciekawe tylko, czy gdyby trzy czwarte posłów wybierano w systemie JOW, a pozostałych według dotychczasowych przepisów - to taka konstrukcja prawna wykraczałaby już poza przepisy ustawy zasadniczej czy jeszcze nie, a jeżeli nie to gdzie należałoby taką granicę wyznaczyć? Najdalej idącej odpowiedzi udzielił prof. Przystawa, który powołując się - jakżeby inaczej - na opinie konstytucjonalisty Bernarda Owena aż z Uniwersytetu Paryskiego, stwierdził, że tenże paryski konstytucjonalista, powołując się z kolei na innych europejskich konstytucjonalistów, uważa, iż "zasadę proporcjonalności można interpretować jako zasadę proporcjonalnego rozdziału mandatów na jednostki terytorialne". Ale skoro konstytucyjny zapis o wyborach proporcjonalnych mógłby oznaczać proporcję mandatów do np. liczby ludności, to tym samym okręg jednomandatowy były takim okręgiem, w którym ta proporcja wynosiłaby jak jeden mandat do x wyborców. Quod est absurdum, ale i równocześnie quod erat demonstrandum. A to oznaczałoby, że niezależnie, jaki system wyborczy zostałby wprowadzony, to z pewnością nie byłby sprzeczny z konstytucyjną proporcjonalnością. Osobiście bardzo mi się taka interpretacja podoba, gdyż przez analogię - możliwym byłoby inne wyinterpretowanie zasady tajności, równości i powszechności prawa wyborczego, a może i konstytucyjnej zasady "demokratycznego państwa prawa urzeczywistniającego zasadę sprawiedliwości społecznej". Wszak jak pokazano na kilku przykładach powyżej, prawo zależy od jego interpretacji, a jeżeli braknie interpretacji, to pomoże np. medycyna, jak pokazuje przypadek Miloševica. Jak więc widać, z trzech członów definiujących nasz najlepszy ustrój, prawo oznacza taką interpretację litery, jaka komu się w danej chwili podoba, ale i z ideą państwa nie jest chyba najlepiej.
    Oto prof. Cezary Józefiak pisząc w "Rz" o konflikcie rząd - UniCredito, pyta niby retorycznie: "Jeśli pozostawić odpowiednim organom rozwiązanie sporu prawnego, pozostaje pytanie, czy jest jakieś uzasadnienie ekonomiczne trzymania się klauzuli umowy prywatyzacyjnej z 1999 r.?". Po czym, aby nie było wątpliwości, natychmiast odpowiada: "Moim zdaniem, takiego uzasadnienia nie ma". Pytanie tylko czy o wypełnianiu postanowień umowy ma decydować uzasadnienie ekonomiczne, skoro jedna ze stron, w tym wypadku polski rząd, nie chce takiej zmiany warunków umowy, jakie jednostronnie podyktowała druga strona - zagraniczna instytucja finansowa, za którą ujmuje się brukselska administracja, znana ze swojego... umiłowania do wolnorynkowych reguł. Po co w takim razie państwo, skoro nie może ono chronić interesów narodowych, nie może bić własnej "monety", ani pozwalać jej bić innym podmiotom, prawo stanowione przez instytucje tego państwa jest wtórne wobec prawa innej ponadpaństwowej instytucji etc.? W takim rozumieniu państwo jest chyba jedynie po to, aby zdzierać podatki i futrować nimi kieszenie bankierów trzymających rządowe obligacje oraz dbać, by nie rozprzestrzeniała się homofonia i ptasia grypa. Tak oto wygląda konstytucyjna idea "państwa prawa".
    A co do demokracji, to okazuje się, że cenzus pięcioprocentowego progu wyborczego okazał się również niewystarczającym gwarantem systemu dwupartyjnego, a przecież nie na darmo wszystkie postępowe media usiłują nas przekonywać, że byłoby trendy, gdyby były góra dwa światopoglądy, ludzie głosowali na dwa ugrupowania, a na rynku były dwa banki. Byłby prawdziwy pluralizm, byłaby partia rządząca i opozycyjna (nie to co na Białorusi), no i UOKiK miałby uzasadnienie swojego bytu.
    O ile pakt stabilizacyjny były stabilniejszy gdyby został zawarty pomiędzy Kaczyńskim, Gosiewskim i Dornem lub pomiędzy Rokitą, Tuskiem i Komorowskim! A ileż to zachodu sporządzić kilka opinii wybitnych konstytucjonalistów, które wskazywałby, że zwycięskie ugrupowanie bierze 75 proc. mandatów, drugie w kolejności resztę i że takie rozwiązanie jest nie tylko zgodne konstytucją - ale i z poczuciem praworządności, którego ideałem przechowywanym w tradycji niczym wzorzec metra będzie postawa naszego "bankiera roku" na posiedzeniu Komisji Nadzoru Bankowego. Najważniejsze, aby były proporcje... Być może, gdy najwybitniejsze umysły prawnicze wyinterpretują wreszcie kompromis w sprawie prezesa NBP i UniCredito oraz ustalą, kto naruszył prawo, a właściwie poczucie praworządności Leszka Balcerowicza, to wtedy może i wspomniane niedopatrzenie w ordynacji wyborczej da się również jeszcze wyprostować?

    Krzysztof Mazur

    Publicystyka Krzysztofa Mazura na ASME


    Komentarz (0)

    Mieszana ordynacja wyborcza - czy jej chcemy? - Jerzy Gieysztor Wysłane sobota, 25, marca 2006 przez Krzysztof Pawlak

    Na łamach "Niedzieli" z dnia 6.06.2005, tekstem "Czas na Jednomandatowe Okręgi Wyborcze (JOW)", przypominałem znane z dotychczasowej praktyki patologie ordynacji wyborczej tzw. proporcjonalnej i konieczność wprowadzenia JOW w wyborach do Sejmu.
    Tymczasem wybory 2005 przeprowadzono wg ordynacji dotychczasowej, co kolejny raz obniżyło wyborczą frekwencję, tym razem do poziomu już tylko 40 %.
    Co gorsze, od jesiennego głosowania jesteśmy też świadkami politycznego pata, rezultatu ordynacji wyborczej, która jeszcze nigdzie na świecie nie pozwoliła jednej partii uzyskać większości pozwalającej na samodzielne rządy. Nawet oponenci przyznają, że dla wyłonienia takiej większości, zdolnej do samodzielnych rządów - a za tym i ponoszenia pełnej za te rządy odpowiedzialności - konieczne jest przeprowadzenie wyborów w JOW.
    I chociaż konieczności wprowadzenia JOW nie da się pozamiatać pod dywan, to ten postulat przez czołowych uczestników polskiej sceny politycznej jest ciągle traktowany instrumentalnie. Świadczy o tym ponownie lansowana propozycja wprowadzenia tzw. mieszanej ordynacji wyborczej. Nota bene, już raz odrzuconej przez Sejm. Zakłada ona partyjną nominację połowy ilości posłów, a warunkowany partyjną zgodą wybór drugiej połowy w okręgach jednomandatowych. To rozwiązanie pozbawia wyborców jakiegokolwiek wpływu na wybór posłów w części partyjnej, a w części jednomandatowej, zdobywcom większości głosów nie gwarantuje mandatów. Okręgi jednomandatowe byłyby więc tylko listkiem figowym, nie posiadającym znaczenia innego niż osłona wyborczej farsy. Nawet w porównaniu z obecną ordynacją byłoby to cofnięcie się na drodze budowania demokracji i nie zapewniłoby uzyskania w Sejmie większości, niezbędnej do samodzielnych rządów. A jednocześnie ideę JOW skompromitowałoby w oczach mniej uświadomionych.
    Ordynacja mieszana nie posłuży więc ani obywatelom, ani ich państwu, ale tym, których wypowiedzi nagłaśniane przez media przedstawiają ordynację mieszaną, jako „kompromis, posiadający szansę realizacji”. Tak więc, dla utrzymania partyjnego przywileju sterowania wyborami, instrumentalnie traktowane jest także prawo: mieszaną ordynację przedstawia się jako rzekomo jedyną, której wprowadzenie nie wymaga zmiany Konstytucji. A samą Konstytucję interpretuje się w zależności od potrzeb partyjnych przywódców.
    I tak, kiedy wymagała tego aktualna taktyka to, 12 kwietnia 2001 roku, 57 posłów (w tym wielu prominentnych) zaskarżyło w Trybunale Konstytucyjnym ordynację tzw. proporcjonalną, jako sprzeczną z Konstytucją, pomimo, że dzięki niej sami zostali posłami. Gdy ustały taktyczne powody, wniosek do TK wycofano (jego uzasadnienie, dostępne w sejmowym archiwum, jest zbieżne z argumentacją zwolenników JOW).
    Ale przede wszystkim, jako niekonstytucyjną, chcieliby widzieć jak najdłużej ordynację w pełni jednomandatową pomimo, że zapewnia ona wynik wyborów bardziej proporcjonalny niż tzw. proporcjonalna.
    Poszukując rozwiązania optymalnego, przywołajmy rozumowanie oparte na zasadach uniwersalnych:
    Jeżeli ordynacja ma służyć wybieraniu przedstawicieli Narodu do działania na rzecz dobra wspólnego, a to działanie - jak każde, z wypełniających przykazanie miłości - warunkowane jest odpowiedzialnością, to skutkowanie odpowiedzialnością powinno być podstawową miarą oceny przy porównywaniu różnych rodzajów ordynacji.
    Przypomnijmy, że największą odpowiedzialność posłów przed wyborcami zapewnia ordynacja jednomandatowa.

    Jerzy Gieysztor

    Wrocław, 24.03.2006 r.

    Autor jest jednym z promotorów Obywatelskiego Ruchu na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych

    Witryna ASME Antysocjalistycznego Mazowsza jest najstarszym serwisem w Sieci - oprócz witryny tematycznej JOW - propagującym ideę JOW


    Komentarz (0)

    Lustracja: projekty PO, LPR i Samoobrony - do kosza, za to ugrupowania PiS - mimo swoistej "grubej kreski" - wart rozważenia - relacja TV ASME ze spotkania w Centrali UPR z Antonim Macierewiczem Wysłane piątek, 24, marca 2006 przez Krzysztof Pawlak

    | Pobierz |








    Lustracja: projekty PO, LPR i Samoobrony - do kosza, za to ugrupowania PiS - mimo swoistej "grubej kreski" - wart rozważenia - relacja TV ASME ze spotkania w Centrali UPR z Antonim Macierewiczem
    Wysłane piątek, 24, marca 2006 przez Krzysztof Pawlak

    "Ustawy, które obecnie zostały złożone, były próbą wyjścia z dylematu kompromisu poprzedniego rozwiązania »lustracyjnego« w którym Lech Wałęsa został uznany przez IPN na wniosek sądu lustracyjnego za »pokrzywdzonego«, wbrew materiałom z IPN. Od razu powiedzmy sobie, że trzy z nich nie były takim wyjściem. Były to ustawy LPR, Samoobrony i Platformy Obywatelskiej. Każda z nich ma swoje cechy szczególne, ale wspólną ich cechą jest to, że odnoszą się do stanu rzeczy sprzed orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego z zeszłej kadencji, i za punkt wyjścia biorą ustawę lustracyjną z 1997 roku, a więc oznacza to, że 95% agentury nie będzie brane pod uwagę" - Antoni Macierewicz relacjonuje niuanse dotychczasowych rozliczeń z byłymi współpracownikami reżimu komunistycznego i projektów ustaw mających je poprawić.

    Przy dzisiejszej technologii można z powodzeniem ustalić, czy mikrofilm lub ksero były przerabiane, czy nie. Tak więc żądania z projektu Samoobrony, by nie uznawać kopii dokumentów z IPN, nie mają podstaw. To są sztuczki koalicjantów PiS, którzy w mediach próbują przedstawić się jako dążących do powszechnej lustracji, a tak naprawdę do nich wcale nie dążą - mówi Antoni Macierewicz. "Powszechność" lustracji w przypadku projektu LPR polega na tym, że KAŻDY przewodniczący partii czy redaktor naczelny - mają dostęp do akt, ale NIE KAŻDY już OBYWATEL! Tak wygląda projekt Ligi Polskich Rodzin. Za to projekt PiS - wart jest przyjrzenia się, choć ma cechy swoistej "grubej kreski"..

    Nagranie trwa ponad 48 minut i jest dostępne w Sieci do 5 IV 2006 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




    Komentarz (0)