kwietnia 1, 2006 - kwietnia 10, 2006

Ostry atak żydofilii - Stanisław Michalkiewicz Wysłane poniedziałek, 10, kwietnia 2006 przez Krzysztof Pawlak

Nic tak nie gorszy, jak prawda - mawiał Stefan Kisielewski. I rzeczywiście. Kiedy w felietonie wygłoszonym na antenie Radia Maryja 26 marca br. poinformowałem o grudniowej wizycie w Polsce przedstawiciela izraelskich władz, domagającego się spacyfikowania Radia Maryja oraz o kolejnej wizycie w Polsce dyrektora Amerykańskiego Komitetu Żydowskiego, pana Dawida Harrisa, który 16 marca br. domagał się realizacji żydowskich roszczeń majątkowych i uzyskał obietnicę, że nastąpi to "jeszcze w tym roku", Rada Etyki Mediów wydała oświadczenie, w którym zarzuciła mi posługiwanie się "językiem nienawiści", operowanie "słabo udokumentowanymi twierdzeniami" i "prymitywnymi antysemickimi określeniami". O co Radzie chodziło konkretnie - tego dokładnie nie wiem, ponieważ nie otrzymałem od niej żadnego pisma, mimo prośby złożonej telefonicznie znanemu mi osobiście członkowi Rady, panu red. Maciejowi Iłowieckiemu. Z zacytowanych przez media fragmentów dowiedziałem się, że chodzi m.in. o określenie "przemysł Holokaustu" i "holokaustowa industria", a także słowa "Judejczykowie". Rada Etyki Mediów oczywiście wie, że określenia "przemysł Holokaustu" czy "holokaustowa industria" są używane w książkach prof. Normana Finkelsteina, który zdemaskował postępowanie żydowskich organizacji nękających różne kraje w celu wydobycia od nich pieniędzy tytułem "odszkodowań" za wymordowanie Żydów przez Niemców, ale daje do zrozumienia, że "co wolno wojewodzie, to nie tobie smrodzie". Pan prof. Finkelstein może sobie mówić i pisać, jak mu się tam akurat podoba, bo jego o "antysemityzm" oskarżyć niepodobna, ale już Stanisławowi Michalkiewiczowi - wara. Kładę to na karb nadgorliwości członków Rady Etyki Mediów, bo najwyraźniej nie zdaje sobie sprawy z tego, iż w ten sposób przyznała się do stosowania kryteriów rasowych w dozowaniu wolności słowa. Stwarza to oczywiście mimowolny efekt komiczny, na który nic już oczywiście poradzić nie mogę.
Zresztą nie jedyny i nie tylko z tego powodu. Rada Etyki Mediów napiętnowała również użycie przez mnie określenia "Judejczykowie", jako "antysemickiego", a pewnie też i "nienawistnego". Jak oskarżać, to oskarżać! Tymczasem określenie "Judejczykowie" to cytat z wiersza... Juliana Tuwima. Otóż Tuwim pisał kiedyś, jak to rozmaici poeci napisaliby wierszyk "Nie rusz Andziu tego kwiatka,/ róża kole, rzekła matka / Andzia mamy nie słuchała / ukłuła się i płakała". Więc Adolf Nowaczyński, zdaniem Tuwima, napisałby tak: "Gdy Czech żelazem pracuje i stalą, / To u nas kwitną złotych śnień ogrójce / Płodzą się poezjanci i przemysłobójce / Judejczykowie falą na nas walą..." i tak dalej. No proszę! Julian Tuwim, jako prekursor "języka nienawiści"! A to ci dopiero siurpryza! A przecież ten utalentowany poeta pisał wiersze, które Rada Etyki Mediów ze strachu pewnie spaliłaby przed przeczytaniem. Np. wiersz pod tytułem "Bank": "Jak czarne włochate kulki / Po banku toczą się srulki. / Skaczą, skaczą nad biurkiem / targuje się srulek ze srulkiem. / Srulek srulkowi uległ / i biegnie do kasy srulek. / Liczy drżącymi palcami / i zmyka przed srulkami / W klubzeslach z dala od kasy / siedzą srule grubasy. / Srulki z uśmiechem lubym / kłaniają się srulom grubym. / A w głębi - w ciszy - wielki jak król / Duma sam główny Srul".
Kiedy Tuwim to pisał, Polska była wolna również w tym znaczeniu, że nie pojawiły się w niej żadne samozwańcze guwernantki, uważające się za uprawnione do dyktowania ludziom, jak im wolno myśleć i mówić, a jak nie. "Jeszcze się przed cenzorskim nie trzęsły obliczem łazienkowskie satyry, śpiewając z Kudliczem". Dlatego kultura stworzona w okresie międzywojennym, właśnie dzięki swojej autentyczności, jest dla nas niedościgłym wzorem również i dzisiaj.
Ale przecież - powiedzmy sobie szczerze - Radzie Etyki Mediów nie chodzi ani o kulturę języka, ani o prawdę. Zarzuca mi np. że moje stwierdzenia są "słabo udokumentowane". A przecież piszę o sprawach powszechnie znanych z prasy polskiej i zagranicznej! Nie jest żadną tajemnicą, że w 1994 r. na skutek kontrolowanego przecieku do amerykańskiej prasy listu ośmiu wpływowych polityków do ówczesnego sekretarza stanu Warrena Christophera dowiedzieliśmy się, iż jeśli Polska nie zadośćuczyni roszczeniom żydowskim, to być może będzie musiała pożegnać się z nadziejami na członkostwo w NATO. Nie jest żadną tajemnicą, że w kwietniu 1996 roku pan Izrael Singer, ówczesny sekretarz Światowego Kongresu Żydów zagroził, że jeśli Polska nie zadośćuczyni żydowskim majątkowym roszczeniom prywatnym, to "będzie upokarzana na arenie międzynarodowej". Nie jest żadną tajemnicą, że akty takiego "upokarzania" miały miejsce. Nie jest żadną tajemnicą, że już w trzy dni po akcesyjnym referendum w 2003 r. pojawił się w Polsce pan Harris i w towarzystwie ambasadora USA odwiedził premiera Millera i prezydenta Kwaśniewskiego, domagając się realizacji "rekompensat". Nie jest żadną tajemnicą, że szacunkowa kwota tych roszczeń oscyluje koło 60 mld dolarów. Jaka zatem "dokumentacja" zadowoliłaby Radę? Czy mam jeszcze narysować obrazek?
W swoim felietonie nazwałem pana Singera naszym "wrogiem". To jest określenie ścisłe. Pan Singer w 1996 r. wypowiedział Polsce, a właściwie nie tyle Polsce, co Narodowi Polskiemu wojnę psychologiczną, której stawką jest międzynarodowa reputacja naszego narodu. W języku polskim, nie w żadnym "języku nienawiści", każdego, kto Polsce wypowiada wojnę, nazywa się "wrogiem", a jakieś bardziej pieszczotliwe określenia mogłyby się nasunąć chyba tylko w jakimś ostrym ataku żydofilii.

Stanisław Michalkiewicz

Publicystyka Stanisława Michalkiewicza na ASME i nagrania TV ASME


Komentarz (1)

Dzień Barabasza - Krzysztof Mazur Wysłane niedziela, 9, kwietnia 2006 przez Krzysztof Pawlak

"Co stało się z Barabaszem? Pytałem nikt nie wie
Spuszczony z łańcucha wyszedł na białą ulicę...."

Zbigniew Herbert

"Niechciany owoc polskiej demokracji" (R. A. Ziemkiewicz, "Rz"), "produkt rozkładu polskiej demokracji" (P. Wroński, "GW") czy "cudowne dziecko polskich mediów" (rzecznik policji P. Biedziak)? - to oczywiście tylko niektóre określenia odnoszące się do A. Leppera i kierowanej przez niego Samoobrony. Od czasu, gdy oceny te zostały przedstawione, Lepper znacznie zmienił swój wizerunek, zmieniły się sądy o nim niektórych jego dawniejszych krytyków, zasadniczo - obecnych polityków PiS i niektórych dziennikarzy obawiających się utraty dobrego mniemania o sobie w oczach Jarosława Kaczyńskiego, vide publicystyka Bronisława Wildsteina w stylu "na dwoje babka wróżyła".


Na jednym z wiodących portali internetowych głównym solenizantem i patronem 11 czerwca został obwieszczony Barabasz. W różnych kalendarzach pod tą datą figurują: Feliks, Leon, Filip, Rodomił i Barnaba. Pewnie nastąpiło przejęzyczenie w stosunku do tego ostatniego, ale będące swoistym signum temporis.
Wat Tyler i Jan Ball, przywódcy powstania chłopskiego w XIV w. w Anglii, G. Winstanley i diggerzy (angielska lewicowa organizacja chłopska działająca w latach 1649 - 1653), Ned Ludd i luddyści (działalność luddystów polegała na niszczeniu maszyn, podpalaniu budynków fabrycznych i niszczeniu gotowych już towarów), J. Cavalier i kamizardowie we Francji, a także okres Wielkiej Trwogi w czasie "rewolucji francuskiej", podczas której uzbrojeni w strzelby, kosy i widły chłopi palili zamki i opactwa, mordowali szlachtę, niszczyli archiwa, Jakub Szela i rabacja galicyjska oraz Samoobrona Leppera - jako różne, bardziej lub mniej demoniczne wcielenia starożydowskich sikkerów.
Gustaw Herling-Grudziński w "Dzienniku pisanym nocą" pisał "...przyśnił mi się Głos, potężny Głos jakby z zaświatów, że nie doceniamy roli Barabasza w historii świętej. Może mi się tylko wydawało, ale słyszałem w tym Głosie ostrzeżenie: istnieje siła, która każe wam jej nie doceniać. (...) Kapłani i podjudzony przez nich lud wiedzieli, dlaczego właśnie on powinien być »uwolniony zamiast Niego« przez Prokuratora Judei".
Czy dzisiejsi sadyceusze i faryzeusze wiedzą, dlaczego w życiu narodu nadchodzą momenty, gdy niektóre osoby zamiast grzać więzienną pryczę, stają sie jedynie pretendentami do ministerialnych gabinetów i najwyższych godności?
"Im większe trudności gospodarcze, im większe bezrobocie, tym większy poziom frustracji i tym większa akceptacja dla Leppera" - pisała "GW", ale Lepper nie mówi i nie proponuje nic innego niż przedstawiciele wielu innych partii, jego populizm czy demagogia nie wykracza poza demagogię innych partyjnych liderów.
Kiedyś dziennikarze pisali wzburzeni, gdy Lepper nazywał Kwaśniewskiego leniem i pasożytem, Balcerowicza - ekonomicznym analfabetą, a Cimoszewicza - kanalią. Dzisiaj o łże-elitach i lumpenliberalizmie mówi w sejmie lider partii rządzącej, a Lepper jako wicemarszałek udziela w sejmie głosu ekonomicznemu analfabecie.
Tzw. judaszki będące kiedyś domeną Samoobrony są nadal praktykowane, słomianą kukłę Judasza, którą w Wielki Czwartek włóczono, a "na koniec to się rozsypywały te śmiecie, te wory, to wyciągali do rzeki i tam go podpalili, spalili i tylko samą głowę wzięli na drugi rok, na tę formę, żeby krawiec uszył tę formę tej głowy, a resztę to topili" (za miesięcznikiem "Midrasz"), zastąpiły inne kukły, chociaż obrzęd pozostał niezmieniony.
"Zwolennicy Samoobrony przynieśli transparenty (...), a także kukłę. Jedni mówili, że to kukła Millera inni, że Balcerowicza" (relacja z protestów Samoobrony z 25 czerwca). "Tu protestujący związkowcy spalili kukłę ministra pracy" (doniesienia prasowe z 04.2002), "protestujący spalili kukłę przedstawiającą prezydenta George'a W. Busha" (10.2001), "demonstranci spalili kukłę przedstawiającą Jelcyna" (02.2001), "związkowcy z »Sierpnia '80« (...). Spalili kukłę Krzaklewskiego" (05.2000), "hinduscy nacjonaliści spalili kukłę Jana Pawła II" (12.1999), "Związkowcy spalili kukłę szefa tego resortu Janusza Onyszkiewicza" (11.1999)... Jak widać: forma ta sama, tylko co chwilę jakiś inny "krawiec szyje tę formę tej głowy".
A dzieje się tak, gdyż, jak przed wiekami pisał Polibiusz, jeśli "...życie prywatne staje się zbytkowniejsze, a dusza obywateli ogarnia większe niż przystoi ambicje piastowania rządów i innych zamysłów. (...) Tę zaś zmianę wyzyska lud, jeżeli wskutek chciwości jednych będzie się uważał za pokrzywdzonego, a przez pochlebiającą mu ambicję drugich da się unieść dumie. Wtedy rozsierdzony i folgując tylko namiętności we wszystkich obradach, nie zechce już słuchać przełożonych ani nawet równe mieć z nimi prawa, lecz zapragnie wszystko, lub jak najwięcej, sam posiadać. Gdy dojdzie do tego, przybierze wprawdzie ustrój państwa najpiękniejszą nazwę, tj. wolności i demokracji, w samej jednak rzeczy stanie się najgorszym, mianowicie ochlokracją".
Co nastąpiłoby, gdyby partia Samoobrony rządziła, czy "ochlokracja, państwo "oligarchii" manipulującej wiecami, wieczny bałagan z rządami tłumu, nieustanna bijatyka wszystkich ze wszystkimi"? Chyba raczej to, co przydarzyło się mieszkańcom miasteczka Nijar w pobliżu Almerii i co opisuje Ortega y Gasset w "Buncie mas". We wrześniu 1759 r. z okazji objęcia tronu przez Karola III mieszkańcy miasteczka najpierw urządzili pijacką orgię, następnie opróżnili miejskie spichlerze ("zasłaniając się immunitetami, posłowie Samoobrony wysypali na tory niemiecką pszenicę z czterech wagonów"), potem miejską kasę, a na końcu pozbyli się własnych zapasów żywności i zboża, niszcząc tym samym w ciągu kilkudziesięciu godzin podstawy swojego ekonomicznego bytu - "z przywiązania do życia stracili rację bytu". Ortega y Gasset konkluduje, że "masa, jaka bądź (...) pozostawiona sama sobie, ma zawsze skłonność - z chęci życia - do niszczenia podstaw własnej egzystencji".
Najtrafniej ewolucję stylu sprawowania rządów przedstawił W. Łysiak, pisząc ("Flet z mandragory"), jak to kolejno władzę sprawowali: król, cywile, generałowie, pułkownicy, majorowie, kapitanowie, aż "dopiero kiedy po władzę sięgnęli kaprale, ich przedstawiciel (...) w wojskowej koszuli rozpiętej głęboko. (...) Przez długą chwilę stał przed kamerą. (...) W końcu zbliżył do obiektywu swą wielką siną piąchę i wygłosił (...) - Uuuuuuch, k..wa wasza mać!!!". Szybko zbliżyliśmy się do rządów kaprali.
Niezależnie od okoliczności patrząc na - mimo pozorów luzu - spiętą sylwetkę przywódcy Samoobrony, jego twarz, na której wrażenie tępoty miesza się z arogancją, ale i gdzieś głębiej skrywanym strachem, gdy słychać jego skrzekliwy głos, ale przede wszystkim widząc jego determinację w zdobyciu władzy i niewrażliwość na jawne oznaki wzgardy i niechętne sygnały nawet ze strony potencjalnego koalicjanta - zawsze kojarzy się to z ostatnimi zdaniami znakomitej powieści Jamesa Clavella: "Zostały tylko owady. I szczury (...) Wiele ich padło, bo ci którzy je schwytali, zapomnieli o nich. Ale najsilniejsze żyły nadal. Adam żarł pazurami siatkę, żeby przedrzeć się na drugą stronę, do jedzenia. Rzucał się na nią i szarpał z tą samą zawziętością, z jaką robił to niezmiennie od dnia, w którym go zamknięto. I wytrwałość jego została nagrodzona. Ścianka klatki puściła. (...) Bo Królem był zawsze najsilniejszy (...). Królem wśród szczurów".

Krzysztof Mazur

Publicystyka Krzysztofa Mazura na ASME


Komentarz (0)

Doktor Edelman uważa obronę Jego portfela za "antysemityzm"? - zastanawia się Antoni Zambrowski Wysłane sobota, 8, kwietnia 2006 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |








Doktor Edelman uważa obronę Jego portfela za "antysemityzm"? - zastanawia się Antoni Zambrowski
Wysłane sobota, 8, kwietnia 2006 przez Krzysztof Pawlak

"Trwa nagonka na Radio Maryja i redaktora Stanisława Michalkiewicza, mego wieloletniego dobrego przyjaciela, o Jego felieton wygłoszony w RM i Telewizji TRWAM, dotyczący roszczeń światowych organizacji żydowskich co do mienia po zamordowanych przez Niemców polskich Żydów" - Antoni Zambrowski w swym TV felietonie włącza się w obronę jednego z najlepszych publicystów prawicowych, szkalowanego w ostatnim tygodniu przez lewicowe merdia.

"Mógłbym tu przypomnieć historię Lwa Nikulina, rosyjskiego żyda, który siedział w polskim więzieniu za opisanie w liście do brata prawdziwej historii Katynia. Wyjechał później do Danii - a opowiadał mi to Janusz Szpotański - gdzie jacyś Żydzi szukali spadkobierców po majątku pozostawionym w Polsce, Nikulin, choć nie był z nimi i z zamordowanymi przez Niemców Żydami w żaden sposób spokrewniony - zgłosił się do tej rodziny, jako »spadkobierca«. Mniej więcej w ten sposób postępują te żydowskie organizacje, które mają tylko tyle wspólnego z byłymi obywatelami Rzeczypospolitej, którzy zginęli w Holokauście sprawionym im przez Niemców na terenach Polski - że są Żydami. Przeciwko tym praktykom od wielu lat protestuje redaktor Michalkiewicz, wcześniej na łamach gazet »Najwyższy CZAS!« i »Naszej Polski«. Problem polega jedynie na tym, że te pisma mają nakład wielokroć mniejszy niż donośność Radia Maryja i Telewizja TRWAM. Stąd zaczęła się ta nagonka, organizowana pod hasłem »zwalczania antysemityzmu«. Jestem wrogiem i antysemityzmu, i - również - stosowania tego typu wybiórczych praktyk" - mówi Antoni Zambrowski, wieloletni więzień polityczny PRL.
"Chciałem przy tej okazji zwrócić uwagę, że doktor Edelman, który teraz występuje przeciw redaktorowi Michalkiewiczowi i domaga się ukrócenia »praktyk antysemickich« w TV TRWAM i Radiu Maryja - sam na spotkaniu założycielskim nowo założonej partii »demokraci.il«, dawnej Unii Wolności, mówił, że »nie lubi Czarnych«. A więc Edelmanowi wolno »nie lubić« księży katolickich, natomiast krytykowanie organizacji żydowskich, które chcą złupić CAŁĄ Polskę, WSZYSTKICH podatników polskich, w tym też doktora Edelmana - na 65 miliardów dolarów - czynione przez redaktora Michalkiewicza - uważa za »antysemityzm«..." - zastanawia się publicysta TV ASME.

Nagranie trwa ponad 7 minut i jest dostępne w Sieci do 22 IV 2006 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




Komentarz (0)

IV Rzeczpospolita z Andrzejem Lepperem? Nie do wiary - Łukasz Perzyna o zawiązywanym sojuszu rządowym PiS-Samoobrona-PSL Wysłane sobota, 8, kwietnia 2006 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |







IV Rzeczpospolita z Andrzejem Lepperem? Nie do wiary - Łukasz Perzyna o zawiązywanym sojuszu rządowym PiS-Samoobrona-PSL
Wysłane sobota, 8, kwietnia 2006 przez Krzysztof Pawlak

"Do niedawna było tak, że to Ukraińcy wzorowali się na osiągnięciach politycznych w Polsce. Tymczasem ostatnio wygląda, że to my możemy się czegoś od nich nauczyć. Udział w rządach ucywilizowanych »regionalistów« kryminalisty Janukowycza i ich pyrrusowe zwycięstwo na to wskazuje. W Polsce też przecież »kryminaliści prą do władzy«, jak to niedawno wieścił sam Jarosław Kaczyński. Teraz ma trudny orzech do zgryzienia - będzie zawierał koalicję z Andrzejem Lepperem" - Łukasz Perzyna, publicysta "Tygodnika Solidarność" i naszej witryny ASME, komentuje wydarzenia związane z utworzeniem "większościowego rządu" u progu IV Rzeczypospolitej.

W 1989 roku Bracia Kaczyńscy przełamali pewien fatalizm - odwrócili sojusze, zawierając układ z satelitami PZPR - ZSL, które później zmieniło nazwę na PSL, i Stronnictwem Demokratycznym, które dziś już faktycznie nie istnieje. W ten sposób ominęli podszepty dobiegające z kręgów środowiska dziś określanego mianem "partii Agory". Dziś jest sytuacja także paradoksalna. Do rządu premiera Marcinkiewicza wejdą przedstawiciele Samoobrony i PSL.
Samoobrona będzie musiała się zachowywać w tym układzie podobnie jak UW w koalicji AW"S"-UW: czekać na sposobny moment, by z hukiem go opuścić. Unici wtedy się przeliczyli: powstanie Platformy przelicytowało ich nadzieje. Oparci na elektoracie "wykluczonych", protestu, "niepogodzonych" z tempem przemian w Polsce, tow. Andrzej Lepper i jego Samoobrona będą musieli czekać na moment, by móc oskarżyć PiS o wygodne odstępstwa od założeń koalicyjnych i uczynić je głównym obiektem krytyki przed następnymi wyborami. Trzeci szereg b. PZPR-owców, sformowany przez Leppera w "partię socjalliberalną" nigdy nie był i nie jest wiarygodnym koalicjantem.
Bracia Kaczyńscy mają przed sobą obecnie szczególną odpowiedzialność: w swoim środowisku, czy to było PC, czy obecnie - w PiS zawsze podejmowali sami decyzje. Nigdy w historii Polski "tak wiele nie zależało od tak nielicznych"... Nie da się IV RP wprowadzać w życie z tow. Andrzejem Lepperem.

Nagranie trwa 15 minut i jest dostępne w Sieci do 22 IV 2006 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




Komentarz (0)

To był wcześniej przygotowany akt wrogości lewicy katolickiej w stosunku do Radia Maryja - Janusz Korwin-Mikke, I prezes UPR, o ataku "postempowych" środowisk na Stanisława Michalkiewicza Wysłane piątek, 7, kwietnia 2006 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |







To był wcześniej przygotowany akt wrogości lewicy katolickiej w stosunku do Radia Maryja - Janusz Korwin-Mikke, I prezes UPR, o ataku "postempowych" środowisk na Stanisława Michalkiewicza
Wysłane piątek, 7, kwietnia 2006 przez Krzysztof Pawlak

"W sprawie kolegi Michalkiewicza - to jest właściwie sprawa Radia Maryja, co było już widać na drugi dzień po wywołaniu tej »afery«, gdyż nuncjusz papieski, abp Kowalczyk przekazał pierwotny list z Watykanu biskupom Pieronkowi, Życińskiemu i Gocłowskiemu w dniu 21 MARCA, a więc - PRZED wystąpieniem Stanisława Michalkiewicza w tej rozgłośni" - Janusz Korwin-Mikke komentuje wielce w mijającym tygodniu nagłośnioną przez lewicowe media "sprawę Michalkiewicza i Radia Maryja".

Przepraszam, jeżeli Ja mam prawo potępić kradnących Polaków w Berlinie - to znaczy, że mam też takie samo prawo powiedzieć to samo o "firmie Holokaust", której przedstawiciele używają bandyckich metod w swej działalności, a zresztą - samo pojęcie "Holocaust Industry" sformułował Żyd Norman Finkelstein... - zwraca uwagę Janusz Korwin-Mikke.
Właścicielem majątku zmarłych polskich obywateli, jeśli nie pozostali inni spadkobiercy, nie może być jakaś firma czy stowarzyszenie - tylko PAŃSTWO, którego byli obywatelami... Ale ponoć Żydzi walczą z nacjonalizmem...?

Nagranie trwa ponad 4 minut i jest dostępne w Sieci do 21 IV 2006 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




Komentarz (0)

Kościół św. Judasza w pełnym rozkwicie, czyli ewangelizacja judaszowska na modłę "Gazety Wyborczej" Wysłane piątek, 7, kwietnia 2006 przez Krzysztof Pawlak

Właściwie wszystko jest już jasne.
Organ trockistowskiego marzyciela o "raju komunistycznym", tow. Adama Michnika, czyli "żydowska gazeta robiona przez półinteligentów dla ćwierćinteligentów" - "Gazeta Wyborcza", jak ją wyjątkowo trafnie określa Stanisław Michalkiewicz - w jednym dniu publikuje dokumenty sygnowane nie przez urzędy watykańskie, a przez JE nuncjusza watykańskiego, Abpa Józefa Kowalczyka, który jako JEDYNY w świecie pełni taką funkcję, pochodząc z tego samego kraju - w których zawarta jest ponoć krytyka rozgłośni Radia Maryja, choć interpretacje wcale na to nie wskazują, o czym nawet zaświadcza usłużny interpretator "Gazety Wyborczej", wypowiadając się na jej łamach: "Zwrot użyty na początku listu »od dłuższego czasu z uwagą i cierpliwie śledzimy« możemy sobie przetłumaczyć jako »jak długo to jeszcze potrwa?« - tłumaczy ekspert prawa kanonicznego ks. prof. Remigiusz Sobański. Ale może wcale tak nie musimy tego tłumaczyć, prawda? Można to np. tłumaczyć: "Jak wiele jeszcze czasu chcecie nam zabierać namolnym jękiem przeciw pracy ewangelizacyjnej Radia Maryja?".
Szczególnie taka interpretacja nasuwa się po napotkaniu w wydaniu tego samego dnia na poczesnym miejscu w "żydowskiej gazecie dla Polaków" artykułu o "odkryciu tzw. ewangelii Judasza", która ma według żurnalizdów tego brukowca dokonać "przewrotu do góry nogami prawdy zawarte w kanonicznych ewangeliach", które to ewangelie są oczywiście studiowane z talmudyczną pieczołowitością przez redaktorów "Gazety Wyborczej". Wyjątkowe studia te istnieją od czasu zaprezentowania przez redaktora trockistowskiego Adasia Michnika czołobitnej postawy w stosunku do tow.tow. tzw. generałów "LWP" oraz Milicji Obywatelskiej Wojciecha Jaruzelskiego oraz Czesława Kiszczaka (obaj z Informacji Wojskowej stalinowskich lat PRL), wyrażającej się w osławionym (a nie - słynnym, kmioty żurnalizdyczne!) zawołaniu "O..ooooo...ooodpiepppprzcie się od Generała!", mającym na celu zdjęcie jakiejkolwiek infamii (...jakby bandyci komunazistyczni mogli posiadać jakąkolwiek zdolność honorową!) z projektantów stanu wojennego 1981 roku, czyli tzw. wojny jaruzelsko-polskiej, a w całokształcie - z prominentnych funkcjonariuszów (do dziś nie podlegających osądowi sędziowskiemu) kolonii sowieckiej pod nazwą Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej.
Nobilitacja zdrajcy Judasza jest w takim przypadku wręcz nieodzownym posunięciem, dlatego pora ogłoszenia jej próby ma swój wymiar ponadczasowy, w który wpisują się redaktor Michnik, kamraci Jaruzelski, Kiszczak... ale co ma w tym towarzystwie do roboty polski nuncjusz apostolski - musi już wyjaśnić sekretariat redakcji "Gazety Wyborczej"... Pomocną będzie w tym miejscu informacja z łam "GW", że "...A autorów [tzw. ewangelii Judasza] - gnostyków - potępiono. (...) - Jeśli Chrystus umarł za wszystkich, to czy jest możliwe, aby i Judasz był odkupiony przez Mistrza, którego zdradził? - zastanawiał się na łamach »Timesa« ks. Allen Morris, angielski teolog. Sugeruje, że rehabilitacja apostoła byłaby także milowym krokiem w poprawie stosunków chrześcijańsko-żydowskich". Noooo. jak to ma być podłoże i kamień węgielny w "poprawie" stosunków polscy katolicy - "Gazeta Wyborcza", to nie od rzeczy będzie jeszcze uwaga o materialnej stronie przedsięwzięcia "ewangelizacji judaszowskiej" polskich katolików, zawarta na tych samych łamach "GW", specjalnie wytłuszczoną czcionką przez jej redaktorów:
"»Gazeta« razem z National Geographic Polska ma wyłączne prawa w Polsce do tekstu Ewangelii Judasza".
I - wszystko "OSRAM", czyli JASNE!

W Warszawie zaś szykuje się do wyborów "samorządowych" wyjątkowo dobrze zapoznany spadkobierca rodzin niegdysiejszych władców PRL Bermanów, przyjaciół kamratów Jaruzelskiego i Kiszczaka - niegdysiejszy subiekt z państwowych Domów Towarowych "Centrum", handlujący towarami bławatnymi, a obecnie posługujący się nazwiskiem "Borowski" - Marek, oczywiście już jako reprezentant "obozu było-prezydenckiego", komasującego w swoich szeregach "funkcjonariuszów Ludowego Wojska Polskiego, OPZZ, Stowarzyszeniem Ordynacka, Krajową Radą Weteranów Lewicy oraz Ruch Odrodzenia Gospodarczego im. Edwarda Gierka", nadzorowanego przez tow. Olka "Disko-prezia" Kwaśniewskiego, od lat współdziałającego z tow. Adamem Michnikiem przy "przebranżownieniu" "lewicy komunistycznej" w "lewicę europejską - socjaldemokratyczną"...

Jesteśmy z pewnością świadkami początku nowej epoki, podlegającej przemożnemu wpływowi koryfeusza postempu, DOKTORA nauk piekielnych, tow. Szejtana, który w ten sposób obwieszcza ostateczną wersję znanego hasła: Judasze wsiech stran - sojedinajties!

Krzysztof Pawlak


Komentarz (0)

Po stalinowcu Mieczysławie Widaju emeryturę straci Władysław Kochan
Krwawy szef Informacji pod sąd! - TADEUSZ M. PŁUŻAŃSKI
Wysłane czwartek, 6, kwietnia 2006 przez Krzysztof Pawlak

Ostatnio napisaliśmy, że na podstawie ustawy o emeryturach wojskowych Ministerstwo Obrony Narodowej odbierze świadczenia wojskowemu "sędziemu nie od Boga" płk. Mieczysławowi Widajowi. To samo dotyczy płk. Władysława Kochana, zastępcy szefa Głównego Zarządu Informacji - najokrutniejszej instytucji stalinowskiego systemu bezprawia: kontrwywiadu wojskowego, czyli wojskowej bezpieki. Ten nobliwy, starszy pan też od lat żyje sobie spokojnie w Warszawie. W latach 50. stosował brutalne represje, m.in. wobec generałów WP.

O tym wysokim funkcjonariuszu Informacji przez kilkanaście lat wolnej Polski nie było żadnych informacji. Nie wiadomo nawet, co się z nim działo po 1960 roku. Dwa lata temu nieoczekiwanie "ożył" i pojawił się w Wojskowym Sądzie Okręgowym w Warszawie. Mimo zaawansowanego wieku nie był na tyle naiwny, aby przyjść tam dobrowolnie. Na salę sądową został doprowadzony przez policję. Wcześniej kilka razy nie stawił się na wezwanie. W domu córka Kochana twierdziła, że nie wie, gdzie jest ojciec i kiedy wróci.

NIE ZNA SPRAWY

Władysław Kochan nie został doprowadzony na swój proces, choć nie ma żadnych wątpliwości, że za swoje zbrodnie powinien być sądzony. Zeznawał w charakterze świadka na rozprawie przeciwko podwładnemu - śledczemu Informacji Henrykowi Olejniczakowi. Panowie znali się długo - Kochan był szefem Olejniczaka w poznańskim oddziale Informacji, a potem w warszawskiej centrali. Na procesie, jak się można było spodziewać, o oskarżonym nie powiedział złego słowa. Olejniczak był sądzony za znęcanie się w śledztwie nad bohaterem II wojny światowej, zastępcą gen. Maczka, płk. Franciszkiem Skibińskim. W odnalezionej przez IPN notatce, która stała się podstawą aktu oskarżenia, śledczy pisał o przesłuchaniach Skibińskiego: "stosowałem metodę bezwzględnego przygniatania jego psychiki, potem tłumaczyłem mu możliwość powrotu do normalnego życia", "pogłębia się jego załamanie psychiczne", "jest już kompletnie rozłożony", "wyraził zamiar samobójstwa", "żąda śmierci".
Teraz w sądzie Kochan twierdził, że sprawy płk. Skibińskiego nie zna (choć była jedną z ważniejszych!), a w ogóle żadnych konkretnych spraw nie pamięta. Oświadczył jedynie, o czym wszyscy zainteresowani wiedzą, że w sprawie tzw. spisku w wojsku (o to właśnie został oskarżony płk Skibiński), czyli rozpoczętej przez Informację Wojskową w 1949 r. czystki w wojsku, wymierzonej w oficerów przedwrześniowych, znęcano się nad osadzonymi, stosując przede wszystkim konwejer (kilku "oficerów" śledczych przesłuchiwało non stop - przez wiele dni i nocy jednego człowieka). Kochan zapomniał dodać, że sam, z sadystycznym zamiłowaniem, stosował takie metody. W stosunku do płk. Mariana Utnika Kochan prowadził śledztwo przez całą dobę, pozwalając mu jedynie pospać między godz. 3.00 a 5.00 i zjeść trzy posiłki. Po 63 dniach takich męczarni Utnik przyznał się, że był szpiegiem.
W sądzie Kochan zapomniał również, że był nie tylko jednym z najokrutniejszych, ale również najwyżej postawionych funkcjonariuszy Informacji, która - według cały czas niepełnych szacunków - w latach 1944 - 1957 r. aresztowała i torturowała 17 tys. ludzi. Historycy są zgodni, że ta wojskowa bezpieka była jeszcze bardziej bezwzględna niż znana z okrucieństwa "cywilna" bezpieka, czyli Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego.
Po procesie i skazaniu Olejniczaka na rok więzienia o Kochanie znów słuch zaginął. Jego nikt nie zamierzał (i nie zamierza) sądzić.

WPRAWIONY W CELOWANIU
Z PISTOLETU


Władysław Kochan urodził się w 1917 r. w Dębicy, gdzie ukończył gimnazjum. W latach 1937-39 studiował chemię na Politechnice Lwowskiej. Podczas wojny pracował jako robotnik i pomocnik buchaltera. Do wojska wstąpił ochotniczo w grudniu 1944 r. W tym samym roku został członkiem partii. Do maja 1947 r. był zastępcą szefa Informacji Marynarki Wojennej, później - do lipca 1948 r. szefem Informacji w Poznaniu. Szczyt jego kariery przypada na lata 1948 - 1954, kiedy pełnił funkcję szefa Oddziału Śledczego GZI (pełna nazwa: Główny Zarząd Informacji - GZI WP), a w końcu został zastępcą szefa całej Informacji Wojskowej. W czerwcu 1950 r. mianowany na stopień pułkownika. Szefami Kochana byli Sowieci - płk Dymitr Wozniesieński (zięć Karola Świerczewskiego) i płk Antoni Skulbaszewski (wcześniej "polski" krwawy Naczelny Prokurator Wojskowy). Budowana na wzór i pod dyktando Moskwy Informacja Wojskowa była po prostu odpowiednikiem wojskowych sowieckich służb specjalnych i funkcjonariusze tych służb nią kierowali.
Jesienią 1954 r. Kochan został przeniesiony do rezerwy. Dwa lata później, na fali "odwilży", powstała tzw. komisja Mazura "dla zbadania odpowiedzialności b. pracowników Głównego Zarządu Informacji, Naczelnej Prokuratury Wojskowej i Najwyższego Sądu Wojskowego". Czytamy w nim, że Kochan "ponosi odpowiedzialność za następujące czyny i zaniedbania:
- przyczynianie się do masowych bezpodstawnych aresztów bez »sankcji« lub wnioskowanie »sankcji« bez przedstawiania prokuratorowi jakichkolwiek dowodów,
- stosowanie za pośrednictwem podległego mu aparatu śledczego i osobiście do roku 1948 włącznie całego kompleksu przestępczych metod śledztwa, przy czym bicie było regułą, od 1948 r. zaś przejście na zasadę »konwejera« w połączeniu z pozbawieniem badanych snu, stójkami, osadzeniem w karcerze po kostki z wodą, pozbawieniem jakiejkolwiek opieki lekarskiej (np. Kochan zabronił leczyć Cichonia) oraz szeregiem innych wymyślnych udręczeń, a poza tym stosowanie wymuszenia wobec osób preparowanych do konfrontacji,
- powoływanie się na rzekome pisemne pozwolenie prezydenta PRL na bicie (wobec gen. Tatara, przy czym wprawiał się w celowaniu z pistoletu, grożąc zastrzeleniem),
- rozbudowanie sieci agentów »celnych«, sugerujących i inspirujących fałszywe zeznania w celi,
- przyczynianie się do skazania ogromnej liczby niewinnych osób na najsurowsze kary więzienia i na kary śmierci (...), np. Kochan w 46 sprawach »spisku wojskowego«),
- sztuczne dzielenie spraw celem łatwiejszego oskarżania i skazywania w spreparowanych sprawach,
- przetrzymywanie skazanych na karę śmierci latami w areszcie Informacji li tylko celem dalszego wymuszania zeznań (np. gen. Kuropieski, ppłk Sokołowskiego, mjr. Kurkiewicza i innych)".
Ponadto, Kochan bił więźniów - sam, albo razem z podwładnymi, gumową pałką. Rozkazywał budzić ich w nocy i wykonywać różne prace oraz zmniejszać niepokornym racje żywnościowe.

MÓWIĆ PRAWDĘ

Władysław Kochan był jednym z nielicznych funkcjonariuszy GZI, którzy - na podstawie raportu komisji Mazura - za łamanie "socjalistycznej praworządności" - stanęli przed sądem. Odpowiadał m.in. za wspomnianą w raporcie sprawę "spisku w wojsku". Był jednym z głównych oprawców we wspominanej sprawie TUN (od nazwisk generałów - Tatara, Utnika i Nowickiego), którzy po powrocie z Zachodu do Polski zostali oskarżeni o szpiegostwo na rzecz Wielkiej Brytanii. Cała trójka uniknęła kary śmierci, ale w tzw. procesach odpryskowych (na ogół przeprowadzanych w siedzibie GZI przy ul. Oczki w Warszawie) wydano ich ponad 20.
Jeden z rzekomych spiskowców, gen. Józef Kuropieska wspominał swój pobyt w więzieniu: "Najbardziej jednak wstrząsającym dla mnie przeżyciem stała się konfrontacja z płk. dypl. Bronisławem Maszlanką. (...) Widok tego okaleczonego, bez jednego płuca, człowieka w pokoju płk. Kochana jakby mnie ściął z nóg. Patrząc na niego, pomyślałem: »Oto twoje dzieło«. (...) Smród celi dawał mi się coraz więcej we znaki. W pewnej chwili, nawet nieoczekiwanie dla siebie, począłem bębnić w drzwi. Natychmiast je uchylono, jakby na to tylko ktoś czekał. Poprosiłem o rozmowę z płk. Kochanem. Po jakichś 3 minutach zostałem do niego doprowadzony. (...) Po wejściu do jasnego, pełnego słońca gabinetu spytałem:
- Szefuniu, co robić?
Kochan odpowiedział:
- Mówić prawdę.
Takie powiedzenie w czasie śledztwa zawsze mnie oburzało, ale tego dnia przyjąłem je z pogodnym uśmiechem. Odpowiedziałem mu, że widzę, iż będę musiał mówić o Spychalskim - choć oczywiście będzie to również nieprawdą".
Historyk Jerzy Poksiński w książce "TUN" napisał: "Śledztwo wobec gen. Mossora było wyjątkowo brutalne. Kierował nim oczywiście płk Skulbaszewski, a pomagał mu płk Kochan. (...) Zamknięto go w nie ogrzewanej celi, gdzie przebywał prawie przez dwie zimy, bo aż do połowy grudnia 1953 r. Przesłuchiwano go po 20 godzin na dobę. Śledczy nie przyjmowali do wiadomości, że oskarżonego boli brzuch, ma silne bóle kręgosłupa i inne dolegliwości. Szczególnie uciążliwe było dla niego siedzenie na odwróconym stołku. Wył z bólu. Pomimo tak ciężkiego reżimu śledczego odmówił wszelkich zeznań na temat rzekomej konspiracji i szpiegostwa. Dopiero w sierpniu 1954 r. przewieziono go do więzienia mokotowskiego, a potem do Wronek. Tam doznał pierwszego zawału serca".
Sędzia kpt. Edward Wiącek w 1956 r. zeznawał: "W kwietniu 1954 r. przy jednej ze spraw, która miała iść do sądu, oświadczyłem płkowi Kochanowi - kierownikowi śledztwa w GZI, że wy stosujecie w sprawach przymus (nie wiedziałem wtedy jeszcze o tych formach przymusu, o których wiem teraz). Było to w sprawie Wojtowicza. Wtedy Kochan oświadczył mi: »Pilnujcie swego sumienia partyjnego« i wyjął dwa zeszyty płka Skulbaszewskiego, w których znajdowały się notatki z odprawy, jaka odbyła się u tow. Bieruta. Zacytował mi on szereg tych uwag, z których wynikało, że tow. Bierut polecał zdrowo naciskać na aresztowanych szpiegów. Wiem również o tym, że jeszcze w 1953 r. w szkole kontrwywiadu uczono stosowania konwejera". Kpt. Wiącek nie był lepszy - też "naciskał" na szpiegów i spiskowców.

"WIERCHUSZKI" NIE RUSZAMY

Jednym z takich procesów odpryskowych od sprawy TUN była właśnie sprawa płk. Skibińskiego (miał szczęście, bo został ułaskawiony; zmarł w 1991 r. w stopniu generała), a za znęcanie się nad nim został teraz skazany śledczy Olejniczak. Nazwisko tego ostatniego też zresztą znalazło się w raporcie komisji Mazura. Wtedy, po 1956 r., mimo zarzutów, Olejniczak nie poniósł żadnej odpowiedzialności karnej. Komisja uznała jedynie, że należy go zwolnić dyscyplinarnie z wojska i obniżyć stopień do porucznika rezerwy. Potem uczył teorii walki klasowej przyszłych funkcjonariuszy, jako wykładowca szkoły oficerów Informacji. Nie był tępym narzędziem zbrodni, ale wyrachowanym oprawcą - jako jeden z nielicznych śledczych mógł się pochwalić studiami wyższymi (w 1952 r. ukończył Uniwersytet Poznański). Po 1957 r. pełnił wysokie funkcje w Ministerstwie Komunikacji i Ministerstwie Sprawiedliwości. W 1964 r. rozpoczął pracę w Prokuraturze Generalnej i przez 26 lat (do 1989 r.) kierował komórką ds. ułaskawień. Dochrapał się stopnia pułkownika. Od 1 stycznia 1998 r. w związku z przejściem w stan spoczynku dostawał wysoką emeryturę prokuratorską (kilka tys. zł). Jako jednemu z pierwszych stalinowców została mu jednak odebrana.
Inaczej Władysław Kochan. Został skazany (w 1959 r.) na pięć lat więzienia, za kratkami spędził jednak niespełna rok, po czym zdegradowano go. W 1956 r. przed prokuratorem Kochan zeznawał: "Proszę o zaprotokołowanie, że metody przymusu w śledztwie były stosowane od początku istnienia organów Informacji i w tym duchu byli uczeni i wychowywani oficerowie śledczy. Oficerowie, którzy nie mogli, czy nie chcieli stosować tych metod, byli napiętnowani, a niekiedy odsuwani od śledztwa jako ludzie ulegający wpływom wroga".
W wolnej Polsce jest odwrotnie. Podwładnego Olejniczaka osądzono, przełożony Kochan chodzi wolny po Warszawie. Taka jest właśnie polityka III (IV?) RP. Przed sądem nie postawiono żadnego wysokiego funkcjonariusza byłej Informacji, skazano tylko kilku - łącznie z Olejniczakiem - "oficerów" śledczych. Czyli: "wierchuszki" nie ruszamy, a jeśli w ogóle kogoś karzemy, to jedynie (i symbolicznie) najniższych rangą wykonawców.

CZAS NA
SPRAWIEDLIWOŚĆ


Tak więc kolegów Kochana też nie spotkała żadna kara (ani w latach 50., ani teraz). Po 1957 r. płynnie przeszli do następczyni Informacji - Wojskowej Służby Wewnętrznej (WSW). Chyba największą karierę zrobił wieloletni, bliski współpracownik gen. Wojciecha Jaruzelskiego - gen. Czesław Kiszczak, związany z Informacją od końca 1945 r. Z ujawnionych niedawno materiałów STASI znajdujących się z Instytucie Gaucka w Berlinie wynika, że to właśnie Kiszczak kilka lat później, w 1952 r., zwerbował Jaruzelskiego na agenta IW. Funkcjonariuszem Informacji Wojskowej był również Marian Cimoszewicz, ojciec Włodzimierza. Po 1989 r. nikogo z WSW (w przeciwieństwie do SB) nie zweryfikowano.
Nazwisko Kiszczaka znalazło się teraz - obok Kochana - na liście wojskowych, którym Ministerstwo Obrony Narodowej odbierze wysokie emerytury za popełnione zbrodnie komunistyczne. Polskie prawo zabrania natomiast, aby pozbawiać tych szczególnych świadczeń rodziny zmarłych "oficerów" śledczych, sędziów i prokuratorów.
Emerytury można zatem (częściowo i nie wszystkim) odebrać, ale sądzić - w żadnym razie. A może jednak? Powód - zbrodnie komunistyczne - jest przecież ten sam. Dotyczy to Władysława Kochana, Mieczysława Widaja i wielu innych, do dziś żyjących funkcjonariuszy komunistycznego systemu bezprawia.

SAMOBÓJSTWO PŁK. DZIDA

Jerzy Poksiński opisał śledztwo w sprawie innego ze "spiskowców" - płk. Stanisława Dzida: "popełnił samobójstwo w celi 23 lipca 1954 r. o godz. 8.30. Akcja reanimacyjna prowadzona z udziałem lekarza nie dała rezultatu. Dzida przebywał w areszcie GZI WP od 5 grudnia 1952 r. Kilka dni po aresztowaniu, po »konwejerze«, złożył protokolarne zeznanie, w którym przyznał się do rzekomej działalności szpiegowskiej w Moskwie prowadzonej wraz z ppłk. Gerhardem i mjr. Żurawskim. 15 lipca 1954 r., podczas jednego z przesłuchań, mających na celu wyjaśnienie wątpliwych momentów i sprzeczności w jego zeznaniach, płk Dzida oświadczył, że szpiegiem nie był i że dotychczasowe jego zeznania nie są prawdziwe. Mówiąc to - płakał. Silnie wzburzony, zaklinał, że jest niewinny. Wspominał, iż nosił się z zamiarem samobójstwa, doprowadzony do tego kłamstwami podawanymi w śledztwie. Jednak wieczorem zgłosił się do oficera śledczego i odwołał wszystko to, co powiedział rano, oświadczając przy tym, że jest szpiegiem francuskim. Przez kilka następnych dni gen. Zarakowski, ppłk Humer i płk Frenkiel usiłowali podczas przesłuchań ustalić stan faktyczny. Psychiczny stan aresztowanego oficera musiał budzić poważne wątpliwości, skoro 20 lipca płk dr Bogusławski, neurolog, przeprowadził w obecności gen. Zarakowskiego, płk. Kochana i ppłk. Humera badania lekarskie. Po półtoragodzinnej obserwacji lekarz orzekł, iż poza roztrzęsieniem nerwowym, normalnym w tej sytuacji, nie dopatrzył się u aresztowanego objawów choroby psychicznej lub innych zakłóceń równowagi. Na podstawie tej opinii 21 lipca 1954 r. przystąpiono do przesłuchania. Brali w nim udział: gen. Zarakowski, płk Frenkiel, płk Kochan i ppłk Humer. Składane zeznania nie były logiczne. Najpierw płk Dzida oświadczył, iż nie jest szpiegiem, aby wkrótce powiedzieć, iż jest przestępcą, i powtarzał zeznania złożone podczas śledztwa. Dwa dni później powziął decyzję o samobójstwie. Miał być wkrótce zwolniony. Niestety tego nie doczekał. 4 grudnia Ochab referował wśród innych spraw grupy Komara również ustalenia komisji w kwestii samobójczej śmierci płk. Dzidy. Stwierdził on, iż nie było żadnych podstaw do oskarżania go o działalność szpiegowską i dywersyjną".

Tadeusz M. Płużański

Publicystyka Tadeusza M. Płużańskiego na ASME.


Komentarz (0)

OFIARA BRAKU LUSTRACJI - Antoni Zambrowski Wysłane środa, 5, kwietnia 2006 przez Krzysztof Pawlak

Gdyby mnie zapytano, kto w środowisku dziennikarskim jest największą ofiarą zaniechania właściwej lustracji tajnych agentów SB, bez wahania wymieniłbym Dariusza Fikusa. Przedwcześnie zmarłego redaktora naczelnego dziennika "Rzeczpospolita" od wielu lat oskarżano o tajną współpracę z SB, co w przypadku działacza opozycyjnego, który w reakcji na wprowadzenie stanu wojennego zerwał z partyjnym establishmentem i podejmował różne niemiłe władzom inicjatywy, jak napisanie książki o bohaterze podziemia antykomunistycznego majorze Łupaszce, jest rzeczą wyjątkowo krzywdzące.

Znałem Darka Fikusa jeszcze z VIII klasy szkoły podstawowej nr 98 przy ul. Grottgera na Dolnym Mokotowie, później siedziałem z nim w jednej ławce w LO im. Tadeusza Reytana i przyjaźniłem się z nim niezmiennie na różnych szczeblach jego kariery zawodowej. Było tak w czasach, gdy w dobie Października '56 stykałem się z nim jako dziennikarzem rewolucyjnej na owym etapie gazety "Sztandar Młodych", następnie był wieloletnim sekretarzem tygodnika "Polityka", by po wprowadzeniu stanu wojennego zostać dziennikarzem opozycyjnym. W latach 60. stałem się dla niego przyjacielem wręcz niebezpiecznym ze względu na narzucony mi przez władze PRL status wroga ludu i Darek wyraźnie bał się konsekwencji naszej przyjaźni. Dziś ludzie już nie pamiętają uroków życia pod komunistyczną dyktaturą, ale dla mnie wspomnienie jego strachu świadczy na jego korzyść. Na jego korzyść świadczą również plotki celowo rozpuszczane przez byłego szefa SB Franciszka Szlachcica o rzekomej współpracy Darka z jego resortem. O prawdziwych agentach SB tacy ludzie jak Moczar, Szlachcic czy Kiszczak woleli zawsze milczeć. Na tym polega korzyść urzędowej lustracji, że honor działaczy opozycji nie zależy od kaprysu takich ludzi jak Franciszek Szlachcic, który wyraźnie się mścił na Darku za zdradę komunizmu.
Tymczasem Darek nawet w czasach, gdy był aktywistą PZPR z najwyższej nomenklatury, nie był ideowym komunistą. Pochodził z rodziny o poglądach narodowych, tyle że jego ojciec - pan Feliks, zachowując niezależność poglądów w najbardziej nawet totalitarnych czasach stalinowskich, lojalnie współpracował z ówczesną władzą, wychodząc z założenia, że innej Polski nie mamy. W odróżnieniu ode mnie czy naszego wspólnego przyjaciela Włodka Wieczorka (syna znanego działacza komunistycznego z Górnego Śląska Józefa Wieczorka), Darek nie był komunistą i do Partii się zapisał, by móc coś zrobić pożytecznego dla Polski. I to określało jego stosunek do mnie, gdy pozostawał on jako sekretarz "Polityki" członkiem komunistycznego establishmentu, zaś ja stałem się głośnym opozycjonistą.
W 1966 roku zostałem wydalony z szeregów PZPR za krytykę polityki władz partyjnych wobec Kościoła katolickiego w dobie obchodów Millenium Chrześcijaństwa w Polsce. Na kilku zebraniach partyjnych dość naiwnie tłumaczyłem towarzyszom, że wojna z Kościołem w tak katolickim kraju, jak Polska, gdzie właśnie robotnicy i chłopi, czyli oficjalny elektorat partyjny, są ostoją Kościoła - jest polityką samobójczą. Zapłaciłem za swą naiwność wydaleniem z szeregów partyjnych, utratą pracy na Uniwersytecie Warszawskim, a następnie wyrokiem sądowym za szkalowanie PRL. Nastroje w mojej organizacji partyjnej były takie, że gdybym zgodnie z prawdą zaprorokował, iż za kilkadziesiąt lat będzie koło Uniwersytetu stał pomnik Prymasa Tysiąclecia, zaś Gomułka będzie potępiony, wpakowano by mnie z pewnością w kaftan bezpieczeństwa i wsadzono do czubków. Otóż w tamtych czasach Darek nadal przyjaźnił się ze mną, zapraszał do domu, co więcej po głośnej awanturze z prof. Leszkiem Kołakowskim i Krzysztofem Pomianem na zebraniu ZMS na wydziale historii UW w 10. rocznicę Października '56 pokazał mi urzędowy zapis przemówienia prof. Kołakowskiego, sporządzony z nagrań obecnych na zebraniu agentów SB. Za jego zgodą odpisałem duży fragment przemówienia i za pośrednictwem ówczesnej żony Karola Modzelewskiego Bogny przekazałem do redakcji "Kultury" paryskiej. Po moim wyjściu z więzienia po amnestii lipcowej 1969 roku opowiadała mi moja siostra cioteczna Wisia Chroboczkowa, która wtedy była żoną dziennikarza "Polityki" Daniela Passenta, że Darek na wieść o mym aresztowaniu 12 marca 1968 roku był wręcz zielony ze strachu. Miał powody obawiać się mojej postawy w śledztwie. Oczywiście zdawałem sobie sprawę ze skutków mej niedyskrecji dla kariery Darka i trzymałem język za zębami. Ten strach przemawia na korzyść Darka.
Po moim wyjściu z więzienia spotykaliśmy się tylko na ulicy, ale nie omijał mnie jak inni znajomi szerokim łukiem. Już za czasów Edwarda Gierka podrzuciłem za pośrednictwem mego kolegi z pracy inż. Macieja Popielasa (syna zdymisjowanego ministra kolei) artykuł, który ukazał się - oczywiście pod pseudonimem - na łamach "Polityki". Miałem za to burę od Darka, który tłumaczył mi, że nikt - wbrew prawdzie - nie uwierzył by, że on o niczym nie wiedział. Miałem do czynienia w owym czasie z agentami SB, którzy obrzydzali mi życie w pracy, i ci nie mieli takich skrupułów.
Po śmierci mego ojca w sierpniu 1977 roku przyszedł na jego pogrzeb, mimo obawy, iż uroczystość jest obserwowana przez SB (A miał już kłopoty z Centralną Komisją Kontroli Partyjnej po demonstracyjnym pogrzebie Henryka Hollanda, które z pewnością zachował w pamięci). Nie mogłem mu wtedy wyrazić swej wdzięczności, gdyż musiałem towarzyszyć Włodkowi Wieczorkowi - świadkowi obrony na mym procesie marcowym, wobec którego miałem większy dług wdzięczności.
Gdy zaczęto ostatnio stawiać zarzuty Darkowi, a on po śmierci nie mógł się bronić, napisałem w tekście polemicznym wobec Janka Lityńskiego kilka słów w obronie Darka i wysłałem do "Rzeczypospolitej". Niestety, dla większości środków przekazu jestem persona non grata i mej obrony Darka nie zamieszczono. Miejmy nadzieję, że więcej szczęścia będzie miał mój tekst dla ASME.

Antoni Zambrowski

Publicystyka Antoniego Zambrowskiego na ASME


Komentarz (0)

Wodzu, prowadź na Londyn! - Konrad Turzyński Wysłane środa, 5, kwietnia 2006 przez Krzysztof Pawlak

W środę 29 marca 2006 r. w porannej audycji "Sygnały dnia" w programie I Polskiego Radia gościem red. Krzysztofa Grzesiowskiego był prezydent Rzeczypospolitej, prof. Lech Kaczyński. Zapis rozmowy jest dostępny w internecie: "Ordynacja większościowa sprzeczna z demokracją". Fragment wypowiedzi JE Prezydenta, który stanowi uzasadnienie dla takiego nagłówka, brzmi nastepująco: "Ja powiedziałem jasno, że jeżeli chodzi o ordynację większościową, to nawet gdyby ktoś wymyślił coś takiego, co zbliża się do ordynacji większościowej, jakoś omijając rafę konstytucyjną (bo ona jest dzisiaj sprzeczna z Konstytucją w sposób oczywisty), to spotka się z wetem z mojej strony, bo ja jestem zdecydowanym przeciwnikiem ordynacji większościowej, zdecydowanym przeciwnikiem. Znaczy to jest dobry sposób na wyłanianie władzy, ale on nie ma nic wspólnego z demokracją. I podam tutaj państwu tego rodzaju przykład - kraj, który od ponad 200 lat, można powiedzieć, kształtuje ten typ ordynacji wyborczej, czyli Wielka Brytania, ma w tej chwili partię, która zdobyła 24% głosów, czyli tyle, co Platforma Obywatelska w Polsce. Przyznacie państwo, że Platforma Obywatelska ma bardzo dużo do powiedzenia w Polsce, a ta partia nie ma nic do powiedzenia, bo ma kilku czy też kilkunastu przedstawicieli w Parlamencie, bo tylko w kilku czy kilkunastu okręgach wyborczych ona jest partią najsilniejszą. Ona wszędzie jest silna, tylko że w pojedynczych dosłownie okręgach jest najsilniejsza. Chodzi o Partię Liberalną. I to jest system, który po prostu nie wyłania reprezentacji społeczeństwa". Ze strony braci Jarosława i Lecha Kaczyńskich nie jest to nic nowego, rzeczywiście, co najmniej od czasu aktywności Jarosława w Porozumieniu Centrum nieodmiennie trwają przy swoim sceptycyzmie wobec ordynacji większościowej. Jest to wytrwałość porównywalna z liderami UPR w popieraniu JOW, chociaż ówczesny prezes tej partii, p. Janusz Korwin-Mikke pod koniec 1990 r. opowiedział się za ordynacją proporcjonalną: "[...] poseł nie może być wybierany z regionu, lecz z listy partyjnej. Procent głosów oddanych na partię przesądza o ilości jej posłów" (por. "Brulion" nr 16, str. 14); jednak wkrótce potem, p. JK-M i partia UPR opowiedzieli się i do tej pory konsekwentnie opowiadają się za czysto większościową ordynacją wyborczą do Sejmu, a w kadencji 1991-93 posłowie z tej partii formalnie zgłosili stosowny projekt ustawy. Posłowie PC poparli wówczas kolejny wariant ordynacji zwanej proporcjonalną i... właśnie m.in. dlatego w 1993 roku ich partia nie znalazła się w nowo wybranym Sejmie. Toteż troska JE Prezydenta RP o ew. zmarginalizowanie Platformy Obywatelskiej, o której w tym samym wywiadzie powiedział sporo bardzo niemiłych rzeczy, jest zastanawiająca - do tego stopnia, że aż (horribile dictu!) przywodzi na myśl troskę polityków SLD (z czasów jego niedawnej świetności) o zmarginalizowanie rozmaitych "solidaruchów", gdyby starli się w wyborczej konkurencji z Sojuszem na warunkach ordynacji większościowej.

Pan Prezydent Kaczyński do tego stopnia położył nacisk na niereprezentatywności ordynacji większościowej, że z tego uczyniono nagłówek internetowego zapisu wywiadu udzielonego Polskiemu Radiu. Tymczasem to również nic nowego. Z racji swojej naukowej profesji p. prof. Lech Kaczyński niekoniecznie miewał częsty dostęp do osiągnięć nauk ścisłych, tu jednak powiem o publikacji wydrukowanej w czasopiśmie czytanym bynajmniej nie tylko przez "ścisłowców". Kilkanaście lat temu, również w 1993 r., we wrześniowym numerze jezuickiego miesięcznika "Przegląd Powszechny", ukazał się interesujący artykuł panów Artura Ekerta i Jana Jędrzejewskiego, zatytułowany "Głową w urnę" (bardzo wymownie, trzeba przyznać!). Autorzy krytykują tam obydwa rodzaje ordynacyj wyborczych: większościowe i proporcjonalne. Bardziej wnikliwie i bardziej jaskrawo krytykują ten drugi rodzaj, powołując się przy tym na odkrycie K. Arrowa, dokonane w 1951 r. (jest to ekonomista, laureat nagrody Nobla w 1972 r.) oraz na odkrycie z 1980 r., którego dokonali dwaj matematycy: M. L. Balinski i H. P. Young. Wszyscy trzej dowiedli, że nie może (po prostu z przyczyn matematycznych) istnieć ordynacja proporcjonalna "sprawiedliwa" - czyli gwarantująca reprezentatywność. Pewne oczywiste warunki "sprawiedliwości" nakładane na ordynację proporcjonalną (tylko cztery u Arrowa i zaledwie trzy u Balinskiego i Younga) są po prostu wzajemnie sprzeczne. A. Ekert i J. Jędrzejewski pisali o tym dokładniej, a powołani przez nich naukowcy jeszcze dokładniej, ale tu niech wystarczy wiedza, że idealna ordynacja jest niemożliwa tak jak perpetuum mobile.

Co więcej, dwaj polscy autorzy pokazali na przykładzie, że podobne paradoksy dotyczą wyborów głowy państwa, skoro przy pięciu kandydatach (jakże mało to się różni od sytuacji wyborów prezydenckich w Polsce w 1990 r., w momencie ukazania się owego artykułu jeszcze bardzo pamiętnych...) i przy tym samym rozkładzie głosów zwycięzcą może być każdy (!) z nich, zależnie od tego, jaka ordynacja wyborcza miałaby zastosowanie w danym wypadku.

Zarzut Pana Prezydenta wobec ordynacji wyborczej w Wielkiej Brytanii to kolejny wariant wciąż tej samej krytyki wymierzonej w JOW. Panowie J. Jędrzejewski i A. Ekert byli tego świadomi, podając za przykład paradoksalne wyniki wyborów z lat 1951 i 1974 w Wielkiej Brytanii, gdzie uzyskując (w skali ogólnopaństwowej) więcej głosów od rywalki, dana partia przegrywała wybory, a przecież w tamtym kraju bardzo długotrwałe istnienie takiego modelu ordynacji wyborczej już od dawna przyzwyczaiło wyborców do zasady "zwycięzca bierze wszystko". Nie było zresztą ich intencją w owym artykule wychwalanie ordynacji większościowej kosztem proporcjonalnej (ani odwrotnie). Chcieli raczej uświadomić czytelnikom, że matematyka pokazuje tylko to, czego nie można osiągnąć, ale nie daje - sama jedna - gwarancji: nawet najlepsza z możliwych ordynacja wyborcza nie jest z stanie zastąpić masowego, świadomego głosowania na pożądanych kandydatów. Ale o ograniczeniach i o możliwości niespodzianek zawsze warto pamiętać.

Pan Prezydent na tyle uważnie skonstruował tę część swojej wypowiedzi, że nie omieszkał zaznaczyć, jakoby istniała "rafa konstytucyjna" na wypadek, "gdyby ktoś wymyślił coś takiego, co zbliża się do ordynacji większościowej". Otóż właśnie partia, której najpierw był przywódcą, a potem kandydatem na prezydenta, coś takiego wymyśliła, więc problem "rafy" istotnie mógłby być bardzo blisko centrum uwagi obecnej Głowy Państwa. Chodzi o projekt ordynacji wyborczej, wzorowany na rozwiązaniu niemieckim, według którego część mandatów byłaby obsadzana w JOW-ach, a reszta mniej więcej tak, jak dotychczas. Projekt konstytucji lansowany przez to ugrupowanie (PiS) jeszcze przed wyborami też zawiera taką ideę - podobnie jak tzw. obywatelski projekt konstytucji, popierany przez NSZZ "S", AW"S" i ROP dziewięć lat temu (według projektu "obywatelskiego" przynajmniej dwie trzecie - zaś według projektu PiS dokładnie połowa - mandatów poselskich miałaby być obsadzona w JOW-ach, tj. w jednomandatowych okręgach wyborczych).

Jednak owej rafy nie ma! Ordynacja "proporcjonalna" z progami wyborczymi nie zasługuje na miano "proporcjonalnej", bowiem nie jest w rzeczywistości proporcjonalna i to jej (we kilku kolejnych jej wariantach, od 1993 r. począwszy) dotyczy problem "rafy konstytucyjnej"! Dokładnie wyłuszczył to p. prof. Mirosław Dakowski w "Najwyższym CZASIE!" z 27 września 1997 r. w artykule pod tytułem "Czy wybory są legalne?". Mianowicie nie spełnia trzech konstytucyjnych wymagań: wybory według tej ordynacji NIE są równe, NIE są bezpośrednie, NIE są też proporcjonalne. Równości przeczy zasada progów wyborczych: z bezpośredniością nie daje się pogodzić to, że mogę głosować na kandydata Zielińskiego, ale nie on zostanie dzięki temu posłem, lecz kandydat Malinowski z tej samej listy. Proporcjonalność wyborów aż z dwóch różnych powodów nie zachodzi: w różnych okręgach liczba wyborców przypadających na jeden mandat jest bardzo rozmaita (różni się nawet o kilkadziesiąt procent); poza tym nawet w tym samym okręgu Malinowski może mieć mniej głosów i zostać posłem, a Zieliński więcej, ale nie znaleźć się w Sejmie. Dlatego jest to ordynacja DYSproporcjonalna! Czołowi zwolennicy ordynacji większościowej potem jeszcze niejednokrotnie zwracali uwagę na to, że ordynacja większościowa jest... bardziej proporcjonalna od proporcjonalnej. Bardzo niedawno uczynił to prof. Jerzy Przystawa w artykule pt. "Kiedy prawdziwie Polacy powstaną" zamieszczonym 22 marca 2006 r. w portalu ASME. Nie podejrzewam żadnego z P.T. braci Kaczyńskich o niezdolność do zrozumienia, o co tutaj chodzi. Dlatego przychodzi mi na myśl smętna konstatacja prof. Przystawy: "Tylko elity są przeciw" (tytuł artykułu w "Najwyższym CZASIE!" z 19 lipca 1997 r.). Jaskrawą ilustracją tego sprzeciwu było pewne zdarzenie, o którym opinia publiczna miała możliwość dowiedzieć się tylko dzięki obecności prof. Mirosława Dakowskiego i prof. Jerzego Przystawy w Radiu Maryja w audycji "Rozmowy niedokończone". Według relacji jednego z nich, gdy przewodniczący Marian Krzaklewski przemawiał na posiedzeniu Zgromadzenia Narodowego podczas debaty konstytucyjnej w 1997 r., kwestia ordynacji wyborczej też została postawiona. Środki przekazu zwróciły jednak uwagę tylko na pewne inne fragmenty jego przemówienia, budzące mało uzasadnione znaczne emocje po obu stronach sporu, bowiem dotyczące spraw symbolicznych, a w niemałej mierze pozornych. Natomiast przemówienie pos. Wojciecha Błasiaka, który tamtego dnia szczególnie skupił się na tej konkretnej i ważnej kwestii, zostało potraktowane w bardzo znamienny sposób: na sali starano się tupaniem zagłuszyć jego słowa, natomiast relacje radiowe i telewizyjne tego przemówienia... w ogóle nie dostrzegły.

Jak usłyszeliśmy 29 marca w radiowych "Sygnałach dnia" - Varsavia locuta, causa finita. Interesujące będzie wiedzieć, czy politycy Platformy Obywatelskiej zechcą zrobić wbrew wyraźnie zadeklarowanej intencji Pana Prezydenta Kaczyńskiego i czy poprą zmianę ordynacji wyborczej tylko po to, aby Pan Prezydent miał sposobność wykonać swoją zapowiedź i zgłosić weto... W takim wypadku sympatycy felietonistyki prof. Przystawy mogliby przekonać się, czy jego niedowierzanie w poparcie PO dla JOW, wyrażone w portalu ASME dwa lata temu "JOW-y stają się atrakcyjne - pojawiają się nowi tatusiowie niechcianego do tej pory dziecka", 8 kwietnia 2004 r.), było zasadne, czy nie.

Ale co z Brytyjczykami? Jak długo możemy ścierpieć tę dwuznaczną moralnie sytuację, że my, a u naszego boku Brytyjczycy - pilnujemy, aby demokrację przywrócono wreszcie w Iraku!? "To tacy wy jesteście, niewierne giaury z Lechistanu, że nas chcecie nauczyć, a ze swoim starodawnym sojusznikiem nie zrobiliście jeszcze porządku?" - powiedzą nam w końcu Arabowie z Iraku... I co my wtedy poczniemy? Ani chybi, Zwierzchnik Sił Zbrojnych naradzi się z naszym Największym Adwokatem (tuż przez miedzę) i wyślemy Korpus Pokoju dla ratowania ludności Albionu z tej "katastrofy humanitarnej", w której ona znajduje się już (jak powiedział Zwierzchnik) "od ponad 200 lat". Adwokat będzie w sam raz odpowiedni, bowiem to jego (i jego partnera zza tej drugiej granicy, po przeciwnej stronie mapy) model ordynacji ma być u nas powielony. No, chyba jeszcze dopuścimy do spółki trzeciego, wspólnego sąsiada - Danię. Przecież wspólna struktura wojskowa utworzona w Szczecinie (albo okolicy) z żołnierzy tych trzech sojuszniczych państw nie może tak bezczynnie się marnować, gdy chodzi o DEMOKRACJĘ! A potem Duńczykom też się wykroi ich "strefę odpowiedzialności" - najlepiej w miejscach, związanych z działalnością niejakiego Williama Shakespeare’a - a potem niechże tam pokażą jego ziomkom, że wcale nieprawda, co napisał był, iż "źle się dzieje w państwie duńskim"...

Toruń, 5 kwietnia 2006 r.

Konrad Turzyński

Autor jest stałym współpracownikiem pisma "Opcja na Prawo"

Publicystyka Konrada Turzyńskiego na ASME


Komentarz (0)

Puentą "zmian gospodarczych" rządu premiera Marcinkiewicza z PiS będzie wicepremier Andrzej Lepper - Wojciech Popiela, prezes UPR, o programie "reform solidarnych" w podatkach, zapowiedzianych przez wielce "liberalną" premierkę Zytę Gilowską Wysłane wtorek, 4, kwietnia 2006 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |







Puentą "zmian gospodarczych" rządu premiera Marcinkiewicza z PiS będzie wicepremier Andrzej Lepper - Wojciech Popiela, prezes UPR, o programie "reform solidarnych" w podatkach, zapowiedzianych przez wielce "liberalną" premierkę Zytę Gilowską
Wysłane wtorek, 4, kwietnia 2006 przez Krzysztof Pawlak

"W cieniu wydarzeń politycznych i medialnych związanych z I rocznicą śmierci Ojca świętego Jana Pawła II pani Zyta Gilowska - niegdyś »lokomotywa Platformy Obywatelskiej«, przedstawiła na konferencji prasowej długo oczekiwane zmiany podatkowe, które Ministerstwo Finansów nazwało »zmianą radykalną«. Te pojęcie kłóci się z wypowiedzią pani Gilowskiej, która na zakończenie konferencji powiedziała, że »efekt netto zmian będzie ZEROWY«. Trudno pogodzić »radykalność« zmian z ich »efektem netto zerowym«. Jeśli sięgnąć do szczegółów, to stosują się one do zasady »wiele hałasu o nic«" - Wojciech Popiela, prezes UPR, komentuje doniosłe wydarzenie gospodarcze, zapowiedziane przez, i tak zachwalaną jako najbardziej ponoć "liberalną" przez kręgi ugrupowania ochrzczonego oryginalnie przed laty przez naszą witrynę jako Populizm i Socjalizm, premierkę Zytę Gilowską.

Nic w tym raporcie MF z używanego dotąd socjalistycznego języka nie zostało ujęte. Jeżeli MF pisze, że "obniża się o 0,65 punkta procentowego stawki na ubezpieczenie chorobowe i wprowadza się stawki w całości opłacane przez pracodawcę" - to znaczy, że tylko ze względów propagandowych funkcjonariusze MF podzielili stawkę - i tak OPŁACANĄ W CAŁOŚCI przez pracodawcę - i jest to wybieg MF usiłującego sprawić wrażenie, że teraz pracodawca przejmie obowiązki podatkowe w stosunku do rządu - "solidarnego" tym razem, nie zaś post(?)komunistycznego, i pod egidą PiS.
Prezes UPR Wojciech Popiela miał nadzieję, że CHOCIAŻ język dokumentów podatkowych zostanie zmieniony, kiedy rządy objęło Prawo i Sprawiedliwość, werbalnie antykomunistyczne. Tymczasem rząd premiera Marcinkiewicza przedstawia dokument, w którym m.in. zapowiada PODNIESIENIE stawek akcyzy na olej opałowy, przy "jednoczesnym rekompensowaniu strat z tego tytułu podmiotom używającym urządzenia grzewcze dostosowane do oleju opałowego", w tłumaczeniu na polski: armia urzędników będzie z własnego uważania zwracała podatnikom ich pieniądze po złożeniu stosownego wniosku...
Puentą tych wszystkich zapowiadanych zmian będzie dokooptowanie do rządu "lydera nowoczesnej lewicy", tow. Andrzeja Leppea, przedstawiciela trzeciego garnituru byłych (?) PZPR-owców...

Nagranie trwa prawie 9 minut i jest dostępne w Sieci do 18 IV 2006 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




Komentarz (0)

Smutny przykład bastardyzacji - Stanisław Michalkiewicz Wysłane wtorek, 4, kwietnia 2006 przez Krzysztof Pawlak

Niestety, rację miał Feliks Koneczny, twierdząc, że niemożliwa jest harmonijna synteza między różnymi cywilizacjami. Zamiast syntezy mamy do czynienia z cywilizacyjną bastardyzacją, przy czym wydaje się, że i w tym przypadku działa prawo Kopernika-Greshama. Odnosi się ono co prawda do ekonomii, głosząc, iż pieniądz gorszy wypiera pieniądz lepszy, ale podobny proces daje się zauważyć również w przypadku bastardyzowania cywilizacji: gorsze idee zaczynają wypierać idee lepsze i w rezultacie mamy do czynienia z kryzysem cywilizacyjnym i kulturowym, spowodowanym galopującą inflacją wartości.

Cywilizacja łacińska np. wspiera się na zasadach o charakterze uniwersalnym. Prawda ma charakter obiektywny; nie zależy ani od aktualnej liczby wyznawców, ani nie leży pośrodku, tylko tam, gdzie leży. Volenti non fit iniuria, czyli chcącemu nie dzieje się krzywda, nikt nie powinien być sędzią we własnej sprawie i tak dalej. W cywilizacji żydowskiej - inaczej. Jeśli coś jest korzystne, to nie musi być zgodne z rzeczywistością, by było prawdziwe, zaś korzystność lub niekorzystność oceniana jest według kryterium trybalistycznego, a więc najwyższym sędzią w każdej sprawie jest właśnie sam zainteresowany. Nie ma tu miejsca na harmonijną syntezę, więc rezultatem tej sodomii jest bastardyzacja cywilizacji łacińskiej. Miejsce uniwersalnych zasad zajmuje plemienna etyka sytuacyjna, nowocześnie zwana "mądrością etapu". Za komuny kierowała się nią partia, gdyż socjalizm przejął z cywilizacji żydowskiej wulgarny utylitaryzm z tą modyfikacją, że miejsce plemienia czy narodu zajęła partia. Transformacja ustrojowa niczego tu nie zmieniła i nadal pieniądz gorszy wypiera pieniądz lepszy. Trudno zresztą, by było inaczej w sytuacji, gdy znaczna część, jeśli nie większość opiniotwórczych środowisk w Polsce bojaźliwie akomoduje się do linii wyznaczanej przez środowisko "Gazety Wyborczej", które poza "mądrością etapu" innej etyki po prostu nie zna i nawet nie rozumie. Niestety, ta skłonność udziela się również i tym, którzy ze wspomnianym środowiskiem próbują walczyć.
Najlepszą ilustracją tego procesu jest Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji. W art. 213. konstytucja twierdzi, że stoi ona "na straży wolności słowa". Oczywiście jest to jedno z wielu kłamstw, od jakich ta nieszczęsna konstytucja aż się roi. Podstawowym zadaniem Rady jest przecież koncesjonowanie mediów elektronicznych, a więc k n e b l o w a n i e swobody wypowiedzi tym wszystkim, którzy nie dostali pozwolenia na wypowiadanie się za pośrednictwem mediów elektronicznych. A od kiedy to jeden człowiek musi uzyskać od drugiego człowieka zezwolenie na powiedzenie czegoś trzeciemu człowiekowi? Czy wprowadzenie takiego obowiązku jest do pogodzenia z "wolnością słowa"? Chyba tylko według "mądrości etapu". Rada w swojej działalności kieruje się przede wszystkim kryteriami politycznymi, bo i jej "apolityczność", zapisaną w art. 214. ust. 2. konstytucji możemy spokojnie włożyć między bajki. Jak może być "apolityczny" organ, powoływany przez takie arcypolityczne ciała, jak Sejm, Senat i Prezydent? Jest oczywiste, że te wszystkie koturnowe zapewnienia o "wolności słowa" i "apolityczności" są tylko kamuflażem, mającym przesłonić nam prawdziwy cel powołania tej instytucji. Kiedy Sejm 29 grudnia 1992 roku uchwalał stosowną ustawę, chodziło o to, by Rada stała na straży "ładu medialnego" zaprojektowanego przy "okrągłym stole". Nieprzypadkowo posłem-sprawozdawcą tej ustawy był pan Juliusz Braun z Unii Demokratycznej, będącej podówczas głównym gwarantem magdalenkowych ustaleń po "stronie społecznej". Zaprojektowany przy "okrągłym stole" "ład medialny" miał być zagwarantowany przy pomocy takich zapisanych w ustawie instrumentów, jak konieczność odnawiania koncesji i możliwość jej cofnięcia, jak i wyposażenie przewodniczącego Rady w prawo nakładania na nadawców kar pieniężnych. Ponieważ nikt wtedy nie przewidywał, że zaprojektowany kształt sceny politycznej może ulec jakimś zasadniczym zmianom, "mądrość etapu" nakazywała zaakceptowanie tych rozwiązań, że to niby one też służą "wolności słowa".
Kiedy więc PiS pod koniec ubiegłego roku metodą stachanowską doprowadziło do zmiany ustawy o Radzie i do wymiany jej składu, podniósł się klangor, że to zamach na "wolność słowa", a kiedy jeszcze pani przewodnicząca Kruk ukarała Polsat półmilionową karą za mizdrzenie się pani Kazimiery Szczuki do pana Kuby Wojewódzkiego, klangor podniósł się aż pod niebiosa. Oczywiście nie chodzi tu o żadną "wolność słowa", bo przez ostatnie 14 lat zarówno samo istnienie Rady, jak i posiadanie przez nią tych instrumentów nikomu nie przeszkadzało, tylko o to, że represja dotknęła osobę nie tylko z "towarzystwa", ale w dodatku - z "korzeniami", podczas gdy przecież Rada, jeśli już miała karać, to przede wszystkim - za "ksenofobię". Dlatego też totalniak, pan Władysław Frasyniuk domagał się cofnięcia koncesji dla Radia Maryja, że to niby posługuje się "językiem nienawiści", bo przecież, jako uczestnik "okrągłego stołu" pamięta, po co Rada w ogóle powstała i w jakim celu wyposażono ja w takie kompetencje. Ponieważ jednak PiS próbuje wykorzystać to narzędzie do innych celów, to "mądrość etapu" wprawdzie nakazuje dziś z Radą walczyć, ale nie aż tak, by ją likwidować, bo kiedy karta się odwróci, to znowu się przyda.

Stanisław Michalkiewicz

Publicystyka Stanisława Michalkiewicza na ASME i nagrania TV ASME


Komentarz (0)

Bez dostępu - Teresa Bochwic Wysłane wtorek, 4, kwietnia 2006 przez Krzysztof Pawlak

Dom Literatury widział już niejedną awanturę, ale ta należała raczej do większych.
Stuczterdziestokrzesłowa sala na pierwszym piętrze pomieściła co najmniej o połowę więcej osób, siedzących na schodkach, powciskanych w różne zakątki lub po prostu krążących w nagłośnionych (kiepsko) kuluarach. Członkowie Stowarzyszenia Wolnego Słowa z Warszawy i z wielu miejsc w Polsce. Luksusowi, znani, elegancko ubrani dawni lub aktualni posłowie, dyrektorzy na szczytach władzy - ci, co jak się mówi, odnaleźli się w III RP, a obok skromnie odziani działacze, niedopłaceni wiecznie dziennikarze niegdysiejszych podziemnych pisemek, drukarze z "wolnych wałkowych" imienia różnych niepotrzebnych już dziś nikomu wielkich nazwisk z przeszłości, dziś sami też już niepotrzebni, przestarzali, bezrobotni lub na nędznych rentach. Wszyscy w wieku "wylewowym", czyli w okolicach 50-65 lat. Pierwsi uważni i powściągliwi, drudzy wyraźnie buzujący hamowanymi z trudem emocjami, z wypiekami na twarzy. Ogromna przewaga mężczyzn, ale nie sami. W głębi sali wielka dama "Solidarności", żałobnie srebrzysta Ligia Grabowska.
Za stołem prezydialnym pokrytym zielonkawym suknem (faites les jeux, panowie, pionki w grze!) prezes IPN Janusz Kurtyka, prof. Andrzej Rzepliński i trzej młodzi, stanowczo za młodzi posłowie PiS, PO i Samoobrony jako "przełożenie" naszych postulatów na parlament, i śliczna, smukła pani Dorotka z "Wiadomości" telewizji, z jej ledwie widocznej części "prawicowej", bo ostatnio widziana na przyjęciu w "Gazecie Polskiej". Pod stołem prezydialnym na skromnym krzesełku Anatol Lawina, lustrujący salę uważnym okiem, zliczający być może głosy za i przeciw. Ale głosowań raczej nie było.

Kamery, telewizje, reflektory, kable pod nogami.

Trochę młodzieży - krakowski działacz prolustracyjny Mateusz Szpytma, obecnie asystent Kurtyki, dzieci działaczy, paru dziennikarzy. Sporo tajnych agentów, w końcu na sali było paru posłów i innych osób w randze ministra. Łatwo poznać ich, bo zawsze patrzą w innym kierunku niż wszyscy.
Naprzeciwko stołu w pierwszym rzędzie foteli prominentni działacze SWS, jak Jacek Szymanderski. W kuluarach zatroskany moderator portalu SWS, Krzysztof Markuszewski i sławny Mirosław Chojecki oraz smutny dziś czegoś Marcin Wolski.
Na stołach kusiło parę półmisków z kanapkami i chipsami, otoczonych bateriami butelek z mineralną, by chłodzić rozpalone karki. Starczyło tylko na początku.
Prezes IPN wygłosił interesujące przemówienie, z którego wynikało, że jest zdecydowanym zwolennikiem możliwie szerokiego udostępniania akt IPN, z czym jednak wiąże się wiele, i niestety coraz więcej, ograniczeń ustawowych. Pod koniec panowania prezesa Kieresa, jak stwierdził, do zbioru zastrzeżonego przekazano wszystkie kartoteki i spisy potrzebne do poruszania się w zbiorze jawnym, nie tylko listę Wildsteina, ale i po prostu katalogi zbiorów, co znakomicie utrudnia znalezienie tam czegokolwiek. Obecni na sali wierzyli, że badacze i dziennikarze mają dostęp do akt IPN, choć jest on dziennikarzom praktycznie zabroniony, a dla badaczy znacznie ograniczony wskutek kilku orzeczeń sądów, łącznie z Trybunałem Konstytucyjnym.
Prof. Rzepliński miał porównać cztery istniejące projekty, ale po jego przydługim wystąpieniu wszyscy wiedzieli tyle, co przedtem.

Rozpoczęła się dyskusja.

Pani Dorotka prowadziła zebranie grzecznie, ale ostro i bez sentymentów. Zmieniała temat, gdy "przyszedł już czas, by przejść do następnego punktu", a nie wtedy, gdy punkt poprzedni został wyczerpany. Rodziło to naturalnie coraz większą złość i zniecierpliwienie. Kto i kogo (jakie środowiska, grupy zawodowe) powinien lustrować, jakie procedury w procesie lustracyjnym i dostępie do archiwum IPN, czy każdy powinien mieć bez ograniczeń dostęp do akt zgromadzonych w IPN; i czy SB była organizacją przestępczą.
Jako jeden z pierwszych dyskutantów zabrał głos Andrzej Rosner z SWS, raczej z tych, co odnaleźli się w III RP. Z jego słów zrozumiałam, że próbował jako stanowisko SWS ogłosić pogląd "nieformalnego zespołu" powstałego przy zarządzie, że sąd lustracyjny jest bardzo dobrym i sprawdzonym rozwiązaniem.
Nastąpiły gwizdy i krzyki, i powstało powszechne pytanie, kto upoważnił SWS do powoływania takiego zespołu, a Rosnera - do prezentowania rzekomo wspólnego stanowiska. Nie było żadnych uchwał, żadnych głosowań.
Publiczność żądała stanowczo pełnego dostępu do akt IPN, a sąd lustracyjny chciała oddać do likwidacji. Jacek Szymanderski wyraził pragnienie sali: uznać wreszcie byłe organy ściągania PRL za organizację przestępczą; nagrodziła go burzliwa owacja. Prof. Rzepliński uznał jednak ten projekt za niezwykle trudny prawnie.
Rosner wycofywał się rakiem ze swego poparcia dla sądów lustracyjnych, wreszcie poprawił swój image, rzucając na pożarcie obecnym pomysł, by zlustrować wszystkich nauczycieli.
Bagatelka, podniósł prezes Kurtyka, nauczycieli jest kilkaset tysięcy, powinni być zlustrowani, ale jak to zrobić w obecnej sytuacji kadrowej i finansowej IPN?
W dyskusji o dostępie do akt wysuwano i odrzucano pomysły, czy ujawniać wszystkie akta, czy tylko niektóre, przy czym szybko się okazało, że zwykli ludzie przez ujawnienie rozumieją powszechny dostęp, np. w internecie, a fachowcy z IPN przez ujawnione akta rozumieją akta znajdujące się w zbiorze jawnym, bo jest i zbiór zastrzeżony, do którego nikt poza jednostkami nie ma dostępu. Wasza wysłanniczka orzekła, że w sytuacji istniejących obecnie ograniczeń należy pilnie określić program minimum, co w pierwszej kolejności uporządkować, by przywrócić społeczeństwu choćby dotychczasową dostępność do akt IPN.
Młodzi posłowie z trudem próbowali zorientować się w temacie, rozumiejąc jednak wyraźnie, że jest ważny i wbrew pozorom aktualny. Przekładali okrzyki na postulaty, możliwe do przedstawienia w parlamencie.
Kogo jeszcze lustrować obok nauczycieli, pracowników zarządów związków zawodowych (obecnych), co postulował Marek Pernach? Księży.
I tu niespodzianka - wystąpił sławny dziś ks. Isakowicz-Zaleski z Krakowa, opowiedział o swoich doświadczeniach, m.in. o pogróżkach, jakie były esbek wygłaszał przez nagłośniony telefon pod adresem autora programu telewizyjnego. Zaowocowało to przyjęciem uchwały SWS, listu do min. Ziobry o "ukaranie brutalnych pogróżek publicznie rzucanych przez byłego szefa Wydziału IV SB Kazimierza Aleksanderka wobec dziennikarza TV Macieja Gawlikowskiego, autora filmu o prześladowaniach Kościoła w Krakowie".

Jak lustrować?

W tej części dyskusji emocje sięgnęły zenitu, sąd lustracyjny został całkowicie potępiony przez aklamację. Czesław Bielecki, chmurny i niezadowolony, podkreślał, że trzeba rozróżniać zawodowych agentów i etatowych pracowników od TW, i że w cywilizowanym państwie ostatnią instancją odwoławczą musi być sąd. Śmiesznie jednak brzmiały głosy, że jakaś droga sądowa jest potrzebna w procesie lustrowania, bo nikt na sali nie miał co do tego wątpliwości, podobnie jak nie miał wątpliwości, że sąd lustracyjny wielokrotnie swoimi wyrokami i poszukiwaniem definicji TW i okoliczności łagodzących wzbudził najdalej idące wątpliwości co do tego, czy warto, by istniał, bo np. wielu TW, sprawdzonych dzięki aktom, oczyścił z zarzutów.
Wasza zemocjonowana korespondentka wyszła na chwilę w kuluary. Kanapki znikły, woda wypita. Wyszłam zatem w ciepły przedkwietniowy wieczór, rozmyślając, do czego w Polsce służą sądy, narodowe archiwa, dziennikarze i takie stowarzyszenia jak nasze. Niestety, uwijające się świergotliwie przy budowie gniazdek ptaszki były zbyt zajęte, by odpowiedzieć mi na te pytania.
Odpowiedział na nie uczestnik internetowego forum SWS ("zlisiecki"): "Być może więcej niż tajne służby, przed wyprostowaniem broni się nasz złamany [latami PRL - przyp. TB] do połowy kręgosłup, powodując, że w III RP stawaliśmy się niekiedy (podobnie jak Wałęsa) karykaturami samych siebie". Sądzę, że uwaga ta na pewno odnosi się do części uczestników spotkania.
I co my byśmy zrobili, gdyby nie Kraków? Może jednak przenieść tam stolicę...?

Teresa Bochwic

Autorka jest stałą korespondentką witryny ABCnet.pl Józefa Darskiego

Publicystyka Teresy Bochwic na ASME


Komentarz (0)

UPRzejmy punkt widzenia (11) - Wojciech Popiela Wysłane wtorek, 4, kwietnia 2006 przez Krzysztof Pawlak

Pierwsza rocznica narodzin dla nieba Papieża - Polaka uspokoiła na moment polityczny jarmark w Polsce. Jednakże wraz z przybywaniem dnia, rośnie też polityczna temperatura. Teza stawiana przez PiS brzmi - dajmy wypowiedzieć się Polakom, czy chcą przełomu i wyboru "Polski solidarnej" reprezentowanej przez PiS z przyległościami, czy kontynuacji i "Polski liberalnej", której symbolem jest PO i SLD. Jeśli uczynki PO i SLD i ich wcześniejszych mutacji od PZPR, przez UD, KLD, SdRP aż po AW"S" i UW to "Polska liberalna" - to klasyczni liberałowie z UPR wołają zgodnie: precz z taką "Polską liberalną", której najlepszym i przytaczanym często przez pana Stanisława Michalkiewicza symbolem są FOZZ, NFI czy powracające koncesje obejmujące ponad 200 dziedzin działalności gospodarczej, o lawinowo rosnącym długu publicznym nie wspominając. Jeśli pomysły zawarte na 144 stronach programu PiS objawiające się słynnym becikowym i przechwałki pana premiera znajdującego co rusz kilkaset milionów w budżecie na propagandowe wsparcie wyborów samorządowych, a także "przywódca polskiej lewicy" - to "Polska solidarna" - z rozczarowaniem mówimy: nie, dziękujemy.

Znaczna część Polaków wybrała w istocie program UPR - połączenie najlepszych elementów programu PiS, PO czy LPR. Wola ta wynikała z nadziei na połączenie sensownych elementów tych programów i koalicję. Dbałość o bezpieczeństwo z przywróceniem do kodeksu kary głównej włącznie, sprawiedliwość, ukrócenie korupcji, dbanie o interes narodowy, twarde stawianie interesów Polski ponad interesami brukselskiej biurokracji, uproszczenie i obniżenie podatków, ukrócenie zubażających społeczeństwo rządowych wydatków, ograniczenie deficytu budżetowego narażającego Polskę na niewolniczą już zależność od zewnętrznych instytucji finansowych - te i im podobne postulaty zapożyczone przez partie władzy od UPR przypadły do gustu wyborcom, którzy dostrzegając propagandową siłę, wskazali na najmocniejsze ugrupowania. Niestety, zawiedli się. Nim jeszcze rozstrzygnęła się kwestia prezydentury, okazało się, że "salon" murem stanął za PO. Symbole PRL i symbole III RP uznały za najlepszego obrońcę układu okrągłostołowego, znanego z "nocnej zmiany" pana Donalda Tuska.
Rzekomy liberalizm dawnej PZPR i Unii Wolności budzić może w najlepszym wypadku tylko uśmiech. Oczywiście w warstwie propagandowej wygląda to nieźle, ale cóż z tego, skoro praktyka ostatnich 16 lat wskazuje, że w mediach króluje kapitalizm i wolny rynek, a w rzeczywistości mamy recydywę socjalizmu w kolorowej wersji zachodniej i pogłębianie zadłużenia, przy którym towarzysz Gierek był kiepskim amatorem. Najlepszym dowodem są dane NBP i GUS dotyczące zadłużenia i bezrobocia, a także liczba młodych Polaków uciekających każdego miesiąca z kraju w poszukiwaniu płatnego zajęcia. Na koniec stycznia 2006 roku zadłużenie Skarbu Państwa, czyli polskich podatników, wyniosło ponad 447 miliardów zł (tj. ok. 141,5 mld $). W porównaniu z końcem grudnia 2005 roku zadłużenie to wzrosło o ponad 7 miliardów złotych, tj. o 1,7% w przeciągu miesiąca.

Po drugiej stronie stawianej od kilku miesięcy barykady mamy przedstawicieli "Polski solidarnej". Przy czym, dla wyjaśnienia: owej "solidarnej" chodzi o redystrybucję dochodu narodowego metodami biurokratycznymi, czyli mniej więcej o to, co przez 16 lat robili "liberałowie" z SLD, PSL, UW, UD, KLD itd. Na czołowego przedstawiciela tego nurtu wysuwa się pan wicemarszałek A. Lepper. Oddajmy mu głos (03.10.2005 r.): "Jest jeszcze ostatnia szansa zmiany rzeczywistości w Polsce - kontrolowania i korygowania nieograniczonej władzy liberałów, jaką otrzymali w wyborach do Sejmu i Senatu RP. Zmiany tej może dokonać prawdziwa patriotyczna lewica.
(…) Tylko lewica ma w sobie siłę i żarliwość społeczną, aby wprowadzić Polskę na ścieżkę szybkiego rozwoju, aby zacząć odrabiać dystans dzielący nas od najbardziej rozwiniętych krajów UE, aby przedstawiać i realizować śmiałe wizje nowoczesnej gospodarki i państwa.
Naszą jedyną szansą jest aktywne poparcie Kandydata Samoobrony na Prezydenta RP, którego serce zawsze jest po lewej stronie, dla którego każdy człowiek, obywatel, Polak jest ważny. (…) Społeczna gospodarka rynkowa, bezpłatna nauka, kultura, oświata i ochrona zdrowia, godziwe warunki życia emerytów i rencistów, zablokowanie negatywnych skutków globalizacji, dbałość o środowisko naturalne - to tylko wybrane przykłady lewicowości w praktyce państwowej. Czas przywrócić lewicy twardy, konsekwentny kręgosłup. Obecnie Samoobrona jest największą siłą lewicową na polskiej scenie politycznej. Obejmując przywództwo na lewicy, apeluję o wsparcie dla Kandydata Samoobrony w wyborach prezydenckich przez wszystkie ugrupowania lewicowe, abyśmy wspólnie przeciwstawili się liberalnym pomysłom na gospodarkę, które od 16 lat rujnują życie milionów Polaków".
Samo zaś Prezydium Partii pana wicemarszałka dokonało intelektualnego wysiłku i zapisało, co następuje: "W Polsce nastąpiła polaryzacja poglądów i rozwiązań społeczno-gospodarczych wokół dwóch ośrodków intelektualnych, społecznych i politycznych, tj. skrajnego liberalizmu, nazywanego czasem neoliberalizmem (libertarianizmem), którego wyraziciele znaleźli się w PO i ugrupowaniach zbliżonych programowo (PD, SLD, SDPL) oraz socjalnego liberalizmu (socjalliberalizmu), którego wyraziciele znaleźli się w Samoobronie i ugrupowaniach zbliżonych programowo (PiS i PSL)".

Tak więc czy ci, czy tamci - czeka nas w najbliższym czasie liberalizm. Niestety w wersji aktualnego, amerykańskiego rozumienia słowa "liberał", czyli lewicowej. By było ciekawiej, liberałowie jednego i drugiego chowu zaobserwowali, że herbata słodsza robi się po mieszaniu. Niestety, zdają się nie przyjmować do wiadomości, że istotą nie jest mieszanie, lecz cukier i to niekoniecznie "Polski Cukier". Wiedzą na przykład, że w strefach ekonomicznych, gdzie podatki lokalne i centralne przez lata nie obowiązują, powstają gwałtownie miejsca pracy. "Ministerstwo Gospodarki szacuje, że zaproponowane w ustawie o Strefach Ekonomicznych zmiany spowodują powstanie 105,6 tys. nowych miejsc pracy oraz 31,6 mld zł inwestycji do końca 2017 roku". Równocześnie jednak przekazują nasze, podatników, pieniądze do prywatnych kieszeni i nazywają tę grabież "pomocą publiczną". W tym konkretnym przypadku Stref Ekonomicznych wynieść ma ona 20 mld zł (sic!). Wydaje się, że ponad 190.000 złotych dotacji z naszych kieszeni na utworzenie 1 miejsca pracy to nawet jak na Polskę solidarno-liberalną swoisty rekord. W tym stanie rzeczy nie dziwi szczerość pani Zyty Gilowskiej, która gra, jak przeciwnik pozwala i obiecuje symboliczne zmiany mające nie zmieniać w niczego: "zarówno w roku 2007 jak i w latach następnych »efekt netto« proponowanych reform (podatkowo-zusowych) ma być zerowy. Oznacza to, że mniejsze wpływy do budżetu, spowodowane projektowanymi ulgami i waloryzacjami zostaną zrównoważone przez zwiększone wpływy z innych podatków". Czy rzeczywiście trzeba aż zmieniać "Polskę liberalną" na "solidarną", by efekt netto był zerowy? Czy rzeczywiście nikt w MF nie odważy się powiedzieć głośno, że "obniżenie składki na ubezpieczenie chorobowe o 0,65 pkt proc. do 1,80% i przerzucenie jej w pełni na pracodawcę" rozbawia pracodawców polskich do łez?

Na tym tle godna podziwu jest partyzancka, zakonspirowana walka patriotów z Rady Etyki Mediów, utworzonej przez dziennikarzy głownie państwowych mediów i jednej telewizji prywatnej z terroryzmem politycznej poprawności i ich zuchwała próba obrony polskiego interesu narodowego. Jak wielu z Państwa, dzięki Reutersowi, wie, Sekretarz Generalny Światowego Kongresu Żydów, pan Izrael Singer (nie mylić ze słynnym pisarzem Izaakiem Bashevisem) stwierdził lat temu dziesięć, że "if Poland does not satisfy Jewish claims it will be »publicly attacked and humiliated« in the international forum". Przypomniał o tym nasz były prezes pan Stanisław Michalkiewicz na falach Radia Maryja. Przywołał też stwierdzenie profesora Normana Finkelsteina na temat uczynienia z pamięci o Holokauście pewnego rodzaju przemysłu i zadał pytanie czy polski prezydent i polski premier wobec olbrzymich i nieuzasadnionych żądań finansowych należycie dbają, jak obiecywali, o interes Polski. Jednakże wyprowadzone z medialnego getta Radio Maryja nie ma znaczącej siły oddziaływania. Również osoba pana Michalkiewicza wciąż, mimo podziwu i sympatii wielu osób nie jest jeszcze dostatecznie znana, o czym świadczy choćby fakt, że w wyborach do senatu uplasował się tuż za podium, nie zdobywając miejsca w Parlamencie. Wybitni przedstawiciele REM chcieli temu zaradzić i nagłośnić sprawę niegodziwości owych żądań. Wpadli na karkołomny, ale znakomicie zrealizowany plan. Pod pozorem ataku na pana Michalkiewicza, rozpętali kilkudniową burzę, w której posługując się kamuflażem i celowo używając wyświechtanych w nowomowie, przejaskrawiających epitetów o rzekomym języku nienawiści, prymitywnym antysemityzmie itd., których nikt już nie bierze na serio, poinformowali polską opinię publiczną za pomocą internetu, radia i telewizji o istnieniu takich wielomiliardowych żądań wobec Polski ze strony niektórych organizacji żydowskich. Co więcej, znakomita prowokacja REM mająca ukryte sprzężenie zwrotne, przypomniała polskim odbiorcom o ciekawej książce profesora Normana Finkelsteina "The Holocaust Industry: Reflections on the Exploitation of Jewish Suffering", a także szeroko zareklamowała Radio Maryja i felietony pana Stanisława Michalkiewicza. Dzięki nieugiętej postawie Rady Etyki Mediów i szeroko propagującym sprawę redakcjom cała Polska wie, że w każdą środę o 20.50 możemy słuchać felietonów z cyklu "Myśląc Ojczyzna" autorstwa człowieka, o którym pan Waldemar Łysiak napisał kiedyś w przedmowie do książki "W przededniu końca świata": "Felietonistów zawsze jest wielu, odkąd Francuz J. L. Geoffroy wprowadził ten gatunek publicystyczno-literacki na łamy »Journal de débats« (1800), lecz niewielu jest mistrzów. Jak w każdej dziedzinie twórczości. Stanisław Michalkiewicz bezspornie należy do wirtuozów felietonistyki polskiej; nawet jego wrogowie nie mogliby mu tego miana odmówić. (...) Walka polityczna ma to do siebie, że mnoży walczącemu wrogów. Lecz cóż jest wart człowiek bez wrogów? Stanisław Michalkiewicz ma ich wielu (...). Felietony (…) przysparzają mu nieprzyjaciół zwłaszcza wśród ludzi źle życzących Polsce i Polakom. Lecz równocześnie przysparzają mu wielbicieli wśród ludzi, których serca biją szczerze po polsku. Co jest nagrodą wielką, nie do przecenienia".

Wojciech Popiela

Publicystyka Wojciecha Popieli na ASME.


Komentarz (0)

Platforma Opozycyjna - Krzysztof Mazur Wysłane poniedziałek, 3, kwietnia 2006 przez Krzysztof Pawlak

Patrząc literalnie na rzeczywistość polityczną, można wyciągnąć wniosek, że kolejne parlamenty i partie ścigają się na absurdy. Oto jeszcze niedawno w imieniu SLD władzę sprawował premier Belka z ministrem Hauserem, którzy zdeklarowali swoje poparcie, a nawet członkostwo w pozaparlamentarnej, opozycyjnej partii. Część opozycji parlamentarnej wprost dworowała sobie z tej sytuacji, ale bardziej pamiętliwi wiedzą, że tymi, którzy w 2004 r. sprzeciwiali się przedterminowym wyborom, byli m.in. politycy Prawa i Sprawiedliwości. Tymczasem w kilka miesięcy po zwycięstwie wyborczym PiS-u, politycy tej partii żądają kolejnych wyborów, czemu sprzeciwia się z kolei PO, nieustannie krytykująca rząd i ustami swego prezesa wzywająca nawet do obywatelskiego nieposłuszeństwa.

Surrealizm sytuacji potęguje się jeszcze, gdy przypomnieć, że jednym z dotychczasowych największych "sukcesów" PiS-u jest "becikowe", będące w istocie pomysłem poczętym w kręgach LPR i naprędce zaadoptowanym przez rządzące ugrupowanie, a kolejnym pomysłem do realizacji jest podatkowy pomysł PiS-u z okresu kampanii wyborczej - przedłożony sejmowi przez PO, która jak wiadomo, opowiadała się z podatkiem liniowym. Jako więc widać, PO uważa, że rząd jest zły, ale popiera jego dalsze trwanie, PiS uważa, że rząd radzi sobie znakomicie, ale chce przerwania jego misji, LPR popiera Pakt Stabilizacyjny, nie popiera rządu, ale nie chce wyborów, a PSL nie popiera nikogo, chociaż nie wyklucza udziału w koalicji rządowej. Biorąc pod uwagę, że SLD jest opozycyjna wobec wszystkich pomysłów i sejmu, zgadzając się z PiS-em w jednej kwestii, dotyczącej właśnie rozwiązania parlamentu, to widać więc, że w parlamencie ukształtowało się coś w rodzaju celowej platformy programowej, której przewodnią ideą jest argumentacja z pozycji opozycyjnej, co nie powinno specjalnie dziwić, gdyż większość obecnych posłów ma opozycyjny rodowód i z tym związane doświadczenia i umiejętności. Mamy więc Platformę Opozycyjną, co niezbyt dobrze wróży dobremu rządzeniu i stanowieniu prawa, jak też ewentualnej możliwości przerwania parlamentarnego pata.

Mówimy, czyli myślimy

Oczywiście dla PO szybkie wybory nie są korzystne z tego względu, że nie dają żadnej gwarancji odwrócenia wyników ubiegłorocznych wyborów, a ponadto, jak się wydaje, niektórzy przywódcy tej partii dążą do zmiany przywódcy lub charakteru samego przywództwa, pewnie słusznie postrzegając Tuska jako osobę, która ma małe szanse na zjednanie sobie większej niż dotychczas liczby wyborców. Szermowanie przez PO argumentem zaoszczędzenia 200 mln złotych w wyniku połączenia wyborów parlamentarnych i samorządowych świadczy jedynie o chęci ukrycia prawdziwych motywów odwlekania "święta demokracji". To ile dziennie kosztuje nas złe rządzenie i złe prawo - jakoś w takich momentach umyka znawcom rynku i fachowcom z PO, nie zauważa tego również posłanka Gronkiewicz-Waltz, jakby nie było - przez kilka lat nasza "centralna kasjerka", a później towar eksportowy na "rynkach finansowych".
"Tutaj nie ma żadnego drugiego dna. To, co mówimy, to myślimy" - oznajmił w programie "Co z tą Polską" Michał Kamiński, czołowy strateg i propagandzista PiS-u, czym zapewne niechcący scharakteryzował sposób wnioskowania cechujący jego partyjnych kolegów. Pamiętam, jak na początku lat 90. będąc świadkiem dysputy zacnych profesorów, ze swadą spierających się czy w gospodarce rynkowej rząd powinien kontrolować wszystkie ceny, czy tylko niektóre, w pewnym momencie nieśmiało napomknąłem, że gospodarka rynkowa nie zna instytucji cen urzędowych, po czym bardzo szybko pożałowałem swojej nieroztropności. Reakcją była chwila kłopotliwego milczenia, po czym od jednego z luminarzy nauki usłyszałem wyjątkowo trudny do obalenia argument podany w formie pytania: "Czy pan rzeczywiście wierzy w to, co pan mówi?". Oj, gdybym ja wtedy miał dzisiejsze doświadczenie, to może dzisiaj mógłbym nawet podpisać się pod słynnym listem profesorów w obronie Balcerowicza, ale że jest prawdą, jak mówili przodkowie: "czemuś biedny, boś głupi", więc za jakimś diabelskim podszeptem odparowałem mistrzowi, że "ja nie wierzę w to, co mówię, tylko mówię to, w co wierzę". Sam nie wiem, skąd wtedy u mnie wziął się ten przypływ przemyślności, fakt faktem, przypomniała mi się ta historyjka, gdy Michał Kamiński wygłaszał credo polityków PiS-u, którzy "to co mówią, to myślą"... "Cogito ergo sum" - miał stwierdzić Kartezjusz, w wersji prawicowej poprawności politycznej myśl ta sprowadza się do stwierdzenia "mówię, więc myślę".

Liczmani

"Optymalny kurs euro wynosiłby obecnie 4,2 zł!" - zawyrokował kilka dni temu premier Marcinkiewicz, co niestety nie spowodowało natychmiastowej dewaluacji rodzimej waluty. Brak reakcji kursu złotego na opinię najlepszego premiera jest widomym dowodem niewłaściwych powiązań politycznych kursu walutowego, a potwierdza to opinia Marka Kotlinowskiego, który w jednym z dwóch słynnych już wywiadów dla "GW", stwierdził, że nie popiera projektu specjalnej komisji bankowej, gdyż jak to określił "...nie chcę komisji śledczej, bo nie chcę np., aby euro kosztowało 6 zł. A komisja do tego doprowadzi". Trudno rozstrzygnąć, na czym wicemarszałek sejmu właściwie opiera powyższe przekonanie, chyba nie na fakcie wzrostu cen ropy akurat w momencie kulminacji prac komisji ds. Orlenu oraz spadkiem cen po zakończeniu prac tejże komisji. Z drugiej strony facet, który wie, jaki jest optymalny rynkowy kurs waluty - na stanowisku premiera rządu tylko się marnuje, mając takiego człowieka, zbędnymi stają się giełdy towarowe, pieniężne, kapitałowe, toż to jest uosobienie efektu skomplikowanych równań równowagi ogólnej, nad którymi bezowocnie swoje umysły zaprzątali np. Walras czy Marshall.
W sumie to mamy już co najmniej dwóch takich liczmanów, pierwszym był oczywiście Balcerowicz, który na początku 1990 r. ustalił kurs dolara na poziomie 9500 zł i trzymał się tej wersji aż do maja 1991 r., dopóki nie wpadł na genialny pomysł dewaluacji kroczącej. Dokładnie pamiętam, jak to niektórzy w tamtych czasach główkowali, na jakim tym razem poziomie Balcerowicz ustali "kurs równowagi". Niektórzy nawet podejrzewali, że są nawet tacy, którzy wiedzą to przed Balcerowiczem, ale ludzi zawistnych nigdy nie brakowało na tym świecie. Co ciekawe, fakt ten z jednej strony świadczył, jakim to "liberałem" był obecny prezes NBP, a z drugiej - chociaż stanowi nadal wystarczający powód zdyskredytowania "bankiera roku", to bardzo rzadko, a jeśli już, to raczej mimochodem jest podnoszony przez większość krytyków człowieka, który "musi odejść". Zamiast tego prasa cytuje ckliwe historyjki, jak to Jan Nowak Jeziorański wspólnie ze Zbigniewem Brzezińskim wozili Balcerowicza po Ameryce, żebrząc o kilkaset milionów dolarów na wspomożenie Funduszu Stabilizacyjnego. Ale ten brak krytyki jest zrozumiały, wszak większość krytyków Balcerowicza, a przy okazji analfabetów ekonomicznych, nie może za bardzo zapędzać się w krytyce regulowanych kursów walutowych, gdyż sami taką właśnie politykę chcieliby realizować. Z tą tylko różnicą, że oni znają bardziej optymalny kurs. Z kolei zwolennicy Balcerowicza muszą utrzymywać mit prezesa-liberała i wolnorynkowca, budowniczego podstaw gospodarki rynkowej, w związku z czym nie mogą nagłaśniać praktyk, które monetaryści dezawuują już na pierwszej stronie każdego podręcznika dotyczącego polityki pieniężno-kredytowej. I tak to po raz kolejny w naszej historii sprawdza się wypróbowana pozycja frontowa, w której "złapał Kozak Tatarzyna, a Tatarzyn za łeb trzyma". Przydałby się dzisiaj taki Sienkiewicz, gdyż zapotrzebowanie na literaturę "ku pokrzepieniu serc" z pewnością mniejsze nie będzie.

Krzysztof Mazur

Publicystyka Krzysztofa Mazura na ASME


Komentarz (0)

Uhonorowanie Stanisława Michalkiewicza ze strony Rady Etyki Merdiów - "obelżywe" cytaty pojęć ukute przez żydowskiego historyka Wysłane niedziela, 2, kwietnia 2006 przez Krzysztof Pawlak

Nasz wybitny współpracownik Stanisław Michalkiewicz, którego felietony stale towarzyszą witrynie ASME - Antysocjalistycznego Mazowsza od początków jej już ośmioletniego istnienia - został uhonorowany we wczorajszych godzinach wieczornych "krytyką" Rady Etyki Merdiów, której to "wyrazy oburzenia" zostały szeroko od razu nagłośnione za pomocą m.in. serwisów sieciowych w witrynach Onet czy WP:

///REM krytykuje felietonistę Radia Maryja

Rada Etyki Mediów oburzona językiem felietonisty Radia Maryja


Rada Etyki Mediów (REM) wyraziła oburzenie z powodu języka, jakiego użył felietonista Radia Maryja Stanisław Michalkiewicz.
Według Rady wypowiedź Michalkiewicza dotycząca roszczeń organizacji żydowskich do spadku po ofiarach zagłady w Polsce była antysemicka i wypowiedziana "językiem nienawiści".
REM zaapelowała do Radia Maryja, "rozgłośni przedstawiającej się jako katolicka, o zaniechanie podobnych publikacji". "Rada Etyki Mediów wyraża oburzenie z powodu języka, jakim posłużył się w swym felietonie w Radiu Maryja (27 marca b.r.) Stanisław Michalkiewicz, mówiąc o roszczeniach organizacji żydowskich do spadku po ofiarach Zagłady w Polsce" - czytamy w oświadczeniu Rady, które w sobotę otrzymała PAP.
"Sprawa może podlegać różnym ocenom, na pewno zasługuje na poważne potraktowanie. Jest zresztą przedmiotem rozważań i rozstrzygnięć prawnych. Autorowi posłużyła do prymitywnej wypowiedzi antysemickiej" - napisano w oświadczeniu.
Kategoryczne, ale słabo udokumentowane zarzuty, wypowiedział on językiem nienawiści, używając pogardliwych określeń i powtarzając wielokrotnie sformułowania: "przedsiębiorstwo holocaust", "firma holocaust", które poza kontekstem, w jakim powstały (książka Normana Finkelsteina p.t. "O przemyśle Holocaustu"), są obelżywymi epitetami" - podkreśliła REM (wytł. ASME).
W marcowym felietonie Michalkiewicz powiedział m.in., że "gdy my tu jesteśmy zajęci wprowadzaniem demokracji na Ukrainie i Białorusi od tyłu zachodzą nas サJudajczykowieォ, próbując wymusić na naszym rządzie zapłatę haraczu zwanego dla niepoznaki rewindykacjami".
Według Michalkiewicza rewindykacyjne żądania środowisk żydowskich rozpoczęły się w latach 90., gdy Polska starała się o wejście do NATO. "Środowiska żydowskie głównie w Ameryce zażądały wtedy od rządu polskiego łapówki z tego tytułu i rząd tę łapówkę zapłacił. Przybrała ona postać ustawy o stosunku państwa do gmin wyznaniowych żydowskich" - powiedział Michalkiewicz.
"Zachęcony tymi łatwymi pieniędzmi Światowy Kongres Żydów - główna firma koncernu サholocaustowej industriiォ ustami swego ówczesnego sekretarza pana Israela Singera zażądała od Polski kolejnego haraczu - tym razem chodziło o mienie pozostawione przez Żydów zabitych podczas wojny przez Niemców" - dodał.
Według Michalkiewicza Siger zagroził Polsce, że jeśli nie zastosuje się do żądań Kongresu i nie przekaże co najmniej 60 mld dolarów to "będzie upokarzana na arenie międzynarodowej". "W ramach tego upokarzania były urządzane awantury przez Żydów na terenie oświęcimskiego obozu, rozdmuchiwanie incydentu w Jedwabnem, a obecnie trwające przygotowania do wielkiej propagandowej imprezy w Kielcach w rocznic tzw. pogromu" - powiedział Michalkiewicz.
Według niego "menedżerowie przedsiębiorstwa holocaust chcą od państwa polskiego te miliardy dolarów wyłudzić".
Ponadto we wspomnianym felietonie Michalkiewicz określił "Gazetę Wyborczą" mianem "osobliwego przykładu żydowskiej piątej kolumny na terenie Polski".
Felieton w formie elektronicznej dostępny jest na stronach internetowych Radia Maryja///.

By uwiecznić tę chwilę i jej sprawców ku potomności, podajemy Państwu skład zawinionych tzw. czynników z Radu Etyki Merdiów:
Skład Rady Etyki Mediów IV kadencji
Nominacje na członków Rady Etyki Mediów IV kadencji zostały wręczone 10 marca 2004 r. w siedzibie Polskiej Agencji Prasowej. Otrzymali je:

Magdalena Bajer - przewodnicząca, publicystka (rekomendowana przez TV4)
Tadeusz Fredro-Boniecki - wiceprzewodniczący, dziennikarz, publicysta (rekomendowany przez Polskie Radio)
Maciej Iłowiecki - wiceprzewodniczący, publicysta Telewizji Polsat (rekomendowany przez Telewizję Polsat)
Helena Kowalik-Ciemińska - od jesieni 2005 roku pełni obowiązki sekretarza, publicystka (rekomendowana przez Stowarzyszenie "Krajowy Klub Reportażu")
Michał Bogusławski, były rektor Wyższej Szkoły Dziennikarskiej im. Melchiora Wańkowicza (rekomendowany przez SDP)
Mariusz Jeliński z Telewizji Polskiej (rekomendowany przez Związek Zawodowy Dziennikarzy Radia i Telewizji)
Tadeusz Kononiuk, wykładowca na Uniwersytecie Warszawskim (rekomendowany przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Rzeczpospolitej Polskiej)
Ryszard Piekarowicz z Działu Zagranicznego PAP (rekomendowany przez PAP)
Anna Teresa Pietraszek, dokumentalistka i reżyser (rekomendowana przez Katolickie Stowarzyszenie Dziennikarzy)
Rafał Wieczyński, producent filmowy (rekomendowany przez Krajową Izbę Producentów Audiowizualnych)

Rada ukonstytułowała się następująco:
Magdalena Bajer - przewodnicząca
Tadeusz Fredro-Boniecki - wiceprzewodniczący
Maciej Iłowiecki - wiceprzewodniczący
Rafał Wieczyński - sekretarz


Warto w tym miejscu i chwili przypomnieć znaną od już lat 10 depeszę agencji Reutersa (tak się to pisze, proszę niedouczonych żurnalistów):

"Reuters Agency reported from Buenos Aires, Argentina on Fri, 19 April 1996 (14:50:17 PDT) on The World Jewish Congress:
[Israel Singer, General Secretary of the World Jewish Congress stated that "...If Poland does not satisfy Jewish claims it will be サpublicly attacked and humiliatedォ in the international forum".]".


- bo jest ona podłożem wszelkich dywagacji o znaczeniu podnoszonych przez REM obiekcji w stosunku do naszego wieloletniego współpracownika, także felietonisty Radia Maryja, który ze szczególną pieczołowitością dochowuje wierności cytowanym przez siebie wypowiedziom "strony judejskiej".
Inkryminowany przez Radę Etyki Merdiów tekst oraz nagranie felietonu Stanisława Michalkiewicza, udzielonego rozgłośni Radia Maryja jest dostępny pod niniejszym adresem, który podajemy, by dochować rzetelności i obiektywizmowi żurnalistycznemu, którego zabrakło we wzmiankowanych wcześniej serwisach sieciowych merdiów tzw. mainstreamu, nie podających odnośników do rzeczonego nagrania.

"Dlaczego zajął się pan kwestią odszkodowań dla ofiar Holokaustu?

NORMAN G. FINKELSTEIN - Z uwagi na moich rodzicow. Mój ojciec, który zdołał przeżyć warszawskie getto i obóz koncentracyjny w Auschwitz, dostał od Niemiec dożywotnią rentę, ponieważ doznał poważnych urazów fizycznych.
Renta ta wynosiła pod koniec jego życia około 600 dol. miesięcznie. Matce, która przeżyła getto i obóz na Majdanku, Niemcy nie chcieli dać renty, bo nie miała widocznych obrażeń. Dostała tylko symboliczne odszkodowanie - około 3 tys. dol. Matka zawsze zastanawiała się, kto w takim razie dostaje pieniądze z Niemiec, które wypłaciły ocalałym z Holokaustu Żydom łącznie 118 mld dol. (...)".

Zapraszamy także nowych PT Odbiorców ASME i TV ASME do zapoznania się z dorobkiem publicystycznym Stanisława Michalkiewicza, uwiecznionym na naszej witrynie.








Komentarz (0)

Polonia semper in statu primae aprilis? - Konrad Turzyński Wysłane sobota, 1, kwietnia 2006 przez Krzysztof Pawlak

Najpierw zastrzegam się: niniejszy tekst nie jest dowcipem primaaprilisowym (i w ogóle ma służyć zadumie, a nie rozśmieszaniu), chociaż jego treść może wydawać się zaskakująca, a jej związek z datą 1 kwietnia jest niewątpliwy.

Właśnie dzisiaj 1 kwietnia 2006 r. przypada "okrągła" 350. rocznica słynnych "ślubów lwowskich" króla Jana II Kazimierza Wazy, w których monarcha deklarował, zwracając się do Matki Bożej: "Ciebie za Patronkę moją i państwa mego Królową dzisiaj obieram". Formuła użyta przez monarchę nie odnosiła się tak po prostu (tylko) do Polski, ale do Rzeczypospolitej kilkorga narodów: "Królestwo moje Polskie, Wielkie Księstwo Litewskie, Ruskie, Pruskie, Mazowieckie, Żmudzkie, Inflanckie i Czernihowskie" (król nie przejmował się tym, że Inflanty i tzw. Prusy Książęce były zdominowane przez protestantyzm, od kultu maryjnego wszak bardzo daleki), toteż litanijne wezwanie "Królowo Polski!" powinno raczej brzmieć: "Królowo Polski, Litwy i Rusi!"). W tekście owych ślubów (rozpowszechnionym najbardziej chyba dzięki powieści "Potop" Henryka Sienkiewicza - w ślad za nią cytowałem) znajduje się obietnica zabiegów o to, aby rocznica tego zdarzenia stała się uroczystym świętem: "Będę się starał, aby rocznica w państwie mym odprawiała się solennie do skończenia świata". Ani ten monarcha (który potrzebował papieskiej dyspensy, zwalniającej go od ślubów zakonnych, aby mógł zostać królem, a potem... i tak abdykował), ani późniejsi przywódcy Polski nie okazali się skuteczni w tej mierze: kiedy wreszcie ustanowiono dla polskich katolików święto Matki Bożej Królowej Polski, zostało ono przypisane do daty trzeciego maja.

Ale również ta data jako rocznica uchwalenia pierwszej w Polsce (i w Europie) konstytucji o mało co nie byłaby przesunięta - podczas faktycznego obowiązywania Konstytucji Majowej rozważano ewentualność ustanowienia święta na jej cześć w dniu nie 3, lecz 8 maja, zapewne w związku z tym, że to jest liturgiczne wspomnienie św. Stanisława Biskupa, jednego z głównych patronów Polski i zarazem patrona ówczesnego króla Stanisława Augusta III Poniatowskiego. Swoją drogą, łączenie katolickiego święta z rocznicą uchwalenia konstytucji 3 maja też ma swój dziwny niuans: konstytucja z 1791 r. deklarowała zachowanie uprzywilejowanej pozycji wyznania katolickiego w Rzeczypospolitej, ale głównym twórcą tekstu "Ustawy Rządowej" był ks. Hugo Kołłątaj, o którym powiadano, że odprawił w życiu tylko jedną Mszę św. (prymicyjną); był bowiem raczej deistą niż katolikiem, a księdzem został dlatego, że w ówczesnym ustroju to był jedyna droga awansu społecznego dostępna dla osób nie legitymujących się pochodzeniem szlacheckim.

Z kolei dzień św. Stanisława jest celebrowany również wbrew katolickiemu zwyczajowi, który sugeruje, aby to przypadało w rocznicę śmierci, czyli "narodzin dla nieba" danej osoby, jak to ma miejsce np. w przypadku kultu św. Tomasza z Akwinu (7 marca) albo św. Maksymiliana Kolbego (14 sierpnia). Otóż biskup Stanisław ze Szczepanowa (zwany niekiedy "Stanisławem Szczepanowskim") został zabity 11 kwietnia (1079 r.), a nie 8 maja. Drugi polski święty o tym imieniu, św. Stanisław Kostka, miał już dwie daty w kalendarzu liturgicznym (jeszcze za czasów mojej młodości był to 13 listopada, ostatnio jego święto przypada 19 września), żadna z nich jednak nie jest rocznicą jego śmierci (umarł 14 sierpnia, tak samo jak św. Maksymilian Kolbe).

Jak powiadał telewizyjny komik "Zulu Gula" (Tadeusz Ross), "Polska to dziwny kraj"...

Toruń, 1 kwietnia 2006 r.

Konrad Turzyński

Publicystyka Konrada Turzyńskiego na ASME


Komentarz (0)