kwietnia 24, 2006 - maja 6, 2006

Komu bije ten dzwon? - Łukasz Perzyna o nowej układance rządowej, skutecznie zmieniającej układ sił na scenie politycznej Wysłane sobota, 6, maja 2006 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |








Komu bije ten dzwon? - Łukasz Perzyna o nowej układance rządowej, skutecznie zmieniającej układ sił na scenie politycznej
Wysłane sobota, 6, maja 2006 przez Krzysztof Pawlak

"Przed długim, majowym weekendem, znany satyryk Pietrzak dowcipkował, że »mamy kaczkę w buraczkach«. Wydawałoby się, że ta koalicja to był strzał z patyka, bo przecież nie dawała większości, posłowie z Samoobrony i secesjoniści z LPR nie dawali większości arytmetycznej, która stanowić miała ukoronowanie starań PiS-owców. Nie do śmiechu było elektoratowi PiS, którzy głosowali na te ugrupowanie w nadziei na zmiany w Polsce IV Rzeczypospolitej, a jak ja wprowadzać z Andrzejem Lepperem i tylko z nim - bez większości sejmowej? Tymczasem długi weekend był bardzo pracowity dla negocjatorów" - Łukasz Perzyna, publicysta "Tygodnika Solidarność" i naszej witryny ASME, analizuje skutki stanowczej zmiany w rządzącej koalicji.

Andrzej Lepper wzdychał do PGR-ów z czasów PRL, do socjalistycznej gospodarki, co było i jest zaprzeczeniem "wizji Polski opartej na prawdzie historycznej", głoszonej przez Braci Kaczyńskich i ich współpracowników. Tymczasem pomnik funkcjonariusze tej formacji - oprócz zapowiadanego szeregu nowych muzeów - powinni wystawić innemu politykowi, z obecnej koalicyjnej formacji do PiS, czyli Romanowi Giertychowi - uważa Łukasz Perzyna. Swoją zaskakującą dla wielu obserwatorów życia politycznego "polskiego regionu UE" decyzją uchronił Braci Kaczyńskich od kompromitującej, bo nieskutecznej koalicji z samym tow. Andrzejem Lepperem. LPR skupiała szczerych antykomunistów i występowała z bardziej radykalnymi niż PiS-owskie projektami ustaw dekomunizacyjnych. Giertych wyciągnął rękę do znajdującego się w kłopocie sojuszniczego z czasów tzw. Paktu Stabilizacyjnego ugrupowania. Zyskał też na wartości politycznej we własnym środowisku. Nie wiadomo, jakim ministrem edukacji będzie, już w tej chwili trwa medialna histeria z powodu tej nominacji, choć większość do tej pory zarządzających MEN polityków była po prostu partyjnymi nominatami (czerwonoskórymi lub różowymi) i niezbyt dobrymi, a nawet kiepskimi urzędnikami.
LPR i PiS reprezentują ważki, choć do tej pory pomijany w rozdaniach rządowych elektorat tradycyjnie antykomunistyczny. Trzeba mieć nadzieję, że dynamika tego układu, choć grożąca niestabilnością, zdoła zatrzeć niewątpliwie przykry fakt, że wicepremierem w tym rządzie został towarzysz trzeciego garnituru PZPR-owców Andrzej Lepper.

Nagranie trwa prawie 13 minut i jest dostępne w Sieci do 20 V 2006 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




Mamy Nowy, Jeszcze Leppsiejszy Rząd, wart wszystkich Tych Gier! Wysłane sobota, 6, maja 2006 przez Krzysztof Pawlak

W mediach elektronicznych - histeria himalaiczna. W prezentowanych na falach państwowej rozgłośni, założonej na wniosek Służby Bezpieczeństwa w końcu lat 60. ubiegłego wieku w celu lepszego "oddziaływania na młodzież", dopuszczonych do emisji wypowiedziach słuchaczy dominuje ton paniki obłożonej nutami narastającego obłędu, obwiniający nowo powstały rząd pisowsko-samoobronno-elpeerowski już nie tylko za pogarszające się wyniki gospodarcze (choć przyrost PKB szczytuje, jest on niezmiennie "zasługą tow. Belki, a nawet tow. Muellera [pisownia europejska nazwiska]") w oczach publicystów ekonomicznych zasłużonych dla nieprzemijających ulubieńców wysoko nakładowej prasy z brukowcem "GW" na czele, ale zdaje się za niepowodzenia odkrycia życiodajnego środowiska wodnego na Marsie, gdzie w rolach przymusowych kolonizatorów z chęcią "salonik" warszawski wyekspediowałby wszystkich Kaczyńskich (razem z Teodorem "Unabomberem", "trzecim bratem" z więzienia amerykańskiego). Nawet w cyklicznym skeczu Ewy Szumańskiej występował w sobotnim programie wzmiankowanej rozgłośni rodu SB-eckiego jako główny bohater osławiony "Układ", którego członkiem podejrzewa, że jest - Pacjent nieustająco odwiedzający też nieprzemijająco Młodą Lekarkę. Parę dni wcześniej znana i ceniona stalinowska poetessa W. Szymborska dała sygnał rozpoczęcia ofensywy komentatorskiej celnym i podsumowującym stan nerwów ałtorytełesów salonikarskich zdaniem "Ten kraj jest chory psychicznie".
Zamówione przez redakcję "GW" wróżby u szamanów z utajnionego kręgu totemowego ustaliły nieprzyjazną aurę dla Romana Giertycha (64 proc. członków sanhedrynu duchów wypowiedziało się, że nie lubi Romka) oraz dla tow. Doktora, Marszałka, Przewodniczącego, Skazańca prawomocnego, już Wicepremiera Leppera (67% duchów krzywi się na myśl o nim). Papierowa konkurencja rzeszopochodna zasięgnęła języka u druidów z TNS OBOP, gdzie tor lotu ptaków wskazał na zła ocenę rządów PiS przez 55 proc. Polaków, choć aż 58% tajemniczych respondentów uważa, że na ich życie wpływ ekipy zgromadzonej pod ochronnymi skrzydłami premiera Marcinkiewicza jest znikomy, więc ma go w głębokim poważaniu.
Bulwarowa "Gazeta Wyborcza" w swej ocenie nowego rozdania rządowego podkreśla z naciskiem, że partia Romana Giertycha to spadkobiercy prawicy prorosyjskiej, a ugrupowanie Andrzeja Leppera określa mianem spadkobierców lewicy prosowieckiej. Tak czy owak – towarzysz Nowak, stare powiedzenie warszawskiej ulicy z lat 60. ub. wieku nie wypadło środowisku dzieci Komunistycznej Partii Polski - z pamięci. Wyjątkowo przychylny wyjątkowo opozycyjnej od zeszłego roku Platformie Obywatelskiej dziennik "Rzeczpospolita" obawia się, że "polityka samego Prawa i Sprawiedliwości może się zbliżyć do programów Samoobrony i LPR. To uniemożliwiłaby przeprowadzanie dalszych reform i osłabiłaby pozycje Polski w Unii Europejskiej", co dla eurofederastycznie zorientowanej redakcji "Rz" stanowi powód do bojaźliwego dygotu członków jej członków i wystąpienie zimnego potu na "czółkach". Niemieckiego łoża "»Der« Dziennik" szpryngierowski histeryzuje, skądinąd całkiem słusznie dla swej opcji, że "w oświacie szykuje się narodowa rewolucja", jednocześnie publikując obszerny wywiad z Kazimierzem Marcinkiewiczem, który powiedział w nim skromnie przesłuchującemu żurnaliście gazecie, że "zmiany w rządzie nie są dramatyczne". Wypośrodkowaną recenzję wyszykowała redakcja, utrzymywanego przez biznesmena kojarzonego dotąd z obozem post(?)komunistycznym, dziennika "Życie Warszawy", podając zasadę demokracji stosowanej, gdzie w roszadach rządowych na równi z orędownikami prawa i sprawiedliwości liczą się głosy warchołów i osobników skazanych prawomocnymi wyrokami, lecz nie pozbawionych praw obywatelskich - wszytkich wybranych w systemie ordynacji proporcjonalnej, gdzie zawiera się sojusze PO elekcji, a nie PRZED nią, jak to jest w systemie jednomandatowych okręgów wyborczych, kiedy wyborcy mają jeszcze czas na eliminację egzotycznych koalicji: "LPR i Samoobrona mają prawo rządzić w Polsce tak samo, jak inne ugrupowania. (...) W demokracji przepustkę na polityczne salony wystawiają wyborcy, a nie nawet najbardziej szacowne elity i autorytety". Jedynie, co też nie dziwi, dziennik "Nasz Dziennik" - w pompatycznym jak zwykle tonie - wygłaszał pochwalny pean dla "leppsiejszego", "narodowego" rządu PiS-SO-LPR: "Lider PiS-u dopiął swego, nie dając się zatupać garstce redaktorów polskojęzycznych mediów, oszalałych z nienawiści do wszystkiego, co narodowe, ludowe, polskie i chrześcijańskie", a "liderzy pozostałych partii tworzących ten patriotyczny front stanęli na wysokości zadania". Jak widać, "patriotyzm" na miarę "partii założonej przez byłych pracowników Służb Specjalnych PRL", co przed paroma laty wyszło z ust lidera PiS Jarosława Kaczyńskiego, w ocenie redakcji "ND" jest niepośledniej próby i ma swój niewątpliwie dobroczynny wpływ na polską scenę polityczną.
Ale czy można było inaczej? Czy gdyby doszła do skutku zakładana przed zeszłorocznymi wyborami parlamentarnymi koalicja PO-PiS, to wyborcy byliby usatysfakcjonowaniu wyniesionymi do wysokiej rangi państwowej urzędnikami, składającymi się na rząd, w którym większościowa koalicja byłaby złożona z partią, dzięki której mielibyśmy filcowego wicepremiera z Krakowa, niegdysiejszego działacza młodzieżowego ugrupowania Wolność i Pokój, któremu z uśmiechem przyglądała się Służba Bezpieczeństwa, wnioskującego niedawno o odtajnienie dokumentów UOP o powołaniu Samoobrony, ale nie chcącego tego samego uczynić w stosunku do m.in. Platformy Obywatelskiej, której jest prominentem; jego byłego szefa partyjnego, w takim rozdaniu pewnie szefa MSZ - agenta "wywiadu gospodarczego" PRL, szefa ABW Brochwicza, pułkownika wysoce specjalnego dla SLD, ministra leśnictwa w stylu unioeuropejskim Piskorskiego oraz ministra skarbu Lewandowskiego, zawziętego prywatyzatora, obiektu specjalnego zainteresowania prokuratur, który może by jeszcze jakieś nowe NFI wprowadził? I na dokładkę "naszą kochaną Hanię" G-W jako kandydatkę do NBP po towarzyszu ekonomiście PZPR-owskiego chowu Balcerowiczu. Tyż piknie, jak mawiają na Podhalu.

W ramach wypełniania wyborczego, zeszłorocznego przyrzeczenia o zdecydowanym potanieniu dla podatników funkcjonowania administracji rządowej solidarni, samoobronni i polskorodzinni koalicjanci utworzyli z dotychczasowych części ministerstw: Rolnictwa, gdzie istniał departament rybołówstwa, i Transportu i Budownictwa, gdzie był sobie departament "morski i rzeczny" - Ministerstwo Gospodarki Morskiej. Z niebytu powstał poseł Rafał Wiechecki, Minister Żeglugi (oczywiście Wielkiej), który ma - w ramach promocji zaniedbanej etatowo od lat młodzieży (Przecież na początek młodzież nie może inaczej, jak przez etat! Wskazują na taki styl myślenia ambicje tzw. koliduprantów z tzw. stowarzyszenia "Kolyper") - 28 lat. To musi być już geniusz. Inaczej być nie może, inaczej przecież nie zostałby obdarowany tak poważną w mniemaniu etatystów funkcją. Dobór kadr dla zapełnienia stolców urzędniczych wśród etatystów jest traktowany śmiertelnie poważnie i ma - według nich - konotację pozytywną, w odróżnieniu od dotychczasowej, post(?)komunistyczno-libertyńskiej, negatywnej. Ponieważ Minister Żeglugi (Wielkiej) jest świeżej daty kauzyperdą, oczywiście nieskażonym "duchem peerelowskiej gnuśnej i »rozdymanej« biurokracji", podatnicy z niecierpliwością będą oczekiwali pierwszych decyzji personalnych geniusza kauzyperdycznego, gdyż taki na przykład Marek Rocki, były rektor SGH i były szef Rady Służby Cywilnej, ocenia, że tylko wynagrodzenia dla stu pracowników ministerialnych pożerają 5 mln zł rocznie. Nie powinno być wielkich powodów do obaw, gdyż – odłowiona czy nie - ryba to symbol chrześcijan, a LPR-owiec Wiechecki, minister wielko-wodny, samym swym ałtorytetem narodowo-katolickim zadba o wykonanie nałożonego Jego Ekscelencji przez przewodniczącego Romana Giertycha planu zagospodarowania wszechpolskich ambicji działaczy LPR - w typowo skromnym zapewne, katolicki wymiarze, więc nei kosztownym dla przymusowych sponsorów Najmłodszego w Rządzie Ministra.

Media posiadające możliwości publikacji wizerunków z lubością epatują swoich odbiorców wizerunkami tow. Leppera stojącego w rzędzie, albo drogą kolażu - facjat umieszczonych obok siebie - z wszech-Romkiem ministrem Giertychem. Niedawno jedna z gazet wielkonakładowych opublikowała satyryczny rysunek małpoluda o fizjonomii niepokojąco podobnej do jegomościa Marszałka, Przewodniczącego, Doktora oczywiście, i już Wicepremiera (ukłon w stronę kretynów, którzy nazwy pospolite piszą dużą literą, to niestety powszechne w internecie), który w kilku ujęciach, wciąż dzierżąc maczugę - zmienia się od troglodyty czasu łupanego poprzez starożytnie oddanego plastycznie patrycjusza, średniowiecznego mieszczanina, po również dzierżącego maczugę zamiast laski marszałkowskiej i zasupłanego w dwukolorowy "zwis męski" peerelowski, wybrańca społecznego. Minister wychowania szkolnego, przedszkolnego i średniego oraz wuefu, magister Giertych też jest ulubieńcem plastyków obdarzonych boską iskrą talentu graficznego oraz zmysłem prześmiewczej ironii. Nie powinno jednak czepiać się człowieka za jego pozostający poza wolą wygląd, uparcie przywodzący na myśl cenionego artystę zagranicznego Petera Boyle z filmu jerozolimsko-szlachetnych Mela Brooksa i Gene Wildera albo niezapomnianego i wielbionego przez miliony rozentuzjazmowanych wielbicielek Borysa Kristoffa grającego tego samego bohatera ludowych podań opisanych przez pełną entuzjazmu dla niepospolitych wrażeń autorkę Marysię Shelley.
Poza tym imć Roman nie jest i z całą pewnością nie mógłby zostać zapisany do konkursu prezencji w Siedmiogrodzie, jak od lat sugerują wraży publicyści z lewackich strony sceny politykierskiej, w ten sposób usiłując oddać zalety charyzmy byłego młodzieżowego członka konserwatywno-liberalnej partii Unii Polityki Realnej, której wiele tez programowych stara się wcielić w życie faktyczny przewodniczący Ligi Polskich Rodzin (albo Rodzin Polskich, jak pierwotnie jej było), tak wytrawnie i wyśmienicie doprowadzając do wyniesienia z otchłani podprogowych wróżb szamańskich analityków parlamentaryzmu polskiego swoją formację, co do kompletnej rozpaczy i być może zdeklarowanego alkoholizmu doprowadzi wyklinającego go znanego poputczika i weterana wytartych kanap monarchistycznych, oczywiście - również Doktora (...)-Wielomskiego, który zaledwie przed tygodniem z wysokości swej samozwańczej katedry monarchizmu kabaretowego ogłosił ministra Romka wyklętym (Powstań!) przedstawicielem ludu kuńserwatywno-katolicko-monarszego.
Doktór (!) (...)-Wielomski po raz kolejny zwątpił przedwcześnie w swoich wybrańców (pierwszy raz zdarzyło się to mu w zeszłym roku, kiedy zapisując się do UPR po wystąpieniu z niej Stanisława Michalkiewcza w proteście wobec chamstwa i bandytyzmu politycznego tzw. koliduprantów, chwilowo opanowanej przez kumpli od butelki Doktora (...)-Wielomskiego, oczekiwał spełnienia przez PiS swoich marzeń o randze poselskiej), zaczynając od wielbionego po dziś dzień tow. Jaruzelskiego, poprzez Jarosława K., a niedawno bez wazeliny próbowując zapisać się do grona wyznawców "młodego Romka", po raz kolejny doznając zawodu miłosnego i - jak widać, wyjątkowo mierny z niego tzw. polytologista - przedwcześnie spisując na straty swój ostatni obiekt westchnień i mrocznych myśli.
A powracając do kręgu gabinetowo-parlamentarnych zagadnień - rozwydrzonym do granic możliwości dzisiejszym smarkaczom przyda się minister, który samym swoim wyglądem wzbudza trwożliwy szacunek podczas porannych apeli, dlatego z całą pewnością w wielu salach szkolnych jak Polska długa i szeroka zawisną portrety wysokiego (khem, khem..) dostojnika urzędniczego, z wysokości spoglądającego ciężkim wzrokiem na struchlałą dziatwę. A nam, szarym pracodawcom wszystkich ministrów - sług przecież naszych, według etymologii pojęcia - i rodzicom, jednocześnie nie tak dawno przecież podległym nadzorowi MEN uczniom pochłaniającym lektury obowiązkowe i te niekoniecznie, rozwijające nieposkromioną myśl obywatelską, przyjdzie z rozrzewnieniem powspominać niezapomnianych przedstawicieli ciał gogicznych z kart wielu ksiąg Edmunda Niziurskiego, snujących marzenia o narzędziach tortur wspomagających odwieczną walkę gogiczno-uczniacką, którzy zyskali tak nieoczekiwanego i dobrotliwego pomocnika...

No, dobrze, poszutiliśmy, bo jak tu żyć w czasach nieustających rządów socjalistów pobożnych i bezbożnych - wymieniających się rolami od szesnastu lat - bez drobiny wisielczego humoru, to teraz smutny wniosek...
Czy był inny wybór?
Nie. To teraz - do roboty! Ustawy o likwidacji WSI, powołaniu CBA i - w naturalnej kolei rzeczy - dekomunizacyjna czekają! A także - o tym nikt z liberałów gospodarczych nie zapomni - ustawy zmniejszające regulacje państwowe w gospodarce. Bo inaczej - marny wasz los. Pisze to podatnik "regionu polskiego UE" - i wyborca.

Krzysztof Pawlak

Publicystyka Krzysztofa Pawlaka na ASME


Narzędzie demokracji bezpośredniej - Krzysztof Mazur Wysłane sobota, 6, maja 2006 przez Krzysztof Pawlak

Jak wiadomo, demokracja opiera się na założeniu, ze suwerenem jest lud, który ze względów praktycznych powołuje swoich reprezentantów ukonstytuowanych w parlamenty i stanowiących prawa, którym każdy przedstawiciel ludu musi się podporządkować pod groźbą przymusu bezpośredniego.

Stąd też nieustannie posłowie różnych partii powołują się na wolę narodu, ludu, społeczeństwa oskarżając zarazem swoich przeciwników politycznych o sprzeniewierzenie się tej woli. III RP w warstwie instytucjonalnej opiera się na ustroju parlamentarno-gabinetowym, który przez większą część minionego szesnastolecia nie sprzyjał stabilizacji politycznej, powodując nieustanne gry koalicyjne, promowanie politycznych miernot i bieżączkę prawodawczą.
Dodatkowo system taki zaciemnia strukturę i podział władzy wykonawczej, która w obecnej sytuacji w samych ciałach prezydialnych wykreowała marszałka sejmu i pięciu wicemarszałków, premiera i obecnie już czterech wicepremierów, prezydenta i sztab jego ministrów. Wszyscy oni mają swoje ambicje, zazębiające się kompetencje, wszyscy kosztują a mało który ma faktyczną wiedze i władzę potrzebną do kreowania wydarzeń, które jak wiadomo kreuje nieoficjalny ośrodek władzy w osobie Jarosława Kaczyńskiego.
Stąd też istnieje wyraźna potrzeba oparcia zapowiadanej IV RP na nowych podstawach ustrojowych, do czego potrzebna jest gruntowna zmiana regulacji zawartych w ustawie zasadniczej bądź całkowite zniesienie tejże, na co jednakże z pewnością nie zgodzi się nasz obecny establishment. Wydaje się również, że w obecnym składzie sejmu gruntowna zmiana konstytucji będzie trudna do uchwalenia nawet w wyniku prozaicznego "robienia sobie na rękę" przez zwaśnionych, niedoszłych koalicjantów z PiS i PO, od których w głównej mierze zależy osiągnięcie wymaganej względnej większości podczas głosowania. Tymczasem następne wybory nawet gdyby miały się odbyć przed ustawowym terminem, powinny zostać poprzedzone zmianami legislacyjnymi umożliwiającymi ich przeprowadzenie już w oparciu o nowe zasady tak, by następny parlament ponownie nie tracił czasu na "gry pozorów" i mozaiki koalicyjne, lecz skupił się na naprawie państwa.
Konieczną, ale zarazem najtrudniejszą do zaakceptowania, zmianą wydaje się w związku z tym wprowadzenie systemu prezydenckiego, przy czym ceną PiS-u na poparcie przez PO takiego systemu mogłaby być zgoda na wcześniejsze wybory prezydenckie lub skrócenie kadencji prezydenckiej z pięciu do czterech lat.
Niezależnie od atrakcyjności takiego rozwiązania mimo wszystko wydaje się, że bariera obłudy i własnego interesu może okazać się nie do przeskoczenia, dlatego też jedynym wyjściem pozostaje odwołanie się do demokracji bezpośredniej, czyli w polskim wypadku - do instytucji referendum, rzadko dotychczas wykorzystywanego instrumentu, chociaż w niektórych przypadkach aż prosiło się o jego zastosowanie.
W Polsce mamy zupełnie niewydolny system polityczny system ekonomiczny. Pomimo obiecanek dotyczących zmniejszenia obciążeń fiskalnych, odbiurokratyzowania gospodarki czy większej dbałości o interes narodowy, żadna z tych rzeczy nadal nie jest realizowana, a politycy swoje zaniechania najczęściej tłumaczą brakiem przyzwolenia społecznego. W tej sytuacji należałoby jak najszybciej zawołać "sprawdzam" i zapytać obywateli przynajmniej o trzy zasadnicze kwestie: czy są za prezydenckim systemem rządów, czy chcą utrzymywania deficytu budżetowego i dalszego zadłużania państwa oraz czy są za zastąpieniem złotego przez euro (wytł. ASME). Pytanie referendalne nie mogą być zbyt szczegółowe, nie powinno być ich zbyt dużo, a zarazem powinny być precyzyjne, dlatego też optymalnym rozwiązaniem byłoby poruszenie tych trzech zagadnień, konstytuujących zasadnicze kwestie polskiej polityki. Trzecie zagadnienie, koncentrujące się na problemie zastąpienia złotego przez walutę europejską, tak naprawdę dotyczyłoby sprawy renegocjacji traktatu stowarzyszeniowego, gdyż w nim przesądzono już - bez pytania Polaków o zdanie - właśnie kwestię wspólnej waluty dla naszego kraju, a powszechnie wiadomo, że wiele krajów, które wprowadziły euro - obecnie krytykuje system wspólnej waluty, ponadto w UE z powodzeniem funkcjonują kraje, które na wspólną walutę nie przystały.
Oczywiście referendum powinno zostać poprzedzone nowelizacją ustawy zasadniczej, która za wiążące uznaje się wtedy, gdy bierze w nim udział ponad 50 proc. uprawnionych, a biorąc pod uwagę frekwencję wyborczą, nie można oczekiwać, że ponad połowa uprawnionych nagle nabierze ochoty na wypowiadanie się w sprawach polskiej polityki, nie mówiąc już o tym, że postawienie takiego progu ma jakieś sensowne uzasadnienie.
O tym, że nasza ustawa zasadnicza jest zła, świadczy chociażby to, że w referendum zarządzonym z inicjatywy obywateli (wymóg m.in. zebrania 500 tys. podpisów) nie można wypowiadać się na temat podatków i wydatków, co jest rekordem obłudy naszych demokratów, którzy ową, wydawałoby się najbardziej przynależną obywatelom-podatnikom kwestię, na wszelki wypadek zarezerwowali wyłącznie dla parlamentarzystów i prezydenta.
Niezależnie od tego, czy zrządzeniem losu i polityków za kilka miesięcy odbędą się wybory parlamentarne z pewnością jesienią czekają Polaków wybory samorządowe. Dobrze byłoby wykorzystać tę okazję do zadania Polakom wyżej sformułowanych pytań. Świat nie będzie czekał na guzdrałów znad Wisły tkwiących swoim oglądem świata daleko w latach 70. ubiegłego stulecia. Chiny i Indie pędzą gospodarczo, militarnie i technologicznie tak szybko, że przestały zważać na rosnące cen surowców, które sami dyktują, do tego stopnia, że nawet Bush zaczyna utyskiwać na koszty paliw. Słyszał ktoś, by prezydent Hu Jintao zawracał sobie głowę dochodzeniem, kto winduje ceny benzyny? A Polacy zamiast zabrać się za siebie do racji stanu - podnoszą sprawę wysokości becikowego i tak jak za czasów Prusa - wynajdują nowe kroki do poloneza, w postaci rządu z czterema wicepremierami. Pomyśleć, że jeszcze nie tak dawno sensację budziły urodziny dwugłowego cielęcia...

Krzysztof Mazur

Publicystyka Krzysztofa Mazura na ASME


Do dziś nie jest łatwo wytłumaczyć, że wtedy z Partii wyrzucano ludzi, którzy przejrzeli na oczy i chcieli prowadzić walkę o suwerenność, ale także - jak m.in. Kuroń i Modzelewski - przejawiających zaślepienie jeszcze silniejszym lewactwem niż oficjalnie zadekretowany kurs partii komunistycznej - Gość Spotkań Politycznych Oddziału Stołecznego UPR Antoni Zambrowski opowiada o przejawach manipulacji propagandowych stosowanych przez Służby Specjalne PRL na przykładzie kulis tzw. wydarzeń marcowych 1968 roku Wysłane piątek, 5, maja 2006 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |








Do dziś nie jest łatwo wytłumaczyć, że wtedy z Partii wyrzucano ludzi, którzy przejrzeli na oczy i chcieli prowadzić walkę o suwerenność, ale także - jak m.in. Kuroń i Modzelewski - przejawiających zaślepienie jeszcze silniejszym lewactwem niż oficjalnie zadekretowany kurs partii komunistycznej - Gość Spotkań Politycznych Oddziału Stołecznego UPR Antoni Zambrowski opowiada o przejawach manipulacji propagandowych stosowanych przez Służby Specjalne PRL na przykładzie kulis tzw. wydarzeń marcowych 1968 roku
Wysłane piątek, 5, maja 2006 przez Krzysztof Pawlak

Odpowiedź Antoniego Zambrowskiego na książkę Witolda Jedlickiego "»Chamy« i »Żydy«":

Historyczny sojusz "Chamów" i "Żydów" - posłowie Autora
Historyczny sojusz "Chamów" i "Żydów" - cz. VIII (ostatnia) - i zapowiedź uaktualniającego posłowia
Historyczny sojusz "Chamów" i "Żydów" - cz. VII
Historyczny sojusz "Chamów" i "Żydów" - cz. VI
Historyczny sojusz "Chamów" i "Żydów" - cz. V
Historyczny sojusz "Chamów" i "Żydów" - cz. IV
Historyczny sojusz "Chamów" i "Żydów" - cz. III
Historyczny sojusz "Chamów" i "Żydów" - cz. II
Historyczny sojusz "Chamów" i "Żydów" - cz. I

"Nie będę wygłaszał referatu o pełnych aspektach tzw. wydarzeń marcowych z 1968 roku, bo byśmy przez rok tutaj siedzieli, ale chcę powiedzieć po prostu o manipulacjach propagandy PRL, których byłem świadkiem i ofiarą, a przez nie chcę przy tej sposobności poświęcić to, co opowiem, nowszym ofiarom manipulacji propagandowych: naszemu wspólnemu przyjacielowi, redaktorowi Michalkiewiczowi oraz ojcu Tadeuszowi Rydzykowi, którzy teraz tego doświadczają. Historię tamtej manipulacji zacznę od 1961 roku, kiedy to jeden z działaczy Klubu Krzywego Koła, były agent UB, których chciał nawet popełnić z powodu tej współpracy samobójstwo, Witold Jedlicki, wyjechał na Zachód jako »agent wpływu« tow. generała Moczara (Nikołaja Diomki), gdzie napisał paszkwil na pierwsze pokojowe zwycięstwo Polaków nad siłami Zła, czyli imperium sowieckim w roku 1956, pod tytułem »'Chamy' i 'Żydy'«. W PRL-owskim Ministerstwie Spraw Wewnętrznych mieli świetnych psychologów, dlatego wiedzieli, że »książę Pan«, czyli Giedroyc, ponieważ był filosemitą i nie lubił prymasa Wyszyńskiego - z pewnością wyda tę pozycję u siebie w »Kulturze«. Później niezliczona liczba podziemnych wydawnictw powielała te książkę, dlatego Polacy mają wykrzywiony obraz tamtych lat" - Antoni Zambrowski, syn PZPR-owskiego prominentnego funkcjonariusza lat 40., 50. i 60. Romana Zambrowskiego, występujący w ramach Spotkań Politycznych Oddziału Stołecznego UPR, nad którymi objęła patronat medialny TV ASME, rozpoczął swój wykład o metodach manipulacji stosowanych przez SS PRL w okresie przed i w czasie trwania tzw. wydarzeń marcowych roku 1968.

W latach 60. na Uniwersytecie Warszawskim istniał klub dyskusyjny im. Wery Kostrzewy (Marii Koszutskiej) ZMS-u, który prowadzili tow.tow. Kuroń i Modzelewski. Po zamknięciu Klubu Krzywego Koła był to jedyny na terenie Warszawy oficjalnie działający klub, w którym można było prowadzić dyskusje polityczne. Po pewnym czasie też został na polecenie władz zamknięty. Wtedy tow. Kuroń, ideowy komunista, wraz z gronem swoich dawnych wychowanków z drużyny "walterowskiej" (w której w znakomitej większości działały dzieci żydowskich lub o pochodzeniu żydowskim z prominentów partyjnych), niechętnych Kościołowi katolickiemu - zeszli do "podziemia". Razem z tow. Modzelewskim napisali wtedy, by zaimponować temu towarzystwu - osławiony "manifest rewolucyjny", na przełomie lat 1964/95. Egzemplarz tego manifestu, napisanego głównie przez Kuronia - sądząc ze stylu, został znaleziony przez Służbę Bezpieczeństwa, dlatego tow.tow. Kuroń i Modzelewski zostali wyrzuceni ze studiów na Uniwersytecie.
Nikołaj Diomko, sowiecki agent, zwany Mieczysławem Moczarem, miał już (najprawdopodobniej na rozkaz Moskwy) w początkach lat 60. plan "odżydzania Polski", który realizował w porozumieniu z tow. Wojciechem Jaruzelskim, obecnie znanym już innym agentem "Wolskim" Informacji Wojskowej/WSW, ówcześnie najmłodszym generałem tzw. ludowego Wojska Polskiego, który cieszył się wysokim zaufaniem moskiewskich władz okupacyjnych. Tow. Moczar jako niegdysiejszy szef Urzędu Bezpieczeństwa w Łodzi, należał do środowiska "Chamów", stalinowców, którzy przetrwali pokojowe zmiany roku 1956. Podział na "Chamów' "Żydów" do dziś stanowi podstawowy wyróżnik i fundament różnic określających środowisko tzw. post(?)komunistów i pozostałej czeredy "różowych saloników".
Tow.tow. Kuroń i Modzelewski mieli ambicje dorównania Dżilasowi, jugosłowiańskiemu krytykowi leninowsko-marksistowskiej myśli politycznej, jednego z najbliższych współpracowników Josipa "Broza" Tity, adwersarza Stalina, pisząc swój "Manifest", krytyczny w stylu "Nowej klasy" Dżilasa, jednocześnie skłaniając się do trockistowskiej koncepcji "nieustannej rewolucji" w tzw. Liście Otwartym do PZPR. Antoni Zambrowski był - jako ekonomista - jednym z krytyków koncepcji Kuronia i Modzelewskiego. Jednocześnie opowiadając się za listem pasterskim biskupów polskich do biskupów niemieckich - został usunięty z Uniwersytetu Warszawskiego i z partii komunistycznej. Opowiadał się przeciw publicznym wystąpieniom młodzieży akademickiej na ulicach Warszawy, słusznie podejrzewając, że zostanie taki akt wykorzystany do partyjnych rozgrywek i dintojr wewnątrzorganizacyjnych, a ucierpią tylko niewinni zapaleńcy o nastawieniu niepodległościowym. W tym okresie natężenie manipulacji aparatu propagandowego sięgnęło szczytu, a ich pozostałości tkwią w świadomości społecznej po dni dzisiejsze.

Antoni Zambrowski pokazuje szerokiej publiczności dzięki nagraniu TV ASME praprzyczyny tzw. Marca '68: walki frakcyjne w środowisku kolaborantów sowieckich okupantów Polski po śmierci agenta NKWD Bolesława Bieruta, także prawdopodobne przyczyny likwidacji tzw. hufca walterowskiego, przypomina m.in. pierwsze użycie utworzonych przez tow. Gomułkę sił pacyfikacyjnych MO - ZOMO (Zmotoryzowane Odwody MO), w 1957 r., w sanatorium im. Feliksa Dzierżyńskiego dla gruźlików, doskonale oddaje unikalną atmosferę czasów rządów komunistycznych zbrodniarzy PRL-owskich.

Nagranie trwa ponad 1 godzinę (!) i jest dostępne w Sieci do 19 V 2006 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




Minister obronny Sikorski jest znawcą tajników rządów demokratycznych i dlatego tłumy mu sprzyjają - I Prezes UPR Janusz Korwin-Mikke o mechanizmach efektywnego rządzenia Wysłane piątek, 5, maja 2006 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |







Minister obronny Sikorski jest znawcą tajników rządów demokratycznych i dlatego tłumy mu sprzyjają - I Prezes UPR Janusz Korwin-Mikke o mechanizmach efektywnego rządzenia
Wysłane piątek, 5, maja 2006 przez Krzysztof Pawlak

"Mamy kolejną, tragikomiczną sprawę; oto JE minister Radek Sikorski porównał poprowadzenie gazociągu Rosja - Niemcy przez Bałtyk do paktu Ribbentrop - Mołotow. Komisja Europejska oburzyła się i udzieliła reprymendy ministrowi Obrony Narodowej. Zacznijmy od zasadności tych pretensji III RP - są one całkowicie nieuzasadnione!" - Janusz Korwin-Mikke komentuje wypowiedź prominentnego przedstawiciela rządu PiS, odbitą donośnym i postrzeganym jako mało przychylne dla efektywności dyplomacji "IV RP" echem na większości "saloników" europejskich.

Przedstawiciele administracji Polski chcą mieć - dzięki uniemożliwieniu tej budowy - możliwość położenia ręki na kurku z gazem do Niemiec, i wypłacaniu sum za dostarczony z Rosji gaz. Warto zwrócić uwagę, że "reżim tow. Łukaszenki" siedzi cicho i nie gardłuje przeciw tej umowie. Porównanie do Paktu Ribbentrop - Mołotow jest akurat w tym momencie niezbyt zasadne, bardziej właściwie jest odniesienie się do traktatu z Rappallo. Wtedy to Rosja Sowiecka przełamała, oczywiście dzięki przychylności Niemiec, izolację dyplomatyczną i gospodarczą wprowadzoną przez Zachód po zwycięstwie puczu bolszewickiego. Dlaczego więc minister Sikorski, który zna świetnie historię - użył tego porównania? Z powodów rządów demokracji...

Nagranie trwa ponad 4 minut i jest dostępne w Sieci do 19 V 2006 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




Handlarze kucyków - Janusz Sanocki Wysłane czwartek, 4, maja 2006 przez Krzysztof Pawlak

"Królestwo za konia!" - woła podczas bitwy bohater Szekspira, Ryszard III. W potrzebie człowiek gotów jest oddać wszystko za to, co jest niezbędne.
Transakcja: "królestwo za konia" wydaje się i tak niezła w porównaniu z tym, za co musi sprzedawać udział we władzy Jarosław Kaczyński. Już nie tylko Andrzej Lepper z dobrodziejstwem inwentarza, ale jakieś odpryski z LPR, a i to nie starcza. Pozmiatało się, pozbierało i jest zaledwie 223, a powinno być 231. I co tu robić?
Handel będzie trwać. Pewnie za chwilę koalicja wzbogaci się o kolejne koło narodowo-jakieś-tam, ale co będzie, kiedy do uzyskania większości zabraknie tylko jednego posła? Przyjdzie jakiś Franek - jako poseł niezależny, katolicko-narodowo-ludowy i dostanie od Kaczyńskiego wszystko, co będzie chciał. Większa jest bowiem radość w koalicji z jednego, dwustu trzydziestego pierwszego nawróconego niż z 230 sprawiedliwych.
Im mniej potrzeba do większości, tym większa staje się cena za jednego posła - taka jest logika rządu koalicyjnego. Dlatego jawne kupczenie dobrem publicznym trwa, wywołując słuszne obrzydzenie widzów.
Polityka w takim wydaniu coraz bardziej przypomina barokową perukę, upudrowaną i wypachnioną, pod którą kłębiły się wszy i kołtun. Choćby nie wiem jak piękne były hasła i wyborcze obietnice i tak z nich nic nie wyjdzie, bo do rządzenia trzeba większości i trzeba kupić iluś tam posłów "konkretami".
A co dopiero, jeśli idzie o ewentualną zmianę Konstytucji, do której potrzeba 2/3 głosów w Sejmie. Jasne staje się, że nie ma mowy o żadnej zasadniczej zmianie, tylko o kosmetyce i hasło "IV RP" okazuje się jedynie zabiegiem marketingowo-wyborczym.
Lekarstwem na konwulsyjne, wielomiesięczne szukanie większości byłoby zawieranie koalicji przed wyborami. Pisze o tym autor reformy powiatowej, Michał Kulesza, w obszernym artykule w "Dzienniku".
Postulat z gruntu słuszny. W Anglii, Stanach Zjednoczonych, Francji i jeszcze w 60 państwach świata właśnie koalicje zawierane PRZED wyborami są stabilne, posiadają w parlamencie większość i rządzą od następnego poranka po wyborach. Nie muszą się żreć o stanowiska, handlować radami nadzorczymi, funduszami, bo wszystko zostaje ustalone na długo zanim obywatele idą głosować. Wtedy politycy są bardzo porządni, mają mniejsze apetyty, skromniejsze ambicje. Same korzyści, więc dlaczego do licha u nas tak być nie może?
Michał Kulesza, którego znam od 1994 roku, i którego kiedyś namówiłem do wychylenia się i poparcia jednomandatowych okręgów wyborczych na łamach tygodnika „Wspólnota”, tym razem o tym, jak wprowadzić przymus przedwyborczej koalicji nie wspomina. Kluczy wokół tematu, ale ani mru-mru na temat JOW. A to właśnie JOW - nie dobra wola, nie tradycja, ale bezwzględny mechanizm walki o JEDEN mandat w okręgu sprawia, że gromadzą się na dwu biegunach politycznej sceny dwa bloki - centrolewica i centroprawica. Widzimy to teraz we Włoszech, gdzie wraz z wprowadzeniem 3/4 JOW, natychmiast skończyły się rządy "sezonu kąpielowego", a koalicję zawiera się przed wyborami.
U nas mądrzy publicyści komentujący wydarzenia polityczne, biadający w telewizorze nad stanem polskiej sceny, nad brakiem porozumienia itd. ani słowem nie zająkną się o JOW. Nie wiedzą? Wolne żarty! Wiedzą szelmy, ale podtrzymywanie kryzysu leży w ich, albo w ich mocodawców interesie. Chcą, żeby ciągle rozlegało się wołanie: "Państwo za konia!".
Co tam "za konia!". Rozmiary tych polityków i tych publicystów są takie, że na koniach wyglądaliby pociesznie. Im potrzebne są kucyki. Dlatego po sejmowych korytarzach rozlega się wołanie: "Państwo za kucyka!", "Za stado kucyków!", "Za hulajnogę!"...

Janusz Sanocki

  • Janusz Sanocki był burmistrzem Nysy, jest jednym z liderów Obywatelskiego Ruchu na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych

    Witryna ASME Antysocjalistycznego Mazowsza jest najstarszym serwisem w Sieci - oprócz witryny tematycznej JOW - propagującym ideę JOW

    GANZE WELT: A fuj! - antyseminitniki jedne: TOW.TOW. MARKS, LASSALE, FEURBACH, ASNYK, DIDEROT, WOLTER, SŁONIMSKI, GOETHE, LAZARE... Wysłane czwartek, 4, maja 2006 przez Krzysztof Pawlak

    Organizacje zbiorowego pożycia żydowskiej diaspory w Ameryce i Europie starają się od pewnego czasu wywołać wrażenie, iż - początkowo - niektórzy Polacy, później - wszyscy przedstawiciele naszego społeczeństwa, "wyssali antysemityzm z mlekiem swoich matek", jak to uprzejmie określił dystyngowany premier bliskowschodniego państwa Żydów. W tej sytuacji na pewno wielu obserwatorom i komentatorom politycznych prądów, elektryzujących tzw. opinię publiczną w wielu miejscach globu ziemskiego, przyda się poniższe, zaiste mikroskopijne w swym wymiarze, zestawienie znanych i szanowanych przez wiele ośrodków postępowej myśli społeczno-ekonomicznej "ałtorytetów" i ich poglądów na "semityzm" czy jego negację. Ludzie ci mieli niewątpliwy wpływ na kształt i wygląd współczesnej sceny politycznej całego świata.

    Karol Marks - twórca komunizmu, zapalony obserwator przejawów żydowskiej myśli politycznej, a jednocześnie ekonomiczny antysemita. Napisał był to w Zurichu w 1843: "Co otoczone jest kultem u Żyda? Oszustwa (Schaher) Kto jest jego doczesnym bogiem? Pieniądz (Geld) Glob ziemski jest dla nich jedną wielką giełdą. Właściwym bogiem Żydów jest weksel. Jehowa jest tylko iluzorycznym wekslem" ("W kwestii żydowskiej").

    Ferdynand Lassale - żydowski socjalista, choć reformistyczny: "Ruch robotniczy winien trzymać się jak najdalej od kapitalistów i Żydów. Gdzie ci ostatni bowiem występują jako kierownicy i przywódcy, tam zawsze pilnują tylko swoich interesów".
    Nadzwyczajna szczerość. Prochy tow. Lassalle'a spoczywają na cmentarzu żydowskim we Wrocławiu. Kiedy był tam złożon - to miasto zwało się Breslau, i było pełne Niemców oraz Żydów i Polaków.

    Ludwik Feuerbach - intelektualne natchnienie Marksa: "Wiara żydowska jest egoizmem w formy wyznaniowe ubranym. Ich bóg jest personifikacją rasowego samolubstwa".

    Adam Asnyk - poeta: "Antysemityzm często hodują handlarze,\ z których każdy dla siebie pewien zysk w nim widzi;\ kiedy się interesem korzystnym ukaże,\ ujmą go w swe ręce niezawodnie Żydzi".

    Denis Diderot - wybitny mason i libertyn francuski, twórca "Encyklopedii": "I ty, zły i brutalny narodzie, podły i wulgarny ludzie, niewolnicy godni jarzma, które dźwigacie... Idźcie, weźcie swoje księgi i odejdźcie", "Talmud nauczył Żydów kraść własność chrześcijan, uważać ich za dzikie bestie, popychać ich w przepaść... zabijać ich bezkarnie i co rano rzucać w nich bluźnierstwem".

    Wolter (Francois Marie Arouet) - zaciekły postępowiec i wróg katolicyzmu, a na dodatek taki "antysemita": "Dlaczego Żydzi są znienawidzeni? Jest to nieuchronny skutek ich praw; albo muszą każdego pokonać, albo być znienawidzonymi przez całą ludzkość. Naród żydowski ośmiela się ujawniać nieprzejednaną nienawiść do wszystkich narodów i buntuje się przeciwko wszelkim prawom; zawsze zabobonny, zawsze zawistny za wszelkie dobro należące do innych, zawsze barbarzyński - pozorny w nieszczęściu i zuchwały w powodzeniu" ("Essai sur les moeurs"). "Znajdziecie w Żydach jedynie niedouczony i barbarzyński naród, który przez długi czas łączył skąpstwo z najbardziej obrzydłymi zabobonami i nieprzezwyciężoną nienawiścią do ludów, które ich tolerują i na których Żydzi się bogacą" ("Juif" Dictionnaire Philosophique). "Wszyscy oni mają wrodzony fanatyzm , tak jak Bretończycy czy Niemcy rodzą się z jasnymi włosami. Nie byłbym ani trochę zdziwiony, gdyby naród ten stał się śmiertelnym zagrożeniem dla ludzkości" ("Letters de Memmiusa Ciceron" 1771).
    Ojciec ideologiczny krwawej prekursorki socjalizmu wszechświatowego znanej pod pojęciem Republiki Francuskiej - "rasistą, nazistą i antysemitą"? Pod gilotynę z Aroutem-antysemitnikiem!

    Antoni Słonimski - żydowski libertyn, poeta, intelektualista stalinowski. "Wiadomości literackie" 1924: "Prócz wstrętu budzi jeszcze we mnie gniew fałszywy i nikczemny stosunek Żydów do zagadnień narodowych. Naród ten, narzekający na szowinizm innych ludów, jest sam najbardziej szowinistycznym narodem świata. Żydzi, którzy skarżą się na brak tolerancji u innych, są najmniej tolerancyjni. Naród, który krzyczy o nienawiści, jaką budzi, sam potrafi najsilniej nienawidzieć".

    Wolfgang Goethe - niemiecki poeta: "Naród izraelski nie był nigdy wiele wart, co im ich wodzowie, sędziowie i prorocy tysiąckrotnie wypominali, posiada on bardzo mało cnót, natomiast nieomal wszystkie wady innych narodów. Cóż można bowiem powiedzieć o takim narodzie, który w swej wielowiekowej wędrówce znaczy tylko ślady zepsucia i wyzysku innych narodów? Nikt też się dziwić nie może, że nie mamy do Żydów zaufania i że uważamy za obowiązek strzec naszej kultury od skażenia jej przez nich".
    Pan artysta Goethe - choć czas jego aktywności przypadł dwa wieki przed zinstytucjonalizowanym i - jak na Niemców przystało - wysoce efektywnym systemem państwowego aparatu zagłady wymierzonego najpierw w Polaków, potem w Żydów - był jednym z prekursorów niemieckiego programu "odkażania" kultury Europejczyków jednoczących się w swej Pierwszej Unii Europejskiej - którego tym "prawicawym" i NARODOWO-SOCJALISTYCZNYM, spod znaku swastyki, Szkopom - mimo olbrzymich wysiłków nie udało się zrealizować...

    Bernard Lazare - francuski Żyd: "Gdyby nienawiść i wstręt okazywał tylko jeden naród, byłoby to zrozumiałe. Jednakże Żydzi na tę nienawiść narażeni byli zawsze i od wszystkich narodów, wśród których żyli. Ponieważ wrogowie Żydów należeli do najróżniejszych narodów, narody te żyły w krajach bardzo od siebie odległych, wyznawały inne religie, miały inną kulturę i inne prawa, przeto przyczyny antysemityzmu tkwią w Żydach a nie w narodach, wśród których żyją" ("L'antisemitisme" Paryż 1933). Czy powinno się złożyć wniosek o wykluczenie pana Lazare z narodu?


    I w dodatku - trzynastego! - Stanisław Michalkiewicz Wysłane wtorek, 2, maja 2006 przez Krzysztof Pawlak

    13 maja pan prezydent Lech Kaczyński i ukraiński prezydent Wiktor Juszczenko mają spotkać się we wsi Pawłokoma, by tam, pod pomnikiem ukraińskich mieszkańców tej miejscowości, rozstrzelanych w marcu 1945 roku przez oddział Armii Krajowej, dokonać "aktu pojednania". "Gazeta Wyborcza" informuje, że inicjatywa odbycia pojednania akurat w tym miejscu wyszła od prezydenta Wiktora Juszczenki, utrzymującego, iż jest to pomysł Jacka Kuronia, który miał wyrazić takie pragnienie jeszcze w 2003 roku. Jeśli to prawda, to wygląda na to, iż polską polityką zagraniczną nadal kieruje Jacek Kuroń, tyle że już zza grobu. Jest to oczywiście znakomity argument na potwierdzenie istnienia życia po życiu, chociaż z drugiej strony takie rewelacje podważają nieco zapewnienia pana prezydenta Kaczyńskiego, że nie tylko mocno ujmie stery polskiej polityki zagranicznej, ale również - że w większym niż dotychczas stopniu będzie bronił polskiego interesu państwowego.

    Tymczasem już na pierwszy rzut oka widać, że dokonany przez prezydenta Juszczenkę wybór Pawłokomy na miejsce spektakularnego pojednania, znakomicie wpisuje się w interes, ale bynajmniej nie polski, tylko - jeśli mówimy w kategoriach państwa - w ukraiński, a po drugie - w partyjny interes Naszej Ukrainy - macierzystego ugrupowania ukraińskiego prezydenta. Gołym okiem widoczna jest bowiem intencja stworzenia wrażenia symetrii polskiej i ukraińskiej martyrologii wojennej. Oczywiście o żadnej symetrii mowy być nie może; ludobójstwo na polskiej ludności Wołynia, zostało zaplanowane i dokonane z inicjatywy nacjonalistycznego ugrupowania OUN, pretendującego do przewodzenia ukraińskiemu narodowi - zarówno elicie, jak i "czerni" - w celu zapewnienia narodowi ukraińskiemu odpowiedniej "przestrzeni życiowej", podczas gdy mężczyźni z Pawłokomy - co prawda według zasady odpowiedzialności zbiorowej - zostali rozstrzelani w odwecie za domniemany współudział w uprowadzeniu i zamordowaniu polskich mieszkańców tej wsi. W tej sytuacji pan prezydent Lech Kaczyński będzie 13 maja statystował w widowisku wyreżyserowanym przez stronę ukraińską, w której niewątpliwym interesie leży stworzenie wrażenia i polskiej winy, i takiej symetrii. Na domiar złego, widowisko to będzie również w interesie Naszej Ukrainy, której trzonem są nacjonaliści, podobnie zresztą, jak w Bloku Julii Tymoszenko. Uważają oni OUN i UPA za swoich bohaterów, więc jest rzeczą oczywistą, że nie potępiają efektów ich polityki. W tej sytuacji jest bardzo prawdopodobne, że polski prezydent będzie w Pawłokomie uwiarygadniał Wiktora Juszczenkę w oczach ukraińskich nacjonalistów.
    Zresztą nie po raz pierwszy. Już podczas "pomarańczowej rewolucji" przedstawiciele polskich władz państwowych, w osobach m.in. prezydenta Kwaśniewskiego, postawili znak równości między tamtejszymi nacjonalistami a ukraińskim narodem, legitymizując tym samym ten nurt polityczny wobec reszty Europy. Też statystowali w widowisku wyreżyserowanym i sfinansowanym przez Borysa Abramowicza Bieriezowskiego, któremu, podobnie, jak innym żydowskim "oligarchom", administracja prezydenta Busha podsuwa Ukrainę (wcześniej również Gruzję) na otarcie łez po utracie rosyjskich alimentów. Niepodległość Ukrainy leży oczywiście w polskim interesie państwowym, natomiast oddanie Ukrainy w arendę Borysowi Abramowiczowi Bieriezowskiemu i innym żydowskim grandziarzom - już niekoniecznie. Co innego - lobby żydowskie w Polsce, które takim obrotem sprawy może być żywotnie zainteresowane i nawet gotowe jest na to konto udzielić poparcia nacjonalistom, tak energicznie gdzie indziej zwalczanym. Trzeba jednak w takim razie odpowiedzieć sobie na pytanie - kto właściwie nadaje ton polskiej polityce zagranicznej, a polityce wschodniej w szczególności: czy konstytucyjne organy państwa, czy - zza grobu Jacek Kuroń, któremu narządu mowy uprzejmie użycza organ żydowskiego lobby w Polsce - "Gazeta Wyborcza"? Powiedzmy sobie szczerze, że dotychczasowe urzędowanie pana prezydenta Lecha Kaczyńskiego przyniosło już kilka gaf, wskazujących, że Kancelaria Prezydenta RP może być niestety niezbyt dobrze przygotowana do roli strażnika polskiego interesu państwowego. Nie ma co tego ukrywać; trzeba wyciągnąć wnioski, ale oczywiście nie takie, by politykę zagraniczną już całkowicie wypuścić w arendę.
    Pojednanie między narodami ukraińskim i polskim dokonuje się bowiem bez potrzeby urządzania przedstawień, czy to w Pawłokomie, czy gdzie indziej. Jeśli obywatele Ukrainy przyjeżdżają do Polski czy to na handel, czy do pracy, to nie są to bynajmniej roboty przymusowe, a wiadomo, że nic tak nie sprzyja pojednaniu, jak bliższe poznanie. Oczywiście nie zawsze, ale bez tego to już w ogóle nie ma o czym mówić. Narody chcą się poznawać; Ukraińcy chcą przyjeżdżać do Polski, Polacy chcą jeździć na Ukrainę, pracować i handlować... Jeśli cokolwiek im w tym przeszkadza, to tylko polityka władz państwowych, np. ukraińskie embargo na polskie mięso i wędliny. Niech zatem każdy robi to, do czego jest powołany; politycy - do polityki, a do przemysłu rozrywkowego - aktorzy.

    Stanisław Michalkiewicz

    Publicystyka Stanisława Michalkiewicza na ASME i nagrania TV ASME


    Efekty postępowej tresury - Krzysztof Mazur Wysłane wtorek, 2, maja 2006 przez Krzysztof Pawlak

    "Człowiek wszędzie jest taki sam. Trochę dobra trochę zła. Każdy ma swoją kulturę. Nie porównuj ich w ogóle. (...) Jest tylko jedna, ludzka rasa" - takie przesłanie niosą słowa jednej z postępowych przyśpiewek rockowych mającej stanowić dowód tzw. społecznego zaangażowania artystów. Tymczasem najpierw belgijska, a następnie europejska opinia publiczna została zbulwersowana morderstwem na nastolatku, którego mieli dokonać przedstawiciele tamtejszej - jeszcze - mniejszości muzułmańskiej. W związku z tym kryminalnym wydarzeniem ulicami Brukseli przeszły jak zwykle w takich sytuacjach "marsze przeciw przemocy", nie bardzo wiadomo, do kogo adresowane, bo chyba ich uczestnicy nie są na tyle naiwni, by uwierzyli, że takie protesty zresocjalizują potencjalnych lub wielokrotnych morderców, a media obszernie opisujące takie akcje raczej nie wspominają o zaostrzeniu kar wobec zwyrodnialców, nie mówiąc już o przywróceniu wyklętej w UE kary śmierci.

    Po kilku dniach policja ustaliła jednakże, że sprawcami napadu i zabójstwa na nastolatku byli młodzi Polacy, z których jeden, ten który miał bezpośrednio dokonać tego czynu, zbiegł do Polski. W związku z powyższymi ustaleniami sprawą nagle zainteresowały się polskie media, pełne spekulacji dotyczących odbioru naszego kraju po wykryciu, iż sprawcą haniebnego czynu był rodak. Każda korespondencja na ten temat zawierała w podtekście pytane o społeczny wizerunek Polaków i Polski w sytuacji, gdy jeden z obywateli naszego kraju dopuścił się najgorszego przestępstwa i to na obywatelu innego kraju UE. Świadczy to o podniesieniu odpowiedzialności zbiorowej do rangi zasady życia społecznego, a nawet wykraczającego poza ramy samego zwyczaju, o czym świadczy wyjątkowe zaangażowanie dużej liczby policjantów i najnowszych środków techniki operacyjnej w złapaniu młodocianego przestępcy, co przyznał publiczne sam pierwszy "pies" RP. Tymczasem wkrótce po ustaleniu, iż morderca jest obywatelem polskim, media z pewnym widocznym uczuciem ulgi zakomunikowały, że jest to wprawdzie obywatel polski, ale "narodowości romskiej". Czyli z jednej strony nawoływania, że "Człowiek wszędzie jest taki sam. Trochę dobra trochę zła. Każdy ma swoją kulturę. Nie porównuj ich w ogóle. (...) Jest tylko jedna, ludzka rasa", ale jak przyjdzie co do czego, to okazuje się, że istnieje jednakże zapotrzebowanie na rasę i narodowość. Po ustaleniu, że mordercami nie są jednak Arabowie, ale Polacy, Belgowie natychmiast zastrzegli, że przebywali oni w Belgii nielegalnie, chociaż jak najbardziej legalnie nastolatkowie-mordercy chodzili do tamtejszych szkół i byli nawet wyróżniającymi się uczniami (poziom tych szkół musi być faktycznie bardzo wysoki). Z kolei polskie media uspokoiły tych rodaków, którzy już chcieli przepraszać naród belgijski za okrucieństwo swoich współziomków, przekazując natychmiast, jak się tylko dało informuję, że wprawdzie morderca był obywatelem polskim, ale jednak narodowości romskiej. Pomimo tego już wcześniej jakaś delegacja polskiej młodzieży udała się na miejsce zbrodni, aby uczcić pamięć zamordowanego - a właściwie to pokazać opinii europejskiej, że Polacy nie się wyłącznie narodem morderców, a niektóre jednostki posiadają nawet w podstawowym stopniu rozwinięte tzw. wyższe uczucia. Z żadnymi przeprosinami, a przynajmniej nic o tym nie mówiono ani nie pisano, nie pośpieszyli przedstawiciele "narodowości romskiej", którzy widocznie albo nie uznają zasady odpowiedzialności zbiorowej, co stawia ich na wyższym poziomie rozwoju cywilizacyjnego niż "europejczyków", albo mają wszystko daleko w nosie. Pewnym testem na wybór jednej z tych orientacji byłoby zamieszczenie informacji, że mordercą był obywatel polski, ale "narodowości nie romskiej", ale cygańskiej - ale raczej pewnym jest, że i w tym przypadku rodzonych Cyganów zagłuszyliby protestami dyżurni strażnicy politycznej poprawności. A przy okazji, skoro do przeprosin poczuwają się Polacy, a nie Romowie, to widocznie złe skłonności nie są dziedziczone w genach lub wysysane z mlekiem matki, ale wynikają z obywatelstwa, co jednakże podpada pod rewizjonizm, gdyż mogłoby postawić pod znakiem zapytanie pewne popularne i zadekretowane do wierzenia poglądy.
    Biorąc pod uwagę, że na samych Wyspach Brytyjskich żyje i pracuje co najmniej jedna "metropolia" Polaków, to że dotychczas tak mało mieliśmy powodów do przepraszania Anglików, Irlandczyków etc., może świadczyć jedynie o tym, że za chlebem wyjeżdża lepsza część naszych rodaków, z kolei to, że morderca zbiegł z "liberalnej" przecież Belgii do Polski - wskazuje z kolei, że pod względem humanitaryzmu i respektowania praw wykolejeńców nie tylko dogoniliśmy - ale nawet przegoniliśmy Europę! No chyba, że młodociany zabójca liczył na większą nieudolność rodzimej policji, ale jakby nie było, żadna z tych możliwości nie wystawia naszemu krajowi dobrego świadectwa i to jest prawdziwym powodem do zmartwienia - a nie fakt, że część współobywateli to pospolici bandyci, z którymi oprócz podobnego paszportu nic nas przecież nie łączy.

    Krzysztof Mazur

    Publicystyka Krzysztofa Mazura na ASME


    To przeciąg wywietrzający "polityków z pleksiglasu" powoduje zaskakujące wyniki rozmów z "Marchołtem grubym a sprośnym" - Łukasz Perzyna o dziejowej konieczności tworzenia politykierskich rozwiązań w łonie sprawujących władzę ugrupowań parlamentarnych Wysłane sobota, 29, kwietnia 2006 przez Krzysztof Pawlak

    | Pobierz |








    To przeciąg wywietrzający "polityków z pleksiglasu" powoduje zaskakujące wyniki rozmów z "Marchołtem grubym a sprośnym" - Łukasz Perzyna o dziejowej konieczności tworzenia politykierskich rozwiązań w łonie sprawujących władzę ugrupowań parlamentarnych
    Wysłane sobota, 29, kwietnia 2006 przez Krzysztof Pawlak

    "Rozmowy, jakie wiódł król Salomon z »Marchołtem grubym a sprośnym« - to taki wątek, który w kulturze polskiej przewija się od XVI wieku, aż dziw, że po tylu wiekach ten motyw powraca i rzutuje na krajobraz polskiej polityki i to w sposób paradoksalny. Koalicja miała być nie taką, jaka jest w tej chwili - a zdecydował o tym jeden człowiek i to bynajmniej nie Jarosław Kaczyński, a Andrzej Lepper, który okazał się tym Marchołtem, który ograł tego »naszego Salomona«, uchodzącego za najbardziej skutecznego polityka sceny »prawicawej« w Polsce" - Łukasz Perzyna, publicysta "Tygodnika Solidarność" i naszej witryny ASME, komentuje wynik wielotygodniowych wysiłków nad utworzeniem większościowej koalicji rządowej z poduszczenia i "ramienia" ugrupowania Prawa i Sprawiedliwości.

    Zgodnie z prawem Kopernika-Grishama - moneta gorsza wyparła monetę lepszą, lepiej nie gryźć monety Samoobrony, bo ta - oparta na "cynie" społecznym, może szybko zostać przegryziona przez zęby analityków politycznych.
    PiS oparło się w poszukiwaniu "większości parlamentarnej" na posłach Mniejszości Niemieckiej, co już jest wyjątkowo śmieszną okolicznością, opisującą "skuteczność" Jarosława Kaczyńskiego, który nie tak dawno zaakceptował działania swojego "pijarowca" Kurskiego wykorzystującego w toku zeszłorocznej kampanii wyborczej resentymenty antyniemieckie.
    Paweł Śpiewak z Platformy Obywatelskiej wykorzystał ten czas na umiejętność nie zatracenia socjologicznego instynktu i zwrócenia uwagi na popełnianie przez oba dominujące ugrupowania na scenie politycznej podstawowych błędów. PO wykluczając w błyskawicznej trybie Pawełka Piskorskiego ze swych szeregów, zaprzeczyła swoim zapewnieniom, że z zarzutów nie można wyciągać konsekwencji politycznych na podstawie "poszlak prasowych". Ta sama ścieżka odpowiedzialności zapewne będzie w przyszłości zastosowana w kolejnych przypadkach wykluczenia, np. Donalda Tuska z PO, kiedy inni "politycy z pleksiglasu" podobni Piskorskiemu - zostaną zużyci w walce wyborczej i politycznej, jak np. Adam Bielan z PiS - osiągną status niewygodnych poputczików zasługujących na eksterminację z hipotetycznych wyżyn "kariery politykierskiej" i zaznają poczucia porażki osobistej...

    Nagranie trwa prawie 15 minut i jest dostępne w Sieci do 12 V 2006 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




    Czy JE Stanisław kardynał Dziwisz odbierze mi tytuł "czołowego antysemitnika"? - Stanisław Michalkiewicz zastanawia się nad konsekwencjami kolejnych wystąpień przedstawicieli "przedsiębiorstwa Holokaust" Wysłane czwartek, 27, kwietnia 2006 przez Krzysztof Pawlak

    | Pobierz |








    Czy JE Stanisław kardynał Dziwisz odbierze mi tytuł "czołowego antysemitnika"? - Stanisław Michalkiewicz zastanawia się nad konsekwencjami kolejnych wystąpień przedstawicieli "przedsiębiorstwa Holokaust"
    Wysłane czwartek, 27, kwietnia 2006 przez Krzysztof Pawlak

    "Aleksander Sołżenicyn mawiał, że »z władzą sowiecką nie będziesz się nudził«. Wydaje się, że z władzą żydowską też tak będzie. Cóż to byłoby za władza w Polsce i w Europie, bo oto jedno z centr »żydowskiego gestapo« - te z Wiednia, czyli z Centrum im. Szymona Wiesenthala, nadeszło upomnienie do polskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych w sprawie »antysemickiego charakteru Drogi Krzyżowej w Kalwarii Zebrzydowskiej«, którą prowadził w tym roku JE Stanisław kardynał Dziwisz. Dyrektor tego Centrum wystosował żądanie »wyjaśnień z tej sprawy między Krakowem a Auschwitz«. Polegało to ponoć na »wystąpieniu w strojach z epoki oraz przedstawieniu Żydów w sposób stereotypowy«. Ten zarzut jest rzeczywiście trafny" - Stanisław Michalkiewicz komentuje kolejny wyskok "przedsiębiorstwa Holokaustu".

    Ponoć w ten sposób "Polska złamała zobowiązania zaciągnięte wobec Wspólnot Europejskich". Jakie to są zobowiązania, tego jeszcze nie wiemy. Jakieś były zaciągnięte, może były i takie, że nie wolno urządzać takich misteriów w Polsce, w stosownym czasie zostanie zapewne nam to objawione?
    Jego Eminencja w ten sposób będzie sie mógł na własnej skórze przekonać, że tutaj się strzela naprawdę, Może - jak tak dalej pójdzie - stać się "czołowym antysemitą w Polsce" i odebrać Stanisławowi Michalkiewiczowi ten tytuł - bulwersuje się takim obrotem spraw nasz publicysta.
    Po 2 (DWÓCH) dniach z Francyi odezwał się jakiś przewodniczący stowarzyszenia "Żydów we Francji", Jean Kahn, który oskarżył Polskę, Węgry, Rumunię i Ukrainę o "odpowiedzialność za śmierć kilkuset tysięcy Żydów". Widzimy więc wyraźnie, że "akcja upokarzania Polski na arenie międzynarodowej", która została zapowiedziana przez pana Singera przed kilkoma laty - trwa w najlepsze i nadal dokonuje się stopniowego przerzucania winy za zagładę Żydów z Niemców na narody wyglądające na słabsze.
    Ale może dzięki temu w safandulskim nardzie polskim obudzi sie reakcja na te hucpiarskie żądania...?

    Nagranie trwa prawie 8 minut i jest dostępne w Sieci do 11 V 2006 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




    Równość na jeden dzień - prof. Jerzy Przystawa Wysłane czwartek, 27, kwietnia 2006 przez Krzysztof Pawlak

    "Nie psujcie państwa!" - woła wielkim głosem prof. Marek Safjan, prezes Trybunału Konstytucyjnego. Kto psuje państwo? Jarosław Kaczyński buntuje się przeciwko werdyktowi TK, który właśnie zakwestionował nowelizację ustawy o adwokaturze, naruszającej ustalone "od wieków" przywileje korporacyjne. Jak można kwestionować orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego - superwładzy, posiadającej uprawnienie konstytucyjne wydawania ostatecznych wyroków, jakich nikt już nie ma prawa podważać?
    Od kilku dni toczy się w mediach burzliwa dyskusja na temat "równości"; czy to możliwe, żeby w demokratycznym państwie prawa, za jakie oficjalnie uchodzi Polska, byli "równi i równiejsi"? Codziennie przywołuje się zdania z "Folwarku Zwierzęcego" Orwella, bo nagle się okazuje, że w Polsce nie ma zagwarantowanej konstytucyjnie równości obywateli, a równość tę łamie ustawa o adwokaturze, bo zamyka - praktycznie - drzwi tej profesji przed kandydatami spoza środowiska.
    "Psucie państwa" to historyczne słowa prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego, jakie wypowiedział podpisując uchwaloną w kwietniu 2001 roku nowelizację ordynacji wyborczej do Sejmu, zmieniającej tzw. metodę d'Hondta na metodę Sainte-Lague. Było to jednak zepsucie tylko chwilowe, bo zaraz po wyborach w 2002 roku, nowy Sejm szybko wrócił do "starej", dzięki czemu mamy dzisiaj całkiem niepopsuty Sejm z PiS-em i Jarosławem Kaczyńskim na czele.
    Groźba "psucia państwa" jest dzisiaj znacznie mniejsza, gdyż dzięki wprowadzonej nowej konstytucji orzeczeń Trybunału Konstytucyjnego nie ma jak podważyć. W tym sensie konstytucja Kwaśniewskiego jest znacznie lepsza od tej, którą w 1982 roku nowelizował generał Jaruzelski, wprowadzając do życia publicznego najważniejszego strażnika i gwaranta demokracji, jakim jest Trybunał Konstytucyjny. Tyle tylko, że komuniści, dodali jeszcze mechanizm zabezpieczający przed "wpadkami"; a nuż Trybunał Konstytucyjny wydałby jakiś werdykt "psujący państwo"? Konstytucja Jaruzelskiego przewidywała, iż orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego mogło być uchylone przez Sejm większością 2/3 głosów. I wszystko było świetnie, jak długo mieliśmy Sejm, którego decyzje były w pełni przewidywalne i można było na nim polegać.
    Kiedy na czele państwa stanął Aleksander Kwaśniewski Sejm był już znacznie mniej przewidywalny niż w latach stanu wojennego. Oczywiste jest, że znacznie bardziej przewidywalne są decyzje wąskich gremiów, szczególnie jeśli się zadba, żeby ich skład był odpowiedni. Stąd w konstytucji Kwaśniewskiego decyzje Trybunału Konstytucyjnego są ostateczne i niepodważalne.
    Co do tego, że skład Trybunału Konstytucyjnego jest odpowiedni nie może być wątpliwości. Wystarczy obejrzeć sylwetki jego kolejnych prezesów, od znakomitego profesora Alfonsa Klatkowskiego - wieloletniego posła, członka Rady Państwa itd., itp., poprzez Mieczysława Tyczkę, Andrzeja Zolla, po obecnego prezesa prof. Marka Safjana. Wszyscy oni mają na swoim koncie błyskotliwą karierę naukową w czasach jak najbardziej "przewidywalnych". Profesor Marek Safjan, to wręcz "przewidywalność dziedziczna" - bo jest synem autora scenariusza wielkiego dzieła kinematografii polskiej "Stawki większej niż życie", wybitnego literata Zbigniewa Safjana, szefa zespołu pisarzy partyjnych przy KC PZPR, szefa Komisji Wychowania Patriotycznego PRON, a już całkiem niedawno - redaktora naczelnego "Dos Jidische Wort".
    Wojna Jarosława Kaczyńskiego z dzieckiem stanu wojennego, jakim jest Trybunał Konstytucyjny, budziłaby moją sympatię, gdyby nie podejrzany przedmiot sporu. Jeśli Prawo i Sprawiedliwość rzeczywiście ma zamiar walczyć o respektowanie konstytucyjnej zasady równości w życiu publicznym, to byłbym za tym, żeby tę walkę zacząć od samych podstaw naszego ustroju; gdzie, i czy w ogóle, można w Polsce mówić dzisiaj o respektowaniu tego fundamentalnego wymogu demokracji? Moim zdaniem, w Polsce konstytucyjna równość obywateli respektowana jest tylko, średnio, jednego dnia na cztery lata: w dniu głosowania! Tylko wtedy, kiedy idziemy głosować, rzeczywiście, wszyscy jesteśmy równi: każdy ma tylko jeden głos, obojętnie biskup czy szewc, profesor czy bezrolny analfabeta, Jarosław Kaczyński czy Marek Safjan, a nawet niżej podpisany.
    Deklaracja Praw Człowieka i Obywatela, uchwalona jeszcze w 1789 roku, w art. VI głosi:
    "Wszyscy obywatele są równi w obliczu prawa, wszyscy w równej mierze mają dostęp do wszystkich dostojeństw, stanowisk i urzędów publicznych, wedle swego uzdolnienia i bez żadnych innych preferencji, prócz ich osobistych zasług i zdolności".
    Zapisy Konstytucji RP z 1997 roku głoszą to samo:
    Art. 32.1. "Wszyscy są wobec prawa równi. Wszyscy mają prawo do równego traktowania przez władze publiczne.
    2. "Nikt nie może być dyskryminowany w życiu politycznym, społecznym lub gospodarczym z jakiejkolwiek przyczyny".
    Art. 96.2. "Wybory do Sejmu są powszechne, równe, bezpośrednie i odbywają się w głosowaniu tajnym".
    To samo, niemal słowo w słowo, gwarantowała nam Konstytucja PRL z 22 lipca 1952 roku, na straży której, 30 lat później, generał Jaruzelski postawił Trybunał Konstytucyjny:
    Art. 69: "Obywatele PRL… mają równe prawa we wszystkich dziedzinach życia państwowego, politycznego, gospodarczego, społecznego i kulturalnego".
    Art. 80. "Wybory do Sejmu są powszechne, równe, bezpośrednie i odbywają się w głosowaniu tajnym".
    W PRL, tak jak w III RP, co cztery lata odbywały się wybory do Sejmu. Czy ktoś z nas pamięta, żeby jakiś wybitny profesor prawa, choćby tylko spośród najjaśniejszych gwiazd prawniczego firmamentu, jak Safjan, Zoll, Tyszka, Kaflowski, Gebethner, Winczorek - a gwiazd tych naprawdę nie brakuje - zakwestionował ustawową realizację "równości wyborów" do Sejmu?
    Tamte wybory odbywały się, de facto, w dwóch turach: w pierwszej turze zbierali się sekretarze partyjni i ustalali listę kandydatów, w drugiej turze poddani ich władzy "obywatele" mieli prawo pójść i oddać głos.
    Na czym polega zmiana?
    Wybory do Sejmu odbywają się w dwóch turach: w pierwszej turze zbierają się "sekretarze" partyjni i ustalają listy kandydatów. W drugiej turze ich poddani mają prawo pójść i oddać głos. "Różnica" polega na tym, że pomimo, iż członków partii jest co najmniej 10 razy mniej, to co najmniej 10 razy więcej jest "sekretarzy" i więcej partii.
    Jak dzisiaj widzimy, tych partii jest za dużo. Mamy pat polityczny, bo dla wszystkich partii nie starcza stanowisk, posad i apanaży. Poszukuje się więc sposobu, aby temu zaradzić. Jednym ze sposobów miał być tzw. próg wyborczy, drugim ustawa o finansowaniu partii politycznych, żeby już nikt, spoza uprzywilejowanego grona kilku partii nie miał możliwości włączenia się do tych zawodów. Intensywnie poszukiwane są dalsze i lepsze sposoby. Ostatnią z propozycji był projekt ordynacji wyborczej PiS. Nasi władcy marzą o "dwupartyjnym systemie politycznym"! Jak skonstruować taką ordynację wyborczą, żeby tylko "te dwie partie" mogły uczestniczyć w podziale łupów? Przecież dwie partie, to znacznie więcej niż jedna, czy ktoś może mieć wątpliwości?
    "Dwupartyjny system polityczny" mamy w takich krajach, jak Wielka Brytania czy USA. Tam jednak, zdaniem Lecha Kaczyńskiego, nie ma demokracji. Dlaczego? Bo wybory odbywają się W JEDNEJ TURZE i to tylko W DRUGIEJ! Nie ma w ogóle PIERWSZEJ TURY, w której sekretarze partyjni ustalają, kto w ogóle może być posłem! Czy tak ma wyglądać demokracja? Czy tak ma być realizowana zasada równości? Never! Lech Kaczyński zapewnił, że gdyby Sejm miał wprowadzać takie pomysły, to na ich drodze stanie prezydenckie VETO!

    Wrocław, 26 kwietnia 2006

    Jerzy Przystawa

  • Prof. Jerzy Przystawa był w kadencji 1990 - 1998 radnym rady miejskiej Wrocławia, startował w wyborach do Senatu Rzeczypospolitej Polskiej przeprowadzonych w dniu 21 września 1997 r.
    Od kilkunastu lat jest jednym z liderów Ruchu Obywatelskiego na rzecz JOW.

    Publicystyka prof. Jerzego Przystawy na ASME.


    Witryna ASME Antysocjalistycznego Mazowsza jest najstarszym serwisem w Sieci - oprócz witryny tematycznej JOW - propagującym ideę JOW

    Panie, toż to antysemiteczna Platforma Łobuwatelska! Wysłane środa, 26, kwietnia 2006 przez Krzysztof Pawlak

    "A ten sęk, to skąd?
    Z czewa, je czewo, ścina się je, piłuje się je, je deska, je sęęęk!"

    Sęk w tym, by dobrze wiedzieć, w którym momencie można, a w którym - nie. Można stanowić prawo i dobrze z tego żyć, ale "czeba wiedzieć jak". Takim unioposłem do wcale nie niemego parlamentu Związku Socjalistycznych Republik Europejskich - to być dobrze. Cysorz to ma klawe życie! - śpiewał przez 40 laty w kabarecie w warszawskiej kawiarni przy okazji audycji "Podwieczorek przy mikrofonie" artysta Tadeusz Chyła. A jak się ma jeszcze Esterkę, której wdzięki artysta Chyła opisywał ze smakiem? O, o, o, to już Panie, sames cymes!
    Tak myślał zapewne "nasz Pawełek", któren zdążył być i "preziem" warszawskich Nalewek z pozostającymi przyległościamy od Tarchomina po "Urynów", i był "wybitnym, młodym i wspaniale zapowiadającym się" politykiem - przypomnijmy - Kongresu Liberalno-Demokratycznego, Mumii Demokratycznej, ostatnio na etacie obywatelskim w zbiorze intelektualistów p(r)o-unijnych pod wezwaniem TW "MUSTA", czyli DOKTORA Olechowskiego. Ponieważ jest to zbiór osobników, którzy wyjątkowo dobrze znają się na gospodarce, w końcu DOKTOR Olechowski był PRL-owskim wywiadowcą GOSPODARCZYM, o czym sam bez zażenowania publicznie parluje, to i umiejętności Pawełka Piskorskiego w dziedzinie przyciągania do własnej kieszeni pieniędzy nie powinny dziwić, a już na pewno - nie doprowadzać do łez, jak to niemal można było zobaczyć u jego partyjnej koleżanki, a niegdyś również UPR-ówki Julii Pitery, która już-już chciała po niemal wandowemu ze sobą skończyć w PO, ale ją sam Donald odratował - dla dobra Partii oczywiście.
    By fart w interesach był taki jak "czeba", dodatkowo Pawełek wziął sobie za żonę obrotną dziewczynę, która ma z całą pewnością "smykałkie do interesów" - bo z jej to pensji opłacił sporą część rachunku na 1 milion 250 tysięcy złotych za 350-hektarową działkę przyszło-leśną, według oświadczenia zainteresowanego "Piskorski tłumaczył, że pieniądze pochodziły ze sprzedaży mieszkań, kredytu, oszczędności oraz dochodów bieżących jego i żony. Na konferencji prasowej zorganizowanej przed posiedzeniem zarządu PO, Piskorski zapewnił, że »każda złotówka wydana na ten projekt ma swoje potwierdzenie«", o czym podzielił sie ze swoimi odbiorcami serwis witryny Onet w dniu dzisiejszym.
    Teść uparcie grający od kilkudziesięciu lat swoją rolę na placu Grzybowskim w Warszawie mógł tylko wznieść w bezradnym geście ręce do nieba, taki zięć nie trafia się każdemu! No, skarb, no, czysty miód!

    Nie można więc zrozumieć - bez smutnej konstatacji o odradzającej się, odrażającej hydrze polskiego antysemityzmu i to, O Jehowo!, w TAAAKIM towarzystwie - decyzji zarządu poważnej organizacji życia polityczno-gospodarczego, jaką jest Platforma Obywatelska. W okresie, kiedy to towarzysz Andrzej Lepper jest wskazanym odpowiedzialnym za udręki intelektualne intelekualizdów mianowanych medialnie - wywołanie do tablicy Pawełka Piskorskiego, takiego brylanta po prostu z kręgów unijnych, przedsiębiorcy, któren chciał jedynie ten las, ten tartak, tę deskę...

    Nuuu, czysten antysemitnik, i - zazdrośnik! Tylko kto?

    W tym sęk...

    Krzysztof Pawlak

    Publicystyka Krzysztofa Pawlaka na ASME


    Pośle Rokita! Proszę rozszerzyć swój wniosek o lustrację partii parlamentarnych, bo nie sama Samoobrona... - Stanisław Michalkiewicz apeluje o kolejne raporty SB-WSW-WSI/UOP/ABW/"skubwańców" - jak została ochrzczona przez warszawską ulicę nowa formacja policji politycznej Wysłane poniedziałek, 24, kwietnia 2006 przez Krzysztof Pawlak

    | Pobierz |








    Pośle Rokita! Proszę rozszerzyć swój wniosek o lustrację partii parlamentarnych, bo nie sama Samoobrona... - Stanisław Michalkiewicz apeluje o kolejne raporty SB-WSW-WSI/UOP/ABW/"skubwańców" - jak została ochrzczona przez warszawską ulicę nowa formacja policji politycznej
    Wysłane poniedziałek, 24, kwietnia 2006 przez Krzysztof Pawlak

    "Rzadko mi się zdarza - teraz za pomocą ekranu ASME - solidaryzować się z panem posłem Rokitą. Ale teraz powiem: Nareszcie! Pan poseł Rokita wystąpił bowiem z wnioskiem, by sprawdzić, czy czasem Samoobrona pana Leppera nie została przypadkiem założona przez Służbę Bezpieczeństwa. Jest to wniosek bardzo słuszny z punktu widzenia transparentności i autentyczności naszej sceny politycznej, by było można wiedzieć, że partie polityczne - przynajmniej te parlamentarne - są to partie autentyczne, a nie jakieś kreatury, że pan Rokita jest autentycznym posłem, a nie jakąś wydmuszką na przykład Wojskowych Służb Informacyjnych. To wniosek bardzo słuszny, ale bardzo skromny. Dlaczego tylko Samoobrona? Przecież powinniśmy mieć taką pewność także w stosunku do innych partii parlamentarnych" - Stanisław Michalkiewicz włącza się do postulatu prominentnego funkcjonariusza PO z pozytywnym wnioskiem o lustrację WSZYSTKICH partii parlamentarnych "polskiego regionu UE".

    Stanisław Michalkiewicz przypomina zdarzenie z początków lat 90. ub. wieku, kiedy to na posiedzenie klubu parlamentarnego Kongresu Liberalno-Demokratycznego przyniósł "teczki Maciarewicza" poseł Jan Krzysztof Bielecki, szef Klubu KLD, z pytaniem "Kto był - niech wstanie!". Wstało kilku posłów, kilku było na tych listach, ale KILKU NIE BYŁO! Warto więc to dziś wyjaśnić, bo kilku z nich nadal jest czynnych w życiu politycznym.
    Także warto przypomnieć drogę polityczną SLD-SdRP-PZPR-PPR, o której to pierwotnej PPR-owskiej formacji nikt nie ma już żadnych wątpliwości, że była założona przez NKWD. A zdaje się, że kilku BARDZO WYSOKICH funkcjonariuszów SLD przewerbowało się z KGB do CIA. Jeden z nich - z dużym prawdopodobieństwem - był "uczestnikiem", członkiem bardzo tajnej organizacji w Polsce, która była wypustką sowieckiego GRU w Polsce.
    Przypominając w tym aspekcie Platformę Obywatelską - trzeba wrócić do oświadczenia tow. TW "MUSTA" Andrzeja Olechowskiego, który przyznał się z niekłamanym zadowoleniem, że był "funkcjonariuszem wywiadu gospodarczego PRL", o którym prezydent Wałęsa mawiał, że "miał zalety fizjologiczne i inne". Dobrze więc wyjaśnić, jak to było z Platformą Obywatelską od jej początków: czy WSI "popracowały" nad nią, czy też DOKTOR Olechowski był jedynie chlubnym wyjątkiem...
    Warto też zastanowić się, czy WSI nie "pracowały" nad uczestnictwem w organizacjach politycznych "jednorazowego użytku", przy wprowadzaniu do nich swoich agentów przy okazji konkretnych rozwiązań wyborczych...
    Stanisław Michalkiewicz apeluje do wyborców posła Rokity, by ci wpłynęli na Niego, by Swój chwalebny wiosek - stanowczo poszerzył...

    Nagranie trwa prawie 9 minut i jest dostępne w Sieci do 10 V 2006 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.