maja 27, 2006 - czerwca 4, 2006

Baloniki demokratyczne - Janusz Sanocki Wysłane niedziela, 4, czerwca 2006 przez Krzysztof Pawlak

Konwencje wyborcze amerykańskich partii zawsze budziły mój podziw. Bynajmniej nie za baloniki i rozmach. Poprzedzał je bowiem mozolny proces prawyborów - czyli wyłaniania najlepszego kandydata na prezydenta, w drodze odwołania się do społeczeństwa. W otwartym konkursie jakim są prawdziwe prawybory, zawsze startuje wielu kandydatów. Każdy z nich ma jakiś dorobek, społeczne oparcie i własny program. Z otwartego konkursu wielu programów, ale także i osobowości, wyborcy danej partii swobodnie opowiadają się - kto w ich mniemaniu najlepiej zrealizuje cele ichniej, amerykańskiej prawicy (Republikanie) czy lewicy (Demokraci).
Potem - na kongresie - pojawiają się wszyscy i wspólnie ze zwycięzcą demonstrują jedność partii. Zwycięzca zresztą bardzo często przyjmuje jakieś punkty programu tych, którzy w prawyborach odpadli albo wręcz spośród byłych współzawodników dobiera współpracowników.
W ten mozolny (i oddolny) sposób, przez wiele miesięcy buduje się i zespół przywódców i jednocześnie "uciera" program partii. Reguły są jasne i czytelne. To nie widzimisię polityków i ich subiektywne odczucia zadecydowały o ich miejscu w szeregu, ale wola społeczeństwa, ten trudny do wyjaśnienia konglomerat poglądów polityka, jego osobowości oraz dotychczasowego doświadczenia.
Potem tysiące chorągiewek, baloników i cała feta na ogólnokrajowej konwencji partii jest już tylko dodatkiem, fetą po rzetelnej pracy. Co ciekawe: z amerykańskiej partii nie sposób nikogo wyrzucić - nie ma tam formalnego członkostwa. Wybrany prezydent nie musi więc rezygnować z członkostwa w Partii Demokratycznej czy Republikańskiej. Nie musi też udawać, że od dziś nie ma związków z macierzystą partią i już będzie "prezydentem wszystkich Amerykanów". Gdyby ktoś coś takiego zrobił, to śmiech rozległby sie od Alaski do Florydy.
W naszej demokracji III czy IV generacji jest całkiem inaczej. Mieliśmy właśnie możliwość obserwowania kongresów: PO i PiS-u. W żadnym przypadku nie poprzedziła ich dyskusja na temat programu, konkretnych zagadnień gospodarczych, politycznych. Nie było też żadnych konkursów personalnych. Zarówno PO, PiS jak i każda polska partia ma ustalonych na wieki, wieków amen, przywódców i zmienić ich można tylko poprzez rozpad partii i założenie nowej.
Nikt nie ośmieliłby się nawet wychylić, nie ma takiego mechanizmu, który pozwalałby na samodzielny awans w partii - bez pytania o zgodę Kaczyńskiego, Tuska czy Leppera. O tym czy jesteś szeregowcem, czy sierżantem - decyduje wódz albo jego świta.
Czy może zatem dziwić, że na kongresach polskich partii - PiS czy PO - delegaci siedzą karnie klaszczą, kiedy trzeba, śmieją się na hasło i do głowy im nie przyjdzie mieć własne zdanie.
Oczywiście mowy nie może być w takiej sytuacji o jakieś reprezentacji wyborców. Nie ma też mowy, żeby ktoś był w stanie powstrzymać wodza od decyzji głupich albo w ogóle skierować politykę na inne tory - może bardziej potrzebne i bardziej interesujące społeczeństwo niż np. niekończące się przekomarzanie się między "gomułkowcami" z PiS i "cieniasami" z PO. Jest jasne, że kraj tak rządzony z góry skazany jest na stagnację.
Kongresy te zatem demokratyczne konwencje przypominają tylko balonikami i oprawą. Treścią bliższe są zjazdom PZPR.
Przyczyną, dla której polska demokracja ma się do amerykańskiej, jak trabant do mercedesa - jest system wyborczy. W Stanach Zjednoczonych bezwzględny mechanizm wyboru posła w jednomandatowym okręgu wyborczym wymusza na politykach szanowanie woli społeczeństwa, otwiera system na ludzi akceptowanych przez wyborców.
W Polsce system tzw. proporcjonalny daje liderom partii przywilej ustalania kolejności na wyborczych listach. To wystarczy, by z demokracji uczynić puste słowo. I po to, żeby tę pustkę zamaskować, są szumne kongresy z tysiącem baloników i chorągiewek. Jest to, jak mawiał Witkacy: czysta forma. Bez żadnej treści.

Janusz Sanocki

  • Janusz Sanocki był burmistrzem Nysy, jest jednym z liderów Obywatelskiego Ruchu na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych.

    Witryna ASME Antysocjalistycznego Mazowsza jest najstarszym serwisem w Sieci - oprócz witryny tematycznej JOW - propagującym ideę JOW

    NIEODPOWIEDZIALNA FEMINISTKA - Antoni Zambrowski Wysłane sobota, 3, czerwca 2006 przez Krzysztof Pawlak

    Znana dziennikarka telewizyjna Kazimiera Szczuka (po polsku powinno być Szczukówna, gdyż Szczuka - to nazwisko jej ojca, znanego warszawskiego adwokata) udzieliła ostatnio wywiadu amerykańskiemu dziennikowi "New York Times". Oświadczyła w nim, że padła ofiarą nagonki w polskich mediach, ponieważ jest Żydówką. Jak podaje dziennik "Życie Warszawy", rewelacje Szczukówny o polskim antysemityzmie przedrukował natychmiast inny poczytny dziennik nowojorski "International Herald Tribune".
    Jak pamiętamy, Kazimiera Szczukówna sparodiowała w TV Polsat niepełnosprawną organizatorkę podwórkowych kółek różańcowych Magdę Buczkównę, prowadzącą modlitwę w radiu Maryja oraz w telewizji Trwam. Stąd fala krytyki pod jej adresem. Nie ma to nic wspólnego z jej rzekomym żydostwem. Jestem klientem i przyjacielem jej ojca znakomitego adwokata Stanisława Szczuki, więc wiem, że pochodzi ona z katolickiej rodziny i została ochrzczona jako dziecko przez katolickiego kapłana i to nie byle jakiego, gdyż przez księdza rektora Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. Mama pani Kazimiery jest z domu Winawerówną, ale i ta rodzina, acz o żydowskich korzeniach, była spolonizowana oraz katolicka. A zatem pani Kazimiera nie jest Żydówką ani według kryteriów polskich i katolickich, ani według kryteriów żydowskich, gdyż starozakonni nie uznają żydostwa osób wyznania katolickiego. Na upartego pani Kazimiera może być uznana za rasowego mieszańca żydowsko-aryjskiego wyłącznie według hitlerowskich ustaw norymberskich. Szkoda, że tego wszystkiego nie wyjaśniła amerykańskim dziennikarzom. Z takim samym powodzeniem pani Kazimiera mogła by pozować na polską arystokratkę, gdyż Szczukowie - to stary polski ziemiański ród, słynny od wieków w Rzeczypospolitej. Ta prawda jej w sam raz nie pasuje jako zwolenniczce nowej lewicy. Demonstruje więc swój feminizm i wymyśla przynależność do "narodu wybranego". Lubi ona opowiadać o sobie cuda-nie-widy, więc kiedyś skarżyła się na własnego ojca, że jest antysemitą, co jest wierutnym kłamstwem. I tak kłamstwa pani Kazimiery idą w świat, i niosą niesławę wszystkim nam Polakom.
    Przyjmijmy jednak na chwilę, że istotnie pani Kazimiera czuje się Żydówką. Ostatecznie przynależność narodowa człowieka jest sprawą jego własnej samoświadomości narodowej. Polskie dzieci z Zamojszczyzny, zabrane swoim rodzinom i wychowane w III Rzeszy na Niemców, tak Niemcami pozostały, choć urodziły się z polskich rodziców. Z kolei pochodząca z Niemców rodzina mego sąsiada mecenasa Jerzego Vogla w czasie hitlerowskiej okupacji wolała obóz w Auschwitz niż podpisanie niemieckiej Volkslisty i zaparcie się polskości. Szkoda, że pani Kazimiery nie stać na taki patriotyzm.
    Jeśli zatem pani Kazimiera czuje się Żydówką, to nie powinna była bawić się w wyśmiewanie polskich katolików. Tego właśnie wymaga takt i kultura w stosunkach między różnymi grupami etnicznymi oraz między różnymi wyznaniami. A słyszałem, że nie miała umiaru w kpinach z katolicyzmu i przechwalała się publicznie, iż ochrzciła własnego psa. Wyobraźmy sobie reakcję środowisk żydowskich, gdyby jakiś antysemita opowiadał publicznie, że kazał obrzezać własnego szczeniaka. Ostatecznie widzieliśmy reakcję muzułmanów na kpiny z proroka Mahometa. Jeśli pani Kazimiera nie czuje się Polką we własnym kraju, katolickim w odczuciu większości mieszkańców, to powinna się zachowywać, jak przystało na gościa w kraju cudzym. A jeśli nie, to radzę jej pomieszkać choć trochę w żydowskim państwie Izrael. Tam ją nauczą szacunku do narodu gospodarzy i panującej wśród nich religii.

    Antoni Zambrowski

    Publicystyka Antoniego Zambrowskiego na ASME


    Stanisław Remuszko, znany dziennikarz niezależny, zaprasza do wyrażenia swojego poparcia dla księdza Isakowicza-Zaleskiego Wysłane sobota, 3, czerwca 2006 przez Krzysztof Pawlak

    Stanisław Remuszko, dziennikarz znany z wieloletnich wojów z redakcją "Gazety Wyborczej", której niegdyś był pracownikiem, i której poświęcił swoją książkę "Gazeta Wyborcza. Początki i okolice", opisującą proceder zagarniania wpływów w tej niegdysiejszej "solidarnościowej" gazecie przez opcję "jedynie słusznego opisu świata według pryzmatu internacjonalistycznego" - od wielu lat stara się organizować apele poparcia dla osób, których postępowania pozostają zbieżne z wyznawanymi przez niego wartościami. Do nich zaliczył ostatnio akcję próby ujawnienia przez księdza Isakowicza-Zaleskiego listy 28 agentów Służby Bezpieczeństwa PRL w kościele krakowskim, zablokowaną przez kardynała Dziwisza, co zostało wsparte przez Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego.

    Na łamach prowadzonej przez siebie witryny www.remuszko.pl został zamieszczony apel Stanisława Remuszki, do zapoznania się z którym zapraszamy Państwa.

    "Ja, niżej podpisany[a], pragnę publicznie wyrazić głęboką solidarność z księdzem Tadeuszem Isakowiczem-Zaleskim w jego staraniach o ujawnienie współpracowników bezpieki wśród duchowieństwa
    Można wyrazić swoje poparcie. (...)".

    Zapraszamy na podstronę witryny Stanisława Remuszki z apelem w sprawie księdza Isakowicza-Zaleskiego.


    Dlaczego teraz znaleźli się "przyjaciele Kościoła" opowiadający się za lustracją, choć niedawno byli jej przeciwnikami? - Łukasz Perzyna o zamknięciu ust księdzu Isakowiczowi-Zaleskiemu Wysłane sobota, 3, czerwca 2006 przez Krzysztof Pawlak

    | Pobierz |








    Dlaczego teraz znaleźli się "przyjaciele Kościoła" opowiadający się za lustracją, choć niedawno byli jej przeciwnikami? - Łukasz Perzyna o zamknięciu ust księdzu Isakowiczowi-Zaleskiemu
    Wysłane sobota, 3, czerwca 2006 przez Krzysztof Pawlak

    "Kościół polski znalazł się w godzinie próby. Oczywiście decyzja księdza kardynała Dziwisza, zakazująca ujawniania księży-agentów w kościele krakowskim - znalazła wsparcie u prezydenta Lecha Kaczyńskiego, który zapowiedział zbadanie przez służby specjalne, dlaczego ta kwestia znalazła się w ogniu publicznej dyskusji akurat przy okazji pielgrzymki Ojca Świętego Benedykta XVI do Polski. Dwa wielkie autorytety polskie wsparły się wzajem, co wpływa na ocenę przez Polaków tego problemu, ale nie ulega wątpliwości, że Kościół staje w obliczu bardzo poważnego sporu, który nie jest tylko jego sporem wewnętrznym i który posłuży z pewnością do podziału jego dotychczasowych przyjaciół - na prawdziwych i fałszywych" - Łukasz Perzyna, publicysta "Tygodnika Solidarność" i naszej witryny ASME, komentuje decyzję kardynała Dziwisza o zabronieniu ujawnienia listy 28 agentów SB w kościele krakowskim i wsparciu go przez Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego.

    Trzeba pamiętać, że do zwycięstwa w wyborach "czerwcowych" w 1989 roku olbrzymiej pomocy "Solidarności" udzielił właśnie Kościół, którego reprezentanci - w dużej części w tzw. zielonych województwach, gdzie "Solidarność" nie była silną siłą społeczno-polityczną, a byli to księża - tłumaczyli wiernym, ale nie agitując - jaka był prawdziwa stawka tych wyborów. Na listach "Solidarności" znaleźli się aktywiści np. duszpasterstw, ludzie, którzy sprawdzeni zostali w społecznych działaniach, w które zaangażowani byli księża.
    Ataki na Kościół w ciągi minionych kilkunastu lat ograniczyły się do znanych i rozpoznanych "osobistych nieprzyjaciół Pana Boga" pokroju byłego rzecznika rządów komunistycznych Urbana czy funkcjonariuszów SB, zatrudnionych w takich ugrupowaniach, jak np. Partia "Racja"... Pojawiły się teraz jednak doniesienia o współpracy z SB ważnych person z kręgów hierarchii, postaciach o. Hejmy, ks. prof. Czajkowskiego... Ksiądz Zaleski, wielokrotnie i wyjątkowo okrutnie w latach 80. represjonowany przez komunistycznych zbirów z "ludowego" Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, zaproponował publiczną lustrację 28 nazwisk z kręgu kościoła krakowskiego, co wzbudziło sprzeciw kard. Dziwisza i prezydenta Kaczyńskiego. W chwili gdy Kościół znalazł się w politycznym narożniku - nagle znaleźli sie jego "przyjaciele" którzy natychmiast się opowiedzieli za lustracją księży, choć do tej pory byli jej przeciwnikami. Tak stało się m.in. z tygodnikiem "Newseek Polska", którego wicenaczelny Paweł Fąfara kiedyś próbował odsunąć Łukasza Perzynę od publicznej debaty na temat lustracji w nieistniejącym już dzienniku "Życie"...

    Nagranie trwa ponad 14 minut i jest dostępne w Sieci do 17 VI 2006 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




    ZBRODNIA KATYŃSKA - DO DZIŚ NIE ROZLICZONA - TADEUSZ M. PŁUŻAŃSKI Wysłane piątek, 2, czerwca 2006 przez Krzysztof Pawlak

    66 lat temu, na mocy rozkazu z 5 marca 1940 roku, podpisanego m.in. przez Stalina i Mołotowa, NKWD zamordowało wiosną 1940 r. ok. 22 tys. polskich oficerów, policjantów, lekarzy, profesorów i duchownych, wziętych do niewoli po napaści ZSRR na Polskę 17 września 1939 r. Wśród nich 15 tys. stanowili oficerowie z obozów w Kozielsku, Starobielsku i Ostaszkowie. Rozstrzeliwano ich - strzałem w tył głowy - w kwietniu i maju 1940 roku w Katyniu, Charkowie i w Kalininie (dziś - Twer). Zamordowano także ponad 7 tys. cywilnych Polaków, przetrzymywanych w 1940 r. w więzieniach na zachodniej Ukrainie i Białorusi. Ich szczątków dotąd nie odnaleziono.

    Od ponad roku Instytut Pamięci Narodowej, na wniosek rodzin pomordowanych prowadzi śledztwo w sprawie mordu katyńskiego. Mimo, iż IPN zaangażował do tego aż 16 prokuratorów, z ostatnich informacji wynika, że śledztwo zakończy się postanowieniem końcowym o umorzeniu. Potwierdził to ostatnio szef pionu śledczego Instytutu Pamięci Narodowej, prof. Witold Kulesza. Takie postanowienie zostanie wydane, ponieważ bezpośredni wykonawcy mordu nie zostali przekazani stronie polskiej. Mogłaby to uczynić Rosja, ale po doświadczeniach ostatnich lat raczej nie ma na to szans. Z kolei polskie prawo nie przewiduje wydania wyroku w trybie zaocznym i wymaga stawienia się oskarżonych na procesie. Prof. Kulesza podkreślił, że praca polskich prokuratorów powinna się zakończyć sporządzeniem "wszechstronnego uzasadnienia" uznającego mord katyński za zbrodnię ludobójstwa i zbrodnię wojenną, ponieważ po "Rosji nie można się spodziewać" tego rodzaju stwierdzeń.

    "ZROBILIŚMY WIELKI BŁĄD"

    Decyzja o rozstrzelaniu 14.700 polskich jeńców i 11 tys. polskich obywateli przetrzymywanych w więzieniach w zachodnich obwodach Białorusi i Ukrainy została wydana przez Biura Politycznego KC WKP(b) 5 marca 1940 roku. Obozy w Kozielsku, Ostaszkowie i Starobielsku utworzono już 3 października 1939 roku, na rozkaz ludowego komisarza spraw wewnętrznych ZSRR Ławrientija Berii. NKWD rozpoczęło likwidację Polaków w kwietniu 1940 roku. Po przybyciu na stację Gniezdowo, ładowano ich na ciężarówki i przewożono do lasu katyńskiego. Tam od razu odbywała się egzekucja. Jeńcy z obozu ostaszkowskiego byli rozstrzeliwani w Twerze, ze starobielskiego w Charkowie.
    Wersja radziecka brzmiała: Polacy zostali wypuszczeni na wolność, a ich dalszy los nie jest znany. Po odkryciu grobów katyńskich przez Niemców w kwietniu 1943 roku stanowisko Moskwy uległo niewielkiej zmianie. Podczas rozmowy z polskimi przedstawicielami Beria miał powiedzieć: "zróbcie ich spisy, ale dużo już ich nie ma, gdyż zrobiliśmy wielki błąd, oddając ich większość Niemcom".
    Prawdę o Katyniu Rosjanie ukrywali przez pół wieku. Pod wersją o niemieckiej zbrodni skwapliwie podpisywali się polscy komuniści i... państwa zachodnie. Oficjalne dementi przyszło dopiero w kwietniu 1990 roku, kiedy ZSRR przyznał się, że zbrodnia jest dziełem stalinowskiego NKWD. Pod wpływem różnych nacisków Rosja co prawda wszczęła śledztwo w sprawie mordu katyńskiego - ale po 14 latach, we wrześniu 2004 roku, zostało ono umorzone. Straszliwą zbrodnię ludobójstwa uznano nie za zbrodnię przeciwko ludzkości, a jedynie za mord pospolity, który ulega przedawnieniu. Nikomu nie postawiono zarzutów, nie zostało też przedstawione uzasadnienie decyzji o umorzeniu śledztwa. Stronie polskiej odmówiono również przekazania listy ustalonych wykonawców mordu i innych dokumentów, świadczących o roli i odpowiedzialności stalinowskiego NKWD.

    SKARGA DO STRASBURGA

    Takie zakończenie śledztwa w sprawie zbrodni katyńskiej nie satysfakcjonuje rodzin ofiar mordu. Ponieważ od lat nie mogą doczekać się zadośćuczynienia, poszkodowani postanowili skierować sprawy do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu. Niebawem ma tam wpłynąć kilkadziesiąt skarg na brak skutecznego ścigania mordu dokonanego na polskich oficerach. Celem tych zabiegów jest nie tylko uznanie przez Trybunał mordu katyńskiego za zbrodnię ludobójstwa, ale również upublicznienie sprawy. Skarżący mają nadzieje, że wyrok Trybunału powinien zrobić wrażenie również na Rosji, która może lekceważyć polskie starania o nadanie mordowi właściwego znaczenia, ale na opinię międzynarodowych organów jest jednak wrażliwa i tak łatwo nie będzie mogła jej zignorować.
    Autorką pierwszej skargi jest Witomiła Wołk-Jezierska, której ojciec został zamordowany w Katyniu. Wincenty Wołk, rocznik 1909, był porucznikiem artylerii ciężkiej, wykładowcą Mazowieckiej Szkoły Podchorążych Rezerwy Artylerii im. Józefa Bema w Zambrowie. Pojmany przez Armię Czerwoną 17 września 1939 roku we Włodzimierzu Wołyńskim, jako jeniec wojenny trafił do obozu w Kozielsku.
    - Urodziłam się już w Rumunii, w 1940 roku. 6 marca ojciec napisał z Kozielska, żeby poczekać na niego z chrztem - wspomina pani Jezierska. - To był jego ostatni list.
    Reprezentujący skarżących adwokat Roman Nowosielski argumentuje, że w sprawie katyńskiej nie zostało przeprowadzone przez Rosję skuteczne postępowanie wyjaśniające, co stanowi naruszenie art. 13. Europejskiej Konwencji o Ochronie Praw Człowieka i Podstawowych Wolności. Nowy Rzecznik Praw Obywatelskich Janusz Kochanowski rozważa możliwość przystąpienia do skargi, jeśli pozwoli mu na to polskie prawo.

    "WIEM, ŻE ŻYJESZ, I ŻE WRÓCISZ..."

    W wydanej kilka lat temu książce "Śpij, Mężny" Stanisława Mikkego, który uczestniczył w ekshumacjach w Katyniu, Miednoje i Charkowie czytamy: "Z czarno-szarej i niemiłosiernie cuchnącej mazi wydobywane są rękami, często niemal całe zwłoki. Zdejmowane są z nich mundury, by odnaleźć dokumenty osobiste, medaliki, przedmioty osobistego użytku, zapiski i listy od rodziny - wszystko co przybliża tragedię w wymiarze jednego człowieka. Po odpowiednich zabiegach wracają słowa listu pisanego pół wieku temu: »Wiem, że żyjesz, i że wrócisz ... I będzie znów nam tak dobrze, jak kiedyś, prawda? Zbyszek krzyczy, Mamusia... napisz, żeby przyjechał«".
    Adresat listu nie wrócił do rodziny, został skrytobójczo zamordowany przez NKWD.
    - We wszystkich listach z Kozielska, Ostaszkowa i Starobielska pojawia się jedno życzenie - powrót do wolnej Polski - podkreśla Witomiła Wołk-Jezierska.
    Kilka lat temu, razem z częścią rodzin katyńskich, czyniła starania, aby przenieść prochy ofiar mordu z "nieludzkiej ziemi" do Polski tak, aby na Wschodzie pozostały jedynie symboliczne miejsca pamięci. Pod Warszawą miało stanąć Sanktuarium Męczenników Polskich - Nekropolia Katyńska, z katakumbami katyńskimi i pełnymi informacjami o ofiarach. Projekt zabudowy podzielił teren na cztery sektory: kozielski, ostaszkowski, starobielski i więzienno-obozowy (dla 7305 poległych w miejscach dotąd nieznanych). Muzeum Pamięci miało zgromadzić dokumentację mordów, przedmioty uzyskane podczas ekshumacji i ofiarowane przez rodziny. Powodów stworzenia w Polsce takiego miejsca było kilka. Chodziło o niepewny los cmentarzy na Wschodzie, które w przyszłości mogą zostać zlikwidowane, trudności w ich odwiedzaniu przez członków rodzin katyńskich, którzy w większości są starzy i schorowani i - co najważniejsze - wytworzenie kultu ofiar w ich rodzinnym kraju. Przykładem zacierania przez Rosję historii zamordowanych jest Archipelag Gułag, po którym niewiele zostało. Pomysłu przeniesienia szczątek do Polski nie udało się jednak zrealizować. Skarga napisana do Strasburga ma większe szanse powodzenia, choć wymaga jeszcze wielu zabiegów prawnych.

    LOSY MUZEUM KATYŃSKIEGO

    W tej chwili w Warszawie istnieje Muzeum Katyńskie, które mieści się w budynku przy ul. Powsińskiej na warszawskim Mokotowie. Niedawno w mediach pojawiły się spekulacje, że powinno ono zostać przeniesione w sąsiedztwo Ambasady Federacji Rosyjskiej. Ministerstwo Obrony Narodowej miałoby przekazać na ten cel swoje budynki, znajdujące się 100 metrów od rosyjskiej ambasady. Szef MON Radosław Sikorski zdementował jednak te pogłoski, gdyż taka lokalizacja nie wpłynęła by na poprawienie stosunków z Federacją Rosyjską.
    Rozważa się natomiast, aby Muzeum Katyńskie przenieść, razem z Muzeum Wojska Polskiego, do warszawskiej Cytadeli. Tam można by lepiej wyeksponować zbiory i zapewnić im godną oprawę.

    TADEUSZ M. PŁUŻAŃSKI

    Publicystyka Tadeusza M. Płużańskiego na ASME.


    TRZYMAĆ SIĘ PRAWDY I NIE STRZELAĆ DO SWOICH - Antoni Zambrowski Wysłane piątek, 2, czerwca 2006 przez Krzysztof Pawlak

    Przeczytałem na łamach ASME artykuł Stanisława Michalkiewicza pod tytułem "Fejginięta znowu smrodzą?". Przyznam, że z niejakim smutkiem. Uważam swego przyjaciela Stanisława za jednego z najlepszych w Polsce felietonistów, co nie oznacza, że wszystkie jego artykuły budzą we mnie taki sam entuzjazm. W przeszłości kilkakrotnie polemizowałem z nim na łamach "Najwyższego CZASU!" lub ASME. Gdy ostatnio zorganizowano nań nagonkę za jego głośny felieton radiowy na falach radia Maryja, wyraziłem z nim swą solidarność, wypowiedzianą otwarcie w mym felietonie telewizyjnym w ASME. Przede wszystkim potępiam próby zamykania jemu i nam wszystkim ust w imię poprawności politycznej przez urzędowych głosicieli tolerancji. Zwłaszcza poprzez prokuraturę. Już kiedyś przed laty na łamach "Tygodnika Solidarność" w artykule w obronie księdza prałata Henryka Jankowskiego tłumaczyłem im, że tolerancja niczym kij - musi mieć dwa końce.

    Od lat znoszę za moją postawę cięgi od środowiska określonego przez Stanisława (w ślad za naszym wspólnym przyjacielem Januszem Szpotańskim) jako "fejginiątka". Za moją krytykę książki Jana Tomasza Grossa o mordzie na Żydach w Jedwabnem trafiłem jako "antysemita" do napisanego przez dziennikarza "Gazety Wyborczej" Sergiusza Kowalskiego raportu Stowarzyszenia "Otwarta Rzeczypospolita" o mowie nienawiści. Zupełnie ostatnio dostałem cięgi na łamach "Przekroju" za wspieranie mego przyjaciela i świadka obrony na mym "marcowym" procesie w 1969 roku, prof. Jerzego Roberta Nowaka.
    "Fejginiątka" (by użyć terminologii Stanisława Michalkiewicza) dokładają nie tylko mnie samemu, ale i mojej rodzinie. Na łamach "Gazety Wyborczej" przy sposobności opisu tragicznych losów antykomunistycznego partyzanta na Lubelszczyźnie, zabitego w 1963 roku przez SB, zaatakowano mego nie żyjącego od wielu lat ojca, oznajmiając, iż odejście Romana Zambrowskiego z władz partyjnych było ostatnim akordem destalinizacji w PRL. W rzeczywistości dobrowolne ustąpienie Romana Zambrowskiego z Biura Politycznego i Sekretariatu KC PZPR złożone w marcu 1963 roku ku kompletnemu zaskoczeniu Władysława Gomułki na jego ręce było wymownym protestem przeciwko wycofaniu się tow. Wiesława z przyrzeczonego Polakom w Październiku 1956 r. programu reform rynkowych i demokratycznych. Natomiast różni stalinowcy, jak "generał Gazrurka", czyli Kazimierz Witaszewski - właśnie rozpoczynali nowe kariery w KC PZPR. Odpowiedziałem na ten atak artykułem zamieszczonym w ASME pod tytułem "Gazeta Wyborcza" w roli tuby Moczara". Podejrzewam, że była to rola wybrana świadomie, aby mi dopiec. Już w czasach KSS "KOR" środowisko Jacka Kuronia, osobliwie moja sąsiadka na osiedlu Helenka Łuczywowa (dziś redaktor "GW"), wyrażało pretensje do mnie, że z uporem godnym lepszej sprawy bronię honoru mego ojca przed kalumniami PZPR-owskiej propagandy. Nie będę ukrywał, że z bólem przyjmuję oszczerstwa pod adresem mego ojca. Przyjmuję w pokorze słowa gorzkiej dla mnie prawdy o jego złych czynach jako komunistycznego dygnitarza. Ale najbardziej boli mnie wieloletnie szczucie przy pomocy rzucanej na niego potwarzy. Przykro mi, że jestem w tej walce samotny i gdyby nie bezinteresowna pomoc Krzysztofa Pawlaka na łamach ASME nie miałbym nawet jak odpowiadać na rzucane przeciwko memu ojcu (a pośrednio przeciwko mnie) kalumnie.
    Dla mnie ów artykuł "Gazety Wyborczej" był kontynuacją wieloletniej wojny prowadzonej przez bezpiekę (najpierw pod kierownictwem min. Stanisława Radkiewicza jako szefa MBP, a następnie przez MSW gen. Moczara) przeciwko memu ojcu i całej mojej rodzinie. W ramach tej wojny X Departament MBP (a zatem i płk Anatol Fejgin) aresztował sekretarkę ojca w KC PZPR Krystynę Arciuchową, a następnie - zamknął kolegę mojej matki z przedwojennej konspiracji komunistycznej Kazimierza Cesanisa. Ten na szczęście nie chciał obciążyć mojej matki ubeckimi zmyśleniami, więc zmarł podczas tortur. W czasach stalinowskich istniał wprowadzony na Kremlu zwyczaj, że na każdego dygnitarza ma się haka w postaci uwięzionej sekretarki, a następnie żony. Dzięki bohaterstwu Kazimierza Cesanisa drugi etap prowokacji nie wypalił. W owych czasach wojna przeciwko mnie polegała na obrzydzaniu mi życia podczas studiów wyższych w Moskwie, ale już za tow. Wiesława zakończyła się uwięzieniem mnie pod zmyślonymi przez SB zarzutami, aby stworzyć pozór odpowiedzialności mego ojca za wydarzenia marcowe.
    Ten przydługi z konieczności wywód jest potrzebny, by wytłumaczyć mój mało sympatyczny odbiór następujących słów Stanisława Michalkiewicza z artykułu o fejginiątkach: "Z polecenia Stalina komunizm w Polsce robili Żydzi, już choćby z tego prostego powodu, że innych komunistów było ci u nas na lekarstwo". Są to oczywiste banialuki, bo skąd się wzięli rządzący przez lata PRL dygnitarze o polskim rodowodzie? Tak naprawdę w liczącej ponad 10 tys. członków komunistycznej konspiracji w II RP Żydzi oraz Polacy żydowskiego pochodzenia stanowili według danych statystycznych ok. 22-26%, zaś w okupacyjnej Polskiej Partii Robotniczej całkiem niewielki z konieczności odsetek. Resztę stanowili komuniści narodowości polskiej bądź białoruskiej lub ukraińskiej. Część z nich po wojnie zmieniło swą przynależność narodową, podając się za Polaków, jak przedwojenny przywódca komsomolców białoruskich Stanisław Radkiewicz (pseudonim partyjny "Pietia") lub gen. Mieczysław Moczar (z domu Nikołaj Tichonowicz Diomko) .
    Dalszy ciąg budzi we mnie jeszcze większe opory: "W latach 40. i 50. wbijała tubylcom zasady »socjalistycznej demokracji« trójka wszechwładnych cadyków: Jakub Berman, Roman Zambrowski i Hilary Minc. Oprócz nich było oczywiście mnóstwo cadyków drobniejszego płazu, ot np. taki Marian Naszkowski, niby cywil (cywił ci ja, cywił), a nawet... generał".
    W czasach stalinowskich Stanisław Michalkiewicz był dzieckiem i to może wyjaśnia jego ignorancję. Na czele PRL stał wtedy tow. Bolesław Bierut, zwany we władzach partyjnych na wzór Stalina (czyli Chazjaina) "Gospodarzem". Był on osobą największego zaufania na Kremlu dzięki dzielnej postawie podczas pobytu w Mińsku Białoruskim podczas okupacji hitlerowskiej. Gdy na prośbę KC PPR przemieszczał się w roku 1943 do Generalnego Gubernatorstwa, konwojował go specjalnie w tym celu przydzielony mu oddział partyzantki sowieckiej. On też, jako "Gospodarz", dobierał sobie najbliższych współpracowników. Narzuconym mu bezpośrednio przez Stalina był atoli marszałek obydwu narodów Konstanty Rokossowski, w hierarchii partyjnej stojący wyżej od przew. Rady Państwa, gen. Aleksandra Zawadzkiego lub premiera Józefa Cyrankiewicza. Jego portrety wisiały w urzędach i gabinetach partyjnych, zaś młodzież na pochodach skandowała jego nazwisko: Stalin - Bierut - Rokossowski. We władzach partyjnych zasiadało jeszcze parę osób, jak Edward Ochab, Zenon Nowak, Franciszek Mazur czy też Franciszek Jóźwiak (pseudonim "Witold"), by nie pominąć wspomnianego wyżej ministra bezpieczeństwa Stanisława Radkiewicza. Nazwisko trójki "cadyków" zaczerpnął Stanisław Michalkiewicz bądź z jakiejś literatury "grunwaldowej", bądź (co bardziej prawdopodobne) z lektury "Chamów i Żydów" pióra Witolda Jedlickiego. Był to agent wpływu gen. Moczara, wysłany w roku 1962 na żydowskich papierach na Zachód Europy, aby w wydanym w Instytucie Literackim w Paryżu paszkwilu na wielkie polskie zwycięstwo nad Imperium Zła w październiku 1956 roku dokumentnie obrobić przeciwników gen. Moczara w szeregach partyjnych. Nr 1 na ich liście zajmował Roman Zambrowski i stąd jego obecność w gronie trzech "cadyków". Dodam też, że tylko Jakub Berman w tym gronie otwarcie określił się jako Żyd w swej rozmowie z Teresą Torańską. Ale w Polsce Ludowej obowiązywała zasada, że nie ten Żyd, kto Żyd, lecz kogo Partia (czyli tow. Moczar, względnie Wojciech Jaruzelski) wskaże. Stąd też jako cadyk pomniejszego płazu figuruje u Stanisława Michalkiewicza gen. Marian Naszkowski (przed wojną członek katolickiej organizacji studenckiej, nim dołączył do "komuny"), uchodzący za Żyda z racji podpadającego wyglądu, a przede wszystkim ze względu na moczarowe "opluskwianie". Z tych samych względów ludzie gen. Jaruzelskiego wygryźli z wojska pod hasłem "nie będziemy służyli pod Mońkiem" rodowitego Polaka, marszałka Mariana Spychalskiego.
    Ze smutkiem więc stwierdzam, że walcząc z postesbecką "razwiedką", Stanisław powtarza kolportowane przez SB kłamstwa o przeciwnikach kolejno Radkiewicza, Moczara oraz Jaruzelskiego.
    Gen. Wojciech Jaruzelski jest dziś, jak wiadomo, przyjacielem Adama Michnika, więc antysemitą już nie jest. Co więcej, na mocy decyzji Adama - nigdy im nie był. W jego miejsce antysemitami zostali moi koledzy Stanisław Michalkiewicz oraz prof. Jerzy Robert Nowak, no i (o czym Stanisław w swym artykule niestety zupełnie zapomniał) moja skromna osoba. Osobiście uważam, że wolność słowa obejmuje też prawo do krytykowania Żydów bez udziału w tym procederze powoływanej z urzędu prokuratury. Antysemityzm jest niewątpliwie złem, ale jeszcze gorszym złem jest zamykanie ludziom ust pod pozorem zwalczania antysemityzmu. Co innego jednak pisanie rzeczy nieprawdziwych o prawdziwie istniejących osobach, w tym przypisywanie im żydostwa bez sprawdzania prawdziwego rodowodu pomawianych osób. Szczególnie przykro mi czytać uszczypliwości mego przyjaciela pod adresem mego ojca, tym bardziej, że od czasu wydarzeń marcowych 1968 roku oraz późniejszej działalności ZP "Grunwald" przyzwyczaiłem się odbierać ciosy pod adresem mego ojca jako zapowiedź ciosu pod mym własnym adresem. A w dodatku - to wszystko przy sposobności polemiki z prześladującymi mnie od wielu lat "fejginiętami". W tej sytuacji czuję się niczym żołnierz odpierający z największym trudem natarcie nieprzyjaciela i ostrzelany przez omyłkę przez własną artylerię. Co Stanisławowi Michalkiewiczowi przedkładam pod rozwagę.

    Antoni Zambrowski

    Publicystyka Antoniego Zambrowskiego na ASME


    TOMASZ WOŁEK MYLI GAZETY - Antoni Zambrowski Wysłane czwartek, 1, czerwca 2006 przez Krzysztof Pawlak

    W poranku radia TOK FM, w programie red. Jacka Żakowskiego wszyscy biorący w nim udział dziennikarze czyli on sam, Tomasz Lis oraz Tomasz Wołek zgodnie krytykowali prowadzoną przez "Prawo i Sprawiedliwość" politykę. Taka to jest wywodząca się jeszcze z PRL forma dyskusji, w której wszyscy dyskutanci mówią to samo. Ponieważ działo się to przed kilkoma tygodniami, kiedy Liga Polskich Rodzin pod przewodem Romana Giertycha nie dojrzała jeszcze do poparcia rządu premiera Kazimierza Marcinkiewicza, zaś dialog z PiS-em prowadzili rozłamowcy z posłem Bogusławem Kowalskim na czele, ten ostatni stał się celem ataku red. Tomasza Wołka. Określił on Bogusława Kowalskiego jako wojującego antysemitę stojącego na czele antysemickiego pisma. Tym pismem miała być według red. Wołka "Nasza Polska" i jej antysemicki kurs miał budzić zastrzeżenia nawet członków jej rady programowej. Jednym z nich był - według red. T. Wołka - obecny marszałek Sejmu Marek Jurek, który - aby wyrazić swą niezgodę na antysemicki kurs tygodnika - demonstracyjnie opuścił radę programową pisma i odmówił wszelkiej z nim współpracy.
    Słuchałem słów red. Wołka w niejakim osłupieniu, gdyż czytując od lat "Naszą Polskę", nie pamiętam w niej takich incydentów. Tygodnikiem "Nasza Polska" od samego początku jej istnienia kierują pani Maria Adamus jako wydawca oraz red. Piotr Jakucki jako redaktor naczelny. Najwyraźniej red. Wołek pomylił z "Naszą Polską" tygodnik "Myśl Polska", którego dzieje niestety znam gorzej, więc nie umiem ocenić, na ile rzetelnie referuje je red. Wołek. Tak czy owak, red. Tomasz Wołek, prowadzący dyskusję red. Jacek Żakowski oraz kierownictwo radia TOK FM powinni zgodnie przeprosić za bezpodstawne pomówienie tygodnik "Nasza Polska" oraz jego Bogu ducha winne kierownictwo.

    Antoni Zambrowski

    Publicystyka Antoniego Zambrowskiego na ASME


    Nie tylko Kościół mamy budować na skale, wybór ordynacji do wyborów samorządowych dający możliwość głosowania na LUDZI, nie partie - jest też fundamentem - prezes UPR Wojciech Popiela o ostatnich wydarzeniach politycznych, w których postawy etyczne widoczne są najjaskrawiej Wysłane czwartek, 1, czerwca 2006 przez Krzysztof Pawlak

    | Pobierz |








    Nie tylko Kościół mamy budować na skale, wybór ordynacji do wyborów samorządowych dający możliwość głosowania na LUDZI, nie partie - jest też fundamentem - prezes UPR Wojciech Popiela o ostatnich wydarzeniach politycznych, w których postawy etyczne widoczne są najjaskrawiej
    Wysłane czwartek, 1, czerwca 2006 przez Krzysztof Pawlak

    "Minęła właśnie wizyta Jego Świątobliwości Benedykta XIV. Zwrócił On podczas wystąpienia w Auschwitz uwagę na fakt, że demokracja to ustrój niebezpieczny. Mogą dojść do władzy luzie, którzy czczymi obietnicami o dobrobycie i rozdawnictwem omamią wyborców tak, że ci zagłosują na nich, a skutki tego będą tragiczne. Przy tej okazji warto zauważyć, że rozpoczęła się kolejna dyskusja nad ordynacją wyborczą do samorządów - padła propozycja ze strony Samoobrony o przywróceniu dawnej ordynacji, »proporcjonalnej«, by zlikwidować obecnie istniejącą - większościową, która dała antypartyjniackie wyniki w ostatnich wyborach samorządowych. Tow. Lepper powiedział że teraz pod rządami tej większościowej ordynacji »do Sejmu dostaliby się ludzie przypadkowi, bo ludzie by głosowali nie na partie, tylko na jakiegoś człowieka«. To kuriozalne stwierdzenie pokazuje stan frustracji Samoobrony, obawiającej się, że w jesiennych wyborach nie odniesie ona większych efektów" - Prezes UPR Wojciech Popiela komentuje ważną, i trochę zaniedbaną (może celowo?) przez merdia "majnstrimowe" arycyważną dla kolejnych rozstrzygnięć politycznych sprawę.

    UNIA POLITYKI REALNEJ opowiada się - wbrew własnemu interesowi! - za ordynacją większościową. Próba zmiany ordynacji oznacza, że Samoobrona doskonale wie, iż targowanie się gangów politykierskich PO WYBORACH może przynieść lepsze skutki dla partyj niż autentyczny wybór zwykłych ludzi. Celem istnienia partii jest zdobycie władzy - tę dewizę wyznają, podobnie jak wiele innych ugrupowań, w tym także prawicawych, przedstawiciele Samoobrony. Dal nich celem nie jest realizacja programu (jeśli takowy istnieje w ogóle), lecz zdobycie wysoko płatnych stanowisk dla "swoich ludzi", funkcjonariuszów partyjnych.
    Warto coś powiedzieć o fakcie zakneblowania usta księdzu Isakowiczowi-Zaleskiemu przez kurią krakowską. Widać po tym wydarzeniu, jak mocny jest "front ochrony konfidentów". A przecież niedawno, przed półroczem sam Ojciec Święty wydał polecenie opublikowania Jego teczki, w której były raporty Stasi o przyszłym papieżu, ówczesnym szefie Kongregacji ds. Nauki i Wiary. Z nieznanych (na razie) przyczyn prominenci kurii krakowskiej uznali, że nie warto skorzystać z tej okazji i odrzucić błotne piaski, i zacząć budować na skale. Oczywiście ujawnili się też hierarchowie Kościoła, którzy od dawna bronili współpracowników SB (na razie teczki WSI nie są znane...).
    Jezus Chrystus, który jest naszym Panem - mówił o budowaniu Kościoła na SKALE, nie zaś na grzęzawisku i piaskach... Jak teraz kuria krakowska zaręczy, że spowiedzi będą odbywały się teraz z zachowaniem tajemnicy - a tajemnice parafian nie znajdą się na biurkach agentów OBECNYCH służb, którzy mogą cały czas szantażować "BYŁYCH", nie ujawnionych TW...?
    Cały czas czeka nas w przyszłości czas lustracji w środowisku dziennikarskim. W Czechosłowacji komunistyczna tajna służba StB walczyła o JESZCZE NIEZWERBOWANYCH żurnalistów...

    Nagranie trwa ponad 11 minut i jest dostępne w Sieci do 15 VI 2006 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




    Dialog przenosi się na ulicę - Krzysztof Mazur Wysłane wtorek, 30, maja 2006 przez Krzysztof Pawlak

    W związku z tym, że minioną sobotę przeżyłem z dala od mediów elektronicznych o "antysemickim ataku w sercu Warszawy", jak incydent z rabinem Schudrichem określiła nieco później "GW", dowiedziałem się z niedzielnego programu prowadzonego przez Bogdana Rymanowskiego. Ton wypowiedzi zaproszonych rozmówców - a byli to posłowie M. Kamiński. S. Niesiołowski, R.Czarnecki i R. Kalisz - w niczym nie ustępował swoim dramatyzmem komentarzom, jakie można było usłyszeć kilka godzin po pamiętnych atakach na World Center, a nie wiedząc, o jaki "antysemicki atak" chodzi, natychmiast rozpocząłem przeszukiwania newsów w celu zasięgnięcia informacji o komentowanym wydarzeniu, oczyma wyobraźni widząc już bojkot warszawskiej Galerii Mokotów lub przerwaną linię telefoniczną do Link 4.

    Dlatego też z niejakim zdziwieniem przyszło mi dowiedzieć się, że priorytetowym zadaniem stołecznej policji stało się wykrycie osobnika, któremu przyszło wymienić szturchańce z rabinem Schudrichem. Co ciekawe, niedługo później rabin nieco dokładniej opisał samo zajście, a z opisu wynikało, że sprawca "napadu" przechodząc obok trzech przedstawicieli społeczności żydowskiej, wymamrotał "Polska dla Polaków" - na tej manifestacji nacjonalizmu zamierzając zresztą poprzestać. Rabin zgorszony wspomnianą odzywką, postanowił jednakże rozpocząć dialog żydowsko-"polsko dla Polaków", ale zamiast ciętej riposty słownej - został popchnięty przez widocznie nienawykłego do dialogu przeciwnika. W tym momencie rabin miał stwierdzić, że na objawy przemocy z drugiej strony reaguje podobnym zachowaniem i po prostu zamierzał odwzajemnić niedoszłemu polemiście szturchańca, co w gruncie rzeczy można jeszcze nawet usprawiedliwić - w końcu nie wszyscy muszą podzielać ewangeliczne pouczenie o miłości bliźniego i wybaczaniu win i wolą zasadę "oko za oko". Niestety, rabin nie przewidział użycia broni chemicznej w aerozolu, która miała się okazać gazem pieprzowym, ale równie dobrze mógł to być dezodorant lub preparat na mszyce (z opisu wynika, że "Schudrich próbował go gonić, ale bezskutecznie", a skoro "go gonił" - to chyba użyty gaz nie wyrządził zbyt poważnych obrażeń). Faktem jest, że na tym incydent zakończył się, gdyż napastnik widząc bojową postawę rabina, wziął nogi za pas, co zresztą przez tego ostatniego zostało potraktowane odpowiednio ironicznym komentarzem. Zresztą - gdyby nie szabas, to rabin pewnie dogoniłby uciekiniera i spuścił mu nawet solidne manto, ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło - w zamian rabin Schudrich spuścił medialne manto wszystkim polskim nacjonalistom, wywołując bezsenność premiera i wzruszającą troskę pana prezydenta.
    Słowem: nawet nie bójka, ale wymiana szturchańców, jakich w Polsce w tym dniu, w dniach poprzednich i zapewne następnych wydarzyło się dziesiątki, a może i znacznie więcej. Z jedną wszak różnicą. Przez tamte anonimowe w większości już burdy nie zarywał nocy premier Marcinkiewicz, uczestnika tamtych przepychanek nie przyjmował prezydent Kaczyński, tamte incydenty nie były nawet warte wspomnienia na ostatniej stronie lokalnej gazety. Oczywiście powodem, dla którego opisana wcześniej uliczna zaczepka stała się drugim tematem dnia obok papieskiej pielgrzymki - była właśnie zbliżająca się chwila przybycia papieża do Auschwitz oraz fakt, że zaatakowanym - a właściwie sprowokowanym - był żydowski rabin. Wydarzenie to było swoistym "last minute" dla wszystkich zwolenników tezy o polskim antysemityzmie i chrześcijańskiej odpowiedzialności za żydowski Holokaust. Tyle, że kilka dni wcześniej w niewyjaśnionych okolicznościach pozbawiono życia katolickiego księdza, a sprawie nie nadano nawet połowy tego rozgłosu jaki towarzyszył wydarzeniom "w środku dnia w centrum Warszawy". Nb. takie uporczywe podkreślanie tego "środka dnia i centrum Warszawy" miało chyba stanowić dodatkowy argument za rozpasanym antysemityzmem, który nawet nie musi czaić się w mroku nocy za węgłem czynszowej kamienicy w powiatowym miasteczku na zapyziałej prowincji. Ten antysemityzm dotarł już tu do samego centrum Warszawy - w biały dzień... Stąd pewnie ten priorytetowy tryb stołecznej policji.
    Tylko jak w tej sytuacji wytłumaczyć nagły atak na posła Zawiszę za jego dawną sprawę o awanturę na przejściu granicznym, podczas której obecny poseł miał używać siły wobec prowokacyjnego zachowania innych turystów? Wynika z tego, że rabinowi Schudrichowi wolno reagować siłą na prowokacyjne zaczepki, ale Zawiszy - już nie! No, chyba że "układ" dał zlecenie na głowę posła Zawisza. Wszak im bardziej pokancerowany przewodniczący sejmowej komisji bankowej - tym więcej odkryć tej komisji będzie można przepuścić przez pryzmat osobowościowych ułomności jej szeryfa. McCarthy do dzisiaj większości kojarzy się z "polowaniem na czarownice"... W każdym razie - my czekamy na ustanowienie specjalnego medalu dla weteranów walki z antysemityzmem i ksenofobią. Plus dodatek do emerytury...
    Rabin Schudrich ma spore szanse na pierwszą transzę.



    Publicystyka Krzysztofa Mazura na ASME


    NIEMCY, UKRAINA, BIAŁORUŚ, ROSJA: Nasi odwieczni sąsiedzi, z którymi dzielimy różne części terytoriów obecnej i przyszłej Unii Europejskiej... Wysłane wtorek, 30, maja 2006 przez Krzysztof Pawlak

    Belkę zawsze lepiej dostrzec w oku bliźniego, a zagubioną igłę warto szukać w stogu siana sąsiada - bezpieczniej wszak niż w swoim, też łatwopalnym, ale to nie nasze zabudowania mogą zgorzeć od wysokiej temperatury wywołanej "gniewem międzynarodowej społeczności i jej opinii". Dlatego nie dziwi nikogo kolejne doniesienie - tym razem z neogaullistowskiego dziennika "Le Monde" w 24.05.2005, cytowane obficie przez lokalne "polskiego regionu UE" merdia mainstreamowe - w tej roli występuje tym razem "walterowski" vel "wejchertowski" Onet, które pod tytułem "Polscy nacjonaliści u władzy" uświadamia swoich odbiorców, jakimi to straszliwymi nietolerancjuszami okazali się znowu Polacy, którzy powinni byli dziękować i jeszcze raz, i jeszcze wiele razy - tylko i wyłącznie dziękować światłym Europejsczykom za przygarniecie ich do hajlafowego klubu przez stojących wyżej na szczeblach drabiny postępu obywateli Nowej, Wspaniałej Europy. Nie zaś - dawać posłuch wrażym podszeptom dobywającym się z kruchty toruńskiego rozgłośni. Francuska gazeta zwraca uwagę na największe zagrożenie dobywające się z dymiących czerepów przedstawicieli Młodzieży Wszechpolskiej, o których tak m.in pisze: "(...) wymienia wartości uznawane przez jego ugrupowanie za nadrzędne. Są to: rodzina, tradycja i wiara katolicka. Deklaruje poparcie dla silnego państwa, krytykuje »niemoralną« pomoc dla bezrobotnych, przytacza argumenty na rzecz wprowadzenia ulg podatkowych dla rodzin wielodzietnych. Gdy rozmowa schodzi na sprawy europejskie, poseł przybiera ostrzejszy ton: »Jesteśmy zdecydowanie przeciwni przyjęciu traktatu konstytucyjnego i wejściu Polski do strefy euro - mówi. - Te działania godzą w naszą niepodległość« (...)".
    Zwrócenie uwagi swoich francuskich czytelników na "nacjonalistów" - tym razem polskich, których formacja ostatnim rzutem na taśmę zdołała uratować się przed politycznym niebytem, jest manewrem żurnalistycznym stosowanym wielokrotnie, ostatnio pamiętanym z czasów nagonki na Jörga Heidera z austriackiej Partii Wolności, która w soczewce postępiackich sił politycznych Unii miałaby jakoby stanowić walne zagrożenie dla stabilności i jedności całego Związku Socjalistycznych Republik Europejskich, jak konserwatywni liberałowie określają Unię E.
    W ten sposób można odwrócić uwagę od takich niewygodnych faktów, jak wzrastającą z olbrzymią dynamiką fala antysemityzmu w Francji czy nastroje antyimigranckie w Niemczech, o których ostatnich przejawach mógł każdy, nawet wyjątkowo ospały obserwator życia społeczeństw sytego, zachodniego krańca naszego kontynentu, przeczytać również w serwisie postępowego Onetu, w artykule pt. "Seria ataków na obcokrajowców w Niemczech", traktującym o tym zjawisku:
    "W czwartek doszło w Niemczech do serii ataków ze strony przedstawicieli skrajnej prawicy na obcokrajowców - podała niemiecka telewizja publiczna ARD.
    W Weimarze (Turyngia) grupa prawicowych ekstremistów napadła na uczestników prywatnej imprezy. Trzej mężczyźni pochodzący z Mozambiku i Kuby odnieśli poważne obrażenia. (...) W Wismarze nad Bałtykiem [Meklemburgia - Pomorze Przednie] skrajnie prawicowa młodzież pobiła na targu ze starociami Indusa. 36-letni mężczyzna był bity i kopany - informuje agencja dpa. (...) Do kilku incydentów doszło także w Berlinie. Na stacji szybkiej kolejki miejskiej (S-Bahn) w dzielnicy Wedding 38-letni Niemiec ubliżył Gwinejczykowi, a następnie rzucił w niego petardą, lekko go raniąc. Na dworcu w dzielnicy Kreuzberg grupa Niemców zwymyślała Libańczyka. Jeden z nich rzucił w niego butelką, jednak nie trafił. W dzielnicy Prenzlauer Berg czterech Niemców sprowokowało bójkę z Turkami. Jeden z nich został lekko ranny. W ubiegłym tygodniu nieznani sprawcy pobili w Berlinie polityka Partii Lewicy - z pochodzenia Kurda.
    Urząd Ochrony Konstytucji opublikował na początku tygodnia raport, z którego wynika, że zagrożenie ze strony skrajnej prawicy wyraźnie wzrosło. Zwiększyła się liczba neonazistów oraz osób należących do środowiska skrajnej prawicy, które skłonne są stosować przemoc wobec obcokrajowców".
    Warto zwrócić uwagę na ostatnie zdania, traktujące o ruchach nazistowskich, czyli narodowo-socjalistycznych, do których jest porównywana (trochę nie bez racji) organizacja młodego ministra obecnie MEN Romana Giertycha Młodzież Wszechpolska. Warto chociażby z jednego powodu - oto przed dwoma laty jak internet szeroki i głęboki, a także przez media starszego rodzaju w postaci telewizji, radia czy gazet papierowych przeszedł szeroką ławą szmer zażenowania wynikającego z ujawnienia, że służba wywiadu niemieckiego BND od samego początku istnienia tych nazistowskich organizacji - nie tylko je kontrolowała, ale wręcz stała za ich powołaniem do życia, i pisząc wprost - w ten sposób "organizowała" wszystkie bez wyjątku nurty lewackich (bo nie tylko "zielono-różowych", ale i właśnie też narodowo-socjalistycznych) zagrożeń "porządku konstytucyjnego" Niemiec. Jednym słowem - za wywołaniem takich nastrojów stoi BundesNachrichtenDienst, która realizuje politykę państwową w pełnym wymiarze i to nie tylko za granicą, lecz i wewnątrz kraju, tak jak to robią służby specjalne na całym świecie. Zaś media służą oczywiście do kierowania uwagi tzw. opinii publicznej w poszczególnych okresach na wybrane kierunki. Jednym z nich jest obecnie "wzrost nastrojów nacjonalistycznych i anty unijnych" w "polskim regionie UE", co gazeta "Le Monde" i inne redakcje z zaprzyjaźnionych, pozostałych "regionów UE" zagospodarowują na użytek bieżących potrzeb polityki ZSRE, jeszcze międzynarodowej. Poprzez ulokowanie w redakcjach wpływowych pism swoich wydajnych współpracowników, BND osiąga cele w polityce wewnętrznej, o czym też o pewnego czasu huczy w Niemczech w następstwie ujawnienia przez żurnalistę z Bawarii Ericha Schmidta-Eenbooma sprawy inwigilacji jego kolegów po fachu przez funkcjonariuszów BND, o czym znowu podajemy do wiary za serwisem tej samej, "walterowsko-wejchertowskiej" agencji samych dobrych wiadomości, Onetu (26.05.2006): "Na początku maja niemieckie media ujawniły, że wywiad nie tylko obserwował od lat 90. dziennikarzy piszących o służbach specjalnych, co było znane od jesieni ubiegłego roku, lecz wykorzystywał ich także jako agentów do penetrowania redakcji gazet i tygodników".
    Działania BND nie mają oczywiście wymiaru lokalnego, jest to służba, która stoi na fundamencie nieubłaganej i konsekwentnie od dziesiątków lat (zaczynając od okresu szefowania przez gen. Gehlena z - co istotne przecież - Fremde Heere Ost) prowadzonej polityce niemieckiej w wymiarze międzynarodowym. Ponieważ Rzeczpospolita jest "wypróbowanym" dosłownie sąsiadem od wieków państwa niemieckiego we wszystkich minionych jego przejawach, interesujące jest oczywiście, w jaki sposób służba wywiadu zagranicznego naszego zachodniego sąsiada poczyna sobie na naszym, okrojonym w wyniku II Wojny Światowej, terenie i terytoriach, które powinny pozostawać w nieustannym zainteresowaniu służb specjalnych RP.
    Weźmy po lupę bezpośrednio wschodniego obecnego sąsiada Polski - taka Białoruś - od dawna oczywiście jest aktywnym polem penetracji BND, o czym już w 2003 informowaliśmy w nagraniach TV ASME, przeprowadzonych z antyłukaszenkowskim działaczem Białoruskiego Frontu Narodowego Zenonem Paźniakiem, o których przypomnieć warto: "III część wywiadu TV ASME z Zianonem Paźniakiem, przewodniczącym BFN, o kulisach współdziałania służb specjalnych Moskwy i Berlina na Białorusi". "»OBWE i niemiecka dyplomacja stworzyli >sterowaną opozycję< - razem z KGB« - twierdzi Zianon Paźniak, lider Białoruskiego Frontu Narodowego, od roku 1996 zmuszony do przebywania na emigracji. Dokument o współpracy podpisał razem z byłym szefem BND szef białoruskiego KGB. Europejskim dyplomatom chodziło o to, by można było powiedzieć o Łukaszence, że »ulega demokratyzowaniu się«. Kiedy Łukaszenka »wygrał« wybory prezydenckie, wygnał Hansa Georga Wiecka: po prostu nie wystawił mu wizy wjazdowej. Wywiad z Wieckiem został wydrukowany w rosyjskojęzycznej gazecie »Białoruska gazeta«, sterowanej przez rosyjskie KGB. W 2000 roku na międzynarodowej konferencji w Białymstoku Wieck powiedział, że jego działalność na Białorusi polegała na "przyłączeniu Białorusi do Rosji, bo ona jest... bardziej demokratyczna". "W Europie najpotężniejszym państwem są Niemcy - spoglądające na swoją politykę z perspektywy kilkudziesięciu lat i tak planujące swoje posunięcia. W tej perspektywie to co się dzieje na Białorusi nie jest tylko polityką rosyjską, ale także - polityką niemiecką. Za pomocą misji OBWE, sterowanej przez Hansa Georga Wiecka, byłego szefa wywiadu niemieckiego Bundesnachrichtenddienstes (BND 1985 - 1990), byłego ambasadora w Moskwie (1977), współpracującej z białoruskim KGB - okazało się, że i Niemcy i Rosja mają wspólne w niej interesy. Dla Niemiec dodatkowe państwo na drodze do Moskwy nie było potrzebne. Wypłynął od razu przy tej okazji problem Prus Wschodnich".
    A Rosja? Szeroko nagłośnioną przez wiele mediów europejskich sprawę byłego socjalistycznego kanclerza Schroedera, który w podziękowaniu za doprowadzenie do obustronnie, niemiecko-rosyjsko korzystnego rozwiązania dostaw strategicznie ważnych surowców energetycznych, do których jest zaliczany gaz ziemny, importowany przez Niemcy ze złoża północno-rosyjskiego, dostał wysoko płatną synekurę w postaci wiceprezesury w Gazpromie, kontrolowanej przez administrację rosyjską firmie surowcowej przypomnieć warto jedynie dla porządku i systematyzacji tematu. Na ile kanclerz Schroeder był (jest) agentem BND, na ile GRU - to jest zmartwienie samych Niemców i Rosjan. Dla Polski liczy się efekt w postaci braku wpływu w przyszłości na wymianę surowcową w tej dziedzinie pomiędzy byłymi wielokrotnymi zaborcami ziem polskich i likwidatorami polskiej państwowości. Okręg Kaliningradzki z byłą stolicą lenna Rzeczypospolitej Królewcem stanowi od czasu pirestrojki silny argument przetargowy i doskonały pomost współdziałania rosyjsko-niemieckiego, co można w Polsce doświadczyć co jakiś czas, obserwując historię choćby zamykania" i "otwierania" Cieśnini Pilawskiej, co stranowi doskonały barometr nastrojów we współpracy mającej swe kilkusetletnie dzieje pomiędzy "dworem" prusko-niemieckim a "kremlowskim", niezależnie od zasiedlajacych je ekip i ich ideowych zapatrywań. Kiedy ostatnio okazało się, że nowo wybrany rząd pod egidą ugrupowania PiS nie za bardzo ma ochotę klepać się wzajem po barkach z tandemem Putin-(Schroder/Merkel) za "gospodarczy sukces" unio-europejskim, jakim ma stać się tzw. Gazociąg Północny - od razu żegluga po Cieśninie doznała uszczerbku w wyniku kolejnych "obiektywnych obiekcji" strony wojskowo-rosyjskiej i pozostaje wstrzymana na drodze wodnej do portu w Elblągu po dzień dzisiejszy.
    Sąsiadem Polski jest od kilku lat niezależna Ukraina, w której nacjonalistyczne, a szczerze pisząc - nazistowskie ugrupowania, cieszące się w jej zachodniej części w czasie II wojny Światowej sporym poparciem społecznym Rusinów, co zaowocowało m.in. rzezią Polaków na Wołyniu i Podolu - zdecydowały się na współpracę z władzami III Rzeszy w opozycji do negocjacji z polską administracją Kresów Wschodnich RP. Kooperację tę zakończyły w wyniku klęski minionej formy państwowości niemieckiej - teraz przystępują do odrabiania zaległości, o czym informuje kolejne doniesienie "walterowsko-wejchertowskiego" serwisu z 25.05.2006 r.: "Prezydent Ukrainy Wiktor Juszczenko mianował swym doradcą ambasadora Niemiec w Kijowie - poinformowała kancelaria prezydencka. Dietmar Stuedemann kończy w czerwcu blisko 5-letnią dyplomatyczną misję nad Dnieprem. (...) Dekret Juszczenki opublikowano na stronie internetowej jego urzędu. Zgodnie z nim Stuedemann będzie doradcą pozaetatowym, co oznacza, że za swą pracę nie będzie otrzymywać wynagrodzenia. (...) »Mianowanie nieetatowych doradców jest suwerennym prawem prezydenta« - wyjaśniła tymczasem w rozmowie z PAP wicerzeczniczka Juszczenki Łarysa Mudrak. "Poprzedni ukraińscy prezydenci także mieli zagranicznych doradców, lecz - w odróżnieniu od obecnego szefa państwa - nie informowali o nich opinii publicznej" - dodała (...)". Gdy przypomnieć, że prezydent Juszczenka uzyskał swoje zwycięstwo w wyniku działań wywiadów amerykańskiego (finansowanie oraz logistyczne wsparcie "młodzieżowego" ruchu "PORA") i niemieckiego - wykorzystującego właśnie wielodziesięcioletnią współpracę ze środowiskiem nacjonalistów ukraińskich OUN-UPA, m.in. poprzez ich diasporę w Kanadzie, nominacja b. ambasadora Studemanna ukazuje się pełnym świetle jako doniosłe osiągniecie BND, co w połączeniu z jej silnymi pozycjami w Rosji i na Białorusi nie jest dobrym komunikatem o zdolnościach i wydajności służb cienia Rzeczypospolitej, niezależnie czy będziemy je rozpatrywać poprzez pryzmat PRL-bis, zwanej III RP, czy postulatem propagandowym ugrupowania braci Kaczyńskich, określanym pojęciem IV RP.
    Jak więc widać - "porządkowanie" przez BND "regionu wschodniego UE" przebiega efektywnie, co stanowi niewątpliwy przyczynek do zadowolenia centrali w
    Pullach.
    Z jednej strony - opłacani przez niemieckich podatników oficerowie autentycznie dbają o interesy państwa, któremu służą, z drugiej - jak wyżej zostało opisane, sami kreują potrzebne dla dalekosiężnych celów "klimaty polityczne" jego wewnątrz, dostrzegając zagrożenia związane z coraz większym zapotrzebowaniem na tanią siłę roboczą, do tej pory importowaną z państw pozaeuropejskich, oraz płatników do systemu ubezpieczeń emerytalnych i społecznych czy medycznych, zaprojektowanych jeszcze przez kanclerza Bismarcka, a które to stają przed coraz trudniejszym zadaniem (tak samo u nas!) zbilansowania pływów z potężniejącymi wydatkami w miarę procesu starzenia się i "islamizacji" społeczeństwa Hegemonów Europy. Jednym z metod rozwiązania problemu obcości kulturowej robotników z Turcji, państw arabskich czy - szerzej pisząc - muzułmańskich, jest pozyskanie ich zamienników z krajów do tej pory pozostających poza sferą dominacji niemieckiej, czyli "państw byłego Układu Warszawskiego", podporządkowanych do niedawna w sposób absolutny imperium sowieckiemu. Wraz z jego upadkiem nastała możliwość wymiany nie poddających się asymilacji muzułman (którzy w dodatku coraz skrupulatniej i efektywniej żerują na systemie zasiłków niemieckiego "ZUS-u") na bliższych kulturowo, a więc - sprawiających mniej kłopotów - obywateli Europy Środkowej. Do przeprowadzenia złożonej i pochłaniającej wielkie nakłady akcji "przystosowania" społeczeństw/narodów do potrzeb gospodarki niemieckiej (oraz - w drugiej kolejności, zgodnie z "kolejnością dziobania w UE" - francuskiej oraz brytyjskiej) BND nadaje się idealnie, gdyż po prostu takie są jej zadania konstytucyjne. W pierwszym rzędzie należało pozbawić lokalne administracje tych społeczeństw mocy sprawczej na arenie międzynarodowej. Czy można sobie wyobrazić tańszą metodę do tego celu niż ulokowanie w najbardziej newralgicznych jej punktach - agentów swojego wpływu? Nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie chyba zaprzeczał, że wywiad niemiecki, jakim jest BND, tak samo jak i wszystkie inne służby specjalne całego świata, posługuje się takimi współpracownikami, opłacanymi przez budżet RFN. Warto w tym miejscu przypomnieć kwestię finansowania przez Fundację im. Adenauera przedstawicieli pewnej formacji politycznej, która do dziś dzień nie może pogodzić s z porażką w zeszłorocznych wyborach parlamentarnych i prezydenckich. A także - deszcz nagród, fundowanych przez różne fundacje niemieckie, jakimi byli honorowani reprezentanci innej, zanikającej już na szczęście, grupy "Europejszczyków"...
    Europa to nie jest oczywiście jedynie nasz "region", na południe od niego znajduje się ważny, wieloetniczny "kocioł bałkański", który od setek lat pozostaje przedmiotem wytężonej pracy kolejnych pokoleń zwolenników porządku europejskiego według scenariusza najpotężniejszego - we własnym mniemaniu - Cesarstwa na naszym kontynencie.
    Niemcom doskonale powiódł się plan "na froncie południowym" parcelacji Jugosławii, z której resztek w minionym tygodniu wykrojono nawet karłowate księstewko Montenegro, co do którego są poważne wątpliwości, czy będzie zdatne do samodzielnego życia, ale jakby nie było - oczywiście z pomocą ochoczą pośpieszą zapewne wojska i formacje "szybkiego europejskiego reagowania", by zapewnić ordnung und szczęście unijne wszystkim Czarnogórcom, czy chcieliby tego sobie, czy nie. Współpraca Chorwacji została zapewniona wiele lat wcześniej, czemu nie można się dziwić, pamiętając historię państwa NDH, Nezawisnej Drżawy Hrvatskiej, gdzie władze ustaszy, ówczesnej narodowo-socjalistycznej głównej formacji politycznej, wykazały głębokie zrozumienie dla celów niemieckich nad Adriatykiem.
    W pobliskich Włoszech, po śmierci "polskiego papieża" Jana Pawła II, nastał czas sprawowania posługi na Tronie Piotrowym przez Benedykta XVI, Józefa kardynała Ratzingera, który - tak samo jak Karol Wojtyła, przyciągnął za sobą swój dwór współpracowników. Pamiętając, jak wiele udało się komunistycznej, więc - wcale nie polskiej (!), Służbie Bezpieczeństwa (a akta WSI na razie pozostają nie tknięte!) dokonać na "polu wywiadowczym" w Watykanie - bez złudzeń powinno traktować się towarzystwo obecnego Ojca Świętego, w którym służby specjalne Niemiec będą miały daleko większy posłuch niż mogło to mieć miejsce i czas w okresie pontyfikatu Wielkiego Polaka. Trzeba pamiętać, że papiestwo nie przywiązuje specjalnego znaczenia do wymiaru narodowego Europy, słusznie interpretując jej ostatnie kilkaset lat "narodowych struktur państwowych" jako tylko pewien etap w dziejach sprawowania rządu nad duszami chrześcijan w Europie.
    Tu wróćmy do naszego zaścianka. Papież Benedykt XVI Józef kardynał Ratzinger podjął trud pielgrzymki do kraju Swojego wielkiego poprzednika. W minioną sobotę i niedzielę nawiedził Polskę południową, Małą Polskę, z której jakże blisko jest do Śląska, gdzie Herr Gorzelik und Ihre ferajn aus Ruch Autonomii Śląska od lat podnoszą zawzięty głos za ustanowieniem "autonomii" dla jakiegoś "narodu śląskiego", którego tak usilnie przy ostatnim spisie powszechnym wypatrywano w liczbie ponad 100 tysięcy, że nie dość, że przez liczne ulotki podrzucane na progi domostw w Schlesiche Heimacie wzywano wszystkich do ujawnienia się, to przez fale eteru i lokalnego promieniowania telewizyjnego kampania osiągnęła tak spektakularne rozmiary, że co do istnienia zagubionej kolumny śląskiej" musiał wypowiadać się NSA, orzekając na szczęście, że póki co jej nie dostrzegł. Do Małej Polski autonomiści na pewno zawitali szeroką ławą, jak przystało na uczciwych katoliken w coraz bardziej jednoczącej się (i jakoś tak... też rozczłonkowującej się na coraz mniejsze "regiony") Mitteleuropa.
    A co działo się w tych dniach w Niemczech "ateistycznych"? Symbolicznym pokazem dumy narodowej stało się otwarcie nowego Hauptbahnhoffu, czyli dworca głównego w Berlinie, na którym będą - według zapowiedzi - zatrzymywać się codziennie 1000 pociągów na nadziemnym peronach linii Zachód - Wschód i podziemnych linii Północ - Południe. Z tej okazji 16-letni Niemiec zranił nożem w nocy z piątku na sobotę 27 osób uczestniczących w uroczystościach, co także podał do wiary dzisiaj m.in. serwis Onetu, informując dodatkowo, że "sprawca napaści pochodzi z dzielnicy Neukoelln, która jest jednym z najbardziej niebezpiecznych miejsc w stolicy Niemiec". W otwarciu dworca, przez który będzie się przewijać ok. 300 tysięcy pasażerów i klientów galerii handlowych, uczestniczyło około pół miliona mieszkańców Berlina i turystów, spragnionych pokazu sztucznych ogni. Dlaczego to dzielnica, z której pochodził sprawca - ma być "najbardziej niebezpiecznym miejscem stolicy Niemiec"? Czy chodzi o zasiedlenie jej przez - nie wskazując oczywiście palcem - "nieodpowiednich" wg przyszłych potrzeb budżetowych największego płatnika netto UE "obcokrajowców", którym powoli wytwarza się nieprzyjazną atmosferę - przy pomocy pozostających na niejawnym rozliczeniu BND lewackich bandytów?

    Ale - w mediach ogólnoeuropejskich - jest i będzie pokazywany "nacjonalistyczny rząd" polski, w którym główne zagrożenie zostało zdefiniowane w osobach przedstawicieli formacji, której ledwie udało się przemknąć nad progiem wyborczym, wsparty - jakże ta historia z radiostacjami powraca farsą! - przez radio "narodowych katolików", w którym "jakiś felietonista wygłosił antysemicki komentarz" dotyczący "słusznych odszkodowań środowisk ofiar żydowskiego Holokaustu" (tak się to powinno pisać, proszę niedouków - nie można pozwolić na zagarnięcie całego POJĘCIA holokaustu przez jedne tylko środowisko/naród!), a którym przez kilkadziesiąt lat opłacali się za Shoah - kaźń dokonaną przede wszystkim na OBYWATELACH RZECZYPOSPOLITEJ - spadkobiercy także i Herr generała Reinharda Gehlena, szefa do 1968 r. Federalnej Służby Wywiadowczej, który tak przecież lubił mazurskie Mamerki i twierdzę Boyen?

    Bo kto panuje nad teraźniejszością - panuje nad przeszłością. Kto zaś panuje nad przeszłością - panuje nad PRZYSZŁOŚCIĄ...

    O tym cały czas należy pamiętać. I patrzeć z wyżyn (nie tylko mazowieckich) - na różne strony. Na Bawarię - także.

    Krzysztof Pawlak

    Publicystyka Krzysztofa Pawlaka na ASME


    Teczki Służby Bezpieczeństwa PRL dzielą duchownych polskiego kościoła, "naziści" to nie Niemcy i zwycięstwo Parad Schumańskiego Komsomołu nad problemtyczną pobożnością młodzieży - Stanisław Michalkiewicz o kontrowersjach interpretacyjnych nad minioną pielgrzymką Ojca Świętego Benedykta XVI do Polski Wysłane poniedziałek, 29, maja 2006 przez Krzysztof Pawlak

    | Pobierz |








    Teczki Służby Bezpieczeństwa PRL dzielą duchownych polskiego kościoła, "naziści" to nie Niemcy i zwycięstwo Parad Schumańskiego Komsomołu nad problemtyczną pobożnością młodzieży - Stanisław Michalkiewicz o kontrowersjach interpretacyjnych nad minioną pielgrzymką Ojca Świętego Benedykta XVI do Polski
    Wysłane poniedziałek, 29, maja 2006 przez Krzysztof Pawlak

    "Zakończyła się pielgrzymka Benedykta XVI do Polski, trwa powolny bolesny powrót do rzeczywistości i już mamy pierwsze kontrowersje co do interpretacji tej wizyty i jej »momentu kulminacyjnego«. Pan redaktor Kamil Durczok z TVN uważa, że był nim przemówienie Papieża w obozie koncentracyjnym w Brzezince, natomiast kardynał Anioł Sodano uważa, że było nim spotkanie Papieża z młodzieżą na Błoniach krakowskich. Chociaż mamy do czynienia z ewidentną kontrowersją, to obaj adwersarze mają rację! Zgodność racji wynika stąd, że mamy do czynienia w pierwszym przypadku z podejściem politycznym, a nawet - państwowym, za w drugim - z podejściem politycznym ale - kościelnym. Rację ma pan redaktor Durczok, gdyż przemówienie z Brzezince zawierało wyjaśnienie, że autorami zbrodni byli »naziści«, którzy najpierw podbili naród niemiecki, dlatego Niemcy stają się też »ofiarami« nazizmu, i dlatego natychmiast zapaliła się tęcza nad tym przemówieniem. Wynika z tego, że Ojciec Święty jest wytrawnym dyplomatą" - Stanisław Michalkiewicz omawia najważniejsze wyniki świeżo minionej pielgrzymki zwierzchnika Kościoła katolickiego do Polski.

    Drugi typ podejścia do interpretacji tej pielgrzymki zaprezentował kardynał Anioł Sodano, który wiązał się z nadziejami, jakie Papież sformułował pod adresem polskiego kościoła, że będzie on "ogniskiem, które ogrzeje chłodne serca zachodnich Europejczyków". W przyszłym podziale zadań Polska ma najwyraźniej pełnić rolę centrum katolickiego i dopiero z tego punktu widzenia jest zrozumiała troska, jaką wykazał Ojciec Święty podczas przemówienia do duchownych w warszawskiej katedrze, kiedy najwyraźniej chciał wygasić antagonizmy, które w łonie polskiego duchowieństwa dały się poznać na tle lustracyjnym.
    Jeśli nie kłamie swoim zwyczajem pan redaktor Morozowski z TVN i pan redaktor Żakowski w "GW", to wynika z dzisiejszych doniesień, że ksiądz Isakowicz-Zaleski zdecydował się już nie ujawniać publicznie teczek agentów w krakowskim kościele i przekazać je "komisjom pojednania i troski", uformowanym dla potrzeb wygaszenia tego konfliktu, opracowującym bardzo subtelnie ze strony teologicznej sprawę agentury SB-eckiej w polskim kościele.
    Zaraz też okaże się, czy "młodzież", której postawą został zbudowany Ojciec Święty i kardynał Anioł Sodano na Błoniach krakowskich, rzeczywiście przeżywała tam przypływ pobożności, czy może po prostu uczestniczyła w tym "happeningu" na zasadzie uczestnictwa w Przystanku Woodstock Jurka Owsiaka czy Parady Schumańskiego Komsomołu - ponieważ już 10 czerwca wyznaczyli sobie spotkanie "goje i lesbijki" w Warszawie. Jeśli udział "młodzieży" w tym spędzie przemysłu rozrywkowego będzie liczny - to będzie świadczyło jedynie, że podejrzenia, że były to tylko pozory pobożności - zostaną potwierdzone...

    Nagranie trwa ponad 8 minut i jest dostępne w Sieci do 11 VI 2006 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




    Nowy kształt dialogu - Stanisław Michalkiewicz Wysłane poniedziałek, 29, maja 2006 przez Krzysztof Pawlak

    Nad Polską zbierają się czarne chmury. Ujawnienie przez doktora Witkowskiego materiałów wskazujących, że ks. Michał Czajkowski był wieloletnim, tajnym współpracownikiem Służby Bezpieczeństwa, zbulwersowało opinię publiczną. Według ujawnionych rewelacji, ks. Czajkowski miał szpiegować m.in. ks. Jerzego Popiełuszkę, a jego oficerem prowadzącym miał być sam płk Adam Pietruszka. Ale nie tylko konfidencka ranga ks. Czajkowskiego robi takie wrażenie na publiczności. Duchowny ten uchodził bowiem również za autorytet moralny, podobnie, jak w swoim czasie red. Lesław Maleszka z "Gazety Wyborczej", ale oczywiście znacznie większego kalibru. Ciężaru gatunkowego dodawała księdzu Czajkowskiemu funkcja współprzewodniczącego Polskiej Rady Chrześcijan i Żydów, która wśród rozlicznych chwalebnych czynności zajmuje się również sławnym "dialogiem z judaizmem". Czy w tej sytuacji "dialog" nie ucierpi? Być może nie, bo ks. Czajkowski wprawdzie zrezygnował z funkcji asystenta kościelnego miesięcznika "Więź", ale nic nie wiemy, by zrezygnował z współprzewodniczenia wspomnianej Radzie. Zresztą trudno byłoby zapewne znaleźć tak na poczekaniu na to miejsce konfidenta tak wysokiej rangi, a kandydatura kogoś pośledniejszego mogłaby zostać odczytana jako objaw lekceważenia. Nie jest zatem wykluczone, że ks. Czajkowski będzie nadal dźwigał ten krzyż (felieton był pisany, kiedy jeszcze ks. Czajkowski nie ujawnił swej rezygnacji z tego stanowiska - przyp. ASME). Zresztą wygląda na to, że nie będzie osamotniony. W charakterze Szymonów Cyrenejczyków już zgłosili się JE ks bp Tadeusz Pieronek i JE ks. abp Józef Życiński. Pierwszy skarcił doktora Witkowskiego, że popełnił "czyn nieetyczny", zaś drugi skrytykował go za podgryzanie fundamentów europejskiej cywilizacji, która wspiera się na domniemaniu niewinności. Obalenie takiego domniemania nie jest sprawą prostą; bo jeśli ktoś nawet palił, to przecież mógł się nie zaciągać, a jeśli nawet przez brak roztropności od czasu do czasu się tam i zaciągnął, to przecież wcale nie musiał mieć na myśli niczego złego. "Nieetyczni" są tylko ludzie, którzy takie informacje ujawniają i dla nich nie będzie żadnej litości ani na tym, ani nawet na tamtym świecie. Konfidenci na przykład prześlizną się przez bramę Niebios bez trudu; wystarczy, że jeden z drugim po trzykroć zapieje i skonfundowany św. Piotr natychmiast mu otworzy. No, a co będzie miał na swoje usprawiedliwienie doktor Witkowski? Nic zgoła, poza prawdą, ale przecież nic tak nie gorszy, jak prawda i w Niebie też już znają to przysłowie.
    W tej sytuacji możliwe, że sławny "dialog" nie tylko nie ucierpi, ale nawet się zintensyfikuje. Właśnie "Gazeta Wyborcza" doniosła, że izraelski rząd "rozważa" indywidualny bojkot wicepremiera i ministra edukacji w polskim rządzie, Romana Giertycha. To bardzo ciekawy pomysł, przypominający trochę pogróżki meksykańskiej cesarzowej Charlotty, że jeśli Napoleon III nie udzieli jej mężowi Maksymilianowi natychmiastowej pomocy wojskowej, to oni natychmiast abdykują. - "Ależ abdykujcie jak najprędzej!" - wyrwało się Napoleonowi, a wtedy Charlotta zaczęła wyrzucać mu niepewne pochodzenie, później dostała spazmów, wreszcie - zwariowała. Dzisiaj jednak czasy są inne i - jak to śpiewało się kiedyś w dziarskiej piosence wojskowej - "akcja wspaniale się rozwija", zaś wszystko wskazuje na to, że hasło rzucone przez izraelski rząd zostało na gruncie polskim podchwycone przez Związek Nauczycielstwa Polskiego, w którym komuniści mieli duże wpływy jeszcze przed wojną, no i tak już zostało do dnia dzisiejszego. W związku z tym przez kraj przewala się fala spontanicznych protestów młodzieży szkolnej, że "Giertych musi odejść". Pan red. Lisicki z "Dziennika" Axela Springera twierdzi nawet, że jak tak dalej pójdzie, to czeka nas powtórka z 1968 roku; "młodzież" podniesie rewoltę tak, jak w Paryżu. Wszystko jest możliwe; "młodzież" wie, z której strony chleb jest posmarowany i komu dzisiaj należy się podlizywać, jeśli chce się zostać choćby "kelnerem lub konfidentem". Sytuacji rewolucyjnej sprzyja też okoliczność, że Platforma Obywatelska i inne postępowe ugrupowania zostały pominięte przy rozdziale posad, a nawet pan Wałęsa musiał coś zwęszyć, bo "rozważa" powrót do polityki, wszelako pod warunkiem otrzymania odpowiedniego stanowiska. Komu składa tę ofertę i dlaczego daje koalicji tylko "cztery miesiące" - oto pytania, które mogą nas naprowadzić na inspiratorów tego pełzającego zamachu stanu.
    Cztery miesiące... Ano, rzeczywiście, periculum in mora! Straszliwy Giertych skasował subwencje, jakie kolejne rządy, mimo upływu 17 lat od sławnej transformacji ustrojowej, wypłacały, jak gdyby nigdy nic, Związkowi Młodzieży Socjalistycznej, w którym wielu "młodych" doczekało się zasłużonej emerytury. Obciął też 19 tys. euro subwencji dla "gojów i lesbijek", którzy za te pieniądze organizowali sobie plenerowe sympozjony, na których zgłębiali zagadnienia różnicy płci. Na takie bezeceństwa rząd izraelski po prostu nie może już patrzeć i dlatego "rozważa" w stosunku do tego polityka "indywidualny bojkot". Najwyraźniej "dialog" wkracza w fazę "upokarzania".

    Stanisław Michalkiewicz

    Publicystyka Stanisława Michalkiewicza na ASME i nagrania TV ASME


    Sennik sfer rządowych - Krzysztof Mazur Wysłane niedziela, 28, maja 2006 przez Krzysztof Pawlak

    O tym, że Ameryka zawsze górowała nad naszym udręczonym krajem, świadczy chociażby przykład pastora Martina Kinga, tamtejszego bojownika o godnościowe, który tym się różnił od Leppera, że propagował "opór bez przemocy", odebrał staranne wykształcenie, w tym studia doktoranckie, no i był nieco czarniejszy od naszego "mulata". "Miałem sen, że pewnego dnia nawet stan Missisipi, stan trawiony obecnie bezprawiem i uciskiem, przemieni się w oazę wolności i sprawiedliwości!" - przekonywał pastor King w słynnym przemówieniu w 1963 r., opisując przy okazji także nieco więcej tych swoich sennych wizji. Andrzej Lepper pomimo pogróżek Rokity śpi twardo i pewnie dlatego woli interpretować cudze sny. Świadczy o tym chociażby stwierdzenie, że to "co 5 maja zdarzyło się w Pałacu Prezydenckim, to najgorszy sen liberałów - Samoobrona współrządząca Polską, a Lepper wicepremierem....". Zresztą jeszcze zanim czarny sen liberałów uległ materializacji, już samo "...ewentualne poparcie rządu Kazimierza Marcinkiewicza przez Samoobronę spędza(ło) sen z powiek liberałów".

    A skoro o snach, to w ciepły wieczór "zimnej Zośki" zdarzyło mi się przysnąć podczas bloku reklamowego poprzedzającego kolejny program "Warto rozmawiać’, ale jakby na pograniczu jawy i snu dotarły do mnie stwierdzenia, że system polskiego lecznictwa jest nowoczesny i podobny do systemów innych rozwiniętych państw. Innymi słowy: jest "jak dobry samochód, do którego zapomniano wlać paliwa". Po ostatecznym odrzuceniu zalotów Morfeusza, stwierdziłem, że cytowana diagnoza stanowiła ewidentny składnik jawy reprezentowany przez przewodniczącego Naczelnej Rady Lekarskiej, dr. Konstantego Radziwiłła, który był autorem tejże wypowiedzi. Program dotyczył naprawy służby zdrowia, a paliwem, które zapomniano wlać do baku, były oczywiście pieniądze na wynagrodzenia dla lekarzy. Pomimo tak frustrującego samego początku programu skład zaproszonych do studia gości dawał nadzieję, że postawiona na początku teza zostanie wkrótce skutecznie wyśmiana, ba!, patrząc na siedzących z jednej strony p. Sośnierza, znanego onegdaj z prorynkowych sympatii, czy po drugiej stronie pp. Gwiazdowskiego i Rybińskiego, czy wreszcie znanego z "NCz!" dr. Bukiela dążącego do "odkomunizowania służby zdrowia" - można było powziąć wrażenie, że UPR jest czymś w rodzaju partyjnego Opus Dei, którego numerariusze i supernumarariusze strzegą koliberalnego depozytu w innych ułomnych strukturach. Niestety, nic podobnego się nie wydarzyło, w związku z czym jeszcze kilka razy podczas śledzenia dyskusji znużone powieki opadały mi na oczy, a gdy je podnosiłem - debata trwała nadal w tym samym punkcie, tzn. przy pustym baku wspaniałego samochodu. Ale wspomniany program po raz kolejny potwierdził przynajmniej kondycję polskich elit, szczególnie tych tworzących kolejne grupy trzymające władzę. Można to zilustrować przypadkiem ministra Piechy, który w momencie gdy red. Rybiński zamierzał porównywać ubezpieczenia samochodowe do ubezpieczeń zdrowotnych, zaczął wydawać z siebie wyraźne pomruki dezaprobaty. No cóż, podobno minister Piecha przez pewien okres swojej kariery lekarskiej nie odróżniał ludzkiego płodu od zwykłego kawałka tkanki organicznej, którą można wyskrobać z pożytkiem dla sytuacji materialnej upodmiotowionych reproduktorów... Jak już zaczął co nieco odróżniać, to wpadł w nałóg alkoholowy, a jak wreszcie doszedł do tego, co duża część ludzi wiedziała zawsze - to został politykiem i ministrem, który nie pozwoliłby nigdy sprywatyzować ubezpieczeń zdrowotnych, gdyż prywatnie - to możemy sobie ubezpieczyć samochód i to też pod przymusem.
    Nie jest moim zamiarem wyszydzanie ludzkich słabości czy dezawuowanie ich nawróceń, denerwujące jest jednakże to, że w Polsce pokuta za prywatne grzechy swoje czy błędy swoich ojców nieodmiennie odbywa się na ministerialnych lub dyrektorskich stołkach. O ile mi wiadomo, dr Nathanson nie pokutował na posadzie sekretarza stanu amerykańskiego rządu. Zaczynam poważnie podejrzewać, że kluczem do kariery w Polsce jest rodowód od dziadka przedwojennego komunisty, działacza Bundu lub Hanoar Hacijoni poprzez ojca aktywisty PZPR i swoje własne fascynacje dajmy na to Baader - Meinhof lub innym ZMS-em.
    Czy ktoś z tych decydentów politycznych w ogóle dopuszcza do siebie myśl, że człowiek, który w dorosłym życiu tyle razy mylił się w sprawach fundamentalnych - może nadal mylić się w innych sprawach istotnych nie tylko dla swojego życiorysu, ale co najważniejsze - dla biegu spraw całego narodu? Czy w tej materii nie powinna obowiązywać zasada ograniczonego zaufania, szczególnie w przypadku formacji mającej przywracać decyzjom politycznym właściwe proporcje, wszak nie jest to chyba jedynie "kwestia smaku"?

    Stygmaty negatywnej selekcji

    To, że ministrowi Mellerowi wysoki stołek w MSZ-ecie należał się z wprost z prawa do dziedziczenia, to wiadomo, ale naprawdę czasami można odnieść wrażenie, że nasi dygnitarze udzielając narcystycznych wywiadów, mają wszystkich za kretynów, a przynajmniej - za kretynów głupszych od siebie. A to, że eksminister Meller nie wystąpi do IPN, to przecież oczywiste, nadludzie nie muszą czyścić szamba, pozostawiając to szlachetne zajęcie innym falangistom. Tak jak to przedstawił na łamach "GW" red. Wołek, który również nie zamierza poniżać się w akcie wypełniania IPN-owskiego kwestionariusza, Wołka i jemu podobnych oceniać może jedynie Bóg i historia, chociaż co do praw Pana Boga - to tak do końca też nie wiadomo. Dla przykładu, ks. Czajkowski idąc konsekwentnie w zaparte, chyba w Boską sprawiedliwość tak do końca to za bardzo nie wierzy, wierzy raczej w ziemski proch i pył zapomnienia.
    W takiej sytuacji trudno dziwić się, że "odmawiam" wypowiedział również urzędnik państwowy Miller, szef NFZ, mając daleko w poważaniu zdanie premiera co do obsady stołka który sam zajmuje. Przy okazji nikt też nie spostrzegł, że prawdziwie nielojalnym był ten delegat rządu w radzie NFZ, który nie poparł zdania premiera w tej sprawie. Zresztą i jemu trudno się dziwić, skoro na drugi dzień po tym jak wszystkie media podały informację o częściowej odpłatności za usługi medyczne. Do autorstwa tego pomysłu nie chciał przyznać się ani NFZ, ani premier, ani tym bardziej minister Religa. Ot, kolejny przykład politycznego dzieworództwa.
    Jak zresztą może być inaczej, skoro ideologia, na podstawie której obecny rząd buduje nową rzeczywistość, jest tak nielogiczna, jak i jej autorzy, a tym bardziej wykonawcy? Dla przykładu: pozostając przy osobie prezesa Millera, poseł-przewodniczący Gosiewski zapytany o przyczyny jego odwoływania, odpowiedział, że jedyną przyczyną są cechy charakterologiczne szefa NFZ, bo fachowcem to jest znakomitym. Oczywiście problemy charakterologiczne to ma poseł Gosiewski, który bezkrytycznie przyjąłby nawet wynik sondażu informującego, że 70 proc. Polaków uważa go za przystojnego ale nie może uwierzyć w to, co wiedzą wszyscy, że Miller musiał odejść, aby Sośnierz mógł nadejść. Chociaż, czy komuś na tym rzeczywiście zależało - pokaże konsekwencja w dochodzeniu lojalności od rządowych delegatów w radzie NFZ.
    Ale co tu dużo wymagać od "pistoleros", skoro ideolog IV RP prof. Krasnodębski w rozmowie z Jackiem Żakowskim wykłada, że "kto trochę zna Zachód, wie, że każdy kraj idzie własną drogą", a my "wciąż słyszeliśmy, że "nie ma trzeciej drogi". Prof. Krasnodęski nie wie również "skąd w Polsce wzięło się przekonanie, że nie musimy nawet wydawać pieniędzy na badania naukowe, silne uniwersytety, na budowanie własnych ośrodków myśli politycznej i społecznej". Jak to panie profesorze, a za czyje pieniądze zbudowano jesziwy jedynie słusznej ideologii, tworzono instytucjonalne przytułki dla sierot po komunizmie, czyje pieniądze marnowano na pseudonaukowe badania itp.? Profesor Krasnodębski z rozbrajającą szczerością oświadcza, że był "zaskoczony, gdy się dowiedział, że Polska nie ma polityki demograficznej, a nawet ulg prorodzinnych". A kiedy to pan profesor dowiedział się o tych porażających faktach? A jak już się dowiedział - to kiedy zrozumie, że dzieci nie biorą się z uprawiania polityki demograficznej ani z ulg prorodzinnych - jeżeli ktoś wie co to w ogóle takiego ulgi prorodzinne? W jednym wszak warto się z panem profesorem zgodzić: otóż coraz wyraźniej widać, że minione lata dokonały "brutalnej selekcji negatywnej", chociaż proszę wierzyć - nie wszyscy przykładaliśmy do tego ręce.
    Dla uświadomienia sobie skutków takiej właśnie selekcji negatywnej, warto przytoczyć fragment recenzji filmu "Kod da Vinci" autorstwa p. Barbary Hollender, a zamieszczonej w "Rz". Otóż znana filmolożka pisze: "Jestem katoliczką, jak zdecydowana większość moich rodaków, ale nie należę do osób gorąco praktykujących i nie atakuję filmu Rona Howarda z pozycji religijnego fanatyka. Prawdę powiedziawszy, nie ma dla mnie znaczenia, czy Jezus miał żonę dzieci, czy nie. Może nawet w wersji »rodzinnej« wydaje mi się bardziej ludzki....". Krytyczka filmowa oświadcza, że jest katoliczką, dla której nie ma znaczenia czy Jezus został ukrzyżowany i zmartwychwstał, co stanowi istotę chrześcijaństwa ("Gdyby tak nie było, próżne byłoby nasze przepowiadanie i próżna nasza wiara" (por. 1 Kor 15, 14), a katolicyzmu w szczególności. Według niej, katolicyzm mógłby równie dobrze opierać się na przekonaniu, że Jezus miał żonę dzieci, co oznacza że chrześcijaństwo mogłoby istnieć nawet bez Mesjasza. Zwłaszcza, że niektórym wystarcza Jezus jako rabbi.
    Rzeczywiście tacy intelektualiści mogą być efektem jedynie wyjątkowo brutalnej selekcji negatywnej. A tak chciałoby się powiedzieć: "Miałem sen, że pewnego dnia nawet Polska, kraj trawiony obecnie bezprawiem i uciskiem, przemieni się w oazę wolności i sprawiedliwości!"...

    Krzysztof Mazur

    Publicystyka Krzysztofa Mazura na ASME


    UPRzejmy punkt widzenia (16) - Wojciech Popiela Wysłane niedziela, 28, maja 2006 przez Krzysztof Pawlak

    "Zanim powrócę do Rzymu, by kontynuować moją posługę, kieruję do was wszystkich tę zachętę, nawiązując do słów wypowiedzianych na tym miejscu przez Jana Pawła II w 1979 roku: Musicie być mocni, drodzy Bracia i Siostry! Musicie być mocni tą mocą, którą daje wiara! Musicie być mocni mocą wiary! Musicie być wierni! Dziś tej mocy bardziej wam potrzeba niż w jakiejkolwiek epoce dziejów".

    Szesnasty UPRzejmy punkt widzenia wypadł akurat w ostatnim dniu wizyty Papieża Benedykta XVI w Polsce. Dziś na krakowskich błoniach usłyszeliśmy powyższe słowa. Papież uznał, że wiara katolików w Polsce potrzebuje dziś, gdy Polska politycznie jest członkiem brukselskiej wspólnoty europejskiej, a nie moskiewskiej RWPG, mocy bardziej niż w jakiejkolwiek epoce dziejów... Nie powiedział tego bez powodu. Ataki na katolicyzm przybierają na sile. Stara, opanowana przez lewicę Europa wciąż chce zatrzasnąć drzwi przed Chrystusem nie pomna na to, że on potrafi wchodzić mimo drzwi zamkniętych…

    "Ważne jest, w co wierzymy, ale jeszcze ważniejsze, komu wierzymy". Komu wierzyć? Czy następcy św. Piotra, Papieżowi Benedyktowi XVI , który kilkakrotnie składał na polskiej ziemi ofiarę Mszy Świętej, bezpośrednio spotkał się z ponad dwoma milionami Polaków i dziesiątkami milionów przez radio i telewizję, czy tym, którzy ignorują w tej wizycie Jezusa i cały jej chrześcijański wymiar, pisząc jak w pierwszym zdaniu relacji Reutersa przytoczonej przez CNN z tej wizyty "Sexy advertisements were put under wraps and a ban on liquor sales went into force on Thursday in areas that Pope Benedict will visit during his just-started tour of Poland" (Inna rzecz, że władze zachowały się śmiesznie, tak jakby starały się o to, by Papież nie zgorszył się widokami półnagich reklam podczas przejazdu, a już Polacy w innym czasie i miejscu mogą). Albo uporczywie od wielu dni głoszą w światowych mediach, że najważniejszym momentem pobytu w Polsce będzie wizyta "niemieckiego Papieża" w Auschwitz. GW: "Wizyta Benedykta XVI w obozie Auschwitz to będzie ostatni i najbardziej oczekiwany przez świat punkt tej pielgrzymki. (…) Prasa izraelska skupia uwagę na niedzielnej wizycie Benedykta XVI w byłym nazistowskim obozie koncentracyjnym Auschwitz-Birkenau. Z perspektywy żydowskiej będzie to najważniejszy punkt tej podróży". Niektórzy formułują to nawet tak: "Benedict XVI, who was member of Nazi youth movement as child, to pray for peace at death camp". Nawet prowadząca wiadomości w TVP3 używa sformułowań typu: "To przewrotność losu, że Papież-Niemiec odwiedzi ten obóz". Przewrotność losu! (sic!). O tym, że Papież będzie wspominał tam m.in. ofiarę Ojca Maksymiliana Kolbe, świętego - właściwie się milczy. Pewno dlatego, że wg politycznie poprawnych był niewątpliwie antysemitą.

    "To odrzucenie Jezusa przez ludzi, o którym mówi św. Piotr, powtarza się w historii ludzkości i sięga również naszych czasów. Nie trzeba wielkiej bystrości umysłu, by dostrzec wielorakie objawy odrzucania Jezusa, również tam, gdzie Bóg dał nam wzrastać. Jezus niejednokrotnie jest ignorowany, jest wyśmiewany, jest ogłaszany królem przeszłości, ale nie teraźniejszości, a tym bardziej nie jutra, jest spychany do lamusa spraw i osób, o których nie powinno się mówić na głos i w obecności innych. Jeśli w budowaniu domu waszego życia napotykacie na tych, którzy pogardzają fundamentem, na którym budujecie, nie zniechęcajcie się!".

    Niektórzy pamiętają jeszcze słowa: "Wzywam żydów i nieżydów, aby bojkotowali ten kłamliwy film" - zaapelował po premierze "Pasji" Jona Metzger, wielki rabin Izraela.

    "Nasza wiara w Jezusa musi często się konfrontować z niewiarą innych, by pozostać naszą wiarą na zawsze. (...) Wraz z wyborem Karola Wojtyły na Ojca Świętego Polacy zostali powołani do dawania światu świadectwa wiary".

    Zgodnie z przewidywaniem sprzed kilku tygodni pana Stanisława Michalkiewicza, doczekaliśmy się i prowokacji. Najpierw pojawiło się rozczarowanie, że Papież przejeżdżając przez Warszawę, nie rozkazał zatrzymać się przy stojącym obok pomnika Bohaterów Getta Naczelnym Rabinie Polski i podobno ambasadorze Izraela. Dziś dowiedzieliśmy się, że wczoraj w południe na warszawskiej ulicy nieznany sprawca zadał pytania, popchnął i popryskał aerozolem, mówiąc "Polska dla Polaków" Naczelnego Rabina Polski. Nie ma wątpliwości, że "świat" się o tym dowie ze szczegółami. Na razie Włosi i "świat" za pośrednictwem agencji dowiadują się z komunistycznego (rządowego?) dziennika, że "Trucizna, jaką sączy w serca Polaków Radio Maryja, to druga twarz polskiego katolicyzmu (...), papież podczas swej podróży spotkał się z Polską niepogodzoną z własną historią, bardziej klerykalną aniżeli pobożną i całkowicie podporządkowaną retoryce tradycjonalizmu. (...) Nasuwa się podejrzenie, czy nadzwyczajne otwarcie Karola Wojtyły pozostawiło tu jakiekolwiek trwałe ślady. (...) Namacalnym tego przykładem jest Radio Maryja, czyli głos polskiego reakcyjnego populizmu, posiadające decydujący wpływ na sprawujących władzę. Bez ideologicznej siły Radia Maryja, nie byłoby w Polsce rządu prawicy. (...) Rozwój i powodzenie rozgłośni księdza Rydzyka to rezultat kryzysu polskiego katolicyzmu, a szczególnie jego liberalnego odłamu. Kryzys ten, któremu sprzyja integryzm części episkopatu, doprowadził do utraty tożsamości, której owocem są także niebezpieczne autorytarne zapędy. W tym także nowy, absurdalny antysemityzm bez Żydów".

    Tymczasem "Gazeta Wyborcza" doniosła, że to zagraniczni inwestorzy odpowiadają za tąpnięcie na giełdzie: "W ciągu tygodnia z funduszy inwestycyjnych działających na wszystkich rynkach wschodzących klienci wycofali najwięcej kapitału w historii". Nie wiemy niestety, kim są ci "zagraniczni inwestorzy". Wiemy natomiast, kim jest przyjaciel pana premiera Marcinkiewicza, pan Schnepf. Oświecił nas Światowy Kongres Żydów, a Polakom przekazały tę wiadomość witryna Antysocjalistycznego Mazowsza - ASME i wydawany przez pana Janusza Korwin-Mikkego tygodnik "Najwyższy CZAS!": The resignation of a Polish Cabinet minister may delay the passage of a restitution bill for Jewish property, JTA reports. Secretary of State Ryszard Schnepf quit this week after a newspaper article in which he was quoted as saying that Poland’s prime minister wanted the country to join in a German-Russian oil pipeline. Schnepf, whose father was the head of the Polish Jewish community during the Communist regime, was in the midst of negotiating the details of a law that would compensate Jews for the confiscation of their property by the Nazis and Communists. Meanwhile, a meeting that was to take place on the compensation bill earlier this week between prime minister Kazimierz Marcinkiewicz and leaders of the Claims Conference was canceled. Gideon Taylor, executive vice president of the Claims Conference, told JTA: »We are concerned that the departure of secretary of State Schnepf will delay the process, and we are urging the Polish government to move rapidly to introduce and improve the proposed legislation«".

    Dla każdego jasne jest, że jeśli chcemy prowadzić - co w warunkach przystąpienia do WE jest samo w sobie wielką sztuką - samodzielną politykę wewnętrzną i zewnętrzną, warunkiem pierwszym jest niezależność ekonomiczna czy ściślej finansowa. Ta zaś objawia się głównie zerwaniu z koniecznością nieustannego zadłużania się poza granicami Polski. Jakim politykiem może być premier, któremu brakuje w kasie corocznie kilkanaście miliardów dolarów? Czy nie jest zmuszony "grać na dwa fronty" i unikać jak ognia niewygodnych pytań? Jaką władzę nad polskim rządem mają ci, którzy na spory procent pożyczają tych pieniędzy? Czy w tej sytuacji można się dziwić, że premier ma takich przyjaciół i usadawia ich na takich stanowiskach? Czy jednak premier, prezydent i władze nie mają dość mocy, by uwolnić Polaków od takiej zależności? Czy przywrócenie równowagi pomiędzy wpływami i wydatkami jest zbyt wysoką ceną za przywrócenie znacznego obszaru suwerenności państwowej?
    Inną sprawą jest bezpieczeństwo energetyczne. Czy w sytuacji, w której odczuwamy to ciągłe zagrożenie, roztropnym nie będzie zwrócenie się ku energii atomowej, najlepiej nie wg radzieckiej czy rosyjskiej myśli technicznej? Czy w sytuacji, w której nasi sąsiedzi posiadają elektrownie, straszak w postaci Czarnobyla ciągle ma paraliżować zapewnienie energetycznego bezpieczeństwa Polakom? Czy przykład Francji, która około 80% energii czerpie z atomu, niczego nas nie uczy? Czy niewielkie elektrownie rzeczne czy wiatrowe nadal muszą być szykanowane przez władze dające przywileje państwowemu monopoliście? Czy w sytuacji dostępu do taniej energii można wyobrazić sobie gwałtowny rozwój pojazdów napędzanych z akumulatorów? Czy decyzje parlamentu i rządu idące w tym kierunku naruszają aż tyle interesów, że są niemożliwe?

    Czy krokiem do uzdrowienia finansów jest dymisja wiceministra Barszcza, który wg gazety "Parkiet" pracował nad zniesieniem podatku dochodowego i powołanie ministra, który zachwala podniesienie akcyzy na olej opałowy z 232 do 1048 zł za 1000 litrów? Ministra z SLD-owskiego rządu Marka Belki! Ministra, który od 1 kwietnia 2004 był szefem gabinetu politycznego ministra finansów! Trzeba postawić pytanie, dlaczego premier Marcinkiewicz nie chce pana Barszcza, a chce pana Nenemanna i czy Pan Premier ciągle jest po stronie tych, którzy płacą mu pensję jako szefowi polskiego rządu? Czy argumenty szefa rządu będą podobne do tych, jakimi posługiwał się, broniąc pana Schnepfa w Radiu Maryja?

    Mijający tydzień dowiódł też (sprawa Roche), że socjalistyczny system opieki zdrowotnej rodzi patologie typowe dla socjalizmu. Rząd nic sobie z tego nie robi, ogłaszając utrzymanie socjalistycznego modelu ochrony zdrowia.

    Okazało się też że i ja okazałem się przed tygodniem prorokiem. W Polsce ciemnoty, ksenofobii i zacofania, wspominana przed tygodniem pani A. Rottenberg może cmokać nad wolnością "sztuki" (wspominana przeze mnie przed tygodniem prezerwatywa w monstrancji), a tymczasem najzupełniej unijny Sąd w Rotterdamie skazał na 40 dni pracy społecznie użytecznej 23-letniego studenta, który za pośrednictwem internetu rozpowszechniał reklamę rzekomej imprezy techno, odbywającej się w hitlerowskim obozie zagłady. Zdaniem sądu, już sam tytuł filmowego materiału "Housewitz. Taniec czyni wolnym" był świadomie obraźliwy. Sprawca nawiązał w nim zarówno do nazwy Auschwitz, jak i umieszczanego nad bramami wejściowymi obozów koncentracyjnych napisu "Arbeit macht frei" ("Praca czyni wolnym"). (Pisaliśmy o tym zwyrodnieniu "studenta holenderskiego" 9.08.2005 roku - przyp. ASME)
    Słowa o obowiązujących strojach na rzekomym techno party zilustrowano fotografią nagich, wychudzonych więźniów podpisaną: "Ubrani jak kościsty Żyd". W reklamie użyto również głosu Adolfa Hitlera i zdjęć obozu Auschwitz II - Birkenau.
    Prokurator zażądał za tę - według jego słów "szczególnie obrzydliwą machinację" - kary 60 dni pracy poprawczej, ale werdykt sądu zmniejszył jej wymiar o jedną trzecią. W uzasadnieniu wyroku podkreślono, że sprawca wyraźnie przekroczył granice swobody twórczej.
    Co na to wylewający pomyje na Polskę internacjonaliści? Niezależnie od ich opinii - trwajmy mocni w wierze!

    Wojciech Popiela

    Publicystyka Wojciecha Popieli na ASME.


    Zera tylko z tyłu - Janusz Sanocki Wysłane niedziela, 28, maja 2006 przez Krzysztof Pawlak

    Andrzej Lepper - lider partii, która w swoim programie zapisała poparcie dla wyborów bezpośrednich i Jednomandatowych Okręgów Wyborczych, złożył propozycję zmiany sposobu wyboru wójtów, burmistrzów i prezydentów miast, wycofania się z wyborów bezpośrednich i powrotu do wyboru burmistrza przez rady gmin. JOW - owszem znajduje się w programie Samoobrony, ale kto by tam poważnie traktował partyjne programy? Program programem, a interes interesem.

    W Polsce jest ponad 2500 stanowisk wójtów, burmistrzów i prezydentów miast, ale w bezpośrednich wyborach Samoobrona ani nie powącha żadnego z nich. PiS jeśli zdobędzie gdzieś jakiś fotel burmistrza w bezpośrednich wyborach, to raczej przez przypadek niż przez regułę. Podobnie zresztą będzie (w różnym stopniu) z Platformą, SLD, PSL-em nie mówiąc już o LPR. W ostatnich wyborach wójtów, burmistrzów i prezydentów wszystkie partie, razem wzięte poniosły kompromitującą porażkę. Kandydaci startujący pod ich szyldami zdobyli zaledwie 1/4 miejsc. Społeczeństwo pokazało, że jeśli ma prawdziwy wybór, a nie tylko jest zmuszone głosować na partyjne listy - co myśli o tych wszystkich partiach i ich kandydatach.
    Bezpośredni wybór burmistrzów pokazał jeszcze jedno zjawisko - żałosną słabość i niekompetencję polskich partii, w obecnym ich kształcie. Jakieś dajmy na to PiS czy inne SLD, nie ma kadr wystarczających do rządzenia gminą Kozia Wólka, ale dumnie wypina pierś i rządzi całym, 38-milionowym narodem. To tak jakby gość, który doprowadził do ruiny kiosk warzywny na osiedlu, kandydował na szefa sieci handlowej.
    Jak więc widać, istnieją wszystkie przesłanki do zakończenia jednokadencyjnego eksperymentu z bezpośrednim wyborem burmistrzów. Jest potrzeba - będzie decyzja.
    W partyjnie wybranych radach - zwłaszcza dużych miast, gdzie anonimowość, rozmiar okręgów plus partyjna ordynacja dadzą mandaty tym, którzy w prawdziwym konkursie nie mieliby szans, po wyborach koalicja się dogada. "Wy nam tu, my wam tam" i to co jest nie do przejścia w wyborze bezpośrednim, zostanie osiągnięte sztuczką.
    Ale co właściwie jest nie do przejścia w bezpośrednich wyborach? Dlaczego PiS, Samoobrona et consortes nie mają kandydatów na burmistrzów, którzy byliby w stanie zdobyć taką samą liczbę miejsc w samorządach, jak zdobyli w parlamencie?
    Odpowiedź jest banalnie prosta. Partie na dole, w tzw. terenie, nie stworzyły mechanizmu przyciągania ludzi wartościowych, kompetentnych, społecznie akceptowalnych. "Partii leninowskiej - mawiał mój wykładowca nauk politycznych na AGH - nie są potrzebni inteligenci. Potrzebny jest wódz, kilku zdolnych agitatorów i masy do wykonywania rozkazów" Jak widać, nic sie tu nie zmieniło.
    Polskim partiom nie są potrzebni wartościowi, niezależni, mający społeczne oparcie działacze samorządowi. Tacy mogą sprawiać tylko kłopoty, zamiast karnie wykonywać rozkazy wodzów.
    Partie mają już jednostki, potrzebne im są teraz zera. Zera z punktu widzenia warszawskich liderów mają tę zaletę, że można je dowolnie przestawiać. W wyborach sejmowych zera zawsze są z tyłu, schowane za liderem. Niestety, w wyborach bezpośrednich trzeba wyjść przed, a zero w tej sytuacji jest tylko zerem. W JOW - pokazuje to przykład wyboru burmistrzów - większość partyjnych zer przepada.
    W wyborach "proporcjonalnych", czyli partyjnych, zera wjeżdżają do Sejmu na plecach Leppera, Tuska, Kaczyńskiego czy "lidera zastępczego" (np. Kwaśniewskiego).
    Posłowie tak wybrani (raczej wciągnięci za uszy) są niestety w większości bardzo miernej jakości. Z całą pewnością nie dorównują poziomem bezpośrednio wybranym burmistrzom, wójtom i prezydentom miast - ludziom, którzy wygrali otwarty konkurs.
    Tym bardziej "reprezentanci narodu" muszą skończyć z bezpośrednimi wyborami burmistrzów. Nikt nie może być przecież mądrzejszy od nich.

    Janusz Sanocki

  • Janusz Sanocki był burmistrzem Nysy, jest jednym z liderów Obywatelskiego Ruchu na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych.

    Witryna ASME Antysocjalistycznego Mazowsza jest najstarszym serwisem w Sieci - oprócz witryny tematycznej JOW - propagującym ideę JOW

    UKŁAD krzepnie - czyli JOW są już bezpiecznym rozwiązaniem - Łukasz Perzyna o możliwym powrocie największych partii do idei zmiany ordynacji wyborczej na jednomandatową Wysłane sobota, 27, maja 2006 przez Krzysztof Pawlak

    | Pobierz |








    UKŁAD krzepnie - czyli JOW są już bezpiecznym rozwiązaniem - Łukasz Perzyna o możliwym powrocie największych partii do idei zmiany ordynacji wyborczej na jednomandatową
    Wysłane sobota, 27, maja 2006 przez Krzysztof Pawlak

    "Zwycięzcy jesiennych wyborów uchwalają strategiczne dla siebie projekty, po ustawie o CBA pojawiła się ustawa o likwidacji WSI i powołaniu wojskowego wywiadu oraz kontrwywiadu, komunistyczny Stirlitz zaśnie, opijając utratę swojej tożsamości 30 września, i obudzi się 1 października jako James Bond normalnego, demokratycznego państwa. Rządzącym wydaje się daleko być do propagandy sukcesu, bo jednak cena tej większości, dzięki której udaje sie takie ustawy uchwalać - wydaje się niewspółmiernie wysoka. O IV Rzeczpospolitej z nutą złośliwą mówiono też nie tak dawno na kongresie PO, choć to właśnie temu pojęciu nadał szeroki rezonans społeczny jej obecny poseł »socjologiczny« Paweł Śpiewak. Francja zmieniała nazwy swoich republik wraz ze zmianami konstytucji, jednak RP nie może teraz zmienić swojej konstytucji - bo jak to mogłoby wyglądać z udziałem tow. Andrzeja Leppera? Poprawia się jednak wizerunek w sondażach zarówno dla władzy, jaki i dla opozycji, czego nie było nigdy dotąd" - Łukasz Perzyna, publicysta "Tygodnika Solidarność" i naszej witryny ASME, komentuje najnowsze wyniki badań "opinii publicznej" tzw. sondażowni, które wskazują na stabilizację jej nastrojów i - co najciekawsze - wzrost zarówno dla ugrupowania rządzącego PiS oraz opozycji - Platformy Obywatelskiej.

    Dlatego w politycznych, medialnych dyskusjach obie strony pokazują swoich fighterów: Jacka Kurskiego i Stefana Niesiołowskiego, tego drugiego jednak wystąpienia można tylko porównać do skeczów Jana Pietrzaka, satyryka z zawodu. Teraz trzeba być wyrazistym, by odróżnić się od rywala politycznego. Następuje akt pożerania elektoratów słabszych sił politycznych, na czym będzie tracić m.in. Samoobrona, LPR, a także - "ezelde", formacja post(?)komunistycznych bonzów z okresu PRL i PRL-bis. Wyborcy skłaniają się ku wyrazistości, a więc - ku układowi DWUBIEGUNOWEMU. Jeśli ta tendencja się utrzyma, oznaczać będzie wyzerowanie "partnerów" koalicyjnych, zarówno po stronie rządzącej, jak i opozycyjnej. To nie jest zła prognoza. Najstarsza demokracja świata zachodniego, Stany Zjednoczone AP, ma swój układ oparty na właśnie wespół-zespół działaniu dwupartyjnego rozwiązania wyborczego. W Polsce najbardziej razi przeciętnego wyborcę mozolne konstruowanie koalicji z grup partnerskich, które przed chwilą były przeciwnikami. Na naszej "części terenu Unii Europejskiej" od kilkunastu lat działa Obywatelski Ruch na rzecz Jednomandantowych Okręgów Wyborczych - wygląda na to, że proponowane przez niego postulaty - dzięki sondażom - mogą powrócić na sejmową salę, nawet w formie okrojonej, już wcześniej rozważanej przez ugrupowanie PiS... A w tym systemie Samoobrona raczej nie ma szans na wybór, zaś PO - jak najbardziej.

    Nagranie trwa ponad 14 minut i jest dostępne w Sieci do 10 VI 2006 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.