czerwca 4, 2006 - czerwca 14, 2006

KABARET NA ZJEŹDZIE - Antoni Zambrowski Wysłane środa, 14, czerwca 2006 przez Krzysztof Pawlak

Najbardziej medialnym z punktu widzenia TV wydarzeniem na Konwencji Krajowej Platformy Obywatelskiej w maju było niewątpliwie przemówienie senatora PO Stefana Niesiołowskiego z Łodzi. Najwięcej pokazywano go we wszystkich programach TV, zwłaszcza w sympatyzującym Platformie Obywatelskiej TVN 24. Gdy zapytałem swego kolegę - fotoreportera o wrażenia z programowego przemówienia na konwencji osoby nr 1 czyli Donalda Tuska, odpowiedział lekceważąco, że jego jako fotografa interesuje tylko najnowszy lifting twarzy przywódcy platformersów.

We wszystkich sprawozdaniach z Konwencji niezmiennie postacią centralną był Stefan Niesiołowski. W ostrym, emocjonalnym przemówieniu zaatakował on najpierw Jarosława Kaczyńskiego, porównując go do tow. Wiesława, czyli Władysława Gomułki. Mówił wręcz o recydywie gomułkowszczyzny. Jarosław Kaczyński Gomułkę przypomina prof. Niesiołowskiemu nawet sposobem mówienia. Mnie to kojarzy się ze znanym dowcipem o erotomanie, któremu psycholog rysuje kolejno kwadrat, koło oraz trójkąt, ale to wywołuje u chorego pacjenta asocjacje z ostrymi scenami erotycznymi. Gomułka mówił podhalańską gwarą, której się nie wyzbył do końca swej kariery politycznej, zaś wszystkie swe tasiemcowe przemówienia czytał dukając z kartki. Jarosław Kaczyński jest normalnym, warszawskim inteligentem z Żoliborza i mówi jak na warszawskiego inteligenta przystało - normalną literacką polszczyzną. W dodatku swe przemówienia wygłasza z głowy, wbrew panującym dziś w Sejmie obyczajom (Nawiasem mówiąc, w przedwojennym Sejmie II RP czytanie przez posłów przemówień z kartki było wręcz zabronione i marszałkowie pilnowali tego zakazu). Porównanie senatora Niesiołowskiego pasowało więc jak pięść do nosa. Wydźwięk polityczny tego porównania był jeszcze bardziej kompromitujący dla pana senatora. Tow. Władysław Gomułka, który doszedł do władzy w Październiku 1956 roku jako zbawca Ojczyzny, wdał się natychmiast w wojny ze studentami, robotnikami, pielęgniarkami, literatami, Kościołem katolickim, Żydami, Czechami i Słowakami itp., aby zejść ze sceny zhańbiony użyciem broni palnej i czołgów przeciwko stoczniowcom na Wybrzeżu. Porównywanie swych przeciwników parlamentarnych z obozu solidarnościowego do takiego krwawego potwora świadczyło o zwyczajnym braku hamulców. W nadawanej przez telewizję scenie odpowiedniego ustępu przemówienia pana senatora widać było nie tylko rozbawienie samego mówcy z udanego konceptu, ale i uciechę słuchającego go prezydium konwencji (Wypisz, wymaluj - jak na przedstawieniu kabaretu Jana Pietrzaka). I to po przemówieniu Jana Rokity, piętnującego nasze czasy za kwitnącą dziś atmosferę agresji i pogardy, wyrażającą się m.in. obrażaniem ludzi. Medice, cura te ipsum czyli mówiąc po polsku: lekarzu, ulecz się najpierw sam.
Senatorowi Niesiołowskiemu było tego mało, więc zaatakował na dokładkę prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego, tym razem o Lenina. "W latach 70. - oświadczył z dumą pan senator - zajmowaliśmy się Leninem. Tylko że ja go wysadzałem w powietrze, a on cytował go w swej pracy doktorskiej. Nie tylko cytował, ale - jak widać - przyswoił". Cytowanie w PRL w pracy doktorskiej z dziedziny prawa pracy klasyków marksizmu było rzeczą obowiązkową, więc nawet opozycyjnie myślący doktorant musiał spełniać ten warunek. Jeśli w karierze naukowej w dziedzinie biologii nie było to konieczne, to pan senator Niesiołowski może jedynie złożyć ręce w podzięce do Boga. Ale na czym polega przyswojenie Lenina przez prezydenta Kaczyńskiego? Rozpędził za sprzeciw Sejm i Senat (niczym Lenin i Trocki demokratycznie wybraną Konstytuantę), powołał przeciwko opozycyjnej Platformie Czerezwyczajkę z tow. Dzierżyńskim na czele, postawił pod mur opozycjonistów?! Niech się pan opanuje, panie Stefanie, bo plecie pan duby smalone!
W dyskusji u red. Moniki Olejnik senator Stefan Niesiołowski bronił się, przypominając postawiony przez Jarosława Kaczyńskiego środowisku "Gazety Wyborczej" zarzut kontynuowania tradycji Komunistycznej Partii Polski. Oni w mych przyjaciół ojcami z KPP, więc ja w nich - Gomułką i Leninem. Cała różnica polega jednak, panie Stefanie, na tym, że Jarosław Kaczyński mówił ewidentną prawdę, a pan się chwytał kłamstwa, jak tonący brzytwy. Ja też miałem rodziców w KPP, ale nikt przytomny nie zarzuci mi, że bronię zasad wyniesionych z komunistycznego domu.
Jestem starszym panem, który wiele widział na własne oczy. W odróżnieniu od młodego dziennikarza z TVN, który nie wie, kto to był generał "Gazrurka", czyli gen. Kazimierz Witaszewski, choć z nauki historii najnowszej zapamiętał gen. Moczara - (obydwu wymienionych w przemówieniu pana senatora) dobrze pamiętam wysadzenie w Nowej Hucie pomnika Lenina. Wpadłem wtedy wraz z zabranymi właśnie przedszkola dziećmi w ubecki kocioł w mieszkaniu współpracownika KSS KOR Wiktora Nagórskiego, jak i ja - byłego więźnia marcowego. Dzięki temu pamiętam, że piętę Lenina wysadził w powietrze nie senator Stefan Niesiołowski, lecz działacz opozycyjny z Nowej Huty Andrzej Szewczuwaniec. W III RP nie udała mu się kariera polityczna, więc o nim nie słychać w mediach. Ale to nie powód, panie Stefanie, by sobie przypisywać cudze zasługi. Senator Stefan Niesiołowski był natomiast uczestnikiem tzw. Ruchu, rozbitej przez SB organizacji niepodległościowej z Andrzejem Czumą na czele, która planowała (ale nie wykonała swego zamiaru) spalenie muzeum Lenina w Poroninie.
Kilka zdań wypowiedzianych w zapamiętaniu przez pana senatora na Konwencji Platformy Obywatelskiej, a ile zdań niezbędnych do wyjaśnienia wypowiedzianych głupot! Platforma Obywatelska, która szła do władzy parlamentarnej i prezydenckiej jako poważne stronnictwo reformatorskie, po swej nieznacznej porażce najwyraźniej popadła w stan określany w medycynie jako porażenie mózgowe.

Antoni Zambrowski

Artykuł pierwotnie - z małymi skrótami - ukazał się w "Gazecie Polskiej".

Publicystyka Antoniego Zambrowskiego na ASME


Sadysta z Łambinowic - Tadeusz M. Płużański Wysłane środa, 14, czerwca 2006 przez Krzysztof Pawlak

Komendant byłego komunistycznego obozu koncentracyjnego w Łambinowicach - Czesław Gęborski może uniknąć kary za zbrodnie przeciwko ludzkości. Jego proces - prowadzony od kilku lat - został w 2005 r. zawieszony. A może jednak dojdzie do skazania? Ostatnio biegli lekarze stwierdzili, że stan zdrowia oskarżonego poprawił się. Zdaniem prokuratury, Gęborski, razem ze strażnikami, zamordował po wojnie kilkudziesięciu osadzonych w obozie Niemców. Komendant już dwukrotnie miał do czynienia z wymiarem sprawiedliwości, ale obie sprawy były kpiną z prawa.

Jest październik 1945 r. Od kilku miesięcy w byłym niemieckim obozie jenieckim Lamsdorf działa zorganizowany przez komunistów obóz pracy dla Niemców wysiedlanych z Opolszczyzny, ale też Ślązaków i Polaków. 4 października więźniowie wyjątkowo nie zostają wyprowadzeni do pracy w polu. 20-letni komendant obozu - sierżant milicji Czesław Gęborski wydaje swoim podwładnym rozkaz podpalenia jednego z obozowych baraków, w którym mieści się magazyn sienników. Pijani strażnicy nakazują więźniom gaszenie pożaru. Ci nie mają żadnych narzędzi, brakuje wody. Kilku mężczyzn zostaje zapędzonych na palący się dach, skąd muszą zrzucać piach na płomienie. Inni więźniowie (w tym kobiety) są wpychani bagnetami i kolbami do baraku. Kiedy ludzie próbują wydostać się na zewnątrz, strażnicy otwierają ogień. Świadkowie widzą, że strzela sam komendant - na przemian z dwóch pistoletów i karabinu maszynowego. Ranni są dobijani strzałem w tył głowy.

NAPAŚĆ NA STRAŻAKA

Wersja Gęborskiego jest inna: barak podpalają Niemcy, aby ukryć próbę ucieczki. Więźniowie odmawiają gaszenia pożaru, zamiast tego część z nich napada na strażaka (!!!), inni próbują wydostać się z obozu. Aby zapobiec ucieczce i w obronie napadniętego strażaka, Gęborski jest zmuszony wydać rozkaz użycia broni.
Ocalałe ofiary zbrodni do dziś pamiętają tę rzeź: zabijali ludzi pod pretekstem zdławienia buntu.
Wniesiony kilka lat temu do sądu akt oskarżenia przeciwko Gęborskiemu wymienia 48 osób, które zginęły od kul i płomieni w październiku 1945 r. Prawdziwa liczba zamordowanych prawdopodobnie nigdy nie zostanie ustalona. Zdaniem prokuratury, spowodowanie masakry było samowolą komendanta. Dokonał jej z nienawiści do Niemców i Ślązaków, ale również po to, aby ukryć rabunki na więźniach i mieszkańcach okolicznych wsi (dokonywali ich strażnicy obozowi, często pod dowództwem Gęborskiego, przebrani w mundury żołnierzy radzieckich lub Wehrwolfu). Zdaniem Gęborskiego, oskarżenie jest prowokacją Niemców, którzy przez całe życie prześladowali go.

WIĘKSZOŚĆ
WIĘŹNIÓW ZGINĘŁA


Latem 1945 r. lokalne władze, na podstawie zarządzenia wojewody śląskiego gen. Aleksandra Zawadzkiego, nakazały wysiedlanie niemieckich rodzin z ich gospodarstw na Śląsku, aby znaleźć miejsce dla repatriantów ze Wschodu. Nie wywożono ich jednak za nową, ustaloną w Jałcie granicę Polski. Miejscem wysiedlenia były Łambinowice. W prymitywnych barakach umieszczano jednak nie tylko niemieckich wysiedleńców i członków hitlerowskich organizacji. Ponieważ uchodźców z polskich Kresów było wielu, do obozu trafiały całe wsie, włącznie z kobietami (które były w Łambinowicach maltretowane i gwałcone), dziećmi i starcami. Wśród osadzonych znalazły się osoby przyznające się do narodowości polskiej, mieszkańcy Opolszczyzny, którzy oparli się germanizacji. Ludzi zamykano bez żadnego wyroku, wystarczał donos złożony na UB. Szczególnie chętnie przyjmowano do obozu właścicieli dużych majątków, których byli automatycznie pozbawiani.
Według oficjalnych danych, w Łambinowicach osadzono niewiele ponad 2 tys. osób, historycy mówią jednak o kilkakrotnie większej liczbie (przynajmniej 5 tys.). Obóz, który formalnie nazywano przesiedleńczym, w istocie był koncentracyjnym. Większość więźniów zginęła. Ludzie umierali z głodu, z powodu fatalnych warunków higienicznych, epidemii tyfusu, ciężkiej pracy (chorych i wycieńczonych całodniową pracą w polu traktowano jak zwierzęta pociągowe, zaprzęgając do wozów i przyczep), ale nie tylko. 20-letni Gęborski opracował regulamin Łambinowic. To on wydawał rozkazy znęcania się i rozstrzelania więźniów, własnoręcznie zabił kilkanaście osób.

Z BRAKU DOWODÓW

Pierwsze śledztwo przeciw Czesławowi Gęborskiemu podjęto już tydzień po pożarze. Wojewódzki Urząd Bezpieczeństwa w Katowicach zarzucił mu, że w dniu masakry rozkazał strażnikom strzelać do więźniów. Na sporządzonej liście ofiar znalazło się 48 osób. Za przekroczenie obowiązków służbowych komendant trafił nawet na krótko za kratki. Żadnej kary jednak nie poniósł - prokuratura ostatecznie umorzyła sprawę w 1947 r. Gęborski wrócił do pracy w milicji. Wkrótce wstąpił do katowickiego UB.
Rok 1957, po odwilży, zapowiadał się bardziej obiecująco. Były komendant Łambinowic został oskarżony o znęcanie się nad więźniami i zabójstwa. Z tego też nic nie wynikło. W więzieniu Gęborski podjął demonstracyjną, 40-dniową głodówkę. Podczas trwającego ponad rok procesu, który odbywał się przy drzwiach zamkniętych, bez udziału prasy, sędziowie występowali w roli obrońców oskarżonych, a zastraszani świadkowie odwoływali swoje zeznania. Razem z Czesławem Gęborskim sądzony był jego zastępca Ignacy Szypuła (zginął później w niewyjaśnionych do dziś okolicznościach). W 1959 r. obaj zostali uniewinnieni... z braku przekonujących dowodów. Ministerstwo Sprawiedliwości zakazało oskarżycielowi wnosić rewizję. W części dotyczącej pożaru śledztwo umorzono, z powodu... rzekomego zaginięcia akt sprawy z lat 1945-47 (faktycznie zniszczono je dopiero 10 lat później). Czesław Gęborski był już wówczas kapitanem UB. Rok po procesie zażądał 200 tys. zł odszkodowania za krzywdy, wynikające z jego aresztowania, ale sąd oddalił wniosek.
Na jednej z rozpraw Gęborski przyznał, że w obozie stosował regulamin obozów hitlerowskich, gdyż... innego nie znał. Tego regulaminu miał doświadczyć na własnej skórze w czasie niemieckiej okupacji, jako więzień obozu Kochłowicach na Śląsku (po ucieczce i po ponownym aresztowaniu, z transportu do Oświęcimia odbiła go Armia Ludowa, której był członkiem). Na pewno nie trafił jednak do Lamsdorf, gdyż mieścił się tu jeden z obozów dla jeńców wojennych (z ponad 300 tys. osób zmarło ponad 40 tys.), a on ani nie był polskim żołnierzem, a tym bardziej oficerem ani nie brał udziału w Powstaniu Warszawskim. Oficerskich awansów, a w końcu stopnia pułkownika UB doczekał się dopiero od "ludowej" władzy.

POMOGLI NIEMCY

Na początku lat 90. losom powojennych więźniów Łambinowic zaczęła przyglądać się Okręgowa Komisja Badania Zbrodni Przeciwko Narodowi Polskiemu w Opolu (akta procesowe Czesława Gęborskiego z 1957 r. znalazły się przypadkowo - ktoś przytomny wyciągnął je z szafy komendy wojewódzkiej, gdzie spoczywały przez 30 lat i przekazał Komisji). Jednak wobec zniszczenia w 1966 r. dokumentów UB dotyczących pożaru w obozie, sprawa wydawała się beznadziejna. Szczęśliwie okazało się, że mord w Łambinowicach bada również prokuratura w niemieckim Hagen, która odszukała 35 świadków masakry z 4 października 1945 r. Polacy dwukrotnie zwracali się o pomoc prawną, za każdym razem bezskutecznie. Trzeba było poczekać, aż sąsiedzi zza zachodniej granicy uznają, że miała miejsce zbrodnia przeciwko ludzkości, która nie podlega przedawnieniu. Dzięki materiałom udostępnionym przez Niemców można było wznowić śledztwo w sprawie pożaru. Zaowocowało ono wniesieniem do sądu aktu oskarżenia przeciwko Gęborskiemu. Za zarzucane mu czyny (pospolite zabójstwo i zbrodnie wojenne), byłemu komendantowi Łambinowic i emerytowanemu pułkownikowi UB (błyskotliwą karierę zakończył w pionie bezpieczeństwa Komendy Wojewódzkiej MO w Katowicach) grozi kara dożywotniego więzienia. Jednak jak do tej pory wymiar sprawiedliwości był wobec Gęborskiego bezradny. Śledztwo objęło jedynie wydarzenia z 4 października 1945 r., gdyż nie były one uwzględnione w akcie oskarżenia z lat 50. W sprawie innych zbrodni Gęborski jest niewinny, zgodnie z zasadą tzw. powagi rzeczy osądzonej.

ODEBRAĆ EMERYTURĘ

Czesław Gęborski nigdy nie przyznał się do winy. Prócz dwóch srebrnych medali "Zasłużonego na Polu Chwały" i Odznaki Grunwaldzkiej, ma 1700 zł resortowej emerytury. MSWiA zbada teraz podstawy tego szczególnego uposażenia. Mimo złego stanu zdrowia, istnieje również cień szansy na osądzenie Gęborskiego.
Inaczej jest z komendantem powojennych obozów w Świętochłowicach i Jaworznie Salomonem Morelem, który - mieszkając w Izraelu - dostaje z Polski jeszcze wyższą emeryturę - co miesiąc 5 tys. zł (płaci podległy Ministerstwu Sprawiedliwości Centralny Zarząd Służby Więziennej). Wbrew szumnym zapowiedziom Morel pieniędzy jednak nie straci, gdyż… przysłał brakujące dane, które pozwolą mu nadal pobierać wysokie świadczenie. Nigdy nie zostanie również za swoje zbrodnie ukarany (Izrael odmówił Polsce jego wydania). Kariera Gęborskiego i Morela była podobna - w czasie wojny obaj należeli do komunistycznej partyzantki, po "wyzwoleniu" wstąpili do UB, a potem, mimo popełnionych przestępstw, wspinali się po szczeblach kariery.

TADEUSZ M. PŁUŻAŃSKI

Publicystyka Tadeusza M. Płużańskiego na ASME.


ODPOWIEDŹ CZYTELNICZCE - Antoni Zambrowski Wysłane wtorek, 13, czerwca 2006 przez Krzysztof Pawlak

Pani Teresa Blizińska przysłała do redakcji "Naszej Polski" list związany z mym artykułem o pani Kazimierze Szczukównie pod tytułem "Nieodpowiedzialna feministka". Pani Teresa pisze: "Interesuje mnie, w którym numerze »New York Timesa« lub »International Herald Tribune« ukazały się omawiane teksty wywiadu z K.(azimierą) Sz.(czukówną)". Odpowiadam, że przeczytałem o tym w artykule red. Pawła Szaniawskiego w sobotnim wydaniu "Życia Warszawy" z dnia 6-7 maja br. Red. P. Szaniawski podał datę przedruku informacji "NYT" w dzienniku "IHT" "dwa dni temu", czyli 3 lub 4 maja br. Przy sposobności przepraszam czytelników ASME za ewidentny błąd, polegający na nazwaniu "IHT" dziennikiem nowojorskim. Jest to zwyczajny anachronizm, wynikający z okoliczności, że za młodu czytywałem dla znakomitych felietonów Arta Buchwalda wcześniejszą wersję tego dziennika pod tytułem "New York Herald Tribune". I tak mi się w pamięci zakodowało.
Dalej pani Teresa Blizińska zapytuje: "W jaki sposób można dotrzeć do informacji, potwierdzających fakt, że Kazimiera Sz. ochrzciła swego psa". Odpowiadam, najlepiej zapytać ją oto samą. Wiemy o tym wydarzeniu dzięki temu, że sama przechwalała się swym czynem w wystąpieniu telewizyjnym. Pies na pewno nie zwoływał konferencji prasowej z tej właśnie okazji. Możliwe, że pani Kazimiera wszystko to po prostu zmyśliła dla draki, jak i kolportowaną w swoim czasie w telewizji informację, iż ma ojca antysemitę. Pani Teresa komentuje: "Wiadomości te są tak niesłychane, że wymagają udowodnienia, ponieważ nie mieszczą się w głowie normalnemu człowiekowi" W pełni się z panią zgadzam, dlatego to opisałem. "Jeśli autor nie potrafi podać źródeł informacji - będzie to oznaczało, że jego oskarżenia są fałszywe". Tu mamy do czynienia z nieporozumieniem. Ja nie oskarżam pani Kazimiery Szczukówny, gdyż nie jestem oskarżycielem publicznym, lecz jedynie dziennikarzem. Komentuję przeczytane lub zasłyszane fakty. Nie przechowuję atoli starych gazet z dokumentacją przeciwko różnym osobom publicznym, a tym bardziej nie dokumentuję wiedzy pochodzącej z programów telewizyjnych. Pani Kazimiera pochwaliła się publicznie swym happeningiem z psem i za nią to powtarzam. Drwiny z Madzi Buczkówny mamy żywo w pamięci. Uważam, że osoba, która (moim zdaniem bezpodstawnie) uważa się za Żydówkę, mogła by się powstrzymać w katolickim kraju od kpin z panującej w nim religii. Łatwiej byłbym przełknął skandaliczne zachowanie pani Szczukówny, gdybym ją traktował jako katoliczkę, która utraciła wiarę. Ale pani Kazimiera szuka poklasku u amerykańskich Żydów, oczerniając w ten sposób swoją ojczyznę jako kraj antysemicki. I to mnie boli.
Dodam jeszcze gwoli ścisłości, że zadzwoniłem do ojca pani Kazimiery, mec. Stanisława Szczuki i poprosiłem, by przeczytał mój artykuł. Oddzwonił po przeczytaniu i miał jedynie jedną uwagę, że jego odgałęzienie ziemiańskiego rodu Szczuków nie ma pretensji do przynależności do arystokracji. Myślę, że dla amerykańskich dziennikarzy wiadomość o przynależności do prastarego ziemiańskiego, ale nie arystokratycznego rodu i tak by ośmieszała oskarżenia o antysemityzm. A amerykańskim dziennikarzom właśnie na tym zależało. Podali oni w "NYT" informację, że Polsat ukarano olbrzymią karą pieniężną za wygłupy pani Szczukówny pod adresem Madzi Buczkówny, natomiast nie ukarano radia Maryja za rzekomo antysemicki felieton Stanisława Michalkiewicza. Tymczasem felieton Stanisława Michalkiewicza o zamiarach złupienia Polski na sumę 65 mld dol. wcale nie miał posmaku antysemickiego. Godził wszak nie w Żydów jako naród ani w Holokaust, czyli Zagładę europejskich (głównie polskich) Żydów, lecz w grupę żydowskich cwaniaków, którzy na te konto chcieliby złupić polskich frajerów. Wrzask, jaki podniosły "filosemickie" media, stanowi w tej sprawie jedynie zasłonę dymną. Wystarczyłoby sprostowanie, że nikt nie wysuwa wobec Polski tego rodzaju roszczeń. Tymczasem wyzywa się od antysemitów red. Michalkiewicza oraz radio Maryja za ich obywatelską troskę o stan naszego skarbu narodowego. I czynią to te same środki przekazu, które biją na alarm w związku z niskimi płacami służby zdrowia, nauczycieli i innych pracowników budżetówki oraz głodowymi dochodami szerokich rzesz emerytów.
Ostatnia sprawa, to końcowe uwagi pani Teresy Blizińskiej pod adresem mego artykułu: "Zdziwienie również budzi sam tytuł, nieadekwatny do treści artykułu. Zawartość tekstu nie odnosi się w żadnym stopniu do zagadnienia feminizmu. W szkole był on uznany jako wypracowanie nie na temat". Wyjaśniam z chrześcijańską pokorą, że za młodu w PRL byłem przodownikiem nauki, w LO im. Tadeusza Reytana miałem u pani profesorki Sztaudyngerowej piątkę z polskiego, co było nie lada sukcesem, zagraniczną wyższą uczelnię ukończyłem z wyróżnieniem, zatem za młodu pisywałem wypracowania na temat. Natomiast tytuł mego artykułu nawiązywał do informacji "Życia Warszawy" zawartej w tzw. leadzie: "Znana feministka Kazimiera Szczuka żali się zachodnim mediom, że słuchacze Radia Maryja atakują ją ze względu na jej... żydowskie pochodzenie". I dalej: "Nienawidzą mnie, ponieważ jestem feministką, jestem Żydówką - przede wszystkim dlatego, że jestem feministką". W swym artykule zakwestionowałem przynależność pani Szczukówny do narodu wybranego, natomiast jej feminizmu zakwestionować nie mogę. Stąd taki właśnie tytuł.

Antoni Zambrowski

Publicystyka Antoniego Zambrowskiego na ASME


Bezprawna prawda - Krzysztof Mazur Wysłane poniedziałek, 12, czerwca 2006 przez Krzysztof Pawlak

Kardynał Dziwisz w liście do ks. Zalewskiego jako powód upomnienia oraz praktycznego nakazu milczenia w sprawie ujawnienia TW wśród duchowieństwa tzw. kościoła krakowskiego podał przepisy prawa kanonicznego, zgodnie z którymi "bezprawne naruszenie czyjegoś dobrego imienia jest przestępstwem", a zamiar ujawnienia przez ks. Zalewskiego duchownych-agentów powoduje, że "znajduje się (on) w bliskiej okazji do jego popełnienia". Warto przy tej okazji zauważyć, że cytowane w liście metropolity przepisy prawa kanonicznego wydają się być nieco dziwne. Takim jest np. stwierdzenie o "bezprawnym naruszeniu czyjegoś dobrego imienia", gdyż o ile sformułowanie "bezpodstawne naruszenie czyjegoś dobrego imienia" byłoby jeszcze zrozumiałe, o tyle trudno doprawdy zrozumieć, na czym miałoby niby polegać zgodne z prawem naruszania czyjegoś dobrego imienia. Bo skoro istnieje zakaz bezprawnego naruszania dobrego imienia, to siłą rzeczy - dopuszczalne byłoby naruszanie dobrego imienia w zgodzie z prawem. Tymczasem pomijając inne poboczne konsekwencje cytowanego sformułowania należy zauważyć, że zamiar ks. Zalewskiego stał się bezprawny dopiero po doręczeniu mu pisemnego upomnienia kanonicznego udzielonego przez ks. abp. Dziwisza, a tym samym doszło do pewnego rodzaju kuriozum, gdyż w przypadku gdyby ks. kardynał Dziwisz nie wystosował słynnego listu-upomnienia, to ks. Zalewski miałby prawo do ujawnienia wyników analiz dokumentacji udostępnionej mu przez IPN.

Dodatkowo duża część nie tylko wiernych, ale i osób duchownych uważa działania ks. Zalewskiego za uzasadnione i mające poparcie w dokumentacji zgromadzonej oraz przekazanej przez uprawnioną do tego państwową instytucję - a przepisy lustracyjne nie zabraniają ujawniania informacji otrzymanych przez pokrzywdzonych w świetle odpowiednich przepisów ustawy. Ks. Zalewski nie naruszył więc przepisów prawa państwowego, a wobec zamiaru opisania motywów i charakteru działań zwerbowanych księży trudno mówić o zamiarze suchego podania nazwisk czy jednoznacznego potępiania w czambuł wszystkich donosicieli. Tym samym znika więc argument oskarżenia bezpodstawnego. Nawet bez wnikliwego śledzenia sprawy można było odnieść wrażenie, że w przypadku ujawnienia sprawy przez ks. Zalewskiego nie obyłoby się bez światłocienia, a istnieje pewne, a nawet wysokie, prawdopodobieństwo, że te same nazwiska księży mogą ujrzeć światło dzienne w dużo mniej wyważonych okolicznościach, ujawnione przez osoby świeckie, z których część była wyraźnie poirytowana i rozdrażniona stanowiskiem kurii.

Kto będzie rządził Kościołem

Ocenę motywów działań hierarchii kościelnej komplikuje dodatkowo fakt dość niejasnej sytuacji w zakresie przyszłego podziału władzy i kompetencji w polskim kościele. Jak wiadomo, w 1992 r. doszło do zmian organizacyjnych, w ramach których dokonano zmian w podziale terytorialnym diecezji oraz m.in. oddzielono funkcje przewodniczącego Episkopatu od stanowiska prymasa, chociaż do 2004 r. obie te funkcje sprawował ksiądz prymas Glemp. Od połowy lat 90. działalność Radia Maryja spowodowała ujawnienie podziału ideologicznego w Episkopacie i nie tylko, gdyż od tego momentu także wśród laikatu wyraźnie wykrystalizowały się dwa środowiska: skupiające zwolenników tzw. kościoła otwartego, popieranego przez księży modernistów - i zwolenników kościoła ludowego zwanych w uproszczeniu tradycjonalistami. Wydawało się, że wybór w marcu 2004 r. abp. Michalika na przewodniczącego konferencji Episkopatu zwrócił polski kościół instytucjonalny bardziej w stronę tej drugiej opcji, jednakże sytuacja skomplikowała się w ciągu ostatniego roku, kiedy to po śmierci Jana Pawła II dotychczasowy sekretarz papieża objął we władanie najbardziej prestiżową archidiecezję krakowską zostając jednocześnie praktycznie jedynym polskim kardynałem, który z racji wieku i sił witalnych mógłby jeszcze przez stosunkowo długi okres zajmować się sprawami kościelnymi. Wydaje się, że nieprzypadkowo lider PO Jan Maria Rokita podczas słynnych już partyjnych rekolekcji ogłosił abp Dziwisza "przyszłą głową kościoła katolickiego w Polsce", co zresztą przy obecnej postawie kardynała w sprawie ks. Zalewskiego może powodować u niedoszłego premiera z Krakowa pewną konfuzję, a nawet istotny konflikt sumienia.
Wyraźnie widać, że obecnie mamy w polskim kościele do czynienia z personalną trójwładzą, co było także widoczne podczas ostatniej pielgrzymki Benedykta XVI do naszego kraju. Z jednej strony obok Dostojnego Gościa było widać Prymasa i Przewodniczącego Episkopatu, a z drugiej dało się zauważyć wysoką rangę arcybiskupa Dziwisza, czego nie odczuwało się tak wyraźnie w czasie, gdy krakowskim kościołem kierował kardynał Macharski. Nie jest tajemnicą, że w lipcu br. na emeryturę przechodzi prymas Glemp, który jako kustosz relikwii św. Wojciecha nosi dożywotnio tytuł prymasa, jednakże dość żywe (choć trudno powiedzieć, na ile sensowne) są spekulacje o ustąpieniu z tego tytułu, który ma przejść formalnie na osobę arcybiskupa gnieźnieńskiego, a tym jest obecnie abp Muszyński, znany zwolennik ekumenizmu, dialogu judaizmu z chrześcijaństwem i współpracy w ramach UE. Ale abp Muszyński za dwa lata również kończy wiek emerytalny, podobnie jak wielu innych biskupów, stąd nowe biskupie "nominacje" mogą zdecydować o polityce kościoła instytucjonalnego na wiele następnych lat. Po odejściu na emeryturę prymasa Glempa, pierwszymi sternikami kościoła katolickiego w Polsce zostaną - z racji stanowiska abp Michalik, i z racji wpływów, i miejsca w hierarchii - kardynał Dziwisz. A przecież i kadencja przewodniczącego konferencji Episkopatu lada chwila dobiegnie półmetka. Dodatkowo wyraźnie widać wzmożoną, chociaż zakulisową robotę nuncjusza apostolskiego, abp. Kowalczyka, który chyba nieprzypadkowo zorganizował Benedyktowi XVI spotkanie z sędziami Trybunału Konstytucyjnego. W kontekście ostatnich konfliktów TK z partiami rządzącymi takie działanie nuncjusza było wyraźną manifestacją polityczną.

Dlaczego prezydent popiera kardynała?

W zaistniałej sytuacji nietrudno dostrzec, że ujawnienie księży agentów do dzisiaj zajmujących wysokie stanowiska w kościele krakowskim oraz ujawnienie, że właśnie ci księża za pośrednictwem dawnych znajomości z papieskim sekretarzem i zarazem prefektem pomocniczym Domu Papieskiego mieli bezpośrednio dostęp do niektórych spraw i osób z najbliższego otoczenia papieża - mogłoby rzucić pewien cień na osobę samego kardynała Dziwisza. Nie chodzi tutaj o przypisywanie samemu kardynałowi jakichś egoistycznych pobudek, gdyż pobudki takie najpewniej przyświecały niektórym doradcom kurii, a - o kuriozum! - nie wiadomo, jaki wkład w zajęcie znanego stanowiska wobec sprawy ks. kanonika Zalewskiego mogli mieć ci kurialiści, którzy nie daj Panie Boże mogli być niegdyś TW. Podejmując taką, a nie inną decyzję, kardynał Dziwisz świadomie lub niechcący, ale jednak, opowiedział się po jednej ze stron, a chcąc uniknąć domniemanych krzywd posądzonych o współpracę księży, skrzywdził nie tylko niezłomnego kapłana czy innych duchownych, którzy w okresie PRL-u nigdy nie zdradzili swoich wiernych - ale także poważnie nadwerężył zaufanie do kościelnej instytucji, nad którą została mu powierzona piecza. Słowa listu, w których kard. Dziwisz pisze, że "mimo napomnień Ks. Bpa Jana Szkodonia, Przewodniczącego Komisji »Pamięć i Troska«, który wyjaśniał Księdzu rolę i zadania tejże Komisji, Ksiądz bezpodstawnie publicznie oskarża ją o bezczynność", są wyraźnym nadużyciem, gdyż z braku innych dowodów, za przejaw intensywnych wysiłków komisji w celu wyjaśnienia okoliczności współpracy księży z SB, ksiądz kardynał uznał to, że bp Szkodoń "wyjaśniał Księdzu rolę i zadania tejże komisji". Wypada się jednakże zgodzić z przypuszczeniem, że ks. Zalewskiemu nie o taką aktywność i będącą zaprzeczeniem tejże aktywności bezczynność, chodziło.
Ale nie tylko kościół łagiewnicki popadł w zakłopotanie w związku ze sprawą agentów w sutannach, gdyż również pewną niekonsekwencją popisywały się media o. Rydzyka. Dla przykładu - jeszcze kilka dni po "załatwieniu" sprawy ks. Zalewskiego "Nasz Dziennik" nie mógł się zdecydować co do stanowiska w sprawie lustracji i jawności teczek, wskazując, że zamiast lustracją księży należałoby zająć się lustracją dziennikarzy, tak jakby duchowna agentura była wymysłem dziennikarzy agentów, a nie realnym problemem Kościoła. Jak widać, problemy z tym "jak teraz mamy myśleć", mają czasami mnie tylko czytelnicy "GW".
Biorąc pod uwagę pewne zacieśnienie tematycznej współpracy pomiędzy kościołem toruńskim a kościołem łagiewnickim pod patronatem prezydenta, można się obawiać, że tym co najbardziej na tym ucierpi, będzie prawda i ta część kościoła, która nie ma w zwyczaju koniunkturalnego zaciągania się pod określone sztandary w nadziei ulepszania świata na modłę demokratycznej większości. Kilka miesięcy temu abp Michalik zapytany o przyczynę swojej małej publicznej aktywności pozakościelnej, argumentował, że czasami warto poczekać, aby czas i okoliczności pokazały niektóre sprawy i ludzkie zamiary we właściwym świetle. Być może w dobie obecnego zamieszania najlepszym wyjściem jest zastosowanie się do rady Gamaliela: "jeśli bowiem to postanowienie albo ta sprawa jest z ludzi, wniwecz się obróci. Jeśli jednak jest z Boga, nie zdołacie ich zniszczyć, a przy tym mogłoby się okazać, że walczycie z Bogiem". Ale nie należy również zapominać, że równolegle funkcjonuje coś takiego jak grzech zaniechania.

Krzysztof Mazur

Publicystyka Krzysztofa Mazura na ASME


Kabaret smutnych panów - Stanisław Michalkiewicz Wysłane poniedziałek, 12, czerwca 2006 przez Krzysztof Pawlak

W siedemnaście lat po spektakularnym rozpoczęciu transformacji ustrojowej odbył się Festiwal Piosenki w Opolu. Transformacja ustrojowa, jak wiadomo, rozpoczęła się 4 czerwca 1989 roku. Wtedy właśnie pani Joanna Szczepkowska przekazała nam radosną wiadomość, że właśnie upadł komunizm. Oczywiście myliła się straszliwie, ale nie była w tym odosobniona, bo nad wprowadzeniem zarówno jej, jak i reszty Polaków w błąd, pracowało mnóstwo funkcjonariuszy i tajnych współpracowników razwiedki. Mahatma Gandhi w przypływie szczerości powiedział, że nic nie jest tak kosztowne, jak stworzenie wrażenia ubóstwa i prostoty. Podobnie nic nie wymaga tak drobiazgowych przygotowań, jak stworzenie wrażenia spontaniczności i naturalności. Oczywiście wszystko na tym świecie ma swoje granice, również spontaniczność i naturalność. Toteż kiedy wyborcy wycięli tzw. listę krajową, na której razwiedka umieściła najbardziej zasłużonych agentów, kierujące transformacją ustrojową "człowieki honoru" zagroziły natychmiastowym przerwaniem demokratycznego spektaklu. W rezultacie, wyselekcjonowani przez generała Czesława Kiszczaka reprezentanci "strony społecznej", skwapliwie zgodzili się na zmianę ordynacji w trakcie wyborów i takim to sposobem "upadł komunizm".

Ciekawa rzecz, że kolejna próba obalania komunizmu znowu przypadła na 4 czerwca, tyle że w trzy lata później, w 1992 roku. Jak pamiętamy, tego dnia, z inicjatywy prezydenta Lecha Wałęsy, za podjęcie próby ujawnienia komunistycznej agentury w strukturach państwa, obalony został rząd premiera Jana Olszewskiego. Obaliła go "koalicja grubej kreski" w której uczestniczyli zarówno przedstawiciele "strony rządowej", jak i przedstawiciele "strony społecznej" przy "okrągłym stole". Ci nie zawiedli zaufania, jakim obdarzył ich "człowiek honoru", generał Kiszczak. Oni też pozostali "człowiekami honoru". Przypominam o tym m.in. ze względu na pana senatora Stefana Niesiołowskiego, któremu przydałaby się chyba jakaś konsultacja weterynaryjna, jak i ze względu na pana red. Michnika, który w wywiadzie dla "Głosu Koszalińskiego" dał do zrozumienia, że nie mam "zdolności honorowej". A skąd uczestnik afery Rywina wie, że sam ją ma? Czy myśli, że ją odziedziczył, jak pisze Tuwim, "z miszpuchy cycełesowatej", czy też - że nasiąknął nią dzięki długotrwałemu obcowaniu z "człowiekami honoru" w rodzaju generała Kiszczaka i innych? Zresztą - mniejsza z tym, zwłaszcza że słynna rozmowa red. Michnika z drugim człowiekiem honoru, Lwem Rywinem odbyła się nie 4 czerwca, ale prawidłowo - w rocznicę Manifestu PKWN, 22 lipca 2002 roku. Widocznie prawdziwi ludzie honoru dzielą między siebie wpływy w krajach tubylczych tradycyjnie właśnie tego dnia.
Tym razem czwartego czerwca zakończył się tylko Festiwal Piosenki w Opolu. Organizatorzy zdecydowali się na szalenie ryzykowne przedsięwzięcie; dopuścili na estradę również artystów operowych w repertuarze rozrywkowym i dopiero na tym tle można było w pełni zrozumieć sens przestrogi: "niech się nigdy na Konia nie porywa Kucyk". Na tle wyszkolonych głosów, mutacyjne tenorki biednych refrenistów brzmiały piskliwie i żałośliwie, niczym skargi zamorzonych potępieńców, podobnie zresztą, jak - pożal się Boże - "teksty". Co tu ukrywać - za komuny było lepiej, chociaż też schodziło na psy i w rezultacie "Kabaret Starszych Panów" został zastąpiony przez "Kabaret Smutnych Panów", autorstwa pani Olgi Lipińskiej. Mimo zakończenia opolskiego festiwalu, Kabaret Smutnych Panów trwa nadal, a nawet coraz bardziej się rozkręca.
I nic dziwnego; 24 maja Sejm uchwalił ustawę o rozwiązaniu WSI, na podstawie której każdy funkcjonariusz ubiegający się o ponowną służbę będzie musiał złożyć oświadczenie m.in. o tajnej współpracy z "przedsiębiorcami, nadawcami, redaktorami naczelnymi, dziennikarzami i wydawcami", a jeśli nadal z takiej tajnej współpracy" korzysta - to w pół roku ma ją zakończyć. Prawdziwość tych deklaracji ma sprawdzać Komisja Weryfikacyjna w połowie wyznaczona przez prezydenta, a w połowie - przez premiera. Ujawnienie tylu niedyskrecji, zwłaszcza z "przedsiębiorcami" i "nadawcami" może wysadzić w powietrze całą "III Rzeczpospolitą" i większość autorytetów moralnych. Toteż Smutni Panowie bynajmniej nie czekają bezczynnie na nadejście 30 września, kiedy to WSI mają zostać "rozwiązane", tylko wyprowadzają swój kabaret na ulice; lekarze już strajkują, wkrótce dołączą do nich górnicy, a w kolejce stoją już "służby mundurowe" i tak dalej. Kto by pomyślał, że razwiedka aż tak rozbudowała sobie agenturę, również po "transformacji ustrojowej? Kto wie, czy te skecze nie wysadzą w najbliższych miesiącach całego rządu? Wszystko to być może, zwłaszcza, że i hierarchia przyjęła postawę wyczekującą, zapowiadając ewentualne ujawnienie księży-konfidentów dopiero "w początkach października", kiedy już będzie jasne, czy trzeba ujawniać, czy przeciwnie - wcale nie trzeba.

Stanisław Michalkiewicz

Publicystyka Stanisława Michalkiewicza na ASME i nagrania TV ASME


UPRzejmy punkt widzenia (18) - Wojciech Popiela Wysłane poniedziałek, 12, czerwca 2006 przez Krzysztof Pawlak

Poza wstępem nie napiszę ani słowa o mistrzostwach świata w piłce nożnej. Zacznę od najlepszego żartu ostatnich dni, a może miesięcy, lepszego nawet od przechwalania się pana premiera Marcinkiewicza (który wraz z półmilionową armią urzędników jest tylko naszym kosztem) rzekomym jego autorstwem pięcioprocentowego wzrostu gospodarczego.

Oto szef PZPN (organizacja skupiająca "działaczy" i służąca do wysysania pieniędzy podatników) oznajmił, że piłkarze polskiej reprezentacji, bez udziału trenerów i działaczy, odbędą "burzę mózgów". Nie dość, że burzę, to jeszcze do tego mózgów. Wykluczenie działaczy i trenera w tej sytuacji jest uzasadnione, choć szef PZPN do czegoś się nadaje, skoro powierzyli mu przekazanie tej wiadomości mediom. Może miał napisane na kartce. Pełnym nadziei kibicom pozostaje niezłomna wiara w cud, co jest polską tradycją nie tylko w tej dziedzinie. Czy podczas burzy piłkarze znajdą powody, dla których będą chcieli zagrać lepiej? Jeśli już nie z innych przyczyn, to choćby z niskich pobudek. Po to, by utrzeć nosa niemieckim żartownisiom, którzy w państwowej niemieckiej TV, w duchu wartości europejskich, twierdzili, że pamiętają ich twarze jako tych, co to remontowali im mieszkanie w zeszłym roku, albo z rozrzewnieniem patrzą na swoje zaginione samochody, którymi licznie przybyli kibice z Polski. Czy w korespondencyjnej wymianie żartów pan Kuba Wojewódzki zapyta w swoim szoł kogoś starszego, np. pana Marka Edelmana, rysy których wnuczków-piłkarzy bundesdrużyny przypominają co sprawniejszych fizycznie dziadków, SS-manów? Ale zostawmy piłkę na boku, gdyż czekają nas ważniejsze sprawy.

Poza piłką bowiem same sukcesy. Pan Prezydent ochronił elity przed podwyżką podatków. Reszta ma wg pomysłów liberalno-chrześcijańskiego przywództwa Ministerstwa Finansów i wyliczeń dziennika "Rzeczpospolita" płacić w przyszłym roku o 300 zł więcej. Jakże ma być inaczej, skoro państwowi lekarze i nauczyciele mają dostać podwyżki, matki wydłużone urlopy i becikowe, wierzyciele swoje pieniądze za obligacje i pożyczki, więcej pieniędzy ma iść na sport (bo wiadomo...) i kulturę (jeszcze bardziej wiadomo...), górników, itd., itp. Skoro tak, to potrzeba na to pieniędzy. A kto ma pieniądze? Tu pan premier Lepper miał zawsze gotową odpowiedź, która brzmiała: pieniądze są i będą (tu następowało uderzenie pięścią w stół)! A że możliwość sprzedaży obligacji kupcom zagranicznym zapewne skurczy się, o czym za chwilę, wiec pozostają podwyżki podatków lub drukowanie pieniędzy. Pisał o tym dawno temu pan Ludwik von Mises, więc ani ja, ani rząd, ani "Rzeczpospolita" Ameryki nie odkrywamy. Skoro o "Rzeczpospolitej", to w "GP" wspominany przeze mnie przed tygodniem pan Waldemar Łysiak napisał panu Prezydentowi, jak się odmienia nazwę jego państwa. Przy następnym publicznym występie sprawdzimy postępy w nauce.

Tak oto znaleźliśmy się przy panach Kaczyńskich. Pan prezes PiS Jarosław Kaczyński ogłosił odzyskanie Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Odszedł bowiem pan Meller. Czy to jednak aby nie sam pan prezydent Lech Kaczyński na wniosek samego pana premiera Kazimierza Marcinkiewicza umieścił tam pana Mellera? Czyżby wbrew woli pana Jarosława Kaczyńskiego? Co prawda obaj wymienieni panowie wg biura prasowego Amerykańskiego Kongresu Żydów (wg polskiej strony już nie...) obiecali załatwienie jeszcze w tym roku pewnych spraw majątkowo-finansowych. Z drugiej, było to w marcu, za czasów panowania panów Mellera i Schnepfa, więc może rzeczywiście mówienie o zrzuceniu kurateli jest zasadne. Ale czy na długo? Oto PAP donosi: Niedzielny "New York Times" skrytykował w artykule redakcyjnym koalicję rządową w Polsce zarzucając jej nacjonalizm, homofobię i korzystanie ze wsparcia rozgłośni Radio Maryja, "która jest otwarcie antysemicka i ksenofobiczna". Ta ostatnia, wg "NYT", "Opiera się wezwaniom papieża Benedykta XVI, żeby przestać mówić o polityce". Zdaje się, że to wpływowe pismo ma problemy z tłumaczami. Oto papież Benedykt XVI do niczego takiego nie wzywał. Zresztą wystarczy przeczytać. "Świat, w którym jest tak wiele hałasu, tak wiele zagubienia, potrzebuje milczącej adoracji Jezusa, ukrytego w hostii. Trwajcie w modlitwie adoracji i uczcie wiernych tej modlitwy. W niej znajdą pocieszenie i światło przede wszystkim ludzie strapieni. Wierni oczekują od kapłanów tylko jednego, aby byli specjalistami od spotkania człowieka z Bogiem. Nie wymaga się od księdza, by był ekspertem w sprawach ekonomii, budownictwa czy polityki. (…) Aby przeciwstawić się pokusom relatywizmu i permisywizmu nie jest wcale konieczne, aby kapłan był zorientowany we wszystkich aktualnych, zmiennych trendach; wierni oczekują od niego, że będzie raczej świadkiem odwiecznej mądrości, płynącej z objawionego Słowa. Dbanie o jakość osobistej modlitwy oraz o dobrą formację teologiczną owocuje w życiu".
Pytanie dlaczego "NYT" kłamie, czeka na odpowiedź i nadawałoby się nawet na zagadkę 18. UPRzejmego punktu widzenia.

Mimo agresywnej parady polskich homoseksualistów na warszawskich ulicach, wspieranych przez międzynarodówkę homoseksualną żaden z dyżurnych biskupów komentujących w mediach co się da, szczególnie na Froncie Obrony Konfidentów albo na Froncie Kneblowania Radia Maryja, nie przeciwstawił się pokusom relatywizmu i permisywizmu. Być może zajęci byli przygotowywaniem do publikacji list agentów, a być może nie uznali za stosowne przypomnieć znanego stanowiska w tej sprawie.

Warto więc spojrzeć na dokumenty kościelne:
(...) Tym, którzy w imię tej tolerancji chcą podejmować działania na rzecz przyznania określonych praw osobom homoseksualnym współżyjącym ze sobą, należy przypomnieć, że tolerowanie zła jest czymś zupełnie odmiennym od aprobowania i legalizowania zła.
W wypadku prawnego zalegalizowania związków homoseksualnych bądź zrównania prawnego związków homoseksualnych i małżeństw wraz z przyznaniem im praw, które są właściwe temu ostatniemu, konieczne jest przeciwstawienie się w sposób jasny i wyrazisty. (...)
7. (...) Włączenie dzieci do związków homoseksualnych na drodze adopcji oznacza w rzeczywistości dokonanie przemocy na tych dzieciach w tym sensie, że wykorzystuje się ich bezbronność dla włączenia ich w środowisko, które nie sprzyja ich pełnemu rozwojowi ludzkiemu. (...)
10. (...) wszyscy wierni mają obowiązek przeciwstawienia się zalegalizowaniu prawnemu związków homoseksualnych, (...).

Joseph kard. Ratzinger, Prefekt
Angelo Amato, S.D.B., Arcybiskup tytularny Sila, Sekretarz


Rzym, w siedzibie Kongregacji Nauki Wiary, 3 czerwca 2003 r.,

Całość dostępna jest na witrynie "Rodzina Polska".

Jak widać, chrześcijanie mają wyrozumienie dla homoseksualistów i są gotowi w pewnych granicach tolerować ich przypadłość. Co innego pobożni Żydzi: Księga Kapłańska 20,13: (13) "Ktokolwiek obcuje cieleśnie z mężczyzną, tak jak się obcuje z kobietą, popełnia obrzydliwość. Obaj będą ukarani śmiercią, sami tę śmierć na siebie ściągnęli".

W islamie sprawa ma się chyba podobnie. Na miejscu homoseksualistów byłoby wskazane trzymać się chrześcijan i nie wystawiać ich cierpliwości na próby. Są bowiem granice przyzwolenia na odchylenia od normy. I co prawda państwu nic do tego, jak dwóch panów (pań z takimi upodobaniami nikt nie traktuje poważnie) zaspokaja swój popęd seksualny - choć normalne panie są tym wyborem rozczarowane, a panowie zniesmaczeni - tym niemniej granice są już przekraczane (śluby, adopcje) i kwestią czasu jest wybuch, jako reakcja obronna społeczeństw. Jakby co - ostrzegałem.
Pozostałe sprawy jak spadki itd., są do rozwiązania, zwłaszcza w modelu państwa proponowanym przez UPR, czyli po zniesieniu podatku od spadków i darowizn, jak też po odpolitycznieniu służby zdrowia i po likwidacji kontroli dochodów i wymierzania podatku na tej podstawie.

Wydaje się jednak, że homoseksualiści to nowa awangarda proletariatu lewicy europejskiej i światowej. I są oni wykorzystywani jako narzędzie do walki o wpływy. W Polsce może okazać się to szczególnie przydatne w sytuacji, w której PiS zabrał lewicy hasła socjalne. Czerwonym pozostały już tylko UE i dewiacje. Stąd zarysowana przez panią Senyszyn walka o to, czy oblicze tej ziemi, Polski, będzie odnawiane przy inspiracji czerpanej od Pana Boga, w Osobie Ducha Świętego, czy też oblicze Polski zyska - jak chce pani Senyszyn z SLD - twarz jaskrawo wymalowanego mężczyzny ubranego w damskie ciuszki i zapychającego usta plastikową pałką. Wybór należy do nas. A że jakoś przeciwdziałać można - świadczy przykład Estonii. Tym razem nie ekonomiczny. Swoją drogą, Łotwa ogłosiła osiągnięcie tempa rozwoju 13 procent, dystansując pozostałe kraje Wspólnoty Europejskiej i być może wszystkie inne na świecie. Cóż za przykład niezrównoważonego rozwoju! Bruksela powinna zareagować. Wracając do Estonii. Ambasador Królestwa Holandii wyjechał z Tallina przed czasem na placówkę w Kanadzie. Nieoficjalnie mówi się o zazdrości. Ambasador miał ze sobą swojego czarnoskórego chłopaka z Kuby i choć na dyplomatycznych bankietach było znośnie, to prości Estończycy nie uznawali wyłączności ambasadora i zanadto podrywali mu "partnera" na ulicach. Holendrom gratulujemy korpusu dyplomatycznego. Wkrótce zapewne pojawią się tam pedofile, w związku z ich ambicjami parlamentarnymi. Odradzamy placówki w USA. Tam pedofile recydywiści poznają w niektórych stanach, w majestacie prawa, napięcie prądu elektrycznego. Te stany to zacofanie, ciemnota i homo, i ksenofobia, a na dodatek, jak wiadomo - USA potrafią więzić obywateli innych państw bez sądu i bez postawienia zarzutów. Liczymy na rezolucję Parlamentu Europejskiego w tej sprawie. Może inicjatywa wyjdzie z kręgów polskiej lewicy?

Ponieważ Polska jest skazana na sukces, o gospodarce dziś było niewiele. Jeszcze tylko rozwiązanie zagadki. Niekwestionowanym zwycięzcą okazał się pan wicepremier Roman Giertych. Ulegając propagandzie mediów (wszystko przez Giertycha), około 3/4 odpowiedzi przypisywało wypowiedź zamieszczoną w poprzednim UPRzejmym punkcie widzenia (17) panu ministrowi. Tymczasem była to pani (panna?) Kinga Dunin, którą w tym miejscu przepraszam, że czytelnicy moich felietonów nie dość dobrze znają jej twórczość. Polecam. Same smakołyki!
Zwycięzcą został pan Zafer Balbous z dublińskiego Blackrock w Irlandii. Gratuluję! Nagroda poleci Pocztą Polską, która co by o niej nie mówić, w przeciwieństwie do Telekomunikacji Polskiej jest polska.

Wojciech Popiela

PS.: W związku z zapytaniami raz jeszcze informuję, że młodzież sympatyzująca z UPR działa w Sekcji Młodzieżowej UPR. Kontakt z panem Grzegorze Grockim grockig@wp.pl zaś osoby chętne do startu z listy UPR do Sejmików Wojewódzkich mogą pisać wprost do mnie na adres prezes@upr.org.p,l podając województwo, z którego piszą. W tytule najlepiej napisać SEJMIKI.

Wojciech Popiela

Publicystyka Wojciecha Popieli na ASME.


Sanacja, walka ze spadkiem po PRL, imponderabilia niesione przez polską inteligencję - Łukasz Perzyna o wystąpieniu lidera PiS Jarosława Kaczyńskeigo podczas minionego kongresu tej formacji Wysłane piątek, 9, czerwca 2006 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |









Sanacja, walka ze spadkiem po PRL, imponderabilia niesione przez polską inteligencję - Łukasz Perzyna o wystąpieniu lidera PiS Jarosława Kaczyńskeigo podczas minionego kongresu tej formacji
Wysłane piątek, 9, czerwca 2006 przez Krzysztof Pawlak

"Niedawny kongres PIS nie spełnił - podobnie jak wcześniejszy PO - w Warszawie - nadziei na sensację polityczną, bo nikt nikomu nie rzucił się do gardła. Nie padły też zapowiedzi o zmianach u steru rządu, wprost przeciwnie - nie tylko Kazimierz Marcinkiewicz, ale i Zyta Gilowska wystąpili w roli pozytywnych bohaterów kongresu. PiS staje dzisiaj przed dylematem przekształcania się - dotychczasowa partia rewolucji przekształca się w partię władzy. Poprzedniemu tworowi Braci Kaczyńskich - PC - nie było dane takiego przekształcenia doświadczyć. Moment przed kongresem miał miejsce dramatyczny wypadek - z Kancelarii Prezydenta RP został usunięty Andrzej Urbański. Także przed kongresem został odwołany ze stolca w PZU Cezary Stypułkowski, umieszczony tam jeszcze przez tow. »prezia« Kwaśniewskiego. Odwołując Urbańskiego, prezes PiS Kaczyński dały sygnał, że proces oczyszczania z niepewnych ludzi nie będzie dotyczył tylko państwa polskiego, ale i urzędników, którzy zostali mianowani przez PiS. Odwołując Stypułowskiego, Jarosław Kaczyński dał do zrozumienia, że nie będzie akceptować układów z poprzedniej epoki rządów post(?)komunistów" - Łukasz Perzyna, publicysta "Tygodnika Solidarność" i naszej witryny ASME, komentuje najważniejsze tegotygodniowe wydarzenie polityczne z "prawej" strony sceny politycznej "polskiego regionu UE".

Jarosław Kaczyński w swym przemówieniu ideologicznym na kongresie wymienił trzech największych polaków, którzy w XX wieku byli dani Polsce: Ojca Świętego Jana Pawła II, Stefana kardynała Wyszyńskiego i marszałka Józefa Piłsudskiego. Te trzy osobistości mają symbolizować elektoraty, których członków marzy o skupieniu w ramach wielkiej formuły "chadeckiej partii prawicowej" prezes PiS. Także ma to oznaczać, że elektoraty Samoobrony i LPR, sojuszników koalicyjnych PiS, mogą wybrać swoich patronów w ramach planu roztopienia się w większej formule politycznej - Piłsudskiego, jako rewolucjonisty romantycznego dla Samoobrony, Jana Pawła II i kardynała Wyszyńskiego - dla entuzjastów z kręgu LPR. Oba te ugrupowania, które do tej pory opierały swoją retorykę na hasłach, że "oni jeszcze nie rządzili", nie będą mogły już więcej się na niej opierać.
Mimo, że Jarosław Kaczyński jest typowym przedstawicielem "żoliborskiej inteligencji", co zadaje kłam antyinteligenckich tez lansowanych przez media "głównego nurtu" jakoby PiS ustawiło się "w poprzek" do tego stanu polskiego społeczeństwa, to w swym przemówieniu zwrócił się do swych odbiorców za pomocą mediów z bezpośrednimi odniesieniami do nośnych tematów z polskiej historii, których powiernikami byli jego przedstawiciele. Tradycje ideowe podniesione przez Kaczyńskiego podczas tego przemówienia są właściwe i dobre - uważa Łukasz Perzyna.

Nagranie trwa ponad 17 minut i jest dostępne w Sieci do 31 VI 2006 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




ZMIANA TERMINU TEGOROCZNEGO MARSZU JOW NA WARSZAWĘ i ARTYKUŁ PROF. ANDRZEJA CZACHORA O DZIEDZICTWIE "SOLIDARNOŚCI" W DEKLARACJACH UGRUPOWANIA PIS Wysłane czwartek, 8, czerwca 2006 przez Krzysztof Pawlak

Drodzy woJOWnicy!

Na moje pytanie o zmianę terminu otrzymałem same pozytywne odpowiedzi. A zatem termin Marszu - już ustalony to 12-13 lipca br.
12 lipca zjeżdżamy się w Grodzisku Mazowieckim, którego burmistrz p. Grzegorz Benedykciński - nasz wyprobowany woJOWnik, przygotuje nam kwatery w uroczej hali sportowej (trzeba mieć śpiwory, karimaty i prowianty - jak woJOWanie, to woJOWanie!). Wieczorem 12 lipca robimy ogólnopolskie spotkanie Ruchu JOW, a 13 (w przeddzień rocznicy zburzenia Bastylii - ach, kiedyż runie nasza polska bastylia partyjniactwa?) wjeżdżamy na plac Zamkowy - skąd po wiecu udajemy się pod Sejm, by zamanifestować naszą wolę zmiany ordynacji i przywrócenia nam obywatelskich praw.
Drodzy - to bardzo ważna manifestacja! Musi nas być więcej nawet niż w roku ubiegłym. Apeluję do samorządowców: przyjedzcie z grupami waszych mieszkanców, apeluję do wszystkich woJOWników: zorganizujcie wyjazd w jak tylko się da licznej gromadzie do Warszawy. Z transparentami, ze sztandarami. Bądźmy razem!
Zaczynamy przygotowania.
Szczegóły manifestacji podamy.

W załączeniu tekst prof. Andrzeja Czachora - trafnie nawiązujący do idei "pierwszej Solidarności". Przecież wtedy, w 1980 roku walczyliśmy o prawdziwą demokrację przeciwko partyjniactwu. Dziś to my, Ruch JOW jesteśmy spadkobiercami tamtych ideałów.
Przygotowujmy się!

Pozdrawiam wszystkich

Janusz Sanocki
Obywatelski Ruch na rzecz Jednomandatowych Okreęgów Wyborczych





Wybory jednomandatowe - to ideowy depozyt "Solidarności"


Ostatnie miesiące dały klinicznie wyrazisty przykład niewydolności aktualnego systemu tworzenia władzy państwowej poprzez głosowanie na listy partyjne. Niestabilność układów koalicyjnych, chimery i humory liderów partyjnych, niewspółmierna z poparciem obywateli duża rola małych ugrupowań parlamentarnych, sześć miesięcy oczekiwania na powstanie rządu zdolnego do działania, rozmycie odpowiedzialności za Polskę, i wobec tego histeryczne wzajemne pomówienia o brak tejże odpowiedzialności - takie są konsekwencje obecnego wadliwego systemu wyborczego.

Doceniamy działania nowej generacji polityków w kierunku przejrzystości struktur państwa, eliminacji kryminogennych uzależnień urzędników, wzmocnienia aparatu sprawiedliwości, bezpieczeństwa obywateli, dbałości o wyżywienie dzieci w szkołach. Dobre intencje to jednak za mało. Aby sprawnie i trwale realizować te i inne prace nad naprawą państwa, konieczny jest stale działający, jasny i skuteczny system naboru ludzi zaufania społecznego, przede wszystkim do pracy w parlamencie i radach wszystkich szczebli. System taki wzmacniał by słabe obecnie terenowe struktury partii politycznych i ich jakość, a bez tego ruch naprawy państwa wkrótce stracić może rozpęd.
Pamiętajmy - będąc w Unii Europejskiej, musimy tym bardziej dbać o własne państwo. Bo nas zjedzą sąsiedzi. Silny i odpowiedzialny Sejm i system rad są Polsce niezbędne.
Obecny system wyborów - głosowanie na listy i szyldy partyjne - wyłania albo bogatych kombinatorów, albo ludzi biernych, miernych, ale za to wiernych szefowi partii, co być może odpowiada ambitnym i apodyktycznym liderom. W tym jest źródło impasu - najlepsze nawet programy polityczne w skali państwa realizowane są na miarę obywatelskiej przyzwoitości, zdolności i wytrwałości wykonawców. Natomiast samo tylko posłuszeństwo idzie często w parze z brakiem osobistej determinacji, a "oprzeć można się tylko na tym, co się opiera".
Ordynacja wyborcza to najważniejsze narzędzie demokracji. Aby systematycznie w każdych wyborach wyłaniać do pracy państwowej setki osób wykształconych, prawych i twardych, ludzi służby, talentu i zasad - należy przejść do wyborów bezpośrednich w jednomandatowych okręgach wyborczych (JOW). To znaczy - w każdym z 460 okręgów w Polsce, z grona kandydatów wyłanianych lokalnie, większością głosów wybrać jednego posła. W małych okręgach ludzie się znają i "nie przepuszczą braku".
Doświadczenie Wielkiej Brytanii, Kanady i innych państw pokazuje, że ten system wprowadza odpowiedzialność posła przed wyborcami, eliminuje skrajności polityczne, prowadzi z reguły do dwu-blokowego parlamentu z jasno określoną partią rządzącą i opozycją (prawo Duvergera) i do powstania silnego rządu natychmiast po wyborach.
Aby to się stało, aby zmienić ordynację wyborczą, konieczna jest decyzja Sejmu. Wbrew twierdzeniom przeciwników ordynacji JOW, można wykazać, że nie wymaga to zmiany Konstytucji - wystarczy wola polityczna posłów. Tu widzieć należy historyczną szansę polskich przywódców politycznych obecnej chwili - przełamać naturalne wodzowskie skłonności do osobistego układania partyjnych list wyborczych i skłonić Sejm do wprowadzenia ordynacji JOW do Sejmu. A także do rad.
Jarosław Kaczyński zadeklarował 4 czerwca br., że program polityczny Prawa i Sprawiedliwości będzie realizacją programu "Solidarności". Przypominamy więc Projekt Obywatelski NSZZ "S" Konstytucji RP, Art. 60.: Wybory do Sejmu są wolne, powszechne, równe, bezpośrednie i odbywają się w głosowaniu tajnym. Co najmniej 2/3 ogólnej liczby posłów jest wybierana w wyborach większościowych", a także dokument wcześniejszy: "Posłowie Izby Niższej (Sejmu) są wybierani w okręgach jednomandatowych na zasadach większościowych, co ułatwia powstanie większości parlamentarnej" ("Zasady ustroju państwa", postulat nr 2, "NIEPODLEGŁOŚĆ" #8, kwiecień 1984, str. 7-27). Partia i klub parlamentarny PiS-u wraz z sojusznikami mają teraz możność podjąć i wprowadzić w życie ten ważny i mądry postulat. Odkładając przy tym do lamusa efemeryczny zamysł "ordynacji mieszanej". Bez tego energia obywatelska większości Polaków pozostanie w stanie uśpienia. Byłaby to kolejna w historii naszego państwa strata czasu.

Prof. dr hab. Andrzej Czachor
Uczestnik Ruchu Obywatelskiego JOW


7 VI 06
Witryna ASME Antysocjalistycznego Mazowsza jest najstarszym serwisem w Sieci - oprócz witryny tematycznej JOW - propagującym ideę JOW

"Brzydka sprawa" ma swój dalszy ciąg, środowiska żydowskie chyba jednak uzyskały zobowiązanie premiera polskiego rządu co do wypłacenia 60-65 miliardów dolarów - Stanisław Michalkiewicz o meandrach bieżących wydarzeń na scenie politycznej "polskiego regionu UE" oraz o "wiedzy tajemnej", którą zyska "sanatorska" formacja PiS Wysłane środa, 7, czerwca 2006 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |








"Brzydka sprawa" ma swój dalszy ciąg, środowiska żydowskie chyba jednak uzyskały zobowiązanie premiera polskiego rządu co do wypłacenia 60-65 miliardów dolarów - Stanisław Michalkiewicz o meandrach bieżących wydarzeń na scenie politycznej "polskiego regionu UE" oraz o "wiedzy tajemnej", którą zyska "sanatorska" formacja PiS
Wysłane środa, 7, czerwca 2006 przez Krzysztof Pawlak

"Nie da się ukryć, że w 1987 roku założyłem wraz z panami Januszem Korwin-Mikkem i - zacznijmy od najważniejszej osoby - śp. Stefanem Kisielewskim założyliśmy UNIĘ POLITYKI REALNEJ i zaraz potem tłumaczyłem sie w Pałacu Mostowskich z założenia nielegalnej organizacji. Historia się powtarza. Wygląda na to, że teraz też będę musiał się tłumaczyć z czegoś znowu, niekoniecznie z założenia jakiejś organizacji, bo dowiedziałem się, że wczoraj Krajowa Radia Radia i Telewizji poprosiła radio Maryja o wyjaśniania w związku z moim znanym felietonem na falach tego radia, ponoć napłynęło sporo skarg i Ojciec Dyrektor będzie się musiał znowu tłumaczyć. Ale teraz - wygląda na to, że wychynęła »brzydka sprawa«, o której napisałem na mojej witrynie www.michalkiewicz.pl - związana z odpowiedziami funkcjonariuszów Kancelarii Rady Ministrów na temat spotkania pana premiera Marcinkiewicza z panem Harrisem z żydowskiej organizacji, w których nie ma słowa wyjaśnienia na temat tego spotkania, choć komunikat biura amerykańskiego Komitetu Żydowskiego, relacjonującego te spotkanie, stwierdza, że »w sprawie żydowskich roszczeń majątkowych Sejm powinien uchwalić ustawę, JESZCZE W TYM ROKU«, używając tych słów, których ja zacytowałem w swoim felietonie na falach radia Maryja" - Stanisław Michalkiewicz opisuje zdumiewające wysiłki Kancelarii Rady Ministrów, której funkcjonariusze najwyraźniej starają się ukryć zobowiązanie premiera Marcinkiewicza podjęte wobec środowisk żydowskich.

"Żyjemy w ciekawych czasach - to jest przekleństwo Chińczyków, ale ma to swoją zaletę - że nie jest nudno" - przypomina znany aforyzm Stanisław Michalkiewicz. Wskutek wizyty Benedykta XVI umknęła uwadze większości ludzi sprawa uchwalenia trzech ustaw - o powołaniu służby wywiadu oraz kontrwywiadu wojskowego i o ustawie o wprowadzeniu przepisów wprowadzających do tamtych dwóch poprzednich ustaw. najważniejsza jest ta trzecia - gdyż według projektu prezydenckiego rozwiązanie WSI miało nastąpić 1 lipca. w Komisjach sejmowych ta data została przesunięta na 30 września, być może dlatego Platforma Obywatelska głosowała za tą datą, bo jest czas na przygotowanie tzw. odporu. Dlaczego jest to takie ważne? Dlatego, że jest to "najtwardsze jądro" III Rzeczpospolitej, naszej "młodej demokracji". W roku 1980 nastąpił bunt wobec Partii i w jego wyniku partia komunistyczna zaczęła się rozpadać, władzę przejęła Informacja Wojskowa - bo natura nie znosi próżni, zwłaszcza próżni politycznej - bezpośrednią polityką zajęły tajne służby, zwłaszcza służby wojskowe. Niedawno w telewizji został nadany reportaż o "aferze »Żelazo«" - w nim wystąpił arcy-ubek generał Mirosław Milewski, który dowodził tą aferą. Został on zdymisjonowany w związku z tą aferą, która była nakręcona przez najwyższe władze polityczne PRL. To był pretekst do symbolicznego znaku danego cywilnym służbom PRL, UBecji, że przegrały wyścig ze służbami wojskowymi... Wywiad wojskowy przetrwał NIETKNIĘTY do dni dzisiejszy - i dopiero teraz ma zostać rozwiązany. A to oznacza autentyczny koniec "układu »okrągłego stołu«". Oficerowie WSI będą - pod rygorem odpowiedzialności sądowej - składali wyjaśnienia tajnej współpracy ze WSZYSTKIMI przedsiębiorcami, z wydawcami prasowymi, medialnymi, dziennikarzami, także - o poczynionych prowokacjach przez służby wojskowe...
Ta wiedza zostanie przekazana gabinetowi rządzącej formacji PiS i funkcjonariuszom nowych służb tajnych - IV Rzeczypospolitej...
Środowiska PRL-owskich władców nie chcą jednak biernie czekać na taki scenariusz. Szykuje się najwidoczniej "pełzający zamach stanu", w którym będzie odgrywała swoją rolę rozbudowana agentura...
KTO z PiS udźwignie ten ciężar? Ministerka finansowa Gilowska już zapowiedziała, że "ceny gazu muszą dorównać cenom paliw płynnych"... Sprawy paliw są w gestii służb zajmujących się strategicznym wymiarem państwowym... A Niemcy chcą, by "polskim regionem UE" zarządzało lobby żydowskie, bo w ten sposób przed światową opinią publiczną łatwiej będzie wytłumaczyć spacyfikowanie ekonomiczne Polaków...

Nagranie trwa ponad 52 minuty i jest dostępne w Sieci do 21 VI 2006 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




Sumienia szyte na miarę - Krzysztof Mazur Wysłane środa, 7, czerwca 2006 przez Krzysztof Pawlak

Wydaje się, że pomysłowość przeciwników lustracji ma jakieś granice w wynajdywaniu "argumentów" przeciwko ujawnianiu personaliów tajnych współpracowników SB i wywiadu, ale raz po raz możemy się przekonać, że owa przemyślność jest niczym ciąg liczb rzeczywistych - nieograniczona. I tak jak na osi liczbowej nikomu nie przeszkadza, że jednym razem przeciwko lustracji świadczą liczby ujemne, tzn. np. ujawnianie suchych danych osobowych bez wdawania się w zawartość teczkowych zapisków, a innym razem przeciwko można użyć liczb dodatnich, tzn. faktu, że obok nazwisk wywleka się również szczegóły współpracy. Raz postuluje się, aby podejrzanych lustrował sąd, a za chwilę "GW" publikuje np. artykuł red. Wołka, który oznajmia ("GW" z 06.05.2006 r., tekst "Polska duchota"), że nigdy nie poniży się do tego aby wystąpić do IPN-u o wgląd do swojej teczki. Oczywiście żaden z podejrzanych duchownych, tzn. ks.ks. Maliński, Bielański czy Czajkowski również nie poniżyli się do takiego czynu, podobnie jak np. prof. Kłoczowski, który poprosił znajomego pracownika IPN-u o "przejrzenie jego teczki", co wystarczyło abp. Życińskiemu do wystawienia profesorowi swoistego medialnego "statusu pokrzywdzonego" przez Stanisława Michalkiewicza.

W "Rz" z dn. 6 czerwca br. można było przeczytać artykuł ks. Roberta Skrzypczaka, który został przedstawiony czytelnikom jako duszpasterz akademicki z Warszawy, obecnie przebywający na studiach w Wenecji. Artykuł był anonsowany nadtytułem o treści jakoby "Lustracja księży (miała) okaleczyć ewangelizację w naszym kraju", co już samo w sobie stanowiło nadużycie ze strony redakcji, gdyż w tekście ks. Skrzypczak napisał, że "Lustracja duchownych Kościoła jest wielkim wyzwaniem. Jej efekt może wzmocnić bądź okaleczyć ewangelizację w naszym kraju". Jak widać, wymowa faktycznej wypowiedzi zawierała dwie alternatywy i tylko redakcja "Rz" z oczywistych względów wołała wybrać tę "lepszą" alternatywę. Chyba zresztą nie sprawiła tym przykrości ks. Skrzypczakowi, który roztacza taką oto wizję trybu lustracji duchownych: "W Biblii pojawia się postać kapłana Jozuego w ubrudzonych szatach, powracającego w takim stanie z wygnania w Babilonii. Szatan natychmiast lokuje się obok, by go bezlitośnie oskarżać. W tej sytuacji Bóg każe zamilknąć szatanowi, zaś sługom swoim zaopatrzyć kapłana w nowe szaty. Mam wrażenie, że od jakości lustracji kapłanów zależy powodzenie lustracji innych ludzi, którzy z epoki totalitaryzmu wychodzą pobrudzeni. Nowa szata, to nowa szansa".
Transponując ów biblijny opis na grunt polski: powoli demaskowany ksiądz konfident to oczywiście kapłan Jozue w pobrudzonych szatach, szatanem bezlitośnie oskarżającym kapłana są oczywiście osoby, które z własnych teczek dowiedziały się, kto na nich donosił, oczywiście Pan Bóg nie nakazał im milczenia, ale za pana Boga uczynił tak kardynał Dziwisz - a obecnie zapewne czekamy na "nowe szaty", w które wkrótce wszyscy donosiciele zostaną przystrojeni. Czekamy tylko na ich uszycie, bo to kapuś kapusiowi nierówny, trzeba zdjąć miarę, zlecić uszycie, dokonać przymiarki, czyli wykonać zwykłą solidną krawiecką robotę.
Ks. Skrzypczak radzi również podejrzanym o gadulstwo i inne "nieroztropności" kapłanom, w jaki sposób mogą moralnie prześcignąć tych, na których donosili. Otóż wystarczyłoby, aby uznali "własny grzech - nawet jeśli popełniony nieopacznie czy w dobrej wierze - i z całą pokorą względem jego skutków prosi(li) Boga i Kościół (czy też swą wspólnotę narodową) o przebaczenie...". W efekcie mogliby nawet "...znaleźć się wyżej moralnie od tych, którzy w aurze nienawiści chcą (ich) ukamienować". Niestety, nasi nieroztropni kapłani są tak skromni, że ani w głowie im przeskakiwać moralnie pokrzywdzonych i wcale nie śpieszą się z aktami ekspiacji. Im w zupełności wystarczą nowe szaty, wszak "nowa szata to nowa szansa" - więc który by tam chciał powracać do etycznego "szmateksu".
Co więcej, według Piotra Sztompki, socjologa i profesora Uniwersytetu Jagiellońskiego i Wyższej Szkoły Europejskiej im. Tischnera, ujawnianie tajnych współpracowników bezpieki to morderstwo polegające wprawdzie na zadawaniu "śmierci cywilnej", ale przecież "szafowanie karą »śmierci cywilnej« w kraju, który szczyci się zniesieniem kary śmierci - to jakiś bolesny dysonans". No, oczywiście, że bolesny dysonans, trudno by zadawanie śmierci nawet cywilnej było całkowicie bezbolesne, stad też należałoby przynajmniej wprowadzić obowiązkowe znieczulenie na wypadek takich konieczności. A najlepiej - oczywiście wypróbowanym wzorem - wprowadzić moratorium na wykonywanie kary "śmierci cywilnej" i to w taki sposób, by za chwilę nie było wiadomo, za czyją sprawą moratorium wprowadzono. Takie rozwiązanie byłoby najlepsze, wszak po co szyć nowe szaty, skoro te pobrudzone można po prostu wyprać, a czego jak czego - ale środków czystości do tego służących, jak pokazują codzienne publikacje i wypowiedzi, nie brakuje. A każdy czyści lepiej i to bez namaczania - a właściwie umoczenia.

Krzysztof Mazur

Publicystyka Krzysztofa Mazura na ASME


Czym jest, a czym nie jest polityka? - prof. Jerzy Przystawa Wysłane wtorek, 6, czerwca 2006 przez Krzysztof Pawlak

W kończącym się właśnie roku szkolnym nasza młodzież po raz pierwszy przechodziła przez sito nowej, "standaryzowanej" matury, pytania maturalne opracowywane na szczeblu krajowym, komisje zewnętrzne itd., itp. wiedza na najwyższym, obiektywnie sprawdzanym poziomie. Jedno ze standaryzowanych pytań maturalnych z przedmiotu zwanego "WOS", czyli "wiedza o społeczeństwie" brzmiało: "wyjaśnij na czym polegają zalety ordynacji proporcjonalnej?".

To pytanie maturalne zelektryzowało mnie. Maturę zdawałem w Roku Pańskim 1955, kiedy o wyborach i ordynacji proporcjonalnej nie mieliśmy żadnego pojęcia, a w każdym razie nikt nam na ten temat niczego nie mówił i o żadnych "zaletach" nie mogło być mowy. Dzisiaj, oczywiście, jest zupełnie inaczej, dlatego zainteresowało mnie jakie też mogą być te "zalety" i byłem ciekaw, co polska młodzież licealna i jej nauczyciele wiedzą na ten temat? Przyglądając się bowiem od lat polskiej scenie politycznej i występującej na niej elicie, nie potrafię wskazać żadnej zalety takiego sposobu wyboru, co musi, oczywiście wynikać z braku wiedzy, jakiej nie zdążyłem nabyć, uczęszczając do komunistycznej szkoły i takiegoż uniwersytetu. Wydaje się, że w podobnej ciemnocie pogrążona jest większość obywateli Rzeczypospolitej, ponieważ to tylko najmłodsze pokolenie ma szczęście nabywać wiedzę na ten temat w szkole. Jest taka strona internetowa, która czasem publikuje moje teksty na temat wyborów i ordynacji wyborczej, a wokół tych tekstów, z reguły, toczy się dyskusja, w której, jak to w dyskusji, jedni chwalą, a inni chłoszczą i wykpiwają. Ponieważ większość czytelników tej strony to ludzie znacznie ode mnie młodsi, więc postawiłem tam otwarcie pytanie: Panowie i Panie, którzy mnie tu smagacie batem krytyki, podajcie mi przykłady jakichś zalet ordynacji proporcjonalnej? Przecież, oczywiście, jakieś zalety mieć musi, skoro popiera ją i Pan Prezydent RP, i Jego Brat, skoro tak twierdzą uczeni profesorowie różnych dyscyplin, a dzieci przed maturą wkuwają je na pamięć?
Ze wstydem przyznaję, że tak brutalne postawienie pytania o zalety systemu, jaki nam od 15 lat produkuje elitę polityczną, pozostało całkowicie bez echa i żadnej odpowiedzi się nie doczekałem. Przeciwnicy brytyjskiego systemu wyborczego, jednomandatowych okręgów wyborczych, nadal twierdzą, że zmiana ordynacji wyborczej niczego w Polsce nie zmieni, bo Wielka Brytania czy Kanada nie są wcale rajem na ziemi, tam też są kłopoty, źli ludzie i przekupni, nieuczciwi politycy, nie ma więc - ich zdaniem - o co kruszyć kopii. Jednakże pytanie o zalety systemu proporcjonalnego zawisło w powietrzu.
Od lat moje prace związane z Ruchem Obywatelskim na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych. Ja i moi sojusznicy, i współpracownicy jeździmy po Polsce, wygłaszamy odczyty, piszemy artykuły, wydajemy biuletyny, organizujemy konferencje, zjazdy, spotkania i różne akcje. Nader często reakcja polskich inteligentów, nawet, a może przede wszystkim z najwyższymi tytułami naukowymi, jest standardowa: "to jest polityka, a ja nie chcę mieć nic z polityką wspólnego".
Kiedyś, w innej Polsce i przed wielu, wielu lat, w sprawie ordynacji wyborczej zabrali głos biskupi polscy: Ustrój prawa wyborczego wydaje z siebie prawodawców, którzy za pomocą władzy ustawodawczej wpływać mogą i wpływać będą na wszystkie dziedziny życia kościelnego, narodowego, kulturalnego, społecznego i moralnego, a szczególnie na przyszły kierunek wychowania publicznego. Tym samym reforma wyborcza w te wszystkie dziedziny wkracza i z nimi się łączy. Do nas więc, jako do stróżów praw wiary w tych dziedzinach należy pytać i badać, o ile do ich rozwoju proponowany ustrój prawa wyborczego dopomaga albo też w uprawnionym rozwoju przeszkadza lub nawet go niszczy.
Tak było przed wielu laty. Dzisiaj przedstawiciele Ruchu JOW na próżno kołaczą do bram kurialnych, na próżno piszą pisma i przeprowadzają rozmowy: to jest polityka, a biskupi polscy do polityki mieszać się nie mogą i mieszać się nie chcą.
Rozmawiam z rektorem wielkiego polskiego uniwersytetu, zapraszam go do udziału w konferencji organizowanej na ten temat - "To jest polityka! Rektor musi trzymać się z daleka od polityki". Piszę do innego rektora uniwersytetu prawie równie wielkiego: "Nie popieram Pana i Pańskiego ruchu, bo jestem rektorem, a rektor musi być apolityczny".
Kilkudziesięciu profesorów różnych polskich uniwersytetów pisze, razem ze mną list do Konferencji Rektorów Akademickich Szkół Polskich: "Zamknięcie przed tą tematyką mediów publicznych skutkuje nieświadomością i brakiem wiedzy obywateli odnośnie tych podstawowych problemów ustrojowych. Jest to zasadniczy powód, dla którego zwracamy się z apelem do Konferencji Rektorów Akademickich Szkół Polskich, aby miejscem takiej dyskusji stały się uczelnie, a przez to umożliwiły polskiej młodzieży akademickiej zapoznanie się z tymi zagadnieniami i zajęcie świadomego, rozumnego stanowiska".
Co odpowiadają na ten apel rektorzy akademickich szkół polskich? Niestety, milczą. "Z podsłuchu" wiemy, że po zapoznaniu się z treścią apelu uznali, że ... - tak, tak, że: to jest polityka, a rektorzy, podobnie jak biskupi, do polityki mieszać się nie powinni. Profesorowie swój list do KRASP wysłali do pisma, które się zowie "Forum Akademickie". Redaktor naczelny tego pisma odmówił zamieszczenia listu, bo to jest polityka, a Forum Akademickie polityką się nie zajmuje.
Mamy więc już pełną jasność: zajmowanie się systemem wyborczym, jakim posługują się "nasi sojusznicy - Amerykanie i Anglicy", to jest polityka i taką polityką, ani inteligentni, ani nawet uczeni ludzie zajmować się nie powinni. Natomiast nie jest polityką przekonywanie naszych dzieci w szkołach o zaletach systemu wyborczego, jaki nam wymyślają nieustannie nasi znakomici prawodawcy i dzięki któremu mamy to, co mamy: a więc nową ordynację wyborczą przy każdych wyborach - z nieustannymi zamianami to d'Hondta na Sainte-Lague, to Sainte-Lague na Hare-Niemeyera, to znowu na d'Hondta w nowym kształcie, a w efekcie 12-go premiera w ciągu 17 lat i co rok nowego ministra w każdym resorcie. Na tym, jak wiemy, polega demokracja, co nam wyjaśnił Pan Prezydent, bo w Kanadzie, Ameryce czy Anglii żadnej demokracji nie ma. I takie stanowisko nie ma nic wspólnego z polityką, może więc być upowszechniane i podawane młodym (i starym) Polakom, jak chleb powszedni.

Jak długo?

Jerzy Przystawa

  • Prof. Jerzy Przystawa był w kadencji 1990 - 1998 radnym rady miejskiej Wrocławia, startował w wyborach do Senatu Rzeczypospolitej Polskiej przeprowadzonych w dniu 21 września 1997 r.
    Od kilkunastu lat jest jednym z liderów Ruchu Obywatelskiego na rzecz JOW.

    Publicystyka prof. Jerzego Przystawy na ASME.


    Witryna ASME Antysocjalistycznego Mazowsza jest najstarszym serwisem w Sieci - oprócz witryny tematycznej JOW - propagującym ideę JOW

    W punkcie krytycznym - Stanisław Michalkiewicz Wysłane poniedziałek, 5, czerwca 2006 przez Krzysztof Pawlak

    Wizyta Benedykta XVI w Polsce zupełnie odwróciła uwagę opinii publicznej od uchwalonej 24 maja przez Sejm ustawy - przepisów wprowadzających ustawę o Służbie Kontrwywiadu Wojskowego oraz Służbie Wywiadu Wojskowego i tak dalej - bo tytuł tej ustawy jest długi i skomplikowany. Stanowi ona, że z dniem 30 września br. znosi się Wojskowe Służby Informacyjne, od 1985 roku nieprzerwanie aż do dnia dzisiejszego będące najtwardszym jądrem naszej młodej demokracji. Przekonaliśmy się o tym podczas prac sejmowych komisji śledczych, które, ku powszechnemu zdumieniu, za kulisami naszej młodej demokracji odkryły tajemniczą "grupę trzymającą władzę", która nie bacząc na zmiany rządu i inne polityczne zakręty, cały czas trzymała ją, jak gdyby nigdy nic. Uważniejsze oględziny naszej młodej demokracji pokazały, że wszystkie nici, którymi owa grupa pociąga za władzę, skupiają się, niczym w soczewce, właśnie w Wojskowych Służbach Informacyjnych. Stamtąd pochodziły słynne "pierwsze miliony", które, jak wiadomo, "trzeba ukraść", tam biły zdroje łask, które potem przekształcały się w ustawy i rozporządzenia, obsypujące wybrańców losu złotym deszczem albo wprowadzające ich do areopagu autorytetów moralnych i tak dalej, i tak dalej... Ogarnięcie wszystkich szczegółów sprawia wrażenie pracy herkulesowej, a może nawet przekracza możliwości umysłu ludzkiego tym bardziej, że tak naprawdę, to nikt nie wie, komu właściwie ta razwiedka naprawdę służy, bo wprawdzie Polska przyłączona jest do Unii Europejskiej, ale przecież cieszymy się opinią trojańskiego konia Ameryki, a niezależnie od tego dobrze czują się u nas również ukraińscy muzykanci, pośredniczący w dostawach rosyjskiej ropy od złego czekisty Putina.

    Dopiero na tym tle można docenić przełomowy charakter ustawy o długim i skomplikowanym tytule, a zwłaszcza jej postanowienia, zmierzające do ujawnienia niedyskrecji stanowiących dotąd najściślejszą tajemnicę nie tyle państwową czy służbową, chociaż i tego wykluczyć nie można, co tajemnicę środowiskową i prywatną. Tymczasem ustawa stanowi, że warunkiem mianowania na funkcjonariusza nowych służb, wyznaczenie na stanowisko czy też zatrudnienie, wymaga uprzedniego złożenia oświadczenia, w którym delikwent będzie musiał pod rygorem odpowiedzialności sądowej ujawnić, czy w okresie służby w WSI, na przykład prowadził tajną współpracę z przedsiębiorcą, nadawcą, redaktorem naczelnym, dziennikarzem lub wydawcą, czy produkował fałszywki lub kolportował je, żeby kogoś wysadzić w powietrze albo przynajmniej zdyffamować. Ileż to tajemnic może zostać w ten sposób ujawnionych, ileż autorytetów moralnych będzie przeżywało nerwowe załamania, ileż fortun może zachwiać się w posadach, iluż ludzi ruszy z posad, nie tyle bryłę świata, co, że tak powiem, osobiście? Aż strach pomyśleć, co będzie dalej, chociaż te wszystkie niedyskrecje będą znane tylko członkom Komisji Weryfikacyjnej, która w dwunastu osobach będzie powołana przez pana prezydenta, a w kolejnych dwunastu - przez pana premiera. Ta komisja, co prawda, ma potem złożyć sprawozdanie również całemu ludowi, ale pewnie takie ogólne, bez wchodzenia w szczegóły, a zwłaszcza - bez podawania nazwisk, bo po co je podawać, kiedy zarówno "przedsiębiorcy", jak i "nadawcy", nie mówiąc już o "redaktorach naczelnych" czy "dziennikarzach", a także "wydawcach" - mogą służyć również Odnowionym Służbom IV Rzeczypospolitej? A skoro mogą, to pewnie i będą, za co zachowają swoje fortuny i stacje nadawcze, i fotele redaktorów naczelnych, i reputację dziennikarzy oraz wydawców, bo cóż w końcu nagradzać w tych zepsutych i egoistycznych czasach, jeśli nie wierną służbę, mniejsza o to - komu?
    Dopiero w tym kontekście możemy zrozumieć zagadkową ofertę pana Lecha Wałęsy, byłego prezydenta naszego państwa. Zadeklarował on był intencję powrotu do polityki, wszelako pod warunkiem uzyskania jakiegoś wybitnego stanowiska. Komu tę ofertę zgłosił? Ani chybi temu, o którym wie, że będzie takie wybitne stanowiska zasłużonym towarzyszom rozdzielał. A któż to jest, co on za jeden? Aaaa, to właśnie największa tajemnica, chociaż tego i owego możemy się domyślać z dodatkowej deklaracji gadatliwego pana Lecha Wałęsy. Powiedział on, że obecnej koalicji daje najwyżej cztery miesiące. Oczywiście mógł ten termin wziąć sobie spod sufitu, ale zwróćmy uwagę, że do 30 września, kiedy według ustawy o długim tytule Wojskowe Służby Informacyjne mają być "zniesione", upływa właśnie... cztery miesiące! Zatem - czy w ogóle do tego "zniesienia" dojdzie, czy też nasza młoda demokracja zostanie wcześniej jakoś uratowana? Kiedy tak się nad tym zadumamy, to lepiej możemy zrozumieć również teologiczne przyczyny, dla których ujawnienie konfidentów wśród księży już teraz, "budzi poważne zastrzeżenia natury moralnej" i stanowi "działanie na szkodę Kościoła". Po co ujawniać, kiedy najdalej za cztery miesiące już nie będzie trzeba, a może nawet nie będzie wolno?

    Stanisław Michalkiewicz

    Publicystyka Stanisława Michalkiewicza na ASME i nagrania TV ASME


    Do sierpnia wszystko się rozstrzygnie: wygra albo przegra "nowy układ" PiS - I Prezes UPR Janusz Korwin-Mikke o pozostających na razie w cieniu teczkach WSI Wysłane poniedziałek, 5, czerwca 2006 przez Krzysztof Pawlak

    | Pobierz








    Do sierpnia wszystko się rozstrzygnie: wygra albo przegra "nowy układ" PiS - I Prezes UPR Janusz Korwin-Mikke o pozostających na razie w cieniu teczkach WSI
    Wysłane poniedziałek, 5, czerwca 2006 przez Krzysztof Pawlak

    "Jak Państwo pamiętacie, tłumaczyłem, że wszystko rozstrzygnie się w ciągu kilku miesięcy, tak gdzieś do sierpnia, do września. Albo obecny rząd PiS złamie potęgę obecnego układu, albo jej nie złamie. Walka jest niezwykle ostra, jak ktoś nie wierzy, niech zajrzy do gazet sprzed jakiś dwóch miesięcy, gdzie stało, że generał LWP Dukaczewski zgadza się na odejście, ale stawia warunki. Cała tkanka życia politycznego w Polsce jest przerośnięta agenturą, zrobił się z tego jeden wielki organizm. Jest wielka obawa, że ci ludzie będą chcieli użyć danych, które są w archiwach WSI, nie wahając się czasami nawet uderzyć w agentów wywiadu, co jest zupełnie niedopuszczalne. Tam nie ma ludzi wiarygodnych, nawet jeśli są to ludzie niezależni od ośrodków politycznych, są zależni od swoich fobii, idiosynkrazji" - I Prezes UPR Janusz Korwin-Mikke ostrzega przed zbliżającym się autentycznym przesileniem na scenie politykierskiej polskiego regionu UE.

    Problemy narastają, strajk lekarzy zostaje podsycony, ustąpiło MSWiA w swoich lecznicach, które w ten sposób daje znak innym, cywilnym ośrodkom zatrudniającym lekarzy. Zastrajkują za chwilę kopalnie, wiadomo, że rządzi nimi feudalna kadra dyrektorska, burzy się zbrojeniówka - JKM spodziewa się, że może dojść już w sierpniu do poważnego przesilenia politycznego, może nawet wojskowego, bo ci ludzie bronią się z całych sił. Wywiad WSI ma dużo "za uszami", ostatnia afera "w Kongu" na to wskazuje bez ogródek. Działają wywiady zagraniczne, które też są zainteresowane w destabilizacji politycznej RP...

    Nagranie trwa ponad 6 minut i jest dostępne w Sieci do 19 VI 2006 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




    Relacja z niedzielnego Marszu dla Życia i Rodziny urządzonego w Warszawie przez Stowarzyszenie im. Piotra Skargi Wysłane poniedziałek, 5, czerwca 2006 przez Krzysztof Pawlak

    | Pobierz |








    Relacja z niedzielnego Marszu dla Życia i Rodziny urządzonego w Warszawie przez Stowarzyszenie im. Piotra Skargi
    Wysłane poniedziałek, 5, czerwca 2006 przez Krzysztof Pawlak

    Wczoraj, 4 czerwca 2006 r. ulicami centrum Warszawy przeszedł pochód uczestników Marszu dla Życia i Rodziny, zorganizowany przez Stowarzyszenie Kultury Chrześcijańskiej im. Piotra Skargi. Liczbę uczestników oszacowano na ponad tysiąc, choć doniesienia medialne z tzw. mainstreamu (np. Onetprzynosiły zaniżoną liczbę "kilkuset manifestantów".

    "Przedstawiciele Unii Polityki Realnej z p. prezesem Wojciechem Popielą na czele wzięli udział w Marszu dla Rodziny. Niektórzy byli trochę zniesmaczeni, bo impreza miała nie być partyjna - tymczasem zdominowała ją grupka Młodzieży Wszechpolskiej, nie zdająca sobie zapewne sprawy, że można być zwolennikiem rodziny, będąc protestantem, ateistą, buddystą, muzułmaninem i ateistą - ale nawet wielu katolików odstraszały głośno wykrzykiwane »wszechpolskie« hasła. Ale pogoda była dobra, więc imprezę można uznać za udaną" - tak wydarzenie te zostało skomentowane przez I Prezesa UPR Janusza Korwin-Mikkego.
    Jak Marsz ów wyglądał w obiektywie TV ASME - zapraszamy Państwa do zapoznania się z materiałem zarejestrowanym podczas niedzielnego pochodu zakończonego koncertem na placu Teatralnym, zasponsorowanym dla biorących udział w tej imprezie politycznej przez Ministerstwo Kultury i Sztuki, czyli - ogół wszystkich podatników.

    Nagranie trwa ponad 6 minut i jest dostępne w Sieci do 19 VI 2006 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




    UPRzejmy punkt widzenia (17) - Wojciech Popiela Wysłane poniedziałek, 5, czerwca 2006 przez Krzysztof Pawlak

    Unia Polskich Robotników - tak spora grupa tegorocznych maturzystów rozszyfrowała skrót UPR na egzaminie z "Wiedzy o społeczeństwie". Rzeczywiście, Unia Polityki Realnej w istocie jest unią polskich robotników robiących dzień za dniem na kolejne pomysły rządów.

    Swoją drogą, poczuwam się do winy za stan umysłów maturzystów, choć i ich nauczyciele powinni lekko uderzyć się w piersi. Z drugiej strony, doszły mnie wieści, że w jednym z liceów młodego człowieka utożsamiającego się z programem i ideami głoszonymi przez UPR nauczyciele nazywają "faszystą", a dyrektor - "moczarowcem". Widać, że i poziom wiedzy niektórych nauczycieli jest mizerny, ponieważ pobieżna znajomość programu faszystów i programu UPR wyklucza możliwość pomylenia ich.
    Skoro już o mizerności poziomu wiedzy, to "Trybuna" (dawniej "Ludu") w opublikowanym tekście dała następujący popis oparty o wrażenia po wizycie Papieża Benedykta XVI: "W kolejnych homiliach zabrakło odniesienia do najważniejszych polskich bolączek - niespotykanej w innych krajach Unii Europejskiej biedy, degradacji ekonomicznej wielu regionów Polski, poczucia beznadziei i braku perspektyw u milionów młodych ludzi, rekordowego rozwarstwienia oraz neoliberalnej ekonomii, która święci triumfy nad Wisłą, choć od lat spycha na socjalne dno całe grupy społeczeństwa. Potępiające bezduszny neoliberalizm słowa nic by gościa z Watykanu nie kosztowały - wszak wcześniej wielokrotnie wypowiadał się w tym duchu Jan Paweł II. (...) Okazuje się bowiem, że mimo 2 tysięcy lat chrześcijaństwa, nauka Kościoła tak skutecznie dociera do wiernych, że jest ją w stanie podważyć jedna słaba książka i jeszcze gorszy film. I to one zasługują na potępienie, a nie produkujący biedę współczesny kapitalizm".
    Szczęśliwie 45 lat socjalizmu rytu sowieckiego tak nas ubogaciło, że jakoś przeżyjemy ten "szalejący neoliberalny kapitalizm III i IV RP", aż wpadniemy całkowicie w objęcia przynoszącego rozwój i dobrobyt socjalizmu rytu brukselskiego. Jak oni nie wstydzą się podpisywać tych tekstów?!
    Powoli zaczynam się bać pisać z uwagi na ujawniające się zdolności profetyczne. Dopiero co pisałem o tym, jak zoofilie podniosą głowy w "słusznej walce o swoje prawa", a tu w mijającym tygodniu w chlubie Wspólnoty Europejskiej - Holandii - miano zarejestrować partię pedofilów Dobroczynność, Wolność i Różnorodność. Pośród postulatów zawartych w programie partii znaleźć można patronat państwa nad stosunkami seksualnymi od lat 12, bezpłatne przejazdy koleją dla wszystkich, prawo pojawiania się nago w miejscach publicznych i zalegalizowanie sodomii "z wyjątkiem przypadków, w których zwierzęta zostają skrzywdzone". Walka o demokrację i państwo neutralne światopoglądowo trwa. Najbliższa bitwa bodajże w sobotę, 10 czerwca, w Warszawie.

    Pojawiły się też wywiady ze wspomnianym w ubiegłym tygodniu panem ekswiceministrem finansów Mirosławem Barszczem. Po tym, jak obnażył bezsens utrzymywania podatku dochodowego, którego istotą jest przelewanie przez biurokrację budżetowych pieniędzy z konta na konto, nie ma się co dziwić, że miejsca w Ministerstwie Finansów dlań nie było.
    Marksistowski ideał "Od każdego według możliwości, każdemu według potrzeb" jest urzeczywistniany. Możliwości określają parlamentarzyści. I jedni mają możliwości 40-procentowe, inni 30, a jeszcze inni 19. Wszyscy mają 22-procentowe w konsumpcji, i znacznie większe w akcyzie. Potrzeby też określają parlamentarzyści. Jedni potrzebują becikowego, inni senioralnego, jeszcze inni szklanki mleka i tanich podręczników, inni bezpłatnej nauki i leczenia, itd., itp. Tłumaczyłem to ostatnio sporej grupie licealistów w Kaliszu (serdeczne podziękowanie za zaproszenie dla Prezesa tego znakomitego Oddziału, pana Dawida Rubińskiego i goszczącego mnie pana Andrzeja Orkowskiego) i zdawali się doskonale rozumieć, co ich czeka, łącznie ze spłacaniem długów projektowanych przez kojonych profesorów na ministerialnych stołkach, a akceptowanych przez parlamenty i prezydentów. Nie inaczej jest obecnie, mimo braków kadrowych w partii współrządzącej.

    A jeśli o kadrach mowa, to podczas konferencji prasowej jeden z dziennikarzy zapytał, czy UPR przygotowuje już kadry do objęcia władzy wobec niechybnej konieczności zrobienia porządku po III i IV RP. Co prawda, nasz program jest czytelny i prosty w realizacji; uwolnienie Polaków od PIT, CIT, akcyzy i wysokiego VAT, z koniecznością (póki co) zejścia do poziomu wymuszanego przez Brukselę i zastąpienie ich mniejszym, zryczałtowanym podatkiem osobistym wraz z podatkami od nieruchomości, odejście od drogiego pośrednictwa państwowej biurokracji w kupowaniu usług edukacyjnych, medycznych i transportowych, przywrócenie znaczenia umów między stronami i zlikwidowanie dzikich obszarów ingerencji grup zawodowych w decyzje rządu i parlamentu, jak też przyjęcie prezydenckiego modelu zarządzania państwem - tym niemniej kadry będą przydatne. PiS zaczynało od 50 osób, więc i my nie będziemy mieć problemu. Kilkadziesiąt osób działa już w Sekcji Młodzieżowej UPR (chętni proszeni są o dalsze zgłaszanie się do pana Grzegorza Grockiego - grockig@wp.pl), w najbliższych wyborach chcemy wystawić samodzielną listę do Sejmików Wojewódzkich. Jeśli wśród czytelników UPRzejmych punktów widzenia są osoby gotowe się przyłączyć do przygotowań pod budowę wolnej V RP i na wstępie wystartują z nami w tym roku do sejmików - proszę o kontakt z prezesami okręgów lub nawet bezpośrednio ze mną - przekieruję list (mail i tytuł: Sejmik).

    Przy okazji w imieniu Skarbnika UPR, pani Anny Orzechowskiej, przypominam wszystkim członkom o wymogu opłacenia składek. Brak wpłaty do końca czerwca wiąże się z utratą członkostwa w najlepszej partii w Polsce!
    Zanim zakończę - jeszcze jedno mundialowe spostrzeżenie. Zdaje się, że do organizatorów akcji "T-shirt dla wolności" ("Nie płakałam po papieżu", "Mam okres" i inne "wolnościowe" hasła...) wpłynie zgłoszenie od niemieckich zwolenników "wolności" w brzmieniu "Hoolicaust 2006". Wkomponowuje się ono poniekąd w przypomnienie pana ministra Dorna strajkującym lekarzom o tym, że "Arbeit macht frei", a brak pracy oznaczać może pozbawienie wolności. Po raz kolejny okazało się, że każdy socjalizm kończy się podobnie: przemoc i niewola. Apeluję więc do strajkujących lekarzy: nie wyjeżdżajcie do Anglii! Nie poddawajcie się socjalistycznym rozwiązaniom wyciągania pieniędzy od pacjentów wespół z rządem! Zapisujcie się do UPR tak, byśmy w następnych wyborach posłali pana Dorna i towarzyszy na bezrobocie, i wprowadzili w parlamencie prawo gwarantujące Wam wolność przy zatrudnianiu się i ustalaniu warunków pracy, i płacy wedle zdolności, i pracowitości. Tylko uwolnienie pacjentów od oferowania waszych usług za pośrednictwem polityków i biurokracji sprawi, że już więcej żaden opłacany przez Was w podatkach minister nie będzie Wam ubliżał ani Was zastraszał, ponieważ nie będziecie zależni od ministerialnych grymasów i kaprysów, i taki minister będzie po prostu zbędny. Wybór należy do Was.

    Pora na zagadkę. Myślę, że dzisiejsza sprawi Państwu nieco więcej problemów. Nagroda, której czytanie to sama przyjemność już czeka. Mail pod adres prezes@upr.org.pl o tytule ZAGADKA można przesyłać z poprawną odpowiedzią i swoimi danymi pozwalającymi wysłać nagrodę. A oto ona. Kto jest autorem oddzielonych jedynie kilkoma słowami zdań: "Uważam, że w szkole - przynajmniej państwowej - należy uczyć wszystkie dzieci tego samego (...). Szkoła powinna kształcić ludzi do życia w społeczeństwie (...) różnorodnym"?

    Wojciech Popiela

    Publicystyka Wojciecha Popieli na ASME.


    Jakie wybory do samorządów? - Krzysztof Mazur Wysłane niedziela, 4, czerwca 2006 przez Krzysztof Pawlak

    W związku z inicjatywą Samoobrony, popartą przez LPR i co najmniej przychylnie przyjętą wśród części działaczy PiS-u, a dotyczącą zmiany ordynacji wyborczej do samorządów w kwestii bezpośrednich wyborów wójtów, burmistrzów i prezydentów - warto zwrócić uwagę na pewne aspekty całej sprawy, aby nie powtarzać nawet w dobrej wierze niektórych haseł, a spojrzeć na sprawę nieco bardziej realistycznie i racjonalnie. Często przy okazji tejże dyskusji padają - najczęściej ze strony zwolenników systemu JOW - argumenty o cofaniu się w zakresie wyborczych rozwiązań czy likwidowaniu w trosce o partyjne interesy rozwiązań, "które się sprawdziły". Pewną ciekawostką w tym zakresie jest np. fakt, że wspólnym głosem przemawiają w tym wypadku najczęściej politycy PO, SLD i PSL-u oraz ta część prawicy, np. UPR, która w innych kwestiach raczej trzyma stronę obecnej koalicji rządzącej, a przynajmniej oficjalnie ową stroną sceny politycznej mniej się brzydzi.

    Oczywiście trudno w tej sprawie podejrzewać o interesowność UPR, ale jeśli chodzi o stanowiska partii parlamentarnych, to pomimo pełnych troski haseł tak naprawdę w grę wchodzi jedynie bieżąca kalkulacja polityczna.
    To, że Samoobronie i LPR może zależeć na pośrednim wyborze wójtów, burmistrzów czy prezydentów - jest dość zrozumiałe, gdyż sami mając nikłe szanse na obsadzenie tych stanowisk, w przypadku trwania koalicji mogliby przy wyborach pośrednich co nieco wywalczyć w zamian za poparcie konkretnego kandydata. Ale i PiS, jak się wydaje, również patrzy na pomysł tej zmiany dość przychylnie - mając podobny interes na względzie, gdyż w przypadku powtórzenia parlamentarnej koalicji większościowej na poziomie lokalnym i utrzymania wysokiego poparcia wyborczego partie rządzące szybciej i przede wszystkim - w pewniejszy sposób mogłyby obsadzić najważniejsze stołki w terenie. W ten sposób mogłyby jeszcze przed końcem bieżącego roku objąć we władanie nawet zdecydowaną większość samorządowych zarządów w Polsce. A wtedy obecna koalicja pod przewodem PiS-u faktycznie rządziłaby już wszędzie i byłby to wyczyn, którego nie osiągnęła dotychczas żadna inna partia ani partyjna koalicja.

    Z kolei PO, a także inne partie opozycyjne, w wyborach bezpośrednich upatrują szansy na ugryzienie tego kawałka władzy dla siebie i zaspokojenie chociażby części niespełnionych apetytów na władzę u swoich działaczy. Dla przykładu: PO ma realną szansę na prestiżowe zwycięstwo np. w Warszawie, co byłoby dużym atutem propagandowym dla tej partii, wszak prezydentura Warszawy była przez działaczy PiS-u uważana za partyjny "Piemont" na drodze do zdobycia obecnej władzy. Także inne partie pomimo relatywnie słabszych, a nawet mizernych notowań mają duże szanse na uzyskanie znaczących stołków prezydenckich w miastach wojewódzkich czy burmistrzowskich lub wójtowskich w całkiem zasobnych i dużych gminach. Dla przykładu, całkiem realne jest powtórzenie SLD-owskiego sukcesu w wyborach prezydenta Rzeszowa, czyli w regionie, który jak żaden inny w Polsce popierał PiS i Lecha Kaczyńskiego. Także PSL, który coraz wyraźniej schodzi ze sceny politycznej, ma ciągle duże poparcie w wielu powiatach i gminach wschodnich województw. Są gminy, w których PSL-owska gwardia do dnia dzisiejszego rządzi nieprzerwanie jeszcze od czasów PRL-u.
    Widząc te uwarunkowania i rzeczywiste przesłanki parlamentarnych zwolenników i przeciwników wyborczych rozwiązań, należałoby zastanowić się, jaki właściwie system byłby nie tyle wygodny dla tej czy innej strony - ale jaki system byłby, przy całej swojej ochlokratycznej niewydolności, najbardziej w danej sytuacji zasadny. Plusem systemu większościowego jest większa identyfikacja w ten sposób wybranej władzy, zwłaszcza że twarzą tej władzy jest konkretny wójt, burmistrz czy prezydent, a nie ciało kolegialne czy wybrany przez to ciało inny kolegialny organ, czyli zarząd gminy lub miasta. W obecnej sytuacji ten walor bardzo często jest niwelowany przez liczne przypadki kohabitacji prawicowych rad z lewicowymi prezydentami i vice versa oraz rozmywaniem odpowiedzialności za skutki konkretnych działań samorządowych organów władzy. Praktycznie na porządku dziennym występują przypadki montowania doraźnych koalicji, a to dla udzielenia absolutorium lub jego nieudzielenia czy uchwalenia lub zastopowania jakiejś uchwały na złość burmistrzowi lub prezydentowi z innej opcji politycznej. W przypadku jakichś spektakularnych sukcesów do jego ojcostwa przyznają się tak radni jak i prezydent, ale w przypadku niepowodzeń lub długu samorządowego budżetu - winą przerzucają się obydwie strony. Jest to wynikiem dość zrozumiałych działań polegających na rozmywaniu odpowiedzialności i eksponowaniu własnych sukcesów przed wyborcami.
    Oczywiście w przypadku wyborów pośrednich taka kohabitacja praktycznie nie byłaby konieczna, a to co jest - często przez zwolenników wyborów bezpośrednich przedstawiane jako argument "za", czyli większa niezależność prezydenta czy burmistrza od kaprysów rady lub doraźnych koalicji radnych - wcale nie musi być taką oczywistą zaletą, o czym świadczą przykłady samorządów zarządzanych przez wiele miesięcy zza więziennych krat. Sam fakt, że wyborcy wybierając "najlepszych z najlepszych", wybrali takiego czy innego aferała - już sam z siebie stanowi empiryczny argument znacznie osłabiający niektóre założenia ordynacji większościowej. Aby zbytnio nie rozwlekać wywodu, warto zauważyć, że największe obszarowo jednostki samorządowe, czyli województwa i powiaty wyłaniają zarządy pośrednio i nie widać jakiejś jakościowej różnicy w zarządzaniu np. miastem powiatowym i powiatem, poza oczywiście mniejszą liczbą kart do głosowania. Także - co pewnie nawet bardziej wymowne - większość spółek kapitałowych wyłania swoje zarządy w drodze wyborów pośrednich, tj. prezesa i ewentualnie wiceprezesów wybiera organ nadzorczy, wybrany uprzednio przez walne zebranie udziałowców. A warto pamiętać, że wiele z tych spółek ma obroty znacznie większe niż gmina, powiat, miasto, a czasami nawet województwo i żadna nie może liczyć na coroczne zamykanie roku obrotowego debetowym saldem na koncie zysków.
    W związku z tym, jeżeli warto cokolwiek popierać lub krytykować - to system, który z jednej strony każe wybierać "niezależnego" prezydenta miasta i partyjną radą miasta, który każe zawiązywać legislacyjne kompromisy, skazując strony na polityczne przekupstwa lub obstrukcje, wreszcie system, w którym przy pozorach samorządności, większość samorządowych środków redystrybuowanych jest przez budżet centralny, kompetencje szczebli samorządowych dublują się z kompetencjami urzędów państwowych, nie wspominając o zbyteczności np. samorządu powiatowego. W tej sytuacji rozprawianie o sposobie wyborów wójta czy prezydenta jest marnowaniem czasu i energii na sprawy trzeciorzędne.
    Jeżeli wybory wójtów i prezydentów mają być większościowe, to rady powinny zostać znacznie ograniczone liczebnie, a ich kompetencje zawężone do czynności nadzorczych. Niech prezydent i jego ludzie decydują, ile i na co wydawać, jakie hipermarkety lokować, jakie przedsiębiorstwa komunalne prywatyzować itp., a wyborcy niech mają świadomość, kogo i po co wybierają. Prawdopodobnie gdyby nie istniała np. Rada Polityki Pieniężnej, to zarząd NBP potrafiłby sam ustalić stopy procentowe, abstrahując od potrzeby ich ustalania, a stopy te nie różniłyby się zapewne od tych ustalanych obecnie przez RPP. W końcu kto przygotowuje materiały dla RPP - jak nie zarząd NBP?
    Ale wcale nie mniej sprawnym byłby system, w którym w trybie większościowym wyborcy wybieraliby niezbyt liczną (siedmio- do jedenastoosbowej) radę samorządową i ten organ powoływałby wójta lub prezydenta, co oznacza, że problem zaproponowanej zmiany ordynacji we wskazanym przez partię Leppera zakresie wcale nie stanowi istoty zmiany jakościowej w rządzeniu samorządami. I popierając lub krytykując propozycję zmian w tym systemie wyborczym, warto ten fakt mieć na uwadze, gdyż nawet zmiana ordynacji według pomysłu Samoobrony wcale nie oznacza jakiegoś politycznego regresu - a to z tego względu, iż obecne rozwiązania nie stanowią również żadnego legislacyjnego cymesu.

    Krzysztof Mazur

    Publicystyka Krzysztofa Mazura na ASME