czerwca 15, 2006 - czerwca 27, 2006

OSZCZERSTWA JACKA ŻAKOWSKIEGO - Antoni Zambrowski Wysłane wtorek, 27, czerwca 2006 przez Krzysztof Pawlak

Dawny dziennikarz "Gazety Wyborczej" red. Jacek Żakowski oskarżył na łamach "Dziennika" tygodnik "Nasza Polska" o uprawianie prorosyjskiej oraz probiałoruskiej publicystyki. Przypisał on to działalności posła Bogusława Kowalskiego, rzekomo kluczowej postaci w tygodniku "Nasza Polska". Felieton Jacka Żakowskiego z atakami na "Naszą Polskę" swą treścią kompromituje współczesne polskie dziennikarstwo o orientacji lewicowo-liberalnej. Mamy tu do czynienia z reakcją niejako łańcuchową, gdy kłamstwo serwowane przez jednego z przyjaciół następnie krąży bezkarnie w mediach, podchwytywane przez innych przyjaciół z tej samej ideowo "paczki", względnie "sitwy". Najpierw red. Tomasz Wołek w programie radiowym poranek TOK FM, prowadzonym przez red. Jacka Żakowskiego, oskarżył posła Bogusława Kowalskiego o uprawianie publicystyki antysemickiej na łamach kierowanego przez siebie tygodnika "Nasza Polska" (Ewidentnie poseł Bogusław Kowalski naraził się red. Tomaszowi Wołkowi tym, że podjął rozmowy z klubem poselskim PiS o poparciu dla rządu premiera Kazimierza Marcinkiewicza). Był to ze strony red. T. Wołka oczywisty błąd, gdyż poseł Bogusław Kowalski nie miał nigdy nic wspólnego z tygodnikiem "Nasza Polska". Red. Jacek Żakowski postanowił pójść za ciosem i bez sprawdzenia podanej przez red. Tomasza Wołka informacji rozwinął ją na łamach "Dziennika", uzupełniając powyższe oskarżenia o uprawianie - o zgrozo ! - publicystyki prorosyjskiej oraz probiałoruskiej.
W rzeczywistości poseł Bogusław Kowalski stał przez wiele lat na czele tygodnika "Myśl Polska", nie mającego nic wspólnego z "Naszą Polską" Sprawa wszelako na tym się nie kończy. Jako dziennikarz zamieszczający swe artykuły na łamach "Naszej Polski", chciałbym zapytać red. Jacka Żakowskiego, co miał na myśli, zarzucając naszemu tygodnikowi "uprawianie publicystyki prorosyjskiej oraz probiałoruskiej". Czy publicystyka o wydźwięku prorosyjskim lub probiałoruskim na łamach polskiej gazety o nastawieniu patriotycznym ma być poczytywana za grzech? Z jakiej racji? A co w przypadku publicystyki proniemieckiej, względnie prożydowskiej czy proizraelskiej?
Od lat w swych artykułach, m.in. na łamach tygodnika "Nasza Polska", krytykuję politykę prezydenta Aleksandra Łukaszenki jako sprzeczną z potrzebami narodu białoruskiego, wrogą jego kulturze i oświacie narodowej. Czy moja publicystyka jest wobec tego antybiałoruska? Nasuwa się też pytanie, czy moja przyjaźń z działaczami opozycji demokratycznej i niepodległościowej na Białorusi jest probiałoruska czy też antybiałoruska? Czy moja krytyka polityki prezydenta Władimira Putina daje podstawy do klasyfikowania mnie jako rusofoba? Życzę narodowi rosyjskiemu wszelakiej pomyślności, a zwłaszcza uwolnienia go od ciężarów zgubnej dla niego polityki imperialnej. Moja otwarcie głoszona sympatia dla krwawiącego w obronie swego prawa do niepodległości narodu czeczeńskiego nie musi mnie prowadzić do nienawiści do zwyczajnych Rosjan. Mój wuj Janek zginął w lesie katyńskim, ale wiem, że podobny los mordercy z NKWD zgotowali milionom Rosjan. W Kuropatach pod Mińskiem spoczywają obok polskich ofiar NKWD tysiące Białorusinów. Przyrodni brat mojej matki został rozstrzelany przez Gestapo za udział w konspiracji antyniemieckiej na Kresach Wschodnich - w Baranowiczach, ale w 1966 roku popierałem list polskiego Episkopatu z księdzem Prymasem Stefanem Wyszyńskim na czele do biskupów niemieckich ze słowami: "przebaczamy i prosimy o przebaczenie". Wyrzucono mnie za to z pracy na Uniwersytecie Warszawskim, zaś w marcu 1968 roku wsadzono na półtora roku do więzienia. Tak czynię, gdyż jestem katolikiem, członkiem Kościoła Powszechnego i miłuję wszystkie narody, zwłaszcza słowiańskie, choć najbardziej w swej miłości wyróżniam nasz naród polski. I to ma być moim grzechem?
Zarzuty red. Jacka Żakowskiego nie trzymają się zatem kupy i go kompromitują. Kompromitują też kierownictwo "Dziennika", który zamieszcza na swych łamach takie głupoty, świadomie wymierzone w polski tygodnik prawicowy, który jest patriotyczny, ale wolny od ksenofobii. Red. Żakowski co i rusz zarzuca polskiej prawicy nacjonalizm i ksenofobię, ale wygląda na to, że dopiero swym artykułem na łamach "Dziennika" pokazał swoje prawdziwe oblicze.

Antoni Zambrowski

Publicystyka Antoniego Zambrowskiego na ASME


Afery zawsze będą, kiedy brakuje ZASAD, czyli winien jest ustrój, a nie świnie przy korycie - zapis wykładu Janusza Korwin-Mikkego o polityce bieżącej Wysłane niedziela, 25, czerwca 2006 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |







Afery zawsze będą, kiedy brakuje ZASAD, czyli winien jest ustrój, a nie świnie przy korycie - zapis wykładu Janusza Korwin-Mikkego o polityce bieżącej
Wysłane niedziela, 25, czerwca 2006 przez Krzysztof Pawlak

"Przepowiednie w polityce sprawdzają się 70-75%, ja mam lepszy wynik, bo mówiłem już wcześniej, że sprawy będą się zaostrzały, i rozstrzygnięte zostaną gdzieś tak do sierpnia, jak państwo wiecie - rozwiązanie WSI jest przewidziane na wrzesień. Zaostrzenie oczywiście tyczy walki o kształt państwa. Zgodnie z tym, w co wierzy UPR, państwo powinno być rządzone przez jakieś zasady. Na razie mamy do czynienia z państwem rządzonym przez bezpiekę i państwem, które kieruje się pragmatyzmem. To nie tyczy zresztą tylko Polski, ale - i całego świata. Kiedy patrzycie państwo na działanie np. pana Busha w Ameryce czy w Iraku, czy Wspólnoty Europejskiej - to o zasadach się tam wcale nie mówi. Jest to świat, w którym nie wymaga się jakiejś logicznej spójności, jest to świat, gdzie jednego dnia działa się według jednej zasady, drugiego - według drugie, a ludzie, zapatrzeni w telewizję - w ogóle tego nie dostrzegają i myślą, że widocznie tak powinno być. Jest to widoczny objaw upadku cywilizacji i jest tylko pytanie, na ile jest to odwracalny proces i - czy w ogóle" - Janusz Korwin-Mikke, I Prezes UPR, rozpoczął swój wywiad na temat bieżącej polityki w globalnym ujęciu.

Postęp gospodarczy w Chinach jest taki, że np. taki Nowy Jork to w tej chwili zapyziała mieścina w porównaniu do głównych miast chińskich. Jest to wynik braku zasad, wcale niekoniecznie religijnych, których brakuje już od dawna w świecie zachodnim. W Europie człowiek, który ma jakieś zasady, jest uważany za dziwaka. I dlatego społeczeństwa Europy są na szczycie "postępu". W Polsce ten proces niestety też się raczej pogłębia niż odwraca. Były nadzieje, że "jak zwycięży PiS, konserwatyści tacy, i LPR"... - ale nie widać tego, żeby coś się odwracało. Jedyny wynik pozytywny będzie taki, że wywalą tę skorumpowaną, poprzednią ekipę, związaną z SLD. Pojawiają się tacy ludzie jak nowy prezes PZU Netzel, który być może i zna się naprawdę na aferach, więc może być znakomitym fachowcem od rozwiązywania afer namotanych przez poprzedni układ - ale ZASADA się nie zmieniła: firmy są nadal państwowe, co umożliwia dokonywanie następnych afer. Nie jest winą LUDZI ta sytuacja, urzędników, którzy starają się z całych sił nie wylecieć z posady - ale winien jest USTRÓJ, w którym rządzą tam jakieś SLD, PO czy PiS-y... UPR zawsze o tym przypominała: winne jest ISTNIENIE żłobu, nie świnie...!
A więc - nie trzeba się denerwować: kolejne afery będą, głosowaliśmy na PiS - to mamy to, czego chcieliśmy, ale kiedy raz spojrzymy na to z tego punktu widzenia, to można od razu się uspokoić, przestajemy się dziwić, nie będzie zawału serca... Gdybyśmy glosowali na SLD - byłoby dokładnie to samo! Jest jednak pewna różnica: aferzyści z SLD mają olbrzymie "podglebie", rozumieli się w pół słowa, w lot wiedząc, o co chodzi, bo trwało to już od - mniej-więcej - trzydziestu lat... Nowi gangsterzy będą słabsi, bo będą tego dopiero się uczyli...
JKM zaciekawił się nominacją pana Mietkowskiego na szefa "Wiadomości" TVP, osobnika, który przeprowadził sporej objętości wywiad z przedstawicielami masonerii (regularnej i "starożytnej") w ramach telewizyjnej profesji żurnalistycznej, w którym oczywiście brał udział sam JKM, choć już teraz nie pamiętał o tym wydarzeniu z roku 1995...

Nagranie trwa ponad 53 minut i jest dostępne w Sieci do 8 VII 2006 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




Który z "katolickich" publicystów odszczeka swoje opinie o "cieniach" w Kościele polskim? - Łukasz Perzyna o dymisji pani minister Gilowskiej oraz o porządkach w Kościele katolickim Wysłane sobota, 24, czerwca 2006 przez Krzysztof Pawlak

M | Pobierz |








Który z "katolickich" publicystów odszczeka swoje opinie o "cieniach" w Kościele polskim? - Łukasz Perzyna o dymisji pani minister Gilowskiej oraz o porządkach w Kościele katolickim
Wysłane sobota, 24, czerwca 2006 przez Krzysztof Pawlak

"Zygmunt Wrzodak uchodzi wśród polskiej elity politycznej za niepoprawnego radykała. Dziennikarze wręcz boją się cytować słowa niedawnego przywódcy robotników Ursusa, teraz - parlamentarzysty II kadencji, jednak bez wątpienia polskiego polityka, któremu o coś jednak chodzi, bo Zygmunt Wrzodak nie zwykł w słowach przebierać. To Zygmunt Wrzodak mówił w poprzedniej kadencji, parę lat temu, o Zycie Gilowskiej, że »są papiery na Zytę«, że jest to sprawa lustracyjna, że zakończy się ta kariera finalizacją, kiedy jeszcze była ona wizytówką Platformy Obywatelskiej. Wtedy Komisja Etyki Poselskiej upomniała posła, okazało się jednak teraz , że rację miał niedawny ursuski robotnik, a nie jego gorliwi krytycy. Nie chodzi tu jednak o los Wrzodaka, ani o była ministerkę finansową, ale o proces lustracji" - Łukasz Perzyna, publicysta "Tygodnika Solidarność" i naszej witryny ASME, komentuje najbardziej donośne wydarzenie polityczne w "polski regionie UE', jakim była dzisiejsza dymisja pani minister Zyty Gilowskiej.

To Włodzimierz Olszewski, były człowiek wpływu PZPR-erii stał się głównym rozdającym, nie identyfikowany przecież z obecnie rządzącą ekipą ugrupowania PiS, która che lustrację przeprowadzić do końca, ale z gangiem SLD, byłych nadzorców PRL, którzy mają olbrzymią nadzieję utopić lustrację w pomyjach. Po raz kolejny powtarza się specyficzny manewr, dokonany przez człowieka byłego (?) reżimu komunistycznego. To właśnie Rzecznik Interesu Publicznego Olszewski kiedyś zatrudnił - na szczęście na krótko, bo zrobiła się awantura w polskiej klasie politycznej - tow. Waldemara Mroziewicza na stanowisku szefa swojego gabinetu, byłego prominentnego funkcjonariusza Służby Bezpieczeństwa PRL, który w MSW komunistycznym zajmował się nie czym innym, tylko archiwami. Dzisiaj to Włodzimierz Olszewski nie tylko odstrzeliwuje ministrów PiS, ale także dał się wciągnąć w pewną grę, prowadzoną przez ciemne strony życia politycznego. Nowelizacja ustawy o lustracji przewiduje właśnie likwidację urzędu Rzecznika Interesu Publicznego, który przez lata służył do "grania teczkami", jak choćby pamiętna sprawa wicepremiera Tomaszewskiego w rządzie AW"S", którego zwalczał Wiesław Walendziak z tego samego ugrupowania. Janusz Korwin-Mikke powtarzał "świnie sie zmieniają, czas zlikwidować koryto" - przypomina Łukasz Perzyna. Warto wreszcie opublikować w jak najszerszy sposób, np. w internecie - wszystkie dokumenty, by skończyła się możliwość szantażu jakichkolwiek ludzi.
Kto dziś pamięta wielmożę małopolskiego, który w XIV wieku rozpuszczał plotki o przyszłej królowej Jadwidze - o jej domniemanych związkach przedmałżeńskich z Wilhelmem Habsburgiem? Do dziś wszyscy poważają królową Polski, nazwiska tego oszczercy - mało kto. A jednak musiał on w pięknym stylu "odszczekać pod stołem" wszystkie swoje potwarze. Czy teraz ci "katoliccy" publicyści, którzy tak łatwo wydawali sądy o "cieniach Kościoła katolickiego" - będą mieli odwagę odszczekać swoje supozycje?

Nagranie trwa prawie 10 minut i jest dostępne w Sieci do 6 VII 2006 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




Panie Prezesie Kaczyński! Proszę traktować WSZYSTKICH POLAKÓW - równo! - Wojciech Popiela, Prezes UPR, o polityce podatkowej populistycznego ugrupowania PiS Wysłane czwartek, 22, czerwca 2006 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |







Panie Prezesie Kaczyński! Proszę traktować WSZYSTKICH POLAKÓW - równo! - Wojciech Popiela, Prezes UPR, o polityce podatkowej populistycznego ugrupowania PiS
Wysłane czwartek, 22, czerwca 2006 przez Krzysztof Pawlak

"Rozpoczęło się kalendarzowe lato i upał doskwiera nie tylko na zewnątrz, ale i także w polityce. Główne partie przerzucają się oskarżeniami, prowadzą się po sądach, widać już wyraźnie, że chodzi o ostateczną rozgrywkę »kto - kogo?«. Pan Giertych żąda delegalizacji »ezelde«, pan Kurski próbuje wykluczyć z polityki pana Donalda Tuska, choć dodaje, że »pan Tusk mógł o niczym nie wiedzieć«. Równolegle pojawiły się informacje, jak to wysoko postawieni »urzędnicy« Platformy mieli wyciągać pieniądze podatników - w końcu PO jest finansowana z naszych pieniędzy - z własnej partii... Platforma zaś oskarża PiS, że »afera bilbordowa« rzeczywiście polegała na finansowaniu kampanii Prezydenta Kaczyńskiego. Widać, że elita Rzeczpospolitej nie ma nic ważniejszego do roboty - tylko zajmują się tym »kto - kogo«, kto przejmie rzeczywistą władzę. Rząd zaś nie rządzi, co i dobrze, tylko udaje, że panuje..." - Wojciech Popiela, Prezes UNII POLITYKI REALNEJ, komentuje najnowsze wydarzenia nie tylko z "polskiego regionu UE".

Z zagranicy zaś przyszła wiadomość, że nie trzeba mieć w polityce europejskiej właściwie ŻADNYCH kompetencji, bo oto okazało się, że towarzysz Joschka Fiszer, przed którym polscy uniofederaści niemal klękali, były minister zagraniczny u Niemców - w zasadzie nie ma nawet matury. Dlatego stało się zrozumiałe, z jakiego powodu UE przestała krytykować niskie wykształcenie DOKTORA Leppera - bo ma wykształcenie EUROPEJSKIE! Głównym wrogiem więc stała się dla biurokratów unijnych - Liga Polskich Rodzin i jej przywódca Giertych Roman, który awansuje swoim kolegów, "nazistów" wg tuby "europeizmu stosowanego", bulwarówki "Gazety Wyborczej", do rangi aż/zaledwie dla konserwatystów - urzędniczych zarękawków ministerialnych.
W Polsce dzieją się ważne sprawy podatkowe - Prezes/Dobry Gospodarz Jarosław Kaczyński przeprosił naukowców i "twórców" za "pomyłkę", którą miała być próba pozbawienia ich 50-procentowych kosztów uzyskania przychodów - za którą obciążył ministerkę Zytę Gilowską. Czyżby była to początek wykluczania pani Gilowskiej z rządu PiS tak, aby sama po pewnych czasie uznała, że jej rola w "takich warunkach" rządowej atmosfery - dobiegła końca.
Prezes Popiela zaś składa prośbę do prezesa Kaczyńskiego, aby ten zaczął traktować WSZYSTKICH Polaków równo - tak jak twórców i naukowców - by pozostałym też NIE podnosił przynajmniej podatków...

Nagranie trwa ponad 9 minut i jest dostępne w Sieci do 5 VII 2006 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




ROSJA: DYLEMATY NOWEJ ROSJI - Antoni Zambrowski Wysłane środa, 21, czerwca 2006 przez Krzysztof Pawlak

O paradoksach polityki rosyjskiej mówił mi przed kilku laty w Warszawie znany rosyjski pisarz i historyk Wiktor Suworow, mieszkający stale w Anglii były szpieg sowiecki, który wybrał wolność na Zachodzie. Opowiadał mi o żyjącym w biedzie znajomym kołchoźniku, który pocieszał się potęgą mocarstwową Związku Rad. Wiktor Suworow przeciwstawiał temu zamożne kraje Europy Zachodniej, które wyzbyły się mocarstwowych mrzonek i budują dzięki temu dostatni byt swych obywateli. Ani prezydent Rosji Władimir Putin, ani głosujący na niego Rosjanie nie są w stanie zaakceptować tej logiki. Prezydent Putin spotkał się ostatnio w swej rezydencji w Soci nad Morzem Czarnym z delegacją wspierającej go organizacji młodzieżowej "Naszy" (co znaczy "Nasi") i tłumaczył im, że bez silnego wojska nie będzie w ogóle państwa rosyjskiego. Fakty zadają temu kłam. Właśnie w tych dniach obywatele małej Czarnogóry głosowali za niepodległością, mimo że ten kraj stać będzie jedynie na malutkie siły zbrojne. Prezydent Putin natomiast w swym orędziu o stanie państwa mówił o konieczności dalszej rozbudowy sił zbrojnych Rosji, bo "towarzysz wilk" (czytaj: USA) z nikim się nie liczy i gryzie. Putin stwierdził w tym orędziu, że Rosję nie stać ma dorównanie wydatkom na zbrojenia takich europejskich państw, jak Wielka Brytania oraz Francja, zaś o wydatkach na poziomie USA, przekraczających rosyjskie 25-krotnie, nie ma co marzyć. Mimo to mówił o zadaniach rozbudowy i doskonalenia rosyjskich sił zbrojnych, o nowych rodzajach sprzętu bojowego itp., ponieważ siły zbrojne Rosji muszą być zdolne do stawiania czoła konfliktom globalnym lub kilku nawet konfliktom lokalnym naraz.
Prezydent Putin stwierdził w swym orędziu, zaś min. Obrony Siergiej Iwanow w ślad za nim potwierdził, iż dzisiejsza Rosja nie zamierza naśladować polityki sowieckiej, czyli rozwijania potencjału militarnego kosztem podstawowych potrzeb ludności. Jest to jednak retoryka, gdyż udział zbrojeń w budżecie wprawdzie się zmniejszył, ale nadal odbywa się kosztem stopy życiowej ludności. Dowodem tego jest katastrofa demograficzna w Rosji, zwłaszcza ludności rosyjskiej, która się kurczy co roku o 700 tys. osób. Sędziwy pisarz rosyjski Aleksander Sołżenicyn w swym ostatnim wywiadzie dla tygodnika "Moskowskije Nowosti" bije na alarm, mówiąc o stojącym przed władzami państwowymi zadaniu ratowania narodu przez zapewnienie mu przeżycia biologicznego. Putin w swym orędziu odwołał się do słów Sołżenicyna, którego wyraźnie traktuje jako autorytet moralny, ale ma do zaproponowania jedynie podwojenie zasiłków rodzinnych na pierwsze i drugie dziecko oraz kilka innych podobnych półśrodków finansowych. Jest to i tak krok doniosły, ale mimo wszystko pozostaje on kroplą w morzu potrzeb. A Rosji zagraża wyludnienie Syberii i cicha penetracja na te tereny żywiołów chińskich z sąsiedniej Mandżurii. W warunkach antyamerykańskiego flirtu Kremla z Pekinem trudno tu trąbić głośno na alarm, ale niebezpieczeństwo mimo to wciąż narasta. Jeśli trend demograficzny nie zostanie jakimś cudem odwrócony, to Chińczycy zaleją Daleki Wschód Rosji. I nie pomogą na to najbardziej nawet sprawne rakiety bojowe, dostarczane przez przemysł zbrojeniowy Rosji jej siłom zbrojnym. Niestety, na cud demograficzny się nie zanosi.
Mimo to elity rosyjskie są pochłonięte nie myślą o dźwiganiu z upadku własnego kraju, lecz narzucaniem swych ambicji krajom ościennym. W tej chwili Rosja prowadzi wojnę handlową ze zbuntowanymi przeciwko jej hegemonii Gruzji oraz Mołdawii, zabraniając importu gruzińskich oraz mołdawskich win i gruzińskiej wody mineralnej "Borżomi". Jest to dotkliwy cios w ekonomikę tych dwu republik postsowieckich, zamykający przed nimi tradycyjne rosyjskie rynki zbytu dla ich towarów eksportowych, wyraźnie podjęty za karę za ich politykę zagraniczną, sprzeczną z zamiarami Kremla. Ta wojna handlowa odsłania też intencje Kremla co do wykorzystania Rurociągu Północnego przez dno Bałtyku, budowanego dużym nakładem kosztów po dnie Bałtyku zamiast drugiej nitki Rurociągu Jamalskiego przez Polskę.
Inny problem trapiący Rosję - to narastające wśród ludności rosyjskiej nastroje ksenofobii. Przynoszą one Rosji wstyd na arenie międzynarodowej, gdy rosyjscy skinowie biją lub mordują studiujących tam Afrykańczyków. Gorzej, gdy to uderza w narody zaludniające Rosję, jak w przypadku pobitego dotkliwie w Moskwie znanego śpiewaka z Republiki Kabardyjsko-Bałkarskiej, który pełni w swym kraju funkcje ministra kultury. Dla wieloetnicznego kraju jak Federacja Rosyjska są to nastroje grożące rozpadem kraju. W tym przypadku prezydent Putin ma rację: bez silnego wojska arogancja Rosjan wobec współobywateli innej narodowości już dawno by spowodowała takie dramatyczne skutki.

Antoni Zambrowski

Publicystyka Antoniego Zambrowskiego na ASME


Aber-racje Pełczyńskiego - prof. Jerzy Przystawa Wysłane środa, 21, czerwca 2006 przez Krzysztof Pawlak

Na portalu http://wiadomości.ngo.pl, w artykule "JOW nas nie zbawi" zabrał głos prof. Zbigniew Pełczyński, który sam siebie przedstawia, jako autorytet najwyższej miary: "Przez 40 lat wykładałem politologię na Uniwersytecie Oxfordzkim: zalety i wady systemów wyborczych były jednym z zasadniczych tematów, który moi studenci podejmowali w esejach. Poza wszystkim, znam Wielką Brytanię, w której obowiązuje system jednomandatowych okręgów wyborczych, od podszewki. Mieszkam tu od 60 lat, a od 50 jestem wyborcą".
Systemy wyborcze, jak samochody, nigdy nie są po prostu "złe" albo "dobre", podobnie samochód, który jeśli jedzie, może być tylko lepszy lub gorszy w porównaniu z innymi. W Polsce doświadczyliśmy już zastosowania (mówimy tylko o wyborach do Sejmu!) PIĘCIU różnych ordynacji wyborczych, które wszystkie nazwano "proporcjonalnymi". Na Ukrainie natomiast zastosowano ostatnio "ordynację proporcjonalną", która całkowicie się od nich wszystkich różni: jest tylko jeden okręg wyborczy, a kandydatów zgłaszać mogą wyłącznie zarejestrowane na pół roku wcześniej partie polityczne. W PRL był "większościowy" system wyborczy, ale wyborców proszono, żeby głosowali "bez skreśleń", a w Korei Północnej są jednomandatowe okręgi wyborcze, z tym drobnym warunkiem, że kandydatów zgłaszać może tylko jedna jedyna partia. W Rosji też były JOW (w połowie), ale warunkiem kandydowania było zapłacenie 30 tysięcy dolarów kaucji. Oczywiście system brytyjski, który nie podoba się prof. Pełczyńskiemu, jest zupełnie od nich wszystkich inny. Dlatego, jeśli dyskusja ma mieć jakikolwiek sens, to musi to być dyskusja porównawcza: "lepszy" czy "gorszy" - w odniesieniu do konkretnych aspektów różnych systemów wyborczych.
Prof. Pełczyński wychodzi na przeciw tym oczekiwaniom i formułuje cztery cele, jakie, jego zdaniem, realizować powinien system wyborczy:
1.Promować sprawiedliwą reprezentację wyborców w okręgach lub na poziomie kraju
2.Pozwalać wyborcom kontrolować wybranych przedstawicieli
3.Promować zdolnych, uczciwych kandydatów do władz
4.Zapewniać stabilność rządzenia (w systemach parlamentarno-gabinetowych).

Zbigniew Pełczyński krytykuje system JOW funkcjonujący w USA czy W. Brytanii, twierdząc, że nie realizuje on w sposób zadowalający wszystkich tych czterech wymogów. Z jakiegoś jednak powodu nawet nie próbuje tej swojej miarki przystawić do systemu wyborczego w Polsce, żeby nam odpowiedzieć na pytanie: dlaczego to co mamy w Polsce, bardziej mu odpowiada?
Zamiast takiej analizy porównawczej, z wysokości swego autorytetu, poucza nas, że "w polskiej sytuacji JOW w czystej postaci przyniósłby więcej strat niż korzyści". I tu wymienia pięć najważniejszych "strat". Zajmijmy się nimi po kolei:
Po pierwsze, "mógłby całkowicie zniszczyć system partyjny - w teorii każdy kandydat mógłby reprezentować tylko siebie i swój program".
W teorii? W jakiej teorii? W teorii Zbigniewa Pełczyńskiego? Bo do tej pory znaliśmy teorię nazywaną "prawem Duvergera", wg której system JOW w jednej turze, jak w W. Brytanii czy USA, prowadzi do systemu dwupartyjnego? Tak mówi teoria, a praktyka, przede wszystkim w W. Brytanii, gdzie Pełczyński spędził 60 lat, w pełni to potwierdza. Może Pełczyński dojeżdżał do Oxfordu tylko na wykłady, z jakiegoś innego kraju, w którym praktyka wykazała coś innego? Co to za kraj?
Po drugie (to są słowa Pełczyńskiego), "jak przy systemie JOW mogłaby wyłonić się stabilna koalicja rządowa? Jak wyborcy mogliby pociągnąć rząd do odpowiedzialności za skutki rządzenia?".
Biedaczek ten profesor Pełczyński, 50 lat brał udział w wyborach w Wielkiej Brytanii i nie zainteresował się tym, jak oni to robią? Jakim cudem powstaje tam "stabilna koalicja rządowa"? I żaden z jego studentów nie wyjaśnił mu tego w żadnym eseju? Ile lat trzeba żyć w Wielkiej Brytanii, żeby to zrozumieć?
Po trzecie: "niesprawiedliwość reprezentacji mogłaby być monstrualna: na przykład, w każdym okręgu wygrywa kandydat, który zdobył o jeden głos więcej niż drugi w kolejności kandydat. Przy, powiedzmy, pięciu kandydatach może on lub ona reprezentować nie więcej niż 20 procent wyborców".
Ten argument "monstrualnej niesprawiedliwości" sam w sobie powinien nas rzucić na kolana. Ale w obecnym Sejmie zasiada 297 posłów, a więc prawie 2/3 całej Izby, którzy uzyskali mniej niż 1% głosów wyborców w ich okręgach wyborczych, a więc na których głosował co najwyżej 1 na 100 uprawnionych do głosowania. I podobnie dzieje się w każdych wyborach parlamentarnych w Polsce. W "proporcjonalnych wyborach" do UE w roku 2004, na okręg nr 2 kujawsko-pomorski przypadł jeden mandat. Mandatu tego nie uzyskała Anna Sobecka z LPR, którą poparło 36 609 wyborców, lecz Antoni Zwiefka z PO, który dostał 10 tysięcy głosów mniej! Wszystkie te wyniki nie są zdaniem prof. Pełczyńskiego, przejawem "monstrualnej niesprawiedliwości", natomiast "monstrualna niesprawiedliwość" pojawia się dopiero wtedy, gdy jakiś kandydat w JOW wygra z przewagą jednego głosu nad swoim rywalem! Zaiste, na zdrowy rozum tego nie pojmiemy, więc musi tu chodzić o jakąś "niesprawiedliwość monstrualną wyższego rzędu", którą odczuwać mogą tylko "wyższego rzędu ludzie", od których aż się roi w dzisiejszej polskiej klasie politycznej i na jej intelektualnym zapleczu.
Po czwarte - pisze profesor - "co przeszkodzi wyborcom głosować według własnego widzimisię, osobistych sympatii, lokalnych lub nawet osobistych potrzeb lub problemów? Nie mają żadnej gwarancji, że ich poseł będzie w stanie spełnić ich oczekiwania".
Jak te oczekiwania i obietnice spełniają wyłonieni w wyborach "proporcjonalnych" posłowie na Sejm RP, wie w Polsce każde dziecko. Może i profesor Pełczyński też by to wiedział, gdyby trochę mniej obcował z "liderami", a więcej z "wyborcami".
Po piąte, konkluduje Pełczynski: "rezultatem wprowadzenia JOW byłby jeszcze większy chaos polityczny niż istniejący obecnie".
Z proroctwami dyskusja jest bez sensu, bo prorok dlatego jest prorokiem, że widzi dalej i jaśniej niż normalni śmiertelnicy. Profesor Pełczyński przedstawia nam się jednak jako uczony i ekspert, a zatem mamy prawo oczekiwać, że pokaże nam jak taka wizja wynika z "nauki i eksperckiego doświadczenia"? Tak się bowiem składa, że na temat tego jak funkcjonuje JOW istnieje masa danych i warto byłoby wiedzieć, gdzie, w jakim kraju i w jakich warunkach JOW na wzór brytyjski doprowadziły do "chaosu politycznego"? Wydaje się, że taki system wyborczy z reguły stabilizuje i porządkuje sytuację polityczną i ułatwia rządzenie krajem.
Kiedy staram się zrozumieć stanowisko prof. Pełczyńskiego w sprawie propozycji wprowadzenia w Polsce brytyjskiego systemu wyborczego, przychodzą mi na myśl słowa Stanisława Cata-Mackiewicza. W kapitalnym pamflecie (paszkwilu?) na Anglię i Anglików zatytułowanym "Londyniszcze", napisał, że "każdy Polak z każdym rokiem Anglików coraz bardziej nienawidzi. A ja moich rodaków wyprzedziłem o sześć lat". Cat-Mackiewicz wiedział, co pisze, bo spędził na Wyspach 18 lat. Mnie los tak źle nie potraktował: tylko jeden rok przepracowałem na jednym z brytyjskich uniwersytetów, ale i tak doskonale rozumiem sentymenty Cata-Mackiewicza. Wyobrażam więc sobie, jak się musi czuć prof. Zbigniew Pełczyński, który został zmuszony do życia w Anglii przez całe 60 lat! Rozumiem, że emocjonalnie jest gotów odrzucić natychmiast wszystko co brytyjskie. Trzeba go więc pocieszyć, że wybory w jednomandatowych okręgach wyborczych to procedura wyborcza starsza niż Zjednoczone Królestwo, nie jest to wymysł brytyjski i nawet Polacy mogą sobie pozwolić na podejście do tego tematu sine ira et studio.

Wrocław, 17 czerwca 2006

Jerzy Przystawa

  • Prof. Jerzy Przystawa był w kadencji 1990 - 1998 radnym rady miejskiej Wrocławia, startował w wyborach do Senatu Rzeczypospolitej Polskiej przeprowadzonych w dniu 21 września 1997 r.
    Od kilkunastu lat jest jednym z liderów Ruchu Obywatelskiego na rzecz JOW.

    Publicystyka prof. Jerzego Przystawy na ASME.


    Witryna ASME Antysocjalistycznego Mazowsza jest najstarszym serwisem w Sieci - oprócz witryny tematycznej JOW - propagującym ideę JOW

    ANTONI ZAMBROWSKI - KAWALEREM KRZYŻA OFICERSKIEGO ORDERU ODRODZENIA POLSKI Wysłane wtorek, 20, czerwca 2006 przez Krzysztof Pawlak






    Antoni Zambrowski został udekorowany w dniu 19 czerwca 2006 r. Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski podczas uroczystości 25-lecia "Tygodnika Solidarność" przez Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego.


    Witamy na naszych łamach/łączach kawalera tego Orderu.


    Redakcja ASME składa w związku z tym najserdeczniejsze gratulacje naszemu Współpracownikowi!


    POGROM KIELECKI WEDŁUG ADAMA MICHNIKA - Antoni Zambrowski Wysłane wtorek, 20, czerwca 2006 przez Krzysztof Pawlak

    Wkrótce - 4 lipca będziemy obchodzili 60. rocznicę słynnego tzw. pogromu kieleckiego. Na tą okoliczność z niejakim wyprzedzeniem Adam Michnik zamieścił na sobotnich łamach swej "Gazety Wyborczej" kolejno dwa sążniste artykuły pod wspólnym tytułem "Pogrom kielecki: dwa rachunki sumienia". ("GW" 3 i 10 czerwca br.) Przeciwstawia on stanowisko w sprawie "pogromu" księdza biskupa Teodora Kubiny stanowisku księdza biskupa Czesława Kaczmarka wspartego przez resztę Episkopatu z księdzem Prymasem Augustem Hlondem na czele, sugerując istnienie dwóch twarzy polskiego Kościoła katolickiego, jakie się ujawniły po "pogromie". Przy sposobności Adam zarzuca polskim publicystom katolickim fałsz i zakłamanie, gdyż nie chcą otwarcie potępić "pogromowego antysemityzmu" Polaków. Tymczasem fałsz i zakłamanie można z powodzeniem zarzucić Adamowi Michnikowi.

    Z uporem godnym lepszej sprawy odrzuca on wyjaśnienie przebiegu "pogromu" zawarte w książce Krzysztofa Kąkolewskiego "Umarły cmentarz" oraz w dwóch filmach dokumentalnych reż. Andrzeja Miłosza (brata naszego noblisty Czesława Miłosza) "Pogrom" oraz "Henio", wykonanych w wytworni "Kontakt" pod kierownictwem Mirosława Chojeckiego, niegdyś założyciela drugoobiegowej oficyny wydawniczej "NOWA" oraz członka KSS "KOR". Zarówno książka jak i filmy zgodnie przedstawiają "pogrom" jako zbrodnię kieleckiego UB kierowanego przez majora Władysława Spychaja-Sobczyńskiego pod nadzorem doradców z NKWD. Sprawcą zbrodni był nie antysemicki motłoch, jak sugerowała PPRowska propaganda - a w ślad za nią Adam Michnik - lecz specjalny oddział KBW pod dowództwem sowieckiego oficera w polskim mundurze oraz bojówka PPR-owska, udająca robotników pobliskiego zakładu przemysłowego.
    Nie był to jedyny pogrom w wykonaniu tow. Spychaja, ponieważ jako szef odpowiedniego miejscowego UBP organizował on już w roku 1945 antyżydowskie "pogromy", kolejno w Rzeszowie oraz Krakowie. "Pogrom kielecki" jest najbardziej z nich znany, gdyż był najbardziej krwawy. Adam Michnik upiera się przy wersji pogromu kieleckiego, wykonanego rękoma motłochu i nawet podpiera się w tym obszernymi cytatami z ówczesnych wypowiedzi biskupa kieleckiego, ks. bp. Czesława Kaczmarka, choć gdyby zajrzał do wspomnień premiera Stanisława Mikołajczyka pod tytułem "Polska zgwałcona" - znalazłby również tam relację podobną do opisu pogromu u Krzysztofa Kąkolewskiego i Andrzeja Miłosza. Adam nie chce jednak uznać prawdy i jest w swym anachronizmie śmieszny, niczym rosyjski publicysta Muchin, przy obecnym naszym stopniu rozeznania sprawy wciąż upierający się przy niemieckim sprawstwie zbrodni katyńskiej. A przecież w czasie inicjowanych przez KGB pogromów sowieckich Ormian w mieście Sungaicie nad Morzem Kaspijskim bojówki azerskie działały wypisz-wymaluj według tych samych wypróbowanych wzorów, co bojówki majora Spychaja.
    Kwestionując punkt wyjściowy rozważań Adama Michnika odnośnie przebiegu pogromu, muszę odrzucić również jego wnioski odnośnie rachunku sumienia polskich katolików w tej sprawie. Jak Adam Michnik dobrze wie, byłem oskarżony przez SB w procesie marcowym o nie popełnione winy. Jak każdy fałszywie oskarżony, broniłem się w sądzie, tłumacząc, że mam czyste sumienie, ponieważ jestem niewinny. Podobnie wygląda sprawa rachunku sumienia polskich katolików w sprawie "pogromu kieleckiego". Nie mamy żadnego racjonalnego powodu do bicia się we własne piersi, wbrew temu, co nam insynuuje Adam Michnik. "Pogrom kielecki" zawinili nie polscy katolicy, lecz sowieccy okupanci. Tyle że posłużyli się do krwawej roboty rękoma polskich komunistów. Ale ci nie stanowili rzeszy wiernych Kościoła katolickiego.
    Jednym zdaniem, w swym nader długim artykule Adam trafia w sedno sprawy, gdy mówi o podłożu pogromu kieleckiego: "Nie był to konflikt polsko-żydowski; był to konflikt polsko-komunistyczny, którego ofiarą często padali Żydzi". Cóż z tego, kiedy pozostałymi zdaniami swego artykułu Adam zadaje kłam tej prawdzie. A przecież osobiście przeżyte przez niego doświadczenie wydarzeń marcowych 1968 roku potwierdza słuszność tej diagnozy. Niestety, Adam Michnik zmienił po "okrągłym stole" swe sojusze i zaprzyjaźnił się z gen. Jaruzelskim, w latach 1967-68 czołowym - obok gen. Moczara - organizatorem antysemickiej czystki w PRL. Inny jego przyjaciel Włodzimierz Cimoszewicz podczas poprzednich obchodów rocznicowych w roku 1996 przepraszał Żydów za polski antysemityzm, jak zręczny kuglarz przekładając winę za "pogrom kielecki" ze swej formacji ideowej - na Bogu ducha winny naród polski. Adam Michnik idzie w tym samym kierunku, domagając się samokrytyki ze strony Kościoła katolickiego w Polsce w miejsce samokrytyki lewicy, na której ciąży grzech wieloletniego antysemityzmu państwowego uprawianego na bezpośrednie moskiewskie polecenie (wytł. ASME). Tymczasem odzyskanie przez Polskę niepodległości i związany z tym upadek totalitarnych rządów komunistycznych oznacza też i upadek państwowego antysemityzmu. Dziś antysemityzm jest sprawą prywatną poszczególnych jego wyznawców i coraz bardziej traci swoje ostrze.
    Jedyny problem stanowić mogą niektóre ośrodki szerzące ksenofobię za obce pieniądze. Działalność publicystyczna Adama Michnika i jego środowiska niestety wspomaga te ośrodki, dostarczając im amunicji. Co gorsza, opierając się lustracji agentów SB oraz dekomunizacji Rzeczypospolitej, Adam Michnik i jego środowisko utrudnia zwalczanie źródeł zasilania tych ośrodków. Szkopuł w tym, że Adamowi Michnikowi zależy nie tyle na zwalczaniu antysemityzmu - ile na dorabianiu Polsce gęby antysemickiego kraju (wytł. ASME). W czym odnosi sukcesy.

    Antoni Zambrowski

    Artykuł pierwotnie ukazał się w tygodniku "Nasza Polska"




    Antoni Zambrowski został udekorowany w dniu 19 czerwca 2006 r. Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski podczas uroczystości 25-lecia "Tygodnika Solidarność" przez Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego. Witamy na naszych łamach/łączach kawalera tego Orderu.

    Redakcja ASME składa w związku z tym najserdeczniejsze gratulacje naszemu Współpracownikowi!


    Publicystyka Antoniego Zambrowskiego na ASME

    Walka klasowa zaostrza się w miarę postępów socjalizmu - spiżowe słowa Józefa Stalina pasują jak zawsze do nowego kontredansu agentów razwiedki - Stanisław Michalkiewicz o znamiennych znakach czasu i eteru dotyczących niedalekiej przyszłości Wysłane wtorek, 20, czerwca 2006 przez Krzysztof Pawlak

    | Pobierz |








    Walka klasowa zaostrza się w miarę postępów socjalizmu - spiżowe słowa Józefa Stalina pasują jak zawsze do nowego kontredansu agentów razwiedki - Stanisław Michalkiewicz o znamiennych znakach czasu i eteru dotyczących niedalekiej przyszłości
    Wysłane wtorek, 20, czerwca 2006 przez Krzysztof Pawlak

    "Ponownie mamy wrażenie, że Józef Stalin miał rację, mówiąc że »walka klasowa zaostrza się w miarę postępów socjalizmu«, kiedy Parlament Europejski uchwalił w miniony czwarte, 15 czerwca uchwałę potępiającą Polskę i dwie w niej instytucje: radio Maryja i Ligę Polskich Rodzin za wszystkie ludzkie przywary, a mianowicie za »ksenofobię« i »homofobię«. Osobliwa jest ta definicja »homofobii«, świadcząca, że nie jest dobrze z logiką w Parlamencie Europejskim, ale - nie można w końcu zbyt wiele wymagać od parlamentarzystów »europejskich«" - Stanisław Michalkiewicz komentuje mnogość całkowicie nowych wydarzeń na scenie teatrzyku politykierskiego "polskiego regionu UE".

    Widać wyraźnie, że po podpisaniu przez Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego ustawy o rozwiązaniu Wojskowych Służb Informacyjnych zaczynają się pojawiać na ziemi i na niebie, może nie do końca na niebie - ale w eterze - znaki, których inaczej nigdy byśmy nie zobaczyli. Oto "dziennikarze śledczy" zaczynają ujawniać kompromaty, nagle zaczynamy widzieć, że Platforma Obywatelska nie jest najczystszą partią polityczną na świecie - no i to, GDZIE się pojawiają: w samej stacji telewizyjnej TVN!!! Prezenter Rymanowski pozwala sobie wczoraj, 19 czerwca zaprosić pana Andrzeja Gwiazdę - nie tylko Go zaprosił, żeby go skarcić, jak np. prezenterka Justyna Pochanke, albo przesłuchać, ale pozwolił mu wygłosić płomienny apel o byłym prezydencie Wałęsie. Tego dawniej nie bywało.
    Oto prokuratura polska odnajduje wreszcie materiały obciążające na "biznesmena" Edwarda Mazura, podejrzewanego o sprawstwo kierownicze w morderstwie generała policji Marka Papały. Ukoronowaniem tych wszystkich znamiennych znaków są powtarzające sie pogłoski o zbliżającej się dymisji samego OberRedaktora Adama Michnika...
    Wygląda na to, że dawni i dotychczasowi agenci razwiedki próbują delikatnym kontredansem przechodzić na drugą stronę i badają bucikiem jej grunt, czy wytrzyma ich ciężar...

    Nagranie trwa ponad 6 minut i jest dostępne w Sieci do 4 VII 2006 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




    Teatr Którego Być Nie Powinno - prof. Jerzy Przystawa Wysłane wtorek, 20, czerwca 2006 przez Krzysztof Pawlak

    Na drugi dzień po święcie Bożego Ciała wybrałem się do Stronia Śląskiego, małego miasta na kresach Rzeczypospolitej. Stronie Śląskie to jeden z najpiękniejszych zakątków Polski, gdzie jest wszystko, czego dusza zapragnie - szumiące strumyki, góry, lasy i rzeki, zabytki przeszłości i jaskinie niedźwiedzie. Jeśli czegoś tu brakuje, to... pracy, bo podobnie jak cała ta niezwykłej urody okolica, Kotlina Kłodzka, jest obszarem najwyższego w Polsce bezrobocia. Niebawem, jak słyszę, zostanie zamknięta i znana w świecie huta kryształów, i zakłady kamieniarskie, i szpital psychiatryczny, co z pewnością do oczekiwanj prosperity nijak się nie przyczyni. Władze miejskie i mieszkańcy dwoją się i troją, aby przyciągnąć turystów i inwestorów, ale droga do sukcesu daleka. Wśród tych działań jest i "Teatr Którego Być Nie Powinno", bo skąd w tej biedzie mają się znaleźć pieniądze na teatr? Tymczasem aktor tego teatru, Jacek Kądziołka, w ramach oficjalnej mody i zapotrzebowań na demokrację, opracował projekt pod nazwą "Demokraci", a w nim warsztaty teatralne i działania mające przybliżyć tę wielką ideę mieszkańcom i odwiedzającym ich miasto turystom. Do poprowadzenia warsztatów zaprosił wrocławskiego artystę - aktora i mima - Jarosława Paczkowskiego i tak powstał spektakl plenerowy "Sposób", jaki późną nocą 16 czerwca, w towarzystwie ponad setki - głównie młodych - widzów, miałem przyjemność oglądać. Dynamiczna, świetnie zorganizowana pantomima, z dobrym tłem muzycznym, dała widzom skondensowany obraz najnowszej historii Polski, poprzez Karnawał Solidarności, Stan Wojenny i Okrągły Stół, do rzeczywistości dnia dzisiejszego - zamykanych zakładów pracy, kolejek bezrobotnych, beznadziei wegetacji na kresach. "Czy tak musi być?" - pytały plakaty i transparenty. Jest "Sposób" - odpowiadają autorzy spektaklu i aktorzy: Jednomandatowe Okręgi Wyborcze, jak w USA, jak w Wielkiej Brytanii, jak w Kanadzie! Pochód z tymi hasłami kończy ten interesujący, dobrze zagrany i dobrze przez publiczność przyjęty, spektakl.
    Przez publiczność - tak, ale czy równie dobrze przyjmą wysiłek autorów i aktorów "urzędowi demokraci Rzeczypospolitej"? Tu nasuwają się poważne wątpliwości. Pan Lech Kaczyński - Pierwszy Obywatel, oświadczył niedawno, że wybory, takie jak w Anglii czy Kanadzie, "nie mają nic wspólnego z demokracją". Podobnie wypowiada się Jego Brat i podobnie inni politycy, którzy w Polsce przypisali sobie patent na demokrację. Dlatego mała jest szansa, że teatr Jarka Paczkowskiego i Jacka Kądziołki zostanie zauważony przez tych, którzy w Polsce zmonopolizowali publiczne media i lepiej od mieszkańców Stronia Śląskiego wiedzą, co dla nich dobre. Bronisław Wildstein, zanim został szefem Telewizji Polskiej, publicznie wypowiadał się jako zwolennik JOW. To samo jego prawa ręka Krzysztof Turkowski. Teraz, kiedy już są na szczycie, wydają się być odmiennego zdania. Albowiem nie tylko wielcy polscy politycy, jak Panowie Kaczyńscy, wiedzą, że w Wielkiej Brytanii nie ma żadnej demokracji! Wiedzą o tym również WYBITNE AUTORYTETY NAUKOWE! Na dużym portalu internetowym tzw. organizacji pozarządowych http://wiadomosci.ngo.pl/strona/207025.html, wypowiada się uczony mąż, prof. Zbigniew Pełczyński. O tym, że jest autorytetem bezspornym, wiemy z pierwszej ręki: "Przez 40 lat wykładałem politologię na Uniwersytecie Oxfordzkim: zalety i wady systemów wyborczych były jednym z zasadniczych tematów, który moi studenci podejmowali w esejach. Przede wszystkim znam Wielką Brytanię, w której obowiązuje system JOW, od podszewki. Mieszkam tu od 60 lat, a od 50 jestem wyborcą". Z drugiej ręki wiemy o profesorze Pełczyńskim także i to, że jest on niejako prawą ręką "największego demokraty wszechczasów", George’a Sorosa, w którego imieniu zakładał w Polsce Fundację Batorego, słynną Szkołę Liderów itd., itp.
    Profesor nie pozostawia na JOW suchej nitki: "Jest to system monstrualnie niesprawiedliwy, bo w każdym okręgu wygrać może kandydat, który zdobył o jeden głos więcej niż drugi w kolejności. Niezależni kandydaci nie mają w nim żadnych szans". Jak pisze profesor "w parlamencie brytyjskim zdarzają się 1 - 3 niezależni posłowie na 659 przedstawicieli". Zupełnie inaczej niż w Polsce, gdzie jesteśmy zaledwie kilka miesięcy od wyborów parlamentarnych i mamy już PIĘCIU posłów całkiem niezależnych, jeśli nie liczyć Narodowego Koła Poselskiego (także pięciu posłów), które należy uznać za niezależne jeszcze bardziej, a przecież to dopiero początek kadencji i wiemy, że liczba tych "niezależnych" będzie systematycznie rosła. Wprawdzie Brytyjczycy - jak zauważa profesor - mają stabilny rząd, ale takiego "Toniego Blaira popiera nie więcej niż 30% Brytyjczyków" (35,3% przy frekwencji 61,3%). Jakże korzystnie na tym tle wypada Kazimierz Marcinkiewicz i jego rząd (PiS: 26,9 % głosów przy 40% frekwencji)!
    Tak więc "JOW to nie panaceum, a dla Polski byłby to system wręcz szkodliwy: mógłby całkowicie zniszczyć system partyjny, nie pozwoliłby na wyłonienie stabilnej koalicji rządowej, zrodziłby chaos polityczny. Źródła kryzysu są zupełnie inne, wynikające z obiektywnych podziałów społecznych, pokłosia transformacji ustrojowej, pozostałości po komunizmie, antykomunistycznej tradycji" (tak, tak! Tak pisze profesor!).
    O, biedny Jarku Paczkowski! Na coś i na kogoś się porwał ze swoją młodzieżą teatralną i swoim "Sposobem"?! JOW - jak w Wielkiej Brytanii? JOW - jak w Kanadzie? JOW - jak w USA? Dlaczegoś nie zapoznał się wcześniej z tym, czego naucza profesor Pełczyński i jego Wielki Sponsor? Dlaczego czytasz tylko niesłuszne książki?
    Albowiem taki niesłuszny znany w świecie człowiek, jak Jose Ortega y Gasset, w książce "Bunt mas", pisze inaczej:
    "Zdrowie demokracji, każdego typu i każdego stopnia, zależy od jednego drobnego szczegółu technicznego, a mianowicie: procedury wyborczej. Cała reszta to sprawy drugorzędne. Jeśli system wyborów działa skutecznie, jeśli dostosowuje się do wymogów rzeczywistości, to wszystko jest w porządku, natomiast jeśli tego nie robi, to demokracja zaczyna się walić, chociażby cała reszta działała bez zarzutu... Instytucje demokratyczne nieoparte na autentycznych wyborach są niczym".
    Jeśli, jak utrzymuje Ortega y Gasset, ordynacja rozstrzyga o tym, jak funkcjonuje demokratyczne państwo, to polska młodzież już nam odpowiedziała na pytanie: "Czy tak jak w Polsce, czy jak w Wielkiej Brytanii?". Odpowiedziała nogami: statystyki podają, że już około miliona młodych Polaków pojechało szukać pracy i szczęścia na Wyspach. Nic nam nie wiadomo, żeby w rewanżu przybywali do Polski młodzi Anglicy. A nawet starzy: nawet prof. Pełczyński przyjeżdża tu tylko, żeby za pieniądze "Największego Demokraty" urządzać nam Polskę.
    Jakoś im nie ufam. Ta nieufność bierze się nie tylko z powodu tak oryginalnych poglądów na ordynację wyborczą, jakie serwuje nam prof. Pełczyński. Wiem bowiem skądinąd, że jego "Wielki Sponsor" był tym, który doradzał jeszcze Mieczysławowi Rakowskiemu i Andrzejowi Wróblewskiemu, jak rozwiązać polskie problemy ekonomiczne i społeczne. To on, wielki mistrz carry trade i łamania parytetu stóp procentowych, uczył ich jak prosto i nieskomplikowanie można wypłukać finanse państwa. Idę o zakład, że FOZZ-u nie wymyślił ani genialny Andrzej Wróblewski, ani genialny jeszcze bardziej Leszek Balcerowicz. Jestem przekonany, że kiedy wreszcie powstanie autentyczna komisja badająca całą "finezję" finansowej transformacji, wtedy nazwisko mocodawcy prof. Pełczyńskiego pojawi się natychmiast! (wytł. ASME)
    W lipcu 2006 mija 15 lat od śmierci Michała Tadeusza Falzmanna, w październiku 15 lat od śmierci Jego szefa, Prezesa NIK, prof. Waleriana Pańki. O tej rocznicy nie chcą pamiętać dzisiejsi władcy Polski, podobnie zresztą jak i wszyscy ich poprzednicy. Sprawa FOZZ jednak wciąż wyłazi, niczym diabli ogon spod sutanny. Wszystko wskazuje na to, że sprawa ta nie doczeka się wyjaśnienia, dopóki nie zostanie zrealizowany SPOSÓB, który przedstawił nam "Teatr Którego Być Nie Powinno".

    Wrocław, 17 czerwca 2006

    Jerzy Przystawa

  • Prof. Jerzy Przystawa był w kadencji 1990 - 1998 radnym rady miejskiej Wrocławia, startował w wyborach do Senatu Rzeczypospolitej Polskiej przeprowadzonych w dniu 21 września 1997 r.
    Od kilkunastu lat jest jednym z liderów Ruchu Obywatelskiego na rzecz JOW.

    Publicystyka prof. Jerzego Przystawy na ASME.


    Witryna ASME Antysocjalistycznego Mazowsza jest najstarszym serwisem w Sieci - oprócz witryny tematycznej JOW - propagującym ideę JOW

    Nienawiść sięga za grób - Stanisław Michalkiewicz Wysłane poniedziałek, 19, czerwca 2006 przez Krzysztof Pawlak

    Wielkimi krokami zbliża się 60. rocznica tzw. pogromu kieleckiego. 4 lipca 1946 roku doszło w Kielcach do linczu na Żydach mieszkających w kamienicy przy ul. Planty. Do dzisiejszego dnia nie zostało wyjaśnione, czy lincz miał charakter spontaniczny, czy też był sprawnie reżyserowany przez UB i NKWD. Niewątpliwie Związkowi Sowieckiemu i jego agenturze zależało na zaprezentowaniu opinii światowej wizerunku Polski jako krainy zdziczałych antysemitów, którzy powinni być krótko trzymani, najlepiej właśnie przez Józefa Stalina i taka intencja dobrze tłumaczy rolę UB, a także wojska w przebiegu wydarzeń. Mimo upływu 60 lat niewiele się pod tym względem zmieniło. Wprawdzie Związku Sowieckiego, UB i NKWD już nie ma, ale nadal są siły zainteresowane przedstawianiem opinii światowej wizerunku Polski jako krainy zdziczałych antysemitów, ksenofobów, populistów, faszystów i homofobów, których ktoś powinien krótko trzymać. Na terenie tubylczym nad lansowaniem takiego wizerunku Polski od lat pracuje usilnie "Gazeta Wyborcza", której naczelny redaktor Adam Michnik opublikował na jej łamach obszerny, rocznicowy artykuł w dwóch odcinkach. Znaczna jego część poświęcona jest krytycznej ocenie postawy ówczesnego kieleckiego biskupa Czesława Kaczmarka, przede wszystkim dlatego, że w memoriale skierowanym do ówczesnego ambasadora Stanów Zjednoczonych wspomniał o roli Żydów w "utrwalaniu władzy ludowej". Najwyraźniej jest to dowód, że postać biskupa Czesława Kaczmarka nadal jest przedmiotem specjalnej troski środowiska "Gazety Wyborczej" w kraju i podobnych środowisk za granicą i że od tej specjalnej troski nie uwalnia ani upływ czasu, ani nawet męczeńska śmierć. Mściwa nienawiść sięga za grób, "do dziesiątego pokolenia".
    Biskup Czesław Kaczmarek został aresztowany przez ekipę ubowców dowodzonych przez Józefa Światło (Izaaka Fleichfarba). 20 stycznia 1951 roku. Po trwającym dwa i pół roku okrutnym śledztwie, w trakcie którego biskupa torturowano fizycznie i psychicznie (m.in. bito, pozbawiano snu i uniemożliwiano załatwianie potrzeb fizjologicznych, a kiedy przestawał panować nad odruchami, szydzono zeń, że "nie potrafi się zachować") aplikowano mu zastrzyki powodujące halucynacje itp., 14 września 1953 roku, przed Wojskowym Sądem Rejonowym w Warszawie rozpoczął się "proces". Przewodniczącym sądu był mjr Mieczysław Widaj, zaprzedany komunistom były AK-owiec, a sędziami byli Kazimierz Stojanowski, Jan Radwański i Jan Paramonow. Oskarżał prokurator Zarako-Zarakowski, a "bronił" mec. Mieczysław, a właściwie Mojżesz Maślanko, starając się nakłonić biskupa do przyznania się. I rzeczywiście - cała Polska mogła słyszeć ("proces" był transmitowany przez radio), że biskup Czesław Kaczmarek "przyznał się" do wszystkiego, czego żądali oprawcy. Przygotowali mu w tym celu 30-stronicowy maszynopis, pilnując, by dokładnie odczytał zeń swoje "przyznanie". Sędziowie oczywiście tego nie zauważyli, bo taka była instrukcja płk. Oskara Szyi Karlinera, nadzorującego sprawę z ramienia naczalstwa. Przyznał się tedy do "popierania akcji ugrupowań faszystowskich", do kolaboracji z niemieckimi władzami okupacyjnymi, do szpiegostwa na rzecz Watykanu i Ameryki, i w ogóle do wszystkiego. Oprawcy, podobnie jak i dzisiaj, zadbali też o odpowiednią oprawę medialną całej sprawy. Jednym z uczestników nagonki na biskupa Kaczmarka był Tadeusz Mazowiecki, który we "Wrocławskim Tygodniku Katolików" ogłosił pryncypialny artykuł "Wnioski" w którym "odcinał się" od "błędnych poglądów" biskupa i od jego "akcji dywersyjnej przeciwko Polsce Ludowej". Na posterunku aż do dnia dzisiejszego.
    Biskup Kaczmarek został amnestionowany w 1956 roku. Schorowany i wycieńczony zmarł 26 sierpnia 1963 roku. Formalnie zrehabilitowany został w roku 1990, ale to nie ma nic do rzeczy, bo, jak widać z publikacji red. Adama Michnika, jego postać nadal jest i będzie wykorzystywana w akcji "upokarzania Polski na arenie międzynarodowej", którą w roku 1996 zapowiedział sekretarz światowego Kongresu Żydów Izrael Singer. Czyż mogłaby się ona obejść bez tęgiego historyka Adama Michnika? Tego nie można sobie wyobrazić nawet w gorączce.
    Podobno wybory samorządowe mają się odbyć w niedzielę 12 listopada, następnego dnia po rocznicy odzyskania niepodległości. Wielu ludzi nie wie, czego po tych wyborach oczekiwać, czego domagać się od kandydatów na radnych. Oczywiście w każdej gminie i w każdym powiecie istnieje lokalna specyfika i od kandydatów można oczekiwać, że mają na te sprawy własny pogląd. Istnieją jednak również sprawy o charakterze uniwersalnym. Ja na przykład każdego kandydata na radnego czy na prezydenta miasta będę pytał, czy odstąpi od finansowania prenumeraty "Gazety Wyborczej" z funduszy publicznych i od takiej obietnicy będę uzależniał swoje dla niego poparcie. Wprawdzie bowiem już starożytni Rzymianie zauważyli, że "nie ma takiej bramy, której nie przeszedłby osioł obładowany złotem", ale warto zwrócić uwagę, że na grzbiet wielu osłów to złoto wkładamy my sami. Co więcej - że to jest nasze złoto, którego wcale przecież nie musimy wkładać na rozpanoszonych osłów.

    Stanisław Michalkiewicz

    Publicystyka Stanisława Michalkiewicza na ASME i nagrania TV ASME


    Kumitety w każdym powiecie - strategiczne cele anty-PRL-owskiego ugrupowania Populizm i Socjalizm Wysłane poniedziałek, 19, czerwca 2006 przez Krzysztof Pawlak

    Sezon wakacyjny za pasem, ciepłe powietrze znad Rosji, rozgrzanej walką o zachowanie i poszerzenie swoich rynków zbytu oraz władzy nad emancypującymi się narodami, wzmaga nastroje rozlazłości, gnuśności oraz sentymentalizmu, z tego zapewne powodu coraz bardziej zdumionej tzw. opinii publicznej obserwującej "zaostrzającą się walkę o socjalizm" w "polskim regionie UE" przypomina się znamienna "prawda czasów, o których mówimy i prawda ekranu, która mówi: nie będziesz miał cudzych bogów przede mną, Twoim dobroczyńcą - Panem Urzędnikiem"...

    Co prawda nieubłaganie zbliża się wyznaczona przez Szanowne Umawiające się Strony data 30 września, dzień po którym dostęp do zastrzeżonego przez "wieś" działu teczek IPN zostanie dość wydatnie poszerzony o grupę Powierników Prawdy wyznaczonych z grona urzędującego coraz radośniej ugrupowania Prawo i Socjalizm, sypią się więc z lewa i "prawa" materiały zachowane na tę okazję. I tak mamy możliwość zapoznania się - dzięki uprzejmości tandemickiej i fachowej jeszcze z czasów nieodżałowanej dla wielu "wiejskich" ludzi firmy POLTEL, spółki reżyserskiej Wejchert - Walter z ulicy Augustówka w Warszawie - z wycinkiem rzeczywistości tworzonej w czasach rządów "socjalistów pobożnych" z AW"S", wymienionych potem przez "twarde jądro" post(?)komunistów, czyli rząd tow. Muellera (europejska pisownia nazwiska) Leszka, którego następca z tzw. "obozu prezia" tow. Kwaśniewskiego - tow. Marek Belka - okazuje się na obecnie zapoznanym publicznie etapie - "zawiadowcą" od próby zawłaszczania przez byłych nadzorców PRL oraz międzynarodowych - a jakże inaczej? - przekręciarzy największej firmy UB-ezpieczeniowej PZU. Wymiana ciosów pomiędzy awansowanymi społecznie oprychami z okolic warszawskich ulic Batorego i Chałubińskiego przeniosła się na płaszczyznę konfliktu "dziecięcego", a może bardziej właściwie: progenitury ZSP-owsko-ZSMP-owskiej. W "szczękę" dostali "yntelygenci" tym razem. Nie inaczej można odebrać ujawnienie przez dziennik "Rzeczpospolita" materiałów o fantastycznej zalecie młodego genseka "ezelde" (pamiętnego z przezabawnych podrygów i poskoków przed kamerą 13 lutrego br.) tow. Olejniczaka Wojtusia, któremu odtajniono m.in. "łapówki za wyjazdy do pracy w Wielkiej Brytanii, które organizowała uczelnia, a koordynowała fundacja kierowana przez Olejniczaka". O fałszowaniu faktur w klubie Na Przyzbie, o zabieraniu pieniędzy prosto z kasy klubu zeznaje przed "śledziami" "czwartej władzy" "słup" Olejniczaka niejaki Paweł G. W tym samym, czyli dzisiejszym wydaniu "RP" można sie dowiedzieć, że tajemnica okrywająca przez czas "panowania" "prezia" post(?)komunistów w Pałacu Namiestnikowskim towarzysza Edwarda Mazura, podejrzewanego o wydanie zlecenia zamordowania generała Papały, została już zdjęta i "prokuratorzy pismo o pomoc w wyjaśnieniu związków Mazura ze służbami specjalnymi wysłali także do MON, któremu formalnie podlegają Wojskowe Służby Informacyjne".
    A nad wszystkim unosi się dym z paleniska akt "afery bilbordowej", która według zapewnień PiS-arskiego strongmena Jacka Kurskiego - ma położyć kres szansom Platformy Ratunkowej dla Znamienitych Obywateli w zbliżających się wyborach samorządowych, w których rządząca formacja będzie chciała potwierdzić swoją dominującą na deskach teatru politykierskiego rolę.

    Jak to ma - w reżyserii fachowych sił z PiS - wyglądać jesienią? Z pewnością na to być "Teatr OGROMNY". W tym celu w minioną środę Prezes Sam Jarosław Kaczyński w uroczym podlaskim Węgrowie zainaugurował kampanię przedwyborczą oświadczeniem, że oto - sentymentalnym oczywiście wzorem z "pięknych" lat PRL - Jego formacja będzie dążyła do ustanowienia w KAŻDYM powiecie KUMITETU, nowocześnie i po europejskiemu, a jakże, ochrzczonego Punktem Obsługi Wyborców. Ponieważ wszystko wskazuje, że Znamienici Obywatele z podtopionej już ciężko Platformy będą musieli zostać gdzieś "zagospodarowani", Nasz (własny, dobry, bo polski!) Gospodarz i Strateg oraz - nie bójmy się już tak wzorem lat "pięknych" i minionych nie do końca oczywiście - Słońce Mazowsza, zarazem Orator Przedni (Ten styl! Te wiekopomne wystąpienia zjazdowe!) zatem wszystko już przewidział i dlatego przygotowuje określone role dla kolejnej potężnej fali "synów PiS-u marnotrawnych", która niechybnie zakołacze do urzędów administracji powiatowej, gminnej, mówiąc ogólnie: samorządowej.
    Taki plan ma ręce i nogi tam gdzie trzeba, wszystko jest już przewidziane, dlatego żurnaliści dziennika "Życie Warszawy" mogli juz sobie - też w dniu dzisiejszym - pozwolić na opublikowanie radosnej dla wszelkich urzędolubnych person Nowego Wspaniałego Etapu PRL-bis informacji o wydajnym wzroście na niwie biurokracji:
    "Wydatki na wynagrodzenia urzędników ciągle rosną
    Mimo obietnic kolejnych rządów administracja nie odchudza się

    W 2005 r. udało się zaoszczędzić 729 tys. zł na pensje dla urzędników najwyższego szczebla. Ale pula pieniędzy dla tych »zwykłych« wzrosła o 1,2 mld zł. (...)
    Taki 7-procentowy wzrost stoi w absolutnej sprzeczności z deklaracjami kolejnych rządów. Oszczędności na urzędnikach zapowiadał już premier Marek Belka (SLD), a zaraz po nim premier Kazimierz Marcinkiewicz (PiS). (...)
    Na usprawiedliwienie rządzących można powiedzieć, że w 2005 r. spadły przynajmniej wydatki na wynagrodzenia osób na najwyższych szczeblach władzy – w sumie o 2,7 proc. Najbardziej odchudziła się Kancelaria Premiera, bo ubyło dwóch ministrów.
    – Ależ to są ruchy pod publiczkę. Oszczędności z tego tytułu są śmieszne (ok. 729 tys. zł – red.), ale można je ładnie opakować i przedstawić opinii publicznej – uważa Rafał Antczak, ekspert Centrum Analiz Społeczno-Ekonomicznych.
    – Wydajność administracji można mierzyć np. poprzez szybkość i jakość wydawanych decyzji. Ale sądząc po liczbie spraw, jakie ciągle musi rozpatrywać Naczelny Sąd Administracyjny, efektywność urzędników nie poprawia się – twierdzi z kolei Andrzej Sadowski z Centrum im. A. Smitha. (...)".

    Jak wszystkie informacje w PRL - także i tę należy "czytać między wierszami". Jest to wyraźna wskazówka dla dynamicznie przyrastającej w "polskim regionie UE" kaście urzędniczej, że "nie tylko nie damy wam sczeznąć na marne, ale wręcz będziecie naszą hołubioną grupą społeczną - zgodnie z (BACZNOŚĆ!) Wytycznymi Unii Europejskiej (SPOCZNIJ!), której akcesję my, jako funkcjonariusze PiS - zawsze popieraliśmy i popierać będziemy! Tak nam dopomóż Bóg!" - zakończył w ogólnych wiwatach Sam Prezes Jedyny w Dwojgu, Słońce Mazowsza i tak dalej... swoje przemówienie w uroczym podlaskim Węgrowie... Tak mogło to spotkanie przy podpisywaniu książki "O dwóch takich... Alfabet braci Kaczyńskich" wyglądać i może tak będą wyglądać kolejne spotkania z cyklu "budujemy mosty dla Pana Starosty" jak nasza kochana Polska szeroka cała - w niedalekiej już przyszłości. Akcja ugrupowania Populizm i Socjalizm "Bliżej ludzi" spotka się z niekłamanym entuzjazmem w szerokich masach kolektywów miast i wsi całego kraju, choć na pewno znajdą się nieodpowiedzialne i szczególnie jednostkowe jednostki, które będą rzucały kamienie pod ten rozpędzający się już parowóz dziejów, a może i nawet będą się rzucały same - jak choćby tych 30 tysięcy jednostkowych wywrotowców z samego tylko miasta Radomia na naszym uroczym oczywiście Mazowszu, którzy rzucili się przez granicę, by jak najszybciej zarobić jakieś pieniądze na utrzymanie swoich rodzin, które będą przecież utrzymywać tę rosnącą w siłę i dostatek machinę urzędniczą, skoro gospodarka krajowa już nie może w takim tempie rosnąć też w siłę i dostatek - i te pieniądze jak najszybciej dostarczyć do urzędów skarbowych, bo nie sam tylko przepisowy według komorniczego wymiaru stół i jedno krzesło w izbie powinno wskazywać na całkowite zjednoczenie się z Postępową Europą, do której standardów aspiruje coraz większa liczba pełnych entuzjazmu członków prawicawej formacji PiS, przeflancowujących się coraz szybciej z jeszcze bardziej prawicawej, bo nawet aż - według do niedawna zapewnień oratorskich jej liderów - konserwatywno-liberalnej Platformy Ratunkowej.

    Jakie wspaniałe, solidarne oczywiście, i europejskie - a jakże, szczęście będzie czekać wszystkich, którzy pozostaną jeszcze w "polskim regionie UE", opisał Prezes Sam, Gospodarz i Orator Jarosław Kaczyński: "Punkty obsługi wyborców - mówił Kaczyński - mają przyczyniać się do tego, aby »zło społeczne, tak dzisiaj w Polsce rozpanoszone, było zrównoważone« (...). Szef PiS podkreślił, że punkty obsługi wyborców powstaną w każdym powiecie, docelowo PiS chce, by działały w każdej gminie", co podała do wiary agencja PAP-ki medialnej, zacytowana tym razem przez wybrany przez nas serwis WP. Kiedy już w każdym powiecie, a później zapewne i w każdej gminie powstaną kumitety, gdzie partia PiS "ma doprowadzić do tego, aby nasza partia jeszcze bardziej angażowała się w sprawy codzienne, zwykłe ludzkie sprawy", wszyscy będziemy mogli odetchnąć z olbrzymią ulgą, że tak ciężko, w pocie czoła przez te kilkanaście lat ofiarnie pracowaliśmy, zmagając się z oporną rzeczywistością post(?)komunistyczną i jej skrytymi przed opinią publiczną i całym niemal społeczeństwem aferami, aferkami i pomniejszymi patologiami - by to wszystko zmienić tak, by wszystko pozostało po staremu...

    Krzysztof Pawlak

    Publicystyka Krzysztofa Pawlaka na ASME


    UPRzejmy punkt widzenia (19) - Wojciech Popiela Wysłane niedziela, 18, czerwca 2006 przez Krzysztof Pawlak

    Ledwo tylko pochwaliłem rząd za plany częściowego zniesienia podatku od spadków, a już dowiedziałem się z komentarza pana Andrzeja Myśliwego (silgin), że "Pan Popiela jest politycznym idiotą!!! Przecież to jest tylko listek figowy. Oprócz zniesienia tylko jednego podatku będzie w tym roku podniesienie podatków, jakich jeszcze nie było".

    Do mojego politycznego idiotyzmu jeszcze wrócę, ale czy rzeczywiście nie wypada się radować, gdy po kilkudziesięciu latach socjalistycznych uzasadnień istnienia złodziejskiego podatku spadkowego jako "wyrównywacza szans" z ust pani ministerki finansów słyszy się słowa "rodzice mają prawo przekazywać swoim dzieciom majątek i fiskusowi nic do tego"?
    Ponieważ znam zamiary podatkowe osób, którym płacimy, by nami rządziły, nie poczuwam się w tym wypadku ani do naiwności, ani do politycznej głupoty. Jednakże postawiona przez pana Myśliwego diagnoza zmusiła mnie do refleksji - czy jestem politycznym idiotą? Na początek zaznajomiłem się z bardzo ciekawym wykładem ojca Kłoczowskiego pt. "Homo idiota" (http://www.dwunastka.krakow.dominikanie.pl/wyklady/13_Fc.doc). Później przeczytałem to raz jeszcze, uwzględniając idiotyzm polityczny, ale pamiętając, że nikt nie jest właściwym sędzią we własnej sprawie, wyrok zostawiam Państwu.
    W szerszym kontekście spotykałem się z mniej lub bardziej delikatnymi sugestiami mojej politycznej głupoty już wcześniej. Ich autorami był i ksiądz katolicki - profesor zadający troskliwe pytanie, czy nie łatwiej byłoby mi dostać się "do władzy" z AW"S"? Innym razem był to poseł PO, który z troską zachęcał do wstąpienia w ich szeregi, "bo po co wam ten UPR"? Innym razem byli to już UPR-owcy agitujący na rzecz PiS, w którym to PiS realizować chcieli konserwatywno-liberalne rozwiązania. Całość tych rad można sprowadzić do sugestii, by zamienić Unię Polityki Nierealnej na coś realnego. Najcelniej wyraziła to pani minister Gilowska, która swoje przystąpienie do rządu PiS określiła słowami "gra się tak, jak przeciwnik pozwala". Okazało się, że realnie przeciwnik na zbyt wiele nie pozwala... Ale nie uprzedzajmy faktów.
    Przyłączenie się do AW"S" mogło dać bilet wstępu do - jak to obrazowo nazywamy - "koryta", z czego tworzący AW"S" skwapliwie skorzystali. UPR też otrzymała propozycje od pana Krzaklewskiego, ale pan Stanisław Michalkiewicz miał powiedzieć, że prędzej mu ręka uschnie niż podpisze warunki programowe stawiane przez AW"S". Po czterech latach ich poczynań wyborcy dość przytomnie wyrzucili ich z Sejmu wraz z Unią Wolności. Pewne nadzieje wzbudziła w nas PO, choć rzeczywistość okazała się szara. Nie dość, że jedno ze skrzydeł utworzyli ojcowie i ojcowie chrzestni słynnych NFI, na których NIK nie zostawiła suchej nitki, to drugie stworzyli panowie, którzy kilka lat wcześniej występując w spotach wyborczych jako liderzy, komunikowali Polakom: jestem konserwatystą, więc jestem w AW"S" (Rokita), jestem narodowcem, więc jestem w AW"S" (Niesiołowski). Narodowcy w PO! Co na to Parlament Europejski?! Czy nie zaprowadzi to pana Niesiołowskiego na stos, który był ulubionym sposobem rozwiązywania problemów w krajach starej Unii? Poparcie pana Tuska przez "salon" stało się już tylko pocałunkiem Almanzora. W każdym razie wielkie nadzieje pokładane przez naszą postkomunę i panią Merkel (...znajomą - jak się o niej chwali pan Rokita) w tym polityku utwierdziły zwolenników wolności w daleko posuniętym sceptycyzmie wobec PO. Niemniej jednak kilku byłych UPR-owców ciągle pokłada w PO nadzieje. W coś trzeba wierzyć.
    Jeszcze inni sugerowali PiS. I rzeczywiście, w kwestiach walki z przestępczością czy zwiększenia dbałości o polskie interesy, a także zerwania z okrągłostołowym układem - z PiS-em wielokroć się zgadzamy. Cóż z tego, skoro w kwestiach gospodarczych chwilami stoimy na dwóch biegunach? Właśnie rząd PiS-SO-LPR ogłosił, że w roku przyszłym zabierze polskim podatnikom do budżetu o ponad 9 procent pieniędzy więcej niż w roku obecnym. Przy wzroście gospodarczym rzędu 4-5 procent - zachłanność godna SLD. Cóż ma jednak zrobić rząd, który prócz wchodzącego w fazę zwiększonych rat spłacania długów i wpłacania miliardowych składek do Brukseli nie potrafi za sprawą parlamentarzystów powstrzymać się od rozdawania nie swoich dóbr, utrzymując dodatkowo socjalistyczny model państwa, nazwanego dla odmiany "solidarnym państwem"? Solidarność nie będąca z racji przymusu żadną solidarnością - tylko ubraną w ustawy kradzieżą, objawia się na różny sposób. A to "pomoc publiczna" (czytaj: twoje podatki) dla spółdzielni socjalnych w ciągu trzech lat może wynieść 100 tysięcy euro, a to koszty przystąpienia Polski do organizacji do spraw drewna tropikalnego - będą wynosiły około 35 tys. dolarów itd., itp.

    Niektóre z argumentów przytoczonych za tym ostatnim wydatkiem brzmiały tak: "Drewna nie można postrzegać w tych samych kategoriach, w jakich traktuje się inne surowce, jak ropa, siarka czy kreda. Drewno to drzewa, a więc organizmy żywe odgrywające niczym niezastąpioną rolę w naturalnym środowisku naszego globu. Bez drzew nie ma życia. To one produkują ponad połowę zasobów tlenu na Ziemi. One filtrują powietrze i wodę. Powstrzymują katastrofalną w skutkach erozję podłoża. Są schronieniem i domem miliardów stworzeń. Jeden hektar lasu jest w stanie wchłonąć i zneutralizować 65 ton toksycznych pyłów rocznie. Jeden metr sześcienny powietrza leśnego zawiera 70 razy mniej organizmów chorobotwórczych niż powietrze miejskie. To tylko hasłowo, z konieczności, potraktowany problem.
    Mamy jednak możliwość wpływania na kształtowanie ogólnoświatowej gospodarki w tym zakresie, właśnie poprzez ratyfikację prezentowanej umowy. Powinno to być dla nas tym bardziej ważne, że sami korzystamy z drewna tropikalnego, poprzez import, sami też posiadamy drzewostan wchodzący w skład ogólnoświatowego bilansu drzew. Ratyfikacja przez nas umowy świadczyć będzie o tym, że jesteśmy świadomymi i odpowiedzialnymi współgospodarzami Ziemi".
    Kto by pomyślał, że mówił to poseł PiS będący wcześniej długoletnim członkiem UPR? Inna rzecz, że w porównaniu do 100 tys. euro "pomocy publicznej" dla jednej tylko "spółdzielni socjalnej" kosztować nas to będzie przysłowiowe grosze, a na wycieczce w tropikach ktoś zdrowo poje i popije.
    Czy PiS można gospodarczo przemienić? Obawiam się, że dopóki trzon PiS stanowi pan prezes Kaczyński i wiele AW"S"-owskich twarzy, nie ma na co liczyć. Już kilka lat temu pan Kaczyński mówił o programie gospodarczym UPR: "To bardzo specyficzna partia o skrajnych poglądach, które mogą służyć do rozpoczęcia rozmów. Poglądy te (gospodarcze) są jednak zbyt skrajne i trudno byłoby je wprowadzić w praktykę. Ich realizacja oznaczałaby zupełne zachwianie równowagi społecznej. Jest teraz nowy prezes UPR, młody człowiek, który jest radnym z listy PiS-u w Warszawie. Współpraca jest tu możliwa. Ale cały czas jest też ta specyfika związana z ich programem".
    Ponieważ wypowiedź ta ukazała się w lokalnym tygodniku, więc odpisałem. Nie ukazało się drukiem, więc umieściliśmy w internecie. Dostałem za to od ówczesnego "nowego prezesa UPR, młodego człowieka, który jest radnym z listy PiS-u" reprymendę - za sięganie do spraw ogólnokrajowych. A odpisałem m.in.: "Unia Polityki Realnej głosi skrajnie dobry program gospodarczy, który doprowadziłby do takiego wzrostu gospodarczego, że zachwiałoby to »równowagą społeczną« - tj. bezrobotni mieliby pracę, a bogaci z układów partyjnych musieliby konkurować na wolnym rynku o względy konsumentów. Obecny katastrofalny poziom bezrobocia i swoista tyrania status quo UPR-owi się nie podoba. Nie ukrywamy tego, i taka postawa jest z pewnością specyficzna na polskiej scenie politycznej. Zawsze mówiliśmy prawdę i nie zamierzamy tego zmieniać. Wzorujemy się tu na postawie pani premier Margaret Thatcher i pana prezydenta Ronalda Reagana, którego polityka gospodarcza, podobna do proponowanej przez nas, przyniosła 20 milionów nowych miejsc pracy w ciągu ośmiu lat. Mamy nadzieję, że zrealizujemy to kiedyś w Polsce. Trudno nam pogodzić się z tym, że PiS woli program realizowany w Polsce od kilkunastu lat - łatwy do wprowadzania w praktykę, ale przynoszący skutki jakich doświadczamy wszyscy. Niestety, symbolem nawrotu do etatystycznych rozwiązań jest choćby p. Glapiński, który jak pamiętamy przywracał koncesje... Mam nadzieję, że kiedyś i PiS przekona się do głoszonych przez nas nowoczesnych rozwiązań podatkowych i gospodarczych przynoszących rozwój i dobrobyt!".
    Dziś, w świetle rozmowy pani Elizy Michalik z panem prezesem Kaczyńskim (http://www.videofact.com/eliza3.htm) wypada mi to tylko powtórzyć. Zwłaszcza w świetle, obok miłych dla wolnościowego ucha, wypowiedzi brzmiącej: "Podatki od firm (CIT) powinny być niskie, możliwe nawet, że bardzo niskie. Inna rzecz z wysokimi, a zwłaszcza bardzo wysokimi dochodami osobistymi. Tu nie widzę powodów dla popierania luksusowej konsumpcji. Polski na nią nie stać. Najpierw trzeba nakarmić głodne dzieci, a później dopiero budować pałace". Kim bowiem jest pan Kaczyński, by decydować o tym, co ktoś kupuje za swoje pieniądze? Dlaczego chce karmić dzieci cudzymi pieniędzmi? Czy nie dopuszcza myśli, że ktoś z bardzo wysokimi dochodami osobistymi może karmić głodnych? Co wreszcie oznacza "budowanie pałacu"? Czy aby nie pracę dla pomocnika murarza i hydraulika, którzy za zarobione pieniądze sami nakarmią swoje dzieci bez łaski PiS-u? A może chodzi właśnie o to by, jak SLD, tą zależność od hojności władzy utrzymywać? By móc kupować głosy biednych łaską rządu objawianą w becikowym, tanich podręcznikach itd.?
    W kwestiach prawa własności, także prawa do zarobionych pieniędzy, pan prezes Kaczyński ma poglądy szefa PZPN, pana Listkiewicza. Ten pytany o sprawę biletów na niemieckie stadiony (Uwaga! Toż to luksusowa konsumpcja!) odpowiedział: "Oburzające jest to, że polscy kibice, którzy wylosowali te bilety, odsprzedają je". To rzeczywiście oburzające... Jakim prawem ktoś robi ze swoim biletem, za który zapłacił to, co mu się podoba?! To trzeba zmienić! Tym bardziej, że jak dodaje pan Listkiewicz: "nie mamy później żadnej kontroli nad tym, że ktoś kto wylosował bilet, go sprzedaje". Może by tak odtworzyć inspekcje robotniczo-chłopskie, które będą spisywać numer biletu i numer PESEL kupującego? Następnie wyasygnuje się z budżetu (z naszych pieniędzy) fundusz finansujący wyjazdy inspekcji, które przed niemieckimi stadionami będą sprawdzać dowody osobiste i bilety. Będzie to twórczy wkład PZPN w zwalczanie bezrobocia.

    O tego typu postawach mówił na konferencji "Etyczne Fundamenty Gospodarki" pan prof. M. Wojciechowski, biblista, pierwszy prezes Okręgu Mazowieckiego UPR. "Chodzi też o samą (...) zasadę, którą jest zabieranie przez urzędników jednym, by dać drugim. W ten sposób wpaja się biedniejszym przekonanie, że jeśli potrzebują, mogą zabrać innym, należy się im to. Jest to utajona forma kradzieży; ma też ona ten sam co kradzież skutek społeczny, zniechęca do uczciwej pracy.(...) Troszcząc się o biednych, niektórzy chrześcijanie uważają, że może tę sprawę załatwić państwo, zabierając bogatszym. Na miejsce stanowczego potwierdzenia, że prawo własności jest święte, jakie można znaleźć w pierwszej nowoczesnej encyklice społecznej, »Rerum novarum« (1891) papieża Leona XIII, pojawia się dziś »społeczne przeznaczenie własności«. Rozumiane ono jest zwykle tak, że własność jest prywatna, zaś pożytki z niej może przejąć ogół. W takim razie nie byłaby to w ogóle własność, gdyż do jej definicji należy władztwo nad rzeczą i czerpanie z niej pożytków! Błąd pojawia się wtedy, gdy się przyjmuje, iż o wydobycie z własności użyteczności społecznej ma zadbać państwo. Tymczasem z antropologii i etyki chrześcijańskiej wynika jasno, że odpowiada za to sam właściciel. Czyni to, np. podejmując przedsięwzięcia pożyteczne społecznie, produkując i dając zatrudnienie. Reasumując, przykazanie »nie kradnij« demaskuje teorię i praktykę socjalizmu jako niemoralną i pozwala wykluczyć socjalizm z listy uczciwych propozycji ustrojowych".
    (Na ten sam temat: http://www.opoka.org.pl/biblioteka/T/TB/dekalog_zspoleczne.html)
    Pewną nadzieję budziła pani Gilowska. Gra jednak tak, jak przeciwnik pozwala. Trzy lata temu, gdy zadłużenie skarbu państwa wynosiło 378,3 mld złotych, mówiła z trybuny sejmowej: "»Nie« - dla w istocie niekontrolowanego wzrostu państwowego długu publicznego. To jest dramat. W finansach publicznych mamy, proszę państwa, dramat. Jeśli nie będziemy rozważni i nie ułożymy bardziej restrykcyjnego projektu budżetu, to czeka nas katastrofa. (...) Jaki jest faktyczny deficyt tego budżetu? Powiedzieliśmy sobie: nie 40,5 mld, nie - faktyczny poziom deficytu to ponad 63 mld. Jest to rekord bezwzględny i absolutny, rekord całego okresu transformacji. Jeśli jest taki wysoki poziom deficytu, to jaki jest poziom potrzeb pożyczkowych skarbu państwa, ile państwo będzie chciało pożyczyć? No, około 60 mld zł. Ale przecież wiadomo, że państwo jest zadłużone: niektóre długi spłaca, zaciąga nowe - to się nazywa »rolowaniem«, też nieładne słowo, przepraszam, obok określenia: dziura budżetowa - pożycza od nowa. Łatwo wyczytać z projektu ustawy budżetowej na 2004 r., że państwo chce emitować skarbowe papiery wartościowe na łączną kwotę prawie 150 mld zł. To jest akcja, która »wysuszy« rynek z pieniędzy, która odbierze prywatnym kredytobiorcom szanse na uzyskanie kredytu, bez którego przecież nie można sobie wyobrazić podejmowania i prowadzenia działalności gospodarczej, kiedy już mówimy tak intensywnie o rozwoju". (http://ks.sejm.gov.pl:8009/kad4/059/40592004.htm)
    Dziś, gdy zadłużenie Skarbu Państwa przekroczyło 500 mld złotych pani Minister ogłasza deficyt 30 mld i planowany wzrost wpływów (wzrost kwoty zabranej podatnikom) rzędu 9 procent. Wypada tylko powtórzyć za panią Minister: Jaki jest faktyczny deficyt tego budżetu?
    Wydaje się, że w kwestii wolności gospodarczej IV RP nie wystarczy. Czy wystarczy w kwestii wolności politycznej? W okowach UE i z półbilionowym już zadłużeniem jest to równie trudne. Tym bardziej, że pozostaje jeszcze przeciwnik wewnętrzny, identyfikowany jako postkomunistyczne służby specjalne i "salon" (lapidarna formuła autorstwa pana W. Łysiaka). Czy uda się zneutralizować wpływy "salonu"? Czy uda się namówić (zmusić?) służby na żołd wypłacany przez IV RP? To wielkie zadania dla obecnej koalicji. Reszta musi poczekać na wolnościowy rząd. Kto go utworzy? Kilkaset osób opłacających składki w UPR, kilka tysięcy wiernych zwolenników i około sto pięćdziesiąt tysięcy wyborców - to ciągle za mało. Jeśli mamy wprowadzić Polskę na drogę wolności gospodarczej, proporcje tych, którzy chcą porozmawiać, chcą pomóc i chcą wesprzeć finansowo sprawę wolności muszą ulec zmianie. Do nas należy dać marzeniom o wolnej gospodarczo i silnej Polsce moc i zbroję.
    Ujął to zgrabnie Adam Asnyk:

    Miejcie nadzieję!... Nie tę lichą, marną
    Co rdzeń spróchniały w wątły kwiat ubiera,
    Lecz tę niezłomną, która tkwi jak ziarno
    Przyszłych poświęceń w duszy bohatera.

    Miejcie odwagę!... Nie tę jednodniową,
    Co w rozpaczliwym przedsięwzięciu pryska,
    Lecz tę, co wiecznie z podniesioną głową
    Nie da się zepchnąć ze swego stanowiska.

    Miejcie odwagę... Nie tę tchnącą szałem,
    która na oślep leci bez oręża,
    Lecz tę, co sama niezdobytym wałem
    Przeciwne losy stałością zwycięża.

    Przestańmy własną pieścić się boleścią,
    Przestańmy ciągłym lamentem się poić:
    Kochać się w skargach jest rzeczą niewieścią,
    Mężom przystało w milczeniu się zbroić...

    Lecz nie przestajmy czcić świętości swoje
    I przechowywać ideałów czystość;
    Do nas należy dać im moc i zbroję,
    By z kraju marzeń przeszły w rzeczywistość

    Wojciech Popiela

    Publicystyka Wojciecha Popieli na ASME.


    Jak zginął Józef Franczak, "Lalek", ostatni żołnierz II Rzeczypospolitej - Tadeusz M. Płużański Wysłane piątek, 16, czerwca 2006 przez Krzysztof Pawlak

    Na ten temat:

    OSTATNI ŻOŁNIERZ II RZECZYPOSPOLITEJ - artykuł Tadeusza M. Płużańskiego

    - Około godziny 14-tej wracaliśmy z pola. Kiedy spojrzałam na dębowy las, miałam przeczucie, że coś złego się wydarzy - wspomina Czesława Kasprzak.
    H: Powietrze stoi. Coś w nocy będzie.
    LALEK: Co ma być?
    H: Burza, albo ...

    Tak pisał Zbigniew Herbert w dramacie "Lalek". Czesława Kasprzak widziała sztukę w telewizji:
    - To był bardzo ładny film.

    Czekała 20 lat

    Czas akcji - 21 października 1963 roku. Godzina 15.40 (większość ubeckich materiałów podaje błędnie godzinę 5.40).
    Miejsce akcji - Majdan Kozic Górnych. Kilka chałup, położonych na wzgórku, pod lasem. 20 kilometrów od Lublina, 8 kilometrów od Piask.
    Główni aktorzy: "Lalek", siostra "Lalka" Czesława Kasprzak, konspiracyjna narzeczona "Lalka" Danuta Mazur, okoliczni mieszkańcy, funkcjonariusze SB i MO, wiceprokurator Prokuratury Wojewódzkiej w Lublinie Antoni Maślanko.
    Rysopis poszukiwanego:
    "Wzrost ok. 174 cm, ciemny blondyn, włosy szpakowate, lekko łysy, czesze się do góry, oczy niebieskie, czoło wysokie, nos średni lekko pochylony do dołu, twarz owalna, koścista, śniada, (...) mowa grubsza, typowo męska, jest dobrze zbudowany, barczysty, pierś wysunięta do przodu, chód ciężki".
    - Zawsze był czysty, schludnie ubrany, żadnego brudu za paznokciami. Może dlatego, jeszcze za Niemca, nazwali go "Lalek" - opowiada Czesława Kasprzak. - Ostatniego dnia założył zielone, prążkowane spodnie i brązową marynarkę, choć na ogół chodził po wojskowemu.
    - Poznałam go na zabawie w 1946 roku i od razu mi się spodobał. Spotykaliśmy się raz na dwa, trzy miesiące. Na polu, w lesie, czasem u rodziny albo znajomych. Nawet na randki przychodził z pistoletem i granatami - wspomina Danuta Mazur, która przez prawie 20 czekała na "Lalka". - Miałam nadzieję, że jeśli przeżyje, będziemy kiedyś razem.

    Wielkie ryzyko

    LALEK: Lodzia! Niech mnie.
    LODZIA: Dobry wieczór!
    LALEK: Jak się masz. Morowo, że jesteś, żeś przyszła.
    G: Pijemy wasze zdrowie!
    LALEK: Lodzia. Zdrowie. Czekałem na ciebie.

    - Nasz syn Marek urodził się w 1958 roku - opowiada Danuta Mazur. - Józek zobaczył go pierwszy raz po ośmiu miesiącach, gdy wyniosłam dziecko w zboże. Wiele razy jeździłam do księży, byłam u dominikanów w Lublinie, ale nikt nie chciał dać nam ślubu. Mówili, że to wielkie ryzyko. Kiedy ubecy przychodzili i pytali o Marka, odpowiadałam, że ja już nie wiem, z kim mam to dziecko. Tak się poniżyłam.
    Syn "Lalka" i Danuty Mazur o tym, kim był jego ojciec, dowiedział się dopiero po latach. Dziś mieszka w Chełmie, pracuje w kopalni jako technik-mechanik. Kilka lat temu sąd pozwolił mu używać nazwiska Franczak.
    "W wyniku intensywnej pracy operacyjnej w dniach 18-21.X.63 r. w dniu 21.X.63 r. uzyskano dane, że wymieniony bandyta melinuje w zabudowaniach aktywnego współpracownika we wsi Kozice pow. Lublin. (...) podjęto decyzję przeprowadzenia rewizji w zabudowaniach »BW« [Becia Wacława - red.]. Na ewentualny wypadek gdyby wynik był negatywny, zakładano dokonać rewizji dwóch meliniarzy w tej samej miejscowości dla pozoracji i odwrócenia podejrzeń w odniesieniu do t. w. [tajnego współpracownika - TMP] »Michała«".
    TW "Michał" to Stanisław Mazur, stryjeczny brat Danuty - narzeczonej "Lalka". To on zawiadomił SB, gdzie tego dnia przebywa Franczak. Rodzina przez lata niesłusznie podejrzewała rodzinę Beciów.

    Napij się, Żuk

    OBCY: Przepraszam. Czy pan Lalek?
    LALEK: Tak. O co chodzi?
    OBCY: Mam do pana sprawę.
    LALEK: Teraz?
    OBCY: Tak, bardzo pilna.
    LALEK: O co chodzi?
    OBCY: Osobista sprawa. Chciałbym na osobności.
    Lalek wstaje od stolika. (...)
    ŻUK: Lalek, nie wychodź sam! Lalek, oni się na ciebie zasadzili!
    A.: Kto się tak drze?
    B.: Żuk, brat Lalka. Pewnie się upił.

    Już wcześniej stworzony przez Herberta Żuk chciał zawiadomić "Lalka" o grożącym mu niebezpieczeństwie. W tym celu przyszedł do restauracji. Żuk jednak nie zdążył. Na drodze stanęli dwaj sąsiedzi, nazwani przez Herberta panami C i D, którzy zatrzymali go przy swoim stoliku:
    D: Pij szczeniaku. Ja z twoim ojcem nieboszczykiem do szkoły chodziłem. (...)
    ŻUK: Ale teraz to ja już naprawdę muszę...
    C: Siedź. Nie ruszaj się. Głupi jesteś.
    D: Czego ty chcesz od Lalka?
    ŻUK: Chcę mu powiedzieć, żeby uważał.
    D: Na co ma uważać?
    ŻUK: Chcą go bić. (...)
    C: Da sobie radę. Napij się, Żuk.


    Ostatnie spotkanie

    Przed wojną Józef Franczak (rocznik 1918) ukończył szkołę żandarmerii w Grudziądzu. Został przeniesiony do Równego, gdzie zastała go wojna. Po 17 września aresztowany przez Sowietów, uciekł z niewoli.
    - Józek ukrywał się ponad 20 lat, od 1941 roku, kiedy ktoś z Piask złożył na niego donos na Gestapo - mówi Czesława Kasprzak.
    W 1944 roku, jako oficer wstąpił do wojska, walczył nad Wisłą. Wkrótce zaczęło go szukać NKWD i musiał uciekać.
    Według materiałów UB Franczak miał co najmniej 100 "melin", głównie w okolicach Lublina.
    - Spotkaliśmy się w niedzielę, 20 października, w zagajniku. Józek był pogodny, nie przypuszczał, że coś się stanie - Danuta Mazur z trudem ukrywa łzy. - Opowiedziałam mu mój sen. To była mętna, wezbrana rzeka, a w niej pływał nasz syn. Józek powiedział, żeby uważać na Marka. Mieliśmy zobaczyć się za dwa tygodnie ...
    Czesława Kasprzak:
    - W poniedziałek, koło 15.00, Jan Beć (ojciec Wacława) podbiegł do domu i powiedział Józkowi, że przyjechała milicja i obstawiła całą okolicę. Józek wyskoczył przez okno, ostrzeliwał się i rzucał granaty, ale żaden nie wybuchł.

    Ostatnia ucieczka

    MATKA: Dobrym był dzieckiem - oni podeszli do stolika - grzecznie przeprosili - wyciągnęli w noc - bili - po głowie - wszędzie - ludzie byli parę metrów - jego koledzy byli - nikt nie ratował - radio grało, pili - a on leżał parę metrów - ani nie wiedzieli - bili po głowie - wszędzie - kto bił - nawet nie krzyknął - tego nie wiedzą.
    - Matka najbardziej go lubiła z całej naszej piątki. Zawsze uśmiechnięty, pomagał innym. W szkole był najlepszym uczniem - mówi Czesława Kasprzak.
    Ostatnie chwile "Lalka" według UB:
    "Okrążenia zabudowań B [Becia - TMP] Wacława s. Jana dokonano z podjazdu przez grupę operacyjną ZOMO składającą się z 35 funkcjonariuszy doprowadzonych do meliny przez dwóch oficerów Służby Bezpieczeństwa. Z chwilą okrążenia zabudowań b. [bandyta - red.] Franczak wyszedł ze stodoły, pozorując gospodarza rozważał możliwość wyjścia z obstawy, a gdy został wezwany do (nieczytelne) chwycił za broń - pistolet, z którego oddał kilka strzałów. W tej sytuacji grupa likwidacyjna ZOMO przystąpiła do likwidacji. Franczak mimo wzywania go do zdania się podjął obronę i wykorzystując słabe punkty obstawy pod osłoną zabudowań wycofał się około 300 m. od meliny, gdzie podczas wymiany strzałów został śmiertelnie ranny i po kilku minutach zmarł".
    - Mój syn zobaczył na polu racę - opowiada Helena Misiura. - Od razu pobiegł w kierunku domu, bo tam została jego żona i dzieci. Kiedy był już przy płocie, usłyszał hasło "padnij" i schował się za furmankę.
    - Razem z koleżanką wracałam z kina objazdowego, które przyjechało do Piask - pamięta sąsiadka Misiurów. - W lesie zobaczyłam ludzi z pistoletami. Popłakałam się, bo myślałam, że do krów będą strzelali.
    - Kiedy usłyszałam strzały, wyjrzałam przez okno - ciągnie Helena Misiura. - Bałam się o wnuki, które bawiły się przed domem. Zobaczyłam Józka, jak biegł przy naszym płocie. W jednej ręce miał teczkę, w drugiej pistolet. Nagle zachwiał się, złapał pod bok i wyciągnął koszulę ze spodni. Przeskoczył jeszcze przez żywopłot i zaległa cisza. Śmiertelny strzał musiał paść zza lipy. Za chwilę podniosły się krzyki: "Jest, jest!". Ze wszystkich stron, od drogi, z lasu wylegli ludzie. Jedni byli w mundurach i płaszczach, drudzy w kufajkach i po cywilnemu. Potem podjechały trzy samochody i karetka. Myśleliśmy, że to po Józka, ale zabrali jakiegoś zabitego milicjanta.
    - Józek upadł pod naszym domem. Jakiś człowiek podbiegł do niego i darł się, żeby rzucił broń, a on już nie żył - mówi Michalina Misiura, ciotka Heleny. - Potem pilnował go jakiś milicjant, który bardzo żałował tego, co się stało. Ale przychodzili też sąsiedzi, kopali Józka i pytali: może chcesz jabłko albo papierosa?
    W sekcji zwłok przeprowadzonej przez biegłego lekarza czytamy:
    "Rany postrzałowe klatki piersiowej i jamy brzusznej, z następnym uszkodzeniem serca, wylewem krwawym do jamy opłucnej, uszkodzeniem wątroby, przepony i płuca lewego. Biorąc pod uwagę wyniki sekcji zwłok należy przyjąć, że przyczyną zgonu denata była rana postrzałowa serca".

    Nagi, bez głowy

    A.: Nie mogę uwierzyć. Przecież jeszcze wczoraj. Ot, życie ludzkie...
    POSŁUGACZ: Kto jest z rodziny?
    G.: My koledzy.
    POSŁUGACZ: Możecie wejść
    H.: Jakeśmy weszli, Lalek leżał na stole bez niczego. Miał krwawą pręgę od brzucha aż do szyi. Brodę przywiązaną bandażem.

    Czesława Kasprzak:
    - Po pół godzinie przyjechał z Lublina prokurator Antoni Maślanko. Milicjanci podświetlili latarkami ciało. Prokurator spytał, czy to "Lalek". "Przecież wiecie, kogo zamordowaliście" - odpowiedziałam. Maślanko zapewniał, że wyda nam ciało Józka.
    O 21.00 martwego "Lalka" przewieziono do Akademii Medycznej w Lublinie. Został pochowany potajemnie, tak jak jego koledzy z podziemia, na cmentarzu przy Unickiej. Po czterech dniach, w nocy, rodzina wykopała ciało.
    - Józek leżał nagi, bez głowy - opowiada Czesława Kasprzak.
    "Powołując się na pismo prokuratury z dnia 24 października 1963 roku i na ustną rozmowę z dr. Iwaszkiewiczem proszę o zdjęcie głowy ze zwłok Józefa Franczaka". Podpisał podprokurator powiatowy.
    Czesława Kasprzak mogła przenieść brata na cmentarz w Piaskach dopiero w 1983 roku. Spoczął obok miejscowych księży i dawnych dziedziców. Na skromnym grobie wyryto napis: "JÓZEF FRANCZAK, ŻYŁ LAT 45, ZGINĄŁ 21.X.1963. POŚWIĘCIŁ ŻYCIE ZA WOLNOŚĆ OJCZYZNY KTÓREJ NIE DOCZEKAŁ".
    Przed cmentarzem stoi pomnik upamiętniający opór przeciwko niemieckiemu okupantowi. Czyżby walka o wolną Polskę skończyła się w 1945 roku?

    Skok na kasę

    "Lalek" brał udział w wielu akcjach na "utrwalaczy władzy ludowej". Kilka razy był ranny, raz nawet aresztowany.
    W czerwcu 1946 UB zrobiło w okolicy wielką łapankę. Po zatrzymaniu kilku osób ubecy pojechali do wsi Chmiel na wesele. "Bandytów" zamknęli w komórce, a sami raczyli się wódką. Nie wiedzieli, że jednym z zatrzymanych jest od dawna poszukiwany Józef Franczak - "Lalek", który miał wyrobione dokumenty na inne nazwisko. Po zabawie ciężarówka z aresztowanymi ruszyła w kierunku Lublina. Podczas jazdy żołnierze rzucili się na podchmielonych ubeków, obezwładnili ich, zabijając pięciu. Podobno sygnał do akcji dał Józef Franczak.
    Łapanka urządzona przez UB była związana z poszukiwaniami "Lwa" - Antoniego Kopaczewskiego, kierownika Inspektoratu Lubelskiego WiN, który zginął kilka miesięcy później na skutek donosu. "Lalek" likwidował później ubeckich szpicli.
    Żołnierz "Lwa" Mieczysław Jarosz z Piask, ujawniony w 1945 roku, opowiada:
    - Przez wiele lat wzywali mnie na UB, pytali o różne rzeczy, ale zawsze kończyło się na "Lalku".
    W lutym 1953 roku, razem z "Wiktorem" - Stanisławem Kuchcewiczem i "Felkiem" - Zbigniewem Pielakiem (zmarł we wrocławskim więzieniu w 1954 roku) "Lalek" napadł na kasę Gminnej Spółdzielni w Piaskach. Chcieli zdobyć fundusze, aby przetrwać zimę. "Wiktor" i "Felek" weszli do poczekalni w strojach wieśniaków. Uzbrojony w pepeszę "Lalek" osłaniał kolegów po przeciwnej stronie szosy Chełm - Lublin, w bramie cmentarza. Skok nie udał się, gdyż kasjer zdążył wezwać na pomoc milicję. Ostrzelanie drogi przez "Lalka" nie mogło pomóc. Ranny "Wiktor" rozkazał "Felkowi", aby zostawił go i uciekał.
    Stanisław Kuchcewicz był ostatnim dowódcą Franczaka. Wcześniej UB zamordował słynnego "Zaporę" - Hieronima Dekutowskiego, "Uskoka" - Zdzisława Brońskiego i wielu innych.

    Na konto "Lalka"

    Po śmierci "Wiktora" w 1953 roku "Lalek" został sam. Przez następne 10 lat ukrywał się. Skazany na banicję, wyjęty spod prawa.
    - Wolałam nie wiedzieć, gdzie i z kim chodzi, żeby nie wydać go na UB. Miałam nawet kilka zdjęć z Józkiem, ale wszystko zniszczyłam, też ze strachu. Zostawić go? Nigdy w życiu. Przecież go kochałam - zawstydza się 75-letnia Danuta Mazur.
    Już w 1950 roku bezpieka na Lubelszczyźnie otrzymała z Departamentu III MBP nakaz "rozpracowania operacyjnego" ostatnich grup oporu. Nadzwyczajne środki w sprawie ujęcia "kadrowego bandyty Franczaka" podjęto w 1954 roku. Dwa lata później postępowanie musiano jednak zawiesić, "wobec jego ukrywania się". 8 września 1961 roku w "Kurierze Lubelskim" ukazał się list gończy za Franczakiem, razem ze zdjęciem.
    Czesława Kasprzak:
    - Józek nie był bandytą. Ludzie nie przechowywali by go przez te wszystkie lata, gdyby rabował i zabijał. Wszyscy mu pomagali, przynosili ubranie, jedzenie. W okolicy była grupa bandytów, ale wszystkie przestępstwa szły na konto "Lalka". Ostatniego napadu nie mogli mu przypisać, bo był już po jego śmierci.

    Nie chcieli wydać

    Jeszcze w latach 40. "Lalek" chciał się ujawnić, rozpocząć normalne życie.
    - Znajomy prokurator z Lublina powiedział nam, że Józek nie ma szans, takie papiery na niego mają. Po amnestii mogą go wypuścić, ale po dwóch-trzech miesiącach ślad po nim zaginie - mówi Czesława Kasprzak.
    UB miał utrudnione zadanie, bo ludzie, mimo ciągłych aresztowań, nie chcieli wydać Franczaka: w ogóle o nim nie słyszeli; jeśli go znali, to nie widzieli go od lat; obciążali siebie; potem informowali Franczaka o swoich przesłuchaniach.
    Jan Lipa z Kozic Dolnych, konspiracyjny kolega "Lalka" opowiada:
    - Sklepowa Czesława K. zrobiła manko w sklepie. Pewnego dnia przyszli do niej tajniacy i oświadczyli, że o manku może zapomnieć, jeżeli wyda "Lalka". Kiedyś zobaczyła za moją stodołą człowieka, który na jej widok uciekł w pole. Doniosła gdzie trzeba o swoim spostrzeżeniu.
    Jan Lipa przez dwa lata był wzywany do UB w Piaskach. Ubecy oferowali mu 30 tysięcy złotych.

    POST SCRIPTUM

    Józef Franczak był zapomniany również w III RP. Dopiero teraz, po 16 latach niepodległej Polski, przywraca mu się należne miejsce w historii. 17 marca br. Instytut Pamięci Narodowej zorganizował uroczystości poświęcone pamięci - jak napisano - ostatniego żołnierza Polskiego Podziemia Niepodległościowego. W rodzinnych Piaskach, po mszy świętej w kościele parafialnym pw. Podwyższenia Krzyża Świętego, złożono kwiaty na grobie "Lalka" na miejscowym cmentarzu. W Lublinie odbyła się uroczysta sesja naukowa, połączona z pokazem filmu pt. "Ostatni...", w realizacji Adama Sikorskiego, poświęcona żołnierzom niepodległościowego podziemia, którzy najdłużej - do końca lat 50. - walczyli z sowieckimi okupantami Polski.
    Honorowy patronat objęli: prezydent Rzeczypospolitej Polskiej Lech Kaczyński, ostatni prezydent RP na Uchodźstwie Ryszard Kaczorowski, metropolita lubelski ksiądz arcybiskup Józef Życiński, ordynariusz polowy Wojska Polskiego ksiądz biskup Tadeusz Płoski, szef Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego Witold Marczuk, przewodniczący Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa Andrzej Przewoźnik, prezes Rady Kombatanckiej przy Kierowniku Urzędu ds. Kombatantów i Osób Represjonowanych Jerzy Woźniak, władze Lublina i województwa lubelskiego.

    Uroczystościom przyświecało motto Zbigniewa Herberta z wiersza "Przesłanie Pana Cogito":
    "...Idź dokąd poszli tamci do ciemnego lasu
    po złote runo nicości twoją ostatnią nagrodę
    Idź wyprostowany wśród tych co na kolanach
    Wśród odwróconych plecami i obalonych w proch
    Ocalałeś nie po to aby żyć
    Masz mało czasu trzeba dać świadectwo
    Bądź odważny gdy rozum zawodzi bądź odważny
    W ostatecznym rachunku jedynie to się liczy...".

    TADEUSZ M. PŁUŻAŃSKI

    Artykuł pierwotnie ukazał się w tygodniku "Gazeta Polska"

    Publicystyka Tadeusza M. Płużańskiego na ASME.


    Obecnie rządzący mają kłopoty z opanowaniem rozgałęzionych wpływów post(?)komunistów w wielu aspektach życia politycznego, społecznego i gospodarczego Polski - Antoni Macierewicz o kolejach lustracji i propozycjach ugrupowania PiS nt. zmiany ustawy lustracyjnej Wysłane czwartek, 15, czerwca 2006 przez Krzysztof Pawlak

    | Pobierz |







    Obecnie rządzący mają kłopoty z opanowaniem rozgałęzionych wpływów post(?)komunistów w wielu aspektach życia politycznego, społecznego i gospodarczego Polski - Antoni Macierewicz o kolejach lustracji i propozycjach ugrupowania PiS nt. zmiany ustawy lustracyjnej
    Wysłane czwartek, 15, czerwca 2006 przez Krzysztof Pawlak

    "Można powiedzieć, że jak rzadko - sytuacja jest klarowna. Opiszę ją na przykładzie ustawy lustracyjnej. Banalne jest stwierdzenie, że jednym z istotnym powodów sukcesu Prawa i Sprawiedliwości było to, że w ocenie społecznej było i jest traktowane jako partia niosąca ze sobą rozwiązanie problemów uwikłania życia politycznego, społecznego i gospodarczego w - struktury mafijne. Te powiązania nabrały wszelkich podobieństw do działania mafii włoskiej. To jest zupełnie inny świat niż nasz, choć oczywiście nie jest taki sam jak świat mafii włoskiej. To jest świat postsocjalistyczny, postmarksistowski, który mi kiedyś opisał jeden z głównych ludzi »lepszej strony« środowiska SLD-owskiego Stanisław Ciosek, który został kiedyś, po 1984 r. nadzorcą z ramienia PZPR wszystkich służb specjalnych PRL. W pewnym momencie, podczas przesłuchania w »komisji ORLEN-owskiej« wynikł pewien spór pomiędzy nim a mną, trzeba było pójść do tajnej kancelarii - w trakcie tej drogi po korytarzach sejmowych zwrócił się do mnie: »Pani Antoni, niecha pan tak nie naciska w sprawie tej mafii, bo ONI MNIE PO PROSTU ZABIJĄ... W latach 80. w najgorszym przypadku poszedłbym do więzienia, ale teraz strzelą mi najpierw w kolano - a później zastrzelą...«. Ta nowa struktura posługuje się czystą, fizyczną przemocą" - Antoni Macierewicz opisuje w nagraniu TV ASME, dokonanym podczas spotkania w Centrali Unii Polityki Realnej, specyfikę "życia politycznego" "polskiego regionu UE", w której poruszają się przedstawiciele "IV Rzeczypospolitej".

    Nie ma żadnej lustracji Kościoła - nikt nie wykonuje żadnej lustracji Kościoła - twierdzi Antoni Macierewicz. Problem nie jest z lustracją - ale z wolnością słowa! Pytanie brzmi - czy wolno pisać całą prawdę, do której jakiś badacz dotarł i chce się nią podzielić z odbiorcami mediów. Na razie powstaje wrażenie, jakby większość agentów SB pojawiła się TYLKO w Kościele, co jest oczywistą nieprawdą. Do tego wizerunku prą media, które wspierają w swej głównej części siły post(?)komunistyczne.
    Źródłem zła jest fakt, że po dzień dzisiejszy olbrzymia część administracji publicznej, zarówno politycznej, jak i gospodarczej - znajduje sie w rękach ludzi z układu post(?)komunistycznego. Do roli symbolu urasta pozycja tow. Andrzeja Olechowskiego (TW "MUST" - przyp. ASME) w radzie nadzorczej ORLEN-u, którego nie chce ruszyć premier Marcinkiewicz. A tzw. opinia publiczna dostaję gęsiej skórki na myśl, że ktoś, kto był agentem lub funkcjonariuszem tajnych służb PRL - mógłby przestać pełnić funkcję publiczną lub nie móc kandydować do instytucji publicznych. Dla obecnie rządzących - z PiS - jest to też nie do pomyślenia...! 6 czerwca przegłosowano na posiedzeniu komisji sejmowej bulwersujące zapisy. Po pierwsze: zdecydowano się zlikwidować tzw. status pokrzywdzonego...

    Nagranie trwa prawie 40 minut i jest dostępne w Sieci do 29 VI 2006 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.