lipca 11, 2006 - lipca 27, 2006


Teraz panowie Kaczyńscy wiedzą, kto jak naprawdę działa - gdy dostali dostęp do teczek minionych i obecnych służb specjalnych - Janusz Korwin-Mikke o tegorocznym wyjątkowo gorącym lecie
Wysłane czwartek, 27, lipca 2006 przez Krzysztof Pawlak

"Muszę powiedzieć, że panuje zadziwiająca zgodność opinii: wszyscy publicyści prawicowi, czy to Ziemkiewicz, czy Łysiak, ja, czy ktokolwiek - wychwalają przemówienie w sejmie JE premiera Kaczyńskiego, zaś lewicowi publicyści - po prostu się z niego śmieją, bo nie mają argumentów, a jak ktoś nie ma argumentów - to po prostu wyśmiewa. Exposé było dobrze powiedziane, może o pięć minut za długie - to nie znaczy jednak, że zgadzamy się z nim we wszystkim" - Janusz Korwin-Mikke, I prezes UPR, komentuje najnowsze, "upalne" wydarzenia ze sceny teatru politycznego "regionu polskiego UE"

Teraz wszyscy krytykują, że pan Marcinkiewicz został wydelegowany do rządzenia Warszawą, chociaż niedawno jeszcze WSZYSCY zgodnie - od Samoobrony do Platformy domagali się, by to pan Kaczyński wziął w swoje ręce ster rządów, a jak to zrobił - to posypała się kolejna porcja narzekań. JKM zwraca uwagę, że być może Stanisław Michalkiewicz wystartuje w wyborach jesiennych do stołka prezydenckiego w Warszawie, co traktuje jako bardzo dobry krok. W ten sposób ludzie, którzy naprawdę chcą mieć w stolicy np. mniejsze podatki i zmniejszoną biurokrację - mogliby ze spokojem sumienia głosować na autentycznego konserwatywnego liberała (oczywiście tylko gospodarczego...).

Nagranie trwa ponad 4 minuty i jest dostępne w Sieci do 10 VIII 2006 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




Zimny prysznic tegorocznej matury - prof. Michał Wojciechowski Wysłane środa, 26, lipca 2006 przez Krzysztof Pawlak

Złe wyniki nowych matur wywołały dwojakie reakcje. Po pierwsze zaskoczenie. Po drugie, stwierdzano nieco bezosobowo, że reforma oświaty SIĘ nie udała. Oba te podejścia są chybione, gdyż marny stan polskich szkół jest dobrze znany, a jego przyczyny najzupełniej uchwytne.

Niewykluczone, że najmniej wiedzą o tym niektórzy eksperci. Zapatrzeni w swoje reformy, nie chcą przyjąć do wiadomości stanu faktycznego. Ale gdyby nawet wyeliminować chciejstwo i maskowanie własnych porażek, to często tak bywa, że sytuację lepiej widać z zewnątrz niż z wewnątrz.

Co było wiadome

Nie brak obserwacji w skali mikro, świadczących o pogorszeniu wyników szkoły. Widzą to pogorszenie rodzice, którzy pamiętają poziom i wymagania swoich szkół. Widzą je uczniowie, wciąż potrzebujący korepetycji - w tym również ci zdolniejsi, jeśli marzą w przyszłości o dobrych studiach. Widzą je starsi nauczyciele, którym trudniej dziś utrzymać w klasie dyscyplinę i czegoś nauczyć. Widzą profesorowie wyższych uczelni, gdy porównują poziom kandydatów na studia teraz i kilkanaście lat temu.
Wyniki w testach międzynarodowych wskazały, że na tle Europy Polska zostaje w tyle, a przecież w krajach zachodnich poziom szkolnictwa też raczej się obniża. Krajowe testy dawały niezłe wyniki, ale były one umyślnie za łatwe. Dowodem na to jest rozkład wyników, którego krzywa odbiega od rozkładu normalnego i jest silnie pochylona w stronę wyników dobrych. Pożytek z takich testów jest tylko taki, że pozwalają wykryć regionalne i lokalne różnice poziomu nauczania.

Przyczyny słabości

Przyczyny słabości szkolnictwa w Polsce można podzielić z grubsza na dwie grupy: zewnętrzne i wewnętrzne. Te pierwsze to kolejno biurokratyzacja życia społecznego (która sprawia, że absolwentowi szkoły bardziej jest potrzebny papierek, matura czy magisterium niż rzeczywiste umiejętności); ogólny stan gospodarki (ubóstwo środków); kryzys dyscypliny i wymagań w rodzinach. Nie rozwijając tego tematu, wskażę, że mimo tych barier przyzwoita szkoła wydaje się możliwa.
Na przeszkodzie stoi tu jednak kilka szkodliwych decyzji i zaniechań. Odpowiedzialność za nie ponoszą zwykle konkretni twórcy ustaw, ministrowie i eksperci. Dla dziennikarza o zmyśle śledczym znalezienie i podanie do wiadomości odpowiednich nazwisk nie byłoby trudne. Ale że nim nie jestem, wskażę tylko, o jakie błędy chodzi.
W klasach młodszych promuje się od dawna prawie wszystkich. Nic dziwnego, że pod koniec podstawówki kilka procent dzieci nie umie czytać i pisać, a dalsze kilkanaście procent ma z tym istotne trudności. Niekoniecznie chodzi tu o dzieci kwalifikujące się do szkół specjalnych. Po prostu bez wymagań nie ma też wyników. Pod pozorem nie krzywdzenia dzieci maskuje się więc złe wyniki szkoły. Celem szkoły nie jest jednak szczęśliwe dzieciństwo, lecz udane dorosłe życie. Gros dzieci oczywiście zdobywa w szkole podstawowe umiejętności, ale ich poziom jest w tym systemie niższy niż by mógł być. A gorszy start to także gorszy wynik na maturalnym finiszu.
Nieuzasadnione promocje w szkołach zostały bardzo ułatwione przez wprowadzenie oceny miernej, poniżej dotychczasowej dostatecznej. Potem przemianowano ją zręcznie na dopuszczającą (ktoś te decyzje podpisał!). W ten sposób do zaliczenia przedmiotu i promocji wystarcza dawniejsze "dwa z plusem". Regulaminy bardzo utrudniają postawienie oceny niedostatecznej.
Rzecznicy praw obywatelskich i praw dziecka zwrócili też ostatnio uwagę na nagminną praktykę marnowania w szkołach znacznej części godzin zajęć przewidzianych w czasie roku szkolnego. To także rzutuje na poziom i jest wyłączną winą szkół.
Pod pozorem troski o dzieci i ich prawa poważnie naruszono dyscyplinę w szkole. Pracę nagminnie zakłócają praktycznie nieusuwalne dzieci patologiczne. Chroniąc ich prawo "do nauki" (a ściślej: do przebywania w klasie) oraz "do godności" (czyli do bezkarności), utrudnia się naukę dzieciom normalnym, a więc znacznej większości. Zwiększa to też ich zagrożenie przez agresję i narkotyki. Zmuszanie dzieci do przebywania w takim towarzystwie uważam za poważne naruszenie praw ludzkich. Skądinąd łączenie w młodszych klasach dzieci zdolnych i słabych wynika z przesłanek ideologicznych, a szkodzi efektywności nauczania i jednych, i drugich. Tenże skutek ma rejonizacja.
Bardzo dyskusyjne okazało się wyodrębnienie gimnazjum. Jest to bowiem szkoła, w której skupiono najbardziej kłopotliwą wychowawczo grupę wiekową, dotąd rozdzieloną między szkołę podstawową a średnią.
System oceny i awansu nauczycieli jest dotkliwie zbiurokratyzowany, a jednocześnie nieskuteczny, gdyż zabezpiecza miernoty ze stażem, a hamuje nauczycieli rozwojowych. Podobne są rezultaty działań związków nauczycielskich.

Przedmioty

Jawną kapitulacją była długotrwała rezygnacja z matematyki na maturze. Maskowano w ten sposób jej upadek. Tymczasem gdzie są dziedziny dorosłego życia, w których nie potrzeba umiejętności liczenia, kalkulowania i logicznego myślenia, wyrabianych przez ten przedmiot? Rozwój szkolnej informatyki nie jest tu wystarczającą rekompensatą.
Źle stoi drugi przedmiot kluczowy, język ojczysty. W starszych klasach polega on głównie na przerabianiu historii literatury w oparciu o dość tradycyjny kanon lektur. Jest to podwójna pomyłka. Po pierwsze, za mało czasu poświęca się na posługiwanie się językiem, komunikację. Po drugie, funkcja książki jest dziś inna niż kilkadziesiąt lat temu i nie ma co marzyć o tym, że skłoni się młodzież do zainteresowania nią na przykładzie nudnego Żeromskiego. Trzeba zredukować wspólny dla wszystkich kanon, a dobierać książki indywidualnie do ucznia. Ale czy nauczyciele to potrafią?
Śmieszne, ale szkodliwe, jest upowszechnienie zaświadczeń o dysleksji. Może je dostać prawie każdy, kto się po prostu ortografii nie uczył. Rzeczywiste zaburzenia tego typu występują, ale dodatkowy wysiłek zwykle pozwala je przezwyciężyć. Mniej zdolny do języków obcych musi się więcej uczyć, mniej zdolny do ortografii także!
Jeśli chodzi o programy, można też wytknąć przeładowanie teorią i próby wepchnięcia w przedmiot szkolny wprowadzenia do studiów akademickich z danego przedmiotu. Potem np. licealista z klasy biologicznej nie rozpoznaje pospolitych roślin i ptaków. Kolejna kapitulacja to zepchnięcie w kąt języków klasycznych, eliminowanych za komunizmu, a w szkole zachodniej uważanych, i słusznie, za fundament europejskiej kultury humanistycznej. W sumie jednak mniej jest problemów z podstawą programową itp., a dużo więcej z jej realizacją.

Matura 2006

Biorąc to wszystko pod uwagę, wyniki matur przeprowadzanych przez niezależne komisje są chyba i tak stosunkowo dobre, chociaż przyjęto je jako zimny prysznic. Nie był to bowiem egzamin specjalnie trudny, skoro do zdania przedmiotu wystarczało 30% prawidłowych odpowiedzi. Sztucznym ułatwieniem jest zwłaszcza prezentacja ustna z polskiego, którą uczniowie masowo kupują albo ściągają z internetu.
Godzina prawdy powinna jednak nadejść. Trzeba powiedzieć absolwentom szkół, że umieją za mało! Głównym celem oceny stawianej ludziom dojrzałym jest bowiem poinformowanie ich o stanie ich wiedzy (moich studentów teza ta dosyć dziwi...). Dlatego negatywnie oceniam pomysł przyznania matur tym, którzy oblali jeden przedmiot, chociaż rozumiem jego motywy, niechęć do zrzucania na uczniów win całego szkolnictwa. Byłoby to jednak naruszenie prawa i kolejne obniżenie poprzeczki.

Co robić

Anulowanie szkodliwych decyzji, o których mówiłem wyżej, to niestety za mało. Po pierwsze, mleko się już wylało, po wielu latach szkoły bez dyscypliny przywrócenie w niej ładu wymaga długiej walki. Ci, którym jest na rękę demoralizacja w szkole (czyli rozwydrzony i głupi przyszły wyborca), już próbują wyprowadzić uczniów na ulicę.
Po drugie, system państwowej szkoły jest ze swej natury typu nakazowo-rozdzielczego, biurokratyczny, skostniały. Dobre sygnały z centrali będą w nim grzęzły. Rozmontować go można tylko przez prawdziwy czek (bon) oświatowy w połączeniu z szeroką decentralizacją i prywatyzacją szkolnictwa. W większości przypadków umożliwi to rodzicom wybór szkoły, spowoduje zniknięcie szkół pozornych i zarażonych patologiami, zmusi do walki o wyniki.

Michał Wojciechowski

  • Autor jest teologiem świeckim, profesorem UWM w Olsztynie; napisał m.in. "W ustroju biurokratycznym" (2004). Ekspert Centrum im. Adama Smitha.

    Źródło: "Rzeczpospolita" z 26 VII 2006 (z nieznacznymi zmianami). Publikacja za zgodą autora.


    Publicystyka prof. Michała Wojciechowskiego na ASME

    Lewicowe misski - Krzysztof Mazur Wysłane wtorek, 25, lipca 2006 przez Krzysztof Pawlak

    Podobno po nominacji Kazimierza Marcinkiewicza na komisarza Warszawy i Konrada Ciesiołkiewicza na jego pierwszego "piarowca" - blady strach padł na kandydatki ubiegające się w tym roku o koronę Miss World, wszak nie tak dawno aż 70 proc. Polaków uznało byłego premiera za przystojnego, a znając jego możliwości autoreklamy, jest prawie pewne, że na wrześniowej imprezie pan komisarz będzie głównym kandydatem do tytułu miss(tera) teleobiektywu.

    I słusznie, wszak nie na darmo stare, rynkowe powiedzenie głosi, że kto płaci - ten wymaga, a wieść głosi, że organizatorzy imprezy zamierzają na koszty imprezy naciąć miasta goszczące finalistki konkursu. Jak kilkanaście dni temu doniosła "GW", Warszawa ma dorzucić ok. 1,5 mln funtów, 1 mln funtów zamierza dopłacić TVP planująca z tej okazji obłożyć abonamentem RTV wszystkich odbiorców energii elektrycznej, no i jak wyjaśniał p. Stanisław Wojtera, (obecnie) wiceprezes POT: "Mamy dostać dodatkową dotację z Ministerstwa Gospodarki". Wiceprezes Wojtera również dziennikarzom "Rz" tłumaczył mnożnikowe efekty wynikające z organizowania takiej imprezy ("finały Miss World w naszym kraju ma mieć także długotrwałe skutki ekonomiczne"), a eksperci z IBnGR obliczyli nawet, że organizacja wymienionej imprezy spowoduje, ze nasz kraj odwiedzi do 2010 r. dodatkowo nawet 5 mln osób. A gdyby jeszcze udało się zorganizować w Polsce finały Euro 2012 - to za dziesięć lat bylibyśmy turystyczno-gospodarczą potęgą Europy, a może i świata! Szczególnie kuriozalne elementy raportu IBnGR dotyczą wpływu imprezy Miss World na koniunkturę "gospodarki turystycznej" w Chinach czy oszacowane z dokładnością do 100 tys. wpływy fiskalne będące następstwem tego przedsięwzięcia (16,1 mln zł). Co przy takich zestawieniach znaczy jakieś głupie półtora miliona funtów dotacji?
    Powstaje jednakże pewna wątpliwość sprowadzająca się do pytania o ewentualnych prywatnych sponsorów tego typu imprez, gdyż finansowa mizeria organizatorów Miss World wskazuje, że takowych raczej brakuje, a to oznacza, że impreza zapowiada się raczej na deficytową. Ale, że wokół interesu kręci się zbyt wielu labusiów, żyjących z produkowania raportów o dobroczynnych skutkach marnowania pieniędzy podatników państwowych nominatów, czerpiących dochody z kasy nikomu niepotrzebnych instytucji jak Państwowa Organizacja Turystyczna czy wielokanałowa telewizja publiczna czy wreszcie urzędników upatrujących przy okazji takich imprez własnych korzyści propagandowych - więc pewnie jeszcze nie raz usłyszymy o długofalowych i najczęściej wirtualnych korzyściach z jak najbardziej realnego i teraźniejszego wydawania przez władzę naszych pieniędzy. Jest to o tyle smutna konstatacja, że reklamą wydawania państwowych pieniędzy na zorganizowanie konkursu najjędrniejszych damskich pośladków i najdłuższych nóg zajmuje się były prezes wolnorynkowej UPR, a wydumane korzyści ekonomiczne uzasadniają eksperci uchodzący przez wiele lat za zwolenników rynkowego przemian w Polsce. Detektyw Banaczek, którego urodzeni po stanie wojennym raczej nie pamiętają, skwitowałby to z pewnością jakimś polskim przysłowiem, a najbardziej do sytuacji pasuje to - o wejściu między wrony i krakaniu tak jak one.

    Krzysztof Mazur

    Publicystyka Krzysztofa Mazura na ASME


    Kazimierz "Dymisjonarz" Marcinkiewicz przodownikiem rankingu kandydatów do najwyższego stanowiska w warszawskim magistracie Wysłane poniedziałek, 24, lipca 2006 przez Krzysztof Pawlak

    Na temat: wybory samorządowe 2006:

    Pełen uspokajających wieści warszawki poranek, czyli wreszcie nie ma przymusu wyboru kolejnego zarządcy naszego ciężko doświadczonego miasta

    Ochrzczony przez warszawską ulicę "Dymisjonarzem" natychmiast po udzieleniu mu przez Brata Jarosława dymisji i obarczeniu misją "utrzymania przyczółka PiS" na tak ważnym froncie walki politycznej, jakim jest teren miasta stołecznego "polskiego regionu UE", "uśmiechnięty premier" Kazimierz Marcinkiewicz spotkał się z mediami na Rynku Starego Miasta. Spotkanie z przedstawicielami żurnalistyki stosowanej zostało starannie przygotowane, według najlepszych wzorców PS, czyli propagandy sukcesu, nad którą pieczołowity nadzór sprawuje były rzecznik ekipy byłego premiera Konrad Ciesiołkiewicz, który razem ze swoim patronem ewakuował się do stołecznego ratusza. Komisarz Marcinkiewicz ogłosił swój dziewięciopunktowy program polepszenia standardu życia warszawiaków - przed pomnikiem staromiejskiej Syrenki.
    Warto - ku lepszej pamięci - zachować w annałach ujawnione "miejsca medialnego uderzenia" kolejnej ekipy polityków ugrupowania PiS:
    - Rozwiązanie problemu komunikacji z Białołęką do czasu powstania mostu Północnego;
    - Radykalne przyspieszenie prac do budowy II linii metra wkrótce ma być gotowy projekt; techniczny i plan finansowania inwestycji;
    - Oddanie do użytku mostu Północnego za trzy lata;
    - Rozpoczęcie zagospodarowania placu Defilad;
    - Ułatwienie sposobu płacenia administracyjnych należności przez mieszkańców;
    - Zwiększenie bezpłatnego dostępu do internetu na uczelniach;
    - Wprowadzenie systemu "Cappuccino", czyli tanich kredytów na zakup komputerów dla studentów;
    - Podpisanie umowy na budowę stadionu narodowego;
    - Nieustająca troska o "poprawę bezpieczeństwa" mieszkańców stolicy.

    Ważną dla wielu tysięcy urzędnik magistrackich i ich rodzin informacją było zapewnienie komisarza Marcinkiewicza, że nie będzie dokonywał żadnych istotnych cięć w tej wysoko zdyscyplinowanej grupie wyborczej. Z pewnością przyniesie to pożądany efekt w postaci kilkunastu tysięcy głosów oddanych w jesiennych wyborach, a dodatkowo dostarczy potwierdzenie kolejnym setkom "młodzieży PiS-owskiej" o niezmiennym i czułym stosunku tej partii do wciąż powiększających się szeregów biurokracji samorządowej, co może zapewnić "życiowy start" wyselekcjonowanym wyznawcom państwowotwórczego etatyzmu.
    Jako szczególnemu swemu reprezentantowi "w terenie" ówczesny jeszcze premier-nominat Jarosław Kaczyński wręczył podczas przesuniętej o dwa dni nominacji (wcale bez ukrytych intencji dobitnego unaocznienia PT Dymisjonatowi "kto tu rządzi", jak zapewniali chórem reprezentanci najwyższych władz PiS) na funkcję komisarza Kazimierzowi Marcinkiewiczowi płytę Czesława Z Niemiena (według nausznej obserwacji wielu milionów odbiorców przekazów radiowych) pt. "Sen o Warszawie", na co zaskoczony świeży najwyższy urzędnik warszawskiego ratusza zgodził się, że... "dziwny jest ten świat".
    Zupełnym oczywiście przypadkiem była konferencja prasowa urządzona przez Brata Lecha, Prezydenta RP, w Komendzie Stołecznej Policji w tym samym czasie, gdy odbierał swą nominację p.o. prezydenta Kazimierz "Dymisjonarz" Marcinkiewicz. Pan Prezydent uznał na niej, razem z wysokimi funkcjonariuszami PP, że "Warszawa jest już bezpieczniejsza niż Nowy Jork za czasów rządów w nim »szeryfa« burmistrza Giulianiego", a statystyki przestępczości spadły w I połowie obecnego roku o (!!!) aż 25 procent. I - oczywiście - było to wynikiem usilnej dbałości o bezpieczeństwo warszawian i warszawianek ze strony ekip PiS władających naszym magistratem.

    P.o. prezydenta stolicy Kazimierz Marcinkiewicz jest w tej chwili uważany przez wielu obserwatorów obrotowej sceny politycznej i najwyższych stołków urzędniczych za najpoważniejszego pretendenta do funkcji prezydenta Warszawy po wyborach jesiennych. Kontrkandydaci z innych ugrupowań (PO - osławiona zaszczytnymi funkcjami na zagranicznych stanowiskach bankowych Hanna Gronkiewicz-Waltz, "Demokraci.il"/UW/UD - niegdysiejszy prezydent stolicy, tow. Marcin Święcicki, "ezelde" z przyległościami - tow. Marek "Berman" Borowski oraz - "z przyczajenia" towarzysz burmistrz z pod-warszawskiego Bemowa Włodzimierz Całka, LPR - znany kryptoreklamiarz środowisk zboczeńców Wojciech Wierzejski) nie stanowią zagrożenia, gdyż - powiedzmy to oględne - nie należą do tej samej ligi.
    Jedynie spodziewana od dwóch miesięcy zamiana liderki warszawskiej struktury "Platformy Ratunkowej dla Zasłużonych Obywateli" na eksczłonkinię Unii Polityki Realnej, eksprzewodniczącą Transparenty Intl. Julię Piterową może doprowadzić do starcia przedwyborczego na odpowiednim poziomie i dostarczyć spodziewanej satysfakcji szerokim rzeszom komentatorów życia robaczkowego j-elit tzw. PRL-bis...

    Z niecierpliwością czekamy na ujawnienie pomysłów na tzw. kiełbasę wyborczą przez sztaby wyborcze ww. kandydatów do najwyższego urzędu biurokracji stołecznej.


    Brat Jarosław - polskim piewcą Aznarowskiej polityki "kapitalizmu z ludzką twarzą"? - Łukasz Perzyna o wystąpieniu sejmowym nowego premiera Jarosława Kaczyńskiego Wysłane sobota, 22, lipca 2006 przez Krzysztof Pawlak

    | Pobierz |








    Brat Jarosław - polskim piewcą Aznarowskiej polityki "kapitalizmu z ludzką twarzą"? - Łukasz Perzyna o wystąpieniu sejmowym nowego premiera Jarosława Kaczyńskiego
    Wysłane sobota, 22, lipca 2006 przez Krzysztof Pawlak

    "W obozie polskiej »prawicy« istnieją dwie tradycje, dwa stereotypy, a więc: grupy swarliwej, kłótliwej, niezdolnej do porozumienia. Takie rzeczywiście najczęściej były »prawicowe« rządy, takim był rząd m.in. premiera Buzka. Jest też dobra tradycja, wiążąca się ze zwycięstwami wyborczymi, np. wtedy gdy 1997 roku »Solidarność« pozbierała z tych kanapowych partii ruch, który pozwolił pokonać SLD. Dobre analogie można wywieść z np. rządów centroprawicowego rządu w Hiszpanii premiera Aznara, który obejmował urząd po 14 latach rządów lewicy. Jarosław Kaczyński obejmuje rządy po podobnej liczbie lat przemożnych wpływów lewicy w Polsce. Był przez cały ten okres głównym krytykiem wszelkich posunięć politycznych w kraju. Teraz z tego posunięcia Braci Kaczyńskich wynika podstawowa wada: po rządach Brata Jarosława trudno sobie wyobrazić Jego następcę" - Łukasz Perzyna, publicysta "Tygodnika Solidarność" i naszej witryny ASME, zajmuje sie interpretacją exposé sejmowego nowego premiera koalicji PiS-Samoobrona-LPR.

    Jarosław Kaczyński w swoim exposé zaproponował, by spory historyczne pozostawić historykom, czym zadziwił i zdumiał wszystkich dotychczasowych jego recenzentów. Słowa-klucze tego wystąpienia nadziej, rozwój, kapitalizm wreszcie. To też zadziwia. Polityk, który był wielokrotnie pomawiany o kwestionowanie osiągnięć "kapitalizmu politycznego" w Polsce - zręcznie je wypunktował. Z tego przemówienia wyłania się swoista, Aznarowska wizja "kapitalizmu z ludzką twarzą". Skoncentrował się na walce z bezrobociem, podobnie jak hiszpański były pierwszy minister...
    Dla wizerunku nowego rządu ważne są dwie postacie: ministra ON Antoniego Macierewicza, likwidatora WSI "zbrojnego ramienia PiS", i Stanisława Kluzy, tytułowanego przez samego Brata Jarosława "najlepszym ministrem jego rządu" - symbolizujące te dwie, wspomniane wcześniej, tradycje centroprawicy...

    Nagranie trwa ponad 13 minut i jest dostępne w Sieci do 6 VIII 2006 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




    Przyczyny lustracyjnej nerwicy - Krzysztof Mazur Wysłane piątek, 21, lipca 2006 przez Krzysztof Pawlak

    Rację miał p. Stanisław Michalkiewicz, który w niedawnym felietonie pisał, że abp. Życińskiego dopadła ostatnimi miesiącami nerwica natręctw, której kołem zamachowym jest postępujący proces ujawniania kolejnych tajnych współpracowników dawnych PRL-owskich służb. Nawet zaczynam arcybiskupa nieco żałować, gdyż domyślam się, że JE chciałby coś napisać, dajmy na to o Sartrze czy dzielić się swoim spostrzeżeniami nt. dyskonfirmowalności jako kryterium kosmologii relatywistycznej, a tu jak na złość co chwilę jakiś prymityw daje popis dziennikarstwa rodem z afrykańskiego buszu lub epoki kamienia łupanego i aż się prosi, aby wspomóc taką błądzącą owcę pasterskim napomnieniem. Wszak gdyby odpuścić sobie temat, to tacy dzicy lustratorzy ani chybi porozłaziliby się po mediach, jak nie przymierzając precjoza ukradzione przez braci Janoszów po domach PRL-owskiej elity władzy, tak że pewnego dnia moglibyśmy obudzić się w kraju bez autorytetów moralnych, a jak wiadomo - nic gorszego nie mogłoby nas spotkać.

    Kolejnym przykładem takiej antylustracyjnej retoryki w wykonaniu JE jest artykuł w "RZ" zatytułowany "Ludzkie oblicza dramatów", w którym lubelski arcybiskup zachwyca się przykładem niemalże wzorowej współpracy agenta "Jankowskiego" z zespołem "Więzi" badającym akta tej sprawy lustracyjnej. Tymczasem kilka dni wcześniej na tych samych łamach "Donos na samego siebie" złożył Ernest Sklaski, który niedawno nawrócił się z "GW" na "Rz" i ledwo się nawrócił, a nielitościwy Macierewicz umieścił jego nazwisko na liście współpracowników służb. Oczywiście już na wstępie "donosu" dowiadujemy się, że za ten niecny czyn, który abp Życiński określiłby "Szekspirem przełożonym na język tabloidów", red. Skalski wniósł sprawę przeciwko Macierewiczowi do XXV Wydziału Cywilnego SO w Warszawie, po czym jak gdyby nigdy nic przyznaje, że owszem pomagał w latach 60. służbom wywiadowczym rozpracowywać środowiska niemieckich rewizjonistów, ba!, przyznaje nawet pośrednio, że coś tam nawet mógł podpisać, chociaż dokładnie co podpisał "w związku z tym", to już nie pamięta. W latach późniejszych uważał, że dziennikarz "podobnie jak adwokat, lekarz, policjant i ksiądz, jest do rozmawiania we wszelkich okolicznościach", no więc rozmawiał z funkcjonariuszem MSW, niejakim Woźnicą, zastrzegając, że oczywiście rozmowy miały "quasi-towarzyski charakter". I oczywiście red. Skalski jest pewien, że po wystąpieniu do IPN jego teczkę "pokażą mu nie wcześniej niż za pół roku". W świetle tego co sam doniósł na siebie, raczej wątpiłbym w taką gorliwość IPN-u w pokazywaniu owej teczki, podobnie jak nikt nie chce zauważyć, że p. Zyta Gilowska jeszcze zanim była "szantażowana" przez urząd Rzecznika Interesu Publicznego, miała pewne kłopoty ze zdobyciem odpowiedniego zaświadczenia z IPN-u. Nadzieja jest, że - jak się wyraził nowy premier - sąd lustracyjny stanie na wysokości zadania i oczyści panią wicepremier z hańbiących zarzutów... Zresztą co sądowi będzie zależało skoro i tak - według przygotowanych przepisów - ma go już wkrótce nie być.
    Również ks. abp Życiński na początku wspomnianego artykułu wspomina o byłej pani wicepremier, cytując fragment listu od swojej czytelniczki, która była niegdyś oskarżona o współpracę, ale uzyskała "...w IPN dokumenty, które wykazały, że postawione jej zarzuty były bezpodstawne". Czyli jednak archiwalne zasoby IPN-u to nie tylko marna literatura chłopców z SB, skoro na podstawie uzyskanych tam informacji można wykazać bezpodstawność zarzutów, szkoda tylko, że wartościowe i wiarygodne są tylko te dokumenty i zeznania, które świadczą na korzyść lustrowanego. W drugą stronę jakoś nie chce to już działać. W dalszej części abp Zyciński nagle dokonuje olśnienia, pisząc, że SB wydobywała często od współpracownika informacje, które łatwo mogła zdobyć w inny sposób, gdyż "nie najważniejsza była przekazywana informacja, lecz oswajanie »figuranta« z funkcją donosiciela". A ile to razy słyszeliśmy argument, że informacje uzyskiwane np. od "Beaty" dotyczyły spraw drugorzędnych i dotyczyły okoliczności, o których przebiegu można było łatwo uzyskać informacje inną drogą i bez pośrednictwa osobowego źródła informacji? Nie wiadomo czy "Beata" to Gilowska, ale jednego dnia ci sami antylustratorzy podają dowód oparty na przesłuchaniu esbeka prowadzącego "Beatę", który zeznał, że nie była to Gilowska, następnie dodają, iż tenże esbek wymyślił Gilowską - "Beatę", aby chronić działającego w podziemiu jej męża, na co p. Gilowski stanowczo zaprzecza tymże ekulubracjom, a my słyszymy, że dowody oparte na esbeckiej literaturze są nic niewarte - pod warunkiem, że nie świadczą na korzyść TW! To chyba można nabrać pewnych podejrzeń co do intencji ludzi powodujących to pomieszanie pojęć i twórców owej "metodologii cynizmu".
    A dla czystości sprawy - dobrze byłoby, aby ksiądz arcybiskup Życiński zamiast pisać o dramatach o ludzkiej, ale zawsze czyjejś, twarzy, podał czy treść jego teczki pozwala wysuwać tak kategoryczne twierdzenia nt. radosnej twórczości literatów z SB. W końcu skoro każdy kleryk miał z urzędu zakładane akta sprawy, to co dopiero tak rozwojowy i dynamiczny ksiądz jak obecny arcybiskup lubelski? Dobrze byłoby, aby abp Życiński na podstawie zawartości akt dotyczących własnej osoby chociażby trochę uprawdopodobnił te tezy, które nieustannie wytacza jako oręż przeciwko tym poszkodowanym, którzy nie chcą trzymać języka za zębami. Osobiście i zapewne wielu podobnie myślących oczekuje, że tak wyraźne stanowisko w sprawie lustracji łączone z niewybrednymi atakami na osoby dążące do przedstawienia prawdy o PRL-owskim systemie zniewalania powinno być poprzedzone wykazaniem co najmniej swojej bezstronności w sprawie - nie wspominając, że weryfikacja faktograficzna faktów zawartych w aktach wydaje się najprostsza w odniesieniu do własnego życiorysu. W tej sytuacji może co najmniej dziwić, że pisząc tak dużo o sprawie lustracji i teczkowych dramatach abp Życiński czy abp Pieronek - tak mało, a właściwie praktycznie nic nie napisali czy powiedzieli o własnym doświadczeniach z lustracją - a red. Skalski wniosek do IPN-u złożył dopiero po założeniu sprawy sądowej Macierewiczowi. Chyba nadszedł czas, aby ostatecznie wyjaśnić, czy są jakieś inne przyczyny niektórych uporczywych i nie dających się odgonić natręctw niektórych osób publicznych, czy po prostu ich działalność jest zwykłym przejawem aktywności findesieclistów?

    Krzysztof Mazur

    Publicystyka Krzysztofa Mazura na ASME


    UPRzejmy punkt widzenia (21) - Wojciech Popiela Wysłane piątek, 21, lipca 2006 przez Krzysztof Pawlak

    W czasach gdy pani prof. Zyta Gilowska była jeszcze sztandarową postacią Platformy Obywatelskiej, udała się z wizytą do jednego z miast powiatowych na południu Polski. Tam w czasie spotkania z młodzieżą akademicką mówiła zupełnie rozsądnie - pomijając opowieści o państwowych obligacjach jako dobrodziejstwie dla następnych pokoleń Polaków - o tym, czego potrzebuje gospodarka i finanse publiczne, a także o żerującej na wszystkim biurokracji. Ledwo tylko wyjechała, lokalni działacze PO spotkali się z dziennikarzami, którym tłumaczyli, jak to dobrze tworzyć gminny socjalizm. Oczywiście nazwany jakoś po "europejsku".

    Wielu zwolenników wolnego rynku ciągle łudziło się i łudzi, że złakniona stanowisk jak pustynia deszczu PO chce doprowadzić do zmiany modelu państwa, w którym klasa próżniacza nie będzie siłą przewodnią. Warto jednak pamiętać, że liderzy tejże mieli już - jak się to obecnie popularnie nazywa - "pełnię władzy" i efekty znamy. Zarówno bowiem Unia Demokratyczna z panem Rokitą, jak i Kongres Liberalno-Demokratyczny z panem Tuskiem i kierowanym przez pana Wachowskiego panem Wałęsą, mogli w Polsce wedle zapisów prawnych właściwie wszystko. I w czasie gdy w Estonii rząd pana Laara robił w gospodarce owo liberalne "wszystko", oni... Zresztą, oddajmy głos panu posłowi Januszowi Korwin-Mikke: "Zarówno Unia Demokratyczna jak i Kongres Liberalno-Demokratyczny miały szanse i pokazały, że nie umieją bądź nie chcą wprowadzić gospodarki rynkowej, a haseł liberalizmu używają głównie do osłony niezrozumiałych działań, a wiadomo powszechnie, że jak nie wiadomo o co chodzi, to na ogół chodzi o pieniądze" (4/5 czerwca 1992). I jak mówi reklama pewnego piwa: nic się nie zmieniło.

    Nieliczne wolnorynkowe "wolne elektrony", które z przyczyn pragmatycznych znalazły się w koalicji rządzącej, mogą przeliczać pensję i obserwować kontynuację budowy gospodarki o modelu III RP w parlamencie. Zakładając jednak, że koalicji PiS-Samoobrona-LPR uda się przynajmniej rozmontować odziedziczoną po "okrągłym stole" władzę WSI-SB, trzeba zapytać: co dalej i czy konserwatywni-liberałowie (w które to, cudze, szatki stroi się w PO, najzabawniej pani Gronkiewicz-Waltz) z UPR zdołają mieć w tym "dalej" swój udział?

    Założenie, że się uda, ma na razie charakter życzeniowy. PZPR w różnych postaciach atakuje na wszystkich frontach w kraju i poza nim. Zaktywizowani zostali już chyba wszyscy tajni współpracownicy, nawet ci, którzy szykowali się już do wiecznej emerytury. Co bardziej żywotni plują na prezydenta i rząd, gdzie się da. Oto były członek PZPR i innych partii, pan Bronisław Geremek, mówi dla niemieckiego "Die Welt" o "przywróceniu Polsce dawnego blasku". Chodzi oczywiście o blask pookrągłostołowy. Rozprowadzany ponownie przez pana Wachowskiego pan Lech Wałęsa, wobec którego Polacy popełnili powierzenie mu stanowiska prezydenta Polski, mówi dla niemieckiego "Der Spiegel", że aktualny prezydent i premier Polski to "ludzie bez niezbędnego formatu". To, z uwagi na spostrzeżenie pana A. Macierewicza, że dwa komplety mikrofilmów z materiałami służb specjalnych znajdują się poza granicami Polski (na wschodzie i na zachodzie), specjalnie nie dziwi. Dziwić może tylko bezgraniczny tupet. Nie mniejszy niż tupet przedstawiciela izraelskiego rządu w Polsce, który wsłuchując się w przekaz pana Bartoszewskiego dla "społeczności międzynarodowej", skorzystał z okazji, by destabilizować sytuację i próbować ustalać skład polskiego rządu z racji zmiany premiera. Polski ambasador w Izraelu na razie powstrzymuje się szczęśliwie przed zastrzeżeniami typu: pani Cipi Livni, ministerka Spraw Zagranicznych, nie powinna być w rządzie Izraela z uwagi na służbę oficerską w Mossadzie.

    Szczęśliwie, po zajrzeniu do teczek co niektórych autorytetów w sutannach, z tej strony ataki przycichły. Jeszcze tylko ostatnie antylustracyjne tchnienia JE abp. Życińskiego, będące raczej prośbami o "niski wymiar kary" dla donosicieli. Najzabawniejszym wydarzeniem ostatnich dni były w tej dziedzinie reakcje na publikację w "Więzi". Oto salonowe media doniosły, że ks. Czajkowski "się przyznał", co budzi szacunek itd., itp. "Przyznać" to się mógł rok, dwa, trzy czy dwadzieścia lat temu. Obecnie został zdemaskowany bez żadnych wątpliwości jako długoletni agent SB. I po kilku tygodniach raczył powiedzieć "przepraszam", wcześniej pouczając całą Polskę z - jak się zapewne wydawało - ultra bezpiecznej pozycji czołowego polsko-żydowskiego dialogowca. Jeszcze wypada poczekać na nazwiska jednego bądź dwóch księży agentów, którzy według aktualnej wiedzy historyków w latach 90. zostali w Polsce biskupami. O kontrofensywie zwolenników prawdy świadczy dobrze wypowiedź ks. Isakowicza-Zaleskiego domagającego się przeprosin od JE abp. Życińskiego za połajanki kierowane wobec ludzi ujawniających prawdę. Gdy już JE będzie przepraszał, mógłby przy okazji przeprosić pana Stanisława Michalkiewicza za "rekordzistę prymitywizmu moralnego". Zdaje się, że rekordzistą zostanie jednak któryś z salonowych kapłanów wymachujących moralnością i kapujących komunistycznym służbom specjalnym przez całe lata na przyjaciół, za "worek, korek czy rozporek".

    By się udało, PiS wymieniło premiera. O poprzednim pisałem obszernie w poprzednim "UPRzejmym punkcie widzenia", więc dla stałych Czytelników nie było to zaskoczeniem. Co innego dla mediów i ludzi żyjących telewizorem. Ci ostatni byli nawet zrozpaczeni. Jedna z pytanych pań martwiła się: co teraz będzie, tyle dobrego miał dla nas zrobić... Jak pokazują bowiem dane przedstawione w siedzibie wrocławskiej UPR przez pana prof. Witolda Kwaśnickiego http://www.wroclaw.upr.pl/downloads.php?cat_id=8 - całe rzesze Polaków kochają socjalizm (wierzą, że rząd może im "dać") i ani im w głowie propagowany przez UPR model państwa streszczający się w słowach "Nie kradnij!" czy w zdaniu: generalnie każdy powinien płacić za siebie, chyba że ktoś dobrowolnie chce komuś pomóc. Nie tylko zwykli obywatele. O ile mi wiadomo, bez echa pozostał "List dotyczący bezrobocia w Polsce" skierowany do Konferencji Episkopatu Polski przez Polonię. http://www.kapitalizm.republika.pl/pafere/list.html i http://www.kapitalizm.republika.pl/pafere/glosa.html

    A wracając do poprzedniego rządu. Odpowiadając na sugestię jednego z naszych Sympatyków, uruchomiliśmy (graficzną formę umieścimy na stronie głównej) roboczo nazwany "Licznik Prawdy o Rządzie". Co prawda, nie samą ekonomią żyje człowiek, ale rządy polegające na ciągłym zadłużaniu mogłyby sprawować nawet osoby o IQ 5. No, może 50. Cóż prostszego niż "rolować" długi i rozdawać pożyczone pieniądze dla zyskania popularności? Pan premier Marcinkiewicz dziedzicząc wiekopomne dokonania poprzednich profesorów na stołku ministrów finansów i decyzje światłych parlamentarzystów oraz prezydentów, rozpoczynał z długiem na głowę pracującego Polaka (wliczając w to rolników i przyjmując okrągłą liczbę 13 mln ludzi) wynoszącym 33.538 zł. Gdy po ośmiu miesiącach kończył, według szacunków, dług każdego z nas wzrósł o prawie 3 tysiące zł. Szczegóły poznamy wg planów Ministerstwa Finansów 20 lipca. A na razie można się z tym zapoznać na tej stronie: http://www.upr.org.pl/main/artykul.php?strid=1&katid=74&aid=3276

    Równocześnie życzymy Państwu, by nowy premier przynajmniej nie dodał to tego ani złotówki. Jak zakończą się rządy pana premiera Jarosława Kaczyńskiego, tj. ile pozostawi nam do spłacenia, pokaże czas.
    Pozostaje jeszcze wrócić do odpowiedzi na pytanie: co dalej, i czy obecni, i byli Członkowie UPR, jak też kilkaset tysięcy naszych sympatyków, będą chcieli realnie wpłynąć na bieg wydarzeń, czy też dbając o własne sprawy i unikając wyrzeczeń, jakie wiążą się z działalnością w partii, której sympatycy zmuszeni są finansować inne partie, pozostaniemy tylko obserwatorami socjalistycznych poczynań rządzących? Jak zawsze można liczyć na młodzież (w tym ciągle rosnącą Sekcję Młodzieżową UPR), która będąc pod bezpieczną opieką rodziców, nie odrzuca ideałów w imię życiowego pragmatyzmu. Młodzież jednak nie wystarczy. Potrzebnych jest setki, a może tysiące głów i tysiące rąk. Gdyż - jak stwierdza pan prof. Wojciechowski - UPR jest mała.
    http://www.upr.org.pl/main/artykul.php?strid=1&katid=74&aid=3284

    I może mniej potrzeba rad, a więcej pracy. Otrzymujemy bowiem mnóstwo różnych rad. A to mamy być częściej w telewizji (najlepiej w głównych wiadomościach), a to mamy robić częściej wszelkie akcje, a to mamy być bardziej widoczni w miastach i wsiach. Mamy też być znani i lubiani, a nasza kampania wyborcza pełna rozmachu i nowoczesnych sposobów docierania do wyborców. Nasz program nieugięty, nasz stosunek do rządu bezwzględny i zawsze "anty", niezależnie od posunięć, według jednych mamy eksponować panów JKM i SM, według innych świat ma o Nich nigdy więcej nie usłyszeć itd., itp. I choć w olbrzymiej części są to słuszne i cenne uwagi, to przychodzi mi na myśl spostrzeżenie jednego z zawsze pomagających nam przedsiębiorców, który od lat powtarza: "Wojtek, ponieważ nie płacicie funkcyjnym, to do gadania i radzenia będziesz zawsze miał ludzi. Do finansowania tego już garstkę, a do roboty niemal nikogo. A wszyscy będą oczekiwali cudu. Najgłośniej ci, którzy najmniej robią".

    Wszystkich więc, którzy dobrze nam życzą i wierzą, że niepodległa Polska musi się opierać na niepodległych jednostkach, prężnych gospodarczo i budujących materialną i duchową siłę Ojczyzny - proszę, by prócz pomysłów mających przyspieszyć realizację naszych marzeń o Polsce - pomogli nam w sposób bardziej konkretny. Pracą, zaangażowaniem i pieniędzmi. Skoro twierdzimy bowiem, że kapitalizm jest najlepszym rozwiązaniem dla Polski, pamiętajmy, że kapitalizm to wytrwała, mądra praca i kapitał. Nasze koła, oddziały i okręgi potrzebują ludzi. Ludzi, którzy zainwestują w lepszą Polskę swój czas, swój rozum, swoje znajomości, możliwości i swoją pracę. Ludzi, którzy czując "po UPR-owsku", zechcą wspierać wyznawane przez nas idee swoim słowem, kontaktami z mediami, spotkaniami z ludźmi i pomaganiem im w zmaganiach z biurokratycznym państwem. Tych, którzy nie mogą z różnych przyczyn pomóc pracą, zachęcam do pomocy materialnej. UPR nie korzysta z pieniędzy publicznych. Pieniądze naszych sympatyków zabierają pod podatkowym przymusem i bez cienia wstydu inne, konkurencyjne partie, "bo inaczej będą się korumpować". Każdego roku są to dziesiątki milionów złotych... Takiej sile finansowej próbujemy się przeciwstawić. Co prawda Dawid wygrał z Goliatem, ale musiał mieć choćby procę... Każdy z nas wie, że nie ma nic za darmo. Nie łudźmy się, że partia będzie dobrze funkcjonowała bez pieniędzy. Nie będzie.

    Ruszyły też prace związane z RADIEM UPR. Chętnych do pracy w tym znakomitym dziele odsyłam bezpośrednio na stronę radia: http://www.radioupr.pl

    Apeluję też do odważnych Sympatyków i Członków o pilne zapełnianie list do Sejmików Wojewódzkich. Musimy w nich wystartować samodzielnie. Inaczej słuch o nas zaginie, a jest to szansa, której długo mieć nie będziemy. Jeśli nie będziemy startować samodzielnie, "sondażownie" nawet nie będą o nas pytać. Gdy nie będą pytać, ludzie swoje głosy oddawać będą innym. Wystawienie samodzielnej reprezentacji UPR do Sejmików Wojewódzkich da UPR powrót na ogólnopolską scenę polityczną. To bardzo ważna gra i duża stawka. Stąd ponowienie apelu o zaangażowanie: nie stójcie obok! Potrzeba nam wiernych kibiców, ale jeszcze bardziej potrzeba nam zawodników, którzy mają wolę walki i zwycięstwa!

    Wojciech Popiela

    Publicystyka Wojciecha Popieli na ASME.


    UPAMIĘTNIĆ BOHATERÓW - Antoni Zambrowski Wysłane piątek, 14, lipca 2006 przez Krzysztof Pawlak

    W Dzień Dziecka 1 czerwca br. odsłonięto w Warszawie pomnik Janusza Korczaka - bohaterskiego pedagoga polskiego, który dobrowolnie poszedł na śmierć, aby nie pozostawić bez opieki swych wychowanków z żydowskiego domu dziecka, wywożonych przez niemieckich okupantów z warszawskiego getta do obozu zagłady w Treblince. Przy odsłonięciu pomnika były obecne delegacje szkół, noszących imię Janusza Korczaka z całego naszego kraju. Janusz Korczak zasłużył na swój pomnik swymi odkrywczymi pracami z zakresu pedagogiki, uroczymi książkami dla polskich dzieci oraz swym bohaterskim zgonem. Mając do wyboru dobrowolną śmierć u boku swoich wychowanków lub nadzieję na uniknięcie, lub przynajmniej odroczenie śmierci na czas jakiś, wybrał to pierwsze, odrzucając zasadę więzienną: zdechnij ty dziś, zaś ja po tobie. Wilcza ta zasada opisana przez pisarza rosyjskiego Aleksandra Sołżenicyna obowiązywała (i niestety nadal obowiązuje) w warunkach zagrożenia życia, gdy ludzie walczą o przetrwanie kosztem swoich bliźnich. Obowiązywała w hitlerowskich obozach koncentracyjnych oraz stalinowskich łagrach, jak również w warszawskim getcie. Na kilka lat przed Januszem Korczakiem tę zasadę zachowania odrzucił, wybierając dobrowolną śmierć w zastępstwie innego więźnia niemieckiego obozu koncentracyjnego w Auschwitz, słynny polski zakonnik, franciszkanin z Niepokalanowa, św. Maksymilian Maria Kolbe, wyniesiony za to przez Kościół na ołtarze.
    Warto jeszcze dodać, że Janusz Korczak pochodził z spolonizowanej rodziny warszawskiej o żydowskich korzeniach (nazywał się naprawdę Henryk Goldszmit), nie wyznawał nigdy judaizmu i nawet nie znał języka żydowskiego. W II RP prowadził jako pedagog sierocińce zarówno dla dzieci żydowskich, jak polskich i chrześcijańskich (Nasz Dom). Po klęsce wrześniowej 1939 roku demonstracyjnie chodził w mundurze polskiego oficera, do warszawskiego getta trafił na podstawie hitlerowskich przepisów rasowych.
    Janusz Korczak jest niewątpliwie polskim bohaterem, choć swą sławę światową zawdzięcza Żydom. Wysuwam taką gorzką supozycję, gdyż fakty wskazują, że niestety nie umiemy w Polsce dbać o pamięć naszych bohaterów. Dowodzi tego milczenie panujące wokół zbiorowego bohaterstwa załogi szpitala dla umysłowo chorych pod wezwaniem św. Jana Bożego przy ul. Bonifraterskiej w Warszawie. W czasie Powstania Warszawskiego 1944 roku był tam szpital polowy dla żołnierzy AK, ale leczono na równi z nimi rannych jeńców niemieckich. Po zajęciu szpitala przez Niemców w znak wdzięczności za to byli oni gotowi uwolnić personel szpitala. Zamierzali natomiast wystrzelać w myśl hitlerowskiej praktyki mordowania jako niepotrzebnie żyjących wszystkich leczonych w szpitalu umysłowo chorych. Cały polski personel medyczny - lekarze oraz pielęgniarze odmówili opuszczenia swych pacjentów i wraz z nimi zginęli z rąk hitlerowców. Ten akt zbiorowego bohaterstwa jest znany jedynie nielicznym historykom Warszawy. Upamiętnia go nader skąpa informacja na tablicy przy wejściu do kościoła pw. św. Jana Bożego. Podczas jednej z pielgrzymek ojca świętego Jana Pawła II usiłowałem namówić warszawskich organizatorów pielgrzymki do zwrócenia uwagi na to miejsce. Chciałem, by ojciec święty Jan Paweł II po nabożeństwie pod pomnikiem na Umschlagplatz ku czci pomordowanych przez hitlerowców warszawskich Żydów oraz przy pomniku ku czci Polaków wywiezionych na nieludzki Wschód odmówił również odpowiednią modlitwę w intencji wymordowanych przez hitlerowców pacjentów i bohaterskiego personelu medycznego szpitala pw. Jana Bożego. Moje propozycje zignorowano. Może niniejszy artykuł posłuży przypomnieniu zbiorowego bohaterstwa polskich lekarzy i pielęgniarzy, poległych u boku swych pacjentów z rąk niemieckich narodowo-socjalistycznych morderców. Ma to swój odpowiedni wydźwięk w dobie lewicowej propagandy eutanazji.

    Antoni Zambrowski

    Artykuł pierwotnie ukazał się w tygodniku "Gazeta Polska"

    Publicystyka Antoniego Zambrowskiego na ASME


    Z ilu wicepremierów składać się będzie nowy gabinet? - Łukasz Perzyna o freudowskich wypowiedziach nowego premiera Wysłane piątek, 14, lipca 2006 przez Krzysztof Pawlak

    | Pobierz |








    Z ilu wicepremierów składać się będzie nowy gabinet? - Łukasz Perzyna o freudowskich wypowiedziach nowego premiera
    Wysłane piątek, 14, lipca 2006 przez Krzysztof Pawlak

    "Sztuka tworzenia rządu wyraźnie się w Polsce profesjonalizuje, gabinet premiera Jarosława Kaczynskiego nie powstawał w nocnych ustaleniach w hotelu rządowym przy Parkowej w Warszawie, jak za czasów AW»S«, tylko - w godzinach pracy, urzędowych, w siedzibie Prawa i Sprawiedliwości przy ulicy Nowogrodzkiej, a więc tam, gdzie wykuwało się podwójne zwycięstwo wyborcze PiS w zeszłych wyborach. Można powiedzieć, że w jakiś sposób dopiero teraz Bracia Kaczyńscy zbierają owoce tamtego sukcesu. Kazimierz Marcinkiewicz miał być premierem obliczonym na koalicję z Platformą Obywatelską i w znacznej mierze pod kątem tamtej koalicji dobranym. Nawet jeżeli Jarosław Kaczyński był już wtedy przekonany, by do tej koalicji nie dopuścić - to wydaje się wątpliwe, by ta wiedza była udziałem ówczesnego nominata. Kazimierz Marcinkiewicz odszedł w dobrej atmosferze, zdołał wywindować swoje notowania w rankingach popularności do niemal 80% poparcia. Warto pamiętać jednak, że Tadeusz Mazowiecki na początku swojej misji legitymował się podobnym poparciem. Waldemar Pawlak - jako premier SLD-owsko-PSL-owskiego rządu też miał fantastyczne notowania. Później przyszły sprawy Buchacza i innych ministrów »ludowych«, prywatyzujących co się dało, którzy domyślili się trafnie, że druga okazja do kleptokracji się już nie zdarzy" - Łukasz Perzyna, publicysta "Tygodnika Solidarność" i naszej witryny ASME, przeprowadza analizę pierwszych godzin istnienia nowego gabinetu "patriotycznego" ugrupowania PiS.

    Sondaże publikowane przez ośrodki zmawiania "pogody politycznej" pozwoliły na wzięcie przez PiS całości władzy we własne ręce. Samoobrona nie będzie przez pewien czas nic złego dla prawicawego ugrupowania robić - bo notowania w hipotetycznych ponownych wyborach nie dają jej lepszego wyniku niż ma obecnie. LPR w ogóle się już nie liczy - ciągle dostaje wyniki poniżej progu wyborczego. Wystarczyło jedno spotkanie Jarosława Kaczyńskiego z towarzyszem wicepremierem, marszałkiem, doktorem Andrzejem Lepperem, by żądania dostępu do kolejnych urzędów dla jego kamratów zostały obrócone przez tego drugiego w żart. Pojawił się nowy sygnał - o próbie wmontowania Antoniego Macierewicza w budowanie służb wojskowych, kontrwywiadu i wywiadu wojskowego demokratycznego państwa - w miejsce komunistycznych WSI. Natychmiast uaktywnił się znany propagator środowisk pederastycznych z LPR Wojciech Wierzejski, który ostrzegł nowego premiera przed "braniem na pokład awanturników politycznych". Jarosławowi K. udało się ponownie zamieszać wśród swoich koalicjantów... Brat Jarosław dokonał też kontrolowanej pomyłki freudowskiego typu - wymieniając liczbę PIĘCIU wicepremierów...

    Nagranie trwa prawie 11 minut i jest dostępne w Sieci do 26 VII 2006 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




    Pałac Prezydencki RP: "Rozkaz wypełniony: kant-rewolucja zaczęła się, panie Prezesie!" Wysłane piątek, 14, lipca 2006 przez Krzysztof Pawlak

    14 termidora... Nie, to nie tak się ma zacząć. A więc: 14 lipca, dzisiaj, mamy zaprzysiężony NOWY, "NASZ" rząd pod światłym kierownictwem Wielkiego Oratora i Słońca Mazowsza Brata Jarosława - wreszcie... "Zmiany, które będziecie wprowadzać, zrodzą opór. Musicie go przełamać" - powiedział Brat Lech, prezydent, zwracając się do nowego premiera i ministrów". Reforma finansów publicznych, budowa autostrad oraz mieszkań, wykorzystanie środków z funduszy unijnych, przyspieszenie zmian w prawie, skuteczna polityka zagraniczna, będą w najbliższym czasie priorytety rządu. "Chciałbym, aby Rada Ministrów wypełniła te wszystkie obowiązki przedłożone społeczeństwu na początku 2006 roku, żeby można było powiedzieć, że to, co obiecaliśmy, to zrealizowaliśmy« - oświadczył Brat Jarosław, Prezes, Premier.

    Po warszawskiej, choć nie tylko, ulicy, sławnej od czasów walki humorem z okupantem najpierw niemieckim, potem sowieckim, krąży już dowcip, który zręcznie oddaje atmosferę minionych i nadchodzących dni: "Ludzie ze WSI mówią, że nadchodzi czas na wykopki. Owszem, ten czas nadejdzie, ale - we wrześniu - że by się nam kartofle nie zmarnowały!". Jedna z obiecanek przedwyborczych - "tanie państwo" wg PiS-ologii będzie odtąd stało burakami...? Do współczesnych "wykopków" nie potrzeba batalionów ZOMO i innych funkcjonariuszy o wątpliwych i mało przydatnych w socjo-agrotechnice kwalifikacjach, jak to się odbywało cyklicznie w PRL właściwej. Zużyty do cna elektorat, przejęty przez prawicawe ugrupowanie z objęć PZPR-erii, zostanie na przyzbie z butelką jabcoka w łapie i wzrokiem wbitym w klepisko. Polska Solidarna na pewno ich jakoś wyżywi do końca ich dni, byle nie awanturowali się zanadto. Bo prawdziwe problemy będą rozwiązywane przez kolejną nomenklaturę - tym razem "właściwą" i "patriotyczną" - na innych poziomach redystrybucji pieniędzy podatników, którymi opiekują się z coraz większą zapalczywością "meneczerowie" Populizmu i Socjalizmu.
    Nikt z przytomnych obserwatorów obrotowej sceny politycznej "regionu polskiego" UE, do której zanszlusowania się RP namawiali jak najbardziej prominenci PiS, nie wymagał od nich przy wrzuceniu kartki do urny wyborczej specjalnych zdolności do wdrażania programu odbiurokratyzowania gospodarki, znając ich zapatrywania na "państwowotwórcze" działania swojego obozu i widząc m.in., jakie to typy doszlusowywały do ekipy mającej widoki na zwycięstwo w zeszło jesiennych wyborach - vide choćby grupka tzw. koliduprów, których pozbyć się z powodu ich chronicznej nieudolności "meneczerskiej" i "markiengiarskiej" musiała ze swych władz UPR. Dołączenie Ligi Polskich Rodzin i Samoobrony do rządzącego ugrupowania i utworzenie specyficznego, "patriotyczno-narodowo-socjalistycznej" koalicji wzmogło tendencje etatystyczne, służące zaspokojeniu apetytów działaczy trzech grup politycznych na finansowane przez przymuszonych aparatem fiskalnym podatników stołki. Warto przytoczyć sentencję powtarzaną od kilkunastu lat przez działaczy Unii Polityki Realnej: "koryto się nie zmienia, tylko siedzące przy nim świnie". Trafność tej obserwacji ma pełne potwierdzenie w niedawno opublikowanych w mediach konstatacjach samych zainteresowanych - czyli prominentów PiS.

    Niezbyt życzliwa obecnej ekipie administracji państwowej, popierająca jawnie szalupę ratunkową środowiska ROAD/UD/UW - Platformę Obywatelską, redakcja dziennika "Rzeczpospolita" w wydaniu swej gazety z 07.07.2006 r. opisała fiasko jednego z najbardziej chwytliwych haseł wyborczych, pod którymi szło do zwycięstwa owe"prawe" ugrupowanie:
    "Program PiS »Tanie i sprawne państwo« miał przynieść pięć miliardów złotych oszczędności. Dziś w rządowym raporcie mówi się tylko o sprawnym państwie.
    - W programie przedwyborczym nasze apetyty były bardzo duże - przyznaje poseł PiS Artur Zawisza. - Gdy zaczęliśmy rządzić, okazało się, że plany trzeba zweryfikować. Dodaje, że szanse przeprowadzenia choćby części zapowiadanych zmian miał ocenić specjalny zespół, którym kierował minister Mariusz Błaszczak z Kancelarii Premiera. Zakończył on prace pod koniec czerwca. Raport z ich przebiegu powinien być znany na początku lipca, ale jego pisanie się przedłuża.
    Dokument jest jeszcze tajemnicą, »Rz« udało się jednak dowiedzieć, co w nim jest. Przede wszystkim nie uda się zlikwidować wszystkich agencji i funduszy, o których była mowa wcześniej. Plany w tym zakresie mogą zostać zrealizowane w połowie. Także zwolnienia urzędników i ograniczenia wyjazdów samochodów służbowych nie przyniosą takich oszczędności, jakie planowano. Zamiast 570 mln zł mogą dać niespełna połowę tej sumy. (...) Oszczędności próbuje szukać też minister finansów, który zalecił samorządowcom, aby kupowali mniej ciastek i kawy oraz zmniejszyli o 10 procent pensje urzędników".

    Doskonale z powyższym tekstem koresponduje wyjątkowo mało nagłośniony artykuł z brukowca "Super Ekspress" z tego samego dnia, w którym można uzyskać odpowiedź na pytanie o przyczyny tej zadziwiającej niemocy prawicawego ugrupowania w dziele naprawy państwa:
    "Skandal! Miało być tanie państwo, tymczasem PiS chce dać managerom z politycznego nadania nawet 10-tysięczne podwyżki! Projekt zmian tzw. ustawy kominowej został właśnie przyjęty przez rząd.
    Dotychczas szefowie firm w całości bądź w większości należących do Skarbu Państwa nie mogli zarabiać więcej niż 6-krotność przeciętnego wynagrodzenia w sektorze przedsiębiorstw, czyli 15,2 tys. zł. Wkrótce mogą otrzymać nawet 25 tys. plus 15-tysięczną premię!
    Pomysł rządu zakłada, że członkowie zarządów w spółkach zatrudniających co najmniej 100 pracowników i osiągających roczne przychody w wysokości 20 mln euro będą mogli zarobić 8-krotność przeciętnego wynagrodzenia. Ci ze spółek z minimum 500 pracownikami i przychodem nie mniejszym niż 100 mln euro - 10-krotność przeciętnej pensji. Plus wspomniana premia za dobre wyniki. (...)".

    Dylemat - wierna urzędnicza kadra, czy wierny i zadowolony z pozostawienia w jego kieszeniach większej sumy pieniędzy elektorat - został oczywiście bez skrupułów rozstrzygnięty przez znanych od lat z fascynacji etatystycznymi rozwiązaniami liderów PiS. I nie można mieć do nich pretensji, wiedząc, że pomysły na likwidację "układu" post(?)komunistycznych służb specjalnych i poprzedniej nomenklatury sowiecko-pzpro-wskiego chowu upatrują w takiej, a nie innej analizie ostatnich kilkudziesięciu lat rządów kolaborantów sowieckich okupantów Polski i wyciągniętych z niej wniosków, które polegają nie na likwidacji struktur ośmiornicy post(?)komunistycznej - biurokratycznej przyczyny niemocy państwa - ale w jej przejęciu w nadziei na wzmocnienie "własnej, patriotycznej" strony sceny politycznej.

    Ci, którzy wrzucili kartki z poparcie dla PiS w zeszłorocznych wyborach, w większości wyrazili nadzieję na zapoczątkowanie zmiany w mechanizmie rządzenia dotychczasowej PRL-bis, w której głównym rozgrywającym były - i nadal są - służby specjalne PRL, zwane "układem", czyli SS PRL: WSI i SB/UOP?ABW+AW. Tylko do tej, a nie żadnej innej pracy zostali "wynajęci" przez polskie społeczeństwo politycy z opisywanego prawicawego ugrupowania - oczywiście przy okazji powinno dojść do jakościowej zmiany na polu gospodarczym, gdzie działania funkcjonariuszów SS PRL miały i nadal mają swoje przemożne efekty, gdyż tak został ten "układ" zaprojektowany przez "cud-stoliczku" w trakcie "umowy społecznej" w podwarszawskiej Magdalence, w willi MSW PRL, pod czujnym okiem tow. "gienierała MO" Czesława Kiszczaka - oraz wybranych przez niego, starannie "kwalifikowanych" opozycjonistów ze środowisk kontestujących "niedomogi socjalistyczne" KSS KOR, pod egidą tow.tow. Michnika, Kuronia, Geremka i tak dalej...
    Bracia Kaczyńscy mają mandat do przeprowadzenia jesiennych wykopków na WSI i przyległych do nich poligonach i tylko tego powinno się po nich oczekiwać.

    Niczego więcej...

    Krzysztof Pawlak

    Publicystyka Krzysztofa Pawlaka na ASME


    INNI ROSJANIE - Antoni Zambrowski Wysłane czwartek, 13, lipca 2006 przez Krzysztof Pawlak

    Podczas "pomarańczowego" wiecowania na Majdanie Niepodległości w Kijowie w grudniu 2004 roku znany poeta ukraiński Iwan Dracz zwrócił się z apelem do rosyjskich demokratów. Jako były przewodniczący ukraińskiego Narodowoho Ruchu za perebudowu zaapelował do nich o poparcie dla "pomarańczowej" rewolucji wbrew stanowisku prezydenta Władimira Putina. Na jego apel odezwała się m.in. sędziwa wdowa po prof. Andrieju Sacharowie, która napisała: "Drogi Iwanie Dracz, popieram w całej rozciągłości Pana list. Niestety ze względu na wiek oraz stan zdrowia nie mogę przebywać z wami na Majdanie. Tym niemniej traktuję wszystkich uczestników »pomarańczowej rewolucji« jako bojowników przeciwko upaństwowionemu kłamstwu tak charakterystycznemu zarówno dla ukraińskiej, jak i rosyjskiej państwowości. W swoim czasie Andriej Sacharow mówił: »Kłamstwo powinno zniknąć z naszego wspólnego życia«. Walka o uczciwe wybory bez przekrętów - to najważniejsza walka o prawdę w społeczeństwie. Jelena Bonner".
    Podczas tegorocznych wyborów prezydenckich na Białorusi w ślad za starszym pokoleniem rosyjskich demokratów poparcie dla demokracji wyraziła młodzież moskiewska. Następnego dnia po niedzielnych wyborach - 20 marca br. sympatycy demokratów białoruskich przeprowadzili pikietę pod ambasadą Białorusi w Moskwie. Uczestnicy pikiety trzymali transparenty z hasłami popierającymi kandydata na prezydenta z ramienia opozycji demokratycznej i niepodległościowej Aleksandra Milenkiewicza. Wraz z młodzieżą demonstrowała swe poparcie dla przemian na Białorusi znana opozycjonistka Waleria Nowodworska. Organizatorzy pikiety uzyskali zgodę władz, więc milicja nie interweniowała. W następną - po wyborczej - niedzielę 26 marca około 50 osób demonstrowało pod siedzibą Ministerstwa Spraw Zagranicznych Rosji na placu Smoleńskim w Moskwie. Domagali się oni przyłączenia się Rosji do podjętych przez Unię Europejską sankcji wobec reżymu Aleksandra Łukaszenki za karę przeciwko fałszowaniu wyników wyborów. Tym razem milicja moskiewska zatrzymała siedmiu uczestników protestu. Moskiewska TV nie informowała o tych wydarzeniach i dowiedziałem się o nich z niejakim opóźnieniem dzięki informacjom amerykańskiej rozgłośni rosyjskojęzycznej "Swoboda" (Liberty), zamieszczonym w internecie.
    Tak trwa sztafeta pokoleń, rozpoczęta manifestacją protestacyjną rosyjskich dysydentów, wśród nich poetki Natalii Gorbaniewskiej, przeciwko interwencji zbrojnej państw Układu Warszawskiego w bratniej Czechosłowacji w sierpniu 1968 roku. Natasza Gorbaniewska przemyciła wtedy na plac Czerwony w wózeczku swego małego synka Josifa transparent z hasłem polskich powstańców "Za wolność waszą i naszą". Te hasło wciąż pozostaje aktualne.

    Antoni Zambrowski

    Artykuł pierwotnie ukazał się w tygodniku "Gazeta Polska"

    Publicystyka Antoniego Zambrowskiego na ASME


    Gdzie Jedwabne z świeżo nawróconym ministrem Giertychem - a gdzie WOŁYŃ z kilkuset tysiącami zamordowanych Polaków i kompletnym milczeniem w mediach? - Wojciech Popiela, prezes UPR, o imponderabiliach polskich Wysłane czwartek, 13, lipca 2006 przez Krzysztof Pawlak

    | Pobierz |








    Gdzie Jedwabne z świeżo nawróconym ministrem Giertychem - a gdzie WOŁYŃ z kilkuset tysiącami zamordowanych Polaków i kompletnym milczeniem w mediach? - Wojciech Popiela, prezes UPR, o imponderabiliach polskich
    Wysłane czwartek, 13, lipca 2006 przez Krzysztof Pawlak

    "W cieniu zmiany gabinetu minęła wczoraj 63. rocznica rzezi na Wołyniu. Co ciekawe - czy to z racji »gorącego« okresu politycznego, czy to z racji politycznej poprawności, czy to z racji trendu w polityce zagranicznej - media o tym nie wspomniały. Zginęło tam ponad 200 tys. Polaków - za to tylko, że byli Polakami. Zostali w sposób nieznany w innych miejscach w XX wieku po prostu wyrżnięci - i jest zadziwiające, że polskie władze o tym milczą. Być może jakimś przyczynkiem do takiego braku reakcji jest chęć utrzymania dobrych stosunków z Ukrainą, niemniej jednak cena wdaje się być raczej wysoka, tym bardziej, że nasze »knowania« na Ukrainie wydają się kończyć fiaskiem - albo ocena zachodzących tam spraw była niezbyt dobra, albo uwierzyliśmy komuś chyba zbyt pochopnie, bo tak naprawdę nie wiadomo, jaka będzie tam sytuacja. To jest tak, jakbyśmy przestali mówić o 1 września 1939 roku czy 17 września w nadziei na chęć poprawy stosunków z Niemcami czy Rosją. Dziwi to tym bardziej, że mamy obecnie podobno rząd wyjątkowo »patriotyczny« czy »narodowy«" - Wojciech Popiela, prezes UPR, zastanawia się nad stanem imponderabiliów polskich.

    W trakcie kolejnej rocznicy wydarzeń w Jedwabnem pojawił się w tym miasteczku minister edukacyjny Roman Giertych, choć zaledwie przed kilkoma dniami ambasadorem Izraela "popisał się" wystąpieniem o swoistym bojkocie tego polityka, na szczęście rząd w Tel Awiwie jest zbyt zajęty Strefą Gazy i kłopotami w swoim kraju, by jeszcze bardziej stanowczo domagać się konsultacji z nim w procesie ustalania składu rządu w Warszawie.
    Zbliża się termin 30 września, kiesy to służby specjalne "wojskowe" zostaną "przepytane" i "coś z nimi ma być uczynione". Co mogą zrobić ich funkcjonariusze? Mogą albo starać się doprowadzić do wstrzymania tego procesu, albo - tak opanować komisje, które będą sprawdzać "kto z kim" - by wszystko pozostało po staremu. Jak się wydaje - wszystko będzie prowadzone dwutorowo... Właśnie wczoraj, w środę 12 lipca SLD złożył wniosek o niekonstytucyjność tej ustawy o zmianie służb "wojskowych".
    Są jednak oznaki zmian - jakąś pani z telewizji publicznej przyznała w wywiadzie dla nieocenionej "GW", że nigdy jak dotąd nie było tak, by przy okazji zmiany rządu wymieniano całe redakcje dziennikarskie...
    Ciekawostką jest także to, że tygodnik kojarzony z UPR "NCz!" napisał, że obecny prezes UPR "wychwalał" byłą premierkę Zytę Gilowską, co spowodowało uśmiechy pobłażania i zadziwienia wśród wielu członków UNII POLITYKI REALNEJ - znających stanowisko Wojciecha Popieli w tej sprawie... Jak widać, jakość analizy politycznej tego pisma gwałtownie obniża loty...

    Nagranie trwa prawie 12 minut i jest dostępne w Sieci do 26 VII 2006 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




    STANISŁAW MIKOŁAJCZYK O POGROMIE KIELECKIM - Antoni Zambrowski Wysłane czwartek, 13, lipca 2006 przez Krzysztof Pawlak

    Obchody 60. rocznicy pogromu kieleckiego daje sposobność do przypomnienia, co pisał na ten temat premier rządu RP na uchodźstwie w Londynie Stanisław Mikołajczyk. Po ucieczce z Polski Ludowej w październiku 1947 r. udał się on na Zachód i tam napisał wspomnienia pod tytułem "Rape of Poland". Ostatnio zostały one wydane w Polsce pod tytułem "Polska zgwałcona". Opisuje on w nich m.in. terror UB wobec działaczy Polskiego Stronnictwa Ludowego, kierowanego przez Stanisława Mikołajczyka: "Władysław Kojder, członek naszego Komitetu Wykonawczego, przestał nagle przychodzić na zebrania. Na poprzednim zjeździe wojewódzkim w Krakowie przemawiał bardzo wymownie przeciw dalszej obecności Armii Czerwonej i wzrastającemu nasileniu terroru służalców UB. Dowiedzieliśmy się później, że sekretarz komunistycznej partii (właściwie PPR - uwaga AZ) w Przemyślu i major Sobczyński, naczelnik Urzędu Bezpieczeństwa w Rzeszowie wyciągnęli go z domu. Jego ciało znaleziono w pobliskim lesie. Było w nim trzydzieści kul". (str. 121)
    Następnie opisuje on, jak komuniści z PPR sfałszowali wyniki referendum i dodaje: "Równocześnie z tym rozpoczęto ataki na ludność żydowską w nadziei, że uda się odwrócić uwagę Zachodu od tak bezczelnie sfałszowanego referendum.
    W Częstochowie powiedziano ludziom, że na rynku będzie wystawiony wielbłąd - część żywego inwentarza Armii Czerwonej. Gdy ludzie zebrali się, aby oglądnąć zwierzę, ubecy przebiegali wśród tłumu, wznosząc okrzyki: »Żydzi zabijają naszych ludzi«. Rozruchy zostały zażegnane tylko dzięki szybkiej orientacji księdza, który stanął przed tłumem i powiedział, że okrzyki te były prowokacją.
    W Kielcach major Sobczyński, oficer policji bezpieczeństwa odpowiedzialny za zamordowanie Kojdera w Rzeszowie, nakazał robotnikom odlewni żelaza przybyć w oznaczonym czasie na zebranie, które miało odbyć się na rynku. Miał zamiar wskazać ręką na pensjonat żydowski, który stał naprzeciw rynku, w czasie kiedy jego poplecznicy mieli krzyczeć, że mordują tam dzieci polskie. Spodziewał się, że spowoduje to najazd na budynek, co zmusi wojsko do otworzenia ognia na tłum. Spotęgowałoby to poczucie terroru, który panował w tych czasach.
    Komuniści zapomnieli jednak usunąć telefon z pensjonatu. Mając informacje, że tłum jest prowokowany do ataku na dom, jakiś rabin zadzwonił do komendy armii prosząc o pomoc. Zjawił się wkrótce oddział wojska pod komendą ruskiego pułkownika. Ten - wiedząc oczywiście o całym spisku - zdziwiony był, że tłum, do którego miał strzelać, nie zjawił się jeszcze. Zmienił więc plan. Skierował bezlitośnie swoich ludzi przeciw żydowskim mieszkańcom pensjonatu, zabijając czterdziestu i raniąc tyle samo. W nadziei, że sprowokuje motłoch do akcji przeciw wojsku, kazał wyrzucić zabitych na ulicę. Jakikolwiek bowiem odruch tłumu byłby dla niego znakiem do rozpoczęcia strzelania".
    I dalej: "Otrzymałem wiadomość o tej zbrodni w Kielcach podczas posiedzenia gabinetu (czyli Rady Ministrów - AZ) i domagałem się z miejsca, aby powołano specjalną komisję, która rozpoczęłaby natychmiastowe dochodzenie. Radkiewicz (Stanisław Radkiewicz, czyli komunistyczny minister bezpieczeństwa publicznego - AZ) odrzucił moje żądanie bez ogródek. Tego samego dnia tymczasowy sejm (czyli Krajowa Rada Narodowa - AZ) odrzucił podobne żądanie Karmińskiego, posła tego sejmu z ramienia Polskiego Stronnictwa Ludowego.
    Nie mając innego wyjścia, chciałem umieścić tę sprawę w "Gazecie Ludowej", podając wszystkie szczegóły tego strasznego incydentu. Zostało to jednak ocenzurowane w całości. Z drugiej strony, prasa kontrolowana przez komunistów zamieściła tę informację, podając, że "niektórzy reakcjoniści, rozwścieczeni tym, że przegrali referendum, rozpoczęli mordowanie Żydów". Gomułka oskarżył zupełnie otwarcie Polskie Stronnictwo Ludowe o dokonanie pogromu w Kielcach. Zaś Osóbka-Morawski (premier rządu z ramienia promoskiewskiego odłamu PPS - AZ) oskarżył kardynała Hlonda o podżeganie do morderstw". (str. 135)
    Ostatnie zdanie z przytoczonej przeze mnie relacji premiera S. Mikołajczyka dedykuję Adamowi Michnikowi, który ostatnio w swych artykułach w "Gazecie Wyborczej" również wysunął oskarżenia pod adresem księdza Prymasa Augusta Hlonda. Oddajmy sprawiedliwość red. Adamowi Michnikowi - oskarżył on księdza Prymasa nie o podżeganie do mordu, lecz jedynie o uchylanie się od jego potępienia.
    W chwili obecnej mamy znacznie lepsze rozeznanie przebiegu i kulis tego mordu NKWD, wykonanego pod nadzorem autora trzech pogromów - rzeszowskiego, krakowskiego i najsławniejszego z nich, bo najbardziej krwawego, w Kielcach - majora Władysława Spychaja vel Sobczyńskiego. Cóż z tego, kiedy lewicowo-liberalne środki przekazu pod przewodem Adama Michnika upierają się przy tradycyjnej, czyli komunistycznej wersji tej zbrodni. Dlatego apeluję do Telewizji Publicznej, aby pokazała wykonane w wytwórni filmów telewizyjnych Media-Kontakt, kierowanej przez Mirosława Chojeckiego - znanego opozycjonistę i kolegę Adama Michnika z Komitetu Samoobrony Społecznej KOR oraz podziemnej oficyny wydawniczej NOWa w reżyserii Andrzeja Miłosza (brata naszego noblisty) dwóch filmów poświęconych tej problematyce. Są to filmy "Pogrom" oraz "Henio". W tym ostatnim "bohater" tragedii kieleckiej Henryk Błaszczyk - rzekomo porwany przez Żydów z domu na Plantach syn konfidenta UBP odsłania kulisy ubeckiej prowokacji. Opowiada, jak wywieziony przez ojca poza miasto, był następnie oprowadzany przez milicjantów po mieście jako dziecko porwane przez Żydów, zaś po pogromie - aby afera się nie wydała - trzymany przez wiele dni w ukryciu w ubikacji w piwnicy Urzędu Bezpieczeństwa w Kielcach. Natomiast film "Pogrom" opisuje prawdziwy przebieg pogromu wykonanego przez oddział KBW pod dowództwem sowieckiego oficera w polskim mundurze oraz PPR-owskiej bojówki przyjętej na kilka dni przed pogromem do fabryki i zwolnionej z niej zaraz po pogromie. Tej prawdzie o pogromie - wskutek wciąż obowiązujących zapisów komunistycznej cenzury - ciężko jest się przebić do polskiego widza. O zagranicznym nie ma co wspominać.

    Antoni Zambrowski

    Artykuł pierwotnie ukazał się w tygodniku "Gazeta Polska"

    Publicystyka Antoniego Zambrowskiego na ASME


    Demoniczne kaczki zagłady z południa powodują przewartościowania na północy Wysłane środa, 12, lipca 2006 przez Krzysztof Pawlak

    Sezon ogórkowy w pełni. Polskie ogórki - wiadomo - są najlepsze w świecie, i najwidoczniej wiedzą o tym na wychłodzonej zimą półkuli południowej tamtejsi naukowcy, gdyż dodatkowo zmrożeni coraz groźniejszymi wiadomościami z niedawno zaanszlusowanych przez Unię E. państw Europy Środkowej - wzięli się raźno do czynu partyjnego i odkryli ichni ogórkowy przepis na dotrzymanie kroku radośnie zmierzającemu do swego wyśnionego celi postempowi europejskiemu, a mianowicie - wpisali do annałów paleobiologii "demoniczne kaczki zagłady" obok równie groźnego kangura-zabójcy o wielkich kłach. Kaczki te (jako duże ptaki) miały być mięsożerne! Doniosły o tym wszystkie media elektroniczne, sterego i nowego typu, w dniu dzisiejszym, można się zapoznać z tą informacją choćby w serwisach Onetu czy WP. To wyraźne ostrzeżenie dla roślinożerców z Europy Zachodniej, gdyż jak coraz bardziej jest to widoczne - w coraz większej części tamtejszych społeczeństw dominuje duch pasywności odpowiadający zachowaniu gadzich prekursorów ssaczych przeżuwaczy, a nawet trzebieńców.

    Przetaczająca się przez całą Europę fala upałów niewątpliwie spowodowała spustoszenia w głowach żurnalistów wszelkich odmian, narodowości, płci, wyznań i stopni oficerskich, gdyż od kilku dni w mediach tzw. mainstreamu daje się z łatwością zauważyć szczególna drażliwość (ze zmęczenia upałami oczywiście) jeśli brać pod uwagę enuncjacje rozsiewane pod adresem polskiego rządu i bliźniaczo podobnego już teraz do niego urzędu Głowy Państwa. Ten stan nie omija także opuszczających swe dotychczasowe synekury urzędników, np. dyplomacji, a najświeższym tego przykładem jest wypowiedź towarzysza ambasadora Andrzeja Byrta (kierował ambasadą w Berlinie od stycznia 2003 r., wcześniej był szefem placówki w Niemczech w latach 1995-2001 - początkowo w Bonn, a następnie w Berlinie), byłego (?) współpracownika SS PRL, który najwyraźniej nie zauważył zmiany statusu polskiej placówki w Berlinie i nadal uważał, że jest posiadaczem stałej przepustki do Polskiej Misji Wojskowej w zachodniej części starego słowiańskiego grodu Kopanicy. Z tego stanu pomroczności jasnej wyprowadził go już też świeżo zdymisjonowany minister zagraniczny obecnej PRL-bis Stefan Meller, który wykazywał się przez pewien czas większą bystrością umysłu, choć jak się okazało, pewnie słusznie... - za małą dla potrzeb bieżącej rewolucji "prawicawej" czynionej przez ugrupowanie PiS - odwołując tow. Byrta z misji dyplomatycznej u naszych "dozgonnych" partnerów unioeuropejskich i "odwiecznych przyjaciół zza Odry i Nysy". Siedząc już na walizkach, były towarzysz ambasador udzielił wywiadu dla niemieckiej rozgłośni RBB-Inforadio, w którym skrytykował politykę swego pośredniego chlebodawcy - polskiego rządu oraz niedawne zachowanie Prezydenta RP. "Komentując odwołanie Trójkąta Weimarskiego, Byrt podkreślił, że prezydentowi na nim zależy, ale chorobowe uzasadnienie to »błędy w rzemiośle«. Byrtowi nie podoba się też u prezydenta »przesadna reakcja« na oburzający tekst »Die Tageszeitung«. Jak podsumowała rozgłośnia w późniejszym omówieniu wywiadu, nasz dyplomata »w niezwykle krytycznej formie wypowiedział się o zmianie rządu w swoim kraju«" - podaje dzisiejsze wydanie dziennika "Życie Warszawy".
    W tymże "ŻW" nawet kompan specjalny tow. Byrta, tow. agent TW "MUST" Andrzej Olechowski wyraził swą dezaprobatę dla wyjątkowo niskiej próby długoletniego czerwonego ambasadora PRL-bis w Kopanicy: "»To wypowiedź polityka, a nie dyplomaty« - uważa były szef resortu spraw zagranicznych Andrzej Olechowski. »W mediach nie ma przymusu wypowiedzi. Jeśli ambasador nie zgadza się z posunięciami władz, nie powinien na ten temat zabierać głosu« - dodaje". No, a przecież na "robocie dyplomatycznej" to kto a kto - ale TW "MUST" się zna jak mało kto. Ale widocznie takie ciężkie terminy i rozkazy przyszły, że tow. Bryt musiał tak, a nie inaczej wypełnić ostatnie zadanie. Za to media niemieckie i "brytyjskie" z dużym ukontentowaniem i spowodowaną oczywiście sezonem ogórkowym oraz kiepską jakością swoich ogórków i rozmiękczającymi umysły upałami powodującymi małą rozwagę oficerów propagandowych - natychmiast podjęły dalszy ciąg "tematu", i tak "międzynarodowego zasięgu" gazeta "Financial Times" piórem korespondenta z Kopanicy Hugha Williamsona w artykule "Envoy chips in over »potato« jibe at Poland's top twin" przetłumaczonym przez wydział tłumaczeń dla ćwierćinteligentów serwisu Onet jako "Polski ambasador włączył się w spór o kpiny z pierwszego bliźniaka w kraju" opisuje, jak towarzysz były "ambasador na walizkach" zapewniał czytelników zachodnioeuropejskich, iż "jego rząd »nie najlepiej« poradził sobie z kontrowersjami, jakie wywołała publikacja w jednej z niemieckich gazet satyrycznego artykułu, w którym prezydent Lech Kaczyński porównywany jest do kartofla. (...) Andrzej Byrt podkreślił, że Polska ma problemy ze swoim wizerunkiem na międzynarodowej arenie politycznej". Dlatego zapewne natychmiast po tym przygotowaniu ogniowym ukazało się oświadczenie lewicowej działaczki (wiceprzewodniczącej klubu SPD w Bundestagu) wybranej przez "naród poetów i filozofów z Auschwitz" do parlamentu (Onet.pl) - o tym jak "obecne kierownictwo Polski w coraz mniejszym stopniu reprezentuje »nowoczesną, otwartą na świat i produktywną Polskę«. Trwająca polaryzacja może doprowadzić do dalszych podziałów w polityce, gospodarce, społeczeństwie i kulturze - ostrzega Schwall-Dueren i dodaje: »Nie byłoby to zgodne z interesami większości polskiego społeczeństwa«". Doprawdy jak to niewiele się zmienia w tej Czwartej Unii Europejskiej... Jak widać Polacy są nadal postrzegani przez swych "dozgonnych..." i tak dalej - "partnerów" zza Odry i Nysy - jako "produktywna część Mitteleuropy", najwyraźniej - bez prawa posiadania swego przedstawicielstwa przed światem, usiłującego wypełnić podstawowy powód do jego istnienia - dbania o interesy narodowe opłacającego go społeczeństwa. Ciekawe, czy Niemcy wciąż wierzą w swój mit, iż tylko "Praca czyni wolnym"? Właściwie trudno się im dziwić, kiedy do tej pory spotykali się na swoim terenie z wysokimi funkcjonariuszami aparatu państwowego PRL-bis pokroju opluwającego swoich dobroczyńców - podatników i ich reprezentację rządowo-prezydencką, towarzyszem Byrtem Andrzejem, któremu wkuła się spiżową sentencją w zakuty "oficerską" czapką łeb fraza o "niewzruszonym sojuszu..." - z... kim? Aaa... to już zależało zawsze od aktualnych "tryndów". Ostatnio - z Niemcami.

    Zmiany widoczne są nie tylko na placówkach "dyplomacji" zagranicznej, także przeprowadzane są na froncie wewnętrznym. Stacja telewizji starego typu Polsat, prowadzona wydawałaby się żelazną ręką tow. specjalnego Solorza-Żaka-Kota-i kilkunastu innych operacyjnych nazwisk - doznała w tym roku już raz szczególnej przykrości, kiedy Krajowa Rada Radia i Telewizji nagrodziła ją wysokim rachunkiem za wyjątkowo bezczelną wypowiedź na swej antenie "Żydówki" i feminazistki Szczukówny Kazi. Dlatego jak tylko ukazało się kolejne oświadczenie KRRiTV o tym, że ten twór cenzury prewencyjnej i wyjątkowo smaczna synekura dla kompletnie niepotrzebnych biurokratów "od mediów" - "będzie się przyglądał" Polsatowi w wyniku wpłynięcia AŻ 150 (stu pięćdziesięciu!) listów od "zaniepokojonych widzów" akurat tej stacji, zaniepokojonych możliwością zapowiadanej emisji szwedzkiego pochodzenia materiału pod nazwą "Armia gejów", natychmiast wydała kontroświadczenie o zawieszeniu emisji rzeczonego programu, o czym doniósł serwis Onet. warto przypomnieć, że miał to być cykliczny "realyty szoł", gdzie "grupa dziewięciu homoseksualistów zamieszkuje w wojskowych koszarach i zostaje poddana ostremu treningowi pod okiem amerykańskich marines. »Zniewieściali mężczyźni w bezwzględnym męskim świecie. Dziewięciu skandynawskich gejów staje przed życiowym wyzwaniem. Zmieniają swój styl życia i porzucają luksusy cywilizacji (a szczególnie kosmetyki), by stawić czoła instruktorowi wojskowemu - prawdziwemu dowódcy amerykańskich marines. Przed nimi pobyt w koszarach i szkolenie, po którym geje będą musieli stoczyć bitwę ze zwykłymi żołnierzami« (...) Obok treningu na ekranie można obserwować rozwijające się przyjaźnie i romanse".

    Tak szybka reakcja jednego z istotnych elementów "frontu propagandowego" oznacza, że jednak nie wszyscy agenci chcą zakończyć służbę, doceniając wagę zachodzących zmian...

    Krzysztof Pawlak

    Publicystyka Krzysztofa Pawlaka na ASME


    Kurs ministra do złotego - Krzysztof Mazur Wysłane środa, 12, lipca 2006 przez Krzysztof Pawlak

    Pomimo, że od dymisji Zyty Gilowskiej wydarzyły się już takie polityczne historie, że problemy byłej minister finansów mogłyby przestać zaprzątać uwagę społeczeństwa, to jednakże za sprawą wielu decydentów - jak i w głównej mierze nowego premiera - ciągle jak mantrę słyszymy zapewnienia o kontynuacji polityki byłej pani wicepremier. Już jej "przejściowy" następca pan Wojciechowski jak tylko otworzył usta do dziennikarzy, to pierwsze co popłynęło w eter, to zapewnienia o kontynuacji wiekopomnych dzieł pani Gilowskiej, poparcia dla tej kontynuacji nie szczędził były już premier Marcinkiewicz, program Gilowskiej już kontynuuje minister in spe Kluza, a premier Kaczyński nie ustaje w słowach uznania dla zasług swojej protegowanej w rządzie Marcinkiewicza.

    Oczywiście również prasa z eksperckim zacięciem codziennie prezentuje wykresy zależności pomiędzy kursem złotego do dolara a obsadą ministerstwa finansów. Z analiz tych ma niby wynikać, chociaż wcale nie wynika, że prof. Gilowska samą swoją obecnością na stołku ministerialnym wzmacniała złotego, chociaż każdy porządny ekonomista wie, że nie istnieje coś takiego jak dobry dla wszystkich kurs waluty. Dla przykładu, w pierwszej połowie 2006 r. eksport wyniósł ok. 32 mld, a import ok. 35 mld. dolarów. Umacnianie się rodzimej waluty jest korzystne dla importerów, a osłabianie - dla eksporterów, przy czym jak widać obie te, w uproszczeniu, grupy handlowców obracają dość podobnymi kwotami i z rynkowego punktu widzenia nie ma powodu, aby którejkolwiek z tych grup sprzyjać. Z kolei zarówno obecny pan premier, jak i większość naszej klasy politycznej to zwolennicy pewnej odmiany keynesizmu, która nosi naukową nazwę Szkoły Instytucjonalnej. A dla wyznawców tej teorii oczkiem w głowie jest eksport ciągnący przy okazji wzrost tzw. PKB, a co za tym idzie - powinni oni sprzyjać nie doszacowanemu kursowi krajowej waluty, tak jak to robi np. rząd chiński.
    Ale oczywiście wszyscy również wiedzą, że w tym wzmacnianiu waluty chodzi głównie o koszty obsługi naszego zadłużenia, które to koszty wzrastają z każdym dodatkowym groszem więcej płaconym za dolara czy euro. Skąd w takim razie takie nabożeństwo do doktryny Gilowskiej, która jeszcze nie tak dawno miała przekonywać, że państwowe zadłużanie się jest przejawem sprawiedliwości międzypokoleniowej? Pełniąc funkcję ministerki finansów, nie wypowiedziała jednego słowa za zrównoważeniem budżetu, dziarsko za to promując np. podwyższanie akcyzy na olej w imię walki z mafią paliwową. Wprost przeciwnie: jedyną niezmienną regułą polityki fiskalnej pomimo karuzeli ministrów finansów jest reguła deficytu budżetowego, a pewnym novum na obecnym etapie jej formułowania jest zakotwiczenie owego deficytu na poziomie, bagatela!, 30 mld zł. Wydaje się jakby niezmiennie odpowiedzialna za budżet pani Suchocka-Roguska nawet niespecjalnie musiała zmieniać cokolwiek w swoim arkuszu kalkulacyjnym, dlatego nieco niezrozumiałe są coroczne westchnienia nad ciężką dolą konstruktorów budżetu, tak jakby co najmniej chodziło o znalezienie słynnej złotej formuły.
    Z zapowiedzi nowego ministra finansów, jak i z zapowiedzi premiera Kaczyńskiego wynika, że obyczaje "madame deficyt" nadal będą podstawą prowadzenia niby-nowej polityki finansowej państwa. Wynika z tego, że tylko kwestią czasu jest, kiedy nowy minister będzie oficjalnie konsultowany nie tylko z prezydentem czy zapleczem politycznym - ale i z rynkami finansowymi. Pewne precedensy już powoli występują, wszak okazuje się, że obsadę takiego np. ministerstwa edukacji należałoby wcześniej konsultować z ambasadą Izraela, o Inicjatywie Uczniowskiej nie wspominając. Zachowania polskich polityków z okazji tworzenia rządu i obsady ministerstwa finansów już powoli przypominają reguły politycznej poprawności, stosowane w celu uspokajania, przekonywania, zapewniania etc. rynków finansowych. Nikomu tylko jakoś nie przyjdzie na myśl, aby się od tych rynków uniezależnić tak, byśmy już nie musieli słuchać, ile wynosi kurs Gilowskiej do Wojciechowskiego czy relacja Kluza do funta.

    Krzysztof Mazur

    Publicystyka Krzysztofa Mazura na ASME


    ADAM MICHNIK ŁŻE JAK GROSS - ANTONI ZAMBROWSKI Wysłane wtorek, 11, lipca 2006 przez Krzysztof Pawlak

    "Łże jak Gross" - to popularne powiedzenie powstało przed pięciu laty, kiedy to rok 2001 ogłoszony specjalną uchwałą Sejmu RP oraz Episkopatu Kościoła Katolickiego rokiem pamięci Prymasa Tysiąclecia, księdza kardynała Stefana Wyszyńskiego decyzją anonimowych, ale wpływowych gremiów został przekształcony w Polsce w rok pamięci jedwabińskich starozakonnych. Wówczas amerykański prof. Jan Tomasz Gross opublikował w Polsce książkę "Sąsiedzi", w której opowiedział, jak to "polska i katolicka" połowa podlaskiego miasteczka Jedwabne wymordowała okrutnie Bogu ducha winną drugą jego żydowską połowę, większość ich paląc żywcem w drewnianej stodole na skraju miasteczka. Było to w 10 lipca 1941 roku podczas letniej ofensywy Wehrmachtu na Związek Rad. Książka prof. Grossa miała być pretekstem i sygnałem do antypolskiej kampanii w skali światowej, o czym w kwietniu 2001 r. ówczesnego premiera rządu z ramienia AW"S" prof. Jerzego Buzka oraz księdza Prymasa Józefa Glempa uprzedził prof. Zbigniew Brzeziński w przededniu szykowanej z wielką pompą promocji anglojęzycznej wersji "Sąsiadów" w USA. (O zabiegach prof. Zbigniewa Brzezińskiego, mających na celu uratowanie dobrego imienia Polski, wiem z dobrego źródła. Opowiedział mi o tym na wiosnę 2001 kuzyn prof. Brzezińskiego, a mój kolega redakcyjny w "Tygodniku Solidarność", red. Andrzej Roman). Polska miała stanąć pod pręgierzem międzynarodowej opinii publicznej jako współsprawca Holokaustu, czyli Zagłady polskich Żydów. Z inicjatywy ówczesnego prezydenta RP Aleksandra Kwaśniewskiego i przy poparciu ówczesnego przywódcy opozycyjnego SLD Leszka Millera odbyły się w Jedwabnem uroczystości ku czci pomordowanych tam Żydów. Przedtem trwała w Polsce kampania nagłaśniająca tę rocznicę we wszystkich mediach, ze szczególnym uwzględnieniem mediów elektronicznych. Jak opowiadał mi znany historyk, śp. prof. Tomasz Strzembosz, jeden z krytyków książki prof. Grossa, pewna młoda dziennikarka z popularnego radia błagała go o kilka słów wypowiedzi na temat tych wypadków, wyznając, iż w jej radiu obowiązuje zasada: ani dnia bez wzmianki o mordzie w Jedwabnem. O całkiem bliskiej dacie spalenia przez Niemców w synagodze w Białymstoku 800 miejscowych Żydów pamiętać nie chciano, choć o to upominał się prof. Tomasz Strzembosz.
    Jak wielu prawicowych publicystów, demaskowałem w owym czasie podjęte przez SLD obchody rocznicy mordu jako ordynarną manipulację postkomunistów, stronnictwa obciążonego odpowiedzialnością za pół wieku urzędowego antysemityzmu w PRL (wytł. ASME). Udział w tej manipulacji prof. Jana Tomasza Grossa i wsparcie udzielane mu w tej sprawie przez "Gazetę Wyborczą" wskazywało na czynny udział w tej sprawie Jacka Kuronia oraz Adama Michnika. Być może guru układu okrągłostołowego Jacek Kuroń był inicjatorem całej sprawy. Już wcześniej był on pomysłodawcą różnych imprez mających skłócić Polaków z Żydami (Jacek Kuroń zaprosił m.in. do Polski w roku 1989 - zaraz po spektakularnym zwycięstwie Polaków nad Imperium Zła - mało znanego z działalności duszpasterskiej, ale znanego ze swego antypolonizmu rabina Weissa z Nowego Jorku, by ten urządził antypolską i antykatolicką hecę pod klasztorem sióstr karmelitanek w Oświęcimiu. "Gazeta Wyborcza" trzymała wtedy stronę rabina Weissa, a nie modlących się w intencji hitlerowskich ofiar sióstr karmelitanek. Gdy ksiądz Prymas Józef Glemp zaprotestował publicznie przeciwko wtargnięciu napastników płci męskiej do żeńskiego klasztoru, okrzyczano go antysemitą).
    Protestowałem przeciwko inicjatywie prezydenta A. Kwaśniewskiego odnośnie samotnego obchodzenia przez Polskę rocznicy mordu na jedwabieńskich Żydach, przypominając, że w czasie letniej ofensywy Wehrmachtu w 1941 roku nie tylko Podlasie, ale całe tereny Związku Rad od Bałtyku do Morza Czarnego, zajęte przez hitlerowców na Sowietach, spłynęły wtedy żydowską krwią. Przypominałem znane powszechnie w świecie masowe mordy na Żydach w Kownie oraz w rodzinnym mieście Jacka Kuronia Lwowie, gdzie litewscy oraz odpowiednio ukraińscy nacjonaliści wymordowali wielokrotnie więcej Żydów niż w Jedwabnem i okolicy. Wskutek inicjatywy prezydenta Kwaśniewskiego Polska stawała samotnie pod pręgierzem, choć to Polacy stworzyli - jako jedyni w okupowanej przez hitlerowców Europie - podziemną strukturę organizacyjną "Żegota" dla ratowania Żydów z rąk hitlerowskich zbrodniarzy. W nagrodę za me starania trafiłem wraz z innymi dziennikarzami na łamy raportu Stowarzyszenia Otwarta Rzeczypospolita o języku nienawiści jako wojujący antysemita.
    Przypominam te wszystkie fakty, gdyż w księgarni "Rusałka" na Nowym Świecie w Warszawie kupiłem sobie rosyjskie wydanie "Sąsiadów" Jana Tomasza Grossa z przedmową Adama Michnika. Rosyjski przekład ukazał się w 2002 roku, w kilka czy też kilkanaście miesięcy po opisywanych tu wydarzeniach. Ani w przypisach do książki, ani w przedmowie Adama Michnika nie ma ani śladu wniosków z tej krytyki, której książkę Grossa poddano w Polsce. Nie ma wzmianki o błędnej (zawyżonej) liczbie żydowskich ofiar w Jedwabnem, ani - co najważniejsze - o udziale Niemców w organizacji mordu na Żydach i o zniekształconym przez prof. Grossa przebiegu zajść. Wszak śledztwo IPN ustaliło, że pogromu Żydów dokonali na oczach sterroryzowanych mieszkańców Jedwabnego uzbrojeni w broń palną Niemcy przy pomocy kilkudziesięcioosobowej bojówki miejscowych wyrzutków. Przeznaczone dla rosyjskiego czytelnika wydanie nie uwzględniało w dodatku specyfiki kraju, dla którego było przeznaczone. Tak światowi ludzie jak Adam Michnik czy prof. J. T. Gross powinni byli uwzględnić specyfikę Rosji jako kraju tradycyjnie antysemickiego, przez ponad dwa wieki zaborów narzucającego Polsce swe antysemickie postawy. Tymczasem sprawiają oni wrażenie, jak gdyby o tej specyfice zupełnie zapomnieli. W przedmowie Adama Michnika nie ma ani słowa o roli caratu w wdrażaniu antysemityzmu w życie społeczno-polityczne Rosji, ani w okupowanej przez Rosję Polsce, która przed rozbiorami była azylem dla Żydów (wytł. ASME). Podobnie nie ma ani słowa o antysemityzmie w PRL wdrażanym bezpośrednio przez Stalina oraz jego następców na Kremlu oraz wprowadzanym do polskiego życia społeczno-politycznego przez kontrolowaną przez Kreml agenturę. Wynika to przemilczenie zapewne ze względu na zobowiązania Adama Michnika wobec gen. Wojciecha Jaruzelskiego - czołowego agenta sowieckiego i zarazem organizatora wielkiej kampanii antysemickiej w latach 1967-68.
    Nie uwzględnia Adam Michnik nawet sowieckiej i rosyjskiej specyfiki w kwestii etnicznej. W ostatnich zdaniach swej przedmowy pisze on o sobie jako Polaku z wyboru, a Żydzie z urodzenia, który jak i Żydzi jedwabieńscy mógł paść ofiarą antysemickiego pogromu. Jest to w przypadku Adama Michnika nieporozumienie, gdyż jako dziecko wzięte z polskiego sierocińca i wychowane przez Ozjasza Szechtera i Helenę Michnik - był on z urodzenia Polakiem, zaś został Żydem z wychowania (wytł. ASME). Ale to jest drobiazg z punktu widzenia rosyjskiej, a postsowieckiej - specyfiki. Za czasów carskich kryterium klasyfikacji poddanych cara było ich wyznanie religijne. Za czasów Stalina - największego specjalisty do spraw narodowościowych wśród bolszewików - odrzucono kryteria wyznaniowe, zaś przyjęto kryteria rasowe. Dla Rosjan znany poeta (laureat literackiej nagrody Nobla) Josif Brodski - piszący po rosyjsku i wyznający prawosławie - był i pozostaje Żydem. Rosjanie nie znają przedwojennych polskich zwyczajów, kiedy każdy obywatel Rzeczypospolitej sam dobrowolnie określał swą przynależność narodową, zgodnie ze swą samoświadomością narodową. W Rosji narodowość dziedziczy się po rodzicach, niezależnie nawet od znajomości języka deklarowanej narodowości. W małżeństwach mieszanych obywatel wybiera narodowość po jednym z rodziców. Tak przyjaciel Adama Michnika poeta i pieśniarz Bułat Okudżawa, pochodzący z mieszanej rodziny gruzińsko-ormiańskiej, podawał po ojcu narodowość gruzińską, choć chował się w środowisku rosyjskim i języka gruzińskiego nie znał.
    W ten sposób czytelnik rosyjski nie rozumie wywodów Adama Michnika o tym, iż jest Polakiem z wyboru, gdyż w Rosji nie ma takiej kategorii etnicznej. Natomiast czytelnik rosyjski dowiaduje się z jego przedmowy, że w Rosji - pełnej ksenofobii i antysemityzmu - nie jest pod tym względem tak źle, jeśli w europejskiej i światłej Polsce - według diagnozy tak kompetentnej osoby jak Adam Michnik - wciąż są problemy z polskim antysemityzmem. Licznych w Rosji antysemitów utwierdza to w słuszności ich wyboru drogi życiowej, nielicznych przeciwników ksenofobii napawa jedynie smutkiem. Adama Michnika ten skutek mało obchodzi, gdyż antysemityzm on zwalcza jedynie wśród Polaków. Coś mi się widzi, że nie tyle chodzi o jego zwalczanie, ile przypinanie Polakom łatki antysemitów. Nasuwa się wszelako pytanie, w czyim interesie to czyni?

    Antoni Zambrowski

    Publicystyka Antoniego Zambrowskiego na ASME


    Śledczy generała Tatara
    Przyczynek do "polityki historycznej" IV RP - TADEUSZ M. PŁUŻAŃSKI
    Wysłane wtorek, 11, lipca 2006 przez Krzysztof Pawlak

    Być może już wkrótce przed sądem staną odpowiedzialni za udział w jednej ze najsłynniejszych spraw okresu stalinizmu - tzw. spisku w wojsku. Pion śledczy Instytutu Pamięci Narodowej oskarżył czterech stalinowskich śledczych o znęcanie się w latach 50. nad wysokimi oficerami Wojska Polskiego, którzy zostali potem skazani w głośnym procesie pokazowym, tzw. sprawie Tatara (od nazwiska głównego oskarżonego gen. Stanisława Tatara). "Śledziom" grozi do pięciu lat pozbawienia wolności.

    Akt oskarżenia, który trafił niedawno do Wojskowego Sądu Garnizonowego w Warszawie, wymienia czterech "śledzi": Mariana P., Kazimierza T. i Zbigniewa K. z Informacji Wojskowej (stalinowskiego kontrwywiadu wojskowego) oraz Czesława Ś. z Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego (delegowanego do śledztwa przez centralę bezpieki; to przykład, że oba resorty ściśle ze sobą współpracowały). Warszawski pion śledczy IPN zarzuca im, że w okresie od listopada 1949 r. do czerwca 1952 r. znęcali się fizycznie i psychicznie nad przebywającymi w areszcie oficerami II RP i Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie: generałami Stefanem Mossorem, Stanisławem Tatarem, Józefem Kuropieską, oraz płk. Marianem Utnikiem (po wojnie wrócili z Zachodu do Polski i po kilku latach - w ramach czyszczenia wojska z wrogich, przedwrześniowych elementów - zostali oskarżeni o szpiegostwo na rzecz Wielkiej Brytanii; historyk Jerzy Poksiński sprawie "spisku w wojsku" poświęcił książkę "TUN"). Śledczy prowadzili przesłuchania non stop przez kilkanaście godzin (tzw. konwejer), powtarzali te same kwestie nawet po kilkaset razy, pozbawiali snu, grozili pozbawieniem życia i zastosowaniem represji wobec rodzin. Przez stosowanie takich metod doprowadzili swoje ofiary do - jak czytamy w IPN-owskim akcie oskarżenia - "całkowitego wyczerpania zarówno psychicznego, jak i fizycznego, w celu zmuszenia do przyznania się do udziału w dywersyjno-szpiegowskiej organizacji działającej w Wojsku Polskim, do uczestniczenia w działalności agenturalnej na rzecz państw zachodnich oraz do składania wyjaśnień zgodnych z koncepcją prowadzonego przeciw nim śledztwa". Zarzucane "śledziom" czyny zostały zakwalifikowane jako zbrodnie przeciwko ludzkości.

    OSKARŻAMY
    TYLKO ŚLEDCZYCH


    Za rzekome szpiegostwo, na podstawie spreparowanych i wymuszonych w śledztwie dowodów, na pokazowym procesie generał Tatar dostał dożywocie, a inni oficerowie kary wieloletniego więzienia. W pobocznych procesach od sprawy głównej (tzw. odpryskowych) zapadło wiele wyroków śmierci, które następnie zostały wykonane. Po 1956 r. wszyscy oficerowie WP zostali zrehabilitowani.
    Dziś większość prześladowców, przede wszystkim inspiratorów z najwyższego szczebla partii i - jakbyśmy dziś powiedzieli - resortów siłowych, czyli Informacji Wojskowej i Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego - już nie żyje. Wymiarowi sprawiedliwości wywinął się np. nadzorujący śledztwo płk Antoni Skulbaszewski, sowiecki oficer, szef Informacji - zmarł kilka lat temu, przez nikogo nie ścigany, na Ukrainie. Żyje natomiast jego polski zastępca - równie krwawy oprawca - płk Władysław Kochan. Nie tylko dbał o "właściwy" przebieg śledztwa, ale sam torturował aresztowanych. Jego jednak obecny akt oskarżenia nie objął.
    Praktyka ścigania PRL-owskich zbrodniarzy jest nadal taka, żeby "góry" nie ruszać (jedyne, na co było stać III RP wobec płk. Kochana, to zmniejszenie mu ostatnio gigantycznej emerytury mundurowej). Jeżeli kogokolwiek z komunistycznej ferajny dziś się oskarża, to na ogół tylko podrzędnych wykonawców - i to dopiero wówczas, gdy stoją już nad grobem. Sprawy bowiem ciągną się latami. Od rozpoczęcia śledztwa do sformułowania aktu oskarżenia mija zazwyczaj kilka lat. Kolejne lata sprawy toczą się w sądach. Finału, czyli skazania, dożywają tylko nieliczni.

    CZEKAJĄC NA IPN

    Kiedy w latach 90. sprawą "spisku w wojsku" zajęła się poprzedniczka IPN - Główna Komisja Badania Zbrodni Przeciwko Narodowi Polskiemu, zebrano dowody winy wobec 28 funkcjonariuszy Informacji. Kiedy w 1998 r. zdecydowano się postawić im zarzuty, uczyniono to tylko wobec 10 śledczych. Czyżby pozostałych 18 już nie żyło? Wyrok skazujący zapadł tylko wobec jednego (sąd uznał, że metody oskarżonego niczym nie różniły się od metod gestapo; mimo to - w przeciwieństwie do sądzonych gestapowców - dostał tylko 1,5 roku więzienia). Tych dziewięciu "śledzi" musiano sobie odpuścić, bo nad prowadzonymi przeciwko nim sprawami zapadła grobowa cisza. Zarówno media, jak i sztab prasowy Głównej Komisji przestały informować o postępach śledztwa. Wytłumaczeniem może być fakt, że wkrótce (za dwa lata!!!) Komisja miała zostać zlikwidowana. A skoro tak, to po co się wysilać? Może potem takie śledztwa nie będą kontynuowane? Mityczny IPN o dużo większych kompetencjach śledczych miał co prawda powstać, ale czy na pewno? Czekano zatem na rozwój wypadków. Dla wielu prokuratorów była to dobra wymówka, aby - niewygodnych w końcu spraw - nie ruszać. A przed nielicznymi zainteresowanymi tematem dziennikarzami po prostu nie było czym się chwalić.

    POTĘPIĆ I KONIEC

    Kiedy w 2000 r., po wielu politycznych perturbacjach, IPN w końcu powstał, dochodzenia wznowiono (wiele spraw trzeba było prowadzić od początku). Do dziś (czyli przez kolejne SZEŚĆ lat) śledztwo w sprawie "spisku w wojsku" zaowocowało postawieniem przed sądem jedynie trzech stalinowskich śledczych (powtórzmy - jeszcze kilka lat wcześniej dotyczyło ono 28!!!). Jeden - krwawy kat Mikołaj Kulik - zmarł w trakcie procesu w 2002 r. Niebywałym sukcesem było zatem skazanie pozostałych dwóch - wyroki od roku do półtora w zawiasach. A co z pozostałymi "śledziami"? Czy w ogóle jeszcze żyją?
    Kiedy wydawało się, że w sprawie już nic się nie zdarzy, nagle (miesiąc temu) IPN oskarżył czterech kolejnych funkcjonariuszy - wspomnianych na wstępie - Mariana P., Kazimierza T., Zbigniewa K. i Czesława Ś. Czy to ostatni z tych 28 ustalonych kilkanaście lat temu, czy jacyś inni? Odrobinę światła na sprawę rzucił ostatnio prokurator Dąbrowski, który stwierdził, że w warszawskim IPN trwa jeszcze kilka spraw wobec śledczych od "spisku w wojsku"; nie chciał jednak przesądzać, jak się skończą. Wyjaśnił również, że nie można było osądzić wszystkich w ramach jednej sprawy, dlatego podzielono ją na kilka śledztw.
    Żeby dodać jeszcze odrobinę dziegciu - 12 lat temu - w 1994 r. Sejm potępił zbrodniczą działalność UB i Informacji Wojskowej jako odpowiedzialnych za cierpienia i śmierć wielu tysięcy obywateli polskich. Efekty ścigania tych zbrodni przez kilkanaście lat są jednak mizerne.
    Spośród czterech obecnie oskarżonych - do zarzutów (i to tylko niektórych) - przyznało się tylko dwóch - Kazimierz T. i Zbigniew K. Wobec okazanych im dokumentów potwierdzili, że uczestniczyli w przesłuchaniach, ale żadnego przymusu - rzecz jasna - nie stosowali, a nawet o nim nie słyszeli.

    "ULEGAJĄCY WPŁYWOM WROGA"

    Major Zbigniew K., jako jeden z nielicznych "oficerów" śledczych ukończył gimnazjum i liceum. W raporcie komisji pod przewodnictwem zastępcy prokuratora generalnego PRL Mariana Mazura z 1957 r. (sprawozdanie komisji dla zbadania odpowiedzialności b. pracowników Głównego Zarządu Informacji, Naczelnej Prokuratury Wojskowej i Najwyższego Sądu Wojskowego) czytamy, że w toku śledztwa stosował "konwejer", często ze "stójkami", groźby, wsadzał do karca, lżył wulgarnymi słowami. Przesłuchiwani przez niego więźniowie byli następnie skazywani na kary śmierci i wieloletniego więzienia. Wnioski komisji Mazura były niewspółmierne do win. Wobec Zbigniewa K. wnioskowano jedynie o obniżenie stopnia oficerskiego o jeden.
    W raporcie wymienieni są też pozostali oskarżeni dziś przez IPN "śledzie" ze sprawy "spisku w wojsku" - Marian P., Kazimierz T. i Czesław Ś. Oni też zostali zdegradowani albo - w najgorszym razie - zwolnieni ze służby. Wszyscy czterej stosowali "niedozwolone metody śledcze", ale wykonywali "tylko" rozkazy przełożonych. Przełożonym był m.in. wspomniany już płk Władysław Kochan, wiceszef Informacji Wojskowej. Jako jeden z nielicznych funkcjonariuszy IW - na podstawie raportu komisji Mazura - za łamanie "socjalistycznej praworządności" - stanął przed sądem. Odpowiadał m.in. "spisek w wojsku". Został skazany (w 1959 r.) na pięć lat więzienia, za kratkami spędził jednak niespełna rok, po czym zdegradowano go. W 1956 r. przed prokuratorem Kochan zeznawał: "Proszę o zaprotokołowanie, że metody przymusu w śledztwie były stosowane od początku istnienia organów Informacji i w tym duchu byli uczeni i wychowywani oficerowie śledczy. Oficerowie, którzy nie mogli, czy nie chcieli stosować tych metod, byli napiętnowani, a niekiedy odsuwani od śledztwa jako ludzie ulegający wpływom wroga". Dziś Kochana nikt ścigać nie zamierza.

    ARESZTOWAŁA
    WOLIŃSKA


    Sprawę "spisku w wojsku" nadzorowała płk. Naczelnej Prokuratury Wojskowej Helena Wolińska (w raporcie Mariana Mazura wymieniona jako jedna z najbardziej odpowiedzialnych za stalinowski okres "błędów i wypaczeń"), razem ze swoim konkubentem Franciszkiem Jóźwiakiem (dziś często zapomina się, że był nie tylko wysokim funkcjonariuszem partii, ale również twórcą Milicji Obywatelskiej i zaraz po wojnie - w najgorętszym okresie utrwalania władzy "ludowej" - wiceszefem bezpieki). To po wydanych przez Wolińską i jej kolegów-prokuratorów nakazach aresztowania, oskarżonych brali w obroty śledczy. Domagając się jej ekstradycji z Wielkiej Brytanii, prokuratura wojskowa III RP zarzuciła Wolińskiej m.in. bezprawne aresztowanie płk. Bernarda Adameckiego (w sumie usankcjonowała osadzenie w więzieniu kilkunastu oficerów AK, w tym najsłynniejsza sprawa gen. Augusta Emila Fieldorfa "Nila"). Wniosek o zatrzymanie w areszcie Adameckiego podpisała 21 listopada 1950 r. - tego samego dnia, co Fieldorfa. Adamecki był potem sądzony w jednej z największych i najbardziej tragicznych spraw, związanych ze "spiskiem w wojsku" - procesie tzw. grupy kierowniczej konspiracji Wojsk Lotniczych. 7 sierpnia 1952 r. płk Bernard Adamecki i skazani z nim oficerowie zostali rozstrzelani w więzieniu mokotowskim w Warszawie. Była to właśnie jedna z "odpryskowych" spraw od głównego procesu gen. Tatara.

    IV RP i HOMO SOVIETICUS

    Wnioski - jak w innych tego typu "historycznych" sprawach - są niestety smutne. Byli sobie kiedyś tacy oficerowie, którzy - w czasie II wojny bronili honoru Polski na Zachodzie, potem - mimo stalinizmu - zdecydowali się wrócić do kraju. "Ludowa" ojczyzna odpłaciła im więzieniem, torturami i wysokimi wyrokami, często pozbawieniem życia. Był sobie zatem taki - sfingowany przez najwyższe władze komunistyczne - "spisek w wojsku" - powtórzmy - jedna z najgłośniejszych zbrodni okresu stalinizmu. Filmy na ten temat nie powstają, winni - z małymi wyjątkami - nie są ścigani, tylko w spokoju i z wysokimi emeryturami dożywają swoich dni - w Polsce czy w Wielkiej Brytanii, często nie będąc nawet napiętnowani. I gdzie tu - z jednej strony tak nagłaśniana, a z drugiej napiętnowana - "polityka historyczna" IV RP? Gdzie pamięć o bohaterach i deklarowany szacunek dla tradycji (dziś dyskusję o przeszłości zdominował problem TW)? Gdzie prawda? I w końcu - gdzie sprawiedliwość?
    Czy aby zmienić stosunek Polaków do własnej historii, wystarczy nowelizacja ustawy o IPN? A może należałoby wreszcie wyrugować mocno zakorzenionego i panoszącego się ciągle homo sovieticusa? Tylko jak to zrobić?

    TADEUSZ M. PŁUŻAŃSKI

    Publicystyka Tadeusza M. Płużańskiego na ASME.