lipca 27, 2006 - sierpnia 8, 2006

Od "sypania" kolegów do "donosu" na Polaków - wywiad Tadeusza M. Płużańskiego z Antonim Zambrowskim nt. "profesora" Jana Tomasza Grossa Wysłane wtorek, 8, sierpnia 2006 przez Krzysztof Pawlak

Jan Tomasz Gross, autor słynnych "Sąsiadów" (o mordzie dokonanym przez Polaków w lipcu 1941 r. na żydowskich mieszkańcach miasteczka Jedwabne) wydał właśnie w USA w renomowanym wydawnictwie Random House książkę "Fear. Anti-Semitism in Poland after Auschwitz" ("Strach. Antysemityzm w Polsce po Auschwitz"). Nowa pozycja już spotkała się za Oceanem z dużym zainteresowaniem i przychylnymi recenzjami. W przyszłym roku "Strach" zostanie wydany w Polsce przez wydawnictwo "Znak".
O źródłach postawy oraz konsekwencjach twórczości prof. Grossa z Antonim Zambrowskim rozmawia Tadeusz M. Płużański.

- Czy zgadzasz się z główną tezą Jana T. Grossa, że po 1945 r. Polacy mordowali pozostałych przy życiu Żydów, ponieważ czuli się winni współudziału w ich zagładzie w czasie niemieckiej okupacji? Takie podłoże, oprócz rabunkowego, miał mieć pogrom kielecki w lipcu 1946 r.?

- W odróżnieniu od Jana Tomasza Grossa ja te czasy pamiętam. W roku 1946, czyli w roku pogromu kieleckiego chodziłem do VI klasy szkoły podstawowej w Warszawie. Była to szkoła nr 98 przy ul. Grottgera na Dolnym Mokotowie - normalna polska szkoła, do której uczęszczali zwyczajni uczniowie z okolicznych ulic. Nie było w niej żadnego pogromowego antysemityzmu, choć trafiali się pojedynczy uczniowie, którzy nie lubili Żydów. Ale to nie oni określali ogólną atmosferę w szkole. Dla prof. Grossa natomiast, który tamtych czasów po prostu nie zna, powojenna Polska była krajem nabrzmiałym pogromowym antysemityzmem. Odnoszę wrażenie, że chodzi o zupełnie inny kraj. Można oczywiście powiedzieć, że taka atmosfera panowała tylko w Warszawie, a zupełnie inaczej sytuacja wyglądała w małych miasteczkach. Nie tkwiłem jednak wyłącznie w Warszawie. Jeździłem wtedy wraz z nieżyjącym już młodszym bratem Stefanem na kolonie i obozy młodzieżowe w różnych miejscach Polski i nie mogę stwierdzić, że Warszawa wyróżniała się tolerancją od bardziej antysemickiej prowincji. Nic z tych rzeczy.
Zupełnie inaczej było w Związku Radzieckim, gdzie spędziłem wojnę i gdzie (zapewne za przyzwoleniem władz sowieckich) było pełno pogromowego wręcz antysemityzmu. Gdy wróciłem do Polski w maju 1945 r., odczułem istotną różnicę na korzyść Polski.
Nie czytałem oczywiście nowej książki J. T. Grossa, wnioskuję o jej treści z recenzji, ale mam wrażenie, że zawarty w niej obraz ówczesnej Polski jest całkowicie fałszywy.
Autor "Strachu" mówi, że swoją wiedzę zaczerpnął z archiwów, że czytał relacje Żydów o wrogim stosunku Polaków do nich. Nie mogę oczywiście ustosunkować się do opisywanych przypadków zawartych w książce, której nie znam, ale mogę zakwestionować opisywany przez niego obraz Polski. Możliwe, że znowu zawiniły metody badawcze prof. Grossa, które poddano krytyce już przy omawianiu jego poprzedniej książki pt. "Sąsiedzi". Być może, że opisuje on wybrane przez siebie wypadki mordowania Żydów, abstrahując od całego ich kontekstu historycznego. Przypomnijmy więc, że panował wówczas w Polsce bandytyzm, wynikający z powojennego zdziczenia. W czasie wojny ludzie przyzwyczaili się do tego, że życie jest tanie. Wielu miało wtedy nielegalnie broń i z niej korzystało. J. T Gross pisze, że zginęło wówczas od kilkuset do kilku tysięcy Żydów, ale całkowicie pomija jednak okoliczność, że w tym samym czasie od pospolitego bandytyzmu zginęło bez porównania znacznie więcej Polaków. Nikt oczywiście nie powie, że byli mordowani ze względu na antypolonizm. Wykrywalność przestępstw była w owym czasie bardzo niska i morderstwa popełniane zarówno na Żydach, jak i na Polakach były na ogół bezkarne. Możliwe, że ofiarą mordu padali Żydzi, którzy domagali się zwrotu swej własności - mieszkania, kamienicy lub sklepu od Polaków, którzy przejęli własność pożydowską i nie chcieli jej zwrócić. Gdyby prof. Gross przestudiował stosunki pomiędzy Polakami w owym czasie, zwłaszcza konflikty na tle własności mieszkań zajętych przez bezdomnych rodaków, nie wysuwałby tak pochopnych oskarżeń o antysemityzm. Zwłaszcza Ziemie Odzyskane - to był ówczesny "Dziki Zachód" Polski Ludowej. A tam na ogół osiedlano wracających z Rosji Żydów. Jednym słowem, dla Grossa każdy zabity lub nawet pobity Żyd jest ofiarą nie powojennych warunków, lecz wyłącznie ofiarą antysemityzmu. A polskie ofiary takich samych warunków?

- Gross ignorował fakty już w wydanych w 2000 r. "Sąsiadach". Pisał, że wyłącznymi sprawcami mordu w Jedwabnem byli Polacy. Tymczasem po drobiazgowych badaniach polscy historycy ustalili, że inspiracja była niemiecka, że po miasteczkach łomżyńskiego jeździło komando dowodzone przez gestapowca z Ciechanowa Hermana Schapera i podjudzało mieszkańców.
- Istotnie napisał, iż sprawcami mordu w Jedwabnem byli samorzutnie i spontanicznie polscy mieszkańcy miasteczka. Natomiast polscy historycy ustalili, że inspiracja była niemiecka i że w sterroryzowanym przez Niemców miasteczku mordu na Żydach dokonała zorganizowana przez Niemców grupa wyrzutków.
Nawet teraz powtarza on, iż tamten mord w Jedwabnem był czymś wyjątkowym. Tymczasem, gdy w lecie 1941 r. ruszyła ofensywa Wehrmachtu na Związek Radziecki, takich Jedwabnych były tysiące. Wymieńmy choćby powszechnie znane od wielu lat przypadki, jak powstanie antysowieckie w litewskim Kownie, zakończone straszliwym pogromem miejscowych Żydów, czy też kilkudniowy pogrom na Żydach we Lwowie, dokonany przez nacjonalistów ukraińskich. Tymczasem organizując obchody mordu na Żydach w Jedwabnem prezydent Aleksander Kwaśniewski akcentował wyłączność polskiej winy.
A były przecież zbrodnie, w których Polacy w ogóle nie brali udziału, zaś sprawcami byli wyłącznie Niemcy, jak np. spalenie 800 Żydów w synagodze w Białymstoku. W 2001 r., kiedy obchodzono uroczyście rocznicę mordu na Żydach w Jedwabnem, jakoś zapomniano o takich przypadkach. Prof. Tomasz Strzembosz pytał wówczas publicznie, czym gorsi są zamordowani przez Niemców Żydzi z Białegostoku, że nikt nie chce położyć kamyka na ich grobie?
Ale wtedy za książką prof. Grossa poszła cała akcja propagandowa. Środowisku "Gazety Wyborczej", SLD oraz prezydentowi Kwaśniewskiemu chodziło o to, aby z Polaków zrobić wyłącznych sprawców mordów na Żydach. Przy sposobności usiłowano skompromitować AW"S"-owski rząd Jerzego Buzka, który miał inne, bardziej wyważone podejście do tej sprawy.

- Czy za książką "Strach" też stoi "Gazeta Wyborcza" i postkomuniści?
- Ta sprawa zaczęła się znacznie wcześniej i jej pomysłodawcą był Jacek Kuroń. Od 1989 r. prowadził on politykę celowego konfliktowania Polaków z Żydami. To on sprowadził do Polski z Nowego Jorku rabina Abrahama Weissa, mało znanego z działalności duszpasterskiej, słynącego zaś z antypolonizmu. Rabin Weiss domagał się, aby siostry karmelitanki wyniosły się z klasztoru w Oświęcimiu, gdzie modliły się za ofiary hitlerowskiego obozu w Auschwitz, w tym również żydowskie ofiary. Nie bardzo rozumiem, dlaczego przeszkadzały one rabinowi Weissowi oraz Jackowi Kuroniowi, a nie przeszkadzał im w niczym przebywający w Nowym Jorku pod ręką rabina Weissa jeden z czołowych organizatorów antysemickiej hecy w marcu 1968 r., tow. Stefan Olszowski.

- A jaki związek może mieć Jacek Kuroń z książkami Grossa?
- Jan Tomasz Gross był tzw. komandosem, czyli lewicowym opozycjonistą z kręgu Adama Michnika na Uniwersytecie Warszawskim. Był uczestnikiem tzw. Ruchu 8 marca 1968 roku i trafił po wiecu studenckim przed BUW-em w obronie Adama Michnika i Henryka Szlajfera do więzienia mokotowskiego. Tam załamał się i obciążył w swych zeznaniach kolegów. Najbardziej haniebne były jego zeznania na temat ówczesnej narzeczonej Adama Michnika, Basi Toruńczykówny, w których opowiadał do protokołu policyjnego obrzydliwe plotki o jej życiu prywatnym.
Siedziałem wtedy w więzieniu i miałem wspólne akta sprawy z "Ruchem 8 marca". Większość "komandosów" trzymała się w śledztwie dzielnie, więc wobec Jana T. Grossa zastosowano zapewne ostracyzm. W więzieniu deklarował on narodowość polską, ale później wyjechał z PRL na tzw. żydowskich papierach do USA (Janek pochodzi z mieszanej rodziny żydowsko-polskiej, ale według żydowskich reguł nie jest Żydem, gdyż ma matkę Polkę). Tam przekonał się, że na wyższych uczelniach amerykańskich polski patriotyzm nie popłaca, ponieważ dominuje na nich wpływowe lobby złożone z lewicowców i liberalnych Żydów, źle traktujących Polskę jako kraj katolicki, zatem reakcyjny i antysemicki. Napisał więc obliczoną na poklask w USA książkę "Sąsiedzi". Niestety, nie tylko prezydent Aleksander Kwaśniewski wspierany przez Leszka Millera, ale i środowisko Jacka Kuronia i Adama Michnika poparło wówczas prof. Grossa. Adam Michnik napisał przedmowy do różnych wydań "Sąsiadów" w obcych językach, zachwalając książkę i określając Jana T. Grossa jako swego przyjaciela.

- Amerykańscy recenzenci "Strachu" piszą, że Gross ujawnia prawdę o powojennych pogromach Żydów w Polsce, a szczególnie o pogromie kieleckim w lipcu 1946 r.
- Sprawa pogromu w Kielcach została już wyjaśniona kilka lat temu przez Krzysztofa Kąkolewskiego w książce "Umarły cmentarz" oraz w dwóch filmach Andrzeja Miłosza, brata naszego noblisty, pt. "Pogrom" i "Henio", zrealizowanych przez wytwórnię "Media Kontakt" Mirosława Chojeckiego. W tym drugim filmie Henryk Błaszczyk - owe dziecko, które Żydzi mieli porwać dla mordu rytualnego, ujawnił, że jego ojciec był agentem UB, zaś jego po pogromie przez dłuższy czas przechowywano w ubikacji w piwnicy Urzędu Bezpieczeństwa. Ubekom chodziło o to, by Henio nie wypaplał prawdy, gdyż pogrom organizował Władysław Spychaj - Sobczyński - szef WUBP w Kielcach oraz agent NKWD. Pogrom nie był zatem spontanicznym dziełem Polaków - klerykalnych antysemitów, jak chce tego J. T. Gross w ślad za komunistyczną propagandą. Wykonawcami pogromu byli pospołu PPR-owska lub ubecka bojówka z huty Ludwików oraz oddział KBW pod dowództwem sowieckiego oficera w polskim mundurze. Wiele lat wcześniej to samo napisał o pogromie kieleckim premier Stanisław Mikołajczyk w swych wspomnieniach pt. "Rape of Poland", wydanych ostatnio w kraju pod tytułem "Polska zgwałcona".
Innymi słowy, Gross nie ujawnia prawdę, lecz utrwala komunistyczne kłamstwa propagandowe. Pogrom kielecki nie był dziełem klerykalnej i antysemickiej tłuszczy, jak pisze Jan Tomasz Gross, lecz precyzyjną operacją, wykonaną pod kierownictwem majora Władysława Spychaja - Sobczyńskiego i jego doradców i nadzorców z NKWD. W domu na Plantach były wszak dwie klatki schodowe i chodziło o zaatakowanie Żydów z jednej klatki przy zachowaniu maksymalnego bezpieczeństwa Żydów z drugiej klatki, chronionych przez UB. Do takich zadań nie można było użyć bezmyślnego motłochu, wobec tego użyto odpowiednio dobrane bojówki, realizujące wytyczne NKWD. Mjr W. Spychaj - Sobczyński wcześniej zorganizował mniej udane pod względem rozgłosu pogromy w Rzeszowie i Krakowie. Janek Gross znowu dobiera fakty zgodnie ze swym zamiarem propagandowym, odrzucając te dobrze znane, ale nie pasujące do jego schematów o klerykalnej i antysemickiej Polsce.

- To znaczy, że Gross znów kłamie. Dlaczego to robi?
- Na moralnym niszczeniu dobrego imienia Polski i Polaków prof. Gross buduje sobie rozgłos i pozycję naukową. W 1968 r. zetknął się boleśnie z antysemityzmem esbeków, ale teraz odgrywa się nie na komunistach, lecz na Polakach. Niestety, prof. Gross kłamie na zamówienie. Chce się przypodobać liberalnym i zlaicyzowanym Żydom w Ameryce, którzy porzucili judaizm i których ze sprawą żydowską łączy jedynie oskarżanie Polaków o antysemityzm.

- Publikacja "Sąsiadów" umocniła na Zachodzie zakłamany obraz Polaków-antysemitów, nie mniej odpowiedzialnych za Holokaust niż Niemcy. Czy skala rażenia "Strachu" będzie podobna?
- Przed wydaniem "Sąsiadów" red. Andrzej Roman - mój kolega redakcyjny z "Tygodnika Solidarność", który jest kuzynem prof. Zbigniewa Brzezińskiego, opowiedział mi, że prof. Brzeziński uprzedził wówczas ks. prymasa Józefa Glempa oraz premiera Jerzego Buzka, że w Stanach Zjednoczonych szykuje się antypolska awantura. Wtedy spaliło to na panewce, ponieważ atak terrorystyczny na WTC w Nowym Jorku przesłonił efekt propagandowy sprawy Jedwabnego. Obawiam się, że "Strach" jest kolejnym etapem ofensywy propagandowej przeciwko Polsce i Polakom. Obawiam się też, że tym razem ta antypolska akcja będzie znacznie skuteczniejsza.

Publicystyka Antoniego Zambrowskiego na ASME

Publicystyka Tadeusza M. Płużańskiego na ASME.


Autorytety z oślimi uszami - Krzysztof Mazur Wysłane poniedziałek, 7, sierpnia 2006 przez Krzysztof Pawlak

Jak pamiętają jeszcze osoby objęte powszechną i obowiązkową edukacją sprzed reformy tej branży, wśród wielu mitów greckich znajduje się ten o królu Midasie, co to gdy czegokolwiek zdołał dotknąć, zamieniało się natychmiast w złoto. Tenże sam Midas miał również popaść w konflikt z bardzo wpływowym w tamtych czasach bożkiem, który za karę zamienił uszy króla na uszy osła. Była to najbardziej strzeżona tajemnica królestwa, która ciążyła nadwornemu fryzjerowi tak bardzo, że wykopał dołek, wykrzyczał do niego prawdę o anatomicznym szczególe królewskiej głowy, po czy przykrył dołek, myśląc, że w ten sposób nie naruszając powierzonej tajemnicy zrzucił z siebie ten dojmujący ciężar. Niestety, na przykrytym darnią dołku wyrosły trzciny i trawy, które wkrótce po każdym poruszeniu wiatrem szumiały dookoła o tym, co miało być zastrzeżone jedynie dla władcy i jego fryzjera.

W Polsce po wprowadzeniu ustaleń "okrągłego stołu", część uczestników tamtych wydarzeń politycznych została wtajemniczona w sprawy, które dla pozostałych obywateli III republiki miały pozostać najściślej strzeżoną tajemnicą. Tzw. komisja Michnika pobuszowawszy w archiwach MSW zamknęła swoją wiedzę w lakonicznym raporcie dla ówczesnego ministra edukacji, przy czym w odróżnieniu od fryzjera Kalamisa po rodzimych "fryzjerach" nie dało się poznać ciężkiego brzemienia prawdy, dlatego rozzuchwaleni swoim bezwstydem nie zauważyli, że na dołku zamaskowanym lustracją cywilizowaną zaczynały bujniej wyrastać trzciny, w postaci coraz większej liczby nazwisk udostępnianych pokrzywdzonym w rozumieniu ustawy o IPN.
W ten sposób potwierdziły się obawy "ciemnogrodu", że część tzw. autorytetów moralnych to efekt usilnych starań agentury dokładającej starań o takie ukształtowanie stosunków społecznych i politycznych, aby zachowane zostały wszelkie wpływy i przywileje stron układających się w Magdalence. Zresztą problem autorytetów moralnych z oślimi uszami nie jest w Polsce czymś nowym, już Brzechwa opisywał te sprawy, by przypomnieć tylko fragment o literatach: "Mamy dwie literatury:/ Jedna jest nam znana, bliska,/ No i druga - ta, wśród której/ Takie widzi się nazwiska:/ Ciptoń, Kołbiel, Olimpińska,/ Niedajbóżko, Szponder, Grono,/ Leptus, Lejko-Nagrodzińska,/ Rżężeń, Gnyś i Śmider z żoną./ Jeśli więc Czechosłowacja/ Chce zaprosić literatów,/ Jedzie wnet reprezentacja/ I już są wśród delegatów:/ Ciptoń, Kołbiel, Olimpińska,/ Niedajbóżko, Szponder, Grono,/ Leptus, Lejko-Nagrodzińska,/ Rżężeń, Gnyś i Śmider z żoną./ ...Gdy ktoś z Rządu w jakiejś sprawie / Chce pomówić z pisarzami,/ Pośród innych zawsze prawie/ Pojawiają się ci sami:/ Ciptoń, Kołbiel, Olimpińska,/ Niedajbóżko, Szponder, Grono,/ Leptus, Lejko-Nagrodzińska,/ Rżężeń, Gnyś i Śmider z żoną...".
Jednakże prawdziwym czasem próby okazały się i ciągle są coraz liczniejsze nazwiska duchownych, i osób związanych ze środowiskiem kościelnym, które kazały sobie uzmysłowić, że także kościół i jego hierarchia odpowiada w dużym stopniu za to, co działo się przez ostatnie kilkanaście lat, za narosłe niedopowiedzenia, kłamstwa i niesprawiedliwości. Ostatnie publikacje o "Delegacie" czy zapowiadana publikacja o agencie "Michalskim" ukazały się bez żadnego dodatkowego kontekstu, dlatego też trudno będzie w tym wypadku dowodzić, że miały na celu zepsucie atmosfery pielgrzymki czy narodowego pojednania. Pokazują jednakże, że rewolucja była reglamentowana od samego początku, co ilustruje chociażby wpływ agentury w wyborze Wałęsy na stanowisko przewodniczącego "Solidarności" w czasie słynnego związkowego zjazdu w drugiej połowie 1981 r. Co ciekawe, sam były prezydent odnosząc się do działalności "Delegata" podczas pielgrzymki do Watykanu, miał stwierdzić, że wie kto ukrywa się pod wspomnianym pseudonimem, ale swoim zwyczajem nie powie tego głośno, po czym gdy media nagłośniły drugą część dokonań agenta właśnie podczas rzeczonego zjazdu "Solidarności", Lech wałęsa natychmiast skonstatował, że Delegat to trzy różne osoby, z których "złożono agenta". Takie ulepszone "wash and go".
Artykuł dziennikarzy "Rz" jest wyraźną prowokacją skierowaną wobec agenta ukrywającego się pod wielokrotnie odmienianym ostatnio pseudonimem, prowokacją być może niezamierzoną, ale sprokurowaną przez bieg wydarzeń, ale mającą szansę sprawdzić, czy osoba, której personalia "na 90 proc." są znane dziennikarzom i wielu indagowanym osobom, której nazwisko wysokiej rangi były SB-ek miał nie tylko wymienić, ale szczegółowo opisać okoliczności zwerbowania i współpracy, jest w stanie przed publicznym ujawnieniem jego tożsamości sama przyznać się do winy i bez koniecznego "ściemniania" przeprosić za szkodliwą działalność. Byłaby to sytuacja praktycznie precedensowa, gdyż nawet Maleszka przyznał się dopiero po "przyparciu go do muru" przez byłych kolegów-opozycjonistów, w tym przez obecnego prezesa TVP Wildsteina. Takie przyznanie się agenta mogłoby dać chociażby 1 proc. nadziei, że komisja prawdy i pojednania ma jakiś sens, w przeciwnym wypadku dobrze byłoby, aby ktoś doradził abp. Życińskiemu zaprzestanie szerzenia antylustracyjnej histerii, zwłaszcza, że hierarchia polskiego kościoła nadal nie może dojść do siebie i wypracować wspólnego stanowiska w sprawie, która powinna zostać załatwiona, jeszcze kiedy obecni maturzyści szli do przedszkola.
Inaczej będzie jak w zakończeniu starożytnego mitu "Ptaki, wiatry, obłoki na niebie dowiedziały się też o tajemnicy, aż wieść rozeszła się po całym kraju - »Król Midas ma ośle uszy!«. Tak bogowie ukarali bogatego króla Midasa, który nad wszystko na świecie ukochał złoto...".

Krzysztof Mazur

Publicystyka Krzysztofa Mazura na ASME


Kto będzie kontrolował kontrolerów środowisk politycznych, czyli dziennikarzy - może właśnie opinia publiczna? - Łukasz Perzyna o zbliżającym się czasie lustracji żurnalistów Wysłane sobota, 5, sierpnia 2006 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |








Kto będzie kontrolował kontrolerów środowisk politycznych, czyli dziennikarzy - może właśnie opinia publiczna? - Łukasz Perzyna o zbliżającym się czasie lustracji żurnalistów
Wysłane sobota, 5, sierpnia 2006 przez Krzysztof Pawlak

"Prokurator właśnie postawił Mariuszowi Ziomeckiemu zarzut znieważenia funkcjonariusza publicznemu. Ziomecki jeszcze jako naczelny bulwarówki »Super Express« odpowiada za użycie słów »Babsztyl łże« w tej gazecie. W USA załatwia się takie sprawy z oskarżenia prywatnego, nie publicznego, jeżeli w ogóle, bo ryzyko ośmieszenia się jeżeli ma sie za partnera dziennikarza uprawnione do publicznej krytyki - jest ważniejsze niż ewentualne zyski z takiego procesu. Każdy prokurator amerykański ośmieszyłby się, gdyby takie sprawy ścigał z urzędu. Sformułowanie nie było oczywiście eleganckie, sam bym w stosunku do np. Anity Błochowiak czy Danuty Waniek nie użył takich słów, które stosowałem w stosunku do ich kolegów partyjnych. Problem w tym, że Anna Sobecka w trakcie przetargów o stanowisko rzecznika praw dziecka zmieniała wielokrotnie, w odstępie kilkudziesięciu minut, składała sprzeczne oświadczenia, których nie dało się wytłumaczyć zmianami w oficjalnych negocjacjach. Ale nigdzie w świecie bulwarówki nie są specjalnie eleganckie, a posłanka Sobecka prezentuje się niestety dużo gorzej niż wiele jej koleżanek z PiS zasiadających w ławach poselskich" - Łukasz Perzyna, publicysta "Tygodnika Solidarność" i naszej witryny ASME, komentuje znaczące wydarzenie w środowisku mediów polskich.

Dziennikarze nerwowo reagowali na zapowiedź powołania komisji mającej zająć się kontaktami ich przedstawicieli ze służbami specjalnymi czy śledztwami prokuratorskimi toczonymi w ich sprawach, więc można by się spodziewać, że zostanie podjęta zdecydowana akcja w obronie nowego redaktora naczelnego tygodnika "Przekrój". Swoje zdanie wygłosiło Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich, które ustami przewodniczącej Mokrosińskiej zauważyło, że "są sytuacje lepszego lub gorszego traktowania. Wydaje mi się, że media i dziennikarze są traktowani przez prokuratury gorzej". Jest to przykład zagrożenia dziennikarskiej swobody. Wydaje się, że obrona kolegi okazała się mniej istotna niż obrona własnego interesu grupowego. Są jednak inne przykłady - dziennikarskiej omerty na temat negatywnych zjawisk w środowisku. I tak na przykład było kiedyś trzech dziennikarzy z tygodnika "Wprost" zajmujących się obsługą sejmowych relacji dla swojej redakcji. Później chodziło już tylko dwóch, bo trzeciego zamknął prokurator do aresztu pod zarzutem molestowania seksualnego nieletniego. Gdyby to się zdarzyło w np. Niemczech czy Francji - inni koledzy dążyliby z całych sił do oczyszczenia środowiska i wyjaśnienia sprawy, nawet gdyby zarzuty okazałyby się fałszywe. Tymczasem u nas była tylko mała wzmianka w dzienniku "Rzeczpospolita" i notatka PAP-u, nie wykorzystana przez redakcje. Poza tym - cisza.
Dziennikarstwo polskie nie może być immunizowane z tego tylko powodu, że przedstawiciele tego zawodu uprawiają właśnie taką profesję. Komisja śledcza dotknie także i takich spraw, opinia publiczna ma prawo znać powody współpracy ze służbami specjalnymi PRL jej reprezentantów - uważa Łukasz Perzyna.

Nagranie trwa prawie 15 minut i jest dostępne w Sieci do 18 VIII 2006 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.





Ilu senatorów i posłów wycofa się do "pracy naukowej" po wprowadzeniu nowego projektu o wycofaniu agentury MSW? - Janusz Korwin-Mikke o kolejnej ofensywie anty-bezpieczniackiej
Wysłane sobota, 5, sierpnia 2006 przez Krzysztof Pawlak

"Muszę powiedzieć, że lustracja pani Gilowskiej rozwija się w sposób trochę dziwny. SB-ecy trzymają się tej linii, że co napisane, to napisane... Z drugiej strony - zdementowali działanie SB-eka Wieczorka, jak widać, czarne owce trafiają się wszędzie. Jednak mam nadzieję, że nie podważa to wiarygodności dokumentów SB, które były sprawdzane przez ludzi w miarę odpowiedzialnych. A nawet jeśli pani Gilowska coś mówiła, to - pewnie tylko opowiadała, co się dzieje na Zachodzie. W Wielkiej Brytanii każdy naukowiec wyjeżdżający za granicę jest wzywany do wywiadu i jest to uważane za coś normalnego. Natomiast ciekawe jest, jak odżyła sprawa kary śmierci. Przypominam, że my, UPR, złożyliśmy już wiele lat temu projekt przywrócenia KS do kodeksu, co ugrobił pan marszałek Nałęcz, lewicowiec taki, a nasze podpisy leżą gdzieś w piwnicy sejmowej klubu SLD" - Janusz Korwin-Mikke, I prezes UPR, komentuje kolejne wydarzenia z mijającego tygodnia działalności teatrzyku politycznego "polskiego regionu UE".

Jest dobra wiadomość: projekt o usunięciu OBECNYCH agentów bezpieki z grona senatorów i posłów jest już w Senacie i podpisało sie pod nim ponad 20 senatorów. Powinien przejść więc przez sito w takim razie. Będzie to burza porównywalna do uchwały JKM-a z 1992 roku - bo zmusza ministra MSW do usunięcia swoich agentów z ław parlamentarnych. Doprowadzi to do sytuacji "wycofania się do pracy naukowej" na przykład - wielu posłów (może nawet około 100) i senatorów RP (może około 30). Już m.in. senator Smoktunowicz - które oczywiście bardzo ceni JKM - coś zaczął bąkać o swoim wycofaniu się z polityki...
Pytanie - kto będzie rządził Polską, jak się wreszcie rozwali bezpiekę...?

Nagranie trwa prawie 5 minut i jest dostępne w Sieci do 18 VIII 2006 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




Ilu senatorów i posłów wycofa się do "pracy naukowej" po wprowadzeniu nowego projektu o wycofaniu agentury MSW? - Janusz Korwin-Mikke o kolejnej ofensywie anty-bezpieczniackiej Wysłane sobota, 5, sierpnia 2006 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |






ANTYPOLSKI SPISEK W MEDIACH - Antoni Zambrowski Wysłane czwartek, 3, sierpnia 2006 przez Krzysztof Pawlak

Obchodziliśmy ostatnio 60. rocznicę krwawego "pogromu" kieleckiego. W polskich mediach elektronicznych obowiązuje oczywiście stara komunistyczna wersja, że mord na kieleckich Żydach był dziełem klerykalnej i antysemickiej tłuszczy, choć już we wspomnieniach premiera Stanisława Mikołajczyka napisanych na emigracji na Zachodzie i zatytułowanych "Rape of Poland" można wyczytać, że ten pogrom był dziełem funkcjonariusza UB majora Władysława Spychaja - Sobczyńskiego, wykonanym na zlecenie NKWD. Bezpośrednim sprawcą mordu był oddział wojska pod dowództwem sowieckiego oficera w polskim mundurze. Stanisław Mikołajczyk dodaje, że major Spychaj - Sobczyński wcześniej, jako szef UBP w Rzeszowie, zamordował wybitnego działacza ludowego z opozycyjnego PSL Władysława Kojdera. Sprawa "pogromu" kieleckiego została po latach podjęta przez znanego polskiego reportera Krzysztofa Kąkolewskiego, który wyniki swych badań opisał w książce "Umarły cmentarz", wydanej przez wydawnictwo von Borowiecki. Wynika z niej, że mjr Władysław Spychaj - Sobczyński jako szef wojewódzkiego UBP kolejno w Rzeszowie, Krakowie i Kielcach organizował pogromy antyżydowskie w tych właśnie miastach. Pogrom kielecki był z nich najgłośniejszy, gdyż pociągnął za sobą największą liczbę ofiar śmiertelnych wśród Żydów i zbiegł się z rocznicą amerykańskiego Dnia Niepodległości. Wskutek tego warszawscy korespondenci pism zachodnich zostali poinformowani o krwawym pogromie w Kielcach tegoż dnia na przyjęciu zorganizowanym w warszawskim hotelu "Polonia" przez ambasadora USA. I natychmiast wysłali korespondencje do swych gazet i agencji.
Brat naszego noblisty Andrzej Miłosz nakręcił następnie w wytwórni Media-Kontakt, prowadzonej przez znanego opozycjonistę antykomunistycznego Mirosława Chojeckiego - członka KSS KOR oraz założyciela podziemnego wydawnictwa NOWa dwa filmy telewizyjne poświęcone tej sprawie. W filmach tych pt. "Pogrom" oraz "Henio" demonstruje on prawdę o pogromie, przygotowanym pod nadzorem NKWD przez majora W. Spychaja - Sobczyńskiego, a wykonanym siłami oddziału KBW pod dowództwem sowieckiego oficera w polskim mundurze oraz PPR-owskiej, względnie ubeckiej bojówki, pozorującej robotników pobliskiej fabryki metalowej. Ci bojówkarze zostali przyjęci do fabryki na kilka dni przed pogromem i ulotnili się jak jeden mąż następnego dnia po uwieńczonej sukcesem akcji. Oni wraz z żołnierzami zmasakrowali Żydów mieszkających w domu na Plantach, ale tylko z jednej klatki schodowej. Chodziło o wykonanie misternego zadania odstrzelenia wyłącznie Żydów wybierających się do Palestyny (Żydzi z drugiej klatki schodowej pozostawali pod ochroną UB). Dlatego nie mogło być mowy o dopuszczeniu pod dom niekontrolowanego motłochu.
Chłopiec Henio Błaszczyk - jak sam opowiadał Andrzejowi Miłoszowi w nakręconym przez niego filmie - był dzieckiem konfidenta UB. Najpierw został wywieziony poza miasto, aby później na polecenie ojca opowiadać, iż był więziony przez Żydów w piwnicy domu na Plantach i im się wymknął. W dzień pogromu oprowadzali go po mieście umundurowani milicjanci i ci milicjanci opowiadali, iż Żydzi go więzili dla rytualnego mordu. Po pogromie tenże Henio był ukrywany przez dłuższy czas w piwnicy Urzędu Bezpieczeństwa, dla większej pewności, aby afera się nie wydała. Wszystko to opowiedział dorosły już Henryk Błaszczyk przed kamerą Andrzeja Miłosza już w III RP, nie ukrywając strachu, że może go spotkać kara za ujawnienie prawdy z ręki wszechpotężnych wciąż ubeków. I istotnie zginął wkrótce w podejrzanych okolicznościach zapewne z rąk podziemia ubeckiego.
Można byłoby sądzić, że te dwa filmy Andrzeja Miłosza powinny być przypomniane polskim telewidzom przy sposobności uroczystych obchodów rocznicy pogromu kieleckiego. Jak mówił mi Mirosław Chojecki, z Media-Kontakt zgłosił on taką propozycję kierownictwu TVP, ale jego pomysł został zignorowany. W polskich elektronicznych środkach przekazu obowiązuje wszak antypolska wersja prof. Jana Tomasza Grossa, autora kłamliwej książki pt. "Sąsiedzi" o mordzie na Żydach z podlaskiego miasteczka Jedwabne w lipcu 1941 roku oraz świeżo wydanej po angielsku w USA pod tytułem "Strach" - jeszcze bardziej załganej książki o polskim powojennym antysemityzmie. Prawdy o Polsce powojennej nie uświadczysz nawet w działającej za nasze pieniądze telewizji publicznej. W odróżnieniu od prof. Jana Tomasza Grossa pamiętam tamte czasy (chodziłem do szkoły podstawowej na dolnym Mokotowie w Warszawie) i niczego takiego, co by świadczyło o opisywanym przez prof. Grossa "pogromowym polskim antysemityzmie" - nie zaobserwowałem. Nie zetknąłem się też z tego objawami podczas wyjazdów w Polskę na wakacje - na obozy młodzieżowe lub kolonie szkolne. Nie darmo więc już po jego pierwszej książce "Sąsiedzi" mówiono w Warszawie: "Łże jak Gross". (wytł. ASME) Jan Tomasz Gross był w 1968 roku więźniem marcowym, załamał się w śledztwie i obciążył swych kolegów. Czytałem jego zeznania w materiałach własnego śledztwa i pamiętam obrzydliwości, jakie ze strachu opowiadał przesłuchującym go oficerom SB. Dziś odreagowuje swe frustracje, obciążając odpowiedzialnością za ówczesny komunistyczny antysemityzm Bogu ducha winny naród polski.
Co więcej: dla zapewnienia monopolu michnikowo-grossowej wersji wydarzeń jakieś anonimowe krasnoludki w IPN dokonały kontrolowanego przecieku "informacji", w taki sposób, aby red. Krzysztof Kąkolewski - autor książki "Umarły cmentarz" i prawdziwy odkrywca prawdy o pogromie kieleckim jako dziele NKWD i UB został ustrzelony jako rzekomy współpracownik PRL-owskich służb specjalnych. Jakieś krasnale pokazały poza plecami osoby zainteresowanej jego akta w IPN kierownictwu gazet, z którymi współpracował, jego o niczym nie powiadamiając. Jest to akt lustracyjnej dintojry wykonany przez ludzi, którym zależy na zapewnieniu monopolu michnikowo-grossowej wersji wydarzeń.
Adam Michnik jest przeciwnikiem lustracji, ale do głowy mu nie przyjdzie potępić takie praktyki lustracyjne. A chodzi o osobę, której dokonania można by porównać do zasług rosyjskiej odkrywczyni prawdy o zbrodni katyńskiej w archiwach sowieckich prof. Natalii Lebiediew. Red. Krzysztof Kąkolewski odkrył prawdę o zbrodni kieleckiej i za to ma taką właśnie zapłatę. W dodatku insynuuje się mu nieistotnie, godne potępienia donoszenie na kolegów z opozycji antykomunistycznej w roli TW Służby Bezpieczeństwa, niczym TW "Ketman", czyli Lesław Maleszka z "Gazety Wyborczej". Nic z tych rzeczy. Zarzuca mu się jedynie opłacanie się jakimiś sprawozdaniami wywiadowi PRL podczas wyjazdów zagranicznych, aby opisać hitlerowskiego zbrodniarza na spokojnej emeryturze w RFN lub zbrodnie bandy Mansona w USA. I za to organizuje się ostracyzm wobec tak zasłużonej dla prawdy historycznej osoby tuż przed uroczystymi obchodami rocznicy kieleckiego mordu. Co gorsza, nikt nie protestuje przeciwko takim gangsterskim praktykom. Ciekaw jestem, czy Jego Ekscelencja ksiądz metropolita lubelski, abp Józef Życiński również jemu wyrazi publicznie swój gniew i współczucie?

Antoni Zambrowski

Artykuł pierwotnie ukazał się w tygodniku "Najwyższy CZAS!" pt. "Cenzura pogromu?".

PS. Z przykrością stwierdzam, że zawarte w mym artykule uszczypliwe uwagi odnośnie anonimowych krasnali z IPN, które ustrzeliły autora "Umarłego cmentarza" red. Krzysztofa Kąkolewskiego tuż przed obchodami 60. rocznicy pogromu kieleckiego, po głębszym zbadaniu okazały się pozbawione podstaw. Osoby, które poczuły się dotknięte moimi uwagami, najserdeczniej przepraszam. Nie zmienia to podstawowej tezy mego artykułu, iż w polskich mediach, zwłaszcza elektronicznych, panuje kłamliwa wersja o klerykalnym i antysemickim motłochu jako sprawcy pogromu, podczas gdy dobrze wiemy, że bezpośrednimi wykonawcami mordu na zlecenie NKWD była bojówka PPR-owska z miejscowej huty oraz milicjanci i oddział KBW pod dowództwem sowieckiego oficera w polskim mundurze.

AZ

Publicystyka Antoniego Zambrowskiego na ASME


Wynagrodzenie należy brać z góry i w ogóle o nim najpierw pomyśleć - Stanisław Michalkiewicz o narodach "mniej wartościowych" w spojrzeniu neokonserwatystów, czyli - popleczników syjonistów Wysłane czwartek, 3, sierpnia 2006 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |








Wynagrodzenie należy brać z góry i w ogóle o nim najpierw pomyśleć - Stanisław Michalkiewicz o narodach "mniej wartościowych" w spojrzeniu neokonserwatystów, czyli - popleczników syjonistów
Wysłane czwartek, 3, sierpnia 2006 przez Krzysztof Pawlak

Na ten temat:

NIEMCY, UKRAINA, BIAŁORUŚ, ROSJA: Nasi odwieczni sąsiedzi, z którymi dzielimy różne części terytoriów obecnej i przyszłej Unii Europejskiej... - 30 V 2006 r.

"W nocy z 2 na 3 sierpnia polska polityka zagraniczna odniosła jeszcze jeden wielki sukces - mianowicie zakończyła się »pomarańczowa rewolucja« na Ukrainie, został podpisany pakt między prezydentem Juszczenką a jego głównym konkurentem, premierem Janukowyczem - o podziale władzy na Ukrainie. Zakończyła się - przynajmniej na tym etapie - podziałem stref wpływów między Rosją a Zachodem, cokolwiek miałoby to znaczyć, a tak naprawdę - być może oznacza to Niemcy, bo trzeba to wydarzenie widzieć w kontekście spotkania pana prezydenta Busza i panią kanclerz Merkel w Stralsundzie 13 lipca, tuż przed »szczytem G8« w Petersburgu" - Stanisław Michalkiewicz zwraca uwagę na doniosłe wydarzenia za naszą południowo-wschodnią współczesną granicą.

Wydaje się, że Ameryka powraca do swojej tradycyjnej polityki europejskiej, którą wyrażał jeszcze prezydent Clinton podczas swej wizyty w Berlinie, gdzie apelował o "wzięcie większej odpowiedzialności przez Niemcy za Europę". Tradycyjnym prokurentem Stanów Zjednoczonych w tym układzie są Niemcy - te same Niemcy, których fundamentem polityki zagranicznej jest "strategiczne partnerstwo" z Rosją. To pokazuje, że polska polityka ślepego zaangażowania w amerykańską politykę, zaangażowania nieekwiwalentnego - jest bardzo ryzykowna. Amerykanie mają różne priorytety w swej polityce zagranicznej, na przykład interesy syjonistyczne, których wyrazicielem na terenie Stanów są tzw. neokonserwatyści Pawła Wolfowitza. Zwracają już na to od dłuższego czasu różni komentatorzy polityczni, pisząc i mówiąc o "kręceniu przez ogon psem". Amerykanie poświęcają na ołtarzu tych priorytetów "mniej wartościowe narody" w tym przypadku - Ukraińców i pośrednio - Polaków...

Nagranie trwa prawie 6 minut i jest dostępne w Sieci do 17 VIII 2006 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




MACZUGA JAKO NARZĘDZIE TOLERANCJI - Antoni Zambrowski Wysłane środa, 2, sierpnia 2006 przez Krzysztof Pawlak

Podczas obchodów 30. rocznicy Marca '68 w Domu Literata wszyscy mówcy atakowali gen. Moczara jako organizatora antysemickiej nagonki w owym czasie. Przedarłem się do mikrofonu i powiedziałem: "Zostawcie w spokoju gen. Moczara, gdyż on od dawna nie żyje. Żyje natomiast inny organizator antysemickiej czystki w PRL w owym czasie - gen. Wojciech Jaruzelski". Pewna pani powiedziała wtedy do mnie: "Co pan wygaduje?! Przecież leje pan wodę na młyn prawicy". Zapytałem ją więc: "Walczy pani z antysemityzmem czy z prawicą?". Mam wrażenie, że i dla środowiska "Gazety Wyborczej" hasło walki z antysemityzmem jest jedynie pretekstem do walki z prawicą i rządami Prawa i Sprawiedliwości. Zwalczanie antysemityzmu jest taką maczugą, którą w imię tolerancji bije się przeciwników bez względu na ich prawdziwy stosunek do Żydów. Doświadczyłem tego na własnej skórze, trafiając jako rzekomy antysemita na łamy raportu Stowarzyszenia Otwarta Rzeczpospolita o języku nienawiści za moje słowa prawdy w sprawie obchodów rocznicy mordu na Żydach w Jedwabnem. Autor raportu - dziennikarz "GW" Sergiusz Kowalski dla równowagi nawyzywał mi w tymże raporcie od Żydów, co najlepiej świadczy o wartości oskarżeń o antysemityzm. Podobnie potraktował mnie ostatnio przyjaciel Adama Michnika Piotr Najsztub na łamach swego "Przekroju" w artykule poświęconym memu przyjacielowi prof. Jerzemu Robertowi Nowakowi. Środowisko "Gazety Wyborczej" zna mnie jako dziennikarza katolickiego, stąd ich usiłowania, wypisz - wymaluj jak u ubecji, przypisania mnie za karę do narodu wybranego. Wyobrażam, co by się działo, gdybym to ja nazwał w polemice Żydami kogokolwiek ze środowiska "Gazety Wyborczej", nawet kogoś, kto publicznie obnosi się swymi związkami z narodem żydowskim.
W czasie wydarzeń marcowych mój kolega z celi więziennej Piotr Żebruń żartował: "Nie ten Żyd, kto Żyd, lecz kogo Partia wskaże". Dziś antysemitą jest nie ten, kto nie lubi Żydów, lecz ten kogo Adam Michnik o to oskarży. Ma to służyć zastraszaniu oponentów w imię - a jakże - tolerancji.

Obchodziliśmy 4 lipca 60. rocznicę pogromu kieleckiego. W związku z tym z niejakim wyprzedzeniem "Gazeta Wyborcza" zamieściła w aż dwóch numerach sobotnich (z 3 i 10 czerwca br.) artykuł Adama Michnika pod wymownym tytułem "Pogrom kielecki: dwa rachunki sumienia". Przeciwstawia on w swym artykule dwie postawy hierarchów polskiego Kościoła katolickiego w związku z pogromem Żydów: enigmatyczną - jego zdaniem - księdza biskupa kieleckiego Czesława Kaczmarka oraz zdecydowanie potępiającą mord księdza biskupa Teodora Kubiny. Ta druga została wyrażona w przytoczonej przez Adama odezwie do społeczeństwa miasta Częstochowy i podpisanej przez księdza biskupa wraz z kilkoma notablami, jak starostowie grodzki i powiatowy oraz prezesi (powinno być przewodniczący) miejskiej i powiatowej Rady Narodowej. Adam stwierdza z ubolewaniem, że piękne świadectwo księdza biskupa Teodora Kubiny, który - jak się wyraził Adam - "nie chciał powtórzyć gestu Piłata" zostało zdezawuowane przez konferencję plenarną Episkopatu z księdzem Prymasem Augustem Hlondem na czele. Przypomnijmy, bo Adam tę okoliczność pomija, że jednym z dezawuujących był ówczesny biskup lubelski, późniejszy Prymas ksiądz Stefan Wyszyński. Jako Prymas Tysiąclecia okazał on Adamowi Michnikowi wiele oznak sympatii, m.in. ofiarując mu egzemplarz Pisma świętego z własnoręczną dedykacją: "Zjedz tą księgę" (nawiązującą do słów Apokalipsy św. Jana). Adam, sądząc z jego zachowania w późniejszych latach, owej Księgi nie zjadł, lecz odstawił na półkę, sprawiając tym ofiarodawcy wielki zawód.
Ponieważ Adamowi chodzi głównie o wnioski z przeszłości dla dnia dzisiejszego, przy tej rocznicowej sposobności atakuje on - jak się sam wyraża - "prominentnych polityków obozu rządzącego dziś Polską", którzy utrudniają jego zdaniem rozliczanie się z przeszłością. Właściwą postawą w takiej sprawie - zdaniem Adama - jest uznanie własnej winy i mówienie prawdy.
Rzecz jednak w tym, że winy nie było, zaś Adam sam i to świadomie - unika prawdy. Chciałby on przekonać swych czytelników, że sprawcami pogromu byli antysemiccy klerykałowie, wierzący w to, że Żydzi mordują chrześcijańskie dzieci na macę. Z takimi postawami powinni byli walczyć księża katoliccy, którzy tego nie uczynili, ponieważ mieli żal o nadreprezentację Żydów w narzuconej Polakom przez sowieckie bagnety władzy komunistycznej. Ksiądz bp Teodor Kubina potępił otwarcie "zbrodniczy fanatyzm i nieusprawiedliwioną ciemnotę" jako podłoże mordu. Inni biskupi na to się nie zdobyli, choć półgębkiem potępili mord. Stąd żal Adama do Kościoła katolickiego o to, ze do dnia dzisiejszego nie chce rozliczyć się z tej zbrodni na Żydach.
Tymczasem Adam i cała "Gazeta Wyborcza" nie chcą przyjąć prawdy o pogromie kieleckim, z której wynika, iż Kościół nie ma sobie nic do wyrzucenia w tej sprawie. Żydzi kieleccy padli ofiarą prowokacji UB pod dyktando NKWD. Sprawcami mordu był nie rozbestwiony motłoch, jak przedstawiała propaganda komunistyczna, a w ślad za nią Adam Michnik, lecz odpowiednio dobrana bojówka PPR-owska zatrudniona na kilka dni w pobliskiej fabryce oraz oddział KBW pod dowództwem sowieckiego oficera w polskim mundurze. Za całość odpowiedzialny był szef kieleckiego UBP, mjr Władysław Spychaj - Sobczyński, który już wcześniej był organizatorem podobnych pogromów w Rzeszowie i Krakowie. Henio Błaszczyk - ów chłopiec rzekomo przetrzymywany przez Żydów w piwnicy domu na Plantach (gdzie tak naprawdę nawet nie było piwnic), w rzeczywistości był synem agenta UB, zaś po zajściach kieleckich - aby afera się nie wydała - był przetrzymywany przez ubeków w piwnicy miejscowego UBP. Cała sprawa została dokładnie opisana w głośnej książce znanego reportera Krzysztofa Kąkolewskiego pod tytułem "Umarły cmentarz". Brat naszego noblisty Andrzej Miłosz nakręcił następnie w wytwórni Mirosława Chojeckiego (byłego założyciela podziemnego wydawnictwa "NOWA" oraz członka KSS "KOR") film dokumentalny o przebiegu wydarzeń kieleckich pod tytułem "Pogrom" oraz odrębny filmowy zapis rozmowy z dorosłym już Henrykiem Błaszczykiem o kulisach tego pogromu. Henryk Błaszczyk, który cały czas panicznie bał się konsekwencji ujawnienia prawdy o okolicznościach pogromu, wkrótce po nakręceniu filmu zginął tragicznie. Można podejrzewać, że padł ofiarą zemsty podziemia ubeckiego, nie pierwszą i nie ostatnią w III RP. Środowisko "Gazety Wyborczej" nie chce do dziś uznać prawdy o pogromie kieleckim, gdyż to psuje tworzony przez nią obraz Polski jako kraju klerykalnego, nacjonalistycznego i antysemickiego.
Odnoszę nawet wrażenie, że środowisku "GW" nie chodzi tyle o zwalczanie antysemityzmu wśród Polaków, ile o dorabianie Polakom gęby antysemitów.
Potwierdzeniem tej tezy jest kupiona przeze mnie w rosyjskiej księgarni "Rusałka" książka prof. Jana Tomasza Grossa pod tytułem "Sąsiedzi" przełożona (dość marnie) na rosyjski i wydana z przedmową Adama Michnika.
Ten fakt, że Adam Michnik napisał przedmowę do rosyjskiego wydania książki J. T .Grossa o mordzie na Żydach w Jedwabnem w lipcu 1941 roku, wydanej w roku 2002 roku, świadczy, że wybaczył on Jankowi tchórzliwą postawę w śledztwie w sprawie Ruchu 8 Marca 1968 roku. Jan Tomasz Gross załamał się, w odróżnieniu od większości michnikowych "komandosów", w więzieniu mokotowskim i ze strachu plótł obrzydliwe androny, m.in. o ówczesnej narzeczonej Adama, Basi Toruńczykównie. Nie byłem uczestnikiem Ruchu 8 Marca i nie zobowiązywałem się wobec kolegów odmawiania w śledztwie wszelkich zeznań. Trafiłem do więzienia dla efektu propagandowego i ze zrozumiałych względów musiało mi zależeć na ujawnieniu prawdy o mej niewinności. Mimo to Jacek Kuroń podczas pierwszego naszego spotkania po jego uwolnieniu z więzienia nie chciał mi podać ręki i przeprosił mnie po chwili za ten afront dopiero pod naciskiem swej żony Gajki Kuroniowej, Karola Modzelewskiego oraz Adama Michnika. Wyobrażam, jak potraktowano w gronie "komandosów" takiego zdrajcę jak Jan Tomasz Gross. W dodatku Janek, który w więzieniu deklarował narodowość polską, wkrótce na żydowskich papierach wyjechał do USA. Najwyraźniej po latach wybaczono mu zdradę dla okazanych Jackowi Kuroniowi usług. Zapewne za namową Kuronia napisał on kłamliwą książkę o pogromie Żydów w Jedwabnem i wziął w ten sposób udział w antypolskiej akcji propagandowej, podjętej przez SLD oraz sympatyzującego z nim prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego, a skierowanej przeciwko AW"S"-owskiemu rządowi prof. Jerzego Buzka. Książka amerykańskiego autora, prof. Jana Tomasza Grossa była pomyślana jako prowokacja wobec rządu AW"S", który usiłowano wpakować w sytuację bez dobrego wyjścia. Mord na Żydach w Jedwabnem rzeczywistości był jednym z tysięcy krwawych incydentów antyżydowskich podczas letniej ofensywy hitlerowskiego Wehrmachtu na Związek Rad w 1941 roku. Wystarczy wymienić najbardziej głośne pogromy miejscowych Żydów w litewskim Kownie lub ukraińskim wówczas Lwowie, gdzie ofiary szły na tysiące, a nie na setki, jak w Jedwabnem. Tymczasem prezydent Aleksander Kwaśniewski zdecydował się na postawienie właśnie Polski pod pręgierzem, organizując samotnie obchody rocznicowe w Jedwabnem. Pokazano - wbrew prawdzie, a w myśl tezy prof. Grossa, że pogrom obył się bez udziału Niemców, wyłącznie rękoma polskich sąsiadów - klerykalnych i antysemickich. Wybrano do obchodów wyłącznie Jedwabne, pomijając miejscowości, gdzie Żydzi padali bezpośrednio ofiarą mordu ze strony Niemców. Nie żyjący już dziś śp. prof. Tomasz Strzembosz zapytywał wtedy, czym gorsi są Żydzi białostoccy, w liczbie 800 osób spaleni przez Niemców w miejscowej synagodze, od Żydów z Jedwabna, że nie chce się uczcić rocznicy również i ich męczeńskiej śmierci. A chodziło ewidentnie o zaakcentowanie polskiego sprawstwa mordu na Żydach.
Napisałem wtedy artykuł, w którym wskazywałem, że środowisko traktujące jako swego guru Jacka Kuronia od dawna zajmuje się świadomym kompromitowaniem Polski i Polaków, przez stwarzanie sytuacji konfliktujących Polskę z Żydami. To Jacek Kuroń zaprosił do Polski zaraz po spektakularnym zwycięstwie "Solidarności" nad komuną w 1989 roku mało znanego z działalności duszpasterskiej, ale słynnego z antypolonizmu rabina Abrahama Weissa z Nowego Jorku, by odegrał głośne na cały świat przedstawienie pod klasztorem sióstr karmelitanek w Oświęcimiu. Jego ekipa była z góry nastawiona na skandal, bo gdy robotnicy na rusztowaniu poleli ich wodą, asystujący rabinowi fotograf zdążył uchwycić ten moment i rozesłać do wielu pism ilustrowanych w świecie zdjęcie dokumentujące polski antysemityzm. "Gazeta Wyborcza" opisywała ten incydent z sympatią do żydowskich awanturników, których osobiście podejmował w Warszawie Jacek Kuroń, ale nie do sióstr karmelitanek modlących się w intencji pomordowanych w Auschwitz ofiar hitleryzmu. Kiedy ksiądz Prymas Józef Glemp zaprotestował publicznie przeciwko wrogiemu wtargnięciu grupy mężczyzn do żeńskiego klasztoru, również jego okrzyczano antysemitą. Dodajmy, że ksiądz Prymas Józef Glemp okazywał wiele względów Adamowi Michnikowi, o czym on ze zrozumiałą dumą opowiadał nam w obozie internowania w Zakładzie Karnym w Białołęce na wiosnę 1982 roku.
Dla Adama to nie pierwszyzna przedstawianie swych dobroczyńców z Kościoła katolickiego jako antysemitów, jeśli zaistnieje na to zapotrzebowanie propagandowe. Kiedy Jacek Kuroń wysunął swą kandydaturę w wyborach prezydenckich przeciwko kandydującemu na drugą kadencję Lechowi Wałęsie, Adam Michnik postanowił dla promocji swego druha i guru Jacka poświęcić swych gdańskich przyjaciół: księdza prałata Henryka Jankowskiego, proboszcza kościoła św. Brygidy, który ochrzcił mu jego syna Antka, oraz występującego w roli ojca chrzestnego Lecha Wałęsę. W korespondencji z Gdańska zamieszczonej w "GW" oskarżono księdza prałata o wygłoszenie podczas mszy świętej w obecności prezydenta Lecha Wałęsy antysemickiego kazania, z którego wynikało, iż żydowski wielki kapitał wspierał finansowo NSDAP i że przez to gwiazda Dawida wpisuje się w hitlerowską swastykę. Korespondencja "GW" wywołała wielki skandal w świecie i oburzenie żydowskich ośrodków opiniotwórczych. Dzięki dociekliwości polskiego Hindusa Petera Rainy, który przeanalizował zapis magnetofonowy kazania księdza prałata, wyszło jednak na jaw, iż ksiądz prałat wypowiedział myśl równie kontrowersyjną, ale mniej antagonizującą świat żydowski, stwierdzając, że gwiazda Syjonu wpisuje się w komunistyczny sierp i młot. Mówię o kontrowersyjności owej popularnej tezy, gdyż jest to tzw. półprawda, ponieważ komunizm popierali nie religijni i narodowo uświadomieni Żydzi, lecz tzw. asymilanci, poczynając Karola Marxa. Był on, jak wiadomo, Niemcem i luteraninem żydowskiego pochodzenia i w swej korespondencji z bliskimi, zwłaszcza z rodowitym Niemcem Fryderykiem Engelsem nieraz zdradzał kompleksy "przechrzty", wyśmiewając swych bardziej żydowskich adwersarzy. Podobnie przywódcy partii bolszewickiej, a bliscy współpracownicy Lenina - Lew Trocki, Grigorij Zjinowjew, Lew Kamieniew oraz Jakow Swierdłow byli rosyjskojęzycznymi ateistami, skonfliktowanymi z prawdziwie żydowskimi środowiskami, które traktowali jako siedlisko reakcji. Współczesne środowiska żydowskie słabo znają historię WKP(b), więc przyjmują jako naturalną tezę o żydowskich powiązaniach ze światowym ruchem komunistycznym, natomiast boleśnie tam odebrano michnikową podpuchę o symbiozie gwiazdy Syjonu i swastyki. Lech Wałęsa jako parafianin księdza prałata Jankowskiego musiał się nawet tłumaczyć przed prezydentem USA Billem Clintonem, który miał do niego pretensje, że Lech nie wyszedł na znak protestu w czasie tak antysemickiego kazania. Wszystkie ówczesne starania Adama i tak spaliły na panewce, gdyż Lech Wałęsa wprawdzie przegrał wybory prezydenckie, ale na rzecz Aleksandra Kwaśniewskiego, a nie Jacka Kuronia. Jedynym namacalnym skutkiem była kolejna plama na międzynarodowym wizerunku Polski i Polaków.
Innym skandalem, tym razem w skali krajowej, była publikacja w "Gazecie Wyborczej" w roku obchodów 50. rocznicy Powstania Warszawskiego artykułu red. Michała Cichego, poprzedzonego przez własnoręczną przedmową Adama Michnika. Z przedmowy Adama wynikało, że jest on pełen atencji dla bohaterstwa Armii Krajowej, natomiast artykuł red. Michała Cichego informował, że żołnierze AK mordowali podczas Powstania resztki ocalałych po okupacji hitlerowskiej Żydów. "Gazeta Wyborcza" nigdy nie odwołała swych oszczerstw pod adresem powstańców, ale Helena Łuczywowa przed paru laty groziła sprawą sądową o zniesławienie mojej koleżance redakcyjnej z "Tygodnika Solidarność", red. Teresie Kuczyńskiej, gdy ta wypomniała "Gazecie" owe oszczerstwa. W obchodach 60. rocznicy Powstania Warszawskiego "Gazeta" brała czynny udział - tym razem bez wypominania grzechów powstańcom. Nie wycofała się natomiast z wspierania "odkryć" Jana Tomasza Grossa, chociażby przez przychylne recenzowanie książki swej koleżanki redakcyjnej Anny Bikontowej - "My z Jedwabnego". Ma ona, podobnie jak jej koledzy z "Gazety Wyborczej", żal do Polaków na Podlasiu o to, że nie chcą dzielić jej żydowskiego bólu po pomordowanych bestialsko w Jedwabnem i okolicy starozakonnych, ale odnoszę wrażenie, że jest to spojrzenie nazbyt jednostronne. Opisywanie cierpień ludzkich, okrutnej śmierci niewinnych ludzi zawsze powinno budzić ludzkie współczucie, ale zastanawia mnie, jak dziennikarze z "Gazety Wyborczej" przyjęli by książkę o cierpieniach Polaków ginących z ręki Żydów. W czasie marszu Armii Czerwonej na polskie Kresy Wschodnie po 17 września 1939 roku spłynęły one polska krwią po wezwaniu sowieckiego marszałka Timoszenki "Chwytajcie siekiery i kosy - rżnijcie polskich (jaśnie) panów!". Polaków rżnęły wtedy zgodnie zamieszkujące Kresy mniejszości narodowe - czerwone bojówki ukraińskie, białoruskie i żydowskie. Na terenach, które po wojnie wcielono do Związku Rad, dominowały bojówki wschodniosłowiańskie, ale na Podlasiu w pamięci miejscowych Polaków pozostali Żydzi. A później nadszedł rok 1941 i jak pisze Adam Michnik w swej przedmowie do książki "Sasiedzi" Jana Tomasza Grossa: "A przecież dziki tłum w Jedwabnem nie był osamotniony. We wszystkich krajach, zniewolonych po 1939 roku przez Związek Rad, latem i na jesieni 1941 roku miały miejsce koszmarne zbrodnie na Żydach. Ginęli oni z rąk sąsiadów - litewskich, łotewskich, estońskich, ukraińskich, rosyjskich, białoruskich. Sądzę, że nadszedł czas, byśmy poznali wreszcie całą prawdę o tych koszmarnych wydarzeniach". Co stoi na przeszkodzie, by dziennikarze "Gazety Wyborczej", choćby i Ania Bikontowa, opisali te krwawe koszmary w krajach ościennych?
Innym przypadkiem do opisania jest tragedia polskiej wsi Koniuchy na Wileńszczyźnie, wymordowanej przez sowiecki oddział partyzancki za współpracę z Armią Krajową. Poważną część tego oddziału stanowili Żydzi, którzy później opowiedzieli o swych krwawych dokonaniach w wydanych na Zachodzie wspomnieniach. Zastanawiam się, co stanęło na przeszkodzie, by pomordowanych okrutnie chłopów z Koniuchów opłakać tak, jak Aleksander Kwaśniewski oraz Anna Bikontowa opłakali Żydów w Jedwabnem.
Porozumienie i pojednanie może narodzić się tylko wtedy, kiedy obie strony uznają swoje winy wobec siebie. "Gazeta Wyborcza" natomiast chce natomiast bicia się wyłącznie w polskie piersi. Aleksander Kwaśniewski nadużywając swej władzy, zwołał uroczyste obchody w Jedwabnem, ale zostały one zbojkotowane przez mieszkańców miasteczka. Z pojednania i żalu za grzechy wyszły więc nici. Bo tego nie da się zadekretować, niczym wieczystą przyjaźń polsko-radziecką.
Podobne stanowisko miał zresztą Jacek Kuroń w sprawie zbrodni partyzantów UPA na ludności polskiej na Wołyniu i w Galicji właściwej, czyli Wschodniej. Przed śmiercią otrzymał on nawet tytuł Łycaria Hałyczyny, czyli Rycerza Galicji, ale wątpię czy jest to powód do chwały. Głosiłem pojednanie polsko-ukraińskie w czasach, gdy Jacek Kuroń przezornie wolał milczeć w tej sprawie, ale nie sądzę, by odpuszczanie ludobójstwa na bezbronnych Polakach było właściwą drogą do prawdziwego pojednania naszych narodów.
Skłonność do bicia się tylko w polskie piersi widzimy m.in. w przedmowie Adama Michnika do wydania rosyjskiego "Sąsiadów" Jana Tomasza Grossa. Adam pisze: "Po wojnie, gdy w wolnych krajach nadszedł czas rozmyślań nad następstwami hitleryzmu i Holokaustu, w Polsce terror stalinowski na długie lata zablokował dyskusję o antysemityzmie. A jego tradycje miały tam głębokie korzenie. W Polsce XIX wieku, jak i we wszystkich krajach naszego regionu, zaludnionych przez Żydów, antysemityzm był ideowym zwornikiem obozu politycznego narodowej demokracji". Waść kpisz, czy o drogę pytasz?! Pisząc tekst dla rosyjskiego czytelnika, jak można było zapomnieć o okropnej roli rosyjskiego zaborcy?! Przecież Polska była przez wieki azylem dla europejskich Żydów. W XIX wieku Polska pozostawała pod okupacją trzech mocarstw europejskich i to miało bezpośredni wpływ na stosunki polsko-żydowskie. W okupowanej przez Prusy Wielkopolsce władze (podobnie jak Francuzi w Algerii) podniosły status społeczny miejscowych Żydów ponad status Polaków, gdyż uznały ich za Niemców. Żydzi z chęcią przeszli na stronę zaborców i stąd przez długie lata w Wielkopolsce wśród ludności polskiej rej wodzili narodowcy czyli polscy nacjonaliści. W zaborze rosyjskim było na opak, gdyż Rosja była tradycyjnie krajem antysemickim. Gdy Iwan Groźny zdobył na Polakach Połock, natychmiast potopił miejscowych Żydów w rzece. Jan Tomasz Gross, opisujący żydowską pamięć o rzezi Żydów na Ukrainie za Bohdana Chmielnickiego, dziwnie zapomina, że Żydów rżnęli zaporoscy kozacy oraz ukraińscy chłopi, zaś broniło polskie wojsko, szlachta i polscy mieszczanie. Kiedy Chmielnicki podszedł pod Lwów, obiecywał odstąpić od oblężenia, jeśli lwowscy mieszczanie wydadzą kozakom swych Żydów. Lwów odpowiedział na to odmową. Wskutek rozbiorów Rzeczypospolitej na terenie Rosji znalazła się wielomilionowa ludność żydowska, poddana wszelakiej dyskryminacji. Dawne ziemie Rzeczypospolitej stały się żydowskim rezerwatem, strefą żydowskiego osiedlenia (cierta osjedłosti), poza którą Żydom wstęp był wzbroniony. W Rosji panował powszechnie antysemityzm, co i rusz wybuchały pogromy. Antysemitami byli nawet władcy Rosji, spokrewnieni z rodami panującymi w Europie. Gdy szef żandarmów, czyli policji politycznej meldował carowi Aleksandrowi III, że wojsko cieszy się na wieść o pogromach Żydów, cesarz odnotował na marginesie dokumentu: "Mnie to też cieszy". Nawet budzące taki niepokój Adama Michnika przeświadczenie, iż Żydzi - nawiasem mówiąc wbrew nakazom swej religii, odrzucającej wszelaką krew jako trefną - mordują chrześcijańskie dzieci na macę, jest wytworem carskiej policji, podobnie jak "Protokoły ojców Syjonu". To kijowskiego Żyda Bejlisa oskarżono o mord rytualny na prawosławnym chłopcu tuż przed I wojną światową. Agenci NKWD organizujący w Polsce Ludowej antyżydowskie pogromy, usiłowali wcisnąć Polakom ciemnotę wymyśloną przez carską Ochranę. Narodowa Demokracja Romana Dmowskiego była stronnictwem prorosyjskim i zarazem antyżydowskim. Żydzi narazili się Romanowi Dmowskiemu m.in. tym, że byli proniemieccy i antyrosyjscy. Tego wszystkiego nie uświadczysz niestety w tekście Adama Michnika, pomyślanym dla rosyjskiego czytelnika. A to dlatego, że Adam Michnik uznał za swą misję dziejową wytykanie antysemityzmu wyłącznie Polakom.
W następnych zdaniach Adam Michnik tak charakteryzuje sytuacje w II Rzeczypospolitej: "W okresie międzywojennym antysemityzm był już stałym czynnikiem radykalnej ideologii sił prawicowo-nacjonalistycznych. Potężne akcenty antysemickie były słyszalne w wypowiedziach hierarchów Kościoła katolickiego. Wciśnięta pomiędzy hitlerowskie Niemcy a stalinowską Rosję, Polska nie zdołała ułożyć porządnych stosunków z mniejszościami narodowymi, w tym ze społecznością żydowską". Chciałoby się zapytać, który kraj mógł się wtedy pochwalić prawidłowym ułożeniem stosunków z mniejszościami narodowymi? Wszystkie kraje o mieszanym składzie etnicznym rozdzierały sprzeczności i konflikty. W Polsce mniejszości narodowe były niezadowolone ze swego statusu, ale w krajach ościennych miały jeszcze gorzej. Na sowieckiej Ukrainie Stalin zamordował poprzez sztuczny głód miliony ukraińskich chłopów. NKWD uwięziło lub wymordowało jako burżuazyjnych nacjonalistów co wybitniejszych przedstawicieli kultury narodowej Białorusinów i Ukraińców. Co się tyczy Żydów, to mieli oni lepiej niż w Niemczech lub w Związku Rad. Antysemicką była w Polsce opozycja z Obozu Narodowego, zarzucająca wręcz rządzącej sanacji z marszałkiem Józefem Piłsudskim na czele filosemityzm. Żydzi mieli w Polsce swoje szkoły religijne i świeckie z językiem żydowskim i hebrajskim, własne teatry, kluby sportowe, nawet własną, żydowską kinematografię. Działały swobodnie różne żydowskie stronnictwa polityczne, które miały własnych posłów w Sejmie. Wydawały one swe gazety po polsku i po żydowsku. Ponieważ w Polsce było bezrobocie, władze państwowe czynnie wspierały ruch syjonistyczny, organizujący emigrację młodzieży żydowskiej do Palestyny. Oczywiście antysemicka opozycja korzystała z określonej wolności słowa, a przede wszystkim z autonomii wyższych uczelni. ONR-owcy mogli wprowadzać getta ławkowe dla studentów wyznania mojżeszowego, gdyż policja państwowa nie mogła interweniować na terenie uczelni bez zgody rektora tej uczelni. Nie była to jednak gra do jednej bramki, gdyż wielu polskich studentów i profesorów solidaryzowało się ze swymi żydowskimi kolegami. W Kościele katolickim pod względem stosunku do Żydów panowały różne opcje. Ksiądz Prymas August Hlond podejmował energiczne wysiłki, by wyrwać Kościół Kkatolicki spod wpływów Obozu Narodowego. Sam Adam Michnik przy innej okazji opisywał pozytywne tradycje podwarszawskich Lasek oraz ich duszpasterza Sługi Bożego, księdza Władysława Korniłowicza.
Adam Michnik nie powiedział też ani słowa o sowieckim antysemityzmie od zarania Polski Ludowej narzucanym Polakom. Wszyscy sowieccy ambasadorzy i doradcy NKWD byli antysemitami. Ze względu na braki kadrowe PPR we władzach Polski Ludowej, zwłaszcza w bezpieczeństwie była duża nadreprezentacja Żydów lub Polaków żydowskiego pochodzenia, ale w miarę nasilania się kursu antysemickiego na Kremlu, UB i Informacja podejmowały działania przeciwko rzekomym syjonistom. Adam Michnik dobrze zna nazwiska wielu z nich. Podobne tendencje z jeszcze większym natężeniem panowały w innych krajach obozu sowieckiego. Adam musi przyznać, że mimo wszystko w Polsce nie było procesów pokazowych o charakterze antysemickim, jak proces Rudolfa Slanskiego w Czechosłowacji. W okresie walk frakcyjnych w PZPR po śmierci Bolesława Bieruta członkowie neostalinowskiej koterii zachowawczej, czyli tzw. natolińczycy wysuwali hasła antysemickie, które wtedy zupełnie nie chwyciły. "Gazeta Wyborcza" mogłaby w ramach zwalczania antysemickich stereotypów poinformować swych czytelników, którzy dzięki moczarowej propagandzie pamiętają nazwiska kilku lub kilkunastu żydowskich oprawców z czasów stalinowskich, o więzionych w owym czasie przez X Departament MBP lub Informację Wojskową Polakach żydowskiego pochodzenia, zrehabilitowanych po Październiku 1956 roku. Warto też pamiętać, że antysemicka kampania marca 1968 roku była podjęta na wyraźne polecenie Kremla. Adam Michnik woli nie poruszać tego tematu, gdyż po "okrągłym stole" w 1989 roku zmienił on krąg swych przyjaciół i zaprzyjaźnił się z gen. Wojciechem Jaruzelskim - najgłośniejszym spośród żyjących czynnych antysemitów PRL. Odpuszczając grzechy czerwonych antysemitów, tym aktywniej oskarża on o antysemityzm ludzi Kościoła katolickiego. Tymczasem właśnie upadek komunizmu i odzyskanie przez Polskę niepodległości oznacza kres urzędowego, czyli państwowego antysemityzmu. Teraz antysemityzm stał się sprawą prywatną obywatela, jak posła Zygmunta Wrzodaka lub prof. Macieja Giertycha i coraz bardziej traci swoje ostrze. Jedynie "Gazeta Wyborcza" wciąż potrząsa maczugą politycznej poprawności, węsząc wszędzie jego ślady i grożąc podejrzanym o jego popełnienie urzędem prokuratorskim. Potrząsając maczugą tolerancji, zapomina atoli, że korzystanie z tolerancji musi być przywilejem różnych stron. Tolerancja niczym kij - musi mieć co najmniej dwa końce. Bez tego zamienia się w swoje przeciwieństwo.

Antoni Zambrowski

Artykuł ukazał się pierwotnie w "Niezależnej Gazecie Polskiej" nr 5.

Publicystyka Antoniego Zambrowskiego na ASME


Wrocławska XV Rocznica Śmierci Michała Falzmanna Wysłane środa, 2, sierpnia 2006 przez Krzysztof Pawlak

Skoro tzw. elita polityczna Rzeczypospolitej nie widzi powodu do honorowania pamięci Michała Falzmanna, z tym większym szacunkiem wypada zdać relację z upamiętnienia tej rocznicy przez wrocławian zrzeszonych w Dolnośląskim Towarzystwie Cyklistów (ale nie tylko).

W niedzielę, 16 lipca, zorganizowany został happening, podczas którego kawalkada rowerzystów (oraz kilku samochodów i jednego skutera, na którym poruszał się redaktor naczelny "Opcji na Prawo", Romuald Lazarowicz z Małżonką) plus policyjna eskorta, wyruszyła o godzinie 10.00 spod historycznej Wieży Ciśnień przy ul. Wiśniowej na Polanowice-Poświętne, gdzie znajduje się ul. Michała Tadeusza Falzmanna. Przejazd przez miasto trwał ok. półtorej godziny, bo Polanowice to przeciwległy koniec miasta. O godzinie 12.00 w kościele parafialnym pw. Najświętszej Marii Panny Matki Kościoła - obok ul. Falzmanna - odprawiona została koncelebrowana msza św. z pięknym patriotycznym kazaniem, które wygłosił ks. kanonik Jan Kurdybelski.

Po Mszy św. uczestnicy uroczystości udali się na jedną z posesji przy ul. Michała Falzmanna, gdzie "rozbito obóz", wysłuchano wystąpień zaproszonych gości, dyskutowano nad sprawą, za jaką Michał Falzmann oddał życie. Wśród gości była Wdowa, p. Izabela Falzmannowa, razem z najmłodszą córką Michała Falzmanna, Marysią. Był to wzruszający, w sympatycznej, poważnej i przyjacielskiej atmosferze "piknik", z grillem, patriotycznymi śpiewami, przy akompaniamencie gitary szefa DTC, p. Stanisława Stembalskiego, który był głównym organizatorem imprezy. Pogoda była przepiękna, nie taka jak 15 lat temu, gdy pogrzeb Michała Falzmanna odbywał się w strugach ulewnego deszczu.

Imprezie towarzyszyła ekipa TVP ale, jak się wydaje, jedynie w celach "dokumentacyjnych", gdyż nic mi nie wiadomo, żeby jakaś informacja o uroczystości została publicznie wzmiankowana. Był też jeden mikrofon Polskiego Radia.

W poniedziałek, 17 lipca o godz. 19.00, w siedzibie DTC, pokazany został film Jerzego Zalewskiego "Oszołom". Dyskusja po filmie trwała do późnych godzin nocnych.

I ja tam byłem, kiełbaski jadłem, napoje piłem, a co widziałem - opowiedziałem.

Jerzy Przystawa

  • Prof. Jerzy Przystawa był w kadencji 1990 - 1998 radnym rady miejskiej Wrocławia, startował w wyborach do Senatu Rzeczypospolitej Polskiej przeprowadzonych w dniu 21 września 1997 r.
    Od kilkunastu lat jest jednym z liderów Ruchu Obywatelskiego na rzecz JOW.

    Publicystyka prof. Jerzego Przystawy na ASME.


    Witryna ASME Antysocjalistycznego Mazowsza jest najstarszym serwisem w Sieci - oprócz witryny tematycznej JOW - propagującym ideę JOW

    Chce zostawić po sobie partię - prof. Jerzy Przystawa Wysłane środa, 2, sierpnia 2006 przez Krzysztof Pawlak

    Wszystkie gazety, tygodniki, miesięczniki i wszelkie media komentują exposé nowego premiera, wynajdują podteksty i niuanse, prognozują na tej podstawie naszą najbliższą przyszłość. Najciekawszą z tych wszystkich analiz, moim zdaniem, przedstawił w tygodniku "Wprost" Igor Janke w artykule "Expose z głowy". Jego zdaniem, Jarosław Kaczyński jest pierwszym premierem III (IV?) RP, któremu exposé nikt nie pisał, a być może w ogóle nie zostało napisane, tylko wygłoszone wprost "z głowy". Janke porównuje je z wystąpieniami poprzednich premierów, opisując bóle w jakich się rodziły i sztaby nad nimi pracujące, a tu, proszę, wreszcie mamy polityka jak należy: wie wszystko sam i żadnych sztabów nie potrzebuje. Przynajmniej nie potrzebuje tych, którzy będą mu pisali, co ma mówić. To bardzo krzepiące. Nareszcie mamy premiera, który wydaje się nie być zakładnikiem żadnego "układu", polityka silnego i samodzielnego.
    Do exposé, z głowy czy nie z głowy, nie przywiązuję specjalnego znaczenia, bo exposé to rytuał polityczny, żer dla dziennikarzy, którzy inaczej, w czasie letniej kanikuły, mogliby nie mieć o czym pisać, i żer dla politycznej konkurencji, która metodą rozszczepiania włosa na czworo może podszczypywać Kaczyńskiego. Exposé "trwają" znaczniej krócej niż pozostają na stanowisku ci, którzy je wygłaszają i służą tylko do ukazywania premierom, aktualnym lub byłym, jaka jest rozbieżność pomiędzy tym, co mówili, a tym co robią. Jarosław Kaczyński jest 13. premierem od 1989 roku i nic nie wskazuje na to, żeby był w stanie pobić rekord Jerzego Buzka, który na tym stanowisku wytrwał prawie całą kadencję. Taka jest bowiem LOGIKA systemu politycznego, jaki nam wszyscy ci premierzy z zapałem konstruowali, a Jarosław Kaczyński obiecuje, że do tej konstrukcji dołoży tyle sił, ile ma. W tej LOGICE premier, chce czy nie chce, całkowicie samodzielny czy nie bardzo, zawsze jest i będzie zakładnikiem doraźnej koalicji międzypartyjnej i tyle jego życia, na ile mu ta koalicja pozwoli. Aktualnie karty są w rękach Andrzeja Leppera, który tę koalicję w każdej chwili jest w stanie zburzyć niczym domek z kart, a zatem nie jest dziś tak, jak kilka dni temu głosił "Dziennik", że jest to "Polska Kaczyńskiego", lecz jak najbardziej "Polska Kaczyńskiego - Leppera" albo na odwrót. Ten ostatni daje zresztą codziennie znaki, że dobrze rozumie tę sytuację. Nie dalej jak w niedzielę 30 lipca, oświadczył, że jeżeli rząd nie da 500 milionów na ubezpieczenie rolników, to koniec z koalicją i nie ma o czym mówić. Oczywiście, nie potrzebujemy przesadnie bać się akurat tej groźby, jest to jedynie znak dla polityków i publiki, że Andrzej Lepper zna swoją siłę i nie zawaha się jej użyć, gdy będzie to dla niego wygodne.
    Z tych powodów bardziej do mnie trafia i więcej mi mówi o koncepcjach politycznych Jarosława Kaczyńskiego wywiad udzielony Robertowi Mazurkowi i opublikowany w gazecie "Dziennik" z 29/30 lipca pt. "Kaczyński: chcę zostawić po sobie silną partię". Tytuł ten niezwykle zwięźle i precyzyjnie ujmuje wszystko, co jest istotne w tym obszernym materiale. Ambicją historyczną Jarosława Kaczyńskiego jest zbudować partię polityczną, która będzie w stanie przeżyć politycznie swego założyciela i konstruktora! Jako wzór takiej partii wymienia bawarską CSU, a w takim modelu w PiS znalazłoby się nawet miejsce i dla samego Andrzeja Leppera, bo byłaby to partia "chadecko-ludowa".
    Polacy niewiele wiedzą o tym, jaką partią jest bawarska CSU i wolno mieć wątpliwości, czy wiedza Jarosława Kaczyńskiego jest na ten temat dużo większa. Ogromna większość moich Rodaków ma alergię na samo słowo "partia", więc wątpię czy wielka koncepcja polityczna nowego premiera znajdzie szeroki i pozytywny oddźwięk w społeczeństwie. Jest tak dlatego, że jedyną partią polityczną, jaką dobrze poznaliśmy i która utrwaliła się w naszej świadomości, była PZPR i jej nieudane mutanty, jakie pojawiły się na polskiej scenie politycznej po 1989 roku. Na zwłokach PZPR i korzystając ze schedy po niej, bohatersko walczą o polityczne przetrwanie SLD i PSL. To przetrwanie umożliwiają im trzy zasadnicze czynniki: (1) szkodliwa dla Polski, ale dla nich korzystna ordynacja wyborcza do Sejmu; (2) odziedziczony, prawem kaduka, majątek; (3) niedoświadczenie, nieudolność i głupota ich przeciwników politycznych. Jak to kiedyś napisał intelektualny guru tej formacji, Jerzy Urban: "na głupocie moich przeciwników jeszcze się nigdy nie zawiodłem". Tę głupotę wymieniłem na końcu, bo za czynnik najważniejszy uważam ordynację wyborczą, ale nie wykluczam, że jej kształt jest właśnie skutkiem braku wiedzy i doświadczenia przeciwników politycznych pezetpeerii.
    Ordynacja wyborcza powoduje właśnie to, że wszystkie partie polityczne, jakie wchodzą do Sejmu są mutantami "partii nowego typu", jakiej niedościgniony wzór stworzył Włodzimierz Lenin. Schemat ich funkcjonowania jest zawsze taki sam: najważniejszy jest samowładny Wódz, wokół niego szczupłe grono "biura politycznego", reszta to scentralizowany, biurokratyczny aparat partyjny, tzw. kadry, które każdą złotą myśl wodza mają wyjaśniać, egzemplifikować i, ewentualnie, wprowadzać w czyn. "Kadry" ma cechować dyscyplina i pełna dyspozycyjność. Każde odstępstwo "od linii partii" jest natychmiast karane. Ideologią takiej partii jest "realizm polityczny", a więc to jest dobre, co jest - w danej chwili - dobre dla partii, czytaj: co za dobre uznaje Wódz.
    Jak dotąd wszystkie przeprowadzone w Polsce eksperymenty z konstruowaniem i funkcjonowaniem partii tego typu - poza PZPR - okazały się nieudane i nietrwałe, i partie te nie pozostawiły po sobie niczego, co zasługiwałoby na wdzięczną pamięć Polaków. I nie mam tu na myśli tylko partii, które powstały i zgasły po 1989 roku, ale także partie II Rzeczypospolitej. Ordynacja wyborcza, którą Jarosław Kaczyński, jeszcze kilka lat temu, skarżył do Trybunału Konstytucyjnego jako sprzeczną z Konstytucją, daje dzisiaj złudzenie, że ta sytuacja może ulec zmianie. Złudzenie to bierze się z przekonania, że obecne przepisy ustawowe o finansowaniu partii politycznych wybudowały wysoki wał wokół partii "sejmowych", przez który już nikt nowy, żadna nowa partia nie będzie w stanie przedrzeć się. Świadczyć o tym ma fakt, że skład Sejmu V kadencji w pewnym sensie replikuje skład jego poprzednika, bo weszły do niego te same partie, co w 2001 roku.
    Na pierwszy rzut oka zamysł zbudowania silnej i trwałej partii politycznej wydaje się być poważną i ciekawą koncepcją polityczną. Obawiam się, że jest to koncepcja chybiona, Jarosław Kaczyński nie jest Leninem, nie posiada odpowiednich środków, warunki też nie są specjalnie sprzyjające. Zwłaszcza w Polsce. Jak wolno sądzić na podstawie jego publicznych wypowiedzi, nigdy nie zapoznał się solidnie z tym, jak funkcjonują partie polityczne, w innym systemie wyborczym - np. w Wielkiej Brytanii - albowiem Polsce nie jest do niczego potrzebna jeszcze jedna silna partia leninowska, obojętnie jakiej ideologii i pod jakim szyldem. Jego kadencja premiera będzie raczej krótka i nie zostawi mu wiele czasu na naukę. Może jego Brat, który ma zapewnione pięć lat urzędowania i mniej obowiązków, niezależny od partyjnego zaplecza, przy tym profesor (!), będzie miał więcej okazji i możliwości, aby tę sprawę lepiej przemyśleć? Polska ogromnie by na tym zyskała.

    31 lipca 2006

    Jerzy Przystawa

  • Prof. Jerzy Przystawa był w kadencji 1990 - 1998 radnym rady miejskiej Wrocławia, startował w wyborach do Senatu Rzeczypospolitej Polskiej przeprowadzonych w dniu 21 września 1997 r.
    Od kilkunastu lat jest jednym z liderów Ruchu Obywatelskiego na rzecz JOW.

    Publicystyka prof. Jerzego Przystawy na ASME.


    Witryna ASME Antysocjalistycznego Mazowsza jest najstarszym serwisem w Sieci - oprócz witryny tematycznej JOW - propagującym ideę JOW

    Naturszczycy wracają - Stanisław Michalkiewicz Wysłane środa, 2, sierpnia 2006 przez Krzysztof Pawlak

    On revient toujours a son premiere amour - powiadają wymowni Francuzi, co oznacza, że zawsze wraca się do pierwszej miłości. My wiemy to i bez wymownych Francuzów; wystarczy tylko uważanie rozejrzeć się dookoła. Zbliżają się oto wybory samorządowe, które nie wiadomo, kto właściwie ma wygrać, bo prezydent Kaczyński podpisał już ustawę o rozwiązaniu razwiedki. Gdyby nie podpisał, to wiadomo - już tam wybitni publicyści ogłosiliby nam w telewizorze i radio, jaki jest rozkaz i wszystko byłoby w jak najlepszym porządku, to znaczy - i demokratyczne pozory byłyby zachowane i układ okrągłego stołu "z razwiedką na czele" funkcjonowałby bez zarzutu. Niestety, albo jak kto woli - "stety!"; razwiedka sama dziś w opałach, więc nie ma tu miejsca na żadną gnuśną rutynę.

    Dlatego też media podały, że były prezydent, pan Lech Wałęsa, ponownie nawiązał współpracę z panem Mieczysławem Wachowskim. Jak pamiętamy, pan Wałęsa już wcześniej zapowiadał powrót do polityki, wszelako pod warunkiem, że uzyska jakieś wybitne stanowisko. Komu składał tę ofertę - tego oczywiście nie wiem, ale sam pan Wałęsa widocznie wiedział, podobnie, jak wiedział, że już nadszedł czas składania ofert. Pojawienie się u boku Lecha Wałęsy pana Mieczysława Wachowskiego świadczy, że oferta najwyraźniej została zaakceptowana. Uważam tak między innymi dlatego, że pan Wałęsa bywa "za, a nawet przeciw", a ponadto znany jest z zamiłowania do "wariantów", podobnie jak "plusów dodatnich i plusów ujemnych", w związku z czym, nawet na wybitnym stanowisku, a może przede wszystkim w takiej właśnie sytuacji, ktoś musi go pilnować, żeby albo sam sobie nie zrobił krzywdy, albo nie spowodował jakiegoś nieszczęścia. Już Miłosz wspominał o przyczynie największych klęsk w przyrodzie i najwyraźniej anonimowy KTOŚ wyciągnął w tym przypadku z tej przestrogi właściwe wnioski.
    Powrót pana Wałęsy na polityczną scenę wskazuje, że w swojej strategii przetrwania razwiedka znowu stawia na demokratyczne przemiany, a w związku z tym ponownie potrzebuje naturszczyków, jak w roku 1989. Wtedy naturszczyków było zatrzęsienie; można było wybierać i przebierać, a to w panu Wałęsie, a to w panu Bujaku, a to w naturszczykach mniej znanych, których zawsze, przy pomocy agentury w mediach, można było jednym pstryknięciem palców wylansować na ludowych trybunów i w takim charakterze wystawić na szczyty władzy. "Postawię go tak wysoko, by każdy zobaczył jego małość" - miał powiedzieć Napoleon o jednym ze swych generałów i ta metoda, jak się wydaje, upowszechniła się nie tylko przy stawianiu przez razwiedkę na demokratyczną ofensywę, ale nawet i w Kościele. Bo razwiedka najwyraźniej stawia na odrodzenie demokracji, zagrożonej, jak wiadomo, przez brunatne, faszystowskie niedźwiedzie, które na warszawskich ulicach zastąpiły tradycyjne niedźwiedzie białe. A odrodzenie demokracji bez naturszczyków się nie uda i stąd wspomniane powroty do dawnych miłostek, i flirtów przelotnych. Oczywiście nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki i w odróżnieniu od demokratycznej ofensywy, zorganizowanej przez razwiedkę naszą i razwiedki zagraniczne w roku 1989, w dzisiejszej ofensywie demokracji szturmowym oddziałem nie będą już robotnicy wielkich zakładów pracy, bo mobilizowanie ich mogłoby być i trudne i zarazem niebezpieczne dla interesów lichwiarskiej międzynarodówki w Polsce. Dlatego też rola szturmowikow została przydzielona "gejom", tzn. oczywiście gejom gojom, którzy wraz z lesbijkami niczyich interesów naruszyć nie mogą, ponieważ chcą się tylko pokazać od najlepszej strony. Gdyby napór gojów okazał się zbyt słaby dla zagwarantowania zwycięstwa demokracji, to w rezerwie razwiedka postawiła na tzw. zasrancen ("man kann singen, man kann tanzen, aber nicht mit den zasrancen"), czyli Inicjatywę Uczniowską. Ileż musieli się natrudzić oficerowie prowadzący, by zasrancen sprawiali wrażenie pełnego spontanu i odlotu, ale co z tego, kiedy zawsze Szydlak wyjdzie z worka? Dla zasrancen największym wrogiem jest Roman Giertych, natomiast ani słowem nie pisną przeciwko tym, którzy tak ich urządzili, że do dziś dnia żaden nie wie, czy zdał maturę, czy nie. Więc pourquoi pas "zasrancen"? Czyż trzeba lepszej poszlaki?
    Pan Lech Wałęsa wprawdzie już pewnie ma przyobiecane wybitne stanowisko, ale wydaje się, że jeszcze nie wie, na czele jakiego ruchu w charakterze naturszczyka ma stanąć. Kreśli w związku z tym "warianty", że albo założy jakąś nową partię, albo jakąś istniejącą zdynamizuje i tak dalej. Wszystko to oczywiście być może, ale ja sądzę, że "inaczej będzie" - jak zwykł przecinać takie spekulacje Prymas Tysiąclecia. Oto w parlamencie Europejskim pojawiła się koalicja SLD, SDPl, PD i PO, która "potępiła" Macieja Giertycha za pochwałę generała Franco. Oto bojowy oddział biezstrasznych razwiedczyków, co to uratuje w Polsce demokrację dla Eurokołchozu. Wprawdzie pan Jan Maria Rokita skrzywił się na pana Mieczysława Wachowskiego, ale co zrobi, jeśli nieubłagane prawa dziejowe wyznaczyły Platformie Obywatelskiej miejsce w tym karnym szeregu? Cnotkę, która mu przeszkadza, będzie musiał wycharknąć.

    Stanisław Michalkiewicz

    Publicystyka Stanisława Michalkiewicza na ASME i nagrania TV ASME


    Budujemy drugi Kuwejt - Krzysztof Mazur Wysłane wtorek, 1, sierpnia 2006 przez Krzysztof Pawlak

    Od czasu gdy mieliśmy budować drugą Japonię, upłynęło już nieco wody w Wiśle, po drodze Japonię co najmniej kilkakrotnie zamieniliśmy na inne kraje, ostatnio budujemy drugą Irlandię - z tym, że nie u siebie, tylko w Irlandii, co stanowi - było nie było ale jednak - pewne wypaczenie pierwotnej idei.

    Wydawałoby się, że przynajmniej na razie powinniśmy dać sobie spokój z tym naśladownictwem polityczno-ekonomicznym, ale okazuje się, że los daje nam szansę na zbudowanie drugiego Kuwejtu, który pomimo, że jest dość nieszczęśliwie umiejscowiony geopolitycznie, to pod względem zamożności swoich obywateli należy do ścisłej światowej czołówki (tzw. PKB na głowę mieszkańca wynosi ok. 20 tys. dolarów). Otóż kilka miesięcy temu doszło w tym kraju do zmiany na stanowisku głowy państwa z powodu śmierci poprzedniego emira, ale ledwo nowy władca zdążył cokolwiek porządzić, został zdetronizowany na rzecz swojego dalekiego kuzyna i obecnego emira o nazwisku Sabah al-Ahmad al-Dżabir as-Sabah. Otóż jak doniósł właśnie serwis PAP-u, tenże miłościwie panujący Sabah al-Ahmad al-Dżabir as-Sabah zafundował swoim poddanym - co zatwierdził parlament Kuwejtu - jednorazową wypłatę dla każdego obywatela tego kraju w wysokości 200 dinarów kuwejckich, co ma stanowić równowartość ok. 700 dolarów. Warto przy tej okazji dodać, że wspomniana zapomoga ma stanowić podratowanie kuwejckich budżetów rodzinnych w sytuacji wyższych kosztów utrzymania, a nie bez znaczenia jest fakt, że głównym źródłem utrzymania niewiele ponad 2 milionów kuwejckich obywateli są właśnie państwowe pensje, fundowane na eksporcie ropy naftowej, przy czym mało który z Kuwejtczyków osobiście wykonuje jakąkolwiek pracę, gdyż w głównej mierze jest ona importowana z innych - i mniej zasobnych w surowce - krajów tego regionu.
    Owa informacja o geście kuwejckiego władcy zbiegła się z zapowiedzią ministra Leppera, który oznajmił, że rząd ustalił wydatkowanie około pół miliarda złotych na szeroko pojęte działania w związku z pomocą dla rolników, których gospodarstwa dotknęła klęska suszy. Gdyby tylko takim gestem zaimponował "emir" Lepper al-Andrzej al-Samoobrona as-Lepper - to jeszcze pół biedy, niestety: jak można od kilku dni przeczytać i usłyszeć, polski sejm jest widownią licytacji już nawet nie poszczególnych klubów, ale nawet pojedynczych posłów, z których każdy chciałby ulżyć ciężkiej doli swoich wyborców. Także najsławniejszy od kilku miesięcy blagier, a od dwóch dni bloger "kmarcinkiewicz" nie omieszkał zapytać swoich czytelników: "...A kto wskazał w budżecie środki finansowe na becikowe, 2 tygodnie urlopów macierzyńskich, dożywianie dzieci, pomoc socjalną dla rolników, stypendia dla młodzieży i studentów, dopłaty do paliwa rolniczego i tysiące innych ważnych zadań państwa wobec obywateli?..." - i pomimo, że "zdetronizowany" premier pisał to w konwencji wiersza "na tapczanie siedzi leń", to najwyraźniej w podsumowaniu chodziło mu o frazę "...cicho, głucho, nikt się jakoś nie przyznaje..." z wiersza Czesława Janczarskiego o misiu, któremu ktoś urwał ucho. Oczywiście do ojcostwa wymienionych sukcesów aspiruje wielu rodzimych emirów, ale my wiemy, że budżet "kolanem dopchnął" Marcinkiewcz i że to byłemu premierowi zawdzięczamy wymienione w blogu becikowe, urlopy, dożywianie, stypendia i dopłaty do paliwa i że to obecny komisarz Warszawy osobiście przygotował najważniejsze ustawy i przyciągnął do kraju inwestorów dużych, średnich i małych. Dziękujemy ci, Es Ci Dżonson!

    Ale wyzwalając się z przygniatającego infantylizmem stylu kandydata na prezydenta stolicy, warto mimo wszystko zauważyć, że Kuwejtczycy mają ropę, która zastraszająco szybko drożeje i z której uzyskują wpływy, dzięki czemu nie płacą podatków, tylko żyją sobie beztrosko z zafundowanej im przez los premii surowcowej. Tymczasem "buszujący w kukurydzy" wicepremier Lepper zabierze podatnikom 700 milionów, by po opłaceniu kosztów pośrednictwa wypłacić rolnikom 500 milionów, jako kryterium wypłaty traktując płatniczy nakaz podatkowy dla podatku rolnego. Powstaje tylko głupie pytanie: dlaczego w takim razie od razu w regionach objętych klęską nieurodzaju nie zwolnić okresowo w całości lub w części rolników-płatników podatku z obowiązku tego świadczenia? Oczywiście przytoczona wątpliwość jest niemądra, co szybko wyjaśniłby każdy ministerialny ekspert, przyznaję nawet, że już wiem, jakie usłyszelibyśmy uzasadnienia, wiem nawet, kto owe uzasadnienia przedstawiałby, ale pomimo tego owa niemądra wątpliwość nadal nie daje mi spokoju.
    A co do wypłat - to ministrowi rolnictwa radziłbym pośpiech, gdyż prognozy wskazują na zakończenie "pory suchej" i co niektórzy mogliby nie załapać się na "rośliny okopowe", a to mogłoby niekorzystnie przełożyć się na wynik kampanii zaplanowanej na 12 dzień listopada bieżącego roku.

    Krzysztof Mazur

    Publicystyka Krzysztofa Mazura na ASME


    UPRzejmy punkt widzenia (22) - Wojciech Popiela Wysłane poniedziałek, 31, lipca 2006 przez Krzysztof Pawlak

    Jak wiadomo, "z obfitości serca usta mówią". Przemówiły też usta pana Andrzeja Leppera. Czy to z racji PZPR-owskich korzeni, czy z racji wicepremierostwa w rządzie IV RP, kwestionując zapisy w ustawie o CBA, stwierdził, że trzeba "określić, co to jest korupcja". Tak się też złożyło, że sam sobie na to odpowiedział. Bawiąc na otwarciu otwarciu "VII Wojewódzkich Igrzysk Rekreacyjno-Sportowych Ludowych Związków Sportowych" stwierdził, że konieczne jest wprowadzenie przymusowych ubezpieczeń wszystkich rolników, dla ich dobra oczywiście. Przy czym "koszty ubezpieczeń powinno w 60 proc. pokrywać państwo, a w 40 proc. sami rolnicy".

    W tłumaczeniu na język polski oznacza to, że 60 proc. mają płacić rolnicy i wszyscy Polacy w podatkach, a pozostałą część sami rolnicy. Niestety, socjalista vel socjalliberał z krwi i kości, pan Lepper nie zechciał powiedzieć, czy rolnicy podzielą się z Polakami i oddadzą im 60 proc. swoich "dopłat bezpośrednich". Sądzić należy, że nie. Propozycja pana Leppera ma naturę dwojaką. Jest i korupcją, i złodziejstwem, popartym szantażem. Korupcją, gdyż za pieniądze wszystkich podatników pan Lepper chce kupić sobie elektorat i wdzięczność firm ubezpieczeniowych mających pewne składki bez pracy i zmartwień. Złodziejstwem popartym szantażem, ponieważ zwyczajnie chce nas okraść - poprzez budżet i podatki, a szantażuje nas, że gdy nam nie zabierze, to będzie "musiał" i tak płacić rolnikom "odszkodowania". Czy ktoś z państwa, prowadzących firmy np. produkującą parasole, dostał "od rządu" odszkodowanie za brak deszczu w lipcu? Na naszych oczach, po raz kolejny, prawo ma być zaprzęgnięte do zalegalizowania kradzieży. Niestety, nie można obarczać winą prostego rolnika, który dostał władzę. Dokładnie to samo robili wcześniej panowie z tytułami profesorskimi. Byli co prawda z różnych partii nazwanych na potrzeby wyborców "prawicą" i "lewicą", ale owoce ich działań oznaczały zawsze złupienie podatników.

    Cóż, socjalizm wymaga ofiar. Narodowy socjalizm jeszcze większych. Stąd zapewne pomysł powołania Narodowego Koncernu Spożywczego. I kto by pomyślał, że walczący o morale narodu, umiłowany rząd rozumie pod pojęciem "narodowego spożycia" - cukier z wódką i oprzeć chce sprawę na spółce cukrowej i polmosach? Czy rzeczywiście dla członków aż tak brakuje posad, czy chodzi tylko o produkcję biopaliw i popsucie interesu SLD, która też do sprawy się przymierza?

    Dla zwolenników wolności nie są to sprawy miłe, zwłaszcza że sami za nie zapłacimy w podatkach, ale póki co wrogowie wolności mają się zdecydowanie lepiej.

    Skoro już o wolności, to na okolicznościowym spotkaniu z powstańcami, pan Prezydent powiedzieć miał, że "Każdy naród, w każdych okolicznościach musi walczyć o niepodległość. To wartość najwyższa, której przecenić się nie da". Czy to z tej przyczyny Prawo i Sprawiedliwość agitowało za przyłączeniem Polski do UE, co - jak podawała "Rzeczpospolita" - oznacza, że 70 procent praw obowiązujących w Polsce stanowionych jest w Brukseli? Chyba, że chodziło o stworzenie sytuacji, w której znów musimy walczyć o niepodległość...

    Najsmutniejsze zdania wypowiedział jednak jeden z uczestników powstania: "Rosja nie pomogła nam nic, zupełnie. Gdy Powstanie wybuchło, na taką pomoc liczyliśmy. Hitler rzucił na nas najpotworniejsze oddziały SS złożone z brutalnych morderców". Jak bardzo żołnierze musieli być oszukiwani przez ówczesnych polityków i jaką musieli mieć orientację w sytuacji, by wierzyć, że Związek Sowiecki, w którego plany wymierzone było Powstanie Warszawskie, da temu powstaniu wsparcie?

    Gdy w Polsce wspominamy Powstanie Warszawskie i zrównanie stolicy z ziemią, niezwyciężona armia izraelska walczy na obcym terytorium z "Partią Boga". Według rzecznika armii izraelskiej, odpowiedzialność za ofiary wśród cywilów w Kanie, gdzie zginęło 37 dzieci, ponosi tylko i wyłącznie Hezbollah, gdyż właśnie z tej miejscowości ostrzeliwał rakietami terytorium Izraela. Jak pamiętamy z historii, scenariusz jest zawsze taki sam. Tyle, że 60 lat temu palono całe wsie z ludźmi za "ukrywanie partyzantów". Bomby zrzucane z samolotów były stosunkowo drogie, a ich naprowadzanie laserowe - nieznane. Po zwycięskiej wojnie Izrael i jego komórki propagandowe rozsiane po całym świecie przystąpią do walki z narastającym w świecie antysemityzmem i wielu "pożytecznych idiotów", także z Polski, nie będzie widziało związku pomiędzy panoszeniem się chronionego przez USA Izraela, a mało przychylnymi nastrojami świata. Pewno dlatego "niepodległa", "odzyskana" dyplomacja polska milczy jak grób. To już postęp. Za czasów "wujka Bronka" mogło być gorzej.

    Nie dlatego jednak pan Jerzy Owsiak miał wyznać, że "wstydzi się Polski". Pewno też nie dlatego, że Polacy na jego imprezie taplają się w błocie albo piją na umór. Związku szukałbym raczej w noszeniu przezeń od roku 2002 zaszczytnego tytułu "antyfaszysty roku".

    Skoro już o "faszystach" to i nam się dostało. Po komentarzu pana Andrzeja Orkowskiego z kaliskiej UPR (http://www.upr.org.pl/main/artykul.php?strid=1&katid=74&aid=3359) na temat opłacania przez podatników twórczości studenta iberystyki, który lubi sobie porapować, na jednym z portali samozwańczo nazwanym "centrum niezależnych mediów", pojawił się tytuł "Faszyści z UPR atakują artystów !!!!!!!!". Nazwiska autora tytułu przez litość nie podam. By jednak pycha nie rozpierała nas zbytnio od nadmiaru popularności, zostaliśmy tradycyjnie potraktowani przez media i agencje prasowe.

    W czwartkowe przedpołudnie otrzymałem telefon od pana posła na Sejm RP, Krzysztofa Bosaka, szefa MW. Zapraszał na konferencję prasową poświęconą sprawie przywrócenia możliwości stosowania kary śmierci dla morderców-pedofilów. W planach mieli być na niej popierający pomysł przedstawiciele UPR, Klubu Zachowawczo-Monarchistycznego i Stowarzyszenia "KoLiber" (http://www.upr.org.pl/main/artykul.php?strid=1&katid=74&aid=3364). Tak się złożyło, że o ustalonej porze mogłem pojawić się w Sejmie. Już po 14.00 na ekranie TVP3 pojawiła się zapowiedź o konferencji prasowej posła LPR i... Stowarzyszenia "KoLiber". Nie dodaję, że o UPR nie było wzmianki. A o 14.35 rozpoczęła się konferencja prasowa, relacjonowana "na żywo" przez TVP3. Na sali pojawiło się jeszcze 5 kamer, mikrofon radia i inne media. Czy ktokolwiek z Państwa słyszał w późniejszych serwisach TVP3 albo innych telewizji czy radia jakąś wzmiankę? Czy widzieliście coś w serwisach internetowych albo w prasie?

    Dziś, w programie I Polskiego Radia pan redaktor naczelny "Gazety Polskiej" mówił o tym, jak za sprawą pana Wachowskiego, w gabinetach prezydenta Wałęsy powstawała Samoobrona - dziecię WSI. Mimo powrotu pana Wachowskiego, nie powinniśmy liczyć na względy służb. Jeśli chcemy istnieć na ogólnopolskiej scenie politycznej - musimy swoje pole wykarczować sobie sami własną pracą, własnym czasem i zebranymi w formie składek i darowizn pieniędzy. Nikt nam niczego nie da. Co prawda można wybrać jeszcze zatrzaśnięcie konserwatywno-liberalnych okiennic i pozostawienie Polski socjalliberałom i innym fachowcom od legalizowania kradzieży naszych pieniędzy, ale czy nasze serca pozwolą nam na to?

    Wojciech Popiela

    PS. UPR finansuje swoją działalność tylko ze składek członków i z darowizn osób prywatnych. Wszyscy chcący wspomóc Unię Polityki Realnej finansowo mogą to bez trudu uczynić, przekazując pieniądze na konto UPR. DZIĘKUJEMY!

    Numer konta bankowego:
    62 1140 1010 0000 5486 1800 2001
    UPR, ul. Nowy Świat 41, 00-042 Warszawa

    Wpłaty, zgodnie z ustawą, tylko od osób prywatnych, obywateli polskich, w ciągu roku jedna osoba może wpłacić co najwyżej 12.460 zł, w zleceniach podać należy imię, nazwisko i adres zamieszkania darczyńcy. Anonimowe przekazy pocztowe podlegają przepadkowi na rzecz Skarbu Państwa, darowizny na rzecz partii politycznych nie podlegają odliczeniom podatkowym.

    * * *

    Obiecany Państwu komentarz do exposé pana Premiera ukaże się w osobnym, specjalnym UPRzejmym punkcie widzenia.

    Publicystyka Wojciecha Popieli na ASME.


    Ostentacyjna zamożność byłych PZPR-owców powstrzymana przez zapowiedź PiS-owskiej akcji sprawdzania pochodzenia majątków - Łukasz Perzyna o drugim po likwidacji komunistycznej WSI powodzie zmartwienia byłych kolaborantów sowieckich okupantów Polski Wysłane piątek, 28, lipca 2006 przez Krzysztof Pawlak

    | Pobierz |








    Ostentacyjna zamożność byłych PZPR-owców powstrzymana przez zapowiedź PiS-owskiej akcji sprawdzania pochodzenia majątków - Łukasz Perzyna o drugim po likwidacji komunistycznej WSI powodzie zmartwienia byłych kolaborantów sowieckich okupantów Polski
    Wysłane piątek, 28, lipca 2006 przez Krzysztof Pawlak

    "Pamiętacie Państwo zacne filmy amerykańskie popularne, z happy endem, pojawiał się tam wątek poszukiwania źródeł pochodzenia majątku polityków - zazwyczaj będących czarnymi charakterami - okazywało się wtedy, że było to m.in. ratowanie Żydów z Holokaustu za pieniądze czy ratowanie niemieckich nazistów przed odpowiedzialnością za zbrodnie, przenoszonych m.in. za pieniądze do Argentyny. Charakterystyczne, że nikt się w tych przypadkach nie zastanawiał, dlaczego mamy prawo badać, skąd się wziął majątek polityka, czy polityk ma odpowiadać za to, jakie są źródła jego zamożności. Po 11 września Ameryka nadal uchodzi za demokrację stabilną, wzorzec, na którym mogą polegać inni, mimo sprawy np. z Guantanamo, złamaniem tej demokracji reguł. Nikt nie miał wątpliwości w przypadku majątku prezydenta Ronalda Reagana, bo był wzorem, symbolem nadziei antykomunistycznej postawy przeciwnej infiltracji komunistycznej elit amerykańskich, która tak wiele złego wyrządziła w latach 50. i 60. w USA. Warto jednak pamiętać, że polityk amerykański jest prześwietlany od swoich czasów przedpolitycznych. W Polsce są osobowości polityczne, które miały zasłużone dokonania na polach zawodowych - np. Czesław Bielecki, Krzysztof Piesiewicz czy Robert Smoktunowicz, które nie muszą udowadniać pochodzenia swoich majątków, będące efektami ich umiejętności" - Łukasz Perzyna, publicysta "Tygodnika Solidarność" i naszej witryny ASME, analizuje kolejny projekt ugrupowania PiS, mający na celu walkę ze spadkiem komunistycznych zapisów tzw. okrągłego stołu.

    Większość polityków polskich to jednak są osobnicy, którzy wpisują w rubryce "zawód" - po prostu pojęcie "polityk". Dostają dietę poselską w wysokości ponad 8 tysięcy złotych, która zwłaszcza w terenie prowincjonalnym ma swoją wysoką wartość. Teraz mamy do czynienia z zapowiedzią PiS tzw. lustracji majątkowej polityków "regionu polskiego UE". Będzie się dokonywać w oparciu o materiały wcale nie opatrzone w klauzule o "specjalnym znaczeniu", tajności: akty kupna-sprzedaży, dokumentację procesów spadkowych czy wreszcie dokumentację podatkową PIT. Na razie posłowie mają obowiązek ujawniać swoje majątki - ale nie ma wielkich sankcji za wypełnianie ich niezgodne ze stanem faktycznym. Obowiązek ten nie eliminował tzw. polityków biznesowych, co szczególnie ujawniło się w przypadku tzw. barana SLD Henryka Długosza, osławionego z udziału w aferze starachowickiej. A współcześnie? Dwóch posłów Samoobrony - Piotr Misztal i były ZOMO-wiec Rutkowski, uwielbiany przez stację TVN jako przykład "posła-milionera", założyło się o wygranie wyścigu w luksusowych samochodach. Nie dojdzie do tego spektakularnego wydarzenia, bo towarzysz ZOMO-wiec Rutkowski został aresztowany i najbliższy czas spędzi w areszcie łódzkim, gdzie spotkał się z innymi PZP-owcami...
    Póki co ostentacja byłych zarządców folwarku PRL - zostanie powstrzymana przez powstające Centralne Biuro Antykorupcyjne.

    Nagranie trwa ponad 13 minut i jest dostępne w Sieci do 10 VIII 2006 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




    Kto lepiej wprowadziłby "kotwicę budżetową"? Jarosław Kaczyński w Polsce czy Stanisław Michalkiewicz w Warszawie - Wojciech Popiela, prezes Unii Polityki Realnej o agresji izraelskiej w Libanie, przyszłych podwyżkach podatków dokonywanych przez "prawicawy" sojuz LPR-PiS-Samoobrona, przymusowo dotowanych szansonistach "postempu" i hipotetycznej kandydaturze Stanisława Michalkiewicza w wyborach do prezydentury w Warszawie Wysłane czwartek, 27, lipca 2006 przez Krzysztof Pawlak

    | Pobierz |








    Kto lepiej wprowadziłby "kotwicę budżetową"? Jarosław Kaczyński w Polsce czy Stanisław Michalkiewicz w Warszawie - Wojciech Popiela, prezes Unii Polityki Realnej o agresji izraelskiej w Libanie, przyszłych podwyżkach podatków dokonywanych przez "prawicawy" sojuz LPR-PiS-Samoobrona, przymusowo dotowanych szansonistach "postempu" i hipotetycznej kandydaturze Stanisława Michalkiewicza w wyborach do prezydentury w Warszawie
    Wysłane czwartek, 27, lipca 2006 przez Krzysztof Pawlak

    "Media, które doniosły, że pan Kaczyński miał się wzwrócić do pani minister zagranicznej rządu, "by mówiła prościej, bo nie wiadomo o czym mówi". Ta informacja nie została zdementowana ani potwierdzona, bo polski MSZ nie wyraziło się jak dotąd jasno w sprawie izraelskiego ataku na Bejrut. Krótko mówiąc Izrael najspokojniej w świecie bombarduj sobie dzielnice mieszkalne stolicy Libanu, a świat się przygląda i urządza sobie konferencje prasowe. Trudno oprzeć się wrażeniu, że jest to kolejna stolca świata - i obrazki z obchodzonej niedługo rocznicy 1 Sierpnia, "jednym można więcej, a inni będą mogli wykorzystać szansę, by siedzieć cicho". Polska ją jak na razie wykorzystuje. Pytanie kto następny narzuca się samo" - Wojciech Popiela, prezes UPR, komentuje wydarzenia z ostatnich dni.

    Okazało się, że ledwie wczoraj media z chlubą doniosły, że przedsiębiorstwa "zaskoczyły" rząd i za pomocą podatku CIT zamiast spodziewanych 15 mld zł - dostarczyły 20 mld, ale już dziś okazało się, że przyszłorocznym budżecie prawicawemu rządowi będzie brakować 4 miliardów złotych, ale oczywiście "kotwica budżetowa" ma zostać utrzymana. Skąd będą w takim razie zostaną wzięte pieniądze na zapełnienie dziury? Są dwa rozwiązania: podniesienie podatków albo... czary. Kiedyś posłanka Gilowska odkrywała tajemnice "kotwic" SLD-owskich, które na papierze wynosiły 40 miliardów, zaś realnie - 60 mld złotych. Czy obecnie będzie tak samo?
    "Gazeta Wyborcza" dokonała niesamowitego aktu propagacji Unii Polityki Realnej z okazji artykułu publicysty/członka UPR dotyczącego jego oburzenia z powodu dotacji (PRZYMUSOWO wpierw zabranej podatnikom RP - z tzw. funduszów UE) do występów jakiegoś studenta, jednocześnie szansonisty hip-hopowego. Czy można się dziwić takiemu stanowi świadomości studentów RP, kiedy jej prawicawy rząd zasila w formie jawnej łapówki takie przedsiębiorstwa ponadnarodowe jak LG-Philips czy Samsung - np. we Wrocławiu w wysokości prawie 1 miliarda złotych? Marne 4 tysiące euro na wydanie płyty CD z nowomodnym stękaniem - czyż takie ochłapy warte są łam brukowca "GW"?
    Dzisiaj w gmachu sejmu Prezes Wojciech Popiela uczestniczył w konferencji prasowej, zorganizowanej przez LPR w sprawie przywrócenia kary śmierci dla morderców-pedofilów. UPR "od zawsze" występowała w sprawie powroty KARY GŁÓWNEJ do kodeksu karnego RP - więc uczestnictwo w tym przedsięwzięciu jest naturalne i bezdyskusyjne.
    Nadchodzi wiele pytań o hipotetyczne uczestnictwo Stanisława Michalkiewicza, jednego z najbardziej rozpoznawalnych polityków UPR, w wyścigu do prezydentury w mieście stołecznym. Taka kandydatura - oprócz innych - zostałaby dobrze przyjęta przez wielu wyborców Warszawy, z całą pewnością potwierdzając siłę UPR w centralnych środowiskach naszego "regionu polskiego UE". Do poparcia tej kandydatury zachęca oczywiście prezes Wojciech Popiela.

    Nagranie trwa ponad 10 minut i jest dostępne w Sieci do 10 VIII 2006 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




    Teraz panowie Kaczyńscy wiedzą, kto jak naprawdę działa - gdy dostali dostęp do teczek minionych i obecnych służb specjalnych - Janusz Korwin-Mikke o tegorocznym wyjątkowo gorącym lecie Wysłane czwartek, 27, lipca 2006 przez Krzysztof Pawlak

    | Pobierz |