sierpnia 25, 2006 - września 6, 2006

Wyjść poza schemat
Głos w dyskusji na temat "kosztów starzenia się społeczeństwa" - Wojciech Popiela
Wysłane środa, 6, września 2006 przez Krzysztof Pawlak

Trzech znanych ekonomistów, panowie Rafał Antczak (CASE), Paweł Dobrowolski (Instytut Sobieskiego) i Ryszard Petru (BPH) wezwało do koniecznej i uczciwej dyskusji na temat problemów społecznych i gospodarczych, jakie przyniesie Polsce starzenie się społeczeństwa. Ponieważ sprawa dotyczy Polski i Polaków, a brak debaty publicznej w tym względzie jest wymowny, będąc w wieku autorów, a więc będąc zainteresowanym, zabieram głos w tej ważnej sprawie.

Tekst ("Ekonomicznie najgorzej mają w Polsce młodzi", "GW" 29.07.2006), opublikowany w jednym z dzienników ogólnopolskich, zawiera sporo trzeźwych uwag i stara się stronić od używanych powszechnie fałszywych słów-zaklęć. Już choćby sam fakt pisania zgodnie z prawdą słowa: "bezpłatne", a nie: bezpłatne, na co nie zdobyli się twórcy polskiej konstytucji, zasługuje na uznanie, nawet jeśli szczerość ta wynika jedynie z tego, że nie mamy do czynienia z politykami. By skończyć z panującym zakłamaniem i niesprawiedliwością ekonomiczną, trzeba wpierw wydostać się z sideł słów, jakie twórcy obecnego stanu zastawili na polskich obywateli.

Z uwagi na wagę propozycji przedstawionych przez autorów nie warto zbyt długo dyskutować, czy polskim problemem i przyczyną emigracji jest "niesprawiedliwie wysokie opodatkowanie młodych", czy też niesprawiedliwie wysokie opodatkowanie wszystkich pracowników najemnych jak i osób prowadzących działalność gospodarczą. Albo, czy można - wzorem autorów - nazwać "uprawnionym" rozwiązanie polegające na stosowaniu przymusu podatkowego powodującego w istocie wywłaszczanie ludzi z ich dochodów i dodawać, że taki przymus wzajemnego finansowania obcych sobie ludzi godzien jest nazywania "solidarnością międzypokoleniową".

Dziwić może fakt braku rozwinięcia tematu rent, rencistów i "rencistów" w sytuacji, w której wraz z rolnikami mamy w Polsce około 13 milionów pracujących na prawie 40 milionów obywateli. Ciekawym byłoby też poznanie źródeł obliczeń skłaniających autorów do napisania zdania: "Jan Kowalski, obywatel Polski rozpoczynający dorosłe życie ze średnią pensją i nadzieją na stworzenie własnego gospodarstwa domowego, oddaje państwu prawie połowę swojego dochodu". Zdaje się, że autorzy ze znanych bądź nieznanych im przyczyn wzięli pod uwagę jedynie bezpośrednią ingerencję polityków w wynagrodzenie pracownicze, co w istocie w stosunku do kosztu firmy, "dla dobra pracownika" pomniejsza je już na starcie prawie o połowę. Tymczasem po otrzymaniu pensji, w każdym niemal towarze, który pracownik najemny kupuje, oddaje politykom za pośrednictwem urzędów skarbowych 22 procent podatku VAT i różnej wysokości akcyzy, nie wspominając o innych obowiązkowych daninach. Ostrożne szacunki Centrum im. Adama Smitha pozwalają na optymistyczne stwierdzenie, że Jan Kowalski oddaje pod podatkowym przymusem około 75 procent zarobionych pieniędzy i to ukazuje skalę wyzysku obywateli.

Trudno w obliczu stwierdzeń przewodniczącego Rady Nadzorczej ZUS, p. Roberta Gwiazdowskiego zgodzić się też ze stwierdzeniem autorów, że reforma emerytalna 1999 była sukcesem. Chyba, że z sukcesu wyłączymy klientów systemu. Pan Gwiazdowski nie pozostawia żadnych złudzeń: "Wielka socjalistyczna reforma emerytalna z 1999 roku niewiele zmieniła, gdyż oszczędzamy tylko niewielką część z owych 7,3 proc. składki, która trafia do OFE, ponieważ większość środków OFE przeznaczają na zakup obligacji skarbowych od państwa. W efekcie mamy jedynie bezsensowny przepływ pieniędzy: od podatników do ZUS, z ZUS do OFE, z OFE do budżetu (wykup obligacji) i z budżetu z powrotem do ZUS. Dotacja z budżetu do ZUS jest mniejsza niż przekazy z ZUS do OFE, więc ZUS musi zaciągać kredyt na otwartym rynku między innymi w… bankach, które są akcjonariuszami OFE. Nie wiadomo, czy się z tego śmiać, czy trwożyć!" (Tygodnik "Najwyższy CZAS!" , 29.07.2006).

Pomijając jednak niedociągnięcia przedstawionej diagnozy, warto skoncentrować się na propozycjach wyjścia z sytuacji. Autorzy podali sześć punktów na tej drodze.

Po pierwsze - proponują - uczciwie policzyć zadłużenie państwa wobec obecnych i przyszłych pokoleń.

Wydaje się, że autorom chodzi w istocie o zadłużanie przez państwo obecnych i przyszłych pokoleń. Bowiem to wszyscy Polacy, a nie mityczne "państwo" będą spłacali długi zaciągane przez polityków rzekomo w naszym imieniu. W tej sytuacji pytanie nie brzmi, czy "państwo polskie stać na wywiązanie się z obietnic i kto je sfinansuje", tylko czy i kiedy Polacy zaczną przysłowiowo "zjadać własny ogon".
Postulat autorów, jak i jego omówienie nie określa, ile przyszłych pokoleń ma obejmować wyliczenie. Wydaje się jednak, że autorom chodzi o aktualne zadłużenie Polski, a także zobowiązania ZUS wobec aktualnie wchodzących na rynek pracy i wszystkich już pracujących, przewidywalne, narastające koszty tzw. służby zdrowia i spłatę przyszłych obligacji. Jednakże z uwagi na brak zakreślonego horyzontu czasowego rozsądnym będzie przyjęcie chwili obecnej jako określenie salda zadłużenia. Samo zadłużenie sektora finansów publicznych oscyluje dziś wokół 500 mld zł. Wobec około 13 mln pracujących daje to około 38 tys. długu zaciągniętego przez rządzących na statystycznego, pracującego Polaka. Zmiana w ciągu roku wynosiła 8,2 proc., co w porównaniu ze wzrostem PKB pokazuje tempo zaciskania się pętli na szyi podatników.
Autorzy dodają, że bez takiego szacunku "nie będzie możliwy sprawiedliwy podział kosztów świadczeń pomiędzy wszystkich Polaków". Obawiam się, że taki szacunek nie zmieni niczego w kwestii sprawiedliwości. Samo oszacowanie niewydolności i trwanie obecnego systemu redystrybucji dóbr poprzez budżet, a nie poprzez mechanizmy rynkowe, nie zmieni istoty. Sprawiedliwość można tu osiągnąć poprzez przyjęcie dwóch zasad stanowiących fundament nowego systemu i odejście od dotychczasowego. Po pierwsze: każdy płaci za te usługi z których korzysta. Po drugie, jeśli kogoś nie stać na usługi i towary, których potrzebuje, liczyć może na dobroczynność innych ludzi działających bez drogiego pośrednictwa państwowej biurokracji i polityków.

Drugi z postulatów: w miarę szybko (np. w okresie 3-6 lat) zrównać i podwyższyć wiek emerytalny dla mężczyzn i kobiet do 67. roku życia.

Trzeba zauważyć, że jest to postulat groźny i polegający na - mówiąc bez ogródek - oszukaniu ludzi. Co prawda autorzy nie postulują, by mężczyzn, którzy mają czelność żyć "statystycznie" 70, a nie 66 lat, jak jeszcze kilkanaście lat temu - poddawać "eutanazji". Chcą im tylko zabrać pieniądze, ale oznacza to tylko jedno - zmianę warunków umowy pod koniec jej trwania. Tym bardziej, że pracownik najemny nie ma możliwości jednostronnego wypowiedzenia tej umowy, chyba że poprzez samobójstwo i de facto zrzeczenie się wypłat w ogóle, nie licząc datku na trumnę. Autorzy chcą, by człowiek, któremu politycy odbierali przez 45 lat (540 razy) pieniądze "na emeryturę", zamiast 60, odebrał ze swoich pieniędzy jedynie 36 skromnych wypłat, przy wydłużeniu okresu wpłat o 24 miesiące! Trudno stwierdzić, dlaczego postulat takiego sposobu oszukania płatników znalazł uznanie w oczach młodych ekonomistów. Być może wynika to z faktu, że z obecnego stanu nie ma już dobrego i bezbolesnego wyjścia. Niemniej jednak fakt takich skłonności budzi niepokój o stan mojego konta, jako że jednego z autorów utrzymuję prowizjami za konto w banku, któremu doradza. Argument "oszukajmy starszych, aby młodsi nam zaufali i tu zostali" ma jedną wadę - młodzi kiedyś będą starszymi i będą pamiętali, jak łatwo można okraść ustawą ludzi starszych jedynie "zrównując i podnosząc" wiek emerytalny np. do 80. roku życia. Wyjściem ze ślepej uliczki przymusowych, państwowych ubezpieczeń emerytalnych zdaje się być powrót do wolności w tym zakresie. By jednak zrealizować przyjęte zobowiązania, koniecznym byłoby niestety zastąpienie przymusowych składek malejącym z roku na rok, przez 45 lat, podatkiem emerytalnym.

Trzecim postulatem jest umożliwienie szybkiej i legalnej imigracji do Polski znacznej liczby obcokrajowców.

Jeśli wiązało się to będzie z przywilejami socjalnymi obywateli Polskich, to możemy mieć skutki odczuwane obecnie na przedmieściach Paryża. Jeśli nie, to rzeczywiście okazać się może, że budżet będzie miał pewne korzyści z uwagi na podatki i przymusowy ZUS. Czy jednak imigranci nie wybiorą bogatszych krajów Wspólnoty Europejskiej mających podobne pomysły na ratowanie upadającego systemu emerytalnego? Warto też pamiętać, że równocześnie cena pracy imigrantów wzrośnie, przez co nie będą już tak atrakcyjni, zwłaszcza gdy weźmiemy pod uwagę zapisy konstytucyjne i ustawowe o płacy minimalnej, wypychającej zresztą najmniej wykształconych poza oficjalny rynek płatnej pracy. Chyba, że chcemy u siebie widzieć osoby wykształcone i zdolne - wówczas jednak o "znacznej liczbie" imigrantów nie ma co marzyć. Dobrym rozwiązaniem byłaby pełna wolność umów o pracę i wolność przepływu osób, ale pomijając uwarunkowania międzynarodowe, na scenie politycznej nie ma zbyt wielu zwolenników takiego zakresu wolności.

Czwarty postulat autorów - to objęcie wszystkich obywateli, w tym rolników, równym obowiązkiem podatkowym.

Niestety, w rozwinięciu autorzy skoncentrowali się na "biciu" w rolników, ewentualnie latyfundystów. Postulat zdawał się bowiem zbliżać do pomysłu systemu podatkowego opartego o opłaty wynikające z nieruchomości, zryczałtowanego podatku osobistego (równy obowiązek podatkowy) i zapewne akcyzy, i VAT - choćby z uwagi na zobowiązania wobec emerytów. Być może autorzy myśleli też o jednakowej stawce procentowej podatku dochodowego, ale wówczas trudno mówić o równości, jako że 4 tysiące nie będą równe 400 złotym mimo tej samej stawki procentowej. Dostało się więc rolnikom, a przemilczano zupełnie słynnych już "twórców". A swoją drogą, przywileje latyfundystów biorą się głównie ze Wspólnej Polityki Rolnej, o której likwidacji autorzy nie wspomnieli.

Piąty postulat - to "rzeczywista reforma służby zdrowia".

Tyle, że autorzy proponują utrzymanie aktualnej (procentowo) wysokości zabieranych Polakom pieniędzy na istniejący system będący workiem bez dna i zmuszenie nas do dodatkowych, "dobrowolnych" opłat. Ich dobrowolność z uwagi na gangrenę w aktualnym systemie byłaby nie tyle możliwością, co koniecznością. Nikt nie ma wątpliwości, że obecny system natychmiast wykazałby niemożność podołania zadaniu i zadowoliłby się otrzymywaną kwotą bez jakichkolwiek dążeń do zmiany na lepsze. Wiara, że wycięcie połowy raka przyniesie uzdrowienie, wydaje się być sporą naiwnością. Już lepszym - też połowicznym rozwiązaniem - byłoby wprowadzenie "bonu zdrowotnego", na wzór edukacyjnego. To przynajmniej zmusi placówki do rzeczywistego konkurowania o pieniądze pacjentów, jeśli oczywiście nie może być w Polsce normalnego systemu leczenia ludzi bez nadzwyczaj kosztownego pośrednictwa polityków, biurokracji i konfitur "refundacji" dla producentów i decydentów. Oczywiście nad wszystkimi próbami rzeczywistych reform wiszą czarne chmury zapisów konstytucyjnych rodem z PRL.

Postulat szósty sprowadza się do wymuszenia od dzieci, by zechciały opiekować się rodzicami i dziadkami. Autorzy proponują bodziec ekonomiczny w postaci sankcji stosowanych przez państwową "pomoc społeczną" wobec rodzin zamożnych. Niestety, oznacza to intensyfikację kontroli dochodów już nie poszczególnych osób, ale całych rodzin. W efekcie więc oznacza zmniejszenie obszaru wolności, co jest oczywistą konsekwencją przyjęcia mentalności niewolniczej ("ktoś – państwo - się zaopiekuje"). I tu autorzy nie dotykają sedna przyczyny takiego stanu rzeczy, którym jest upowszechnienie i przymus państwowych ubezpieczeń emerytalnych. W efekcie rodzice nie poczuwają się do konieczności starannego wychowania dzieci zdolnych do ich utrzymania na starość. Dzieci zaś, z uwagi na obciążenia podatkowe i parapodatkowe, często - słusznie lub nie - uznają rodziców i dziadków za ciężar nie do udźwignięcia i oddają ich pod "opiekę państwa", czyli przerzucają koszty na innych. To jednak - jak mawiał Stefan Kisielewski - nie kryzys, a rezultat.

Podsumowując, należy stwierdzić, że choć autorom nie wypada odmawiać dobrych chęci, to proponowane metody nie zlikwidują problemu, a jedynie staną się problemami naszych dzieci, wnuków i prawnuków. Właśnie dlatego propozycje te będą do przyjęcia przez obecną "klasę polityczną" lub, jak chce członek tejże pan Donald Tusk - "klasę próżniaczą", gdyż pozornie zmieniając wiele, zostawiają wszystko po staremu. Rozwiązanie problemu jest możliwe, ale wymaga wyjścia poza schemat obowiązujący w "państwach opiekuńczych" będących w istocie niewydolnymi strukturami generującymi problemy rozsadzające system finansów publicznych i zamieniającymi wolnych obywateli w niewolników systemu.

Wojciech Popiela
Prezes Unii Polityki Realnej


Publicystyka Wojciecha Popieli na ASME.


Żądanie likwidacji Radia Maryja na wniosek Abrahama Foxmana będzie kolejnym - po Europejskim Nakazie Aresztowania - sprawdzianem "patriotyzmu" PiS-owców - Stanisław Michalkiewicz o podstawach suwerenności "polskiego regionu UE" Wysłane wtorek, 5, września 2006 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |









Żądanie likwidacji Radia Maryja na wniosek Abrahama Foxmana będzie kolejnym - po Europejskim Nakazie Aresztowania - sprawdzianem "patriotyzmu" PiS-owców - Stanisław Michalkiewicz o podstawach suwerenności "polskiego regionu UE"
Wysłane wtorek, 5, września 2006 przez Krzysztof Pawlak

"Aleksander Sołżenicyn mówił, że »z władzą radziecką nie będziesz sie nudził«, to prawda, ale nie tylko z władzą sowiecką tak jest, ale także z przedstawicielami diaspory żydowskiej. Ledwie prokuratura umorzyła dochodzenie w sprawie »afery felietonowej«, głos zabrał sam Abraham Foxman, występując z pozycji żydowskiego gestapo, dosyć obcesowo krytykując decyzję prokuratury, określając moją wypowiedź jako "plugawą". Ja mogę się zrewanżować mu - mówiąc o jego wystąpieniu - jako łobuzerskim, choć Foxman zwrócił się do samej Unii Europejskiej z wnioskiem o »zamknięcie Radia Maryja« z jej mocy sprawczej. To jest dalszy ciąg wojny z Radiem Maryja, by przywrócić »ład medialny« zaprojektowany przy tzw. okrągłym stole, tym razem z włączeniem do tej gry diaspory żydowskiej" - Stanisław Michalkiewicz, najlepsze pióro współczesnej felietonistyki i nasz wieloletni współpracownik, przypomina podłoże ostatnich ataków na jego osobę, przeprowadzanych przez brukowiec "Gazeta Wyborcza" z okazji udostępnienia mu zaledwie 3 minut na antenie I Programu Polskiego Radia.

W ostatnią niedzielę na warszawskich Powązkach urządzono ekspiację "saloniku warszowerskiego" w intencji Jacka Kuronia, by zmazać próbę podważenia reputacji "okrągłego stołu" i intencji jego uczestników, wynikającą z ujawnionych protokołów przedstawiających złożoną ofertę przez stronę tzw. lewicy laickiej dla komunistów zachowania "zdobyczy socjalizmu" przez nich przy wydatnej pomocy kompanionów Jacka Kuronia.
Inicjatywa Abrahama Foxmana będzie dobrym sprawdzianem suwerenności państwa polskiego - bo albo UE podejmie usiłowanie likwidacji Radia Maryja, albo okaże się, że władze "polskiego regionu UE" jeszcze zachowuje jakieś atrybuty suwerenności. Bo gdyby okazało się, że Abraham Foxman z mocy jakiejś uzurpatorskiej organizacji ma władzę wpływania na kreowania środków masowego przekazu w Polsce - to by się okazało, że to on, a nie władze sprawującego "rolę kierowniczą" ugrupowania Prawo i Sprawiedliwość są "przy władzy". Tak samo warto się spytać o podobny poziom suwerenności w przypadku inicjatywy zmiany Konstytucji RP, która ma doznać dostosowania do życzeń Eurosojuza w przypadku tzw. Europejskiego Nakazu Aresztowania... - co będzie sprawdzianem retoryki PiS w kwestii ich "patriotyzmu"...

Informujemy, że od najbliższego piątku w programie I Polskiego Radia, tzw. Jedynce, o godzinie 8.50 będą nadawane 3-minutowe felietony Stanisława Michalkiewicza, specjalnie przygotowane dla tej rozgłośni. TV felietony naszego współpracownika w TV ASME - o znacznie dłuższym czasie emisji - niezmiennie pozostają w emisji.

Nagranie trwa prawie 8 minut i jest dostępne w Sieci do 19 IX 2006 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




Młodzi politycy z obu stron polskich nurtów populistycznych niech wstrzymają się z pospiesznymi ocenami Jacka Kuronia - Łukasz Perzyna o ujawnieniu negocjacji towarzysza Kuronia ze Służbą Bezpieczeństwa PRL Wysłane wtorek, 5, września 2006 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |







Młodzi politycy z obu stron polskich nurtów populistycznych niech wstrzymają się z pospiesznymi ocenami Jacka Kuronia - Łukasz Perzyna o ujawnieniu negocjacji towarzysza Kuronia ze Służbą Bezpieczeństwa PRL
Wysłane wtorek, 5, września 2006 przez Krzysztof Pawlak

"Jacek Kuroń nie jest i nigdy był nigdy w pamięci ludzkiej postacią pomnikową, jakim był i pozostał np. Zbigniew Herbert. Pozostał co najwyżej ikoną dla swoich zwolenników, uczniów, których liczbę zweryfikował co najmniej dwukrotnie wynik wyborczy: Unia Demokratyczna/Wolności jako partia jeszcze niedawno Polską współrządząca - w 2001 roku nie została wpuszczona do parlamentu, w 2005 r. nastąpiła powtórka z jeszcze bardziej szczątkowym wynikiem. Unici znaleźli się w ten sposób w szeregach Platformy Obywatelskiej - szlupy ratunkowej dla tego środowiska lub w Sojusz Lewicy Demokratycznej" - Łukasz Perzyna, publicysta "Tygodnika Solidarność" i naszej witryny Antysocjalistycznego Mazowsza ASME, wypowiada się na na drażliwy temat przeszłości jednego z wyznawców "socjalizmu z ludzką twarzą".

Natomiast sama osoba Jacka Kuronia ogniskuje ostatnio zainteresowanie w kolejnych debatach publicznych. Atakowana jest pamięć o nim z jednej strony, z innej - środowiska byłych komunistów usiłują wciągnąć go na swojego patrona w najnowszej, "zlewiskowej" inicjatywie przedwyborczej. Ciekawe, co na to powiedziałby sam zainteresowany? Choć niegdysiejszy dobry znajomy Kuronia, postkomunistyczny aparatczyk Olek "Prezio" Kwaśniewski wypowiedział się swego czasu o ujawnianiu teczek Służby Bezpieczeństwa i Wojskowych Służb Informacyjnych, że jest to "wrzucenie granatu w szambo", to kolejne dokumenty wyprowadzane na światło nie dają jeszcze pełnego wizerunku byłego "komandosa" z lat 60., trockisty i osobnika biegającego kiedyś, w latach 40 i 50. ubiegłego wieku z naganem po warszawskim Żoliborzu, gdzie agitował za nową, narzuconą przez okupanta sowieckiego władzą komunistyczną. Na razie dowiadujemy się o szczególnych pertraktacjach Jacka Kuronia ze Służbą Bezpieczeństwa, w trakcie których mianował się samozwańczo jako przedstawiciel CAŁEJ opozycji antykomunistycznej, dążąc do eliminacji za pomocą służb specjalnych PRL konkurencyjnych środowisk do grupy KOR-owskiej. Natomiast wypowiedź młodego ministra Edukacji o chęci uznania Kuronia jako zdrajcy narodowego poprzez porównanie go do targowiczan wybiega daleko poza zrozumienie ówczesnej rzeczywistości. To raczej tzw. generałowie LWP i Milicji Obywatelskiej, służb specjalnych PRL - mogą kandydować do tego miana, a uczestnictwo ojca Romana Giertycha w radzie konsultacyjnej przez towarzyszu Jaruzelskim, agencie "Wolskim", twórcy stanu wojny jaruzelsko-polskiej - nie powinno pozwalać młodemu endekowi ferować pospiesznych ocen.
Osoba Kuronia z całą pewnością warta jest jeszcze daleko pogłębionych studiów - prowadzonych przez rzetelnych historyków i politologów, nie zaś wypowiedzi zarówno ze strony "polityków z reklamy pasty do zębów", jak młody tow. Olejniczak, jak i mających kłopoty z pamięcią równie młodych przedstawicieli nurtu narodowych populistów - uważa Łukasz Perzyna.

Nagranie trwa ponad 18 minut i jest dostępne w Sieci do 19 IX 2006 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




Koalicja pogrobowców - Krzysztof Mazur Wysłane poniedziałek, 4, września 2006 przez Krzysztof Pawlak

Wszelkiej maści lewactwo bardzo przyzwyczajone jest do hasła równości, zwłaszcza równości w biedzie, przy założeniu, że biedni nie są działacze, tylko ci, w interesie których występują. Zresztą, jak pokazuje doświadczenie historyczne, nawet w ustroju powszechnej szczęśliwości i równości naprawdę wolnymi od trosk materialnych byli partyjni notable i ich posłuszni akolici, także współcześni trockiści od czynszowych mieszkań wolą biurowce Wall Street, a uczuleni na niedolę ludu hollywoodzcy artyści swoje współczucie wyrażają pomiędzy przerwami na szampana i kawior.

Ale wobec śmierci wszyscy jesteśmy równi, bo co do życia pozagrobowego to już podobna jednomyślność nie obowiązuje, wszak chrześcijańskie przekonanie, że Pan Bóg za dobre wynagradza, a za złe karze, każe wierzyć w odmienny los sprawiedliwie osądzonych. "W tym się przejawia sprawiedliwość niebieska - na ziemi nie dano im nagrody wedle zasług, tu oddają im to, co im się należy.." - pisał w jednym z opowiadań Samuel Langhorne Clemens, znany bardziej jako Mark Twain.
Ale w związku z tym, że lewica laicka bardziej niż w boską sprawiedliwość wierzy w sprawiedliwość społeczną, dlatego też jej liderzy na symboliczne miejsce swojego zjednoczenia wybrali cmentarz, a konkretnie grób Jacka Kuronia. Tak się przynajmniej może wydawać po składzie oficjalnych delegacji, w skład których - co ciekawe - wchodzili pogrobowcy takich partii jak nieboszczka PZPR czy Unia Wolności, przezywana powszechnie Mumią Wolności. Aż trzy z czterech partii wchodzących w skład nowego lewicowego zjednoczenia wywodzą się w prostej linii z PZPR-u, w przypadku SLD czy SDPl sprawa jest oczywista, zaś w przypadku Unii Pracy warto dodać, że ową partię nowej lewicy zakładały m.in. Ruch 8 Lipca czy Fiszbachowy PUS, a obecny przewodniczący UP, p. Witkowski w latach 1976 - 1990 był członkiem przewodniej partii. Nie trzeba szczególnie przypominać, że protoplastka UW, czyli Unia Demokratyczna powstała również jako współczesna reinkarnacja Puławian, czyli pewnej frakcji w PZPR-ii, której poglądy polityczne były w dużej mierze pochodną aktywności DNA mitochondrialnego (mitochondria dziedziczymy podobno jedynie wyłącznie w linii matczynej).
Zbieżność między konwencją zjednoczeniową tzw. centrolewu a manifestacją na grobie Kuronia nie była oczywiście przypadkowa, gdyż Marek Borowski - jeden z inicjatorów zjednoczenia - w komentarzu do deklaracji założycielskiej nowego ruchu wyraźnie zaznaczył, że "do tej pory nie przywoływaliśmy na lewicy zbyt wielu symboli, za dużo było pragmatyzmu. Dziś musimy powiedzieć: chcemy budować państwo Jacka Kuronia". Owo "państwo Kuronia" przez Janusza Onyszkiewicza - kolejnego sygnatariusza porozumienia - zostało przeciwstawione państwu budowanemu na wzór Chin Mao Zedonga, gdyż według unioposła, w Polsce "dokonuje się coś na kształt rewolucji kulturalnej w maoistowskich Chinach".
Porównanie Onyszkiewicza pozwala jednakże na ciekawe paralele historyczne, gdyż to właśnie patron nowej lewicowej koalicji i założyciel "czerwonego harcerstwa" reprezentował w PZPR-ii odchylenie maoistowsko-trockistowskie i właśnie za krytykę biurokratyzacji systemu socjalistycznego oraz zbyt mały udział w rządzeniu "rad robotniczych" został okrzyknięty rewizjonistą i utracił więź z partią (maoiści głosili rewolucyjny potencjał ludności chłopskiej oraz młodzieży, a także tezę, że walka klasowa toczy się również w łonie partii komunistycznej). Jedną z ostatnich publicznych wypowiedzi Kuroń wygłosił do alterglobalistów protestujących w związku ze szczytem gospodarczym, upatrując w tych współczesnych maoistach-trockistach nadziei na lepsze jutro, czyli na jutro prawdziwie rewolucyjne.
W tym czasie kiedy Jacek Kuroń walczył o polską odmianę maoizmu, Tadeusz Mazowiecki, honorowy patron nowej lewicy, wprowadzał polską wersję rewolucji kulturalnej na froncie walki z niepokornym duchowieństwem, a biskupem Kaczmarkiem w szczególności.
Jak widać, to nie obecna koalicja wprowadza system maoistowski, gdyż system ten, adaptowany do nowych realiów geopolitycznych, wprowadzali przez ostatnie kilkanaście lat właśnie Mazowiecki, Kuroń, Onyszkiewicz, Kwaśniewski etc., a nowo powstała lewicowa koalicja stawia sobie właśnie za cel obronę porządku III RP. W Chinach po śmierci Mao Zedonga również doszło do próby reaktywowania i obrony "dorobku" rewolucji kulturalnej, jednakże tamtejszy aparat pod przewodnictwem nowej politycznej gwiazdy Deng Xiaopinga zdusił w zarodku przewrót organizowany przez tzw. Bandę Czworga. Ciekawe, że sygnatariuszy lewicowego zjednoczenia było również czterech, co kabalistycznie potwierdza słuszność hipotezy dotyczącej tego, kto w Polsce prawdziwie próbuje realizować rewolucją kulturalną z jej religią politycznej poprawności.
Należy tylko mieć nadzieję, że koalicja zawarta nad grobem wykona teraz śmiało krok naprzód.

Krzysztof Mazur

Publicystyka Krzysztofa Mazura na ASME


FUNDACJI PAMIĘCI MICHAŁA FALZMANNA: Wyrok w sprawie książki "Via Bank i FOZZ" autorstwa prof.prof. Mirosława Dakowskiego i Jerzego Przystawy versus "Universal" i poszukiwany listem gończym Dariusz Przywieczerski - NIEWINNI (po 12 latach)! Wysłane poniedziałek, 4, września 2006 przez Krzysztof Pawlak

FUNDACJA PAMIĘCI MICHAŁA FALZMANNA - FPMF
ul. Poznańska 21 m. 20a, 00-687 Warszawa, tel. (022) 629-66-35
e-mail: przystaw@ift.uni.wroc.pl


Informacja
na konferencję prasową
w dniu 1 września 2006


W dniu 5.01.1994, adw. R. Siciński, w imieniu "Universal". sp. z o.o. i D.T. Przywieczerskiego, wniósł do Sądu Okręgowego w Warszawie pozew "o ochronę dóbr osobistych" przeciwko Mirosławowi Dakowskiemu i Jerzemu Przystawie, autorom książki "Via Bank i FOZZ" oraz wydawcy. W pozwie wskazał kilkanaście stron książki, które miały zawierać treści nieprawdziwe i naruszające dobra osobiste powodów. Domagał się przeproszenia powodów w formie dwukrotnego ogłoszenia w "Gazecie Wyborczej" i "Życiu Warszawy", zapłacenia 100 mln zł. na rzecz PCK. W trakcie procesu pozew został rozszerzony o zakaz wydawania książki i zniszczenia nakładu.

W dniu 12.05.1998 zapadł wyrok, który w całości uwzględnił żądania powodów.

Sąd Apelacyjny, w wyroku z 30.12.199, w całości ten wyrok uchylił, nakazując ponowne rozpatrzenie sprawy.

W dniu 30 sierpnia 2006 został ogłoszony wyrok, który oddala powództwo w całości. W Uzasadnieniu Sąd uznał, że autorzy książki nie działali bezprawnie, występowali w obronie dobra publicznego i w sposób wiarygodny wykazali bezpodstawność zarzutów.

Proces ten był w istocie procesem o wiarygodność wyników kontroli FOZZ, jaką na wiosnę 1991 przeprowadził Michał Tadeusz Falzmann, główny inspektor kontroli państwowej w NIK, którego 15 rocznica śmierci minęła 18 lipca 2006. Podobnie jak zakończony w tym roku proces karny przeciwko "operatorom FOZZ", wśród nich Dariusza Przywieczerskiego, proces ten potwierdził jeszcze raz, że to, co odkrył Michał Falzmann, jest prawdą. Dlatego zarówno Fundacja, jak i wielu obywateli RP, zwróciło się do Prezydenta i Rządu o właściwe uczczenie Jego pamięci i ofiary życia, jaką poniósł w służbie Rzeczypospolitej.

Po raz kolejny pragniemy zwrócić uwagę opinii publicznej w Polsce, że proces karny FOZZ nie wyjaśnił ani na czym naprawdę polegał rabunek finansów Państwa Polskiego, ani nie wskazał przyczyn i głównych odpowiedzialnych, ani wielkości strat, jakie Polska poniosła. Proces ten dotykał zaledwie powierzchni tych spraw, zajmując się jedynie rozliczeniem kwot, jakie na swoją przestępczą działalność operatorzy FOZZ otrzymali od państwa. Tymczasem wielokrotnie większe straty Polska poniosła na skutek celowo stworzonych i uruchomionych mechanizmów spekulacyjnych, które drenowały finanse publiczne. Uważamy, że sprawą tych gigantycznych spekulacji finansowych winna się zająć przede wszystkim Sejmowa Komisja Śledcza i Prokuratura.

Witryna ASME Antysocjalistycznego Mazowsza jest najstarszym serwisem w Sieci - oprócz witryny tematycznej JOW - propagującym ideę JOW

Pierwsza relacja z debaty JOW w Szczecinie pod patronatem Prezydenta Mariana Jurczyka oraz Apel Ruchu na rzecz JOW do Prezydenta Rzeczypospolitej Wysłane poniedziałek, 4, września 2006 przez Krzysztof Pawlak

Szanowni Państwo

W sobotę, 2 września, odbyła się w Auli Wydziału Matematyki i Fizyki Uniwersytetu Szczecińskiego, otwarta debata publiczna w sprawie nowej ordynacji wyborczej do samorządu terytorialnego. Debatę, z inicjatywy naszego Ruchu, zorganizował Prezydent miasta Szczecina, Patron Honorowy Ruchu, Marian Jurczyk. Debatę prowadził dr Marek Zagajewski z Instytutu Filozofii Uniwersytetu Szczecińskiego. Za stołem prezydialnym usiedli Patroni Honorowi Ruchu, Prezydent Szczecina i p. Adam Marciniak, Wójt gminy Człuchowa oraz przedstawiciel parlamentarzystów (wszyscy posłowie zostali zaproszeni do udziału w Debacie), p. Magdalena Kochan z PO. Ewenementem była obecność na naszym spotkaniu aż trójki parlamentarzystów szczecińskich, niestety wyłącznie z PO, a więc posła Arkadiusza Litwińskiego i senatora Włodzimierza Łyczywka. Przed trwającą kilka godzin dyskusją zostały wygłoszone dwa referaty: mój, którego tekst jest dostępny na naszej stronie internetowej http://jow.nazwa.pl/jow pt. "Dwie racje stanu: partyjna i samorządowa" oraz dr. Wojciecha Błasiaka pt. "Partyjność ordynacji proporcjonalnej w Polsce barierą rozwoju społecznego i gospodarczego kraju, województw i miast". Był to niezmiernie ciekawy referat, którego z zainteresowaniem wysłuchali nawet obecni na sali parlamentarzyści. Mam nadzieję, że dr Błasiak niebawem udostępni nam pełny tekst swojego wystąpienia.

Pragnę wyrazić uznanie i serdecznie podziękować za ofiarne przybycie do Szczecina i udział w debacie naszym WoJOWnikom z Koszalina, Lubina, Kołobrzegu, Wałcza. Koszalińscy WoJOWnicy przywieźli ze sobą wielkie transparenty, opublikowali w szczecińskiej prasie (Kurier Szczeciński) zawiadomienie o debacie, a także w mediach koszalińskich.
Na spotkaniu obecni byli szczecińscy dziennikarze, telewizja szczecińska przeprowadziła wywiady z Prezydentem Szczecina, ze mną i zapewne innymi osobami. Nie wiem jeszcze, czy był jakiś efekt ich obecności.
Obecni na spotkaniu posłowie PO deklarowali sojusz z Ruchem JOW i gotowość współdziałania. Poseł Litwiński powiedział o zorganizowaniu w Warszawie "Seminarium Parlamentarnego JOW" oraz o kwietniowej konferencji JOW w Sali Kolumnowej Sejmu. Zaprosili nas także do udziału w organizowanej debaty publicznej w najbliższy wtorek w Warszawie.
Wynikiem debaty (mam nadzieję, że bardziej kompletna relacja z niej zostanie przygotowana) był Apel do Prezydenta RP, którego tekst załączam i proszę o rozpowszechnienie.
Prezydent Szczecina poinformował, że otrzymał setki listów z wyrazami poparcia i uznania. Odczytał też fragmenty listu naszego WoJOWnika z Berlina, doc. Uniwersytetu Berlińskiego, Edwarda Klimczaka. Pełny tekst tego listu znajduje się na naszej stronie internetowej.
Wyrazy uznania i podziękowania należą się Prezydentowi Szczecina, który, nie po raz pierwszy, wyszedł na przeciw naszej inicjatywie, aktywnie, od początku do końca, uczestniczył w debacie, a po jej zakończeniu podjął uczestników obiadem w eleganckiej "Karczmie Polskiej".

Na zakończenie tego sprawozdania jedna uwaga: mylą się ci nasi sympatycy, którzy myślą, że JOW zostaną prowadzone, dzięki dobrej woli polityków. Bez naszego OFIARNEGO udziału, bez zaangażowania tych, którzy rozumieją o co chodzi, oczekiwana zmiana się sama nie dokona. Jak długo zwolenników JOW nie będzie stać na proste rzeczy: napisanie paru zdań poparcia, przyjście na spotkanie w dniu wolnym od pracy, kupieniu biuletynu za 2 złote, tak długo klasa polityczna się nie ugnie. Tym bardziej chylę czoło przed tymi, którzy nie zawahali się przejechać setek kilometrów po nieprzyjaznych polskich drogach, aby stawić się w Szczecinie.

Jerzy Przystawa




Apel do Prezydenta RP

Stanowisko Uczestników
Debaty Publicznej
w sprawie
ordynacji wyborczej do samorządu terytorialnego

Szczecin, 2 września 2006




  • Zwracamy się z apelem o zawetowanie nowej ordynacji wyborczej do samorządu terytorialnego, ponieważ jest ona dalszym krokiem do upartyjnienia samorządów lokalnych.
  • Istotą samorządu terytorialnego jest jego zdolność reagowania na potrzeby społeczności lokalnej.
  • Istniejące w Polsce partie polityczne posiadają strukturę centralistyczną, w których decyzje podejmują centralne aparaty partyjne.
  • Dlatego partie w samorządach oznaczają podporządkowanie interesów społeczności lokalnej interesom partyjnym.
  • Uważamy, że to nie Sejm i Senat powinny decydować o tym, jak obywatele mają wybierać swoje władze lokalne, lecz - tak jak w krajach o najdłuższej tradycji demokratycznej - decyzja o tym, powinna leżeć w gestii samych społeczności samorządowych.
  • Nadmierne i szkodliwe upartyjnianie państwa, którego doświadczamy w Polsce, jest wynikiem wadliwych procedur wyborczych do Sejmu, jakie były stosowane od 1989 roku. Prowadzą one do powstawania partii politycznych o zbiurokratyzowanej, centralistycznej strukturze.
  • Badania opinii publicznej stale wykazują, że obywatele RP nie chcą głosować na listy partyjne. Skutkuje to systematycznie malejącą frekwencją wyborczą.
  • Apelujemy do Prezydenta RP o zarządzenie i referendum powszechnego w sprawie wprowadzenia zasady jednomandatowych okręgów wyborczych w wyborach do Sejmu.

    W imieniu Uczestników Debaty:

    Marian Jurczyk, Prezydent Miasta Szczecina
    Jerzy Przystawa, Ruch Obywatelski na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych

    Witryna ASME Antysocjalistycznego Mazowsza jest najstarszym serwisem w Sieci - oprócz witryny tematycznej JOW - propagującym ideę JOW

    Apoteoza Leszka Balcerowicza - Stanisław Michalkiewicz Wysłane sobota, 2, września 2006 przez Krzysztof Pawlak

    U początków każdej religii natykamy się na jakieś nadzwyczajne wydarzenie. Na przykład w religii mojżeszowej było to przejście po dnie Morza Czerwonego, wzdłuż "muru z wód" po jednej i drugiej stronie utworzonego w ten sposób wąwozu. W przypadku chrześcijaństwa - zmartwychwstanie Chrystusa. W przypadku islamu - podróż Proroka do nieba i z powrotem, a w przypadku buddyzmu - iluminacja Buddy. Tymczasem na naszych oczach rodzi się religia, u której początków nie widać żadnego nadzwyczajnego zdarzenia, tylko zwyczajną, biurokratyczną rutynę.

    Ta biurokratyczna rutyna polegała na tym, że tworzony był rząd, na którego czele stawiano premiera, najlepiej jakiegoś poczciwego muła, no i oczywiście ministrów, wśród których znajdował się również Leszek Balcerowicz. Rychło jednak okazało się, że to wszystko to tylko taki pozór, bo jedynym człowiekiem w tym towarzystwie niezastąpionym był właśnie pan Leszek Balcerowicz. On stanowił centrum całego układu, jego osobę obudowywano premierami i ministrami, ale z roku na rok było coraz bardziej widoczne, że wobec każdego z rządów, w których bierze udział, albo i nie bierze, zachowuje on daleko idącą autonomię, a właściwie - pełną niezależność. Było to tak widoczne, że nawet tak mało spostrzegawczy człowiek, jak ja, zwrócił na to uwagę już w początkach lat 90., o czym poinformowałem czytelników "Najwyższego CZASU!" w felietonie "Temat na powiastkę filozoficzną".
    Przypominam tytuł tego felietonu nie dla samochwalstwa, tylko by zwrócić uwagę, że wtedy jeszcze nie przypuszczałem, iż mamy do czynienia z narodzinami nowego kultu, który można porównać do znanego z wysp na Pacyfiku kultu "cargo". Kult ten narodził się po wojnie, podczas której na tych wyspach Japończycy, a potem Amerykanie zakładali lotniska wojskowe. Na tych lotniskach lądowały samoloty, z których, na oczach zdumionych tubylców, wyładowywano różne dobra w obfitości przekraczającej wszelkie ich wyobrażenia. Nabrali oni w związku z tym przekonania, że są to dary z Nieba i kiedy po wojnie Amerykanie odlecieli, a samoloty przestały się pojawiać, tubylcy budowali urządzenia przypominające lotniska, a więc pasy startowe, wieże kontrolne, a nawet - makiety samolotów w nadziei, że w ten sposób skłonią Niebo do ponownego obdarzenia ich towarami. Dlaczego dostrzegam podobieństwo kultu Leszka Balcerowicza z kultem "cargo"? To proste; Leszek Balcerowicz zawsze zajmował się pieniędzmi, uosabiając w oczach ludzi przyzwyczajonych do pasożytowania na państwie, jego magiczną siłę. Zresztą w skład teologii kultu Leszka Balcerowicza wchodzi nie tylko tego rodzaju metafizyka. Jest w niej, podobnie jak w kulcie "cargo", również element racjonalny. Tak się bowiem składało, że Leszek Balcerowicz swoich wyznawców obdarzał błogosławieństwem, natychmiast przekładającym się na różne postacie powodzenia życiowego. Nowa religia zdobywała więc rzesze wyznawców tym łatwiej, że kult Leszka Balcerowicza bardzo intensywnie forsowały media.
    Ale okazało się, że Leszek Balcerowicz nie podlega również i "czwartej władzy". Kadrowa przedstawicielka "czwartej władzy", pani red. Monika Olejnik spróbowała kiedyś przesłuchać Leszka Balcerowicza tak, jak każdego innego polityka. Dla każdego oglądającego ten telewizyjny program było to przeżycie traumatyczne, jakby nagle tygrys schwycił bat i zaczął nim ćwiczyć swego pogromcę. Leszek Balcerowicz tylko uderzył panią red. Olejnik oczami, od czego ta nagle spokorniała i odtąd już tylko przerywała jego monolog nieśmiałymi potakiwaniami. Teraz, kiedy sejmowa komisja śledcza zdradziła się z zamiarem wezwania go na świadka w związku z prywatyzacją sektora bankowego, Leszek Balcerowicz dał do zrozumienia, że chyba się nie stawi, bo "niektórzy konstytucjonaliści" uznali, że powołanie komisji śledczej w tej sprawie było sprzeczne z konstytucją. Wszystko to być może; kto to widział, żeby badać prawidłowość prywatyzacji sektora bankowego, skoro kto miał przejąć banki, to je przejął i nikomu nic do tego? Konstytucja nie ma tu nic do rzeczy w sytuacji, gdy u źródeł decyzji w tej sprawie tkwi Racja Nadprzyrodzona, którą uosabia właśnie Leszek Balcerowicz. Tak czy owak, widać wyraźnie, że Leszek Balcerowicz nie podlega nie tylko drugiej czy czwartej, ale również pierwszej władzy, czyli władzy ustawodawczej. W tej sytuacji jest oczywiste, że nie podlega również władzy trzeciej, bo nawet gdyby władza druga, czyli wykonawcza, odważyła się postawić go przed jakimści niezawisłym sądem, to jestem pewien, że Leszek Balcerowicz również i takie wezwanie skutecznie by zignorował.
    Komu zatem podlega, skoro już wiemy, że na pewno nie żadnej z konstytucyjnych władz państwa? Może podlegać władzy niekonstytucyjnej, czyli tajemniczej "grupie trzymającej władzę", o której istnieniu dowiedzieliśmy się z prac sejmowej komisji śledczej, badającej aferę z Rywinem. Pewne przesłanki nawet uprawdopodabniałyby taka hipotezę. W drugiej połowie lat 80. hegemonem polskiej sceny politycznej był wywiad wojskowy, czyli razwiedka. Przeprowadziła ona transformację ustrojową pod kątem własnych interesów, do których pilnowania wynajęła sobie Leszka Balcerowicza, zapewniając mu niezależność wobec prawa i klakę w zagenturyzowanych mediach. Czy jednak wypada wysuwać takie podejrzenia wobec samego Leszka Balcerowicza? Jasne, że nie wypada; JE abp Życiński chyba by mnie przeklął, zwłaszcza że dziennikarze "Życia Warszawy" właśnie szczęśliwie "dotarli" do materiałów wskazujących, że SB wprawdzie "próbowała" zwerbować JE bp. Tadeusza Pieronka, ale bezskutecznie. W tej sytuacji jedynym możliwym wyjaśnieniem szczególnej pozycji Leszka Balcerowicza są jego szczególne związki z Niebem. Kto wie, czy to nie on właśnie jest oczekiwanym mesjaszem, co nie tylko uzasadniałoby narodziny nowego kultu, ale i znakomicie ułatwiło dialog z judaizmem?

    Stanisław Michalkiewicz

    Publicystyka Stanisława Michalkiewicza na ASME i nagrania TV ASME


    ASME źródłem o potencjalnym międzynarodowym skandalu
    Czy powstanie Radio Judasz i TV FARYZEUSZ?
    Wysłane sobota, 2, września 2006 przez Krzysztof Pawlak

    Dławiąc się wściekłością, brukowa gazeta "GW" na pierwszym miejscu w swojej witrynie internetowej przez cały dzisiejszy dzień wybijała na honorowej, pierwszej pozycji w serwisie wiadomości informację o przydzieleniu przez nowego prezesa Radiokomitetu Krzysztofa Czabańskiego kilkunastominutowego pasma w radiowej Jedynce naszemu stałemu, wieloletniemu współpracownikowi, bez wątpienia od dawna pierwszemu pióru felietonistyki współczesnych czasów - Stanisławowi Michalkiewiczowi. Oczywiście ów przekaz o włączeniu do zespołu publicystycznego PR1 naszego felietonisty został okraszony przywołaniem magicznego pojęcia "antysemityzm" w aspekcie szeroko nagłośnionego przez tę gazetę felietonu Stanisława Michalkiewicza, wygłoszonego w Radiu Maryja wczesną wiosną. Opinii o "antysemityzmie" jednego z wystąpień SM-a nie podzieliła prokuratura w Toruniu, gdzie trafiło zawiadomienie o "popełnieniu przestępstwa tzw. kłamstwa oświęcimskiego" z donosu kieleckiego Stowarzyszenia im. Jana Karskiego - umarzając całe postępowanie wobec niestwierdzenia faktu. Zaklinanie rzeczywistości stanowi jednak stały fragment gier i zabaw tzw. saloniku warszawersko-podwawelsko-kazimierzowskiego i nie można rościć pretensji do zwichrowanych kilkudziesięcioletnim tkwieniem w okowach socjalizmu umysłowości dominujących w zaklętym kręgu wyemancypowanych z realiów PRL i obecnej PRL-bis zawodowych opozycjonistów i tzw. autorytełesów, sprzedawanych do wiary Polakom od kilku dekad przy wydatnym udziale macherów socjotechniki rodem z okolic warszawskiej ulicy Batorego oraz zwyczajnych pożytecznych idiotów, jacy - tak jak w każdym społeczeństwie - doskonale egzystują w kraju pomiędzy (obecnie) Bugiem a Odrą.
    Ponieważ dla wielu osób z prawej strony życia towarzyskiego w Warszawie nie jest powyższa wiadomość rewelacją od dłuższego czasu - tą drogą składamy kolejne wyrazy satysfakcji przejawami powolnych, ale jednak, zmian mających na celu wprowadzenie wreszcie postulatu z roku 1981 solidarnościowego ruchu społecznego o pluralizmie w środkach masowego przekazu, także, a może raczej - w największej mierze tzw. społecznych, czyli de facto państwowych. Gratulacje, panie Stanisławie; dziękujemy, panie Krzysztofie!

    Dobrzy ludzie nadsyłają nam informacje z czeluści anty-antysemickiej przy warszawsko-południowej ulicy Czerskiej, gdzie narodził się ponoć nowy pomysł wykorzystania nowo pozyskanych "zoptymalizowanych wszystkich kategorii kosztów" w celu "zwiększenia efektywności operacyjnej spółki w średnim okresie", które doprowadziły koncern Agora do pierwszego ze zwolnień grupowych, jakich być może będziemy w najbliższej przyszłości świadkami - na razie na dosłowny bruk z warszawerskoredagowanego brukowca "Gazeta Wyborcza" poleci jedynie 250 osób, co z racji niezbyt dobrze widzianych w CV wspomnień z kręgu tego koncernu w innych miejscach płatnej propagandy raczej nie zachwieje rynkowymi proporcjami w kategorii żurnalistyki stosowanej. Uwolnione środki pieniężne, jak to blaskomiotnie określają nowomodni adepci działów ekonomiczno-dętych zwykły "hajc" (z warszawskiej części jidyszu, panie...) zostanie ponoć przeznaczony na założenie kolejnych tuby Wielebnego Nadredaktora, żywiącego niekłamany podziw do "ewangelisty Judasza", nazwanej na cześć Patrona z Czerskiej Radiem Judasz oraz stacji TV FARYZEUSZ, co ma doprowadzić do przezwyciężenia rosnących wpływów w "polskim regionie UE" Radia Maryja i TV TRWAM. Przed siedzibą nowej stacji radiowej Judasz będzie przedstawiony ze srebrnikami. Srebrniki mają symbolizować sukces życiowy Judasza "ewangelisty" i przyciągać słuchaczy z nie-katolickich kręgów, dla których srebrniki mają wielkie znaczenie. Obok pomnika zostanie posadzone duże drzewo z suchą gałęzi dla uzupełnienia architektury ogrodowej. W holu siedziby stacji TV FARYZEUSZ zostanie wyznaczonych wiele miejsc do handlu dewocjonaliami związanymi z religią trockistowską, ze szczególnym uwzględnieniem rytualnych przedmiotów używanych przez wyzwolonych z tradycyjnie pojmowanej instytucji rodziny heteroseksualnej, o co zadbają już ubiegający się o koncesje handlowe przedstawiciele agencji markietingiasrkich z tzw. Unii E., mający na celu poprawę wizerunku w "zaściankowym, wstecznym społeczeństwie" swych permisywistycznych międzynarodowych klientów.

    Oba te działania podkreślają cały czas, że wojna o umysły nie straciła na natężeniu - ważne jest każde miejsce propagowania swojego wizerunku rzeczywistości i popieranych idei. Wśród mediów coraz większym zainteresowaniem - zwłaszcza wobec niemal już całkowitego desinteressment młodzieżowego odbiorcy starymi kanałami perswazji elektronicznej, czyli telewizją - cieszy się internet (to się pisze z małej litery, proszę troglodytów żurnalistycznych!), co znalazło wspaniałe potwierdzenie także w przypadku i naszej witryny przed dwoma dniami.
    Otóż wtedy, 31 sierpnia, zamieściliśmy na ASME materiał naszego korespondenta z Waszyngtonu, Jacka Marczyńskiego zatytułowany "USA: Przygotowania do pomniejszenia znaczenia wizyty premiera Polski trwają - korespondencja z Waszyngtonu Jacka Marczyńskiego" co spowodowało lawinowy wzrost zainteresowania ze strony serwerów rządowych tak polskich, jak i amerykańskich, a przy okazji - co tu się dziwić - izraelskich. Antysocjalistyczne Mazowsze jest przyzwyczajone do codziennego monitoringu wykonywanego przez serwery większości redakcji mediów polskich, "elektronicznych", "papierowych", także do odwiedzin ze strony wielu europejskich serwerów prasowych. Tym razem nasza informacja została szeroko powielona przez najsilniejsze internetowe serwisy pokroju serwisowych "portali" Interii, Onetu #1, #2 czy WP, także wiele pomniejszych - z podaniem jednak jako źródła Polskiej Agencji Prasowej - z dnia następnego, a więc opóźnionego i ewidentnie wtórnego do naszych wiadomości. Stacje TV oraz radiowe, a także gazety kolportowały 1 września informacje na wywołany przez naszą witrynę temat.
    O tym, kto pierwotnie wywołał zainteresowanie możliwością zaistnienia międzynarodowego skandalu - wiedzą i tak tysiące naszych codziennych odbiorców Antysocjalistycznego Mazowsza, jak dziesiątki tysięcy uczestników wielu miejsc "wymiany opinii" typu fora WWW czy list dyskusyjnych w Usenecie, gdzie były szeroko dystrybuowane odnośniki do naszych stron. Brak powołania się przez agencję PAP na pierwsze miejsce podania informacji nie jest już wielkim zmartwieniem w dobie bezpośredniej wymiany informacji poprzez "linkowanie" witryn czy "portali", a stanowi jedynie potwierdzenie braku rzetelności wykonywanej pracy przez osoby odpowiedzialne za jakość roboty żurnalistycznej. Wymowa drastycznie zwiększonego zainteresowania naszą witryną ze strony wielu serwerów ośrodków medialnych oraz administracyj rządowych wielu państw ma swoją wagę i całkowicie nas satysfakcjonuje - a na pewno też codziennych PT Odbiorców naszych wiadomości, którzy znajdują potwierdzenie o opiniotwórczej roli witryny ASME.

    Krzysztof Pawlak


    Socyalizm patryjotów gminnych: komisarz komisarza komisarzem specjalnym pogania i urzędniczy zakaz dysponowania własnością w warszawskim ratuszu Wysłane czwartek, 31, sierpnia 2006 przez Krzysztof Pawlak

    Jak przystało na prawo-myślne i oczywiście w żadnym przypadku narodowo-socjalistyczne ugrupowanie PiS - w stołecznym ratuszu mnożą się - oprócz biurokratów "z jedynie słusznej opcji"... komisarze. Dla zapewnienia dodatkowych dochodów (prywatnych, wynikajacych z uznaniowości decyzji urzędniczej) biurokracji gminnej naczelny architekt miasta Michał Borowski ma nadzieję wprowadzić nową formę dyskryminacji prawa własności kamieniczników, właścicieli lokali w śródmieściu.

    Wyznaczony do roboty na super ważnym odcinku frontu pracy "Dymisjonarz" b. premier Marcinkiewicz dostał swego anioła stróża od mającego do niego "pełne zaufanie" obecnego premiera Jarosława Kaczyńskiego - specjalnie dla obecnego szefa mazowieckiej Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych Wojciecha Dąbrowskiego zostanie utworzone stanowisko dyrektora koordynującego ds. politycznych (to się kiedyś nazywało w języku "przodującego narodu" "politiczieskij rukowoditiel" - politruk). Przy okazji warszawscy żurnaliści zostali uraczeni wiadomością o zbliżającej się dymisji dyrektora ZDM, na którego polityczni dysponenci pieniędzy warszawskich podatników chcą zrzucić odpowiedzialność za nieudaną inwestycję remontową warszawskiego "okna wystawowego na świat" Krakowskiego Przedmieścia, którego to remont szumnie niedawno zapowiadany jako "totalna rewitalizacja" najważniejszej części Traktu Królewskiego skurczył się - zapewne w wyniku działania TW osławionego "układu" - do... wymiany nawierzchni 200 metrów początku ulicy od strony Świętokrzyskiej, czym chciał się chwalić w kampanii przedwyborczej kandydat PiS do warszawskiego stołka prezydenckiego. Odpowiedzialny za przygotowanie części papierkowej tej inwestycji naczelny architekt Michał Borowski też nie ma już najlepszych konotacji w warszawskiej strukturze partyjnej PiS, choć przyniesiona przez dziennik "Życie Warszawy" w dniu dzisiejszym rewelacyjna informacja o najnowszym pomyśle wprowadzenia ZAKAZU wykorzystywania m.in. PRYWATNYCH LOKALI na cele biurowe - powinna wyjątkowo usatysfakcjonować wybredne gusta populistów socjalistycznych "prawicawej" formy neosanacyjnych patryjotów polskich. Ta rewolucyjna idea miałaby być "nową polityką planowania przestrzeni" wg byłego emigranta marcowego i wyjątkowo zasłużonego, choć dopiero od niedługiego czasu kamienicznika z ulicy Foksal. Chyba z tej tylko racji ocenę tej zapowiedzi powinno wystawić konsylium lekarskie albo mamy najjaskrawiej widoczny przejaw gorączki przedwyborczej.

    Marcinkiewicza będzie pilnować Dąbrowski. Dąbrowskiego - komisarz-sekretarz miasta (stanowisko nie zostało zlikwidowane po dymisji byłego zarządcy stolicy Mirosława Kochalskiego) - pilnować będzie były sekretarz stanu Zbigniew Derdziuk w ekipie "zaufanego premiera" Marcinkiewicza. Kto będzie kontrolować Derdziuka - strach na razie pomyśleć, ale widać, że zabawa w rodzinie trwa w najlepsze. Oto do budynku Ministerstwa Obrony Narodowej nie został także dzisiaj wpuszczony minister-koordynator służb specjalnych Zbigniew Wassermann, na tzw. bramce zatrzymała go służba wartownicza resortu ministra Radka Sikorskiego, więc z całą pewnością rozkazy o mianowaniu nadzorcy sekretarza Derdziuka nie mogły wyjść z oblężonego przez niezlikwidowane jeszcze (ostatnie dni, jak widać było ostatnio po wypowiedzi ws. post- i komunistycnych ministrów zagranicznych - wyjątkowo skutecznego działania!) WSI gabinetu ministra-likwidatora "wiejskich służb" Antoniego Macierewicza. Minister Wassermann umiał sobie poradzić z wyjątkowo natrętną emerytką, którą dzisiaj też krakowski sąd poprosił o przeproszenie za łazienkowe żarty wypowiadane przez wykonującą remont wanny w willi super-koordynatora rodzinę Gąsiorów, ale na polskie służby wartownicze okazał się za słaby. I tak na naszych zdumionych oczach rodzi się coraz bardziej silne i tanie państwo IV PRL...

    Na szczęście po drugiej stronie spadkobierców "solidarnościowego ethosu" - Platformie ratunkowej dla zasłużonych Obywateli - jest jeszcze bardziej wesoło, choć w tonacji pogrzebowej, od czasu jak do jej struktur warszawskich struktur tej organizacji zawitał wywalony z Unii Polityki Realnej razem z minionym na szczęście "młodzieżowym prezesikiem" jego były totumfacki, niegdysiejszy też oczywiście "radny PiS", który - by warszawskim kabaretom cierpiącym na przejściowy brak aktywności spowodowany sezonem urlopowym dostarczyć "paliwa" - usiłował napisać "program wyborczy" kandydatki Hanny Gronkiewicz-Waltz, co skutecznie rozłożyło całą imprezę wyborczą, na co tak bardzo liczył sztab konkurencyjnych aspirantów do penetracji portfeli stołecznych podatników...

    Z dziennikarskiego obowiązku spostrzec warto, że w sekcie zdecydowanych lewicowców (marksistów-leninistów-stalinistów-kwaśniewistów-millerystów-gieremkowców) nie zaszły żadne imponujące zmiany - zgodnie z "europeizacją" kamratów z byłej PZPR-erii, towarzystwo to zamierza wystawić jako swego kandydata na warszawskiego "prezia"... też Borowskiego, de domo Berman, tylko Marka. Choć nie "marcowego emigranta", bo to nie frakcja "puławian", a "natolinerów" - lecz jedynie bywszego subiekta państwowych sklepów bławatnych, być może w nadziei na przynajmniej miejską fuchę w Muzeum Żydów Polskich w przyszłości, kiedy już premier Jarosław Kaczyński spełni daną diasporze żydowskiej obietnicę wywłaszczenia prywatnych właścicieli terenów - warszawerów - na potrzeby tego muzeum-pomnika przez ulicy Anielewicza.
    Tam też - wszystko zostałoby w rodzinie...


    USA: Przygotowania do pomniejszenia znaczenia wizyty premiera Polski trwają - korespondencja z Waszyngtonu Jacka Marczyńskiego Wysłane czwartek, 31, sierpnia 2006 przez Krzysztof Pawlak

    We wrześniu premier Kaczyński zamierza odwiedzić Waszyngton. Otrzymałem bardzo niepokojąca informację, że w planach jego wizyty nie będzie spotkania z prezydentem Bushem, a tylko z wiceprezydentem Cheneyem. Bez względu na przyczyny jest to przejaw lekceważenia Polski
    i premiera Kaczyńskiego ze strony administracji amerykańskiej. Ambasada Polska w Waszyngtonie nie ma możliwości wpłynięcia na zmianę tej negatywnej postawy władz amerykańskich. W celu uświadomienia władzom polskim dzwoniłem do sekretariatów ministra Gosiewskiego, ministra
    Lipińskiego oraz do biura rzecznika rządu Dziedziczaka. Niestety, nie bylem w stanie wyjaśnić im powagi sytuacji. Rozmawiałem tylko z ministrem Leszkiem Jesieniem, ale nie był on zbyt kooperatywny. Stwierdził mianowicie, że dokonał on pewnych ustaleń ze stroną amerykańską i że nie jest on mi w stanie potwierdzić ani zaprzeczyć tej informacji, że premier Kaczyński może nie być przyjęty w Białym Domu przez prezydenta Busha. Dodatkowym lekceważeniem Polski jest brak wspólnej konferencji w sali konferencyjnej Białego Domu przez prezydenta Busha i premiera Kaczyńskiego. Jest to zniewaga dla Polski, gdyż podczas każdej wizyty premierów Włoch,Wielkiej Brytanii czy też kanclerza Niemiec zawsze odbywa się wspólna konferencja prasowa. Jest to jawna dyskryminacja Polski na oczach całego świata. Uważam też, że jednym z celów tych utrudnień jest kompletne przemilczenie wizyty premiera Kaczyńskiego w Waszyngtonie w lokalnych mediach, zarówno w prasie, radiu i telewizji, tak jak to miało miejsce podczas wizyty prezydenta Kaczyńskiego w lutym tego roku. Uważam, że gdyby tak się ponownie stało, to byłaby to następna klapa braci Kaczyńskich, a tak być nie powinno.
    Sadzę, że Polonia amerykańska może pomoc premierowi Kaczyńskiemu w godnym zorganizowaniu tej wizyty w Waszyngtonie i w innych miastach Stanów Zjednoczonych. Dlatego więc zadzwoniłem do waszyngtońskiego oddziału kongresu Polonii amerykańskiej, do biura prezesa ZNP w Chicago Franka Spuli oraz na program "Otwarty mikrofon" Łucji Śliwy, informując ich o zaistniałej sytuacji. Aby jednak moje działania odniosły skutek, konieczna jest jednak akcja ze strony ambasady w Waszyngtonie z prośbą o poparcie organizacji wizyty premiera Kaczyńskiego przez organizacje polonijne.
    Reasumując: szkoda by było, żeby kolejna wizyta najwyższych władz polskich znowu nie udała się. Mam nadzieję że premier znajdzie też chwilkę czasu, aby spotkać się z Polonią waszyngtońską, w przeciwieństwie do pani minister Fotygi, która nie miała czasu na przyjazd na mszę w polskim kościele i wolała się spotkać z byłym przedstawicielem establishmentu amerykańskiego Johnem Negropointe.

    Z Waszyngtonu Jacek Marczyński


    Odczytujemy znaki - Stanisław Michalkiewicz Wysłane czwartek, 31, sierpnia 2006 przez Krzysztof Pawlak

    Co tu dużo mówić - świętą rację miał Stefan Kisielewski, mówiąc, że "nic tak nie gorszy, jak prawda". Ostatnio prawdziwość tego spostrzeżenia potwierdził uroczyście niezawisły sąd w Białymstoku, w osobie sędzi Magdaleny Beziuk-Gawęckiej, uznając 25-letniego studenta Łukasza Wróbla, organizatora wystawy "Wybierz życie" za winnego demonstrowania "treści nieprzyzwoitych" w miejscu publicznym. Nawiasem mówiąc, Łukasz Wróbel jest już recydywistą, bo 1 czerwca tego roku niezawisły sąd w Lublinie w osobie sędzi Doroty Wiśniewskiej nie tylko uznał go za winnego, ale i skazał na 2000 zł grzywny, co prawda nie za prezentowanie w miejscu publicznym "treści nieprzyzwoitych", tylko za "zgorszenie w miejscu publicznym". W jednym atoli, jak i w drugim przypadku chodziło o prezentację fotografii zmasakrowanych zwłok dzieci poddanych tzw. aborcji, czyli zabitych przez pracowników "służby zdrowia" na żądanie matek, a często również ojców. Do rangi symbolu urasta fakt, że wyrok niezawisłego lubelskiego sądu zapadł akurat 1 czerwca, kiedy cały postępowy świat, zgodnie z nową, świecką tradycją, obchodzi Dzień Dziecka. Oczywiście tylko tego dziecka, które zdążyło się urodzić. O dzieciach zamordowanych na żądanie ich rodziców w tym uroczystym dniu nie wolno nawet wspomnieć. Ks. Bronisław Bozowski twierdził, że nie ma przypadków, są tylko znaki, więc i ten zbieg okoliczności zapewne też coś oznacza. Ponieważ jednak specjaliści od odczytywania "znaków czasu", za jakiego uchodzi m.in. JE abp. Józef Życiński, pochłonięci są bez reszty troską o samopoczucie konfidentów SB, "dialogiem z judaizmem" oraz przemysłem rozrywkowym, musimy te znaki odczytać sami
    "Pierwszy znak, gdy serce drgnie" - śpiewała Hanka Ordonówna... Zanim jednak drgnie, to warto zwrócić uwagę, że wyroki obydwu niezawisłych sądów są zadziwiająco zgodne z nakazami politycznej poprawności, będącej dominującą ideologią Unii Europejskiej. Wprawdzie Eurosojuz zniósł karę śmierci i nawet obsztorcował polskiego prezydenta za ujawnienie odmiennych przekonań, ale za to forsuje swobodę mordowania ludzi bardzo małych i dobijania ludzi bardzo chorych, czyli aborcję i eutanazję. Nie są to oczywiście żadne "kary śmierci", bo przecież ani wyabortowane dzieci, ani obłożnie chorzy nie dopuścili się żadnych przestępstw, więc z punktu widzenia politycznej poprawności wszystko jest w jak najlepszym porządku. Jest atoli jeden szkopuł, że zarówno po aborcji, jak i eutanazji pozostają, że tak powiem, pozostałości, których widok może wprawić zwolenników nieubłaganego postępu w niejaką konfuzję. Żeby zatem polityczne poparcie dla tych postępowych rozwiązań utrzymywało się na odpowiednim poziomie, trzeba usuwać sprzed oczu owe pozostałości, żeby ludziom nie nasunęły się żadne wnioski o związku przyczynowym między tymi makabrycznymi skutkami, a przyczyną w postaci ustaw legalizujących te praktyki. Widać zatem wyraźnie, że sądy w Lublinie i Białymstoku zostały wprzęgnięte w służbę cenzury mającej na celu zatarcie śladów zbrodni, dla której skorumpowani politycy stworzyli pozory legalności. Nie są więc one wcale "niezawisłe", za jakie pragnęłyby uchodzić, tylko po staremu - dyspozycyjne, tak samo, jak w czasach stalinowskich. Od rzemyczka do koniczka - mówi przysłowie, więc wszystko jeszcze przed nami; tylko patrzeć, jak każdy sprzeciw wobec politycznej poprawności będzie traktowany jak "kontrrewolucja" za Stalina.
    Drugi znak - to "obłuda do nieba śmierdząca", którą zaprezentowały obydwa sądy. Jeden uznał prezentowane zdjęcia za "gorszące" a drugi - za "nieprzyzwoite". No dobrze, ale skoro zdjęcia, pokazujące wszak tylko skutki praktyk aborcyjnych są "gorszące" i "nieprzyzwoite", to cóż powiedzieć o samych czynnościach, które do takich skutków doprowadzają? Co jest, mówiąc krótko, gorsze - czy zamordowanie człowieka, czy pokazanie zdjęcia trupa? Najwyraźniej polscy prawodawcy uznali, że najgorsze jest ujawnienie skutków zbrodni, podczas gdy sama zbrodnia jest w jak najlepszym porządku, a sądy to stanowisko podzieliły. Jestem pewien, że większość polskich polityków rzeczywiście tak myśli, nie tylko w sprawie aborcji, ale i w każdej innej i to jest jedna, a może nawet najważniejsza przyczyna, dla której kraj nasz bije wszelkie rekordy korupcji. Można mordować i rabować, byle tylko się nie wydało, byle nikt nie pokazał zdjęcia, a już broń Boże - publicznie, bo jakże można w ten sposób gorszyć gorszyć maluczkich? Na taką mentalność nie pomogą żadne Biura Antykoruypcyjne, bo kto upilnuje strażników?
    I wreszcie trzeci, najbardziej kłopotliwy znak. Są u nas dawne niemieckie obozy koncentracyjne, zamienione obecnie na muzea. W tych muzeach prezentowane są skutki zbrodni popełnionych na więźniach tych obozów. Na prezentowanych tam zdjęciach widzimy ludzi zagazowanych, rozstrzeliwanych, i powieszonych, widzimy palenie zwłok w krematoriach i zwały gnijących trupów. Krótko mówiąc - makabra. Tymczasem do tych muzeów przywożone są nie tylko wycieczki dorosłych, ale również szkolnych dzieci właśnie po to, by się z tym wszystkim dokładnie zapoznały. Jakoś nie słyszałem, żeby ktokolwiek ośmielił się nazwać ekspozycję muzeum w Oświęcimiu "gorszącą" czy "nieprzyzwoitą", a przecież prezentowane są one w miejscach jak najbardziej publicznych. Dlaczego zatem rezultaty jednej zbrodni są "gorszące" i "nieprzyzwoite", a rezultaty innej zbrodni nie? Czy chodzi o to, że jedne ofiary są mniej wartościowe, czy o coś jeszcze innego?

    Stanisław Michalkiewicz

    Publicystyka Stanisława Michalkiewicza na ASME i nagrania TV ASME


    Redefinicja oszołomstwa - Krzysztof Mazur Wysłane wtorek, 29, sierpnia 2006 przez Krzysztof Pawlak

    O tym, że wierchuszka tzw. opozycji solidarnościowej przez drugą połowę lat 80. mozolnie dogadywała się z komunistyczną władzą, rozsądni ludzie byli przekonani co najmniej od połowy 1992 r., kiedy przy okazji pierwszej lustracji wyszły na jaw zamiary serc wielu. Mniej więcej od tego to czasu zaczęliśmy się dzielić na umysły otwarte i postępowe oraz na tzw. ciemnogród - zamieszkały przez oszołomstwo.

    W każdym razie trzeba nam było kilkunastu lat, aby to co wydawało się coraz bardziej prawdopodobnym przypuszczeniem, znalazło potwierdzenie w dokumentach odnajdywanych sukcesywnie w przepastnych archiwach IPN-u. Otóż ledwo historycy tejże instytucji potwierdzili, że ikona opozycji Jacek Kuroń przez kilka lat negocjował z SB warunki pierestrojki, a już "największa głowa opozycji", jak Wałęsę określił "El Pais", ochoczo przytaknęła, że to właśnie on, Lech Wałęsa udzielił Kuroniowi oraz Michnikowi pełnomocnictw do prowadzenia tychże negocjacji. Szkoda tylko, że Wałęsa ochłonąwszy po kolejnej "rocznicy sierpnia" nie wyjaśnił, dlaczego zwlekał z ujawnieniem tej informacji tak długo - a właściwie do samego końca, czyli do momentu aż kulisy odzyskiwania niepodległości zostały ujawnione przez osoby trzecie, tj. historyków IPN-u. W tej sytuacji warto byłoby poznać również kulisy słynnej debaty Wałęsa - Miodowicz stanowiącej preludium do obrad "okrągłego stołu", gdyż już od dłuższego czasu można było nabrać pewności, że Miodowicz "przegrał" owa potyczkę słowną cokolwiek zbyt łatwo.
    W świetle ogłoszonych objawień wiarygodnie natomiast zaczynają wyglądać zaprzeczenia co do nieoficjalnych rozmów prowadzonych w Magdalence, gdyż biorąc pod uwagę, że co najmniej przez cztery lata 20 działaczy negocjowało warunki "reglamentowanej rewolucji", to trudno oczekiwać, by potrzebne były jeszcze jakieś kilkudniowe, specjalne negocjacje w Magdalence. Magdalenka była już tylko formalnością, coś na kształt potwierdzenia zawartego wcześniej kompromisu i wzajemnego przekazania komunikatu typu: "my wiemy, że wy wiecie, że my wiemy...".
    W zaistniałej sytuacji, kiedy okazało się, że czołówka solidarnościowej opozycji na pośrednika do rozmów z władzami zgodziła się wybrać Służbę Bezpieczeństwa, trudno dziwić się, że najbardziej zdeprawowana część funkcjonariuszy tej służby wylądowała miękko na wysokich emeryturach, a pozostała kadra przekwalifikowała się do nowych obowiązków, zgodnie współpracując z nowymi elitami politycznymi. Jakże tragikomicznie brzmi kolejne zapewnienie tym razem autorstwa płk. Lesiaka, iż jego rozmowy z Kuroniem były formą represji, a nie negocjacji. Tylko w Polsce kolejni funkcjonariusze służb specjalnych tak ochoczo przyznają się do fałszerstw, prześladowań i matactw, przy jednoczesnym zachowaniu nienaruszalnego statusu zawodowego i materialnego. Z drugiej strony, jak słusznie spostrzegł historyk IPN-u Henryk Głębocki, po wyjściu na światło dzienne opisywanych faktów należałoby ponownie zastanowić się, co właściwie w tej sytuacji ma oznaczać określenie "oszołom", wszak do niedawna takim mianem określano ludzi wysuwających hipotezy, które teraz właśnie znalazły swoje potwierdzenie. Określenie "oszołom" wywodzi się wprost z oszołomienia, które jest stanem anormalnego myślenia, rodzajem pomroczności, zaniku refleksu i zdolności trzeźwego osądu sytuacji, co przy długotrwałym utrzymywaniu się takich objawów skutkuje umysłowym i psychicznym kalectwem, a w przypadkach politycznych - niebezpiecznym fanatyzmem
    Oczywiście znając specyfikę polskiej lustracji, zapewne lada moment rozpocznie się kontrofensywa sekty "okrągłego stołu", do boju ruszą autorytety zapewniające, że "nie wierzą", że "jest to jakaś kosmiczna bzdura", że to kolejny przykład arogancji nowej władzy, po czy zacznie się oswajanie tematu w stylu, że nie było innej możliwości, że taka postawa świadczyła o dojrzałości politycznej opozycji etc. Wszystko po to, aby "oszołomy" nadal pozostały oszołomami - a niezłomni opozycjoniści zachowali aureolę. W każdym razie pojęcie oszołoma z pewnością ulegnie zredefiniowaniu, gdyż nie będzie to już ktoś, kto plecie bzdury wyssane z brudnego ciemnogrodzkiego palucha, ale osobnik, który nawet jeśli opisuje rzeczywistość - to zawsze w niegodnym celu zaszkodzenia reputacji autorytetów, a gdyby nawet owa reputacja okazała się w końcu mitem - to i tak demaskator musi być zakompleksionym nieudacznikiem, czerpiącym satysfakcję z czyjegoś poniżenia. Było to już zresztą testowane na osobie dr. Witkowskiego, który odważył się ujawnić niechlubną przeszłość ks. Czajkowskiego.
    Wydaje się, że niezależnie jakiego kalibru dowody będą wychodzić na jaw, obrońcy III RP w swoim załganiu nie odpuszczą żadnej okazji, aby osłabiać czy dezawuować odkrywane fakty. Stąd też tak istotne jest, aby przeprowadzający zmiany nie pomagali obrońcom status quo w ich destrukcyjnej robocie, a niektóre działania, jak np. ograniczenie dostępu dziennikarzy do akt bezpieki, trwonienie energii na prostowanie "skrótów myślowych" czy strach przed posądzeniami o ksenofobię i nie daj Panie Boże nacjonalizm - niestety dostarczają pieszczochom demokratycznego państwa prawa amunicji przeciwko prawdzie i sprawiedliwości.

    Krzysztof Mazur

    Publicystyka Krzysztofa Mazura na ASME


    Artyści i politycy - Krzysztof Mazur Wysłane wtorek, 29, sierpnia 2006 przez Krzysztof Pawlak

    Po kilkunastu latach od dnia, w którym "w Polsce skończył się komunizm", jedynymi odcinającymi kupony z niegdysiejszych robotniczych strajków i protestów wydają się być różni emerytowani artyści, których najlepsze lata już minęły i dlatego dorabiają na imprezach typu kolejnych rocznic naszych najnowszych zrywów niepodległościowych. W ubiegłym roku achy i ochy towarzyszyły rocznicowo-medialnemu wydarzeniu, jakim był koncert Jean Michaela Jarre'a a ubiegłoroczny sierpień zwieńczyły koncerty Dawida Gilmoura i przedstawienie opery Rogera Watersa pt. "Ca Ira". Według recenzenta "najlepiej zaprojektowanej gazety świata", jak reklamuje się "Rz", Gilmour gra "zwykle dla pięciu tysięcy osób", ale na jego dedykowany "Solidarności" w "26. rocznicę zwycięskiego strajku" (jak widać, okrągłe rocznice będą teraz co roku) przyszło aż pięćdziesiąt tysięcy fanów, w tym również znany miłośnik muzyki "kamandy Pinka Flojda", czyli Lech Wałęsa. Ale był i minister Radek Sikorski, który wyznał nawet, że na płytach zespołu uczył się angielskiego. Należy mieć tylko nadzieję, że na poglądach członków zespołu nie uczył się polityki, wszak w jednym z wywiadów Gilmour przyznawał: "Uważam się za lewicowca, chociaż nic nie mam przeciwko pieniądzom. Cieszy mnie zarobienie paru groszy". No to i pewnie parę groszy zarobił, podobnie jak jego dawny kolega z zespołu Roger Waters, który nie tylko nigdy swoich lewackich poglądów nie krył, ale w dodatku "wkomponowując" się w rocznicę "poznańskiego czerwca", wystawił przy pomocy artysty Józefowicza swoją operę, której inspirację miały stanowić odwieczne dążenia wolnościowe ludu - a jak wiadomo "lud zawsze i wszędzie marzy o wolności".
    Tytuł opery ma nawiązywać do pieśni rewolucyjnej sankiulotów "Ah, ca ira", a jak wiadomo - sankiuloci to byli tacy ówcześni członkowie "sztafet ochronnych" francuskich jakobinów, którzy równo nienawidzili króla, duchowieństwa, szlachty i burżuazji, czyli jak najbardziej ciążyli ku tym, przeciwko którym poznański Czerwiec czy gdański Sierpień były skierowane. Dość wspomnieć, że artysta Józefowicz w swoim przedstawieniu szczególnie wyeksponował "buntu ludu przeciw Kościołowi katolickiemu, symbolowi bezwzględnej władzy", bo jak młodzi pewnie już nie pamiętają - poznański Czerwiec jak i późniejsze zrywy wolnościowe były protestami głównie przeciwko zamordyzmowi kościoła katolickiego i jego hierarchii z prymasem Wyszyńskim na czele, który we współpracy z Bierutem zaprowadzał nowe porządki władzy ludowej. Taka interpretacja wcale nie musi być obca współczesnej młodzieży, a przynajmniej tej jej części, dla której uosobieniem tyranii jest minister Giertych. Wcale się zresztą nie dziwię postawie młodzieży, której rodzice w większości tęsknią za Gierkiem i wybierają socjalizm, a historyczne stereotypy utrwalane są przez ministerialne programy nauczania i współczesne nośniki kultury. Niedawno zakupiłem wraz z gazetą filmik na CD, która to sprzedaż wiązana jest obecnie raczej normą, przy czym była to bajka oparta na legendzie cudownie ocalałej carewiczówny Anastazji. Tym co zwróciło moją uwagę, było jednakże streszczenie zawartości nagrania umieszczone na odwrocie płyty i skierowane, jak można rozumieć, bardziej do rodziców niż do ich pociech. Stało tam napisane mniej więcej, że Anastazja była córką rodziny carskiej niemiłosiernie prześladującej przed rewolucją bolszewicką robotników, a szczególnie chłopów rosyjskich. Opis tych prześladowań był tak jednoznaczny, że wzmianka o zamordowaniu carskiej rodziny przez bolszewików musiała wywoływać w czytającym mimowolne westchnienie ulgi.
    No, ale skoro poznański Czerwiec można uświetniać wspomnieniami rewolucji francuskiej - to dlaczego nie zrehabilitować wreszcie rewolucji rosyjskiej, wszak bolszewicy nie robili niczego, czego wcześniej nie próbowaliby europejscy jakobini?
    Oczywiście weterani rocka, jak i współczesne Dody mogą sobie grać i śpiewać gdzie chcą, a słuchanie koncertów nie jest czynnością naganną, naganne jest natomiast nadawanie tym wydarzeniom rangi wyższej niż na to zasługują, co powoduje, że polityczny kicz nabiera coraz większych rozmiarów. W ramach tego politycznego kiczu mieści się zarówno taniec Renaty Beger z Mandaryną, show senatora Smoktunowicza z Szymonem Majewskim czy "gorący wywiad" "Rz" z Jarosławem Wałęsą, jakby kto nie wiedział - synem Lecha.
    Tematu nie odpuścił sobie również reżyser Volker Schlendorff, który nakręcił dzieło pt: "Strajk - bohaterka z Gdańska", oparty częściowo na biografii Anny Walentynowicz. Była działaczka solidarnościowa nie kryła jednakże oburzenia ze względu na przeinaczenia historyczne, określając je jako "oburzające", podczas gdy Andrzej Gwiazda oglądający film razem z Walentynowicz miał stwierdzić, że "film robi wrażenie" jako kompromis "między prawdą a obowiązującą wersją polityczną tamtych wydarzeń", przy czy już żona Gwiazdy, Joanna Duda-Gwiazda nie kryła oburzenia, że w filmie pokazano działaczy pijących wódkę oraz Stocznię Gdańską jako "straszną i obskurną". Z kolei Krzysztof Wyszkowski, nieświadomy jakby oburzenia Anny Walentynowicz z powodu "zmyślenia" faktów, wyraził opinię, że jest to przede wszystkim "film o Annie", a wszystkie szczegóły historyczne mają drugo- i trzeciorzędne znaczenie. I jak w tej sytuacji dziwić się jeszcze, że ta część opozycji nie mogła sobie dać rady z "Bolkiem" i "Delegatem" skoro nawet jednoznaczna ocena biografii osób z własnego grona sprawia naszym bohaterom tyle kłopotów?
    A może po prostu niech artyści robią swoje na swoje konto, a politycy swoje wedle zawołania klasyka minionego ustroju - "literaci do pór, robotnicy do fabryk", a politycy na kanapę? O ironio, niektóre PRL-owskie hasła aktualności nabierają dopiero na przełomie III i IV RP.

    Krzysztof Mazur

    Publicystyka Krzysztofa Mazura na ASME


    Etyka w Radzie Etyki Mediów leży na bardzo niskim poziomie - Stanisław Michalkiewicz o konsekwencjach umorzenia "śledztwa w sprawie" "znieważenia narodu żydowskiego oraz zaprzeczenia Holokaustowi" przez prokuraturę toruńską Wysłane poniedziałek, 28, sierpnia 2006 przez Krzysztof Pawlak

    | Pobierz |








    Etyka w Radzie Etyki Mediów leży na bardzo niskim poziomie - Stanisław Michalkiewicz o konsekwencjach umorzenia "śledztwa w sprawie" "znieważenia narodu żydowskiego oraz zaprzeczenia Holokaustowi" przez prokuraturę toruńską
    Wysłane poniedziałek, 28, sierpnia 2006 przez Krzysztof Pawlak

    "Szanowni Państwo - nareszcie dobra wiadomość! Dzisiaj rano prokuratura w Toruniu zawiadomiła o umorzeniu śledztwa w mojej sprawie. Zostało wszczęte z powodu dwóch donosów - Stowarzyszenia Otwartej Rzeczpospolitej i Stowarzyszenia im. Jana Karskiego z Kielc w reakcji na mój felieton w Radiu Maryja, który wywołał międzykontynentalną burzę w szklance wody - jakobym dopuścił się przestępstwa znieważenia narodu żydowskiego oraz zaprzeczenia Holokaustowi. Felieton dotyczył żydowskich roszczeń majątkowych kierowanych pod adresem Polski, bo przypomniałem, że 10 lat temu pan Izrael Singer, sekretarz Światowego Kongresu Żydowskiego, wypowiedział narodowi polskiemu wojnę - w której stawką jest międzynarodowa reputacja narodu polskiego. Pan Izrael Singer zapowiedział, że Polska będzie »upokarzana na arenie międzynarodowej«, jeżeli nie zadośćuczyni tym żydowskim roszczeniom majątkowym. To upokarzanie polega na tym, że w mediach międzynarodowych kreuje się fałszywy wizerunek Polaków, jako »narodu morderców«, który w II Wojnie Światowej nie tylko milcząco »asystował podczas zagłady Żydów« - ale »czynnie uczestniczył w tym morderstwie, a jego współuczestnictwo miało właściwie charakter dominujący«. Ten proces upokarzania Polaków łączy się z drugim procesem - wybielania Niemców i państwa niemieckiego jako sprawców Zagłady Żydów" - Stanisław Michalkiewicz, publicysta witryny ASME, przypomina powody głośnej medialnie sprawy zwrócenia uwagi opinii publicznej na działania części diaspory żydowskiej sprzed kilku miesięcy, której finał miał miejsce w dniu dzisiejszym.

    Spektakularnym dowodem istnienia tego wieloletniego procesu upokarzania Polaków jest najnowsze nadymanie przez część diaspory żydowskiej niejakiego Jana Tomasza Grosa, który jest przedstawiany na łamach wielu pism i dzienników międzynorodowych jako "historyk światowej sławy", choć ani historykiem, ani "światowej sławy" nie jest - co wydatnie dowodzi np. Jan Robert Nowak na łamach "Naszego Dziennika".
    Prokuratura toruńska nie dała się sprowokować tej V Kolumnie żydowskiej, działającej na terenach polskich, na którą m.in. składają się także obywatele Polski, a także niestety Polacy. Tymczasem warto zwrócić uwagę, że - właśnie Stowarzyszenie Otwarta Rzeczpospolita i Stowarzyszenie im. Jana Karskiego - są to organizacje totalniackie, dążące do ograniczenia wolności słowa w naszym kraju. I pewnie są tego świadome, ale Stanisław Michalkiewicz nie ma zamiaru nazwać ich organizacjami faszystowskimi, gdyż nie chce dostosować się do poziomu ich przedstawicieli.
    Pierwszym oskarżycielem Stanisława Michalkiewicza w tamtych dniach była tzw. Rada Etyki Mediów - ciało, które tworzą przedstawiciele delegowani przez PRACODAWCÓW - a więc desygnowani przez nie wybranych w demokratycznych wyborach członków. Nie mają dlatego żadnego mandatu występowania "w imieniu" kogokolwiek. Tym bardziej, że p. Magdalena Bajer nie umiała dostarczyć żadnego dokumentu poświadczającego podjecie decyzji przez to ciało - wobec oświadczenia innej przedstawicielki REM, pani Anny Pietraszak, która opublikowała swoją wypowiedź w dzienniku "Nasz Dziennik", zaprzeczającego o podjęciu jakiejkolwiek uchwały w sprawie Stanisława Michalkiewicza i jego wypowiedzi na antenie Radia Maryja...
    Wygląda na to, że etyka w Radzie Etyki Mediów - leży na bardzo niskim poziomie... bo P. Magdalena Bajer najzwyczajniej okłamała SM-a...

    Nagranie trwa ponad 10 minut i jest dostępne w Sieci do 11 IX 2006 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




    Przed pokoleniem JP II było pokolenie 1966 - pokolenie wychowanków księdza Prymasa Tysiąclecia - wywiad z Antonim Zambrowskim przeprowadzony przez niezależnego publicystę Piotra Semkę Wysłane poniedziałek, 28, sierpnia 2006 przez Krzysztof Pawlak

    Z Antonim Zambrowskim, działaczem opozycji antykomunistycznej rozmawia Piotr Semka.


    W sekwencji dat wyznaczającej rytm oporu Polaków wobec komunistycznej władzy zwyczajowo wymienia się rok 1956, 1968, 1976, 1980 i wreszcie okres stanu wojennego. Już w 1981 roku w czasie karnawału "Solidarności" wskazywałeś, że zapomina się o roku 1966. Roku Millenium chrztu Polski obchodzonego pod wodzą księdza Prymasa Stefana Wyszyńskiego.
    - To prawda, boli mnie zapominanie o 1966 roku, gdyż wtedy doszło do brzemiennej w skutki konfrontacji pomiędzy władcami PRL a polskim społeczeństwem. Komunistycznym władcom rzucił rękawicę cały naród, gromadzący się setkami tysięcy wiernych na trasie okolicznościowych mszy odprawianych przez księdza Prymasa oraz na szlaku peregrynacji Obrazu jasnogórskiej Maryi.

    Czym był dla ciebie rok 1966?
    - Był to rok przełomu w moim życiu. Zetknąłem się twarzą w twarz z zakłamaniem i brutalnością ówczesnej władzy komunistycznej i to zapoczątkowało mą wewnętrzną ewolucję, która ostatecznie zaprowadziła mnie do wiary.

    Jesteś synem rodziców komunistycznych, nie miałeś więc chyba wiele okazji do zetknięcia się z religią?
    - Urodziłem się w Warszawie, ale już jako niemowlę trafiłem do Moskwy, gdzie moja matka podjęła studia na uczelni. Zarówno w przedszkolu, jak i w szkole obowiązywało wychowanie ateistyczne. O wierze w Boga mówiono nam niewiele i w dodatku absurdalne kłamstwa. Był to niewiarygodnie prymitywny ateizm. Uczono nas, że chrześcijanie nie uznają nawet teorii księdza Mikołaja Kopernika, w myśl której to Ziemia obraca się wokół Słońca. Prezentowano chrześcijan jako Ciemnogród, odrzucający współczesną naukę o świecie.

    Pyt A kiedy zetknąłeś się osobiście z ludźmi wierzącymi?
    - W lecie 1944 roku już po ukończeniu III klasy sowieckiej szkoły w mieście Samara, które nosiło wówczas bolszewicką nazwę Kujbyszew, moja matka zabrała mnie do polskiego sierocińca w pobliskim miasteczku Stawropol nad Wołgą. Dziś jest to znany ośrodek przemysłu samochodowego, miasto Togliatti. Polski dom dziecka pierwotnie zorganizowali pełnomocnicy polskiej Ambasady w Kujbyszewie reprezentującej rząd londyński po umowie gen. Władysława Sikorskiego ze Stalinem. Po zerwaniu przez Stalina stosunków dyplomatycznych z rządem polskim Dom Dziecka przejął powołany przez Wandę Wasilewską w porozumieniu ze Stalinem Związek Patriotów Polskich. Moja matka jako polska komunistka została przewodniczącą obwodowego Związku Patriotów Polskich (ZPP) w Kujbyszewie i jej podlegał ów polski sierociniec. Wychowankami domu dziecka były dzieci Polaków, wywiezionych przez NKWD z Kresów Wschodnich 10 lutego 1940 roku. Pomarli oni na "nieludzkiej ziemi" od głodu, pracy ponad ludzkie siły i od tyfusu, zostawiając polskie sieroty. Wychowawczynie nasze również padły ofiarą tej wywózki.
    I tu zetknąłem się po raz pierwszy z autentyczną wiarą nie w świecie dorosłych, lecz wśród swych rówieśników. Przedtem na wsi na stepie zawołżańskim znałem rodziców moich kolegów szkolnych, którzy w chałupach mieli ikony prawosławne. Ale dzieci były religijnie obojętne, być może ze względu na sowieckie realia. Tu wszyscy moi koledzy byli wierzącymi w Boga. W mojej grupie odpowiadającej IV oddziałowi szkoły podstawowej wychowankami byli chłopcy 13-14 letni, wskutek swych przeżyć ponad wiek dojrzali. Pod ich wpływem bardzo szybko nawróciłem się na katolicyzm, zaś mój sowiecki ateizm szybko wyparował. Nawracanie odbywało się w ramach prywatnych rozmów kilku starszych ode mnie kolegów z mojej grupy. W sierocińcu ze zrozumiałych powodów nie było zbiorowych modłów, zamiast tego na wieczornym apelu śpiewaliśmy Rotę: "Nie rzucim ziemi, skąd nasz ród". Ze słowami: "Tak nam dopomóż Bóg". Natomiast w imię tradycji obchodziliśmy święta Bożego Narodzenia oraz Wielkiej Nocy. Na Boże Narodzenie wraz ze wszystkimi śpiewałem polskie kolędy. Wcześniej, bo w lecie, już po wyjeździe mojej matki, zostałem ochrzczony z wody w naszym stawie przez kąpiących się kolegów. Najpierw wywrócono mnie wraz z tratwą, na której płynąłem, do wody, a potem na brzegu polano wodą i ochrzczono. Może koledzy zrobili to dla żartu, ale ja potraktowałem to na serio. Odtąd czułem się katolikiem

    A kiedy wróciłeś do Polski?
    - Już w maju 1945 wróciłem do babci i ciotki w Kujbyszewie, gdyż matka była już wraz z ojcem najpierw w Lublinie, a później w Warszawie. Wraz z babcią i ciotką oraz rodzeństwem wróciliśmy w maju do Warszawy. W ten sposób na wiele lat straciłem kontakt z mymi kolegami z sierocińca. Dopiero w Polsce niepodległej udało mi się ich odnaleźć. Przez długi czas miałem też, ku utrapieniu mojej matki, problemy z wiarą w Boga.
    Do warszawskiej szkoły zostałem przez matkę zapisany jako bezwyznaniowiec, lecz mimo to brałem udział w modlitwie jaką rozpoczynano zajęcia szkolne.
    Zostawałem też na lekcjach religii. Gdy do naszej klasy trafił Włodek Wieczorek (syn zabitego w obozie w Oświęcimiu znanego działacza komunistycznego z Górnego Śląska Józefa Wieczorka), którego zdążyłem poznać podczas wakacji, i zobaczył mnie czyniącego znak krzyża podczas modlitwy porannej, przeżył szok. Ja z kolei przestraszyłem się, że o mych praktykach religijnych dowiedzą się od niego moi rodzice. Byłem w kropce. Zostałem zmuszony do przerwania praktyk religijnych w szkole.
    Wskutek coraz pogłębiającej się przyjaźni z Włodkiem Wieczorkiem ponownie dostałem się pod wpływy ideologii komunistycznej. Dla takiego małego chłopca, jakim wtedy byłem, konflikt ideowy z rodzicami-komunistami był zbyt trudny do udźwignięcia. W imię lojalności wobec rodziców popadłem w rozdźwięk ideowy ze swym katolickim otoczeniem w szkole. Ale moi koledzy na podwórku były dziećmi działaczy PPR, ponieważ mieszkałem wtedy w domu Wedla przy ul. Puławskiej 24 i 26, przejętym po wojnie przez KC PPR. Niektórzy z nich jak synowie Hilarego Chełchowskiego Jurek i Karol chodzili w naszej szkole na lekcje religii, ale na podwórku byli dziećmi komunistów. Wraz z Włodkiem Wieczorkiem i moimi kolegami z klatki schodowej braćmi Chełchowskimi trafiłem na jesieni 1947 roku do terenowego koła Związku Walki Młodych przy Zarządzie Dzielnicowym ZWM. Była to młodzieżowa organizacja komunistycznej, jak wiadomo, PPR. Było to koło młodzików, gdyż nie mieliśmy jeszcze 16 lat. Na lekcjach religii już nie zostawałem, choć nieco wcześniej na rozpoczęcie roku szkolnego w klasie VII nowy ksiądz katecheta proponował nam uczęszczanie na nie. Gdybym był sam, byłbym skorzystał z zaproszenia, ale Włodek odpowiedział arogancko, że jesteśmy już wystarczająco uświadomieni. Później dołączyli do nas inni koledzy - ateiści. Gdy po VIII klasie przeniesiono nas do Liceum im. Tadeusza Reytana na Rakowieckiej, gdzie również była religia, w naszej klasie z religii urywało się na pączki już dość spore grono chłopców. Mój ateizm jeszcze się pogłębił, gdy pod wpływem ojca zacząłem z zapałem studiować dzieła klasyków marksizmu.
    Po maturze skierowano mnie na studia ekonomiczne w Moskwie na Uniwersytecie im. Łomonosowa. Z mojej dawnej wiary został jedynie ślad w postaci polewania polskich i niemieckich kolegów w akademiku wodą w lany poniedziałek wielkanocny i czasami głośne odmawianie modlitwy przed stresującym egzaminem, traktowane raczej jako zabieg magiczny. Uczelnię ukończyłem z wyróżnieniem, więc może i modlitwy pomogły. Do kraju wróciłem na stałe w roku 1956 już po wypadkach poznańskich.

    Jest rok 1956. Uczestniczysz w wielotysięcznym wiecu Władysława Gomulki na placu Defilad w Warszawie 23 października. Po wiecu grupa młodzieży dotarła pod gmach KC PZPR z okrzykiem: "Uwolnić Prymasa!". Według jednej z relacji twój ojciec - ówczesny członek Biura Politycznego oraz sekretarz KC Partii, zawołał do okna Gomułkę i pokazał mu ten tłum. Roman Zambrowski przekonał Gomułkę, że trzeba natychmiast wysłać samochód po Prymasa i przywieźć go z miejsca internowania w Komańczy do Warszawy.
    - Pamiętam tę demonstracje. Milicja zniknęła z ulic, a wiele grup ludzi, głównie młodych, po wiecu chodziła z biało-czerwonymi flagami po Warszawie, skandując różne hasła, m.in. "Wyszyński - do Biura Politycznego!". Były też hasła: "Rokossowski do Moskwy" oraz "Spychalski marszałkiem". W ten sposób wymuszono na Gomułce ważne decyzje personalne. Hasła o prymasie Wyszyńskim były najbardziej brzemienne w skutki.

    Czy to był żart?
    - Nie żart, lecz całkiem serio. Jest to przykład, jak w ówczesnym myśleniu mieszała się świadomość kierowniczej roli Partii w państwie z uznaniem dla księdza Prymasa. Na własne uszy słyszałem na wiecu studentów w Politechnice, jak wychowani w PRL młodzi ludzie domagali się więcej praw dla większości katolickiej w Polsce.

    Czy ten argument jakoś utkwił ci w pamięci?
    - W tym czasie podjąłem pracę w Zakładach Wytwórczych Urządzeń Telefonicznych "Komuna Paryska" na Kamionku w Warszawie. Tam ku swemu zdumieniu odkryłem, że prawie wszyscy robotnicy, w tym wielu członków Partii - to ludzie wierzący. Pozostałem ateistą, ale w pisanych przez mnie dokumentach Rewolucyjnego Związku Młodzieży, założonego przez nas na gruzach poststalinowskiego ZMP, akcentowałem prawa wierzących do wyznawania swej wiary. Gdy dyrektor naszej fabryki, tow. Józef Zweben podczas wizytacji mego działu zauważył wiszący na ścianie krzyż i polecił mi, bym go zdjął, nie ruszyłem się z miejsca. Krzyż ochoczo zdjął kolega z działu, zapewne praktykujący katolik.
    Ważnym przełomem w mym stosunku do katolicyzmu stał się jednak związek z mą przyszłą ślubną żoną Teresą, którą poznałem w 1960 roku w Centralnym Ośrodku Kadr Kierowniczych. Była ona dawną bielanką, zaś jej rodzice byli ludźmi głęboko religijnymi. Teść był cieślą z zawodu, zaś teściowa prostą, ale życiowo mądrą kobietą, choć pochodziła ze wsi i ukończyła zaledwie kilka klas szkoły podstawowej. Ona mi zwróciła uwagę na zakłócanie przez władze masowych imprez religijnych w jej mieście Żyrardowie. Już wcześniej starsi ode mnie koledzy w pracy, jak mój szef w Branżowym Ośrodku Normowania Pracy przy ZWUT, mgr inż. Mieczysław Smakuszewski, zwracali mi uwagę na utrudnianie praktyk religijnych w PRL. Pan Smakuszewski opowiedział mi o wysłaniu ZOMO przeciwko gruźlikom w sanatorium im. Feliksa Dzierżyńskiego już po Październiku 1956 roku. Dokładniej mówiąc, po Październiku 56 zamieniono świetlicę w sanatorium na kaplicę katolicką, zaś po zamknięciu tygodnika "Po prostu" na jesieni 1957 chciano zabrać kaplicę pod pozorem wygospodarowania jeszcze jednej sali dla chorych. Gdy wierni bronili kaplicy, potraktowano ich, nie zważając na ich chorobę, gumowymi pałami i gazem łzawiącym. Byłem wstrząśnięty takim traktowaniem ludzi w imię wdrażania ateizmu. Bardzo często w dyskusjach w miejscu broniłem stanowiska Partii wobec kolegów z pracy, często znacznie starszych ode mnie, ale ich argumenty docierały do mnie i za jakiś czas zakiełkowały.

    Wchodziłeś w coraz większy konflikt z Partią?
    - Istotnie od Października 1956 roku, a zwłaszcza od rewolucji węgierskiej przewartościowałem swój stosunek do komunizmu, odrzucając zdecydowanie stalinizm. Później zafascynowało mnie stanowisko Związku Komunistów Jugosławii, zawarte w ich nowym programie partyjnym, który wywołał ataki Kremla jako rewizjonistyczny. Na sprzyjający grunt padły również poglądy eurokomunistów o dialogu marksizmu z katolicyzmem. Miałem na Grochowie konflikty z władzami partyjnymi w zakładzie i w Komitecie Dzielnicowym, ale bronili mnie moi koledzy z ZMS oraz szeregowi członkowie Partii, którzy na zebraniu wyborczym z sali wysunęli mą kandydaturę do Komitetu Zakładowego PZPR przy ZWUT. Niestety, byłem w nim osamotniony. Później w CODKK zostałem w ramach inicjatywy oddolnej wybrany na II sekretarza POP obok doktora Jana Rosnera jako I sekretarza POP. Jako zwolennik rotacji kadr kierowniczych, głoszonej w Jugosławii, ustąpiłem z tego stanowiska po upływie mej kadencji, pociągając za sobą również doktora J. Rosnera. Miałem po tym konflikt z naszym ministrem Aleksandrem Burskim - kolegą gen. Moczara z partyzantki AL, który na wieść o ustąpieniu mego ojca w znak protestu przeciwko odchodzeniu Gomułki od programu Października '56 z Biura Politycznego KC oraz sekretariatu KC, natychmiast uderzył we mnie, konfiskując mój artykuł wstępny do Biuletynu CODKK o święcie 1 maja. Zawiesił mnie też w prawie prowadzenia kursów dla szkolonych przez nas kursantów. Skorzystałem z tego, że na wydziale ekonomicznym Uniwersytetu Warszawskiego zwolnił się etat starszego asystenta i przeniosłem się tam, ucierając nosa ministrowi. W tym czasie byłem już doktorantem prof. Włodzimierza Brusa, który promował w obozie socjalistycznym mechanizm rynkowy w ramach gospodarki planowej. Pisałem u niego pracę o przeciętnej stopie zysku w przedsiębiorstwach państwowych jako mierniku sprawności przedsiębiorstwa.

    Żeglujesz ku kłopotom i statusowi partyjnego rewizjonisty.
    - Uniwersytet Warszawski był wtedy oazą wolności w obliczu gomułkowskiej normalizacji. Jeszcze działa Klub Dyskusyjny ZMS, w którym rej wodzą Jacek Kuroń oraz Karol Modzelewski. Później władze zamykają klub, więc Jacek i Karol zaczynają spotkania dyskusyjne w mieszkaniach prywatnych. Również w moim. Ale natychmiast ujawniają się różnice zdań. Wobec tego dyskusje nad projektem Manifestu Rewolucyjnego odbywają się poza moim udziałem. Gdy po nalocie SB na mieszkanie mego kolegi z wydziału ekonomii Staszka Gomułki zaczyna się afera z tym manifestem, na zebraniu partyjnym bronię ich prawa do dyskusji, ale odcinam się od ich nazbyt rewolucyjnych poglądów. Podobnie się dzieje, gdy Karol Modzelewski pisze "List otwarty do Partii", w wyniku czego Karol i Jacek idą siedzieć. Solidaryzuję się z nimi, ale odcinam się od jego zawartości. Podnoszę w swych wystąpieniach wobec zaufanych kolegów, że w "Liście" Kuronia i Modzelewskiego nie ma problematyki suwerenności Polski wobec Kremla ani sprawy wolności religii. Ale zbieram pieniądze na pomoc dla rodzin uwięzionych kolegów.

    Niedługo potem zaczął się konflikt władz z Prymasem.
    - Ten konflikt narodził się z prowokacji, którą przygotował protegowany Gomułki, a zarazem jego cichy rywal, gen. Mieczysław Moczar, czyli Nikołaj Tichonowicz Diomko. Usiłował on od pewnego czasu wpakować swego partyjnego szefa w tarapaty, być może w porozumieniu ze swymi zwierzchnikami z siedziby KGB na Łubiance.

    Jak skonstruowana była ta intryga?
    - Gdy w 1965 w trakcie Soboru Watykańskiego II ksiądz Prymas Wyszyński wysyła do wielu episkopatów listy z zaproszeniem na uroczyste obchody Millenium chrześcijaństwa w Polsce, wyłania się kwestia zaproszenia biskupów niemieckich. Ponieważ ks. Prymas zamierza zaprosić na obchody milenijne również biskupów z obydwu państw niemieckich, powstaje pomysł listu do nich omawiającego stosunki polsko-niemieckie na przestrzeni dziejów. List napisany pierwotnie przez księdza arcybiskupa wrocławskiego Bolesława Kominka ma zawierać słowa w duchu Ewangelii: "Przebaczamy i prosimy o przebaczenie". Ks. Prymas Stefan Wyszyński zdaje sobie sprawę z delikatności podjętej misji ze względu na wagę tej problematyki dla stosunków międzypaństwowych. Postanawia więc w sposób konfidencjonalny powiadomić o projekcie listu władze państwowo-partyjne. Jako pośrednik zostaje wykorzystany korespondent PAP w Rzymie, red. Ignacy Krasicki, znany jako człowiek gen. Moczara, który wkrótce powiadamia księdza Prymasa, iż list nie budzi żadnych zastrzeżeń ze strony władz.
    Tymczasem było to kłamstwo. Gdy Moczar otrzymał od red. Krasickiego projekt listu, postanowił nie powiadamiać o nim Gomułkę. Wiedział, że gdy Wiesław dowie się o nim już post factum, to wpadnie w gniew. Uzna, że ksiądz Prymas prowadzi jakieś gry poza jego plecami na forum międzynarodowym. Gen. Moczar dostrzega tu sposobność do wpakowania Gomułki w konfrontację z Kościołem i uznaje, że będzie to korzystne dla podważenia pozycji Szefa.
    W tym samym czasie spotkałem Włodka Wieczorka - mego kolegę z lat szkolnych oraz ze studiów w Moskwie, który pracował w MSZ. Od niego dowiedziałem się, że polscy dyplomaci wiążą z listem biskupów duże nadzieje na poprawę w stosunkach PRL z RFN.
    Ale gdy list został ogłoszony, zaskoczony tym tow. Wiesław wpadł w szał, gdyż sądził, iż ks. Prymas świadomie go o niczym nie poinformował. Pamiętam, jak Wiesław z pianą na ustach krzyczał z trybuny: "kto upoważnił kardynała Wyszyńskiego do prowadzenia polityki zastrzeżonej do kompetencji państwa?!". Tak rozpoczęła się wojna Partii przeciwko Kościołowi.
    Propaganda partyjna atakowała z wyjątkową zajadłością księdza Prymasa, licząc na zachowane wciąż po wojnie z Niemcami resentymenty antyniemieckie. i dzięki temu na poparcie społeczne przeciwko Kościołowi. Jednocześnie nie chce zamieścić treści listu Episkopatu, obawiając się jego oddziaływania na wiernych. Jest to typowa dla neostalinowców gra do jednej bramki. Byłem tym oburzony. Tym bardziej, że usłyszałem treść listu dzięki audycjom Radia Wolna Europa z Monachium. Byłem poruszony mądrością tego listu. Oczywiście nie było mowy o braku patriotyzmu ze strony Episkopatu. W liście zawarte były wszystkie argumenty przemawiające za Polską, ale i było dostrzeganie cierpień niemieckich przesiedleńców wypędzonych z ziem ojczystych. Stąd te słowa: wybaczamy i prosimy o wybaczenie.
    W marcu 1966 roku odbyło się na naszym wydziale otwarte zebranie partyjne poświęcone stosunkom państwa z Kościołem. Ponieważ wzywano do szczerych wypowiedzi, zabrałem głos i skrytykowałem politykę Partii wobec wiernych.

    O czym mówiłeś?
    - Nie odważyłem się bronić księdza Prymasa, bo by mnie zawieźli natychmiast do "czubków". Wskazywałem, jak Partia odtrąca ludzi wierzących, czyli swój elektorat - robotników i chłopów. Mówiłem o pacyfikacji gruźlików w sanatorium w Otwocku pałami i gazem, o rozruchach w Przemyślu po zamknięciu szkoły organistów i o walkach o krzyż w Nowej Hucie. Użyłem słowa Kulturkampf, które się aż prosiło, by je wymienić. Ostrzegałem Partię, że wojna z Kościołem w katolickim kraju, to dla niej samobójstwo. W odpowiedzi rozpoczęto procedurę zmuszania mnie w iście stalinowskim stylu, bym cofnął swoje słowa i złożył samokrytykę.

    Jaki wniosek wyciągnąłeś z tych wydarzeń?
    - Wraz z kolegami założyliśmy tajne kółko dyskusyjne, odrębne od zwolenników Kuronia i Modzelewskiego, kierowanych pod ich nieobecność przez Adama Michnika, a zwanych "komandosami" od desantów na zebrania partyjne i ZMS-owskie. Spotykaliśmy się początkowo w garsonierze Bernarda (dziś Bolesława) Tejkowskiego na ul. Hożej, a następnie po zerwaniu z nim w mieszkaniu socjologa Waldemara Siemińskiego. Utrzymując ożywione stosunki towarzyskie z "komandosami", wypracowaliśmy odrębną platformę ideową, akcentując sprawę suwerenności Polski oraz konieczność obrony praw Kościoła. Dlatego "komandosi" nazywali nasze kółko "bogoojczyźnianym". Spotykali się w nim na dyskusjach politycznych pracownicy naukowi oraz studenci z Uniwersytetu Warszawskiego oraz Łódzkiego, wśród nich mec. Karol Głogowski, mgr Andrzej Mazur, inż. Jerzy Scheurr, student Włodzimierz Olejnik - wszyscy z Łodzi oraz pracujący lub studiujący w Warszawie Stanisław Gomułka, Marek Kęsy, Józef Stefan Kossecki, Waldemar Kuczyński, Jerzy Robert Nowak, student ekonomii Jarosław Chała-Chaliński i wielu innych. Spośród "komandosów" zawitał do nas raz Józef Dojczgewand, natomiast jako przedstawiciel opozycyjnych katolików student polonistyki UW Józef Maj - dziś ksiądz prałat i proboszcz parafii św. Katarzyny na Służewie. Józefa Maja podejmowałem na spotkaniu dyskusyjnym ja w mym mieszkaniu na Osiedlu Młodych na Grochowie, ponieważ zapraszającemu go Waldemarowi Kuczyńskiemu, koledze Józefa Maja z akademika UW przy ul. Kickiego na Grochowie, bardzo zależało, byśmy podjęli go w mieszkaniu, w którym wisi krzyż. Był to piękny, zakopiański krucyfiks z samą głową Zbawiciela w koronie cierniowej, który przywiozłem jako upominek swojej żonie z wycieczki turystycznej z Amerykanami. W czasie wakacji bowiem dorabiałem do skromnej pensji st. asystenta UW jako pilot "Juventuru". W czerwcu 1966 roku wezwano mnie na posiedzenie Warszawskiej Komisji Kontroli Partyjnej i usunięto z szeregów PZPR. Przedtem kazano mi napisać "Oświadczenie dla WKKP", w którym wyłożyłem swe poglądy. M.in. powtórzyłem swe słowa o Kulturkampfie przeciwko Kościołowi. Odwołałem się do Centralnej Komisji Kontroli Partyjnej, ale dzięki temu zyskałem jedynie na czasie. Wyrzucono mnie również z pracy na Uniwersytecie Warszawskim, więc starając się o pracę w Instytucie Organizacji Przemysłu Maszynowego, mogłem podać w ankiecie, że jestem członkiem PZPR, dzięki czemu oszukałem dział kadr.

    Wiosna 1966 roku to obchody Millenium chrześcijaństwa.
    - Gomułka przeciwstawił im obchody tysiąclecia państwa polskiego. Był to czysty absurd, gdyż chrzest Polski zawdzięczamy ówczesnemu władcy Polski Mieszkowi I, który przyjął chrzest wraz ze swym dworem i drużyną. Tam gdzie ks. Prymas odprawiał msze święte w ramach obchodów Millenium chrztu Polski, Gomułka lub jego przyboczni organizowali obchody państwowe. Była to czysta kompromitacja Gomułki i PZPR. Wszystko to transmitowała telewizja państwowa, uświadamiając obywatelom wrogość komunistów wobec Kościoła. Najbardziej skandaliczne były szykany SB wobec peregrynacji kopii Obrazu Matki Bożej z Jasnej Góry. Gdy w czerwcu 1966 roku zaczęły się obchody millenijne w Warszawie, postanowiliśmy z kolegami wziąć w nich czynny udział. Uczestniczyłem w mszach świętych odprawianych przez księdza Prymasa w katedrze św. Jana oraz ks. arcybiskupa Bolesława Kominka w kościele Najświętszego Zbawiciela.

    Spotkałeś po raz pierwszy Prymasa. Jakie zrobił na tobie wrażenie?
    - Stałem wtedy na ulicy, gdyż w katedrze był straszny ścisk. Słyszałem najpierw głos księdza Prymasa. W pierwszej chwili zwróciłem uwagę na podobieństwo maniery mówienia księdza Prymasa ze sposobem wypowiadania się premiera Józefa Cyrankiewicza, który był czołowym intelektualistą w szeregach partyjnych. Ksiądz Prymas okazał się znakomitym mówcą. Jego poczucie humoru uwidoczniło się, gdy komentował czytanie z Ewangelii o obfitym połowie ryb w miejscu wskazanym przez Pana Jezusa. Ksiądz Prymas apelował do władz partyjnych o porozumienie, wszak starczy ryb i dla nas, i dla towarzyszy. Poza tym cytował młodzieńczy wiersz Juliana Tuwima o Chrystusie. Widać było, że to światły duszpasterz, zupełnie inny niż malowała go partyjna propaganda. .

    Aż wreszcie dochodzimy do niedzieli 28 czerwca - kulminacji obchodów milenijnych w Warszawie.
    - Ówczesny I sekretarz KW PZPR tow. Stanisław Kociołek (ten przyszły kat Trójmiasta) obiecał tow. Gomułce, że w stolicy klerykałowie nie będą się panoszyć, jak w innych miastach. Toteż zmobilizował aktyw partyjny z centralnych urzędów. Partyjne bojówki blokowały dojście do katedry. Wierni z iście chrześcijańską pokorą musieli znosić ich zaczepki. Ksiądz Prymas w kazaniu wzywał wiernych, by nie dali się sprowokować. Później uświadomiłem sobie, że to jego nauki leżały u podstaw pokojowej taktyki "Solidarności", zwłaszcza w stanie wojennym.

    Co się dzieje po mszy?
    - Gdy wyszliśmy z katedry, natrafiliśmy na blokującą nam przejście bojówkę partyjną, w której zauważyłem swego kolegę ze studiów w Moskwie. Był to Jurek Pękalski, który dał mi w 1956 roku rekomendację do PZPR. Po dziesięciu latach był sekretarzem organizacji partyjnej w Ministerstwie Handlu Zagranicznego, a mnie właśnie usunięto z szeregów partyjnych. Mijam go tak, by mnie nie rozpoznał. Ludzie idą tłumnie w stronę ul. Miodowej - ku siedzibie księdza Prymasa. Tam ludzka ciżba zatarasowała przejazd. Wierni śpiewają "Apel jasnogórski" oraz katolicką wersję "Roty": "Nie rzucim, Chryste, świątyń Twych". Miodowa od Placu Krasińskich aż do Trasy WZ jest wypełniona tłumem w różnym wieku. Jest dużo młodzieży. W pewnym momencie jakiś ksiądz z kurii toruje drogę autobusom, które stały w zawinionym przez nas korku. Choć ludzie czekali wiele czasu, przyjaźnie machają do nas przez okna. Po pewnym czasie duże grupy wiernych opuszczają nas i maszerują w stronę Krakowskiego Przedmieścia. My jeszcze pozostajemy w głównej masie wiernych. Ale w pewnej chwili duża, pewnie kilkutysięczna grupa młodzieży rusza w stronę Krakowskiego Przedmieścia. Idziemy z nimi. Na Krakowskim Przedmieściu na chodniku po stronie prawej, czyli zachodniej, olbrzymi tłum wita nas przyjaźnie. Manifestanci zaczynają skandować: "Katolicy, łączcie się!". My proponujemy wersję szerszą: "Łączcie się, Polacy!", którą tłum ochoczo podchwytuje. Koło Domu bez Kantów grupa ZOMO-wców usiłuje rozpędzić nas pałkami. Pochód rozsypuje się i ponownie gromadzi się pod Uniwersytetem. Idziemy dalej. Przy ul. Świętokrzyskiej drogę nam tarasuje ustawione w kilka szeregów ZOMO. Włodek Olejnik, który to obserwował z chodnika Nowego Świata, określił ich jak falangę ciężkozbrojnych hoplitów. Tłum młodzieży zatrzymał się i zaczął skandować w nawiązaniu do słów listu biskupów: "Przebaczamy, przebaczamy". Trwa to chwilę i później przez długie lata wyrzucałem sobie, że nie rzuciłem hasła: "Na kolana i Pod Twoją obronę". (Skorzystałem z tego pomysłu dopiero w czasie stanu wojennego po wyjściu z obozu internowania podczas interwencji ZOMO przy krzyżu kwietnym koło kościoła ss. Wizytek). Nastąpił natychmiastowy atak ZOMO na ludzi, których pałki kładły pokotem. Myśmy uciekli pod kościół św. Krzyża. Część pochodu zawróciła i pomaszerowała ze śpiewem pieśni religijnych chodnikiem po stronie uniwersyteckiej w stronę placu Zamkowego. Do nas, stojących wciąż pod kościołem, dobiegł Marek Kęsy i powiedział, że na Miodowej pod pałacem księdza Prymasa manifestują bojówki partyjne. Pobiegliśmy więc z powrotem na Miodową. Po drodze widziałem następującą scenę: obok manifestantów jechał na motocyklu jakiś młody chłopak i na naszych oczach milicjanci brutalnie wywrócili go i zabrali do swego samochodu, pozostawiając motocykl na pastwę losu. Myśmy biegli na skróty ulicą Kozią i docierając do Miodowej, zobaczyliśmy dużą grupę partyjnych bojówkarzy. Byli to prawie sami mężczyźni w średnim wieku w płaszczach ortalionowych oraz z parasolami. Gdy dobiegliśmy do Pałacu Prymasowskiego, stojący tam młodzi księża oraz zakonnice, niezmiernie poruszeni, opowiadali, że bojówkarze skandowali: "Oddaj marki!" oraz "Do klasztoru!". Marki miały być symbolem zaprzedania interesów narodowych przez księdza Prymasa (za młodu kapelana Armii Krajowej w Kampinosie), zaś klasztor zapowiedzią ponownego internowania. Gdy partyjny pochód wyszedł na Krakowskie Przedmieście, gdzie na chodnikach wciąż stały tłumy gapiów, powitali oni bojówkarzy gwizdami. Wówczas ZOMO rzuciło się na gapiów z pałkami. Gdy wyszliśmy na Krakowskie Przedmieście, było już pusto, zaś ulica była cała zlana wodą z sikawek.

    Zmierzałeś ku wierze?
    - Jeszcze nie, choć takie właśnie były plany Boże. Kiedy w 1964 roku urodziła mi się córka Milena, moja żona ochrzciła ją w czasie, gdy byłem w delegacji Juventuru. Ale post factum opowiadałem kolegom w pracy, że mam dziecko ochrzczone. Po wyrzuceniu z Partii nie miałem już czego się obawiać, więc w czerwcu 1967 roku wziąłem potajemnie ślub kościelny. By zachować konspirację, żona sprowadziła na tydzień bratanicę z Nowej Huty, aby w czasie ślubu posiedziała z naszą małą córeczką w domu. Przed ślubem ksiądz proboszcz (być może za sprawą teściowej) postawił warunek, że muszę przyjąć chrzest święty. Przyjąłem ten warunek bez wahania. SB po kilku dniach przekazała władzom meldunek o moim ślubie, co nawet tak światły działacz partyjny jak min. Adam Rapacki przyjął z wielkim zgorszeniem. Od niego o sprawie dowiedział się mój ojciec. Na jesieni 1967 roku byłem z żoną i córką w Bułgarii. Tam omal nie utonąłem w Czarnym Morzu i przekrzykując fale, modliłem się, odmawiając: "Pod Twoją obronę". Gdy w styczniu 1968 roku wezwano mnie na przesłuchanie do Pałacu Mostowskich, wychodząc z domu, przeżegnałem się przed naszym krzyżem. Ostatecznie nawróciłem się w więzieniu mokotowskim podczas wydarzeń marcowych. Jak trwoga, to do Boga... Ale moje modły pomogły mi ominąć ubecką pułapkę. SB ośmieszyło się, oskarżając mnie o napisanie wiersza, którego autorem był Jan Kochanowski z Czarnolasu. Po opuszczeniu Zakładu Karnego w Barczewie byłem już człowiekiem wierzącym. Później byłem uczestnikiem Akcji Wiernych "Chrystus w środkach przekazu społecznego", zbierającym wraz z kolegami podpisy pod kościołami pod apelem o mszę świętą w Polskim Radiu i TVP. Ale wcześniej ksiądz Prymas Wyszyński pocałował mego czteroletniego wtedy syna Przemka w czoło po mszy w kościele św. Marcina w intencji śp. Jerzego Zawieyskiego. Wygłosił, patrząc na niego, natchnione kazanie, wzywając: "Dopuście dzieci do Chrystusa. Bo jeśli nie, to kamienie wołać będą!". Później prowadziłem w obozie internowanych w więzieniu w Białołęce modlitwę wiernych przez kratę. Rzuciłem hasło: "Na złość komunie zamienimy więzienie w klasztor". Dzięki temu byłem uczestnikiem delegacji internowanych na spotkaniu z ojcem świętym Janem Pawłem II, którego ucałowałem w pierścień w czasie jego pielgrzymki do kraju w 1983 roku. Wtedy poznałem osobiście księdza Jerzego Popiełuszkę. Odtąd moje życie jest związane z kościołem św. Stanisława Kostki i w ogóle z Kościołem katolickim.

    Czy można cię nazwać członkiem "pokolenia 1966 roku"?
    - Chyba tak. A raczej pokoleniem wychowanków księdza Prymasa Tysiąclecia. Już po jego śmierci w 1981 roku w podziemnej "S" głosiłem jego idee oporu bez uciekania się do przemocy W świecie są one wiązane z Mahatmą Ghandim, ale w Polsce te idee pochodzące z Ewangelii Chrystusowej głosił ksiądz Prymas Wyszyński. I one zapewniły zwycięstwo "Solidarności" jako masowego ruchu chrześcijańskiego. Pamiętajmy słowa Jana Pawła II, że nie byłoby polskiego papieża w Watykanie bez wielu lat działalności duszpasterskiej księdza Prymasa Wyszyńskiego. Jestem więc wychowankiem jednego i drugiego.

    Dziękuję za rozmowę.


    Komisja śledcza ds. bankowości będzie najpotężniejszym graczem podczas jesiennych wyborów? - Łukasz Perzyna o rosnącym upolitycznieniu polskich samorządów Wysłane piątek, 25, sierpnia 2006 przez Krzysztof Pawlak

    | Pobierz |








    Komisja śledcza ds. bankowości będzie najpotężniejszym graczem podczas jesiennych wyborów? - Łukasz Perzyna o rosnącym upolitycznieniu polskich samorządów
    Wysłane piątek, 25, sierpnia 2006 przez Krzysztof Pawlak

    "Parlament poprzedniej kadencji przeszedł do historii dzięki bezprecedensowemu spadkowi notowań tej instytucji - to była ta zła strona, dobrą były komisje śledcze. One stały się »demokracją polską w pigułce« - wypromowały nowe gwiazdy polityki posłów Ziobro, Wassermanna, także obecnego wicepremiera Giertycha, także Przemysława Gosiewskiego, który z szarej eminencji Braci Kaczyńskich został szefem Klubu Parlamentarnego PiS, który ma teraz wprowadzać w życie 200 ustaw zapowiadanych przez nową ekipę. - to wszystko było efektem komisji śledczych - miniatury polskiego parlamentu, która była znacznie lepsza od ego całości" - Łukasz Perzyna, publicysta "Tygodnika Solidarność" i naszej witryny ASME, zwraca uwagę na znaczący wpływ parlamentarnych wydarzeń i instytucji w trakcie najbliższej kampanii wyborczej do samorządów.

    W tej kadencji notowania Sejmu są nieco lepsze, choć trudno mówić o skokowej poprawie. Nowi ludzie otrzymali pewien kredyt zaufania. W tym parlamencie jest tylko jednak komisja śledcza - ds. bankowości. Jej materia jest niewspółmierna z pracami poprzedników. Komisja ds. afery Rywin - Miller - Michnik badała sprawę jednej tylko tajemnicy PRL - obecna ma za zadanie prześledzić 17 lat arkanów polskiej transformacji ustrojowej. 70% aktywów polskich banków znajduje sie w rękach właścicieli zagranicznych. System bankowy dominuje jedno nazwisko: Leszka Balcerowicza. Zanim został prezesem NBP, wywierał olbrzymi wpływ na kształt polskiego systemu finansowego jako trzykrotny premier w rządach Tadeusza Mazowieckiego Jana Krzysztofa Bieleckiego oraz Jerzego Buzka. Prace komisji Artura Zawiszy mają się odbywać systemem podobnym do piłkarskiego: sesją jesienną i wiosenną. Na wiosnę ma zostać opublikowany raport komisji o nieprawidłowościach w systemie bankowym. Wszystko jednak będzie odbywać się w trakcie kampanii wyborczej. Zdymisjonowany premier Marcinkiewicz nawoływał, by jego kontrkandydatkę do stolca prezydenckiego w warszawskim ratuszu nie wzywać przed oblicze komisji Zawiszy. Wiadomo, że Artur Zawisza nie był dobrze usposobiony do byłego premiera z własnego obozu. A Polacy - jak widać było to podczas wyników wyborów zeszłorocznych - preferowali demaskatorów z poprzednich komisji śledczych. W dodatku poseł Zawisza jest odbierany publicznie jako członek prospołecznej grupy w PiS. 14 września - gdy Leszek Balcerowicz stanie przed komisją - będzie postrzegany jako obrońca pewnego układu oligarchicznego, związanego z byłymi wielkorządcami PRL, członkami Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej.
    Z drugiej strony - źle się stanie, że prace komisji pokryją się z datą wyborów samorządowych. PiS egzekwuje "prawo większości": przeforsowało "blokowanie list", co ma służyć umocnieniu wpływów tej partii w kolejnym miejscu realnej polityki. Koalicyjne Samoobrona i LPR muszą dostosowywać się do tej strategii. Tow. Andrzej Lepper z b. PZPR wydaje się, że będzie dążył do wzniecenia buntu, bo nie dać się wchłonąć przez główną siłę, co najprawdopodobniej będzie przyszłością Ligi Polskich Rodzin...

    Nagranie trwa prawie 18 minut i jest dostępne w Sieci do 8 IX 2006 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.