września 6, 2006 - września 20, 2006

Apel do PT Czytelników ASME - Antoni Zambrowski Wysłane środa, 20, września 2006 przez Krzysztof Pawlak

Wyczytałem w "Gazecie Polskiej", że mój wieloletni przyjaciel i wybitny dzałacz opozycji niepodległościowej Kazimierz Świton żyje w nędzy i potrzebuje ludzkiego wsparcia. "Gazeta Polska" apelowała do ministra Piotra Tutaka z Kancelarii Prezesa Rady Ministrów o przydzielenie Świtoniowi renty czy też emerytury specjalnej, ale - jak wiem z własnego doświadczenia - nim słońce wzejdzie, rosa oczy wyje. Kazimierz Świtoń miał bardzo ciężki żywot w PRL, niewiele lżejszy w III RP i potrzebuje pieniędzy na leki, no i na chleb. Anonimowe źródła (niesprawdzone z braku możliwości) głoszą, że poprzedni premier, czyli pan Kazimierz Marcinkiewicz, długo się wahał nad przyznaniem Kazikowi odpowiednich świadczeń i ostatecznie odszedł bez podjęcia decyzji. Już nie zdążył. Tymczasem Kazimierz Świtoń ma dwie historyczne zasługi: jest ojcem "Solidarności" obok Anny Walentynowiczowej oraz Andrzeja Gwiazdy jako założyciel Wolnych Związków Zawodowych na Górnym Śląsku (przed WZZ w Trójmieście), a nadto jest obrońcą Krzyża Papieskiego na Żwirowisku w Oświęcimiu. Za jedno i drugie zapłacił wysoką cenę, i dlatego dziś klepie taką biedę. Naszym obywatelskim i patriotycznym obowiązkiem jest mu to wynagrodzić, jeśli ani państwo polskie ani NSZZ "Solidarność" nie wywiązują się ze swoich obowiązków wobec takiego bohatera narodowego.

Antoni Zambrowski

Nadsyłane oferty pomocy prosimy kierować pod adres Redakcji

Redakcja ASME

Publicystyka Antoniego Zambrowskiego na ASME


Balcerowicz odejdzie, patologie zostaną - Krzysztof Mazur Wysłane wtorek, 19, września 2006 przez Krzysztof Pawlak

Kiedy w parlamencie IV kadencji uchwalano powołanie kolejnych komisji począwszy od tej dotyczącej tzw. afery Rywina poprzez komisję ds. Orlenu i PZU, w części tzw. środowiska zorganizowanego m.in. wokół "GW" nasiliły się biadolenia i kontestatorskie ruchy, których głównym argumentem było to, że politykom nie chodzi o ujawnienie prawdy o mechanizmach władzy, ale o zniszczenie kolejnych polityków. Pamiętamy doskonale wściekłość Adama Michnika, którego nieomylność została narażona na szwank poprzez sam fakt wezwania w charakterze świadka, pamiętamy wygibasy prezydenta Kwaśniewskiego, który wprawdzie chciał "zatańczyć i zaśpiewać", ale skończyło się jak w radiu Erewań: zatańczyła Kwaśniewska - ale Ola i nie przed komisją sejmową - ale komisją stacji TVN. Pamiętamy też "zastępstwo pośrednie" ministra Cimoszewicza, jak i "nieumyślną pomyłkę" Leszka Balcerowicza w sprawie swoich związków z CASE w kontekście wcześniejszych zeznań przed komisją ws. prywatyzacji PZU, kiedy to zapewniał, że "nie działam w tej fundacji, nie mam z nią nic wspólnego".

Znane też są argumenty obrońców agentury ujawnianej przez dziennikarzy i historyków IPN-u, polegające na dowodach natury mistycznej typu oświadczenia "nie wierzę w jego winę" (tzw. ateizm teczkowy) lub oskarżenia o niszczenie autorytetów tak przecież zasłużonych dla odzyskania wolności, dialogu wyznaniowego, samopoczucia wiernych, polskiej kultury itp.

Oczekiwania minimum

W cieniu zbliżającego się werdyktu TK, osobiście nie mam wielkich złudzeń co do kompetencji członków komisji, podobnie jak nie oczekuję, że komisja ta lub następna podważy sens obecnego ustroju finansowo-kapitałowego, ale mając na uwadze, że poprzednie komisje pomimo swojej nieudolności nadwyrężyły ogromne wpływy takich tuzów III RP jak Michnik, Cimoszewicz, Kwaśniewski, Miller, Kwiatkowski etc. to być może jest szansa na odbrązowienie ikon czuwających nad finansami i gospodarką państwa. Także ikony Leszka Balcerowicza. Oczywiście wyłożone w dwóch poprzednich zdaniach nadzieje związane z pracami rzeczonej komisji to polityczne marzenie minimum, gdyż kwalifikacje sejmowych śledczych z pewnością nie pozwalają oczekiwać na dostrzeżenie przez nich zasadniczego powodu, dla którego jesteśmy na łasce "rynków finansowych" i których prawdziwe oblicze odkrywał niedawno lewacki "Przegląd", a dziennikarzy tego tygodnika trudno podejrzewać o antysemityzm i ksenofobię.
Polski system bankowy, jak i większość systemów na świecie, jest prawnie uchwaloną i gwarantowaną autorytetem państwa piramidą finansową. Każdy bank ma obowiązek utrzymywać jedynie 3,5 proc depozytów w formie rezerw obowiązkowych i jestem pewien, że "Bezpieczna Kasa" Grobelnego utrzymywała wyższy poziom rezerw, co nie przeszkodziło jej szczęśliwie splajtować. Ów poziom rezerw decyduje o wielkości kreowanego pieniądza bankowego, czyli pieniądza kredytowego, a największym kredytobiorcą póki co jest rząd od lat szukający środków na sfinansowanie "kotwicy budżetowej". To, że jakieś pieniądze nie przepadną depozytariuszom na wypadek upadłości banku, wynika z funkcjonowania Bankowego Funduszu Gwarancyjnego, na który banki płacą dodatkową składkę. Jednakże nic nie stoi na przeszkodzie, aby na rynku funkcjonowały banki małe, duże, osiedlowe itp., gdyż przedsiębiorstwo bankowe niczym nie różni się od innych przedsięwzięć gospodarczych. To, że tak się nie dzieje, wynika z zaporowych barier kapitałowych, a pretekstem do nakładania tychże barier jest właśnie zgoda na system, w którym podstawową zasadą jest brak pokrycia depozytów i odpożyczanie innym "nie swoich" pieniędzy. Tylko banki mają taki przywilej, o czym mówi już drugi artykuł prawa bankowego. Ale niech ktoś spróbuje na poważnie zaproponować wprowadzenie zasady pełnego pokrycia depozytów albo chociaż pokrycia większościowego, a pewnym jest, że jeszcze nie skończyłby mówić, a już poważne "autorytety" ekonomiczne skazałyby takiego delikwenta na środowiskowe getto.

Balcerowicz stchórzył

Oczywiście w tym znaczeniu i kontekście objęcie pracami komisji np. SKOK-ów nie wydaje się zasadne, gdyż SKOK-i nie są bankami, a objęcie ich działalności zakresem prac komisji nakazywałoby zbadanie całego rynku finansowego i kapitałowego, tj. towarzystw ubezpieczeniowych, funduszy powierniczych i emerytalnych, giełdy etc.
Tymczasem jak powszechne wiadomo - jednym ze skuteczniejszych lobbystów SKOK-ów był swego czasu poseł Artur Zawisza, więc lada moment można oczekiwać, że przed sejmową komisję pod przewodnictwem Zawiszy jako kluczowy świadek zostanie wezwany Artur Zawisza. Taki scenariusz wydaje się być marzeniem politycznej elitki, której poczucie smaku zostało zgwałcone naruszeniem pomnikowego autorytetu prezesa Balcerowicza.
Każdy kto zachował choć odrobinę zdrowego rozsądku, zdaje sobie sprawę, że unikanie przez Balcerowicza stawiennictwa przed komisją "bankową" nie było podyktowane żadną racją stanu czy troską o przestrzeganie konstytucji, lecz zwykłym kunktatorstwem byłego wieloletniego polityka Unii Wolności. Widzimy obecnie, w jakim bloku znalazła się partia szefa NBP, a przecież to dzięki podstolikowym konszachtom polityków UW z politykami AWS Balcerowicz otrzymał stołek prezesa NBP i to z tego powodu Hanna Gronkiewicz Waltz musiała opuścić przedterminowo ten fotel, otrzymując w ramach odszkodowania drugorzędną prezesurę w EBOR-ze. Widać, że niektórym politycznym lobbystom bardzo zależało, aby pieczę nad systemem finansowo-pieniężnym sprawował swój fachowiec, a jak wiadomo, w polityce III RP nic nie działo się bezinteresownie. Prawie nieprawdopodobnym wydaje się również, że Balcerowicz począwszy od wczesnych lat 70. przez następnych lat kilkanaście wojażował i stypendiował po różnych krajach z paszportem na "wsie strany mira" i wyszedł na tym bez żadnej plamy w teczkowym życiorysie. Być może chronił go immunitet członka PZPR, ale pamiętając kazusy Minima, Olina, Careksa etc., wydaje się, że taka kryształowa kartoteka przypomina słynny radiowy skecz, w którym pytany ile jest dwa razy dwa, odpowiada "cztery", co zostaje skwitowane krótkim: "za dokładnie".
Przede wszystkim zaś, Balcerowicz jako prezes NBP zeznawał już - jak wspomniane to zostało na wstępie - przed sejmową komisją ds. PZU, więc kolejne stawiennictwo żadnego precedensu z pewnością nie stworzyłoby, natomiast konfabulowanie, że prezes banku centralnego powoływany przez reprezentację polityczną jest apolityczny - jest zwykłym mydleniem oczu oraz klasycznym przykładem nowo-mowy.
Wydaje się również, że fundacje CASE jest typowym przykładem instytucji wpływu, a jej prace badawcze w takich krajach jak Gruzja, Kirgistan, Ukraina, Mołdawia wydają się mieć dużo wspólnego z działaniami różnych materializacji światowej filantropii i strategii okrążania Rosji. Takie wywiadownie ekonomiczne działające pod płaszczykiem badań naukowych i ekonomicznego doradztwa są wieloletnią praktyką, by wskazać jedynie na firmy zajmujące się w Polsce np. analizami przedprywatyzacyjnymi przedsiębiorstw państwowych. I oczywiście wspomniana działalność CASE, finansowana po części również przez zagraniczne rządy, w tym działalność propagująca pod płaszczykiem naukowych analiz np. unię walutową, nie stanowiłaby być może jakiegoś szczególnego przypadku, gdyby nie bezpośrednie i rodzinne powiązania z ta instytucją wieloletniego ministra i wicepremiera, a obecnie prezesa NBP. Przecież to premier Miller opowiadał niegdyś dowcipy o stojących naprzeciwko siebie klasztorach męskim i żeńskim, puentując, że nie jest to jeszcze nic złego... ale może być.

Krzysztof Mazur

Publicystyka Krzysztofa Mazura na ASME


Stalinowskich zbrodniarzy - tak jak Helenę Wolińską - ścigamy za granicą. Tymczasem wielu z nich żyje w Polsce, a nawet w Warszawie, tuż pod bokiem organów wymiaru sprawiedliwości RP
PRZYPADEK PROKURATORA GRAFFA - Tadeusz M. Płużański
Wysłane wtorek, 19, września 2006 przez Krzysztof Pawlak

Apelowaliśmy do władz RP, aby sprawdziły wniosek Heleny Wolińskiej-Brus o przyznanie brytyjskiego obywatelstwa. Może być to klucz do rozwiązania problemu ekstradycji z Wielkiej Brytanii tej byłej stalinowskiej prokurator, która aresztowała, a następnie nadzorowała śledztwo przeciwko gen. Augustowi Emilowi Fieldorfowi. Wcześniej pisaliśmy też, że trzech prześladowców "Nila" mieszka w Warszawie: śledczy Kazimierz Górski (autor kłamliwego aktu oskarżenia) oraz prokuratorzy: Witold Gatner i Alicja Graff. Ta ostatnia pędzi spokojny żywot emeryta na stołecznym Mokotowie, razem z mężem, również byłym prokuratorem, płk Kazimierzem Graffem. Graff jest winny wielu zbrodni sądowych na żołnierzach AK i działaczach niepodległościowych. Dopiero w 2001 roku, czyli po 12 latach wolnej Polski, prokuratura postawiła mu zarzuty, ale do dziś krwawy stalinowiec nie stanął przed sądem. Jedynym sukcesem było odebranie mu 4 tys. zł wojskowej emerytury.

Swoje krwawe żniwo Kazimierz Graff - późniejszy zastępca Naczelnego Prokuratora Wojskowego - rozpoczął na początku 1946 r., kiedy jako wiceprokurator pracował w Wydziale do Spraw Doraźnych Sądu Okręgowego w Siedlcach. Wydziały doraźne były chyba najbardziej krwawymi sądami w powojennej Polsce. Ze względu na liczbę zasądzonych i wykonanych wyroków, śmiało można je nazwać komunistycznymi trybunałami śmierci. Skazywały przeciwników politycznych, nawet nie próbując zachować elementarnych zasad stalinowskiego prawa (sprawy prowadzono w trybie przyspieszonym, bez postępowania dowodowego).

Kula za antysemityzm

26 lutego 1946 roku na sesji wyjazdowej siedleckiego wydziału doraźnego w Sokołowie Podlaskim Kazimierz Graff oskarżał 15 żołnierzy AK, żądając dla nich kary śmierci (która była niewspółmierna do ich czynów) i podżegając skład sędziowski do wydania takich wyroków. W ten sposób 10 AK-owców dostało KS. Żeby tego było mało - już następnego dnia Graff wydał rozkaz ich rozstrzelania tak, aby nie zdążyli przypadkiem złożyć prośby o ułaskawienie.
Skazany wówczas na 10 lat Leonard Gierowski zapamiętał, że Graff był w sądzie agresywny i napastliwy oraz nie pozwolił na to, by oskarżeni mieli obrońców. Do innego oskarżonego - Romana Bielińskiego powiedział, że "dostanie kulę w łeb" (co rzeczywiście się stało). Powód? Bieliński przed wybuchem wojny studiował na Uniwersytecie Warszawskim, gdzie - jak podkreślał Graff - szerzył się antysemityzm. Co krwawy stalinowski prokurator mógł wiedzieć o stosunkach panujących na przedwojennej polskiej uczelni? Otóż sam pobierał tam nauki: Wydział Prawa UW ukończył w 1939 roku. Już wówczas był zaangażowany politycznie: działał w Komunistycznym Związku Młodzieży "Życie" i z ramienia tej organizacji w latach 1937-38 przewodniczył Warszawskiemu Akademickiemu Komitetowi Antygettowemu.
Siedlecki sąd "na kółkach" (razem z prokuratorem Graffem) zawitał nie tylko do Sokołowa Podlaskiego, ale również do innych okolicznych miejscowości, m.in. w Ostrowi Mazowieckiej. Za każdym razem niósł ze sobą obfite żniwo śmierci (np. w Ostrowi skazał na KS 12 osób).

Nie czuje się winny

Kazimierz Graff urodził się rok przed odzyskaniem przez Polskę niepodległości - 11 listopada 1917 roku w Warszawie, w rodzinie kupca Maurycego i nauczycielki Gustawy z Simonbergów. W 1935 roku ukończył gimnazjum im. Mikołaja Reja. Żołnierz kampanii wrześniowej, służył w 44. pp. z Równego. 18 września w Łucku jego jednostka złożyła broń przed Sowietami. Mieszkając we Lwowie, imał się różnych zawodów - był m.in. inspektorem domów akademickich Państwowego Instytutu Medycznego i administratorem w Państwowym Instytucie Krajoznawczym. W końcu nastąpił wymarzony dla Graffa dzień - po wybuchu wojny radziecko-niemieckiej wstąpił do Armii Czerwonej, by później znaleźć się w szeregach LWP. Jako dowódca kompanii samodzielnej rusznic 3. pp. walczył pod Lenino. We wrześniu 1944 roku został ciężko ranny w walkach na warszawskiej Pradze.
W prokuraturze wojskowej rozpoczął pracę w 1945 roku. Podobno był inteligentny i dowcipny. Po serii morderstw sądowych w siedleckiem Kazimierz Graff awansował. Został zastępcą Naczelnego Prokuratora Wojskowego (w randze pułkownika). W grudniu 1946 roku, a więc kilka miesięcy po zbrodni sądowej w Sokołowie Podlaskim, był głównym oskarżycielem w sprawie poakowskiej organizacji zbrojnej - Konspiracyjnego Wojska Polskiego, dowodzonego przez kpt. Stanisława Sojczyńskiego "Warszyca". Dla dowódcy i jego żołnierzy domagał się wielokrotnych kar śmierci, które zostały następnie wykonane. Nie wiadomo, dlaczego tej sprawy nie dołączono w 2001 roku do aktu oskarżenia przeciwko Graffowi!?
W sprawie "Warszyca" oskarżał również prokurator Czesław Łapiński (wcześniej "ciężko pracował" w innym Wydziale do Spraw Doraźnych - w Białymstoku, a następnie oskarżał "grupę szpiegowską" rotmistrza Witolda Pileckiego). Kilka lat temu dał się namówić na rozmowę o "tamtych tragicznych sprawach":
- Łódź i okolice to był mój teren, jako szefa tamtejszej prokuratury wojskowej. Na tym terenie działał Sojczyński, który po wojnie nie złożył broni, tylko brał udział w bratobójczych walkach, mordował bezbronną ludność, przedstawicieli władzy, pepeerowców. Kiedy aresztowano "Warszyca", ludzie odetchnęli. Do pomocy w procesie przysłali mi z Warszawy Kazimierza Graffa mimo, że wcale o taką pomoc nie prosiłem. Widać chcieli, żeby sprawę poprowadził ktoś zaufany. Grupę Sojczyńskiego podzieliliśmy między siebie na pół. Graff "obsługiwał" tych od góry, ja mniejsze przewinienia i wnosiłem o kary od pięciu do dziesięciu lat więzienia.
W wolnej Polsce, poprzedniczka IPN - Główna Komisji Badania Zbrodni Przeciwko Narodowi Polskiemu ustaliła, że skazanie Stanisława Sojczyńskiego było morderstwem sądowym. Konspiracyjne Wojsko Polskie zostało uznane za jednostkę walczącą o niepodległość kraju przeciwko sowieckiemu zniewoleniu.
Kazimierz Graff, w przeciwieństwie do Czesława Łapińskiego, odmówił rozmowy o procesie "Warszyca", tłumacząc się przygotowaniami do dłuższego wyjazdu. Kładąc słuchawkę, stwierdził jedynie, że nie czuje się winny.
- Kiedy przesłuchiwaliśmy Graffa w 1997 r., twierdził, że nie pamięta procesu "Warszyca". Niewiele brakowało, aby zapomniał, że w ogóle pracował w sądownictwie - usłyszeliśmy przed laty w łódzkiej Komisji Badania Zbrodni Przeciwko Narodowi Polskiemu, która prowadziła dochodzenie w sprawie zabójstwa Stanisława Sojczyńskiego.

Bez słowa przepraszam

Żona Kazimierza Graffa, Alicja - w czasach stalinowskich wicedyrektorka Departamentu III Generalnej Prokuratury, w 1953 roku podpisała się pod pismem do naczelnika więzienia na Rakowieckiej, informującym o terminie wykonania wyroku śmierci na generale "Nilu". Kiedy po latach rodzina bohatera Polski Podziemnej napisała do niej list z prośbą o wyjaśnienie okoliczności śmierci gen. Fieldorfa, Graff nie odpisała. Do dziś nie zdobyła się na odpowiedź na pytanie: jak zginął legendarny szef Kedywu Komendy Głównej Armii Krajowej, ani na żadne inne pytanie o swoją przeszłość i rolę w stalinowskim systemie bezprawia. Choćby na słowo: przepraszam.
Alicja Graff była zaangażowana nie tylko w morderstwo na gen. Fieldorfie. Nadzorowała również sprawę aresztowanego przez bezpiekę płk. Wacława Kostka-Biernackiego, zaufanego Józefa Piłsudskiego jeszcze z czasów legionowych. W piśmie z 19 listopada 1953 roku Graff wymieniała zarzuty wobec Biernackiego: "Od 1931 r. do 31 sierpnia 1939 r. w związku z wykonywaniem urzędu wojewody nowogródzkiego i poleskiego na terenie tych województw realizował politykę sanacyjnego rządu faszystowskiego dławienia rewolucyjnego ruchu mas pracujących miast i wsi oraz wynaradawiania ludności ukraińskiej i białoruskiej. (...) Nadzorował znajdujący się na podległym mu terenie obóz w Berezie Kartuskiej, będący zorganizowanym ośrodkiem wyniszczania działaczy ruchu robotniczego". Dalej pani prokurator przywołała suche liczby: "Początek kary dnia 9.XI.1945 r., koniec kary 9.XI.1955 r. (...) pozostało do odbycia 2 lata więzienia [10 kwietnia 1953 roku Sąd Wojewódzki w Warszawie skazał Wacława Kostka-Biernackiego na karę śmierci, zamienioną potem na 10 lat więzienia, z zaliczeniem aresztu śledczego - TMP]". Następnie Graff opisywała zachowanie i stan zdrowia więźnia: "Opinia Naczelnika Więzienia z września 1953 r. - negatywna. Z orzeczenia Komisji Lekarskiej z dnia 1.IX.1953 r. wynika, że skazany cierpi na przewlekły zniekształcający gościec stawowy, miażdżycę uogólnioną, zwyrodnienie miażdżycowe mięśnia sercowego, rozedmę płuc, padaczkę oraz że wskazana jest [przekreślone długopisem słowa: przedterminowe zwolnienie - TMP] przerwa na okres 1 roku z uwagi na chorobę przewlekłą, stale pogarszającą się". Płk Wacław Kostek-Biernacki zmarł w maju 1957 roku, niecałe dwa lata po odbyciu całej, 10-letniej kary w więzieniu na Rakowieckiej w Warszawie. Żyłby dłużej, gdyby nie mozolna praca "oficerów" śledczych. Miał tylko to szczęście, że śmierć dosięgła go na wolności.

Polityczne mielizny

Funkcję zastępcy Naczelnego Prokuratora Wojskowego Kazimierz Graff pełnił do listopada 1951 roku. Następnie, do 1968 roku, kierował Prokuraturą Warszawskiego Okręgu Wojskowego. Był znany z tego, że nagle, jako wysłannik wyższych czynników, pojawiał się na rozprawach sądowych. W trakcie jednego z takich procesów miejscowy prokurator po konsultacjach z nim oraz "korespondencji" przy użyciu podawanych pod stołem karteczek wniósł o jak najszybsze zakończenie rozprawy. Gdy sąd doszedł do wniosku, że sprawę należy jednak kontynuować, "płk Graff dał otwarcie wyraz niezadowoleniu z tej decyzji sądu, uciekając się nawet do osobistych uszczypliwych uwag".
Kazimierz Graff zasłynął jako współautor aktu oskarżenia w sprawie generała Stanisława Tatara i innych oficerów WP, mającej wykryć "imperialistyczny spisek w wojsku". Pismo powstało na polecenie Bieruta. Historyk wojskowości Jerzy Poksiński napisał, że akt oskarżenia "był dokumentem politycznym. Stanowił wykładnię merytoryczną i metodologiczną dla niższych szczebli machiny represyjnej państwa. Z tego względu przygotowaniem i zawartymi w nim treściami były zainteresowane najwyższe czynniki w państwie".
Najwyższe czynniki w osobach Bieruta i Bermana nie zaakceptowały jednak tez oskarżycielskich, uznając, że zawierają zbyt wiele "mielizn politycznych", a niektóre fragmenty określono wręcz jako naiwne. Tym razem Graff najwyraźniej przesadził w swoim politycznym lizusostwie. Nad następną wersją oskarżenia pracowali już ludzie z departamentu śledczego MBP - Anatol Fejgin i Józef Goldberg-Różański.
Po 1968 roku, na fali antysemickich czystek, Kazimierz Graff został usunięty z prokuratury wojskowej i dwa lata później rozpoczął praktykę adwokacką.
W 1997 roku, na wniosek rodziny jednego ze straconych, został skreślony z listy adwokatów. Płk Kazimierz Graff od lat mieszka w centrum Warszawy, a z tytułu swoich "zasług" do niedawna dostawał od państwa 4 tys. emerytury. Niemałe pieniądze za "służbę krajowi" otrzymywała również (prawdopodobnie otrzymuje do dziś) jego żona Alicja.

TADEUSZ M. PŁUŻAŃSKI

Tekst pierwotnie ukazał się w tygodniku "Gazeta Polska".

Publicystyka Tadeusza M. Płużańskiego na ASME.


BOHATERSTWO WYMAGA HOŁDU - Antoni Zambrowski Wysłane wtorek, 19, września 2006 przez Krzysztof Pawlak

Znakomity polski reżyser Krzysztof Zanussi nakręcił w swoim czasie film, opowiadający o walce z chorobą kobiety, leczonej w szpitalu dla obłąkanych. Podczas hitlerowskiej okupacji Polski Niemcy wymordowali pacjentów szpitala, w tym i bohaterkę filmu. Po wojnie o jej śmierci mężowi opowiada świadek tego mordu - lekarz, który w czasie masakry ukrył się w pobliżu i widział śmierć swych pacjentów. Ten lekarz sam jest bohaterem Powstania Warszawskiego, w którym stracił rękę. Ale tamtym pacjentom niczym nie mógł pomóc w godzinie śmierci, jedynie oglądać z ukrycia. Taka jest treść wstrząsającego filmu.
W dziejach Powstania Warszawskiego było wiele zbrodni na pacjentach i personelu polskich szpitali z zimną krwią wymordowanych przez Niemców podczas pacyfikacji Woli lub Starego Miasta. Ale jedna historia jest szczególna. Chodzi o postawę personelu szpitala dla obłąkanych przy klasztorze ojców bonifratrów pod wezwaniem św. Jana Bożego. W czasie walk powstańczych w tym istniejącym od 200 lat szpitalu działał szpital polowy dla rannych powstańców. Zgodnie z konwencją genewską polscy lekarze zaopiekowali się również wziętymi przez powstańców do niewoli rannymi żołnierzami niemieckimi. Toteż po zdobyciu tego terenu przez Niemców w znak uznania gotowi oni byli zwolnić personel medyczny szpitala. Nie kryli natomiast swych zamiarów wymordowania polskich rannych oraz chorych umysłowo leczonych w szpitalu. Cały personel szpitala jak jeden mąż - wszyscy lekarze i pielęgniarze w akcie zbiorowego bohaterstwa odmówili opuszczenia swych pacjentów i zginęli wraz z nimi. Stało się to 30 sierpnia 1944 roku.
Obchodziliśmy kolejną rocznicę ich bohaterskiej śmierci, jak zwykle bez należnego dla tego wydarzenia rozgłosu. Bez składania wieńców, okolicznościowych przemówień, transmisji radiowych i telewizyjnych. Bez mszy świętej oraz zbiorowych imprez ku czci bohaterów. A wystarczy pomyśleć: św. ojciec Maksymilian Kolbe oddał swe życie za innego więźnia w obozie hitlerowskim w Oświęcimiu i został wyniesiony na ołtarze. Dr Janusz Korczak odmówił opuszczenia jadących na śmierć swych wychowanków z żydowskiego domu dziecka i ma pomnik w Warszawie oraz dziesiątki szkół noszących jego imię. A tu mamy akt zbiorowego bohaterstwa całego personelu szpitala idącego na śmierć u boku swych pacjentów. Im też należy się wdzięczna pamięć potomnych.

Antoni Zambrowski

Tekst pierwotne ukazał się w "Tygodniku Solidarność".

Publicystyka Antoniego Zambrowskiego na ASME


Z powodu awarii kasy fiskalnej partie "prawicy" przestają funkcjonować - Wojciech Popiela, prezes UPR, o wydarzeniach z minionego tygodnia Wysłane poniedziałek, 18, września 2006 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |








Z powodu awarii kasy fiskalnej partie "prawicy" przestają funkcjonować - Wojciech Popiela, prezes UPR, o wydarzeniach z minionego tygodnia
Wysłane poniedziałek, 18, września 2006 przez Krzysztof Pawlak

"Prezes NBP, banku polskiego, co prawda zapowiedział, że nie ma czasu, żeby stawić się przed komisją śledczą, ale znalazł czas w tym dniu, by stawić się przed obliczem Tomasza Lisa w programie »Co z tą Polską?«. Jak widać - Prezes NBP czasami ma jednak czas, więc może komisja zaczęłaby obrady wieczorem, by nadążyć za tow. Leszkiem Balcerowiczem. »Salon« protestuje znowu, w Polsce mamy wiele »autorytetów«, więc może warto by tylko zmieniać tabliczkę, przeciw czemu one protestują. Pan Tusk w swoim klipie antyreklamującym pana Kaczyńskiego pokazuje sielski obrazek wsi polskiej, niestety jest to wrażenie mylące w przypadku tego polityka, gdyż program Platformy Obywatelskiej w zeszłych latach propagował możliwość wyjazdu z takiej sielskiej wsi polskiej - do Unii, teraz Tusk reklamuje »liberalizm« jako jedyny ratunek dla Polski, ale jedno pytanie trzeba zadać: gdzie był słynny liberał, pan Tusk, w latach, kiedy uczestniczył w rządach koalicji z socjalistami - że tego liberalizmu nadal nie ma w naszym kraju? Na stronie osobistej jak i służbowej NBP tow. Balcerowicza próżno szukać wzmianki o jego zawodowym uczestnictwie w instytucie Ważkich Problemów Marksizmu-Leninizmu. Oczywiste, że jest to sprawa wstydliwa dla światłego prekursora »wolnościowych« instytucji w Polsce, ale warto, by taki epizod na tych stronach zamieścić, zwłaszcza, że pozwolił on swego czasu na niedostępne dla innych wyjazdy zagraniczne obecnego kolejnego »liberała«.... Zbliża się ROCZNICA »zaczątków IV RP«, trudno nie podsumować tego okresu, zwłaszcza, że wielu Polaków wiązało z nim spore nadzieje, i nadszedł czas, by spojrzeć, co się udało" - Wojciech Popiela, prezes UPR, przypomina zastanawiające zwroty akcji w działaniach "politycznego salonu" polskiego regionu UE z ubiegłego tygodnia.

Na pewno udało się odebrać tzw. salonowi monopol na wolność słowa - tutaj pewne kroki są pozytywne, bo trzyminutowa obecność Stanisława Michalkiewicza w państwowym Polskim Radio jest tego dowodem, mimo określenia Go przez "słynnego" korespondenta z Izraela Eli Barbura - jako "palanta".
Gospodarka ma się zaś dobrze - ale lepiej powiedzieć, że WBREW rządowi. Apetyty ministerialnych czynowników przed wyborami samorządowymi rosną jak na drożdżach. Tow. Lepper ma się jak najlepiej w takim sosie, zaś sprawa powrotu ministerki finansowej Gilowskiej podlega cały czas spekulacjom. Polskie wojsko na wniosek rządu ma zostać w swej najefektywniejszej części wysłane do Afganistanu - kto więc pozostanie w Polsce, by bronić jej granic? Polski żołnierz ma dodatkowo strzec "najpotężniejszą armię" cahalową przed "rozbitymi terrorystami" w Libanie. Sejm - na wniosek Pana Prezydenta - przegłosował "solidarnie", że można wydawać polskich obywateli pod sąd za granicę, nieśmiałe zastrzeżenia zostały uciszone, pokrótce - w sprawie obrony suwerenności "wiele się zmienia", oczywiście poza werbalnymi deklaracjami, o czym przekonał się sam Wojciech Popiela, zgłaszając do prokuratury w Krakowie fakt zbezczeszczenia pomnika Grobu Nieznanego Żołnierza przez przedstawicieli jakiejś organizacji "gejów i lesbijek"...
I cały czas partie deklarujące sie jako prawicowe - są w aspekcie gospodarczym bardziej socjalistyczne niż partie "lewicy", a przynajmniej niektóre z nich...

Nagranie trwa ponad 13 minut i jest dostępne w Sieci do 30 IX 2006 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




Na "prawicy" dokonała się zmiana, ale czy na lepsze? - Łukasz Perzyna o anachronizmach w polskich mediach Wysłane sobota, 16, września 2006 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |







Na "prawicy" dokonała się zmiana, ale czy na lepsze? - Łukasz Perzyna o anachronizmach w polskich mediach
Wysłane sobota, 16, września 2006 przez Krzysztof Pawlak

"Zaskakujący manewr wykonał przed jednym z studyjnych programów telewizyjnych wicepremier Ludwik Dorn. Został zaproszony do studia, oprócz niego było zaproszonych także pozostałych dwóch wicepremierów - to normalny »rozdzielnik«. Wiadomo, że dopóki nie zostanie rozstrzygnięty los Zyty Gilowskiej, kwestia jej powrotu do rządu, kwestia CZWARTEGO wicepremiera będzie pozostawała otwarta. Minister Dorn oświadczył, że nie był uprzedzony o obecności w studiu Romana Giertycha i zdecydował, że z nim w programie nie zasiądzie. Trudno odbudowujący się prestiż państwowej telewizji doznałby szwanku, gdyby prowadząca odmówiła jednemu z zaproszonych gości uczestnictwa z powodu pretensji drugiego. Skąd się wzięło obrzydzenie Dorna do Giertycha? Być może z poczucia głównego koalicjanta, że telewizja jest już »nasza«, a tu nastąpił taki »afront« dla wicepremiera z PiS" - Łukasz Perzyna, publicysta "Tygodnika Solidarność" i naszej witryny ASME - analizuje historię jednego zdarzenia medialnego, mającego spory wpływ na aktywność polityczną ostatnich dni w "polskim regionie UE".

PiS zamiast dogadać się z Platformą i innymi partiami obecnymi w parlamencie co do podziału wpływów w największej "publicznej" stacji telewizyjnej - przystąpił jednak do intensywnego obsadzania swoimi ludźmi większości stanowisk. Minister Dorn padł więc ofiarą pewnej iluzji. Myślał, że skoro jest "nasza" - to obecność PiS będzie widoczna wszędzie, w każdym programie satyrycznym, sportowym, kulturalnym, rolniczym, medycznym..., we wszystkich aspektach medialnego przekazu, nadawanego przez TVP. Bilans zachowania wicepremiera będzie dla jego ugrupowania miażdżący... W "swojej własnej telewizji pozbawił partię uczestnictwa jej przedstawiciela. Wykorzystali to oczywiście "przymusowi koalicjanci". Wybory samorządowe są coraz bliżej...

Nagranie trwa ponad 13 minut i jest dostępne w Sieci do 30 IX 2006 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




Udana akcja zbrojna oddziału Stefana Bembińskiego "Harnasia" 9 września 19545 r.
Na pół godziny AK-owcy opanowali Radom, zdobyli więzienie i uwolnili aresztowanych - Tadeusz M. Płużański
Wysłane sobota, 16, września 2006 przez Krzysztof Pawlak

Latem 1945 r. zbrojne poakowskie podziemie postanowiło rozbić dwie ubeckie katownie: w Kielcach i Radomiu. Kielecka akcja, którą dowodził Antoni Heda "Szary", była już wielokrotnie opisywana. Mniej znane jest brawurowe uderzenie na Radom. 9 września 1945 r. oddziały pod dowództwem Stefana Bembińskiego "Harnasia" na pół godziny opanowały miasto, zdobyły więzienie i uwolniły aresztowanych, w większości swoich organizacyjnych kolegów.

Stefan Bembiński "Harnaś" w wydanych w 1996 r. wspomnieniach "Te pokolenia z bohaterstwa znane" pisał, że latem 1945 r. w radomskim więzieniu "wczesnym rankiem wykonywano codziennie wyroki śmierci. (...) Kat, Wacław Ziółek, występujący przy wykonywaniu tej czynności w polskim mundurze porucznika, zjawiał się w więzieniu po południu. (...) Kazał oddziałowemu otwierać cele ze skazańcami i z korytarza przyglądał się im. Taksował każdego. Był dobrym rzemieślnikiem. Za każdy wyczyn otrzymywał 600 do 700 ówczesnych zł. Potem wychodził na zewnętrzne podwórko, sprawdzał, czy na drodze przemarszu ze skazanym nie ma zanieczyszczeń, kamieni, kawałków żelaza czy drewna. Z kolei kierował się do garażu. Sprawdzał, czy pętla dobrze się zaciska, czy urządzenie uruchamiające zapadnię działa cicho i sprawnie. Potem wychodził z więzienia i zjawiał się rano".

PLAN PRZYJĘTY
BEZ ZASTRZEŻEŃ


Przebywający na wolności żołnierze antykomunistycznego podziemia długo się nie zastanawiali - postanowili odbić swoich kolegów z rąk ubowskich oprawców. Decyzja nie wzbudzała żadnych wątpliwości, trzeba było ją tylko dobrze przygotować i wybrać odpowiedni moment (już wcześniej podejmowano próby zdobycia więzienia w Radomiu, ale akcje skończyły się niepowodzeniem). Nie można było przy tym zbytnio zwlekać, aby od tortur i śmierci ocalić jak najwięcej AK-owców.
Stefan Bembiński "Harnaś" wspominał: "Tak zginął mój żołnierz z wywiadu Sławiński z Brodu, kaleka. Nigdy nie zrozumiałem, jakie zarzuty mogli mu postawić ubowcy. Tak mężnie zginął Kazimierz Markwat, bardzo dobrze zapowiadający się artysta-grafik. (...) Należało więc, o ile się da, przyspieszyć nasze działanie na więzienie w Radomiu. Przekazałem ppłk. Zygmuntowi Żywockiemu »Wujkowi« [oficer AK, wówczas inspektor Delegatury Sił Zbrojnych na Kraj - TMP], że jestem gotów, proszę tylko o dokładne dane wywiadowcze co do służb łubowskich, enkawudowskich oraz wojsk przeciwnika. (...) Oddział mój wzmocniony 30-osobowym oddziałem NOW Adama Gomuły »Beja«, podporządkowanym mi od maja 1945 r., liczył razem około 110 żołnierzy; do tego należy dodać około 25 żołnierzy z podobwodu Szydłowiec pod dowództwem Henryka Podkowińskiego »Ostrolota« (...) Ppłk Zygmunt Żywocki »Wujek« przyjął mój plan bez zastrzeżeń".
Akcja wyznaczona została na 9 września 1945 r., około godz. 20.00. Podzielono się na kilka grup: grupa szturmowa i grupy ubezpieczające, które obstawiły budynek Urzędu Bezpieczeństwa, komisariatu MO oraz pilnowały skrzyżowań ulic i głównych dróg dojazdowych do miasta. Dodatkowym wsparciem było około 15 żołnierzy z radomskiej konspiracji, których zadaniem było dokonywanie w różnych częściach miasta działań dywersyjnych.
Stefan Bembiński "Harnaś": "Ppłk Zygmunt Żywocki »Wujek« z całym naciskiem podkreślił żądanie, aby oszczędzać w walce życie, o ile się da, nie tylko własnych żołnierzy, ale także przeciwnika. Nie wolno w czasie akcji atakować siedzib milicji, ubowców, enkawudowców i wojska. Zadaniem jest zdobyć więzienie i uwolnić więźniów".

"BĘDZIEMY WOLNI!"

Wyznaczonego dnia, 9 września, żołnierze dowodzeni przez "Harnasia" wjechali czterema wojskowymi samochodami do centrum Radomia. Po otrzymaniu informacji od wywiadowcy, że w mieście nie ma dodatkowych sił ubowskich, przystąpiono do akcji.
Jeden z żołnierzy "Harnasia", Jan Pająk "Sęp" (po akcji na więzienie aresztowany i sądzony, na wolność wyszedł w 1947 r.) wspominał: "Wóz naszej grupy szturmowej przejechał powoli obok więzienia i minął bramę oraz skwerek, na którym dojrzeliśmy grupę umundurowanych ludzi. Po przejechaniu jeszcze około dwudziestu metrów, wóz zatrzymał się. Wyskoczyliśmy wszyscy przez otworzoną wcześniej tylną klapę i pobiegliśmy. Ostrzelani przez nas mundurowi rozbiegli się w popłochu, a my znaleźliśmy się pod bramą".
Stefan Bembiński "Harnaś": "Grupa uderzeniowa doskoczyła w pobliże drzwi wejściowych więzienia. Andrzej Szymański podał gamona kapr. »Żandarmowi«, ten uzbroił gamona, przylepił do stalowych drzwi. Odskoczyli. Nastąpił wybuch. Wtargnęli do środka. Obsługa więzienna oddała klucze".
Żołnierz "Harnasia", Henryk Skurkiewicz "Olszak", w lutym 1945 r. aresztowany przez UB, sądzony razem z 44 innymi AK-owcami, skazany na dwa lata więzienia i osadzony w radomskiej katowni (po uwolnieniu 9 września ukrywał się), opowiadał o sytuacji wewnątrz zdobywanego więzienia: "Już po zapadnięciu zmroku usłyszeliśmy strzały w pobliżu więzienia. Było nas w celi siedmiu. Porwaliśmy się wszyscy na równe nogi. Nie wiem, jak inni, ale ja od razu wiedziałem, co to oznacza. Usłyszeliśmy okrzyki »hurra, hurra« i - potężny wybuch, który wstrząsnął budynkiem. Właśnie wysadzono bramę. Idą po nas! Będziemy wolni! Radość, radość nie do opisania!".

Z WIĘŹNIÓW ZNOWU ŻOŁNIERZE

Jan Pająk "Sęp" opisywał dalszy przebieg akcji: "Po wywaleniu bramy wpadliśmy hurmem do środka i przez podwórze przedostaliśmy się na więzienne korytarze. Strażników znaleźliśmy w dyżurnym pokoju. Nie stawiali oporu, zachowywali się spokojnie. Klucze oddali od razu. Jeden z nich otwierał nam cele, w których siedzieli AK-owcy".
Stefan Bembiński "Harnaś": "Strażnik więzienny Franciszek Małecki z własnej woli pomagał otwierać cele. Potem dostał za to wyrok: kilka lat więzienia. Obsada niektórych cel uwolniła się sama, wyważając drzwi przy pomocy desek z rozbitych prycz. Uspokojony faktem, że szturmujący partyzanci są już w środku więzienia, przeszedłem ulicę i zająłem stanowisko dowodzenia, mając przy sobie część drużyny osłonowej i poczet dowódcy. Co chwila dobiegali gońcy z ubezpieczeń meldując, że wszystko przebiega według planu".
Jan Pająk "Sęp" mówił dalej: "Cel z kryminalistami nie otwieraliśmy, ale oni - widząc co się dzieje - sami wyważali drzwi ławami i uciekali. Strażnik pokazał nam wtedy jednego volksdeutscha, skazanego na śmierć, radząc zabrać go ze sobą, gdyż w przeciwnym wypadku może uniknąć zasłużonej kary. Zrobiliśmy według jego rady i później, za miastem, wykonaliśmy na zdrajcy wyrok".
Henryk Skurkiewicz "Olszak": "Nie czekając na pomoc z zewnątrz - wywaliliśmy drzwi ciężką, olbrzymią ławą i wybiegliśmy na korytarz. Usłyszałem wtedy wołanie »Olchy«, kolegi z oddziału: - Gdzie »Olszak«? Odezwij się! - Słyszałem, jak wypytywał o mnie, zawiedziony, że nie znalazł mnie w celi nr 1, z której przed kilkoma dniami przeniesiony zostałem do celi numer 23 na drugim piętrze. Kiedy mnie szukał - już zbiegłem po schodach. Przywitanie nasze było radosne i serdeczne. Nie było jednak czasu na rozmowy! Dostałem bergmana i włączyłem się do akcji. Byłem znowu żołnierzem, nie więźniem".

BRAWO ARMIA KRAJOWA!
NIECH ŻYJE WOLNA POLSKA!


Tymczasem w mieście żołnierze "Harnasia" obstawiali ustalone wcześniej punkty, aby zabezpieczyć ewakuację uwolnionych więźniów i ochronić akcję przed ewentualnym kontruderzeniem przeciwnika.
Tak o sytuacji w opanowanym przez żołnierzy podziemia Radomiu opowiadał uczestnik akcji, Stefan Jabłoński "Żubr" z oddziału Henryka Podkowińskiego "Ostrolota" ("Żubr" brał wcześniej udział w rozbijaniu więzienia w Kielcach, potem aresztowany i więziony, zmarł w 1989 r.): "Idąc Rwańską w stronę ulic, które mieliśmy blokować (Bernardyńska, Lekarska, Bóżnicza) - natknęliśmy się na tłum ludzi. Nie wiem, czy dlatego, że był to niedzielny wieczór, czy też z powodu gęstej strzelaniny, ale na uliczkach Starego Miasta zgromadziło się bardzo dużo ludzi. Walili Rwańską jak wezbrana rzeka. Żeby szybko przejść - musieliśmy wołać do nich: - Padnij, padnij! - i strzelaliśmy w powietrze. Padali rzeczywiście, a my, prawie po ich plecach, przebiegaliśmy dalej".
Zbigniew Cichoń "Skromny" (po akcji na więzienie aresztowany, sądzony, w więzieniu doprowadzony do załamania nerwowego, na wolność wyszedł w 1947 r.) zapamiętał jeszcze inne wydarzenie: "Obserwowaliśmy z kolegami reakcję przypadkowych przechodniów, a potem publiczności, wychodzącej po przedstawieniu z cyrku. Na placu Jagiellońskim (Zwycięstwa) była ustawiona buda i w tym właśnie dniu, z jakiegoś powodu - może awarii światła - przedstawienie rozpoczęło się z opóźnieniem i ludzie wyszli na zewnątrz w czasie trwania akcji w więzieniu. Zaciekawieni i jednocześnie zatrwożeni strzelaniną - tłoczyli się i pchali w niepożądanym przez nas kierunku. Trzeba było nimi pokierować, żeby nie dostali się w pole ostrzału. Z kilkoma kolegami otrzymaliśmy polecenie zejścia z posterunku i zawracania ludzi w kierunku przeciwnym. Mówiliśmy im: - To jest akcja żołnierzy Armii Krajowej na więzienie, uwalniamy naszych kolegów. Cały Radom jest w naszych rękach. Idźcie do domu, bo kule nie wybierają. - Niektórzy niechętnie, inni skwapliwie, wyraźnie przestraszeni, odchodzili w kierunku ulic Kelles-Krauza i Focha, które im wskazywaliśmy. Wielu z nich głośno wyrażało radość i uznanie: - Brawo Armia Krajowa! Niech żyje wolna Polska! - Kiedy uporaliśmy się z maruderami, wróciliśmy na swoje stanowiska".
Władysław Radulski "Renoma" (wcześniej żołnierz Brygady Wileńskiej Zygmunta Szendzielarza "Łupaszki", od 1944 r. członek oddziału Henryka Podkowińskiego "Ostrolota", a po akcji na radomskie więzienie podkomendny oddziału WiN Franciszka Jaskólskiego "Zagończyka", w 1949 r. aresztowany , skazany na karę śmierci, zamienioną na 10 lat, w więzieniu traktowany wyjątkowo brutalnie, na wolność wyszedł w 1956 r.) opowiadał o kolegach, rannych w walce pod więzieniem w Radomiu: "Zobaczyłem, jak »Piorun« odprowadzał rannego »Sokoła«, a dwaj inni koledzy - »Andrzeja«. Odeszli do przodu, a pod moją opieką pozostali ciężko ranni - »Józio« z przestrzelonym kręgosłupem i »Słowik« z poharatanym brzuchem. Z początku w transporcie rannych pomagali uwolnieni więźniowie, ale zanim dotarliśmy do ulicy Mlecznej (Świerczewskiego), większa ich część rozbiegła się. Ranni, niesieni przez nas na razie na rękach, jęczeli i broczyli krwią. Nie bez wysiłku dotarliśmy do dzielnicy Kaptur i tam ułożyliśmy ich na wymoszczonym wozie, zarekwirowanym chwilowo piekarzowi. Jakiś sanitariusz pobiegł i z grubsza opatrzył rannych. Zostaliśmy trochę w tyle, obawiałem się nawet, żeby nas znienacka nie zaatakowano".

"DZIĘKUJĘ I ŻYCZĘ SZCZĘŚCIA"

Dowódca Stefan Bembiński "Harnaś", od początku kierujący akcją z budynku naprzeciw więzienia, pisał o wyprowadzaniu ludzi z murów katowni: "Ustawienie w czwórki oswobodzonych, zaprowadzenie jakiegokolwiek porządku trwało długo. Z okien nad nami oklaskami i okrzykami dziękowali nam Radomianie. Z więzienia wybiegł pchor. Wacław Biernacki »Zawój«, meldując, że akcja zakończona. Poleciłem trębaczowi dać sygnał o zakończeniu akcji. Wystrzelono pociski z rakietnicy. Bardzo wzruszony ruszyłem, prowadząc kolumnę przez plac Jagielloński na ukos do ul. Struga. (...) Dochodzimy wreszcie do Sportowej. Mówimy uwolnionym kolegom, że ci, którzy mogą dojść do swoich znajomych, do wsi, byle nie do swoich domów, są wolni. Zostaną ze mną tylko oficerowie, z którymi w najbliższych dniach pragnie mówić ppłk Zygmunt Żywocki »Wujek«. Przypominam im, że UB zrobi wszystko, aby ich odnaleźć. Dziękuję i życzę szczęścia".
Akcja zakończyła się sukcesem. Więzienie rozbito, więźniowie zostali uwolnieni, a przeciwnik nie zdążył przyjść z pomocą zaskoczonym radomskim ubekom, milicjantom i enkawudzistom.
Stefan Bembiński "Harnaś" podsumowuje: "Nie znam dokładnej liczby uwolnionych więźniów. Jerzy Ślaski w swym wspaniałym dziele pt. »Polska Walcząca« przytacza liczbę około 300 osób. Myślę, że tylu uwolniliśmy. (...) Według oceny naszego wywiadu, siły przeciwnika w Radomiu łącznie wynosiły około 3000 ludzi. Nie jest to liczba zawyżona. Biorąc pod uwagę niewspółmierność sił obu stron, taktyka zastosowana przez nas w tej akcji, to jest bezwzględna blokada wszystkich potencjalnych ognisk zapalnych przeciwnika poza więzieniem, była taktyką jedynie słuszną".
A straty własne? W akcji na radomskie więzienie zginęło trzech żołnierzy Armii Krajowej.

SKAZANI ZA ARMIĘ KRAJOWĄ

Władysław Radulski "Renoma": "Zastanawiałem się nieraz, dlaczego nikt nas nie zaatakował w chwili odwrotu. Widocznie bardzo skutecznie spacyfikowaliśmy przeciwnika. A przecież był wtedy w Radomiu w rezerwie 2 pułk artylerii. Jego dowódcą był Paskiewicz, brat generała, który zyskał ponurą sławę pacyfikując Białostocczyznę i Olsztyńskie w latach 1947 - 1950. Pułk w ogóle nie ruszył się z miejsca. Dopiero po tygodniu miała miejsce wielka obława, przeprowadzona przez jednostki radzieckie i KBW".
Wkrótce Stefan Bembiński "Harnaś" i Zygmunt Żywocki "Wujek" zostali aresztowani przez bezpiekę i ostatecznie trafili do więzienia na Rakowieckiej w Warszawie. Przed Wojskowym Sądem Okręgowym w Warszawie sądził ich znany kat AK-owców, żyjący do dziś stalinowski sędzia Mieczysław Widaj. Głównym zarzutem, jaki im przedstawiono, był udział "w związku Armii Krajowej mającym na celu obalenie demokratycznego ustroju Państwa Polskiego".
Stefan Bembiński "Harnaś" opowiadał o procesie: "Dwudziestego szóstego lutego 1946 roku, około godziny 9 wywołano mnie z celi. Oddziałowy w pasie i w czapce wyprowadził mnie z X Pawilonu do pomieszczenia, które okazało się być jadalnią dla służby więziennej. (...) Wyrok był już przed rozprawą postanowiony, bo wysoki sąd w czasie rozprawy ignorował mnie zupełnie, jakbym już nie istniał. (...) Około godz. 20 oddziałowy w pasie i w czapce zabrał mnie do innego tym razem pomieszczenia, w tym samym skrzydle więzienia. Był to jakiś pokój biurowy. Przewodniczący sądu monotonnym głosem czytał wyrok i uzasadnienie. Przełożony mój, ppłk Zygmunt Żywocki »Wujek« otrzymał łącznie 10 lat więzienia, ja łącznie - karę śmierci i pozbawienie wszelkich praw na zawsze. Trochę zawirowało mi w głowie, jak po uderzeniu obuchem, ale stałem". W akcie oskarżenia nie mogło zabraknąć "gwałtownego zamachu na więzienie w Radomiu": "obaj oni zorganizowali i wzięli udział w uwolnieniu w dniu 9 września 1945 r. z więzienia w Radomiu więźniów przy czym działały partyzantki: »Beja«, »Ostrolota« i »Sokoła«, a ofiarami akcji padło 5 osób: trzy osoby cywilne i 2-ch milicjantów. Oskarżeni wyjaśniali tę akcję chęcią oswobodzenia kolegów, musieli się jednak liczyć z następstwami takich przedsięwzięć i te ich obciążają".
Inni żołnierze "Harnasia" też ponieśli surowe konsekwencje. Mieczysława Brewczyńskiego komunistyczne sądy (aż dwa) skazały w 1946 r. na łączną karę dożywotniego więzienia (zmienioną następnie w drodze amnestii na karę 15 lat więzienia) za to, że "był członkiem nielegalnej organizacji AK, mającej na celu przemocą zmienić ustrój Państwa Polskiego", a wśród wielu zarzutów wymieniono akcje na więzienie w Kielcach i Radomiu. W 1993 r. sąd III RP uznał wyroki stalinowskich sądów na Brewczyńskiego za nieważne, gdyż "wnioskodawca został skazany za samą przynależność do organizacji AK, która - jak wiadomo - była organizacją walczącą o niepodległą i suwerenną Polskę".

POTĘPIĆ STALINIZM

Stefanowi Bembińskiemu "Harnasiowi" komuniści złagodzili wyrok, kolejno - na dożywocie i na 10 lat więzienia. Przetrzymywany w Rawiczu i we Wronkach, na wolność wyszedł w 1952 r., ale przez lata był szykanowany, nie mógł znaleźć pracy. Po Październiku 1956 r. organizował w Radomiu oddział ZBoWiD-u i pełnił funkcję jego prezesa. W latach 80. zaczął działać w "Solidarności", m.in. jako przewodniczący Sekcji Żołnierskiej przy Zarządzie Regionu Ziemia Radomska.
Pozostali uczestnicy radomskiej akcji po wyjściu z więzienia też byli represjonowani i mieli kłopoty ze znalezieniem pracy. Wielu - tak jak "Harnaś" - włączyło się następnie w ruch "Solidarności" i za działalność niepodległościową byli internowani w stanie wojennym.
W pierwszych wolnych wyborach do Senatu Stefan Bembiński został wybrany senatorem ziemi radomskiej, z ramienia Komitetu Obywatelskiego.30 sierpnia 1989 r. na uroczystym posiedzeniu z okazji 50. rocznicy wybuchu II wojny światowej powiedział m.in.: "Ofiara krwi żołnierzy Września, walka i ogromne straty poniesione przez Naród Polski w okresie okupacji niemieckiej są tak wielkie, że możemy stwierdzić: nikt nam wolności nie darował. Myśmy ją sami wywalczyli, a stwierdzenie to tym bardziej podkreśla tragiczną sytuację naszego społeczeństwa, w jakiej znalazło się ono od połowy 1945 do mniej więcej 1956 roku. Okres ten, okres zbrodni i pogardy dla społeczeństwa polskiego, musi trwać w pamięci narodu po to, aby nigdy więcej nie powtórzyły się podobne zbrodnie dokonane przez Polaków na Polakach. Dlatego proszę, aby właśnie teraz dostojny Senat, najwyższe gremium Rzeczypospolitej, wybrane w pierwszych wolnych wyborach, uchwałą swoją potępił ów hańbiący okres i ludzi, którzy go tworzyli. Czas najwyższy skończyć z anonimowością, przemilczeniami i fałszerstwami".

TADEUSZ M. PŁUŻAŃSKI

W artykule wykorzystałem wspomnienia Stefana Bembińskiego "Harnasia": "Te pokolenia z bohaterstwa znane", wyd. przez Społeczny Komitet przy Światowym Związku Żołnierzy Armii Krajowej, Okręg Radom, 1996 r., i innych uczestników akcji, zawarte w książce Danuty Suchorowskiej "Rozbić więzienie UB! Akcje zbrojne AK i WiN 1945-1946", wyd. Agencja Omnipress, 1999 r.

Tekst pierwotnie (w okrojonej formie) ukazał się w tygodniku "Najwyższy CZAS!"

Publicystyka Tadeusza M. Płużańskiego na ASME.


Dziś prawdziwej Prawicy już nie ma... - Janusz Korwin-Mikke Wysłane sobota, 16, września 2006 przez Krzysztof Pawlak

...ale istnieją partie nazywające się "prawicowymi" lub "centro-prawicowymi". Przyjrzyjmy się temu bliżej.

40 lat temu zrobił to guru liberałów (w USA zwanych tam "libertarians", bo słowo "liberal" ukradli socjaldemokraci), prof. Milton Friedman. Zajrzał mianowicie do Biblioteki Kongresu, przeczytał program Amerykańskiej Partii Komunistycznej z 1920 bodaj roku - i stwierdził z przerażeniem, że wszystkie [w "DZIENNIKU": niemal wszystkie] punkty tego programu są w ówczesnych Stanach spełnione! Dziś jest, oczywiście, znacznie gorzej; mówi się np. o zakazaniu wolnym niegdyś obywatelom nazbyt tłustego jedzenia - co nie przyszło do głowy nawet tak wybitnym przedstawicielom Lewicy jak Lenin, Hitler czy Trocki (ale zakaz palenia Hitlerowi przyszedł!) .
Może warto tu podać, co rozumie się przez "Prawicę". Otóż w odróżnieniu od Lewicy, propagującej socjalizm (zwany dziś "państwem opiekuńczym") Prawica wyznaje zasadę "Każdy jest kowalem własnego losu" - wywodzącą się wprost z podstawowej zasady prawa rzymskiego: "Volenti non fit iniuria". Albo człowiek jest obdarzony wolną wolą - i wtedy ma prawo jeździć bez pasów lub wejść, jeśli chce, do klatki z lwami - albo uznajemy, że człowiek jest tylko bydlęciem, za którego zdrowie, wykształcenie, a nawet otyłość odpowiada nie on sam, tylko Urzędnik Państwowy - który tym samym ma prawo nakazywania bydlętom, by chodziły do właściwej szkoły, brały właściwe lekarstwa, jadły właściwe potrawy - właściwe według Urzędnika.
Przeciwieństwem liberalizmu jest więc etatyzm - zasada, że państwo odpowiada za człowieka. Między tymi zasadami nie ma kompromisu: albo traktujemy człowieka jak istotę odpowiedzialną za los swój i swoich dzieci - albo traktujemy go jak bydlę (lub, jak kto chce: jak małe dziecko). Tertium non datur.
Z tej podstawowej różnicy płyną niezliczone konsekwencje praktyczne. Lewica chce podwyżki podatków, bo człowiek mając pieniądze, wszystko przepije - Prawica chce niskich podatków i wierzy, że człowiek wyda je rozsądniej i oszczędniej. Część zapije się na śmierć? Ich problem, byli kowalami swojego losu. Pismo Święte (i to Nowy Testament!) doradza nawet ostrzej: jeśli gałąź uschła - odrąb ją (czyli: nie czekaj, aż sama odpadnie). A już w żadnym przypadku nie należy jej ratować.
Lewica chce zniesienia kary śmierci - bo to nie człowiek jest winien, że zabił - tylko społeczeństwo, bo go źle wychowało. Prawica uważa, że jeśli ktoś wiedział, że za morderstwo (czyli zabójstwo z premedytacją) jest kara śmierci - i zabił - to chciał, by go powieszono; jak ktoś kładzie głowę na szynach, to chce, by ją pociąg obciął - czy-ż nie?
Lewica chce przymusowych ubezpieczeń w każdej dziedzinie - a już na pewno emerytalnych. Prawica domaga się ich zniesienia, jako niemoralnych i oduczających od samodzielnego troszczenia się o własny los. I tu od razu uwaga: p. Włodzimierz Cimoszewicz mówiący powodzianom "Trzeba było się (dobrowolnie) ubezpieczyć", zachował się jak klasyczny prawicowiec. A najbardziej prawicowym (poza UPR) politykiem był członek PZPR Mieczysław Wilczek, autor reformy gospodarczej z 1988 roku.
Lewica dba o Człowieka Pracy: ma mieć urlopy, przerwy w pracy, luksusowe warunki - i przymyka oko na to, że po pracy musi kupować buble wytwarzane przez rozleniwionych Ludzi Pracy. Prawica domaga sie, by Człowiek Pracy był wyzyskiwany - by po pracy, już jako Konsument, miał dobre i tanie towary wytworzone przez wyzyskiwanych Ludzi Pracy.
Lewica mówi o bezpieczeństwie; Prawica mówi o Wolności. Cytuje bajkę o Brysiu i wilku ("Lepszy na Wolności kąsek ladajaki / Niźli w niewoli przysmaki"). Również bajkę o o mrówce - która konikowi polnemu, który całe lato śpiewał, odmawia zimą kęsa strawy i radzi: "To idź teraz potańcz!". Jest to oczywiście bajka prawicowa - i podejrzewam, że została dawno usunięta przez Lewicę z podręczników literatury w szkołach.
Prawica jest przy tym nad wyraz podejrzliwa w stosunku do demokracji - do tego stopnia, że na przykład ja na ogół to obrzydliwe słowo wykropkowuję do "d***kracja". Myśl o życiu w ustroju (na szczęście rzadkim na przestrzeni dziejów), w którym dwóch meneli spod budki z piwem ma dwa razy więcej siły politycznej niż profesor uniwersytetu; w ustroju w którym WCzc. Anna Sobecka do spółki z p. Magdaleną Środową ["Dziennik": Środa] mogą decydować, czego ja mam uczyć swoje dziecko i jak wychowywać własnego syna - budzi przerażenie. Gdy Tyran ma imię i nazwisko, można go przekonać, otruć - ewentualnie ukrywać się przed nim, licząc na sympatię sąsiadów; gdy Tyranem jest Większość - któryś sąsiad natychmiast dysydenta wyda... Lud powinien, być może, wybierać lokalnych urzędników, na pewno powinien określać, ile chce i może zapłacić podatków - ale uchwalanie przez lud Prawa jest absurdem, co widać po (nie tylko polskim) parlamencie, który pierwotnie przeznaczony był przecież tylko do dumania (w Rosji) lub gadania (na zachodzie Europy).
Natomiast Lewica chce rozszerzenia demokracji (ostatnio: na 16-latków - propozycja SPD w Niemczech - i na goryle - to Lewica w Nowej Zelandii), gdyż pamięta słowa Karola Marxa: "By zbudować w jakimś kraju socjalizm, wystarczy zbudować w nim demokrację". Istotnie: głupich jest znacznie więcej niż mądrych, a idea, że jak się równo podzieli, dopieści: dzieci, niepełnosprawnych, kobiety, nieudaczników i idiotów, to wszystkim będzie lepiej - jest dla idioty nieodparcie Piękna i Słuszna. Prawica twierdząca, że wskutek tego rośnie liczba nieudaczników, idiotów, niepełnosprawnych, zdziecinniałych i sfeminizowanych - uważana jest za dziwaczkę.
Proszę zwrócić uwagę na jeszcze jeden paradoks: Prawica uważa, że człowiek potrafi odpowiedzialnie decydować o swoim losie: ubezpieczyć się - lub nie; wydać na lekarza - czy na chipsy i wódkę; natomiast nie potrafi decydować o cudzych sprawach, bo mało go one interesują i z natury rzeczy mało się na nich zna. Lewica odwrotnie: uważa człowieka za idiotę, który nie umie się ubezpieczyć, podjąć decyzji o zaszczepieniu dziecka czy przylaniu mu pasem - natomiast ten idiota nagle staje się geniuszem, gdy przychodzi mu w referendum decydować o Anschlußie do Wspólnoty Europejskiej lub o kształcie Konstytucji!!!
Biurokracja oczywiście popiera zawsze Lewicę: tyle posad przy rozdzielaniu, dopieszczaniu i w ogóle przy opiekowaniu się. A ile można nakraść! I tak Większość Idiotów w symbiozie z Biurokracją rozbudowują rządy Lewicy - aż do ich nieuniknionego krachu.
Bo, przypominam, demokracje to rzadkie ptaki w historii. Pojawiają się co jakiś czas - ale bardzo szybko (po najdalej 200-300 latach) giną w rozpuście, korupcji i powszechnym ogłupieniu.
Przechodząc do teraźniejszości. Poza Unią Polityki Realnej, uzyskującą wyborach od 3,5% do 1,5% (pomijam Trójmiasto, Poznań, Szczecin czy Kraków - ze znacznie lepszymi wynikami, podchodzącymi pod 12%), wszystkie partie w Polsce (i w Europie) są lewicowe. W różnych odcieniach: są ceglaści, krwawi, amarantowi (PiS), brunatni, pomarańczowi (PO), karminowi, różowi (PD) - ale to wszystko rozmaite odcienie Czerwieni. Dzielą się - jak 20 lat temu napisał najwybitniejszy polski felietonista ["DZIENNIK": wycięte "najwybitniejszy polski felietonista"], Stanisław Michalkiewicz - na socjalistów "pobożnych" i "bezbożnych", na "demokratycznych" lub nie - ale z mojego punktu widzenia jest wszystko jedno, czy normy żywnościowe określa sekretarz partii, czy ksiądz, czy moja własność zostanie "uspołeczniona", "upaństwowiona" czy "znacjonalizowana", czy nastąpiło to z woli Stalina czy z woli Większości!! Równie nienawistny jest mi system, w którym p. Jaruga-Nowacka zakaże nauczania religii w szkołach - jak i taki, w którym p. Roman Giertych nakaże 20 godzin religii tygodniowo! W normalnym kraju mój pradziad - i tylko on - decydował, czego się uczy jego dziecko - i żadni "ministrowie edukacji" nie istnieli. Pierwszym bodaj w historii Polski był niesławnej pamięci Aleksander Lwowicz Apuchtin - ale zakres jego ingerencji w program szkolny był znacznie mniejszy od uprawnień dzisiejszego MEN!
Nie ma - poza UPR - partii, która otwarcie mówi: "Tak: jesteśmy partią reakcyjną; na szaleństwa Lewicy niszczącej od 100 lat naszą cywilizację trzeba wreszcie zareagować!!"; która mówi: "Zasiłki dla bezrobotnych są szkodliwe" (nie dla budżetu - o czym wspomina PO; dla bezrobotnych, bo uczą ich żyć bez pracy, demoralizują więc i ich, i ich dzieci); która mówi: "Morderców na szubienicę" (nie "pedofili" - każdego mordercę!); która mówi: "Lekarze i pielęgniarki nie powinni mieć nic do gadania w szpitalach! Szpital powinien być własnością kapitalisty - a on z kolei powinien być nieustannie zagrożony bankructwem, jeśli nie będzie dopasowywał się do potrzeb prawdziwych dysponentów szpitala: pacjentów!"; która mówi: "Zlikwidować służbę zdrowia, przymus ubezpieczeń, system państwowej edukacji i, last but not least, system emerytalny (ale, uwaga: tylko UPR domaga się wypłacania dożywotnio emerytur tym, od których pod przymusem już wzięto składki, bez oszustw w rodzaju podnoszenia wieku emerytalnego); która wreszcie chce radykalnego ograniczenia demokracji ("Czy, zamiast kapitana, chcesz o kursie statku decydować Ty - wraz z tymi trzema panienkami na leżakach, na zasadzie: jeden człowiek - jeden głos??")?
Dopóki morze jest spokojne, kasa pełna, spiżarnia też - statkiem mogą kierować nie tylko pasażerowie w głosowaniu powszechnym, ale i stado pawianów. I to jest powodem, dla którego na świecie istnieje wiele demokracji. Kasa kończy się jednak szybko. Za Salazara Portugalia miała tempo rozwoju 8,5% rocznie i kilka ton złota w skarbcu - po wprowadzeniu demokracji tempo spadło do 4,5%, a państwo jest monstrualnie zadłużone. Pasażerowie zawsze głosują, by jak najwięcej wydawać, wydawać, wydawać...
Ostatnio pojawia się nowe zjawisko. Do tej pory bywało tak, że wielcy przywódcy Lewicy - Hitler, Piłsudski, Stalin ["DZIENNIK": wycięty Piłsudski] - po objęciu władzy skręcali, pod naciskiem rzeczywistości, w prawo. (Stalin wymordował bolszewików, Hitler rozpędził SA i wymordował ich kierownictwo, Piłsudski wygonił socjalistów do opozycji ["DZIENNIK": wycięte "Piłsudski wygonił socjalistów do opozycji"]). Obecnie partie tzw. centro-prawicy - w USA Republikanie (Busha, nie Reagana!), we Francji UMP Chiraca, w Polsce PiS - skręcają w lewo i budują "socjalizm państwowy" (nie "narodowy") - czyli klasyczny, czysty etatyzm.
Za zgodą Większości, oczywiście.
Mamy w nim gnić - i czekać, aż przyjdą Chińczycy lub muzułmanie?

Janusz Korwin-Mikke

Tekst pierwotnie opublikowany w dzienniku "Dziennik".


OCZEKUJEMY KOLEJNYCH EKSTRADYCJI KOMUNISTYCZNYCH ZBRODNIARZY - STEFANA MICHNIKA I JÓZEFA BIKA VEL BUKARA
O TYCH, KTÓRZY SCHRONILI SIĘ W SZWECJI - Tadeusz M. Płużański
Wysłane piątek, 15, września 2006 przez Krzysztof Pawlak

Rok temu Izrael odmówił Polsce wydania komendanta "polskich", a w rzeczywistości ubeckich obozów w powojennej Polsce - Salomona Morela. Miesiąc temu na ekstradycję stalinowskiej zbrodniarki - Heleny Wolińskiej-Brus nie zgodziła się Wielka Brytania. Oboje będą jednak sądzeni w Polsce. Tak, ale pod warunkiem, że minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro poprze nową inicjatywę prof. Witolda Kuleszy, szefa pionu śledczego IPN o wprowadzeniu do polskiego prawa tzw. trybu zaocznego. Taki sam los spotka dwóch komunistycznych oprawców, którzy uciekli przed sprawiedliwością do Szwecji. Pierwszy to stalinowski sędzia Stefan Michnik, przyrodni brat naczelnego "Gazety Wyborczej". Drugi: stalinowski śledczy Józef Bik vel Bukar (niedawno odnaleziony niemal cudem po 35 latach), odpowiedzialny m.in. za zamordowanie Danuty Siedzikówny "Inki", 17-letniej sanitariuszki z oddziału legendarnego Zygmunta Szendzielarza "Łupaszki".

Stefan Michnik, były stalinowski sędzia w randze kapitana, ma na swoim koncie co najmniej dziewięć wyroków śmierci na niewinnych ludzi (część została wykonana). W 1969 r. uciekł przed sprawiedliwością do Szwecji. Od tego czasu pędził spokojne życie bibliotekarza na uniwersytecie w Uppsali, by w połowie lat 90. przejść na emeryturę. W latach 70. zyskał uznanie polskiej emigracji: na łamach paryskiej "Kultury" publikował teksty o Czechosłowacji, używając pseudonimu Karol Szwedowicz. Tak jak Helena Wolińska-Brus - popierał "Solidarność". Dziś twierdzi, że nie wiedział o fałszowaniu akt przez UB, wierzył, że służył swojemu krajowi, a przeszłość... jest jego prywatną sprawą.

SUCHOCKA BEZ KOMPETENCJI

Zapowiedź wystąpienia o ekstradycję ze Szwecji Stefana Michnika była pierwszą publiczną deklaracją, jaką złożył w 2000 r. prof. Witold Kulesza, szef świeżo powstałego pionu śledczego IPN - Głównej Komisji Ścigania Zbrodni Przeciwko Narodowi Polskiemu. Kulesza stwierdził, że przynajmniej w jednym z trzech procesów politycznych, które zbadał, skład sędziowski, w którym zasiadał Michnik, dopuścił się zbrodni sądowej.
Sprawa kpt. Michnika nabrała rozgłosu już wcześniej - za rządów w ministerstwie sprawiedliwości Hanny Suchockiej. Na jej biurku znalazły się dwa wnioski - o wszczęcie śledztwa wobec stalinowca (autorstwa Ligi Republikańskiej) oraz jego ekstradycję ze Szwecji. Zarzuty były konkretne - wydawanie wyroków śmierci w sfingowanych procesach politycznych, co w myśl kodeksu karnego stanowi przestępstwo. Oba wnioski nie doczekały się rozstrzygnięcia. W jednym z wywiadów Suchocka stwierdziła, że nie będzie zajmować się ewentualną ekstradycją Michnika do Polski, gdyż sprawa nie leży w kompetencjach prokuratury powszechnej, ale pionu śledczego IPN (który jeszcze nie istniał i w którego powołanie mało kto wtedy wierzył). Kiedy IPN wreszcie powstał i prof. Kulesza złożył swoją deklarację, wydawało się, że dojdzie do ekstradycji Stefana Michnika i nastąpi to szybko. Na zapowiedziach jednak się skończyło. Ten stan trwa do dziś.

"WYBORCZA" ROZLICZA STALINIZM

Dlaczego prokuratorzy, jak i dziennikarze (z niewielkimi wyjątkami) nie byli zainteresowani podejmowaniem tematu? Nie chodziło tylko o niechęć lewicowych mediów i związanej z nimi opinii publicznej do rozliczenia stalinizmu, ale również, a może przede wszystkim o Adama Michnika. Stefan Michnik twierdził zresztą, że zainteresowanie jego osobą (dodać trzeba - minimalne) ma na celu zaszkodzenie naczelnemu "Wyborczej".
Dziennikarz Michnik też zajął stanowisko w sprawie byłego sędziego Michnika. Jego gazeta dokonała ciekawego zabiegu - wydrukowała (przyznając sobie palmę pierwszeństwa) pełny tekst raportu tzw. komisji Mariana Mazura (z-cy prokuratora generalnego PRL), powołanej w 1956 r. do "zbadania przejawów łamania praworządności" w najwyższych organach sądownictwa wojskowego. Dziwnym trafem "Wyborcza" zapomniała, że prawie cały dokument był już wcześniej publikowany. Pierwszy ujawnił go wybitny znawca stalinizmu, prof. Jerzy Poksiński w sztandarowej do dziś pozycji, dotyczącej tego okresu pt. "My, sędziowie nie od Boga". Wszyscy szanujący się badacze lat 1944-56 od kilku lat znali treść książki i nazwisko Stefana Michnika, jako jednego ze skompromitowanych sędziów, którzy wydawali wyroki pod dyktando komunistycznych władz i aparatu bezpieczeństwa. W raporcie sprzed pół wieku znalazły się też nazwiska innych osób, związanych ze środowiskiem "Wyborczej", m.in. płk. Ignacego Krzemienia (Główny Zarząd Informacji WP) czy ppłk Heleny Wolińskiej (Naczelna Prokuratura Wojskowa).

"NIE WSZCZYNAĆ POSTĘPOWANIA KARNEGO"

Publikacją raportu gazeta Adama Michnika załatwiła sprawę zbrodni stalinowskich i odniosła zamierzony efekt - zyskała uznanie polskich i światowych kręgów postępowych. Największy poranny dziennik w Szwecji (obecnej ojczyzny Stefana Michnika), sztokholmski "Dagens Nyheter" napisał, że "GW" jako pierwsza (a jakże!) oskarżyła osoby z listy Mazura, m.in. kpt. Michnika. Wymowa artykułu była jasna - Adam Michnik nie tylko domaga się rozliczenia komunistycznych zbrodniarzy, ale dochodząc sprawiedliwości, nie oszczędza nawet swojego brata. Ponieważ tekst ukazał się w gazecie Michnika, wszystko było w porządku. Gdy inne media opisywały czasy stalinowskie, wołając o ukaranie sprawców, narażały się na zarzut polowania na czarownice, szargania autorytetów, nietolerancji, antysemityzmu, były zaliczane do ciemnogrodu i nie patrzyły w jednym, dopuszczalnym kierunku - w przyszłość, w imię przebaczenia i narodowego pojednania, tak jak redaktor Michnik. Protest przyjaciół profesora Poksińskiego przeciwko manipulacji jego dorobkiem naukowym przeszedł praktycznie bez echa.
Przypominając wkrótce potem o swojej odkrywczej publikacji, "Gazeta Wyborcza" napisała o Stefanie Michniku: "Zaliczono go jednak wówczas do sędziów, których należy ukarać jedynie służbowo i - w odróżnieniu od trzech najbardziej obciążonych [Feliksa Aspisa, Teofila Karczmarza i Juliusza Krupskiego - TMP] - nie wszczynać przeciw nim postępowania karnego". A podobno Adam Michnik nigdy nie uznawał PRL-owskich materiałów? Warto również pamiętać, że komisji Mariana Mazura mimo, że przedstawiła konkretne zarzuty, dotyczące "łamania socjalistycznej praworządności", nie zależało na postawieniu sprawców przed sądem. Jej wnioski były niewspółmierne do win. Większość winnych, w tym Michnik, uniknęło kary.

WYMUSZONE ZEZNANIA

Mówiąc o trzech procesach politycznych, w których uczestniczył Stefan Michnik, pomniejszamy jego "zasługi" dla umacniania władzy ludowej w Polsce. Skazał na śmierć co najmniej dziewięć osób. O prawomocności tych wyroków niech świadczy fakt, że po 1956 r. wszyscy skazani zostali zrehabilitowani (w tym również pośmiertnie).
Chyba najsłynniejszą sprawą z udziałem Michnika był proces mjr. Zefiryna Machalli. Ten przedwojenny oficer, żołnierz Września, wywieziony następnie do ZSRR, potem w PSZ na Zachodzie, od 1947 r. w Sztabie Generalnym WP, został aresztowany przez bezpiekę. 19 listopada 1951 r. Stefan Michnik, w jednym z odpryskowych procesów od sprawy gen. Stanisława Tatara, skazał go na karę śmierci. Podczas ostatniego widzenia z żoną Zefiryn Machalla mówił, że jest niewinny, że zeznania zostały na nim wymuszone. Po wykonaniu wyroku 10 stycznia 1952 r. bezpieka pochowała go potajemnie na tzw. Łączce (dzisiejsza kwatera Cmentarza Komunalnego na Powązkach). Zofia Machalla długo nie mogła uwierzyć w śmierć męża. Czy to jest właśnie jedna z prywatnych spraw kpt. Stefana Michnika?

IMPONUJĄCA WALKA KLASOWA

O roli Michnika w innym procesie - redaktora naczelnego "Przeglądu Kwatermistrzowskiego", płk. Romualda Sidorskiego mówił inny stalinowski sędzia - płk Mieczysław Widaj: "Z rozmowy wywnioskowałem, że jest święcie przekonany o winie oskarżonego na podstawie przeprowadzonych na rozprawie dowodów [podczas śledztwa i rozprawy Sidorski nie przyznał się do rzekomej działalności szpiegowskiej - TMP]. Ze mną wówczas tow. Michnik nie rozmawiał jako człowiek, który ma chociażby cień wątpliwości" (cytat za: Jerzy Poksiński, "My, sędziowie nie od Boga").
Stefan Michnik dostąpił nawet zaszczytu orzekania w sprawie, którą prowadziła Helena Wolińska. Tadeuszowi Jędrzejkiewiczowi (oskarżonemu o działalność kontrrewolucyjną w Szkole Morskiej w Gdyni) udało się jednak ujść z życiem - mimo dwukrotnej kary śmierci wyrok złagodzono mu do 10 lat więzienia.
W 1956 r., podczas narady partyjnej, Michnik tłumaczył się: "...Nam wtedy imponowało powiedzenie o zaostrzającej się walce klasowej i nieprawdę powie ten, kto by twierdził, że wtedy z niechęcią rozpatrywał te sprawy. Ja wiem, że raczej ludzie garnęli się do tych spraw, sam muszę przyznać, że kiedy dostałem pierwszy raz poważną sprawę, to nosiłem ją przy sobie i starałem się, żeby mi tej sprawy nie odebrano" ("My, sędziowie nie od Boga").

REALIZACJA DYKTATURY PROLETARIATU

Gdy w 1951 r. Stefan Michnik zaczął wydawać wyroki w Wojskowym Sądzie Rejonowym w Warszawie, miał 22 lata (potem pracował w Najwyższym Sądzie Wojskowym). Podobnie, jak inni młodzi stalinowcy, zawodu uczył na przyspieszonych kursach w Oficerskiej Szkole Prawniczej, którą skończył jako prymus. W ten sposób karierę zrobiło wielu sędziów. Orzekając w wielu sprawach o dużym znaczeniu politycznym, Michnikowi przyświecała zapewne myśl, którą zawarł w podaniu: "do OSP chcę wstąpić dlatego, że szkoła ta kształci tych, którzy będą realizować dyktaturę proletariatu w praktyce".
Po ukończeniu OSP Michnik nie tylko sądził, ale szkolił innych, niewiele młodszych od siebie pracowników wymiaru "sprawiedliwości", jako kierownik gabinetu metodycznego "Fakultetu Wojskowo-Prawniczego" w Akademii Wojskowo-Politycznej im. Feliksa Dzierżyńskiego. W 1957 r. został zwolniony do rezerwy, do Szwecji wyjechał 12 lat później.

LIST DO IPN

W tej samej gościnnej dla komunistycznych zbrodniarzy Szwecji żyje również (pod zmienionym nazwiskiem Bukar) Józef Bik. Stalinowski śledczy zatarł za sobą ślady na ponad 35 lat. I tak by pewnie zostało, gdyby sam się nie ujawnił. Dwa lata temu Bik-Bukar przysłał do IPN list, w którym prosił o wydanie zaświadczenia, że po wojnie pracował w... organach Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego. Zaświadczenie było mu potrzebne, aby dostać wyższą emeryturę.
Po odszukaniu i przeanalizowaniu akt Bika-Bukara okazało się, że w latach 1948 - 1949 był zastępcą naczelnika wydziału śledczego Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Katowicach. Z Polski wyjechał - tak jak Stefan Michnik - na fali pomarcowej emigracji 1968 r.
Katowicki IPN napisał akt oskarżenia: "Józefowi B. zarzucamy popełnienie zbrodni komunistycznej, której dopuścił się w czasie przesłuchań członków organizacji Polskie Siły Demokratyczne i Polska Tajna Armia Wyzwoleńczo-Demokratyczna. Bił ich, znęcał się i zmuszał w ten sposób do składania zeznań". Potem do Szwecji pojechał prokurator IPN, aby przesłuchać byłego stalinowskiego śledczego (czy nie można tak było zrobić również z Wolińską i Morelem?!). Od tej pory rozpatrywana jest ekstradycja Bika-Bukara do Polski.
Tak jak w przypadku Stefana Michnika, czekamy na efekty. Czasy, kiedy środowisko gazety przyrodniego brata stalinowskiego śledczego miało wpływ na rządy i monopol na prawdę, szczęśliwie się skończyły.

TADEUSZ M. PŁUŻAŃSKI

Tekst pierwotnie ukazał się w tygodniku "Gazeta Polska".

Publicystyka Tadeusza M. Płużańskiego na ASME.


"Inteligiencja żoliborska" i gorzowska kontra "inteligencja kazimierzowsko-podwawelska" w konkurach do Miss i Mistera Świata Wysłane czwartek, 14, września 2006 przez Krzysztof Pawlak

Kampania przedwyborcza w całej krasie prezentuje się już w środkach masowego przykazu, partie-dziedziczki "ethosu" solidarnościowego wymieniają ciosy za pomocą żartobliwych, choć prostackich (jakżeby inaczej: "inteligencja żoliborska" oraz gorzowska kontra "inteligencja kazimierzowsko-podwawelska" i z Ziem Wyzyskanych...) chwytów w mediach elektronicznych starego i nowego porządku - ale to na stolicy skoncentrowana jest oczywiście uwaga całego kraju.

Pierwsze Spotkanie - w telewizyjnej stacji "walterowni" - przyniosło jedynie potwierdzenie kompletnej ignorancji dwojga konkurentów do stołecznego stolca w warszawskim ratuszu: Pani "Hianna" Gronkiewicz-Waltz jedynie co umiała - to zaprezentować się w pozie "syreniej" z symbolu stolicy, co wyobrażając sobie możliwość ujrzenia jej w pełnej krasie w roli nowej modelki do kolejnego wizerunku-symbolu Warszawy, natychmiast w akcie przerażenia zmusza warszawiaka do pełnej i kompletnej akceptacji pomysłu Biura Promocji i Reklamy Ratusza o przysłonięciu biustu Syrence na plakatach reklamujących cieszący się zasłużoną sławą porażki konkurs Miss World, na który przymusowo zostali przez PiS-owskich aparatczyków samorządowych zaproszeni w roli sponsorów warszawscy podatnicy. Takiego wyobrażenia nie przetrzymałby nikt, co z pewnością zaowocuje kolejną grupą zniechęconych do jakiejkolwiek formy demokracji lokalnej wyborców. Kazimierz "Dymisjonarz" Marcinkiewicz wystąpił jako "znawca tajników rządzenia Polską", ale - jak doniosła prasa brukowa - nie za bardzo wie, na co wydać pieniądze podatników polskich, zabrane najpierw przez brukselskich biurokratów, a zwrócone w formie "dotacji UE", pomniejszone oczywiście o "koszta manipulacyjne" europejskiego Lewiatana. O znajomość warszawskiej rzeczywistości nikt nawet nie podejrzewał występujących u Waltera kandydatów, co znalazło dobitne potwierdzenie podczas minisprawdzianu na temat warszawskich pomników, komunikacji czy budynku-molocha pozostawionego w samym centrum przez okupantów rosyjskich.
Ale znajomości lokalnej specyfiki nikt nie wymaga od spadochroniarskich reprezentantów politycznych ugrupowań, które delegują swoich przedstawicieli na włodarzy miejskich i gminnych jak do konkursu piękności, nie licząc się zupełnie z głosami tubylczej publiki. Warszawski kandydat-dymisjonat bierze udział właśnie w takim konkursie próżności, wraz ze swoją "syrenią" konkurentką. Na czas wyborów został zamówiony - na początku przez polityczną konkurencję "Dymisjonarza" - dosłowny przykład konkursu mody i próżności. Na oczach mikroskopijnej widowni rozgrywa się "szoł" pod nazwą Miss World, którego warszawscy podatnicy zostali przymusowymi sponsorami, gdyż PiS-owska administracja uznała, że będzie to dobra metoda na pokazanie się Nowemu Światu za nie swoje pieniądze - jak na prawicę przystało, a zwłaszcza "prawicowego" wiceprezesika Polskiej Organizacji Turystycznej, która to państwowa "organizacja" dojąc prywatnych przedsiębiorców z branży turystycznej, zapewnia mu i jemu podobnym, równie nieudolnym "lyberałąm kunserwatywnym" synekury na cudzy koszt, a którego ratować z nieudolności pospieszyli kumple z prawicawego Populizmu i Socjalizmu. Przez warszawski Dworzec Centralny przejechał wczoraj pociąg z misskami MW, przyszykowany przez państwowe PKP Przewozy Regionalne, gdzie przywitał je i towarzyszący im korowód amatorów łatwego i wygodnego życia - TŁUM aż 100-osobowy. Większość w nim stanowiły - jak opisały to media - kolejne dziewczątka z podaniami i życiorysami w rączkach, wyciągając je do okien, z których uśmiechali się "meneczerowie" zabawy. Kazimierz "Dymisjonarz" nie musi znać nastrojów warszawiaków, podobnie jak "Hianna" GW, kiedy ten pierwszy z pompą zapalał "wspaniałą koronę" Miss World na dachu Sali Kongresowej Pałacu im Józefa Stalina - w otoczeniu kilkudziesięciu gapiów, bo tylu aż chętnych zebrało się, by podziwiać efektowny wystrój dawnej sali zjazdowej Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, dla potrzeb której to formacji kolaborantów sowieckich okupantów Polski została wybudowana. Zaś "Hianna" GW też nie musi być a kurrant z opiniami warszawiaków zmęczonych kilkudziesięcioma laty nieprzerwanych rządów także ich miastem komunistów i socjalistów, gdy poszła wyściskiwać się z tow.tow. Kaliszem, Gieremkiem i Mazowieckim na Powązkach przy grobie trockisty Jacka Kuronia, dobitnego przedstawiciela "żoliborskiej inteligencji", która ma tyle wspólnego z inteligencją w ogóle (i dlatego ma te zaszczytne, odrębne miano), co krzesło z krzesłem elektrycznym.

Krzysztof Pawlak

Publicystyka Krzysztofa Pawlaka na ASME


A jednak się kręci... - Krzysztof Mazur Wysłane wtorek, 12, września 2006 przez Krzysztof Pawlak

Nastąpiła właśnie długo oczekiwana ofensywa braci Kaczyńskich na polu polityki zagranicznej, pan prezydent bawi ("bawi" to najlepsze określenie dla tego odcinka ofensywy) w Izraelu, a premier po wycofaniu się na z góry upatrzone pozycje w kampanii niemieckiej - wybiera się z wizytą do USA.

"Dzisiaj w Izraelu wszyscy wiedzą, że Kaczyńscy są przyjaciółmi żydowskiego narodu i Izraela" - tak efekty wizyty podsumował były ambasador tego państwa w Polsce Szewach Weiss, a potwierdził to prezydent Mosze Kacaw, chwaląc prezydenta RP "za bardzo ostrą walkę z antysemityzmem". Co do wypowiedzi ambasadora Weissa, to rzeczywiście trudno mieć wątpliwości, widząc prezydenta IV RP paradującego w białej (rabinackiej - ASME) mycce, co wskazywałoby na przynależność do "którejś z grup chasydów" lub nawet "na skrajnie prawicowych osadników w Izraelu", gdyż taką właśnie wykładnię koloru jarmułki podają źródła sympatyzujące z ideą syjonistyczną. Ale ocena zasług naszego prezydenta, wyłożona przez prezydenta Kacawa, nieco zaskakuje w zestawieniu z inną wypowiedzią ambasadora Weissa, w której ten długoletni bywalec naszego kraju wyraźnie stwierdza, że "polski antysemityzm jest na wymarciu". W czym więc może przejawiać się ostry sprzeciw naszych najwyższych władz wymierzony przeciwko antysemityzmowi, skoro ten jest "na wymarciu".
Wydaje się, że jak zwykle chodzi o rozumienie polskich interesów, by tak rzec - narodowych, a szczególnie o kwestię rekompensat za mienie, których wysokość jest przedmiotem wieloletnich zabiegów co najmniej kilku międzynarodowych organizacji żydowskich.
Tak się składa, że premier Kaczyński podczas swojej podróży po Stanach Zjednoczonych ma również rozmawiać z "działaczami Komitetu Żydów Amerykańskich (AJC), m.in. z przewodniczącym Amerykańskiego Komitetu Żydowskiego Davidem Harrisem", a w ciągu ostatnich dni swoją aktywność nasiliły m.in. Światowy Kongres Żydów i Komitet Restytucji Mienia utraconego na skutek Holokaustu. Stało się tak, gdyż polscy posłowie na poważnie zabrali się do uchwalania ustawy o rekompensatach za przejęte przez państwo nieruchomości i inne składniki mienia. Ustawa ta został zgłoszona do sejmu już w 2004 r., ale Rada Ministrów przyjęła jej projekt w lutym 2005 r., przy czym sejm poprzedniej kadencji nie zdążył wspomnianych przepisów rozpatrzyć, dlatego też problem powrócił w nowym sejmie i obecnie trafił na forum sejmowe. Sejm mając na uwadze wielkość potencjalnych roszczeń szacowanych przez rząd na ok. 60 mld zł (do tego dochodzą roszczenia dotyczące tzw. nieruchomości warszawskich, szacowane na ok. 20 mld zł oraz rekompensaty dla zabużan w wysokości kilkunastu miliardów zł, co w sumie daje kwotę ok. 100 mld zł), przychylił się do stanowiska, że wysokość rekompensat nie powinna przewyższać 15 procent wycenionego roszczenia. W związku z tym, że organizacje żydowskie popierały dotychczas tzw. ustawę Buzka przewidującą rekompensaty na poziomie 50 proc., dlatego też Yehuda Evron przewodniczący żydowskiego Holocaust Restitution Committee wyraził się że "15 proc. to dla nas obraza". Jak się więc łatwo domyślić, "godność’ została oszacowana gdzieś pomiędzy 15 a 50 proc. z owej kwoty 60 mld zł (o ile wymieniona suma nie jest wyceniona zbyt optymistycznie), co nareszcie jasno i bez owijania w bawełnę konkretyzuje, poniżej jakiej kwoty zaczyna się antysemityzm.
Oczywiście na poziomie rządu nigdy o żadnym antysemityzmie nie mogło być mowy, co dobitnie poświadcza cytowany wcześniej Yehuda Evron donoszący, iż "mam całe kartony listów od polskich przywódców, którzy obiecywali rozwiązanie tego problemu". No proszę - aż "całe kartony listów" i ani jednego nazwiska pomimo, że listy te były pisane przez "polskich przywódców". Na blogu Kazimierza Marcinkiewicza też o tym ani słowa. Problem z tymi nazwiskami polskich patriotów potwierdza wywiad, którego "Rz" udzielił cytowany już kilkakrotnie Szewach Weiss. Otóż pan ambasador opisując reakcje na jego wypowiedź, iż Polska będzie "izraelskim głosem w Unii", podał, że zadzwonił do niego "bardzo wysoki przedstawiciel polskiej dyplomacji. Jeden z najinteligentniejszych Polaków żydowskiego pochodzenia", który powiedział, że "nie będziemy waszym głosem w Unii. Będziemy głosem Polski", dodając zarazem "nie bój się, nasz głos będzie po prostu porządny". I tak rzeczywiście jest. Trochę dziwi ta skrupulatność w konspirowaniu "jednego z najinteligentniejszych Polaków żydowskiego pochodzenia" na bardzo wysokim stanowisku w dyplomacji przy przekonaniu, że "polski antysemityzm jest na wymarciu", a przy okazji jak widać - "głos porządny" jest tożsamy z "głosem proizraelskim". I po to było "odwojowywać" MSZ, aby nadal mówić tym samym "porządnym głosem"?

Krzysztof Mazur

Publicystyka Krzysztofa Mazura na ASME


Bóg nic nie traci na tym, że ludzie od Niego odchodzą - Jacek Salij OP Wysłane poniedziałek, 11, września 2006 przez Krzysztof Pawlak

"Wielu uczniów Jego się wycofało"

Obietnica Pana Jezusa, że będzie nas karmił swoim Ciałem i Krwią, wywołała wśród słuchającego Go ludu oraz wśród Jego uczniów falę zwątpienia. Chociaż dopiero co byli świadkami cudownego rozmnożenia chleba, chociaż na własne oczy widzieli wiele cudów Jezusa, teraz wiara w Niego zaczęła się w nich załamywać. "Twarda jest ta mowa, któż jej może słuchać?" - odnotował Ewangelista niepokoje ludzi, do niedawna zafascynowanych Jezusem. I jak słyszeliśmy przed chwilą, "odtąd wielu uczniów Jego się wycofało i już z Nim nie chodziło".
Gdyby Pan Jezus był tylko zwyczajnym człowiekiem i głosił tylko ludzką mądrość, zapewne uznałby to za swoją klęskę i próbowałby zmniejszyć jej rozmiary. Może złagodziłby w swojej nauce to, co dla ludzi było najtrudniejsze do przyjęcia. Może próbowałby ich przyciągnąć do siebie jakimiś nowymi cudami, może zacząłby się im przypochlebiać. Jednak On przyszedł do nas, żeby nas doprowadzić do życia wiecznego. Nie da się nawet wyobrazić, że Bóg mógłby pod wpływem zbiorowego niedowiarstwa cofnąć zakładanemu przez siebie Kościołowi dar swojego Ciała i Krwi, dar będący pokarmem na życie wieczne. Przecież ten dar był zapowiadany już w Starym Testamencie. Manna, którą Bóg karmił swój lud, aż go doprowadził do ziemi obiecanej, a również tajemniczy chleb, mocą którego prorok Eliasz doszedł na Bożą górę Horeb - to były przecież antycypacje Eucharystii, Chleba, który jest prawdziwym Ciałem Chrystusa. Mocą tego Chleba dojdziemy już nie do jakiejś doczesnej ziemi obiecanej, już nie na jakąś materialną Bożą górę. Mocą tego Chleba dojdziemy do życia wiecznego.
Ludzkie niedowiarstwo nie mogło przecież przekreślić Bożej wspaniałomyślności. Toteż kiedy z powodu obietnicy Eucharystii słuchacze zrazili się do Jezusa i zaczęli masowo od Niego odchodzić, On nie próbował dostosować swoją obietnicę do naszej małoduszności, ażeby w ten sposób przytrzymać przy sobie odchodzących. Wręcz przeciwnie. Zwrócił się wtedy do tej nielicznej garstki, która przy Nim została, z zapytaniem: "A może jeszcze wy chcecie odejść?"
Warto zobaczyć to możliwie całym sercem, że kiedy ludzie odchodzą od Boga, Pan Bóg nic przez to nie traci. Podobnie jak Pan Bóg nie staje się bogatszy ani mocniejszy przez to, że my do Niego przychodzimy, i chcemy do Niego należeć i Go kochać. To my Pana Boga potrzebujemy. On jest źródłem naszego istnienia, i wszelkiego dobra i piękna, w Nim możemy znaleźć ostateczny sens naszego życia. Tylko u Niego można znaleźć ten pokój i radość, których świat dać nie może.
Intuicyjnie wyczuł to apostoł Piotr, ten sam Piotr, który niedawno, w imieniu wszystkich apostołów wyznał wiarę w Jezusa - i kiedy Jezus zapytał: "A może jeszcze wy chcecie odejść?", Piotr spontanicznie odpowiedział pamiętne słowa: "Panie, do kogóż pójdziemy? Ty masz słowa życia wiecznego. A myśmy uwierzyli i poznali, że Ty jesteś Świętym Boga". A przecież słowa te Piotr wypowiedział w momencie niemal powszechnego zwątpienia w Jezusa, kiedy przy Jezusie wytrwali tylko nieliczni.

Dawne i współczesne zwątpienia w Jezusa

Prawda wiary chrześcijańskiej nie stoi na setkach milionów wyznawców. Jezus Chrystus naprawdę jest Synem Bożym i Zbawicielem, On naprawdę zmartwychwstał i ma moc obdarzyć nas życiem wiecznym. Rzecz jasna, chcielibyśmy, żeby jak najwięcej ludzi uwierzyło w Jezusa i dało się ogarnąć duchowi Ewangelii. I cieszymy się razem z tymi wszystkimi, którzy się nawracają i w Jezusie rozpoznają swojego Zbawiciela. Z drugiej jednak strony, dobrze wiemy, że odchodzenie ludzi od wiary nie odbiera jej prawdziwości. Świadczy to tylko o tym, iż żyjemy w czasach, kiedy łatwo się człowiekowi pogubić i narazić siebie nawet na utratę zbawienia.
Przypomnijmy sobie, ilu ludzi - zwłaszcza ludzi młodych - odeszło od wiary w czasach, kiedy wydawało się, że komunizm zwycięży ostatecznie. Ze wszystkich stron padały wtedy oskarżenia, że Kościół stoi po stronie kapitalistów i wyzyskiwaczy, że religia jest oszustwem i ostoją społecznego zacofania, że rozwój nauki nieuchronnie prowadzi do zaniku wszelkiej religii, że księża wysługują się wrogom ludu pracującego. Dziś same nawet sformułowania takich zarzutów nas śmieszą. Jednak w tamtych czasach za pomocą tych zarzutów zrujnowano wiarę w wielu ludziach.
Słyszeliśmy w dzisiejszej Ewangelii, że tłumy idące za Jezusem od Niego odeszły, że pozostała przy Nim tylko garstka najwierniejszych. Sytuacje podobne powtarzały się w dziejach wielokrotnie. Raz działo się to za sprawą brutalnych prześladowań i obrzucania Kościoła wszelkim możliwym błotem. Tak było na przykład w Związku Radzieckim, zwłaszcza w latach dwudziestych i trzydziestych. Kiedy indziej - jak na przykład w XVIII-ej Francji - umysły wrogie Kościołowi zdominowały duchową atmosferę epoki i przedstawiały chrześcijaństwo jako głównego wroga postępu, wolności i sprawiedliwości społecznej. W tej atmosferze wiara wielu ludzi się łamała i wręcz często dochodziło do tego, że ludzie dotąd wierzący przechodzili na stronę niewiary i stawało się wrogami chrześcijaństwa.
Również dzisiaj trwanie przy Jezusie wymaga duchowego wysiłku. O wiele łatwiej jest w Jezusa zwątpić i od Niego odejść. Na przykład szerzy się dzisiaj obyczaj podejmowania życia małżeńskiego bez zawierania małżeństwa. Wielu tłumaczy się: "takie dzisiaj czasy, nic się na to nie poradzi". A przecież jeżeli postanawiacie wspólnie zamieszkać i łączycie się, zanim sam Bóg was połączy; jeżeli podejmujecie taki rodzaj życia, w którym nie wolno wam przystępować do sakramentów świętych - świadomie i dobrowolnie odchodzicie w ten sposób od Chrystusa.
Stopniowym odchodzeniem od Jezusa jest również zaniedbywanie coniedzielnej mszy świętej. Wielu z nas, niestety, odchodzi dzisiaj od Jezusa w taki sposób, że daje sobie przyzwolenie na łamanie któregoś z Bożych przykazań. Niekiedy odejście zaczyna się od tego, że zaczynam patrzeć na Kościół od zewnątrz, przeważnie krytycznie, tak jakby Kościół nie był moją wspólnotą wiary. Otóż jeżeli ktoś zapomina o tym, że Kościół jest jego wspólnotą wiary, łatwo może się to skończyć tym, że Kościół naprawdę przestaje być jego wspólnotą wiary.
Już nad Dzieciątkiem Jezus starzec Symeon zawołał: "Oto Ten dany jest na upadek i na powstanie wielu, i na znak, któremu sprzeciwiać się będą". W każdym kolejnym pokoleniu jedni do Jezusa się zrażają i od Niego odchodzą, inni do Niego przychodzą i kochają Go coraz więcej, a kiedy widzą odejścia innych, oni trzymają się Jezusa tym więcej. Trwają przy Jezusie, ponieważ uwierzyli i poznali, że On jest Zbawicielem ludzi i nie dano nam pod niebem innego imienia, w którym moglibyśmy być zbawieni.

"Może i wy chcecie odejść?"

Być może ktoś z moich słuchaczy znajduje się obecnie w takiej sytuacji, że z niepokojem patrzy, jak kolejni sąsiedzi i znajomi, a może nawet rodzone dzieci oddalają się od Kościoła i od wiary. Może właśnie do ciebie mówi dzisiaj Pan Jezus: "A może jeszcze ty chcesz odejść?" Odpowiedz mu tak jak Szymon Piotr: "Panie, do kogóż ja pójdę? Ty masz słowa życia wiecznego. A ja uwierzyłem i poznałem, że Ty jesteś moim Panem i Zbawicielem".
"A może jeszcze wy chcecie odejść?" Pan Jezus mówi tak nie dlatego, że mu na tobie nie zależy. Jemu zależy na tobie do tego stopnia, że za mnie i za ciebie dał się ukrzyżować. Jednak On ani mnie ani ciebie nie potrzebuje jako swoich zwolenników. On chce nas sobą obdarzać. On chce nas obdarzać aż do tego stopnia, że chce nas karmić samym sobą i w ten sposób doprowadzić do życia wiecznego.
To jest wielka tajemnica, dlaczego Kościół w ciągu dziejów doznawał tylu prześladowań, tylu odstępstw, tylu oszczerstw, tylu szyderstw, tyle odrzucenia. Przypomina mi się ostatnie kazanie, jakie wygłosił święty Jan Złotousty przed swoim pójściem na wygnanie. Zresztą żołnierze tak się nad nim znęcali, że umarł w drodze i już na miejsce wygnania nie doszedł. Święty Jan nie ma cienia wątpliwości, że Kościoła żadne prześladowania ani niepowodzenia nie przemogą.
Ale może po prostu przytoczę fragment tego kazania sprzed 1600 laty: "Ilu tyranów chciało pokonać Kościół! ile więzień, ile dzikich zwierząt, ile wyostrzonych mieczy! I nie przemogli! Gdzie są ci, którzy zwalczali Kościół? Już się o nich nie mówi - zginęli w zapomnieniu. A Kościół? Lśni jaśniej niż słońce. Tamci skończyli się ze swoją potęgą, a Kościół jest nieśmiertelny". Bo Kościół to nie jest dzieło ludzkie. Sam Bóg czuwa nad tym, żeby bramy piekielne nie przemogły Jego Kościoła.
Na koniec przypomnę jeszcze bardzo mądre słowa, jakie na temat kruchości naszej wiary, a zarazem trwałości Kościoła i Ewangelii wypowiedział kiedyś Jan Paweł II: "W ciągu stuleci zdarzało się nieraz, że z różnych powodów przestawały istnieć całe chrześcijańskie wspólnoty. Jest to bolesna lekcja historii, która uświadamia nam możliwość porażki, nieodłącznie związaną z ludzkim działaniem. Jest na nią narażone nawet dzieło ewangelizacji. Ale historia dowodzi też, że dzięki łasce Bożej takie niepowodzenia, ograniczone do pewnych miejsc i epok, nie powstrzymują ogólnego postępu ewangelizacji, która zgodnie z zapowiedzią Chrystusa ogarnie stopniowo całą ludzkość. Kościół bowiem, choć przechodzi różne doświadczenia, kontynuuje swą misję ewangelizacyjną z takim samym dynamizmem jak w pierwszych wiekach, a Królestwo Boże nadal rozwija się i rozszerza".
I to jest święta prawda: Królestwo Boże wciąż rozwija się i rozszerza. Oby Bóg mnie i tobie, i nam wszystkim udzielił tej łaski, byśmy mogli jak najwięcej przyczynić się do rozwoju Jego Królestwa.

Tekst kazania radiowego, wygłoszonego w kościele Świętego Krzyża w Warszawie, 27 sierpnia 2006


Przedstawiciele PiS: premier i Prezydent RP zaczynają ukazywać swoje prawdziwe intencje? - Stanisław Michalkiewicz o wycofywaniu się prominentów prawicawej formacji z ich sztandarowych zapowiedzi wyborczych Wysłane poniedziałek, 11, września 2006 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |








Przedstawiciele PiS: premier i Prezydent RP zaczynają ukazywać swoje prawdziwe intencje? - Stanisław Michalkiewicz o wycofywaniu się prominentów prawicawej formacji z ich sztandarowych zapowiedzi wyborczych
Wysłane poniedziałek, 11, września 2006 przez Krzysztof Pawlak

"Ci, którzy mają zamiłowanie do literatury polskiej, na pewno pamiętają utwór Adama Mickiewicza, w którym Grażyna pędzi na Krzyżaków, ci myślą, że to prawdziwy rycerz, ów uderza tego i owego, ale po chwili Krzyżacy zaczynają się orientować, że coś jest nie tak i - oto rycerz nikogo nie zabija, »cóż stąd, że bije nikogo nie zabił« - podsumowuje poeta i wtedy zaczyna się godzina prawdy. Otóż mam wrażenie, że mamy do czynienia z identyczną sytuacją, a może z jej początkami, jeśli chodzi o premiera i prezydenta Kaczyńskich, no i w ogóle Prawo i Sprawiedliwość jako pewną awangardę kontrrewolucji w Polsce. Dzisiaj pan premier zaczął się wycofywać ze słusznego postulatu przywrócenia kary śmierci. Unia Europejska pohałasowałaby sobie, ale nic by Polsce nie zrobiła, bo Niemcy za bardzo chcą nas utrzymać w swych pluszowych kleszczach, by nas z nich wypuszczać tylko dlatego, że chcemy przywrócić KS. Wreszcie gdyby RP wystąpiła z Unii - nic wielkiego by się nie stało, bo jedynie za nią by płakały środowiska biurokratów, które żyją z tego, że stają się członkiem biurokratycznego internacjonału" - Stanisław Michalkiewicz, publicysta naszej witryny i wielu pism prawicowych, komentuje wydarzenia z rozpoczynającego się zaledwie nowego tygodnia.

Druga rejterada PiS dotyczy lustracji. Chyba nastąpi gwałtowna erozja wpływów tej partii w szeregach "swego tradycyjnego elektoratu", bo głównym powodem głosowania na przedstawicieli tej partii była szumnie głoszona chęć dokończenia tego, co się rozpoczęło 4 czerwca 1992 roku - a gdyby tak nie było w rzeczywistości - to wielu ludzi przestałoby popierać te ugrupowanie i popierać TKM w nowym wydaniu.
Trzecia sprawa - to brak reakcji prezydenta Kaczyńskiego na słowa prezydenta Izraela, że "Polska jest dla Żydów miejscem największej tragedii w historii tego narodu, spowodowanej przez nazistów i ich polskich kolaborantów". Prezydent RP podczas oficjalnej wizyty w Izraelu nie powinien pozostawiać tego rodzaju stwierdzeń bez komentarza, bo są po pierwsze fałszywe, a po drugie - oznacza to, że stosunki Izraela i Polskie nie są tak "dobre, a nawet bardzo dobre"... Chyba, że pan Prezydent RP uważa, że to dobrze, że Izrael Polskę "od tyłu załatwia", ale my inaczej na to patrzymy...
No i wreszcie: dekomunizacja. Nawet pan senator Andrzejewski z PiS ma wątpliwości, czy "ustawa dekomunizacyjna w ogóle zostanie włączona w tok prac sejmowych". Oczywiście, że nie zostanie włączona, bo sprawa dekomunizacji została "przerąbana prze ugrupowania solidarnościowe już w 1992 roku, bo dobrze się im "symbiozuje" z komunistami... Ale w końcu nawet najgł... pardon - wyborca PiS - się 'tropnie" - wyraża nadzieję Stanisław Michalkiewicz.

Nagranie trwa ponad 8 minut i jest dostępne w Sieci do 25 IX 2006 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




Czy były bokser wagi kogutkowej przeszarżuje starcie? - Łukasz Perzyna o perspektywach istnienia prawicawej koalicji PIS-Samoobrona-LPR Wysłane niedziela, 10, września 2006 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |







Czy były bokser wagi kogutkowej przeszarżuje starcie? - Łukasz Perzyna o perspektywach istnienia prawicawej koalicji PIS-Samoobrona-LPR
Wysłane niedziela, 10, września 2006 przez Krzysztof Pawlak

"Bracia Kaczyńscy wielokrotnie zarzucali politycznym rywalom zamiar zblokowania się z SLD, z ugrupowaniami dawnego reżimu. Jeśli chodzi o środowisko dawnej Unii Wolności - te oskarżenia były słuszne po tym jak dwukrotnie wyborcy odmówili im wiarygodności - niedawno unici zawarli »historyczny kompromis« z SLD, UP, SDPL. Jeśli chodzi o Platformę Obywatelską - ta zagrywka się nie powiodła, gdyż w jej przypadku na razie o blokowaniu list wyborczych z SLD nie ma mowy, raczej przymierza się do uczynienia takiego kroku z PSL. Zaś samo Prawo i Sprawiedliwość zawarło koalicję »ponad historycznymi podziałami«, zawarł ją sam Jarosław Kaczyński - z Samoobroną, która wywodzi się przecież z PZPR. Dziś po kilku miesiącach działania tej koalicji - nadchodzi pewien jej czas podsumowania" - Łukasz Perzyna, komentator polityczny "Tygodnika Solidarność" i naszej witryny ASME, analizuje wydarzenia mijającego tygodnia ze scen letnio-jesiennego dramaty politycznego.

Notowania dla Samoobrony wahają się od kilku do 10 procent poparcia wśród elektoratu. Głównym celem tow. Leppera jest odróżnienie się od tez propagandy dominującego koalicjanta PiS. To co się działo w mijającym tygodniu w parlamencie, było tego dobitnym przykładem. Posłowie klubu S-Y nie poparli ustawy o wydłużeniu okresu przechowywania bilingów, zgłoszonego przez PiS-owców. Ci ostatni ponieśli prestiżową porażkę. Jednak w sprawie odwołania ministra skarbu Jasińskiego, ze świeżo co ujawnioną PZPR-owską przeszłością, z kontaktami i współpracą ze Służbą Bezpieczeństwa PRL, kolegi ze studiów Jarosława Kaczyńskiego, co stanowi podstawę jego pozycji w rządzie "narodowych konserwatystów z socjalnym programem dla Polski" - Samoobrona wykazała się zrozumieniem i daleko idącą wyrozumiałością. Minister z b. PZPR-erii pozostał na stanowisku danym mu przez prawicawych rewolucjonistów.
Za to posunięcie najpewniej w województwie kujawsko-pomorskim będzie wojewoda z Samoobrony. Jednak dostępu do ważnych pozycji w resortach "siłowych" pretorianie towarzysza Leppera nie dostaną. Minister, doktor jest byłym bokserem wagi kogutkowej - zna więc pojęcia klinczu, gardy itp. Politykiem wagi męża stanu raczej nigdy nie zostanie, co już widać po jego wieloletnich, dlatego stratedzy rządzących obecnie populistów zastanawiają się, czy warto podtrzymywać skutki wiosennej decyzji o utworzeniu koalicji.

Nagranie trwa prawie 14 minut i jest dostępne w Sieci do 24 IX 2006 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




Nie zapominajmy o mordercach - Tadeusz M. Płużański Wysłane niedziela, 10, września 2006 przez Krzysztof Pawlak

Na ekranie kilku mężczyzn i dwie kobiety opowiadają o swojej pracy, że była normalna - jak wiele innych, że mieli dużo swobody, możliwości działania, nikt ich do niczego ich nie zmuszał. Żyć nie umierać. Nie często spotyka się tak szczęśliwych ludzi. Byli to pracownicy Departamentu IV Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, którzy zajmowali się zwalczaniem Kościoła (najbardziej "zasłużona" w tym dziele była założona w 1973 r. komórka D - od słowa "dezintegracja", pracował w niej zabójca ks. Jerzego Popiełuszki Grzegorz Piotrowski). W dalszej części SB-ecy bezceremonialnie twierdzili, że nie szkodzili Kościołowi, a przeciwnie - działali dla jego dobra, porządkując szeregi. Poprawiali poziom życia współpracującym z nimi księżom. Szczyt zakłamania i chamstwa.

Dokument pokazała telewizyjna "Jedynka", a był poświęcony prześladowaniu przez SB księdza Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego, kapelana "Solidarności" z Nowej Huty. Obok wstrząsających scen znęcania się nad kapłanem, buta prześladowców. O księdzu Zaleskim mówili: nie był żadną ważną osobą w Kościele, a teraz chce zrobić z siebie bohatera (dla przypomnienia - ksiądz bada inwigilację krakowskiego Kościoła przez SB). Najbardziej brutalnym stwierdzeniem było zdanie o zabójstwie ks. Jerzego Popiełuszki: Jak taki doświadczony funkcjonariusz Piotrowski mógł zrobić taką fuszerkę? Esbecy mówili to wszystko beznamiętnie, bez cienia wątpliwości, jakichkolwiek wyrzutów. Mówili przede wszystkim ze świadomością, że za swoje słowa, a - co gorsza - czyny nie ponoszą żadnej odpowiedzialności. Jakby byli tylko świadkami wydarzeń. Jak długo pozostaną bezkarni? Kiedy zostaną osądzeni? Film został wyemitowany i co dalej?

ZWIĄZEK PRZESTĘPCZY
- KONTYNUOWAĆ ŚLEDZTWO


Ze ściganiem komunistycznych przestępstw jest niestety fatalnie. Od lat prokurator Andrzej Witkowski bada funkcjonowanie w latach 1956 - 1989 w strukturach MSW związku przestępczego, który dopuszczał się zbrodni i zabójstw na działaczach opozycji politycznej i duchowieństwa. Związek był - jak często eufemistycznie się to nazywa - kierowany przez osoby zajmujące najwyższe stanowiska państwowe. Zamiarem śledztwa jest ustalenie zarówno bezpośrednich sprawców morderstw (takich jak Grzegorz Piotrowski i inni funkcjonariusze Departamentu IV), jak i ich mocodawców. Już w 1991 r. prokurator Witkowski chciał objąć zarzutami gen. Jaruzelskiego i Kiszczaka i... został nagle odsunięty od sprawy. Do śledztwa wrócił po 10 latach, w 2001 r. jako prokurator lubelskiego IPN, prowadzący śledztwo w sprawie okoliczności śmierci ks. Popiełuszki. W wywiadzie zamieszczonym w "Biuletynie IPN" (styczeń 2003 r.) ujawnił notatkę znalezioną w dokumentach Urzędu ds. Wyznań z sierpnia 1984 r., w której Jaruzelski polecił "wzmóc działania wobec ks. Popiełuszki". Po tego typu stwierdzeniach Witkowskiego ponownie odsunięto. Teraz śledztwo w sprawie związku przestępczego ma być kontynuowane. Zobaczymy, z jakim rezultatem.

TYLKO WYKONAWCY

To tylko jedna z prób ścigania komunistycznych decydentów. Od lat nie udało się skutecznie osądzić głównych rozgrywających PRL-owskiego systemu zniewolenia i bezprawia: generałów - Jaruzelskiego, Kiszczaka i Milewskiego (Mirosław Milewski - dla mniej wtajemniczonych - wysoki funkcjonariusz MSW, w 1981 r. szef resortu, związany m.in. ze słynną aferą "Żelazo" - o czym niżej). Prowadzi się przeciwko nim wieloletnie, żmudne śledztwa, kieruje do sądu akty oskarżenia. W sprawie wprowadzenia stanu wojennego, pacyfikacji śląskich kopalń, czy - jak w przypadku Milewskiego - o wydanie w 1947 r. w ręce NKWD żołnierza AK, który trafił następnie na 12 lat do łagru (Milewski został uniewinniony, gdyż sąd nie był pewny, czy ówczesny Milewski i dzisiejszy Milewski to ta sama osoba). Potem generałowie przychodzą, lub nie na rozprawy sądowe (często są w tym czasie chorzy). W jednej takiej sprawie - o przyczynienie się do śmierci dziewięciu górników w kopalni "Wujek" i ciężkiego zranienia 25-ciu w kopalni "Manifest Lipcowy" Sąd Okręgowy w Warszawie skazał co prawda gen. Kiszczaka na cztery lata więzienia. I co? I nic. Precedensowy wyrok okazał się jednak martwy, zresztą na mocy jakiejś dziwnej amnestii karę od razu zmniejszono o połowę. Kiszczak odwołał się i teraz sprawa ma być ponownie rozpatrywana. Smutna konkluzja jest taka: Jeśli w dzisiejszej Polsce kogokolwiek dopada karząca ręka sprawiedliwości to tylko okrutnych, ale jednak podrzędnych wykonawców. I to, sądząc po filmie o księdzu Zaleskim, nie wszystkich.

BEZPIECZEŃSTWO PAŃSTWA

Co więcej. Wspomniani generałowie mają również powiązania agenturalne, co godzi w bezpieczeństwo państwa. Gen. Jaruzelski został - rzecz jasna całkowicie bezpodstawnie - "oskarżony" o współpracę z wojskową bezpieką, czyli Informacją Wojskową, jako agent "Wolski" (a propos Informacji - szef jej najokrutniejszego pionu - Oddziału Śledczego, Władysław Kochan - żyje do dziś w Warszawie przez nikogo nie ścigany). Gen. Kiszczak był związany z Informacją od końca 1945 r. Gen. Milewski miał kontakty nie tylko z "naszymi" służbami, ale również z tymi zza Buga. Wystarczy przywołać znany już fakt, że w 1980 r. zawiózł do Moskwy szefowi KGB Andropowowi listę osób przewidzianych do internowania po wprowadzeniu stanu wojennego w Polsce.
Wszyscy trzej generałowie stali za prześladowaniami księży (a przynajmniej o tym wiedzieli) i innymi zbrodniami PRL-u. Nazwisko Milewskiego pojawia się - obok Jaruzelskiego i Kiszczaka - w kontekście zabójstwa ks. Jerzego Popiełuszki. Gen. Milewski twierdzi dziś, że o istnieniu w MSW komórki D dowiedział się już po odejściu z resortu. Czy to prawda? Kiedy będzie można to zweryfikować?

PRZEDAWNIONE "ŻELAZO"

Gen. Mirosław Milewski jest kojarzony przede wszystkim ze wspomnianą już aferą "Żelazo", za którą w latach 80. usunięto go z PZPR, a nawet na krótko aresztowano. Śledztwo zostało jednak umorzone. Film o tej, jednej z bardziej mrocznych afer PRL-u, również wyemitowała niedawno TVP. Tu też oddano głos przestępcom. Tym razem przed kamerą wypowiadał się Mieczysław Janosz - jeden z trzech braci-przestępców, którzy w latach 70., na zlecenie I Departamentu MSW przemycili do Polski z Europy Zachodniej zrabowane przez siebie pieniądze, złoto, kamienie szlachetne i dzieła sztuki. Ich "opiekunowie" z bezpieki pozwolili im użyć do tego "wszelkich możliwych środków". Szefem I Departamentu był wówczas gen. Mirosław Milewski, a dzięki kosztownościom finansowano potem działalność wywiadu PRL. Przez większość filmu Mieczysław Janosz, filmowany m.in. ze strzelbą na polowaniu, wyrażał żal - nie ze względu na swoje przestępstwa, ale dlatego, że on i jego dwaj bracia - Jan i Kazimierz zostali oszukani przez MSW i partię. Opowiadał, że z ogromnego łupu Janosze mieli dostać połowę, a przypadło im zaledwie 30 kg., a z resztą - nie wiadomo, co się stało. Tak więc przestępca, który powinien być sądzony, ubolewa, że większość dowodów jego zbrodni gdzieś się zapodziała. Znów żadnego wyznania win, żadnej skruchy. Ale cóż. Janosz przywykł do bezkarności. W PRL-u działalność jego i braci (nie tylko napady rabunkowe i kradzieże, ale inne akty przestępcze, w tym morderstwa) była kryta przez partię i "opiekujące się" nimi służby. Teraz też ma pewność, że włos mu z głowy nie spadnie. Zarzuty bowiem, traktowane jako przestępstwa pospolite, przedawniły się. Jedyne, co mógł zrobić obecnie minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro, to ogłosić, że odtajni prokuratorskie materiały dotyczące tej afery (część dokumentów ujrzała już światło dzienne - w 1999 r. materiały fotograficzne ujawnił Urząd Ochrony Państwa). Prowadzone w połowie lat 80. śledztwo w sprawie afery "Żelazo" nic nie dało, bo dać nie mogło, prócz kilku nagan i upomnień oraz odsunięcia gen. Milewskiego. Nadzorował je bowiem gen. Czesław Kiszczak. W latach 90. ponownie badano tę sprawę. Z podobnym skutkiem. Wsadzonych do aresztu Janoszów zwolniono.
UJAWNIĆ I OSĄDZIĆ

Konkludując. Obawiam się, że dyskutując dziś o lustracji koncentrujemy się na tajnych współpracownikach, zapominając o ich mocodawcach. Zapominamy, kto stał na straży "ludowej" władzy, kto ją utrwalał i jej bronił, kto decydował o zniewoleniu i bezprawiu, czemu i komu służył IV Departament MSW i inne zbrodnicze departamenty i służby.
Należy mieć nadzieję, że problem TW nie przesłoni zbrodniczej działalności ludzi z PZPR i resortów siłowych: MBP (później MSW), Informacji Wojskowej (WSW, likwidowane dziś Wojskowe Służby Informacyjne). Że mówiąc o współpracownikach będziemy pamiętać również o roli i "zasługach" pracowników służb specjalnych i aparatu terroru. Naszym obowiązkiem jest ujawnienie nazwisk i osądzenie ludzi odpowiedzialnych za prześladowania i mordy. I to zarówno wykonawców, czyli - w przypadku księży - funkcjonariuszy Departamentu IV MSW, jak i ich mocodawców, czyli przywódców komunistycznej partii i państwa.

TADEUSZ M. PŁUŻAŃSKI

Publicystyka Tadeusza M. Płużańskiego na ASME.


O głoszeniu Ewangelii - Jacek Salij OP Wysłane środa, 6, września 2006 przez Krzysztof Pawlak

Bóg ukochał nas, kiedy nas jeszcze nie było

Coś ogromnie ważnego na temat miłości Bożej napisał apostoł Paweł na samym początku Listu do Efezjan: że Bóg wybrał nas i umiłował przed założeniem świata, abyśmy byli święci i nieskalani przed Jego obliczem. To znaczy, że Bóg pokochał nas, kiedy jeszcze nie istnieliśmy. Bóg pokochał mnie, zanim zacząłem istnieć.
Zupełnie inaczej jest z miłością ludzką. Nawet jeżeli małżonkowie bardzo pragną dziecka, mogą je pokochać dopiero wtedy, kiedy ono już istnieje. Dziecko można i powinno się kochać już przed jego urodzeniem, ale tego oto dziecka nie da się kochać, kiedy go jeszcze nie ma. Kiedy dziecka jeszcze nie ma, małżonkowie mogą z góry wiedzieć, że je będą kochali, mogą z czułością wyobrażać sobie, że to będzie chłopczyk albo dziewczynka, mogą zastanawiać się, jaką będzie miało osobowość. Jednak tego oto dziecka kochać nie mogą, bo go po prostu jeszcze nie ma.
Jeden tylko Bóg ukochał każdego z nas już wówczas, kiedy nas jeszcze nie było. Apostoł Paweł dodaje, że Bóg wybrał i umiłował nas w Chrystusie, abyśmy byli Jego przybranymi dziećmi. To nie jest tak, że apostoł Paweł miał takie poglądy na temat miłości Bożej. Taka jest prawda. Bóg naprawdę ukochał nas, zanim w ogóle zaistnieliśmy. Człowiek, każdy z nas, obdarzony jest taką godnością, że pierwszą przyczyną mojego i twojego zaistnienia było to, że Bóg nas ukochał, kiedy nas jeszcze nie było.
Swojej miłości do nas Bóg nie cofnął mimo tego, żeśmy Go zawiedli i staliśmy się grzesznikami. On jest wierny swojej miłości, nie zraził się do nas mimo tego, że staliśmy się niewdzięcznikami i dziećmi zbuntowanymi. Dał nam swojego Syna, aby każdy, kto w Niego uwierzy i Jemu się zawierzy, miał życie wieczne. Apostoł Paweł przypomniał nam to dzisiaj w następujących słowach: "W Nim mamy odkupienie przez Jego krew - odpuszczenie występków, według bogactwa Jego łaski".
Również ta prawda, że w Chrystusie i przez Chrystusa możemy odzyskać przyjaźń z Bogiem i życie wieczne, nie na tym polega, że takie są przekonania chrześcijan, albo że takie poglądy wyznawał i głosił apostoł Paweł. To nie jest tak, że zdaniem chrześcijan Chrystus jest Synem Bożym, który odkupił nas na krzyżu, a trzeciego dnia zmartwychwstał. Chrystus Pan naprawdę jest Synem Bożym, na krzyżu naprawdę dokonał odkupienia wszystkich ludzi. On naprawdę zmartwychwstał, naprawdę ma moc doprowadzić nas do życia wiecznego. Naprawdę nie dano ludziom pod niebem żadnego innego imienia, w którym moglibyśmy być zbawieni.

Współczesny lęk przed Ewangelią

To dlatego Ewangelia o tym, że Bóg nas wszystkich umiłował, powinna być głoszona wszystkim ludziom i wszystkim narodom. Zarazem nie trzeba się dziwić temu, że ludzie nie znający jeszcze Ewangelii nieraz jej się boją. To zrozumiałe, że coś, czego się jeszcze nie zna, odbierane jest jako coś obcego, a czasem nawet budzi lęk i podejrzenia. Ten lęk przed Ewangelią zwiększył się jeszcze w naszych czasach. Współczesny postmodernizm otwarcie głosi tezę, że nie ma czegoś takiego jak prawda obiektywna, i że jeśli ktoś sądzi, że zna taką prawdę, łatwo będzie się posuwał do narzucania swojej prawdy innym, może nawet za pomocą podstępu, manipulacji czy nietolerancji wobec inaczej myślących.
Bracia i Siostry! Powinniśmy z uwagą wsłuchiwać się w te niepokoje, jakie formułowane są dzisiaj pod adresem samego nawet głoszenia Ewangelii. Ewangelia, radosna nowina o zbawieniu w Jezusie Chrystusie, jest darem Bożym dla całej ludzkości. Toteż powinno się ją głosić po Bożemu, z szacunkiem dla każdego człowieka, z szacunkiem dla jego godności, z szacunkiem dla jego wolności. Krótko mówiąc, Ewangelia powinna być głoszona w duchu Ewangelii.
Wsłuchajmy się w ten fragment z Ewangelii św. Marka (6,7-13), który opowiada o pierwszym rozesłaniu apostołów z głoszeniem Królestwa Bożego. Ostatecznie dopiero po swoim zmartwychwstaniu wyśle Pan Jezus swoich uczniów, ażeby po całym świecie rozgłaszali Ewangelię, czyli dobrą wieść o zbawieniu. Teraz chce, żeby pod jego okiem nauczyli się, na czym głoszenie Ewangelii polega. Jedno nie ulega wątpliwości - że wysłanie uczniów najpierw do owiec, które poginęły z domu Izraela, a później na cały świat, nie tylko w niczym nie jest podobne do wyprawy wojskowej, ale Pan Jezus chce, żeby było ono przeciwieństwem wyprawy wojskowej.
Bo zastanówmy się. Władcy ziemscy, kiedy pragną podbić inne państwo albo w jakiś inny sposób je zdominować i poddać pod swoją władzę, wysyłają żołnierzy wyposażonych w broń lub w jakiś inny sposób wykorzystują swoją przewagę materialną. Pan Jezus wysyła swoich uczniów kompletnie bezbronnych i zakazuje im pokładać nadzieję w jakichkolwiek środkach materialnych. Powiada im: Nie bierzcie na drogę nic oprócz laski. Nie bierzcie chleba, ani torby podróżnej, ani pieniędzy, ani ubrania na zmianę. Głosiciele Ewangelii całą swoją nadzieję mają złożyć w Nim, w swoim Panu i Zbawicielu.
Żołnierze wysyłani na podbój innego państwa przynoszą wojnę. Autentyczność głosiciela Ewangelii poznać po tym, że przynosi on pokój: "Gdy do jakiego domu wejdziecie, najpierw mówcie: Pokój temu domowi! Jeśli tam mieszka człowiek godny pokoju, wasz pokój spocznie na nim; jeśli nie, powróci do was" (Łk 10,5n). Innymi słowy, nawet jeżeli przyniesiony przez was dar pokoju będzie odrzucony i zostaniecie zaatakowani, nie dajcie się sprowokować: nadal bądźcie ludźmi pokoju.

Bądźmy wierni duchowi Ewangelii

Ewangelista Łukasz odnotował jeszcze mocniejsze słowo Pana Jezusa: "Oto posyłam was jak owce między wilki". Bo człowiek, nawet jeżeli ma w sobie coś z wilka i gryzie oraz depcze ludzi słabszych od siebie, może się nawrócić i zacząć żyć według zasad Ewangelii. Gdyby tak nie było, Pan Jezus nigdy nie posyłałby swoich uczniów jak owce między wilki. Owszem, zdarza się nieraz, że owce Chrystusowe zostaną pogryzione przez wilki. Jak wiadomo, prawie wszyscy Apostołowie zginęli śmiercią męczeńską. Ale moc miłości jest niewątpliwie większa od wszystkich potęg egoizmu. Jest to moc tak niezniszczalna, że nie ginie ani się nie zmniejsza wskutek prześladowań. Przecież sam Chrystus Pan jest Barankiem Bożym, który został zabity na krzyżu, ale właśnie wtedy odniósł swoje największe zwycięstwo. Krótko mówiąc, te słowa Pana Jezusa: "Oto Ja was posyłam jak owce między wilki", znaczą: Uwierzcie w potęgę miłości! Nie bójcie się nawet prześladowań, jeśli tylko mocno trzymacie się prawa miłości.
Owszem, nie da się zaprzeczyć, że zdarzało się niekiedy, iż Ewangelia była głoszona bardziej ludzką przemyślnością, niż samą tylko mocą zawartej w niej prawdy. Zdarzało się w historii, że wiara w Chrystusa była narzucana siłą, z podeptaniem ludzkiej godności i wolności. Nie należy wykluczać, że jakieś nadużycia w głoszeniu Ewangelii mogą się zdarzać również dzisiaj. Ale tego jednego bądźmy pewni: że jest nieprzyjacielem Ewangelii każdy, kto chce się jej przysłużyć za pomocą metod z Ewangelią niezgodnych. Dzielenie się Ewangelią z innymi ludźmi musi dokonywać się w duchu Ewangelii, to znaczy w prawdziwej miłości Boga i bliźniego, z zachowaniem skrupulatnego szacunku dla wolności drugiego człowieka i dla jego godności.
Mówiąc krótko: żeby naprawdę głosić Ewangelię innym, najpierw trzeba samemu naprawdę ją przyjąć. Prawdziwa ewangelizacja zawsze zaczyna się od samego siebie. Zauważmy: Apostołowie najpierw byli słuchaczami Ewangelii i dopiero później Pan Jezus ich posłał, żeby głosili Ewangelię innym. Najpierw sami zaznali mocy Ewangelii, najpierw sami zostali wyzwoleni od różnych duchów nieczystych - takich jak duch kłamstwa, chciwości, pychy, rozpusty, duch egoizmu czy nienawiści - i dopiero wówczas Pan Jezus dał im władzę nad różnymi duchami nieczystymi, żeby ich przepędzali z życia innych.

Skąd nasza niechęć do dzielenia się wiarą?

Pytanie, jakie samo się nasuwa w świetle tego, cośmy sobie dotychczas powiedzieli, będzie bardzo bolesne, ale musimy je sobie postawić. Dzisiaj bardzo wielu wierzących w Chrystusa w ogóle nie odczuwa potrzeby dzielenia się Ewangelią z innymi. Wielu współczesnych katolików uważa swoją wiarę za sprawę do tego stopnia prywatną, że nawet ich dobrzy znajomi nie wiedzą tego, czy oni w ogóle są ludźmi wierzącymi. Skąd się bierze ta współczesna niechęć wierzących w Chrystusa do dawania świadectwa swojej wierze? Dlaczego w czasach tak potężnej ekspansji niewiary, kiedy ludzie niewierzący często wręcz chlubią się swoją niewiarą, wierzący w Chrystusa swojej wiary jakby się wstydzą, chcą ją wepchnąć w jakiś prywatny kącik oddzielony od reszty życia?
Boję się, że w ten sposób ujawnia się bylejakość naszej wiary. Bo przecież bylejaka jest ta wiara, która nie rodzi owoców w postaci zachowywania Bożych przykazań, zachowywania przykazań Bożych wszystkich bez wyjątku. I bylejaka jest taka wiara, która się wstydzi samej siebie i udaje obojętność religijną. I bylejakie jest takie słuchanie Ewangelii, które nie pobudza do tego, żeby Ewangelią dzielić się z innymi.
Pan Jezus powiedział kiedyś na temat takiej bylejakości, że kto nie ma, temu odbiorą nawet to, co mu się wydaje, że ma. Panie Jezu, ulituj się nad nami! Umacniaj nas w wierze! Naucz nas w naszym zwyczajnym życiu dawać świadectwo Tobie i naszej wierze w Ciebie! Ty, który obdarzasz nas łaską słuchania Ewangelii, daj nam jeszcze tę łaskę, abyśmy umieli dzielić się Ewangelią z innymi!

Jest to tekst kazania radiowego, wygłoszonego w kościele Świętego Krzyża w Warszawie, 16 lipca 2006