września 28, 2006 - października 7, 2006

Nie będę głosował na kandydatkę Hannę Gronkiewicz-Waltz - Maciej Białecki, były szef rady programowej warszawskiej Platformy Obywatelskiej i radny sejmiku mazowieckiego o obecnym wizerunku i stanie formacji politycznej, którą opuścił Wysłane sobota, 7, października 2006 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |










Nie będę głosował na kandydatkę Hannę Gronkiewicz-Waltz - Maciej Białecki, były wiceprzewodniczący Platformy Obywatelskiej w Warszawie odpowiedzialny za sprawy programowe i radny sejmiku mazowieckiego o obecnym wizerunku i stanie formacji politycznej, którą opuścił
Wysłane sobota, 7, października 2006 przez Krzysztof Pawlak

"Byłem w Platformie od początku, współtworzyłem tę formację, jeszcze w czasie kandydatury Andrzeja Olechowskiego, wierzyłem, że była to świeża propozycja, dla tych ludzi, którzy myśleli, że uda się unowocześnić polska gospodarkę i uwolnić ją od okowów biurokracji czy uwolnić inicjatywę ludzi, którzy chcieli się zaangażować w politykę. Wcześniej byłem, na początku lat 90. w Porozumieniu Centrum, poznałem wtedy sposób myślenia Braci Kaczyńskich, przeżyłem »ukąszenie heglowskie«, co pozwoliło mi ocenić ich sposób myślenia o państwie, jako prywatnej własności z chwilą dojścia do władzy... Wystąpiłem z PO, bo miałem dwie grupy powodów. Pierwszy: przez prawie rok PO nie wykonała nic ze spraw programowych, wykazała mało inicjatyw, jeśli chodzi o np. rozluźnienie prawa gospodarczego i finansowego, natomiast angażowała się w poparcie najbardziej najbardziej zwariowanych pomysłów PiS, takich jak becikowe czy powołanie Centralnego Biura Antykorupcyjnego, czyli policji politycznej" - mówi Maciej Białecki, radny sejmiku wojewódzkiego Mazowsza, który przed paroma dniami zrezygnował z uczestnictwa w formacji Donalda Tuska, Jana Marii Rokity i Hanny Gronkiewicz-Waltz.

Druga grupa powodów było centralizacja Platformy - ta formacja startowała w 2001 roku jako partia prawyborów, na tej samej zasadzie jak w Stanach Zjednoczonych ludzie mogli się rejestrować jako sympatycy ugrupowania politycznego. To się skończyło w zeszłym roku, kiedy Donaldowi Tuskowi udało się doprowadzić do tego, że układał listy do wyborów jednoosobowo. Z ruchem obywatelskim ma to już bardzo mało wspólnego. Tak samo było i w tym roku, przy okazji zgłoszeń do wyborów samorządowych. Pani Hanna Gronkiewicz-Waltz zapowiedziała, że "będzie się przyglądać, jak kto głosuje", no i nie minęło kilka dni - i zostałem wykluczony z list wyborczych. Do obecnej Platformy przyszło wielu dziwnych ludzi, którzy w RS AW"S" zdominowali AW"S" i teraz pojawiają się wokół kandydatki PO. To, że program warszawskiej Platformy ułożył "były radny PiS" - jest dla mnie nie do zrozumienia tym bardziej, że są w nim zawarte pomysły populistyczne, które mnie, jako byłemu członkowi rady programowej stołecznej PO, nie mieszczą się w głowie. Takim przykładem jest propozycja pani HGW, by zlikwidować stanowisko Naczelnego Architekta Miasta, instytucji, która miała nadzorować ład w mieście, zlikwidować uznaniowość urzędniczą w Warszawie. Zaniedbanie administracji Lecha Kaczyńskiego i całego PiS w dziedzinie tworzenia miejscowych planów zagospodarowania przestrzennego z ostatnich czterech lat są straszne - mówi radny Maciej Białecki.

Nagranie trwa ponad 16 minut i jest dostępne w Sieci do 24 X 2006 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




Szajspapier w błękicie? - Stanisław Michalkiewicz Wysłane piątek, 6, października 2006 przez Krzysztof Pawlak

Czy w dzisiejszym świecie mamy jeszcze jakieś wydarzenia naturalne? Oczywiście tak, na przykład następowanie po sobie pór roku ze wszystkimi towarzyszącymi szczegółami. Czy jednak ze wszystkimi? Już niekoniecznie; na przykład pogoda w Moskwie podczas ubiegłorocznych uroczystości 65. rocznicy zakończenia II wojny światowej była już wywołana sztucznie. Skoro sztucznie można wywoływać nawet pogodę, to cóż dopiero wydarzenia, z których można wyciągnąć oczekiwane konsekwencje polityczne? Weźmy na przykład 11 września 2001 roku. Pod wrażeniem zuchwalstwa tego czynu i jego możliwych konsekwencji, początkowo nikt nie zwracał uwagi na szczegóły. Wkrótce jednak pojawiły się znaki zapytania. Jak to się stało, że po samolocie, jaki miał uderzyć w Pentagon, nie pozostały większe fragmenty, chociaż wybita w budynku dziura była znacznie mniejsza od rozpiętości skrzydeł czy ogona maszyny tego typu? Gdzie się podziały skrzydła i ogon? Dlaczego po samolocie, który miał spaść w Pensylwanii, pozostał tylko lej, podczas gdy w przypadku każdej katastrofy pasażerskiego samolotu mnóstwo ludzkich szczątków, fragmentów bagażu i części samolotu jest rozrzuconych na sporej przestrzeni? Dlaczego budynek stojący obok WTC zawalił się, zanim runęły obydwie wieże, chociaż nic w niego nie uderzyło? Na takie pytania można odpowiadać tylko przypuszczeniami, bo ci, którzy znają prawdę, z reguły nie są gadatliwi. Czasami rewelacje wychodzą na jaw po latach, jak np. spreparowanie "kryzysu sueskiego" z 1956 r. w Sevres pod Paryżem przez W. Brytanię, Francję i Izrael. Mówi się też, że prezydent Roosevelt znał japoński plan uderzenia na Pearl Harbor, ale nie zawiadomił bazy, by odparła atak, bo spektakularna porażka z mnóstwem ofiar ułatwiała mu przekonanie demokratycznego społeczeństwa do wojny z państwami "Osi". Krótko mówiąc, nie mamy pewności, czy obraz rzeczywistości, podsuwany nam każdego ranka i wieczora przez media, jest autentyczny, czy tylko podstawiony, żeby wzbudzić w nas pożądane reakcje, niczym u psa Pawłowa. Te podejrzenia są tym bardziej uzasadnione, że media nie tylko naszpikowane są agentami tajnych służb niczym sztufada słoniną, ale często są przez bezpiekę z jej tajnej kasy pozakładane i poobsadzane.
Podstawioną rzeczywistość preparują z reguły dobrzy specjaliści, ale że człowiek nie jest doskonały, wskutek czego również i im zdarza się działać rutynowo. Na przykład w czasie II wojny Niemcy przerzuciły do Anglii wielu agentów. Byli to z reguły dawni studenci Oxfordu czy Cambridge, świetnie mówiący po angielsku i znający tamtejsze obyczaje, ubrani w angielską odzież i nawet bieliznę, ale wyposażeni w identyczne, chociaż też angielskie nesesery. I kiedy Anglicy złapali pierwszego agenta z takim neseserem, to następni mogli się długo tłumaczyć. Jakiś cymbał poszedł na łatwiznę i cały pogrzeb na nic.
Taki sam ananas musi pracować w amerykańskiej razwiedce i to na jakimś nader eksponowanym stanowisku. Wskazuje na to charakterystyczny drobiazg: wszystkie przewroty polityczne, czy to finansowane przez agentów działających jako biznesmeni, czy organizowane bezpośrednio przez CIA, odbywają się pod jakimś kolorem. Na przykład przewrót na Filipinach, dzięki któremu władzę przejęła amerykańska agentowa Serdeńko (Corazon) Aquino w 1986 roku odbywał się pod kolorem żółtym. Agentowa była wdową po agencie Benigno Aquino, który na skutek knucia przeciwko prez. Ferdynandowi Marcosowi w 1977 r, skazany został na śmierć, ale w 1980 wypuszczony do Ameryki "na leczenie" i po powrocie w 1983 r. zamordowany przez wojsko na lotnisku w Manilli. Z kolei Marcos też był amerykańskim agentem, w czasie wojny zaufanym gen. Mc Arthura i jako tzw. nasz sukinsyn został najpierw przewodniczącym Senatu, a w 1965 roku - prezydentem. Ponieważ z jakichś powodów znudził się amerykańskiej razwiedce, ta w 1986 roku, dzięki tej samej armii, co przedtem zabiła agenta Aquino, zastąpiła go Serdeńkiem, ubierając przy okazji całe Filipiny na żółto. Rewolucja przeprowadzona przez tamtejszą bezpiekę w 2003 r. w Gruzji odbywała się w kolorze różowym, bo konfidenci poprzystrajali się w różyczki i w różowym nastroju zrobili prezydentem Michała Saakaszwiliego, który zaraz oddał Gruzję w arendę Borysowi Abramowiczowi Bieriezowskiemu, będącemu plenipotentem Jerzego Sörösa. Na Ukrainie z kolei nasza "duszeńka" z korzeniami, czyli Julia Tymoszenko, za 20 mln dolarów wyasygnowanych przez tegoż Sörösa, poubierała swoich fanów na pomarańczowo. Z kolei w Kirgistanie, w którym sukinsyn jakiś taki nie nasz, został w marcu 2005 roku zastąpiony "naszym sukinsynem", rewolucja była "tulipanowa" albo "migdałowa". Na Białorusi znowu - "dżinsowa", ale się nie udała. Wspominam o tym również dlatego, że Platforma Obywatelska właśnie zapowiedziała w stolicy wielką demonstrację, która nie tylko ma przynieść zwycięstwo w wyborach na prezydenta Warszawy pani Hannie Gronkiewicz-Waltz, co to na wydawaniu szajspapieru pracownikom EBOiR dorobiła się pół miliona funtów, ale przede wszystkim ma doprowadzić do zmiecenia z powierzchni ziemi rządu premiera Kaczyńskiego. Ta rewolucja ma się odbywać w kolorze "błękitnym", co wskazuje na inspirację tego samego bezpieczniaka, który nadzorował inne kolorowe rewolucje. Gdyby bowiem organizowała to Bruksela, to kolor też mógłby być błękitny, ale z dwunastoma złotymi gwiazdami, symbolizującymi dwanaście pokoleń Izraela. Więc czy panowie Kaczyńscy załatwili coś w tej Ameryce, czy nie?

Stanisław Michalkiewicz

Publicystyka Stanisława Michalkiewicza na ASME i nagrania TV ASME


JANUSZ KORWIN-MIKKE - KANDYDAT UNII POLITYKI REALNEJ DO URZĘDU PREZYDENTA WARSZAWY Wysłane czwartek, 5, października 2006 przez Krzysztof Pawlak

W rankingach przedwyborczych do samorządu w naszym mieście, Warszawie, dominują dwa ugrupowania: Platforma Obywatelska, określana przez stołeczną, pełną ironii jak zawsze, ulicę jako Platforma Ratunkowa dla Obywateli, oraz Prawo i Sprawiedliwość, tak samo ochrzczone - tutaj nasza zasługa w 100% jako twórców i propagatorów tego znamienia przed wieloma już laty - Populizmem i Socjalizmem. Pozostałe, do tej pory ujawnione z chęci pokierowania miastem stołecznym, środowiska - nie mają większych szans na zdobycie odpowiedniej liczby głosów poparcia. Analizując tę sytuację, były Pierwszy Prezes Unii Polityki Realnej Janusz Korwin-Mikke spostrzegł, że dla niezależnego od wymienionych partii powyżej kandydata rysuje się spora szansa, by zgromadzić pod swoim sztandarem głosy wyborców niezadowolonych z minionych rządów tzw. układu warszawskiego PO-SLD-UW oraz kompletnie niemrawej i pełnej niezgulstwa administracji "sanatorów" z PiS.
Postanowił więc powrócić do czynnej polityki i na dzisiejszej konferencji prasowej ogłosił swój zamiar kandydowania do urzędu prezydenta m.st. Warszawy.
Od wielu tygodni byliśmy świadomi tego posunięcia, zgadzając się z obserwacjami JKM-a, że istotnie bardzo wielu warszawskich wyborców w akcie dezawuacji głównych kandydatów - Kazimierza "Dymisjonarza" Marcinkiewicza, jako reprezentanta PiS oraz Hanny "Hienny" Gronkiewicz-Waltz, przedstawicielki PO, jako kompletnie nie odpowiadających ich oczekiwaniom - może poprzeć znanego z poprzednich lat, niezależnego polityka.

Komitet Wyborczy kandydata na prezydenta m.st. Warszawy Janusza Korwin-Mikkego wzywa wszystkich ludzi chętnych wesprzeć Jego Osobę i postulaty przez niego głoszone - do wsparcia misji Kandydata i zachęca do zgłaszania się do pracy w Sztabie Wyborczym - który będzie mieścił się przy Centrali Unii Polityki Realnej, ul. Nowy Świat 41a.

Redakcja ASME

Poniżej zamieszczamy Oświadczenie Janusza Korwin-Mikkego:




Janusza Korwin-Mikkego

O ś w i a d c z e n i e

Rok temu, po wyborach prezydenckich, wycofałem się z polityki. Myślałem, że w roli niezależnego obserwatora i analityka sceny politycznej będę komuś potrzebny. Ktoś się będzie zwracał z prośbą o analizy, wypowiedzi - biorąc pod uwagę, że jak do tej pory w przewidywaniu przyszłości niemal zawsze miałem rację. Przecież nie byłem już konkurentem do stołków i żłobu.

Tymczasem nic takiego nie zaszło. Wręcz przeciwnie. Gdy nieopatrznie zrezygnowałem z odwoływania się do elektoratu, zapadła zupełna już "żelazna kurtyna". Głupota rządzi bez żadnej kontroli. Nie ja np. jestem uważany za eksperta od spraw wschodnich, choć od lat uparcie twierdziłem, że to JE Aleksander Łukaszenka jest jedynym obrońcą suwerenności Białorusi przed Moskwą, że nastawiać się trzeba na p.Wiktora Janukowycza, który reprezentuje Ukraińców - a nie na marionetkowego p.Wiktora Juszczenkę, (w dodatku: popieranego przez najbardziej anty-polskie siły). Idioci, którzy bredzili w telewizji, że p.Łukaszenka jest pachołkiem Moskwy, a p.Juszczenko naszym największym przyjacielem, bredzą nadal - mimo, że okazało się przecież, że to ja miałem rację...

I tak w każdej sprawie. Dość powiedzieć, że mnie, autora Uchwały Lustracyjnej, jedynego człowieka, który od 15 lat uparcie twierdził, że Polska rządzą służby specjalne - od 15 lat nikt nigdy nie zaprosił do żadnej telewizji na wypowiedź w tej sprawie. Nawet teraz, gdy okazało się, że miałem rację.

Okazało się, że zarówno złodzieje, jak i durnie - a na takie obozy, gęsto inkrustowane agenturą, dzieli się z grubsza od 17 lat scena polityczna - znakomicie rozumieją i realizują swój wspólny interes: by nikt jasno i precyzyjnie nie obnażał ich głupoty i pazerności.

Wycofanie się z polityki było więc błędem. Dlatego gdy Oddział Warszawski UPR zwrócił się do mnie, bym kandydował na urząd prezydenta Warszawy, zgodziłem się bardzo chętnie. Tym chętniej, że stało się widoczne, że ani PO, ani PiS nie są w stanie zaproponować konkretnych rozwiązań społecznych lub gospodarczych; zajęte są wyłącznie walką polityczną o stołki i o pieniądze.

W odróżnieniu od nieuczciwych polityków twierdzących, że najbardziej kochają Warszawę i w żadnym przypadku kandydowania nie traktują jako odskoczni do kariery, ja od razu deklaruję, że kandyduję na jedną kadencję. Jeśli wygram, w ciągu czterech lat pokaże, jak rozwiązać komunikacyjne i lokalowe sprawy w Warszawie - w nadziei, że będzie mi dane powtórzyć to w skali całego kraju.

Szczegółowy program przedstawię na następnej konferencji. Nie będzie tam obietnicy trzech milionów mieszkań dla warszawiaków - będą natomiast konkrety, nad którymi, mieszkając lub przebywając codziennie w Warszawie od 64 lat (z małą przerwą na wysiedlenie przez Niemców) miałem okazję wiele razy rozmyślać.

Warszawa

5 - XI AD MMVI




Ustrój polskiej solidarności - Krzysztof Mazur Wysłane środa, 4, października 2006 przez Krzysztof Pawlak

PiS był od początku partią etatystyczną, dającą temu wyraz w realizowanym w ciągu ostatniego roku programie gospodarczym jak i przyjętym budżecie na 2007 r. Wprawdzie niewielka część posłów tego ugrupowania po cichu sympatyzuje z niektórymi ideami wolnorynkowymi, lecz sympatia ta kończy się zwykle w momencie przekroczenia progu sejmowej sali lub studia telewizyjnego. Etatyzm jest bardzo groźnym systemem społeczno-ekonomicznym, gdyż prawa przynależne wolnemu człowiekowi ceduje na instytucje państwowe. Cóż z tego, że koalicja Prawa i Sprawiedliwości władzę "układu" zastąpi władzą nowych instytucji, skoro rozbite układy korupcyjne i mafijne będą zawsze odradzać się, dopóki nie zostaną zlikwidowane mechanizmy zachęcające do takiej korupcji. Idea państwa minimum nie zasadza się na zamiarze rabowania i wyzyskiwania biednych, ale na doświadczeniu historycznym uczącym, że większość ludzi mających predyspozycje do rządzenia nie przystaje do wzoru rzymskiego Cyncynata, co to wezwany do rządzenia, rządzi tyle, ile musi, marząc jedynie o powrocie do uprawy swojego kawałki roli. Jest tak, gdyż jak pouczał biblijny mędrzec: "Bóg uczynił ludzi prawymi, lecz oni szukają rozlicznych wybiegów".

Oczywiście tym co chroni nas najskuteczniej przed etatyzmem, to upowszechnienie własności i związana z tym wolność ekonomiczna. Prezydent Kaczyński na ostatnim zjeździe Solidarności stwierdził, że "Polska - w której tylko silni i bogaci mają coś do powiedzenia - nie powstanie" pomimo, że "...istnieje jeszcze inna koncepcja, budowy Polski dla silnych i bogatych (...), w której tylko ci, którzy dysponują własnością, szczególnie na dużą skalę, mają coś do powiedzenia". Oczywiście znając już nieco wyznawane przez prezydenta poglądy, można domyślać się, że u podstawy takiej wypowiedzi leży przekonanie o postkomunistycznym i "układowym" rodowodzie większości polskich fortun, ale nawet gdyby przyjąć taka hipotezę za prawdziwą, to należałoby zapytać, co należałoby uznać za "równoważenie interesów społecznych" mające stanowić zasadniczy element ustrojowy określany jako "polską solidarność"?
Niedawnym przykładem owego ustroju "polskiej solidarności" była krytyka ministra Giertycha za posyłanie swojej córki do szkoły niepublicznej, przy czym krytycy jakby nie zauważyli, że uczenie dziecka w szkole prywatnej wcale nie uszczupla budżetu oświaty, a minister decydując się na taki wybór, swoimi budżetowymi zarobkami przynajmniej dodatkowo wspiera tych nauczycieli, którzy przeszli do szkolnictwa niepublicznego lub w tym systemie dorabiają sobie do nauczycielskiej pensji. Oczywiście przynajmniej ci rodzice, którzy są budżetowymi płatnikami brutto, a uczą swoje pociechy w szkołach niepublicznych, płacą za usługi oświatowe dwukrotnie, podobnie jak pacjenci płacący składki, a leczący się w prywatnych gabinetach, dojeżdżający prywatnym samochodem, a dokładający się do dotacji komunikacji publicznej czy płacący sowite rachunki za węgiel lub energię, a przy okazji sponsorując kluby sportowe (vide np. spółka BOT Górnictwo Energetyka SA obficie sponsorująca kluby sportowe lub KGHM wykładający grubą forsę na wybory "missek"), nawet gdyby "sport" kojarzył im się jedynie z używką "popularną" za czasów PRL-u.
Oczywiście dziennikarze pokazujący przypadek wyborów oświatowo-wychowawczych minister edukacji próbowali wskazać, że jest coś nieetycznego w fakcie, że minister nie posyła swojej latorośli do systemu, którym sam kieruje, przy czym ci sami dziennikarze namiętnie tropią afery polegające na zatrudnianiu lub fundowaniu różnych posad w spółkach zależnych od państwa przez kierowników resortów gospodarczych. Widać z tego, że w społecznej podświadomości funkcjonuje utarty już pogląd, że posyłając swoje dzieci do państwowej szkoły, można tylko stracić - w przeciwieństwie do wysyłania krewnych na posady w państwowych spółkach lub agencjach.
Jest to zresztą chyba przeświadczenie uzasadnione doświadczeniem i sytuacja powyższa raczej prędko nie ulegnie zmianie, chociażby właśnie ze względu na wizję ustroju gospodarczego realizowaną przez rząd i popieraną przez prezydenta. Jak można dyskutować o faktycznej prywatyzacji takich dziedzin jak lecznictwo, edukacja, transport czy nawet usługi biurokratyczne - skoro trudno zgodzić się nawet na oczywiste wybory wolnego obywatela? O tym, jakie jest podejście do państwowej własności czy publicznych pieniędzy - pokazały zresztą rozmowy ministra Lipińskiego, robiącego dotychczas za PiS-owkiego Katona, z posłanką Beger.
Nie może być także inaczej, skoro minister Gilowska, uznawana za największą liberałkę w obecnym rządzie, budżet państwa na 2007 r. określiła jako "pionierski i nowatorski". Pionierskość i nowatorstwo przygotowanego budżetu zasadza się głównie na zapisaniu do jego dochodów i wydatków - transferów z budżetu Unii Europejskiej, co najlepiej świadczy o rozdźwięku pomiędzy rzeczywistą potrzebą jakościowej zmiany a zmianami dokonywanymi przez rząd. Ta rozbieżność tworzy swoistą lukę pomiędzy popytem na zmiany a podażą tychże zmian, wypełnianą sloganami z zasobu public relations. Potrzeba pokazania jakiegoś sukcesu tworzy inflację pojęć, w ramach której za nowatorstwo uznawane jest nawet połączenie funduszy służących na dopłaty rolnicze - z wypłatami KRUS! W tej sytuacji rzeczywiście całkiem realne jest stworzenie państwa, w którym "ci co dysponują własnością", nie będą mieli dużo do powiedzenia z tego chociażby względu, że tych bogatych i dysponujących własnością, którzy do swojej zamożności dochodziliby poza sferą obecnych polityczno-biznesowych konotacji, po prostu nie będzie.

Krzysztof Mazur

Publicystyka Krzysztofa Mazura na ASME


Czy zapowiedziana prowokacja warszawska ze zbliżającego się 7 października będzie miała podobne skutki jak "prowokacja bydgoska" z 1981 roku? - Stanisław Michalkiewicz o podobieństwach w scenariuszach teatru polityczno-historycznego Wysłane wtorek, 3, października 2006 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |








Czy zapowiedziana prowokacja warszawska ze zbliżającego się 7 października będzie miała podobne skutki jak "prowokacja bydgoska" z 1981 roku? - Stanisław Michalkiewicz o podobieństwach w scenariuszach teatru polityczno-historycznego
Wysłane wtorek, 3, października 2006 przez Krzysztof Pawlak

"Nieprawdopodobne, jak historia sie powtarza i to w dodatku z jakimś maniackim uporem! Minęło 14 lato jak jeden dzień - od 1992 roku i znowu mamy aferę z agentami. Oto »Gazeta Polska« podała rewelację, informację, że Milan Subotić, jeden z czołowych oficerów frontu ideologicznego telewizji TVN, był agentem razwiedki, a jego oficerem prowadzącym był sam tow. Konstanty Malejczyk. Oczywiście sami pan Subotić i pułkownik Malejczyk zgodnym chórem zaprzeczają, do czegośmy zdążyli się przyzwyczaić, obserwując procesy lustracyjne. TVN powiada, że jeśli te rewelacje okażą się nieprawdą, to poda "GP" do sądu, ale ciekawe, co będzie, co się stanie, jak się te rewelacje okażą prawdą? Pewnie nic nie zrobi, bo będą po prostu prawdą" - Stanisław Michalkiewicz komentuje najnowsze wydarzenia z okolic merdialno-politycznych.

Historia jednak nie powtarza się tak dokładnie, więc jest pewna różnica w tym, że oprócz agentów cywilnych dzisiaj mamy do czynienia z równoległymi - agentami duchownymi. Wszystko wskazuje na to, że razwiedka kazała im iść w zaparte, zresztą już w 2004 roku poinstruował ich tak sam arcybiskup Życiński. Obyśmy się nie przekonali pewnego dnia, że Kościół katolicki został przekształcony w "żywą cerkiew", jaką znamy z czasów Związku Sowieckiego.
Waldemar Pawlak, szef PSL, zaproponował "90 dni spokoju". Starsi ludzie pamiętają taki sam apel, wystosowany przez tzw. generała LWP, premiera ówczesnego z ramienia PZPR I sekretarza tej formacji kolaborantów okupantów sowieckich, tow. Wojciecha Jaruzelskiego, i trzeba mieć nadzieję, że nie będzie trzeba przeżywać podobnych wydarzeń do "prowokacji bydgoskiej" z 1981 roku, choć Platforma Obywatelska już zapowiedziała na dzień 7 października warszawskie manifestacje prowokacyjne. SM ma nadzieję, że rząd JE Kaczyńskiego nie będzie musiał użyć siły zbrojnej, bo wszystko znowu będzie przypominać rok 1981 - ale z okoliczności tej poważniejszej daty...

Nagranie trwa ponad 5 minut i jest dostępne w Sieci do 17 X 2006 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




"To nie kryzys, to rezultat" - Konrad Turzyński Wysłane wtorek, 3, października 2006 przez Krzysztof Pawlak

"To nie kryzys, to rezultat" - tę znaną z publicystyki zmarłego przed dokładnie piętnastoma laty Stefana Kisielewskiego frazę bez trudu można odnieść do ostatnich kłopotów z uzyskaniem większości parlamentarnej. Nie jest to bowiem pierwsza taka sytuacja ani podczas obecnej kadencji, ani podczas całej tzw. transformacji ustrojowej.

By od razu wyłożyć "kawę na ławę", powiem, że tam, gdzie w wyborach parlamentarnych obowiązują ordynacje większościowe, w ogóle rzadko zachodzi potrzeba montowania koalicji rządowych, a jeszcze rzadziej pojawia się kłopot z uzyskiwaniem trwałej większości parlamentarnej.

W Polsce obowiązuje ordynacja proporcjonalna, ale cóż to za "proporcjonalność"?! Przeciwnicy stronnictw post-PRL-owskich mogli w 1993 (a ponownie w 2001) roku ubolewać nad tym, że SLD, UP i PSL zyskały razem mniej niż połowę głosów w wyborach do Sejmu, ale ponad połowę mandatów poselskich. Zupełnie podobnie przeciwnicy ugrupowań "posierpniowych" mogli w 1997 roku być niezadowoleni z faktu, że AW"S" i UW przejęły władzę w dokładnie tak samo dziwny sposób. Ordynacja wyborcza była u nas poprawiana przed każdymi wyborami, jednak są to ciągle warianty ordynacji proporcjonalnej, ale naprawdę, jak pokazują wyniki wyborów - DYSproporcjonalnej.

Owszem, w konstytucji jest mowa o ordynacji "proporcjonalnej". Jednak lęk przed poprawianiem konstytucji został właśnie niedawno (przy innej okazji) przezwyciężony. Z drugiej strony - ordynacja, która jest proporcjonalną tylko z nazwy, kwalifikuje się do zaskarżenia jej przed Trybunałem Konstytucyjnym właśnie w imię konstytucyjnej proporcjonalności, czego zresztą kilka lat temu próbowano. Ordynacja tzw. proporcjonalna nie spełnia aż trzech konstytucyjnych wymagań: wybory według tej ordynacji NIE są równe, NIE są bezpośrednie, NIE są też proporcjonalne. Równości przeczy zasada progów wyborczych: wyborcy popierający listy, które nie miały szczęścia w skali kraju przekroczyć przepisanej w ordynacji bariery, są przez samo to całkowicie nie reprezentowani w odróżnieniu od wyborców, którzy poparli inne listy kandydatów. Z bezpośredniością nie daje się pogodzić to, że mogę głosować na kandydata Zielińskiego, ale nie on zostanie dzięki temu posłem, lecz kandydat Malinowski z tej samej listy okręgowej. Proporcjonalność wyborów aż z dwóch różnych powodów nie zachodzi: w różnych okręgach liczba wyborców przypadających na jeden mandat jest bardzo rozmaita (różni się nawet o kilkadziesiąt procent); poza tym nawet w tym samym okręgu Malinowski może mieć mniej głosów i zostać posłem, a Zieliński więcej, ale nie znaleźć się w Sejmie. Dlatego jest to ordynacja DYSproporcjonalna!

Ordynacja "proporcjonalna" z progami wyborczymi nie zasługuje zatem na to swoje miano, bowiem nie jest w rzeczywistości proporcjonalna. Dokładnie wyłuszczył to Mirosław Dakowski w artykule pod tytułem "Czy wybory są legalne?" w "Najwyższym CZASIE!" z 27 września 1997 r. Czołowi zwolennicy ordynacji większościowej potem jeszcze niejednokrotnie zwracali uwagę na to, że ordynacja większościowa jest... bardziej proporcjonalna od proporcjonalnej. Stosunkowo niedawno ponownie uczynił to prof. Jerzy Przystawa w artykule pt. "Kiedy prawdziwie Polacy powstaną" zamieszczonym 22 marca 2006 r. w portalu ASME. Nie podejrzewam żadnego z liderów partyjnych w Polsce o niezdolność do zrozumienia, o co tutaj chodzi. Dlatego przychodzi mi na myśl smętna konstatacja prof. Przystawy: "Tylko elity są przeciw" (tytuł artykułu w "Najwyższym CZASIE!" z 19 lipca 1997 r.). Autor pisał tam również o bliskim związku między ordynacją wyborczą a notorycznymi aferami, uderzającymi w naszą wspólną narodową kiesę. Właśnie Mirosław Dakowski i Jerzy Przystawa od wczesnych lat 90. należą do orędowników stanowienia większościowej ordynacji wyborczej i położenia kresu (m.in. w ten sposób) aferom w rodzaju FOZZ.

Ordynacja większościowa natomiast odznacza się zaś takimi oto zaletami: 1) pozytywna selekcja kandydatów, 2) większa stabilność polityczna kraju, 3) większa jasność reguł gry oraz prostota i szybkość procedury, 4) większa łatwość wymiany elit (i to już po jednej kadencji!), 5) większa sprawiedliwość wyborów, a wreszcie: 6) niższy (dla budżetu państwa i dla samych stronnictw) koszt wyborów.

Jak wiadomo, przywódcy Prawa i Sprawiedliwości (a wcześniej - Porozumienia Centrum) od lat są wytrwale przeciwnikami ordynacji większościowej, czyli jednomandatowych okręgów wyborczych (tzw. JOW), jednak doświadczenia Polski w ciągu kilkunastu minionych lat z modyfikowaniem ordynacji przewidującej wielomandatowe okręgi są dostatecznie pouczające, aby wreszcie chcieć wyjść z tego zaklętego kręgu.

Pewne światło na to, komu (tzn: jakim kategoriom ludzi) może zależeć na zapobieżeniu zmiany ordynacji wyborczej z dysproporcjonalnej na większościową, rzucają także porównania sięgające poza granice Polski. Mianowicie, kraje z ordynacją dysproporcjonalną są bardziej podatne na takie negatywne zjawiska jak: przerost biurokracji, przekupstwo wśród urzędników i długotrwałe pozostawanie władzy politycznej (pomimo wolnych wyborów) w rękach jednego albo nielicznych (i niewiele różniących się między sobą) stronnictw. Przykładami tego są właśnie takie kraje jak Meksyk, Szwecja, Izrael oraz (do niedawna mające takie ordynacje) Włochy i Japonia. W każdym z tych krajów wyraźnie występuje przynajmniej jedno z tych negatywnych zjawisk, a rozmaici tamtejsi "Sojusznicy Lewych Dochodów" nie potrzebują co wybory na nowo wydeptywać ścieżek do nowych potencjalnych łapówkobiorców, bowiem samopowielanie się elit poprzez ordynację dysproporcjonalną sprzyja niemałej stabilności w środowisku osób skłonnych dawać się przekupić.

Warto na przykład zwrócić uwagę na to, jak znacznie poprawiła się pod tym względem trwałość rządów we Włoszech, gdzie przez kilkadziesiąt kolejnych lat ekip rządowych było tyle, że trudno to spamiętać. Ale we Włoszech stosowano ordynację tzw. proporcjonalną, podczas gdy we Wielkiej Brytanii - większościową. Różnica jest aż nader widoczna. We Włoszech nietrwałe koalicje powodowały częste zmiany ekip rządowych, w tym nieraz za cenę przedterminowych wyborów, chociaż bardzo wielu kolejnych premierów reprezentowało tę samą partię (chadecję). Brytyjczycy dopiero po przechyleniu się szali społecznego poparcia z labourzystów ku konserwatystom (albo odwrotnie) doznawali istotnych zmian rządów, natomiast przed takimi zmianami wybory, odbywające się w z góry przepisanych terminach, powodowały tylko nieznaczne zmiany ekip rządowych w ramach tej samej partii politycznej.

Zresztą idealnie reprezentatywnej ordynacji wyborczej nie ma i być nie może, a to z przyczyn czysto matematycznych (pewne oczywiste warunki "sprawiedliwości", nakładane na ordynację wyborczą, są po prostu wzajemnie sprzeczne), czyli z powodu przeszkody "nie do obejścia". Gdy np. 55 wyborców chce dokonać wyboru swojego reprezentanta wśród 5 kandydatów, to istnieje pięć sposobów przeliczania głosów, z których każdy - przy tym samym podziale preferencji wśród nich - prowadzi do... innego rezultatu! Jakże to przypomina pierwszą turę wyborów prezydenckich w Polsce w 1990 r. z sześcioma kandydatami... Ekonomista K. Arrow w 1951 następująco sformułował "problem sprawiedliwego wyboru": 1) wybory muszą prowadzić do jakiegoś wyniku, bez względu na rozkład preferencji wśród elektoratu, 2) jeśli wszyscy wolą A niż B, to B nie może wygrać, 3) niczyj głos nie może przesądzić wyniku o niezależnie od głosów pozostałych wyborców, 4) jeśli wszyscy wolą A niż B, i wszyscy wolą B niż C, to C nie może wygrać z A. Później dwaj matematycy M. L. Balinski i H. P. Young w 1980 r. sformułowali warunki "sprawiedliwej proporcjonalnej reprezentacji": 1) liczba przyznanych mandatów jest zaokrąglana do jednej z dwóch najbliższych liczb całkowitych, 2) w razie zwiększenia liczby miejsc w parlamencie (przy tych samych preferencjach wyborców) liczba mandatów obsadzanych przez kandydatów danej partii nie może zmaleć, 3) w razie wzrostu poparcia danej partii wśród wyborców (przy nie zmienionej liczby miejsc w parlamencie) partia nie może zdobyć mniej mandatów. Każdy z tych zestawów postulatów wydaje się oczywisty, ale okazało się, że każdy z nich jest wewnętrznie sprzeczny, a więc nieralizowalny. Opisano to już nie raz, także po polsku (por. artykuł Artura Ekerta i Jana Jędrzejewskiego, pt. "Głową w urnę" z 1993 r., we wrześniowym numerze jezuickiego miesięcznika "Przegląd Powszechny").

Gdy 25 lutego 1997 r. przewodniczący AW"S" Marian Krzaklewski przemawiał na posiedzeniu Zgromadzenia Narodowego podczas debaty konstytucyjnej, kwestia ordynacji wyborczej też została postawiona. Środki przekazu zwróciły jednak uwagę tylko na pewne inne fragmenty jego przemówienia, budzące mało uzasadnione, znaczne emocje po obu stronach sporu, bowiem dotyczące spraw symbolicznych, trudnych do prawnego skonkretyzowania, a w niemałej mierze pozornych. Przew. Krzaklewski prezentował wówczas projekt konstytucji, nazywany "obywatelskim", który był wtedy popierany przez Akcję Wyborczą "Solidarność" i Ruch Odbudowy Polski, a stanowił kontr-projekt w stosunku do tego, który przygotowała Komisja Konstytucyjna i który cieszył się poparciem SLD, PSL, Unii Wolności i Unii Pracy. Projekt "obywatelski" przewidywał właśnie większościową ordynację wyborczą dla przynajmniej dwóch trzecich składu Sejmu. Jednak przemówienie pos. Wojciecha Błasiaka, który owego dnia skrytykował ordynację tzw. proporcjonalną jako odpowiedzialną za samo-powielanie się elit, zaś zaproponował… poprawkę, przewidującą konstytucyjne umocowanie ordynacji większościowej, zostało potraktowane w bardzo znamienny sposób: na sali starano się tupaniem zagłuszyć jego słowa, natomiast relacje radiowe i telewizyjne tego przemówienia... w ogóle nie dostrzegły.

W ten sposób pokazało się, kto jest szczególnie zainteresowany w utrzymaniu ordynacji myląco zwanej "proporcjonalną". To niesamowicie przypominało osiemnastowieczną kuratelę późniejszych mocarstw rozbiorczych nad utrzymaniem korzystnego dla nich, słabego ustroju Pierwszej Rzeczypospolitej, a między innymi zasady liberum veto! (Ówczesny model demokracji nie był wolny od wad, ale były to wady inne niż obecnie znane.) Długotrwała polska tradycja (z czasów I Rzeczypospolitej, największego państwa demokratycznego, jak na owe czasy) zawiera także ideę JOW: jeden powiat - jeden poseł. Cytując w tytule wieszcza (Adam Mickiewicz, "Pan Tadeusz", ks. IV, w. 878), przypomniał to Andrzej Lipiński swoim artykułem: "Daj kreskę Doweyce!" w "Najwyższym CZASIE" z 28 listopada 1992 r.

W krajach, gdzie często bywają tzw. kryzysy rządowe, nieraz także zdarzają się przedterminowe wybory. W Polsce po 1989 r. tylko raz do nich doszło (z przyczyn szczególnych - chodziło o zastąpienie parlamentu "kontraktowego" przez wybrany w wolnych wyborach), ale i rząd Buzka, i rząd Millera były adresatami kierowanych ze strony opozycji parlamentarnej wezwań do dymisji i do przedterminowych wyborów. Mówienie o przedwczesnych wyborach jest moim zdaniem naganne. Obojętnie, czy pochodzi od polityków aktualnie znajdujących się w opozycji parlamentarnej (jak w dwóch powyższych przykładach), czy od reprezentujących obóz rządowy (w ostatnich kilku miesiącach). Zaś naganne dlatego, że oznacza niepoważne traktowanie wyborców i uzyskanego od nich mandatu. Jest to powiedzenie wyborcom: niedobrze zagłosowaliście (to sugerował także prez. Wałęsa w odniesieniu do pierwszego Sejmu wybranego w wolnych wyborach), poprawcie się. Kandydując do organu władzy, który w danym składzie powinien pracować przez np. cztery lata, politycy milcząco zawierają umowę z wyborcami: podejmujemy się reprezentować was przez cztery lata, zatem ucieczka w przedwczesne wybory jest czymś w rodzaju politycznej dezercji.

Taka sytuacja powinna być prawnie uniemożliwiona. Najlepiej, aby terminy wyborów były sztywne i odstąpienie od nich wchodziło w rachubę tylko z powodu działania siły wyższej (jak np. kataklizm przyrodniczy albo wojna). Gdyby jednak doszło, jak o tym ostatnio się mówi, do wyborów parlamentarnych w listopadzie bieżącego roku (wraz z drugą turą wyborów samorządowych), to powstałaby okazja do tego, żeby na przyszłość ustanowić zasadę, że wszystkie obieralne organy władzy (Prezydent, Zgromadzenie Narodowe oraz władze samorządowe wszystkich szczebli) są powoływane jednocześnie, na przykład 11 listopada co cztery albo co pięć lat (długość kadencji to osobna kwestia). Okazja polegałaby na tym, że pięcioletnia kadencja Prezydenta oraz czteroletnie kadencje Sejmu, Senatu i organów władz lokalnych zakończyłyby się w jesieni 2010 roku. W Polsce w latach 60. wybory były fikcją, niemniej jednak były tańsze, bo Sejm i Rady narodowe "wybierano" jednocześnie (kadencja Rad Narodowych w tym celu została uprzednio wydłużona z trzech do czterech lat). W bogatych Stanach Zjednoczonych również terminy wyborów są maksymalnie komasowane.

Polski nie stać nie tylko na koszty finansowe. (Przypominam, że gdy uwzględnić cztery drugie tury niektórych wyborów oraz cztery referenda, to w ciągu 19 lat kalendarzowych 1987 - 2005 były 23 powszechne głosowania. Czyli trochę częściej niż jedno na rok!) Nie stać nas także na trudne do wymierzenia koszty społeczne, bowiem wiele decyzji jest podejmowanych (albo nie podejmowanych!) z myślą o trwającej lub zbliżającej się kolejnej kampanii wyborczej.

Jak właśnie od kilku dni słychać, PiS zamierza do ordynacji wprowadzić zasadę "zwycięzca bierze wszystko", co świadczy o tym, że aktualna elita władzy zbliża się coraz bardziej do zaakceptowania Jednomandatowych Okręgów Wyborczych (ustanowienie ich skutkowałoby działaniem tej właśnie zasady). Będzie interesującym obserwować, jak wobec tego zachowa się ta część opozycji, która od pewnego czasu akceptuje większościową ordynację: pozostanie przy swoim przekonaniu, czy w imię opozycyjności okaże przekorę. Ostatnio szczególnie nagłośniony przypadek "korupcji politycznej" ma wiele (nie tylko mniej, lecz na ogół bardzo mało znanych) odpowiedników w ciągu kilkunastu minionych lat. Parlamentarzyści w trakcie kadencji zmieniali przynależność partyjną, niekiedy na taką, która w momencie ich wyboru jeszcze nie istniała. (Tylko w krótkiej, półtorarocznej kadencji 1991-93 było aż 270 przypadków zmiany przynależności partyjnej przez posłów! Liczba frakcji parlamentarnych wzrosła w tym czasie z 29 do 40.) W zasadzie każdy przypadek powierzenia stanowiska rządowego posłowi albo senatorowi należącemu do partii dominującej, albo do takiej, która wespół z dominującą należy do koalicji rządowej, zasługuje na podobnie surową ocenę i powinien być prawnie niedozwolony (w imię rozdziału władz - prawodawczej i wykonawczej). Jednak w państwach, gdzie obowiązują większościowe ordynacje wyborcze, sama okazja do zawiązywania koalicji rządowych jest w ogóle nieprawdopodobna - właśnie dzięki działaniu zasady "zwycięzca bierze wszystko", która sprawia, że skład rządu może być praktycznie znany nazajutrz po wyborach, bo nie potrzeba mozolnie, tygodniami montować koalicji go wspierającej.

Konrad Turzyński

Artykuł pierwotnie - w skróconej wersji - opublikowany na witrynie Polskiego Radia

Publicystyka Konrada Turzyńskiego na ASME


Witryna ASME Antysocjalistycznego Mazowsza jest najstarszym serwisem w Sieci - oprócz witryny tematycznej JOW - propagującym ideę JOW


Dwa wiece - ale zwycięstwo jedne i niewzruszone - w sporze PRL kontra PRL Wysłane niedziela, 1, października 2006 przez Krzysztof Pawlak

W dniu wczorajszym, o godzinie 16 w Gdańsku na terenie byłej Stoczni im. Lenina odbył się wiec poparcia dla patriotycznej polityki rządu JE Pana premiera Jarosława Kaczyńskiego oraz dla kierunków rozwoju naszej ojczyzny wytaczanych przez ugrupowanie Prawo i Sprawiedliwość. Na wiec stawiło sie wiele delegacji sympatyków i funkcjonariuszów z całego kraju, różne źródła podawały liczbę zgromadzonych od dwóch tysięcy w górę. Informacje o tym wydarzeniu podały wszystkie główne serwisy tzw. portali internetowych: WP, Interia, Onet.

- Nigdy więcej nie wolno już rozmawiać z ludźmi o marnej reputacji I ja, tu w tym miejscu, świętym dla Polaków miejscu, przyrzekam wam koleżanki i koledzy, panie i panowie - już nigdy więcej nie będziemy rozmawiali z ludźmi o wątpliwej reputacji! - złożył podniosłą deklarację prawie na samym początku swego wystąpienia Pan premier.

- PRECZ Z KO-MU-NĄ! PRECZ Z KO-MU-NĄ! - przypomnieli stare i nadal niestety aktualne okrzyki zebrani na wiecu robotnicy i inteligencja z Trójmiasta oraz delegaci z całej Polski.

- Precz z komunom! Precz z POST-KOMUNOM! - zgodził się z rozentuzjazmowaną stocznią jeden z najlepszych synów warszawskiej inteligencji żoliborskiej.

- Nie chcemy prowadzić walk i nie jesteśmy "partią wojny", tylko partią "spokojnych, ale konsekwentnych zmian, przebudowy i naprawy. Zostawiamy ostre słowa dla tych, którzy PODNIEŚLI... (chwila oddechu) ...podnieśli wrzask. Którzy podnieśli... wrzask z powodu zwycięstwa PiS-u w zeszłych wyborach - zapewnił Pan premier.

Precz z Te-fał-en! PRECZ Z TE-FAŁ-EN! PRECZ Z TE-FAŁ-EN! - skandowali wiecownicy.

- ...i my zwyciężymy! My zwyciężymy tak jak wtedy, zwyciężymy w tym parlamencie, a jeśli trzeba, zwyciężymy w wyborach - mówił Pan premier.
- My nie mamy za sobą, jak inni, wielkich pieniędzy, wielkich telewizji, potężnych instytucji - Pan premier kontynuował przemówienie, transmitowane na żywo przez - w ramach ekspiacji chyba za wyemitowanie "taśm korupcji poślicy Begerowej" - najbardziej wczoraj pro-rządową stację TVN 24 z koncernu telewizyjnego uprzejmie nazywanego "walterownią" od nazwiska jej współwłaściciela, "generała" Waltera Mariusza, i re-transmitowane z półgodzinnym opóźnieniem przez państwową TVP zarządzaną przez Bronisława Wildsteina, mianowanego przez zwycięską w minionych wyborach parlamentarnych ekipę Prawa i Sprawiedliwości.
- Nie cofniemy się, nawet gdyby w różnych telewizjach i radiach mówiono o nas - choć wydaje się to już niemożliwe - jeszcze gorzej niż teraz. Nie cofniemy się, jeśli będzie się zbierało na ulicach otumanionych ludzi, by przeciw nam występowali, występując przede wszystkim PRZECIW POLSCE! - podsumował tezy wiecu Pan premier. Pan premier wezwał też do "opamiętania i pracy dla Polski".

- ZWYCIĘŻYMY! ZWY-CIĘ-ŻYMY! PO-MO-ŻEMY! Po-mo-żemy! - cichły okrzyki zgromadzonych uczestników wiecu popierających walkę z post-komunistycznymi warchołami.

(na podstawie relacji w programie TVP 3 z 01.10.2006 godz. 16.30-16.45)




Opozycja parlamentarna, do której zaliczana jest jako ugrupowanie postsolidarnościowe - Platforma Obywatelska, jak i post(?)komunistyczne SLD, SDPL, PD czy czerwonono-zielone, obrotowe PSL - zapowiedziała organizację "marszu niepokory i buntu" w Warszawie, w najbliższą sobotę 7 października, w dniu kiedy za PRL obchodzono prazdnik "bijącego serca Partii", czyli Milicji Obywatelskiej i Służby Bezpieczeństwa, dlatego - dla zachowania niezbędnej dla higieny życia politycznego i umysłowego równowagi, zamieszczamy kolportowany w Sieci plakatowy apel-wezwanie, który odpowiada niezbędnym i żywotnym potrzebom współczesnej chwili, stanowiąc niezbity dowód, że nie jest to jeszcze ostatnie słowo wypowiedziane przez społeczeństwo, oczywiście - obywatelskie!



Do zobaczenia na pochodzie!




JOJCZĄCA KOALICJA - Romuald Lazarowicz Wysłane niedziela, 1, października 2006 przez Krzysztof Pawlak

Na naszych "łamach" po raz pierwszy gościmy znanego publicystę prawicowego, p. Romualda Lazarowicza.

Redakcja ASME


Od kilku dni w prywatnych stacjach TV i radiowych, w prasie odbywa się non stop pranie mózgów. Dzienniki, na przykład TVN, straciły zainteresowanie całym światem, nadając prawie wyłącznie propagandę, już nawet niezbyt starannie kamuflowaną. Zamiast przekazywania informacji poucza się nas, jak mamy myśleć i kogo potępiać. Od rana do wieczora emitowany jest szum, publiczności wbijane są do głów określone klisze. Skuteczność tych działań zdają się potwierdzać pierwsze sondaże, ale być może są one w rzeczywistości dopiero antycypacją pożądanych wyników, mają pomóc w ich wykreowaniu.

W poszukiwaniu "różnorodności tematycznej" posunięto się nawet do emisji - w dzienniku (!) TVN - prymitywnych żartów wziętych z internetu (obecnych tam zawsze, ale teraz widocznie uznanych za szczególnie przydatne). Antyrządowy amok podtrzymywany jest i kształtowany z perfekcją znacznie większą niż w telewizji PRL zwalczającej "ekstremę". W rozmaitych tokszołach i debatach mających sprawiać wrażenie obiektywizmu brylują wszyscy polityczni nieudacznicy, nie mogący się pogodzić z własną niemocą, eksponujący swoje moralne zatroskanie. PO, Samoobrona i SLD stworzyły zgrany chór obrońców zagrożonych demokratycznych standardów. Triumfy święci metoda zwana "Łapać złodzieja!". Powstała wielka koalicja jojczących...

Interes polityków rozkręcających tę awanturę jest jasny. Zastanawia kluczowa w niej rola wielu dziennikarzy. Dopiero nie tak dawno profesja ta zaczęła odzyskiwać zaufanie, odbudowywać morale zniszczone w latach komunizmu. I oto grupa czołowych, przede wszystkim młodych, dziennikarzy wraca do haniebnej praktyki manipulowania odbiorcami i bierze aktywny udział w propagandowej rozgrywce.

Nie doszukuję się wszędzie spisków, zazwyczaj biorę pod uwagę wielką karierę głupoty w dziejach świata. Teraz też dopuszczam możliwość, że przynajmniej niektórzy redaktorzy TVN i Polsatu czy prasy codziennej nie grają idiotów z czyjegoś poduszczenia, a idiotami po prostu są. Trochę to dziwne, jak na ludzi wygadanych, mających się za inteligentnych i przenikliwych, ale możliwe. Trudno jednak przypuścić, by wszyscy żurnaliści rozgrywający tę aferę nie wiedzieli, co czynią.

Afera Renaty "Maty Hari" (nie urażając autentycznej zmysłowej tancerki) ma dwie zasadnicze płaszczyzny. Najogólniejsza dotyczy ordynacji wyborczej. Konieczność żmudnego - i często nawet rozpaczliwego - poszukiwania większości w parlamencie jest wmontowana w system kształtowany obowiązującą u nas ordynacją. Tego nikt, niestety, nie podnosi w trwającej wrzawie. I jest to faktycznie wina mocno obciążająca całą klasę polityczną, w tym PiS. Partia ta woli bowiem kombinować z "premią" dla zwycięzców w wyborach czy koalicyjną kumulacją głosów, czyli chce uzyskać część efektów wpisanych w ordynację większościową, zachowując jednak nadal nieszczęsną ordynację proporcjonalną! PO udaje poparcie dla ordynacji większościowej, ale w istocie nie jest nią zainteresowana. A sprawa jest prosta: gra w przeciąganie posłów do obozu rządowego jest w systemie zbudowanym na bazie jednomandatowych okręgów wyborczych całkowicie niepotrzebna. Reklamowane tak szeroko "taśmy prawdy" osobiście mnie nie zbulwersowały. Rozmowy nagrane przez puszącą się Renatę Beger odsłoniły jedynie praktykę wbudowaną w przyjętą w Polsce formę demokracji. Nie inaczej zachowywaliby (i zachowują) się przedstawiciele każdej z partii (tylko po raz pierwszy zobaczyliśmy, jak to się odbywa). Bo nie mogą inaczej. Takie działania wymusza ten system. Przydaje również nieusprawiedliwionego znaczenia postaciom takim, jak Lepper, Beger i podobne indywidua. Wręcz promuje je. I to system jest zły, a nie ci, którzy siłą rzeczy go realizują.

Płaszczyzna druga to rozgrywka z PiS-em, który wygrał wybory programem naprawy Polski. Od samego początku, od powstania rządu Marcinkiewicza - Kaczyńskiego, a nie od ostatniej prowokacji dziennikarzy TVN posługujących się posłanką Samoobrony, trwa kampania o jego obalenie. Teraz mamy jedynie do czynienia z silnym i skoordynowanym uderzeniem w jej ramach. Trzeba przypomnieć, że aferalne, istotnie szkodliwe rządy SLD i prezydenta Kwaśniewskiego nie budziły takich reakcji, jak obecny rząd, który jako pierwszy od 1992 r. podjął poważną próbę wyczyszczenia Polski z pozostałości PRL, naprawienia jej, zerwania ze skutkami "okrągłego stołu". Tu właśnie jest klucz sytuacji i główny motyw działań antyrządowych. I tak jak 14 lat temu jednoczą się siły zainteresowane zachowaniem status quo, z aktywnym udziałem rozmaitych byłych funkcjonariuszy i agentów. I nie jest w ogóle istotne, czy za prowokatorami TVN stali faktycznie funkcjonariusze, czy nie. Działali tak, jakby rzeczywiście tak było. Sprawa jest rozgrywana jako wielki skandal korupcyjny, a w istocie sprowadza się do pokazania w telewizji tego, co dotychczas było ukryte.

Przeciwko PiS-owi zastosowano całe instrumentarium środków: głupawe dowcipy, naciski propagandowe, również z wykorzystaniem zagranicy, odwracanie uwagi sprawami trzeciorzędnymi, pseudointelektualne wywody, zarzuty faszyzacji kraju... Zapowiadane są marsze i manifestacje, dzień po dniu podważa się powagę i prawomocność polskiego rządu. Przestrzegałbym zwolenników takich działań. Ocierają się one coraz bardziej o zdradę. Polskie państwo wymaga wspólnego wysiłku przy naprawie, nie zaś jego dalszego osłabiania i niszczenia.

Bardzo bym chciał, żeby ten rząd przetrwał. Choćby dlatego, że to, co pokazałby ewentualny rząd PO, widzieliśmy już w kilku kiepskich wydaniach. Lepiej nie byłoby i tym razem. PiS zapowiada i daje szanse na spore zmiany, idące w dobrym kierunku. Nie wszystko mi w jego działaniach odpowiada, ale po raz pierwszy od dawna mogę liczyć, że choć trochę zmieni się na lepsze.

Romuald Lazarowicz

Tekst pierwotnie opublikowany na witrynie wielce zacnej organizacji - Solidarności Walczącej, do przejrzenia której zasobów zapraszamy: http://www.sw.org.pl/. Publikacja za upoważnieniem.

Witryna ASME Antysocjalistycznego Mazowsza jest najstarszym serwisem w Sieci - oprócz witryny tematycznej JOW - propagującym ideę JOW


Szwindlum non celatur est - Tomasz J. Kaźmierski Wysłane niedziela, 1, października 2006 przez Krzysztof Pawlak

A więc znowu musimy ze zgorszeniem patrzeć na kolejny wybuch nieustającego, bo trwającego od początku Jej istnienia, kryzysu konstytucyjnego targającego III Rzecząpospolitą. O co tym razem poszło? O miliardowe zyski spekulantów i upadek dziesiątek tysięcy dobrze funkcjonujących zakładów pracy, jak na początku lat 90? O bezprawną i arbitralną wyprzedaż majątku państwowego za drobny procent rzeczywistej wartości? O zgliszcza gospodarcze Śląska, powstałe po realizacji wymogu Komisji Europejskiej, by Polska, jako warunek akcesji do Unii, trzykrotnie zmniejszyła swą produkcję węgla i stali? O kilka milionów młodych, często dobrze wykształconych Polaków, którzy obecnie tułają się po Europie, żebrząc o najgorszą nawet pracę? Nie! Poszło o kilka nagrań z ukrytych kamer, które zarejestrowały rozmowy dwojga polityków. Wszak rozmowy tego rodzaju to w III RP rzecz normalna. Niewiele, jak widać, trzeba, by zachwiać systemem politycznym, który jest tak całkowicie pozbawiony stabilizujących mechanizmów obywatelskiej kontroli, jak system, na którym zbudowano III Rzeczpospolitą.

Politycy PO, którzy przegrali ostatnie wybory, organizują teraz happeningi pod Sejmem. Z trudem ukrywają, że chcą przejąć władzę siłą. Nic dziwnego, bo są wśród nich tacy, którym już raz podobna sztuka się udała. Było to w czerwcu 1992 r. Śmiałbym się, gdyby im teraz Ukraińcy odesłali trochę otrzymanych niedawno w prezencie pomarańczowych szalików, namiotów i śpiworów z sugestią, że mogą się teraz przydać w Warszawie.

Z kolei politycy PiS, którzy aktualnie są przy władzy, chcą reformować system wyborczy, aby tego rodzaju kryzysom w przyszłości zapobiec. Ich pomysłom warto przyjrzeć się bliżej. Wszak to przecież oszukańczy system wyborczy III Rzeczypospolitej, który pozbawia obywateli nawet tak elementarnego prawa, jak prawo samodzielnego stawania do wyborów, jest główną przyczyną Jej nieszczęść. System wyborczy to fundament ustroju państwa. Rzeczywiście, trzeba ten system zmienić i zwrócić obywatelom należne im prawa. Inaczej zmienić się nie da niczego.

Nie znamy szczegółów najnowszego pomysłu PiS, ale wypowiedzi kilku prominentów tej partii dają sporo do myślenia. Jacek Kurski w debacie na falach Radia Maryja przyznał, że obecny system wyborczy jest zły i zapowiedział, iż PiS zaproponuje mechanizm wyłaniania absolutnej większości, by było "tak, jak w Wielkiej Brytanii, która wszyscy dają nam za wzór". Myliłby się jednak ten, kto sadziłby, że Kurski ma na myśli brytyjski system jednomandatowy, który tak znakomicie chroni prawa i dobrobyt obywateli Zjednoczonego Królestwa. Jest dokładnie odwrotnie. PiS chce się wzorować na Włoszech, gdzie niecały rok temu odwrócono wielką reformę z 1993 r. i zmieniono wprowadzony wtedy system wyborczy oparty w trzech czwartych na jednomandatowych okręgach i brytyjskim systemie glosowania. Ostatnie wybory z 9-10 kwietnia 2006 r. do obu izb włoskiego parlamentu oparte były nie tylko w całości na listach partyjnych, ale dodatkowo zwycięska partia otrzymała tak zwana "premie większościowa", czyli dodatkowe mandaty zapewniające jej absolutną większość w obu izbach parlamentu.

Jak ma się owa "premia większościowa" do woli wyborców wyrażonej w głosowaniu? Włosi określili ten trick bardzo dosadnie. Kilka gazet zaproponowało, by nowy system nazwać "Truffarellum", od słowa "truffa", które oznacza po włosku oszustwo. Trzeba przy tym wiedzieć, że we Włoszech do tradycji należy określanie systemów wyborczych zlatynizowanymi nazwami pochodzącymi od nazwisk ich twórców. I tak poprzedni system nosił nazwę Matarellum, od nazwiska jego głównego autora Sergia Matarelli, a ordynacja samorządowa, której twórcą jest Pinuccio Tatarella, nazywa się Tatarellum.

Roberto Calderoli, do niedawna Minister do Spraw Reform odpowiedzialny za wprowadzenie w życie systemu premii większościowej, wprawił niedawno sporo osób w zdumienie, wyrażając się o reformie językiem bliższym łacinie kuchennej niż makaronicznej. Występując w debacie telewizyjnej, zapytany został przez prowadzącego, co myśli o nowym systemie. Ku powszechnemu zakłopotaniu, Calderoli odpowiedział: "la nuova legge elettorale (...) è una porcata!" - nowe prawo wyborcze to świństwo! Świństwo według Calderoliego polega na tym, że ordynacja wyrządza szkodę krajowi, po to tylko, by zaszkodzić partii przeciwnej [http://video.google.com/videoplay?docid=8532343123591937403].

Nie wiadomo, czy był to nagły atak szczerości, czy też Calderoli dal wyraz frustracji, iż wybory potoczyły się nie po myśli twórców nowej ordynacji. Premia większościowa przypadła bowiem koalicji L'Unione pod przywództwem Romano Prodiego, który dzięki temu niewielką przewagą wygrał wybory. Gdyby zastosowano poprzednią ordynację, wygrałby Sylvio Berlusconi ze swą koalicją o wdzięcznej nazwie Casa delle Libertà (Dom Swobód). Berlusconi, główny proponent i spiritus movens premii większościowej, zaszkodził więc samemu sobie zamiast, tak jak chciał, Prodiemu.

Marzącym o premii większościowej politykom PiS przypomnijmy, że jest na tę okoliczność bardzo celne polskie przysłowie: "kto pod kim dołki kopie, sam w nie wpada". Przypomnijmy im też, że hamując prawdziwą reformę prawa wyborczego, czyli taką, która odbierze liderom partyjnym prawo o decydowaniu, kto może się ubiegać o sejmowy mandat i odda to prawo obywatelom, kopią oni przede wszystkim dól Polsce.

Ponieważ Polacy mają swoją własną tradycję używania makaronicznej łaciny, pozwolę sobie zadedykować reformatorom PiS następujące dictum: "szwindlum non celatur est" - szwindlu ukryć się nie da.

Southampton, 30 września 2006 r.
Tomasz J. Kaźmierski

  • Tomasz J. Kaźmierski jest profesorem elektroniki Uniwersytetu w Southampton, Wielka Brytania.

    Witryna ASME Antysocjalistycznego Mazowsza jest najstarszym serwisem w Sieci - oprócz witryny tematycznej JOW - propagującym ideę JOW

    PUŁAPKA Z EKSTRADYCJĄ - Antoni Zambrowski Wysłane niedziela, 1, października 2006 przez Krzysztof Pawlak

    Odrzucenie przez władze brytyjskie polskiego żądania ekstradycji jako zbrodniarki komunistycznej, pani prokurator Leny Wolińskiej-Brusowej budzi cały szereg pytań i wątpliwości odnośnie motywów działania władz śp. III Rzeczypospolitej. Chodzi mi o to, że prokuratura wojskowa podejmująca kroki ekstradycyjne dobrze zdawała sobie sprawę z tego, że ekstradycji nie będzie oraz, że pani Lena podniesie zarzut o antysemickie motywy żądania ekstradycji. Wprawdzie ministrem sprawiedliwości w owym czasie była pani premier Hanna Suchocka, zaś ministrem obrony i zwierzchnikiem owej prokuratury - Janusz Onyszkiewicz z Unii Wolności uchodzącej za stronnictwo wyjątkowo filosemickie, ale to - jak wiadomo - nie uchroniło Polskę przed tego rodzaju zarzutami.
    Tymczasem sprawa miała drugie dno. W Warszawie pod bokiem prokuratury wojskowej pozostawał wtedy (i pozostaje do dziś) człowiek jeszcze bardziej umoczony w haniebną aferę mordu sądowego na naszym bohaterze narodowym gen. Nilu-Fieldorfie. Jest nim tow. Kazimierz Górski - (nie mylić ze śp. Kazimierzem Górskim - trenerem narodowej drużyny piłkarskiej). Był on oficerem śledczym bezpieczeństwa prowadzącym wszystkie chyba przesłuchania gen. Nila-Fieldorfa oraz autorem aktu oskarżenia dla prokuratora. Opowiadał mi dr Józef Rybicki - były szef warszawskiego Kedywu AK oraz członek - założyciel Komitetu Obrony Robotników - w wyjątkowej scenerii AK-owskiego spotkania na Wykusie w Górach Świętokrzyskich, że gen. Nil krzyczał do swoich sędziów po ogłoszeniu wyroku: "Jesteście świadomymi mordercami, skazujecie na śmierć niewinnego człowieka!”. Pułkownik K. Górski jako śledczy i autor aktu oskarżenia musiał jeszcze bardziej niż sędziowie zdawać sobie z tego sprawę. Pisałem o tym skandalu wielokrotnie, gdy dowiedziałem się o pułkowniku K. Górskim od córek gen. Emila Augusta Fieldorfa, przez długie lata bezskutecznie walczących o ukaranie winowajców mordu na ich bohaterskim ojcu. Po mnie tę sprawę przejął mój kolega Tadeusz Płużański. Z wiadomym skutkiem. Prokuratura wojskowa wyraźnie sabotuje sprawę. Woli ścigać panią Lenę Wolińską-Brusową, gdyż wie, że z tej sprawy nic nie wyjdzie, zaś sprawozdanie o podjętych działaniach można złożyć przełożonym. I tak trwa do dziś ta tragikomedia ze ściganiem zbrodniarzy, mająca na celu uniknięcie ich ukarania.

    Antoni Zambrowski

    Pierwotnie tekst został opublikowany w tygodniku "Nasza Polska".

    Zostań donatorem naszych publicystów:
    Jeśli satysfakcjonuje Cię publicystyka Antoniego Zambrowskiego - możesz wesprzeć Naszego Autora datkiem.
    Konto:
    61 1240 1040 1111 0010 0042 5486
    Bank PeKaO SA III O. w Warszawie



    Publicystyka Antoniego Zambrowskiego na ASME


    Media od podszewki - czyli czy wszędzie są służby specjalne? - relacja z panelu dyskusyjnego w Klubie Dyskusyjnym Myśli Politycznej Wysłane niedziela, 1, października 2006 przez Krzysztof Pawlak

    | Pobierz |










    Media od podszewki - czyli czy wszędzie są służby specjalne? - relacja z panelu dyskusyjnego w Klubie Dyskusyjnym Myśli Politycznej
    Wysłane niedziela, 1, października 2006 przez Krzysztof Pawlak

    "Bóg jeden wie, jak będzie TVP wyglądała za miesiąc czy dwa - bo tam cały czas trwa walka o to, kto ma nią rządzić. I mamy media prywatne, elektroniczne - w 90 procentach wyznające jeden pogląd i go wykonywujące. Rynek prasowy wygląda trochę lepiej, ale są na nim potworne problemy, by stworzyć jakąś nową gazetę" - mówił Tomasz Sakiewicz, redaktor naczelny "Gazety Polskiej".
    "Zarząd TVP wyznaczył termin dla swoich pracownik, by zgłosili się do IPN-u o zaświadczenia o status pokrzywdzonego czy zapytanie o obecność na liście agentów. Mam informację, że w ramach terminu złożyło takie pisma zaledwie 20% dziennikarzy" - zauważył prowadzący panel Wojciech Reszczyński, właściciel radia WaWa, jedynego medium elektronicznego, które już przed laty dokonało pełnej lustracji swoich żurnalistów.
    "Trzeba zdać sobie sprawę, że my oczekujemy, iż będzie postęp w dziedzinie mediów, ale tek niestety nie jest. Kiedyś mieliśmy do czynienia ze stronniczością, a teraz nasiliła się akcja rodem z PRL, mianowicie propaganda, która oparta jest na fałszu. Wydarzenia z ostatnich dni, afera z posłanką Begerową, wskazują, że dziennikarze nie informują o faktach, ale je tworzą. Nic dziwnego, że Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich oświadczyło, że mamy do czynienia z wejściem tych dziennikarzy w walkę polityczną, że stali się oni stronnikami pewnej strony politycznej" - zauważył Jan Parys.
    "Jeśli to co się stało tej nocy - nocy niemal zamachu stanu - w zarządzanej przez Bronisława Wildsteina TVP - mogło mieć miejsce, chodzi o nagranie wyemitowane w TVP3 - to moim zdaniem Wildstein powinien podać się do dymisji, bo najwyraźniej nie umie zarządzać telewizją. Ja się czuję trochę oszukany przez Bronisława, gdyż obserwowałem jego działalność przez ostatni rok czy dwa lata, miałem dużą nadzieję, a teraz widzę, że chyba to nie jest nasz człowiek" - uważa Jerzy Zalewski, reżyser telewizyjny.
    "Kto ogląda program trzeci TVP w nocy? Może z piętnaście osób w Warszawie... Rozwiązaniem jest zrobienie kompletnie nowego naboru do telewizji, zwolnienie wszystkich i ponowne ich zatrudnienie. Nie zrobiono tego - to i są takie wyniki. Ale nie to jest głównym problemem. Jest nim działalność nie byłych agentów - ale OBECNYCH agentów w telewizji. Tak samo manipulował UOP, tak samo teraz robią to ABW i WSI. Czy Państwo myślicie, że ktoś ta na wizji nie jest agentem? Czy myślicie, że kogoś, kto nie był agentem - dopuszczano przed kamerę? Za granicą jest tak samo..." - oświadczył Janusz Korwin-Mikke, wydawca tygodnika "Najwyższy CZAS!"..
    "Wszystkie te wypowiedzi, a ta ostatnia - JKM-a szczególnie, pokazują, że my z kręgu służb specjalnych nie wyjdziemy. Warto więc przyjrzeć się, zanim nas pokonają, by wiedzieć, co nas zabiło. Tym bardziej, że może służbom specjalnym nie uda się nas wszystkich zabić, a jak mówiono w Hitlerjugend - »co cię nie zabije - to cię wzmocni«. Jest pewien dowód na istnienie szczególnej cenzury, która oplata niemal WSZYSTKIE media w Polsce - chodzi o zadziwiające jednodniowe opóźnienie w podawaniu informacji o ostatnich wydarzeniach na Węgrzech, o czym Polacy dopiero dowiedzieli się w poniedziałek wieczorem, a wydarzenia działy się w najlepsze od niedzieli, a wiedziałem o tym od mieszkającej w Budapeszcie siostry, poprzez Gadu-Gadu. Skąd media wiedziały, że »nie wolno« podawać informacji na ten temat przez więcej niż cały dzień? Drugą sprawą jest panująca w Polsce epidemiczna choroba Alzheimera - gdyż gdyby nie ta choroba, to Polacy pamiętaliby, jak to Adam Michnik dopuścił się ostentacyjnej korupcji politycznej, kiedy w 1989 roku na łamach swojej gazety proponował rozwiązanie pewnego problemu: "Wasz Prezydent, Nasz Premier". Jeśli to nie korupcja polityczna - to przy tym pani Renata Beger to mały pikuś..." - rozpoczął swoje wystąpienie Stanisław Michalkiewicz.

    Nagranie trwa ponad 1 godzinę i jest dostępne w Sieci do 14 X 2006 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




    Kaczyński Jarosław przeprosił - kogo i za co? I dlaczego? - Łukasz Perzyna o zaskakującym zwrocie w najnowszej aferze ze scen teatru polskiej polityki Wysłane piątek, 29, września 2006 przez Krzysztof Pawlak

    | Pobierz |









    Kaczyński Jarosław przeprosił - kogo i za co? I dlaczego? - Łukasz Perzyna o zaskakującym zwrocie w najnowszej aferze ze scen teatru polskiej polityki
    Wysłane piątek, 29, września 2006 przez Krzysztof Pawlak

    "Cytaty z czołowych polskich polityków zawsze zyskują nowy, nieprzewidziany wymiar po roku od momentu, w którym wygrali kampanię wyborczą - po tym jak już sprawują władzę. Po znaczącej wypowiedzi tow. Leszka Muellera (pisownia europejska nazwiska) przyszedł do Adama Michnika Lech Rywin z autoryzowaną przez Grupę Trzymającą Władzę, znaną propozycją zmiany ustawy rządowej. Odpowiedzialność prawną za tę propozycję korupcyjną poniósł tylko Rywin. Ale GTW wypadła jednak z polityki. Jarosław Kaczyński w kampanii, która była podwójną kampanią w 2005 roku, wypowiedział słowa pamiętne "MY będziemy rządzić inaczej". To co stało się w rozmowie Renaty Begerowej z Adamem Lipińskim miało oczywiście charakter gorszący, szokujący obyczajowo, ale nie wyczerpywało znamion przestępstwa. Wiedzą o tym krytycy Jarosława Kaczyńskiego. Nieco inaczej jednak reagują na nią zwykli ludzie" - Łukasz Perzyna, publicysta "Tygodnika Solidarność" i naszej witryny ASME, analizuj wydarzenia z ostatniego tygodnia "polskiego regionu UE", gdzie tak mocno zostały podkreślone - zwłaszcza przez zagraniczne ośrodki komentatorskie - błędy popełnione przez "prawicawych sanatorów" życia politykierskiego.

    Od Kaczyńskich, co oczywiste - wymagano więcej niż od niedawno jeszcze obecnych przy korycie rządowym post(?)komunistów z PZPR-SLD. W rozmowie telewizyjnej, z dziennikarzem TVP Krzysztofem Ziemcem, Kaczyński przeprosił - za rozmowę, którą Adam Lipiński odbył z Renatą Begerową, za zawód sprawiony zwolennikom PiS, i wszystkim innym obywatelom RP, którzy nawet na PiS nie głosowali. Przyznał, że zależy mu na nich, na tych, którzy dotąd nie głosowali na Prawo i Sprawiedliwość. Tu nie ma porównania oczywiście z chamstwem ujawnionym przez postkomunistę Ferenca Gyurcsaniego rządzącego obecnie na Węgrzech, co usiłowały sugerować merdia polskojęzyczne przez cały czas trwania nagłaśniania sprawy rozmowy wysokiego przedstawiciela PiS z kryminalistką z Samoobrony. Kaczyński dowiódł, że jak trzeba - potrafi być politykiem elastycznym - Gyurcsani jak na razie ani na trochę nie przeprosił Węgrów - zauważa Łukasz Perzyna.

    Nagranie trwa prawie 10 minut i jest dostępne w Sieci do 13 X 2006 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




    Profesjonalizm markietingiarski "sanatorów" i problemy z ustanowieniem IV PRL Wysłane piątek, 29, września 2006 przez Krzysztof Pawlak

    Premier-"sanator" i jego najbardziej zaufany człowiek, przezywany brzydko "Trzecim Bliźniakiem", zostali ugodzeni boleśnie przez świeżą maturzystkę z bogatą przeszłością kryminalną.

    Co w tym śmiesznego? Nic? A gdyby to działo się w dajmy na to takiej kolebce parlamentaryzmu, jaką jest Wielka Brytania? Że niby niemożliwe? A kto tam to wie... Czyż nie jest tam możliwe, że zgodnie z mitem o pucybucie - wyrosłym na gruncie protestanckiej wiary w siłę sprawczą self-made menów i womenek, i zaszczepionym u kuzynów w USA, na które spogląda z rozmarzeniem w oczach większość Polaków - taki idealny niemal dowód o samodoskonaleniu, jak obecna studentka politologii w okresie przekwitania, mógłby doprowadzić do czerwoności wszystkie medialne ośrodki propagandy?
    W takich, dajmy na to, Niemczech akceptacja "korupcji politycznej" przychodzi z dużo mniejszym bólem głowy, skoro po kilku miesiącach po aferze z niemal natychmiastowym po zakończeniu wycierania stolca kanclerskiego przez towarzysza socjaldemokratę Schrödera otrzymaniem synekury w rosyjskim państwowym przedsiębiorstwie Gazprom - nie ma niemal śladu po połajankach w mediach Kulturträgerów. Co więc dopiero mówić o obyczajach wśród "podludzi", których traktowanie przez "naród poetów i filozofów"opisał właśnie nasz współpracownik Tadeusz M. Płużański, prawda, Herr warszawski korespondencie gazety "Die Welt", Gerardzie Gnauck - cytowany oczywiście przez "walterowski" Onet? Czytacie - to macie...
    Zamówione przez - sponsorowany cały czas przez niemieckich akcjonariuszy i płacący z ich pieniędzy - brukowiec "Fakt" badanie-prognoza-wróżba "pogody politycznej", dokonane przez klan czarowników od przepowiedni z lotu ptaków i stanu wnętrzności zwierzęcych spod totemu OBOP, wskazuje na gwałtowne pogorszenie się nastrojów tzw. elektoratu PiS-owskiego i zmniejszającej się chęci popierania przez niego swoich reprezentantów. Podobnie wyglądają wróżby innych klanów czarnoksięskich, związanych z opłatami czynionymi przez redakcje gazet pozostających pod "oczami urocznymi" "szarej sieci". Ale - czy można akurat w tej chwili powątpiewać w ich trafność i znaczenie?
    Stare porzekadło ludowe mówi: "kto z kim przestaje, sam się takim staje". Propozycja rozważenia ustanowienia specjalnego funduszu z pieniędzy podatników, zarejestrowana przez - obsługiwany przez, teraz już telewizyjnego, technika-"majora" - wcale niewyrafinowany sprzęt podsłuchowy stacji telewizyjnej, w środowisku żurnalistycznym określanej jako "walterownia" (choć nie od towarzysza "gienierała"-moczymordy "Waltera" Świerczewskiego, osławionego z częstego używania tego typu pistoletu w dyskusjach "politycznych", lecz od skromnego producenta komunistycznej TVP czasów "prezia" Radiokomitetu Macieja Szczepańskiego, też kryminalisty, lecz jeszcze z czasów PRL właściwej) - wyszła od opiewanego przez środowisko Prawych i Sprawiedliwych sanatorów jako żywy wzór moralny z Sevres posła Lipińskiego, za którego uczciwość daliby się pokroić jego partyjni koledzy.

    Strach pomyśleć w takim razie, jak wyglądają pozostałe szeregi, już nie tak uczciwych i niezłomnych jak ów symbol odnowy moralnej w polityce "polskiego regionu UE", towarzyszy partyjnych realizujących projekt Nowej, Jeszcze Wspanialszej IV PRL.

    Oczywiście, tę Mniej Wspaniałą, III PRL - lansuje opozycja, której już niewiele pozostało dni do terminu zakończenia lustracji wiejskich latyfundiów, dlatego Generał Walter (przepraszam, o-telu..., że awansowałem, ale to prawo licencia poetica...) sposobi swoich chłopców na posyłki do ułańskiej iście szarży - choć to nie z ich rodowodów (zwłaszcza redaktora Morozowskiego jako przedstawiciela szlachty z terenów byłego imperium Osmanów) wywodzi się ta tradycja. Od pistoletów skuteczniejsze są metody "demokratyczne", współczesne, nie te z lat "demokracji ludowej" - na tyle zdołali się ucywilizować przedstawiciele cywilizacji turańskiej, o których przodkach opis nadesłaliśmy na naszej witrynie w zawiadomieniu o promocji książki "Kłopoty z historią" historyka IPN Piotra Gontarczyka w dniu wczorajszym. Szeregi opozycji czerwono-różowo-feudalnej spod totemów PZPR/SLD/PD-PO-PSL sposobem znanym w podkulturze grypserskiej, skąd czerpią tradycję i natchnienie od dziesięcioleci, tym silniej będą wołać "Łapać złodzieja!", im bardziej będą chcieli zagłuszyć wspomnienia swych ledwie minionych rządów. Poświęciliśmy tym ledwie minionym (?) czasom spory wycinek, skromny z powodów naszych skromnych możliwości poznawczych i rejestracyjnych - w dziale "Ciekawostki o lewicy". Warto jednak tam zajrzeć, mimo że nie ma tam choćby osławionej, zeszłorocznej sprawy wyciągania już z mamra niemal partyjnego, PZPR-owsko-SLD-owskiego kryminalisty, tow. Sobotki - przez towarzysza "prezia" Ola "Disko" Kwaśniewskiego - za pomocą aktu łaski prezydenckiej. Co w takim razie mówić o takiej - w porównaniu - początkującej adeptki "hewry", jaką jest studenta Begerowa?
    Niemniej cios wymierzony przez generała Waltera jest skuteczny - bo dosięgnął jedynej, zwracam uwagę - naprawdę jedynej cechy różniącej "sanatorów" z PiS od ich sparringpartnerów z SLD, PD, PO - okoliczności medialnej, dobrze sprzedanej przez hochsztaplerów "rynku politykierskiego" wizji, jakoby pozostali już "jedynymi uczciwymi" na deskach teatru dla pospólstwa. Można pochylić czoła dla profesjonalizmu towarzysza generała (awans zapewniony, to i antycypuję...) i chłodno zaklaskać dwa-trzy razy...
    Złudzeń co do PiS-owskich sposobów prowadzenia "walki politycznej" środowisko konserwatywnych liberałów nie miało już od kilku lat, od czasów, gdy okazało się, że grupka nastoletnich "radnych PiS" z warszawskiego magistratu usiłowała doprowadzić do zwasalizowania i w końcowym efekcie - likwidacji Unii Polityki Realnej przez wrogie UPR środowisko tzw. koliduprów - którzy po usunięciu ich lidera, skrzypka Wojtery z szeregów Unii Polityki Realnej dostali - bez znaczenia czy za spartoloną robotę, czy za "inicjatywę własną" - synekury w strukturach administracji państwowej, z łaski swych opiekunów z PiS, które w zeszłym roku przejęło stery rządów w Polsce.
    Obserwowana cały czas, wieloletnia, dobitna nieporadność "sanatorskiej" administracji samorządowej w stolicy - sprawy nikłych inwestycji infrastrukturalnych, polityczne rozgrywanie sposobów poprawy komunikacji miejskiej w połączeniu z przedwyborczym pomysłem na stworzenie Szybkiej Kolei Miejskiej czy na doskonale to ilustrującym i efektownym, ostatnim przykładzie konkursu Miss World, mającym stanowić dowód "profesjonalizmu" i chlubę w działaniach "markingiarowców" z PiS - już od dawna nie pozostawiała złudzeń co do możliwości intelektualnych i organizacyjnych "uzdrowicieli" życia społecznego, politycznego i gospodarczego.
    Konkursu - który, trzeba przypomnieć, został im podsunięty przez byłych "organizatorów" z osławionego "układu warszawskiego", gdzie pieniądze przelewały się strumieniami pomiędzy PO a SLD, a duże pieniądze - zawsze pozostają pod kontrolą... Profesjonalizm, jak widać..., jak cholera...

    Tylko - co pozostaje? KTO pozostaje? III PRL czy IV PRL? Może chodzi jednak o jakość życia we wspólnym państwie, ustroju, domu?
    Przywołany w przedwczorajszym orędziu Pierwszego Ministra RP "analityk polityczny", na którego trafną diagnozę o jesiennym "ataku »szarej sieci« powoływał się premier, musiał aż wystąpić swego czasu z UPR - o czym z bólem głowy woleliby zapomnieć tzw. kolidupranci, pozostający obecnie na żołdzie PiS - właśnie z powodu takich działań i sposobów uprawiania "walki politycznej". Stanisława Michalkiewicza do tego stopnia zbrzydził ten rodzaj "roboty politycznej", że na wiosnę roku minionego posunął się do tak drastycznego kroku. Ówczesna "profesjonalna robota polityczna" w stylu PiS natychmiast się skończyła - razem z wywaleniem jej wykonawców z kręgu osób ceniących jakość polityki realnej. Teraz nadszedł kres kolejnej "profesjonalnej" "walki politycznej", co z łatwością podsumował generał W.

    I znowu musimy zacząć wydłubywać rodzynki z zakalca, upieczonego przez "profesjonalistów" pozostających na poziomie Begerowej...

    Krzysztof Pawlak

    Publicystyka Krzysztofa Pawlaka na ASME


    W czasie wojny Niemcy preparowali czaszki Polaków i sprzedawali do Muzeum Historii Naturalnej w Wiedniu
    Wyrok: zgilotynować! - Tadeusz M. Płużański
    Wysłane czwartek, 28, września 2006 przez Krzysztof Pawlak

    W czasie II wojny światowej niemieccy naziści - tak jak później komuniści - dokonywali mordów sądowych na polskich patriotach. Wyroki wydawali z podobną bezwzględnością i świadomością bezprawności swoich działań. Tragicznym przykładem jest historia kapitana Antoniego Kasztelana. Ten bohaterski obrońca Helu we wrześniu 1939 r. najpierw został skatowany w śledztwie przez gestapo, a następnie skazany na śmierć pod gilotyną. Kapitan Kasztelan to nie jedyny Polak zgilotynowany przez niemiecką machinę zbrodni.

    Ostatnie lata życia Antoniego Kasztelana udało się odtworzyć dzięki prof. Witoldowi Kuleszy, szefowi pionu śledczego IPN, przy współpracy z ośrodkami w Niemczech i Austrii. Kilka lat temu, na życzenie Marynarki Wojennej, kierowana przez prof. Kuleszę Główna Komisja Badania Zbrodni Przeciwko Narodowi Polskiemu (poprzedniczka IPN) odnalazła akt kapitulacji Helu (prof. Kulesza przekazał go następnie muzeum na okręcie "Błyskawica"). W załączonym do niego raporcie znalazło się stwierdzenie, że dowódca obrony Helu, kontradmirał Józef Unrug, dał słowo honoru, że jego oficerowie nie będą uciekali, zanim nie trafią do niemieckiej niewoli. Jednym z tych, którzy dotrzymali słowa, był kpt. Kasztelan.

    Zgładzony za szpiegów

    Urodził się w 1896 r. w wielkopolskiej wsi Gryżyny. W młodości działał w harcerstwie i kolportował polskie książki. W czasie I wojny światowej powołany do wojska pruskiego, został ciężko ranny w bitwie pod Verdun. Po kilku dniach od zdemobilizowania walczył już w Powstaniu Wielkopolskim (odznaczony Krzyżem Zasługi). Potem uczestniczył w wojnie polsko-bolszewickiej 1920 r.
    W wolnej Polsce Antoni Kasztelan został zawodowym żołnierzem. W 1931 r. przydzielono go do powstałego właśnie, pierwszego polskiego oddziału obrony Wybrzeża - Batalionu Morskiego w Wejherowie. W połowie 1934 r. został przeniesiony do Dowództwa Floty w Gdyni i zatrudniony w sztabie Samodzielnego Referatu Informacyjnego (kontrwywiad). Wkrótce, awansowany do stopnia kapitana, objął kierownictwo referatu. Wyróżnił się rozpracowaniem kilku niemieckich grup szpiegowskich na terenie Wybrzeża. Oto powód, dlaczego Niemcy postanowili go zgładzić.

    Nikogo nie wydał

    Po podpisaniu aktu kapitulacji Helu (1 października 1939 r.) Antoni Kasztelan, jako jeniec honorowy admirała Huberta Schmundta, trafił do obozu jenieckiego. W maju 1940 r. niespodziewanie przewieziono go do stalagu na Biskupiej Górce w Gdańsku, a trzy miesiące później zwolniono i... oddano w ręce gestapo.
    Do rodziny pisał: "Byłem w gestapo w Gdańsku bity gumową pałką, godzinami, bez przerwy, przez okres 2 miesięcy, aż do utraty przytomności. Ciało, twarz, oczy zupełnie granatowe i czarne od bicia".
    Mimo nieludzkiego śledztwa Antoni Kasztelan nie ujawnił żadnych informacji o polskim wywiadzie, nie podał żadnego nazwiska. O łaskę nie prosił. W piśmie do Naczelnego Dowództwa Wojsk Lądowych (Oberkomando der Wehrmacht) w Berlinie kategorycznie protestował przeciwko bezprawnemu zwolnieniu go do z niewoli, aresztowaniu i traktowaniu jako zwykłego więźnia, zaznaczając, że poszedł do niewoli na szczególnych warunkach. Pisał również o bestialskich metodach śledztwa oraz bezprawnej degradacji i żądał przywrócenia mu wszelkich uprawnień jenieckich, wynikających z konwencji genewskich. Protest pozostał bez odpowiedzi.

    Niezrealizowany testament

    Po odnalezieniu aktu kapitulacji Helu, do prof. Kuleszy zadzwonił syn kapitana Kasztelana, Zygmunt. Prosił o wyjaśnienie losów swojego ojca. Wiedział tylko tyle, że Antoni Kasztelan został skazany na czterokrotną karę śmierci przez niemiecki sąd specjalny w Gdańsku (13 stycznia 1942 r.) i prawie rok później (14 grudnia 1942 r.) zgilotynowany w więzieniu w Królewcu. W chwili śmierci miał 46 lat.
    Maria Kasztelan starała się wcześniej o ułaskawienie męża. Miał być wymieniony na niemieckiego oficera, znajdującego się w brytyjskiej niewoli. Wszelkie interwencje, nawet u papieża Piusa XII, nie przyniosły efektu. Niemcy byli zdecydowani zlikwidować Kasztelana. Z dokumentów wynika, że o jego losie zadecydowano na szczytach hitlerowskiego państwa.
    Gdy Maria Kasztelan dowiedziała się, że jej mąż został stracony, robiła wszystko, aby odszukać jego grób. W ostatnim liście do rodziny (14 grudnia 1942 r.) kapitan Kasztelan pisał: "...Ostatnia godzina dla mnie wybiła, dziś będę stracony o godz. 15-tej. Boże mój. Byłem na to zawsze przygotowany, toteż nie jest to dla mnie wielką niespodzianką. Pójdę na śmierć odważnie, choć niewinnie, »dulce est pro patria Mori«. Tak ginę za swoją pracę, za Ojczyznę. Jeżeli najdroższa moja i Wy kochane moje dzieci będziecie mogli później moje zwłoki stąd zabrać, to miałbym do Was tę jedyną prośbę - chcę spoczywać między swymi. Na grób mój przyjdźcie potem odwiedzić mnie, to lekko mi będzie i sadźcie białe i czerwone kwiaty - jako symbol mej niewinności i miłości ku Wam. Och Boże. Już Was nie zobaczę nigdy i Wy mnie też, ale miłość ku Wam zabiorę ze sobą do grobu...".
    Antoni Kasztelan miał świadomość, że za chwilę będzie stracony, może wiedział nawet, że zostanie zgilotynowany. Nie przypuszczał jednak, co Niemcy zrobią z jego ciałem, że miłości do rodziny nie zabierze do grobu.
    Rodzina przechowuje ten ostatni list jak relikwię. Dopiero niedawno dowiedziała się, że testamentu kapitana nie będzie mogła zrealizować, gdyż jego grobu nie uda się odnaleźć...
    Jeszcze w latach 40. szef ZBoWiD-u Kazimierz Rusinek, który razem z Kasztelanem był więziony w obozie w Stutthofie (od lutego do grudnia 1941 r.) i pisał o nim: - "człowiek dużej prawości, dobry obywatel i dobry kolega, oddawał duże usługi konspiracji", powiedział Marii Kasztelan, że nie może pomóc w poszukiwaniach miejsca spoczynku jej męża. Stwierdził, że postępowanie byłoby trudne, czasochłonne i wymagałoby znacznych sum pieniędzy (?!). Pisma do Czerwonego Krzyża też nie dały rezultatu.

    Miejsce w historii

    Prof. Witold Kulesza bezskutecznie szukał dokumentów kapitana Kasztelana w archiwum militarnym we Freiburgu, tym samym, w którym przechowywano akt kapitulacji Helu. Dokumenty, w Archiwum Federalnym w Berlinie, odnalazł dopiero dr Dieter Schenk (honorowy profesor Uniwersytetu Łódzkiego i autor książki o bohaterskich pocztowcach z Gdańska) i przekazał je Komisji. Treść tych akt (opatrzonych przez hitlerowców klauzulą "ściśle tajne") była tak przerażająca, że profesor długo wahał się, czy powiedzieć o nich synowi kapitana. Zwyciężył jednak ciążący na nim obowiązek ujawniania prawdy historycznej.
    Z odnalezionych akt wynika, że na Antonim Kasztelanie Niemcy dokonali mordu sądowego. Na wątpliwe podstawy wyroku zwracał uwagę nawet jeden z sędziów-katów. Stracenie kapitana miało nastąpić w Poznaniu. Niemcy ułatwili sobie jednak sprawę - Antoni Kasztelan został zgilotynowany nie w Poznaniu, gdzie trzeba było go przewozić, ale tam, gdzie był ostatnio więziony, a więc w Królewcu. Na tym nie koniec. W rozporządzeniu o wykonaniu kary śmierci czytamy: "Przy przekazywaniu zwłok proszę wziąć pod uwagę Instytut Anatomii Uniwersytetu w Königsbergu". Szczątki kapitana Kasztelana posłużyły jako źródło preparatów.
    Podczas jednej ze swoich wizyt w Gdańsku prof. Kulesza spotkał się z Zygmuntem Kasztelanem. Powiedział mu, że jego ojciec ma miejsce w historii, jako bohater narodowy, ale nie ma miejsca spoczynku. Symboliczna mogiła kapitana Antoniego Kasztelana znajduje się na cmentarzu w Wejherowie.

    Czaszki "podludzi"

    Gdyby kpt. Antoni Kasztelan został zgilotynowany w Poznaniu, jego czaszka mogła trafić do Muzeum Historii Naturalnej w Wiedniu, razem z czaszkami 15 innych Polaków, przekazanych tam przez Uniwersytet Rzeszy w Kraju Warty. 27 czerwca 1942 r., w księdze inwentarzowej zbiorów wiedeńskiego muzeum, w opisie czaszek znalazły się takie dane jak: płeć, wiek i wzrost osób, od których pochodziły. Większość miała około 40 lat, "najmłodsza" czaszka pochodziła od 23-letniego mężczyzny.
    Muzeum wyeksponowało polskie czaszki jako przykłady czaszek "podludzi". Zwiedzający mogli je oglądać w Gabinecie Ras, razem z czaszkami Żydów. Obok pokazano czaszki Niemców, które - jako jedyne - miały być prawidłowe.
    Kierownikiem Zakład Anatomii Uniwersytetu Rzeszy w Kraju Warty był prof. Hermann Voss, z wykształcenia patolog, sława światowej medycyny. Jeszcze niedawno jego podręcznik anatomii, przetłumaczony na język polski i starannie przygotowany przez jedno z czołowych wydawnictw, był obowiązkową lekturą dla polskich studentów. Korzystali z niego również słuchacze Collegium Academicum Uniwersytetu w Poznaniu. Tego samego, na którym profesor Voss 60 lat wcześniej preparował polskie czaszki nie dla celów naukowych, ale dla pieniędzy.

    Kilka tysięcy nazwisk

    Rachunek za czaszki wystawił inny znany naukowiec Gustaw von Hirschheydt, specjalista od preparowania ludzkich zwłok. Na rachunku jest data - 10 marca 1942 r., podana liczba polskich czaszek - 15, i suma - 375 marek (jedna czaszka kosztowała 25 marek). Tyle zarobił Hermann Voss, po wojnie ceniony profesor NRD-owskiego Uniwersytetu w Jenie, który zmarł w 1987 r. w Hamburgu. Spreparowane przez siebie czaszki Polaków-"podludzi" Voss wysyłał nie tylko do Wiednia, ale także do Wrocławia, Lipska, Gdańska i Królewca (tam trafiły szczątki kpt. Kasztelana).
    Polacy, których czaszki znalazły się w Gabinecie Ras wiedeńskiego muzeum, byli gilotynowani w Poznaniu od października 1941 do końca marca 1942. W podziemiach więzienia przy ul. Młyńskiej gilotyna pojawiła się już w 1939 r., razem z wkroczeniem do miasta Niemców. Ostrze spadało między godziną 5. a 7. rano. Jedyną winą ofiar było to, że prowadzili "wrogą działalność przeciwko Rzeszy Niemieckiej".
    Poznański IPN ma pełne wykazy zgilotynowanych - w sumie kilka tysięcy nazwisk. Tylko w czerwcu 1940 r. stracono w ten sposób 19 Polaków. Średnia miesięczna była wyższa - ok. 30 osób.

    Z Wiednia do Polski

    Sprawa 15 polskich czaszek wyszła na jaw pod koniec 1998 r. Muzeum Historii Naturalnej poinformowało o ich istnieniu ambasadę polską w Wiedniu, ta z kolei MSZ. Ostatecznie związane z nimi dokumenty trafiły do poznańskiej Komisji Badania Zbrodni Przeciwko Narodowi Polskiemu. Tu rozpoczęła się prawdziwie detektywistyczna praca. W śledztwie pomogły zeznania Polaków, złożone zaraz po wojnie w związku ze sprawą Artura Greisera. Ten namiestnik okręgu Rzeszy w Kraju Warty i szef tamtejszego NSDAP został wydany Polakom i osadzony w więzieniu na Rakowieckiej w Warszawie, a potem na Młyńskiej w Poznaniu. Po 12-dniowym procesie skazano go na karę śmierci. Greiser zawisł na stokach poznańskiej cytadeli.
    Wśród zeznających znalazł się laborant Michał Woroch i dwaj jego współpracownicy: Andrzej Szymański i Piotr Miklejewski. W poznańskim zakładzie anatomii pracowali jeszcze przed wojną. Niemcy wykorzystali ich jako personel pomocniczy, m.in. do obsługi krematorium i księgowania zwłok. Osobną dokumentację prowadzono dla Polaków i Niemców, osobną dla Żydów. Zgony odnotowywano dodatkowo w urzędowej kartotece, ale o jej istnieniu nikt z personelu nie wiedział. W rubryce określającej przyczynę śmierci wpis jest zawsze ten sam - ścięcie, a data śmierci pokrywa się z datą dostarczenia zwłok. Jest również przybliżony wiek ofiary i narodowość. Nazwiska i imiona pojawiają się sporadycznie, większość to bezimienne zwłoki. Właśnie z tych zwłok pochodziły czaszki preparowane przez profesora Vossa. W księgach nie ma jednak żadnej informacji, że przewieziono je następnie do Wiednia. Fakt handlowania ludzkimi szczątkami dla pseudonaukowych celów został ukryty. Nie na tyle dobrze jednak, aby tragiczna historia nie wyszła na jaw. Po 60 latach czaszki zgilotynowanych przyjechały z Wiednia do Polski.

    TADEUSZ M. PŁUŻAŃSKI

    Tekst pierwotnie ukazał się w tygodniku "Gazeta Polska".

    Publicystyka Tadeusza M. Płużańskiego na ASME.


    Kto mieczem wojuje - Krzysztof Mazur Wysłane czwartek, 28, września 2006 przez Krzysztof Pawlak

    ...Jeżeli dzisiaj los narodu zależy od decyzji takiej tytanki myśli, jak Renata Beger, to niezależnie od tego, jaką decyzję pani poseł podejmie, będzie to równie zła wiadomość dla narodu. A "można to wyczytać z wyrazu twarzy konia, gdy jest zbliżenie", jak twierdził pewien trener specjalizujący się m.in. w "leczeniu" koni z problemami psychicznymi - takim zdaniem zakończyłem swój felieton wysłany na niniejszą witrynę we wtorkowe popołudnie, nie wiedząc oczywiście, że za kilka godzin stacja TVN przedstawi prowokację polityczną, która trzęsie obecnie polską sceną polityczną, w której to prowokacji kluczową postacią okazała się właśnie pani Begerowa.

    Skutkiem tej prowokacji jest m.in., że najemnicy filantropa spod znaku PD i nowej lewicy "spontanicznie" ustawiają namioty przed parlamentem, żądając ustąpienia rządu, lud warszawski ma się podobno z nimi solidaryzować, a radiostacje takie jak RMF czy Radio ZET ustami swoich redaktorów nie mogą powstrzymać entuzjazmu z powodu "Beger Gate", "Big Beger" czy "afery taśmowej", jak wspomniany przypadek "korupcji politycznej" zdążono już ochrzcić. Jednocześnie bardzo mocno podkreślana jest satysfakcja prasy niemieckiej i rosyjskiej z takiego obrotu spraw w Polsce. Od razu też łby podnieśli schodzący do niedawna do głębokiej defensywy agenci i obrońcy agentów, a gazety i inne media obficie cytują Wałęsę, abp.abp. Życińskiego i Gocłowskiego czy takie autorytety jak prof. Filar lub bokser Frasyniuk. Cały ten piekielny harmider normalnego i uczciwego Polaka może tylko martwić, chociażby z tego powodu, że grozi nam całkowity powrót do politycznego zakłamania III RP, ale jednocześnie nie można udawać ślepego na jedne oko, przynajmniej tak ślepego, by nie zauważyć, że przyczyną tego stanu rzeczy jest także nieudolność polityków PiS-u oraz ich wybiórcze podejście do prawa i sprawiedliwości, przezywane ostatnio jako "prawie sprawiedliwość".
    Nie ulega wątpliwości, że ministrowie Lipiński i Mojzesowicz okazali się cynicznymi rajfurami, ale na tyle nieudacznymi, że ich cynizm i nonszalancja wobec publicznego grosza została rzucona w twarz tzw. elektoratowi. Większość tego elektoratu i tak niewiele z tego zrozumie, a przy czekającej nas wojnie na "argumenty" i interpretacje tego, co miało miejsce, należałoby wyraźnie powiedzieć, że ministrem nie może być facet, który ma tak nonszalancki stosunek do kwot, które jest w stanie sam sobie wyobrazić. Mnie w przedstawionych nagraniach - a oglądałem program "na żywo" - nie poruszył najbardziej fakt proponowania stołka w zamian za poparcie koalicji rządowej, ale tym co dyskredytuje Lipińskiego do pełnienia wysokiej funkcji publicznej - jest właśnie szastanie publicznym groszem w taki sposób, jakby Adam Lipiński wierzył, iż jest politycznym Murdochem lub innym Gatesem, a pieniądze wpłacone do budżetowej kasy przez podatników - to jego prywatne aktywa, za które może kupować swoje polityczne projekty. Można zrozumieć, że Adam Lipiński nie rozumie prawdziwego sensu "kotwicy budżetowej", wszak zmitrężyć kilkadziesiąt miliardów - to wielka polityka, ale szastanie kilkumilionowym funduszem z pieniędzy sejmowych - to zwykła defraudacja. W popularnym dowcipie ojciec oceniając predyspozycje seksualne syna twierdzącego, że jest gejem, w końcu stwierdza: ty żaden gej jesteś, ale zwykły pedał. To samo odnosi się do naszych polityków.
    Co do prowokacji politycznej: to z pewnością takowa miała miejsce, redaktor Morozowski nigdy nie ukrywał swojej zażyłości z "prawie prezydentem z prawie zasadami", każdy kto miał oczy, widział również, co reprezentuje Renata Beger i cały związek "Samoobrona". Ale dzisiejsze użalanie się polityków PiS-u jest zachowaniem tak samo żałosnym, jak tłumaczenia odkrywanych po kolei tajnych współpracowników - w tym niestety wszystkich po kolei księży, którzy jak jeden mąż i żona twierdzą, że nikomu nic nie zrobili, tylko padli ofiarą brudnej prowokacji - najpierw służb, a następnie "gnojków" z IPN-u lub "niezrównoważonych" dawnych kolegów. Lech Wałęsa komentując sprawę negocjacji politycznych Kuronia z SB, stwierdził, że rozmawiałby "z samym szatanem", aby osiągnąć zamierzone cele. Politycy PiS-u zapomnieli, że wdając się w negocjacje z różnymi małymi "szatankami" i stosując metody Krętacza (Screwtape`a) ze znanego moralitetu C. S. Lewisa, sami mogą uprawiać polityczny satanizm, gdyż "wszyscy śmiertelnicy mają skłonność do stawania się tym, pod co się podszywają". Powtórzył to później Kurt Vonnegut w książce "Matka noc", pisząc: "Jesteśmy tym, kogo udajemy i dlatego musimy bardzo uważać, kogo udajemy".
    A co do okołoaferalnej wrzawy i spontanicznych protestów ludu, to obecny premier i prezydent chyba jeszcze nie zapomnieli swojego poparcia dla pomarańczowej rewolucji na Ukrainie oraz użalania się na losem mieszkańców "miasteczka namiotowego" na Białorusi podczas tamtejszych wyborów, a w związku z tym - czy można dziwić się satysfakcji Kremla z powodu powstawania tożsamego miasteczka namiotowego przed polskim parlamentem?

    Krzysztof Mazur

    Publicystyka Krzysztofa Mazura na ASME


    Czy PPR/PZPR może zostać uznana za organizację przestępczą i kim byli komuniści, późniejsi władcy PRL? - Piotr Gontarczyk o swojej najnowszej książce "Kłopoty z historią" Wysłane czwartek, 28, września 2006 przez Krzysztof Pawlak

    | Pobierz |