października 7, 2006 - października 17, 2006

UPRzejmy punkt widzenia (23) - Wojciech Popiela Wysłane wtorek, 17, października 2006 przez Krzysztof Pawlak

W roku 2007 zapłacimy o 10 procent wyższe podatki - sprawa znana jest od wiosny, kiedy to pani wicepremier Z. Gilowska, albo już jej następca, ujawnili, że rząd wyda około 9-10 procent więcej niż w roku 2006.

A ponieważ pan premier Kaczyński z uporem powtarza, że co prawda będzie robił to co koalicje PSLDUP, AWSUW, PSLDUP, KLDUDZChN-itd - tj. zadłużał dorosłych Polaków, ich dzieci i wnuki - tyle, że nieco mniej, bo 30 mld rocznie, więc pieniądze muszą się znaleźć w budżecie z podatków. Innym wyjściem jest tylko dodruk. Oczywiście rząd tłumaczy, że wzrost wpływów bierze się sam z siebie, gdyż posłowie, senatorowie i pan prezydent nakładają na nasze barki ciężary liczone w procentach. Jeśli tylko mamy więcej, ich "dola" też jest większa.

Skoro jednak, jak chce pan Kuchciński, szef klubu PiS, wszystko to są "prace, które mają doprowadzić w Polsce do sytuacji takiej, że będziemy mieli rzeczywiście pewność i ufność, że Polska zmierza we właściwym kierunku. Że wszyscy obywatele w Polsce, wszystkie rodziny są pod opieką państwa" i nazywa zachowanie ciągłości gospodarczego socjalizmu zmianami "przełomowymi i epokowymi", to podatki wzrosnąć muszą. Tym bardziej, że i składka do Brukseli, i prefinansowanie, i spłata starych długów - o becikowym, podwyżkach dla medyków nie wspominając.

W tym stanie spraw lewica o rodowodzie radzieckim zepchnięta została na pozycje obrońców homoseksualistów, WSI i "wartości europejskich". A ponieważ ujawnianie TW idzie swoim rytmem, to i wraz z malejącą możliwością szantażu wpływy maleją. Cóż więcej obiecać może połączona lewica niż to, że wszyscy obywatele w Polsce i wszystkie rodziny są i będą pod opieką państwa? Chyba tylko po dwa mieszkania, po dwa becikowe (albo po dwie "aborcje" gratis) i w ogóle wszystkiego po dwakroć więcej niż PiS. Dała im przykład lewica węgierska, że jak kłamać - to już na całego. Wyborcy lubią takie bajerowanie. Cóż przyjemniejszego niż pożyć na koszt innych? Problem w tym, że miejsce SLD chce zająć PiS. I z punktu widzenia Polski lepsza lewica patriotyczna niż brukselsko-moskiewska.

Widać w tym COP-owsko-opiekuńczym zacięciu PiS* echo II RP. Oby tylko nie skończyło się jak w tamtym przypadku.

Zaletą tego rządu, czy węziej: PiS, jest to, że przyłożyło się do likwidacji WSI i dokonuje pewnych zmian w kwestiach bezpieczeństwa wewnętrznego i zewnętrznego. A że gra się tak, jak przeciwnik pozwala i jakie ma się poglądy, więc na tym - z wolnościowego punktu widzenia - sukcesy się kończą.

Po drugiej stronie płotu postawiono Platformę Obywatelską Rzeczypospolitej Polskiej, która werbalnie jest i za JOW, i za kapitalizmem, i w ogóle jest konserwatywno-liberalna, tyle tylko że równocześnie potrafi mrugać do SLD, gardłować za brukselskimi biurokratami, brać za kompanów duet Wachowski-Wałęsa i bronić zdobyczy "okrągłego stołu". Nie może być inaczej skoro jej dwóch liderów (pan Olechowski, ps. MUST oficjalnie opuścił to towarzystwo) żywo, poprzez UD i KL-D, uczestniczyło we wdrażaniu w życie umowy z komuną w rządach, których najlepszą wizytówką jest pamiętna noc czerwca 1992 i grabież w biały dzień nazwana Programem Powszechnej Prywatyzacji, a później NFI. Za samo obrzydzenie Polakom słowa "prywatyzacja" pan Tusk powinien do końca życia patrzeć na omywające piasek fale Bałtyku. Tymczasem ciągle próbuje mamić zwolenników wolności swoimi opowieściami o liberalnym modelu państwa. Jaki to model - pokazali z panem Rokitą nie raz, że nie poruszę już żenujących rządów AW"S"-UW.
O wiarygodności tych panów wiedzą też UPR-owcy. Jedni w Krakowie, w czasach, gdy pan Rokita groził paluszkiem za nie poddanie się "korupcji politycznej" - jak PO nazywa dziś obietnice stołków w zamian za koalicję. Wszyscy zaś - w roku 2001, gdy z gotowych i uzgodnionych list wyborczych pan Donald Tusk usunął m.in pana Stanisława Michalkiewicza. Od tego czasu nikt w UPR nie ma wątpliwości, że temu panu wierzyć nie można. Nie tylko zresztą temu. Doświadczenia z samorządów lokalnych pokazują, że niejednokrotnie "samorządowcy PO" mają tyle wspólnego z konserwatywnym-liberalizmem co pani Gronkiewicz-Waltz z poparciem jej kandydatury na prezydenta Warszawy przez byłego wiceprzewodniczącego PO w Warszawie. Patrz: "Nie będę głosował na kandydatkę Hannę Gronkiewicz-Waltz - Maciej Białecki, były wiceprzewodniczący Platformy Obywatelskiej w Warszawie...".

Najlepszym przykładem obłudy do nieba śmierdzącej są słowa wypowiedziane przez pana D. Tuska w III programie Polskiego Radia w czerwcu: "Prawdziwym zwycięstwem komunistycznych służb specjalnych jest to, że od 15 lat przy każdej kampanii wyborczej jakiś cwaniak wyciąga teczki".
Zapewne nie byłoby tego "prawdziwego zwycięstwa", gdyby "jakiś cwaniak" - pan Donald Tusk nie mówił pamiętnej nocy czerwcowej "Policzmy głosy" - do bladych ze strachu uczestników spotkania u prezydenta Wałęsy, też zresztą umieszczonego na liście współpracowników SB.

Z UPRzejmego punktu widzenia mamy więc socjalizujący gospodarczo PiS z sensownymi zachowaniami w sferze wartości i udającą formację wolnościową PO z jej prounijnością i bagażem przeszłości.

Zapewne z tego powodu nikt z UPR nie przyłączał się do czerwonych i homoseksualistów, by zasilić wiec przywiezionych (jak przez poszczególnych kandydatów na ich prawybory) z całej Polski działaczy PO, ale kilka osób pomachało flagą na wiecu PiS. To ostatnie zresztą wywołało gwałtowną reakcję tej części UPR-owców, która ma do czynienia z aktywistami PiS znanymi do tej pory jako socjalistyczni aktywiści AW"S". Dobra pamięć w polityce bywa sporą przeszkodą w poddawaniu się propagandzie "epokowego przełomu" i rzekomej nowości.

Cóż nam czynić trzeba?

Rada Główna podjęła decyzję o samodzielnym - bez tzw. blokowania list - starcie UPR do Sejmików Wojewódzkich. To wyzwanie, zwłaszcza dla słabiej zorganizowanych województw. Wszystkich sympatyków, którzy nie chcą być tylko kibicami prosimy o wsparcie. Zrobić to można na wiele sposobów.

Po pierwsze - proszę na nas głosować i namawiać znajomych i rodzinę, by zrobili to samo.
Po drugie - proszę chętnych o start z naszych list. UPR to Wasza partia! Wspólnie zrobimy więcej.
Po trzecie - w polityce ważne są pieniądze. Prosimy o wpłaty na konto wyborcze i wpłaty na zwykłe konto partii. UPR utrzymuje się tylko ze składek i darowizn. Nasze i Państwa pieniądze wzięli nam i Państwu - za pomocą ustawy - nasi polityczni przeciwnicy.
Po czwarte - proszę, by zechcieli Państwo pisać i dzwonić do mediów, zwłaszcza gdy wyraźnie pomijani są kandydaci UPR i sama UPR. W programie 3 PR odbyła się np. "debata kandydatów na prezydenta Warszawy". Tak... już Państwo wiecie. Była pani H. Gronkiewicz-Waltz, tow. Borowski, pan komisarz miasta W-wy K. Marcinkiewicz i pan W. Wierzejski...

Jeśli ktoś jeszcze nie wie, przypominam, że w wyborach na urząd prezydenta Warszawy startuje też pan Janusz Korwin-Mikke. Warszawscy zwolennicy wolności będą mieli dzięki temu szansę wybrać zamiast podróbki oryginał konserwatywnego-liberała.

Na koniec jeszcze jedna prośba. Prędzej czy później odbędą się wybory parlamentarne. Jeśli chcecie Państwo, by wynik UPR był inny niż przez wiele ostatnich lat - już teraz przyłączcie się do nas. Wiem, że każdy ma wiele prywatnych i zawodowych obowiązków. Wiem, że żony czy mężowie nie są zachwyceni poświęcaniem czasu dla UPR. Wiem, że wiele osób porzuciło nadzieję na danie odporu tym wszystkim z innych partii, którzy odbierają nam owoce naszej pracy, by kupić nimi głosy wyborcze dla siebie. Wiem jednak, że by odnieść sukces - potrzebujemy Was wszystkich razem z nami. Nie może nas być 500, tylko 5000. Na dobry początek. Nasz budżet na kampanię parlamentarną nie może wynosić 200.000, tylko 2.000.000. Na dobry początek.

To wszystko można zrobić pod jednym warunkiem: że uwierzymy w realność naszych marzeń o wolnej politycznie i gospodarczo Polsce. Zachęcam wszystkich do wzmożonego wysiłku - dla dobra naszych dzieci i ich dzieci. Są wśród nas osoby, które chciałyby zobaczyć jeszcze taką Polskę na własne oczy z ziemskiej perspektywy.

I chyba nie powiemy im, że nie ma na to szans, gdyż jesteśmy gorsi i słabsi od tych, których każdego dnia widzimy w telewizorach, którzy rządzili i rządzą w sposób, dla zwolenników wolności, nie do zaakceptowania.

Wojciech Popiela
Prezes UPR


* Poseł Przemysław Gosiewski (PiS, 08.10.2006): "Jeśli jest ktoś przeciw partiom liberalnym trudno, żeby z nimi współpracował w wyborach samorządowych".

Publicystyka Wojciecha Popieli na ASME.


DEKALOG I EWANGELIA - Antoni Zambrowski Wysłane niedziela, 15, października 2006 przez Krzysztof Pawlak

Wybitny współczesny intelektualista polski Bohdan Urbankowski zaszczycił mnie swą obszerną polemiką na łamach niedawnego numeru "Gazety Polskiej". Jest to odpowiedź na króciutkie sprostowanie na łamach miesięcznika "Niezależna Gazeta Polska" w sprawie Ozjasza Szechtera oraz na mą średniej wielkości polemikę z artykułem pana Bohdana o założycielu i wieloletnim prezesie Stowarzyszenia PAX Bolesławie Piaseckim. Od pierwszych swych słów pan Bohdan umiejętnie ustawił mnie do strzału, względnie (używając bliższych mi określeń bokserskich) do ciosu, pisząc: "Z uwagą i współczuciem przeczytałem polemiki p. Antoniego Zambrowskiego z moimi artykułami". No jasne, osobnik, który ośmiela się polemizować z panem Bohdanem, godny jest współczucia. Tymczasem moje sprostowanie w sprawie Ozjasza Szechtera nie było żadną polemiką, lecz jedynie wystąpieniem w obronie prawdy o moim dobrym znajomym. Pan Bohdan napisał długi artykuł o dziejach żydowskiego hochsztaplera Joska Mitzenmachera, który wyszedł z nicości i poprzez zawodową działalność w Komunistycznej Partii Polski, a następnie w polskiej policji - robił karierę życiową. Jednym z jej przejawów była wydana przez policję, a napisana przez niego, instruktażowa "Historia KPP". Opisaną z sympatią przez pana Bohdana sylwetkę Mitzenmachera zakłóca atoli podjęta przez niego współpraca z Gestapo w czasie okupacji niemieckiej. Cała sprawa mało mnie animuje i zwróciłem jedynie uwagę na króciutki ustęp dotyczący Ozjasza Szecntera, w którym Mitzenmacher, a w ślad za nim pan Bohdan insynuuje panu Ozjaszowi, iż sypał towarzyszy w śledztwie. Dlatego zgłosiłem protest.
Pan Bohdan komentuje: "Pan Antoni, omijając starannie temat artykułu, poświęcił swą polemikę demaskatorskiej wzmiance Mitzenmachera o Szechterze - co nazywa się szukaniem pchły na słoniu". I dodaje: "Mam nadzieję, że nie chciał w ten sposób dezawuować krytyki KPP". Jest to insynuacja pod moim adresem, zadziwiająca, jeśli się weźmie pod uwagę mój życiorys, dobrze znany panu Bohdanowi. Otóż panie Bohdanie, w krytyce KPP nie jest pan pionierem. A mnie te sprawy mało animują. Chętniej bym natomiast rozliczył żyjących jeszcze sprawców zbrodni komunistycznych. Zwróciłem uwagę jedynie na oszczerstwa pod adresem mego dobrego znajomego, w dodatku osoby zasłużonej dla opozycji antykomunistycznej. Gdyby chodziło panu Bohdanowi o wspólne poszukiwanie prawdy, to nie omijałby w swej polemice szerokim łukiem informacji, przytoczonej przeze mnie w mym sprostowaniu, iż premier Felicjan Sławoj-Składkowski przyznał w publicznym wystąpieniu, że w Urzędzie Śledczym w Łucku naruszono prawo, stosując tortury i ten urząd on zamierza rozpędzić na cztery wiatry.
Jeszcze bardziej pokrętnie polemizuje ze mną pan Bohdan w sprawie oceny Bolesława Piaseckiego. Na początku wyjaśnię zarzut najbardziej drastyczny, dotyczący mordu na jego synu Bogdanie. Jeśli określiłem mord na Romku Strzałkowskim jako ohydną zbrodnię komunistyczną, to gwoli jasności określę mord na synu Piaseckiego jako mord odrażający. Natomiast nie dodam epitetu "komunistyczny", gdyż mamy jasność, iż mordercami byli Żydzi, natomiast nie znamy motywów tej zbrodni. Mój przyjaciel Peter Raina sugerował kiedyś, iż był to rytualny mord nacjonalistów żydowskich. Słyszałem sugestie, iż - podobnie jak podczas pogromu kieleckiego - za mordercami stali służby sowieckie. Przemawiałaby za tym okoliczność podana przez Stanisława Gabriela Cichockiego, że tym żydowskim mordercom pomogły uciec na Zachód prosowieckie ogniwa PRL-owskich służb specjalnych. Są to jednak jedynie supozycje, gdyż sprawa (w odróżnieniu od pogromu kieleckiego) nie została wyjaśniona. Zarzut o nieprawdziwości mego komentarza (?!), iż po tragicznej śmierci Bogdana Piaseckiego nagonka w środkach przekazu na jego ojca ustała jak nożem uciął, odrzucam jako bezpodstawny. Jest to informacja jak najbardziej prawdziwa. Pamiętam dobrze tamte czasy, gdyż byłem wtedy dorosły i brałem czynny udział w działalności społeczno-politycznej jako aktywista antystalinowskiego Rewolucyjnego Związku Młodzieży.
Co do reszty dywagacji pana Bohdana na temat PAX-u, to są one nie na temat. Ja z tymi sprawami, o których pisze, nie mam nic wspólnego. Zresztą mój artykuł o Bolesławie Piaseckim ukazał się stosunkowo niedawno na łamach tygodnika "Gazeta Polska" i broni się sam. Natomiast jego uwagi o samoświadomości moralnej, wypowiedziane pod mym adresem, mijają się z celem. Jestem wierzącym i praktykującym katolikiem i dla mnie drogowskazem moralnym jest Dekalog oraz Ewangelia Chrystusowa. A w Dekalogu jest też i ósme przykazanie, by nie mówić fałszywego świadectwa przeciwko bliźniemu swemu. I to przedkładam panu Bohdanowi do rozważenia jako dobry uczynek względem jego duszy.

Antoni Zambrowski

Tekst pierwotnie opublikowany w tygodniku "Gazeta Polska".

Zostań donatorem naszych publicystów:
Jeśli satysfakcjonuje Cię publicystyka Antoniego Zambrowskiego - możesz wesprzeć Naszego Autora datkiem.
Konto:
61 1240 1040 1111 0010 0042 5486
Bank PeKaO SA III O. w Warszawie



Publicystyka Antoniego Zambrowskiego na ASME


OBYWATELE OPUSZCZAJĄ PLATFORMĘ RATUNKOWĄ DLA OBYWATELI Wysłane niedziela, 15, października 2006 przez Krzysztof Pawlak

Na temat:

Nie będę głosował na kandydatkę Hannę Gronkiewicz-Waltz - Maciej Białecki, były wiceprzewodniczący Platformy Obywatelskiej w Warszawie odpowiedzialny za sprawy programowe i radny sejmiku mazowieckiego o obecnym wizerunku i stanie formacji politycznej, którą opuścił

Na konferencji prasowej w dniu 15 października 2006 r. Andrzej Machowski i Maciej Białecki poinformowali o rezygnacji z członkostwa w Platformie Obywatelskiej ponad stu dwudziestu osób w Warszawie.
Przypomnieli, że począwszy od 2005 r. masowe rezygnacje z członkostwa w PO następują w całej Polsce, m.in. w regionie lubelskim, śląskim i zachodniopomorskim. Spowodowane są postępującą centralizacją partii. Jako przykład centralizmu w stylu PRL podali sprawdzanie list obecności i wymierzanie kar pieniężnych za nie usprawiedliwioną nieobecność podczas manifestacji ulicznej Platformy w Warszawie w dniu 7 października.
"Platforma stała się zaprzeczeniem idei, wokół których ją budowano. Miała być formacją demokratyczną, opartą na obywatelskiej aktywności i prawyborach. Stała się centralnie sterowaną partią aparatu władzy, w której za głosowanie niezgodne z poleceniami kierownictwa ponosi się surową karę. Miała być formacją dbającą o polską gospodarkę i o polskich przedsiębiorców. Stała się populistyczną partią dążącą do ulicznych zamieszek, której jedynym celem jest odsunięcie od władzy konkurencji. Nie wierzymy, że cel uświęca środki. Nie wierzymy, że pod pozorem walki z niedemokratycznymi praktykami innych partii oraz z ogarniającym Polskę populizmem można na chwilę odejść od demokracji i zwykłej uczciwości. Historia uczy, że po przejęciu władzy będzie się robić to samo" - mówił Maciej Białecki.

Andrzej Machowski - burmistrz dzielnicy Warszawa-Ursynów, poseł na Sejm drugiej kadencji, i Maciej Białecki - radny Sejmiku Województwa Mazowieckiego, kierowali warszawską Platformą Obywatelską do 2005 roku. Andrzej Machowski na konwencji PO w maju 2006 r. był kontrkandydatem Donalda Tuska na stanowisko przewodniczącego partii, uzyskując poparcie 15 procent delegatów.
Razem z nimi z Platformy Obywatelskiej wystąpili m.in. Piotr Krośnicki - wiceburmistrz dzielnicy Wola, Magdalena Zabłocka - wiceprzewodnicząca rady dzielnicy Bielany, liczni radni, a także Paweł Ostrowski - sekretarz generalny Stowarzyszenia Młodzi Demokraci, będącego "młodzieżówką" PO.

Maciej Białecki


Co możemy zrobić dla Polski? - wykład Stanisława Michalkiewicza o bieżących uwarunkowaniach politycznych i gospodarczych - Część I Wysłane piątek, 13, października 2006 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |







Co możemy zrobić dla Polski? - wykład Stanisława Michalkiewicza o bieżących uwarunkowaniach politycznych i gospodarczych - Część I
Wysłane piątek, 13, października 2006 przez Krzysztof Pawlak

"No to, w imię Boże - zaczynajmy! Temat mojej dzisiejszej prelekcji został dla mnie sformułowany trochę kłopotliwie, bo ten, kto go zadał - zakładał, że wiem, co jest dla Polski potrzebne, co dla niej można zrobić. Zastanawiałem się, co mam na ten temat powiedzieć, Państwo spodziewają sie, że powiem coś całkiem oryginalnego, ale ja nie jestem pewien, że to co powiem, będzie oryginalne" - Stanisław Michalkiewicz, najwybitniejszy publicysta prawicowy dzisiejszych czasów, jeden z założycieli konserwatywno-liberalnej partii UPR, rozpoczął swój wykład delikatnym krygowaniem się przed tłumnie zgromadzonymi słuchaczami w siedzibie Unii Polityki Realnej.

Stanisław Michalkiewicz podzielił swoją wypowiedź na dwa grupy: co możemy zrobić dla Polski, jeśli chodzi o wsparcie polityczne i co można uczynić w dziedzinie gospodarczej.
Polityczna pomoc obywatela dla Polski powinna polegać na wzmocnieniu pozycji narodu w państwie, w którym mieszka. to sie nazywało "podmiotowością" w okresie Pierwszej "Solidarności", chodzi o zwrócenie narodowi państwa. Ma ono służyć narodowi, a nie zmuszać naród, by służył państwu. Dzisiaj mamy do czynienia z kulminacją konfliktu, którego przedmiotem jest suwerenność narodowa. Suwerenność SM definiuje jako styl życia "jaki się komuś podoba". To jest napięcie między II Rzecząpospolitą a IV RP. Jest to motyw aktualnego politycznego konfliktu w naszym państwie. Czy III RP była państwem suwerenną postacią polskiej państwowości? - zastanawiał się Stanisław Michalkiewicz. W przeszłości mieliśmy do czynienia - po upadku I RP, po III rozbiorze Polski - z różnymi okupacyjnymi formami państwowości polskiej: z Księstwem Warszawskiego, Królestwa Kongresowego i - taką kolejną formą okupacji państwowości polskiej była Polska Rzeczpospolita Ludowa. O ich ostatecznych kształtach i losach narodu polskiego decydowali Bonaparte, Cesarz Narodu Francuzów, późnej każdorazowy Imperator Rosji, a jeszcze później - Biuro Polityczne KP ZSRS, oni byli suwerenami, były to czynniki niezwiązane z państwem polskim, z narodem polskim. Suwerenność została odjęta narodowi polskiemu, a po łacinie "zawłaszczenie" to jest "occupatio" - dlatego te formy państwowości polskiej nazywa SM okupacyjnymi. Z tego punktu widzenia warto zastanowić się, czy II RP była formą niepodległą państwowości polskiej, czy była formą okupacyjną. W 1989 roku została zawarta "umowa »okrągłego stołu«". Dzięki archiwom udostępnianym przez IPN trochę więcej już wiemy o mechanizmach tej formy państwowości, warto przypomnieć, że hegemonem polskiej sceny politycznej był wywiad wojskowy PRL, zaś tzw. generał MO Czesław Kiszczak zapraszał do "okrągłego stołu" wybranych reprezentantów "opozycji politycznej". Dlaczego miał do nich "większe zaufanie" niż do innych - to jest właściwe pytanie. Wygląda na to, że Polakom została dostarczona namiastka suwerenności - tym razem przez nie wroga zewnętrznego, lecz przez okupanta wewnętrznego. Ślady każdej z afer gospodarczych i politycznych w III RP kierowały się w stronę Wojskowych Służb Informacyjnych. SM zwraca uwagę, że wojnę o odzyskanie suwerenności politycznej prowadzi obecnie Jarosław Kaczyński i jego formacja PiS, dlatego uważa, że warto wesprzeć ich działania, bo wrogów sprawy odzyskania podmiotowości przez Polaków jest wielu, choćby słynna Grupa Trzymająca Władzę, która nie pozwoliłaby, w przypadku przegrania tego konfliktu - przez wiele lat, może nawet kilkudziesięciu - na podjęcie walki o wolność. Wojna rozpoczęta w 1939 roku nie zakończyła się jeszcze zwycięstwem - jesteśmy być może na ostatnim, być może nie ostatnim - etapie kontynuacji tej walki. Zwolennicy Wolności na różne sposoby wyobrażają ją sobie - ale to nie jest moment, by wszczynać konflikty o te różnice, spory. Będziemy się o to spierali, kiedy Wolność odzyskamy, kiedy wrogowie Wolności zostaną obezwładnieni - a jeszcze nie zostali...
Drugim elementem, który składa się na hasło IV Rzeczypospolitej, jest wolność ekonomiczna, i tutaj zahaczamy o ten przyszły spór, który się pojawi, który kierunek rewolucyjny czy kontrrewolucyjny ma okazać się najważniejszy... Na razie nie ma nad nim dyskusji merytorycznej. Oto np. taka poślica Błochowiak używała wczoraj w dyskusji nad budżetem określeń kuchennych, co potwierdza znaną tezę Włodzimierza Ilicza Lenina, że nawet kucharki mogą dyrygować państwem... - zauważył Stanisław Michalkiewicz, przy ogólnym aplauzie i rozbawieniu zgromadzonych słuchaczy...

Nagranie I części spotkania trwa ponad 1 godzinę i jest dostępne w Sieci do 27 X 2006 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




Na pogrzeb WSI - Tadeusz M. Płużański Wysłane piątek, 13, października 2006 przez Krzysztof Pawlak

30 września 2006 roku Wojskowe Służby Informacyjne przestały istnieć. Zostały zlikwidowane na mocy ustawy Sejmu, którą zrealizował wiceminister obrony i likwidator WSI Antoni Macierewicz. Procedura była taka sama, jak słynne wykonanie ustawy lustracyjnej z czerwca 1992 r. Dziś nazwa WSI nie schodzi z pierwszych stron gazet i serwisów informacyjnych. Mało kto zastanawia się jednak, czym naprawdę były te służby i skąd się wzięły. W obiegu publicznym funkcjonują hasłowo - "ubekistan", "sowiecka agentura". Warto rozwinąć te hasła, żeby lepiej zrozumieć dzisiejszą sytuację.

W poniedziałek, 2 października, do siedziby WSI na ul. Oczki w Warszawie nie wpuszczono odwołanych oficerów. Postkomunistyczna "Trybuna", od niedawna znów pod wodzą wielce zasłużonego PRL-owskiego dziennikarza Marka Barańskiego płakała rzewnymi łzami: "Czy wystąpią w obronie swojego honoru? Ich dowódca już to zapowiedział. A oni? Na razie piją. Oczekiwali na przedostatni w życiu każdego oficera ceremoniał, który im się należał - pożegnanie ze służbą. Ostatni jest pogrzebowy. Tego, jak z nimi postąpiono, nigdy nie zapomną...".

Odwet pijanego GRU

Czyli będzie odwet. Na jaw mogą wychodzić różne dokumenty, niekoniecznie prawdziwe. Kontynuowane będą przecieki do prasy, z którymi minister Macierewicz wcale nie musi mieć związku. A "ich dowódca", czyli gen. Marek Dukaczewski, oficer jeszcze PRL-owski, szef WSI w latach 2001 - 2005, wcześniej - w latach 1997 - 2001 - podsekretarz stanu w kancelarii prezydenta Kwaśniewskiego? Po ujawnieniu przez likwidatora Macierewicza jego przeszłości, przyznał, że uczestniczył w "seminarium" sowieckich służb wojskowych GRU (zawsze mówi tylko tyle, ile musi, nigdy ani słowa więcej). Macierewiczowi chce jednak wytoczyć proces nie za GRU, ale za stwierdzenie, iż służby wojskowe pod jego dowództwem łamały prawo. Zdaniem Dukaczewskiego, niczego takiego nie robiły. Tu nie chodzi jednak tylko o Dukaczewskiego, ale o zapowiadaną w "Trybunie" "obronę honoru" ludzi rozwiązanego WSI. Żeby tylko zbytnio się nie upili. Szczególnie ci, którzy byli na "seminariach" GRU. A takich - według Macierewicza - było od kilkuset do - ostatnio - kilkudziesięciu.
A siedziba na Oczki? Wielu nic nie mówi. Tymczasem tu - w czasach stalinowskich - miała swoją siedzibę poprzedniczka WSI - Informacja Wojskowa (o czym niżej). Tu represjonowano polskich patriotów. Tu odbywały się procesy oficerów przedwrześniowych, oskarżonych o tzw. spisek w wojsku, zakończone wyrokami śmierci. Tu niedawno otworzono Izbę Pamięci, poświęconą ofiarom komunistycznych służb wojskowych.

FOZZ, Żelazo i Żwirowisko

W wypowiedziach prasowych Antoni Macierewicz tajemniczo mówił, że WSI to służba, która miała strzec bezpieczeństwa państwa, a tymczasem swoimi bezprawnymi działaniami temu bezpieczeństwu zagrażała. Mocne słowa, ale co się za nimi kryje? Całej prawdy nie poznamy, dopóki nie zostanie upubliczniony raport z likwidacji WSI i otwarte archiwa po tej złowrogiej instytucji.
W tej chwili możemy powiedzieć - za Antonim Macierewiczem i na podstawie znanych od dawna faktów, że WSI operowały na styku polityki, biznesu, mediów i świata przestępczego. Przykładem są najgłośniejsze afery - "FOZZ" (likwidator wymienił nazwisko dyr. Grzegorza Żemka, jako działającego w ramach WSI agenta GRU), "Żelazo" (rabowanie w Europie Zachodniej na zlecenie służb przez pospolitych przestępców pieniędzy, złota, kamieni szlachetnych i dzieł sztuki; do dziś żyją wykonawcy tej akcji - dwaj bracia Janoszowie; Mieczysław Janosz kieruje również Stowarzyszeniem Ofiar Wojny, protestującym swego czasu na oświęcimskim Żwirowisku - oto kulisy innej akcji przedstawiającej Polaków jako antysemitów). Prócz Żemka agentem WSI-GRU miał być zmarły kilka lat temu w tajemniczych okolicznościach, PZPR-owski aparatczyk Ireneusz Sekuła. Obaj panowie mieli być związani ze specjalnym oddziałem WSI - oddziałem Y, stworzonym w połowie lat 80., który dzięki wielkim pieniądzom i strukturze miał umożliwić (i zapewne umożliwił) upadającej komunie miękkie lądowanie w "nowej" Polsce.

Polityka (nie tylko) na wizji

Jeśli chodzi o media - "Gazeta Polska" napisała, że z WSI, a wcześniej ze służbami PRL związany był (jest?) sekretarz programowy telewizji TVN Milan Subotić. Wywodzi się on z rodziny jugosłowiańskich komunistów, którzy w 1948 r. opowiedzieli się po stronie Stalina w jego konflikcie z Tito. W Polsce Milan Subotić został telewizyjnym dziennikarzem, awansowanym w stanie wojennym. Teraz świadectwo moralności wystawił mu nie kto inny, jak naczelny "Trybuny" Barański. Inni dziennikarze, którzy zetknęli się z Suboticiem, nie są już tacy skorzy do pochwał. Niektórzy widzieli nawet dokumenty, wskazujące na jego związki z WSI.
A co z politykami? Zdaniem Macierewicza agenci WSI są nie tylko na lewicy. Byli potrzebni służbom m.in. do torpedowania wszelkich projektów rozliczania PRL-u: lustracji, dekomunizacji, powstania IPN. Na pewno pomagali obalać rząd Jana Olszewskiego w 1992 r. Na pewno brali udział w inwigilacji partii centroprawicowych w 2002 r. Ostatnio działali na rozbicie PiS.
Wielce prawdopodobne jest również, że właśnie z powodu likwidacji wojskowych służb rozpadła się koalicja PiS z Samoobroną. W końcu nie od dziś wiadomo o związkach partii Leppera z ludźmi służb. W tym kontekście pojawiło się nazwisko gen. Konstantego Malejczyka, szefa WSI w latach 1994 - 1996, który w poprzedniej kadencji Sejmu miał doradzać Samoobronie, m.in. przy komisji ds. służb specjalnych. Malejczyk ma być dodatkowo związany - instytucjonalnie - z nielegalnym handlem bronią, a personalnie z Milanem Suboticiem, jako jego oficer prowadzący.
Drugą partią, która najbardziej protestowała przeciw likwidacji WSI, czyli - przywołując język europejskiego postępowca - zwracała uwagę na nieprawidłowości przy likwidacji wojskowych służb - jest SLD. Ale co tu się dziwić, przecież dzisiejsza lewica jest bezpośrednim spadkobiercą PZPR. A ten postępowy język - jakże przypomina PRL-owską nowomowę.

WSI skończyło 63 lata

Ale wracając do historii Wojskowych Służb Informacyjnych. W maju tego roku WSI obchodziły 63. rocznicę swoich prawdziwych urodzin. Ktoś spytał mnie niedawno - jak to? Jakie 63 lata? Przecież WSI zostały utworzone zaledwie kilkanaście lat temu, w 1990 r. Myli się jednak ten, który dopiero od tego momentu datuje istnienie komunistycznych, wojskowych służb w Polsce. Ale cóż - wiedza w narodzie niewielka. Przypomnijmy zatem, skąd wzięły się WSI. I tak, ich genezy należy szukać w... ZSRS. W maju 1943 r., razem z formowaniem 1 Dywizji Piechoty im. Tadeusza Kościuszki, powstały zalążki Oddziału II Sztabu Generalnego LWP - czyli wojskowego wywiadu oraz Informacji Wojskowej (pełna nazwa: Główny Zarząd Informacji WP), czyli wojskowego kontrwywiadu - nazywanego również wojskową bezpieką.
Jeszcze w PRL-u - na fali "odwilży" - z rozwiązanego Oddziału II Sztabu Generalnego powołano Zarząd II Sztabu Generalnego, a z Głównego Zarządu Informacji - Wojskową Służbę Wewnętrzną.
Zadaniem obu tych służb - w największym skrócie - była ochrona "ludowej" władzy i walka z "reakcją". Szczególnie wyróżniała się w tym Informacja Wojskowa, uznana za najbardziej krwawą instytucję stalinowskiej Polski, gorszą nawet od cywilnej bezpieki, czyli cieszącego się wyjątkowo złą sławą Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego. Sejm III RP w 1994 r. uznał IW za instytucję zbrodniczą.

Zerwanie z komuną

Wojskowe Służby Informacyjne - spadkobierca w prostej linii PRL-owskiego wywiadu i kontrwywiadu wojskowego - zostały rozwiązane. O ich sile świadczył również fakt, że były jedynymi służbami, których po 1989 r. nie zweryfikowano (weryfikowano służby cywilne, funkcjonariuszy MSW, ale nie wojskowe). WSI działały praktycznie bez kontroli (z wyjątkiem sowieckiej), tworząc swego rodzaju państwo w państwie, czyli taki relikt PRL-u w wyzwolonej spod sowieckiego panowania (jak widać nie do końca ) Rzeczpospolitej.
Dopiero teraz - po 17 latach "wolnej" Polski - nastąpiło zerwanie z komunistycznymi służbami, które podlegały i służyły Moskwie. To była jedna z kluczowych spraw w budowie IV RP. W miejsce WSI powołano Służbę Kontrwywiadu Wojskowego (SKW), z Antonim Macierewiczem i Służbę Wywiadu Wojskowego (SWW) z Witoldem Marczukiem na czele. A zatem budowa bezpieczeństwa w pełni niepodległego państwa rozpoczęła się. Tylko czy nie zostanie przerwana?

TADEUSZ M. PŁUŻAŃSKI

Tekst pierwotnie ukazał się w tygodniku "Najwyższy CZAS!".

Publicystyka Tadeusza M. Płużańskiego na ASME.


Nie będę żebrał w Brukseli o datki na utrzymanie Warszawy, bo od tego są inne, wyspecjalizowane instytucje żebrarnicze - Janusz Korwin-Mikke, kandydat na kandydata na prezydenta m.st. Warszawy o swoich planach Wysłane czwartek, 12, października 2006 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |






jkm_konfpras12102006tvasme.wmv


Nie będę żebrał w Brukseli o datki na utrzymanie Warszawy, bo od tego są inne, wyspecjalizowane instytucje żebrarnicze - Janusz Korwin-Mikke, kandydat na kandydata na prezydenta m.st. Warszawy o swoich planach
Wysłane czwartek, 12, października 2006 przez Krzysztof Pawlak

"To skandal, że pomnik jednego z najlepszych prezydentów Warszawy, generała Starynkiewicza - jest zniszczony! Tak się »szanuje« dorobek ludzi, którzy byli dla Warszawy prawdziwymi dobrodziejami. Moje plany co do Pałacu imienia Stalina są konkretne - albo jest to budowla, która ma sens ekonomiczny, albo nie jest - i trzeba ją będzie wyburzyć, bo zamiast niej może powstać prawdziwe centrum Warszawy. Będę chciał doprowadzić do zaniechania obciążania kosztami funkcjonowania centralnych dzielnic - osiedli przyłączonych świeżo do miasta, jak na przykład Falenica, która zupełnie się nie rozwija, bo podatki idą na utrzymanie m.in. Pałacu imienia Stalina. Prędkość 50 km/godzinę, ustanowiona dla Warszawy, jest absurdem, bo mamy XXI wiek, a nie XIX, gdzie przed jadącym automobilem musiał kroczyć chłopiec z czerwoną chorągiewką" - te i inne zapowiedzi kandydat na kandydata do urzędu prezydenta m.st. Warszawy Janusza Korwin-Mikkego zostały dzisiaj upublicznione na konferencji prasowej zwołanej na placu Starynkiewicza, przy zniszczonym i zaniedbanym pomniku byłego carskiego i efektywnego prezydenta stołecznego miasta Rzeczypospolitej.

Nagranie trwa ponad 9 minut i jest dostępne w Sieci do 26 X 2006 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




UROCZYSTE OBCHODY ROCZNICY CAŁOPALENIA - Antoni Zambrowski Wysłane czwartek, 12, października 2006 przez Krzysztof Pawlak

Czwartego września br., w dzień święta narodowego Słowacji władze tego bratniego kraju nadały pośmiertnie wysokie odznaczenie naszemu wspólnemu bohaterowi - śp. Ryszardowi Siwcowi, który przed 38 laty podczas uroczystości dożynkowych na stadionie X-lecia PRL oblał się benzyną i podpalił na trybunie w znak protestu przeciwko zbrojnej inwazji pięciu państw Układu Warszawskiego na głoszącą reformy demokratyczne Czechosłowację. Order Białego Podwójnego Krzyża z rąk ambasadora Słowacji Frantiszka Rużiczki odebrał syn bohatera Wit Siwiec - sam zasłużony działacz podziemnej "S" oraz KPN. Tegoż dnia pod tablicą na stadionie X-lecia upamiętniającą bohaterski protest śp. Ryszarda Siwca odbyło się uroczyste złożenie wieńców przez marszałka Sejmu Marka Jurka, ambasadora Słowacji oraz charge` d’affaires Republiki Czeskiej Jana Tomaszka. Wieńce pod tablicą złożyli również minister spraw zagranicznych RP Anna Fotyga oraz senator Ewa Tomaszewska. Poprzednio śp. Ryszarda Siwca odznaczył prezydent Czech Vaclav Havel, natomiast jego rodzina odmówiła przyjęcia Krzyża Komandorskiego Orderu Odrodzenia Polski z rąk prezydenta III RP Aleksandra Kwaśniewskiego, co odnotowaliśmy z uznaniem na naszych łamach, przeciwstawiając godną postawę rodziny śp. Ryszarda Siwca postawie Jacka Kuronia i Karola Modzelewskiego, odznaczonych przez prezydenta Kwaśniewskiego orderem Orła Białego. Jak powiedział podczas składania wieńców marszałek Marek Jurek: "Samospalenie Siwca jest symbolem tego, co czuły wówczas setki tysięcy Polaków. Sam gest zaś - jego zdaniem - nie wynikał z lekceważenia życia, ale był znakiem solidaryzowania się z cierpiącymi i umierającymi". (cyt. za "Naszym Dziennikiem" z dnia 5.09 br.)
Ryszard Siwiec był skromnym urzędnikiem z Przemyśla, absolwentem lwowskiego uniwersytetu Jana Kazimierza, żołnierzem Armii Krajowej. Po inwazji zbrojnej na bratnią Czechosłowację postanowił zaprotestować czynnie przeciwko hańbie, jaką na Polskę ściągnęli Władysław Gomułka i gen. Wojciech Jaruzelski, wysyłając polskich żołnierzy jako okupantów na bratni słowiański kraj. Na wzór mnichów buddyjskich protestujących przeciwko krwawej wojnie w Wietnamie pokazywanych w owym czasie w kronikach filmowych i w TV postanowił on dokonać publicznego całopalenia podczas celebrowanych przez Gomułkę obchodów dożynkowych w dniu 8 września 1968 roku. Ugaszony przez uboli, zmarł w męczarniach 12 września w Szpitalu Przemienienia Pańskiego na Pradze. Być może nie zdecydowałby się na tak drastyczny krok, gdyby wiedział, że nie jest sam, że wielu Polaków bierze udział w akcjach protestacyjnych, m.in. przez rozrzucanie ulotek ze słowami protestu. Nie dowiedział się o tym wskutek działania komunistycznej cenzury. Nagrał na magnetofonie swój apel-testament, w którym powiedział m.in.: "Usłyszcie mój krzyk, krzyk szarego, zwyczajnego człowieka, syna narodu, który własną i cudzą wolność ukochał ponad wszystko, ponad własne życie. Opamiętajcie się!". Był jednak sam i Służba Bezpieczeństwa zadbała o to, by nikt nie wiedział, o co mu chodziło. Tej dezorientacji dał wyraz m.in. Stefan Kisielewski w swej powieści politycznej z życia PRL "Ludzie w akwarium", wydanej przez Jerzego Giedrojcia w Instytucie Literackim w Paryżu. Mnie o całopaleniu na stadionie opowiadał po moim wyjściu z więzienia w Barczewie znany autor polskiego protestsongu o polskich czołgach w czeskim Hradcu Kralowej, opozycyjny socjolog warszawski śp. Jacek Tarkowski, który też o niczym nie wiedział. Wszak Ryszard Siwiec działał w zupełnej samotności i nawet w konspiracji przed własną rodziną.
Opozycja niepodległościowa stoczyła długą bitwę o nagłośnienie czynu śp. Ryszarda Siwca. Pierwszym świadkiem był jego syn Wit Siwiec, który opisał sprawę już po stanie wojennym w prasie podziemnej. Następnie do akcji wkroczyli ludzie dobrej woli z Krakowa z poetą Adamem Macedońskim na czele. W 20. rocznicę śmierci czeskich studentów Jana Palacha oraz Jana Zajica, którzy spalili się w styczniu 1969 roku, protestując przeciwko przeciągającej sowieckiej okupacji Czechosłowacji, po uroczystych obchodach tej rocznicy w Pradze, upomniałem się o Ryszarda Siwca na łamach drugoobiegowego "Obozu", redagowanego przez Andrzeja Ananicza.
W III RP wiele wysiłku w popularyzowanie postaci śp. Ryszarda Siwca włożył nasz Tygodnik, którego staraniami prywatni sponsorzy ufundowali tablicę ku czci bohatera przy wejściu na stadion. Sam napisałem tekst uwieczniony na tablicy. Napisałem, że oddał życie za wolność Waszą i naszą, ale sponsor skrócił napis do słów "za wolność". Co roku składaliśmy kwiaty pod naszą tablicą przy kompletnej obojętności mediów. Zapraszaliśmy do udziału w obchodach przedstawicieli ambasad Czech i Słowacji, którzy ponadto spotykali się przy tej tablicy co roku w rocznicę zbrojnego najazdu państw Układu Warszawskiego. W zeszłym roku zapowiedzią przełomu w obchodach był wieniec złożony 8 września obok naszych kwiatów przez przedstawiciela prezydenta miasta stołecznego Warszawy Lecha Kaczyńskiego. Uroczystości w dniu 4 września br. były jednak najbardziej okazałe.
Najwięcej dla popularyzacji bohaterskiego czynu śp. Ryszarda Siwca uczynił reżyser Maciej Drygas, nakręcając wstrząsający film "Usłyszcie mój krzyk". Obok rozmów z członkami rodziny bohatera wykorzystał on cudem znalezione ścinki taśmy kroniki filmowej przedstawiające zdjętą przez cenzurę scenę całopalenia bohatera na trybunie stadionu. Później Instytut Pamięci Narodowej znalazł w archiwach MSW filmy nakręcone przez SB, dokumentujące całopalenie Ryszarda Siwca. Wykorzystał je w swym filmie dokumentalnym pt. "Tajne taśmy SB", nakręconym w 2002 roku, reżyser Piotr Morawski z prowadzonej przez Mirosława Chojeckiego wytwórni "Media Kontakt". Niestety, kanały telewizyjne prywatne i publiczne nie przepadają za takimi filmami.
Na zakończenie chciałbym zaapelować do pana Prezydenta Rzeczypospolitej, by wynagrodził postawę rodziny Siwców i dziś na progu IV RP nadał pośmiertnie stosowny order śp. Ryszardowi Siwcowi oraz jeszcze za życia dzielnym członkom jego rodziny.

Antoni Zambrowski

Tekst pierwotnie opublikowany w "Tygodniku Solidarność".

Zostań donatorem naszych publicystów:
Jeśli satysfakcjonuje Cię publicystyka Antoniego Zambrowskiego - możesz wesprzeć Naszego Autora datkiem.
Konto:
61 1240 1040 1111 0010 0042 5486
Bank PeKaO SA III O. w Warszawie



Publicystyka Antoniego Zambrowskiego na ASME


60 lat komunistycznej dominacji w wojsku - Tadeusz M. Płużański Wysłane czwartek, 12, października 2006 przez Krzysztof Pawlak

GRU szkolił oficerów Wojskowych Służb Informacyjnych jeszcze w 1991 r. W WSI było kilkuset oficerów przeszkolonych przez sowiecki wywiad wojskowy. Kilkudziesięciu z nich pracowało jeszcze kilka dni temu. Takie informacje ujawnił likwidator WSI Antoni Macierewicz. Jeśli jednak przyjrzymy się historii WSI, nie ma w tym nic dziwnego. Prócz wojskowego wywiadu PRL, czyli Oddziału II, a potem Zarządu II Sztabu Generalnego LWP, WSI były bezpośrednią kontynuacją wojskowego kontrwywiadu - Informacji Wojskowej (pełna nazwa: Główny Zarząd Informacji Wojskowej WP), uznanej przez Sejm III RP w 1994 r. za organizację zbrodniczą.

Początków GZI - tak jak Oddziału II Sztabu Generalnego - należy szukać w maju 1943 r. w ZSRS, razem z formowaniem 1. Dywizji Piechoty im. Tadeusza Kościuszki. Informacja Wojskowa była po prostu odpowiednikiem wojskowych sowieckich służb specjalnych. Wkrótce stała się najbardziej krwawą instytucją stalinowskiej Polski - politycznym narzędziem kontroli i represji wobec polskich żołnierzy, i oficerów, dlatego nazywa się ją również wojskową bezpieką. Głównym zadaniem kontrwywiadu - podobnie zresztą jak wywiadu - była ochrona "ludowej" władzy i walka z "reakcją".

Pod kierownictwem Sowietów

Informacja Wojskowa, to - słownikowo - "uzależniony od Związku Sowieckiego i Armii Czerwonej organ kontrwywiadu wojskowego, działający w Polsce w latach 1944 - 1957, odpowiedzialny obok Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego za masowe represje wśród żołnierzy Wojska Polskiego, Armii Krajowej oraz ludności cywilnej. W 1957 przekształcona została w Wojskową Służbę Wewnętrzną Ministerstwa Obrony Narodowej".
Informacja Wojskowa była nie tylko tworzona na wzór i pod dyktando Moskwy, ale przez pierwsze dwa lata służyli w niej wyłącznie Sowieci. Inaczej nie mogło być z kierownictwem. Głównym Zarządem Informacji kierowali sowieccy oficerowie - płk Dymitr Wozniesieński (zięć Karola Świerczewskiego) i płk Antoni Skulbaszewski (wcześniej "polski" krwawy Naczelny Prokurator Wojskowy). Funkcję ministra obrony (jak również marszałka Polski i wicepremiera) sprawował wówczas sowiecki gen. Konstanty Rokossowski, a 90 proc. stanowisk dowódczych w WP zajmowali oficerowie radzieccy.
Potem miejsce Sowietów zajmowali Żydzi, którym Stalin bardziej ufał niż polskim komunistom. Kluczowe stanowiska w GZI zajęli m.in.: Anatol Fejgin, Ignacy Krzemień, Stefan Kuhl i Jan Rutkowski. Nielicznych Polaków zatrudniano głównie jako tłumaczy, kierowców i protokolantów.

Gorsza od cywilnej bezpieki

Informacja nie tylko była podporządkowana Sowietom i realizowała ich interesy, ale też ściśle współpracowała z powołanym przez Stalina w 1943 r. sowieckim kontrwywiadem wojskowym "Smiersz" (Smiert szpionam - śmierć szpiegom; od 1943 r. do sierpnia 1944 r. 100 proc. oficerów Informacji wywodziło się właśnie ze "Smiersza"). Współpraca polegała na tym, że w ręce Rosjan przekazywano żołnierzy AK i członków Polskiego Państwa Podziemnego (zgodnie z rozkazem naczelnego wodza WP, gen. Michała Rola-Żymierskiego, powołującym GZI).
Do 1957 r. Informacja aresztowała i torturowała ok. 17 tys. ludzi. Historycy są zgodni, że ta wojskowa bezpieka była bardziej bezwzględna niż znana z okrucieństwa "cywilna" bezpieka, czyli Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego.
Prócz zwalczania żołnierzy polskiego podziemia, wydawania ich w ręce Sowietów i donoszenia na wojskowych, Informacja zajmowała się również kontrwywiadem cywilnym, dostarczała kierownictwu PZPR informacji na temat przeciwników ustroju socjalistycznego.

Obóz Kwaśniewskiego

Likwidator WSI Antoni Macierewicz ujawnił, że sowieckie służby przeszkoliły m.in. gen. Marka Dukaczewskiego, szefa WSI za rządów SLD w latach 2001 - 2005. Dukaczewski przyznał, że uczestniczył w seminarium, organizowanym przez GRU. Jak wynika z jego oficjalnego biogramu, w latach 80. brał udział w operacjach wywiadowczych w Stanach Zjednoczonych i Izraelu. W latach 1997 - 2001 był podsekretarzem stanu w kancelarii prezydenta Kwaśniewskiego. W okresie, kiedy kierował WSI, główne stanowiska w tej instytucji zajmowali oficerowie powiązani z SLD i obozem Kwaśniewskiego.

Agent "Wolski"

WSI to nie tylko gen. Marek Dukaczewski. W aktach Instytutu Pamięci Narodowej, jako tajny współpracownik Informacji Wojskowej, figuruje Wojciech Jaruzelski, ps. Wolski. Jaruzelski-"Wolski" był na tyle cennym agentem, że po trzech latach od daty werbunku, w 1949 r. był typowany na rezydenta (agent, który stał na czele autonomicznej sieci własnych tajnych informatorów, czytaj: osoba obdarzona szczególnym zaufaniem instytucji, która z natury rzeczy nie dowierzała nikomu).
Przypadek Jaruzelskiego nie jest zresztą wyjątkiem. W czasach stalinowskich z Informacją Wojskową współpracowała większość oficerów WP, najwięcej w 1952 r. - zatwierdzono wówczas normę, że w każdym plutonie WP powinien być przynajmniej jeden informator. W sumie dawało to ponad 24 tys. współpracowników (WP liczyło wówczas 380 tys. żołnierzy, z tego ok. 100 tys. kadry).
Prócz Jaruzelskiego, wymieńmy jeszcze dwóch tajnych współpracowników Informacji Wojskowej. Z najnowszych badań wynika, że agentem IW był szanowany do dziś przez niektóre środowiska socjolog i filozof Zygmunt Bauman, oficer polityczny Dywizji Kościuszkowskiej. Był nim również stalinowski sędzia Stefan Michnik, przyrodni brat naczelnego "Gazety Wyborczej", którego ekstradycji ze Szwecji domaga się bezskutecznie Polska.

TW Kazimierczak

W wydanej w ubiegłym roku przez IPN książce Krzysztofa Szwagrzyka "Prawnicy czasu bezprawia. Sędziowie i prokuratorzy wojskowi w Polsce 1944 - 1956", w rozdziale "Supremacja GZI i UB nad wojskowym wymiarem sprawiedliwości", czytamy o agentach komunistycznych służb specjalnych: "Największe sukcesy w tajnej współpracy osiągnął Stefan Michnik, pozyskany na zasadzie dobrowolności przez sekcję Informacji Wojskowej, istniejącą przy OSP [Oficerskiej Szkole Prawniczej - TMP], w Jeleniej Górze. 13 III 1950 r. przyjmując ps. Kazimierczak, napisał: »Ja, Stefan Michnik [...], zobowiązuję się do współpracy z Organami Informacji Odrodzonego Wojska Polskiego, mając na celu wykrycie szpiegów, sabotażystów, dywersantów i wszelkiego rodzaju innego wrogiego elementu, działającego na szkodę WP i ustroju Polski Ludowej«. Już 15 IV 1950 r. otrzymał pierwsze 1000 zł zapłaty za »sumienne wykonywanie zadań«. W trakcie 3-letniej współpracy Michnik był początkowo informatorem, a następnie rezydentem [tak, jak Jaruzelski - "Wolski" - TMP] OZI w 1. kompanii OSP. W kwietniu 1951 r., z chwilą przeniesienia do stolicy na stanowisko asesora warszawskiego WSR, został rezydentem w Wydziale Informacji Garnizonu Warszawskiego, mającym "na kontakcie" 6 informatorów: »Romańskiego«, »Chętkiego«. »Żywca«, »Czarucha« (»Czarnucha«?), »Szycha«, »Zbotowskiego« (»Zborowskiego?«). Z nieznanych powodów 4 IV 1952 r. z rezydenta przekwalifikowany został na tajnego współpracownika. 10 VI 1953 r. podjęto decyzję o zaprzestaniu współpracy z TW »Kazimierczakiem«".

"Bohaterowie" przed sądem

W 1957 r., na fali "odwilży", Główny Zarząd Informacji został rozwiązany, ale nie rozliczony. Tylko kilku funkcjonariuszy GZI - za łamanie "socjalistycznej praworządności" - zwolniono, nieliczni stanęli przed sądami wojskowymi. Większość płynnie przeszła do następczyni Informacji - Wojskowej Służby Wewnętrznej. Szefem WSW - w latach 1979 - 1981 - był bliski współpracownik gen. Wojciecha Jaruzelskiego - gen. Czesław Kiszczak, związany z Informacją od końca 1945 r.
Po powołaniu w 1990 r. Wojskowych Służb Informacyjnych, jej funkcjonariusze też byli chronieni. Ułatwiały to okrągłostołowe umowy. WSI - jako jedyna służba wolnej Polski - nie zostały zweryfikowane (weryfikowano służby cywilne, np. MSW, czyli dawną SB, ale nie wojskowe).
Często związanych z GZI-WSI oficerów uważano nawet (i uważa do dziś) za bohaterów (patrz gen. Jaruzelski). Poprzedni Sejm - zdominowany przez postkomunistów - chciał na zakończenie kadencji przywrócić uprawnienia kombatanckie utrwalaczom władzy ludowej, w tym funkcjonariuszom WSI-GZI.
Po 1989 r. przed sądem nie stanął również żaden wysoki funkcjonariusz byłej Informacji (choć niektórzy żyją do dziś). Ściga się natomiast - i to z wielkimi trudnościami - "oficerów" śledczych. W ubiegłym miesiącu rozpoczął się w Warszawie proces czterech funkcjonariuszy Informacji Wojskowej. Warszawski pion śledczy IPN zarzuca im, że w okresie od listopada 1949 r. do czerwca 1952 r. znęcali się fizycznie i psychicznie nad przebywającymi w areszcie oficerami II RP i Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie: generałami Stefanem Mossorem, Stanisławem Tatarem, Józefem Kuropieską oraz płk. Marianem Utnikiem (po wojnie wrócili z Zachodu do Polski i po kilku latach - w ramach czyszczenia wojska z wrogich, przedwrześniowych elementów - zostali oskarżeni o szpiegostwo na rzecz Wielkiej Brytanii). Śledczy prowadzili przesłuchania non stop przez kilkanaście godzin (tzw. konwejer), powtarzali te same kwestie nawet po kilkaset razy, pozbawiali snu, grozili pozbawieniem życia i zastosowaniem represji wobec rodzin. Przez stosowanie takich metod doprowadzili swoje ofiary do - jak czytamy w IPN-owskim akcie oskarżenia - "całkowitego wyczerpania zarówno psychicznego, jak i fizycznego, w celu zmuszenia do przyznania się do udziału w dywersyjno-szpiegowskiej organizacji działającej w Wojsku Polskim, do uczestniczenia w działalności agenturalnej na rzecz państw zachodnich oraz do składania wyjaśnień zgodnych z koncepcją prowadzonego przeciw nim śledztwa". Zarzucane "śledziom" Informacji Wojskowej czyny zostały zakwalifikowane jako zbrodnie przeciwko ludzkości.

TADEUSZ M. PŁUŻAŃSKI

Tekst pierwotnie ukazał się w tygodniku "Gazeta Polska".

Publicystyka Tadeusza M. Płużańskiego na ASME.


Teologia moralna według JE arcybiskupa Życińskiego służy dobrze pułkownikowi SB Lesiakowi - Stanisław Michalkiewicz o konsekwencjach wyborów etycznych "ałtorytetów moralniackich" Wysłane środa, 11, października 2006 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |








Teologia moralna według JE arcybiskupa Życińskiego służy dobrze pułkownikowi SB Lesiakowi - Stanisław Michalkiewicz o konsekwencjach wyborów etycznych "ałtorytetów moralniackich"
Wysłane środa, 11, października 2006 przez Krzysztof Pawlak

"Tyle się ostatnio dzieje, że nie wiem od czego zacząć, więc najlepiej powiem o wszystkim naraz. Dzisiaj merdia doniosły o połączeniu się Ligi Polskich Rodzin i Samoobrony, które oświadczyły, że »stały się jednym ciałem«. Warto więc zapytać - może trochę niedyskretnie - kto w tym związku daje więcej »ciała«, co się przekłada na sferę nie tylko obyczajową, ale na politykę - komu na tym związku bardziej zależy. Otóż wygląda na to, że towarzyszowi Andrzejowi Lepperowi, bo poczuł pismo nosem, że zawisłoby nad nim i Samoobroną olbrzymie zagrożenie, gdyby do rządu weszłoby PSL, bo wykorzystałoby do zrobienia z SO mokrej plamy w ciągu najbliższego roku - a byłoby wiele powodów, by to zrobić. Można by domniemywać, że Jarosław Kaczyński, premier, wcale by karzącej ręki Waldemara Pawlaka nie wstrzymywałby, a może nawet ją z siła rozchuśtywał" - Stanisław Michalkiewicz analizuje najnowsze wydarzenia na scenie politykierskiej naszego teatru społecznego.

Z kolei LPR nie ma ostatnio dobrych notowań, bo są one pod kreską wyborczą do parlamentu - może więc być taka sytuacja, że obie strony chciałyby liczyć na efekt synergiczny, a LPR - na efekt wzmocnienia w stanowisku negocjacyjnym z PiS. Wszystko jednak zależy do tego, jak premier Kaczyński jest zdeterminowany w dążeniu do utrzymania tego rządu. Niedawno powiedział, że "zrobi wszystko w granicach przyzwoitości" - jakie są jej granice - wszyscy się niedługo przekonamy.
Sprawą drugą jest dzisiejsza deklaracja Marka Biernackiego, przewodniczącego komisji ds służb specjalnych, posła PO, o złożeniu do prokuratury zawiadomienia o popełnieniu przestępstwa ujawnienia tajemnicy państwowej - agenta WSI przez redakcję "Gazety Polskiej", bo tygodnik napisał, że pan Milan Subotić był agentem WSI, ale przecież sam Milan Subotić oświadczył, że nie był agentem, a poświadczyła to sama dyrekcja stacji TVN i wszystkie autorytety moralne, więc widać, że pan Milan agentem nie był i pan Biernacki się z tym oświadczeniem trochę się pośpieszył.
Najwyraźniej Platforma Obywatelska znajduje sie pod silną presją jakichś wydawców, biznesmenów, przedsiębiorców, redaktorów naczelnych, dziennikarzy i nadawców telewizyjnych - bo o tych osobach mieliby opowiadać oficerowie WSI w swych zeznaniach przed komisją weryfikacyjną Macierewicza - gdyby oczywiście jakiekolwiek postępowania zostały rozpoczęte - chcąc się dowiedzieć, czy "jest bezpiecznie", czy nie jest. Może - by zacząć liczyć dolary wyciągnięte spod łóżka i sprawdzać dogodne połączenia lotnicze - zanim raport komisji weryfikacyjnej zostanie upubliczniony.
Wydaje się, że głosowanie nad samorozwiązaniem sejmu w czwartek nie przyniesie wymaganych konstytucyjnej 2/3 większości głosów, więc pewnie podchody poselskie jeszcze trochę potrwają. W związku z tym warto zwrócić uwagę na polityczne trupy, które wypadły z "szafy pułkownika Lesiaka". To ten sam "płk SB" Lesiak, z którym toczył "negocjacje polityczne" towarzysz Jacek Kuroń i ten sam Lesiak, któremu powierzono "delikatną misję" inwigilacji prawicowych ugrupowań w lach 90., których wyeliminowania domagała się "lewica laicka", dowodzona przez "drogiego Bronisława" Geremka i Jana Marii Rokity - podówczas mianowanego głosami "lewicy laickiej" do funkcji szefa Urzędu Rady Ministrów - z życia politycznego. Dzisiaj pan poseł JMR neguje swoją znajomość tej sytuacji - to już nie wiadomo, czy to było dobrze, czy źle - bo to albo łajdak, albo dureń.
Stanisław Michalkiewicz zwraca uwagę na odkrycie wiekopomne w dziedzinie teologii moralnej przez komisję pracującą na zlecenie arcybiskupa Józefa Życińskiego, że "moralne jest wszystko, co nie pozostawia po sobie śladów". W związku z tym odkryciem musimy po 2 tysiącach lat zrewidować swój stosunek do Judasza - który nie pozostawił po sobie żadnych pokwitowań, a nawet nie wiemy, czy umiał pisać, by zachowałyby się po nim jakiekolwiek raporty... Wyprzedził swoją epokę - ale tkwił w poprzedniej jednak, zwłaszcza pod względem tzw. honoru - bo się obwiesił...

Nagranie trwa ponad 13 minut i jest dostępne w Sieci do 25 X 2006 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




Zasady mechaniki relatywistycznej - Krzysztof Mazur Wysłane wtorek, 10, października 2006 przez Krzysztof Pawlak

"Każdej akcji towarzyszy reakcja równa co do wartości i przeciwnie skierowana" - głosi najbardziej chyba znana zasada mechaniki klasycznej, której przydatność do interpretowania także np. zdarzeń politycznych wydaje się oczywista. Dlatego też trudno było oczekiwać, że wszystkie próby atakowania "układu" nie spotkają się z odpowiednim przeciwdziałaniem wszystkich zainteresowanych utrzymywaniem politycznego status quo. Ale w związku z tym normalną strategią postępowania byłoby takie działanie, "żeby nie płoszyć ptaszka", wszak wiele atramentu i tuszu wylano na udowadnianie, że być może próba lustracji z czerwca 1992 r. zakończyłaby się nieco inaczej, gdyby minister Macierewicz wbrew uchwale sejmowej nie wpisał na listę tajnych współpracowników prezydenta Wałęsy. Wprawdzie Wałęsa samowtór z Wachowskim opowiadają obecnie, jakie to kazamaty szykowała im opozycja, ale liderzy PiS-u z tych samych notatek płk. Lesiaka wyciągają wnioski całkiem odwrotne - więc nie pozostaje nic innego, jak opierać się na "taśmach prawdy", złożonych w dzieło pt. "Nocna zmiana" - a tam wyraźnie stoi, kto głosował za "gangsterskim chwytem" i kto kogo ostrzega przed konsekwencjami ujawnienia agentury.

Z drugiej strony, wprawdzie medialna wrzawa wokół ostatnich wydarzeń wskazywałaby na ujawnienie jakichś szczególnych kompromatów, natomiast fakty są takie, że raport z likwidacji WSI jest nadal niejawny, a z tzw. przecieków żadna z ogólnikowo podanych hipotez nie wnosi niczego nowego do dotychczas formułowanych przypuszczeń. Co do szafy Lesiaka - to znowu więcej na ten temat komentarzy niż faktów wyzierających z konkretnych dokumentów. Póki co, z ujawnionej części akt wynika, że jedyną prawicą inwigilowaną przez UOP była ówczesna prawica skupiona obecnie w PiS-ie, a przecież chociażby jeszcze w jesiennych wyborach 1993 r. UPR poparło np. prawie 3,2 proc. wyborców, podczas gdy na PC padło 4,2 proc., a na Koalicję dla Rzeczypospolitej, którą tworzyli m.in. Olszewski, Macierewicz i Szeremietiew - jedynie 2,7 proc. głosów. Kto pamięta atmosferę lat 90., ten wie, że UPR-owskie pomysły gospodarcze, z których część uchodzi dzisiaj za podręczny niezbędnik oświeconego platformersa, pokazywano wtedy jako bredzenia nawiedzonych ekscentryków, zaś narodowcami byli niezmiennie skini, którymi straszono niedorosły do demokracji naród.
Dziwnie zatem brzmi teraźniejsza dysputa prowadzona aluzjami o "porażającej" wiedzy, jaka może wychynąć z nieujawnionego raportu Macierewicza lub nieodtajnionych dokumentów szafy Lesiaka. Tymczasem efektem przecieków dotyczących owej porażającej wiedzy są póki co nazwiska nieżyjącego już Ireneusza Sekuły i niedawno skazanego Grzegorza Żemka - jako przedstawicieli elitarnego oddziału Y, czyli takiego polskiego ubeckiego Delta Force. No, jeżeli PRL i III RP bazowała na Bondach we wcieleniu ww. agentów - to trudno się dziwić, że i jedna i druga upadła pokonana przez polityków, którzy przez rok nie potrafili zbudować nawet zrębów nowego ustroju.
Powstaje jednakże w związku z tym cokolwiek uzasadnione pytanie, czy braciom Kaczyńskim bardziej chodzi o stworzenie obrosłej już mitami i legendami IV RP, czy o proste dokopanie swoim niegdysiejszym prześladowcom? W skrócie: czy chodzi o przyszłość kraju, czy o zrealizowanie obietnicy, którą Jarosław Kaczyński złożył Wałęsie, definitywnie rozstając się z belwederskim otoczeniem. Owa obietnica dotyczyła sporu, który z obu panów jako pierwszy dostąpi zaszczytu oficjalnego tete á tete z prokuratorem.
Pewne obawy co do faktycznej siły przygotowywanych raportów i utajnianych ciągle dokumentów budzą dotychczasowe wystąpienia, z których większość można skwitować ludowym powiedzonkiem "strzelił, a nie nabił, trafił, ale nie zabił" - vide słynne już "skróty myślowe" Macierewicza, wycofywanie się Jacka Kurskiego z twierdzeń o aferze bilbordowej czy ostatnie wypowiedzi premiera o politycznym "być albo nie być" Jana Rokity. W tym ostatnim przypadku premier nie zaprzeczył, że rok temu przyjął wobec Rokity "postawę abolicyjno-amnezyjną" nie wskazując oczywiście, czy bardziej amnezyjną, czy abolicyjną - ale obecnie owa abolicyjna amnezja stanowi już przeszłość, a to z tego względu, że "w tamtym przypadku mamy do czynienia z ciężkim przestępstwem przeciwko demokracji, bo poza mordami, to już jest najcięższe przestępstwo, jakie można popełnić". Jak więc widać, kategoria "przestępstwa wobec demokracji" na trwale zakotwicza się obok takich przestępstw, jak antysemityzm i ksenofobia, i może dobrze, że zniesiono karę śmierci, skoro przestępstwo wobec demokracji jest enumeratywnie zaraz po mordowaniu. Ale wydaje się, że inwigilowanie w celu szantażu, dezinformowanie czy publikowanie nieprawdziwych materiałów mają swoje paragrafy w odpowiednich kodeksach, natomiast szkoda, że w zaaferowaniu problematyką inwigilacji prawicy jakby nie pamięta się, że całkiem niedawno stawał "na sejmie" projekt wydłużenia czasu przechowywania bilingów rozmów telefonicznych do pięciu lat, a stosowanie prowokacji i informatorów w szeregach np. partii politycznych ma być elementem działania CBA. Zresztą - takich informatorów służby nadal delegują, tylko obecnie ich działalność odbywa się pod przykrywką zwalczania pornografii, pedofilii lub terroryzmu.
A stąd do zrozumienia tego, co dzieje się na politycznym targowisku, należałoby raczej zarzucić zasady mechaniki klasycznej i powoli przejść do poznawania postulatów politycznej teorii względności.

Krzysztof Mazur

Publicystyka Krzysztofa Mazura na ASME


DLACZEGO PRZEKROCZYŁEM TERMINY - Antoni Zambrowski Wysłane wtorek, 10, października 2006 przez Krzysztof Pawlak

Uzasadnienie wyroku Sądu Apelacyjnego w sprawie mego wniosku o odszkodowanie za bezpodstawne uwięzienie w PRL nasuwa wrażenie, że nie jest to uzasadnienie wyroku drugiej instancji, lecz wyroku Sądu Okręgowego, od którego apelowałem. W uzasadnieniu zostały bowiem zignorowane wszystkie moje argumenty, które przedstawiłem w Sądzie Apelacyjnym. Sąd Apelacyjny przytacza ocenę Sądu I instancji: "Sąd podniósł, że nie może uwzględnić przedawnionego roszczenia zważywszy wykształcenie wnioskodawcy (ekonomista; był - jak zeznał - doktorantem i starszym asystentem na Wydziale Ekonomii UW), wyrobienie życiowe, środowisko, w jakim pracował, rodzaj wykonywanej pracy, a nadto fakt, że korzystał z pomocy adwokata, który prowadził jego sprawę". Tu wyjaśnię przy sposobności, że o swym wykształceniu mówiłem, by wskazać straty życiowe, poniesione wskutek nieuzasadnionego uwięzienia, gdyż przez to załamała się moja kariera naukowa. Istotnie jestem mgr ekonomii, ale nigdy nie studiowałem prawa. Poza tym Wysoki Sąd mija się z prawdą, sugerując, że w 1991 roku mogłem skorzystać z pomocy adwokata. W rzeczywistości miałem obrońcę doktora Kazimierza Łojewskiego, ale w podczas mego uwięzienia w roku 1969. W czasie rozprawy rewizyjnej w Sądzie Najwyższym w 1991 r. ze względów kurtuazyjnych zaprosiłem go do sądu, ale nie byłem jego aktualnym klientem, gdyż nie było mnie na to stać. Przez cały czas PRL po moim zwolnieniu z więzienia klepałem biedę. Zdawał sobie z tego sprawę dr Kazimierz Łojewski, więc za darmo był mym adwokatem na mojej sprawie rozwodowej w grudniu 1970 roku (Po więzieniu opuściła mnie moja ślubna żona Teresa). Była to dla mnie sytuacja niezmiernie upokarzająca. Po stanie wojennym miałem kilkakrotnie konflikty z organami ścigania PRL i wtedy korzystałem z usług różnych adwokatów, jak śp. mec. Edward Wende oraz mec. Piotr Łukasz Andrzejewski, którzy bronili mnie przed kolegium orzekającym. Dwukrotnie bowiem stawałem przed nim za pikietowanie sklepów monopolowych w sierpniu 1985 i 1986 roku w ramach "solidarnościowej" akcji Bractwa Otrzeźwienia przy kościele pw. Stanisława Kostki. Na Śląsku bronił mnie śp. mec. Jerzy Kurcjusz, kiedy w sierpniu 1985 r. postawiono mnie przed kolegium za udział w pielgrzymce do Piekar Śląskich, zaś w Warszawie w tej samej sprawie - mec. Jan Radlicki. Wszyscy oni bronili mnie bezpłatnie jako adwokaci Komitetu Prymasowskiego przy kościele pw. św. Marcina. W III RP mogłem najwyżej liczyć na koleżeńską pomoc radcy prawnego "Tygodnika Solidarność".
Nie jest to jednak rzecz najistotniejsza. Podstawową przyczyną mej opieszałości była atmosfera panująca w pierwszych latach III RP. Rewizja wniesiona przez Prokuraturę Generalną do Sądu Najwyższego w 1991 roku dotyczyła nie mnie samego, lecz tzw. sprawy Karola Modzelewskiego i innych z 1968 roku. Władze gomułkowskie planowały w 1968 roku wielki proces marcowych wichrzycieli, w którym miałem siedzieć na ławie oskarżonych obok Karola Modzelewskiego, Jacka Kuronia, Adama Michnika, Jana Lityńskiego, Seweryna Blumsztajna, Barbary Toruńczykówny, Henryka Szlajfera i Wiktora Góreckiego. Wspólny dla nas akt oskarżenia napisał prokurator Pietrasiński. Wszyscy oni mieli zarzut z art. 36 m.k.k. o tajnej organizacji, jedynie ja - wzięty na propagandową doczepkę, gdyż nie miałem nic wspólnego z Ruchem 8 marca - miałem zarzut z art. 28 i 29 m.k.k. o szkalowaniu Państwa (czyli PRL) oraz Narodu Polskiego. Naród Polski miałem szkalować w przypisanym mi wierszu, którego autorem był Jan Kochanowski z Czarnolasu.
Później nasz proces rozczłonkowano i odpowiadałem przed Sądem Wojewódzkim sam, zaś oskarżał mnie prokurator Prokuratury Stołecznej, mgr Andrzej Jarzyna. Do dziś powinien on czerwienić się na wspomnienie swej roli w tym procesie, a wraz z nim i cała prokuratura. W Sądzie Najwyższym odwołania naszych obrońców rozpatrywano en bloc, stąd i rewizja w roku 1991 odbyła się w tym samym składzie osobowym. Moi koledzy z ławy oskarżonej byli w tym czasie w większości działaczami Unii Demokratycznej oraz/lub pracownikami "Gazety Wyborczej". "Gazeta Wyborcza" stawiała sprawę jasno, że nie uchodzi byśmy ciągnęli zyski z działalności opozycyjnej i występowali o odszkodowanie za pobyt w więzieniu (Nie trudno im było zająć tak szlachetne i patriotyczne stanowisko, gdyż zdążyli się już uwłaszczyć w procesie transformacji i nie wiedzieli, co to bieda). Gdy wkrótce po tym były przew. Zarządu regionu NSZZ "Solidarność" w Łodzi Andrzej Słowik wyłamał się z tej instrukcji i wystąpił o odszkodowanie za uwięzienie w stanie wojennym, "Gazeta Wyborcza" zorganizowała całą kampanię przeciwko niemu. W odróżnieniu od Andrzeja Słowika nie byłbym w stanie stawić czoła takiej kampanii. Ryzykowałbym nie tylko infamię, ale i wyrzucenie wskutek niej z pracy w "Tygodniku Solidarność". A wiedziałem, że poza nim nigdzie pracy nie znajdę. Po stanie wojennym nie zatrudniano mnie jako ekonomistę, więc po okresie transformacji do tego stopnia straciłem swe dawne kwalifikacje zawodowe, że unikałem pisania na tematy fachowe, by się nie kompromitować. Pracowałem jako dziennikarz w dziale związkowym, krajowym lub zagranicznym.
Ostatni rok Polski Ludowej spędziłem jako stróż na Metrobudowie, gdyż SB nie dawało mi żadnej pracy na etacie. Gdy powstała "Gazeta Wyborcza", starałem się o pracę dziennikarza w niej, ale mnie nie przyjęto. Po wielkich trudach udało mi się po krótkotrwałej pracy w Biurze Wyborczym "Solidarności" zaczepić się w "Tygodniku Solidarność" na etacie bibliotekarza, gdyż ówczesny redaktor naczelny Tadeusz Mazowiecki nie chciał zatrudnić mnie jako dziennikarza (Również w 1981 roku nie zgadzał się on na moje tam zatrudnienie, choć namawiali go niezależnie od siebie obydwaj jego zastępcy Bogdan Cywiński oraz Waldemar Kuczyński). Gdy w ramach "wojny na górze" Lech Wałęsa odwołał pozostawionego tam przez premiera T. Mazowieckiego na stanowisku p.o. redaktora naczelnego Jana Dworaka, którego przyjaznej interwencji zawdzięczałem etat bibliotekarza w redakcji, wziąłem udział w zbiorowym proteście załogi i zapytałem jego zastępczynię Ludwikę Wujcową, czy i mnie dotyczy zaproszenie przez Adama Michnika wszystkich protestujących do pracy w "Gazecie Wyborczej". Okazało się, że nie. Wobec tego zostałem w "Tygodniku Solidarność" i wkrótce mój wieloletni przyjaciel Jarosław Kaczyński (którego asystentem w Biurze Wyborczym Solidarności byłem podczas jego kampanii do Senatu w czerwcu 1989 r.), mianował mnie dziennikarzem. W pewnym okresie po odejściu J. Kaczyńskiego do kancelarii prezydenckiej próbowałem podjąć pracę w dzienniku "Rzeczpospolita", gdzie redaktorem naczelnym był mój kolega z ławy szkolnej w LO im. Tadeusza Reytana Dariusz Fikus, ale mnie tam nie przyjęto. Wiedziałem więc, że muszę dbać o pracę jaką mam w "Tygodniku S...", gdyż środowiska liberalne szykują mi taki sam Berufsverbot, jaki w PRL miałem ze strony władz komunistycznych. Wynikało to z nagonki, jaką przeciwko mnie od 1966 roku prowadziły środowiska, którym przewodził Jacek Kuroń. Do dnia dzisiejszego docierają do mnie odgłosy wieloletniego szczucia na moją osobę.
Jako dziennikarz "Tygodnika Solidarność" pilotowałem wiele spraw ludzi "Solidarności", pozostawionych samym sobie w III RP, klepiących biedę nieporównywalnie większą od mojej i doznających niesprawiedliwości od władz państwowych, w tym i od wymiaru sprawiedliwości. Moja krzywda była nieporównywalnie mniejsza od ich tragedii życiowych. Próbowałem interweniować jako dziennikarz w ich sprawie, zainteresować ich dramatami posłów, senatorów, ministrów, najczęściej bez skutku. Bezskutecznie usiłowałem np. uzyskać jakąś rentę dla żony mego przyjaciela Zygmunta Krzemińskiego ps. Kmicic, Marianny, którą w 1985 roku SB w czasie podróży do przebywającej na wczasach z Zakopanym córki Ewy porwała z pociągu, poddała ciężkiemu biciu na komisariacie i w opłakanym fizycznie stanie, nieprzytomną zostawiło na torach kolejowych koło Kielc. Na szczęście maszynista dojrzał w nocy jakiś kształt na torach i zatrzymał pociąg (Prokurator, który umorzył dochodzenie w tej sprawie, uznał, iż wypadła ona na tory z pociągu. Zagadka, dlaczego znalazła się na torach dopiero po upływie dwóch dni, jakoś go nie zajmowała, podobnie jak skąd znalazły się na jej ciele ślady przypalania papierosami). Po tych doświadczeniach pani Marianna Krzemińska, która poprzednio jako wzięta krawcowa utrzymywała całą rodzinę, z trudem może ugotować obiad, nie wychodzi na zakupy, dyskutuje z telewizorem. Próbowałem zainteresować jej sprawą śp. Alinę Pieńkowską, która nic nie mogła dla niej uczynić. Czym były moje krzywdy wobec tej tragedii! A takich spraw mógłbym wymienić wiele.
Dopiero ostatnio już po śmierci mego przyjaciela śp. Janusza Szpotańskiego, dowiedziałem się od zaprzyjaźnionego z nim red. Stanisława Michalkiewicza, że adw. Stanisław Szczuka wygrał dla niego sprawę o odszkodowanie za pobyt w więzieniu. Zwróciłem się więc do p. Stanisława Szczuki o podjęcie się pełnomocnictwa w mojej sprawie. Atoli na rozprawie w sądzie okręgowym okazało się, że nie ma analogii pomiędzy sprawą Janusza Szpotańskiego a moją, gdyż w mojej sprawie nastąpiło przedawnienie. Jak pisze Sąd w uzasadnieniu wyroku: "Zarzut przedawnienia roszczenia został podniesiony przez prokuratora na rozprawie w dniu 22 grudnia 2004 roku" (Prokuratura, która walnie przyczyniła się do mego bezpodstawnego uwięzienia, dziś walczy o to, bym nie otrzymał zadośćuczynienia za jej grzechy). Na rozprawie w Sądzie Apelacyjnym wytłumaczyłem więc, dlaczego nie mogłem ubiegać się o odszkodowanie we właściwym czasie. Niestety, ani jeden z mych argumentów nie dotarł do świadomości Wysokiego Sądu, stąd brak polemiki z nimi w uzasadnieniu wyroku.
Sąd Apelacyjny stwierdza, powołując się na wyrok Sądu Najwyższego: "zgłoszenie żądania o odszkodowanie, po upływie wskazanych wyżej terminów, prowadzi do jego oddalenia w razie podniesienia przez prokuratora zarzutu przedawnienia i to pod warunkiem, że podniesienie tego zarzutu nie zostanie uznane za sprzeczne z zasadami współżycia społecznego". Otóż uważam, że zasady współżycia społecznego wymagają, by orzekając, czy nastąpiło przedawnienie roszczeń, uwzględniono również okoliczność, że wcześniej nie było warunków do wysunięcia owych roszczeń ze względu narzucany przez wpływowe środowiska, stanowiące elitę władzy, przymus powstrzymania się od wysuwania roszczeń tego rodzaju. Casus Anny Walentynowiczowej, której wniosek o odszkodowanie został odrzucony przez sąd I instancji, ale uwzględniony w apelacji, przemawia za tym, by i moja sprawa została potraktowana w ten sam sposób. Dotychczasowe stanowisko prokuratury, niechętne ludziom "Solidarności", powinno ulec rewizji wskutek zmiany władzy w Rzeczypospolitej. To samo dotyczy również władzy sądowej. Dobrze by było, aby stanowisko opinii publicznej, które w sprawie krzywdy Anny Walentynowiczowej było tak głośne i dobitne, że umożliwiło ostatecznie jej sukces sądowy, było równie głośne i dobitne również w mojej sprawie.

Antoni Zambrowski

Jest to pismo AZ w sprawie o odszkodowanie za więzienie w czasach PRL, które zamieszczamy w ramach informacji o kasacji wniesionej przez pełnomocnika AZ adwokata Stanisława Szczukę do Sądu Najwyższego po oddaleniu roszczeń przez dwie instancje sądowe. Kolejne (drugie) posiedzenie SN w tej sprawie jest przewidziane w dniu 15 listopada br. Tekst pisma ukazuje sie jedynie na "łamach" ASME. Tekst był pomyślany jako artykuł prasowy, ale nie było szans na jego zamieszczenie w jakiejkolwiek gazecie. Tymczasem mec. S. Szczuka po zapoznaniu sie z jego treścią złożył go jako pismo procesowe.

Publicystyka Antoniego Zambrowskiego na ASME


Krople z kielicha goryczy - Stanisław Michalkiewicz Wysłane wtorek, 10, października 2006 przez Krzysztof Pawlak

Rozwiązanie Wojskowych Służb Informacyjnych było niewątpliwie dotkliwym ciosem dla "Ubekistanu", ale jeszcze nie śmiertelnym. Świadczą o tym choćby pogróżki wyrzuconych funkcjonariuszy, że "w odwecie" mogą zacząć wykorzystywać swoją wiedzę w sposób groźny dla bezpieczeństwa państwa. Te pogróżki dowodzą nie tylko głębokiej demoralizacji tych ludzi, ale i słuszności decyzji o rozwiązaniu WSI. Jeśli raport Komisji Weryfikacyjnej potwierdzi informacje min. Macierewicza o penetrowaniu przez razwiedkę gospodarki, sceny politycznej i pozostałych dziedzin życia publicznego, to wszyscy będą mieli okazję przekonać się, że nasza "młoda demokracja" była tylko rodzajem dekoracji. Za parawanem stworzonym przez tę fasadę i pod osłoną demokratycznej retoryki razwiedka i pozostające na jej usługach mafie, wyprowadziły w pole całą resztę 38-milionowego narodu.

Warto zwrócić uwagę, że dokonały tego stosunkowo łatwo, a to dzięki zdradzie, jakiej wobec narodu dopuściły się środowiska uważające się za społeczną elitę. Ta podstawiona przez Ubekistan rzeczywistość została przez znaczną część społeczeństwa uznana za autentyczną, wskutek uwiarygodnienia jej przez ludzi i środowiska kreujące się na rzeczników narodowych interesów, podczas gdy naprawdę rozgrywające z naszym okupantami swoje interesy klanowe. Znakomitą ilustracją tego przeniewierstwa są "protokoły mędrca Kuronia", z zapisem oferty, jaką za pośrednictwem ubeków przedstawił on władzom stanu wojennego: władza dyskretnie pomoże wyeliminować z podziemnych struktur "ekstremę", czyli politycznych konkurentów "lewicy laickiej", a w zamian za to ona zagwarantuje uwłaszczonej w międzyczasie nomenklaturze zachowanie zarówno materialnego statusu, jak i pozycji społecznej w zmienionych warunkach ustrojowych i przy odwróceniu sojuszy. Z punktu widzenia klanu "lewicy laickiej", czyli byłych stalinowców, którzy z różnych powodów pokłócili się z partią, Jacek Kuroń był politykiem bystrym, przebiegłym i skutecznym, bo to właśnie ta jego oferta stała się fundamentem umowy "okrągłego stołu", będącej prawdziwą konstytucją III Rzeczypospolitej. Jednak z punktu widzenia reszty społeczeństwa, które nie tylko myślało, ale przez propagandę "lewicy laickiej" nieustannie było utwierdzane w przekonaniu, że Jacek Kuroń naprawdę walczy z komunistami o odzyskanie narodowej suwerenności, jego oferta była oczywistym oszustwem, a właściwie - co tu ukrywać - zdradą. W tej sytuacji chyba za wcześnie wołać "santo subito!", jak chcieliby jego wyznawcy.
Ale "protokoły mędrca Kuronia" nie są jedynym świadectwem zdrady. Innym, powodującym jeszcze większe rozgoryczenie, są coraz liczniejsze niestety informacje o ubeckiej agenturze w strukturach Kościoła katolickiego. Właściwie nawet nie tyle one, bo w końcu nic co ludzkie, nie jest nam obce - co obecne, gorączkowe wysiłki zmierzające do ukrycia tych informacji za wszelką cenę, również za cenę utrzymania agentów na dotychczasowych stanowiskach i za cenę związanego z tym ryzyka, że za ich pośrednictwem Ubekistan po staremu będzie manipulował, jeśli nie całym Kościołem, to poszczególnymi jego agendami. Jeśli niektórzy hierarchowie próbują gromić tych, którzy tę agenturę ujawniają i podważać ich wiarygodność tym, że nie mogą oni dostarczyć najbardziej kompromitujących dokumentów, to powinni zdawać sobie przecież sprawę, że tych dokumentów dlatego może nie być w archiwach IPN, bo są w posiadaniu dawnych oficerów prowadzących, którzy dzięki nim nadal mogą manipulować swoimi konfidentami. Czy to nie dlatego właśnie ci, którzy się "nie zaciągali", byli takimi gorliwymi zwolennikami pacyfikacji Radia Maryja? Nawet Stalinowi nie udało się zniszczyć Kościoła terrorem, bo naród ufał swojemu duchowemu przywódcy, nieugiętemu Prymasowi Wyszyńskiemu. Jednak obecna tchórzliwa taktyka zamiatania pod dywan może w perspektywie okazać się znacznie skuteczniejsza od stalinowskiego terroru. Czy na to właśnie oczekuje Unia Europejska w zamian za swoje subwencje?
Wielu ludzi, którzy do tej pory sądzili, że mają do czynienia w rzeczywistością autentyczną, a nie podstawioną przez Ubekistan i jego pomocników, nie chce przyjąć do wiadomości, że zostali oszukani. Na nich właśnie liczy razwiedka i jej satelici, chociaż jednocześnie głęboko nimi pogardza, z całym cynizmem traktując jako towar do korzystnego przehandlowania. Żeby zachować dobre mniemanie o sobie, nie chcą poznać prawdy i gotowi są nawet kąsać rękę próbującą zerwać im z szyi niewolnicze obroże. Na własną zgubę wyjdą na ulicę, aby własną piersią zasłonić tych, którzy ich zdradzili. Można ich zrozumieć, chociaż trudno im wybaczyć, jeśli nawet nie wiedzą, co czynią. Inna sprawa z politykami: Bronisławem Komorowskim, Stefanem Niesiołowskim. Zupełnie nie można zrozumieć, dlaczego gotowi są utorować Jerzemu Szmajdzińskiemu drogę powrotu do władzy nawet własnymi ciałami.

Stanisław Michalkiewicz

Publicystyka Stanisława Michalkiewicza na ASME i nagrania TV ASME


Męska Evita Donaldon z balkonu hotelowego, Balcertych na schodach Narodowego Banku Polskiego i "Popieramy!", "Popieramy!", "Sto Lat!", "Obywatelki i Obywatele! Ludu Stolicy!" - relacja z manifestacji politycznych przeprowadzonych przez ugrupowania PO, PIS i LPR w Warszawie 7 X 2006 Wysłane poniedziałek, 9, października 2006 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |









Męska Evita Donaldon z balkonu hotelowego, Balcertych na schodach Narodowego Banku Polskiego i "Popieramy!", "Popieramy!", "Sto Lat!", "Obywatelki i Obywatele! Ludu Stolicy!" - relacja z manifestacji politycznych przeprowadzonych przez ugrupowania PO, PIS i LPR w Warszawie 7 X 2006
Wysłane poniedziałek, 9, października 2006 przez Krzysztof Pawlak

Zapowiadane od wielu tygodni jako "wstrząsające" i nadzwyczajnie liczne" manifestacje ugrupowań PO, LPR oraz wiec poparcia dla rządu premiera Jarosława Kaczyńskiego, zorganizowany przez ugrupowanie określane przez warszawską ulicę jako Populizm i Socjalizm, okazały się kompletnym niewypałami - przybyli na nie właściwie tylko "kadrowi zaangażowani" uczestnicy życia politycznego "polskiego regionu UE", być może - z rodzinami. Wielokrotnie padające w mediach zapewnienia o ponadstutysięcznych liczbach zgromadzeń nie uzyskały potwierdzeń w faktach - jako obserwatorzy ekipa TV ASME wyjątkowo zgadza się z wyliczeniami stołecznej policji, że liczba demonstrantów/wiecowników sięgnęła: dla LPR około 2 tysięcy osób, dla Platformy Ratunkowej dla Obywateli - około 12-14 tysięcy, dla zebranych na wiecu pod Pałacem imienia Józefa Stalina - koło 10 tysięcy. W sumie okazało się, że były to zebrania partyjne, nie zaś mobilizacja "szerokich rzesz społecznych", co potwierdza coraz większe zniechęcenie Polaków do brania udziału w czynnym życiu politycznym państwa. W pełnej wersji zapisu TV ASME - w Klubie TV ASME - zawarte są obszerne panoramy obrazujące przybliżoną "zawartość" liczebną manifestantów - na potwierdzenie wyliczeń Policji Państwowej.

Z kronikarskiego obowiązku należy wspomnieć np. o początku "marszu Białej Róży" Ligi Polskich Rodzin pod Sejmem, gdzie 1/3 uczestników stanowiły ekipy reporterskie, choć w późniejszych godzinach te proporcje zmieniły się na korzyść LPR. Inspiracji do wystąpienia swoich liderów PO szukała prawdopodobnie aż w zamorskich inscenizacjach populistów socjalistycznych spod znaku Partii JustycjalistówJuana Perona, bo należy uprzejmie powątpiewać w kopiowanie europejskich wzorców z pierwszej połowy XX wieku - na przykład z Włoch okresu władzy towarzysza Mussoliniego, zapoczątkowanej nie "błękitnym", lecz "marszem Czarnych Koszul".
Wiec zwolenników partii "sanacyjnej" Prawa i Sprawiedliwości ukazał niezwykłą wręcz fascynację scenografią (okolice Pałacu imienia Józefa Stalina) i choreografią rodem z Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej, mityngami "spontanicznego" poparcia dla rządów kolaborantów sowieckich okupantów spod znaku Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej z czasów towarzysza I sekretarza KC PZPR Władysława "Wiesława" Gomułki z roku 1956 i tow. I sekretarza KC PZPR Edwarda Gierka z lat 1971 i 1976, a więc w sumie czasów nie tak odległych, które z pewnością doskonale pamiętają 40-50-letni uczestnicy masówki popierającej rząd premiera Jarosława Kaczyńskiego, stanowiący zdecydowaną większość zgromadzonych przed wejściem do tzw. Pałacu Młodzieży (w latach rządów PZPR-erii Związek Socjalistycznej Młodzieży Polskiej posiadał zapis o zaliczaniu do "młodzieży socjalistycznej" osobników i osobniczek do 35. roku życia). Uderzające podobieństwo w okrzykach wiecowników "Popieramy!", "Sto Lat!", "Niech Żyje!" i wystąpieniu samego zainteresowanego zostało zauważone przez wielu analityków politycznych.
Warto nadmienić o obecności flag i sympatyków Unii Polityki Realnej - cały czas jedynej partii prawicowej - we wszystkich tego dnia warszawskich zgromadzeniach politycznych, co wskazuje na dość rozbieżne sympatie jej członków i zwolenników. Odbiło się to już szerokim echem zarówno wśród manifestantów, jak i komentatorów życia politycznego Polski.
Relacja jest przygotowana w formie lekko żartobliwej - to wyjaśnienie na użytek postępującego opadu poziomu humoru wśród urzędników służb państwowych, którzy podczas roku sprawowania rządów przez przedstawicieli ugrupowania PiS mieli kilka razy okazję dowieść swej zanikającej odporności na naciski polityczne tworzącego się establiszmentu IV PRL...
Wyjątkowo - w związku z ważkością tematu - w bezpłatnym klipie zamieszczamy ponad 4-minutowy skrót relacji - o dobrej jakości.
Tą drogą składamy pozdrowienia dla zaprzyjaźnionej redakcji "Gazety Polskiej", której przedstawiciele wzięli godny udział w wiecu PiS, co zostało docenione przez TV ASME.

Nagranie trwa ponad 32 minuty i jest dostępne w Sieci do 25 X 2006 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.





Tolerancja i elastyczność wobec towarzysza Leppera byłaby zbyt dalekim posunięciem - Łukasz Perzyna o przymiarkach do nowej-starej koalicji PiS-LPR i (?) Samoobrona
Wysłane sobota, 7, października 2006 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |








Tolerancja i elastyczność wobec towarzysza Leppera byłaby zbyt dalekim posunięciem - Łukasz Perzyna o przymiarkach do nowej-starej koalicji PiS-LPR i (?) Samoobrona
Wysłane sobota, 7, października 2006 przez Krzysztof Pawlak

"Znane powiedzenie Karola Marksa, że jeśli historia powtarza się, to jako farsa tylko, znalazło potwierdzenie w wypowiedziach potencjalnych koalicjantów PiS, przy czym politycy PiS, w rękach których spoczywa decyzja o budowaniu większości w parlamencie bądź pójściu na nowe wybory - mówią akurat najmniej. Za to tow. Andrzej Lepper, niedawny gorszący koalicjant PiS, »warchoł« dołączający się do nagonki na PiS po »taśmach prawdy Beger«, występuje koncyliacyjnie na konferencji z urzędującym wicepremierem Romanem Giertychem. Co proponuje ten dawny koalicjant i »koalicjant niezmienny«? Powrót do tego, co było" - Łukasz Perzyna, publicysta "Tygodnika Solidarność" i naszej witryny ASME, analizuje najnowsze wydarzenia z kręgów rządzących ugrupowań koalicyjnych i potencjalnych nowo-starych kooperantów.

Wzorem "grubej kreski" Tadeusza Mazowieckiego - mają być odkreślone wszystkie dramatyczne spory, pyskówki ostatnich tygodni, zarzuty o agenturalność. A więc farsa. Jarosław Kaczyński wypraszał Andrzeja Leppera z koalicji, mówił, że niczego zrobić się z nim nie da, że próba ucywilizowania go spaliła na panewce. A teraz towarzysz Andrzej Lepper wróci na stanowisko wicepremiera? Reszta aparatu Samoobrony też zasiądzie na stolcach w administracji państwowej i spółkach skarbu państwa? Jarosław Kaczyński wykazał się w ostatnich tygodniach elastycznością - uważa Łukasz Perzyna. Udało się mu udowodnić, że umie nie tylko burzyć, ale i budować. Przeprosił cały naród za ewidentny błąd swojego totumfackiego Lipińskiego, popełniony w rozmowie z żoną producenta wędlin Begerową. Tym samym pozostawił na polu minowych wszystkich nadgorliwych jego zwolenników-publicystów, którzy już udowadniali, że te "taśmy prawdy Begerowej" - to miało być nic takiego.
Jednak wykazanie podobnej elastyczności wobec samego tow. Leppera i zaproszenie go z powrotem do rządu - byłoby posunięciem "o jeden most za daleko"....

Nagranie trwa ponad 9 minut i jest dostępne w Sieci do 25 X 2006 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




ZMARŁ DZIAŁACZ PODZIEMNEJ "S" - Antoni Zambrowski Wysłane sobota, 7, października 2006 przez Krzysztof Pawlak

Zmarł po ciężkiej chorobie śp. Waldemar Kuczyński - były działacz "S" z Huty Warszawa, jeden z przywódców strajku przeciwko wprowadzeniu stanu wojennego, po zwolnieniu z internowania w Zakładzie Karnym w Białołęce - działacz podziemia. Urodził się we wsi Kraszewo koło Ciechanowa na Mazowszu 2 stycznia 1939 roku. W czasie okupacji niemieckiej jego ojciec był żołnierzem miejscowej placówki Armii Krajowej. Po ukończeniu szkoły podstawowej kontynuował naukę w Warszawie, korzystając z gościnności krewnych, w szkole zawodowej (z technikum na Pradze został wyrzucony za wypowiedź antykomunistyczną). Po ukończeniu nauki pracował jako elektryk na jednym z wydziałów Huty Warszawy. Po sierpniu 1980 był jednym z założycieli związku zawodowego "S" w Hucie. Po wyrzuceniu z pracy w stanie wojennym (wbrew przepisom o obowiązku zatrudnienia byłych internowanych) pracował jako elektryk w basenach nad Wisłą. Później udało mu się zatrudnić w Miejskim Przedsiębiorstwie Robót Dźwigowych. Wielokrotnie zatrzymywany przez SB za działalność konspiracyjną. Działał m.in. w kierownictwie podziemnej oficyny wydawniczej NOWa. Przez długie lata przyjaźnił się z ks. Jerzym Popiełuszką.
W styczniu 1984 roku ożenił się z Anną Marią Staszewską. Jest ona córką znanej graficzki Anny Danuty z Żebrowskich Staszewskiej, żony znanego działacza komunistycznego, a następnie współpracownika opozycji niepodległościowej Stefana Staszewskiego. Teściowa Waldemara była m.in. autorką znanego linorytu Matki Boskiej Katyńskiej. Po upadku komuny pracował aż do emerytury jako monter dźwigów w firmie prywatnej, prowadzonej przez jego syna z pierwszego małżeństwa Macieja. Do końca swych dni był wierzącym i praktykującym katolikiem, człowiekiem skromnym i prawym, skorym do pomocy bliźnim. Głosował konsekwentnie na prawicę, ostatnio na PiS. W telewizji internetowej www.asme.pl zdążył nagrać wspomnienia ze strajku grudniowego w Hucie "Warszawa". Zdążył też uratować przed naturalnym zniszczeniem serię obrazów swej nieżyjącej już teściowej, stanowiącą swoisty pamiętnik stanu wojennego, zatytułowaną "W drodze", a umieszczoną w kościele pw. Św. Maksymiliana Kolbego w Koninie pod opieką proboszcza ks. prałata Antoniego Łassy. W latach 80. te obrazy były wystawione w kilku kościołach warszawskich, m.in. w kościele św. Stanisława Kostki oraz staraniami ks. prałata dr. Jana Sikorskiego - w kościele seminaryjnym pw. św. Józefa na Krakowskim Przedmieściu.

Zmarł 17 sierpnia br., pogodzony z Bogiem, do końca zachowując jasność umysłu.
Cześć jego pamięci.

Antoni Zambrowski

Artykuł pierwotnie opublikowany w tygodniku "Gazeta Polska".

Publicystyka Antoniego Zambrowskiego na ASME