października 30, 2006 - listopada 9, 2006


Kandydat Janusz Korwin-Mikke na spotkaniu wyborczym w centrum Warszawy
Wysłane czwartek, 9, listopada 2006 przez Krzysztof Pawlak

W dniu wczorajszym, 8 listopada w lokalu Stronnictwa Demokratycznego odbyło się spotkanie Kandydata na prezydenta Warszawy Janusza Korwin-Mikkego z mieszkańcami naszego miasta.

Przedstawiamy Państwu zapis TV ASME z tego wydarzenia. Nagranie trwa ponad 57 minut i waży 204 MB, jest dostępne na podstronie Wyborów Samorządowych 2006.

Zapraszamy.


Kogo zmiażdży koło historii - Stanisław Michalkiewicz Wysłane czwartek, 9, listopada 2006 przez Krzysztof Pawlak

W 50. rocznicę Powstania Węgierskiego z 1956 roku w Budapeszcie znowu ludzie starli się z policją. Historia zatoczyła koło, bo rozkazy policji wydaje socjalistyczny rząd premiera Franciszka Gyurcsany'ego, będący spadkobiercą w linii prostej komunistycznego rządu Mateusza Rakosiego, pod którego rządami naród węgierski spłynął krwią. Ten Rakosi wcale nie nazywał się Rakosi, tylko Rosenfeld, który po upadku komunistycznego rządu Beli Kuna, nawiasem mówiąc, też nie "Kuna" tylko Kuhna, oczywiście z wiadomymi "korzeniami", uciekł do Sowietów i już jako agent wrócił na Węgry w 1924 roku. Skazany na dożywocie, został wypuszczony z kryminału na fali "serdecznego porozumienia" niemiecko-sowieckiego i znowu wyjechał do sowieckiej ojczyzny, z której jeszcze raz wrócił na Węgry z Armią Czerwoną, jako "najlepszy uczeń Stalina". Niszczycielska bezwzględność Rosenfelda wobec narodu węgierskiego wzbudziła wątpliwości nawet w Imre Nagym, który, chociaż też komunista i agent NKWD, w pewnym momencie odczuł wspólnotę losów z własnym narodem. Usunięty przez stalinowców, wrócił na stanowisko premiera podczas Powstania Węgierskiego, a po jego zdławieniu przez Sowiety, w następstwie morderstwa sądowego został stracony w 1958 roku.

Wytresowane przez michnikowszczyznę polskie dziennikarskie półgłówki uporczywie nazywają to Węgierskie Powstanie Narodowe "Węgierską Rewolucją", co pewnie ma sugerować jakieś podobieństwo do rewolucji francuskiej, czy nawet bolszewickiej. Widocznie liczą na to, że za następne 50 lat późne wnuczęta "Rakosiego"-Rosenfelda będą mogły już bez żadnego sprzeciwu ogłosić, że w 1956 roku węgierska "Nowa Lewica" stanęła na czele ludowej rewolucji skierowanej przeciwko faszystowsko-prawicowemu, no i - jakże by inaczej - "antysemickiemu" reżimowi Nagy'a. Tymczasem nie była to żadna "rewolucja", jak mogłoby wydawać się otumanionym, zarozumiałym i aroganckim michniczętom, tylko autentyczne powstanie narodowe. Najlepszym tego dowodem jest przyczyna sowieckiej interwencji i zgładzenia premiera Nagy'a. Chruszczow nie mógł mu darować wystąpienia z Układu Warszawskiego i ogłoszenia neutralności Węgier. Oczywiście michniczęta ta okoliczność może utwierdzić w przekonaniu o "faszystowskim" charakterze węgierskiego Powstania, więc dobrze byłoby przypomnieć, że najbardziej zacięty opór wobec sowieckich wyzwolicieli i ich węgierskich kolaborantów stawiła wyspa Csepel, przemysłowa dzielnica Budapesztu. Nawiasem mówiąc, charakterystyczne jest pomijanie milczeniem faktycznego dowódcy węgierskiego Powstania Narodowego, generała Pawła Maletera i niezłomnego przywódcę duchowego nie tylko katolików węgierskich, kardynała Józefa Mindszenty'ego. No, ale kto ma ich u nas wspominać, skoro autorytety moralne, w chwilach wolnych od sekretnego nagrywania rozmów, biesiadują z "człowiekami honoru" albo - tak jak Pani, która Zabiła Pana - gotowe są "pójść aż do piekła", byleby wstydliwe epizody z ich życiorysów "wieczysta noc powlekła"?
No i w 50. rocznicę demonstracji solidarności z Polską pod pomnikiem Józefa Bema, która zapoczątkowała węgierskie Powstanie Narodowe, węgierska policja, na rozkaz postkomunistycznego rządu znowu otworzyła do demonstrantów w Budapeszcie ogień, tyle że już gumowymi kulami. Tyle ma do zaoferowania węgierskiemu narodowi późny wnuk Józefa Stalina, premier Franciszek Gyurcsany, będący węgierską mutacją Aleksandra Kwaśniewskiego. Na szczęście nie może już zaapelować o "bratnią pomoc" do Nikity Chruszczowa, chociaż marksiści-leniniści z Unii Europejskiej z pewnością chętnie by jej udzielili, ale powstrzymuje ich przez tą uciechą wczesność obecnego "etapu". "Nie płoszmy ptaszka; niech mu się zdaje, ze naszej partii siły nie staje"... Więc może węgierskie demonstracje są początkiem drugiego etapu "Jesieni Ludów" w Europie?
Nie można tego wykluczyć, bo przecież i u nas trwa Powstanie Narodowe przeciwko okupacji, jaką nad narodem polskim, na podstawie siuchty "okrągłego stołu" sprawowały stalinięta, zarówno te "z korzeniami", jak i te - bez. Ważą się losy tego Powstania, bo z jednej strony były (?) agent "wywiadu gospodarczego", dr Andrzej Olechowski zapowiada "powrót na polityczną scenę" w charakterze kreatora "nowej partii" naszych okupantów. Z drugiej jednak strony właśnie Amerykanie aresztowali nietykalnego dotąd Edwarda Mazura. Czyżby prezydent i premier przekonali swoich amerykańskich rozmówców, że niby to przewerbowana agentura, którą lekkomyślnie zaakceptowali w charakterze wielkorządców Polski, nigdy nie zerwała powiązań z "tamtą stroną", dodając do nich jeszcze niebezpieczne związki z bandytami? Jeśli tak, to naturalną konsekwencją byłoby zwinięcie ochronnego parasola, czego widomym sygnałem może być właśnie nasz aresztowany rodak. Czyżby w 53 lata po śmierci Stalina pojawiła się szansa na sukces Powstania Narodowego, które uwolniłoby Polskę spod okupacji staliniąt?

Stanisław Michalkiewicz

Publicystyka Stanisława Michalkiewicza na ASME i nagrania TV ASME


CELEM WŁAŚCIWYM BYŁ MONOPOL - Antoni Zambrowski Wysłane czwartek, 9, listopada 2006 przez Krzysztof Pawlak

Pragnę dołączyć swój podpis pod listem zbiorowym "W obronie prawa do pamięci i prawdy", a przeciwko autocenzurze narzucanej nam przez środowisko "Gazety Wyborczej". To środowisko usiłuje wylansować jako wspólnego bohatera zjednoczonej lewicy postkomunistycznej - od Partii Demokratów aż do SLD - Jacka Kuronia i umieścić jego wizerunek na wspólnym sztandarze tego obozu oraz na jego plakacie wyborczym. Jednocześnie tenże obóz chciałby zapewnić postaci Jacka Kuronia - mimo podjętej w ten sposób próby wykorzystania go jako narzędzia propagandy wyborczej w szrankach walki międzypartyjnej - absolutnie sprzeczny z tym status osoby sakralnej, coś na kształt Włodzimierza Lenina z czasów PRL. Jest to próba skazana z góry na niepowodzenie. Po pierwsze, żyjemy już od kilkunastu lat w warunkach pluralizmu politycznego i postacie na sztandarach narażone są i na ostrzał, i na obrzucanie błotem ze strony konkurencji politycznej. Po drugie, jak pamiętamy z dziejów opozycji antykomunistycznej w PRL, postać tow. Lenina mimo ochrony ze strony SB była narażona na złośliwe drwiny szerokiego ogółu nieuświadomionych obywateli, a nadto na zamachy radykalnych odłamów opozycji usiłujących już to spalić muzeum w Poroninie, już to wysadzić pomnik Lenina w Nowej Hucie. Teraz ten sam los dawni przyjaciele Jacka Kuronia szykują jego osobie, narażając w ten sposób jego najbliższych na bolesne odczucia.
Przez wiele dziesięcioleci przyjaźniłem i współpracowałem z Jackiem Kuroniem i jego ideowymi przyjaciółmi. W tej współpracy było wiele zgrzytów nie przeze mnie zawinionych, wskutek czego już w czasach KOR-owskich znalazłem się w gronie jego prawicowych adwersarzy. Mimo to darzyłem go nadal sympatią, starając się w duchu Ewangelii oddzielić krytykę grzechów od osoby grzesznika. Wielokrotnie zdarzało mi się go krytykować również w czasach III RP. Czyniłem to za życia, czynię i po śmierci. Ostatnio Seweryn Blumsztajn poradził mi, bym nie pisał głupot o Jacku, na co mu odpowiedziałem, że nie piszę głupot, lecz samą prawdę. Argument, iż Jacek nie żyje, nie trafia mi do przekonania, gdyż Jacek Kuroń był i pozostaje osobą publiczną. Sewkowi Blumsztajnowi również zdarzało się krytykować osoby nie żyjące i nie zastanawiał się wtedy, jak to odbierają ich bliscy, w dodatku pozbawieni możliwości riposty w warunkach współdziałania czerwonej cenzury oraz różowego monopolu na treści publikowane w Biuletynie Informacyjnym KSS KOR.
W jednym z ostatnich numerów "Głosu" ukazał się obszerny tekst prof. Jacka Bartyzela - dawnego przywódcy Ruchu Młodej Polski. Poddał on krytycznemu rozbiorowi dorobek ideowy Jacka Kuronia i jego formacji z pozycji prawicowych. Jest to naturalne, gdyż Jacek Bartyzel był przez całe swe życie człowiekiem prawicy. Ja mam zupełnie inny punkt widzenia na obóz Jacka Kuronia, ponieważ podjąłem z nim współpracę jako człowiek o poglądach autentycznie lewicowych. Pod wpływem doświadczeń życiowych ewoluowałem w prawo, w więzieniu nawróciłem się na wiarę katolicką, później zostałem działaczem katolickim zbierającym podpisy pod apelem do Sejmu PRL o mszę świętą w radiu i TVP, prowadziłem modlitwę internowanych przez kratę więzienną, pikietowałem sklepy monopolowe w ramach katolickiego Ruchu Otrzeźwienia Narodu. Mimo to przez wiele lat zgłaszałem Jackowi Kuroniowi pomysły odnośnie uruchomienia inicjatyw lewicowych - wszystkie konsekwentnie odrzucane przez niego. Miałem nawet taki pomysł, aby na wzór AK-owskiej akcji dywersji wśród Niemców podjąć akcję propagandową wśród komunistów i osób o poglądach lewicowych na rzecz opozycji niepodległościowej, i demokratycznej. Wszystko to spaliło na panewce wskutek obstrukcji ze strony Jacka Kuronia.
Dlatego podzielając wiele ocen Jacka Bartyzela, sądzę, iż sedno tkwi nie tyle w lewicowych poglądach Jacka Kuronia, ile w jego dążeniu do władzy politycznej, a zatem do pozycji monopolistycznej w ruchu opozycyjnym, która by mu ten udział we władzy zapewniła. Dlatego też ucinał inicjatywy zarówno prawicowe, wzmacniające jego konkurentów na prawicy, jak i inicjatywy lewicowe, zagrażające jego monopolowi na lewym skrzydle opozycji antykomunistycznej.
Od czasu "manifestu rewolucyjnego" oraz "Listu otwartego do PZPR" miał on określoną koncepcję co do swej roli dziejowej. W sierpniu 1980 roku oświadczył zdumionym dziennikarzom niemieckiej TV, że Lech Wałęsa - przewodniczący MKS w Gdańsku - to tylko porucznik w okopach, zaś sztab generalny polskiej rewolucji znajduje się w mieszkaniu Jacka Kuronia. Tak on widział swą rolę dziejową i tak planował rozwój wydarzeń w Polsce. Jeszcze w grudniu 1981 roku usiłował sklecić rząd koalicyjny ze swym udziałem, a gdy 13 grudnia obudził się z ręką w nocniku, z więzienia w Białołęce wezwał naród do powstania. Po "okrągłym stole" odrzucił propozycje Jana Józefa Lipskiego udziału w kierownictwie lewicowej PPS, w dążeniu, aby osiągnąć u boku Wałęsy zamierzone przywództwo w partii politycznej wyrastającej z masowego ruchu "Solidarności". On był też faktycznym podżegaczem wojny na górze, napuszczając premiera Tadeusza Mazowieckiego na Lecha Wałęsę i rozbijając w ten sposób jednolity solidarnościowy ruch społeczny. Później wysunął swą kandydaturę na prezydenta, przekonany, iż pokona wszystkich konkurentów, a gdy zajął zaszczytne, trzecie miejsce za Aleksandrem Kwaśniewskim i Lechem Wałęsą - odebrał to jako totalną porażkę. Dziś po śmierci jest kreowany na największą postać naszych dziejów najnowszych. Niemieckie przysłowie powiada wszelako, że przyroda sama się stara, aby drzewa nie rosły do nieba.

Antoni Zambrowski

Zostań donatorem naszych publicystów:
Jeśli satysfakcjonuje Cię publicystyka Antoniego Zambrowskiego - możesz wesprzeć Naszego Autora datkiem.
Konto:
61 1240 1040 1111 0010 0042 5486
Bank PeKaO SA III O. w Warszawie
SWIFT/BIC - PKOPPLPW



Publicystyka Antoniego Zambrowskiego na ASME



Nagranie TV ASME "Odzyskać dla Warszawy tereny niepotrzebne kolejom!" - klip o jednym z punktów programowych Kandydata na prezydenta Janusza Korwin-Mikkego
Wysłane czwartek, 9, listopada 2006 przez Krzysztof Pawlak

"Odzyskać dla Warszawy niepotrzebne kolejom tereny" - to nagranie TV ASME ilustrujące jeden z punktów programu kandydata na prezydenta Warszawy Janusza Korwin-Mikkego. W samym centrum stolicy Polski, w jednym z najważniejszych miast europejskich, są tereny zajmowane przez Polskie Koleje Państwowe. Jak wyglądają i jaki mają z nich od dziesiątek lat pożytek warszawiacy - zostało przedstawione w niniejszym filmie.
W samym centrum Warszawy teren zajmowany przez państwową firmę, wart z całą pewnością dziesiątki albo i setki milionów dolarów czy euro - porastają chaszcze, stanowiąc naturalną ilustrację niemocy biurokracji państwowej. Jednym z punktów programowych kandydata Unii Polityki Realnej jest przywrócenie ich miastu - pod rządami prezydenta-konserwatywnego liberała - i jak najszybsze zagospodarowanie. Dodatkowo Kandydat JKM będzie domagał się odszkodowań od PKP na rzecz miasta za niewywiązywanie się z umów o udrożnieniu dróg miejskich na przepustach przez torowiska kolejowe.

Film jest dostępny na podstronie Wyborów Samorządowych 2006


Jedyną korzyścią dla Polski z zaangażowania się w awanturę iracką jest powrót dyskusji o karze śmierci, którą agenci przebrani w togi zaserwowali Saddamowi Husseinowi - Stanisław Michalkiewicz o wynikach wyborów do Kongresu i Senatu w Stanach Zjednoczonych Wysłane czwartek, 9, listopada 2006 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |








Jedyną korzyścią dla Polski z zaangażowania się w awanturę iracką jest powrót dyskusji o karze śmierci, którą agenci przebrani w togi zaserwowali Saddamowi Husseinowi - Stanisław Michalkiewicz o wynikach wyborów do Kongresu i Senatu w Stanach Zjednoczonych
Wysłane czwartek, 9, listopada 2006 przez Krzysztof Pawlak

"Już jest po harapie, już wszystko wiemy. W Ameryce wygrali Demokraci, mają wielką przewagę, waha się jeszcze w Senacie, Warto więc podsumować wyniki wyborów amerykańskich i wskazać, jakie mogą mieć następstwa dla Polski i całego świata, bo Stany to mocarstwo jednak wszechświatowe" - Stanisław Michalkiewicz komentuje najnowsze i najważniejsze wydarzenia z międzynarodowej sceny politycznej.

Obywatele amerykańcy wystawili rachunek prezydentowi i Republikanom za to, że dopuścili do tego, ż Ameryką rządzili ambitni żydowscy szowiniści, tym razem w przebraniu neokonserwatywnym. Ten neokonserwatyzm to była dość powierzchowna politura - "wilk zmienia skórę, nie obyczaje", mówił pewien wolarz do cesarza Wespazjana. Szowiniści żydowscy użyli całej potęgi Stanów Zjednoczonych do realizowania interesów politycznych Izraela, ale nawet w ostatnim momencie porzucili narzędzie, jakim był prezydent Bush, bo się go w tej chwili wyparli, zrzucając na niego całą winę za skutki wojny w Iraku. Przywódcy republikańscy chcą się już "stopniowo" wycofać militarnie z Iraku, a konsekwencją tego kroku pewnie będzie po prostu rozbiór tego kraju na co najmniej trzy części. W wyniku zwycięstwa Demokratów ostatecznie rozwiewają sie nadzieje Polaków na wyniesienie z udziału w tej wojnie jakiś korzyści, choć Stanisław Miachalkiewicz wielokrotnie ostrzegał, że można było przy tej okazji stworzyć możliwości załatwienia pewnych interesów z Amerykanami: militarnej konwersji zadłużenia RP w Stanach Zjednoczonych i deklaracji rządu amerykańskiego, że nie będzie naciskał na nas w sprawie pozostawionego majątku żydowskiego po II wojnie światowej. Wygląda na to, że Polska wyjdzie z Iraku "goła i wesoła".
O ile dotąd Ameryką rządzili żydowscy szowiniści - w przebraniu neokonserwatystów - można się spodziewać, że w wyniku zwycięstwa Demokratów mocarstwem tym i za jego pomocą - całym światem zaczną zrządzić teraz pederaści i lesbijki, bo są to obecne sztandarowe "hity" Partii Demokratycznej. W momencie kiedy linia republikańska poniosła klęskę, zgodnie z zasadą, że sukces ma wielu ojców, a porażka jest sierotą - zaczął się tłumaczyć głupio i durnie tow. "prezio" Olek Kwaśniewski, że... został "wprowadzony w błąd przez Amerykanów" w sprawie zaangażowania polskiego wojska w wojnę w Iraku. Trzeba pamiętać, że ponosi on odpowiedzialność przed Trybunałem Stanu za podjęcie wraz z towarzyszem premierem Muellerem (pisownia europejska nazwiska) decyzji o użyciu wojska w irackiej awanturze. Nastąpiło złamanie Konstytucji RP, ale to tylko pretekst, bo najważniejszy błąd albo głupota - to brak osiągnięcia korzyści od Amerykanów...

Nagranie trwa prawie 10 minut i jest dostępne w Sieci do 23 XI 2006 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




Profesor Haraschin donosi… - Tadeusz M. Płużański Wysłane wtorek, 7, listopada 2006 przez Krzysztof Pawlak

Jako stalinowski sędzia wydał co najmniej 60 wyroków śmierci. W tym czasie donosił na swoich kolegów-sędziów Informacji Wojskowej, której był agentem. Na początku lat 60., aresztowany i skazany za pospolite przestępstwa, też donosił, tym razem na współwięźniów w celi. Od początku lat 50. związany ze środowiskiem "krakowskich intelektualistów", był dla bezpieki jednym z najcenniejszych źródeł informacji o Kościele. Jako TW "Karol" donosił na Karola Wojtyłę, nawet po wyborze go na papieża. Julian Polan-Haraschin ze spec-służbami PRL współpracował, z przerwami, przez 35 lat, aż do swojej śmierci w 1984 r.

Biografia tego wyjątkowego okrutnika to gotowy materiał na książkę albo film ze szwarccharakterem w roli głównej. Haraschin to jednak postać prawie nieznana. Tymczasem historia człowieka, który wielu ludziom wyrządził wiele zła, a wielu pozbawił życia, jest również kluczem do poznania i zrozumienia wielu najbardziej mrocznych kart PRL.
Do niedawna chyba jedynym źródłem wiedzy o Haraschinie był tekst Krystiana Brodackiego "Krwawy Julek" sprzed siedmiu lat ("Tygodnik Solidarność", 1999, nr 25). Autor nazwał go "jedną z najczarniejszych postaci w całej historii PRL". Nie wiedział jeszcze o sprawie kluczowej - że Haraschin był agentem, najpierw Informacji Wojskowej, a potem SB. Po zapoznaniu się z jego "osiągnięciami" można nawet stwierdzić, że tajna współpraca z komunistycznymi służbami specjalnymi zdeterminowała życie "Krwawego Julka".
Mateusz Wyrwich w książce "W celi śmierci" (wyd. "Rytm", 2002) napisał o procesie AK-owca Stanisława Szury przed Wojskowym Sądem Rejonowym w Krakowie 3 lutego 1947 r.: "Rozprawie przewodniczył ppłk Haraszyn [błąd w nazwisku - TMP]. Pospolity przestępca, którego jakiś czas później sami komuniści skazali za handel dyplomami wyższej uczelni". To, że stalinowski sędzia był jednocześnie łapówkarzem, nie dziwi. Czytelnik może natomiast zapytać - co mógł mieć wspólnego z uniwersyteckimi dyplomami? Otóż Haraschin - przedwojenny absolwent prawa na Uniwersytecie Jagiellońskim (1936 r.), w PRL został "naukowcem" - w cudzysłowie, ponieważ jego dorobek jest mizerny, a uniwersytecką karierę robił głównie dzięki znajomościom, przekrętom i kłamstwom. I tak, w 1950 r. obronił doktorat, by pięć lat później osiągnąć szczyt swoich "naukowych" możliwości - zostać kierownikiem zaocznego studium na wydziale prawa UJ - kierował nim do 1962 r. Właśnie wtedy otrzymał tytuł docenta, a SB oskarżyła go o przyjmowanie łapówek za zaliczanie zajęć, a nawet wystawianie dyplomów ukończenia studiów. Pieniądze tak kochał, że brał je od wszystkich: "zwykłych" studentów, ale także od swoich kolegów partyjnych, ubeków i milicjantów, załatwiając im tytuły magistrów prawa. Za ogromne sumy "ratował" też ludzi przed więzieniem albo wysokim wyrokiem. Haków na Haraschina bezpieka miała więcej, m.in. szydzenie z partii i jej przedstawicieli (wroga propaganda) czy wystawny i hulaszczy styl życia.
Stalinowski sędzia, profesor wyższej uczelni, łapówkarz. To jeszcze nie wszystkie twarze Haraschina, człowieka, który zawsze chciał być na świeczniku. Wszystko, co robił, było podporządkowane karierze, sławie i pieniądzom.

Pocztowiec

Julian Haraschin urodził się w 1912 r. w Krakowie, w nauczycielskiej rodzinie Karola i Domiceli z Parczyńskich (u zarania niepodległej Polski oboje byli członkami POW). Karierę zaczynał jako urzędnik pocztowy. W latach 1937-39 był praktykantem, a potem referendarzem w Dyrekcji Okręgowej Poczt i Telegrafów Krakowie. Jako komendant poczty polowej Obszaru Warownego Śląsk wziął udział w kampanii wrześniowej. Uznany za oficera (nosił mundur podobny do wojskowego, do którego przyczepił sobie naszywki przypominające dystynkcje kapitana) został osadzony w oflagach XI B Braunschweig (Brunszwik) i II C Woldenberg. Przebywał tam do sierpnia 1940 r., uwolniony dzięki staraniom ojca, który - zgodnie z prawdą - dowodził, że Julian jest cywilem. Kłamstwo o oficerskiej przeszłości będzie Haraschinowi - na przemian - szkodziło i pomagało w karierze.
Po uwolnieniu, niemal do końca niemieckiej okupacji, pracował w hitlerowskim Biurze Transportu Dyrekcji Monopoli w Krakowie. Po zakończeniu wojny wrócił na pocztę i został radcą prawnym Dyrekcji Okręgowej Poczt i Telefonów w Krakowie.

"Wyrokował bardzo surowo"

Do LWP zgłosił się na ochotnika 7 grudnia 1945 r. Uchwałą Krajowej Rady Narodowej został zweryfikowany w stopniu kapitana (o tym dalej) i skierowany na stanowisko sędziego Wojskowego Sądu Okręgowego nr 5 w Krakowie. W kwietniu 1946 r. awansował, przechodząc do Wojskowego Sądu Rejonowego w Krakowie. Wtedy do nazwiska Haraschin dopisał "Polan" (pseudonim ukradł wujowi, który zginął w wojnie polsko-bolszewickiej). Początkowo pracował jako sędzia, by we wrześniu 1946 r. zostać zastępcą szefa krakowskiego WSR. Funkcję tę pełnił aż pięć lat - do marca 1951 r. Na ludzi walczących o wolną Polskę wydał co najmniej 60 wyroków śmierci, również w ramach wyjazdowych sądów doraźnych, przez co zyskał w Krakowie miano "Krwawy Julek".
Mimo swoich "zasług" - od 1947 r. - był obserwowany przez Informację Wojskową. Uznany za element obcy klasowo (inteligent, zarządzał rodzinnymi nieruchomościami, był nawet właścicielem sklepu w Katowicach), miał nawet zostać usunięty z wojska. Ostatecznie przeważyły jednak braki kadrowe i opinia szefa Okręgowego Zarządu Informacji nr V w Krakowie, ppłk. Wincentego Klupińskiego: "W jego wyrokowaniu można było zauważyć zrozumienie obecnej zaostrzonej walki klasowej. Wyrokował bardzo surowo - tak iż niejednokrotnie wyroki jego były uchylane przez Sąd Najwyższy". Prócz tego pogłębiał swoją wiedzę prawniczą, studiując również filozofię i ekonomię marksistowską przy Departamencie Służby Sprawiedliwości MON.

AK-owiec i folksdojcz

Krwawy sędzia Julian Polan-Haraschin brał m.in. udział w sprawie Franciszka Niepokólczyckiego, zastępcy komendanta Kedywu KG AK, prezesa II ZG WiN. Jak napisał Jerzy Poksiński, Niepokólczycki - przesłuchiwany w 1946 r. przez ppłk. Haraschina - "odrzucił propozycję pracy dla komunistów, umorzenia sprawy, awansu do stopnia generała LWP, wyjścia na wolność podczas wiosennej amnestii 1947 i przyjęcia odznaczeń, m.in. Virtuti Militari". Skazany na KS, złagodzoną na dożywocie, z więzienia wyszedł w 1956 r. Propozycja przyznania Virtuti była jak na owe czasy nietypowa, ale nie dla Haraschina. Sam nadał sobie ten order. To też był jeden z haków, jakie zebrały na niego komunistyczne służby specjalne.
Wspomniany już Stanisław Szuro zapamiętał Haraschina z sali sądowej: "Całą pierś obwiesił medalami, chyba miał nawet Virtuti Militari, choć za co, to nie wiem. Miał przypiętego ostentacyjnie na czapce orzełka z koroną". Większość medali, którymi był obwieszony, też przyznał sobie sam (prócz Virtuti najbardziej absurdalnym był krzyż powstańca śląskiego). Część uzyskał dzięki znajomości z Michałem Rolą-Żymierskim (późniejszy marszałek Polski był w II RP, jeszcze pod prawdziwym nazwiskiem Łyżwiński, uczniem jego ojca - Karola Haraschina, kierownika szkoły im św. Wojciecha w Krakowie). Wysokie odznaczenia nadawał też znajomym.
Stanisław Szuro opowiadał dalej o swoim procesie: "W pewnej chwili Polan-Haraschin mówi: »Ja też byłem w Armii Krajowej«, to ja odpowiadam: »To pewnie pan pułkownik skorzystał z amnestii, która była przecież policzkiem, bo amnestię daje się zbrodniarzom«. I tu go zatkało, i nie umiał mi odpowiedzieć".
Przed zgłoszeniem się do LWP Haraschin sfałszował dokumenty, podając się za kapitana WP z 1939 r. i członka ZWZ/AK, działającego pod pseudonimem "Polan" (Gdy wiatr komunistycznej historii trochę inaczej zawiał, utrzymywał, że w AK był po to, aby pomagać Armii Ludowej). W maju 1946 r., dzięki swojemu AK-owskiemu kłamstwu, dostał awans na majora, a pół roku później na podpułkownika. Szybko zostałby pewnie pułkownikiem, gdyby jego błyskotliwa kariera w wojsku nie została przerwana.
Tymczasem, w 1947 r., Haraschin skazał Stanisława Szuro na KS - po złagodzeniu kary do 15 lat, z więzienia wyszedł w 1956 r. Nie wszyscy skazani przez Haraschina mieli to szczęście.
W powojennym Krakowie krążyła piosenka:
"Sowiet był prokuratorem
Folksdojcz wyrok dał surowy.
A Żyd bronił nas z humorem.
Ot i cały sąd ludowy".

Dlaczego Haraschina uważano za folksdojcza? W czasie okupacji, pracując w Dyrekcji Monopoli, prowadził liczne interesy z Niemcami. Za łapówkarstwo (a jakże!) stanął nawet przed niemieckim sądem specjalnym, ale wybronił go dyrektor, który nie tylko był jego przełożonym, ale również wspólnikiem. Współpracę z okupantami Haraschin miał zatem we krwi. Cel był zawsze ten sam - kariera, sława i duże pieniądze. AK-owska wersja jego życiorysu głosiła, że sąd był represją za działalność niepodległościową.

Zamordował "Murata"

Będąc zastępcą szefa WSR w Krakowie, Haraschin orzekał również w WSR w Łodzi. 4 marca 1949 r. przewodniczył rozprawie przeciwko kpt. Janowi Małolepszemu "Muratowi", ostatniemu dowódcy poakowskiego Konspiracyjnego Wojska Polskiego (to chyba najgłośniejszy proces stalinizmu, w którym brał udział). Przyjechał z ustalonymi przez "wyższe czynniki" wyrokami i politycznymi wytycznymi oskarżenia (tzw. pytajnikami - pytaniami, które należało zadać oskarżonym na sali sądowej).
W procesie zapady trzy wyroki śmierci: na Jana Małolepszego oraz dwóch księży z diecezji częstochowskiej: ks. Mariana Łososia i ks. Wacława Ortotowskiego, oskarżonych o współpracę z oddziałem "Murata". Trzeci ksiądz, Stefan Faryś, dostał 12 lat więzienia. Podstawą wyroków był dekret "o przestępstwach szczególnie niebezpiecznych w okresie odbudowy państwa" z 13 czerwca 1946 r. (zwany również małym kodeksem karnym), jeden z najbardziej represyjnych dekretów stalinizmu. Efekt propagandowy pokazowemu procesowi zapewniły obszerne relacje prasowe i specjalnie nakręcony film. Razem z "płk." Haraschinem sądził mjr. Mieczysław Widaj (AK-owiec, a później krwawy stalinowski sędzia). Oskarżał nie mniej "zasłużony" dla ludowej władzy prokurator Henryk Ligięza (wcześniej powstaniec warszawski w Obwodzie AK "Żywiciel").
29 kwietnia 1949 r. Najwyższy Sąd Wojskowy w Warszawie nie rozpatrzył skargi rewizyjnej i utrzymał wyroki w mocy. Dopiero decyzją Bieruta z 13 maja 1949 r. zamieniono duchownym kary na dożywocie (później jeszcze złagodzone). Z więzień wyszli w 1956 r. W 1957 r. Sąd Wojewódzki w Łodzi unieważnił wyrok z 4 marca 1949 r. W aktach sprawy nie ma protokołu z wykonania kary śmierci na Janie Małolepszym. Według oficjalnej wersji, zmarł w więzieniu 14 marca (zaledwie 10 dni od wyroku). Tego dnia szef łódzkiego WSR, ppłk Bronisław Ochnio (wcześniej skazał na śmierć Stanisława Sojczyńskiego "Warszyca", poprzedniego dowódcę KWP) zawiadomił tamtejszy USC o zgonie więźnia. Wiadomo jednak, że "Murata" zamordowali śledczy, podczas wznowionych już po wyroku przesłuchań. Istnieją poszlaki, że jego zwłoki posłużyły do badań medycznych.

Prawnik i znów wojskowy

O obcości klasowej Haraschina i przynależności do ZWZ-AK jednak nie zapomniano. 2 marca 1951 r. został usunięty z wojska, co - przypomnijmy - planowano już trzy lata wcześniej (w 1948 r. usunięto go z PPR; by następnie przyjąć do PZPR; należał również do Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Radzieckiej, Związku Zawodowego Nauczycielstwa Polskiego przy UJ i Związku Prawników Polskich).
Krystian Brodacki napisał, że zwolnienie Haraschina z wojska miało drugie dno - uratowało go przed represjami Informacji Wojskowej. Ten sprytny manewr miał zawdzięczać znajomości z Oskarem Karlinerem, szefem Zarządu Sądownictwa Wojskowego. Teza ta jest jednak o tyle uprawniona, jeśli IW rzeczywiście chciała pozbyć się swojego człowieka - wiernego agenta. A może tylko szantażowała go widmem aresztowania?
Tak czy inaczej, Haraschinowi wielka krzywda się nie stała. Już 15 marca 1951 r. został wpisany na listę adwokatów Wojewódzkiej Izby Adwokackiej w Krakowie. Praktyki jednak nie podjął - pracował jako radca prawny. Właśnie wtedy zaczęła się jego kariera "naukowa" na Uniwersytecie Jagiellońskim (zaczął od wykładania prawa w WUBP w Krakowie).
Praca naukowo-dydaktyczna najwyraźniej mu nie wystarczała, skoro w 1958 r. ponownie poprosił o przyjęcie do LWP. Argumentował, że został usunięty z przyczyn politycznych, jako ofiara stalinizmu, który zdecydowanie potępia. Tak wrócił do sądownictwa wojskowego, tym razem na stanowisko zastępcy szefa Wojskowego Sądu Garnizonowego w Krakowie. W 1960 r. został pułkownikiem.
Pracy "naukowej" jednak nie zarzucił. W działającym w ramach Wojskowej Akademii Politycznej Wojskowym Instytucie Prawniczym kierował katedrą prawa karnego.

Aresztowany i skazany

15 czerwca 1962 r. Julian Polan-Haraschin został aresztowany. Prócz wymienionych już haków, jakie zbierała na niego SB, planowano również wmanewrować go w działalność "reakcyjną". Już w 1956 r. bezpieka założyła na Haraschina "sprawę ewidencyjno-operacyjną" jako na "oficera ZWZ-AK sympatyzującego po wyzwoleniu z WiN". Jak już pisaliśmy, kłamliwą wersję o swojej AK-owskiej przeszłości rozpowszechniał sam Haraschin. W kłamstwie było jednak ziarnko prawdy. Rozpracowująca go w latach 40. Informacja Wojskowa ustaliła, że utrzymywał kontakty z płk. Maksymilianem Chojeckim, aresztowanym następnie i skazanym w sfingowanej sprawie "spisku z wojsku". Kontaktował się z nim również po 1956 r., po wyjściu Chojeckiego na wolność. Gen. Józef Kuropieska, też represjonowany za rzekome szpiegostwo, wspomniał: "Po powrocie z Nowej Huty do śródmieścia spotkałem spacerującego Maksymiliana Chojeckiego, przed niewielu tygodniami zwolnionego z Rawicza. Wynędzniały, choć dobrej myśli - o ile pamiętam - zatrzymał się u obozowego kolegi Juliana Haraschina [chodzi o oflag Woldenberg - TMP]". Brodacki pisze, że Chojecki był jednym z tych, którzy byli pod dużym wpływem osobowości Haraschina (potrafił być bardzo przekonujący, szczególnie w kontaktach z kobietami). Chojecki powierzył mu nawet swój majątek, dlatego po wyjściu z więzienia - z braku własnego lokum - mieszkał u Harasachina.
Inna sprawa, że na początku lat 50. bezpieka próbowała wciągnąć Haraschina do V Komendy WiN - swojej prowokacji przeciwko antykomunistycznemu podziemiu.
Finał rozpracowania Haraschina przez Informację, a potem SB nastąpił na początku lat 60., kiedy został przyłapany na przyjęciu kolejnej łapówki. 2 listopada 1963 r. Sąd Powiatowy dla m.st. Warszawy skazał go na dziewięć lat więzienia i 35 tys. zł grzywny. Podstawą był ten sam dekret z 13 czerwca 1946 r. "o przestępstwach szczególnie niebezpiecznych w okresie odbudowy państwa", na mocy którego Haraschin orzekał w czasach stalinowskich i skazał na śmierć "Murata". Tym razem Haraschina zdegradowano również do stopnia szeregowca. A czekał już na nominację generalską… Na wolność wyszedł - warunkowo - w 1968 r.

Moralna prostytutka

I tu dochodzimy do tej nieoficjalnej, utajnionej do niedawna części życiorysu Juliana Polana-Haraschina, drugiego dna w jego biografii. Dwa lata temu nowe światło na postać sędziego, a później "naukowca" rzucił historyk Filip Musiał w zbiorowym opracowaniu "Aparat represji w Polsce Ludowej 1944 - 1989", wyd. IPN. Musiał ujawnił, że Informacja Wojskowa nie tylko go rozpracowywała, ale był on równocześnie jej agentem.
Haraschin został zwerbowany wcześnie - już w październiku 1949 r. Jego zadaniem było donoszenie na kolegów - sędziów krakowskiego WSR. Jaką rolę pełnił, może świadczyć opinia zastępcy szefa Okręgowego Zarządu Informacji nr V w Krakowie, mjr. Józefa Mikołajczyka: "Ppłk Haraschin jest moralną prostytutką. Widzi w swojej obecnej sytuacji dużą zależność od Organów Informacji". Donoszenie na kolegów nie uchroniło go jednak, najpierw przed wyrzuceniem z wojska (nawet, jeśli przyjmiemy wersję Brodackiego), a potem aresztowaniem i skazaniem.
Razem ze zwolnieniem z wojska w 1951 r. Haraschinem przestała się interesować Informacja Wojskowa. Jego akta przekazano bezpiece, a konkretnie WUBP w Krakowie.

Agent celny "Leon"

Kolejny etap współpracy Haraschina z komunistycznymi spec-służbami zaczął się kilkanaście lat później - w 1963 r. Agentem SB (ponieważ Informacji donosić już nie mógł) został wkrótce po aresztowaniu. Przez dwa lata donosił na współwięźniów, jako agent celny Biura Śledczego MSW. Donosy podpisywał pseudonimem "Leon". Stanisław Morawski, dyrektor Departamentu IV MSW zanotował, że "za okres ten przekazał szereg interesujących, wartościowych informacji". Jak widać, donoszenie - tak jak współpracę z okupantami Polski - miał we krwi - nie ważne czy na wolności, czy w więzieniu. Zapewne dlatego opuścił zakład karny przed czasem.

TW "Karol"
- "sprawdzona jednostka"


Po zakończeniu odbywania kary w 1968 r. Haraschin dalej kapował. Najpierw pod więziennym pseudonimem "Leon", potem "Zbyszek", a w końcu - od maja 1978 r. - "Karol". Szybko stał się "specjalistą" od Kościoła - w Polsce i za granicą. W Krakowie rozpracowywał kurię biskupią, środowisko Wyższego Seminarium Duchownego. W Watykanie - przebywających tam polskich księży.
W listopadzie 1972 r., pierwszy zastępca komendanta wojewódzkiego MO ds. SB w Krakowie Stanisław Wałach oceniał pracę Haraschina: "W związku z tym mamy wyprzedzające informacje o zamiarach i podejmowanej działalności antysocjalistycznej przez część hierarchii Kościoła katolickiego w Polsce. Wykorzystywane są one do ocen i informacji opracowywanych przez Dep[artament] IV MSW dla najwyższych władz partii i rządu, a ponadto stanowią podstawę do specjalnych przedsięwzięć dezintegracyjnych prowadzonych przez kierownictwo Wydz[iału] IV pod nadzorem Dep[artamentu] IV MSW w odniesieniu do kurii krakowskiej". Dwa lata później uznano, że Haraschin jest "jednostką wartościową, sprawdzoną [należało by dodać - od lat - TMP], rzetelnie podchodzącą do współpracy z naszymi organami, posiadającą duże możliwości uzyskiwania interesujących nas materiałów".
Owe "duże możliwości" wynikały nie tylko z jego pozycji "naukowej". Po 1956 r. ożenił się z Janiną Macharską, siostrą kardynała Franciszka Macharskiego (pierwszą żoną Haraschina była Maria Kurkiewicz). W kapowaniu bezwzględnie to wykorzystywał.

10 tysięcy
za Wojtyłę


Dzięki swoim kontaktom miał również szereg informacji o kardynale Karolu Wojtyle. Na Ojca Świętego donosił podczas dwóch papieskich pielgrzymek do Polski - w roku 1979 i 1983. Haraschina można nawet zobaczyć na zdjęciach z Janem Pawłem II. "On uwiarygodniał się w ten sposób przed esbekami" - mówi ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski, badający rozpracowanie krakowskich księży przez SB.
W maju 1981 r. funkcjonariusz bezpieki zanotował: "TW ps. Karol jest w pełni dyspozycyjną jednostką, przekazującą informacje przedstawiające szczególną wartość operacyjną". Za kapowanie "Karol" dostawał miesięcznie 5, a czasem nawet 10 tys. zł (pensje wynosiły wówczas ok. 1,5 tys. zł).
Julian Polan-Haraschin donosił bezpiece również na krakowskich intelektualistów i pracowników Radia Wolna Europa. Zostawił po sobie potężną spuściznę. Sam okres kapowania na kurię krakowską mieści się w 12 tomach, na 4 tys. stron. Ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski uważa, że jest to jedno z dwóch najważniejszych opracowań, jakie zostało po esbecji.
Julian Polan-Haraschin zostawił po sobie także wiele donosów dla Informacji Wojskowej, a przede wszystkim 60 wyroków śmierci na przeciwników "ludowej" władzy w czasach stalinowskich.

Tadeusz M. Płużański

Artykuł pierwotnie opublikowany w "Niezależnej Gazecie Polskiej".

Publicystyka Tadeusza M. Płużańskiego na ASME.


PO-syłamy fachowców czy PiS-klaków chronimy dla Związku Socjalistycznych Republik Europejskich? Wysłane wtorek, 7, listopada 2006 przez Krzysztof Pawlak

Platforma ratunkowa dla Obywateli PO-PiS-ała się kolejnym - po glosowaniu za podwójnym becikowym - pomysłem wskazującym na jej "lyperalne" korzenia rodem z "centrolewicowej" śp. PD-alskiej proweniencji primo voto Unii Demokratycznej/ROAD.

Platforma ratunkowa dla Obywateli (PO) po latach hałaśliwego wspierania pomysłu emigracji zarobkowej jak najszerszych rzesz Polaków wszelkich stanów do Nowej Wspaniałej Unii Europejskiej, związanego z wymarzonym przez "europejsów" z wielu ugrupowań Anszlussem Polski przez Związek Socjalistycznych Republik Europejskich - zaprezentowała program zaprzeczający swemu poprzedniemu dogmatowi o korzyściach płynących z migracji najbardziej energicznych szeregów Polaków, zasilających systemy emerytalne oraz fundusze kapitałowe Zachodniej Europy.
Teraz ma być inaczej - według skorektowanego wizerunku werbalnych liberałów gospodarczych: młodzi Polacy mają zostać docenienie przez - uwaga! - starszych Polaków, którzy mają pod przymusem fiskalnym złożyć się na składki Funduszu UB-ezpieczeń Społecznych (za przekazem transferowym, w roli którego wystąpi budżet "polskiego regionu UE") dla firm zatrudniających "młociesz", co będzie kosztowało - według propagandy PO: budżet około 400 milionów złotych, pisząc w języku ojczystym: to TY, podatniku te 400 mln zł sfinansujesz.
Druga "ulga dla "młocieszy" emigrującej na potęgę z Nowej Wspaniałej RP "IV" ma polegać na zwolnieniu z podatku dochodowego, podatku od nieruchomości i podatku od środków transportu na okres trzech lat.
Trzeci powód pozostania "młocieszy" w systemie podatkowym obecnej, niezmienionej w cale to, a w cale PRL-bis, to propozycja, by "osoby rozpoczynające działalność gospodarczą mogły otrzymać preferencyjny kredyt z Banku Gospodarstwa Krajowego. Spłatę 60 procent odsetek mógłby przejąć budżet państwa" - czyli mówiąc po polsku: TY - podatniku. Całość informacji przyniósł spolegliwy dla Platformy serwis Onet.

W tę Nową Wspaniałą Przyszłość kreśloną przez spadkobierców tradycji socjalizmu "z ludzką twarzą" wychodzącą z tradycji "leninizmu-michnikizmu-schetyzmu-tuskizmu" wprowadza Cię, podatniku kolejny orzeźwiający wieczorny dyskurs polityczno-ekonomiczny, jakimi są "nocne Polaków rozmowy" o specjalnych preferencjach dla jednej z najwspanialnszych instytucji prometeizmu polskiego, czyli POT - Polskiej Organizacji Turystycznej, która dublując funkcje Ministerstwa Spraw Zagranicznych, sprawia wrażenie od kilku lat, że jest do czegoś wyższego wyznaczona niż do zapewniania synekur dla politycznych złomowisk z wysoką pensją, o czym można było się przekonać przy okazji zeszłorocznej "wymianie kadr" z okazji wygrania wyborów przez ugrupowania Populizm i Socjalizm.
Na fundowanych przez polskich podatników, wieloletnich wczasach krajowych oraz zagranicznych w oddziałach tej instytucji zaroiło się od trzecio- i czwartorzędnych wyrobników PiS oraz PO (partie podzieliły się uczciwie żłobem), którzy wierną, choć mało efektywną służbę liderom swych patronów oraz nikłe umiejętności intelektualne czy profesjonalne przypłacili zsyłką na boczny tor życia robaczkowego sfer politykierskich, jak to było np. w przypadku niejakiego "radnego rady Warszawy z litości" Stanisława Wojtery - wydalonego z Unii Polityki Realnej "za nieudolność", co było obficie cytowane przez prasę codzienną w zeszłym roku.
Dzisiejsze doniesienia medialne - znowu z wyjątkowo przychylnego dla PO serwisu Onet - "byznes", więc można wierzyć w doniesienie bez zastrzeżeń - przyniosły informację o wyjątkowo korzystnej dla Polski i jej mieszkańców atmosferze panującej na Wyspach Brytyjskich, co w domyśle zapewne należy rozumieć jako wynik jednorocznych starań obecnej ekipy wypoczynkowej instytucji rządowej POT.
"Wbrew pozorom, brytyjski turysta nie jest snobem, którego przyciągają miejsca wyszukane i ekskluzywne. Do Polski jeździ przede wszystkim dlatego, że za małe pieniądze ma tam dobre hotele, może dobrze zjeść, zabawić się w klubie lub urządzić sobie noc kawalerską" - powiedział dyrektor POT, Jerzy Szegidewicz.
Tak więc: bufet, wyro oraz łatwa oraz tania "obsługa" "nocy kawalerskich" - są dla urzędnika państwowego dobrą kwalifikacją dla wizerunku Rzeczypospolitej dla średniej i bardzo średniej części klasy średniej Anglosasów oraz pozostałych - rykoszetem, z czego biurokrata czerpię satysfakcję oraz uzasadnienie istnienia swojego stanowiska, finansowanego przez podatników z "polskiego regionu UE".
Do tego pełnego samozachwytu głosu dokłada się znany od lat "ekspert gospodarczy PO", poseł Adam Szejnfeld, który od razu - wiedząc, z której strony bułeczka śniadaniowa biurokraty jest masełkiem posmarowana - zgłasza wniosek o... dofinansowanie Polskiej Organizacji Turystycznej z... budżetu państwa, do którego "wpłynęły" "środki finansowe z UE", uprzednio wpłacone przez "polski region UE" w formie składki członkowskiej do Związku Socjalistycznych Republik Europejskich.
Chodzi o skromną sumę - 200 milionów złotych dla szefa z ramienia Platformy ratunkowej dla Obywateli oraz wice-szefa "wydalonego z UPR za nieudolność" z ramienia - obecnie - PiS Stanisława Wojtery. Który - nota bene - znowu usiłuje się wkręcić na funkcję radnego m.st. Warszawy.
Stanisław Wojtera, obecny wice-szefik POT, w zeszłej kadencji za zrzeczenie się wybranej przez warszawiaków radnej z ramienia UPR mandatu rady - na Jego rzecz... zafundował komputer PC...

Czy to jest prawicawa Platforma ratunkowa dla Obywateli, czy równie prawicawe Populizm i Socjalizm - czy to ma jeszcze znaczenie?

Krzysztof Pawlak

Publicystyka Krzysztofa Pawlaka na ASME


Znamiona hipokryzji - Krzysztof Mazur Wysłane poniedziałek, 6, listopada 2006 przez Krzysztof Pawlak

Andre Malraux zauważył swego czasu, że "błąd, który popełniają wszyscy, zostaje w końcu uznany za zasadę" i jest to bardzo trafne spostrzeżenie, wszak większości publikacji zamieszczanych na niniejszej witrynie służy zwalczaniu poglądów, uznanych przez większość za przejaw normalnego stanu rzeczy. Ale co innego popełniać błędy - w końcu nobody is perfect - gorzej gdy regułą staje się drapowanie herezji intelektualnych i fałszów w szaty cnót i zalet. Z hipokryzją w polityce ludzkość boryka się praktycznie od początku swego istnienia, stąd postulat jej całkowitego wyeliminowania jest tożsamy z postulowaniem zaprowadzenia raju na ziemi, co nie oznacza zgody na uczynienie z fałszu i udawania zasady nowej moralności politycznej; nie bez powodu przestrzegał poeta, że "mniej szkodzi impet jawny niźli złość ukryta".

O rozpanoszeniu się zasady obłudy świadczą chociażby wydarzenia minionego tygodnia, a w szczególności sprawa agenturalnej przeszłości biskupa Skworca, konsultacje prezydenta Kaczyńskiego w sprawie ustawy lustracyjnej oraz polityczny wydźwięk listu abp. Michalika w sprawie zmiany art. 38. konstytucji RP.
Przypadek biskupa Skworca wymienianego jeszcze niedawno jako kandydata na następcę prymasa Glempa w archidiecezji warszawskiej, jest kolejnym dowodem, że zaraza panuje w Grenadzie i zarazem kolejnym smutnym przyczynkiem do swoistego pojmowania winy i przebaczenia przez część współczesnych hierarchów Kościoła. Szkoda, że sztandarowy do niedawna program Monik Olejnik został zdjęty z anteny publicznej telewizji, gdyż bp. Skowrc swoim wyznaniem, jakoby "wszystkim mógł patrzeć prosto w oczy", doskonale wpisywałby się w formułę tego programu. A tak pozostało jedynie przesłanie listu pasterskiego, który został odczytany w parafiach diecezji tarnowskiej, w którym to liście ks. biskup niby to przeprasza, ale w taki sposób, że przeprosiny owe bardziej wyglądają na przykład zapewne niezmierzonej palinodii. Poloniści wiedzą, że jest to rodzaj literackiej formy o charakterze satyry, której autor pod pozorem odwołania swoich poprzednich opinii w rzeczywistości nadal je powtarza, a nawet wzmacnia. Otóż biskup tarnowski, zwerbowany pod pretekstem nielegalnego obrotu szynką z Baltony, wobec której współpracy istnieją dokumenty potwierdzające wielokrotne spotkania z oficerami prowadzącymi i przyjmowanie od nich upominków - swoją obecną sytuację wyjaśnił diecezjanom za pomocą cytatu wziętego ze starotestamentowego Psalmu 23. Szkoda, że słów psalmu Ekscelencja nie pamiętał w czasie szantażu pod "fikcyjnym pretekstem", a z drugiej strony - skoro dzisiaj biskup chodzi "ciemną doliną", to czym właściwie były spotkania z funkcjonariuszami SB, donoszenie na diecezjalnych księży czy Świtonia i pobieranie za to drobnych upominków?
Stąd też trudno prezydenckie rozterki wobec podpisania ustawy lustracyjnej traktować inaczej niż jako dokładanie kolejnej cegiełki do utrwalania nowej obywatelskiej postawy - cnotliwego hipokryty. Idącym z góry przykładem takiej hipokryzji było m.in. zaproszenie przez prezydenta na konsultacje nie kogo innego, jak byłego marszałka sejmu Wiesława Chrzanowskiego, którego wprawdzie pobłażliwy sąd lustracyjny uwolnił z zarzutu świadomej współpracy z SB, ale od pewnego czasu marszałek nie ukrywa, że w latach 70. spotykał się z SB-kami i to w kawiarni, czym - poetycko ujmując - wpisuje się do całkiem pokaźnego klubu tych, którzy "palili, ale się nie zaciągali". Nie można również pominąć faktu, że najważniejszego przeciwnika uchwalonej ustawy, byłego posła Unii Demokratycznej, Unii Wolności i wiceministra spraw wewnętrznych, czyli marszałka Senatu Borusewicza z politycznego Szeolu wyciągnęli na światło dzienne właśnie Kaczyńscy. To właśnie Borusewicz najgorliwiej zachęcał prezydenta do postawienia weta, podając jako główny argument gotowość przygotowania lepszej ustawy i to w ciągu dwóch miesięcy. Pomijając już, że lepsze jest wrogiem dobrego, wypadałoby zapytać: dlaczego marszałek senatu dopiero teraz zapałał taką inicjatywą ustawodawczą, przecież w sejmie i senacie spędził 11 na 16 lat trwania III RP? Dlaczego takiej inicjatywy nie przejawiał wtedy, gdy był wiceszefem MSW, protegowanym przez kolegów z ugrupowania, które z zamazywania przeszłości i win uczyniło credo swojej działalności politycznej?
Przy takim natężeniu hipokryzji trudno dziwić się reakcji, jaka nastąpiła wskutek apelu ks. abp Michalika, wyrażonego w formie listu do marszałka sejmu Marka Jurka. Aczkolwiek i w tej sprawie warto zwrócić uwagę na pewne okoliczności sprawy, które dobrze charakteryzują obecny poziom dyskursu publicznego. Obecne brzmienie art. 38. konstytucji RP stanowi, że państwo "zapewnia każdemu człowiekowi prawną ochronę życia". Arcybiskup przemyski i przewodniczący Episkopatu wyraził życzenie, aby powyższy zapis został uzupełniony sformułowaniem "od momentu poczęcia aż do naturalnej śmierci". Odrzucając przypuszczenie, że abp Michalik nie rozumie obecnego brzmienia art. 38., należy przyjąć, iż propozycja hierarchy została sformułowana przez wzgląd na "zatwardziałość serc wielu" i obowiązywania tzw. ustawy aborcyjnej, ewidentnie sprzecznej z konstytucją. Sprzecznej dlatego, że konstytucja wyraźnie stanowi, iż RP zapewnia ochronę życia każdemu człowiekowi - bez wyjątków, a takie wyjątki czyni właśnie rzeczona ustawa, a w czasie kiedy każda inicjatywa parlamentarna jest sukcesywnie kierowana przez opozycję do TK, pomijanie tak ewidentnej sprzeczności w sprawie dużo ważniejszej niż sposób blokowania list w wyborach wydaje się szczególnie rażącym przejawem hipokryzji. Parlamentarzyści tworząc obowiązujący kompromis, w istocie określili, kto w świetle polskiego prawa jest człowiekiem, wyłączając z rodzaju ludzkiego dzieci poczęte np. na skutek gwałtu. Tymczasem zarówno prezydent, jak i premier plus wcale pokaźna grupa posłów z partyjnej czołówki PiS-u, są przeciwni zaostrzeniu ustawy aborcyjnej, popadając przy okazji tłumaczenia takiego stanowiska w opary absurdu. Czym innym jest bowiem dowodzenie, że zaostrzenie ustawy doprowadzi w rzeczywistości do jej późniejszego zliberalizowania, co w rzeczywistości przypomina niegdysiejsze opowieści prezydenta Wałęsy, który "musiał przegrać, aby jeszcze więcej wygrać". Takie stawianie sprawy świadczy przy okazji, że partia Kaczyńskich nie wróży swoim reformom długotrwałego żywota, a po drugie - każe wątpić w sens jakichkolwiek radykalnych reform, skoro ich realizacja może w przyszłości spowodować jeszcze bardziej nieznośną, lewicową rekonkwistę. O ile takie krętactwa prezentuje Wałęsa - to jeszcze można machnąć ręką, wszak w tej rodzinie pomroczność jasna przechodzi z ojca na syna, ale gdy taki sam styl argumentowania przyjmują budowniczowie IV RP, to trudno oprzeć się wrażeniu, że jest to coś gorszego niż "hołd, który występek składa cnocie".

Krzysztof Mazur

Publicystyka Krzysztofa Mazura na ASME


Uratowany z przedsionka śmierci - Tadeusz M. Płużański Wysłane poniedziałek, 6, listopada 2006 przez Krzysztof Pawlak

W nie wydanych wspomnieniach zmarły kilka lat temu Mieczysław Welzandt zapisał: "Bóg uchronił mnie od losu oficerów w dołach śmierci i otworzył drogę ku życiu - między innymi po to, abym dawał świadectwo prawdzie". 67 lat temu, w październiku 1939 r., jako jeden z nielicznych jeńców obozu w Starobielsku, cudem uniknął losu 9 tys. polskich oficerów, skrytobójczo zamordowanych przez Sowietów w Charkowie-Piatichatkach.

W wolną Polskę Welzandt wszedł jako dziecko. Po latach wspominał: "Przełom Odrodzenia Ojczyzny zakodował we mnie mój ojciec w grudniu 1918 roku, unosząc syna trzylatka wysoko ponad głowami tłumów witających w Poznaniu, przed hotelem Bazar, Ignacego Paderewskiego, powtarzając coraz: »Mieczyk, widzisz i witasz Paderewskiego! Powstaje Polska!«. Nazajutrz, 27 grudnia, mieliśmy jedyne udane w Polsce Powstanie Wielkopolskie".
Kilka miesięcy później, ojciec-powstaniec tuląc go, powiedział: "To jest mannlicher, nasza broń. Oby w życiu nie był ci potrzebny". Po 20 latach niepodległości okazało się jednak, że broń jest potrzebna.

Piszy: plutonowy!

We wrześniu 1939, jako dowódca drugiego plutonu w piątej baterii 65. Pułku Artylerii Lekkiej, walczył z hitlerowską nawałą w okolicach Przemyśla. Z ciężkim sercem przyjął od kapitana Witolda Herdegena (kozielska lista NKWD, poz. 48, nr 035/4) rozkaz, żeby nie walczyć z Sowietami i zniszczyć sprzęt. Mieczysław Welzandt wspominał drogę ku granicy węgierskiej "22 albo 23 września dotarliśmy do Lubaczowa. Wśród innych wozów, przesuwaliśmy się ostrożnie, stępa, przez tłum zgromadzony na rynku. Dekorowali trybunę na powitanie armii czerwonej. Pamiętam ogromny transparent: »Da zdrastwujet Samostijna Ukraina«". Kilka miesięcy później omal nie został tam na zawsze.
Aresztowany przez Sowietów, trafił do niewoli. Przed strzałem w tył głowy w więzieniu przy ul. Czernyszewskiego w Charkowie i zakopaniu w bezimiennych dołach śmierci na terenie ośrodka wypoczynkowego NKWD koło osiedla Piatichatki (dzielnica Charkowa) uratował go stopień podchorążego.
Jednak jeszcze na początku października 1939 r., kiedy stawał do przymusowego spisu, nie zdawał sobie sprawy - podobnie, jak pozostali polscy jeńcy - ze śmiertelnego zagrożenia. Miał nawet żal, że nie dotarła do niego nominacja na podporucznika, a krasnoarmiejcowi, który nie rozumiał słowa podchorąży, starał się wytłumaczyć, że jest oficerem. Sytuację wyjaśniła dopiero interwencja stojącego za nim starszego rangą żołnierza: "piszy: plutonowy!". Welzandt nie wiedział wówczas, że słowa te oznaczały życie. Myślał, że został w ten sposób wykluczony ze zbiorowości oficerskiej, do której tak bardzo chciał należeć. Wkrótce wszystko zrozumiał. Podczas drugiego spisu jeńców, po wizytacji obozu przez ówczesnego pierwszego sekretarza KC KP Ukrainy Nikity Chruszczowa w połowie października 1939, wiedział już, co ma mówić.

Odwet za
bitwę warszawską


Welzandt zanotował: "Przyjechaliśmy na niepozorną stację Starobielsk i najkrótsza droga powrotu prowadziła przez Charków. Bieg pociągu od tego miasta był najlepszym sprawdzianem kierunku. Odetchnęliśmy z ulgą, kiedy nasz eszelon ruszył stamtąd na zachód. Z taką samą nadzieją musieli wyjeżdżać, zapakowani do więźniarek skazańcy, nieświadomi zbliżającego się gwałtownego kresu życia - lecz ich tam wysadzono, przewieziono do miejsca kaźni w więzieniu i zwalono do dołów w Piatichatkach. (...) Przed śmiercią musieli przeżyć i przeżyli bardzo ciężką, potwornie mroźną zimę 1939/1940. Wiosny już nie przeżyli. Była ostatnią w ich życiu".
Dla Welzandta droga przez Charków wiodła za Bug, do niemieckiej strefy okupacyjnej, gdzie został odesłany na podstawie porozumienia o wymianie jeńców wojennych i Uchwały Rady Komisarzy Ludowych nr 1691 z 14 października 1939. "Z przedsionka śmierci w Sowietach, po czyśćcu w Starobielsku (...) wróciłem wzbogacony o poczucie więzi, przyjaźni i braterstwa z tymi, z którymi przeżywałem i dzieliłem przez kilka tygodni cierpienia, tęsknoty i nadzieje, w upodleniu na nieludzkiej ziemi, w otoczce zniewalającej nienawiści. To ONI - wyrozumiali dla moich romantyczno-mesjanistycznych argumentów - otworzyli mi oczy na odwieczną postawę Rosji wobec Polski, polegającą na skłócaniu Polaków, na deprawowaniu ich i niedopuszczaniu do ładu i zgody wewnętrznej, ponieważ, uporządkowani społecznie, stają się niebezpieczni. To był kanon nienawiści przejęty przez bolszewików i teraz biorą odwet za połamanie zębów w bitwie warszawskiej. (…) Zbrodnia, zadysponowana na najwyższym szczeblu, musiała być doskonała".
Winni - władze ZSRR i podrzędni wykonawcy, nigdy nie zostali i nie będą osądzeni. Ostatni ze zbrodniarzy - Łazar Kaganowicz - zmarł w 1991 r. Mimo tego, prawdy nie udało się pogrzebać.

Wstrząs, który zaćmił wszystko

Podobnie, jak jego rówieśnicy, dla których drogowskazem były wartości: Bóg - Honor - Ojczyzna, i wynikające z nich zobowiązanie nauki i pracy dla Polski, edukację zdobywał dzięki rodzinie, szkole (Gimnazjum Matematyczno-Przyrodnicze im. Bergera przy ul. Szerokiej w Poznaniu), drużynie harcerskiej "Czarnej Trzynastce" i księdzu Kozłowskiemu. Welzandt zapamiętał katechetę: "prowadził nas życzliwie", ale "wbijał zasady dobrego zachowania do zakutych łepetyn najkrótszą i dobrze odczuwalną drogą przez gołe pośladki".
Śmierć Marszałka 12 maja 1935 r. "to był ogromny wstrząs, który zaćmił wszystko. (...) Opuściliśmy gimnazjum w czasie powszechnej narodowej żałoby, po wzruszającym przemówienia dyrektora Mieczysława Koniecznego i po wysłuchaniu marsza żałobnego Chopina, w wykonaniu Ryszarda Rella z takim ładunkiem emocji i patosu, że wydawało się - co wrażliwszym - iż duch kompozytora unosi się nad nami w auli i roni łzy, tak jak my!".
Z kolegami z klasy spotkał się w Szkole Podchorążych Rezerwy Artylerii im. Marcina Kątowskiego we Włodzimierzu Wołyńskim (rocznik 1935-36). Zapamiętał, jak wykładowca, kapitan Eugeniusz Sławikowski (kozielska lista NKWD, poz. 43, nr 035/4) na narzekania rekrutów odpowiadał: "Nie brzydźcie się, bo to jest święta ziemia wołyńska, którą bronimy od wieków. Wystarczy wziąć ją w garść i mocno ścisnąć, a wypłynie krew polska, za nią przelewana"). Większość oficerów z Włodzimierza Wołyńskiego podzieliła los kpt. Sławikowskiego - zginęła w Katyniu.

"Mieczyk - wróć"

Mieczysławowi Welzandtowi marzyła się kariera naukowa. Miał zostać asystentem w katedrze geografii gospodarczej na Uniwersytecie w Poznaniu, ale nie zdążył. Zbliżała się wojna. "Chcieliśmy być, jak nasi przywódcy, w nimbie twórców niepodległości i w glorii zwycięskiego polskiego munduru. Tacy sami, jak Oni w powstaniach i w 1920 roku. Lecz klimat nie był taki sam. Przez żar patriotyzmu przebijał chłodny powiew przeczucia samospalenia, samozatracenia - już bardzo wyraźnie pięć lat później, kiedy poszliśmy w bój, do Powstania na ulicach Warszawy. (...) Moje pokolenie wchodziło w okres największych przełomów w dziejach, zdeterminowane i gotowe do największej ofiary - lecz ze ściśniętym sercem".
Spotkanie studentów z przedstawicielem angielskiego sojusznika - Williamem Edmundem Ironside w auli Collegium Medicum na ul. Freta nie pozostawiało większych złudzeń: "Z wyważonych i cedzonych z typową angielską flegmą zdań, przebijała nuta ostrożnej, chamberlainowskiej dyplomacji i uniki przed konkretami, przed wyrażeniem gotowości do zbrojnej konfrontacji z Hitlerem. (...) Z tego spotkania wyszliśmy przygnębieni i pełni niedobrych przeczuć. W takim nastroju żegnałem się z ojcem i z bratem, nad świeżą mogiłą mamy. Na ojca proszące: »Mieczyk, wróć« - odpowiedziałem buńczucznie: »Jesteśmy artylerzystami i tato i ja! Jeżeli Ojciec powrócił po latach spod Verdun, to i syn powróci zdrowy z tej cholernej wojny«". W Związku Walki Zbrojnej i Armii Krajowej Mieczysław Welzandt miał pseudonim "Mieczyk".

Kłamstwa morderców

W kwietniu 1943 r., kiedy Niemcy obwieścili światu o odkryciu masowych grobów polskich oficerów w lasach koło miejscowości Katyń, a Moskwa wszystkiemu zaprzeczyła, zrzucając winę na "niemiecko-faszystowskich szubrawców", Welzandt służył w oddziale ochronnym komórki wywiadu Armii Krajowej "Lombard". Żołnierze, którzy składali przed nim konspiracyjną przysięgę w kościele na warszawskim Targówku, spytali go: »Panie poruczniku, co pan myśli o tym s...syństwie katyńskim?«". On potwierdził: "Byłem w Starobielsku i nie mam żadnych wątpliwości". A oni na to: »Ma pan rację. Mordowały s...syny razem, a teraz jeden drugiego sypie. Przyjdzie na nich kara boska. Obyśmy tylko dożyli!«".
W Powstaniu Warszawskim wziął udział jako ochotnik, ale za zgodą prezesa "Lombardu" Edwarda Jettera. Kiedy front wschodni podchodził do Radzymina i Otwocka, słyszał huk armat: "Wsłuchiwaliśmy się w te odgłosy z ciężkim sercem i mieszanymi uczuciami. Narzucała się analogia do bitwy warszawskiej z 1920 roku. Wtedy zwyciężyła w obronie wolności zdeterminowana i zwarta Polska Niepodległa. Teraz było inaczej".
Po kapitulacji, w kolejce przed bramą do obozu w Pruszkowie zobaczył leżącą na noszach Marię Rodziewiczównę. Z obozu został zwolniony dzięki Januszowi Regulskiemu z Rady Głównej Opiekuńczej, z którym dzielił potem koszmar na UB.
Mroczne lata stalinowskie wspominał niechętnie: "W moich więziennych czterech latach (1952-56) troską bliskich była obawa przed wyjściem na jaw pobytu w Starobielsku. Stałbym się niebezpiecznym nośnikiem prawdy o tym mało wówczas znanym obozie i nie ujawnionym losie jeńców".

Stanowcze "NIE"

Szef "Lombardu" Edward Jetter, który nie ujawnił się i działał w lidze do walki z alkoholizmem, doradzał mu wcześniej wyjazd na Zachód, tłumacząc: "w tym systemie, środowisko AK-owskie długo nie otrząśnie się z poczucia zagrożenia i niepewności jutra". Welzandt rady nie posłuchał: "Było rzeczą jasną, że polska inteligencja nie może wyemigrować..."
Człowiek, który doświadczył obu totalitaryzmów, napisał o procesie w Norymberdze: "Szczytny i nadrzędny (zdawałoby się) cel został zrealizowany tylko w odniesieniu do zbrodniczego totalitaryzmu hitlerowskiego. Nie tknięto sojuszniczego z nim w pierwszych latach wojny totalitaryzmu stalinowskiego, ponieważ nie było aktu oskarżenia. Dla opinii światowej oznaczało to bezkarność".
Katyń został jednak odkłamany, co - jak podkreślał Mieczysław Welzandt - było możliwe dzięki "stanowczemu »NIE« »Solidarności« przeciw panowaniu homo sowieticus w Polsce".

Tadeusz M. Płużański

Publicystyka Tadeusza M. Płużańskiego na ASME.


PARADOKSY PAŹDZIERNIKA '56 - Antoni Zambrowski Wysłane poniedziałek, 6, listopada 2006 przez Krzysztof Pawlak

Władysław Gomułka zdobył w Polsce władzę w październiku 1956 roku dzięki masowej presji oddolnej, której uległy w dużym stopniu niechętne mu elity partyjne. Społeczeństwo zdawało sobie sprawę, że jego rzecznikiem musi być komunista, gdyż tylko komuniści są do zaakceptowania przez Kreml. Jak to później ujął na łamach "Kultury" paryskiej przywódca PPS-WRN Zygmunt Zaremba, ustrój PRL dzielił obywateli na kilka milionów członków PZPR, należących do uprzywilejowanej kurii wyborczej, wybierającej władzę - oraz ogół obywateli tych praw pozbawionych. Stąd zabawnie dziś brzmiące okrzyki młodzieży warszawskiej manifestującej po wiecu 23 października 1956 roku i wołającej: "Wyszyński - do Biura Politycznego!". Młodzi ludzie dowiedzieli się właśnie, że najwyższym organem w państwie jest wbrew Konstytucji PRL - Biuro Polityczne KC PZPR i zapragnęli, by obok zwycięskiego Władysława Gomułki zasiadał w nim jako reprezentant katolików Prymas Stefan Wyszyński, wciąż jeszcze internowany w klasztorze w Komańczy. Pod presją tłumów Gomułka zareagował błyskawicznie i po kilku dniach ks. Prymas wrócił na swój urząd do Warszawy.
Skąd się wzięła legenda Gomułki, która zmusiła do kapitulacji przed nią kierownictwo Partii z niechętnym mu Edwardem Ochabem na czele? W pierwszym rzędzie dzięki okoliczności, że tow. Wiesław został obalony na rozkaz Stalina i następnie uwięziony. Był więc w oczach społeczeństwa "męczennikiem stalinizmu" jako przywódca grupy oskarżonej o odchylenie prawicowo-nacjonalistyczne, czyli broniącej wobec Moskwy polskiej racji stanu. Było to wszelako oskarżenie na wyrost, wyolbrzymiające rozbieżności w szeregach komunistycznej PPR. Wiarygodności Gomułce w tym względzie przysporzyły paradoksalnie zasługi jego adwersarza z lat 1945 - 47, czyli przywódcy PSL Stanisława Mikołajczyka. Przypomnijmy w kilku słowach tę tragiczną postać.
Jak wiemy, Stalin na spotkaniach Wielkiej Trójki w Jałcie i Poczdamie obiecał swym zachodnim sojusznikom, że w Polsce się odbędą wolne wybory, w których naród polski sam zadecyduje o swoich władzach państwowych. Władze polskie na uchodźstwie były od chwili najazdu Niemiec na Związek Rad podzielone co do stanowiska wobec Stalina i jego roszczeń terytorialnych względem Polski. Gen. Władysław Sikorski podpisał wbrew ostrzeżeniom tzw. niezłomnych ostrzegających przed wiarołomstwem Kremla porozumienie z ambasadorem Majskim, aby ratować przebywających w Rosji Polaków, zagrożonych tam zagładą. Dzięki temu gen. Władysław Anders mógł sformować w Rosji polską armię i wyprowadzić ją do Iraku, a dalej pod Monte Cassino. Amnestia dla Polaków wymuszona na Kremlu przez gen. Sikorskiego uratowała życie setkom tysięcy, a może i milionowi Polaków, uwolnionych dzięki temu z łagrów. Stosunki dyplomatyczne z Kremlem zostały jednak zerwane przez Stalina po ujawnieniu zbrodni katyńskiej, której Stalin cynicznie się wypierał. Po tragedii gibraltarskiej stanowisko premiera objął przywódca ludowców Stanisław Mikołajczyk. Pod naciskiem Churchilla usiłował on nawiązać dialog z Kremlem, by za cenę ustępstw terytorialnych zachować niepodległość Polski. W 1945 roku ustąpił on ze stanowiska premiera rządu emigracyjnego, aby objąć tekę wicepremiera w tzw. Rządzie Jedności Narodowej w Warszawie. Wiązało się to z cofnięciem uznania przez mocarstwa zachodnie dotychczasowemu rządowi polskiemu w Londynie i zostało potraktowane przez środowiska emigracyjne jako akt zdrady narodowej. W kraju powitano natomiast Mikołajczyka jako zbawcę ojczyzny przed rządami komunistycznego PPR (czyli Płatnych Pachołków Rosji).
Popularność Gomułki w pierwszych miesiącach i latach po Październiku '56 nie daje się porównać do powszechnej popularności Mikołajczyka wśród Polaków po jego powrocie do kraju. Noszono go na rękach wraz z jego samochodem. Jego przybycie do Polski oznaczało odczuwalną ulgę i krótkotrwałą, niestety, nadzieję na wolność. Władysław Gomułka jako rzecznik interesów Kremla nie dał mu wtedy szansy. Z PSL-em walczono przy pomocy kalumnii i terroru. Sfałszowano wyniki referendum, a następnie wyborów do sejmu. "Urna wyborcza - cudowna szkatułka. Wrzucasz Mikołajczyka, wychodzi Gomułka" - żartowali z goryczą bezsilni Polacy. Ostatecznie Mikołajczyk uciekł potajemnie z Polski, ratując swe życie, ale porzucając na pastwę losu swych najbliższych współpracowników. Wkrótce po tym ofiarą uruchomionej machiny terroru stał się sam Gomułka.
W pamięci społeczeństwa pozostał jednak okres kontrastujący z późniejszą stalinizacją życia społecznego - z prześladowaniem Kościoła, przymusową kolektywizacją wsi, płaszczeniem się przed wszystkim co rosyjskie. I beneficjantem tej pamięci zbiorowej stał się w roku przełomu 1956 Władysław Gomułka. O Stanisławie Mikołajczyku szczęśliwie nie pamiętano. Wiadomo było, że w okupowanej przez Sowiety Polsce nie ma on żadnych szans. Natomiast szansy poprawy swego bytu narodowego poprzez poparcie dla Gomułki Polacy nie przeoczyli i za to nam chwała.

Antoni Zambrowski

Artykuł pierwotnie opublikowany w tygodniku "Gazeta Polska".

Zostań donatorem naszych publicystów:
Jeśli satysfakcjonuje Cię publicystyka Antoniego Zambrowskiego - możesz wesprzeć Naszego Autora datkiem.
Konto:
61 1240 1040 1111 0010 0042 5486
Bank PeKaO SA III O. w Warszawie
SWIFT/BIC - PKOPPLPW



Publicystyka Antoniego Zambrowskiego na ASME


List otwarty do pana ministra Romana Giertycha od Prezesa UNII POLITYKI REALNEJ Wojciecha Popieli Wysłane niedziela, 5, listopada 2006 przez Krzysztof Pawlak

Szanowny Panie Ministrze

Ogłosił Pan program "zero tolerancji" będący programem naprawy polskiego szkolnictwa państwowego. W imieniu Unii Polityki Realnej kieruję do Pana kilka słów na ten temat.
Ostatnie, nagłośnione wydarzenia dotyczące zachowania uczniów, wiele innych spraw, które zyskały mniejszy rozgłos, a także spadający poziom wiedzy uczniów, o którym wypowiadają się przedstawiciele różnych uczelni przyjmujący kandydatów na studia, nie pozostawiają wątpliwości co do skutków. Pozostaje pytanie o przyczyny i środki zaradcze.
Do omawianych dość szeroko w debacie publicznej, pragnę dołączyć problem systemu kształcenia nauczycieli, a właściwie treści im przekazywanych. Powszechne bowiem doświadczenie wskazuje, że zarówno tezy o konieczności specyficznie rozumianej "tolerancji" wobec uczniów jak też całościowy, skrajnie lewicowy punkt widzenia zagadnienia edukacji i wychowania jest aplikowany szeroko na uczelniach pedagogicznych. Tam właśnie, na wykładach, ćwiczeniach, w książkach wtłaczane są w głowy młodych nauczycieli poglądy, których efekty właśnie obserwujemy.
W tej sytuacji rozwiązania odgórne i doraźne, podobnie jak choćby w Stanach Zjednoczonych, dając nadzieję na poprawę sytuacji, nie rozwiążą istoty problemu.
Zarówno jednak Pan, jak i co najmniej jeden z wiceministrów znacie rozwiązanie – Wasze dzieci nie korzystają z edukacji państwowej. Choć brzmi to w Polsce AD MMVI ciągle jak fantastyka, to kierunek rzeczywistego uzdrowienia sytuacji jest Panom znany.
Dopóki dla rodziców i dzieci szkoła nie będzie jawiła się jako wartość, a nie przymus, dopóki rodzice nie będą mieli wpływu na wybór profilu nauczania i wychowania, dopóki politycy będą centralnie ingerować w program i ideologię narzucaną wszystkim – dopóty zasadniczej poprawy nie będzie.
Nastając zatem w porę i nie w porę, proponujemy rozpoczęcie dyskusji o zniesieniu przymusu szkolnego ze wszystkimi tego konsekwencjami, a także – być może najpierw poprzez powszechny bon oświatowy – oddanie pieniędzy na kształcenie w ręce rodziców. Zwiększy to z jednej strony ich troskę o rzetelne wychowanie i edukację swoich dzieci, z drugiej zaś uświadomi nauczycielom i zarządzającym szkołami konieczność troski o powierzone im dzieci. Posunięcia te odciążą również szkoły od absurdów biurokratycznych będących rakiem systemu edukacji i zmuszą do likwidacji administracyjnego żerowiska wokółszkolnego.

Wojciech Popiela
Prezes UPR

02 XI 2006 r.

Publicystyka Wojciecha Popieli na ASME.


Polska szkoła ma być po prostu normalna, wzorem jej nadzorcy nie powinien być minister Giertych, tylko Janusz Korwin-Mikke - Łukasz Perzyna uczestniczy w dyskusji o wychowaniu następnych pokoleń Polaków Wysłane sobota, 4, listopada 2006 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |









Polska szkoła ma być po prostu normalna, wzorem jej nadzorcy nie powinien być minister Giertych, tylko Janusz Korwin-Mikke - Łukasz Perzyna uczestniczy w dyskusji o wychowaniu następnych pokoleń Polaków
Wysłane sobota, 4, listopada 2006 przez Krzysztof Pawlak

"Sondaże wbrew opiniom publicystów reprezentujących skrajne poglądy czy polityków, którzy zrzucają na badaczy opinii publicznej odpowiedzialność za swoje niepowodzenia - dość rzetelnie odbijają to, co mają badać, czyli nastroje społeczne, choć nie stanowią prognozy, lecz pewnego rodzaju fotografię sytuacji przedwyborczej. W niedawnym rankingu, który zrobiła sondażownia Pentor, mierząc popularność ministrów rządu Jarosława Kaczyńskiego, pierwszy jest Zbigniew Ziobro, a ostatni - Roman Giertych, jest to pewnie jakaś prawidłowość, nie zaś dzieło przypadku. Opinia publiczna ma za co jednych ministrów nagradzać, drugich - karcić" - Łukasz Perzyna, publicysta "Tygodnika Solidarność" i naszej witryny ASME, zabiera głos w dyskusji o sposobach zaradzenia problemom "globalistycznego" wychowania młodzieży.

Wiadomo, że do 1980 społeczeństwo, politycy jedynej partii, która miała możliwość legalnego działania, monopartii - zwykli wychowywać Polaków. Po 1989 roku pojawiła się druga skrajność: w przestępcy wyzutym ludzkich uczuć, mordującym innych ludzi, zaczęto - za modą z zachodniej części Europy, dostrzegać "ofiarę" społeczeństwa. Z tą tradycją zerwał Zbigniew Ziobro, za to został doceniony przez opinię publiczną. Nie był bynajmniej prekursorem takiego podejścia do bandytów - już Unia Polityki Realnej i jej lider Janusz Korwin-Mikke od wielu lat postulowali powrót do normalnego traktowania przestępców. Tak samo uważa najpoważniejszy np. kandydat do stolca prezydenckiego we Francji - Nicolas Sarkozy. Do polskich polityków te prawdy zaczęły trafiać dość późno, ale tacy politycy - choćby ich formacja znajdowała się w kryzysie moralnym, jak PiS, które weszło w sojusz z Samoobroną, gdzie nie brakuje ściganych przez prawo posłów i członków tej post-PZPR-owskiego ugrupowania - zostają nagrodzeni przez elektorat.
Roman Giertych pojechał wygłosić swój program "zero tolerancji" w szkołach do Gdańska, do gimnazjum, gdzie doszło niemal do gwałtu na 14-latce, co spowodowało jej samobójczą śmierć. Nie zyskał za ten manewr poklasku u swoich koalicjantów z PiS czy wspierającej rządy populistycznego rządu koalicji PiS-SO-LPR części opinii publicznej. Wszyscy zdystansowali się od chęci politycznego wykorzystania tej tragedii, a taki efekt przedwyborczy chciał osiągnąć najmniej popularny wśród Polaków minister Edukacji. Inny pomysł młodego lidera LPR Giertycha, by byli wojskowy mieli wychowywać "niegrzeczną młodzież" w specjalnych szkołach, jest też zadziwiający - bo byliby to emerytowani wojskowi z "ludowej" armii, która dokonała agresji na Czechosłowację, pacyfikowała robotników Wybrzeża, wprowadziła stan wojenny w Polsce - po takich ludzi chce sięgać minister Edukacji? Mająca kryminalne korzenie "fala" w szkołach polskich pojawiła się, zanim w nich się upowszechniły telefony komórkowe, więc zakaz ich używania w gimnazjach i liceach nie przyniesie wielkiego skutku...
Jeśli będziemy mieli szkołę w rytmie kroku marszowego - to szkoły publiczne staną się gettem, a normalni ludzie będą posyłać swoje pociechy do szkół prywatnych... Czy o to chodzi narodowemu socjaliście?

Nagranie trwa prawie 18 minut i jest dostępne w Sieci do 18 XI 2006 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




"Urodzić się wolnym to dar, ale żyć wolnym to odpowiedzialność"
Polska - Węgry 1956
Dwa Październiki - TADEUSZ M. PŁUŻAŃSKI
Wysłane piątek, 3, listopada 2006 przez Krzysztof Pawlak

Wydarzenia października 1956 r. był jednymi z najważniejszych w historii bloku komunistycznego. W historii Polski i Węgier pod sowieckim panowaniem. W Polsce doszło do przełomu politycznego, w wyniku którego nastąpiła tzw. odwilż, czyli częściowa i chwilowa liberalizacja życia publicznego. I sekretarzem KC PZPR został prześladowany w okresie stalinowskim (choć sam odpowiedzialny za zło tych czasów) Władysław Gomułka. Inny - dramatyczny przebieg i skutki miały wydarzenia, które rozegrały się pod koniec października i w listopadzie na Węgrzech. Wybuchło tam powstanie przeciwko komunizmowi, której celem było uwolnienie się spod sowieckiej dominacji i przełamanie monopolu partii komunistycznej. W skutek radzieckiej interwencji zginęło ok. 3000 mieszkańców tego kraju.

W tym roku Węgry obchodziły 50. rocznicę wydarzeń 1956 r. Na uroczystości zaproszono 18 prezydentów, wśród nich Lecha Kaczyńskiego, członków wielu rodzin królewskich i przedstawicieli parlamentów. Polskę reprezentowali marszałkowie Sejmu i Senatu, Marek Jurek i Bogdan Borusewicz.

Refleksja nad
europejskimi wartościami


W węgierskim parlamencie podpisano "Deklarację Wolności", której zasadnicze słowa brzmiały: "Urodzić się wolnym to dar, ale żyć wolnym to odpowiedzialność". Do zebranych przemówił szef Komisji Europejskiej Jose Manuel Barroso: "Odwaga często anonimowych bohaterów 1956 roku doprowadziła do utworzenia nowych demokracji i do ponownego zjednoczenia Europy". Jak podkreślił, węgierscy bohaterowie 1956 roku walczyli "za tych wszystkich w Europie, którzy żyli pod dyktaturami".
Z okazji obchodów października 1956 r. słowa do Węgrów skierował papież Benedykt XVI. Ojciec Święty pozdrowił "odważny naród" węgierski. W przesłaniu podkreślił, że rocznica powinna być bodźcem do "refleksji nad moralnymi, etycznymi i duchowymi ideałami i wartościami, które kształtują Europę".

Obchody w cieniu kryzysu

Tegoroczne obchody na Węgrzech odbywały się w cieniu kryzysu politycznego. Rządowe uroczystości zbojkotowali posłowie opozycyjnego centroprawicowego Fideszu i Chrześcijańsko-Demokratycznej Partii Ludowej z powodu obecności socjalistycznego premiera Ferenca Gyurcsanya. Opozycja zorganizowała własne uroczystości. Kilka tysięcy demonstrantów manifestowało w centrum Budapesztu, skandując słowa, że to oni są "prawdziwymi spadkobiercami 1956 roku". Doszło do starć z policją.
Sytuację polityczną na Węgrzech gwałtownie zaostrzyło ujawnienie 17 września br. przemówienia Gyurcsanya z zamkniętego zebrania partyjnego, na którym przyznał on, że rządzący socjaliści miesiącami okłamywali społeczeństwo w kwestii faktycznego stanu gospodarki i państwa. Premier wezwał jednocześnie do zaprzestania tych praktyk i podjęcia niezbędnych reform. Od tego dnia na Węgrzech, przede wszystkim w Budapeszcie, trwały antyrządowe protesty. Ich uczestnicy porównywali je do powstania z 1956 r., podkreślając, że wtedy ludzie też protestowali przeciw kłamstwu. Stosowaniu takich analogii sprzeciwiają się jednak węgierscy historycy. Dyrektor Instytutu 1956 Roku, wybitny historyk Janos Rainer podkreśla, że w 1956 r. powstanie nie było skierowane przeciwko kłamstwu, tylko przeciwko dyktaturze, a teraz żyjemy w demokracji.

Najgorsza jest niepamięć

Węgierski dziennik "Nepszabadsag" tak ocenił świadomość dzisiejszych Węgrów: "Jeśli dobrze się przyjrzymy, zauważymy, że 1956 r. nikogo już na Węgrzech nie interesuje. Premier i ekipa, którą on uosabia, sprawiają wrażenie, jakby się cieszyli, że w ogóle jeszcze funkcjonują, a ich przeciwnicy ze stuprocentowym zaangażowaniem oddają się uczuciu wręcz przeciwnemu".
Rocznicowe uroczystości odbywały się również w Warszawie. Podczas konferencji na Uniwersytecie Warszawskim węgierscy i polscy historycy dyskutowali o miejscu powstania węgierskiego 1956 r. w historii Węgier, wzajemnym wpływie wydarzeń 1956 r. w Polsce i na Węgrzech i reakcji polskiego społeczeństwa na klęskę powstania. Prof. Ignac Romsics z Instytutu Historii Węgierskiej Akademii Nauk zwrócił uwagę, że z sondaży opinii publicznej wynika, iż wśród polityków XX wieku Węgrzy najbardziej cenią nie Imre Nagy’a, który stanął na czele rewolucyjnego rządu, tylko Janosa Kadara, który rządził po stłumieniu demokratycznego zrywu. To też symbol dzisiejszych czasów, w których większość społeczeństwa - zarówno w Polsce, jak i na Węgrzech - nie pamięta tragicznego okresu komunistycznej dyktatury.

Triumfalne zwycięstwo nad Sowietami

Sięgnijmy do historii. Źródłem wydarzeń w Polsce i na Węgrzech w 1956 r. była sytuacja w Związku Radzieckim. Jako kraje satelickie byliśmy uzależnieni od polityki i przemian u Wielkiego Brata. W lutym 1956 r. sekretarz generalny KPZR Nikita Chruszczow ogłosił na XX zjeździe partii słynny tajny referat o zbrodniach Stalina, co dało początek odejścia od stalinizmu w Kraju Rad i sowieckim bloku. W marcu zmarł w Moskwie I Sekretarz KC PZPR Bolesław Bierut. Miejsce Bieruta zajął Edward Ochab. Nastąpiło to przy akceptacji Moskwy.
W Polsce ogłoszono amnestię, na mocy której wiele tysięcy więźniów politycznych okresu stalinowskiego wyszło na wolność. Pod koniec czerwca miały miejsce krwawe wydarzenia w Poznaniu. Strajk pracowników Zakładów Metalowych im. Józefa Stalina (dziś im. Hipolita Cegielskiego), poparty przez pracowników innych zakładów pracy, przekształcił się w wystąpienia przeciwko komunistycznej władzy w całym mieście. Podczas walk z milicją i wojskiem zginęło 74 demonstrantów.
Kiedy sytuacja w Polsce stawała się coraz bardziej napięta, na VIII Plenum KC PZPR, 19 października, I sekretarzem wybrany został Władysław Gomułka. Ponieważ nastąpiło to bez akceptacji radzieckiej, do Warszawy przyleciało kierownictwo KPZR na czele z Chruszczowem. Gdyby nie osiągnięto porozumienia, Polsce groziła radziecka interwencja. Historycy są pewni, że Polacy stanęliby do walki z Sowietami.
Słynny kurier z Warszawy Jan Nowak-Jeziorański mówił podczas odczytu wygłoszonego na konferencji historyków w Budapeszcie w październiku 1996 r., pt. "Polska i Węgry w roku 1956": "Gomułce udało się przekonać sowieckich rozmówców, że nie zamierza wyrzekać się "kierowniczej roli partii" i występować z Paktu Warszawskiego. Chruszczow powstrzymał się od wykonania swoich gróźb. Po odlocie delegacji sowieckiej, Gomułka wybrany został pierwszym sekretarzem PZPR, a marszałek Rokossowski usunięty z władz partyjnych. Zarówno Polacy jak i Węgrzy odczytali to jako triumfalne zwycięstwo na Sowietami".

Tragedii w Polsce
zapobiegł prymas Wyszyński


Poparcie dla uchwał VIII Plenum ogarnęło całą Polskę. W każdym większym mieście i zakładach pracy, na wiecach wyrażano akceptację dla nowego kierownictwa partii i wynikających z tego swobód politycznych w kraju - najważniejsze było pozbycie się bezwzględnej dominacji ZSRR nad Polską.
Jan Nowak-Jeziorański: "W tych krytycznych dniach powrócił do Warszawy z więzienia w Komańczy Ksiądz Prymas Stefan Wyszyński i nie tracąc chwili czasu wezwał do spokoju, i rozwagi. Kardynał, otoczony po trzech latach odosobnienia aureolą bohatera i męczennika, był w oczach społeczeństwa największym autorytetem moralnym. Jego apel, nagłośniony zarówno przez RWE jak i przez media państwowe, przyczynił się niewątpliwie do tego, że Polska nie podzieliła losu Węgier. Przemówienie wypuszczonego z więzienia kardynała Jozsefa Mindszentego różniło się zasadniczo od apelu Prymas Polski. Nosiło cechy wystąpienia politycznego".

Węgry - gorsza odmiana stalinizmu

Radość Polaków przyćmiły jednak wydarzenia na Węgrzech. Przyjrzyjmy się, jak do nich doszło. Stalinizm był na Węgrzech o wiele bardziej brutalny niż w innych krajach sowieckiego bloku. Po wojnie władzę w państwie - podobnie, jak w pozostałych krajach podporządkowanych Sowietom - przejęli komuniści. Pod rządami sekretarza komunistycznej Węgierskiej Partii Pracujących i premiera Matyasa Rakosiego (właść. Rosenfeld) rozpoczął się powszechny terror. Tylko w latach 1952 - 1955 Wydział Bezpieczeństwa Państwa (AVH) inwigilował 1.136.434 osób - co piątego dorosłego mieszkańca Węgier. W 1948 r. na dożywocie skazany został prymas Węgier kard. Mindszenty. Politycznemu terrorowi towarzyszyła katastrofalna sytuacja gospodarcza.
Śmierć Stalina w 1953 r. przyniosła liberalizację również na Węgrzech. Premierem został Imre Nagy, liberalny komunista, popularny w społeczeństwie (choć - tak jak Gomułka w Polsce - odpowiedzialny za okres stalinowskich "błędów i wypaczeń"). Zmniejszyła się kolektywizacja, z więzień zaczęli wychodzić więźniowie polityczni, a "wrogom ludu" pozwolono ponownie osiedlać się w miastach. Nadzieje na zasadnicze zmiany okazały się jednak płonne. Matyas Rakosi, który zachował stanowisko I sekretarza partii, doprowadził w kwietniu 1955 r. do obalenia Nagy’a. Nowym premierem został całkowicie podporządkowany Rakosiemu Andras Hegedüs. Powrót do brutalnego terroru politycznego był jednak niemożliwy - nie popierała tego nawet Moskwa. Rakosi wyjechał na "leczenie" do ZSRR - i nigdy już (tak jak Bierut) stamtąd nie wrócił.
Jan Nowak-Jeziorański: "Mathyas Rakosi, stalinista, który był węgierskim odpowiednikiem Bolesława Bieruta, został odsunięty pod naciskiem Moskwy, ale jego następca Erno Gerö okazał się nie lepszy od swego poprzednika. Masowe manifestacje solidarności z Polską w dniu 23 października przebiegły bez gwałtu, choć żądania wolnych wyborów i wielopartyjnego systemu szły dalej od rezolucji uchwalanych na polskich wiecach. Dopiero brutalne przemówienie radiowe Gerö, pełne gróźb i inwektyw pod adresem manifestantów, stało się iskrą rzuconą na proch. Odpowiedzią był wybuch walk ulicznych".

"Polska dała nam przykład, pójdźmy polską drogą"

Powstanie węgierskie 1956 r. rozpoczęło się 23 października od wiecu studentów w Budapeszcie. Naczelnym hasłem demonstracji pod pomnikiem bohatera obu narodów - gen. Józefa Bema było: "Polska dała nam przykład, pójdźmy polską drogą". Żądań, przede wszystkim politycznych, było wiele: przeprowadzenie wolnych wyborów, zniesienie komunistycznej dyktatury i stworzenie systemu wielopartyjnego, utworzenie nowego rządu pod przywództwem Imre Nagy’a, usunięcie i postawienie przed sądem dotychczasowego kierownictwa partii, dokonanie radykalnych przemian gospodarczych, całkowita wolność przekonań, słowa i druku, przywrócenie godła przyjętego w czasie rewolucji 1848 r. oraz święta narodowego w dniu 15 marca (rocznicy wybuchu tej rewolucji), i w końcu - wycofanie wojsk radzieckich, a także wyjście Węgier z Układu Warszawskiego. Manifestanci domagali się zatem o wiele większych zmian niż te postulowane i przeprowadzone w Polsce. Węgierska demonstracja, której celem było przywrócenie demokratycznych swobód, przekształciła się szybko w narodowe powstanie. Związek Radziecki - rzecz jasna - nie mógł na to pozwolić.
Po wspomnianym już przemówieniu radiowym premiera Gerö na mieście rozpoczęły się rozruchy. Padli pierwsi zabici i ranni. Zebrany w nocy Komitet Centralny WPP postanowił dołączyć do swego składu działaczy prześladowanych w okresie dyktatury Rakosiego. Ogłoszono, że premierem będzie Imre Nagy, ale przed społeczeństwem ukryto już fakt, że Gerö trzyma go w areszcie domowym. Równocześnie Biuro Polityczne postanowiło wezwać wojska radzieckie. Kiedy sowieckie czołgi wjechały na ulice Budapesztu, zostały zaatakowane przez powstańców. Na stronę manifestantów zaczęły przechodzić niektóre oddziały wojska. W większości zakładów miasta rozpoczął się strajk.

Druga inwazja sowiecka

25 października z funkcji I sekretarza, pod naciskiem Rosjan, ustąpił Erno Gerö, a na jego miejsce powołano Janosa Kadara. Ale zmiany te nie były w stanie powstrzymać dokonującego się właśnie powstania. Reaktywowano stare partie polityczne i zakładano nowe. Walki na mieście nie ustawały.
Wtedy poparcie dla postulatów powstańców ogłosił uwolniony z aresztu domowego premier Imre Nagy. 30 października podjął prawdziwie "kontrrewolucyjną" decyzję: likwidację systemu jednopartyjnego na Węgrzech. W nocy, tego samego dnia, przybyła do Budapesztu delegacja radziecka i uzgodniła wycofanie wojsk sowieckich z Budapesztu oraz zasady ich wycofania z całych Węgier.
Wydawało się zatem, że węgierskie powstanie wygrało - uzyskując bez porównania więcej niż "polski październik" - obietnice wycofania wojsk radzieckich, nieskrępowanego tworzenia partii politycznych i wolnych wyborów. Życie zaczęło powoli wracać do normy. Były to jednak tylko pozory. Sowieci mieli już przygotowaną drugą inwazję. Moskwa nie miała zamiaru dopuścić, aby jakieś państwo wymknęło się z jej strefy wpływów. Już wcześniej do węgierskich władz napływały sygnały o nadciągających przez granicę nowych oddziałach armii czerwonej. W tej sytuacji premier Nagy powtórnie wezwał do siebie przedstawicieli ZSRR i oświadczył, że Węgry w trybie natychmiastowym wycofują się z Układu Warszawskiego i ogłaszają neutralność. O tej decyzji poinformowano ONZ.
Sowieci udali, że są gotowi przyjąć żądania Węgrów. Postanowiono, że wojska rosyjskie opuszczą Węgry do 15 stycznia 1957 r. Szczegóły miano omówić wieczorem, w kwaterze radzieckiego dowództwa w Tököl. Przybyłych na spotkanie Węgrów, po początkowym serdecznym przyjęciu, aresztował szef KGB Iwan Sierow (ten sam manewr zastosował wcześniej wobec przywódców Polskiego Państwa Podziemnego, sądzonych w "procesie 16" w Moskwie).

Świat nie pomógł,
pomogła Polska


Wczesnym rankiem 4 listopada 1956 r. 17 sowieckich dywizji, wspomaganych przez lotnictwo, czołgi i artylerię zaatakowało Węgry. Wraz z Sowietami przybył stworzony przez nich "Rewolucyjny Rząd Robotniczo-Chłopski", z Janosem Kadarem na czele. O godz. 5.05 w audycji radiowej nadanej z Użgorodu lub z Szolnok ogłosił on napisany przez władze radzieckie manifest.
Piętnaście minut później na falach budapeszteńskiego Radia Kossuth rozległ się dramatyczny głos Imre Nagy’a: "O świcie wojska radzieckie zaatakowały naszą stolicę z oczywistym celem obalenia legalnego, demokratycznie wybranego rządu Węgier. Nasze oddziały walczą. Rząd jest na swoim posterunku. Informuję naród węgierski i świat o tym fakcie". Następnie przemówił pisarz Gyula Háy: "Wzywamy pomocy intelektualistów wszystkich krajów. Nasz czas jest ograniczony. Wszyscy znacie naszą sytuację. Nie ma potrzeby powtarzać. Pomóżcie Węgrom. Pomóżcie pisarzom, uczonym, robotnikom, chłopom i całej węgierskiej inteligencji. Pomóżcie! Pomóżcie! Pomóżcie!".
Świat jednak Węgrom nie pomógł. Zachód był zajęty konfliktem wokół znacjonalizowanego właśnie przez Egipt Kanału Sueskiego. Sowietów do interwencji zachęciła też postawa amerykańskiego prezydenta Eisenhowera, który oświadczył, że powstrzymywanie Związku Radzieckiego nie leży w interesie USA.
Węgrom pomagali natomiast Polacy. Przeprowadzaliśmy powszechne zbiórki żywności i leków, które drogą lotniczą dostarczano do Budapesztu. Oddawaliśmy krew dla braci Węgrów. Ochotnicy z Polski próbowali przedostać się na Węgry, często jednak byli zatrzymywani na granicy z Czechosłowacją.

Tragiczne doświadczenie
Powstania Warszawskiego


W wyniku sowieckiej interwencji zginęło ponad 3000 obywateli Węgier. Rannych było ok. 20 tys. Tysiące uczestników rewolucji zostało aresztowanych i deportowanych do Związku Radzieckiego, inni stawali przed sądami, wielu skazano na kary długoletniego więzienia i śmierci. Wśród straconych był Imre Nagy, którego następnie pochowano na więziennym podwórzu twarzą do ziemi. Przez granicę z Austrią udało się na emigrację około 200 tys. Węgrów.
Oddajmy jeszcze raz głos Janowi Nowakowi-Jeziorańskiemu: "Gomułka zawiódł pokładane w nim nadzieje, ale nie zdołał zniszczyć wszystkich zdobyczy polskiego Października. Nie próbował powrócić do przymusowej kolektywizacji. Kościół był szykanowany i ograniczany, ale nie było już usiłowań zniszczenia go terrorem i aresztowaniami. Inteligencja twórcza nie pozwoliła narzucić sobie z powrotem roli posłusznego narzędzia partyjnej propagandy. Polska po Październiku odchyliła się znacznie od ortodoksyjnego wzorca »demokracji ludowych«. Bez Października 1956 roku nie doszłoby do narodzenia się »Solidarności« w ćwierć wieku później".
Nowak-Jeziorański zakończył swój odczyt w październiku 1996 r. słowami: "Zasadnicza różnica między Polakami a Węgrami polegała na tym, że ci ostatni nie mieli za sobą tragicznego doświadczenia, jakim była klęska Powstania Warszawskiego. (…) Drżeliśmy na samą myśl, że tragedia może się powtórzyć, i że możemy stać się jej współsprawcami".

Tadeusz M. Płużański

Publicystyka Tadeusza M. Płużańskiego na ASME.


POLSKI PAŹDZIERNIK 1956: PRAWICA SPISAŁA SIĘ NA MEDAL - Antoni Zambrowski Wysłane poniedziałek, 30, października 2006 przez Krzysztof Pawlak

Zwycięstwo Polaków nad Imperium Zła w dniach 19 - 23 października 1956 roku poprawiło natychmiast nasz wizerunek w oczach świata. Węgierskie Powstanie rozpoczęło się od studenckiej demonstracji solidarności z Polakami w Budapeszcie pod pomnikiem naszego wspólnego bohatera, gen. Józefa Bema. Węgierska tragedia spowodowana sowiecką interwencją zbrojną jeszcze bardziej uwidoczniła cnoty Polaków, poprzednio negowane przez historyków i politologów. Wszak Fryderyk Engels - skądinąd sympatyk polskich powstań narodowych - stwierdził w liście do Karola Marksa, iż polskie dokonania w dziejach - to tylko odważne głupstwa. Austriacki dramaturg Franz Werfel napisał popularną w Europie i Stanach Zjednoczonych sztukę teatralną pt. "Jakobowski i Pan Pułkownik", w której opisał mądrego i zarazem odważnego Żyda Jakobowskiego, który w godzinach klęski Francji w lecie 1940 roku przyłączył się do zwariowanego polskiego pułkownika o charakterystycznym nazwisku Umieralski, by wraz z nim przedostać się brytyjską łodzią podwodną do Anglii. I istotnie Zachód traktował nas, zwłaszcza po Powstaniu Warszawskim jako Umieralskich. Po Polskim Październiku '56 było to już niemożliwe. Świat docenił polską rozwagę i odpowiedzialność. Rosyjska inteligencja o nastrojach demokratycznych, która boleśnie przeżyła sowiecką interwencję na Węgrzech, propagowała modę na różnorakie polskie dokonania kulturalne owych lat, zaś znany rosyjski pisarz emigracyjny Władimir Maksimow sam opowiadał mi w Warszawie, że po Październiku '56 rosyjski inteligent patrzył na Polaka "snizu wwierch", czyli z szacunkiem i podziwem.

Wszystko to było zasługą polskiej prawicy niepodległościowej, która w odróżnieniu od węgierskich powstańców, liczyła się z geopolitycznymi realiami. Ludzie zdawali sobie sprawę, że muszą ograniczyć się do zdecydowanego poparcia przeciwko Moskwie polskiego komunisty Władysława Gomułki, gdyż nie stać nas na wybór Stanisława Mikołajczyka czy też przysłowiowego gen. Władysława Andersa na białym koniu. Niemałe zasługi w tym względzie miał Kościół katolicki z księdzem Prymasem Stefanem kardynałem Wyszyńskim na czele oraz ówczesny dyrektor Rozgłośni Polskiej Radia Wolna Europa Jan Nowak, czyli Zdzisław Jeziorański. Wpływali oni na postawy szerokich rzesz wiernych oraz licznych słuchaczy zachodniego radia w kierunku rozważnego umiarkowania. Obydwaj przeżyli dramat Powstania Warszawskiego jako jego uczestnicy i wyciągnęli z tego odpowiednie wnioski na przyszłość, że dość już przelewania polskiej krwi bez pewności sukcesu. Tej zasady trzymał się ksiądz Prymas przez cały czas swego posługiwania, zaś dyr. Jan Nowak-Jeziorański przez cały czas swej misji w Monachium wbijał w głowy słuchaczy swego radia, iż to właśnie ksiądz Prymas Wyszyński jest najwyższym autorytetem moralnym w kraju.
Obok powstańczej alternatywy, rokującej nieubłaganie klęskę w obliczu sowieckich czołgów, groziła Polsce inna prawicowa alternatywa: izolacjonizm. Ludzie prawicy mogli się obrazić na Czerwonych i uznać, że nic ich nie obchodzą wewnątrzpartyjne rozgrywki w komunistycznym gronie. Była by to postawa niezbyt roztropna, ale psychologicznie uzasadniona. Mimo to Polacy w swej większości poparli "niepodległościowych" komunistów, którzy bez tak masowego zaplecza nie byliby w stanie odeprzeć nacisków Kremla i jego polskich popleczników. Skutkiem byłaby klęska partyjnego obozu reform, która oznaczałaby również klęskę polskich aspiracji narodowych. Na szczęście tak się nie stało.
Ksiądz Prymas w przeciągu roku 1956 nie wdawał się w rozgrywki na szczytach władzy pomiędzy Puławianami a promoskiewskimi Natolińczykami, natomiast w warunkach ścisłej konspiracji przygotował w swym klasztorze w Komańczy w Bieszczadach program Jasnogórskich Ślubowań Narodu. Ale na wyciągniętą do zgody rękę odpowiedział propozycją porozumienia pomiędzy państwem a Kościołem.
Jak sam później przyznał - nie miał nadmiernych złudzeń co do intencji strony partyjnej, więc i późniejsze rozczarowanie związane z odejściem Gomułki od październikowego programu reform nie było tak głębokie, jak ze strony zawiedzionego społeczeństwa. Sądząc z "Zapisków więziennych", czyli fragmentów dzienników ks. Prymasa, już w Komańczy przewidział on przyszłe kłopoty związane z osobowością Zenona Kliszki, który po paru latach stał się osobą nr 2 w KC PZPR. A to właśnie Kliszko był tym dostojnikiem partyjnym, który w uzgodnieniu z Gomułką rozpoczął po kilku latach rozejmu akcję usuwania krzyży w szkołach.
Zenon Kliszko został po latach jednym z winowajców masakry polskich robotników na Wybrzeżu w grudniu 1970 roku, do dnia dzisiejszego nie rozliczonej przez wymiar sprawiedliwości. Wraz z Gomułką poniósł jednak za to odpowiedzialność polityczną, wylatując wtedy w polityczny niebyt. A ksiądz Prymas pozostał - jak to głosiło Radio Wolna Europa pod kierownictwem Jana Nowaka-Jeziorańskiego - najwyższym autorytetem moralnym w Polsce.

Antoni Zambrowski

Zostań donatorem naszych publicystów:
Jeśli satysfakcjonuje Cię publicystyka Antoniego Zambrowskiego - możesz wesprzeć Naszego Autora datkiem.
Konto:
61 1240 1040 1111 0010 0042 5486
Bank PeKaO SA III O. w Warszawie



Publicystyka Antoniego Zambrowskiego na ASME


Demonstracje buńczuczności premiera Kaczyńskiego na scenie międzynarodowej wpadają w próżnię - Stanisław Michalkiewicz o efektach wizyty lidera PiS i szefa rządu Jarosława Kaczyńskiego w Berlinie Wysłane poniedziałek, 30, października 2006 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz








Demonstracje buńczuczności premiera Kaczyńskiego na scenie międzynarodowej wpadają w próżnię - Stanisław Michalkiewicz o efektach wizyty lidera PiS i szefa rządu Jarosława Kaczyńskiego w Berlinie
Wysłane poniedziałek, 30, października 2006 przez Krzysztof Pawlak

"Zakończyła się wizyta premiera Kaczyńskiego w Berlinie. Wygląda na to, że pan premier nadrabia zaległości jeszcze z czasów premiera Mazowieckiegio, który dał się nabrać pięknym słówkom i uściskom potężnego kanclerza Kohla, i przystąpił razem z nim do nabożnie do komunii świętej i nie miał w tej atmosferze ochoty domagać się zawarcia traktatu pokojowego z Polską, czego domagała się - a przynajmniej mówiła o tym - pani Margareth Thatcher i chciała uczynić warunkiem zgody na połączenie Niemiec, by przynajmniej w ten sposób wyrównać rachunki i winy Anglii za Jałtę i okupację sowiecką. Co się stało, to się już raczej nie odstanie. Pan premier Kaczyński zaproponował podpisanie pani kanclerz Merkel traktatu o wzajemnym zrzeczeniu się wszelkich roszczeń, ale pani Aniela Merkel nie zgodziła się na to" - Stanisław Michalkiewicz komentuje najnowsze, dzisiejsze wydarzenia z polityki międzynarodowej.

Wygląda na to, że rząd Niemiec nie chce zagwarantować polskiemu rządowi, iż w przyszłości nie będą podnoszone takie roszczenia. Przebieg tej wizyty wskazuje wyraźnie, że nie ma przełomu w stosunkach polsko-niemieckich, nadal pozostaje dla Niemców fundamentem dla ich polityki europejskiej strategiczne partnerstwo niemiecko-rosyjskie. To wpływa na charakter interpretacji tej swoistej buńczuczności prezentowanej przez premiera Kaczyńskiego wobec międzynarodowej opinii publicznej. Do kogo ta demonstracja ma być skierowana - zastanawia się Stanisław Michalkiewcz. Może do Stanów Zjednoczonych? Ale właśnie USA wracają do swej tradycyjnej polityki europejskiej, w które głównym prokurentem ich działań są właśnie Niemcy. W taki razie buńczuczne stanowiska premiera Kaczyńskiego padają w próżnię, co oczywiście nas bardzo martwi...

Nagranie trwa prawie 6 minut i jest dostępne w Sieci do 13 XI 2006 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




Prezydent udowadnia, że zasługuje na wyższe poparcie opinii publicznej niż obecny rząd i sejm - Łukasz Perzyna o pierwszym roku prezydentury Lecha Kaczyńskiego Wysłane poniedziałek, 30, października 2006 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |








Prezydent udowadnia, że zasługuje na wyższe poparcie opinii publicznej niż obecny rząd i sejm - Łukasz Perzyna o pierwszym roku prezydentury Lecha Kaczyńskiego
Wysłane poniedziałek, 30, października 2006 przez Krzysztof Pawlak

"Gdy w Polsce ważyły się losy koalicji rządzącej, PiS odzyskał większość parlamentarnych, w cieniu tych przetargów obchodziliśmy rocznicę zeszłorocznych wyborów, także prezydenckich. Padło w związku z tym wiele słów, ważniejszych i mnie poważnych. Na przykład Tomasz Sakiewicz, redaktor naczelny »Gazety Polskiej«, poproszony o ocenę pierwszego kresu prezydentury Lecha Kaczyńskiego, powiedział, że była to »prezydentura na koniu i w boju«. To chyba jakaś pomyłka" - uważa Łukasz Perzyna, publicysta "Tygodnika Solidarność" i naszej witryny ASME, komentując pierwszy rok prezydentury Lecha Kaczyńskiego.

Pomyłka wynika chyba stąd, że na koniu przed Pałacem Prezydenckim siedzi nie Lech Kaczyński, lecz książę Józef Poniatowski, a konstytucja przeznacza dość skromne prerogatywy urzędującemu prezydentowi. Wydaje się, że jeśli Lech Kaczyński wskazywany jest przez dużą liczbę Polaków w sondażach jako dobry prezydent, również przez tych, którzy nie głosowali na PiS - to jest to premia za postawę nie angażowania się w bieżącą walkę polityczną, od tych form rywalizacji, które nie przystoją głowie państwa.
Polityk zagraniczna, którą nadzoruje Pałac Prezydencki, przynosi dobre owoce: podniesienie rangi naszego kraju na międzynarodowej scenie, pojednanie z Ukraińcami w Pawłokomie, szansa na wspólne z naszymi wschodnio-południowymi sąsiadami zorganizowanie Mistrzostw Europy w 2012 roku, promocja tego państwa na arenie europejskiej, co ma zapewnić spokojną przyszłość naszemu państwu. Nie jest to więc prezydentura "na koniu i w boju", lecz raczej dyplomatyczna, reprezentująca polską rację stanu. Opinie wzywające Lecha Kaczyńskiego do zostania drugim Lechem Wałęsą są mało poważne, co wskazuje raport Platformy Obywatelskiej opisujący transfery żurnalistyczne sprzyjających ugrupowaniu PiS dziennikarzy do mediów "państwowych". Przed wyborami politycy PiS zarzekali się, że nie będą stosować metod post(?)komunistycznych za czasów np. prezesury w TVP towarzysza Roberta Kwiatkowskiego - niestety rzeczywistość pokazuje, że jest inaczej, czyli po staremu. Lech Kaczyński jest szczęśliwie dla niego - ponad brudem codziennych machlojek.
Przy okazji zgłoszonego projektu zmiany konstytucji, związanego z wpisaniem do niej ochrony życia poczętego, Lech Kaczyński przeciwstawił się histerycznemu pomysłowi Ligi Polskich Rodzin - jako pierwszy. Dopiero po nim powtórzył stanowisko sprzeciwiające się Jarosław Kaczyński, premier. Lech Kaczyński wyszedł z własną inicjatywą zlikwidowania w niedalekiej przyszłości armii z poboru, co jest spełnieniem postulatu Unii Polityki Realnej i może tylko znowu podwyższyć powagę naszego kraju wśród sojuszników z NATO oraz hipotetycznych przeciwników..

Nagranie trwa prawie 15 minut i jest dostępne w Sieci do 13 XI 2006 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.