listopada 10, 2006 - listopada 22, 2006

Wiktor Poliszczuk, jako Ukrainiec, szczególnie trafnie pokazuje nam, żebyśmy nie nadskakiwali ich ruchowi nacjonalistycznemu - część II nagrania TV ASME z uroczystości wręczenia nagrody im. Józefa Mackiewicza Wysłane środa, 22, listopada 2006 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |








Wiktor Poliszczuk, jako Ukrainiec, szczególnie trafnie pokazuje nam, żebyśmy nie nadskakiwali ich ruchowi nacjonalistycznemu - część II nagrania TV ASME z uroczystości wręczenia nagrody im. Józefa Mackiewicza
Wysłane środa, 22, listopada 2006 przez Krzysztof Pawlak

"Książka Wiktora Poliszczuka nosi tytuł »Gorzka prawda«, jak tytuł już wskazuje - jej tematem jest sama prawda. »Jedynie prawda jest ciekawa« - ale najwyraźniej nie dla wszystkich, niektórzy wolą dużo poświęcić, by się jej nie dowiedzieć, i to jest przyczyną goryczy, o której mowa w tytule książki. Gorycz ta jest podwójna: Wiktor Poliszczuk jest Ukraińcem i pisze o Ukraińcach. Pisze o ukraińskim ruchu nacjonalistycznym, ukazuje prawdę w popularny sposób, penetrując w sposób benedyktyński archiwa zachodnie, rosyjskie, niemieckie - po to, by się tej prawdy dokopać. Nikt jednak nie jest zainteresowany w ujawnieniu i spopularyzowaniu tej prawdy, a wręcz przeciwnie: wielu chciałoby ją ukryć w ramach swoiście pojmowanej racji stanu i poprawności politycznej" - Stanisław Michalkiewicz wygłasza laudację II wyróżnienia Nagrody im. Józefa Mackiewicza - książki "Gorzka prawda".

Wiktor Poliszczuk twierdzi, że efektem działalności ruchu nacjonalistycznego Ukraińców była tragedia, zbrodnia - ludobójstwo. I to ludobójstwo szczególnie okrutne. Po raz pierwszy zostało opisane w dziele Ewy i Władysława Siemaszków "Ludobójstwo na Wołyniu" - nagrodzonej też Nagrodą Mackiewicza - ale celem Poliszczuka nie jest zrelacjonowanie tych wszystkich okropności, lecz zilustrowanie tych tez przykładami wziętymi z życia. Trzecią częścią tej książki są perypetie PT Autora z tym odkryciem, jak ją pokazać, bo prawda przegrywała z polityczną poprawnością. Zasługą Poliszczuka jest spostrzeżenie i zaakcentowanie, że ukraiński ruch nacjonalistyczny nie jest narodem ukraińskim, jest tylko jego pewną częścią, i to niekoniecznie jego częścią reprezentatywną. Natomiast w imię swoiście pojmowanej racji stanu następuje zatarcie tej różnicy - stawia się znak równości pomiędzy ruchem nacjonalistycznym a narodem ukraińskim i w rezultacie dążenie do pojednania z narodem ukraińskim przyjmuje postać NADSKAKIWANIA przedstawicielom ruchu nacjonalistycznego... A my, Polacy, w tym nadskakiwaniu uczestniczmy chociażby jako statyści - i to nam stara się uświadomić Wiktor Poliszczuk.

Nagranie trwa ponad 27 minut i jest dostępne w Sieci do 6 XII 2006 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




Teologia drugiej tury - Krzysztof Mazur Wysłane wtorek, 21, listopada 2006 przez Krzysztof Pawlak

Kilka dni temu polscy wyborcy dokonali wyboru swoich reprezentantów do rad samorządowych, wybierając zarazem wójtów, burmistrzów i prezydentów miast w liczbie 1633 na 2478 chętnych do objęcia tych, z reguły lukratywnych, posad. Z reguły, gdyż okazuje się, że są takie miejsca na politycznej mapie naszego kraju, gdzie na urząd kandydował tylko jeden pretendent, a w jednej gminie nie dokonano wyboru z braku chętnych do objęcia tego stołka. W tym miejscu mimowolnie przypomina się stary dowcip o studentce z Omska zdającej egzamin na moskiewskim uniwersytecie, której wyrozumiały profesor zadawał, wydawałoby się, proste pytania dotyczące życiorysów tak znanych powszechnie postaci jak Lenin, Stalin czy Beria. Mimo tego studentka konsekwentnie i najwyraźniej szczerze odpowiadała, że po raz pierwszy słyszy o takich nazwiskach. Po którejś z rzędu próbie profesor popadł w głęboką zadumę, z której wyrwała go zaniepokojona studentka, pytając, czy przypadkiem coś mu nie dolega. Profesor odpowiedział, że wszystko w porządku, tylko zastanawiał się, czy nie rzucić tego wszystkiego w czorty i nie przenieść się do Omska. Takie powrót do Omska, a raczej do okolic Tarnowa wybrał - niestety nieświadomie - poseł Rojek, który zostając radnym powiatowym, utracił jednocześnie - ku swojemu przerażeniu - mandat poselski. Wprawdzie poseł Rojek tłumaczył, że szkoda mu będzie tych sejmowych korytarzy, ale każdy głupi wie, że najbardziej szkoda będzie sejmowej kasy.
Ale wracając a nos moutons, to do drugiej tury "szykuje się" nadal 809 gmin i 34 miasta i zanosi się, że stan posiadania partii kierowanej przez specjalistę od "wyciskania brukselki", czyli Waldemara Pawlaka, może jeszcze ulec zwiększeniu. Przy okazji ostatniego spektakularnego sukcesu wyborczego PSL-u, wielu komentatorów zastanawiało się nad jego przyczynami, wskazując generalnie na zawiedzione oczekiwania dotychczasowych wyborców Samoobrony. Chciałbym dodać jeszcze jeden czynnik, tj. poparcie miejscowego kleru, które być może nie jest czynnikiem najważniejszym, ale w gminie, w której przyszło mi zamieszkiwać i gminach okolicznych, okazuje się bardzo istotnym. Już krótko przed pierwszą turą wyborów w trakcie kościelnych nabożeństw można było usłyszeć rozwlekłe dziękczynne wypominki wygłaszane przez proboszczów pod adresem miłościwie panujących - nieraz już od wielu lat - lokalnych (często właśnie z namaszczenia PSL-u) kacyków, specjalistów najpierw od wyciskania budżetu, później wyciskania rządowych agencji, a obecnie od wyciskania "brukselki". Można było dowiedzieć się, ile to dobrego taki burmistrz lub wójt uczynił dla miejscowej parafii, fundując a to przycmentarny parking przed Wszystkimi Świętymi (a że akurat dwa tygodnie przed wyborami - to już jedynie zbieg okoliczności), a to remontując drogę gminną lub chodnik przy plebanii czy pomagając przy wielu, zwykle nienazwanych z imienia i nazwiska, inicjatywach. Tak się składa, że w mojej gminie sprawa wójta ulegnie rozstrzygnięciu w drugiej turze, w której mają zmierzyć się kandydat PiS oraz dotychczasowy wójt z poręki PSL-u. Z ostatniej niedzielnej Mszy św. oprócz czytań stanowiących wyjątek z Apokalipsy św. Jana zapamiętałem również istotny fragment parafialnych ogłoszeń, dotyczący zasług panującego wójta, który wspomógł parafię w sprawnym i szybkim załatwieniu formalności przy uzgadnianiu dokumentacji dotyczącej remontu kościół parafialnego. Jednocześnie ks. proboszcz nie zapomniał ogłosić, że po wieczornym nabożeństwie w salce katechetycznej odbędzie się spotkanie z wymienionym wójtem (co za zbieg okoliczności...) poświęcone sprawom rozwoju gminy i miejscowości. Pewnie to znowu zbieg okoliczności, iż dokładnie za tydzień miałyby odbywać się wybory na stanowisko wójta, ale nie przypominam sobie, aby w ciągu ostatnich czterech lat odbyło się chociaż jedno spotkanie poświęcone sprawom rozwoju wsi i gminy. W owym stręczeniu najbardziej irytujący był nie sam fakt nachalności takiej otwartej propagandy czy samej osoby kandydata, ale sposób argumentowania i dochodzenia do tak ukierunkowanego poparcia.
Nie dość, że dziesięciolecia socjalizmu i komunizmu istotnie wypaczyły sposób rozumienia roli władzy publicznej i zasad rządzących finansami publicznym, to podpierając się autorytetem Kościoła, nadal wpaja się ludziom przekonanie, że jakkolwiek coś zrobi wójt, burmistrz czy prezydent, to robi to na zasadzie swojej dobrej woli, czyli pańskiej łaski, a nie z faktu, że jest to jego - za przeproszeniem - psi obowiązek. Jeżeli wójt zainicjował remont drogi przy przykościelnego parkingu, to sfinansował to nie z własnej kieszeni, ale z pieniędzy zabranych wcześniej mieszkańcom danej wsi lub parafii. Po drodze część tych pieniędzy uszczknął na potrzeby opłacenia własnego dworu, a i kupując materiały lub wynajmując koparkę - również pomyślał o interesach swoich świeckich akolitów. Podziękowania za sprawne opieczętowanie dokumentacji budowlanej lub remontowej przypominają z kolei podziękowania skierowane pod adresem osiedlowych żulików, którzy uratowali życie staruszce przez fakt, iż jej nie pobili i nie okradli. Obowiązkiem urzędników, w tym tych na najwyższych stołkach, nie jest uprzykrzanie ludziom żywota i mnożenie przeszkód w załatwieniu urzędowych czynności, ale wprost przeciwnie - ułatwianie życia i sprawna obsługa. Być może taka konstatacja stanowi dla wielu współczesnych ludzi rodzaj myślowego abstraktu, ale to świadczy jedynie, do jakiego zaułka zabrnęliśmy po szesnastu latach transformacji ustrojowej i po ośmiu latach od czasu wiekopomnej reformy samorządowej.
W tym miejscu warto również zwrócić uwagę, że wybory samorządowe to nie tylko problem miejscowych chodników, koszów na śmieci, wodociągów etc., co niekiedy stwierdzali również publicyści prawicowi, próbując udowadniać, że wybory te nie powinny mieć politycznego charakteru. Otóż powinny - a to z tego względu, że filozofia rządzenia państwem, województwem, powiatem czy gminą to ta sama filozofia wydawania publicznego grosza, skutkująca np. chronicznymi deficytami budżetowymi i zadłużaniem mieszkańców. Nie zmienia tego fakt, że budżet państwa zamyka się kwotą ponad 225 miliardów złotych, a budżet gminy czy miasta - kilkuset milionów złotych. Samorządy w Polsce wydają ok. 100 mld zł, a dla przykładu budżet Warszawy grubo przekracza 7 miliardów złotych, co jest kwotą podobną do tej, którą budżet państwa przeznacza np. na krajowy wymiar sprawiedliwości. Jest to wreszcie kwestia regulowania własności i prywatyzacji mienia komunalnego czy tzw. pomocy społecznej sprowadzającej najczęściej urząd do roli bankomatu wypłacającego zasiłki i utrwalającego lokalne patologie społeczne.
Stad też powstaje paląca już potrzeba jakościowo nowego przywództwa także na szczeblu lokalnym, gdyż obyczaje, które lęgną się na tym poziomie, znajdują swoje odzwierciedlenie w kolejnych wyborach sensu stricto politycznych. Ale czego oczekiwać od często prostych i powolnych wiernych, skoro w swych politycznych i ekonomicznych przesądach są utwierdzani nie tylko przez oficerów frontu ideologicznego, ale również przez proboszczów i biskupów, także tych z doktorskimi i profesorskimi tytułami?

Krzysztof Mazur

Publicystyka Krzysztofa Mazura na ASME


Arogancki szowinizm - Stanisław Michalkiewicz Wysłane poniedziałek, 20, listopada 2006 przez Krzysztof Pawlak

Ledwo tylko przy placu Na Rozdrożu w Warszawie stanął pomnik Romana Dmowskiego, zaraz został oprotestowany przez różne osobistości, m.in. przez panią dr Alinę Całą i Marka Edelmana. Pani dr Cała jest pracownikiem naukowym Żydowskiego Instytutu Historycznego, gdzie specjalizuje się w "socjologii stosowanej etnicznej", cokolwiek by to miało znaczyć, no a pan dr Edelman jest, jak wiadomo, bohaterem i w ogóle. Ich protest przeciwko pomnikowi Romana Dmowskiego uzasadniony był tym, że Dmowski był nacjonalistą i - jakże by inaczej - antysemitą. Czyżby uważali, że na przywilej posiadania pomnika w Warszawie zasługują tylko internacjonaliści i filosemici? Nie wiem, jak "socjologia stosowana etniczna" definiuje internacjonalizm, ale pewne światło rzuca na ten problem znana anegdotka o Czechosłowaku. Czech nazywa się, dajmy na to, Kohout. Słowak z kolei - Jablonsky. A jak nazywa się Czechosłowak? Najprędzej będzie nazywał się Cymerman. Jeśli tak, to internacjonalistów na pomniki na pewno nam nie zabraknie, chociaż być może dzisiaj nie ma ich aż tak wielu, jak, dajmy na to, w czasach stalinowskich. Wtedy w samym tylko Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego internacjonaliści mieli wyraźną nadreprezentację, podobnie zresztą, jak i w innych organach, powiedzmy, "siłowych". Właśnie obejrzałem w TV Puls program o sądowym morderstwie na generale Emilu Fieldorfie "Nilu", w którym maczała palce m.in. pani prokurator Graff. Czy to jest jakaś rodzina pani dr Agnieszki Graff, tresującej tubylcze kobiety do internacjonalistycznego feminizmu, czy tylko przypadkowa zbieżność nazwisk, bez dziedziczenia poczucia misji?

Czy jednak sprzeciw wobec Romana Dmowskiego jest w przypadku pani dr Całej tak do końca szczery? Przecież jest ona pracownikiem naukowym Żydowskiego Instytutu Historycznego, a więc instytucji ufundowanej na podstawie narodowej, a może nawet nacjonalistycznej. W końcu Instytut ten prowadzi studia nad historią z żydowskiego punktu widzenia, co dla nacjonalistów jest, zdaje się, typowe. Bo, powiedzmy sobie szczerze, Roman Dmowski nie robił nic innego, tylko analizował sytuację polityczną z punktu widzenia polskiego, tak samo, jak pani dr Cała, czy pan dr Edelman - z żydowskiego. Jakaż więc między nimi różnica? Wygląda na to, że tylko taka, że Dmowski - z polskiego, a oni - z żydowskiego. No dobrze, ale dlaczego właściwie pani Całej wolno, a Dmowskiemu - już nie? Czyżby polski punkt widzenia został już w Polsce zabroniony? Nic o tym nie wiemy, przeciwnie - z okazji niedawnej rocznicy odzyskania Niepodległości byliśmy przez wszystkich gorąco zachęcani do kultywowania patriotyzmu, który objawia się m.in. w ocenianiu sytuacji pod kątem polskiego interesu narodowego i państwowego. W tej sytuacji można odnieść wrażenie, jakby protest pani dr Całej i pana Edelmana stanowił próbę narzucenia nam żydowskiego punktu widzenia jako obiektywnego. No dobrze, ale dlaczego właściwie mielibyśmy przyjmować żydowski punkt widzenia? Czy taka próba nie jest aby ze strony pani Całej i pana Edelmana objawem aroganckiego szowinizmu?
Roman Dmowski rzeczywiście wypowiadał się wobec Żydów krytycznie i być może nie protestowałby, gdyby nazwali go oni antysemitą. Warto jednak przypomnieć, że kiedy Roman Dmowski zabiegał w Paryżu o polskie interesy państwowe, musiał stawić czoła wpływowemu kierownictwu żydowskiej diaspory. "W chwili zakończenia wojny światowej wpływowi na terenie międzynarodowym Żydzi zapewniali bez ceremonii, że nie dopuszczą do tego, ażeby Polska była państwem narodowym i miała istotnie narodowe rządy" - wspomina Dmowski. Krótko mówiąc, wystąpiła kolizja między polskim a żydowskim interesem politycznym w Europie Środkowej i Roman Dmowski stanął na gruncie interesu polskiego. Taki to ci był jego "antysemityzm". I chociaż od jego śmierci minęło już 67 lat, najwyraźniej ani pani dr Cała, ani pan dr Edelman, ani tzw. pożyteczni idioci spośród tubylców, nie mogą mu tego darować. Co "stosowana socjologia etniczna" mówi o takiej zapamiętałej mściwości?
W kilka dni po wspomnianym proteście, jacyś zakapturzeni "nieznani sprawcy" oblali pomnik Dmowskiego farbą, namalowali na cokole swastyki, a na chodniku obok poumieszczali napisy odbite z szablonów. Pracowali metodycznie i spokojnie, nie bojąc się spłoszenia przez policję, która wprawdzie została zawiadomiona, ale pewnie nigdy nie ośmieli się ich zidentyfikować, nie mówiąc już o złapaniu, chociaż sprawcę napadu na rabina Schudricha schwytała niemal natychmiast. Żebyśmy jednak z tego powodu nie popadli w nadmierne rozgoryczenie, w "Gazecie Wyborczej" red. Seweryn Blumsztajn skrytykował dewastację pomnika, uznając widocznie, że ludności tubylczej też należą się jakieś względy. Co tu ukrywać; ludzki pan!

Stanisław Michalkiewicz

Publicystyka Stanisława Michalkiewicza na ASME i nagrania TV ASME


Informacja Biura Krajowego Ruchu Obywatelskiego na rzecz JOW o wójtach, burmistrzach i prezydentach miast - Patronach Honorowych Ruchu w I turze wyborów samorządowych 2006 Wysłane poniedziałek, 20, listopada 2006 przez Krzysztof Pawlak

Na podstawie danych przedstawionych przez Państwową Komisję Wyborczą po I turze wyborów w dniu 12 listopada 2006 ustaliliśmy, że:

55 naszych Patronów Honorowych wygrało wybory w I turze
38 przeszło do II tury
19 straciło mandaty
.


Mandaty zdobyli:

1. Marian Balicki, burmistrz m. Nekli (83,5%)
2. Radosław Baran, prezydent m. Będzina (58%)
3. Grzegorz Benedykciński, burmistrz m. Grodziska Mazowieckiego (77%)
4. Jan Broda, wójt gm. Komornik w pow. poznańskim (69,5%)
5. Zbigniew Burzyński, prezydent m. Kutna (60,65%)
6. Sławomir Bykowski, burmistrz m. Pradziejowa (62,2%)
7. Jan Chwiędacz, burmistrz m. Imielina (75,4%)
8. Waldemar Czaja, wójt gm. Zębowic w pow. oleskim (54,7%)
9. Jerzy Czerwiński, burmistrz m. Chełmży (75,5%)
10. Zdzisław Czucha, burmistrz m. Kościerzyny (74,9%)
11. Leszek Dudziak, burmistrz m. Książa Wielkopolskiego (71,4%)
12. Rafał Dutkiewicz, prezydent m. Wrocławia (84,5%)
13. Marian Dzięcioł, burmistrz m. Łochowa (86,7%)
14. Marian Flaczyński, wójt gm. Brodnicy w pow. śremskim (51%)
15. Adam Fudali, prezydent m. Rybnika (52%)
16. Wojciech Gąsiewski, wójt gm. Płoniaw-Bramury w pow. makowskim (81,5%)
17. Eugeniusz Gołembiewski, burmistrz m. Kowala (58,2%)
18. Janusz Grobel, prezydent m. Puław (52%)
19. Wojciech Jagiełłowicz, wójt gm. Lubszy w pow. brzeskim (77%)
20. Tomasz Kałużny, burmistrz m. Wrześni (52%)
21. Jarosław Kielar, burmistrz m. Kluczborka (61,3%)
22. Marek Kopel, prezydent m. Chorzowa (57,4%)
23. Bogdan Koszuta, burmistrz m. Wąbrzeźna (68,8%)
24. Henryk Kozłowski, wójt gm. Czerwonki w pow. makowskim (67%)
25. Andrzej Krzysztofiak, burmistrz m. Kwidzyna (56%)
26. Hubert Kurzał, burmistrz m. Leśnicy w pow. strzeleckim (88%)
27. Henryk Litka, burmistrz m. Dolska (53%)
28. Wojciech Lubawski, prezydent m. Kielc (72%)
29. Tomasz Łęcki, burmistrz m. Murowanej Gośliny (60,3%)
30. Adam Marciniak, wójt gm. Człuchowa w pow. człuchowskim (73%)
31. Józef Matela, burmistrz m. Kietrza (53,2%)
32. Tadeusz Mikulski, burmistrz m. Garwolina (58,5%)
33. Witold Morawiec, wójt gm. Olesna w pow. dąbrowskim (85,6%)
34. Antoni Nawrocki, burmistrz m. Solca Kujawskiego (72,2%)
35. Kazimierz Olearczyk, wójt gm. Bolesławia w pow. dąbrowskim (82,9%)
36. Janusz Pęcherz, prezydent m. Kalisza (70%)
37. Mieczysław Płaczek, wójt gm. Bobowa w pow. starogardzkim (60,5%)
38. Dieter Przewdzing, burmistrz m. Zdzieszowic (51%)
39. Piotr Przytocki, prezydent m. Krosna (73,8%)
40. Robert Raczyński, prezydent m. Lubina (65,5%)
41. Sylwester Sokolnicki, burmistrz m. Serocka (67%)
42. Kazimierz Stachurski, burmistrz m. Ożarowa Mazowieckiego (65,7%)
43. Andrzej Stania, prezydent m. Rudy Śląskiej (75%)
44. Wojciech Szczurek, prezydent m. Gdyni (86%)
45. Włodzimierz Śniecikowski, burmistrz m. Gostynina (66,5%)
46. Roman Tasarz, burmistrz m. Golubia-Dobrzynia (59,9%)
47. Waldemar Tkaczyk, wójt gm. Kościerzyny w pow. kościerskim (59,5%)
48. Stanisław Wabnic, burmistrz m. Ostrzeszowa (69%)
49. Zbigniew Walczak, wójt gm. Gniewina w pow. wejherowskim (83%)
50. Jerzy Wysocki, burmistrz m. Milanówka (75,3%)
51. Krzysztof Zając, wójt gm. Władysławowi w pow. tureckim (61%)
52. Michał Zaleski, prezydent m. Torunia (70,6%)
53. Marcin Zamoyski, prezydent m. Zamościa (60,2%)
54. Wojciech Ziętkowski, burmistrz m. Środy Wielkopolskiej (61%)
55. Ireneusz Żurawski, burmistrz m. Złotoryji (53,2%)


Do II tury wyborów przeszli:

1. Stanisław Adamczyk, wójt gm. Linii w pow. wejherowskim
2. Jerzy Bartkowiak, burmistrz m. Kościana
3. Józef Bednarz, wójt gm. Milówki w pow. żywieckim
4. Ryszard Bodziacki, burmistrz m. Słubic
5. Ryszard Bogusz, prezydent m. Skierniewic
6. Stanisław Chalimoniuk, burmistrz m. Niemodlina
7. Henryk Chromik, wójt gm. Bierawy w pow. kędzierzyńsko-kozielskim
8. Marek Chrzanowski, prezydent m. Bełchatowa
9. Krzysztof Ciołkiewicz, prezydent m. Żyrardowa
10. Bogumił Czubacki, burmistrz m. Sochaczewa
11. Wacław Derlicki, burmistrz m. Brodnicy
12. Zdzisław Domański, burmistrz m. Kłodawy;
13. Konstanty Dombrowicz, prezydent m. Bydgoszczy
14. Stanisław Dunaj, burmistrz m. Sompolna
15. Jaromir Dziel, prezydent m. Gniezna
16. Jan Dziubiński, prezydent m. Tarnobrzega
17. Jacek Grabowski, burmistrz m. Szamotuł
18. Zbigniew Grzesiak, burmistrz m. Mińska Mazowieckiego
19. Henryk Helwing, burmistrz m. Nowego Tomyśla
20. Jan Hołyński, wójt gm. Maszewa w pow. krośnieńskim
21. Julian Jokś, burmistrz m. Krotoszyna
22. Jerzy Kepka, wójt gm. Wejherowa;
23. Krystyna Kowalewska, wójt gm. Bolesławia w pow.olkuskim
24.Krzysztof Kuchczyński, burmistrz m. Namysłowa
25. Mirosław Kukliński, prezydent m. Tomaszowa Mazowieckiego
26. Marek Mrozowski, burmistrz m. Czeladzi
27. Sławomir Pajor, prezydent m. Stargardu Szczecińskiego
28. Kazimierz Pałasz, prezydent m. Konina
29. Franciszek Październik, burmistrz m. Oławy
30. Jerzy Skórko, burmistrz m. Korsz
31. Władysław Skrzypek, prezydent m. Włocławka
32. Jerzy Słowiński, prezydent m. Radomska
33. Waldemar Socha, prezydent m. Żor
34. Czesław Surowiec, wójt gm. Kołaczkowa w pow. wrzesińskim
35. Mirosław Symanowicz, prezydent m. Siedlec
36. Edward Szupryczyński, burmistrz m. Głuchołaz
37. Jan Tadeusz Wilk, burmistrz m. Malborka
38. Andrzej Wiśniewski, prezydent m. Grudziądza


Mandat stracili:

1. Paweł Bielinowicz, burmistrz m. Szczytna
2. Ryszard Budzałek, burmistrz m. Łowicza
3. Ryszard Dul, wójt gm. Łoniowa w pow. sandomierskim
4. Krzysztof Fabianowski, burmistrz m. Strzelec Opolskich
5. Edward Flak, burmistrz m. Olesna
6. Janusz Gil, burmistrz m. Połańca
7. Marian Jurczyk, prezydent m. Szczecina
8. Kazimierz Jurkowski, burmistrz m. Głubczyc
9. Lidia Kontny, burmistrz m. Dobrodzienia
10. Roman Lipski, burmistrz m. Kłodzka
11. Bogumił Marciniak, burmistrz m. Krośniewic
12. Waldemar Matusewicz, prezydent m. Piotrkowa Trybunalskiego
13. Tadeusz Monkiewicz, burmistrz m. Lewina Brzeskiego
14. Bożena Ronowicz, prezydent m. Zielonej Góry
15. Marian Smutkiewicz, burmistrz m. Nysy
16. Zbigniew Stępień, burmistrz m. Błonii
17. Jan Stępiński, burmistrz m. Koła
18. Jerzy Świątek, prezydent m. Ostrowa Wielkopolskiego
19. Stanisław Wicki, burmistrz m. Redy

Wszystkim naszym Patronom Honorowym, którzy wygrali wybory już w I turze najserdeczniej gratulujemy. Za tych, którzy weszli do II tury, trzymamy kciuki i życzymy pełnego sukcesu.

Naszym Patronom Honorowym, którzy w tej kadencji nie będą rządzili swoimi gminami - dziękujemy za wsparcie i okazaną nam pomoc w czasie ich urzędowania. Wyrażamy nadzieję, że na ich pomoc i życzliwość możemy nadal liczyć i życzymy im powodzenia w dalszej karierze osobistej i w służbie publicznej.

Biuro Krajowego Ruchu Obywatelskiego na rzecz JOW

Witryna ASME Antysocjalistycznego Mazowsza jest najstarszym serwisem w Sieci - oprócz witryny tematycznej JOW - propagującym ideę JOW


PiS-urzędolimy samoobronnie, czyli "tanie państwo" w oparach wigilijnych świec i przy łagodnych partyjnych rewelersach Wysłane poniedziałek, 20, listopada 2006 przez Krzysztof Pawlak

Nadchodzi Koniec! Wielka Strata, makabryczny Wstrząs i Ruina niemal Wszystkiego. Posady się chwieją (dosłownie) i fundamenty obsuwają, ziemia drży (od plotek), chmury się zbierają, nawałnica nadchodzi, a strumyki już przestały szemrzeć. Niestety - to nie będzie Koniec Ostateczny, a jedynie - akcja "Rotacja 2007", zaplanowana przez strategów ugrupowania Populizm i Socjalizm, które w swym zeszłorocznym programie wyborczym miało punkt o "tanim państwie" z pomysłami propagandowymi o zmniejszeniu liczebności biurokratów w naszym "regionie UE". Do akcji rotacji włącza się z zachwytem i uniesieniem koalicyjna Samoobrona (już urzędników).

Tymczasem - nic z tych rzeczy! Zapomnij podatniku, i śpij spokojnie snem sprawiedliwego i zręcznie łuskanego z twoich pieniędzy. Katastroficzne wizje, których wątły opis dałem na początku, dotyczą tylko synekurantów i synekurantek (tak, to kolejne moje neologizmy) poprzednich ekip: SLD-owskiej post(?)komunistycznej, i AW"S"-owsko-UW-olskiej, nawet przechwalających się swoją zdolnością do mimikry w dzisiejszym wydaniu dziennika "Rzeczpospolita", które załamuje rączki swego żurnalisty nad potworną niegodziwością spotykającą zasiedziałych biurokratów w Ministerstwie Pracy, pisząc, że są to "wszyscy - wieloletni i doświadczeni dyrektorzy, mający za sobą pracę pod rządami kilku ekip". O jakiś to Przenajświętszych PT Urzędników i Urzędniczki chodzi? "Po zmianach kadrowych brakuje szefów departamentów: Dialogu i Partnerstwa Społecznego, Informatyki, Pomocy i Integracji Społecznej, a także Wdrażania Europejskiego Funduszu Społecznego". Dobry Panie! Kto to będzie więc się dialogował społecznie oraz partnerował? Kto będzie informatyzował zachowawczych jak zawsze Świętych Biurokracych? Kto będzie teraz pomocował oraz integrował społecznie, a także - kim będzie orał ciężko dział (departament) wdrożeń europejskich środków na fundusze społeczne? Sodomia i Gomoria! "Trup baronowo, grób baronowo, plajta, klapa, kryzys, krach!". Ach, jakiż to ciężki i ciemny czas dla takich fachowców nadszedł! To wręcz podstawy ustrojowe są już w zagrożeniu, bo wielki gmach państwa trzeszczy właśnie w fundamentach. Kolejna ekipa - sanatorów tym razem z "genetycznie dowiedzionym patriotyzmem" natychmiast przystąpiła do remontu generalnego. Zagrożone nieobecnością urzędniczą posady w Ministerstwie Pracy zostały jednak przygotowane dla równie oczywiście fachowych następców z koalicyjnego ugrupowania Samoobrona, które jest słynne z posiadania głębokich i szerokich (w zawiasach szczękowych) kadr, wypisz-wymaluj akuratnie nadających się na takie synekury. Brakujące cegiełki w murze Biurokracji zostaną uzupełnione i... nikt nie dostrzeże różnicy.
Do remontu idzie także niedawno "odzyskane" Ministerstwo Spraw Zagranicznych, w którym pani minister Fotyga przygotowała miotłę opatrzoną kryptonimem "Rotacja 2007" - znak niechybny istnienia nowych już i równie fachowych kadr służb specjalnych IV Rzeczypospolitej, o czym nas zapewniali od roku reprezentanci Obozu Sanacyjnego nr 2. Dziennik "Rzeczpospolita" poświecił temu zagadnieniu swoją pierwszą stronę, i słusznie, bo rzecz jest niebanalna: "Ministerstwo zapewnia, że »Rotacja 2007« to standardowa procedura, bo co roku pewnej grupie urzędników kończą się umowy. Jednak nieoficjalnie dyplomaci przyznają, że tym razem nie chodzi o zwykłe uzupełnienie obsady placówek. MSZ chce wykorzystać rekrutację, która rozpocznie się jeszcze w tym miesiącu, do zasadniczej przebudowy ministerialnych kadr. - Szukamy nowych, kompetentnych ludzi. Chcemy wpuścić trochę świeżej krwi do dyplomacji - mówi wysoki rangą urzędnik MSZ (...) - Głębokich reform nie było w MSZ od 16 lat. Teraz nie wystarczy prosta wymiana ministra, dyrektorów i paru ambasadorów. Trzeba wszystko dokładnie przeorać - mówi jeden z dyplomatów zaangażowanych w przygotowywanie »Rotacji 2007«".
Prozę dobrze zapamiętać: nie - " wymiana ministra, dyrektorów i paru ambasadorów", nie - zmniejszenie obsady, nie - likwidacja stanowisk, nie - likwidacja... strach pisać dalej - ministerstw! (choćby Pracy...). Wymiana. Zamiana, pani baronowo! Podstawienie, pani baronowo, zastąpienie, pani baronowo! Więc nie - strach, pani baronowo, nie trup, pani baronowo, jeszcze nie plajta, klapa, kryzys, krach...
"Jeszcze będzie przepięknie... jeszcze będzie normalnie...". Co prawda tę pieśń lat 80. ub. wieku naszego "zbuntowanego" i "antykomunistycznego" pokolenia obecnych prawie 40-latków, ułożoną przez Tomka Lipińskiego z zespołem "Tilt", wykonywano na partyjnym podsumowaniu I tury wyborów samorządowych dokonanym przez Platformę ratunkową dla Obywateli w ogrodzie SDP w Warszawie przy ulicy Foksal w dzień wyborczy, i został ten moment zgryźliwie opisany przez żurnalistów upatrujących swe powodzenie medialne raczej przy PiS-owskim zarządzie "polskiego regionu UE", do którego szeroką strugą będą niebawem płynęły "środki pomocowe", "integracyjne", "partnerskie" z Unii Europejskiej, rozdzielane w pocie czółek przez skrzętną i mrówczo zaangażowaną brać urzędniczą także w dalej oczywiści istniejącym Ministerstwie Pracy i jego departamentach - ale nasi koledzy z "buntowniczych" organizacji "antykomunistycznych" wypełniają szeregi zarówno Platformy ratunkowej dla Obywateli, jak i PO-pulizmu i Socjalizmu. A nawet - w PiS jest ich chyba trochę więcej...
Dlatego "nie dziwi nic", że ich obecni koledzy pozazdrościli talentów byłej "załodze" Brygady Kryzys" i "Tiltu", no i...
...z kręgów niechętnych do dokonań PiS-owskich dochodzi szeptanka, że hitem tegorocznego sezonu bożonarodzeniowego będzie kołysanka "W szafie leży...", wykonana przez postępowy, bo koedukacyjny zespół rewelersów partyjnych, na melodię pięknie odśpiewanej w studiu u szansonistki Steczkowskiej Justyny kolędy "W żłobie leży...". No, tu trochę miesza drugi poziom skojarzeń mimowolnych, bo i ci partyjni szansoniści, i ten żłób... Choć ze strachem, a właściwie - bojaźnią Bożą... ale ten żłób z partyjniakami... zawiązuje supełek uśmiechu w żołądku. To musi być u nich freudowskim witzem podszyte...
Dlatego z łagodnym uśmiechem czytać się powinno informację, że to zapewne członkowie Populizmu i Socjalizmu dostaną od - też "odzyskanego" - Świętego Mikołaja pod choinkę płytkę z nagraniem uwspółcześnionych kolęd, wyśpiewanych w czynie partyjnym, o czym doniósł dzisiaj nieoceniony dziennik "Życie Warszawy", którego szefem pierwszym i wieloletnim był tatuś Wiktor byłego "poważnego kandydata" do prezydenckiego stolca w Warszawie, tow. Marka Borowskiego vel Bermana. W 45 procentach warszawskich domów - według najnowszej wróżby zamówionej przez redakcję "Der Dziennika" w osadzie szamanów spod totemu OBOP - będzie rozbrzmiewać w Wigilię "obłędny głos Małgosi Sadurskiej", jak określił występ swej koleżanki poselskiej jednej z posłów PiS. Przewaga patriotyzmu w występach utrzymuje się na poziomie 2/3, choć w podzięce za głosowanie na krakauerskiego polityka z PiS, partyjni rewelersi wykonali dla swych kolegów z PO salzburską "Stillige Nacht". Dla sympatyków tego ugrupowania na razie nie przewiduje się przymusu słuchania.

Krzysztof Pawlak

Publicystyka Krzysztofa Pawlaka na ASME


Histeryczne handełesy warszawskie Wysłane poniedziałek, 20, listopada 2006 przez Krzysztof Pawlak

I jak tu nie wierzyć w Opatrzność, co nad nami czuwa i delikatnie wspiera w dobrym kierunku? Wszystko wraca w stare, dobrze znane sprzed kilkudziesięciu lat koleiny: prorokowany przez nie tylko znanych z naszych "łamów" ASME - Antysocjalistycznego Mazowsza sąsiadów-publicystów Stanisława Michalkiewicza i Antoniego Zambrowskiego "Histeryczny", tj. historyczny sojusz "puławian" i natolińczyków vel "natolinerów" - "różowych" z "czerwonymi" sięgnął korzeni i spod nich dał się słyszeć kolejny głos - tym razem tow. Marka Borowskiego - wzywający do "zawarcia sojuszy". Chodziło oczywiście o "niewzruszimyj" sojusz już nie chłopsko-robotniczy, ale tym razem "byznesowo"-wykstałceńczy absolwentów WUML i WSNS przy KC PZPR, z których rekrutują się wątłe szeregi "nowych yntelygentów" z "tęczowej" koalicji SLD-SDPL-UP-PD-ałów w trwających drugoturowo wyborach samorządowych w Warszawie.

Nie doszło jednak do zawarcia umowy handlowej pomiędzy "partią nowego byznesu" - Platformą ratunkową dla Obywateli a "tęczową koalicją": towarzyszowi Borowskiemu z domu Berman geszeft się nie udał, a on sam będzie musiał się jeszcze trochę "pokręcić" ("Z czego szanowny świadek żyje?" - zapytał Wysoki Sąd. "Ja szem krenczę" - Wiechem przedwojennym pisząc). Zasłużona dla czerwonych warszawskich okolic rodzina Bermanów tym razem w osobie syna byłego szefa utworzonego na Pradze po Powstaniu Warszawskim przez wydział propagandy Dywizji Kościuszkowskiej dziennika "Życie Warszawy" nie weszła na najwyższe szczyty i będzie musiała trochę poczekać na konsumpcję wykreowanych przez zawodowych komentatorów politycznych miraży z wyników pierwszej tury wyborów prezydenckich w stolicy.
Fatamorganą i skręconym z pustynnego piasku, mojżeszowym biczem na Platformę ratunkową miał być poziom aż ponaddwudziestoprocentowego poparcia dla kandydata połączonych sił przedwojennych Nalewek i Czerwonej Woli, obecnie połowy byłego robociarskiego Służewca Przemysłowego, wykupionego przez "jelity" z pustyni Negew i zamienionego na "czentrum byzneszu", Żerania i pohutniczych Bielan z "biznesem śródmiejsko-mokotowskim". Tzw. sondażownie aż się zachłysnęły tym wynikiem i komentatorzy międlili go przez miniony tydzień we wszystkich możliwych programach propagandowych, w których różnice interpretacji polegały jedynie na żarliwie podkreślanym punkcie lokacji marzeń żurnalistycznych o kolejnych szczeblach kariery dziennikarskiej odpowiednio w publicznych środkach masowego przykazy lub tzw. prywatnych, stworzonych na bazie zagarniętych pieniędzy z FOZZ, ulokowanych we wszelkich odmianach publikatorów drukowanych i elektronicznych. Podstawową nutą tonacji interpretacyjnej był wniosek, że "lewica się odradza". No bo taki wynik...? Elektorat mając do wyboru trąbionych od kilku tygodni ukutą w redakcji na Czerskiej melodią o "poważnych kandydatach" versus niedopowiedzianych "niepoważnych", wśród których znalazł się i Janusz Korwin-Mikke (patrz materiał z Warszawskiego Ośrodka Telewizyjnego, z ostatniego dnia kampanii), zagłosował prawie tak jak należało - to jest tak, jak znawcy roboty socjotechnicznej mieli nadzieję, bo jednak trochę więcej niż myśleli - dostało się gałek "Pięknemu Kazimierzowi" vel "Dymisjonarzowi" vel "Obiecankiewiczowi", a zwycięstwo PO w wyborach do Rady Miasta nie okazało się całkowite, jak to propagandyści w pierwszych godzinach już widzieli różowymi okularami.
Co mogli więc wybrać zrozpaczeni wyborcy, wtłoczeni w kreujący i "drukujący" wynik wyborów kanał propagandowy "poważnych kandydatów" Hannę "Hiennę" G-W, której rodzina - odebrawszy zagarnięty dekretem komunazistycznego bandyty Bieruta dom w Śródmieściu "sprzedała go od razu wraz z lokatorami", o czym wrzeszczeli w nagłówkach usłużni dla PiS żurnaliści i spikerzy? A może "Pięknego... K." kandydata, otwierającego raz za razem jakieś nowe inwestycje drogowe i dwojąc się oraz trojąc przy przecinaniu wstęg czy wręczaniu okolicznościowych nagród zależnym od niego urzędnikom (nauczyciele to też cały czas - urzędnicy!), no i... jeżdżącemu z podpaskami z bagażniku za kandydatkami Miss World, co zostało odnotowane przez brukową gazetę oszołomioną przez taką pełną entuzjazmu postawą P.O.P.(-rezydenta) dla objazdowej imprezy odpustowej, sfinansowaneją przez magistrackich urzędników za pieniądze warszawskich podatników?
Zostawał więc pełen żabiego uśmiechu kandydat nieistniejących Nalewek, za to jak najbardziej istniejącego i zasiedlonego już w latach 40. ub. wieku przez ubeckiego towarzycho (mało zniszczone w PW, a luksusowe kamienice i budynki...) Mokotowa oraz Śródmieścia, towarzysz ekssubiekt z Domów Centrum - niegdysiejszych takich komunistycznej proweniencji supermarketów, proszę szanownej smarkaterii - towarzysz Marek Berman-Borowski.
I tak się dokonał "histeryczny", "historyczny sojusz" Różowych z Czerwonymi. Napędzony namolnymi typowaniami żurnalistycznymi tzw. elektorat pomaszerował w kierunku trzeciego, najmniej, bo prawie nieznanego, ale za to "poważnego" Kandydata na Prezydenta Warszawy...
Być może ocknie się po kilku dniach z hipnozy propagandowej, bo widząc publicznie trwające targi o niego samego tych, którzy najzwyczajniej w świecie uzurpując sobie prawo do wypowiadania się w jego imieniu, "elektorat" raczej się rozpłynie w drugiej turze, nie przysparzając głosów ani HGW, ani "Dymisjonarzowi". Na kandydata Handełesa - z przyczyn oczywistych, bo zawartych w ordynacji wyborczej, pozostawiającej tylko dwóch najlepiej wypromowanych Kandydatów - liczyć już nie może, ale spektakl pt. "Ja szem tu krenczę, Wysoki Sądzie.." co sobie obejrzeliśmy, to nasze... no nie, szwagier?
Resztę obejrzymy "U Ślepego Leona", na ekranie, przy małym jasnym z dużym kołnierzem.

Krzysztof Pawlak

Publicystyka Krzysztofa Pawlaka na ASME


Kto wykazał sie większą roztropnością w analizie wyników wyborów samorządowych - Jarosław Kaczyński czy Donald Tusk? - Łukasza Perzyna o konsekwencjach powyborczych medialnych wypowiedzi liderów PiS i PO Wysłane piątek, 17, listopada 2006 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |








Kto wykazał sie większą roztropnością w analizie wyników wyborów samorządowych - Jarosław Kaczyński czy Donald Tusk? - Łukasza Perzyna o konsekwencjach powyborczych medialnych wypowiedzi liderów PiS i PO
Wysłane piątek, 17, listopada 2006 przez Krzysztof Pawlak

"Obywatele po raz kolejny okazali się mądrzejsi od polityków, a także od wielu ekspertów, którzy prognozowali, że wobec wielu fatalnych zjawisk w polskiej polityce, a więc: w wyniku ujawnień »taśm Begerowej«, od oskarżeń posłów od pedofilię - całego złowrogiego folkloru politycznego - obywatele mogą nie pójść do wyborów, a frekwencja może sięgnąć zaledwie 20%. Sięgnęła nawet 45%, okazało się, że więcej ludzi poszło do wyborów samorządowych niż na ubiegłoroczne wybory parlamentarne. I to jest logiczne: poziom polityki samorządowej jest daleko wyższy niż parlamentarnej, chociaż startowali i wygrywali nawet ci prezydencji, którzy zarządzali miastami z aresztanckich cel" - Łukasz Perzyna, publicysta "Tygodnika Solidarność" i naszej witryny ASME, analizuje skutki działalności medialno-propagandowej największych ugrupowań na scenie politycznej "polskiego regionu UE".

Prawie 50.000 foteli do obsadzenia, 300.000 kandydatów do ich wycierania - to jednak coś innego niż parlament, gdzie jest 460 posłów i 100 senatorów, a przecież wielokrotnie odzywały sie głosy o jego zmniejszeniu, choćby o "izbę refleksji". W samorządach było jednak zupełnie inaczej. We Wrocławiu prezydent Dutkiewicz, który dobrze zapisał się w pamięci jego mieszkańców - wygrał z partiami, które do takich jak on kandydatów przychodziły po poparcie. Podobnie w Gdyni: prezydent Wojciech Szczurek wygrał też w pierwszej turze, choć był kiedyś "człowiekiem PO", teraz zabiegał o niego PiS. Z kolei w Katowicach - Piotr Uszok, który ma karierę niemal "od pucybuta do prezydenta", od nadsztygara do prezydenta miasta dotkniętego skutkami transformacji górnictwa. Nie wszędzie oczywiście tak było. Przykład Bydgoszczy daje do myślenia: wyborcy wycięli w radzie miasta lokalnych przedstawicieli. Remis pomiędzy partyjnymi komitetami PiS a PO osiągnięto właściwie wszędzie. Ale wyborcy domagali się jednak swoich lokalnych, bezpartyjnych przedstawicieli.
Być może z większą roztropnością podszedł do wyników samorządowych wyborów Jarosław Kaczyński, który wezwał do rozmów o koalicjach - do wszystkich poza ugrupowaniami post(?)komunistycznymi. Donald Tusk nie wykluczył takich mariaży...

Nagranie trwa ponad 11 minut i jest dostępne w Sieci do 1 XII 2006 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




KONTROWERSJE WOKÓŁ PAŹDZIERNIKA 1956 - Antoni Zambrowski Wysłane piątek, 17, listopada 2006 przez Krzysztof Pawlak

Mimo upływu lat wydarzenia związane z Październikiem 1956 w Polsce i na Węgrzech budzą emocje. Czytelnik "Gazety Polskiej", pan Marek Karpisiak z Gdańska po przeczytaniu mego artykułu "Jak Jugosławia ratowała byt państwowy Polski" przysłał gniewny list, w którym porusza wiele spraw nie związanych z omawianym przeze mnie tematem. Z braku miejsca pominę je milczeniem, choć nie uchylam się od polemiki. Tu ograniczę się do odpowiedzi, co by było - gdyby komuniści chińscy i jugosłowiańscy nie poparli domagających się większej niezależności od Kremla komunistów polskich w chwili marszu sowieckich kolumn pancernych na Warszawę. Otóż przywódcy "puławian" zawiśliby, jak węgierscy komuniści Imre Nagy, Pal Maleter i towarzysze na szubienicy, ich zwolennicy w partii, a zwłaszcza spoza niej, (szczególnie z AK-owską przeszłością) poszliby masowo do więzień lub pod mur. Ksiądz Prymas Stefan Wyszyński nie wróciłby do Warszawy, Kościół poddany byłby kolejnym represjom. Przeżylibyśmy następną klęskę narodową, okupioną krwią, gdyż sowiecka inwazja napotkałaby jeszcze większy opór niż na Węgrzech. Emigracja londyńska protestowałaby przeciwko represjom w Polsce, ale Polakom by nie była w stanie pomóc.
O tym, jak wyglądałaby więc sytuacja Polski, można przeczytać w artykule pana Roberta Spałka w ostatnim numerze "Gazety Polskiej", w jego artykule "Wicher nad Budapesztem". Przy sposobności chciałbym zasygnalizować kilka usterek w tym interesującym artykule. Po pierwsze, marszałek Konstanty Rokossowski - przywódca promoskiewskiej koterii we władzach PZPR, nie był przywódcą "puławian", lecz ich zażartym przeciwnikiem. To właśnie "puławianie" głosili hasła reform i suwerenności wobec ZSRR. Bałamutnie też opisuje autor stanowisko Jugosławii wobec rządu Imre Nagy’a oraz inwazji sowieckiej na Węgry. W rzeczywistości Imre Nagy traktował komunistów jugosłowiańskich jako swych najbliższych ideowych sojuszników. Dlatego schronił się w ambasadzie jugosłowiańskiej zgodnie z uprzednim porozumieniem. Stanowisko marszałka Josipa "Broza" Tita w tej sprawie pan Robert Spałek opisuje tak, jak gdyby Jugosłowianie byli zwolennikami sowieckiej interwencji, kiedy w rzeczywistości mieli w tej sprawie tyle samo do powiedzenia, co Władysław Gomułka, Edward Ochab i Józef Cyrankiewicz, konsultowani przez Rosjan przed drugą sowiecką inwazją. Robert Spałek przytacza wstrząsający dokument o ostrzelaniu przez Rosjan polskiej ambasady w Budapeszcie. Tymczasem Jugosłowianie mieli znacznie poważniejszy incydent, gdyż w skutek ostrzału ich ambasady przez stojący koło niej czołg zginął jugosłowiański dyplomata - sekretarz ambasady Milovanov. Ambasada wypełniona była przez węgierskich uchodźców, dla których nie było ani żywności, ani leków. Rosjanie szantażowali Jugosłowian, że podejmą szturm tej placówki, jeśli uchodźcy nie opuszczą gmachu. Takich kroków nie ośmieliliby się oni podjąć wobec ambasady USA, w której schronił się Prymas Węgier Jozsef kardynał Mindszenty. Stąd samobójczy krok premiera Imre Nagy’a, który najpierw wysłał dramatyczny list do przywódcy rumuńskiego Gheorghe Georghiu-Deja, a następnie zgodził się na opuszczenie ambasady pod rękojmią Janosa Kadara. Z wiadomym skutkiem. Jugosłowianie byli świadomi prawideł tej moskiewskiej gry, gdyż ambasador Jugosławii w Moskwie Veljko Miciunović odnotował w swym dzienniku: "naciskają na nas, byśmy wydali »kontrrewolucjonistów«, a jeśli ich wydamy, oskarżą nas, że nie dotrzymujemy słowa danego naszym sojusznikom". Dlatego też Jugosłowianie opierali się rosyjskim naciskom na tyle, na ile ich było stać. Po rewolucji węgierskiej powstało właśnie pojęcie jugosłowiańskiego "rewizjonizmu", wyklętego w Moskwie. Trawestując słowa AK-owskiej piosenki: "Chytre Sowiety... ruskim sposobem ich wykiwali". Nie po raz pierwszy, i nie po raz ostatni.

Antoni Zambrowski

Artykuł pierwotnie opublikowany w tygodniku "Gazeta Polska".

Zostań donatorem naszych publicystów:
Jeśli satysfakcjonuje Cię publicystyka Antoniego Zambrowskiego - możesz wesprzeć Naszego Autora datkiem.
Konto:
61 1240 1040 1111 0010 0042 5486
Bank PeKaO SA III O. w Warszawie
SWIFT/BIC - PKOPPLPW



Publicystyka Antoniego Zambrowskiego na ASME



"My nie obrażamy się na warszawiaków - protestujemy przeciw robieniu sobie cyrku przez publiczną TVP za pieniądze podatników - materiał z "debaty" w ośrodku warszawskim TVP WOT sprzed I tury wyborów prezydenckich
Wysłane czwartek, 16, listopada 2006 przez Krzysztof Pawlak

"Protestujemy przeciw metodom telewizji publicznej, która wmawia Państwu, że jesteśmy »mniej poważnymi« kandydatami do urzędu prezydenckiego Warszawy, tworząc drugą ligę kandydatów - mówił przedstawiciel kandydata Marka Całki, byłego burmistrza z ramienia SLD w dzielnicy Warszawa - Bemowo.
Prezentujemy Państwu materiał z "Wielkiej Warszawskiej. 3 wymiar" - "debaty przedwyborczej" przygotowanej przez Warszawski Ośrodek Telewizyjny. Program został - bez uprzedniego zawiadomienia zaproszonych do studia komitetów wyborczych i PT Kandydatów PODZIELONY przez decydentów Telewizji na dwie tury: pierwszą, wcześniejszą, w której mieli się zaprezentować "mniej poważni kandydaci" (takim pojęciem zostali określeni i uraczeni przedstawiciele komitetów, gdy zjawili się w ośrodku przy ulicy Jasnej w Warszawie) w liczbie 7 komitetów, oraz - drugą turę, w której wystąpić mieli "troje poważnych kandydatów": Marek Borowski z koalicji "lewozlewowej" SLD-SdPL-UP-Demokraci.il", Kazimierz Marcinkiewicz z ugrupowania Populizm i Socjalizm, oraz Hanna Gronkiewicz-Waltz z Platformy ratunkowej dla Obywateli.

"Jedna z dziennikarek Telewizji przyznała się, że dostała polecenie mówić, że »dostaną Państwo zaledwie 1 procent« po to - by ludzie nie głosowali na tę partię. Takie są metody Telewizji publicznej. Rządzi nami klika w sejmie, w parlamencie, a jej pachołki w telewizji robią to, co właśnie Państwo widzicie. Panowie nam nie robicie łaski, że nas zapraszacie do "drugiej ligi". Robicie co można, by ośmieszyć wszystkich, którzy nie zgadzają się z tym ustrojem. Ja mówię podobnie jak Lepper - »oni« kradną, ale mówię, że nie są winni ludzie, ale winny jest ustrój. Ale tego telewizja nie pokazuje. Nas, UPR nie było od roku w telewizji publicznej!" - mówił kandydat na prezydenta Warszawy Janusz Korwin-Mikke.

Ocenę czy i w jakim stopniu Telewizja Polska SA manipuluje wyborami - pozostawiamy Państwu.

Nagranie trwa ponad 15 minut i prezentujemy je bez ograniczeń. UWAGA: plik waży 180 MB (divx).




Polska kontra Partie Polityczne - 6:1 w I rundzie - prof. Jerzy Przystawa Wysłane czwartek, 16, listopada 2006 przez Krzysztof Pawlak

Bezbronne, manipulowane, oszukiwane, ogłupiane sondażami i atakami mediów, ogołocone z elit społeczeństwo polskie, już w I rundzie wyborów samorządowych 2006 pokazało swoim partyjnym okupantom "gest Kozakiewicza". Oczywiście "niezależne media", jak zawsze , karmią nas papką, z której wynikać ma coś dokładnie przeciwnego, że owszem, jak najbardziej, partie polityczne - w szczególności te, które na to zasługują - wybory wszędzie, jak należy, wygrały i teraz już tylko pozostaje im "sprawiedliwy i godny" podział łupów. Pokazują nam nieustannie słupki, z których wynikać ma to, czego rządzący sobie życzą, na dowód czego pokazują nam miny zadowolonych z siebie polityków, dla których teraz jedynym zmartwieniem jest jak się najlepiej ułożyć w koalicyjnych przetargach. Jednakże z danych już opublikowanych przez Państwową Komisję Wyborczą wynika obraz całkiem inny. W najbardziej istotnej części samorządowego konkursu wyborczego, w zmaganiach o to, kto będzie naprawdę rządził polskimi gminami, a więc w wyborach wójtów, burmistrzów i prezydentów miast - partie polityczne poniosły sromotną porażkę, jeszcze głębszą i poważniejszą niż w wyborach roku 2002.

W I turze wyborów wybrano 1633 wójtów, burmistrzów i prezydentów. Na II turę oczekują jeszcze 843 gminy, ponieważ żaden z kandydatów nie uzyskał więcej niż połowy ważnie oddanych głosów. Przyjrzyjmy się bliżej strukturze tych wyników.

Otóż w I turze zaledwie 282 wybranych wójtów, burmistrzów i prezydentów miast wygrało wybory pod szyldem komitetów partii politycznych. 1351 już wybranych gospodarzy gmin wystąpiło jako kandydaci bezpartyjni. (wytł. ASME)

Do II tury wyborów w 515 gminach przeszli wyłącznie kandydaci bezpartyjni. Oznacza to, że co najmniej 1866 gmin będzie miało bezpartyjnych gospodarzy. Tylko w 47 gminach druga tura odbędzie się pomiędzy kandydatami zgłoszonymi przez partie polityczne. Partie polityczne będą zatem rządziły co najmniej w 282 + 47 = 329 gminach. 329 to zaledwie niecałe 15% z 2195 gmin, w których konkurs "partie - niepartie" został już rozstrzygnięty. (wytł. ASME)

Pozostało jeszcze 280 gmin, w których do II tury stanie po jednym kandydacie partyjnym i jednym bezpartyjnym. Z opublikowanych danych nie wynika, żeby w tych gminach przewagę mieli kandydaci partyjni. Ale nawet - co jest zupełnie nieprawdopodobne - gdyby we wszystkich tych gminach zwyciężyli przedstawiciele partii, to i tak liczba partyjnych wójtów, burmistrzów i prezydentów miast nie przekroczy 25%. Jest to więc wynik gorszy od tego, jaki te same partie uzyskały cztery lata temu. (wytł. ASME) Nie pomogła nachalna i bezwstydna propaganda partyjna, nie pomogły bilbordy z portretami wodzów rozwieszane na każdym kroku, nie pomogły "otwarte studia" do których dopuszczani są tylko zaufani pracownicy frontu ideologicznego. W jedynym konkursie, w którym społeczeństwo miało jakie-takie szanse, pokazało dobitnie, jaki jest jego stosunek do partyjnego państwa.

Przeglądając wyniki tych wyborów, zaskakuje bardzo wysoka liczba wybranych wójtów, burmistrzów i prezydentów, którzy uzyskali ogromną liczbę głosów, ponad 70%, a często nawet i ponad 80%. Jest to ciekawe zjawisko i wymaga wyjaśnienia. Moim zdaniem świadczy to o tym, że mieszkańcy łączą się dla obrony lokalnych liderów, którzy się na swoich stanowiskach sprawdzili, bo mają świadomość - albo podświadomość - że są oni jak gwoździe w partyjnych butach i że wodzowie tych partii wiele by dali, żeby te gwoździe jak najszybciej wyrwać.

Bezpośrednie wybory wójtów, burmistrzów i prezydentów miast stanowią dla nas wielki poligon, na którym Polacy przetestować mogą rolę i znaczenie wyborów powszechnych w jednomandatowych okręgach wyborczych. W ten sposób można się przekonać o fałszywości mitów, jakie rozpowszechniają wrogowie takiego systemu wyborczego.

Jednym z tych mitów jest głoszony pogląd, że w JOW wygrać może byle kto, że wystarczy np. 10% głosów poparcia i mandat w kieszeni. Jarosław Kaczyński posługiwał się takim przykładem: zgłosi się 10 kandydatów, każdy dostanie po 10% głosów, jeden z nich o 1 głos więcej i bierze wszystko.

Do wyborów wójtów etc. zgłosiło się 8227 kandydatów. To oznacza, że średnio na jeden mandat wypadło 3,32 kandydatów. A zatem, aby wygrać - konieczne jest zdobycie minimum 30% głosów (gdyby wybory były w jednej turze, rzecz jasna).

Te liczby warto porównać z liczbą kandydatów na jedno miejsce w wyborach do rad. Ogólna liczba stanowisk radnych wynosi aktualnie 46790. O te stanowiska ubiegało się 194387 kandydatów. Widać więc, że gdy w grę wchodzi odpowiedzialność, to już tak wielu chętnych nie ma! Dowodzi tego także i to, że w niektórych gminach były spore kłopoty ze znalezieniem kandydatów na stanowiska wójtów, a jest nawet taka, w której kandydata nie znaleziono. Warto zadać sobie zapytanie: dlaczego żadna z partii politycznych nie zdecydowała się tam posłać swoich "oficerów"? Przecież tam można było wygrać, praktycznie nic nie robiąc?

Warto takie pytanie postawić i warto poszukać na nie odpowiedzi. Myślę, że znalezienie tej odpowiedzi pozwoli nam lepiej zrozumieć sens tej klęski, jaką partie polityczne w Polsce poniosły na tym kolejnym etapie walki ze swoim społeczeństwem.

Warto też zapytać, gdzie są te wszystkie "Stokłosy", którymi cały czas straszy się dzieci, którzy jakoby mają wygrywać w jednomandatowych okręgach wyborczych? Gdzie są ci mafiozi i bogacze, którzy za piwo i parówki przekupują wyborców? Zwolennicy takich teorii powinni nam ich niezwłocznie zdemaskować. Mieli na to pełne cztery lata od wyborów w roku 2002 i jakoś nie specjalnie im się to udało.

I warto wreszcie poddać pod rozwagę czy naprawdę konieczna jest druga tura wyborcza? Ale do tego tematu wrócimy, gdy wybory wójtów, burmistrzów i prezydentów miast zostaną zakończone.

Jerzy Przystawa

  • Prof. Jerzy Przystawa był w kadencji 1990 - 1998 radnym rady miejskiej Wrocławia, startował w wyborach do Senatu Rzeczypospolitej Polskiej przeprowadzonych w dniu 21 września 1997 r.
    Od kilkunastu lat jest jednym z liderów Ruchu Obywatelskiego na rzecz JOW.

    Publicystyka prof. Jerzego Przystawy na ASME.


    Witryna ASME Antysocjalistycznego Mazowsza jest najstarszym serwisem w Sieci - oprócz witryny tematycznej JOW - propagującym ideę JOW

    Janusz Krasiński: "Przed agonią" - Nagroda im Józefa Mackiewicza AD 2006 Wysłane czwartek, 16, listopada 2006 przez Krzysztof Pawlak

    | Pobierz |









    Janusz Krasiński: "Przed agonią" - Nagroda im Józefa Mackiewicza AD 2006
    Wysłane czwartek, 16, listopada 2006 przez Krzysztof Pawlak

    Od pięciu lat za wybitne osiągnięcia prozatorskie jest przyznawana Nagroda im. Józefa Mackiewicza z dewizą słynnego pisarza Prawicy "Tylko prawda jest ciekawa". Od pięciu lat TV ASME towarzyszy uroczystości wręczenia Nagrody, tak stało się i w tym roku, przekazujemy Państwu część pierwszą pełnej relacji z wydarzenia w Domu Literatury w Warszawie. tegoroczną Nagrodę odebrał Janusz Krasiński za powieść "Przed agonią", utwór zamykający autobiograficzną tetralogię, rozpoczętą tomem "Na stracenie", i kontynuowaną tomami "Twarzą do ściany" oraz "Niemoc".
    W tym roku zostały przyznane również dwa wyróżnienia: Joannie Siedleckiej za "Obławę" i Wiktorowi Poliszczukowi za "Gorzką prawdę".
    Zapraszamy do zapoznania się z laudacjami książki "Przed agonią" oraz "Obławy" w tej części nagrania TV ASME.

    Nagranie trwa ponad 1 godzinę i jest dostępne w Sieci do 29 XI 2006 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




    Dorzynki w Bagdadzie - Stanisław Michalkiewicz Wysłane wtorek, 14, listopada 2006 przez Krzysztof Pawlak

    Korzystajcie z wojny, bo pokój będzie straszny! Ta przestroga anonimowych militarystów nabiera szczególnej aktualności w momencie, gdy uprzytomnimy sobie, że zapowiadany "wieczny pokój" będzie regulowany przez ideologię politycznej poprawności. Na samą myśl o tym przenika nas bojaźń i drżenie, a jeśli nie przenika, to tylko dlatego, że nie zdajemy sobie sprawy, czym to pachnie. Oto niezawisły trybunał w Bagdadzie skazał Saddama Husajna na karę śmierci. Gdyby ten sąd nie był niezawisły, mielibyśmy do czynienia z ostentacyjnym przypadkiem morderstwa sądowego w wykonaniu jakichś poprzebieranych w togi agentów. Ponieważ jednak zarówno prezydent Bush, jak i osobistości kierujące Unią Europejską, a także minister obrony Radosław Sikorski uznali wyrok za "sprawiedliwy", to znaczy, że o żadnym morderstwie sądowym nie ma tutaj mowy, a w takim razie bagdadzki trybunał musimy uznać za niezawisły tak samo, jak, dajmy na to, polski Trybunał Konstytucyjny. Oczywiście cieszymy się z tego ogromnie, bo nie ma nic gorszego, jak zawisłe trybunały. Radości naszej nie mąci nawet niewątpliwy drobiazg, że straszliwy Saddam Husjan został skazany nie za przygotowanie unicestwienia świata materialnego za pomocą broni masowej zagłady, tylko za - trzymajcie mnie! - sprawstwo kierownicze w zabójstwie 148 szyitów w 1982 roku!
    Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Dzięki temu lepiej rozumiemy przyczyny, dla których wszystkie wymienione wyżej autorytety i jeszcze wiele innych, wprawdzie uznają wyrok niezawisłego trybunału w Bagdadzie za "sprawiedliwy", ale uważają, że nie powinien on zostać wykonany. Trochę to na pozór dziwne, że autorytety nie są zainteresowane w doprowadzeniu procesu wymierzania sprawiedliwości do logicznego końca, ale postaramy się to wyjaśnić. Po pierwsze, warto zwrócić uwagę, że wyrok niezawisłego trybunału w Bagdadzie, skazujący Husajna na karę śmierci, uznały za "sprawiedliwy" władze Unii Europejskiej, te same, które niedawno tak pryncypialnie skrytykowały prezydenta Kaczyńskiego za wzmiankę o teoretycznej możliwości przywrócenia takiej kary w Polsce. Skoro władzy UE krytykują pomysł przywrócenia kary, którą skądinąd uznają za "sprawiedliwą", to nieomylny to znak, że Unia Europejska będzie coraz bardziej odchodziła od sprawiedliwości. W którą stronę? W udzieleniu odpowiedzi na to pytanie bardzo pomaga nam oficjalny powód skazania Husajna na śmierć przez niezawisły trybunał w Bagdadzie. 148 szyitów! Gdyby każdy światowy przywódca, który nakazał zabicie albo w inny sposób przyczynił się do zgładzenia 148 szyitów, względnie innych fundamentalistów, miał być powieszony, to miłująca pokój ludzkość zostałaby pozbawiona przywództwa politycznego być może już po paru miesiącach. Dlatego solidarne stanowisko osobistości kierujących Unią Europejską jest bardzo podobne do dżentelmeńskiego, jeśli wolno w tym przypadku użyć tego słowa, porozumienia, jakie zawarli członkowie sowieckiego Biura Politycznego po pomyślnym zabójstwie Wawrzyńca Berii; skoro udało nam się szczęśliwie go zaciukać, to teraz udzielmy sobie nawzajem gwarancji, że cokolwiek się stanie - nie będziemy się zabijali. Któż w przeciwnym razie zagwarantuje takiemu, dajmy na to, Tońciowi Blairowi, że inny niezawisły trybunał nie zaciągnie go na szubienicę za jakichści szyitów czy sunnitów? Nikt nie jest bez grzechu wobec Boga i bez winy wobec cara, więc na wszelki wypadek lepiej nie stwarzać niebezpiecznego precedensu z Saddamem Husajnem. Oczywiście oficjalne uzasadnienia będą ociekały eunuchoidalna obłudą, ale prawdopodobnie do demokratycznych przywódców przemówił instynkt samozachowawczy.
    Inna sprawa jest w przypadku "Gazety Wyborczej". Jak wiadomo, jest ona w samej awangardzie postępu i z tego tytułu od początku stoi na nieubłaganym gruncie sprzeciwu wobec kary śmierci. Nie przeszkodziło to jednak ścisłemu kierownictwu redakcji opatrzyć pierwszej strony poniedziałkowego wydania "GW" wielkim tytułem: "Powiesić Saddama". Czy ścisłe kierownictwo "GW" tak bardzo współczuje zamordowanym w 1982 roku 148 szyitom, że zdecydowało się odstąpić od swoich nieubłaganych pryncypiów? Wszystko to być może, chociaż z drugiej strony to samo ścisłe kierownictwo "GW" zawsze sprzeciwiało się nie tylko karaniu komunistycznych zbrodniarzy, ale nawet postawienia znaku równości między zbrodniami komunistycznymi i hitlerowskimi. W tej sytuacji budzi się podejrzenie, ze "Gazecie" nie chodzi o żadnych szyitów, którzy obchodzą ją tyle, co zeszłoroczny śnieg, tylko o pokazową egzekucję Saddama, który odważył się podskakiwać Izraelowi. Niech cały świat zobaczy, jaki los czeka tych, którzy odważą się podskakiwać Izraelowi, czy choćby nawet "diasporze".
    W tych podejrzeniach utwierdza mnie entuzjastyczny ton, w jakim "Gazeta" pisze, jak to rosyjscy "antyfaszyści" biją skinów. Zorganizowali bojówki, które trenują w siłowniach i szkołach walki, a jak już się wytrenują, to ruszają na miasto i - biada skinom sk...synom! Wyobrażam sobie, jaki klangor podniosłaby "Gazeta Wyborcza", a za nią Abraham Foxman i wszyscy inni funkcjonariusze Ligi Antydefamacyjnej, gdyby tak okazało się, że do siłowni i szkół walki chodzą, dajmy na to, członkowie Narodowego Odrodzenia Polski. "Antyfaszyći" - aaa, to co innego! A dlaczego co innego? No bo biją skinów, którzy coś tam wykrzykują przeciwko Żydom. "Tak wylazła z archanioła stara świnia reakcyjna" - zauważył poeta. Wygląda na to, że solidarność plemienna jest silniejsza niż pryncypia dla tubylców, ale któż ośmieli się zauważyć tego słonia w menażerii?

    Stanisław Michalkiewicz

    Publicystyka Stanisława Michalkiewicza na ASME i nagrania TV ASME


    Świętowanie zadekretowane - Krzysztof Mazur Wysłane poniedziałek, 13, listopada 2006 przez Krzysztof Pawlak

    Pierwsza księga Starego Testamentu, którą jest Księga Rodzaju podaje, jak to Pan Bóg przez sześć kolejnych dni stwarzał świat, zwieńczając to stworzeniem człowieka, a następnie „odpoczął”, błogosławiąc dzień siódmy jako dzień święty. W związku z tym wszyscy wierzący w Boga starają się ów święty dzień święcić, a tak się przyjęło, że i wielu niewierzących raczej w dni święte świętuje, chociaż ich motywacja jest zapewne bardziej utylitarna niż religijna. Tak się bowiem składa, że bywały w historii okresy, gdy przekazany w Księdze Rodzaju porządek tygodnia próbowano zakłócić, tworząc nowe kalendarze zrywające z klerykalną tradycją. Francuscy rewolucjoniści zaproponowali więc podział miesiąca na trzy tygodnie liczące po dziesięć dni, zaś rewolucjoniści radzieccy w 1929 r. skrócili tydzień do dni pięciu, następnie wydłużając go do sześciu dni, by wreszcie po ponad 10 latach eksperymentów powrócić do tygodnia siedmiodniowego. Podobno swój kalendarz posiadają również wolnomularze stosując go w praktykach lóż masońskich.

    Głównym powodem tych przejawów inżynierii społecznej było zaprzeczenie tradycji w tym szczególne tradycji religijnej, stąd też dzień święty zastępowano decadi, dniem Lenina, dniem rewolucji, dniem talentów, dniem opinii itd. Jak też widać, wspomniane próby wprowadzania nowej świeckiej tradycji bankrutowały szybciej niż systemy, które umożliwiały ich krótkotrwałą karierę - ale nie oznacza to, że wyginęła mentalność stanowiąca doskonałe podglebie do kiełkowania takich i im podobnych wynalazków.
    Wiele wskazuje, że w Polsce nie przyjęło się nowe święto nazwane "dniem niepodległości", a obchodzone 11 listopada, który to dzień wybrano jako datę symbolizującą odrodzenie się niepodległego państwa polskiego po długoletnim okresie rozbiorów. Podaję ową konstatację bez satysfakcji, ale i bez jakiegoś szczególnego zatroskania, a to co najmniej z trzech powodów. Po pierwsze: w ciągu roku obchodzimy co najmniej trzy święta państwowe łączące się wyraźnie z tradycją niepodległościową, czyli święto w dzień 3-go maja, 15 sierpnia i 11 listopada (oczywiście świętem państwowym jest również 1 maja, co można pozostawić bez komentarza). Dwa z tych dni są obchodzone równocześnie jako święta kościelne, stąd dzień 3-go Maja mogą święcić zarówno katolicy jako święto NMP oraz patrioci - jako symbol zatamowania szwedzkiego potopu, a patrioci-agnostycy, a nawet masoni - jako rocznicę tzw. konstytucji 3-go Maja. Również 15 sierpnia symbolizujący faktyczne utrwalenie młodej polskiej państwowości, łączy się ze świętem maryjnym. W tym względzie 11 listopada najmniej przemawia do wyobraźni nie tylko chrześcijanina, ale również patrioty i stąd wywodzi się drugi powód pewnej rezerwy wobec ledwo co obchodzonego święta państwowego. Święto to nie narodziło się spontanicznie, oddolnie, ale zostało niejako nadane z góry, w czym jego tradycja ma wiele wspólnego z innym próbami tworzenia nowego świeckiego obyczaju. O ile gdy w okresie PRL-u 11 listopada wiązał się z okazją do pokazania władzy swego niezadowolenia, to dzień ten wywoływał jako takie emocje, chociaż należałoby uczciwie zauważyć, że z masowymi objawami przejawów patriotyzmu raczej w tym dniu również i wtedy nie mieliśmy do czynienia. O tym, że obecne świętowanie dnia 11 listopada jest wymysłem biurokratycznym - najlepiej świadczy, że tego dnia obchodzony jest dzień służby cywilnej, czyli dzień urzędnika państwowego (wytł. ASME). Trzeci powód jest bardzo przyziemnej natury, chodzi mianowicie o porę roku, gdyż każdy wie, że listopad jest jednym z najbardziej ponurych i pogodowo nieprzyjemnych miesięcy, stąd pomysł, aby w środku tego miesiąca maszerować z flagami czy odbywać capstrzyki, mógł zrodzić się jedynie w głowach praktycznych-inaczej. Kilka dni wcześniej polskie media podały - nie bez pewnej satysfakcji, że nowe rosyjskie święto ustanowione w dzień przegonienia polskiej załogi Kremla nie zostało zbytnio zaakceptowane przez Rosjan, gdyż więcej osób świętowało rocznicę rewolucji bolszewickiej niż obecny oficjalny państwowy prazdnik. Ale jak powiada przysłowie "nie śmiej się bratku z czyjego przypadku" - gdyż wkrótce główne wydanie wiadomości w wieczornym wydaniu z okazji święta niepodległości pokazało reportaż, z którego jasno wynikało, że większość rodaków zamiast wieszać symbole narodowe i uczestniczyć w patriotycznych demonstracjach, wybierała zakupy, handel czy po prostu pracowała. Oczywiście telewizyjni reporterzy wyraźne dawali upust swojej dezaprobacie dla takich postaw, dezaprobacie, którą trudno było wcześniej dostrzec chociażby w podobnych relacjach z niedzielnych obrotów w podmiejskich supermarketach i handlowych galeriach. Nie było również żadnej wzmianki o zanieczyszczeniu świeżo odsłoniętego pomnika Romana Dmowskiego, którego zasług dla odrodzenia Polski po okresie zaborów nie kwestionują nawet przeciwnicy polityczni. Gdyby w tym samym czasie jakiś chuligan wylał ampułkę farby plakatowej na kapelusz rabina Schudricha - to ani chybi cała Polska, a nawet świat wiedziałyby o tym wydarzeniu w trybie on-line.
    Dlatego też należałoby nieco bardziej samokrytycznie podchodzić do kwantyfikowania patriotyzmu, gdyż takie pryncypialne lamenty często odbywają się według prawidła sformułowanego onegdaj przez hrabiego Fredrę w krótkim epigramacie: "Nie ma już cnoty, wiary! fałsz dmie z każdej strony!"/ Zawołał z gorzkim żalem złodziei okradziony". Tenże Fredro przestrzegał zarazem przed innym rodzajem patriotów, których i w dzisiejszych czasach nie brakuje, pisząc, że "Ojczyzna żyje zawsze, z tą jednak odmianą,/ Że dawniej życie, mienie w ofierze dawano,/ A teraz do Ojczyzny każdy ściąga dłoń -/ Od takich patryjotów Panie Boże chroń!".

    Krzysztof Mazur

    Publicystyka Krzysztofa Mazura na ASME


    Polityka "telewizyjna" nie sprawdza się - wyborcy wolą reprezentantów "małych ojczyzn" - Łukasz Perzyna o wyborach samorządowych Wysłane piątek, 10, listopada 2006 przez Krzysztof Pawlak

    | Pobierz |









    Polityka "telewizyjna" nie sprawdza się - wyborcy wolą reprezentantów "małych ojczyzn" - Łukasz Perzyna o wyborach samorządowych
    Wysłane piątek, 10, listopada 2006 przez Krzysztof Pawlak

    "Niedawny sondaż GfK Polonia, z którego wynika, że 68% Polaków zamierza zagłosować w wyborach samorządowych - nie budzi wielkiego zaufania, gdyż pamiętamy wybory »europejskie«, w których zagłosowało 20% wyborców. Ska bierze się ta mnogość deklaracji o udziale w wyborach? Pewnie ze słabości polityki »telewizyjnej«, parlamentarnej, polityki w skali makro, która na co dzień oglądamy. Politycy oto bowiem spierają się, kto w jakiej formie ma wziąć udział w składaniu wieńców przy Grobie Nieznanego Żołnierza - to spór w zasadzie typowy, bo gorszący, bo tak naprawdę o nic, nie przystający do powagi święta narodowego" - Łukasz Perzyna, publicysta "Tygodnika Solidarność" i naszej witryny ASME, analizuje ostatnie chwile w maratonie przedwyborczym.

    Trzeba przyznać, że telewizja publiczne właściwie nie relacjonował kampanii przedwyborczej, skoncentrowała się na pokazywaniu sondaży, w których najlepiej wypadały obecna partia rządząca i zapewne - przyszła partia rządząca - po ugrupowaniu PiS. Kampania samorządowa była ciekawsza od problemów trwałości koalicji, od przyszłego budżetu od zimnej wojny niedoszłych koalicjantów - PiS i PO. Oglądaliśmy serię ciekawych spotkań, niebanalnych zapowiedzi programowych. Przywiązanie polityków do "małych ojczyzn" paradoksalnie może przyczynić się do reakcji pozytywnej wyborców - że w ogóle pójdą szerszą ławą na wybory...

    Nagranie trwa ponad 7 minut i jest dostępne w Sieci do 24 XI 2006 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




    O władzę nad władzą - prof. Jerzy Przystawa Wysłane piątek, 10, listopada 2006 przez Krzysztof Pawlak

    Co miał na myśli słynny hiszpański socjolog i filozof Jose Ortega y Gasset, kiedy w książce "Bunt mas" stwierdzał, że ze wszystkich spraw najważniejszych dla demokracji, pierwsze miejsce zajmuje procedura wyborcza? Dlaczego uważał, że wszystkie inne rozstrzygnięcia mają znaczenie drugorzędne i jeśli ta procedura jest odpowiednia, i właściwa, to wszystko działa jak należy, a kiedy jest zła, to wszystko się wali, choćby wszystko inne działo bez zarzutu ("Bunt mas", MUZA SA, Warszawa 2006, str. 175 - 176)?

    Zapewne nie wielu z nas od razu zgodzi się z hiszpańskim myślicielem. Od roku 1989 procedura wyborcza w Polsce jest nieustannie zmieniana, bez przerwy majstrują przy niej kolejne parlamenty, zmieniają nam ordynację wyborczą nieledwie przy każdych kolejnych wyborach, tymczasem rezultaty tych manipulacji nie przynoszą pozytywnych skutków, przeciwnie, co raz częściej dochodzimy do wniosku, że wyłaniane w ten sposób władze satysfakcjonują nas w co raz mniejszym stopniu. Dowodem na to jest malejąca frekwencja wyborcza, frustracja i zniechęcenie do demokracji. Powstaje więc i umacnia się przeświadczenie, że procedura wyborcza jest bez znaczenia, że "jak zwał, tak zwał", zawsze w efekcie wyjdzie na to samo. Przeświadczenie to ugruntowują nieustanne "debaty telewizyjne i radiowe", gdzie ci sami "eksperci" i "fachowcy" siadają i dywagują nad wszystkimi problemami naszego życia publicznego - oprócz jednego! Otóż starannie omijają problem ordynacji wyborczej. I czynią tak nie tylko ci, których od dawna znamy jako dyspozycyjnych zwolenników każdej władzy, ale i ludzie znani ze swojej nie całkiem układnej działalności, a nawet tacy, którzy przez lata deklarowali się po stronie zasadniczej reformy prawa wyborczego i wprowadzenia JOW. Robi to wrażenie, jakby nagle, po uzyskaniu licencji na "doradzanie narodowi" odkryli jakąś inną prawdę, jakby sprawa procedury wyborczej, kiedyś zasadnicza i nawet najważniejsza, nagle została zepchnięta na daleki plan i wszystko inne stało się ważne, tylko nie to.

    Od niepamiętnych czasów toczy się spór teoretyczny o to, co jest ważniejsze: czy parlament ma być "reprezentatywny", czy ma być "lustrem odzwierciedlającym rozkład preferencji społecznych" (tak utrzymują propagatorzy tzw. ordynacji proporcjonalnej), czy też ma to być sprawna władza państwowa, zdolna wyłonić stabilny rząd i skutecznie ustanawiać prawa (tak proponują zwolennicy JOW)?

    Teoretycy się spierają, lecz doświadczenie Polaków z całą serią wyborów parlamentarnych od roku 1989 całkowicie sfalsyfikowało tezę o rzekomej większej reprezentatywności Sejmu wyłanianego według metody głosowania na listy partyjne, ukrytej pod niewinną nazwą "wybory proporcjonalne". Gdyby nawet przyjąć, że którykolwiek z sejmów wyłonionych w głosowaniach lat 1991, 1993, 1997, 2001 czy 2005 był - w dniu głosowania! - reprezentatywny dla rozkładu preferencji społecznych i politycznych w Polsce, to za każdym razem to "lustro" natychmiast pękało, następowała fragmentacja i rozpad wyłonionych w dniu wyborów partii, i pod koniec kadencji mieliśmy zawsze Sejm bynajmniej nie przypominający tego, jaki podobno chcieli mieć wyborcy. To właśnie dlatego - jak to powiedział z trybuny sejmowej wicemarszałek Sejmu IV Kadencji Donald Tusk: "wyborcy mają przekonanie, i przekonanie to narasta, że dzień wyborów jest dniem wielkiego oszustwa narodowego…".

    To, o czym pisał Ortega y Gasset, możemy najkrócej ująć tak: istotą demokracji jest kontrola obywateli nad władzą. Demokracja jest tym lepsza, im ta kontrola jest bardziej skuteczna. Kiedy obywatele mogą powiedzieć złej władzy "mamy ciebie dość, musisz odejść". Albo: "nie było tak źle, z taką władzą da się żyć". Zasadniczym i praktycznie jedynym instrumentem tej kontroli są wybory powszechne, a dzień wyborów - jak pisze Karl Popper - ma być dniem sądu, kiedy suwerenni obywatele, którzy w krajach demokratycznych są jedynym źródłem władzy, decydują o tym, kto ma ją sprawować.

    Jaka ordynacja wyborcza daje obywatelom najlepszy i najbardziej skuteczny instrument kontroli nad władzą: partyjna, głosowanie na wielomandatowe listy partyjne czy też wybory w JOW, gdzie głosuje się na konkretnych, znanych w ich okręgach, ludzi?

    Aby uzyskać odpowiedź, Popper zaproponował test, znany od tej pory pod nazwą "testu Poppera": "jak często się zdarza, że w wyniku zastosowania jednej z tych procedur, wyborcy byli (są) w stanie odsunąć od władzy partię, jaka nie znalazła u nich uznania, i zastąpić ją przez inną".

    Analizując wybory przeprowadzane w demokracjach zachodnich w drugiej połowie ubiegłego wieku, okazuje się, że podczas gdy w krajach stosujących JOW wymiana partii rządzącej ma miejsce, średnio, co drugą kadencję, to w krajach stosujących systemy proporcjonalne, przeprowadzane wybory, na ogół, do zmiany nie prowadzą. W Niemczech, na przykład, pierwszym, od wojny, nowym rządem wyłonionym w wyniku wyborów był dopiero rząd Schrödera, w innych krajach sprawa się przedstawia nawet jeszcze gorzej! Brytyjski politolog Pinto-Duschinsky przedstawił następujące wyniki testu Poppera:

    Belgia (1946 - 1998)........ 3 na 17
    RFN (1949 - 1998)............ 0 na 13
    Włochy (1945 - 1994)....... 0 na 12
    Japonia (1946 - 1998)....... 0 na 16
    Szwecja (1946 - 1998)...... 2 na 16
    Szwajcaria (1944 - 1998).. 0 na 13

    Oczywiście, we wszystkich tych krajach wielokrotnie zmieniały się partie i koalicje rządzące (na przykład we Włoszech w tym samy czasie było ponad 50 zmian rządów!), ale działo się to nie w wyniku woli wyborców, nie w wyniku przeprowadzonych wyborów, ale w wyniku międzypartyjnych gier politycznych i walk w łonie establiszmentu władzy. Można powiedzieć, że przeprowadzane wybory nie miały większego znaczenia dla decyzji o tym, kto sprawować będzie władzę.

    Zupełnie inaczej przedstawia się sprawa w krajach stosujących JOW. Tam wyborcy rzeczywiście decydują o tym, kto obejmuje rządy i albo utrzymują rządzącą partię przy władzy, albo przekazują władzę w ręce opozycji:

    UK (1945 - 1997)..................... 6 na 15
    Kanada (1949 - 1993).............. 6 na 15
    Indie (1952 - 1998).................. 6 na 12
    Nowa Zelandia (1946 - 1990). 7 na 16

    Porównując, pod tym względem, te systemy wyborcze, Pinto-Duschinsky skomentował je tak: "mówi się, w przypadku systemu brytyjskiego, o syndromie zmarnowanego głosu (wyborcy nie chcą głosować na kandydata, który wydaje się nie mieć szans) - w przypadku tzw. wyborów proporcjonalnych stracone są całe wybory!".

    Kraje Europy Zachodniej, które przyjęły system proporcjonalny, wprowadziły jednak niektóre inne zabezpieczenia, pozwalające im kontrolować władzę w pewnym stopniu. Najskuteczniej robią to Szwajcarzy, w których kontrolę nad władzą umożliwia instytucja referendum, w wyniku czego wprowadzane przez parlament prawa wymagają powszechnej akceptacji, a także obywatele są w stanie nie tylko nie dopuścić do uchwalenia niekorzystnych dla nich praw, ale posiadają także inicjatywę ustawodawczą. Jest jeszcze Rada Kantonów, które posiadają wysoką autonomię. Jest to jednak sytuacja unikalna i trudna do naśladowania w innych warunkach. Również w niektórych innych krajach, np. we Włoszech, obywatele mogą się odwołać do referendum, którego przeprowadzenie nie zależy od widzimisię władzy. W Polsce niczego podobnego nie ma. Prawo Polaków do referendum jest tylko na papierze, podobnie jak szereg innych praw obywatelskich, które figurują jedynie w Konstytucji. Takim papierowym prawem jest, między innymi, nasze bierne prawo wyborcze, co stawia nas w dużo gorszej sytuacji niż obywateli innych krajów europejskich, w których nawet przy systemie wyborów na listy partyjne do takich absurdów nie dochodzi.

    Test Poppera dowodzi, że najskuteczniejszym instrumentem kontroli nad władzą jest właściwa procedura wyborcza. Ta procedura od 17 lat w Polsce zawodzi i w żadnym razie nie spełnia oczekiwań obywateli. Doświadczenie ludzkości pokazuje, że nie jest to wina Polaków, naszych słynnych wad narodowych, niedorozwoju obywatelskiego, warcholstwa i tysięcy innych rzeczy, o jakie się nas pomawia. Ta procedura zawodzi także i w wielu innych krajach, które są nam stawiane za wzorce demokracji, czy to będzie Szwajcaria, czy Japonia. Wydaje się, że pora już najwyższa, aby z tych doświadczeń wyciągnąć właściwe wnioski.

    Jerzy Przystawa

  • Prof. Jerzy Przystawa był w kadencji 1990 - 1998 radnym rady miejskiej Wrocławia, startował w wyborach do Senatu Rzeczypospolitej Polskiej przeprowadzonych w dniu 21 września 1997 r.
    Od kilkunastu lat jest jednym z liderów Ruchu Obywatelskiego na rzecz JOW.

    Publicystyka prof. Jerzego Przystawy na ASME.


    Witryna ASME Antysocjalistycznego Mazowsza jest najstarszym serwisem w Sieci - oprócz witryny tematycznej JOW - propagującym ideę JOW

    Na fundamencie zabobonu - Stanisław Michalkiewicz Wysłane piątek, 10, listopada 2006 przez Krzysztof Pawlak

    "Każdy ma swoją żabę, co przed nim ucieka i swojego zająca, którego się boi" - ironizował Adam Mickiewicz, pocieszając tchórzów, że "cały świat na tchórzu stoi". Tak mogło być w zamierzchłej przeszłości, kiedy to - jak zauważył Boy-Żeleński - "ludzie mniej mieli kultury, lecz byli szczersi", ale teraz żadnych tchórzów, ma się rozumieć, nie ma. Co najwyżej, w pewnych sytuacjach przeważa rozsądek, wspomagany tolerancją albo jeszcze lepiej - polityczna poprawnością. Tak, czy owak, każda epoka ma swoje przesądy i tematy tabu. Na przykład za komuny można było krytykować różne "bolączki" które miały to do siebie, że zdarzały się "tu i ówdzie", w czym stawały się podobne do "niedociągnięć", które były widoczne tylko na świetlanym tle "osiągnięć" i "dociągnięć". Za nic w świecie nie wolno było natomiast podważać ustroju socjalistycznego, który był najlepszy na świecie oraz sojuszy, ze Związkiem Radzieckim na czele. Najtwardszym jądrem ustroju socjalistycznego była przewodnia rola partii, która też nie podlegała dyskusji, podobnie jak kiedyś przekonanie, że Ziemia jest płaska.

    Tak się składa, że późniejsze pokolenia mają skłonność do wyśmiewania przesądów i tematów tabu, wyznawanych przez pokolenia wcześniejsze. Na przykład większość ludzi wyśmiewa dziś przekonanie o płaskości Ziemi, ale za to wierzy w "bioprądy", co to transmitują z Kosmosu "pozytywną energię", która z kolei jest niezbędna do osiągnięcia życiowego sukcesu, a dodatkowo korzystnie wpływa na porost włosów. Ministerstwo Zdrowia, tak surowe w ocenie przydatności leków, oficjalnie rezygnuje z dostarczenia dowodów skuteczności specyfików homeopatycznych, których wynalazcy i producenci przekonują nas o "pamięci wody" i innych, podobnych rewelacjach. Widać jak na dłoni, że dzisiejsze zabobony mają skłonność do drapowania się w szalenie naukowe szaty, podobnie zresztą, jak zabobony marksistowskie. Na przykład wielu naukowców doktoryzowało się i habilitowało z "centralizmu demokratycznego", czyli czegoś, czego nigdy nie było, nie ma i nie będzie, ale doktoraty i habilitacje są jak najbardziej prawdziwe, tzn. uznawane również po sławnej transformacji ustrojowej. Jedynie pogardzana Albania zdobyła się na unieważnienie wszystkich tytułów naukowych przydzielonych przez poprzedni reżim. Być może nagromadzenie nonsensu w Albanii było większe niż gdzie indziej, ale nie można wykluczyć, że przyczyna tej odważnej decyzji tkwi w tym, iż w Albanii nie było "lewicy laickiej", która większość wyznawanych w czasach heroicznej młodości przesądów przeniosła w nowe warunki ustrojowe i w odwrócone sojusze.
    Charakterystyczne jest, że po tragicznym incydencie w gdańskim gimnazjum ucichły protesty, jakie środowiska postępowe podnosiły przeciwko ministrowi Giertychowi, który w gruncie rzeczy nie proponował niczego rewolucyjnego, a tylko zdobył się na deklarację, że "król jest nagi". Chodzi oczywiście o kompletną klapę bezstresowego systemu wychowawczego, jaki nasi mądrale, naśladując mądrali zachodnich, u nas zaaplikowali. Pozbawiwszy nauczycieli jakichkolwiek środków egzekwowania dyscypliny, przekształcili szkoły w centra swoistej subkultury, w której coraz wyraźniej zaznaczają się wpływy knajackie. Podobnie jak w ekonomii, gdzie pieniądz gorszy wypiera z rynku pieniądz lepszy, knajactwo wypłukało ze szkół jakiekolwiek poczucie elitarności. Przystrojeni w naukowe kostiumy nosiciele postępowych zabobonów sprzeciwiali się mimo to wszelkim próbom powrotu do normalności, wygłaszając bezradne zaklęcia o "zapobieganiu", nie chcąc przyjmować do wiadomości stwierdzonego ponad wszelką wątpliwość faktu, że sławna "resocjalizacja" służy wyłącznie do kreowania posad dla absolwentów tego kierunku, bezrobotnych absolwentek psychologii i innych robót na drutach dla dobrze urodzonych panien. Jak dotąd, z "zapobiegania" złotą żyłę uczynili sobie we Francji młodzi Arabowie i Senegalczycy, wyduszając od francuskiego podatnika za pośrednictwem tamtejszego rządu coraz to cięższe haracze za obietnicę powstrzymania się od podpalania samochodów. Więc kiedy minister Giertych zapowiada utworzenie szkół o zaostrzonym rygorze i likwidację koedukacji już w gimnazjach, mądrale na razie szemrzą, czekając, aż opinia publiczna zapomni o biednej samobójczyni.
    Tymczasem grzechem pierworodnym, stanowiącym przyczynę wszystkich patologii w oświacie, jest przymus edukacyjny. Odkąd z pożądanego uprawnienia do kształcenia się uczyniono obowiązek, nie ma sposobu na przywrócenie w szkołach dyscypliny. Cóż bowiem można zrobić uczniowi, który musi ukończyć gimnazjum, a za ten rezultat odpowiadają nauczyciele? Nie można mu zrobić NIC, chociaż oczywiście próbując opanować sytuację, można stworzyć nawet sieć obozów koncentracyjnych. Gdyby jednak odstąpić od przymusu edukacyjnego, można by matołów albo łobuzów zwyczajnie ze szkół wyrzucać i to bez uruchamiania żadnych programów "wyrównujących szanse". Chodzi bowiem o to, by na szanse każdy musiał sobie zapracować, a nie był proszony o łaskawe z nich skorzystanie. Dopiero gdy edukacja stanie się dobrem trudno dostępnym i poszukiwanym, nauczyciele zostaną otoczeni szacunkiem, a szkoła zyska szansę uwolnienia się od więziennej subkultury i nabrania elitarności. No tak, ale wymagałoby to przełamania najsilniej zakorzenionego zabobonu dzisiejszej epoki, że wszyscy ludzie są "równi". Wprawdzie już na pierwszy rzut oka widać, że to nieprawda, ale zdaje się, dr Goebbels odkrył, że najżywotniejsze są kłamstwa bezczelne.

    Stanisław Michalkiewicz

    Publicystyka Stanisława Michalkiewicza na ASME i nagrania TV ASME