listopada 23, 2006 - grudnia 3, 2006

Zadowolenie Jarosława Kaczyńskiego, panika Donalda Tuska - Łukasz Perzyna o wynikach wyborów samorządowych w Warszawie Wysłane niedziela, 3, grudnia 2006 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |







Zadowolenie Jarosława Kaczyńskiego, panika Donalda Tuska - Łukasz Perzyna o wynikach wyborów samorządowych w Warszawie
Wysłane niedziela, 3, grudnia 2006 przez Krzysztof Pawlak

"Jarosław Kaczyński wcale nie sprawiał zasmuconego porażką kandydata PiS w Warszawie. Dlaczego w taki sposób, ze stoickim spokojem, czołowy gracz polskiej polityki przyjmuje rezultat wyborów w stolicy? Sądzę, że to dlatego, że w taki sposób były premier Marcinkiewicz staje się po prostu petentem, w kolejce do stanowiska, może rządowego, może będzie to stanowisko ministra gospodarki... Kazimierz Marcinkiewicz jako zwycięzca wyborów warszawskich byłby naturalnym kandydatem - w przyszłości - do schedy po Jarosławie Kaczyńskim, jeśli temu by się kiedyś nie powiodło. Byłby zagrożeniem, alternatywą, potencjalnym sukcesorem, przegrany - jest po prostu klientem" - Lukasz Perzyna, publicysta "Tygodnika Solidarność" i naszej witryny ASME, analizuje wyniki wyborów samorządowych w stolicy naszego "regionu UE".

Problem przywódcy i kandydata w wyborach warszawskich objawił się z równą oczywistości w Platformie Obywatelskiej. Przywództwo Donalda Tuska nie był kwestionowane - żaden z kandydatów "demoliberałów" nie uzyskał nigdy 7 milionów głosów w jakichkolwiek wyborach, choć przegrał z Lechem Kaczyńskim w zeszłorocznych wyborach prezydenckich. A tu nagle Donald Tusk ogłosił PRZED WYBORAMI samorządowymi - i to w dodatku gdzie ją zgłosił!, zamiast w świetle jupiterów, na jakiejś konwencji partyjnej, w "mocherowej" już "Rzeczpospolitej" - chęć kandydowania w następnych wyborach prezydenckich w 2010 roku. Po prostu Donaldowi Tuskowi panika zajrzała w oczy, przestraszył sie zwycięstwa Hanny Gronkiewicz-Waltz...

Nagranie trwa ponad 10 minut i jest dostępne w Sieci do 17 XII 2006 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




Niech PiS zacznie walczyć z rzeczywistym zagrożeniem RP: biurokracją - Wojciech Popiela, prezes UNII POLITYKI REALNEJ o próbie stworzenia nowego wizerunku medialnego lewicy narodowej vel "patriotycznej" Wysłane piątek, 1, grudnia 2006 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |








Niech PiS zacznie walczyć z rzeczywistym zagrożeniem RP: biurokracją - Wojciech Popiela, prezes UNII POLITYKI REALNEJ o próbie stworzenia nowego wizerunku medialnego lewicy narodowej vel "patriotycznej"
Wysłane piątek, 1, grudnia 2006 przez Krzysztof Pawlak

"Chodzą pogłoski, Szanowni Państwo, że organizacje feministyczne złożą wniosek o wycofanie reprezentacji siatkarzy Polski z mistrzostw - chodzi o to, by wyrównać szansę sekcji żeńskiej z sekcją męską, która odpadła z kretesem, ale chyba panie, które lubią wysokich mężczyzn, zaprotestują, bądźmy więc dobrej myśli - ale to są wiadomości dobre, są też inne. Zakończyły się wybory samorządowe, można więc kreślić już jakieś scenariusze, a nawet te z gatunki S-F. Jan Maria Władysław Rokita mógłby wyjść z Platformy z taką dużą liczbą posłów, by móc stworzyć z PiS tzw. mały PO-PIS. PiS będzie mogło wyrugować z koalicji LPR, by ta zniknęła do cna, a Samoobronę pozostawić przy sobie, by przeciwstawić drugiej stronie - czyli Platformie z PSL i »LiD«-em, jak nazywa sie kolejne wcielenie Polskiej Zjednoczonej partii Robotniczej. Pan Marcinkiewicz być może wejdzie do rządu, być może nie - uważając, że posada nie jest odpowiednia do Jego aspiracji" - Wojciech Popiela, prezes UPR, komentuje najnowsze wydarzenia na scenie politycznej "regionu polskiego UE".

PiS stara sie wykreować nowy swój wizerunek - bardziej zaangażowany po stronie "inteligencji" tak, by zrównoważyć wpływy Platformy wśród "wykształciuchów". Temu miała służyć rozmowa pana Kluski z premierem Kaczyńskim, o której biznesmen powiedział w TV Puls. Większość sejmowa PiS utwardza się w sprawie lustracji, ale wychodzi na to, że łatwiej jest - przynajmniej medialnie - sprzedać swój wizerunek jako ugrupowania walczącego z "układem PRL-bis, III RP" i WSI, niż walczącego ugrupowania z biurokracją, która utrudnia wprowadzenie zmian gospodarczych. Gdyby działania rządu zostały wreszcie wymierzone przeciw biurokracji - UPR mogłaby wreszcie - choćby tylko werbalnie - zacząć wspierać politykę lewicy narodowej czy lewicy "patriotycznej", za jaką zdecydowanie uważa PiS redakcja naszej witryny - ASME...

Nagranie trwa ponad 11 minut i jest dostępne w Sieci do 15 XII 2006 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




Nieugięty policjant Rzeczypospolitej - Tadeusz M. Płużański Wysłane piątek, 1, grudnia 2006 przez Krzysztof Pawlak

Major Bolesław Kontrym "Żmudzin" to postać prawie dziś zapomniana. Tymczasem ten oficer Policji Państwowej w II RP to symbol pokolenia, które oddało życie za Ojczyznę. Kawaler Krzyża Orderu Virtuti Militari, trzykrotnie odznaczony Krzyżem Walecznych został aresztowany przez UB 13 października 1948 r. Po czterech latach ciężkiego śledztwa, wyrokiem Sądu Wojewódzkiego dla m.st. Warszawy z 26 czerwca 1952 r. został skazany na karę śmierci. 2 lub 20 stycznia 1953 r. stracony. Pochowany potajemnie w nieznanym miejscu.

Bolesław Kontrym urodził się 27 sierpnia1898 r. w majątku Zaturce, w powiecie Łuck na Wołyniu, jako syn Władysława Kontryma, pułkownika armii rosyjskiej (zmarłego w 1914 r.) i Aldony Cichockiej. W rodzinie miał Powstańców Listopadowych i Styczniowych. Jego dziadek, zesłany po 1863 r. do Wiatki w pamiętniku zapisał: "Rzemiosła wojennego uczyć się trzeba i to najlepiej od wroga, by zgłębić jego strategię i pokonać go później jego własną bronią". Bolesław Kontrym dobrze zapamiętał to zalecenie.

Z armii rosyjskiej do poselstwa RP

Od 1909 r. uczył się w Korpusie Kadetów w Jarosławiu nad Wołgą. Naukę przerwał w marcu 1915 r., wstępując ochotniczo do armii carskiej. Najpierw służył w 106. pp, a po ukończeniu szkoły oficerskiej w Saratowie (sierpień-grudzień 1915 r.) pełnił szereg funkcji dowódczych.
W styczniu 1918 r. dołączył do powstałego w Rosji II Korpusu Polskiego, w którym walczył jako ułan. W maju tego roku, po rozbrojeniu pod Kaniowem, dostał się do niewoli niemieckiej. W październiku 1918 r. znów aresztowany i wcielony do Armii Czerwonej. W latach 1919-20, walcząc m.in. na froncie fińskim, został trzykrotnie odznaczony Orderem Czerwonego Sztandaru za męstwo, awansowany do stopnia kombryga (odpowiednik dowódcy brygady) i skierowany na studia do Akademii Sztabu Generalnego w Moskwie.
O sprawie nadrzędnej - walce o Polskę Bolesław Kontrym nie zapomniał. Już w lutym 1922 r. rozpoczął pracę dla polskiego wywiadu, a konkretnie dla pułkownika Romualda Wolikowskiego, attache wojskowego przy poselstwie RP w Moskwie. W działalności wywiadowczej pomagała mu poślubiona w 1919 r. żona Ija, z domu Mikołajewa. Kiedy Kontrym poczuł się zagrożony przez radziecki kontrwywiad, wysłał do Polski - dzięki "lewym papierom" dostarczonym przez poselstwo RP - matkę, żonę i dwuletniego synka Władysława. Wkrótce - po sfingowaniu swojej śmierci - sam dołączył do nich, nielegalnie przekraczając granicę sowiecko-polską w grudniu 1922 r.

Zwalczać komunistów

Po powrocie do Polski Bolesław Kontrym został zweryfikowany w stopniu porucznika i skierowany do służby w Straży Granicznej. Wobec jej likwidacji w lipcu 1923 r. automatycznie przeszedł (w stopniu aspiranta) do służby w Policji Państwowej (utworzona ustawą sejmową z 24 lipca 1919 r.). Pierwszym stanowiskiem, jakie otrzymał był dowódca kompanii w Rubieżowiczach w pow. Stołpce. Wkrótce dała o sobie znać jego ułańska fantazja. Pewnego dnia, nagle - podczas pełnienia służby patrolowej - zniknął jeden z podwładnych Kontryma. Po kilku dniach wywiad dał znać, że zaginiony porucznik został osadzony w więzieniu NKWD w Mińsku. Porucznik Kontrym długo się nie zastanawiał. Pod osłoną nocy, wraz z kilkuosobowym oddziałem - wypuścił się kilka kilometrów w głąb Rosji, z zaskoczenia zaatakował sowiecki posterunek, a jego całą jego załogę aresztował i przeprowadził z workami na głowach na polską stronę. Tu oficjalnie ich aresztował. Następnie zawiadomił swoich przełożonych o zatrzymaniu po polskiej stronie sowieckiego patrolu: jednego oficera, czterech szeregowców, i zaproponował ich wymianę na uwięzionego Polaka. Zadzwonił do sowieckiego dowództwa w Mińsku, proponując wymianę. Sowieci zaprotestowali, tłumacząc, że jeńcy nie byli członkami rzeczonego patrolu. Jednak rokowania, prowadzone za pośrednictwem ambasady szwajcarskiej, po kilku tygodniach doprowadziły do wymiany jeńców i aresztowany porucznik wrócił do Polski.
Z Rubieżowicz Bolesław Kontrym trafił do Baranowicz. Po ukończeniu 6-miesięcznego kursu dla oficerów Policji Państwowej (1926 - 1927) pracował na kierowniczych stanowiskach w wielu placówkach: Słonimie, Szczuczynie koło Lidy, Nowogródku, Brześciu nad Bugiem, Lublinie, Białymstoku. Od początku 1939 r. do wybuchu wojny był naczelnikiem Wydziału Śledczego Komendy Wojewódzkiej Policji Państwowej w Wilnie.
Bolesław Kontrym w Policji Państwowej zwalczał nie tylko przestępczość kryminalną, ale również przestępstwa o charakterze politycznym. W praktyce oznaczało to rozpracowywanie antypaństwowych organizacji, głównie środowisk komunistycznych i powiązanej z nimi agentury, która na kresach II Rzeczpospolitej była szczególnie rozbudowana i niebezpieczna. Właśnie za tę działalność został po wojnie zamordowany przez komunistów.

Na obczyźnie

W czasie kampanii wrześniowej 1939 r. Kontrym został wysłany z Wilna do Zaleszczyk ze specjalną misją przekazania poczty dyplomatycznej dla rządu RP, po czy powrócił do Wilna. Internowany 19 września po przekroczeniu granicy litewskiej i osadzony w obozie w Kołatowie pod Kowlem. W październiku 1939 r. uciekł, wraz z synem, z niewoli i przez Tallin i Rygę na statku "Estonia" przybył do Sztokholmu. Następnie przez Wielką Brytanię dotarł do Francji.
Od grudnia 1939 r. dowodził kompanią w Oddziale Zapasowym 2. Dywizji Strzelców Pieszych, a od marca 1940 r. kompanią III batalionu Samodzielnej Brygady Strzelców Podhalańskich. Brał udział w bitwie pod Narwikiem (maj-czerwiec 1940 r.). Za bohaterstwo dwukrotnie odznaczony Krzyżem Walecznych i francuskim Croix de Guerre ze srebrną gwiazdą.
Od lipca 1940 r. kierował działem paszportowo-wizowym placówki ewakuacyjnej żołnierzy polskich w Marsylii, podległej Wydziałowi Wojskowemu Konsulatu RP w Tuluzie.
W październiku 1940 r. wyruszył w kolejną podróż - przedostał się przez Portugalię i Gibraltar do Wielkiej Brytanii. Tu znowu dowodził strzelcami, a we wrześniu 1941 r. został przydzielony do III baonu 1. Samodzielnej Brygady Spadochronowej. Zaprzysiężony na rotę Armii Krajowej, w kwietniu 1942 r. przeszedł przeszkolenie dla cichociemnych. Opanowanie zasad konspiracji nie było dla niego nowością. Kontrymowi nadano pseudonimy: "Żmudzin" i "Biały" (będzie używał głównie tego pierwszego) i zaopatrzono w dokumenty na nazwisko Bolesław Konopacki.

Cichociemny od akcji specjalnych

W nocy z 1 na 2 września 1942 r. Bolesław Kontrym został zrzucony do kraju w ramach operacji lotniczej "Smallpox" na placówkę "Rogi", położoną 16 km na północny-wschód od Grójca. Awansowany do stopnia kapitana, wkrótce został jednym z dowódców akcji sabotażowo-dywersyjnej "Wachlarz". Na polecenie Komendanta Głównego Armii Krajowej, gen. Stefana Roweckiego "Grota" opracował plan odbicia więźniów w Pińsku. Przeprowadzoną 18 stycznia 1943 r. brawurową akcją dowodził jego przyjaciel z czasów służby w policji por. Jan Piwnik "Ponury".
W marcu1943 r. Kontrym pełnił funkcję szefa Kedywu Okręgu AK Brześć. W lipcu 1943 r. został oddelegowany do Warszawy do dyspozycji Delegata Rządu RP na Kraj i objął - pod pseudonimem "Cichocki" - stanowisko zastępcy komendanta i szefa Centrali Służby Śledczej Państwowego Korpusu Bezpieczeństwa (podziemnej policji), o co prosił Komendanta Głównego AK już w listopadzie 1942 r.
W tym czasie - jako "Żmudzin" - organizował specjalny oddział bojowy "Sztafeta - Podkowa" (później funkcjonujący tylko pod nazwą "Podkowa") i został jego dowódcą. Zadaniem tej czterdziestoosobowej komórki była ochrona Delegatury Rządu oraz wykonywanie wyroków wojskowych i cywilnych sądów specjalnych Polskiego Państwa Podziemnego na niemieckich agentach, konfidentach gestapo, kolaborantach i "szmalcownikach".
Jedną z akcji "Podkowa" przeprowadziła na przełomie września i października 1943 r. W centrum Warszawy przejęto opancerzony samochód typu Chevrolet, który był własnością Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy. W samochodzie znajdowały się m.in. specjalne przepustki, podpisane przez funkcjonariusza gestapo. Po telefonicznych pertraktacjach "Żmudzin" wymienił zdobycz na kilku żołnierzy AK aresztowanych przez policję polityczną Sipo.
Jesienią 1943 r. "Podkowa" prowadziła też przygotowania do rozbicia więzienia na Pawiaku. Akcja została jednak w ostatniej chwili odwołana przez Delegaturę. Na początku 1944 r. Kontrym opracowywał również plan opanowania obozu na Majdanku. Uznano go jednak za niewykonalny. Do wybuchu Powstania Warszawskiego oddział "Żmudzina" wykonał 25 akcji likwidacyjnych na agentach i konfidentach. Akcje "Podkowy" czekają cały czas na opisanie.
Bolesław Kontrym współtworzył również organizację do walki z przestępstwami pospolitymi o kryptonimie "Start", którą dowodził Włodzimierz Lechowicz, aresztowany przez MBP w 1948 r., w 1955 r. skazany na 15 lat więzienia, w 1956 r. zrehabilitowany.

Czterokrotnie ranny

W Powstaniu Warszawskim "Podkowa" weszła w skład dowodzonej przez kpt. "Żmudzina" 4. kompanii w zgrupowaniu mjr. Włodzimierza Zawadzkiego "Bartkiewicza". Kontrymowi powierzono dowodzenie odcinkiem obejmującym ulice: Królewską, Kredytową oraz pl. Małachowskiego. Przez cały czas walk w Warszawie ta powstańcza reduta została utrzymana. W Powstaniu Bolesław Kontrym został czterokrotnie ranny.
Zalety dowódcze kpt. "Żmudzina" podkreślił płk Edward Pfeiffer "Radwan", komendant Obwodu Śródmieście we wniosku o awans na stopień majora z dnia 15. 09. 1944 r., podkreślając. iż od początku Powstania dowodził nieprzerwanie jednym z najgroźniejszych odcinków walki. Utrzymanie pozycji przy ul. Królewskiej przypisał wielkim zaletom "Żmudzina" - nie tylko dowódczym, ale i wychowawczym.
Bolesław Kontrym, ze względu na swoje zdolności dowódcze, został również wyznaczony do czwartego z kolei ataku na PAST-ę, przy ul. Zielnej. Przeprowadzony przez niego szturm 4 sierpnia 1944 r. zakończył się sukcesem (tu też odniósł jedną z wielu powstańczych ran).
27 sierpnia 1944 r. został odznaczony Krzyżem Walecznych (trzecim w swoim życiu), a 15 września 1944 r. Virtuti Militari kl. V.
Powstanie Warszawskie "Żmudzin" zakończył jako dowódca III Baonu 36 pp. Legii Akademickiej 28. Dywizji Piechoty AK im. Stefana Okrzei, w randze kapitana (nominację otrzymał 20 września 1944 r., po utworzeniu warszawskiego Korpusu Armii Krajowej).
Żołnierze kpt. "Żmudzina" zapamiętali go jako człowieka bohaterskiego o wręcz szaleńczej osobistej odwadze. Podkreślali również jego troskliwość i ojcowski stosunek do młodych podkomendnych. Był wymagający i z całą surowością reagował na wykroczenia, które zdarzały się w ciężkich warunkach powstańczych. Jego żołnierze musieli być nie tylko waleczni, ale także prawi.

U generała Maczka

Po kapitulacji Powstania 2 października 1944 r. dostał się do niewoli, zaopatrzony w legitymację AK wydaną na nazwisko Wójcik. Więziony w kilku obozach jenieckich, m.in. Lamsdorf (Łambinowice k. Opola). W kwietniu 1945 r. uciekł z obozu Sandbostel, przeszedł linię frontu i dostał się na teren działania 1. Dywizji Pancernej gen. Maczka. Od maja 1945 r., wstępując do Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie, pełnił funkcję dowódcy kompanii, a od września 1946 r. zastępcy dowódcy IX batalionu Strzelców Flandryjskich. W czerwcu 1946 r. został zweryfikowany w stopniu majora.
W czasie służby w Dywizji gen. Maczka Bolesław Kontrym otrzymał szereg odznaczeń: Bojowy Znak Spadochronowy, Angielski Medal Campaign Star, Medal Wojska (dwukrotnie), Angielski Medal The War Medal, Odznaka Honorowa za Rany.
Władysław Kontrym, syn "Żmudzina", wspomina: - Ojciec głośno wyrażał pogląd, że żadna emigracja nie budowała Polski i miejscem naszym jest Ojczyzna".
Na decyzję powrotu Bolesława Kontryma do kraju miało zapewne wpływ także nieoczekiwane odnalezienie się starszego brata - Konstantego Kontryma, o którym rodzina nie miała żadnych informacji od czasu ucieczki z Rosji do Polski w grudniu 1922 r. Konstanty Kontrym odnalazł się w Warszawie jako generał Wojska Polskiego (armii gen. Berlinga, skierowany tam z Armii Czerwonej). Konstanty gwarantował Bolesławowi bezpieczeństwo po powrocie do Polski.
W zaświadczeniu Ośrodka Demobilizacyjnego nr 2 w Niemczech podano, iż major Kontrym Bolesław został skreślony ze stanu ewidencyjnego Polskich Sił Zbrojnych poza krajem z dniem 16. 05. 1947 r. celem repatriacji do Polski.

W "ludowej" Polsce

Do Polski wrócił w czerwcu 1947 r. W sierpniu komisja Rehabilitacyjno-Kwalifikacyjna dla byłych funkcjonariuszy Policji Państwowej wystawiła mu zaświadczenie zezwalające na pracę w służbie państwowej. Został szefem działu administracyjno-gospodarczego w Centralnym Zarządzie Państwowego Przemysłu Fermentacyjnego. W kwietniu 1948 r. dostał służbowe mieszkanie w Warszawie przy ul. Mazowieckiej 11.
To normalne życie było jednak tylko pozorem. Przez cały czas Bolesław Kontrym był śledzony przez Informację Wojskową. Jego inwigilację zlecił sam szef IW, płk Dymitr Wozniesieński. Teczkę założono mu już 15 marca 1947 r., czyli cztery miesiące przed powrotem do kraju.
Inwigilacja doprowadziła do aresztowania. 13 października 1948 r. został wywołany z pracy na rzekome spotkanie służbowe, po czym wywieziono go w nieznanym kierunku. Postanowienie o aresztowaniu Naczelna Prokuratura Wojskowa wydała ex post - 15 października 1948 r., czyli dwa dni po aresztowaniu.
Rodzina dowiedziała się o aresztowaniu Bolesława od brata - Konstantego, który kilka dni później dostał polecenie bezzwłocznego stawienia się w Moskwie. Razem z Konstantym Kontrymem z Polski musiała wyjechać jego żona Miłka (wdowa po Tuchaczewskim) i adoptowany przez ojczyma syn Alik. Po latach do rodziny w Polsce dotarła wiadomość, że gen. Konstanty Kontrym zmarł w szpitalu w Moskwie przy "skomplikowanym zabiegu chirurgicznym".

Z opaską na oczach

Po aresztowaniu ślad po "Żmudzinie" urywa się na blisko cztery lata. Dopiero w 1952 r. - już po wyroku na Bolesława Kontryma - rodzina dostała pierwsze kartki z więzienia na Rakowieckiej. Dopiero po latach - w wolnej Polsce - synowi Władysławowi udało się odtworzyć los ojca. Cząstkową wiedzę zdobył w 1957 r., kiedy uzyskał zezwolenie na wgląd do akt rehabilitacyjnych Sądu Wojewódzkiego dla miasta Warszawy. Józef Wesołowski, współwięzień z jednej celi na Mokotowie zeznawał, że "Żmudzin" opowiadał mu, iż po aresztowaniu był w jakimś więzieniu pod Warszawą, gdzie dowieziono go z zawiązanymi oczami. Był tam poddany wyrafinowanym torturom: deptano mu palce, wzywano co 15 minut na przesłuchanie, wlewano do celi kubły wody, którą musiał łyżką zbierać do kibla.
Z kolei Kazimierz Moczarski opowiadał Władysławowi Kontrymowi, że widział "Żmudzina" bardzo pokaleczonego po jednym z przesłuchań.
Z dokumentów wynika, że postanowienie o wszczęciu śledztwa przeciwko Bolesławowi Kontrymowi wydał 30 października 1948 r. (17 dni od aresztowania) śledczy kapitan, później major Edmund Kwasek. Celem śledztwa było "przyznanie się" "Żmudzina" do rzekomych przestępstw popełnionych w latach 1923 - 1944. Bezpieka chciała przede wszystkim, aby wydał polskich wywiadowców działających w KPP do 1939 r. Jeśli chodzi o okres niemieckiej okupacji miał obciążyć m.in. członków "Startu" i inne osoby, wobec których UB prowadziło wówczas śledztwo. Z dokumentów wynika, że śledczy Kwasek prowadził przesłuchania przez prawie rok - do 8 września 1949 r.
Akta ze sprawy rehabilitacyjnej są jednak niekompletne. Nie dowiemy się z nich, gdzie odbywały się przesłuchania, a co za tym idzie, gdzie "Żmudzin" był przetrzymywany. Gdzie przewożono go z opaską na oczach? Czy był to tajny areszt MBP w Miedzeszynie? Czy śledztwo prowadzili tylko oprawcy z Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, czy również z Informacji Wojskowej? Na czyje polecenie postanowienia o kontynuowaniu sprawy wydawała wojskowa prokuratura? W dokumentach nie ma w ogóle informacji, co działo się z Kontrymem przez ponad dwa lata - od 8 września 1949 r. do 30 października 1951 r. Tego dnia, jak czytamy w dokumentach, został przyjęty do więzienia mokotowskiego.
Dlaczego część dokumentów ze śledztwa nie została dołączona do akt sądowych? Na to pytanie odpowiedź jest prosta - Bolesław Kontrym w śledztwie zachowywał się godnie, nikogo nie wydał, nikogo nie obciążył. Dlatego komunistyczni decydenci postanowili go zabić.

Ostatnie chwile życia

Postanowiony na szczytach władzy wyrok śmierci formalnie wydał 26 czerwca 1952 r. Sąd Wojewódzki dla m.st. Warszawy. Podczas procesu Kontrymowi zarzucono "działanie na szkodę narodu polskiego w okresie od roku 1925 r. do września 1939 r. przez przyczynianie się do rozbijania ruchu robotniczego i dręczenie działaczy komunistycznych, oraz, że w okresie od września 1942 r. do sierpnia 1944 r. idąc na rękę władzy hitlerowskiego państwa niemieckiego, działał na szkodę narodu polskiego".
Bolesław Kontrym, mimo czterech lat ciężkiego śledztwa, w którym był maltretowany fizycznie i psychicznie, nie przyznał się do winy. Wyrok wydano na podstawie wymuszonych torturami zeznań świadków.
Po procesie sześć miesięcy spędził w celi śmierci. Nawet wtedy nie załamał się. Listy z tego okresu do matki i syna pełne są miłości i troski o najbliższych, ale również optymizmu i wiary, że zostanie ułaskawiony.
9 października 1952 r. Sąd Najwyższy zatwierdził wyrok śmierci na Bolesławie Kontrymie "Żmudzinie". Sporządzony w więzieniu protokół wykonania kary podaje, że zgon nastąpił 2 stycznia 1953 r. przez powieszenie. Taką datę podano w akcie zgonu w Urzędzie Stanu Cywilnego. Istnieją jednak poszlaki, że Kontrym mógł zostać stracony 20 stycznia 1953 r. i do końca był torturowany przez ubeckich katów.
Piotr Szewczyk, ps. Czer - cichociemny, przyjaciel "Żmudzina", który siedział w sąsiedniej celi na Mokotowie, opowiadał, że słyszał przez ścianę jęki i krzyki "Żmudzina", gdy oprawcy więzienni tłukli go pończochami wypełnionymi piaskiem. Być może były to ostatnie chwile jego życia. Do dziś nie udało się ustalić, gdzie pogrzebano ciało Bolesława Kontryma.

Całkowicie uniewinniony

O aktach rehabilitacyjnych, do których pozwolono zajrzeć Władysławowi Kontrymowi w 1957 r., już pisaliśmy. Bolesław Kontrym został pośmiertnie oczyszczony z wszystkich zarzutów. 3 grudnia 1957 r., ten sam Sąd Wojewódzki m.st. Warszawy, który pięć lat wcześniej skazał "Żmudzina" na śmierć, tym razem stwierdził, "że do roku 1939, wykonując swoje obowiązki służbowe, nie popełnił przestępstw, które mu przypisał poprzedni wyrok. Jeśli chodzi o drugi zarzut dotyczący działalności w okresie okupacji niemieckiej, to część świadków obciążających go w czasie procesu w 1952 r., obecnie zeznała, że byli wówczas terroryzowani przez pracowników UB. Przed sądem odwołali swoje zeznania i w swoich procesach rehabilitacyjnych także zostali uniewinnieni."
W uzasadnieniu wyroku sąd stwierdził, że Bolesław Kontrym "dzielnie, mężnie walczył z okupantem i był jednym z najodważniejszych członków Armii Krajowej. Uniewinnienie stanowi Dlań akt pełnej rehabilitacji i przywraca mu honor i cześć, a Jego Rodzinie moralną satysfakcję".

Skwer im. Żmudzina

Jednak dopiero w wolnej Polsce pamięć o Bolesławie Kontrymie zaczęła być przywracana. 23 września ub.r. imię "Żmudzina" nadano skwerowi w centrum Warszawy - w rejonie ulic Zielnej i Świętokrzyskiej, nieopodal Pasty, dawnej powstańczej reduty, a obecnie siedziby Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej. Uroczystości patronował Prezydent m.st. Warszawy i Komendant Stołecznej Policji. Odpowiednią uchwałę podjęła ponad rok wcześniej Rada m.st. Warszawy.
Pamiątkowa tablica ku czci "Żmudzina" znajduje się również na fasadzie Pałacu Mostowskich, kiedyś siedziby stołecznej milicji, dziś Komendy Stołecznej Policji. Co roku, 2 stycznia, odbywają się tu uroczystości w rocznicę śmierci mjr. Bolesława Kontryma.

Tadeusz M. Płużański

Artykuł pierwotnie opublikowany w tygodniku "Gazeta Polska".

Publicystyka Tadeusza M. Płużańskiego na ASME.


FOZZ, Informacja Wojskowa i inne tabu - wystąpienie prof. Mirosława Dakowskiego w Klubie Politycznym Centrali Unii Polityki Realnej Wysłane czwartek, 30, listopada 2006 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |









FOZZ, Informacja Wojskowa i inne tabu - wystąpienie prof. Mirosława Dakowskiego w Klubie Politycznym Centrali Unii Polityki Realnej
Wysłane czwartek, 30, listopada 2006 przez Krzysztof Pawlak

"Jest bardzo dużo tabu, czyli rzeczy, o których nie wolno było mówić w warszawskich salonach, a także w mediach. FOZZ jest jedną z nich, dotyczy to także tych gazet, które mienią się nazwą »patriotycznych«. Najpierw należy powiedzieć o »Pierwszym FOZZ-ie«, których powstał w 1985 roku, o nim praktycznie nie wiemy nic. »Drugi FOZZ« powstał bodajże w 1988 r. Sprawa została ujawniona w okolicy lat 1989-90 z powodu kontroli wewnętrznej w Ministerstwie Finansów, a chodziło o brak księgi należności i zobowiązań i państwa polskiego. Czy ktokolwiek kto prowadzi działalność gospodarczą - może sobie ją wyobrazić bez księgi rozliczeń? Kiedy ta sprawa została ujawniona - a wiedział o niej od samego początku guru polskich bankowców Leszek Balcerowicz - zajmowało się nią na początku PÓŁ prokuratora, czyli jeden prokurator na pół etatu, Wtedy już domyśliliśmy się, że za nią stoją służby specjalne. Na początku żurnaliści jeszcze nie wiedzieli, że nie można było o tym mówić. Po kolejnym nagraniu w TVP u pani Jaworowicz powiedziano nam, że »no, nie można dalej nagrywać, bo >Miecio< powiedział, że pana nie można puszczać«. Oczywiście chodzi o ówczesnego »kapciowego« z kancelarii prezydenta" - profesor Mirosław Dakowski, współautor pierwszej publikacji, książki "Via bank i FOZZ" napisanej razem z prof. Jerzym Przystawą, opowiada o początkach "burakowego kapitalizmu" tzw. PRL-bis vel III RP.

Do ówczesnego Prezydenta RP Lecha Wałęsy został wystosowany raport, dotarło do niego streszczenie, które mówiło o straconych walorach dewizowych na wysokość kilkudziesięciu miliardów dolarów. Prokuratura zaczęła prowadzić pozorowane działania wyjaśniające. Uczestniczyła w nich osławiona sędzia Barbara Piwnik, która gdy zbliżała się do wyjaśnienia małej części - została awansowana, by przerwać dochodzenie. Przez 13 lat trwał proces cywilny ze strony Dariusza Tytusa P., dyrektora nieistniejącej już firmy Uniwersal, która była jedną z przedsiębiorstw Wojskowych Służb Informacyjnych - ponoć skończył się w bieżącym roku, ale jak na razie wyrok nie dotarł do uniewinnionych profesorów Dakowskiego i Przystawy. Do dziś obecny minister Sprawiedliwości Zbigniew Ziobro nie przeprowadził żadnej czynności w sprawie FOZZ. Ekipy rządowe i sądowe zmieniają się - ale nadal "afera afer" sięgająca mroków PRL - nie jest wyjaśniona. Główny "macher" od FOZZ - Dariusz Tytus P. - zniknął przed laty i nie wiadomo, gdzie przebywa, jeśli jeszcze oczywiście żyje...

Nagranie trwa ponad 1 godzinę i jest dostępne w Sieci do 14 XII 2006 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




Socjaliści internacjonalni nadal nie lubią symboli pobratymców "narodowych" z NSDAP - Stanisław Michalkiewicz o konsekwencjach złożonego przez władze SLD wniosku o delegalizację Młodzieży Wszechpolskiej Wysłane środa, 29, listopada 2006 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |








Socjaliści internacjonalni nadal nie lubią symboli pobratymców "narodowych" z NSDAP - Stanisław Michalkiewicz o konsekwencjach złożonego przez władze SLD wniosku o delegalizację Młodzieży Wszechpolskiej
Wysłane środa, 29, listopada 2006 przez Krzysztof Pawlak

"Likwidacja Wojskowych Służb Informacyjnych i przekazanie raportu do Sejmu oraz możliwość jego opublikowania wprowadzają pewną nerwowość w polskie życie partyjne. Nie minęła jeszcze burza w szklance wody po niefortunnym poparciu pana posła Rokity w Krakowie kandydatury pan profesora Terleckiego, a tu już wybuchła kolejna, bo jakiś prowokator przekazał »Der Dziennikowi« materiały sprzed dwóch lat o spotkaniu młodzieżowym, na którym to spotkaniu młodzi ludzie weselili się na tle flagi Rzeszy Niemieckiej, która to flaga została określone w publicystyce nie wiedzieć czemu »faszystowską«, no i były zapalone pochodnie w kształcie starożytnego znaku ognia, prasłowiańskiego i indoeuropejskiego, żeby była ścisłość. Banda nieuków, tworzącą »klasę intelektualistów i autorytetów moralnych«, również określa ten znak mianem »nazistowskiego«, ale był on znany w czasach, kiedy Słowianom i innym plemionom jeszcze się o nazizmie nie śniło, a został m.in. pokazany w swej oryginalnej formie w powieści Ignacego Kraszewskiego "Stara Baśń". Warto, by »autorytety moralne« o tym pamiętały, bo zdradzanie się z taką ignorancją jest cokolwiek kompromitujące, także dla »elit politycznych«. Nie wiadomo też, dlaczego ci młodzi ludzie zostali uznali za przedstawicieli Młodzieży Wszechpolskiej" - Stanisław Michalkiewicz komentuje najnowsze wydarzenie z merdialnej wojny propagandowej.

Pan premier Giertych najwyraźniej się jednak tego oskarżenia straszliwie przestraszył i złożył doniesienie do prokuratury na tych młodych ludzi. Widać, że obecność w rządzie stwarza bardzo podatne dla tresury okoliczności - widać to też po panu premierze Lepperze, którego ostatnio w ogóle nie widać. Najwyraźniej to prokuratura ma w najbliższej przyszłości ustalać, w jaki sposób można się bawić, jakiego kształtu mają być pochodnie. Tak szeroka definicja "propagowania faszyzmu" podważa nie tylko sens, ale w ogóle granice wolności słowa i zachowywania się. Charakterystyczne jest i to, że władze Sojuszu Lewicy Demokratycznej, panowie Olejniczak i Napieralski złożyli wniosek o delegalizację Młodzieży Wszechpolskiej - na podstawie jedynie doniesień prasowych. Wydaje się jednak, że o wiele bardziej byłby uzasadniony wniosek o delegalizację Sojuszu Lewicy Demokratycznej, gdyż większość członków SLD w okresie, który jeszcze nie jest objęty czasem przedawnienia ścigania i karania, jeżeli nawet osobiście nie dopuściła się żadnej zbrodni komunistycznej, to przynajmniej - w skutek uczestnictwa - pochwalała działania Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, a znaczna część działań PZPR dzisiaj jest określana mianem zbrodni komunistycznej. Podobny wniosek można odnieść w stosunku do SDPL towarzysza Marka Borowskiego. Trochę to dziwne, że jedni socjaliści - internacjonalni - żądają ścigania i karania działań innego, bratniego odłamu ruchu socjalistycznego, jakim była Narodowo-Socjalistyczna Partia Robotnicza Niemiec, przecież drugim odłamem tej ideowej międzynarodówki była Wszechzwiązkowa Komunistyczna Partia Bolszewików, której "córką" była PZPR...

Nagranie trwa ponad 8 minut i jest dostępne w Sieci do 13 XII 2006 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




Przestańcie traktować górników jak bydło, zacznijcie - jak ludzi! - Janusz Korwin-Mikke o medialnej histerycznej otoczce towarzyszącej katastrofie w Rudzie Śląskiej Wysłane środa, 29, listopada 2006 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |








Przestańcie traktować górników jak bydło, zacznijcie - jak ludzi! - Janusz Korwin-Mikke o medialnej histerycznej otoczce towarzyszącej katastrofie w Rudzie Śląskiej
Wysłane środa, 29, listopada 2006 przez Krzysztof Pawlak

"W ubiegłym roku mieliśmy zawalenie się dachu w hali w Gorzowie, teraz mamy katastrofę w kopalni »Halemba«, chcę z tego powodu powiedzieć parę mocnych słów. To co publikuje prasa, pokazuje dobitnie charakter takich wydarzeń. Przede wszystkim mówmy o skali. Rocznie ginie na drogach 5600 osób, tygodniowo ginie 100 - w ciągu tych dwóch dni, co zginęli górnicy w »Halembie« - zginęło może i 30 osób. Pytanie, dlaczego nikt się nie zajmuje tymi, co zginęli na drogach - odpowiedź jest prosta: bo pan premier i pan prezydent musieliby przyjechać do rodzin tych trzydziestu ofiar osobno - tu mają wszystkie trupy w jednym miejscu. Przyjedzie cała telewizja, pokażą pana premiera i pana prezydenta. Sam widziałem skierowany list do prasy, rozsyłany faksem o tym, że przyjedzie taki to a taki minister i będzie składał podpis w księdze kondolencyjnej i prosi prasę, by przyjechała. To jest oburzające! Banda harpii robi sobie kosztem zabitych górników reklamę" - Janusz Korwin-Mikke opisuje medialną histerię, której byliśmy świadkami w związku niedawną katastrofą w kopalni w Rudzie Śląskiej.

Teraz podobnie zaczęły postępować związki zawodowe, które zaczynają krytykować prywatne firmy działające w kopalniach - bo działają w myśl zasady z czasów komuny, że jak ktoś nie był zapisany do jakiegoś cechu - to od razu był "nieprawomyślny". Górnicy, podobnie jak żołnierze - wiedzą, że mogą zginąć, powinni się ubezpieczać - ale PRYWATNIE - na większe sumy. Przestańmy traktować górników jak bydła, zacznijmy - jak ludzi - postuluje JKM.

Nagranie trwa prawie 4 minuty i jest dostępne w Sieci do 13 XII 2006 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




Po co nam II tura? - prof. Jerzy Przystawa Wysłane środa, 29, listopada 2006 przez Krzysztof Pawlak

Wielki poeta rosyjski Osip Mandelsztam uciekając przed aresztowaniem, powiedział zdanie, które przeszło do historii: "jesteśmy w łapach humanistów". "Humaniści" tym się przede wszystkim cechują, że będąc w posiadaniu wiedzy tajemnej, niedostępnej reszcie gatunku ludzkiego, z pogardą i wyższością traktują wszelkie wyliczenia (no, może oprócz zamawianych sondaży" opinii publicznej) i wymowa liczb, na ogół, do nich wcale nie przemawia. Po najnowszych wyborach samorządowych, zasiadają przed kamerami telewizyjnymi i mikrofonami liczne grona "humanistów" i przestawiając różne słupki na mapie Polski, dywagują o tym, która z wiodących sił politycznych jaką uzyskała przewagę nad inną, kto te wybory wygrał, a kto, w każdym razie nie przegrał i co ma z tego wynikać. W tych konkluzjach, rzecz jasna - jak to humaniści - nieraz znacznie się różnią - mamy dzisiaj wolność słowa i pluralizm, więc co dla jednego jest lewe, to drugiego prawe, albo w ogóle niskie lub wręcz wysokie. Wiemy więc, na przykład, że wybory samorządowe w Polsce wygrała Platforma Obywatelska, ale wiemy też, że Prawo i Sprawiedliwość na pewno nie przegrało, czyli - raczej wygrało, że SLD odbił się od dna i odniósł wielki sukces, a największy sukces (no, może nie aż największy, ale większy od innych) odniósł PSL, a koalicjanci też, tu i ówdzie, mają się czym pochwalić.

Tymczasem w niedzielę 26 listopada, w ok. 850 gminach, odbyła się II tura wyborów samorządowych, ale cała uwaga wszystkich mediów skierowana została na Warszawę, albowiem wodzowie już dawno zapowiedzieli, że kto wygra w Warszawie, ten wygra wybory samorządowe w Polsce. Obecnie to stanowisko ulega pewnej modyfikacji, ponieważ miał wygrać Kazimierz Marcinkiewicz, a wygrał wiadomo kto i teraz nie jest jasne, co z tym fantem począć. Najważniejsze natomiast przesłanie tych wyborów samorządowych umyka z pola widzenia kamer i dociekliwych ekspertów. Tym najważniejszym przesłaniem jest wymowa wyników wyborów wójtów, burmistrzów i prezydentów miast (WBPM).

Ordynacja wyborcza i struktura samorządowa w Polsce są schizofreniczne i trudno, na pierwszy rzut oka, odróżnić tam to, co ważne i pierwszoplanowe od tego co drugorzędne, a nawet bez znaczenia. Ośmielę się twierdzić, że najistotniejsza jest tam rola gospodarzy gmin, właśnie WBPM, szczególnie od momentu, gdy zdobycie tych stanowisk wyjęte zostało z łap partyjnych baronów i oddane w ręce "wyborczego pospólstwa". W ten sposób samorząd przestał być łatwym partyjnym żerem i partie zmuszone są liczyć się z tym, co o tym wszystkim myślą zwykli zjadacze chleba. Jeśli w jakiejś gminie trafi się niepartyjny burmistrz, to tyle w niej partyjnego, ile diet radnych uda się w niej wyrwać i urządzić tam swoich ludzi. Ordynacja wyborcza do rad znakomicie takie gry ułatwia, nic więc dziwnego, że w tej części wyborów samorządowych partie polityczne odnoszą wielkie sukcesy.

Inaczej sprawa przedstawia się tam, gdzie wyborcy mają coś więcej do powiedzenia, a więc w bezpośrednich wyborach WBPM.

Mój artykuł, zatytułowany "Polska kontra Partie Polityczne 6:1 w I rundzie", pokazał, że już w I turze wyborów w ręce kandydatów niepartyjnych przeszło 1866 gmin. Kandydaci wystawieni przez partie polityczne zwyciężyli tylko w 329 gminach, co oznacza, że już po I turze stosunek ten wynosił 1866: 329, a więc jak 6:1. Do rozstrzygnięcia "meczu" pozostało 280 gmin, w których do konkursu stanęło po jednym kandydacie "partyjnym" i jednym "bezpartyjnym".

Wśród zwolenników propozycji jednomandatowych okręgów wyborczych (JOW) toczy się spór o to, jak powinny wyglądać wybory w JOW: czy tak jak w Wielkiej Brytanii: First-Past-The-Post, gdzie "zwycięzca bierze wszystko", czy tak jak we Francji, gdzie jest II tura, tak jak w wyborach WBPM w Polsce. A zatem te wybory stanowią wielki społeczny poligon, na którym obywatele Polsce mogą przyjrzeć się bezpośrednio, jak działa ten system wyborczy i jakie rozwiązanie lepiej komu służy? Teoretycy, na przykład słynny Maurice Duvergere, twierdził, że wybory w jednej turze prowadzą do systemu "dwupartyjnego" - jak w Anglii czy Ameryce, a kiedy w dwóch turach, to pojawiają się dodatkowe "siły", trzecia i czwarta, jak we Francji, co prowadzi do osłabienia rządów i konieczności zawierania koalicji powyborczych. Natomiast wielu krytyków systemu brytyjskiego w Polsce utrzymuje, że wybory w dwu turach są "bardziej sprawiedliwe", bo wtedy zwycięzca dostaje "bezwzględną większość głosów", a wiec jest reprezentantem szerszej społeczności.

Przyjrzyjmy się wynikowi wyborów w II turze. Z 280 gmin, w których szranki stanęli naprzeciw siebie stanęli kandydaci partyjni i bezpartyjni, mandaty rozdzielono w 268 gminach. W pozostałych odbędzie się - ze względów formalnych i proceduralnych - III tura w dniu 10 grudnia.

Otóż z tych 268 mandatów 114, a więc 42,5% uzyskali kandydaci partii politycznych! A więc nie w stosunku 1:6, jak w I turze, tylko w stosunku 1:2!

Myślę, że tylko prawdziwy "humanista" nie zrozumie wymowy tych liczb: jedynym sensem drugiej tury jest ten, że daje ona dodatkowe możliwości partiom politycznym, aby w tej wojnie ze swoim społeczeństwem wypadły jak najlepiej.

Oczywiście, ktoś może powie, że i tak społeczeństwo nie wypadło najgorzej, wygrało przecież stosunkiem 2:1. Jest to jednak pogląd mylny. Tak marny wynik partii politycznych świadczy tylko o tym, jak słabe i nieobecne w gminach są te partie i jak nikłe poparcie są w stanie zmobilizować. Gdyby partie polityczny zdążyły rozbudować jak należy swoje struktury w terenie, to ten stosunek byłby zupełnie inny. I tak w wielu gminach partie były w stanie w wysokim stopniu odwrócić stosunek sił. Kiedy np. w Malborku dotychczasowy burmistrz Jan Wilk w I turze miał tylko 0,02% głosów mniej od kandydata PO, to w drugiej przegrał już stosunkiem 6:4. Ale na przykład w mieście Jordanowie bezpartyjny kandydat Zbigniew Kolecki, w I turze miał 48,43% głosów poparcia, a drugi na mecie, kandydat PiS zaledwie 26,98%. W II turze PiS był w stanie "odrobić" ponad 20% stratę! Podobnie było w wielu innych gminach.

Możemy te wyniki analizować pod wieloma innymi aspektami. Możemy badać czy to prawda, że zwycięzca II tury ma poparcie "bezwzględnej większości" (moim zdaniem, nieprawda), możemy pytać o koszty finansowe i społeczne i o wiele innych rzeczy. Nie da się jednak obejść prawdziwego powodu, dla którego partie polityczne zawsze będą preferowały wybory w dwóch turach: po prostu II tura to dodatkowy oręż w partyjnych łapach. Otwiera ona najróżniejsze możliwości dla wszelkiego rodzaju gier i intryg, kombinacji i manipulacji. Mam nadzieję, że mieszkańcy Warszawy dowodnie przekonali się o tym na własnej skórze.

Partie polityczne mają na swoich usługach tabuny "humanistów", którzy będą nam wmawiać, że co jest dobre dla partii, to jest dobre i dla nas. Spróbujmy więc zrozumieć wymowę podanych tu liczb: druga tura, to tura dla partii politycznych. Tylko JOW na sposób brytyjski daje nam największe możliwości wpływania na to, kto będzie nami rządził.

Jerzy Przystawa

  • Prof. Jerzy Przystawa był w kadencji 1990 - 1998 radnym rady miejskiej Wrocławia, startował w wyborach do Senatu Rzeczypospolitej Polskiej przeprowadzonych w dniu 21 września 1997 r.
    Od kilkunastu lat jest jednym z liderów Ruchu Obywatelskiego na rzecz JOW.

    Publicystyka prof. Jerzego Przystawy na ASME.


    Witryna ASME Antysocjalistycznego Mazowsza jest najstarszym serwisem w Sieci - oprócz witryny tematycznej JOW - propagującym ideę JOW

    Informacja Biura Krajowego Ruchu Obywatelskiego na rzecz JOW o wójtach, burmistrzach i prezydentach miast - Patronach Honorowych Ruchu po II turze wyborów samorządowych 2006 Wysłane środa, 29, listopada 2006 przez Krzysztof Pawlak

    Na podstawie danych przedstawionych przez Państwową Komisję Wyborczą po I turze wyborów w dniu 12 listopada 2006 ustaliliśmy, że

    55 naszych Patronów Honorowych wygrało wybory w I turze
    38 przeszło do II tury
    19 straciło mandaty w I turze

    20 PH wygrało wybory w II turze
    18 straciło mandaty w II turze.

    W I turze mandaty zdobyli:


    1. Marian Balicki, burmistrz m. Nekli (83,5%)
    2. Radosław Baran, prezydent m. Będzina (58%)
    3. Grzegorz Benedykciński, burmistrz m. Grodziska Mazowieckiego (77%)
    4. Jan Broda, wójt gm. Komornik w pow. poznańskim (69,5%)
    5. Zbigniew Burzyński, prezydent m. Kutna (60,65%)
    6. Sławomir Bykowski, burmistrz m. Radziejowa (62,2%)
    7. Jan Chwiędacz, burmistrz m. Imielina (75,4%)
    8. Waldemar Czaja, wójt gm. Zębowic w pow. oleskim (54,7%)
    9. Jerzy Czerwiński, burmistrz m. Chełmży (75,5%)
    10. Zdzisław Czucha, burmistrz m. Kościerzyny (74,9%)
    11. Leszek Dudziak, burmistrz m. Książa Wielkopolskiego (71,4%)
    12. Rafał Dutkiewicz, prezydent m. Wrocławia (84,5%)
    13. Marian Dzięcioł, burmistrz m. Łochowa (86,7%)
    14. Marian Flaczyński, wójt gm. Brodnicy w pow. śremskim (51%)
    15. Adam Fudali, prezydent m. Rybnika (52%)
    16. Wojciech Gąsiewski, wójt gm. Płoniaw-Bramury w pow. makowskim (81,5%)
    17. Eugeniusz Gołembiewski, burmistrz m. Kowala (58,2%)
    18. Janusz Grobel, prezydent m. Puław (52%)
    19. Wojciech Jagiełłowicz, wójt gm. Lubszy w pow. brzeskim (77%)
    20. Tomasz Kałużny, burmistrz m. Wrześni (52%)
    21. Jarosław Kielar, burmistrz m. Kluczborka (61,3%)
    22. Marek Kopel, prezydent m. Chorzowa (57,4%)
    23. Bogdan Koszuta, burmistrz m. Wąbrzeźna (68,8%)
    24. Henryk Kozłowski, wójt gm. Czerwonki w pow. makowskim (67%)
    25. Andrzej Krzysztofiak, burmistrz m. Kwidzyna (56%)
    26. Hubert Kurzał, burmistrz m. Leśnicy w pow. strzeleckim (88%)
    27. Henryk Litka, burmistrz m. Dolska (53%)
    28. Wojciech Lubawski, prezydent m. Kielc (72%)
    29. Tomasz Łęcki, burmistrz m. Murowanej Gośliny (60,3%)
    30. Adam Marciniak, wójt gm. Człuchowa w pow. człuchowskim (73%)
    31. Józef Matela, burmistrz m. Kietrza (53,2%)
    32. Tadeusz Mikulski, burmistrz m. Garwolina (58,5%)
    33. Witold Morawiec, wójt gm. Olesna w pow. dąbrowskim (85,6%)
    34. Antoni Nawrocki, burmistrz m. Solca Kujawskiego (72,2%)
    35. Kazimierz Olearczyk, wójt gm. Bolesławia w pow. dąbrowskim (82,9%)
    36. Janusz Pęcherz, prezydent m. Kalisza (70%)
    37. Mieczysław Płaczek, wójt gm. Bobowa w pow. starogardzkim (60,5%)
    38. Dieter Przewdzing, burmistrz m. Zdzieszowic (51%)
    39. Piotr Przytocki, prezydent m. Krosna (73,8%)
    40. Robert Raczyński, prezydent m. Lubina (65,5%)
    41. Sylwester Sokolnicki, burmistrz m. Serocka (67%)
    42. Kazimierz Stachurski, burmistrz m. Ożarowa Mazowieckiego (65,7%)
    43. Andrzej Stania, prezydent m. Rudy Śląskiej (75%)
    44. Wojciech Szczurek, prezydent m. Gdyni (86%)
    45. Włodzimierz Śniecikowski, burmistrz m. Gostynina (66,5%)
    46. Roman Tasarz, burmistrz m. Golubia-Dobrzynia (59,9%)
    47. Waldemar Tkaczyk, wójt gm. Kościerzyny w pow. kościerskim (59,5%)
    48. Stanisław Wabnic, burmistrz m. Ostrzeszowa (69%)
    49. Zbigniew Walczak, wójt gm. Gniewina w pow. wejherowskim (83%)
    50. Jerzy Wysocki, burmistrz m. Milanówka (75,3%)
    51. Krzysztof Zając, wójt gm. Władysławowa w pow. tureckim (61%)
    52. Michał Zaleski, prezydent m. Torunia (70,6%)
    53. Marcin Zamoyski, prezydent m. Zamościa (60,2%)
    54. Wojciech Ziętkowski, burmistrz m. Środy Wielkopolskiej (61%)
    55. Ireneusz Żurawski, burmistrz m. Złotoryji (53,2%)


    W II turze mandaty zdobyli:

    1. Józef Bednarz, wójt gm. Milówki w pow. żywieckim
    2. Ryszard Bodziacki, burmistrz m. Słubic
    3. Stanisław Chalimoniuk, burmistrz m. Niemodlina
    4. Marek Chrzanowski, prezydent m. Bełchatowa
    5. Bogumił Czubacki, burmistrz m. Sochaczewa
    6. Wacław Derlicki, burmistrz m. Brodnicy
    7. Konstanty Dombrowicz, prezydent m. Bydgoszczy
    8. Jan Dziubiński, prezydent m. Tarnobrzega
    9. Jacek Grabowski, burmistrz m. Szamotuł
    10. Zbigniew Grzesiak, burmistrz m. Mińska Mazowieckiego
    11. Henryk Helwing, burmistrz m. Nowego Tomyśla
    12. Julian Jokś, burmistrz m. Krotoszyna
    13. Jerzy Kepka, wójt gm. Wejherowa;
    14. Krzysztof Kuchczyński, burmistrz m. Namysłowa
    15. Marek Mrozowski, burmistrz m. Czeladzi
    16. Sławomir Pajor, prezydent m. Stargardu Szczecińskiego
    17. Kazimierz Pałasz, prezydent m. Konina
    18. Franciszek Październik, burmistrz m. Oławy
    19. Waldemar Socha, prezydent m. Żor
    20. Edward Szupryczyński, burmistrz m. Głuchołaz


    Wszystkim naszym Patronom Honorowym, którzy wygrali wybory najserdeczniej gratulujemy.

    Biuro Krajowego Ruchu Obywatelskiego na rzecz JOW

    Witryna ASME Antysocjalistycznego Mazowsza jest najstarszym serwisem w Sieci - oprócz witryny tematycznej JOW - propagującym ideę JOW


    Szczypiorszczyzna - Stanisław Michalkiewicz Wysłane wtorek, 28, listopada 2006 przez Krzysztof Pawlak

    Wiadomo, że de mortuis nihil, nisi bene (o zmarłych nic, albo dobrze), ale od każdej zasady są wyjątki, zatem w przypadku znanego literata Andrzeja Szczypiorskiego taki wyjątek można uczynić. Najpierw członek ZMP i PZPR, od połowy lat 50. - konfident UB ps. Mirek, w latach 70. podłącza się do "demokratycznej opozycji" i zaczyna "działać na rzecz pojednania polsko-niemieckiego" to znaczy - pisać dla Niemców, jaka to wstrętna jest Polska i jacy głupi są Polacy, za co zachwyceni Niemcy płacą naszemu ubekowi żywym złotem. W stanie wojennym, kiedy to forsa z Zachodu zaczęła płynąc za pośrednictwem Kościoła, Andrzej Szczypiorski się nawrócił, a nawet podobno ochrzcił, ale znajomi twierdzą, że chrzest mu się nie przyjął. W 1989 roku razwiedka zrobiła go senatorem u Tadeusza Mazowieckiego, a potem poprzez różne swoje agendy futrowała go nagrodami. Naświnił, naświnił i umarł.

    Umarł, ale zostawił rozliczne potomstwo duchowych bastardów, zdegenerowanych w postaci półinteligentów. Półinteligent jest na poły durniem, ale na poły - inteligentem, to znaczy człowiekiem o rozwiniętej umiejętności autoanalizy. Taka umiejętność u inteligentów jest rozwinięta w pełni, pozwalając im na tworzenie rzucających na kolana dzieł, natomiast u półinteligentów tylko na tyle, by zdawali sobie sprawę ze swych umysłowych ograniczeń. "Panie Boże, dałeś mi talent, ale mały". Dzięki temu jednak spostrzegawczy półinteligent wie, że jest półinteligentem, co zresztą jest dlań przyczyną nieustającej udręki, przybierającej przede wszystkim postać lęku przed ujawnieniem tej przypadłości. Najlepszym remedium na tę obawę byłoby pokazanie jakichś wybitnych osiągnięć, ale tych właśnie półinteligent, na skutek swoich umysłowych ograniczeń nie ma i mieć nie może. W tej sytuacji próbuje swoją osobę eksponować na jakimś bardzo czarnym tle w nadziei, że przez ten kontrast trochę wyszlachetnieje i wydostojnieje. W tym celu twórczość półinteligenta ogranicza się do wydrwiwania wszystkiego po kolei, tzn. nie - oczywiście nie wszystkiego, tylko własnego narodu, jego obyczajów i religii. Półinteligenci bowiem czujnie omijają tematy zakazane. Na tę produkcję rzucają się marszandowie intelektualnej tandety, obsypując ich złotem, a nadymaniem stwarzając namiastkę sławy i chwały. W ten sposób tworzy się Salon, specyficzne środowisko, rodzaj chowu wsobnego, które - chociaż okadza się nawzajem własnym gazem - jednak co i rusz musi na swój sposób utwierdzać się w poczuciu własnej wartości, obrzygując i obsrywając najbliższe otoczenie, tzn. własny naród i kraj.
    Ostatnio "Dziennik" zadał różnym ludziom niezbyt mądre i pretensjonalne pytanie: "Czy Polska jest sexy?" Chodzi o to, że mnóstwo ludzi z Polski wyjeżdża, więc pewnie jej nie kocha. Niby jasne, ale takie sformułowanie więcej wyjaśnia niż mówi, bo dowodzi, iż pytający traktuje miłość w bardzo wąskim znaczeniu, jako tzw. przerżnięcie. Gdyby było inaczej, gazeta nie sformułowałaby swego pytania w ten sposób tym bardziej, że przecież redaktorzy chyba pamiętają, iż jeszcze trzy lata temu możliwość wyjazdu na saksy w charakterze parobków była najsilniejszym argumentem za Anschlussem? Normalny człowiek, próbując odmalować uczucia wobec własnej matki, nie koncentrowałby się na domysłach, jakież to erotyczne atrakcje może skrywać w swoich majtkach, tylko przedmiot swoich refleksji ulokowałby nieco wyżej. Czyżby pytającym obce były uczucia wyższe wobec ojczyzny do tego stopnia, że nawet kota nie mogą już pogłaskać z powodu natręctwa szukania pcheł? Kojarzenie wszystkiego z seksem z jednej strony sprawia wrażenie jakiegoś priapizmu, a z drugiej - intelektualnej bezradności. Priapizm impotencki? A to ci dopiero cocktail!
    Na pytanie odpowiedział Wojciech Kuczok, autor powieści samokrytycznie zatytułowanej "Gnój", że Polska, to "chamowaty awanturnik". Z kolei Stefanowi Chwinowi nie podobają się przechodnie: "naród kurtkowców, szalikowców, bereciarek, dresowaty lud z lumpeksów, który siebie samego nie cierpi, bo wie, że jest pogardzany". Jestem pewien, że Chwin paraduje po Gdańsku w todze, a bąki puszcza "Chanelem nr 5", ale gdzie, tzn. u kogo właściwie kupuje bułki i kiełbasę, że nie brzydzi się ich spożywać? To ciekawe, bo Andrzej Stasiuk, powołując się na anonimowych rozmówców, utrzymuje, że uciekają, bo "tu nie ma nic". Jakże "nic"? To nie zauważyli ani Kuczoka, ani Chwina, ani Agaty Bielik-Robson, ani nawet Manueli Gretkowskiej? A to ci dopiero historia, a to siurpryza! Nie ma "nic", a przecież Kuczok i Stasiuk to laureaci nagrody Nike, do której nominowana była też Gretkowska, a którą w swoim czasie przyznawał m.in. Chwin! No a Michnik, a "drogi Bronisław"? To ma być "nic"?! Jak można tak się dekonspirować?! Czy Kuczokowi "gnój" nie uderzył aby do głowy?! Szczypiorszczyznę owszem, można praktykować, ale z uwzględnieniem proporcji, bez kąsania ręki dającej chleb. Czy Kuczok ze Stasiukiem aby nie przesadzili?

    Stanisław Michalkiewicz

    Publicystyka Stanisława Michalkiewicza na ASME i nagrania TV ASME


    Czas na otrzeźwienie - Krzysztof Mazur Wysłane wtorek, 28, listopada 2006 przez Krzysztof Pawlak

    „Nie da rady wołanie, biadanie,/ nie pomogą sztynk-bomby słów:/ Warszawa - biblijny Daniel/ w jaskini Czerwonych Lwów” - tak słowami wiersza Gałczyńskiego można zobrazować pierwsze reakcje liderów PiS na porażkę swojego (?) kandydata w walce o fotel prezydenta Warszawy. Zresztą nie tylko Warszawy, gdyż czarę goryczy przepełniły równie spektakularne porażki innych kandydatów PiS w dużych miastach, co premier - swoim zwyczajem - określił kontratakiem sił układu oraz powrotem do stanu sprzed afery Rywina.

    Pojedynek w Warszawie skupił na sobie uwagę komentatorów, z tego względu, że o fotel prezydencki walczyło dwóch kandydatów nie tylko desygnowanych przez największe polityczne ugrupowania, ale będących dodatkowo prominentnymi liderami PiS i PO. Prócz tego, że był to wyraźny bój polityczny, niemałą rolę odgrywał również fakt, że Warszawa jest ze swoim budżetem na pierwszym miejscu wśród samorządów pod względem wielkości wydatków i dochodów oraz stanowi istny rezerwuar stołków dla tych działaczy, których nie udało się poupychać na inne funkcje publiczne.
    Ciekawostką wyborów w stolicy była frekwencja, która w obu turach była praktycznie identyczna, gdyż w pierwszej turze na prezydenta miasta głosowało 703.517 wyborców a w drugiej do urn kartkę wrzuciło 703.413 osób. Znaczne ułatwia to analizę zachowań wyborców, gdyż nawet przyjmując kilkuprocentową fluktuację głosujących można założyć, że zdecydowana większość głosujących 12 listopada udała się również do lokali wyborczych dwa tygodnie później. Przebieg głosowania na Gronkiewcz-Waltz i Marcinkiewicza praktycznie powtórzył schemat głosowania, jaki można było obserwować rok temu w wyborach prezydenckich. Tylko tym razem to Marcinkiewicz w I turze zebrał większość tego, co było w jego zasięgu, a kandydatka PO mogła oczekiwać poparcia ze strony pozostałego elektoratu mniejszościowego. Z tego względu żale i pretensje liderów PiS są rzeczywiście niemądre, gdyż tak jak rok temu wyborcy Adama Gierka czy Andrzeja Leppera głosowali bardziej przeciwko Tuskowi niż za Kaczyńskim, tak obecnie wyborcy Borowskiego poszli zrobić na złość PiS-owcowi.
    Gierkowcy i Lepperowcy poparli Kaczyńskiego ze względu na jego socjalistyczną demagogię, wyborcy Borowskiego poparli kosmopolityzm PO, którą najlepiej symbolizuje właśnie Hanna Gronkiewicz-Waltz. To właśnie Gronkiewicz-Waltz na polityczne żądanie byłej Unii Wolności kilka lat temu zrobiła miejsce w NBP dla Leszka Balcerowicza, udając się na załatwione w zamian saksy do EBOR-u. Teraz przyszła pora na wyrazy wdzięczności ze strony LiD-u.
    Nie może tedy dziwić, że w II turze Marcinkiewicz zyskał jedynie 57,3 tys. nowych głosów podczas gdy na posłankę PO zagłosowało dodatkowo aż 131,6 tys. wyborców. Jeżeli zauważyć, że na Marka Borowskiego w I turze głosowało ponad 159 tys. warszawiaków, podczas gdy pozostałych siedmiu kandydatów zebrało niespełna 30 tys. głosów, z tego ponad połowę otrzymał Janusz Korwin-Mikke, to nie ulega wątpliwości, że to elektorat Borowskiego zdecydował o politycznej zmianie warty w stolicy.
    Trudno zrozumieć, czego właściwie oczekiwali Marcinkiewicz, liderzy, działacze i wyborcy PiS, nucąc do końca chociaż coraz smętniej „sen o Warszawie”, gdyż jedyną szansę dla komisarza stolicy stanowiło niskie poparcie dla Borowskiego, a jak się okazało, poparcie to w Warszawie nie maleje, ba... jego wyrażanie wydaje się być nawet cool, jazzy i trendy. Ale poniekąd taka nauczka wyborcza Marcinkiewiczowi się należała, gdyż to nie kto inny, jak były premier nadskakiwał nieustannie środowiskom żydowskim, obnosił się ze swoją postępowością i otwartością na inne partie polityczne, budując swoją pozycję polityczną na piarowskich chwytach uskutecznianych przez otoczenie zatrudnione za publiczne pieniądze na publicznych posadach.
    Jest to także nauczka dla koalicji rządzącej, a szczególnie dla polityków Prawa i Sprawiedliwości za porzucenie koncepcji dekomunizacji i kontestowanie szerokiej lustracji. To kontynuowanie relatywizmu politycznego umożliwiło utrzymanie wielu samorządowych stołków przez starych wyjadaczy z PSL-u oraz uzależniło wyborcze rozstrzygnięcia od poparcia takich postaci jak Borowski czy Kwaśniewski. Wszak skoro Kwaśniewski wraca znowu na „pierwszą linię”, to widocznie nie obawia się czegoś szczególnego pod swoim adresem pomimo rozwiązania WSI oraz porażających raportów komisji likwidacyjnej. Ale jest też jeden rzeczywiście pozytywny aspekt wyborczej konfuzji rządzących, chociaż nie jest to skutek ich rozsądku, ale raczej powyborczych uprzedzeń. Tym czynnikiem jest rosnąca nieufność do organów wybranych podczas ostatniego święta demokracji, co może przyśpieszyć dyskusję, a może i realne działania mające na celu ograniczenie skomplikowanej, nadmiernie rozbudowanej struktury organizacyjnej państwa, ograniczenie liczby radnych, wyraźne podzielenie kompetencji pomiędzy wójtów, burmistrzów, prezydentów i rady samorządowe czy wreszcie likwidację dublujących się funkcji wojewody i marszałka i niepotrzebnych szczebli władzy. Może to być o tyle łatwiejsze, że wielkich łupów podczas ostatnich wyborów nie zgromadziły dwie partie koalicyjne, tj. LPR i Samoobrona, w związku z czym nie mają dużego powodu, aby bronić samorządowych stołków.
    Z kolei negatywem owej rosnącej niechęci władzy państwowej do samorządu może być dalsze ograniczanie kompetencji finansowych samorządu na rzecz rządu i budżetu państwa. Obecnie trzy szczeble samorządu terytorialnego decydują o wydatkowaniu zaledwie jednej czwartej wszystkich środków publicznych, a i to gros tych środków, jakie otrzymują samorządy, pochodzi z dotacji budżetu państwa. Dalsze pogarszane tych relacji stawia sens samorządu terytorialnego pod dużym znakiem zapytania.
    W tej sytuacji jako rozwiązanie najgorsze z możliwych, ale całkiem prawdopodobne jawi się możliwość dalszego finansowego ubezwłasnowalniania władz samorządowych przy jednoczesnym pozostawieniu nadmiernie rozbuchanej administracji samorządowej wraz z kilkudziesięciotysięczną armią radnych.

    Krzysztof Mazur

    Publicystyka Krzysztofa Mazura na ASME


    Przynajmniej jednak znacząca postać dla przyszłej sceny politycznej w Polsce wyłoni się z wyborów samorządowych w Warszawie - Łukasz Perzyna o drugiej turze wyborów prezydenckich w Warszawie Wysłane sobota, 25, listopada 2006 przez Krzysztof Pawlak

    | Pobierz |








    Przynajmniej jednak znacząca postać dla przyszłej sceny politycznej w Polsce wyłoni się z wyborów samorządowych w Warszawie - Łukasz Perzyna o drugiej turze wyborów prezydenckich w Warszawie
    Wysłane sobota, 25, listopada 2006 przez Krzysztof Pawlak

    "Pierwsza tura wyborów samorządowych była swego rodzaju świętem demokracji, skoro okazało się, że to właśnie samorządowcy zdołali przekonać do udziału w wyborach i do siebie większą część wyborców niż zawodowi politycy rywalizujący o mandaty parlamentarne przed rokiem. W drugiej turze tego święta demokracji już nie będzie. Opinia o tym, że kto wygrywa wybory w Warszawie - ten wygrywa je w całym kraju - może być prawdziwa ze względu na poprzedni wynik Lecha Kaczyńskiego, który uczynił z tego stanowiska trampolinę do prezydentury Rzeczypospolitej" - Łukasz Perzyna, publicysta "Tygodnika Solidarność" i naszej witryny ASME, analizuje możliwe rozstrzygnięcia ostatecznej rundy walki o władzę w stolicy.

    Jeżeli prognoza wyniku miałaby być oparta na wydarzeniach z Warszawy - to ze względu na zgaśnięcie światła w stolicy na 10 dni przed wyborami, pomyłkę firmy telemarketingowej, która wydzwania w nocy do potencjalnych zwolenników kandydata PiS, doprowadzając ich do furii, fatalne zawirowanie związane ze strajkiem pocztowców, których dyrektor Zbigniew Niezgoda pochodzi z tego samego ugrupowania,a jest winny tego konfliktu, bo go lekceważył od dłuższego czasu, a listonosze jedynie chcieli wypełnienia hasła "Polski solidarnej" - to zdecydowanym zwycięzcą powinien być Kandydat(ka) Platformy Obywatelskiej. Tyle że poparcie najpierw "prezia" Olka "Disko" Kwaśniewskiego, później Marka Borowskiego - może być pocałunkiem Almanzora dla Hanny Gronkiewicz-Waltz.
    W sondażach w Warszawie oboje kandydaci idą łeb w łeb. Przypomnijmy - kto w Warszawie wygra, jakie ugrupowanie - ten wygra w tych wyborach w Polsce. Ale patroni obojga kandydatów wydają się po cichu życzyć porażki swoim reprezentantom w stolicy. HGW zmierzając do zwycięstwa w Warszawie spowoduje powstanie pytania o przywództwo w Platformie. Będzie nowy podział w triumwiracie Tusk - Schetyna - Rokita. Z kolei kontakty między Jarosławem Kaczyńskim a Kazimierzem Marcinkiewiczem obrosły wieloma dwuznacznościami. Kandytat PiS starał się unikać loga swej partii, ale ten kto już pełnił funkcję premiera, a później (na razie hipotetycznie) stał się "drugim Lechem Kaczyńskim" - będzie dżokerem, który może wpływać na zupełnie inne rozdanie kart w swoim i nie tylko dotychczasowym ugrupowaniu.

    Nagranie trwa ponad 14 minut i jest dostępne w Sieci do 9 XII 2006 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




    Status quo na całe zło? - Jerzy Przystawa Wysłane piątek, 24, listopada 2006 przez Krzysztof Pawlak

    Na podstronie witryny internetowej Polskiego Radia ukazał się tekst Piotra Cybuli zatytułowany "Proporcjonalne status quo", który jest komentarzem do wcześniejszych tekstów na tej stronie, promujących idę JOW, w szczególności do artykułu Konrada Turzyńskiego "Lek na rządowe kryzysy". Tekst ten wymaga odpowiedzi, ponieważ zawiera wiele stwierdzeń bałamutnych i nieprawdziwych, natomiast Polskie Radio ma odgrywać również rolę edukacyjną i nie jest dobrze, kiedy fałszywe i nieuprawnione opinie pozostają nieskorygowane.

    Autor rozpoczyna tekst mantrą, którą z upodobaniem powtarzają wszyscy przeciwnicy JOW, a która ma im zastąpić brak rzeczowych argumentów: "zwolennicy JOW mają skłonność do postrzegania ordynacji większościowej jako panaceum na całe zło". Nie znam ani jednego tekstu zwolennika JOW, który by coś podobnego napisał, także krytykowany artykuł Turzyńskiego nosi tytuł "Lek na rządowe kryzysy", bo Autor pokazuje tam po prostu, że w krajach gdzie obowiązuje zasada JOW "kryzysy gabinetowe", z jakimi nieustannie mamy do czynienia w Polsce (i wszędzie tam, gdzie stosuje się tzw. systemy proporcjonalne), nie mają miejsca. Wydaje się, że stąd daleka droga do wywodzenia, że ma to być "panaceum na całe zło". W moim artykule na tej samej stronie Polskiego Radia przytaczam opinię Ortegi y Gasseta, który twierdził, iż ordynacja wyborcza jest najważniejszym rozstrzygnięciem demokratycznego ustroju. Najważniejszym - to w żadnej logice nie oznacza "panaceum", jak nam to imputuje Cybula i inni.

    Podobny błąd logiczny popełnia Cybula w następnym fragmencie, w którym pisze: "Przekonanie, iż niska jakość klasy politycznej, korupcja, prywata i nepotyzm stanowią wyłącznie (podkreślenie moje) konsekwencje obecnej ordynacji wyborczej jest naiwne". Owszem, podnosimy, gdzie tylko się da, że obecna ordynacja wyborcza SPRZYJA korupcji, prywacie i nepotyzmowi, a także, że stanowi zasadniczy element selekcji negatywnej do klasy politycznej. Nie przypominam sobie, żeby ktokolwiek ze zwolenników JOW napisał kiedykolwiek, że "wyłącznie". Człowiek wykształcony, jakim niewątpliwie jest Cybula, powinien umieć zauważyć różnicę między "sprzyja" a "wyłącznie".

    Wskazując kraje, w których stosuje się procedury "większościowe", Cybula popełnia błędy rzeczowe, np. wymieniając Ukrainę, jako kraj, w którym "wybory przeprowadza się w kilku turach", ale najważniejszy błąd polega na wpieraniu nam, że system JOW działa tam, gdzie istnieje "długoletnia tradycja demokratyczna", natomiast system wyborczy nie jest ważny. Jest to wariant często stawianego nam zarzutu, że "system JOW działa w krajach anglosaskich, bo… itd.", Nie wiem więc, czy Piotr Cebula zauważył, że system JOW działa w największej demokracji świata, jaką są Indie, co falsyfikuje cały ten wywód o "długoletnich tradycjach demokratycznych i anglosaskiej kulturze politycznej".

    Koronnym zarzutem jest teza, że w przeciwieństwie do ordynacji proporcjonalnej w JOW mamy do czynienia z "nadreprezentatywnością w stosunku do rzeczywistego poparcia społecznego". Mit o "większej reprezentatywności" systemu proporcjonalnego jest stale podnoszony przez przeciwników JOW, ale nie wytrzymuje krytyki w zestawieniu z wynikami wyborów parlamentarnych w Polsce. Przykładowo, Prawo i Sprawiedliwość zdobyło ok. 29% głosów wyborców, przy frekwencji poniżej 40%. To oznacza, że na tę partię zagłosowało nieco powyżej 10% uprawnionych do głosowania. Natomiast wszyscy posłowie razem wzięci zdobyli tylko nieco ponad 5 milionów głosów wyborców, co oznacza, że posłowie zasiadający w Sejmie uzyskali poparcie mniej niż 20% obywateli. W tej sytuacji powtarzanie propagandowych tez o "reprezentatywności" oznacza zamykanie oczu na rzeczywistość.

    Zupełnie kuriozalne i sprzeczne z faktami jest twierdzenie o "wykluczaniu mniejszości politycznych i światopoglądowych" w systemie JOW, jak również i to, że "rzadko udaje się tam zwyciężyć kandydatom niezależnym". Dobrze byłoby, gdyby Cebula wskazał chociażby jeden przypadek w ciągu ostatnich 17 lat, kiedy mandat sejmowy uzyskał jakiś "kandydat niezależny"? To właśnie ordynacja wyborcza z 5% progiem eliminuje możliwość dostania się do parlamentu nawet komuś, kogo chcieliby poprzeć wszyscy wyborcy w jego okręgu - a przecież kandydować można tylko w jednym okręgu. Na jeden okręg przypada w Polsce, średnio, 2,5% wyborców, jak można pokonać 5% próg? Natomiast w systemie JOW jest to jak najbardziej możliwe i dlatego w Parlamencie Brytyjskim zasiadają zarówno kandydaci niezależni, jak i reprezentujący małe partie i ugrupowania.

    Wydumane niebezpieczeństwa związane z systemem JOW, które polegać mają na tym, że jakoby mocna pozycja jakiegoś stronnictwa w jakimś rejonie kraju eliminowałaby szanse kandydatów z innej opcji - należy włożyć między bajki. Szczególnie, jeśli Autor powołuje się na silną pozycję PiS na ścianie wschodniej i w Galicji. Jak wiemy, w kluczowym mieście tego regionu, w Rzeszowie, wybory na stanowisko prezydenta miasta wygrał Tadeusz Ferenc, kandydat SLD i to z poparciem prawie 77%, i nie przeszkodziła mu w tym ani "silna pozycja Platformy Obywatelskiej w dużych miastach", ani siła Prawa i Sprawiedliwości w Galicji. Tadeusz Ferenc miał przynajmniej poparcie "lewicy", ale wczoraj rozmawiałem z Januszem Pęcherzem, prezydentem Kalisza, który z ponad 70% poparciem wygrał w konkurencji z kandydatami wszystkich partii politycznych, zarówno tych "z lewa", jak i "z prawa".

    Przeciwnie niż to wnioskuje Cybula, jak tego dowodzą przeprowadzane właśnie wybory gospodarzy gmin, wybory w jednomandatowych okręgach wyborczych miałyby dla Polski skutki błogosławione. Przede wszystkim wprowadziłyby wreszcie selekcję pozytywną do klasy politycznej. A to jest warunek wstępny do właściwego rządzenia państwem.

    24 listopada 2006

    Jerzy Przystawa

  • Prof. Jerzy Przystawa był w kadencji 1990 - 1998 radnym rady miejskiej Wrocławia, startował w wyborach do Senatu Rzeczypospolitej Polskiej przeprowadzonych w dniu 21 września 1997 r.
    Od kilkunastu lat jest jednym z liderów Ruchu Obywatelskiego na rzecz JOW.

    Publicystyka prof. Jerzego Przystawy na ASME.


    Witryna ASME Antysocjalistycznego Mazowsza jest najstarszym serwisem w Sieci - oprócz witryny tematycznej JOW - propagującym ideę JOW

    Optymizm wbrew statystykom - Krzysztof Mazur Wysłane czwartek, 23, listopada 2006 przez Krzysztof Pawlak

    W związku z tym, że o innych partiach mówią i piszą codzienne publikatory, dlatego też trochę miejsca wypadałoby poświęcić ostatnim wynikom wyborczym UPR, które miały pokazać, w jakim miejscu znajduje się partia, szczególnie w sytuacji, że od poprzednich wyborów samorządowych w 2002 r. po raz pierwszy startowała pod własnym szyldem partyjnym w wyborach krajowych (do parlamentu UPR pod własną "marką" ostatni raz startowała w 1993 r., później były Unia Prawicy Rzeczpospolitej, wspólna lista z PO i PJKM).
    Poniższe zestawienie pokazuje wyniki wyborcze w poszczególnych województwach w 2006 r. oraz w wyborach poprzednich z 2002 r.:

    Stolica województwaWynik procentowy w 2006Liczba list Wynik procentowy w 2002Liczba list
    Warszawa2,38wszystkie3,5wszystkie
    Toruń 1,6wszystkie1,53wszystkie
    Poznań1,56wszystkie2,21wszystkie
    Szczecin1,51wszystkie2,1wszystkie
    Łódź1,3wszystkie2,18wszystkie
    Gdańsk1,24wszystkie2,65wszystkie
    Opole1,19wszystkie2,36wszystkie
    Katowice1,17wszystkie2,06wszystkie
    Wrocław1,144 na 52,15wszystkie
    Kraków1,044 na 62,87wszystkie
    Zielona Góra0,893 na 51,67wszystkie
    Lublin0,663 na 51,52wszystkie
    Białystok0,64wszystkie0,49 3 na 5
    Olsztyn0,211 na 52,15wszystkie
    Kielce0,141 na 51,68wszystkie


    Z załączonej tabeli wynika, że tegoroczne wyniki były gorsze niż wyniki uzyskane przed czterema laty, przy czym wyniki te są średnio o 1 proc. niższe niż w 2002 r., co przy poparciu rzędu 1,5 do 2,5 proc. daje istotną zmianę in minus. Jest to wniosek niezaprzeczalny, aczkolwiek istnieje kilka powodów, dla których wyników tegorocznych wyborów nie należałoby traktować jako dowodu na niemożność przezwyciężenia negatywnych trendów:
    W sześciu województwach partia wystawiła mniej list niż było okręgów wyborczych, a w województwie podkarpackim nie została wystawiona ani jedna lista, co znacznie zaniżyło ostateczny wynik wyborczy, tak na poziomie województwa, jak i na poziomie całego kraju. Z tego względu partia w odróżnieniu od poprzednich wyborów nie uczestniczyła w przyznawaniu jednolitego numeru dla list wszystkich województw oraz nie partycypowała w ogólnopolskim czasie antenowym. Nawet pobieżna analiza wyników innych partii pokazuje, że im więcej nazwisk znajduje się na liście okręgowej, tym lista ta uzyskuje większe poparcie, tymczasem w większości województw listy zawierały praktycznie jedynie minimum wymaganej liczby kandydatów. Pomimo tego średni wynik w województwach, w których wystawiono listy wyborcze we wszystkich okręgach, oscylował wokół 1,2 do 1,5 proc. głosów za wyjątkiem Mazowsza, gdzie na listy UPR głosowało łącznie ponad 46 tys. osób, czyli 2,4 wszystkich ważnie głosujących. Nie jest to wynik gorszy niż uzyskany podczas wyborów do parlamentu UE, pomimo, że frekwencja wyborcza była obecnie dużo wyższa co zadaje pewien kłam twierdzeniu, że szansą dla UPR jest wyraźny spadek frekwencji wyborczej.
    Nie jest to żadne odkrycie, że zasadniczym powodem gorszych wyników wyborczych jest ciągle istniejący problem wewnątrzorganizacyjny i zbyt małe zaangażowanie - kolokwialnie ujmując - ludzi UPR w prace na rzecz zmiany tego stanu rzeczy. Wielu dotychczasowych działaczy odeszło do innych ugrupowań w przeświadczeniu, że "badwill" UPR przeszkadza im w zrobieniu kariery politycznej, do której są prawie predestynowani, co w większości przypadków okazało się ułudą i megalomaństwem. Taki syndrom tolkienowskiego Golluma z tym, że w tym wypadku mamy do czynienia z zauroczeniem siłą i potencją innej partii. Także i obecne wybory nie przyniosły dużych sukcesów tym UPR-owcom, którzy stratowali z list innych partii, osiągając podobne wyniki poparcia, jak to miało miejsce wcześniej, gdy startowali pod barwami UPR. Świadczy to, że środowisko UPR-u przeżywa przede wszystkim - używając terminologii teologicznej - kryzys wiary w możliwość zaistnienia na rynku politycznym. Dobrą ilustracją tego stanu rzeczy jest wynik wyborczy podkarpackiego Porozumienia Samorządowego Prawicy, współtworzonego przez podkarpackich działaczy UPR. Twórcy owej struktury tłumaczyli, iż pod nową marką, która nie będzie kojarzyła się z UPR ani inną partią polityczną, jest możliwe osiągnięcie tego, co pod firmą partii konserwatywno-liberalnej było dotychczas niemożliwe. Końcowy efekt był taki, że lista wojewódzka PSP uzyskała 2,4-proc. poparcie, czyli identyczne jak w 2002 r. lista UPR. Ale najciekawsze jest to, że na ów relatywny sukces zapracował praktyczne jeden okręg z pięciu, gdyż w okręgu, w którym pracowali inicjatorzy porozumienia, czyli ci najbardziej aktywni, lista zdobyła poparcie 8 tys. wyborców, podczas gdy w czterech pozostałych okręgach zaledwie 7,8 tys. głosów. Oznacza to, że poparcie było wynikiem pracy inicjatorów przedsięwzięcia, ich poświęconego czasu i zaangażowania, a nie szyldu partyjnego, gdyż pod tym samym szyldem w okręgu, w którym znajdowała się stolica województwa, ale gdzie nie było dużego zaangażowania i wkładu pracy, wynik był praktycznie śladowy i znaczne gorszy od potencjalnego wyniku UPR. To oznacza, że zaangażowanie i wkład pracy daje istotne efekty, a zarazem wskazuje, że koniunkturalne porzucanie szyldu UPR nie stanowi czynnika warunkującego odmianę politycznego losu.
    Takich pobocznych wątków można jeszcze trochę wymienić, ale po części racjonalnie, a po części intuicyjnie wydaje się, że obrany przez obecne kierownictwo partii kurs jest dobry; problem tylko, by - parafrazując de Gaulle'a - za frontem chciały pójść tabory. Wymaga to pewnie zbudowania od podstaw wielu struktur, gdyż zmienić polityczne nawyki "gollumów" będzie pewnie ciężko, niewątpliwie należałoby zmienić statut i program partii oraz poprosić oraz wyrejestrować PJKM, gdyż istnienie tej "zapasowej" partii może na niektórych działaczy działać podobnie jak na marynarzy walczących ze sztormem działa widok tratwy ratunkowej przeznaczonej dla kapitana. Być może pozwoliłoby to na przezwyciężenie pewnej psychologicznej bariery poparcia i uzyskania chociażby częściowego wpływu na politykę, co należy się przede wszystkim wyborcom, głosującym przecież głównie nie tyle na samych ludzi, ale - czego dowodzi istnienie tzw. twardego elektoratu - na naszą ideę.

    Krzysztof Mazur

    Publicystyka Krzysztofa Mazura na ASME


    Kandydat Marcinkiewicz - Bolszewia ma się mieć dobrze Wysłane czwartek, 23, listopada 2006 przez Krzysztof Pawlak

    Tu już nie ma - i być nie może żadnych wątpliwości. Choć w wyniku tragedii w kopalni w Rudzie Śląskiej przedwyborcza kampania propagandowa w mediach elektronicznych została wczoraj wstrzymana, to na ulicach stolicy wciąż straszą upiorne fizjonomie dwojga kandydatów, którzy przeszli do dogrywki II tury wyborów samorządowych. Sztaby obojga pretendentów wybierały tła i anturaże swoich klientów, by przedstawiać swoich pupilów w jak najbardziej korzystnym świetle. "Fachowcy" pracujący dla kandydata Marcinkiewicza wybrali na okrasę Jego wizerunku warszawski "pałac" imienia Stalina - widomy znak panowania sowieckiego nad podbitą w 1939 i 1944 latach Rzecząpospolitą. Nigdy nie miałem złudzeń co do umiejętności "markietingiarskich" bardzo ograniczonych w swych talentach tzw. fachowców z kręgu ugrupowania Populizm i Socjalizm - ale to rzeczywiście przeszło moje oczekiwania. W głównych serwisach informacyjnych polskiej części internetu pojawiły się wczoraj ogłoszenia reklamowe KW PiS, na których kandydat Marcinkiewicz ukazany był w szerokim uśmiechu jako pierwszoplanowy obiekt - drugim był "pałac" imienia Stalina. Na planie banneru nie było nic innego. Jedynie tragiczne wydarzenia na Śląsku i ogłoszona żałoba narodowa oraz idące za nią decyzje obu sztabów wyborczych w Warszawie o wstrzymaniu agresywnej kampanii przedwyborczej uchroniły (?) odbiorców tych serwisów przed widoczkiem pełnego szczęścia BM (być może) Prezydenta Warszawy, któremu - należy się domyślać - rozkoszy dostarcza "azjatycki pal".

    Mianujący się "genetycznymi spadkobiercami" tradycji niepodległościowej, Powstania Warszawskiego, rozstrzeliwanych i mordowanych po cichu przez UB-eckich i NKWD-owskich bandytów działaczy niepodległościowych w latach od lat 40. do 60. ubiegłego wieku - na swój wizerunek dają symbol "szpala Stalina" wbitego z całkowicie przemyślanym zamysłem w samo centrum krnąbrnej i niegdyś zwycięskiej z Moskalami Rzeczypospolitej jako "ostateczny krok" zwycięstwa pochodu Moskali (białych czy czerwonych - wszystko jedno...) na kolejnym etapie podboju Europy.
    Oczywiście - wiadomo, że skromny - czy także i na umyśle, mało wiadomo: głównie bywał urzędnikiem stanu tymczasowości, zarówno na stolcu premierowskim, jaki P.O.P-rezydenta stolicy... - nauczyciel fizyki z Gorzowa Wielkopolskiego, obecny kandydat PiS do stolca prezydenckiego w Warszawie - nie był w stanie nigdy pojąc takich niuansów jak stosunek warszawiaków - tych mających korzenie w Warszawie przedwojennej, niepodległej, niezłomnej i pełnej historycznych powiązań z minionymi pokoleniami - do narzuconego przemocą symbolu najokrutniejszej okupacji wielokrotnego najeźdźcy ze Wschodu. Zaiste nie można wymagać od zdymisjonowanego przez swego pryncypała partyjnego, szeregowego urzędnika z ambicjami chadeckimi - umiejętności poruszania się w wielkim, europejskiego formatu mieście, kiedy jego horyzont wyznaczany jest przez zapatrzonych w i wykorzystujących symbole bolszewickie współpracowników z "prawicawego" ugrupowania.
    Nie, nikt nie może zgłaszać pretensji do "Dymisjonarza", "Obiecankiewicza" (...chłopaki - ja wam wszystko zaśpiewam - wiecie, tylko dajcie mi szansę... - ten passus z filmu reżysera Bareji wiernie obrazuje charakter kandydata Marcinkiewicza, którego wizerunek został oparty na pełnym "luzu" stosunku do wyborców). Nikt nie zgłasza więc żadnych pretensji.
    Ale - to jest naprawdę ważne - niezależnie od tego, że jego kontrkandydatką jest kompletna nieudacznica z "ełropejsko" naznaczonych sfer biuralistycznych, bo na pewno nie - bankowych...
    Ważne jest to, że kandydat Marcinkiewicz występuje na tle symboli Bolszewii, to naprawdę się liczy. To jest DOWÓD sposobu myślenia o swoich feudalnie pojmowanych - poddanych - czyli o traktowaniu mieszkańców stolicy od czterech lat przez urzędników i czynowników z nadania PiS-owskiego.

    Symbole Bolszewii jako reklama tzw. prawicy??? To jest tylko możliwe w PiS... - trawestując znaną reklamę...

    I naprawdę należy pójść do wyborów - bo wszak patron kandydata Marcinkiewicza - Józef, ksywa bandycka "Stalin", Dżugaszwili mówił co jakiś raz - nie jest ważne, kto głosuje - ważne jest, KTO LICZY GŁOSY!". Skoro Bolszewia jest marzeniem PiS - należy odwiedzić punkt wyborczy - skreślając OBOJE kandydatów, którzy naprawdę jak mało kto - są osobami nie wypełniającymi warunków reprezentacji mieszkańców tak naznaczonej przez wyroki Historii jednej ze stolic Europy. Poza ambicjami politycznymi nie widać w nich żadnych motywacji dających powód, by na nich głosować, a samo wewnętrzne parcie do opłacanego przez podatników wysokiego urzędu - to za mało... Wystarczy jedynie wyborcom do kreślenia obu nazwisk na karcie wyborczej. Szczególnie mocno naciskając długopis przez nazwisku wyznawcy bolszewizmu - Kazimierzu Marcinkiewiczu...

    Krzysztof Pawlak

    Publicystyka Krzysztofa Pawlaka na ASME