grudnia 3, 2006 - grudnia 15, 2006

Wyprzedzający manewr Generała - Konrad Turzyński Wysłane piątek, 15, grudnia 2006 przez Krzysztof Pawlak

Gen. armii Wojciech Jaruzelski kilkanaście dni temu podjął próbę wypowiedzenia się tak, aby uprzedzić większość cudzych wypowiedzi na temat rocznicy ogłoszenia stanu wojennego. W dniu 25 listopada 2006 r. tekstem pt. "Starsi o 25 lat. W kolejną rocznicę stanu wojennego" skwapliwie poinformowała o tym "Trybuna", były organ byłego KC PZPR: "Zanim rozlegnie się doroczny wrzask, spotęgowany ćwierćwieczną rocznicą, (...) zanim, jak co roku, na kilka dni zaleje nas fala nienawiści, (...) publikujemy fragment najnowszego tekstu gen. Wojciecha Jaruzelskiego. Jak zawsze pełnego pokory wobec Historii, szczerego współczucia i żalu wobec tych, którzy ucierpieli i jak zawsze pełnego szacunku do faktów". To brzmi niemal jak epitafium, by nie powiedzieć - formułka wynosząca na ołtarze. To ci, którzy mają Generałowi za złe Grudzień (ten z 1981 i tamten z 1970 r.), grzeszą nienawiścią. Generał przeciwnie - odznacza się nie grzechami, ale cnotami. A przynajmniej jedną: pokorą.

Pokora gen. Jaruzelskiego jest jednak szczególnego rodzaju: "tak, za całokształt ja odpowiadam, jeśli ktokolwiek ma żal, to niech ma go do mnie, oczywiście ubolewam nad indywidualnymi krzywdami, spowodowanymi przez stan wojenny, i za nie przepraszam", ale ilekroć publicysta albo funkcjonariusz publiczny mówi o ewentualnej sądowej odpowiedzialności gen. Jaruzelskiego za swoje czyny z tego lub innego okresu Polski Ludowej, to od razu okazuje się, że takie mówienie (albo pisanie) jest przejawem "nienawiści", i to do starego, schorowanego człowieka, co tę domniemaną "nienawiść" ma czynić jeszcze bardziej naganną. Zaledwie w trzy dni później ta sama "Trybuna", nie pamiętając o gen. Jaruzelskim, ironizowała, (w artykule "Kat Chile i jego wielbiciele") na temat niedawnego oświadczenia innego generała eks-prezydenta, a mianowicie byłego chilijskiego dyktatora Augusto Pinocheta, które to oświadczenie daje się streścić słowami: "uważam, że postąpiłem słusznie, proszę nie winić nikogo oprócz mnie". Ironia komunistycznego dziennika (i niepamięć o polskim generale eks-prezydencie) sięga również faktu, że gen. Pinocheta przed odpowiedzialnością sądową karami chroni podeszły wiek i stan zdrowia. Skoro zaś mowa o nienawiści - gdy w prasie pojawiły się informacje, że w IPN znajdują się dokumenty o współpracowniku Informacji Wojskowej, niejakim "Wolskim", gen. Jaruzelski również to próbował objaśnić uniwersalnym wytrychem "nienawiści" - czyżby antylustracyjne korepetycje z rozpoznawania "nienawiści" pobierał u swojej rówieśniczki będącej... noblistką?

Cóż Wojciech Jaruzelski chciał w listopadzie 2006 roku udowodnić? Chyba to, że zna się na sztuce wojennej - przynajmniej na tyle, aby doceniać wagę zaskoczenia przeciwnika i spychania go do defensywy. Rzeczywiście, liczba tekstów, publicznie oceniających stan wojenny, zawsze jest największa jest w bardzo bliskim sąsiedztwie daty 13 grudnia, toteż, aby skutecznie w tę datę się "wstrzelić", warto wziąć trochę dłuższy rozbieg - zwłaszcza, gdy rocznica jest "jubileuszowa".

Gen. Jaruzelski sprawując władzę, a także potem, jako polityk-emeryt, niejednokrotnie odwoływał się do przyszłego sądu historii - domyślnie zakładając, że wyrok wydany w tej instancji będzie dlań pomyślny. Brakowało tylko odwołać się jeszcze do Boga, jak to stanowiła Konstytucja Kwietniowa o prezydencie RP. Czy jednak wypadałoby na jej artykuły powoływać się prezydentom Polski Ludowej, która pryncypialnie odrzucała tę "faszystowską" ustawę zasadniczą? Czy fakty, że Jaruzelski był uczniem katolickiej szkoły średniej, a Bierut jako prezydent uczestniczył w procesji Bożego Ciała, mogłyby przyczynić się do wiarygodności takich odwołań? Czy należy więc to rozumieć tak, że bezlitosne oceny na temat kogoś takiego jak Generał, to przejawy brzydkich postaw moralnych - mściwości, nieumiejętności wznoszenia się ponad własne urazy, niezdolności do wybaczania - podczas gdy wolni od tych przywar niezawiśli sędziowie - na tym świecie Historia, a na tamtym świecie Pan Bóg - okażą się bardziej wyrozumiałymi i przez to bardziej sprawiedliwymi? Przypuszczam jednak, że Generałowi nie o tych Sędziów z troszkę odleglejszej przyszłości idzie, a o tych bardziej dotykalnych tu i teraz.

Już w początkowych latach swojej politycznej emerytury Generał uważał za stosowne powoływać się na to, że w postępowaniach karnych potrzebuje więcej możliwości do wypowiedzenia się na swoją rzecz: "Generał Jaruzelski (...) całkiem niedawno (...) wyraził ubolewanie, że nie został zaproszony na posiedzenie komisji sejmowej debatującej nad stanem wojennym, co uniemożliwiło mu pełne naświetlenie wszystkich okoliczności tego, co zrobił w nocy z 12 na 13 grudnia. (...) Oto człowiek, który przez dziesięć lat w dzień i w nocy, w gazetach, w książkach, w radio i w TV, w Polsce i poza Polską, z pomocą wojska, policji, milionów aktywistów swojej partii (...) wszędzie i za pomocą wszystkich dostępnych środków technicznych BEZ PRZERWY zajmował się wyjaśnianiem Polakom i całemu światu przyczyn wprowadzenia stanu wojennego, twierdzi nagle, że jeszcze czegoś nie powiedział. (...) Można więc sądzić, że to, czego generał nie zdążył powiedzieć komisji sejmowej, zawarł teraz w grubej księdze wspomnień pt. »Stan wojenny, dlaczego«..." (Włodzimierz Bolecki, "Szkice na wszelki wypadek (12)", "PULS" nr 4 [57], lipiec-sierpień 1992 r., str. 32). Jak gdyby huraganowy ogień propagandowy, kładziony przez "artylerię" PZPR w 1981 r. i przez dobre kilka następnych lat, nie wystarczył! Jak gdyby nie powiedział wtedy - sam Generał i jego towarzysze - wszystkiego, co chcieli, aby przekonać nieprzekonanych!

W tym samym czasie, tj. po formalnym zniknięciu Związku Sowieckiego, gen. Jaruzelski zaczął konsekwentnie eksploatować argument, którego nie mógł używać przed stanem wojennym ani podczas jego trwania, a nawet w okresie Gorbaczowowskiej pieriestrojki i potem za swojej własnej prezydentury było mu niezręcznie posługiwać się nim. Mianowicie, że stan wojenny był "mniejszym złem", bowiem był ratowaniem Polski przed sowiecką interwencją zbrojną, która była owym - w latach 80. nie nazywanym tak - "większym złem". Można by pomyśleć: no tak, taki dzisiejszy Konrad Wallenrod, który za młodu zrozumiał, w jaką fatalną sytuację nasz kraj został wepchnięty, więc musiał przechytrzyć wszechpotężnego przeciwnika, udawać lojalność tak długo, jak trzeba, ale konsekwentnie działać na rzecz ojczyzny, aż wreszcie się uda... A potem można było już zdjąć i wyrzucić przybraną z konieczności maskę, mówiąc rodakom: "Już nie sprawuję żadnej oficjalnej funkcji, już nie mam nic do stracenia, nie muszę zatem uważać zbytnio na to, co mówię - tak, kłamałem, udawałem komunistę, ale to nie dla siebie, nie dla kariery, lecz dla Polski, aby w końcu dopomóc jej wybić się na niepodległość, a skoro się udało, no to cieszmy się i bądźmy dobrej myśli. Tak, drogie rodaczki i szanowni rodacy, co złe, to nie ja - to Moskale! Dopóki ich armia kontrolowała nasz kraj, nie mogłem tego powiedzieć, mogłem tylko mrugać okiem, albo najwyżej straszyć Księstwem Warszawskim, jak straszył Gomułka w 1968 roku. Teraz już wreszcie mogę powiedzieć prawdę, bo Moskale mogą mi... pogrozić palcem w bucie, ale przecie to oni byli be - ja byłem cacy, a tylko stroiłem groźną minę, udając ich człowieka".

Gdyby tak naprawdę było, byłoby może nieźle. Niemało Polaków w jakimś stopniu wierzy w taką autoprezentację Generała, może zwyczajnie dlatego, że naturalnym odruchem woli wierzyć, iż świat jest piękniejszy niż jest naprawdę. A może wywieszczył to nasz narodowy wieszcz, gdy w księdze dziesiątej "Pana Tadeusza" pisał: "Nawet gmin, który swoim tak łacnie uwłacza, / Tym, którzy Moskwie służą, szczęśliwszym - przebacza!" (w. 816-817), kto wie? Jednak w tej pro-jaruzelskiej propagandzie jest kilka charakterystycznych punktów.

Począwszy od sprawy stanu wojennego, od której zaczął się ten komentarz. Wypowiedzi różnych znanych osób, m. in. profesorów Zbigniewa Brzezińskiego i Richarda Pipesa, podważały już we wczesnych latach dziewięćdziesiątych naczelną tezę Generała. Wspomina o tym cytowany wyżej Bolecki na str. 35 tego samego tekstu. Najdobitniej chyba zaprzeczył Jaruzelskiemu sławny imiennik Boleckiego - prof. Władimir Bukowski. Nie tylko to nie jest tak, że Generał chciał jakoby zapobiec interwencji sowieckiej poprzez stan wojenny. Z tego, co Bukowskij napisał w książce "Moskiewski proces. Dysydent w archiwach Kremla" ("Volumen", Warszawa 1998) na str. 559-561, wynika jasno, że wręcz przeciwnie - Jaruzelski w 1981 r. zabiegał o to, aby ta interwencja Czerwonej Armii w Polsce nastąpiła, jak gdyby nie dowierzał temu, że podległy mu aparat przemocy wywiąże się z zadania poskromienia Polaków należycie skutecznie. W kilka lat po ukazaniu się owej książki Bukowskiego gen. Jaruzelski w kolejnej książce ("Pod prąd. Refleksje rocznicowe", Comandor, Warszawa 2005) zwyczajnie... podtrzymał swoją dotychczasową tezę o zapobieganiu sowieckiej inwazji. W pewnych kręgach to się nazywa "iść w zaparte".

Innym takim znamiennym elementem w propagandzie pro-jaruzelskiej jest stosunek do szpiegostwa Ryszarda Kuklińskiego na rzecz USA. Jeżeli obaj ci oficerowie Ludowego Wojska Polskiego byli antysowieckimi Konradami Wallenrodami, to ten, nie mający już nic do stracenia (ani do zyskania), czyli eks-prezydent Jaruzelski, powinien był w latach 90. okazać solidarność zaoceanicznemu koledze po wallenrodycznym fachu - choćby udzielając wypowiedzi, ułatwiającej zdjęcie z Kuklińskiego wyroków za zdradę ojczyzny. Mógł na przykład powiedzieć, że Kukliński owszem, zdradził, ale Moskali, a nie Polaków. Zdradził nie ojczyznę, lecz jej okupanta. Tymczasem było i jest dokładnie przeciwnie: "Jaruzelski, już odsunięty od władzy, wydaje dziś surowy osąd o człowieku, który współpracował z organizacją konkurencyjną wobec sowieckich i PRL-owskich służb i służył odmiennym celom." (Jolanta Kessler-Chojecka, "Sprawa Kuklińskiego - czyli test na polską rzeczywistość", "PULS" nr 4 [63], lipiec-sierpień 1993 r., str. 103). Minęło kilkanaście lat, status prawny Kuklińskiego wobec państwa polskiego zmienił się (na korzyść Pułkownika), potem sam Kukliński umarł, natomiast Jaruzelski jest niezmienny jak sfinks. Ilekroć Generał wypowiadał się o Pułkowniku, nawet gdy starał się przybierać to w oszczędne i powściągliwe słowa, była w tym DEZaprobata, a nie cokolwiek innego. Nie dziwota, wszak to wszystko opiera się na - czasem jawnym, czasem milczącym - założeniu: jeśli Kukliński był polskim patriotą, to my, komunistyczni oficerowie, wierni Układowi Warszawskiemu do samego jego końca, byliśmy zdrajcami Polski, a wobec tego NIGDY Kuklińskiego zaakceptować nie możemy - i basta! To również jest "pójściem w zaparte".

Kolejny znamienny element tworzenia wizerunku Generała nastąpił półtora roku temu, czyli wiosną 2005 r. Przebywając w Moskwie z okazji 60-lecia zakończenia II wojny światowej w Europie, gen. Jaruzelski wypowiadał się na różne tematy. Między innymi powtórzył tezę komunistycznej historiografii o tym, że Polska dokonała egzekucji dziesiątków tysięcy jeńców schwytanych w trakcie wojny polsko-bolszewickiej. Wytknął zagarnięcie Zaolzia w końcu lat trzydziestych, nie mówiąc nic o tym, że Ludowe Wojsko Polskie, podlegające wtedy jemu jako ministrowi obrony narodowej, uczestniczyło w najeździe na Czechosłowację w 30 lat później. Sugerował, aby zamknąć temat rozliczeń dotyczący zbrodni katyńskiej, gdyż jakoby wszystko, co ważne, w tej sprawie już powiedziano. (Piotr Jakucki "Sowiecką ścieżką", "Nasza Polska" nr 21 [500] z 24 maja 2005 r., str. 5.) I tu jest pies pogrzebany, jak powiada niemieckie przysłowie. Dobra Polska to jest PRL, należąca do Układu Warszawskiego, gorliwie wywiązująca się z tej roli, zaś niedobra Polska to II Rzeczpospolita - "panskaja Polsza", sanacyjna "faszystowska" dyktatura. Na czym polega różnica w generalskich ocenach tych dwóch form polskiej państwowości? Na lojalności wobec Imperium Sovieticum! Oczywiście - na lojalności Generała. Co było dobre w oczach Moskwy, to jest nadal dobre w oczach Jaruzelskiego. Proste jak, nie przymierzając, wycior piechura!

Tak więc jawne głoszenie tezy, która w latach 1981-89 na pewno nie mogła być przez Jaruzelskiego wyrażana, że Sowieci chcieli najechać na Polskę Ludową, a patriotycznie czujący i myślący Generał umiejętnie temu zapobiegł, to nie jest przejaw jakiejś późnej antysowieckiej odwagi Wojciecha Jaruzelskiego! Jest to bardzo wybiórcze przyczepianie niemiłych łatek Moskwie. Tylko tyle, aby podtrzymywać mit Generała-patrioty - patrioty pomimo komunistycznego munduru. Zasadniczy zrąb tego, co gen. Jaruzelski ma do powiedzenia, jest do tej pory oparty na lojalności wobec wschodniego mocarstwa, a nie wobec własnej ojczyzny.

Życzę i gen. Wojciechowi Jaruzelskiemu, i absolutnie każdemu człowiekowi (z największymi niecnotami włącznie!), aby wyrok, jaki w ich sprawach wyda Pan Bóg, był dla nich pomyślny. Wierzę, że złe uczynki, a nawet zbrodnie wszystkich ludzi razem wzięte i tak są jak znikoma kropla wobec oceanu Bożego miłosierdzia. Niemniej jednak osąd, jaki w doczesnym świecie wydadzą ludzie - na przykład o Wojciechu Jaruzelskim - powinien być nie aż tak dobrotliwy. Nie tylko dlatego, że gdzie tam miłosierdziu ludzkiemu równać się z Bożym, ale także dlatego, że (na szczęście!) żaden ludzki trybunał nie może nikogo skazać na wieczne potępienie.

Konrad Turzyński

Jest to pełna wersja tekstu pierwotnie opublikowanego z nieznacznymi cięciami na witrynie Polskiego Radia

Publicystyka Konrada Turzyńskiego na ASME


LIST DO PREZESA NIK - FUNDACJA PAMIĘCI MICHAŁA FALZMANNA Wysłane czwartek, 14, grudnia 2006 przez Krzysztof Pawlak

FUNDACJA PAMIĘCI MICHAŁA FALZMANNA (FIMF)
ul. Poznańska 21 m. 20a, 00-687 Warszawa, tel. (022)-629-66-35
e-mail: przystaw@ift.uni.wroc.pl

Wrocław, 13 grudnia 2006

Pan Mirosław Sekuła
Prezes Najwyższej Izby Kontroli
ul. Filtrowa 7
Warszawa


Wielce Szanowny Panie Prezesie,

Pozwalam sobie ponownie pisać do Pana, tym razem z powodu zdumiewającego wystąpienia p. Józefa Nadlera na uroczystej Sesji Panelowej, jaką w dniu 11 grudnia, z okazji XV rocznicy śmierci Prezesa NIK, prof. Waleriana Pańki zorganizowali Rektor i Komisja Zakładowa NSZZ "Solidarność" Uniwersytetu Śląskiego. Na zakończenie tej Sesji przewidziane było uchwalenie apelu o wznowienie śledztwa w sprawie okoliczności tragicznej śmierci Profesora.

Pod koniec tego spotkania wystąpił p. Nadler, który przedstawił się jako przedstawiciel Prezesa NIK, gdyż Pan Prezes nie mógł osobiście pojawić się w Katowicach. Pański Doradca (tak kazał się tytułować) najpierw ostro skrytykował sam pomysł apelu, albowiem - Waszym zdaniem - w śmierci Profesora Pańki nie ma żadnej tajemnicy i nic tu nie wymaga wyjaśnienia. Była to śmierć jak najbardziej "naturalna" - banalny wypadek drogowy - i ludzie, którzy sugerują, że coś się za tym kryje, tak naprawdę uwłaczają Świętej Pamięci (takiego określenia użył) Profesora Pańki, który, poza tym, był jego najbliższym przyjacielem. Wg Mówcy Walerian Pańko nie był w posiadaniu żadnych niebezpiecznych tajemnic, wszystko co było wiadome na temat afery FOZZ (nota bene to słowo padło po raz pierwszy dopiero z ust p.Nadlera!), zostało ujawnione i przekazane Sejmowi w Raporcie NIK, którego egzemplarz pokazał zebranym.

Najbardziej jednak zdumiewające i niesłychane było to, co powiedział na temat odkrywcy afery FOZZ, kontrolera NIK, Michała Tadeusza Falzmanna, który - w podobnie "naturalnych" okolicznościach - odszedł z tego świata na niecałe 3 miesiące przed Prezesem NIK. Powołując się na osobistą znajomość z Wdową Michała Falzmanna p. Izabelą Brodacką-Falzmannową, oświadczył, że powiedziała mu Ona, iż Jej mąż, w ostatnim okresie życia, był "wrakiem psychicznym", ogarniętym manią prześladowczą i w rozwiniętej wypowiedzi całkowicie zdezawuował i zdyskredytował zarówno tragicznie zmarłego głównego specjalistę NIK, jak i ludzi, którzy z naturalnością tej śmierci nie mają zamiaru się pogodzić. Nie powiedział jednak zebranym, że Raport NIK, który nam pokazywał, aczkolwiek podpisany przez Prezesa NIK, był praktycznie w całości sporządzony przez ów "wrak psychiczny", o czym Pan Prezes - podobnie jak ja - wie dobrze, gdyż wszystko co ten Raport przedstawia jest zawarte w notatkach służbowych Michała Falzmanna i jeśli Michał Falzmann był - jak sugerował przedstawiciel Prezesa NIK - człowiekiem psychicznie chorym, to i ten Raport jest tyle samo wart, co wyznania zamkniętego na oddziale psychiatrycznym. Taki stan rzeczy wskazywał by na pilną konieczność wznowienia kontroli i śledztwa w sprawie FOZZ. Tymczasem ani trwające 9 lat śledztwo prokuratorskie, ani siedmioletni proces karny nie podważyły niczego z informacji, jakie zostawił po sobie Michał Falzmann. Jest rzeczą niesłychaną i niesamowitą, że dezawuowania Jego pracy i ofiary życia podejmuje się dzisiaj instytucja, która - zdawałoby się - przede wszystkim powinna chronić i dbać o Jego dobre imię.

W kwietniu tego roku, razem z prof. Mirosławem Dakowskim, w imieniu Zarządu Fundacji Pamięci Michała Falzmanna zwróciliśmy się do Pana z prośbą o audiencję w sprawie uczczenia XV rocznicy obu tragicznie zmarłych pracowników NIK, w tym samego jej Prezesa. Na nasze pismo nie zechciał Pan do dzisiaj odpowiedzieć. Trudno mi pogodzić się z myślą, że skandaliczna wypowiedź publiczna p. Nadlera stanowi sui generis odpowiedź Prezesa NIK.

Pozostaję jednak z nadzieją - contra spem spero - że Pan Prezes zechce odpowiedzieć i zajmie stanowisko, które pozwoli nam wierzyć, że Najwyższa Izba Kontroli jest wiarygodną najwyższą instytucją kontrolną Rzeczypospolitej.

Z należnym szacunkiem

Jerzy Przystawa
Członek Zarządu Fundacji


Do wiadomości:


Jego Magnificencja Rektor Uniwersytetu Śląskiego
Komisja Zakładowa NSZZ Solidarność Uniwersytetu Śląskiego
Pani Izabela Brodacka-Falzmannowa
Pani Urszula Pańko
Prof. Jerzy Stępień, Prezes Trybunału Konstytucyjnego
Prof. Andrzej Stelmachowski

Witryna ASME Antysocjalistycznego Mazowsza jest najstarszym serwisem w Sieci - oprócz witryny tematycznej JOW - propagującym ideę JOW


TAJEMNICE FOZZ I BANKU HANDLOWEGO Z PERSPEKTYWY 15 LAT - dr Wojciech Błasiak Wysłane czwartek, 14, grudnia 2006 przez Krzysztof Pawlak

Głos na sesji panelowej - "Profesor Walerian Pańko - w XV rocznicę śmierci"
11 grudnia 2006, Uniwersytet Śląski w Katowicach

7 października 1991 roku na trasie szybkiego ruchu Warszawa-Katowice na wysokości Piotrkowa Trybunalskiego w tragicznym wypadku samochodowym zginął urzędujący prezes Najwyższej Izby Kontroli, prof. Walerian Pańko. Oficjalna wersja przyjęta w śledztwie i w wyroku sądu brzmiała, iż przyczyną wypadku była wina kierowcy, oficera BOR-u, którego samochód miał zaczepić tylnym kołem o krawężnik, co spowodowało, iż został wyrzucony na przeciwny pas jezdni, gdzie w jego tył uderzył jadące z przeciwka bmw. Kierowca rządowej lancii został skazany na trzy lata w zawieszeniu.
Tymczasem w blisko rok po tragicznym wypadku ukazał się wywiad w jednym z tygodników ("Tajemnica. Rozmowa z Urszula Pańko, wdową po tragicznie zmarłym prezesie Najwyższej Izy Kontroli, Walerianie Pańko", tygodnik „TAK”, nr 27(32), 18 września 1992) z jedynym świadkiem, który przeżył wypadek, żoną prezesa NIK Urszulą Pańko. "Zawsze będę twierdzić" - mówi w nim U. Pańko - "że nie był to zwykły wypadek, a jadące BMW, które przecięło nasz samochód na pół, to był po prostu palec Boży. Pamiętam, że zanim doszło do zderzenia, jakaś nadprzyrodzona siła zerwała nasz samochód i poprzez pas zieleni pędziliśmy prosto, aby zderzyć się ze ścianą wiaduktu. (…) Wcześniej zanim samochód wypadł z autostrady, usłyszałam jakieś dziwne huki, coś w rodzaju wybuchów. Nie jechaliśmy z oszałamiającą prędkością, ponieważ kierowca zamierzał dopiero co wyprzedzić ciężarówkę. W tym momencie zarzuciło nasz samochód, z jednoczesnym nieprawdopodobnym hukiem".
Dodajmy, iż śmierć prezesa NIK, jednego z najwyższych urzędników polskiego państwa nastąpiła na dwa dni przed planowanym wygłoszeniem przez niego w Sejmie RP wystąpienia na temat zakończonej przez NIK kontroli nieprawidłowości w Funduszu Obsługi Zadłużenia Zagranicznego, która to sprawa dziś nazywana jest tzw. aferą FOZZ. W tym samym cytowanym wywiadzie U. Pańko stwierdziła - "Mnie (…) bardzo martwiły stany depresyjne u męża. Okazało się, że nawet zaczął się leczyć. Nie wiedziałam również o tym, że mój mąż otrzymywał mnóstwo anonimów i listów z pogróżkami. Listów tych niestety nie odnalazłam…".
Ponad dwa miesiące wcześniej, 18 lipca 1991 roku, zmarł nagle na zawał serca podwładny prezesa NIK, odkrywca mechanizmu działania FOZZ, starszy inspektor NIK Michał Tadeusz Falzmann. W trakcie kontroli FOZZ jako inspektor NIK był obiektem nieustannych pogróżek, nacisków, szantaży, aż po anonimowe groźby śmierci. Jeszcze w kwietniu 1991 roku w jego dzienniku, pod datą 21 kwietnia, znalazł się zapis: "Dalsza praca to osobiste śmiertelne niebezpieczeństwo. Szans na sukces nie widzę żadnych". ("Wspomnienie o Michale Tadeuszu Falzmanie. Niezwykła jest zwykłość", Małgorzata Konopczyńska-Dakowska, „Nowe Życie”, Dolnośląskie Pismo katolickie, nr 2 [269], luty 1997).
M. Falzmann odkrył gigantyczną, systematyczną i zorganizowaną grabież finansów kraju dzięki operacjom na polskich długach, sięgającą czasów PRL-u, a kontynuowaną w sposób wzmożony po 1989 roku głownie w oparciu o to, co prof. Jerzy Przystawa nazwał "złamaniem parytetu stóp procentowych", a co ja nazywam "oscylatorem Balcerowicza". Ów "oscylator Balcerowicza" polegał na wykorzystaniu różnicy pomiędzy bardzo wysokim oprocentowaniem kont złotówkowych w warunkach inflacji i polityki aprecjacji złotówki, a relatywnie bardzo niskim oprocentowaniem kont walut obcych. Umożliwiało to, zwłaszcza z początkiem lat 90. w sytuacji wprowadzenia w ramach tzw. planu Balcerowicza sztywnego kursu dolara w stosunku do złotówki, olbrzymią spekulację. Polegała ona na zamianie walut obcych na złotówki i lokowaniu ich na bardzo wysoko oprocentowanych kontach złotówkowych, a następnie na zamianie na waluty obce z olbrzymim zyskiem. M. Falzmann nazwał to "rabunkiem finansów państwa".
Sama zaś działalność Funduszu Obsługi Zadłużenia Zagranicznego była tylko fragmentem szerszej całości, choć fragmentem istotnym. Jej sednem było nigdy nieujawnione przed szeroką opinią publiczną "drugie dno" w postaci wykorzystywania około 1 mld dolarów FOZZ do walutowych operacji spekulacyjnych, umożliwiających wyprowadzanie głównie poprzez system bankowy pieniędzy i drenowanie gospodarki kraju. W ten sam zresztą sposób nigdy nieujawniony przed opinią publiczną p. Bagsik z p. Gąsiorowskim wyprowadzili w ramach tzw. afery Art B z polskiego systemu bankowego 480 mln dolarów w ciągu zaledwie jednego roku.
Na podstawie materiałów zgromadzonych przez M. Falzmanna od 1989 roku, kiedy to pracował jeszcze jako inspektor kontroli skarbowej w Warszawie, 2 czerwca 1991 roku Mirosław Dakowski i Jerzy Przystawa złożyli w gabinecie ówczesnego ministra sprawiedliwości powiadomienie o przestępstwie, w którym czytamy - "Przesyłamy do dyspozycji Pana Prokuratora Generalnego zgromadzone przez nas dokumenty i materiały, w ilości 290 stron ręcznie ponumerowanych, z których wynika, że: Na terenie Rzeczpospolitej Polskiej i poza jej granicami działają zorganizowane grupy przestępcze dokonujące systematycznej grabieży pieniądza, w szczególności dewiz wymienialnych, na szkodę Państwa Polskiego, a także innych podmiotów gospodarczych, krajowych i zagranicznych. Na podstawie przedstawionych dokumentów mnożna wnioskować, że grabież ta ma rozmiary sięgające kwoty wielu miliardów dolarów USA". (M. Dakowski, J. Przystawa, "Via Bank i FOZZ", Wyd. Antyk, Warszawa 1992).
Zasadnicze ustalenia M. Falzmanna dokonane w sprawie operacji finansowych na polskim zadłużeniu i wynikających stąd gigantycznych strat gospodarki kraju i poziomu życia przeciętnych obywateli zostały opublikowane w książce "Via Bank i FOZZ" Mirosława Dakowskiego i Jerzego Przystawy w 1992 roku. Można do nich w każdej chwili sięgnąć, choć z pewnością również całość dokumentacji zgromadzonej przez M. Falzmanna powinna znajdować się w siedzibie NIK.
Najwyższa Izba Kontroli zajęła się już po śmierci M. Falzmanna wyłącznie sprawą FOZZ, co wynikało z procedur kontrolnych, a ustalenia tam dokonane są zawarte w "Raporcie" przedstawionym Sejmowi w październiku 1991 roku. Niemniej wnioski końcowe zawarte we "Wnioskach i ustaleniach końcowych" raportu NIK, a podpisane tuż przed śmiercią przez prezesa NIK prof. Waleriana Pańkę, dotyczyły już finansów całego państwa polskiego i były szokujące. Przytoczmy kilka z nich.
"Kontrola FOZZ ujawniła ponadto fakty nieprawidłowego funkcjonowania Ministerstwa Finansów, Banku Handlowego i Narodowego Banku Polskiego w następujących dziedzinach:
- nadzoru ministra finansów nad działalnością Banku Handlowego, polityką zaciągania kredytów oraz ich spłat;
- statystyki finansowej państwa, tzn. Bilansu Płatniczego, Bilansu Rozrachunkowego - gdyż obecny system statystki finansowej państwa jest niedokładny i nie ujmuje wszystkich operacji finansowych, np. nie ujawnia dużych transferów dewizowych z Rzeczypospolitej Polskiej i do Rzeczypospolitej Polskiej;
- funkcjonowaniu systemu bankowego, a zwłaszcza wypełnianiu przez NBP funkcji nadzorczych przez nad prawidłowością i legalnością działania banków.
W związku z powyższym stwierdza się niezbędność przeprowadzenia kontroli legalności działań i kontroli skarbowej w podmiotach krajowych, które miały związek z działalnością Funduszu Obsługi Zadłużenia Zagranicznego.
Szczególnie ważna i pilna jest weryfikacja całego zadłużenia zagranicznego Skarbu Państwa, która by ustaliła, czy wszystkie zobowiązania i umowy zawierane w imieniu Skarbu Państwa były zawierane zgodnie z obowiązującymi przepisami oraz przez uprawnione do tego podmioty. Ponadto należy zbadać prawidłowość systemu obsługi i zarządzania zadłużeniem zagraniczny Skarbu Państwa".
Po takich wnioskach, dotyczących przecież ponad 45 mld dolarów ówczesnego zadłużenia państwa polskiego, powinno było dojść do politycznego, personalnego i prawno-proceduralnego "trzęsienia ziemi". Doszło zaś do tragicznej śmierci prezesa NIK, następnie zapadła w sprawie tych wniosków kompletna cisza, a nazwiska Michała Falzmanna i Waleriana Pańki zniknęły na lata z mediów i debaty publicznej.
W latach 1993 - 1997 mówiący te słowa był posłem na Sejm Polskiego Związku Zachodniego z listy Konfederacji Polski Niepodległej. W 1994 roku dotarłem do informacji o przeprowadzeniu w I półroczu 1993 roku, a więc dopiero w 1,5 roku po raporcie i wnioskach końcowych NIK w sprawie FOZZ, kontroli Banku Handlowego SA w Warszawie oraz o istnieniu protokołu kontroli "Działalność dewizowa Banku Handlowego" obejmująca okres lat 1991 - 1992, sporządzonego przez inspektora NIK Halinę Ładomirską. Przypomnijmy, że Bank Handlowy pełnił funkcję głównego banku dewizowego państwa i obsługiwał zadłużenie zagraniczne polskiego państwa, a nagminnie pojawiał się w materiałach M. Falzmanna. Mówiącemu te słowa udało się dotrzeć, choć z wielkimi oporami i trudnościami, od ówczesnego Prezydium Sejmu poczynając do ustaleń protokołu kontroli NIK, o której wcześniej Sejm nie był informowany. Z tych ustaleń wynikało, że w latach 1991 - 1992, a więc w okresie kontrolowanym, Bank Handlowy był wykorzystywany do operacji dewizowych na szkodę polskiej gospodarki i polskiego państwa o skali co najmniej kilkakrotnie przekraczającej operacje finansowe FOZZ.
Z ustaleń protokołu wynikało, że gospodarka dewizowa tego newralgicznego dla gospodarki polskiej banku była dotknięta rażącymi nieprawidłowościami. Nieprawidłowości te wiązały się z łamaniem prawa bankowego i prawa dewizowego, fałszowaniem dokumentów księgowych czy fałszowaniem rocznego bilansu banku. W protokole stwierdzono chaos w systemie ewidencji księgowej, braki w udokumentowaniu importu towarów, mimo iż dokonano transferu dewiz, przeterminowane inkasa eksportowe, nieudokumentowane zlecenia importowe, brak ewidencji obrotów dewizowych z tytułu gwarancji kredytowych, udzielanie bez zabezpieczenia gwarancji kredytowych na wielomilionowe kwoty, otwieranie i zamykanie rachunków w bankach zagranicznych bez odpowiednich umów, ukrywanie środków finansowych, zaniżanie aktywów walutowych itp. Dla zobrazowania ustaleń przytoczmy tylko następujące ustalenia protokołu: "Zapisy w dokumentach są wymalowywane [korektorem - W. B.], operacje walutowe nie są wykazywane w równowartości złotowej (ZLP), brak daty waluty na dokumentach rozliczeniowych, brak rozliczeń różnic kursów walutowych dotyczących danej transakcji. Wydział Operacji Walutowych departament Gospodarki Pieniężnej prowadzi rejestr (odręczny w zeszycie formatu A4), obejmujący spis operacji walutowych dokonywanych przez Bank Handlowy zarówno na rynku krajowym jak i zagranicznym".
Ale w tym nielegalnym i legalnym chaosie była jednak logika umożliwiająca istnienie mechanizmów umożliwiających transfer dewiz z Polski i spekulacje finansowe na operacjach walutowych. Istnienie takich mechanizmów było potwierdzane zarówno w wypadku inkasa dokumentowego, gdy "bank nie wymaga udokumentowania sprawdzania towarów będących przedmiotem transakcji" oraz, że "bank nie posiada informacji, czy import będący przedmiotem transferu dewizowego został faktycznie zrealizowany". Dotyczyło to również przekazów bankowych, gdyż stwierdzano istnienie nieudokumentowanych transferów dewiz, a to z racji nieudokumentowanych zleceń importowych. Dotyczyło to i akredytyw, gdzie stwierdzano, że "nie został zrealizowany import w terminie ważności akredytywy, mimo że środki przeznaczone na realizację zostały przetransferowane".
Sama autorka protokołu Halina Ładomirska oszacowała straty Polski w latach 1991 - 1992, wynikające z dewizowej działalności Banku Handlowego, na około od 5 do 10 mld dolarów. W moim przekonaniu te straty były prawdopodobnie o wiele większe, gdyż nie została wyjaśniona kwestia olbrzymich, nawet jak na Bank Handlowy, kwot gwarancji zagranicznych udzielanych i otrzymywanych, w tym gwarancji udzielanych bez zabezpieczenia. Z moich wyliczeń wynikało, że Bank Handlowy mógł operować kwotą między 5 mld a 7 mld dolarów do celów spekulacji finansowych (przy 1 mld, jakim dysponował FOZZ).
Z nieznanych mi powodów NIK uznała kontrolę H. Ładomirskiej za nieudaną i przeprowadził już po ujawnieniu przeze mnie istnienia protokołu H. Ładomirskiej nową kontrolę, która niczego istotnego, co do nieprawidłowości, nie stwierdziła, a co najważniejsze - nie ustosunkowała się do podstawowych zarzutów wysuniętych w protokole poprzedniej kontroli, a nawet nie podjęła podstawowego problemu mechanizmów transferów dewiz i walutowych spekulacji finansowych. Prokuratura Rejonowa w Warszawie, gdzie złożyłem w 1994 roku zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa przez kierownictwo Banku Handlowego, odmówiła wszczęcia postępowania.
Jeśli teraz z perspektywy minionych 15 lat spojrzymy na sprawę tajemniczych okoliczności śmierci Michała Falzmanna i Waleriana Pańko oraz FOZZ i Banku Handlowego, to w moim przekonaniu nic się przez te kilkanaście lat nie wyjaśniło i nie zmieniło ani w sprawie okoliczności śmierci, ani w sprawie FOZZ i Banku Handlowego.
I tu rodzi się fundamentalne pytanie o powody kilkunastoletniej "zmowy milczenia" elit politycznych i intelektualnych oraz większości ogólnopolskich mass mediów. Nie tylko "zmowy milczenia", ale co ważniejsze - "zmowy zaniechania" wszelkich istotnych działań. Trudno bowiem za takie uznać wyrok skazujący w sprawie FOZZ wydany po kilkunastu latach śledztwa i procesu, który dotyczył mało istotnego "pierwszego dna" afery FOZZ, w postaci niezwrócenia ponad 100 mln dolarów kredytów.
Przede wszystkim trzeba stwierdzić, iż powodem tej swoistej "zmowy" nie jest brak informacji wyjściowej o całej sprawie. Kto powinien i chciał o tym wiedzieć, ten wiedział. Ukazała się w tej sprawie książka, został nakręcony film dokumentalny Jerzego Zalewskiego, opublikowano dziesiątki artykułów, choć nie w wielkonakładowej prasie ogólnopolskiej. Również w ówczesnym województwie katowickim w latach 90. było przynajmniej dwóch dziennikarzy, z którymi współpracowałem, a którzy pisali i mówili o tym otwartym tekstem. Przypomnę gwoli sprawiedliwości, że były to dwie kobiety - red. Agata Wawrzyniak-Pustułka z ówczesnej „Trybuny Śląskiej”, która kilkakrotnie pisała na ten temat artykuły i publikowała wywiady oraz red. Monika Szymborska z radia Flesh, która wielokrotnie umożliwiała informowanie o całej sprawie swych słuchaczy.
Ta swoista "zmowa zaniechania" elit politycznych i intelektualnych, a szerzej jeszcze rządzącego III Rzecząpospolitą establishmentu politycznego wynika w moim przekonaniu z faktu, iż ujawnione przez M. Falzmanna zjawisko nazwane przez niego "rabunkiem finansów Polski" z końca lat 80. i początku lat 90. legło u podstaw siły ekonomicznej, a w konsekwencji i politycznej górnych warstw struktury społecznej. Sądzę, że te prawdopodobne kilkadziesiąt miliardów dolarów wytransferowanych na firmowe i prywatne konta poprzez takie mechanizmy, jakie istniały w FOZZ i Banku Handlowym, są najważniejszym "argumentem" przeciw ujawnieniu całej tej sprawy.
Na przykład, kilka tygodni temu w programie TVP1 "Misja specjalna" ujawniono fakt agenturalności właściciela jednej z dwóch największych prywatnych stacji telewizyjnych Polsat, Zygmunta Solorza - właściciela 7 paszportów o 7 nazwiskach. Uznano to za sensację, choć dla każdego kto pamięta czasy PRL-u i wie, że to Służba Bezpieczeństwa decydowała o paszportach, sensacją to być nie może. Ale już informacja o tym, że Z. Solorz korzystał z kredytów FOZZ, przeszła bez echa. A to była kluczowa informacja. Sądzę, że w kontekście tej informacji nie można się dziwić, że przez kilkanaście lat na antenie Polsatu nigdy nie padło słowo FOZZ, o nazwiskach Falzmanna i Pańki nie wspominając.
Obserwując zachowanie znaczącej części polskiej klasy politycznej III RP, sądzę, iż jest ona w dużym stopniu zależna od elit polskiej oligarchii finansowej. I jeśli nawet w swej większości polski establishment polityczny w procederze "rabunku finansów Polski" nie uczestniczył, to przynajmniej ciąży na nim grzech zaniechania wystarczający, by dalej blokować działania w tej sprawie, a przynajmniej nie wykazywać politycznej woli jej rozwiązania. Do tego dochodzi jeszcze i równocześnie całość zamyka zwyczajny brak odwagi cywilnej, posunięty czasem do granic nieprzyzwoitości.
Jakie więc są dzisiaj, po 15 latach, szanse na wyjaśnienie okoliczności śmierci Michała Falzmanna i Waleriana Pańki oraz sprawy FOZZ i Banku Handlowego?
Moim zdaniem, szanse są nadal znikome dopóki, dopóty polskim państwem zawiadywać będzie klasa polityczna, której trzon wyrósł z procesów tzw. ustrojowej transformacji i jest w różnorodny sposób, choćby przez grzech zaniechania powiązana ze sprawą rabunku finansów publicznych przełomu lat 80. i 90.
Problem w tym, że ta klasa polityczna jest stale i na nowo, z koniunkturalnymi tylko wymianami, w swym personalno-towarzyskim składzie nieustannie od 1989 roku reprodukowana kolejnymi wyborami. Jest odtwarzana w swym rdzeniu, dzięki procedurze wyłaniania i rozliczania elit parlamentarnych, która nazywa się ordynacją wyborczą. Czyli dzięki specyficznej partyjnej ordynacji wyborczej, zwanej proporcjonalną. Ta ordynacja oddaje faktycznie władzę zgłaszania kandydatów na posłów wyłącznie w ręce kierownictw istniejących partii politycznych w kolejnych wyborach, co stale i na nowo reprodukuje trzon tej klasy politycznej. Z pewną przesadą można powiedzieć, iż ta ordynacja umożliwia społeczną samo-kooptację polskiej klasy politycznej. Dzięki temu zresztą obecna ordynacja faktycznie odbiera obywatelowi przyznane mu przez Konstytucję bierne prawo wyborcze, gdyż obywatel nie może realnie zgłosić swej kandydatury na posła bez pośrednictwa partii politycznej, a de facto jej kierownictwa.
Sądzę, że dopiero zmiana ordynacji wyborczej na taką, jakie są w najbardziej rozwiniętych demokracjach świata, od amerykańskiej i brytyjskiej poczynając, czyli na ordynację większościową i jednomandatowe okręgi wyborcze, może istotnie wymienić obecną klasę polityczną i na tyle tę nową uzależnić od wyborców, że będzie możliwe wyjaśnienie okoliczności śmierci W. Pańki i M. Falzmanna, które wiążą się ze sprawą rabunku finansów państwa przełomu lat 80. i 90., a których korzenie sięgają czasów PRL-u.

dr Wojciech Błasiak
Katedra Stosunków Międzynarodowych
Akademia Techniczno-Humanistyczna
w Bielsku Białej


Autor jest socjologiem, redaktorem naczelnym "Pulsu Zagłębia", był posłem na Sejm II Kadencji

Witryna ASME Antysocjalistycznego Mazowsza jest najstarszym serwisem w Sieci - oprócz witryny tematycznej JOW - propagującym ideę JOW


ZBYT DUŻO WIEDZIAŁ - Antoni Zambrowski Wysłane czwartek, 14, grudnia 2006 przez Krzysztof Pawlak

W nocy z czwartku na piątek 24 listopada br. zmarł w męczarniach w szpitalu londyńskim emigrant polityczny z Rosji, podpułkownik FSB Aleksander Litwinienko. Miał 44 lata. Do szpitala trafił 1 listopada otruty radioaktywnym polonem 210, co wskazuje na udział w morderstwie służb specjalnych. Jest to bowiem niezmiernie rzadki pierwiastek (odkryty jak wiadomo przez naszą sławną rodaczkę Marię Skłodowską-Curie) i tylko nieliczni mają do niego dostęp. W Rosji stosuje się go w przemyśle kosmicznym. Przed śmiercią Litwinienko podyktował koledze list do prezydenta Władimira Putina, w którym oskarżył go wprost o zlecenie tego mordu. Napisał w nim m.in.: "Nie jest pan wart swego urzędu, ani naszego narodu". I dalej: "Być może uda się panu mnie uciszyć, ale ta cisza ma swoja cenę. Pokazał pan, że istotnie jest pan tak barbarzyński i bezwzględny, jak twierdzą najbardziej wrogo wobec pana usposobieni krytycy. Oby Bóg wybaczył panu to, co pan uczynił".

List (datowany 21 listopada, ale ogłoszony dopiero po śmierci 24 listopada) wyraża stosunek podpułkownika Litwinienki do prezydenta Putina, demonstrowany przez niego i wcześniej - przede wszystkim w jego głośnej książce "Blowing Up Russia. Terror From Within" ("Wysadzanie Rosji w powietrze. Terror od wewnątrz"), napisanej wspólnie z przebywającym w USA z historykiem rosyjskim Jurijem Felsztińskim. Tytuł rosyjskiego oryginału jest jeszcze bardziej dosadny: "FSB wzrywajet Rossiju", czyli "Federalna Służba Bezpieczeństwa wysadza w powietrze Rosję". Podtytuł stawia kropkę nad i: "Federalna Służba Bezpieczeństwa - to organizator aktów terrorystycznych, porwań oraz morderstw". Jest to historia rosyjskich służb specjalnych, ze szczególnym uwzględnieniem FSB po rozwiązaniu, względnie przekształceniu KGB. Historia, która łatwo może być wykorzystana jako akt oskarżenia tej instytucji i w epilogu Litwinienko nawet naszkicował projekt dekretu przyszłego prezydenta nowej demokratycznej zdeputinowanej Rosji o rozwiązaniu FSB jako organizacji przestępczej (Proponował w niej nota bene rozwiązania zastosowane dziś w Polsce przez Antoniego Macierewicza przy likwidacji WSI). Niestety, nie doczekał spełnienia swego postulatu.
Ale nic straconego. Niegdyś rosyjski opozycjonista Andriej Amalrik napisał studium "Czy Związek Sowiecki dożyje do roku 1984", wywodząc, iż nie dożyje. Ta nadzieja, że to już tak blisko, dodawała sił wielu dysydentom stawiającym opór Imperium Zła. Amalrik został za swe studium uwięziony, a następnie wydalony poza granice Związku Rad. Podczas podróży do Hiszpanii zginął właśnie w roku 1984 w katastrofie samochodowej, zapewne zorganizowanej przez KGB. Ale ten skrytobójczy mord nie uratował Związku Sowieckiego, który został rozwiązany w Białowieży 8 grudnia 1991 roku. Stało się tak w parę lat po obaleniu komunistycznych rządów w Europie Środkowej zapoczątkowanym zwycięstwem "Solidarności" w 1989 roku. Toteż i Aleksander Litwinienko jeszcze może świętować swoje za grobem zwycięstwo.
Życiorys Aleksandra Litwinienki mógłby posłużyć (i zapewne posłuży) jako podstawa dla napisania wielu scenariuszy filmowych. Mimo ukraińskiego brzmienia nazwiska był Rosjaninem. Urodził się w 1962 roku w Woroneżu w europejskiej części Rosji. Po ukończeniu w roku 1980 szkoły średniej został powołany do Armii Sowieckiej. Przez dwadzieścia lat służby w siłach zbrojnych Związku Rad, a następnie Federacji Rosyjskiej awansował od szeregowca do stopnia podpułkownika. W swej notce biograficznej zamieszczonej na wstępie do książki "Blowing Up Russia" podaje skromnie, iż w tym czasie brał udział w walkach zbrojnych w wielu konfliktach lokalnych na terenie dawnego Związku Sowieckiego oraz obecnej Rosji. W 1988 roku został przeniesiony z wojska do kontrwywiadu KGB. Po rozpadzie Związku Sowieckiego pracował w centralnym aparacie FSK (Federalnej Służby Kontrwywiadu) oraz FSB, utworzonych przez przekształcenie KGB. Specjalizował się w walce z terroryzmem i przestępczością zorganizowaną. Za zasługi na polu zwalczania zorganizowanej przestępczości w stołecznej Moskwie otrzymał odznaczenie milicyjne. W 1997 roku został awansowany na zastępcę szafa wydziału 7. Zarządu FSB do zwalczania organizacji przestępczych.
W listopadzie 1998 roku - już za rządów Władimira Putina w FSB - łamiąc dyscyplinę, wystąpił na zwołanej przez siebie publicznej konferencji prasowej. Ogłosił na niej, iż odmówił wykonania poleceń kierownictwa FSB, sprzecznych z obowiązującym prawem. W swej autobiograficznej notce zawartej w książce nie podał bliższych szczegółów, ale skądinąd wiemy, że otrzymał polecenie potajemnego zamordowania wpływowego na "dworze" prezydenta Borysa Jelcyna magnata finansowego Borysa Bieriezowskiego. Przez pewien czas pełnił on funkcję sekretarza Rady Bezpieczeństwa Rosji. Już w marcu 1999 roku Litwinienko został za karę uwięziony w areszcie śledczym FSB, w słynnym moskiewskim więzieniu w Lefortowie. Ponieważ było to jeszcze za rządów prezydenta Jelcyna, sąd odważył się go uniewinnić na rozprawie w listopadzie tegoż roku. Mimo to został natychmiast aresztowany w sali sądu przez funkcjonariuszy FSB i ponownie uwięziony. Ponieważ śledztwo zostało umorzone w roku 2000 (już za prezydentury Putina), został zwolniony z więzienia. Wobec tego FSB podjęła trzecie z kolei śledztwo. Podczas przesłuchań z wolnej stopy Litwinienko słyszał groźby z ust funkcjonariuszy FSB oraz oficerów śledczych pod adresem własnym i własnej rodziny. Nie czekając na ich spełnienie, uciekł potajemnie z Rosji do Anglii, gdzie w maju 2001 roku uzyskał azyl polityczny.
Jego ucieczka wywołała wówczas sensację na Zachodzie. Gdy zabiegałem o telefoniczny wywiad z nim u zaprzyjaźnionego z nim rosyjskiego emigranta politycznego Władimira Bukowskiego, odpowiedział mi, że Litwinienko obawia się zamachu rosyjskich służb i kontakt z nim jest niemożliwy. Później jednak napisał wraz z Jurijem Felsztińskim wydaną w USA książkę o FSB oraz nakręcił wraz z francuskimi dziennikarzami telewizyjnymi film o głośnym wysadzeniu domów mieszkalnych w Moskwie i Bujnaksku, a zwłaszcza o udaremnieniu próby wysadzenia przez agentów FSB domu mieszkalnego w Riazaniu. Wyświetlanie filmu zostało zabronione w Rosji, podobnie jak kolportaż jego książki, która wyraźnie oskarża prezydenta Putina o zwyczajne nadużycia kryminalne podczas jego pracy w Petersburgu, wykryte przez obecnego dyrektora FSB Nikołaja Patruszewa. Cała błyskotliwa kariera Patruszewa oparta była na "hakach" posiadanych przez niego na Putina. Putin z kolei ratował Patruszewa przed zarzutami o jego nadużycia. Nie dziw, że Litwinienko podejrzewał samego Putina o polecenie zgładzenia go, by zatkać mu usta. Zachodnie środki przekazu łączą jednak tę śmierć z prowadzonym przez Litwinienkę prywatnym śledztwem w sprawie zamordowania w Moskwie znanej dziennikarki Anny Politkowskiej, demaskującej zbrodnie rosyjskich służb w Czeczenii. Natomiast mój przyjaciel - znawca z autopsji sowieckiej i rosyjskiej sceny politycznej - podejrzewa, że najbardziej się naraził Litwinienko Kremlowi, ujawniając kompromitujący Putina w oczach prezydenta George’a W. Busha fakt, że to rosyjskie służby przeszkoliły na specjalnych obozach ćwiczebnych na Północnym Kaukazie głośnych przywódców Al-Qaidy.
Moskwa oczywiście idzie w zaparte. Jako pierwszy Putin, który zapytany o oskarżający go testament Litwinienki, wyraził ubolewanie z powodu śmierci człowieka, a następnie wyraził wątpliwość co do autorstwa tego testamentu. Dlaczego - zapytał - ogłoszono go nie życia Litwinienki, lecz dopiero po śmierci. Rosyjskie elektroniczne środki przekazu robią swoim telewidzom wodę z mózgu, sugerując, iż Litwinienkę kazał zabić przebywający w Anglii na emigracji Borys Bieriezowski. Bieriezowski wylansował najpierw Putina na premiera i prezydenta, a następnie musiał salwować się przed jego wdzięcznością do Wielkiej Brytanii. W imię tej samej logiki miałby zabić swego dobroczyńcę Litwinienkę, którym w znak wdzięczności opiekował się w Anglii. Nie trzyma się to kupy, jak wiele rzeczy w rosyjskiej propagandzie. Najbardziej zapaleni apologeci Kremla twierdzą w rosyjskich mediach, że to sam Litwinienko zatruł się polonem, aby skompromitować Putina na ważnej dla niego konferencji międzynarodowej w Finlandii. W "Rewizorze" Gogola Horodniczy odrzucając zarzut, iż bezprawnie kazał "wypałować" wdowę po podoficerze, odparł, że to wdowa sama siebie wypałowała.
"Biedny narodzie!" - pisał przed laty o Rosji Adam Mickiewicz - "żal mi twojej doli, jeden znasz tylko heroizm - niewoli".

Antoni Zambrowski

Zostań donatorem naszych publicystów:
Jeśli satysfakcjonuje Cię publicystyka Antoniego Zambrowskiego - możesz wesprzeć Naszego Autora datkiem.
Konto:
61 1240 1040 1111 0010 0042 5486
Bank PeKaO SA III O. w Warszawie
SWIFT/BIC - PKOPPLPW



Publicystyka Antoniego Zambrowskiego na ASME


Myśmy wszystko zapomnieli? - Stanisław Michalkiewicz Wysłane środa, 13, grudnia 2006 przez Krzysztof Pawlak

Nie tylko z władzą radziecką nie ma nudy. Okazuje się, że z demokratyczną - też. Od tygodnia świat wstrzymuje oddech i przestępuje z nogi na nogę z niecierpliwości, jakie też będą losy posła Jana Marii Rokity. Osobiście bardzo się z tego cieszę, podobnie jak inni dziennikarze, bo i my z tego mamy swoje "ździebełko na bułeczkę i masełko". Jednego dnia, dajmy na to, Donald Tusk "oświadczy", że Rokita za dużo gada. Ileż wniosków można z tego wyciągnąć dla przyszłości Polski, Europy i świata? Jeszcze nie zdążymy powyciągać wszystkich, a tu już Jan Maria Rokita pisze do Donalda Tuska list, w którym stawia mu ultimatum, że albo komuchy, albo on. I znów - jak mówi Lech Wałęsa - wyciągamy plusy dodatnie i plusy ujemne, jedni są za, drudzy jednocześnie przeciw, a jeszcze inni - za, a nawet przeciw, od czego puchną szpalty gazet, w głośnikach radiowych narasta jazgot komentarzy, a na telewizyjnych ekranach nadymają się politologowie, słowem - jak mawiano przed wojną w sferach kupieckich - "biznes sze krenczy".
Więc rozterki, w jakie popada Platforma Obywatelska w związku z ultimatum Rokity "niesłychanie wzbogacają medycynę", to znaczy pardon - oczywiście żurnalistykę, ale jak długo można jeździć na jednej Rokicie? Toteż dziennik "Dziennik" zainaugurował kolejny program rozrywkowy pod tytułem "Taniec z pochodniami i nazistami". Tak się przypadkowo złożyło, że jakiś niedoszły kandydat z listy PiS-u na radnego przypomniał sobie, jak to przed dwoma laty nakręcił film z imprezy w swoim ogródku i natychmiast zaniósł go w zębach do redakcji dziennika "Dziennik", który podniósł straszliwy klangor, jak to w Polsce "odradza się" nazizm. Oczywiście to zagadkowe nagromadzenie przypadków nie ma najmniejszego związku z niedawnym polskim wetem do umowy handlowej Unii Europejskiej z Rosją, które niewątpliwie wystawiło strategiczne partnerstwo niemiecko-rosyjskie na ciężką próbę, musiało wzbudzić irytację Niemców, a kto wie, czy również nie mocne postanowienie zrobienia w Polsce porządku. A od czego najlepiej takie porządkowanie politycznej sceny zacząć, jak nie od rozgonienia "nazistów"? Któż może najlepiej wiedzieć, kto w Polsce jest "nazistą", a kto nie - jeśli nie Niemcy, którzy zresztą nie ukrywają, że podczas ich prezydencji chcieliby powrócić do ratyfikacji unijnej konstytucji? O tym, kto jest Żydem, ja decyduję - mawiał po nazistowsku wybitny nazista Herman Göring. Walka z "odradzającym się" w Polsce "nazizmem" i eliminowanie bądź marginalizowanie podejrzanych o nazistowskie sympatie ugrupowań może sprawić, że na politycznej scenie pozostaną wyłącznie zwolennicy ratyfikacji konstytucji Eurokołchozu, byle tylko, dla zmylenia przeciwnika, wpisać do preambuły wzmiankę o Panu Bogu Wszechmogącym. Jak pamiętamy, wielkim orędownikiem takiego zapisu był w swoim czasie Leszek Miller, co mnie wcale nie dziwi, bo skoro nawet taki Paryż wart był mszy, to cóż dopiero - cała Europa? Leszek Miller z tego samego Sojuszu Lewicy Demokratycznej, który teraz domaga się delegalizacji Młodzieży Wszechpolskiej. Młodzież najwyraźniej doceniła niebezpieczeństwo, bo i "odcina się", i nie szczędzi "nazistom" słów potępienia, zgodnie z najsurowszymi standardami politycznej poprawności i w ogóle sprawia wrażenie, jakby chciała już tylko śpiewać "Odę do radości" w jednym chórze z młodzieżą z "Nigdy Więcej". Być może jest to tylko taktyka przyjęta w sytuacji bojowej w obliczu wroga, ale z drugiej strony inny wybitny nazista Józef Goebbels zauważył, że kłamstwo powtórzone tysiąc razy staje się prawdą. Są to oczywiście absolutnie niewiarygodne teorie spiskowe, bo prawdziwe polityczne analizy rodzą się, jak wiadomo, tylko z fusów po kawie wypitej przez Jana Marię Rokitę z Donaldem Tuskiem.
Krótko mówiąc, na nudę nie ma czasu, bo jakby tego wszystkiego było za mało, to jeszcze "Gazeta Wyborcza", przezwyciężając wstręt do podglądania i podsłuchiwania, rozpętała aferę rozporkową w Samoobronie. Jakaś pani wyznała redaktorom, że pan Andrzej kazał jej najpierw wziąć prysznic, ale ona całe pół godziny strawiła na rozmyślania: co robić i kiedy przyszła pora, to w ogóle się nie umyła. Czyż to nie skandal? Nic dziwnego, że śledztwo w tej sprawie wszczęła sama najważniejsza prokuratura, bo wiadomo, że nie mamy większych zmartwień.
I oto, kiedy tak u nas sensacja goni sensację, Senat Stanów Zjednoczonych uchwalił rezolucję uznającą dzień 13 grudnia 2006 roku Dniem Pamięci. O czym? Ano - o 25. rocznicy wprowadzenia w Polsce stanu wojennego, o której wiele osobistości tresujących nas dzisiaj do Eurokołchozu, demokracji i walki z "odradzającym się nazizmem" wolałoby zapomnieć. Kiedyś, podczas spotkania "Forum Polskiego" we Wrocławiu pan Ryszard Mbewe wprawił zebranych w konfuzję, zachęcając do śmiałego kierowania się polskim interesem narodowym. Teraz znowu zawstydza nas Senat amerykański, podczas gdy nasze "elity" martwią się raczej o samopoczucie konfidentów.

Stanisław Michalkiewicz

Publicystyka Stanisława Michalkiewicza na ASME i nagrania TV ASME


FOZZ: "dobra ciocia" polskich afer - prof. Jerzy Przystawa Wysłane poniedziałek, 11, grudnia 2006 przez Krzysztof Pawlak

Na temat:

FOZZ, Informacja Wojskowa i inne tabu - wystąpienie prof. Mirosława Dakowskiego w Klubie Politycznym Centrali Unii Polityki Realnej

FOZZ: dobra ciocia polskich afer
wystąpienie na sesji
"Profesor Walerian Pańko w XV Rocznicę Tragicznej Śmierci"
Uniwersytet Śląski, 11 grudnia 2006



Wydawać by się mogło, że 15 lat od tajemniczych śmierci Michała Tadeusza Falzmanna i Jego szefa, Prezesa Najwyższej Izby Kontroli prof. Waleriana Pańki, to wystarczająco długi okres, aby wszystko, co wiąże się z tzw. aferą FOZZ zostało ostatecznie wyjaśnione, nawet gdyby ujęcie i ukaranie winnych nie było możliwe. Nie tylko przecież przez prawie 9 lat prowadzone było drobiazgowe śledztwo prokuratorskie, nie tylko zakończył się prawie 7 lat trwający proces karny, ale w tzw. międzyczasie powstał Instytut Pamięci Narodowej, a w nim setki wysokiej klasy specjalistów z dostępem do najtajniejszych akt.

Tymczasem, 15 lat od tamtych wydarzeń, sprawa FOZZ bez przerwy pojawia się w obiegu publicznym i wydarzenia, pozornie bez najmniejszego z nią związku, stają się nagle przedmiotem zainteresowania dociekliwych komentatorów, a także podstawą tajemniczych i mglistych oskarżeń pod adresem różnych bohaterów naszego życia publicznego. Utarło się już określanie afery FOZZ jako "matki wszystkich afer", co jest o tyle niezrozumiałe, że kwoty, jakich zagarnięcie zarzucono oskarżonym - niecałe 400 milionów złotych - wydają się dość skromne w porównaniu z innymi aferami, o których mówi się znacznie głośniej, jak chociażby przy przesłuchaniach kolejnych sejmowych komisji śledczych. Z jakiegoś jednak powodu, od dawna zapowiadane powołanie komisji śledczej w sprawie FOZZ nie może się doczekać realizacji. Rocznice śmierci Waleriana Pańki i Michała Falzmanna minęły praktycznie niezauważone, a ludzie, którzy stracili życie z powodu ich zaangażowania w obronę majątku narodowego, nie doczekali się nawet pośmiertnego uhonorowania.

Co ujawnił Falzmann?

Michał Falzmann w swoim memoriale dla Prezesa NIK przedstawił i opisał "źródła utraty pieniędzy" przez państwo polskie, wskazał zasadnicze kanały rabunku - gdzie FOZZ był tylko najnowszym i wyrafinowanym elementem - i przedstawił program postawienia mu tamy (zob. ref. 1). W tych "źródłach" narastania długu polskiego najważniejszą rolę odgrywały umowy kredytowe i sposób ich wykorzystywania. Przez prawie pół wieku te "umowy kredytowe" wykorzystywane były - przy pomocy przemyślnych technik - do bogacenia się klasy beneficjentów komunizmu i ograbiania bezbronnego społeczeństwa. Wraz z "nową polityką ekonomiczną" od 1989 roku te techniki rabunkowe zostały niesłychanie wzbogacone przez nowe instrumenty, z których najbardziej skutecznym i wydajnym okazał się mechanizm naruszenia parytetu stóp procentowych.

Prawo Parytetu Stóp Procentowych

Od 1989 roku wysokość stóp procentowych i kursy wymiany walut dyskutowane są zupełnie niezależnie od siebie, zupełnie tak, jakby nie było między nimi żadnego związku. Zarówno uczeni profesorowie i eksperci, jak zaangażowani politycy, czujni i błyskotliwi publicyści mówią i piszą o tych sprawach całkiem oddzielnie, tak jakby tymi dwoma podstawowymi parametrami polityki finansowej państwa można było manipulować bez związku jednego z drugim. Tymczasem taki związek istnieje, a nawet, co więcej, posiada matematycznie ścisłą postać i w świecie finansów jest znany pod angielską nazwą Interest Rate Parity Relationship (IRP), co na język polski możemy przetłumaczyć jako "Prawo Parytetu Stóp Procentowych". Nie uciekając się do wzorów matematycznych, prawo to sformułować możemy tak (zob. ref. 2 i 3):
"Jeżeli w dwóch krajach, np. w Polsce i USA, przez jakiś czas obowiązuje różnica stóp procentowych, to kurs wzajemnej wymiany walut tych krajów nie może być stały, lecz musi się zmieniać w odpowiedniej relacji do tej różnicy. Jeśli przy różnicy stóp procentowych kurs wymiany pozostaje stały, to otwiera to drogę do tzw. arbitrażu, czyli do pozbawionego ryzyka bogacenia się na czystej spekulacji finansowej".

Polski NEP

W Polsce, od czasów "Pierwszego Balcerowicza", a więc od 1989 roku, prawo parytetu stóp procentowych jest w sposób ciągły i systematyczny gwałcone, w wyniku czego główne "prawdziwe interesy", jakie się w Polsce i na Polsce robi, to są interesy spekulacyjne. To właśnie złamanie tego prawa stanowi podstawę prawie wszystkich do dzisiaj niewyjaśnionych afer gospodarczych, przede wszystkim tej, którą się określa jako "afera FOZZ", ale także Art. B i wielu innych. Skuteczność i "wydajność" tych spekulacji jest tym większa im większa jest różnica stóp procentowych i im dłużej utrzymywany jest niezmieniony kurs wymiany.

Na początku 1990 roku, Zarządzeniem Prezesa NBP (zob. ref. 4) oprocentowanie lokat bankowych zostało wyznaczone jako 36% na miesiąc. To oprocentowanie potem ulegało zmianom, ale średnio nie było wówczas mniejsze niż 80% w stosunku rocznym, podczas gdy w bankach zachodnich nigdzie nie przekraczało 10%. Możemy więc przyjąć, że różnica oprocentowań wynosiła średnio 70% w stosunku rocznym.

W tym samym czasie kurs wymiany złotego do dolara został ustalony jako 1 USD do ok.10.000 złotych i taki stosunek był utrzymywany przez ponad dwa lata. Opinia publiczna była utrzymywana w przeświadczeniu, że był to niesłychany sukces polityki Balcerowicza, który w ten sposób pokonał szalejącą inflację i stworzył "twardą, wymienialną złotówkę". Ta złotówka nie była jednak ani "twarda" ani "wymienialna", gdyż swobodnie wymieniać można było złotówki na dolary jedynie w kantorach, co więcej, rozkwit i powstanie tych kantorów nie były pomyślane dla ułatwienia życia obywatelom, lecz jako swoistego rodzaju "transformatory pieniędzy", odgrywające istotną rolę w spekulacjach finansowych. Nic też dziwnego, że od razu przejęli je w "opiekę" różni funkcjonariusze służb specjalnych, jak np. osławiony senator Gawronik.

Jak to działało (i nadal działa!)?

Aby zrozumieć co się naprawdę działo, spróbujmy prześledzić następujący przykład.
1.Wyobraźmy sobie, że mamy w USA Ciocię, która gotowa byłaby pożyczyć nam na rok jeden milion dolarów. Ciocia w Ameryce trzyma swoje pieniądze w banku, więc żeby Ciocia nie poniosła straty, umawiamy się, że po roku oddamy jej tę sumę z odpowiednim procentem, powiedzmy 10%, a więc oddamy jej 1 100 000 USD.
2.Pożyczone dolary szybko wymieniamy, w kantorze oczywiście, na złotówki, i dostajemy za nie 10 miliardów starych polskich złotych.
3.Te 10 miliardów złotych zanosimy do jednego z polskich banków, które gwarantują nam lokatę na 80% na rok. Po roku czasu bank nam wypłaca 10 miliardów plus 80%, czyli 18 miliardów złotych.
4.Ponieważ kurs wymiany w tym czasie się nie zmienił, więc udajemy się do kantorów, tam kupujemy dolary, dokładnie 1 800 000.
5.Oddamy Cioci 1 100 000 i w ten sposób zarobiliśmy "na czysto" i bez wysiłku 700 000 dolarów.

Zwróćmy uwagę, że gdyby było przestrzegane w tym czasie Prawo Parytetu Stóp Procentowych, to taki interes byłby w ogóle niemożliwy! Albowiem Prawo Parytetu wymaga, żeby przy takiej różnicy stóp procentowych, kurs wymiany dolara na złote rósł w ciągu roku i na koniec roku 1 USD kosztować powinien nie 10 tysięcy złotych, ale około 20 tysięcy i to chodzenie do kantorów i banków żadnego zysku by nie przyniosło. Stało się jednak inaczej i zysk był gwarantowany.

Spekulacje bardziej wyrafinowane: "oscylator"!

Ale w ten sposób opisaliśmy jedynie "zysk prosty" i "spekulację prostą". Tymczasem pogwałcenie prawa parytetu otwierało drogę do zysków bardziej wyrafinowanych i dużo większych.

Przypuśćmy, że lokując 10 miliardów złotych w NBP (PKO BP, czy gdzie indziej), zawarliśmy z bankiem umowę i otrzymaliśmy "kwit gwarancyjny", że bank ten wypłaci nam, na koniec roku, 18 miliardów złotych, czyli równowartość 1.800.000 dolarów USA.

Z kwitem na taką kwotę moglibyśmy pojechać np. do Luksemburga czy Wiednia i tam, w normalnym banku, pod zastaw tego kwitu, zawrzeć umowę kredytową. Powiedzmy, że negocjacje przebiegły pomyślnie i jakiś bank zachodni (albo jakaś inna Ciocia) pożyczył nam 1.800.000 USD! Jeśli to jest znowu pożyczka na 10%, to po roku trzeba będzie oddać 1.980.000 USD.

Teraz możemy operację powtórzyć: pojechać do Polski, wymienić szybko na złotówki, uzyskując z wymiany 18 miliardów złotych. Lokując te 18 miliardów na 80% na rok, powinniśmy z banku otrzymać 18 mld plus 80% czyli 32 miliardy 400 milionów złotych.

Teraz to wszystko policzmy:
Oddać Pierwszej Cioci: 1.100.000 USD
Oddać Drugiej Cioci: 1.980.000 USD

Razem do oddania: 3.080.000 USD

Wypłata Pierwszej Lokaty: 18.000.000.000 zł
Wypłata Drugiej Lokaty: 32.400 000.000 zł

Razem z polskich banków: 50.400.000.000 złotych

Wymieniamy to w kantorach na 5.040.000 USD

Oddając "ciociom" 3.080.000 USD zostaje nam na czysto: 1 960 000 USD.

Każdy może teraz sobie policzyć, jaki zysk osiągnęlibyśmy, gdybyśmy, zamiast czekać i kasować te pieniądze na koniec roku, poszukali Trzeciej Cioci i wzięli z Drugiej Lokaty kwit na równowartość trzech milionów dolarów! Itd., itd. Gdyby tak udało nam się "oscylować" pomiędzy kolejnymi "ciociami" i kolejnymi bankami powiedzmy raz na miesiąc, to w ciągu 12 miesięcy z jednego miliona dolarów moglibyśmy "wyciągnąć" nawet i 100 milionów dolarów (zob. ref. 2)! Takie oto możliwości stworzyło pomysłowym i sprytnym (i ustosunkowanym!) ludziom pogwałcenie Prawa Parytetu Stóp Procentowych przez zamrożenie kursu dolara i "utwardzenie złotówki".

Te możliwości zostały wykorzystane, ponieważ w Polsce (i za granicą!) nie brakuje ludzi sprytnych i pomysłowych. Najlepiej opisane są osiągnięcia Art. B w książce "Bagsik & Gąsiorowski: jak kradliśmy księżyc" (ref. 5). W książce "Kto się boi Art. B?" (ref. 6) Bagsik i Gąsiorowski chwalą się, że ten "oscylator" przyniósł im, w ciągu jednego roku, zysk 18.000%! Swego wynalazku nie nazwali jednak oscylatorem, ta nazwa przyjęła się później, ale "B.G. Moneytron", a więc, tłumacząc na polski: "Bagsika i Gąsiorowskiego Akcelerator Pieniędzy".

W taki oto sposób, przez zamrożenie kursu dolara przy wysokich stopach procentowych, stworzona została okazja do nieograniczonego arbitrażu, a co za tym idzie do nieograniczonego drenażu finansów publicznych.

Kto mógł na tym skorzystać?

Co było potrzebne, aby móc wykorzystać tę niebywała okazję? Dwa elementy:
1.Trzeba było wiedzieć, że kurs dolara zostanie utrzymany przez dłuższy okres czasu przy wysokich stopach procentowych. Innymi słowy, trzeba było mieć dostęp do sekretów polityki finansowej państwa.
2.Trzeba było mieć dostęp do przyzwoitego kredytu, potrzebna była "ciocia", która pożyczy ten pierwszy milion dolarów, czy pierwszy miliard złotych (mniejszych sum nie bierzemy pod uwagę).

A zatem odpowiedź na postawione wyżej pytanie jest taka: z możliwości opisanego wyżej arbitrażu (oscylatora, moneytronu itp.) skorzystać mógł każdy, kto posiadał odpowiednią informację i miał dostęp do odpowiedniego kredytu.

Najlepszą, najbardziej hojną i wydajną "ciocią" okazał się być FOZZ - Fundusz Obsługi Zadłużenia Zagranicznego. "Operatorzy FOZZ-u", jego dyrektor generalny przede wszystkim i "partnerzy biznesowi" otrzymali do dyspozycji z Budżetu Państwa kwotę ok. miliarda dolarów, z którą mogli robić praktycznie wszystko, co im przyszło do głowy. Na dodatek, przy minimalnych obowiązkach księgowych, a nawet wręcz bez księgowania, gdyż przykrywką tych operacji wykonywanych "szyto-kryto" był pretekst wykupu polskich weksli dłużnych na tzw. wtórnym rynku. Ponieważ operacje takie były, z punktu widzenia prawa międzynarodowego, nielegalne, więc ta "nielegalność" stanowiła uzasadnienie do utajniania operacji i braku zapisów księgowych. Jednakże prawdziwe "interesy" operatorzy FOZZ przeprowadzali w sposób wyżej opisany: wykorzystując różnice stóp procentowych i stały kurs dolara.

Istnieją wszelkie podstawy sądzić, że zarówno drobiazgowe śledztwo w sprawie FOZZ, trwające 9 lat i kosztujące Skarb Państwa miliony dolarów, jak i wieloletni proces karny poszły w całkiem niewłaściwą stronę. Ani liczący ok. 600 stron Akt Oskarżenia, ani Wyrok, który wraz z Uzasadnieniem zajmuje ok. 850 stron tym aspektem sprawy się nie zajmują. Zakładając dobrą wolę sędziów, prokuratorów i śledczych w tej sprawie, przyjąć wypada, że wynika to z braku odpowiedniego wykształcenia i nieznajomości przedstawionego tu Prawa Parytetu Stóp Procentowych. Prokuratorzy zajęli się rachunkami księgowymi, czy udzielone kredyty zostały w odpowiednim czasie spłacone, czy pożyczane pieniądze oddane. Jak wiemy ten trop doprowadził do ujawnienia, że nierozliczone zostały jakieś kwoty, razem na około 400 milionów złotych czyli nie wiele ponad 100 milionów dolarów. Akurat kilka razy mniej niż Bagsik i Gąsiorowski wywieźli w czasie swojej słynnej ucieczki z Polski. Jednakże istota sprawy nie polegała na tym, czy ciocia otrzymała pożyczony milion dolarów w całości i w terminie: tylko głupiec próbowałby oszukiwać taką dobrą ciocię, która umożliwia robienie takich fantastycznych interesów. Drenaż finansów publicznych i rabunek Polski polegał na tym, co "działo się pomiędzy pożyczeniem pieniędzy i ich oddaniem?".

Jak oszacować straty, jakie Polska poniosła w wyniku tych machinacji i jak znaleźć udziałowców tego procederu?

Odpowiedź na te pytania nie wymaga trudu i nie ma konieczności wysyłania ekip prokuratorów w najodleglejsze zakątki Ziemi. Odpowiedź znajduje się w NBP i w innych bankach w Polsce. Można postawić dwie hipotezy, których prawdopodobieństwo słuszności jest bliskie 1:
1.Wszystkie lokaty bankowe na sumy powyżej 100.000 USD - czytaj: jednego miliarda starych złotych, to były lokaty spekulacyjne, drenujące finanse Polski.
2.Wszystkie kredyty na kwoty przekraczające jeden miliard starych złotych i niewykorzystane zgodnie z przeznaczeniem (banki nie mogą udzielać kredytów w celach spekulacyjnych, każdy kredyt musiał mieć jakieś "rzeczowe" uzasadnienie), to kredyty spekulacyjne, a więc przestępcze.

W procederze drenowania finansów Polski uczestniczyli zarówno rabusie "rodzimi", krajowi, polscy, jak i zagraniczni. Na świecie pełno jest arbitrażystów, których jedynym zadaniem jest wyszukiwanie okazji do arbitrażu i za to otrzymują wysokie uposażenia. Jawne złamanie parytetu stóp procentowych, jakie miało, i nadal ma, miejsce w Polsce, stwarzało okazję, której trudno było się oprzeć. Był to zresztą schemat powielany w wielu miejscach na świecie i w różnych krajach, przede wszystkim tzw. krajach trzeciego świata. Jednym z bardziej głośnych przykładów jest casus Argentyny (zob. ref. 1). Można się zasadnie obawiać, że w tym rankingu Polska wysuwa się na niechlubne pierwsze miejsce, gdyż nigdzie, o ile mi wiadomo, odstępstwa od Prawa Parytetu Stóp Procentowych nie były bardziej rażące i mechanizm rabunku nie pracował z większą wydajnością.

15 lat od śmierci Falzmanna i Pańki to 5 kadencji Sejmu, rządy 12 premierów, 14 ministrów spraw wewnętrznych i 14 ministrów sprawiedliwości, wielokrotne zmiany i transformacje służb specjalnych, reorganizacje prokuratury i policji. Można by oczekiwać, że czas już najwyższy na wykrycie i ujawnienie wszystkich "siostrzeńców, bratanków i kuzynów cioci FOZZ". Tylko w ten sposób możemy spłacić dług, jaki zaciągnęliśmy wobec Profesora Waleriana Pańki, zabitego 7 października 1991 (w dniu 50. urodzin!) oraz Jego inspektora, Michała Tadeusza Falzmanna.


Literatura:

1.M. Dakowski, J. Przystawa: "Via bank i FOZZ", Antyk, Warszawa 1992
2.M. Baxter, A. Rennie: "Financial Calculus", Cambridge University Press, Cambridge 1996
3.J. Przystawa, M. Wolf: "Physica A", 285 (2000), 220-226
4.Zarządzenie Prezesa NBP nr 18/89 z 20 grudnia 1989, Dz. Urz. NBP.89.7.15
5.J. Diatłowicki: "Bagsik & Gąsiorowski: Jak kradliśmy księżyc", Wydawnictwo Art. & Scence, Wrocław 1991
6.A. Kwiatkowska, T. Rudomino: "Kto się boi Art. B?", Polska Oficyna Wydawnicza BGW, Warszawa 1997

Jerzy Przystawa

  • Prof. Jerzy Przystawa był w kadencji 1990 - 1998 radnym rady miejskiej Wrocławia, startował w wyborach do Senatu Rzeczypospolitej Polskiej przeprowadzonych w dniu 21 września 1997 r.
    Od kilkunastu lat jest jednym z liderów Ruchu Obywatelskiego na rzecz JOW.

    Publicystyka prof. Jerzego Przystawy na ASME.


    Witryna ASME Antysocjalistycznego Mazowsza jest najstarszym serwisem w Sieci - oprócz witryny tematycznej JOW - propagującym ideę JOW

    Testowanie dna - Krzysztof Mazur Wysłane poniedziałek, 11, grudnia 2006 przez Krzysztof Pawlak

    Tak, właśnie chodzi o dno rozumiane przez geologów jako najniższa płaszczyzna widziana z poprzecznego przekroju, a nie o nośnik informacji genetycznej, którego odmiana zainstalowana w organizmie posła Łyżwińskiego była ostatnio przedmiotem międzynarodowych spekulacji.

    Oczywiście chodzi nie o dno geofizyczne, ale w sensie przenośnym: o dno społeczno-polityczne, a właściwie o określenie drugiego dna problemów zaprzątających od pewnego czasu rodzimy świat polityki.
    O seksaferze w szeregach Samoobrony napisano już w ostatnich dniach tyle, że każdy w zależności od tego co chciałby udowodnić, może w tym materiale znaleźć coś dla siebie. Fakty wyglądały tak, że w poniedziałek "GW" przedstawiła obszerny wywiad z Anetą K., która oskarżyła publicznie wierchuszkę Samoobrony o handel etatami w zamian za usługi seksualne. W tym kontekście pojawiło się głównie nazwisko posła Łyżwińskiego i wicepremiera Leppera - "Lecz rozumu dwa koguty/ Miały mało - ze dwa łuty,/ Zresztą, miały czy nie miały,/ Nadzwyczajnie pięknie piały,/ Aż się panny zachwycały,/ Gdy na różne piały nuty/ Dwa koguty-bałamuty".
    Jak sprawa nabrała rumieńców, Aneta K. ujawniła, że nazywa się Krawczyk i do poprzednich zarzutów dodała dwa nowe: mianowicie pomówiła posła Łyżwińskiego o ojcostwo jej najmłodszego dziecka oraz o nakłanianie do sztucznego przyśpieszenia porodu, co mogłoby spowodować śmierć tak urodzonego wcześniaka. Należy zauważyć, że dwa późniejsze zarzuty, chociaż z prywatnego punktu widzenia bardziej dla zainteresowanych brzemienne w skutki, dla sprawy określanej jako "praca za seks" miały drugorzędne znaczenie. Przecież nawet gdyby okazało się, że Łyżwiński jest ojcem dziecka Anety Krawczyk, to wcale nie dowodziłoby to, że handlował pracą w zamian za szczególne przysługi. Dowodziłoby to jedynie, że faktycznie sypiał z panią Krawczyk i w efekcie jest ojcem jej dziecka, co jeszcze nie jest czynem kryminalnym - wszak inni politycy też mają nieślubne dzieci i nikt z tego powodu nie buduje afery politycznej.
    Ale testy genetyczne przesądziły, że Łyżwiński nie jest ojcem dziecka pani Krawczyk, co oczywiście nie dowodzi, że poseł nie sypiał z tą panią - a nawet gdyby udowodnić, że sypiał - to nijak nie można twierdzić, że ją do tego przymuszał. Same "pokrzywdzone" przyznawały, że świadomie uczestniczyły w transakcji wymiennej, tłumacząc swoją decyzję swoistym rodzajem przymusu materialnego. Ale zakładając, że bez swojej winy były biedne i nie mały szans na wyrwanie się ze spirali biedy, to oskarżać powinny nie tylko pojedynczych posłów, ale cały rządowo-parlamentarny establishment tworzący i utrzymujący takie prawo, które nie pozwala ludziom normalnie pracować i godnie żyć.
    Generalnie ogłoszone wyniki badań genetycznych nie rozsądziły żądnej z wątpliwości odnoszących się do obyczajów obowiązujących w Samoobronie, nadwątliły jednakże wiarygodność głównego świadka oskarżenia, wszak trudno poważnie traktować kobietę, która nie wie nawet, kto jest ojcem jej dziecka. Trudno uwierzyć, że pani Krawczyk była aż na tyle głupia, by świadomie brnąć w fałszywe oskarżenia, które łatwo zweryfikować, skoro sam poniedziałkowy wywiad dla "GW" wywołał wystarczający skandal, a jej przysporzył wątpliwej sławy. Była więc albo faktyczne przekonana co do ojcostwa Łyżwińskiego albo ktoś jej niezbyt dokładnie wytłumaczył możliwości współczesnej medycyny i genetyki.
    Fakty są też takie, że "twardziel Lepper", pogromca komorników i nieustraszony blokker kpiący niedawno z bladości lica i łamiącego się głosu wicepremiera Giertycha - sam nieomal nie rozpłakał się na konferencji prasowej apelując o "pozostawienie w spokoju" jego rodziny, chociaż gwoli uczciwości nikt specjalnie nie atakował kogokolwiek z rodziny wicepremiera. Natomiast prawie natychmiast po przeciekach dotyczących wyników badań DNA Łyżwińskiego, przewodniczący Lepper obwieścił triumfalnie, że "Polsce i światu" należą się przeprosiny. Widać więc, że sprawa struktury DNA posła Łyżwińskiego nabrała w Samoobronie rozmiarów problemu geopolitycznego ważniejszego nawet niż "rekonstrukcja" Afganistanu i Iraku czy rosyjskiego embarga na polskie mięso.
    Mimo osobistej niechęci do takich mediów jak "GW", za dość niskich lotów należy uznać również propozycje "zamykania" redakcji, niezależnie od tego, co pod tym pojęciem należałoby rozumieć. Prawdziwy problem polega na tym, że wiele tysięcy czytelników czyta i bierze za rzeczywistość to, co "GW" pisze. "GW" prenumerują instytucje także rządowe i samorządowe, a jej dziennikarze są np. konsultowani przez pana prezydenta w sprawie ustawy lustracyjnej. Dopóki tak jest - to jest to raczej problem tych zainteresowanych, aby takie gazety funkcjonowały, tak jak ujawnienie gier i zabaw członków Samoobrony jest konsekwencją postawy i decyzji takich osób, jak pani Krawczyk: liderzy Samoobrony i wreszcie wyborców tej partii, gdyż Łyżwiński et consortes nie zasiadają w sejmie jedynie wyniku aktu własnej woli. Z kolei propozycja kary za publikowanie "ewidentnych kłamstw" każe zastanowić się nad ową szczególną gradacją kłamstw. Podział na kłamstwa ewidentne i nieewidentne jest z pewnością kolejną inicjatywa politycznej gorącej głowy, w końcu wydaje się, że notoryczne publikowanie wyników sondaży bardziej wpływa na kształtowanie polskiej polityki niż wyjawienie obyczajowych afer na zapleczu partii politycznej. Ale mniemam, że wkrótce "pomyłki" sondażowni większość sejmowa uznałaby za kłamstwa nieewidentne i jako takie wyjęte spod odpowiednich paragrafów.
    Co zaś do samej afery, to wydaje się, że niezależnie od szczegółów procesowych kupowanie etatów na publicznych i quasi-publicznych etatach jest dość powszechną zasadą, w końcu kadrowe osady w biurach poselskich czy biurach różnych instytucji żyjących na koszt podatnika idą głównie po linii nepotycznej. Zatrudniani są krewni, znajomi, ulubieńcy lub "biurwy". Do tej szeroko rozumianej grupy należałoby również zaliczyć panią Anetę K., która ujawniła sekrety mafii zapewne dla pieniędzy; pytanie tylko czy inspiratorzy zrobili to również wyłącznie dla nakładu i kasy, czy było jeszcze jakieś drugie dno całej sprawy? Jeżeli było, to równie uprawnione są spekulacje, że za ujawnieniem sprawy mogła stać zarówno "partia zagranicy", "skrzywdzeni" funkcjonariusze - a nawet największy koalicjant szukający zemsty za "taśmy Begerowej". Póki co po wyjawieniu badań DNA okazuje się, że na skandalu straciła zarówno Samoobrona, jak i "GW". Po nosie dostała także PO, która po raz kolejny ośmieszyła się nieudolną ofertą polityczną. Zniesmaczeni wyborcy Samoobrony raczej nie zagłosują na PO, ale przyparty do dna Lepper i jego drużyna być może następnym razem nie zbojkotują komisji sejmowej i kwestia lustracji nabierze wreszcie przyśpieszenia.
    A swoją drogą - to nie wiem czy bardziej gorszący był fakt, że liderzy Samoobrony płacili etatami za seks, czy to, że nie płacili za pisane dla nich wystąpienia sejmowe, uzależniając owa wypłatę również od seksu? Oznacza to, że napisane wystąpienia uznawali za bezwartościowe, a przynajmniej - niżej je wyceniali od stosunków płciowych. Jako jedyną dedykację we wspomnianych okolicznościach można polecić owym posłom militarną fraszkę Władysława Broniewskiego zatytułowaną "Hymn polskiego żołnierza na pustyni"*, której z uprzejmości nie przytoczę, gdyż jest to utwór do samodzielnego czytania.

    Krzysztof Mazur

    Publicystyka Krzysztofa Mazura na ASME

    * "Hymn polskiego żołnierza na pustyni"


    Odszedł August Józef Ramón Pinochet Ugarte Wysłane poniedziałek, 11, grudnia 2006 przez Krzysztof Pawlak

    Wczoraj, w niedzielę 10 grudnia w Chile zmarł August Józef Ramón Pinochet Ugarte

    Chilijski dyktator, katolik, do historii przeszedł jako zdecydowany antykomunista, który realizując wezwanie parlamentu Chile, użył w 1973 r. wojska do ochrony konstytucji przed socjalistami z prezydentem Salvadorem Allende na czele. Południowoamerykańskie państwo miało stać się kolejnym przyczółkiem sterowanego przez Moskwę "światowego ruchu rewolucyjnego", wspieranego przez "doradców" z marksistowskiej Kuby towarzysza Fidela Castro.
    Wyprowadził swój kraj z biedy i zacofania, zapraszając do przebudowania gospodarki i systemu ubezpieczeń społecznych zespół "Chicago Boys" z ich mistrzem, też niedawno zmarłym, profesorem Miltonem Friedmanem oraz prof. Jose Piñera - w duchu liberalizmu gospodarczego, co zaowocowało bezprzykładnym na tym kontynencie rozwojem gospodarczym.
    Swoje rządy dyktatorskie zakończył po przegraniu plebiscytu w 1988 r. o przedłużeniu na kolejne osiem lat mandatu prezydenckiego, oddając dobrowolnie władzę. W poprzednich plebiscytach - w 1978 roku, 78 proc. Chilijczyków poparło rządy Generała; w plebiscycie z 1980 roku głosami 67 proc. obywateli przyjęto konstytucję zaproponowaną przez Pinocheta.
    W pierwszych wyborach prezydenckich z 1989 r. nie kandydował, zachowując dla siebie stanowisko głównodowodzącego armii do 1998 oraz dożywotnie, nie podlegające wyborom, miejsce w Senacie, które miało gwarantować mu immunitet polityczny do końca życia.

    R.I.P


    Mistyka Służby Wysłane niedziela, 10, grudnia 2006 przez Krzysztof Pawlak

    Jeden z modnych do niedawna filozofów opisywał w swoim czasie zależność globulistycznej wioski, w której motyl poruszając skrzydełkami w bodajże peruwiańskim lesie, powoduje tajfun u wybrzeży Chin. Jest to obraz tak mistyczny w swoim opisie, że z pewnością pozostaje nadal mało zrozumiały dla przeważającej części ludzkości. Jednak jęk akcjonariuszów w Nowym Amsterdamie, zwanym też Wielkim Jabłkiem, było słychać w wieczór szabesowy 9 grudnia 2006 roku aż na pełnym tłumów warszawskim deptaku, "oknie na świat" - Nowym Świecie. Sulzbergerowskie "ajajaj, aj, aj..." nie poruszyło jednak tam - jak było można dowodnie przekonać się - nikogo. Nie żeby nikogo i nigdzie w stolicy "polskiego regionu UE", bo przy takiej ulicy Augustówka, gdzie mieści się siedziba "walterowni" "kręcenie się, proszę Wysokiego Sądu" - przebiegało w najwyższych rejestrach wigoru. Podobnie było tego dnia w dyżurce przy ulicy Czerskiej, a w dniach następnych zapanował w całym budynku raki rejwach, jakby sam cadyk z Leżajska zapowiedział bliski termin nadejścia Mojżesza. W zaprzyjaźnionej z redakcją Ojca Nadredaktora studiach stacji telewizyjnej TVN występowali najbardziej znani przedstawiciele koncernu medialnego AGORA, żurnaliści "Gazety Wyborczej", który to bezkonkurencyjny brukowiec polskojęzyczny wywołał chyba już ostatnią swoją wrzawę merdialną w polskim grajdołku biznesowo-towarzysko-saloniarsko-politykierskim, zwaną przez usłużnych kooperantów "seksaferą".

    Akcjonariusze zaoceaniczni mogli tylko wycierać zimny pot z pobrużdżonych latami przewidywań kursów akcji czół, na których widniały same znaki zapytania rodzące się z odgadywania, o ile kurs koncernu będzie pikował w wyniku podjęcia gry po niewłaściwej stronie, kiedy wszelkie znaki i zaprzyjaźnieni analitycy zapewniali wcześniej, że strona boiska ich jest tą właściwą, pełną pucharów za dobrze rozegrany kolejny mecz.
    Niestety, jak to często już było w historii, analitycy są też tylko ludźmi, i jeżeli nie umieją szybko dokonać przewartościowania swych źródeł głębokiej wiedzy - zostają po wsze dalsze czasy żałobnymi płaczkami po źle wypełnionej służbie. To jest pierwsza z rodzaju mistyk służebnych, o której warto się uczyć przez całe życie. Kto nie odrabia tej lekcji, sam sobie szkodzi, gorzej, jak szkodzi swoim dobroczyńcom, gdyż ich gniew może przybrać szkodliwe dla zdrowia, choćby tylko psychicznego i dobrego samopoczucia, rozmiary. Amerykańscy akcjonariusze AGORY, których jest od wielu lat więcej niż jeden COX Newspapers Inc., będą z całą pewnością mało zadowoleni z ostatnich dokonań merdialnych swoich podopiecznych, gdyż porażka finansowa z pewnością dotkliwie ich dotknie po całopaleniu, jakie urządziła do niedawna mało znana pracownica jednego z marginalnych ugrupowań politycznych "anszlusowanych" razem z całym dobrodziejstwem inwentarza państwowego przez kilkuset milionowy rynek "starych" reklamodawców i macherów od zarządzania międzynarodowym kapitałem. Afera z domniemanym ojcostwem Anety K. (nomen omen) ze strony byłego współpracownika PRL-owskiej Służby Bezpieczeństwa, obecnie na etacie w polskim parlamencie Stanisławem Łyżwińskim, spaliła na panewce, gdyż - państwowe - służby medyczne oświadczyły, że nie ma takiej możliwości, by posądzany o rolę buhaja zarodowego Numero Due Samoobrony był dawcą materiału zarodowego nowej, już tym razem V Polskiej Republiki Ludowej. Co ma do rzeczy Służba Bezpieczeństwa w kłopotach międzynarodowego kapitału? Właściwie nic, bo to nie o jej przedstawicieli w tym - wydawało się zagranicznym bukmacherom - mało znaczącym środowisku chodzi. To nie wszak SB-ecy byli najbardziej znanymi i uznanymi przez merdia funkcjonariuszami służbowymi w Samoobronie. Oficerowie frontu propagandowego od dawna dość dokładnie wskazywali na zupełnie inną, mniej cywilną grupę socjotechników orbitującą wokół byłego towarzysza PZPR-owskiego Andrzeja Leppera i jego współpracowników, przygotowywanych do swych ról od niemal początków tzw. III RP, czyli PRL-bis.
    Preparacja, zwłaszcza mało pojętnych, uczniów do pełnienia znaczących ról społecznych, a co tu mówić jeszcze o państwowych - trwa niestety latami i tylko rewolucjoniści z małym przebiegiem życiorysów zawsze łudzą się spontanicznością procesów. Jak świat światem, zawsze o to dbały razwiedki, jak je określa najbardziej doniosły i donośny publicysta, także i nasz współpracownik, gdyż należy to do ich obowiązków podstawowych - dbałości o spoistość konstrukcji państwowej, której są integralną częścią. Ogłoszony na początek września termin podjęcia decyzji przez jej członków i członkinie nie stanowił jedynie cezury czasowej, był zamknięciem i ukoronowaniem całości procesu (no, powiedzmy, że całości), procesu który oczywiście trwał już wcześniej, w toku którego obie strony musiały "nabrać pewności siebie". Agentura wszelkich "wiejskich służb" we wszystkich państwach była, jest i będzie ulokowana w miejscach strategicznych, do których od czasów doktora Goebbelsa i kreatorów filmowej potęgi ZSRS zalicza się mass media w ich różnych odmianach. Redakcje dużych dzienników prasowych, TV, radiowych i obecnie - sieciowych muszą być w nią wyposażane, bo to są miejsca, gdzie obieg najważniejszego czynnika sprawowania władzy w każdym państwie - od czasów Cezara do nowo nabytej przez ZSRE litewskiej plaży do opalania się - jest najszybszy. Spokojni pracownicy i współ- państwowi mogą wiec dalej spokojnie działać na swoich niwach, zapowiedziano wszak jedynie ujawnienie tych, którzy popełnili przestępstwa, co oczywiście jak na długi okres kontroli funkcjonariuszów przez komunistycznie i post(?)komunistycznie zorientowane, patologiczne osobowości miało większy wymiar niż w innych państwach. Reszta wykonuje rozkazy (nie prośby przecież!) i odbiera nagrody za dobrze wypełnioną służbę, której mistyka jest jedną z rozkoszy miodowych dla dopuszczonych i zweryfikowanych wybrańców.
    Montaż sprawy nigdy nie jest jednowymiarowy, i najczęściej zewnętrzni obserwatorzy dysponują jedynie wycinkami rzeczywistości, którą podaje się im do wiary, dlatego wcale często są zaskakiwani pukaniem dobiegającym spod dna, na którym osiedli z poczuciem dobrze odrobionej lekcji. Nie od parady opisywany jako "gazeta tworzona przez półinteligentów dla ćwierćinteligentów" brukowy dziennik został poczęstowany (teraz dopiero będą przeprowadzali uczciwe "śledztwo dziennikarskie" - ale już wewnątrz swojej grupy...) smacznie wyglądającą przystawką do głównego dania - oczywiście znacznie wcześniej, niż sprawa ujrzała światło dzienne za pomocą papieru i ekranów. Wcześniej, bo chodzący trzeźwo po swej roli pracownicy państwowego gospodarstwa rolnego od dawna pracują dla nowego dziedzica, co doskonale widać choćby po pomyślnie rozwijającej się dla całościowych interesów strategicznych, przełamanej już, PRL-bis/IV RP sprawie dostaw energetycznych do polskich terminali paliwowych. Taki pan Krauze jest już właścicielem tego i owego, wracają specjaliści do Libii, Litwa została "zwasalizowana", a nawet - będzie dla nas rozwijać energetykę XXI wieku. Nad wszystkich czuwa dobra, stara firma CPN i kilka państwowych agend transportu tłoczonego, a jako firmy o znaczeniu podstawowym, strategicznym, nie zostały nigdy oddane w pacht cywilbandzie przez wyspecjalizowanych w uregulowanym, a nawet - uregulaminowanym, "chłopskim" myśleniu państwowców zasadniczych. Dodatkowo poprawił się ranking Polski w stosunku do starego "niedźwiedziego przyjaciela" po objęciu przez nią opieką tradycyjnych kierunków ekspansji - szczyt sojuszników w Rydze jedynie miał dać do rozumienia "wypróbowanemu partnerowi gospodarczemu Europy", że to już nie tylko powietrzny dozór MiG-ów jeszcze, a zaraz "efów" - wchodzi w rachubę. W każdym razie w Agencji Rezerw Materiałowych jest z pewnością lepszy nastrój niż był jeszcze w połowie zeszłego roku. Klimat zadowolenia i niespodziewanego o tej porze roku ocieplenia rozciąga się nad całym prawdziwym warszawskim salonem, jakim jest ulica Nowy Świat - od numeru 6/12 do 41., gdzie spływają teksty dwóch najznamienitszych publicystów prawicowych o dobrze rozwiniętym poczuciu państwowości - więc jak tu nie wierzyć w mistykę służby propaństwowej, nawet w jej prywatnym wymiarze?
    Z Rosji baroni paliwowi, jeden po drugim, są proszeni o jak najszybsze wyniesienie sie, w Polsce jeszcze firma J&S (muzyków jak zawsze, Gąsior[owski] i Bagsik też byli uzdolnionymi muzycznie byznesmenami...) - Smołokowskiego i Jankilewicza ma do wypełnienia resztę kontraktów z CPN-em, ale przedłużenia raczej nie będzie, może jedynie dźwięk cymbałów Jankiela będzie przygrywał kolejnemu odwrotowi, choć nie tak wielkiemu jak to było przed dwoma wiekami. Jęk sulzbergerowskich opiekunów Ojca Nadredaktora z odległości wielu tysięcy kilometrów brzmi jak ciężka fantasmagoria wagnerowska dla wyćwiczonych w żonglerce słowami i sumami na rachunkach giełdowych kapelmistrzów - jak tu więc nie wierzyć w mistykę umiejętności przyrządzania kilku cymesów nad jednym paleniskiem?
    A że "konkurencyjnemu dziennikowi" od der sąsiada i zatrudnionym w nim młodym hieno-piastowskim żurnalistom przy okazji też dano prztyczka w nos na oczach dziesiątek milionów rodaków o rozbudzonych zainteresowaniach przez rodzinne medium "walterowskie", którego wiarygodność następny raz poleciała, razem z niezałapanym do nowej obsady folwarku obecnym dyrektorem ds. technicznych, na dół skali - to tylko kolejna z licznych satysfakcja z pogranicza mistycznej współpracy reporterów odwiedzających litewskie plaże, gdzie opalać się może każdy z każdą sekretarką, pod warunkiem, że są to ezoteryczne i nagie ciała wchodzące w skład metafizycznych rozważań o bezpiecznych stosunkach (nomen omen... to już zaczyna wkraczać w obręb poezji) międzyludzkich, międzynarodowych i międzypaństwowych.

    Może niedługo nadejdzie wreszcie moment, by pozamykać boksy w szatniach na kłódki i zająć się jakąś artystyczną robotą, może właśnie poezją - bo będzie to odpowiedni czas dla miłośników sielanki w spokojnym, dobrze wyregulowanym i wyregulaminowanym domu? Ale ponoć ze służby niby nie można zostać zwolnionym nigdy, bo jej mistyka pozostaje wieczna...

    Krzysztof Pawlak

    Publicystyka Krzysztofa Pawlaka na ASME


    Czy można skompromitować polityków Samoobrony i LPR? - Łukasz Perzyna o medialnych akcjach dotyczących rządzącej koalicji Wysłane sobota, 9, grudnia 2006 przez Krzysztof Pawlak

    | Pobierz |









    Czy można skompromitować polityków Samoobrony i LPR? - Łukasz Perzyna o medialnych akcjach dotyczących rządzącej koalicji
    Wysłane sobota, 9, grudnia 2006 przez Krzysztof Pawlak

    "Był taki protest-song, modny w latach 80., że mają wydawać Osipa Mandelsztama, wykorzystywano dwuznaczność pojęcia »wydawać« - jeden z urzędników dziwił się, jak można go wydawać, skoro On już wydany... Podobnie jest z sytuacją związaną z seksaferami dotyczącymi polityków Samoobrony, jak również z paleniem swastyki przez ludzi zbliżonych do Młodzieżówki LPR - czy to jest kompromitacja Giertychów czy Leppera? Przecież już wtedy, gdy Jarosław Kaczyński brał ich do rządu - wielu go ostrzegało, że politycy ci skompromitowani dadzą owszem część głosów parlamentarnych, ale odbiorą poparcie społeczne, że zdyskredytują hasło »rewolucji moralnej«, które towarzyszyło kampaniom wyborczym obu ugrupowań postsolidarnościowych w 2005 roku. Co wiedzieliśmy o Macieju Giertychu, zanim dowiedzieliśmy się o asystowaniu paleniu swastyk przez jego asystentkę polityczną? To Maciej Giertych pisał o anarchii »Solidarności«, zanim okazało się, że to ten ruch zmienił oblicze krajów podległych okupacji komunistycznej. Był »społecznym konsultantem« u boku tow. generała LWP Wojciecha Jaruzelskiego. Tow. Lepper miał na koncie wyroki za pobicie, za blokowanie dróg, osoby z SB w swoim otoczeniu. Z kolei poseł Łyżwiński i jego monstrualne długi w wysokości niepojętej dla przeciętnego Polaka..." - Łukasz Perzyna, publicysta i komentator polityczny "Tygodnika Solidarność" i naszej witryny ASME, analizuje przetaczającą się przez media mainstreamowe falę najnowszych skandali.

    To więc nie skompromitowanie i tak od dawna skompromitowanych od lat polityków jest przesłaniem tych wszystkich afer z ostatnich tygodni - choć mają rację ci, którzy twierdzą, że w pewnych gazetach obraz Polski jest przedstawiany w za czarnych barwach, bo jednak wzrost gospodarczy jest niezaprzeczalny, a pozyskiwanie funduszy Z UE jest w dobrym stanie. Dzisiaj decyzję o przyszłości koalicji rządzącej będzie podejmować Jarosław Kaczyński. Platforma Obywatelska zaproponowała pewien targ: odrodzenie PO-PiS-u, przy odwołaniu oby "przystawkowych" wicepremierów, stworzenie maszynki do głosowania, która miałaby doprowadzić do nowych wyborów na wiosnę i do eliminacji koalicjantów z życia politycznego. Miałaby być uchwalona ustawa o zakazie kandydowania do parlamentu ludzi skazanych prawomocnymi wyrokami za przestępstwa pospolite. Jarosław Kaczyński tej inicjatywy jednak nie podjął - najwyraźniej chciałby, by to on był siłą sprawczą takiego układu. Szef MSWiA Ludwik Dorn ostatnio miał problemy zawodowe związane ze śmiercią policjantów wykorzystanych jako taksówkarzy. LPR i Samoobrona tracą coraz szybciej elektora - będzie głosował już na PiS. Choć Brat Jarosław popełnił błąd przy obchodach 15-lecia Radia Maryja i nie odważył się na "odwojowanie" wyborców "wykształciuchów" - to przecież może być tak, że za pół roku JK sam będzie mógł przebierać wśród przerażonych posłów i działaczy LPR i SO...

    Nagranie trwa 13 minut i jest dostępne w Sieci do 23 XII 2006 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




    Nie chcemy Norymbergi dla Służby Bezpieczeństwa - tylko jej osądu moralnego - Jacek Szymanderski, członek Stowarzyszenia Wolnego Słowa, o Apelu SWS w sprawie uznania PRL-owską Służbą Bezpieczeństwa za organizację przestępczą Wysłane piątek, 8, grudnia 2006 przez Krzysztof Pawlak

    | Pobierz |








    Nie chcemy Norymbergi dla Służby Bezpieczeństwa - tylko jej osądu moralnego - Jacek Szymanderski, członek Stowarzyszenia Wolnego Słowa, o Apelu SWS w sprawie uznania PRL-owską Służbę Bezpieczeństwa za organizację przestępczą
    Wysłane piątek, 8, grudnia 2006 przez Krzysztof Pawlak

    "To prawda, że PRL była legalnie uznanym bytem państwowym, ale organizacja SB działała niezgodnie z ówcześnie obowiązującym prawem i to jest najważniejsze. My nie wchodzimy w generalne oceny historyczne w zniewoleniu narodu polskiego, tylko powiadamy »illo tempore« - SB działała niezgodnie z prawem. Można wymienić bardzo wiele działań SB, które były nielegalne: podsłuchy telefoniczne, kontrola korespondencji - odbywały się na zasadzie nieformalnej, podejmowano administracyjne decyzje tam, gdzie ich podejmować nie wolno było - zwłaszcza w okresie nasilenia jej działalności. Chcemy sięgnąć do beneficjentów, o tym mówimy w naszym tekście, w Apelu - do poziomu I sekretarza KW PZPR w województwie - bo to oni decydowali o zadaniach zlecanych Służbie Bezpieczeństwa. Potępiamy kapusiów, bo potępiamy zdrajców - a nie potępiamy tego, kto korzystał z usług SB? To jest tak, jakbyśmy potępiali szmalcowników, a jednocześnie mówili, że Eichmann był w porządku" - Jacek Szymanderski, socjolog, członek Stowarzyszenia Wolnego Słowa, jeden z sygnatariuszów Apelu SWS do Prezydenta Rzeczypospolitej o podjęcie kroków celem uznania SB za organizację przestępczą, precyzuje powody najnowszego publicznego wystąpienia organizacji zrzeszającej byłych opozycjonistów antykomunistycznych.

    Nie posługujemy się pojęciem prywaty, chociaż byliśmy prześladowani przez SB, byliśmy gonieni przez nich, ale nie mamy w tym żadnego prywatnego interesu - chodzi nam o to, by przywrócić ład moralny, bo nasze pokolenie walczyło o to, by przekazać Polskę wolną od komunistów naszym następcom. Mamy tę sprawę załatwić między sobą - my i oni.
    W latach 1993 i 2001 wolny naród w demokratycznych i niezafałszowanych wyborach wybrał do, sejmu, do rządzenia krajem ludzi, którzy niewątpliwie opierali wcześniej swoją władzę na donosach, na władzy SB - i Polacy się na to zgodzili - my musimy ten wybór w jakimś uszanować. Ale wybierano ich, nie biorąc pod uwagę faktu, że np. działali wcześniej w PZPR, wybierano już ich jako normalną opozycję do rządzącej partii, w ramach normalnej gry politycznej. Natomiast to, że byli ci to sami ludzie, którzy byli beneficjentami tamtego systemu, że nielegalnie wyrzucali ludzi z pracy, łamali innych ludzi - nie zawiesza przekonania, że są moralnie odpowiedzialni za przedawnione przestępstwa komunistyczne. Nie chcemy, by zasługi, które kiedyś pobrali: ordery, odznaczenia, nagrody, awanse - by to nadal obowiązywało. Nie chcemy tego ogłosić zbrodnią komunistyczną. Podam drobny przykład: Pękala, Chmielewski, jak ich słuchaliśmy na toruńskim procesie morderców księdza Popiełuszki - mówili, że spodziewali się NAGRODY z resortu, i mieli rację: bo WIEDZIELI, CO TO BYŁA ZA ORGANIZACJA! Spodziewali się nagrody - a tym samym zadenuncjowali tę organizację, wiedzieli, w czym służyli. Należy odebrać im, SB-ekom, wszystkie profity - dostali ordery "chlebowe", awanse - należy odebrać im stopnie, renty, zdegradować do szeregowców, odebrać przywileje związane ze stopniem służbowym w "dziele" takim, jakie spełnili Pękala i Chmielewski... - mówi Jacek Szymanderski ze Stowarzyszenia Wolnego Słowa.
    Nie chcemy mówić o SB jako o "organizacji zbrodniczej", gdyż większość oskarżeń się już przedawniła - gdyż wymagałoby to postulatu, że KAŻDY jej członek był przestępcą. Nie ma to być Norymberga dla komunistycznych służ specjalnych - podkreślił były poseł solidarnościowy.

    Nagranie trwa 12 minut i jest dostępne w Sieci do 22 XII 2006 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




    Apel do Prezydenta Rzeczypospolitej o podjęcie kroków celem uznania SB za organizację przestępczą - Stowarzyszenie Wolnego Słowa Wysłane środa, 6, grudnia 2006 przez Krzysztof Pawlak

    Stowarzyszenie Wolnego Słowa, skupiające w swoich szeregach byłych opozycjonistów z czasu okupacji komunistycznej Polski zamieściło na swojej witrynie niniejszy Apel, który nasza redakcja w całości popiera, wzywając jednocześnie do składania pod nim podpisów:


    Szanowni Państwo

    W imieniu Zarządu SWS oraz Zarządu Oddziału Warszawskiego SWS zwracam się o podpisywanie i upowszechnianie poniższego listu do Prezydenta RP.
    List może być podpisywany zarówno przez osoby fizyczne (imię, nazwisko, miejscowość), jak organizacje, stowarzyszenia, związki, fundacje itp. (nazwa, miejscowość).
    List dotyczy rozliczenia esbeków i twórców stanu wojennego, a także zadośćuczynienia moralnego i prawnego ludziom, którzy przyczynili się do odzyskania przez Polskę wolności i niepodległości.
    Podpisy proszę składać do dnia 10 grudnia br. do godz. 20.00.
    12 grudnia br. list z podpisami zostanie złożony na ręce Prezydenta RP Pana Lecha Kaczyńskiego. O formie i sposobie złożenia naszego listu poinformujemy w osobnej korespondencji. Podpisy prosimy składać na adres e-mailowy:
    preczzkomuna-sws@wp.pl

    Z poważaniem
    Wojciech Borowik
    Sekretarz Zarządu Stowarzyszenia Wolnego Słowa


    Szanowny Panie Prezydencie

    Stowarzyszenie Wolnego Słowa od dawna czyni starania by peerelowska Służba Bezpieczeństwa została oficjalnie potępiona jako organizacja działająca na szkodę obywateli i łamiącą podstawowe prawa człowieka.
    Uważamy za niemoralne i szkodzące naszej polskiej tradycji zaniechanie potępienia SB - jej funkcjonariuszy i beneficjentów.
    Kolejna rocznica stanu wojennego - w czasie którego SB została rozbudowana do niewiarygodnych rozmiarów - skłania nas do zwrócenia się do Pana Prezydenta z prośbą o uzdrowienie tej sytuacji.
    - Konieczne wydaje nam się oficjalne potępienie SB jako organizacji przestępczej.
    - Pozbawienie funkcjonariuszy SB wszystkich szczebli - orderów, odznaczeń i związanych z nimi rent i przywilejów.
    - Zdegradowanie wszystkich funkcjonariuszy do stopnia szeregowca i wyciągnięcie, w związku z tym, stosownych konsekwencji co do wypłaty rent i emerytur, związanych ze stopniem i funkcją w SB.
    - Pociągnięcie do odpowiedzialności karnej wszystkich tych funkcjonariuszy, którzy - zgodnie z ówcześnie obowiązującym prawem - dokonywali przestępstw i które to przestępstwa nie uległy przedawnieniu.
    - Za uzasadnione uznajemy pozbawienie członków WRON stopni oficerskich, orderów i odznaczeń

    Szanowny Panie Prezydencie
    Sanacja moralna, walka z korupcją, odbudowa polskich niepodległościowych tradycji i oparcie na nich autorytetu i prestiżu państwa wymaga, naszym zdaniem, rozliczenia smutnego okresu dziejów narodu w latach 1945 - 1989.
    Jednym z elementów tego rozliczenia powinno być zadośćuczynienie, moralne i prawne, ofiarom stanu wojennego oraz działaczom opozycji antykomunistycznej i podziemia solidarnościowego.
    Patriotyczna tradycja którą odnajdujemy w II RP i która przetrwała w sercach Polaków przez lata PRL, może być dobrym fundamentem budowy współczesnego państwa i społeczeństwa. Aby tak się stało musimy jednoznacznie odnieść się do wszelkiej korupcji do złodziejstwa, łapówkarstwa, zaprzaństwa do wszelkiego zła moralnego, towarzyszącego dziejom narodu.
    Potępienie SB i jej mocodawców, uzdrowienie naszej narodowej tradycji, jest obowiązkiem naszego pokolenia. Pokolenia które walczyło by naszym dzieciom przekazać Polskę wolną od komunistów.


    Podpisali członkowie Zarządu SWS i Zarządu Oddziału Warszawskiego SWS:

    Roman Bielański, Konrad Bieliński, Wojciech Borowik, Mirosław Chojecki, Janina Jankowska, Jacek Juzwa, Krzysztof Markuszewski, Stefan Melak, Wiktor Mikusiński, Bogumił Sielewicz, Jan Strękowski, Ewa Sułkowska-Bierezin, Jacek Szymanderski, Tomasz Truskawa, Marcin Wolski


    Ultimatum Agnieszki Holland - Stanisław Michalkiewicz Wysłane środa, 6, grudnia 2006 przez Krzysztof Pawlak

    W "Rzeczpospolitej - Plusie-minusie" z 25 listopada ukazała się rozmowa Barbary Hollender z Agnieszką Holland, zatytułowana w formie zwięzłego rozkazu: "Oczyścić się z nienawiści". Oczywiście "oczyścić się z nienawiści" mają tubylczy Irokezi, ponieważ Agnieszka Holland jest od wszelkiej nienawiści wolna. Jest to zrozumiałe samo przez się, bo jakże podejrzewać o coś podobnego osobę będącą "artystką o renomie światowej", co to "pracuje w Europie i w Ameryce", a ma "domy w Los Angeles, w Paryżu i w Bretanii", w związku z czym czuje się "obywatelką świata"? Nie negując "światowej renomy" Agnieszki Holland, podobnie jak innych komplementów, którymi na "dzieńdobry" podlizuje się jej Barbara Hollender, można tylko dodać, że zależy ona od sezonu. W poprzednim sezonie podobną renomą cieszyli się różni Niemcy; taki np. Göring już sam nie wiedział, gdzie ma zamki, posiadłości i kto mu wymalował te wszystkie obrazy, ale teraz mamy inny sezon, więc i renomą i posiadłościami może cieszyć się kto inny, ot choćby Agnieszka Holland, czy Sacha Baron Cohen, który jest chyba od niej jeszcze sławniejszy.

    Wróćmy jednak do rozkazu oczyszczenia się z nienawiści. Agnieszka Holland twierdzi, że w Polsce do życia publicznego "wprowadza się" język nienawiści, pomówień i kłamstw, "jakiego nigdy przedtem tu nie było". No proszę: "nigdy przedtem". A więc języka nienawiści, pomówień i kłamstw" nie było ani za Stalina, ani za Gomułki, ani za Gierka, ani za Urbana w stanie wojennym? Najwyraźniej, bo "czy te oczy mogą kłamać"? Agnieszka Holland jest przecież dużą dziewczynką, co to nawet Stalina jeszcze nieźle pamięta, więc wie, co mówi. A mówi, a właściwie naucza, że "przeciwnik polityczny nie jest przecież wrogiem". Tak samo pewnie uważał też jej ojciec, Henryk Holland, kiedy w okresie stalinowskim wypisywał po gazetach artykuły grzmiące przeciwko "zaplutym karłom reakcji". To była rycerska rywalizacja, rodzaj dobrotliwego przekomarzania, a prawdziwa nienawiść przyszła dopiero teraz, z Kaczyńskimi, co to w zuchwałości swojej podnieśli rękę nawet na razwiedkę.
    No bo - powiada Agnieszka Holland - "jak można opluwać Miłosza, Kuronia, Herberta?" Ten Herbert, to chyba jakaś pomyłka, bo podejrzenia, najpierw o chorobę psychiczną, a potem również o współpracę z UB kierowało przecież w stronę zmarłego poety środowisko wolne od nienawiści na tej samej zasadzie, co Agnieszka Holland, tzn. rodowodowo i socjalnie bliskie środowisko "Gazety Wyborczej". Z Miłoszem i Kuroniem to już inna sprawa. O nich najwyraźniej nihil nisi bene, a kto próbuje ich krytykować, to nie krytykuje, tylko od razu "opluwa". Niech pamiętają o tym wszyscy, którzy przypadkowo natkną się w archiwach IPN na kolejny protokół rozmów Kuronia z płk. Lesiakiem. Samo znalezienie czegoś takiego graniczy ze świętokradztwem, nie mówiąc już o publikacji. No dobrze, ale w kogóż mają się wpatrywać nieszczęśni Irokezi, żeby jakoś wydobyć się ze swego poniżającego położenia? A w kogóż, jak nie w Jolantę Kwaśniewską, która "pokazała pewną klasę, elegancję, umiarkowanie"? O, to, to! Szkoda, że Agnieszka Holland nie powiedziała, kiedy to wszystko pokazała. Czy "umiarkowanie" w okresie uwłaszczania nomenklatury, czy "klasę" podczas biesiad z panami Żaglem, Kuną i "lobbystą" Dochnalem? Dobrze byłoby wiedzieć takie rzeczy dokładnie, żeby omyłkowo nie okazać "umiarkowania", dajmy na to, przy Żaglu, a znowu "klasy" - przy przekształceniach własnościowych.
    Trochę niepokoją nas takie niedopowiedzenia, ale może niepotrzebnie, bo Agnieszka Holland nie jest małostkowa i nawet mniej wartościowym Irokezom też okazuje nieco wyrozumiałej łaskawości. "Irytuje mnie - powiada - polityka ojca Rydzyka, dziwię się fanatyzmowi moherowych beretów, ale nie mogę patrzeć na tych ludzi, jak na jakieś insekty". Czy już cała klasa widzi, jaka szlachetna i wzniosła jest Agnieszka Holland? Takie poświęcenie wypada docenić, zwłaszcza kiedy zrozumiemy, że wymaga ono powściągnięcia instynktownej skłonności. W takiej sytuacji jasne jest, że nie wypada już pytać, dlaczego właściwie "polityka ojca Rydzyka" jest taka "irytująca", na czym polega "fanatyzm" moherowych beretów i co w nim takiego złego, bo każdy chyba rozumie, że wobec Agnieszki Holland powinno przepełniać nas już tylko uczucie głębokiej wdzięczności, podobnie zresztą, jak wobec Lenina, co to "mógł przecież brzytwą". Dlatego też pytanie: "dlaczego w kraju, w którym tak łatwo przekroczyć granice tolerancji, do szkół wpuszcza się Giertycha?" musimy uznać za retoryczne. Ileż to trudu włożyli Stalin i Berman, żeby nauczyć nas tolerancji, ileż kości nałamał Różański z Fejginem, ileż płomiennych artykułów napisał Holland, a ciemna masa po staremu nie może zrozumieć, że tolerancja polega przecież na tym, żeby Giertycha nie wpuszczać do szkoły pod żadnym pozorem, że w porządnej szkole tylko mełamedzi...
    W tej sytuacji nietrudno dziwić się Agnieszce Holland, że zaczyna tracić już do nas cierpliwość. Dlatego na pytanie Barbary Hollender, czy nie zamierza aby wrócić do Polski, odpowiada wprawdzie wymijająco, ale bez entuzjazmu. Innym radziłaby, żeby na wszelki wypadek przygotowali sobie miejsce na cmentarzu w jakimś innym kraju. Więc już mamy jasność; musimy się "oczyścić z nienawiści", bo inaczej i Agnieszka Holland spocznie gdzieś z Bretanii. Czy taki afront, taką hańbę moglibyśmy w ogóle przeżyć?

    Stanisław Michalkiewicz

    Publicystyka Stanisława Michalkiewicza na ASME i nagrania TV ASME


    Motywy "Gazety Wyborczej", współdziałającej z "Der Dziennikiem" w ataku na koalicję rządową - wymagają zainteresowania instytucji państwowych - Stanisław Michalkiewicz o najnowszych skandalach politycznych w "polskim regionie UE" Wysłane wtorek, 5, grudnia 2006 przez Krzysztof Pawlak

    | Pobierz |








    Motywy "Gazety Wyborczej", współdziałającej z "Der Dziennikiem" w ataku na koalicję rządową - wymagają zainteresowania instytucji państwowych - Stanisław Michalkiewicz o najnowszych skandalach politycznych w "polskim regionie UE"
    Wysłane wtorek, 5, grudnia 2006 przez Krzysztof Pawlak

    "Wydaje się, że podejrzenia, z którymi podzieliłem się z Państwem przed tygodniem mają swoje uzasadnienie: bo z okazji »afery zabrzańskiej« ten pan, który nakręcił filmik z imprezy w swoim ogródku - starał się o uzyskanie niemieckiego obywatelstwa - co ujawnił poseł Wierzejski - w związku z tym jest bardzo prawdopodobne, że dostał taką propozycję, by wykonał jakąś przysługę dla swojej przyszłej Ojczyzny - ze wszystkiego da się wyciągnąć jakiś pożytek, a z »nazistów« - specjalnie, bo »naziści są dobrzy na wszystko«. Jak sie okazuje - dobry na wszystko jest dobry seks, o czym zapewniała nas swego czasu posłanka Beger, choć nie wierzyliśmy temu, okazało się jednak, że niesłusznie, bo w Samoobronie panują stosunki osobliwe. Przed wojną posłowie i posłanki Samoobrony raczej nie mogliby osiągnąć tego statusu - ze względu na poziom moralny, natomiast dzisiaj jest to po prostu rzeczywistością. Ale do rzeczy - otóż »Gazeta Wyborcza« ogłosiła rewelacje pani Anety K. - przez duże »K« - zdążyła ta pani być nawet radną sejmikową, ale w poprzednim rozdaniu - w obliczu utraty tych alimentów popadła w jakąś desperację. Jednak nie wygląda na osobę bezinteresowną, bo dzisiaj oświadczyła na pytanie, czy gdyby poseł Łyżwiński wręczając jej jakąś odpowiednią sumę - wycofałaby swoje oskarżenie - odpowiedziała, że »by się zastanowiła« - Stanisław Michalkiewicz dokonuje rozbioru na czynniki pierwsze kilku "afer" nagłośnionych przez merdia "polskiego regionu UE" w ostatnich dniach .

    Odpowiedź na takie pytanie skłania do pytania następnego - co takiego zaproponowała "Gazeta Wyborcza", że pani Aneta K. (przez duże "K") - skłonna była się podzielić z żurnalistami "GW" swoimi przemyśleniami? Warto o to zapytać tym bardziej, że skoordynowany atak na koalicję PiS-LPR-SO - wykonany w ostatnich dniach przez gazetę "Der Dziennik" i "Gazetę Wyborczą" - może mieć prawdziwy wpływ na polityczną stabilność w naszym "regionie UE", według zasady "cięcia po skrzydłach". Wydaje się - uważa Stanisław Michalkiewicz - że po dotychczasowych szturmach "frontalnych" dysponenci tych ośrodków merdialnych doszli do wniosku, że taka taktyka nie odnosi sukcesu. Oba pisma sprawiają wrażenia śmiertelnie zantagonizowanych - ale jak pada rozkaz - to potrafią koordynować współpracę w sposób precyzyjny i chronologicznie skoordynowany. Dobrze byłoby, gdyby prokuratura i odpowiednie instytucje - skoro już się zajęły sprawą pani Anety K. - zajęły się motywacjami "Gazety Wyborczej", gdyż nawet jeśli ta redakcja napisała prawdę - to czas ogłoszenia tej prawdy jest znaczący dla wprowadzenia destabilizacji politycznej w Polsce, a warto mieć świadomość, że niezależna - oczywiście także i od BND i Mosadu - prasa jest tylko po to, by informować nas o wybrykach naszych "elit politycznych"...

    Nagranie trwa 10 minut i jest dostępne w Sieci do 19 XII 2006 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




    Potencja(ł) demokracji - Krzysztof Mazur Wysłane wtorek, 5, grudnia 2006 przez Krzysztof Pawlak

    W ostatnich miesiącach politykom koalicyjnym trudno zebrać siły i czas na zajęcie się sprawami państwa, gdyż co rusz muszą denuncjować, komentować lub dementować różne afery polityczno-obyczajowe. Ledwo ucichła afera taśmowa zwana również Begergate, a "Dziennik" ujawnił imprezę, na której osoby związane z prawicowym młodzieżówkami miały bawić się na tle swastyki, jeszcze nie zdążono wyjaśnić okoliczności tej sprawy, a "GW" opisała kulisy molestowania zatrudnionych w biurach poselskich Samoobrony. Jeżeli dodać do tego, że głównym powodem ostatnich zamyśleń posła Cymańskiego jest jazda jego syna w stanie pomroczności jasnej, uwaga posłanki Śledzińskiej-Katarasińskiej koncentruje się na apelacji od wyroku w podobnej sprawie, poseł Bestry rozmyśla o swojej molestatorskiej przeszłości, a Olejniczak bada co faktycznie miał napisane na drzwiach poseł Wierzejski, to - wymieniając jedynie najbardziej aktualne doniesienia - mamy pełne spektrum spraw zajmujących myśli i uczucia naszych ustawo i ustrojodawców.

    W Polsce całkiem spore grono osób identyfikuje i ocenia dany problem przez pryzmat podmiotu, który sprawę prezentuje, tak więc dla czytelników i wyznawców "GW" doniesienia "Der Dziennika" z góry mają służyć PiS-owi, a zwolennikom koalicji rządowej każda treść podana przez "GW" jawi się jako prowokacja Układu. A przecież może chodzić chociażby o pieniądze, wszak jak przez pryzmat takiego schematu ocenić artykuł anonsujący "Skandal Axela Springera". Ci co nie lubią "GW", z reguły nie lubią również Springera, a w związku z tym mogliby mieć pewien problem, jak szybko ocenić sytuację, w której nielubiana "GW" walczy z prasą springerowską. Oczywiście inną sprawą jest, że w wielu wypadkach medialne akcje mają określony prowokacyjny charakter, co wcale nie wyklucza, że podawane informacje muszą być od razu nieprawdziwe. Przecież wcale nie trzeba znać "wybiórczych" rewelacji Anety K., aby dokonać właściwej oceny takich aktorów sceny politycznej, jak Lepper czy Łyżwiński. Przecież Aneta K. sama przyznaje, że wiedziała, za jakie usługi ma dostać posadę w biurze poselskim posła i świadomie przez wiele lat godziła się na taką transakcję barterową, a nawet gdyby poseł Łyżwiński nie "zbliżał się" do Anety K., a wicepremier Lepper nie skorzystał w tym akcie "zbliżania się" z partyjnego ius primae noctis, to przecież dokumenty świadczą, że społeczeństwo głosami 15 tysięcy wyborców wybrało sobie ofiarę opisanej prostytucji politycznej na radną wojewódzką. Czyli było, nie było - obie mądre inaczej strony obecnego sporu zostały w swoim mniemaniu pobłogosławione przez demokratyczną większość, wszak Aneta K. poczuła się "brudna" dopiero wtedy, kiedy powtórnie nie udało się jej wejść do rady sejmiku w ostatnio przeprowadzonych wyborach samorządowych. Czy w związku z tym przypuszczenia Leppera o tym, że oskarżycielka "jest prowadzona" lub domysły, iż nagłośnienie sprawy ma osłabić koalicję stoją w sprzeczności do przedstawionej wersji wydarzeń? Oczywiście, że nie, to że jakieś lobby chce wykorzystać kompromitujące materiały w celu osłabienia partii Leppera, wcale nie oznacza, że owe materiały są fałszywką, problem raczej w tym, że bardzo wiele osób w Polsce musi mieć podane na tacy takie szczegóły, aby dojrzeć do myśli, że być może popieranie takiego ugrupowania jak Samoobrona, to obciach. A że niektórzy zainteresowani zobaczyli, iż w chronieniu układu znacznie wierniejsze i bardziej konsekwentne jest PSL, więc być może parasol ochrony nad Samoobroną został zwinięty i powoli zaczyna wychodzić, skąd tej partii nogi wyrastają. Moralność jest w tym wypadku czynnikiem drugorzędnym wszak jak donosiły wcześniej tabloidy Waldemar Pawlak również nie jest wzorem mężowskich cnót i swojej puli genowej nie zawęża do małżeńskiego łoża, a chadzał niedawno pod rękę z kardynałem Dziwiszem. A i przecież niektórzy prominentni PiS-owscy politycy swój temperament wyładowywali na zasańskich kurwidołkach lub krakowskich plantach, nie wspominając już o potencji - politycznej oczywiście - ministra Dorna...
    To, że obecnie media i parlament nie rozmawiają o niczym innym, jak tylko o współczesnej wersji świątynnej prostytucji i "kurwach babilońskich", jest właśnie skutkiem ochlokracji, owego wrednego systemu, w którym o naszym życiu i pieniądzach decyduje byle rzezimieszek odsiadujący wyrok - ale nie pozbawiony przez to praw publicznych. Gdyby nawet udowodniono posłowi Łyżwińskiemu nieprawe ojcostwo, to przecież już ze swoimi głosami oczekuje całkiem pokaźna grupa alimenciarzy, o których godność i parlamentarną reprezentację należałoby się wreszcie upomnieć. W końcu już prawie milion osób korzysta z socjalu tytułem "samotnego rodzicielstwa", już 15 proc. dzieci rodzi się w związkach pozamałżeńskich, a alimenciarze w momencie likwidowania trzy lata temu Funduszu Alimentacyjnego byli winni państwu prawie 8 mld zł tytułem wypłaconych przez podatników świadczeń alimentacyjnych. Jak widać, jest się o co bić, gdyż z pewnością jest to bardziej rozwojowy elektorat niż geje i lesbijki, o względy których zabiega nowa lewica. "Myślę, że nieprawdopodobieństwo moralne jest najbardziej przekonywającym ze wszystkich nieprawdopodobieństw" twierdził bohater powieści G. K. Chestertona, a skoro tak, to poprzez analogię podobnie możemy zawyrokować o prawdopodobieństwie niemoralności. Czego empirycznych dowodów mamy coraz więcej.

    Krzysztof Mazur

    Publicystyka Krzysztofa Mazura na ASME


    Sex, kartofle, antsyemityczny lewak i taśmy wideo, czyli Lutek - nie daj się! Wysłane poniedziałek, 4, grudnia 2006 przez Krzysztof Pawlak

    Szukając wyjaśnienia nadzwyczajnych zbiegów okoliczności, ujawnianych ostatnio przez niemiłościwie [panującą nam kastę władców, czyli tzw. żurnalizdów - obserwatorzy politycznej sceny teatralnej z inklinacjami do sympatii dla lewicy narodowej vel "patriotycznej", czyli "PiS i LPR "polskiego regionu UE" wskazują najczęściej na bijący od merdiów żar nienawiści dla swoich ulubieńców. Sprawa "nazistowskiego" ekscesu pijanych nastolatków sprzed dwóch lat , wyniesiona do rangi czołowego problemu rządzącej koalicji w dniu debiutu internetowego wydania gazety "Dziennik", z racji kapitału ją sponsorującego przezwanej przez warszawską ulicę "Der Dziennikiem" przysłoniła co poniektórym zdolność zwykłej analizy zgodnej ze starym rzymski zapytaniem prokuratorskim "Cui bono?". W piśmie tym siedzi na etatach zgrana brać z inklinacjami pro-PiS-owskimi, a niezbyt chętna do wspierania "paprotek" i poputczików, jakimi to epitetami są w kręgach głównej części obozu "sanatorów" i "patriotów" ozdabiani wchłaniani konkurenci. "Der Dziennik" konkuruje głownie z "Żydetą", czyli "Gazetą Wyborczą" - o klientów i reklamodawców, zaś by w jakiś sposób zaznaczyć różnicę stanowisk, bo nie poziomu - postawił na inny krąg zaangażowanych janczarów. Brukowy styl jest identyczny, więc i poziom faktografii - nie jest inny. Uderzenie w LPR było spodziewane przez tych, którzy umieli po prostu przeczytać opinie o istotnych powodach porażki PiS, jaka spotkała ugrupowanie tej autentycznej polskiej lewicy w ledwie co minionych wyborach samorządowych. Do nich zaliczyć można było wypowiedzi prof.prof. Zybertowicza i Staniszkisówny, którzy zgodnie, choć osobno postulowali zmianę "ymyczu" "patriotycznych sanatorów" celem "odzyskania" centrowego elektoratu, który uciekł pod skrzydła Platformy ratunkowej dla Obywateli, coraz mocniej zniesmaczony towarzystwem, w którym codziennie musiał widywać swoich pupili - czyli samoobronnych PZPR-owców i domorosłych Prawdziwych Polaków, ale już nie - obywateli Rzeczypospolitej.
    PiS-iarczykom był potrzebny czyn markietingiarski, który mogliby w odpowiednim czasie przekuć w oręż wymierzony w naturalną konkurencję. Pchnięcie zadała "prawicowa" załoga "Der Dziennika", a sztych wyrównujący został w dniu dzisiejszym wyprowadzony z podobniekapitałowego dzienniczka "taz" w Berlinie, którego żurnalista - jakżeby inaczej! - lewicowy po raz wtóry porównał Braci K... do Kartofli, co najwyraźniej ma, wzorem jego patrona dr. Goebbelsa, na stałe się inprintingować w skojarzeniach pan-europejskich.
    Wizerunek jednakże nie został tym jednym cięciem wyrównany, z pomocą pospieszyła niezawodna druga załoga brukowa - tym razem z "Gazety Wyborczej", która myli się notorycznie towarzyszowi Olejniczakowi z neo-PZPR-erii, gdyż jak oświadczył dzisiaj w przeprosinach do posła Wierzejskiego (tego od nagonki na pederastów oraz "patriotycznych" zabaw z półnagimi narodowcami i niczego innego..., no, chyba, że od przegranej nawet z "Gamoniami i Krasnoludkami") - "Źle się stało, że w wypowiedzi, której użyłem zamiast mówić o pederastach powiedziałem o Żydach". Panu posłowi, przewodniczącemu "ezelde" widać wszystko się kojarzy z Żydami i "Gazetą Wyborczą" - to jeszcze wcale nie taka freudowska pomyłka, ale może Żydzi mogli się poczuć trochę znowu nieprzyjemnie, jak spadkobierca politycznych decydentów "nagonki na lekarzy" - żydowskich i realizowanej za pomocą aparatu państwowego czasu stalinowskigo i późniejszych breżniewowskiego - nie umie odróżnić zboczeńców od narodu ponoć wybranego?
    Towarzysza Olejniczaka polscy odbiorcy sensacji politycznych mieli już okazję zapoznać znakomicie w dniu tzw. przesilenia prezydencko-premierskiego z 13 lutego br., kiedy skakał przed kamerą TVP, starając się zwrócić na siebie uwagę operatora i dostać się na wizję, by pozwolono mu wypowiedzieć jakąkolwiek kwestię w tamtym ważnym dniu, w imieniu II ligi. Czyż można więc podejrzewać mocno przetrzebioną z sił "yntelektualnych" nawet tzw. lewicę PZPR-owską o złożenie i wypromowanie takiej intrygi "śledczej", jaka dzisiaj została zaprezentowana przez zespół "Gazety W."? Raczej niepodobna, dlatego powiadomienie przez powyższy ośrodek merdialny o nadzwyczajnej (?) chuci towarzyszów samoobronnych Leppera i Łyżwińskiego, uspokajanej przez zatrudniane przez nich ponoć z powodu dostatecznej i wieloletniej uległości asystentki i kierowniczki biur poselskich, można przypisać raczej poza-SLD-owskim "śledczym reporterom", posiadającym właściwe kontakty we właściwych ośrodkach "przetwarzania informacji" - tak bardzo potrzebnych do prowadzenia walki politycznej.
    To chyba cały czas jednak nie Platforma ratunkowa dla Obywateli trzyma rękę na pulsie warszawskiej ulicy Batorego?

    Tak więc: Lutek - trzymaj się! I czekamy na dalsze "taśmy prawdy" z poselskiego wideo...

    Krzysztof Pawlak

    Publicystyka Krzysztofa Pawlaka na ASME


    Dawid kontra Goliat - 16 lat walki - Wojciech Popiela, prezes UNII POLITYKI REALNEJ Wysłane niedziela, 3, grudnia 2006 przez Krzysztof Pawlak

    6 grudnia 2006 r. mija 16 lat od sądowej rejestracji Unii Polityki Realnej, której wizytówkami są po dziś dzień panowie Janusz Korwin-Mikke i Stanisław Michalkiewicz. Z uwagi na program odbiegający od programów wszystkich innych polskich partii UPR nazywana była często złośliwie, czy może trzeźwo, Unią Polityki Nierealnej. Nierealność polegać ma głównie na założeniu UPR, że państwo rękami swoich polityków i urzędników przestanie kraść lub, w łagodniejszej wersji - przestanie pełnić rolę pasera. Hasło UPR widoczne przy tablicach rejestracyjnych "Nie kradnij! Rząd nie znosi konkurencji!" wielu uważa za zbyt ambitne moralnie. W związku z tym robią rządowi konkurencję na niwie prywatnej, "odkradając" sobie część swoich podatków lub przyłączają się do partii utrwalających własny monopol na łupienie Polaków.

    Właśnie w wyniku umacniania tego monopolu wodzowie partyjni wprowadzili świadczący o proporcjonalności i w ogóle dojrzewającej demokracji próg wyborczy stanowiący zarówno sejmowe "wysokie progi" dla politycznej konkurencji, jak też próg medialnego bytu, polegający na przemilczaniu każdego spoza swoistego monopolu partii o nazwie "raz my, raz wy". Kilka lat później, w atmosferze próby oparcia się łapówkom, partie monopolu ustaliły jeszcze jeden próg. Zgodnie postanowiły okraść nas, podatników, na finansowanie samych siebie, by nie musiały się korumpować. W ten sposób prócz progu wyborczego i medialnego zbudowały wokół siebie wysoki mur finansowy.

    Od roku mamy pewną zmianę. Oddycha się nieco lżej. Telewizja nie składa każdego dnia hołdów michnikopodobnym, głos konserwatywno-liberalny znalazł się nawet na kilka minut tygodniowo na antenie państwowego radia. Co prawda konserwatywno-liberalny punkt widzenia nie cieszy się wielkim wzięciem, tym niemniej można mówić o naruszeniu tabu.
    Ten aspekt wolności budzi pewne nadzieje. Mniej nadziei budzi wolność płynąca z własności. Socjaliści gospodarczy odziani w szaty narodowe, konserwatywne czy owinięci jedynie w biało-czerwone krawaty traktują państwo jak folwark, a nas, podatników - jak swoją trzodę lub barany do strzyżenia. Rozdają nasze dobra na wszystkie strony tym bardziej, że znów były wybory. Efektem jest pół biliona zadłużenia Skarbu Państwa, czyli nas, podatników i bezlitosny wyzysk pracowników najemnych, którzy oddają politykom i biurokracji w podatkach, i ich zamiennikach trzy czwarte comiesięcznie zarabianej własności. W zamian słyszą, że warto być Polakiem - i wyjeżdżają masowo tam, gdzie wyzysk podatkowy jest mniejszy, a w kieszeni pozostaje więcej.

    Widać więc wyraźnie, że wobec takiego stanu polskich spraw, misja UPR, określona w statucie i innych dokumentach, będzie trwała. Nadal będziemy starali się przekształcać opinię publiczną w pożądanym kierunku, doradzać właściwe posunięcia, gromadzić fundusze niezbędne do realizacji tych zamierzeń, finansować przedsięwzięcia sprzyjające przemianom, wchodzić do ciał ustawodawczych różnych szczebli, obejmować stanowiska wykonawcze w samorządach czy wreszcie obejmować stanowiska wykonawcze we władzach Rzeczypospolitej, o ile nie będzie to kolidowało z honorem i celami UPR.

    Nikt za nas tego nie zrobi. Robimy do dla siebie, naszych dzieci i wnuków. Robimy to dla Polski. Wobec układu, który słabnie, wypada powtórzyć na koniec życzenia wypowiedziane niegdyś na wielu łamach przez pana Waldemara Łysiaka: Nie pękać!

    Wojciech Popiela
    Prezes UPR


    Publicystyka Wojciecha Popieli na ASME.