grudnia 18, 2006 - stycznia 3, 2007

Rok bloga - Krzysztof Mazur Wysłane środa, 3, stycznia 2007 przez Krzysztof Pawlak

W ocenach różnych publicystów i polityków podsumowujących miniony rok zabrakło odniesienia się do niewątpliwego ubiegłorocznego hitu, jakim był tzw. polityczny blog. Wprawdzie różni politycy jak np. Ryszard Czarnecki, który zdążył już obskoczyć kilka partii władzy czy niektórzy publicyści pisali swoje blogi już wcześniej, jednakże dopiero powszechny dostęp do komputerów i internetu, w tym także coraz większe upowszechnienie laptopów i internetu bezprzewodowego uczyniły z internetowych pamiętników i felietonów liczące się narzędzie kształtowania opinii wyborców.

Dostrzegł to również niedoszły prezydent Warszawy, a były premier Kazimierz Marcinkiewicz, który w ramach kampanii wyborczej postanowił postręczyć się internautom całodobowo. Wprawdzie obecnemu doradcy prezesa PKO BP nie pomogło to w walce wyborczej, ale jego decyzja zwróciła oczy politycznego świata na wspomniane narzędzie stające się coraz bardziej równoległym kanałem nieustającej propagandy prowadzonej w okresie permanentnej kampanii wyborczej. O tym, że od kilku lat jesteśmy w stanie takiej permanentnej kampanii wyborczej, zwracałem uwagę wielokrotnie, przypominając także niedawno, że ostatnie kilka lat były okresami corocznych wyborów i referendów. W 2000 - wybory prezydenckie, w 2001 - parlamentarne, w 2002 samorządowe, w 2004 referendum akcesyjne, w 2005 maraton wyborczy, w 2006 wybory samorządowe. Wprawdzie niektórzy komentatorzy zwracali uwagą, że rozpoczynamy rok, który będzie pod tym względem wyjątkowy, tzn. nie będzie znaczony kolejnymi wyborami, ale czy to jest takie pewne, wszak niektórych lada dzień czekają wybory sołtysów, a LPR coraz głośniej zapowiada odwołanie się do instytucji referendum w celu poznania zdania obywateli na jakieś idiotyczne i mające drugorzędne znaczenie pytania, jak np. to czy obywatele uważają za słuszne, aby dzieciarnia szkolna nosiła mundurki.
A wracając jeszcze na chwilę do samego blogu, to warto zwrócić uwagę na pewną niepokojącą cechę, charakterystyczną dla tej nowej instytucji medialnej. Otóż blog jest internetowym odpowiednikiem tradycyjnego pamiętnika lub dziennika prowadzonego często w dawnych wiekach, jak i do niedawna przez wiele osób tak znanych, jak i nigdy nie objawionych szerszej widowni. Jednakże dawniej jak jakiś dygnitarz spisywał swoje uwagi, to nie czynił tego celem natychmiastowej publikacji, ale raczej ku potomności lub w celach terapeutycznych gwoli dawania upustowi oficjalnie tłumionych uczuć i opinii. Świadczą o tym chociażby pamiętniki niejakiego Samuela Pepysa, wysokiego urzędnika angielskiej administracji królewskiej, który notował nawet "wziątka", czyli po naszemu - łapówki brane za poparcie określonych inicjatyw. Ale Pepys nie pisał swojego dziennika w celu jego natychmiastowej publikacji, dlatego też pisał szczerze, chociaż zdając sobie sprawę, że szczerość rzadko kiedy popłaca - a trzeba wspomnieć, że był człowiekiem nieustannie myślącym o zabezpieczeniu przyszłości własnej, jak i swojej rodziny - tak więc spisywał swoje uwagi i zasłyszane plotki szyfrem (będącego rodzajem skrótowca) trudnym do odczytania bez znajomości klucza. Także pamiętniki naszego rodzimego Pepysa, czyli Jana Chryzostoma Paska doczekały się szerokiej publikacji długo po czasach, które opisywały, podobnie jak np. pamiętniki księdza Kitowicza. Także bliżej naszych czasów różne dzienniki, jak np. zapiski księdza prymasa Wyszyńskiego, Stefana Kisielewskiego czy niedawno opublikowane wspomnienia biskupa Dąbrowskiego w momencie publikacji dotyczyły raczej spraw historycznych, ale stanowiły cenne źródło wiedzy o opisywanych zdarzeniach. Tymczasem już całkiem niedawno publikowane zapiski innego sortu ludzi, jak np. Mieczysław Rakowskiego lub quasi-pamiętniki, czyli wywiady-rzeki z ludźmi pokroju Gierka czy Jaruzelskiego etc., miały wyraźnie na celu stworzenie obrazu "ludzkiego" komunisty, który nawet jak był zły, to przecież miewał ludzkie odruchy i duchowe rozterki, a według własnego uznania - nikogo i celowo nie skrzywdził, gdyż wszystko co robił - to z myślą o ojczyźnie. Nawet jeśli Rakowski chodził na partyjne nasiadówki i odprawy biura politycznego partii, to wydaje się, że tylko po to, aby zanotować, jaką to świnią lub tumanem był ten lub tamten twardogłowy aparatczyk.
Komunistyczni dygnitarze próbowali w ten sposób uwiarygodnić swoje niegdysiejsze postępowanie, używając konwencji pamiętnika i stwarzając w ten sposób pozór autentyczności przedstawianych treści.
To celowe pamiętnikarstwo zostało doskonale rozwinięte właśnie w formule blogu, które parafrazując księcia Eustachego Sapiehę, można nazwać szczytowym rozwinięciem pamiętnikarstwa demokratycznego. Blogowe treści są udostępniane w trybie on-line, dlatego też żaden polityk nie może sobie pozwolić na szczerość typu, ile i czego wziął lub spodziewa się wziąć, aby nie ułatwiać pracy urzędnikom CBA. Także Oleksy nie może sobie pozwolić na podanie, co faktycznie myśli o Olejniczaku, podobnie jak Marcinkiewicz za skarby nie napisze, co naprawdę myśli o Kaczyńskim, a Wierzejski nie opisze co rzeczywiście piszczy za zapleczu LPR. Piszą więc i powielają to samo, co kilka godzin wcześniej pisali i mówili w innych mediach, i co wszyscy do znudzenia słyszeli po kilka razy, okraszając ewentualnie owe wypociny infantylnymi dygresjami mającymi tworzyć polor autentyzmu i szczerości. A w związku z tym, że blog uchodzi przy felietonie pisanym dla radia, telewizji czy gazety za to samo, czym prywatka jest wobec eleganckiego przyjęcia, stąd blogowa formuła często stanowi usprawiedliwienie dla językowego niechlujstwa i merytorycznej nieścisłości. Ale biorąc pod uwagę nieubłagane postępy demokracji, jak i wydaje się powszechne rozmiłowanie w sztuce epistolarnej, należy uznać, że blog dołączy do bogatego arsenału środków współczesnej propagandy czyniącej z informacji papkę medialną możliwą do przetrawienia przez coraz bardziej stetryczałe masy, coraz częściej przezywane elektoratem.

Krzysztof Mazur

Publicystyka Krzysztofa Mazura na ASME


Pochwała ładu i porządku - Stanisław Michalkiewicz Wysłane wtorek, 2, stycznia 2007 przez Krzysztof Pawlak

Jak to się dziwnie przeplatają sprawy na tym świecie. Z jednej strony widać u nas bardzo silną tendencję do zapanowania nad grożącym zewsząd chaosem, co wyraża się w jurydycznej atmosferze, która udziela się nawet dzieciom. Oto jeden chłopczyk opowiada drugiemu, że dwa i dwa równa się cztery. "A masz na to świadków?" - kontruje go kolega. Widać wyraźnie, że bez świadków i to najlepiej kilku, bo już starożytni zauważyli, że testis unus - testis nullus (jeden świadek - żaden świadek), niczego ustalić się nie da. Bywają zresztą sytuacje, kiedy i świadkowie nie pomagają, chociaż Rejent Milczek mawiał, że "nie brak świadków na tym świecie" - o czym mogliśmy przekonać się przy okazji afery obyczajowej. Czasami dowód ze świadków nie wystarcza i konieczny jest dowód z dokumentów. Jak nie ma dokumentów - nie ma sprawy, to znaczy - nie wiemy, czy ona jest, czy jej nie ma, a skoro tak, to znaczy - że nie ma. Na przykład pasierb Pawła Jasienicy twierdził przed sądem, że skoro nie zachowała się teczka pracy jego matki, a żony Pawła Jasienicy, to znaczy, że matka wcale nie była tajnym współpracownikiem SB o pseudonimie "Ewa". Wprawdzie skądinąd wiadomo, że ze swoimi oficerami prowadzącymi rozmawiała bardzo skwapliwie, ale czy aby na pewno? A skąd wiemy, że ci oficerowie sobie tych rozmów nie sfingowali, tak samo, jak w przypadku pani wicepremier Gilowskiej? Dopiero na tym tle możemy docenić wagę jurydycznej atmosfery. Inna rzecz, że czasami taka nieobecność dokumentów może być tylko wyższą formą obecności; nie ma ich, dajmy na to, w archiwum, ale to nie znaczy, że nie ma ich w ogóle, bo w tym czasie mogą one znajdować się w posiadaniu osób prywatnych. Te prywatne osoby mogą nawet używać tych dokumentów do straszenia osób zainteresowanych w celu wyciągnięcia od nich pieniędzy, a jeśli prywatne osoby są ambitniejsze - to również w celu wydobycia od osób zainteresowanych różnych pożądanych decyzji. Jest to interesujący przyczynek do teorii spiskowej, która wszelako została zabroniona przez "Gazetę Wyborczą" pod rygorem uznania za oszołoma lub psychola. Co prawda od tej zasady zdarzają się dyspensy, kiedy np. Lew Rywin przyjdzie do Adama Michnika z korupcyjną propozycją, ale dyspensy, jak wiadomo, słusznej zasady nie podważają. Dlatego też w żadne spiski nie wierzymy i w tym upatrujemy źródło dumy ze swego rozumu.
Więc z jednej strony zagęszcza się nam jurydyczna atmosfera, ale z drugiej nie mniej silnie zaznacza się potrzeba zaufania. Z pozoru tendencje te mogą wydawać się sprzeczne, ale pozory, jak wiadomo, mylą, gdyż między obydwoma tendencjami istnieje wyraźne iunctim. Zaufanie bowiem nie może być byle jakie, tzn, nie może być ślepe, zwłaszcza ślepe na społeczną hierarchię. Im wyżej w społecznej hierarchii ktoś stoi, tym większym zaufaniem powinien się cieszyć. Rozumując w ten sposób, uzyskujemy podwójną korzyść. Po pierwsze, stopniowanie zaufania według szczebla społecznej hierarchii sprzyja opanowaniu chaosu, który mógłby wystąpić w przypadku, gdyby zaufanie od społecznej hierarchii zupełnie oderwać. Wtedy bowiem mogłoby okazać się, że największym zaufaniem cieszy się osoba absolutnie pozbawiona jakiegokolwiek znaczenia społecznego. Cóż w takiej sytuacji przystałoby czynić osobistościom obciążonym ważnymi społecznymi zadaniami i zajmującym w społecznej hierarchii wysokie pozycje? Rywalizować z owym pozbawionym znaczenia osobnikiem, toczyć z nim publiczne spory czy może jeszcze ustąpić mu swego miejsca w społecznej hierarchii? Pomijając już chaos, jaki nieuchronnie musiałby wkraść się do naszego życia publicznego, nie możemy nie zauważyć zgorszenia, jakie stałoby się udziałem wszystkich, gdyby taka rzecz w ogóle się okazała. Dlatego też nawet w tak subtelnej, zdawałoby się, kwestii, jak zaufanie, pewne minimum sformalizowania wydaje się absolutnie konieczne.
Wprawdzie za komuny było, jak wiadomo, gorzej, ale z doświadczenia wiemy, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Dotyczy to również komuny, która mimo wszystkich sprośnych błędów Niebu obrzydłych, miała przecież i dobre strony. Właściwie jedną, ale za to bardzo ważną, mianowicie umiejętność właściwego formalizowania i zaufania, i prestiżu. Dla przykładu, sekretarz komitetu gminnego cieszył się wprawdzie i zaufaniem, i prestiżem, ale tylko lokalnie i w ograniczonym zakresie, bo i zaufanie, jakim się cieszył i prestiż, ustępował miejsca zaufaniu i prestiżowi, jakim cieszył się sekretarz komitetu wojewódzkiego. Ten z kolei milczał roztropnie w obecności pierwszego sekretarza komitetu centralnego, który z pełnym zrozumieniem przyjmował do wiadomości nawet z pozoru niepojęte rozstrzygnięcia pierwszego sekretarza komitetu centralnego Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego. Dzięki temu unikano dysonansów poznawczych, bo od samego początku było wiadomo, czyje decyzje będą musiały być przyjęte bez najmniejszych zastrzeżeń. I wprawdzie komunie wiele możemy dziś zarzucić, ale jednego z pewnością nie. Nie było chaosu ani wtedy, ani nawet teraz, zwłaszcza gdy dzięki błogosławionemu oddziaływaniu konwergencji, potrafimy właściwe wzorce zaadaptować do zmienionych okoliczności.

Stanisław Michalkiewicz

Publicystyka Stanisława Michalkiewicza na ASME i nagrania TV ASME


NAWRÓCENIE MASONA (15-lecie śmierci śp. księdza prałata Jana Zieji) - Antoni Zambrowski Wysłane wtorek, 2, stycznia 2007 przez Krzysztof Pawlak

O księdzu prałacie Janie Zieji usłyszałem po raz pierwszy, gdy w środowisku opozycji niepodległościowej rozniosły się słuchy o jego niezwykle odważnym kazaniu, wygłoszonym 17 września 1974 roku w 35. rocznicę stalinowskiego najazdu na walczącą z Hitlerem Polskę w katedrze warszawskiej pw. św. Jana. Później podziwiałem na wielu pogrzebach osób zasłużonych dla opozycji jego wysoką sylwetkę w starej, wytartej sutannie. Był od lat młodości zwolennikiem Kościoła ubogich i przez całe życie codzienną postawą demonstrował swe przekonania w tym względzie. Miał długie, białe od siwizny włosy i równie białą brodę, toteż wyglądem przypominał patriarchów biblijnych.

Gdy pierwszy raz nawiedziłem go na jesieni 1979 roku - wraz z dobrze go znającym aktorem Maciejem Rayzacherem, przewodzącym naszej akcji zbierania pod kościołami podpisów wiernych pod apelem do Sejmu PRL o mszę świętą w Polskim Radiu oraz TVP - w jego pokoju w klasztorze sióstr urszulanek przy ul. Dobrej na warszawskim Powiślu, leżał w łóżku wskutek przeziębienia, ale czytał Pismo święte po hebrajsku. Przekonywał mnie dumnego, żem liznął nieco szkolnej łaciny, iż dobry katolik powinien obok łaciny władać greką i hebrajskim (Czynił tak chyba dla żartu, gdyż znajomość hebrajskiego wyniósł z przedwojennych jeszcze studiów judaistycznych na Uniwersytecie Warszawskim. Pozazdrościł bowiem wtedy laurów swemu przyjacielowi z Lasek, księdzu Władysławowi Korniłowiczowi, który nawrócił na katolicyzm wielu Polaków żydowskiego pochodzenia i zapragnął nieść Prawdę wiary katolickiej w szerokie rzesze autentycznych starozakonnych).
Ksiądz Jan przeżył po bohatersku swoje długie życie - był kapelanem w Wojsku Polskim podczas wojny bolszewickiej 1920 roku, w kampanii wrześniowej 1939 r., kapelanem "Szarych Szeregów" w latach okupacji oraz pułku AK "Baszta" podczas Powstania Warszawskiego, ale dla nas był przede wszystkim sygnatariuszem wielu wystąpień opozycyjnych przeciwko władzom komunistycznym, no i członkiem-założycielem Komitetu Obrony Robotników. Była to pierwsza struktura opozycyjna istniejąca otwarcie w PRL - mimo represji SB - od czasu ucieczki Stanisława Mikołajczyka. Obydwaj z Maćkiem byliśmy współpracownikami KSS "KOR", tym większy żywiliśmy podziw dla księdza Zieji.
Po raz ostatni nawiedziłem księdza Jana w jego pokoiku wczesną jesienią 1985 roku. Był już bardzo słaby (miał 88 lat) i praktycznie nie opuszczał klasztoru sióstr urszulanek. Przyniosłem mu w prezencie tekturowy kalendarz na rok 1986 z portretem księdza Jerzego Popieluszki i fragmentami jego kazań. Ksiądz Jan zgodnie ze swymi przekonaniami chciał wesprzeć mnie - szukającego pracy po odsiadce w wiezieniu na Służewcu kary za pikietowanie sklepu monopolowego - wszystkimi posiadanymi pieniędzmi, na co się nie zgodziłem. Prosiłem go jedynie o modlitwę w mojej intencji, która poskutkowała, gdyż wkrótce znalazłem pracę w bibliotece uniwersyteckiej.
Innym mym znajomym seniorem wśród członków-założycieli KOR był wybitny polski ekonomista, prof. Edward Lipiński. W latach 1978-80 brał on czynny udział w pracach opozycyjnego Towarzystwa Kursów Naukowych. Słuchałem pewnego razu takiego wykładu w mieszkaniu prywatnym koło placu Narutowicza podczas najścia bojówki Socjalistycznego Związku Studentów z SGPiS, która na szczęście nikogo nie pobiła. Utrudniała jednak profesorowi Lipińskiemu wykład, przerywając jego tok i zadając z góry przygotowane pytania, odbiegające treścią od tematu odczytu. Proponowałem im, że w sąsiednim pokoju odpowiem na wszystkie ich pytania, byle nie utrudniali pracy profesorowi, ale im właśnie o to chodziło.
W sierpniu roku 1984 należało uczcić 40. rocznicę Powstania Warszawskiego. Po ogłoszeniu stanu wojennego wszystkie podziemne struktury "Solidarności" korzystały z osłony instytucji kościelnych, więc te obchody zorganizowała Archikonfraternia Literacka przy katedrze św. Jana. Jej prezes, prof. Mieczysław Nieduszyński (ekonomista odsunięty jako nie-marksista od uprawiania pracy dydaktycznej, podobnie jak to było z prof. Lipińskim w czasach stalinowskich) prosił mnie, bym kilku prominentnym działaczom KOR, których znałem osobiście, przekazał od niego zaproszenia na sesję naukową, zorganizowaną w kościele pw. Świętego Krzyża. Prof. Edward Lipiński ze względu na wiek nie brał udziału w akcjach opozycyjnych, zaś jako socjalistyczny ateusz do kościoła nie chodził (od roku 1972 był w dodatku członkiem loży masońskiej "Kopernik"). Sesja naukowa w kościele zrobiła na nim wstrząsające zaiste wrażenie: odczyt o powstaniu wygłosił wybitny historyk, prof. Tomasz Strzembosz, okazała świątynia wypełniona była po brzegi słuchaczami, na zakończenie wszyscy zgodnie odśpiewali "Boże, coś Polskę". Poruszony tym przeżyciem, powiedział on swemu przyjacielowi z KOR, prof. Janowi Kielanowskiemu: "Wiesz, kościoły w dzisiejszej Polsce są niczym tereny wyzwolone".
Prof. Edward Lipiński jeszcze wciąż pozostawał antykomunistycznym marksistą, w rozmowie ze mną zwierzył mi się nawet, że planuje pracę naukową o Karolu Marxie jako moraliście, ale pierwszy krok został już wykonany. Gdy po dwóch latach obłożnie chory leżał w lecznicy przy ul. Emilii Plater, nawiedził go tam współtowarzysz z KOR, ksiądz Jan Zieja. Nie byłem niestety świadkiem ich rozmów, ale poznałem ich skutek. Prof. Edward Lipiński - zatwardziały ateista i mason pod wpływem księdza Jana Zieji nawrócił się na łożu śmierci na wiarę katolicką i powrócił na łono Kościoła. Zażądał pogrzebu katolickiego i mszy świętej po łacinie, jak za jego młodych lat. I tak się stało, o czym zaświadczam jako uczestnik pożegnalnej mszy w kościele św. Karola Boromeusza i pogrzebu.
Natomiast ksiądz prałat Zieja doczekał się upadku PRL i zmarł otoczony powszechnym szacunkiem w roku 1991. Przypomina o nim tablica wmurowana w kościele sióstr Wizytek przy Krakowskim Przedmieściu. Przed kościołem stoi pomnik jego serdecznego przyjaciela księdza Prymasa Tysiąclecia kardynała Stefana Wyszyńskiego, w którego obronie odważnie stawał po jego internowaniu w 1953 roku. Nie ma natomiast tablicy na budynku klasztoru sióstr urszulanek przy ulicy Dobrej. Zawsze, gdy przejeżdżam tamtędy, modlę się do niego jak do świętego. Zabrakło też miejsca dla niego w trzytomowym słowniku biograficznym opozycji w PRL w latach 1956 - 1989. Przykre to, gdyż z pewnością na to zasłużył całym swym długim życiem.

Antoni Zambrowski

Zostań donatorem naszych publicystów:
Jeśli satysfakcjonuje Cię publicystyka Antoniego Zambrowskiego - możesz wesprzeć Naszego Autora datkiem.
Konto:
61 1240 1040 1111 0010 0042 5486
Bank PeKaO SA III O. w Warszawie
SWIFT/BIC - PKOPPLPW



Publicystyka Antoniego Zambrowskiego na ASME


Orędzie Noworoczne Redaktora Naczelnego Wysłane niedziela, 31, grudnia 2006 przez Krzysztof Pawlak

W dzisiejszym podsumowaniu wydarzeń merdialnych z grajdołka zwanego "polskim regionem Unii Europejskiej" poczynionym w serwisie informacyjnym "Teleekspress", emitowanym w programie Pierwszym Telewizji Polskiej (tej od mitycznej misji specjalnej na użytek społeczeństwa między [jeszcze] Odrą/Nissą a Bugiem) materiał dotyczący wyborów samorządowych został okraszony komentarzem, że "zwyciężyła Platforma Obywatelska PRZED PiS-em"...

Ponieważ w miarę walki z osławionym "Układem" ten nabiera tylko mocy i dialektycznego rozszerzania się - w pierwszych dniach stycznia Nowego 2007 Roku, Brat Bronisław Wildstein - przez kilka najbliższych dni jeszcze prezes "misyjnej" stacji telewizyjnej - zakończy swą misję w tym przedsiębiorstwie.

I to niech też stanowi swoiste podsumowanie mijającego na naszych oczach w swych ostatnich godzinach Starego 2006 Roku.

Drodzy PT Odbiorcy Antysocjalistycznego Mazowsza i TV ASME!

Wszystkiego (bo leppiej - to raczej już nie będzie...) Najśmieszniejszego w Nowym Roku!

życzy

redaktor naczelny ASME



(w tle powinna być wykonywana muzyka marszowa - na cześć nowego "regionu prezydencjalnego")

Redaktor Stanisław o księdzu Stanisławie i doktorze Stanisławie - czyli dobre Słowo na Nowy 2007 Rok od znamienitego publicysty prawicowego Wysłane sobota, 30, grudnia 2006 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |








Redaktor Stanisław o księdzu Stanisławie i doktorze Stanisławie - czyli dobre Słowo na Nowy 2007 Rok od znamienitego publicysty prawicowego
Wysłane sobota, 30, grudnia 2006 przez Krzysztof Pawlak

"Proszę Państwa, w przededniu ostatniego dnia Starego Roku i pierwszego dnia Nowego Roku i takie momenty sprzyjają refleksjom »temporalnym«, związanym z upływem czasu i nasuwa się mi dlatego taka uwaga, że to co było kiedyś udziałem szlachty - piękne stroje, wysoka kultura - zeszły do chłopstwa i przetrwało do naszych czasów w postaci np. sukman i tańców ludowych. Przypominam o tym, bo na naszych oczach potwierdza się po raz kolejny teoria konwergencji - oto Kościół upodabnia się coraz bardziej do Partii. Komuny walczącej z Kościołem w takiej postaci, jaką znaliśmy sprzed kilkudziesięciu lat, już nie ma. W ostatnich dniach, przy okazji oskarżenia księdza arcybiskupa Wielgusa o dwudziestoletnią współpracę ze Służbą Bezpieczeństwa pod pseudonimem »Adam«, które wyszło od strony »Gazety Polskiej« widać, że arystokracja kościelna w postaci Jego książąt - biskupów zaczęła naśladować partyjne zachowania" - Stanisław Michalkiewicz w swym ostatnim w tym roku TV felietonie na naszej witrynie ASME rozważa doniosłość okoliczności, jakie pojawiły się przed ingresem nowego pasterza diecezji warszawskiej.

Pewne światło na sprawę domniemanej współpracy księdza arcybiskupa rzucił doktor Dudek z warszawskiej delegatury Instytutu Pamięci Narodowej, który w dniu dzisiejszym oświadczył, że w przepastnych magazynach IPN pewne dokumenty na temat Arcybiskupa - ale jak dotąd NIKT się nimi nie chciał zainteresować! Nie zrobiła tego zwłaszcza sławna "trójka klasowa" w postaci komisji kościelnej - a było przecież dostatecznie dużo czasu, by podjąć temat. Uzyskaliśmy jedynie wyjaśnienie, że księża-historycy mogą to zrobić tylko na polecenie Papieża, ewentualnie samego zainteresowanego, a ten jakoś nie kwapił się do wystosowania takiego polecenia. Biur Polityczne, pardon - Prezydium Konferencji Episkopatu przeszło więc do kontrofensywy i wydało sformułowany w kategorycznym tonie komunikat, by już nie posądzać arcybiskupa Wielgusa o współpracę z SB, dlatego, że... nie można podważać decyzji Papieża. A przecież tego nie robiła redakcja "Gazety Polskiej"! Następnym krokiem był komunikat Biura Prasowego Stolicy Apostolskiej, które stwierdziło, że Papież "ma pełne zaufanie do Arcybiskupa", więc niby "Roma locuta, causa finita"... Powstało tedy wrażenie, jakby pytanie o całą sprawę mogło stanowić próbę podważenia dogmatu o nieomylności Następcy Piotrowego. Natychmiast odezwał się biskup lubelski, faworyt Stanisława Michalkiewicza, który autorytatywnie stwierdził, że należy bojkotować gazety, które formułują "nieuzasadnione zarzuty" - ale skąd Ekscelencja wie, że "zarzuty są nieuzasadnione", skoro NIKT do IPN się jak dotąd nie pofatygował?
Potem wszyscy księża diecezji płockiej podpisali się pod listem-apelem, że arcybiskup Wielgus jest czysty jak łza, zaraz po chwili to samo uczynili księża z archidiecezji warszawskiej, gdzie swe porządki niedługo zapewne zaprowadzi Ekscelencja biskup-nominat. Rozpoczął się koncert lizusostwa, maskowany poczuciem lojalności.
To jeszcze nic, ponieważ wszystkich przebił pan doktor Stanisław Krajski w swym wystąpieniu w "Naszym Dzienniku". Otóż napisał tam taki passus, że każdy kto atakuje arcybiskupa Wielgusa - atakuje samego Pana Boga. Lizusostwo doszło w tym przypadku do stopni bluźnierstwa. Stanisław Michalkiewicz zastanawia się, co poczną wszyscy ci, którzy nie znają umiaru w lizusostwie, kiedy okaże się, kto miał rację - czy arcybiskup Wielgus, który zapewniał, że jedynie "rozmawiał z SB przy okazji wyjazdów", czy redaktorzy "Gazety Polskiej"...

Nagranie trwa ponad 14 minut i jest dostępne w Sieci do 12 I 2007 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




Lustracja w Kościele i prezentacja książki "Stan wojenny w zapiskach arcybiskupa Dąbrowskiego" - wykład katolickiego historyka Petera Rainy w ramach Klubu Politycznego Unii Polityki Realnej Wysłane czwartek, 28, grudnia 2006 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |







Lustracja w Kościele i prezentacja książki "Stan wojenny w zapiskach arcybiskupa Dąbrowskiego" - wykład katolickiego historyka Petera Rainy w ramach Klubu Politycznego Unii Polityki Realnej
Wysłane czwartek, 28, grudnia 2006 przez Krzysztof Pawlak

"Wydałem właśnie książkę - ksiądz biskup upoważnił mnie do tego na parę miesięcy przed Jego śmiercią, więc teraz to czynię, bo dobrze się składa, minęła właśnie 25. rocznica wprowadzenia stanu wojennego. Także niedługo opracuję teczki założone księdzu Jankowskiemu i wiele spraw związanych z kurią pomorską, bo są już dostępne materiały Służby Bezpieczeństwa z tamtego regionu" - oświadczył na wstępie swojego wykładu w siedzibie Unii Polityki Realnej Peter Raina, katolicki historyk, badacz czasu pierwszej "Solidarności" i lat ostatnich okupacji sowieckiej oraz władzy ich komunistycznych kolaborantów.

Historyk przedstawia pierwsze dni stanu wojny jaruzelsko-polskiej w zapiskach arcybiskupa Dąbrowskiego. Ujawnia ostre wystąpienia polskiego duchowieństwa wobec komunistycznych władców Polski - ale konflikt wśród hierarchów i sprzeciw ich sporej części także wobec znanej i mało chwalebnej postawy biskupa Glempa w stosunku do bandy Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego z tow. "generałem LWP" Jaruzelskim na czele. Zapiski arcybiskupa kończą się listopadzie 1982 roku. Po 14 stycznia ukaże się książka o kurii gdańskiej, gdzie już wiadomo, że np obecny wikariusz generalny Lauer pracował dla SB, a byli niestety także i inni księża, którzy sprzeniewierzyli się swojemu powołaniu... Peter Raina zaznacza, że ma do opracowania jeszcze 250 stron dokumentów, sprawozdań księży z tej kurii, czynionych na potrzeby służb specjalnych PRL.

Nagranie trwa 32 minut i jest dostępne w Sieci do 11 I 2007 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




Pasterze i bydło - Krzysztof Mazur Wysłane czwartek, 28, grudnia 2006 przez Krzysztof Pawlak

Mamy obecnie do czynienia z pewnego rodzaju paradoksem, gdyż z jednej strony dzięki rozwojowi internetu czy techniki druku praktycznie "pisać każdy może", dzieląc się swoimi przemyśleniami z innymi potencjalnie coraz szerszymi rzeszami czytelników-korespondentów. Widać to także, wchodząc do pierwszej z brzegu księgarni, w której półki uginają się od dziełek Masłowskich i Gretkowskich, poradników w stylu "jak być pięknym, bogatym i zdrowym" czy wynurzeń gwiazdek polityki, sportu lub showbiznesu. Z drugiej zaś strony mamy "michnikowszczyznę" wprawdzie coraz bardziej bez Michnika, ale ciągle mocno trzymającą się jako metoda dzielenia przekaziorów na te lepsze - mające swoiste salonowe ISO III RP, i te gorszego sortu, których opinie i hipotezy nie są warte poważnego dyskursu, cytowania lub uwagi, a jeżeli już - to jako przykład "prymitywów" lub "bydła", z którym kulturalny człowiek nie powinien mieć nic do czynienia. Tak powszechny zalew informacji rodzi konieczność bardzo starannego sortowania i selekcjonowania otrzymywanych informacji i to nawet nie z faktu zagrożenia celową manipulacją, ale ze względu na brak takiej selekcji jeszcze przed publikacją. Pisać każdy może, edytor tekstu automatycznie poprawi błędy ortograficzne: studiując takie pozycje jak "Co z tą Polską" Tomasza Lisa, widać, że styl nie ma większego znaczenia, a Sieć wszystko przyjmie... Stąd rodzi się niejako naturalne dążenie do podziału całego obiegu wydawniczego i publicystycznego na pierwszy i drugi obieg. Oczywiście analogie do okresu, gdy obowiązywała cenzura, są jedynie przypadkowe, gdyż obecnie nikt nie zabrania czytelnikom kupowania nisko nakładowych gazet lub czytania mało znanych literatów. Z drugiej strony widać, że sytuacja jest dość absurdalna, bo każdy wie, że nadal władzę sprawują następcy Werblana, którzy wskazują, kogo warto wydawać i z czyimi opiniami warto zaznajamiać bydło

Właśnie mianem "bydła" senator Niesiołowski miał określić środowisko "Gazety Polskiej", co wywołało wśród jej redaktorów poważne oburzenie, graniczące z pozwem sądowym o naruszenie czci. Moim zdaniem, redaktorzy denerwują się zupełnie niepotrzebnie, gdyż na dniach na rynku księgarskim ukazała się książka autorstwa Grega M. Sarwy pt. "Bydło". Powieść reklamowana jest jako thriller polityczny, którego intryga rozwija się wokół hipotetycznej (?) powszechnej inwigilacji obywateli przez wszechobecny rząd i jego agencje, inwigilacji prowadzonej oczywiście pod pretekstem ochrony byd... tzn. pardon - obywateli przed mnogimi zagrożeniami terrorystycznymi. Gdyby według tego kryterium rzucić na szalę obecne poglądy senatora Niesiołowskiego i jego kolegów przebierających nogami do unijnego ordnungu i gardłujących za unifikacją, standaryzacją i globalizacją oraz poglądy redaktorów "GP" - to raczej nie powinno być wątpliwości, które środowisko powinno wystąpić z wnioskiem o przyznanie mu kwot mlecznych.
Dotychczas tak się składało, że po stronie "bydła" zawsze stawał Kościół katolicki wraz z jego hierarchią, ostatnio coraz wyraźniej widać, że naszych hierarchów wyraźnie zmęczyła rola pasterzy strzegących powierzonego im stada, gdyż bardziej interesujące okazało się zajmowanie własnymi sprawami i biesiadowanie.
Wygląda na to, że obrona ludzkich wolności i prawa do jawności życia publicznego spoczęła na barkach rozproszonej, ale nie tak znowu licznej i wpływowej grupy osób, które dotychczas najwierniej stawały w obronie religii oraz zasad tworzących naturalny porządek moralny i społeczny. Okazało się to jednakże za słabą rękojmią zaufania i uznania dobrej woli, zresztą skoro biskup może publicznie odmawiać opozycyjnej przeszłości księdzu Zaleskiemu, to mamy najbardziej wymowny przykład naszej wewnętrznej michnikowszczyzny. Pozostaje tylko pytanie, kto stanie w obronie kościoła i hierarchii, gdy jego obecni pochlebcy i koniunkturalni sojusznicy w zwalczaniu "dzikiej lustracji" osiągną już swój cel i zabiorą się na powrót do wielkiego dzieła niszczenia religijnych fundamentalizmów i państwa wyznaniowego?
A przecież prędzej czy później, a pewnie prędzej niż się można spodziewać - do takiej sytuacji dojdzie. Kto wtedy będzie gardłował przeciwko nowej lewej nodze: czy niepokorna prawica, której obecnie przypisuje się "wściekłe" ataki na hierarchię, nie zachowa się jak ten pies z bajki Jeana de la Fontainea zatytułowane "Chłop, pies i lis". Lis widząc, że chłop wrócił z karczmy "po kwaterkach pięciu", a "kurnik otwarty" nie żałował sobie na jedzeniu/ A gdy już zemstę nasycił zajadłą,/ Porwał, co mu w paszczę wpadło,/ Resztę zostawił i nie tracąc czasu/ Drapnął do lasu./ Chłop gdy otrzeźwiał i zobaczył co się stało/ od razu zakrzyknął do psa z pretensjami: "Gdzie pies? A łotr! A zdrajca! A skóra na buty!... Czemuś nie szczekał, czemuś nie ujadał,/ Gdy lis do kur się zakradał?.../ Na to pies odpowiedział, że "Szczekałem ci ja - ... -/ Lecz ty, wróciwszy wieczorem/ Tak... niby... pod dobrą datą,/ Drzwi zostawiłeś otworem./ A potem... i jam zasnął, wyznaję to szczerze,/ Bo jeśli tobie wcale się nie chciało/ Dbać o swe mienie, dlaczegoż ja, zwierzę,/ Mam być mędrszym od ciebie i czuwać noc całą?". Niby taka bydlęca mądrość, ale trzeba przyznać, że co racja to racja, bo czasami samemu odechciewa się szczekać.

Krzysztof Mazur

Publicystyka Krzysztofa Mazura na ASME


Polsce bardzo potrzebne są nieskażone autorytety - Łukasz Perzyna o sprawie oskarżeń "Gazety Polskiej" wobec biskupa Wielgusa Wysłane piątek, 22, grudnia 2006 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |








Polsce bardzo potrzebne są nieskażone autorytety - Łukasz Perzyna o sprawie oskarżeń "Gazety Polskiej" wobec biskupa Wielgusa
Wysłane piątek, 22, grudnia 2006 przez Krzysztof Pawlak

"Parlamentarzyści polscy, sejm, którego notowania, jeśli chodzi o ocenę jego dobrej pracy, prestiżu - znów jak to zwykle bywa, w każdej kadencji lecą na łeb na szyję - wpadli na pomysł, by Jezusa Chrystusa ogłosić Królem Polski. Na to zareagowały protestem wcale nie antyklerykalne środowiska, lecz jeden z bardziej znanych i poważanych hierarchów Kościoła Polskiego - arcybiskup Sławoj Leszek Głódź doradził parlamentarzystom, by po prostu modlili się i pokutowali. I to chyba jest głos słuszny. To co w najwyższym stopniu zapewne arcybiskupa oburzyło - to pewnie brak moralnego tytułu obecnego parlamentu do tej koronacji - bo wyobraźmy sobie, że za taką uchwałą podnoszą ręce i przyciskają przyciski ci molestanci panienek biurowych z Samoobrony albo ci, co bardzo długo nie potrafili wyciągnąć organizacyjnych konsekwencji z palenia flag na śląskiej imprezie" - Łukasz Perzyna, publicysta "Tygodnika Solidarność", współpracownik naszej witryny ASME, autor politologicznej książki "Uwaga! Idą wyborcy", analizuje sprawę upublicznienia zarzutów o kolaborację biskupa płockiego z SS PRL.

Wydaje się, że w tej chwili jest czas w Polsce by wspierać autorytety - dlatego dobrze wesprzeć arcybiskupa Leszka Głodzia. Sprawa ataku na biskupa Wielgusa, nie umotywowana do tej pory dokumentami, oskarżenia o współpracę z komunistyczną Służbą Bezpieczeństwa - w roku ostatniej zapewne wielkiej rocznicy (25.) wprowadzenia stanu wojennego przez kolaborantów sowieckich okupantów Polski, w roku zaatakowania przez post(?)komunistyczny tygodnik "Wprost", założony i prowadzony przez byłego sekretarza KC PZPR, nie żyjącego już poety-pomnika wiary w wolność człowieka Zbigniewa Herberta - musi postawić każdego obserwatora politycznej sceny RP w gotowości - uważa Łukasz Perzyna. "Gazeta Polska" szermująca tym oskarżeniami, będzie musiała przedstawić dowody, albo jej autorytet odejdzie w niebyt. Polakom potrzebne są autorytety nieskażone - wskazuje na to widoczny od lat ich głód, choćby na przykładzie niebywałej kariery skoczka narciarskiego Adama Małysza. Czy teraz próbuje się odebrać Polakom autorytety? - stawia pytanie Łukasz Perzyna.

Nagranie trwa prawie 12 minut i jest dostępne w Sieci do 6 I 2007 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




Pełne zaufanie Ojca Świętego - prof. Mirosław Dakowski Wysłane czwartek, 21, grudnia 2006 przez Krzysztof Pawlak

Dziś, 21-go grudnia, Polską wstrząsnęło nagłaśniane we wszystkich mediach "oświadczenie Watykanu" w sprawie biskupa Wielgusa. Między innymi słyszymy w mediach, że "Ojciec św. ma pełne zaufanie do biskupa". I że przy decyzji o powołaniu go na stanowisko metropolity warszawskiego uwzględniono "całą przeszłość" obecnego biskupa. Itp.
Skądinąd wiemy, że biskupów jest na świecie ok. 20 000. Gdyby Ojciec św. studiował dokumenty o przeszłości każdego nominata, to miałby wiele roboty... Poza tym wiemy, że dużo dokumentów na temat powiązań ze strukturami tajnymi PRL księdza, a potem biskupa Wielgusa, nie dotarło do Watykanu. Ważne będzie ujawnienie wszystkich dokumentów na temat tej ew. współpracy. Oby nastąpiło to jak najszybciej.
Czy jutro dowiemy się, kto podpisał pismo zwane "głosem Ojca św." ? Nazwisko prałata, z jakiej dykasterii watykańskiej, jaka pieczątka? Bo może się okazać, że jest to sprawa dęta, jak już to miało miejsce przy "potępieniu radia Maryja przez Ojca św." Pamiętają Państwo?
Przecież dla licznych kapusiów w episkopacie byłoby zbawienne, gdyby udało się tak zagdakać Prawdę, jak to teraz czyni np. arcybiskup Życiński. Uaktywnili się też biskupi Pieronek i Gocłowski. Czy możliwa jest abolicja działań kapusiów ze względu na np. przedawnienie? Lub na błogosławione skutki ich działań? Możliwa. Powstałby jednak wtedy kościół św. Judasza.
Nasza akcja żądająca lustracji biskupów przez niezależnych historyków jest więc zupełnie na czasie. Żadna auto-lustracja kapusiów, nawet powołujących się na domniemane zdanie Ojca św., nie może oczyścić Kościoła w Polsce. Ryba psuje się od głowy, ekscelencje.

Mirosław Dakowski

Prof. Mirosław Dakowski jest jednym z liderów Obywatelskiego Ruchu na rzecz JOW.

Witryna ASME Antysocjalistycznego Mazowsza jest najstarszym serwisem w Sieci - oprócz witryny tematycznej JOW - propagującym ideę JOW


Myślenie pozytywne - Stanisław Michalkiewicz Wysłane czwartek, 21, grudnia 2006 przez Krzysztof Pawlak

Ostatnio jesteśmy zachęcani ze wszystkich stron, żeby myśleć pozytywnie. Podobno taka zmiana myślenia potrzebna jest zwłaszcza u nas, gdzie od rana do wieczora słychać tylko narzekanie, a od wieczora do rana - wołanie upiora i ujadanie strwożonych psów. Jak tylko wszyscy zaczniemy myśleć po nowemu, to narzekać będziemy tylko na to, na co wolno, a nawet trzeba, a z pozostałych rzeczy będziemy już tylko się radować według wskazówek Adama Michnika. Tak w każdym razie mówią psychologowie, którzy z każdą kolejną ustawą respektującą unijne standardy mają nam coraz więcej do powiedzenia i coraz bardziej władczym tonem. Skoro więc taki rozkaz, to trudno; próżno wierzgać przeciwko ościeniowi, więc w tej sytuacji warto się zorientować, na czym właściwie polega to pozytywne myślenie.

Najkrótsze objaśnienie znajdujemy w anegdotce o pesymiście i optymiście. Pesymista powiada: już gorzej być nie może! Na to optymista pogodnie: może, może! Jak widzimy, myślenie pozytywne nie jest specjalnie trudne, chociaż i ono obfituje w pułapki. Oto na przykład w "Dzienniku" nr 197 pan red. Robert Mazurek zwierza się, że gdzie tylko się obróci, wszędzie mu śmierdzi. I na warszawskim rondzie Dmowskiego i w Grodnie. Oczywiście obwinia za to otoczenie, najwyraźniej zapominając o przysłowiu, że wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma. Osoba bardziej spostrzegawcza i dociekliwa próbowałaby doszukiwać się między tymi rozmaitymi miejscami jakiegoś wspólnego mianownika, a nietrudno chyba zauważyć, że w każdym z nich śmierdziało akurat podczas bytności pana red. Mazurka, który zresztą sam nas o tym szczerze informuje.
Ale opis tego smrodu, że tak powiem, fizycznego, to tylko taka metafora, mająca ułatwić czytelnikom "Dziennika" zlokalizowanie źródeł smrodu politycznego. Chodzi oczywiście o "dziarskich chłopców z Młodzieży Wszechpolskiej" i ich "starszych obrońców", pod którą to enigmą bez trudu można rozszyfrować niżej podpisanego. Ale dlaczego nie po nazwisku? Dlaczego pan red. Mazurek nie napisał, dajmy na to, że śmierdziel Michalkiewicz broni prawa do wolności wypowiedzi wbrew "powszechnie obowiązującym poglądom"? Akurat przed kilkoma tygodniami poprosił mnie o rozmowę właśnie dla "Dziennika" i nawet mu ją autoryzowałem. Mimo to nie ukazała się w druku, pewnie z powodu sprzeczności z "powszechnie obowiązującymi poglądami", do których "Dziennik", mimo pozorów niezależności, najwidoczniej już się dostroił. A skoro cenzura nie puściła panu red. Mazurkowi rozmowy ze mną, to kto wie - może też zabroniła mu wymieniania mego nazwiska? W tej sytuacji trudno się dziwić, że gdzie się nie ruszy - wszędzie śmierdzi. Jednak nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, bo człowiek znajdujący się w nieznośnym położeniu instynktownie szuka jakiegoś wyjścia. I pan red. Mazurek, odwołując się do myślenia pozytywnego, wyjście znajduje: "trzeba się myć i wietrzyć, i w głowę stuknąć". O, to to! Wietrz się pan i stukaj, panie redaktorze! Czekamy na rezultaty.
Na tym przykładzie możemy docenić korzyści, jakie z myślenia pozytywnego płyną w wymiarze jednostkowym. Ale przecież na tym wymiarze wcale się nie kończą. Oto zbliżają się święta Bożego Narodzenia. Wspominałem kiedyś, że przyzwyczailiśmy się traktować je jako wydarzenie radosne i oczywiście pozytywne. Tymczasem nie jest to takie oczywiste. Oto za panowania cesarza Oktawiana Augusta, w Betlejem judzkim narodził się Pan Jezus, który w trzydzieści lat później położył fundamenty pod nową religię - chrześcijaństwo. Powstanie chrześcijaństwa doprowadziło do bolesnego rozłamu z judaizmem, o co wyznawcy judaizmu do dzisiejszego dnia mają do chrześcijan i chrześcijaństwa pretensję, upatrując w nim źródło antysemityzmu, stojącego dziś w sprzeczności z "powszechnie obowiązującymi poglądami". Czy w tej sytuacji wypada cieszyć się z narodzin Pana Jezusa? Przecież gdyby się nie narodził, nie powstałoby chrześcijaństwo, nie doszłoby do bolesnego rozłamu z judaizmem ani do antysemityzmu, który stoi dziś w sprzeczności z "powszechnie obowiązującymi poglądami". Co tu dużo mówić; nie da się ukryć, że dobrze to nie wygląda.
Kiedy jednak odwołamy się do myślenia pozytywnego, zaraz okazuje się, że nie musimy ani kasować świąt Bożego Narodzenia ani zatruwać sobie goryczą każdego łyka wina czy wódki. Zwróćmy bowiem uwagę że wśród podstawowych wartości europejskich, na pierwszym miejscu umieszczamy tolerancję i dialog. Żeby jednak tolerancja i dialog były w ogóle możliwe, muszą istnieć dwie strony, dwaj - jak to się w barbarzyńskich, przedtolerancyjnych czasach mówiło - przeciwnicy. Gdyby tedy za panowania cesarza Oktawiana Augusta w Betlejem judzkim, znaczy - u Judejczyków - nie narodził się Pan Jezus, to w trzydzieści lat później, jako Galilejczyk, nie położyłby fundamentów pod chrześcijaństwo. Wobec tego nie doszłoby do żadnego rozłamu z judaizmem, co oczywiście miałoby same zalety, ale nie możemy zapominać, że niemożliwe byłyby wtedy ani tolerancja, ani dialog. W braku tolerancji i dialogu do dzisiejszego dnia tkwilibyśmy w barbarzyństwie, nie zdając sobie nawet sprawy z istnienia czegoś takiego, jak wartości europejskie. Na szczęście Pan Jezus się narodził, dzięki czemu zyskaliśmy szansę wydobycia się z barbarzyństwa. Zatem - mimo wszystko - wesołych Świąt!

Stanisław Michalkiewicz

Publicystyka Stanisława Michalkiewicza na ASME i nagrania TV ASME


Na czele pruskiej kolumny marszowej powiewa sztandar pana Jakuba Goldszmita, potomka "starej rodziny z Wrocławia" - Stanisław Michalkiewicz o złożeniu do Trybunału w Strasburgu pozwów Powiernictwa Pruskiego przeciw Polsce Wysłane środa, 20, grudnia 2006 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |








Na czele pruskiej kolumny marszowej powiewa sztandar pana Jakuba Goldszmita, potomka "starej rodziny z Wrocławia" - Stanisław Michalkiewicz o złożeniu do Trybunału w Strasburgu pozwów Powiernictwa Pruskiego przeciw Polsce
Wysłane środa, 20, grudnia 2006 przez Krzysztof Pawlak

"No to mamy problem: Powiernictwo Pruskie wbrew wszystkim ustaleniom politycznej poprawności wystąpiło przeciwko Polsce do trybunału w Strasburga z 22 pozwami, a na czele tych pozwów jest pozew pana Jakuba Goldszmita, potomka starego rodu żydowskiego z Wroclawia. Rozumiem, że to dlatego, iżby pozew miał na sędziów Trybunału działać onieśmielająco, zniewalająco - by nie śmieli takiego pozwu tak od razu rozpatrzyć i być może odrzucić bez merytorycznego rozpatrzenia. Jeśli trybunał w Strasburgu jednak zacznie je rozpatrywać, będzie to potwierdzenie ograniczenia naszej suwerenności nad obszarem 1/3 terytorium Polski, bo poddanie arbitrażowi międzynarodowemu stosunków własnościowych na naszym terenie to właśnie oznacza. I to jest te "szydło z worka", które wyszło mimo bajko-opowieści pana Kwaśniewskiego z broszurki przed referendum nad Anszlussem RP przez Unię Europejską" - Stanisław Michalkiewicz, stały współpracownik naszego serwisu ASME, komentuje ważkie wydarzenia z dziedziny międzynarodowej wymiany uprzejmości politycznych.

Wbrew opiniom naszych pożytecznych idiotów widać, że rząd niemiecki - przetestowany przez pana premiera Kaczyńskiego w propozycji złożonej pani Anieli Merkiel, by wzajemnie zrzec się roszczeń w polsko-niemieckim traktacie dotyczącym wyniku II wojny światowej - te roszczenia uznaje, choć (przynajmniej oficjalnie) ich oczywiście nie popiera. Co w takim razie z minionymi kilkoma ministrami spraw zagranicznych RP, którzy najwyraźniej nie stanęli na wysokości zadania, zaczynając od Skubiszewskiego i premiera Mazowieckiego, a którzy brali pieniądze podatników polskich za dbanie o ich interesy? Cała sprawa jest wynikiem ratyfikacji traktatu akcesyjnego, nawet próba wystąpienia ze Związku Socjalistycznych Republik Europejskich, jak konserwatywni liberałowie określają UE, nie jest możliwa, bo musi nastąpić "zgoda wszystkich sygnatariuszów", więc brak zgody nawet jednego z nich - np. Niemiec - powoduje nielegalność wystąpienia jednego kraju z tego oberzwiązku. Stanisław Michalkiewicz uważa, że sprawa złożenia pozwów w Strasburgu jest przygotowaniem, wstępem do podważenia skutków II wojny światowej - przynajmniej jeśli chodzi o stosunku polsko-niemieckie. Kwestie własnościowe na 1/3 terytorium RP nie były uregulowane w traktacie o dobrym sąsiedztwie, podpisanym przez ministrów Genschera i Skubiszewskiego w 1991 roku, "ziemie północne i zachodnie" były w trakcie konferencji poczdamskiej zaledwie oddane w "tymczasową administrację polską", regulować całą sprawę miał do dziś nie podpisany traktat pokojowy z Niemcami. Przynajmniej już dwie ważne osobistości życia politycznego Niemiec wystąpiły z opiniami o braku charakteru wiążącego dla Niemiec ustaleń konferencji poczdamskiej ze względu na to, że Niemcy nie były stroną tej konferencji...
Jest to więc najwyraźniej "rozpoznanie walką", czynione przez pozarządowe Powiernictwo Pruskie, a na czele tej pruskiej kolumny marszowej powiewa sztandar pana Jakuba Goldszmita, potomka "starej rodziny z Wrocławia"...

Nagranie trwa 11 minut i jest dostępne w Sieci do 4 I 2007 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




Ścieżki kariery - Krzysztof Mazur Wysłane wtorek, 19, grudnia 2006 przez Krzysztof Pawlak

W ostatnich latach mieliśmy aż nadto przykładów, na podstawie których można określić typową ścieżkę kariery publicznej w PRL-u i Rzeczpospolitej Trzeciej i Pół. Zresztą takich przykładów pewnie każdy z Czytelników ma aż nadto pod ręką, niezależnie od skali tej kariery i profitów zeń płynących. Piszący te słowa w pełnoletniość wkraczał w drugiej połowie lat 80., kiedy to przyszło mi zgłębiać tajniki ekonomii politycznej socjalizmu i kapitalizmu. Może zabrzmi to trochę nieskromnie ale - cóż dobry towar sam się chwali - w związku z tym, że miałem dość dobrze w głowie poukładane, stać mnie było na wyrażanie podczas wykładów lub ćwiczeń własnego zdania, jak i manifestowania światopoglądu niekoniecznie zbieżnego z oficjalnym. Była to w sumie cieplarniania i pluszowa opozycyjność, ale pomimo tego SB-cja postanowiła zakwalifikować mnie do osobników prowadzących "działalność antypaństwową naruszającą porządek publicznoprawny". Dowiedziałem się tego z wypisu kartoteki odtworzeniowej, którą dokładnie rok temu otrzymałem w Oddziale IPN-u. Pisało tam również, że inwigilację mojej osoby zakończono w styczniu 1990 r., czyli pół roku po tym, kiedy według Joanny Szczepkowskiej "skończył się komunizm", sprawę prowadzono na podstawie składanych materiałów agenturalnych, czyli po prostu donosów, z jednoczesnym zaznaczeniem, że wszystkie te materiały zostały zniszczone.

Nie wiem więc, kto na mnie donosił, nie jest mi z tego powodu jakoś szczególnie przykro ani nie zadręczam się codziennie myślą, że w moim otoczeniu przebywa jakiś kapuś, ale świadomość byłego i obecnego czasu nie pozwala mi obojętnie patrzeć na system, który nie tylko pokrywa małość nimbem zapomnienia, ale wprost foruje takie kreatury podczas selekcji zawodowej i politycznej. Oto jeden z moich "kolegów", któremu nauka przychodziła z pewną trudnością, za to wykazywał się niespożytą energią w barwach KPN-u, "zaszczyca" obecnie swoim nazwiskiem i pseudonimem niesławną listę sporządzoną przez grupę "Ujawnić Prawdę". Ale co się w III RP nachapał, to jego, w końcu zdążył być już wiceprezydentem średniej wielkości miasta. Inny, wymieniony na tejże liście, wielki działacz ZSP czerpiący profity z nieustannego dorabiania na ZSYP-owskich saksach, od wielu lat burmistrzuje swojej mieścinie, a z tego co mi wiadomo, również ostatnie wybory zakończył sukcesem. Zresztą niekoniecznie trzeba było być TW, zwykle wystarczył oportunizm każący zapisać się do wspomnianego Zrzeszenia Studentów Polskich, ZSMP lub ZMW, bez problemów dostawało się paszporty na "wsie strany mira" i łatwo się tam wyjeżdżało. A w III RP, koledzy z SLD lub PSL-u pamiętali o swoich dawnych poplecznikach i gratyfikowali takich - najczęściej - nieuków i drobnych pijaczków wysokimi stołkami w urzędach państwowych, samorządowych lub skarbowych.

Ostatnią uwagę chciałbym szczególnie zaakcentować, gdyż pamiętam dokładnie osoby ze swojego otoczenia, które w III RP robiły kariery zawodowe i publiczne i w 90 proc., a może nawet więcej, byli to nieuki, lenie lub zmanierowani synkowie PRL-owskich aparatczyków, niezależnie od tego czy należeli do ZSMP, czy NZS-u. Jeżeli w III RP robili karierę, to w większości dlatego, że szli po linii SLD lub PSL-u, okazywali się TW lub szli po wiodącej linii opozycji. Stąd niezależnie od tego czy jakiś obecny nominat lub kandydat na nominata jest utytułowanym profesorem lub doświadczonym dyrektorem ("mój mąż jest z zawodu dyrektorem"), wiedząc, że w jego życiorysie całymi latami dominował polityczny oportunizm, mam instynktownie bardzo mało zaufania do rzeczywistych kwalifikacji takiego osobnika. Po prostu znam całe legiony takich "fachowców" i "profesorów" w najbliższym otoczeniu i nie sądzę, aby to otoczenie stanowiło jakiś szczególny polityczny ekosystem. Ba!, miałem okazję poznać profesora-specjalistę od finansów publicznych, który po kilku kieliszkach przyznał się, że powtarzał szóstą klasę podstawówki z powodu "pały" z matematyki. Zapewniam od razu, że nie był to polski Einstein ani kontestator publicznego nauczania, gdyż ten uczony finansista nadal nie umie rozwiązywać równań z niewiadomą.

Zebrało mi się na takie wspominki obserwując zamieszanie wokół najlepszej niedoszłej kandydatury prof. Sulmickiego na prezesa NBP, dywagacje nt. nieziemskich kwalifikacji Marcinkiewicza i kontrowersje wokół osoby ks. abp. Wielgusa. Oczywiście z góry zastrzegam, że nie uważam wymienionych w tym kontekście osób za nielotów, nieuków a tym bardziej drobnych pijaczków, wprost przeciwnie uważam, że wyżej wymienione osoby stanowią przykłady z górnej półki - ale górnej półki wymienionych wcześniej ścieżek kariery.
Prof. Sulmicki z Sulmic jest dokładnym odwzorowaniem kariery poprzez oportunizm, najpierw nieprzerwanie w PZPR: od 1986 r. doradca w NBP, potem kariera uczelniana i fuchy w krajowych i międzynarodowych instytucjach aż po ostatnią nominację z rąk prezydenta IV RP, która miała rozliczyć komunizm i uczynić sprawiedliwość. Co ciekawe, prof. Sulmicki miał stanowić rękojmię niezależności w procesie kierowania narodowym bankiem centralnym, a publicznego zainteresowania swoją osobą i presji medialnej nie potrafił wytrzymać dłużej jak dwa dni. Typowa ścieżka po linii partii - władzy, byleby być zawsze po "słonecznej stronie życia", przynajmniej jeśli chodzi o stronę materialnych i zawodowych profitów.
Kazimierz Marcinkiewicz, jak wiadomo, nie przyjął propozycji rządowej posady, gdyż nie odpowiadała jego nieziemskim, osobistym walorom, ale jak stwierdził w niedawno udzielonym wywiadzie - swoje nazwisko już widzi w encyklopedii. Właściwie to mógłby już nic nie robić, przynajmniej dla siebie, a jeżeli podejmuje jakieś starania, to oczywiście dla naszego dobra, dla dobra Polski, której nie stać na marnowanie takich wybitnych osobistości. Wyjątkowe połączenie bufonady z pijarowskim samozakłamaniem, każącym wykreowanemu premierowi-naturszczykowi wierzyć w wymyślone na swój temat dyrdymały. Połączenie politycznego arywizmu i "ciągu na władzę" z oportunizmem w ramach szerokiej opozycji od ZCHN-u po AW"S", Przymierze Prawicy, PiS aż po koniunkturalne ukłony w stronę PO.

I abp. Wielgus, określany przez otoczenie jako wybitny teolog, ksiądz i człowiek, a zarazem kolejny z szeregu oskarżonych o agenturalną współpracę zwalający winę na sfałszowane teczki i uwarunkowania minionego czasu. Tteolog i naukowiec dzielący prawdę na "prawdę historyczną", która ma być tożsama z "prawdą diabelską" i prawdę okraszoną "życzliwością i miłością". Oczywiście arcybiskup wie, że jego teczki to domena tego gorszego rodzaju prawdy chociaż zarazem przyznaje, że "co jest w teczkach zebrane, tego nie wiem", "w ogóle nie starałem się o to, żeby zaglądać do teczek. Nie wiem czy one są, czy ich nie ma". Arcybiskup wie za to, że "potworne krzywdy wyrządziła inkwizycja", gdyż jest mediewistą i czytał niektóre z doniesień tamtego okresu, tylko nie wiadomo czy owe kroniki i dokumenty ksiądz arcybiskup czytał, mając na uwadze prawdę okraszoną życzliwością, czy kierował się wyłącznie "prawdą historyczną". Biorąc pod uwagę tak stanowczą i druzgocącą recenzję inkwizycji - z pewnością była to ta sama strona prawdy, którą przedstawił np. Umberto Eco w znanej powieści "Imię Róży". A swoją drogą - to dziwić się cywilnym oportunistom, skoro kościół mający własne, praktycznie niezależne drogi awansu, własne seminaria i uczelnie jak np. KUL, pewną niezależność materialną i instytucjonalne poparcie Watykanu oraz kościoła powszechnego - nie mógł intelektualnie usatysfakcjonować ambitnych kleryków i księży, którzy "musieli" chodzić i rozmawiać z SB-kami w celu wyproszenia paszportu? Paszport wart mszy, a może nawet więcej?

I tak biegną obok siebie ścieżki karier naszych elit, a parafrazując La Fontaine'a: Trzy "kręte ścieżki do potoku wiodły,/ A kładka wąska, drżąca i zbutwiała/ Końce drożynek wiązała"..." - stąd trudno dziwić się, że jak chcą i kiedy chcą ćwiczą sobie na nas swoje wprawki różni krajowi i zagraniczni gryndziarze.

Krzysztof Mazur

Publicystyka Krzysztofa Mazura na ASME


Panie Kaziu, pan się nie martwi - "Byczo jest!" Wysłane wtorek, 19, grudnia 2006 przez Krzysztof Pawlak

Od wielu dni, a właściwie od kilku tygodni - od czasu sromotnej przegranej przez ekipę "młotych, doświadczonych, kre(a)tywnych meneczerów markietingiarskich" z lewicowo-narodowego ugrupowania Populizm i Socjalizm wojny o stołki w stołecznym samorządzie "polskiego regionu UE" trwa ogólnopolska akcja szukania sponsorowanego przez podatników stołka dla "pana Kazia", "Dymisjonarza" Marcinkiewicza, ekspremiera i eks-pełniącego obowiązki prezydenta Warszawy. Pan Kazio - jak z lubością określają go ci obserwatorzy życia robaczkowego polskiej sceny politycznej, którzy zapoznali się z prowadzonym przez niego tzw. blokiem (nie rysunkowym...) wypełnionym pijarowskimi mądrościami o poziomie infantylizmu typowym dla pełnym pretensjonalnych uwag nastoletnich panienek w okresie rozkwitania - po otrzymaniu od podatników warszawskich kosza w konkurach do stołecznego żłobu usilnie rozmyśla i apeluje do swego dobrodzieja, Brata Jarosława Kaczyńskiego o zapewnienie Mu odpowiedniego dla jego nabytego tak niedawno majestatu stanowiska.

Jak wiemy z doniesień merdialnych - Pan Kazio z honorem na obliczu uniósł się i odrzucił propozycję kilkusettysięcznej płacy na stanowisku prezesa firmy w większości państwowej "Orlen" w oczekiwaniu na opłacaną kilka razy mniej fuchę na stolcu ministerialnym. Byle jakim, ministerialnym jednak, no i - "powiązanym z gospodarką", bo wszak dla byłego nauczyciela fizyki w gorzowskim liceum, który jednak poznał tajniki zachowania się wolnych elektronów w nomenklaturze administracji państwowej, zajmować się sprawami na niższym poziomie nie wypada. Kto raz był królem - zachowa majestat na zawsze, powiada przysłowie. Więc i "pan Kazio" trzyma się swojego majestatu jak zmęczony ojciec słupa po wypłacie.

Cała ta zajmująca merdia po "aferze rozporkowej" kolejna warta ich uwagi sprawa stawiająca rząd naszej wreszcie autentycznej lewicy patriotycznej - no i żoliborskiej proweniencji, jak zawsze! - w pełnym świetle rampy scenicznej, dowodnie wskazuje nawet mało spostrzegawczym komentatorom politycznym, którą stronę na politykierskiej skali zajmuje ugrupowanie PiS, nie mówiąc już tym bardziej o jego koalicyjnych kompanionach z LPR czy Samoobrony. Określani do tej pory mniej dobitnymi pojęciami typu "etatyści", "propaństwowcy", działacze "żoliborskiej inteligencji genetycznych patriotów" są bezpośrednią kontynuacją lewicowej myśli w II Rzeczypospolitej, należącej do tradycji PPS-owskiej, oczywiście tej, która "wysiadła na przystanku Niepodległość". To wśród jej zasad "dbałości i wrażliwości o człowieka" można odnaleźć pomysł poszukiwań stołka dla człowieka, nie zaś odpowiedniego fachowca na wakujące stanowisko. To w obecnym czasie władzy ekipy PiS niestety wydatki na kancelarię prezydenta osiągnęły wyższe zapisy w ledwo co uchwalonej ustawie budżetowej niż było to za czasów tak mocno (i słusznie!) krytykowanej ekipy Olka "Disko" Kwaśniewskiego, aparatczyka formacji kolaborantów sowieckich okupantów Polski - Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. To niestety teraz, pod rządami ekipy "patriotycznej lewicy", tworzona jest kolejna państwowa agencja nadzorująca ruch lotniczy, nie są zaś likwidowane dotychczas istniejące, które są w sztywny sposób - czyli bez akceptacji sejmowej - finansowane przez podatników.
Może więc dla "pana Kazia od fizyki" zostanie utworzone nowe Ministerstwo Wszystkiego Najlepszego, Zdrowia, Szczęścia? Jakiż to byłby wspaniały przykład walki z bezrobociem (co prawda tylko wśród urzędników i aspirujących do tej kasty licznej rzeszy młodzieżowych działaczy, których tak wielu przedstawicieli ledwo po studiach i ze strachem przed bezrobociem w oczach widać było w tabunach przewalających się korytarzami warszawskiego ratusza, liczących na kolejne cztery lata fartu na cudzy koszt?

Propozycja założenia własnego biznesu wystosowana do kogoś, kto przez całe dotychczasowe życie żył na koszt podatników mija się z celem, co dobitnie unaocznia "pan Kazio", notoryczny "Dymisjonarz", któremu w pierwszym podejściu do samodzielnego działania w warunkach konkurencji powinęła się noga. Nie można jednak sądzić, że takimi "panami Kaziami" jest wypełniona cała ekipa PiS. Co to - to nie. Wszak zdali w zeszłym roku surowy egzamin na najwyższym poziomie, choć nie od rzeczy byłoby warto zauważyć, że warunki jego brzegowe wskazywały na zwycięstwo takiej właśnie opcji - gdyż okres II RP, jak i lata indoktrynacji komunistycznej trwale wbudowały w polskie społeczeństwo lewicowy światopogląd, co tłumaczy w pewien sposób mierne wyniki prawicowych ugrupowań w wyborach powszechnych, jak i samorządowych.
Nieodmiennie niechętnie do ekipy PiS nastawione merdia, do których należy zaliczyć tzw. sondażownie, jako ważny element "frontu ideologicznego" (założone w ginących w pomroce dziejowej lat tzw. przełomu 89/90) - publikują akurat w tych dniach fantastyczne wyniki poparcia i zaufania społecznego dla "pana Kazia", najwyraźniej w nadziei na wywołanie (a może ukrzepienie?) jakiś zadrażnień w wąskim kręgu najwyższych funkcjonariuszów PiS. Doskonale to rozumie Brat Jarosław, zajmujący obecnie miejsce premiera, po zdymisjonowaniu z niego "pana Kazia", co widać choćby po niniejszej wypowiedzi pierwszego ministra dla dzisiejszych "Sygnałów Dnia" porannej audycji Programu I Polskiego Radia:
"Proponowałem miejsce w rządzie, w resorcie gospodarczym, a o ile mogę zrozumieć po rozmowie, Kazimierz Marcinkiewicz nie chcąc odchodzić z polityki - to chcę mocno podkreślić - ale w tej chwili jest bardziej zainteresowany jakimś eksponowanym miejscem w sferze gospodarki państwowej w przedsiębiorstwach (...)".
Choć nie czas tu i miejsce na egzegezę szczególnego zmieszania pana premiera charakterem tej znaczącej zapewne rozmowy, co wskazuje fragment "o ile mogę zrozumieć po rozmowie" - to warto zastanowić się czy łzy i podejmowanie pod kolana wysokiego urzędnika przez petenta nie są aby częstym widokiem w gabinecie w Alejach Ujazdowskich? Pamiętając zawołanie osobników licznie okupujących urzędnicze posady II Rzeczypospolitej - "Byczo jest!", można mieć nadzieję, że przynajmniej jeden bezrobotny, za to "z majestatem" - nie pozostanie długo na zasiłku i swój szklany dom z odpowiednim biurkiem rychło odnajdzie...

Krzysztof Pawlak

Publicystyka Krzysztofa Pawlaka na ASME


Dokonał się czas pojednania POPiS-u w świetle 3. świeczki! Wysłane poniedziałek, 18, grudnia 2006 przez Krzysztof Pawlak

Cud się rodzi, Moc truchleje! Czas pojednania nadszedł! Przy chanukowych światełkach jedna się nowy moralnie świat Prawa i Sprawiedliwości z metropolitalną z zasady Platforma ratunkową dla Obywateli.

Patrzcie, obywatele i obywatelki moralnie się odradzającej szybko IV PRL - to, czego nie mogła osiągnąć w nijaki sposób cała czereda osławionych znawców "pijaru" oraz treningu neurolingwistycznego - osiągnął rabin sam jeden, pan Schudrich, za którym choć na stołecznych ulicach co i raz ganiają wraże osobniki antysemityczne, robiąc mu psikusy i czyny zabronione ustawami międzynarodowej społeczności - to jednak to On, nie zaś nowy proboszcz niedalekiej parafii pw. Wszystkich Świętych przy placu Grzybowskiem, jak mówiła swego czasu warszawska ulica, dokonał pięknego dzieła! No i - to nie panowie warszawscy, ale panie warsz(...)awskie dokonały tego cudu i przy dobrotliwym uśmiechu kapłana świecznika chanukowego w dniu wczorajszym zapaliły światełko pokoju w gronie dwóch "najbardziej poważnych" ugrupowań stołecznego samorządu.
Wspaniały reportaż fotogeniczny z tej podniosłej uroczystości jest dostępny dzięki uprzejmości głównego informatyka Żydowskiej Gminy Wyznaniowej, pana Dobosza na podstronie witryny ŻGW, do zapoznania się z którym w duchu ekumenii wyjątkowo swego czasu dobrze prowadzonej przez księdza prof. Michał Czajkowskiego - dla przyjaciół: TW "Jankowski" - serdecznie zapraszamy!
Czas nastał świąteczny w stołecznym ratuszu oraz Pałacu Prezydenckim, panie Channa Gronkiewicz-Waltz oraz Szanowna Pierwsza Dama wprowadziły wszystkich mieszkańców Warszawy w nastrój pogodny, pełen uśmiechów oraz zadowolenia z wyjątkowo trafnego akcentu na zakończenie kampanii wyborczej do samorządu warszawskiego.
"W niedzielę wieczorem błogosławieństwo przed zapaleniem świec odmówili naczelny rabin Polski Michael Schudrich oraz ambasador Izraela Dawid Peleg. Życzenia złożyły także Maria Kaczyńska i Hanna Gronkiewicz-Waltz. »Przykład Machabeuszy pokazuje, że tylko współpracując możemy wygrać« - powiedziała Maria Kaczyńska", o czym zapewnia wszystkich swoich odbiorców serwis WP

A ponieważ w parafii pw. Wszystkich Świętych nie ma już księgarni "Antyk", obrzydłej od lat wielu znamienitym przedstawicielom warszawskiej gminy - można domniemywać, że jedynie zatwardziali w swym wyjątkowo obskuranckim poczuciu polskości byli wyborcy naszej "żoliborskiej" lewicy patriotycznej w rodzaju ugrupowań PiS i poniekąd LPR - będą złośliwie wyczekiwać pierwszej Gwiazdki dopiero 24 grudnia, by szeptem złożyć życzenia nadziei z okazji kolejnej rocznicy urodzin semickiego proroka, który wmówił tylu nieszczęśnikom na całym świecie, że był Synem Bożym...

Halleluja?!

Krzysztof Pawlak

Publicystyka Krzysztofa Pawlaka na ASME


Koalicja rozsądku - PiS i PO zagłosują za zapisem o zakazie sprawowanie funkcji posła przez osobników skazanych za przestępstwa pospolite? - Łukasz Perzyna o pokłosiu "afery seksualnej" wśród "lewicy post(?)komunistycznej" Wysłane poniedziałek, 18, grudnia 2006 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |









Koalicja rozsądku - PiS i PO zagłosują za zapisem o zakazie sprawowanie funkcji posła przez osobników skazanych za przestępstwa pospolite? - Łukasz Perzyna o pokłosiu "afery seksualnej" wśród "lewicy post(?)komunistycznej"
Wysłane poniedziałek, 18, grudnia 2006 przez Krzysztof Pawlak

"Rzadko tak się w demokracji zdarza, że jednocześnie zyskują w sondażach i partia rządząca, i opozycja. Czemu tak się dzieje? Czy przypisać to można np. czasowi przedświątecznemu? Polacy są przekorni, niechętni do oddawania władzy w jedne ręce, stąd może wynikać zwycięstwo Hanny Gronkiewicz-Waltz w Warszawie, choć i Kazimierz Marcinkiewicz nie dał wielu szans swoim zwolennikom. Teraz PiS ma 33%, a Platforma 29% poparcia - mają lepszy wynik niż przed rokiem, jest to wynik bipolaryzacji, efektem stawiania na wyraziste siły polityczne, nie na surogaty" - Łukasz Perzyna, publicysta "Tygodnika Solidarność" i naszej witryny ASME, autor politologicznej książki "Idą wyborcy", komentuje wydarzenia minionego tygodnia.

Na razie jest tylko slogan o IV Rzeczypospolitej - nie została zmieniona np. konstytucja, a to w takich okolicznościach dokonuje się akt zmiany numeracji. "Seksafera" w Samooobronie, palenie hakenkreuzów w środowisku zbliżonym do młodzieżówki LPR - koalicjanci PiS nie pozwalają zapomnieć, że zmiana, szczególnie ta zapowiadana, moralna, wcale się nie dokonała. Można porównać afery współczesne z minionymi, czasów rządów post(?)komunistów - afera Rywina też nie przyniosła skazania wielu za nią odpowiedzialnych reprezentantów SLD, właściwie za kratki trafili tyko Rywin i Jakubowska - choć ta druga za zupełnie coś innego. Za to kilku towarzyszy trafiło na śmietnik życia politycznego, bo nastąpiła weryfikacja ze strony wyborców. Teraz nie bilingi rozmów telefonicznych trafiają do opinii publicznej i arsenału polskiej polityki, ale rezultaty badań DNA. Przez lata w Polsce obowiązywało przekonanie, że prywatność polityka należy chronić - choć już w czasach sprawowania prezydenckiej funkcji przez Lecha Wałęsę miał choćby on znane publicznie kłopoty ze swoimi dziećmi. Na naszych oczach prawo do prywatności w przypadku Tadeusza Cymańskiego i jego dzieci czy tow.tow. Andrzeja Leppera, Stanisława Łyżwińskiego - zostało zakwestionowane. Ale sondaże wskazują już chyba trwałą tendencję wzrostu notowań głównych ugrupowań polskiego teatru politycznego...

Nagranie trwa ponad 17 minut i jest dostępne w Sieci do 1 I 2007 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.