stycznia 3, 2007 - stycznia 14, 2007

Czekamy na efekt "deubekizacji" - Łukasz Perzyna o kryzysie moralnym PRL-bis Wysłane niedziela, 14, stycznia 2007 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |







Czekamy na efekt "deubekizacji" - Łukasz Perzyna o kryzysie moralnym PRL-bis
Wysłane niedziela, 14, stycznia 2007 przez Krzysztof Pawlak

"Polski Kościół przemawia jednym głosem, wbrew pomysłom dzielenia go na »łagiewnicki« i «toruński«. Wyciągnął wnioski z tego, co działo się w ostatnich tygodniach - po posiedzeniu episkopatu zapowiedział, że będziemy mieli badanie przeszłości biskupów przez komisję historyczną. W lutym ma przecież pojawić się książka księdza Isakowicza-Zaleskiego. Jednak to nie kościoła ma przede wszystkim dotyczyć lustracja - przez cały czas istnienia PRL był co prawda głównym miejscem oporu antykomunistycznego, ale działały w tym czasie i podziemie zbrojne, i później już coraz silniejsza opozycja. »Non possumus« kardynała Wyszyńskiego przez kilkadziesiąt lat ugruntowało prawdziwy autorytet Kościoła w Polsce" - Łukasz Perzyna, publicysta "Tygodnika Solidarność" i naszej witryny ASME, analizuje wydarzenia mające miejsce i czas po niedokończonym ingresie biskupa Wielgusa.

Poza światłem głównej rampy pozostaje mniej ostatnio widoczna sfera polityki, gdzie dokonały się istotne podziały wobec stosunku do wydarzeń w Kościele, co było zauważalne po gorszących wydarzeniach w katedrze warszawskiej i przed nią. Dała się zauważyć grupa publicystów, gorących zwolenników lustracji, deklarujących się jako gorliwi katolicy, skora naprędce oskarżyć cały Kościół o wszystko, co najgorsze. Po obu stronach barykady stanęły np. media "Gazeta Polska" i Radio Maryja, gdzie bezkrytycznie broniono biskupa-współpracownika SB. Istnieje kilkunastoprocentowa mniejszość Polaków, która nie przyjmuje do świadomości decyzji Watykanu.
Podobnie podzielili się Polacy w przypadku ostatniego zwycięstwa ugrupowania PiS w instytucji podstawowej dla polskiej gospodarki, czyli Narodowym Banku Polskim, do którego przewodzenia mianowany został wierny urzędnik Braci Kaczyńskich - Sławomir Skrzypek. Ta nominacja nie pomoże raczej w utrzymaniu obecności Samoobrony czy LPR na scenie politycznej, a na powstanie nowej partii "prawicowej" nie można liczyć. Naprzeciw kryzysowi moralnemu wychodzi inicjatywa Jarosława Kaczyńskiego i Michała Ujazdowskiego o "deubekizacji", odwracająca uwagę od "ofiar PRL", a koncentrujący ją na właściwych sprawcach i funkcjonariuszach reżimu komunistycznego...

Nagranie trwa ponad 16 minut i jest dostępne w Sieci do 28 I 2007 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




Po panu Kaczyńskim przyjdzie pan Korwin-Mikke i odbierze specjalnym służbistom ich emerytury - Janusz Korwin-Mikke o "walce z UBekistanem" w wydaniu PiS Wysłane sobota, 13, stycznia 2007 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |







Po panu Kaczyńskim przyjdzie pan Korwin-Mikke i odbierze specjalnym służbistom ich emerytury - Janusz Korwin-Mikke o "walce z UBekistanem" w wydaniu PiS
Wysłane sobota, 13, stycznia 2007 przez Krzysztof Pawlak

"Ludzie mają w sprawie Kościoła katolickiego i w innych sprawach dwa stanowiska. Jedno lansuje PiS, że jak ktoś był agentem SB - to jest człowiekiem całkowicie spalonym, oszustem, złodziejem, bandytą i godnym co najmniej śmierci cywilnej. Drugie stanowisko, lansowane głównie przez »Gazetę Wyborczą« - dokładnie odwrotne: żadnych agentów nie było, a jak byli, to nie jest to żadna sprawa, to są raczej ofiary Systemu i tak dalej. Oba stanowiska są z gruntu fałszywe" - Janusz Korwin-Mikke komentuje projekt ustawy o "deubekizacji" "polskiego regionu UE".

Przede wszystkim bycie donosicielem jest w towarzystwie zawsze źle widziane, choć jeśli ktoś donosi władzom o przestępstwie, czy możliwości jego popełnienia - jest traktowany pozytywnie. Stanowisko PiS bierze się stąd, że w ogóle całą PRL uznają za jedną wielką zbrodniczą organizację, nie biorąc pod uwagę, że po 1956 roku jednak się ona zmieniła, choć nadal nie była ulubionym ustrojem dla JKM-a. Stanowisko "GW" nie bierze zaś pod uwagę, że donosiciele SB szkodzili swoim znajomym, kolegom z pracy itp., nie popełniając jednak przestępstwa. Fakty jednak powinny być ujawnione, trzeba oczyścić ranę, by ropa zatruwająca życie społeczeństwa - wylała się i zostało one oczyszczone. JKM uważa, że ksiądz Wielgus ideowo donosił na "żydokomunę" z Radia Wolnej Europy - i powinien oczywiście o tym poinformować swoich kolegów i przełożonych, a nie kłamać w świetle jupiterów. Teraz jest nadal mnóstwo agentów SB CZYNNYCH - bo są przejęci przez obecne służby specjalne.
JKM nie popiera w całości "walki z Ubekistanem" - zwłaszcza odbierania byłym funkcjonariuszom SS PRL emerytur, bo obawia się w przyszłości - po odejściu ekipy PiS z rządowych stołów - odwetu ich następców dla dzisiejszych specjalistów od trzymania społeczeństwa za twarz...

Nagranie trwa ponad 8 minut i jest dostępne w Sieci do 27 I 2007 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




ANTONI KOPACZEWSKI, SYN "LWA" - TADEUSZ M. PŁUŻAŃSKI Wysłane piątek, 12, stycznia 2007 przez Krzysztof Pawlak

13 grudnia 1981 r., podobnie jak tysiące działaczy "Solidarności", został internowany. Więziony w wielu miejscach - m.in. Ostródzie, w Pałacu Mostowskich, na Montelupich. Antoni Kopaszewski, twórca i pierwszy przewodniczący rzeszowskiej "Solidarności" aż do końca komuny był represjonowany, pozbawiony możliwości pracy. W wolnej Polsce działacz samorządowy, od wielu lat radny miasta Rzeszowa. 31 sierpnia br. w Gdańsku, podczas centralnych uroczystości 26. rocznicy wydarzeń Sierpnia 1980 r. i powstania NSZZ "Solidarność", prezydent Lech Kaczyński odznaczył go Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski.

On i jego rodzina byli szykanowani praktycznie przez cały okres PRL. Matka, mimo iż ukończyła szkołę handlową, nie mogła znaleźć pracy. Z Państwowego Domu Towarowego w Lublinie została zwolniona, gdy namierzyła ją ubecja. W końcu zatrudniła się w sklepie, dzięki pomocy prezesa Lubelskiej Spółdzielni Spożywców, byłego żołnierza jej męża z czasów niemieckiej okupacji. Kuzyn, uwięziony na zamku w Lublinie, opowiadał o potwornych torturach, krwi na ścianach i dramatycznych napisach w celi. Ojczym był trzymany na Zamku dwa lata, następne trzy spędził we Wronkach, mimo, że był tylko prostym żołnierzem. Ale powód represji był inny. Były odwetem za powojenną działalność "Lwa" - Antoniego Kopaczewskiego, ojca późniejszego przywódcy rzeszowskiej "Solidarności".
Antoni Kopaczewski - syn - zanim rozpoczął działalność związkową - też długo pozostawał bez środków do życia. W końcu, z rodzinnej Lubelszczyzny przeniósł się do Rzeszowa. Pracę znalazł w tamtejszej Wytwórni Sprzętu Komunikacyjnego. Ale tam też zorientowali się, kim jest. Niewiele brakowało, aby trafił do więzienia.

REWANŻ ZA REAKCYJNĄ BANDĘ

Był 1982 r. Stan wojenny. W rzeszowskich "Nowinach", ówczesnym organie KW PZPR, Ryszard Bereś napisał reportaż z Piask, rodzinnej miejscowości Kopaczewskiego: "Gdy w prasie i programach telewizyjnych zaprezentowano ekstremalne antysocjalistyczne poglądy i działalność przewodniczącego MKR [Międzyzakładowego Komitetu Robotniczego - TMP] »Solidarność« Regionu Rzeszowskiego - Antoniego Kopaczewskiego, tutejsze społeczeństwo skojarzyło te fakty z »wyczynami« osoby o tym samym imieniu i nazwisku, znanej tutaj pod pseudonimem »Lew«. Antoni Kopaczewski »Lew« był bowiem w latach 1944 - 1946 dowódcą bandy WiN, oddziału reakcyjnego podziemia, mającej na swym koncie kilkadziesiąt morderstw, szereg napadów i rabunków, będącej wówczas postrachem dla mieszkańców gminy Piaski i okolicznych wiosek".
Bereś zebrał szereg relacji na temat "bandy terrorystyczno-rabunkowej »Lwa«" i działalności jego syna. I tak, Stanisław Kasprzak, w latach 1945 - 1950 komendant MO w Piaskach, działacz ZBoWiD, mówił: "Z niepokojem i trwogą obserwowałem rozwój wydarzeń w ub. r. Te miesiące niepokojów, których doświadczyliśmy za sprawą takich »działaczy« jak Antoni Kopaczewski - junior, przypominały mi chwilami okres sprzed 36 lat, czasy, gdy byliśmy terroryzowani i prześladowani przez ludzi »Lwa«. Brakowało tylko strzałów. Jak się dziś przekonujemy, i one były wpisane w scenariusz »Solidarności«. Realizację tych awanturniczych i zbrodniczych planów przecięła jedynie słuszna decyzja o wprowadzeniu stanu wojennego".
Ryszard Bereś przenikliwie zauważał: "Zastanawia mnie duże podobieństwo godła z opisem widniejącym na nielegalnej gazecie "Wolność i Niezawisłość" kolportowanej przez bandę WiN Antoniego Kopaczewskiego »Lwa« (oglądałem ją w archiwum KW MO w Lublinie) z prawie identycznym symbolem umieszczonym na sztandarze Komisji Zakładowej NSZZ »Solidarność« w rzeszowskiej WSK, której głównym założycielem i patronem był przecież Antoni Kopaczewski - junior. Nie sądzę, że stało się to za sprawą cudownego zbiegu okoliczności".
Lucjan Świetlicki, dyrektor Zbiorczej Szkoły Gminnej w Piaskach: "poczynania Antoniego Kopaczewskiego, ekstremalnego przewodniczącego »Solidarności« w Rzeszowie, były próbą odwetu, rewanżu za tamte lata".
Anna Dziedzic, która przez kilka miesięcy prowadziła sprawy kadrowe w rzeszowskiej MKR do końca "zdemaskowała" przywódcę "Solidarności": "Niewątpliwie wszyscy pomniejsi »bogowie« z MKR wzorowali się wiernie na przewodniczącym Antonim Kopaczewskim. Jest to człowiek, którym kieruje mściwość, zawiść, ogromna wściekłość i nienawiść do ustroju, do władzy, do wszystkiego, co pachnie »czerwonymi«".
Antoni Kopaczewski potwierdza: - Zawsze akcentowałem antykomunizm, na prywatnych spotkaniach, manifestacjach. To było we mnie. Gdy widziałem komunistę miałem stany wymiotne, z rozpaczy.

SŁOŃCE DZIWNIE ZACHODZIŁO

Był 8 września 1946 r. W Ignasinie nieopodal Piask na Lubelszczyźnie funkcjonariusze UBP z Lublina i Krasnegostawu wsparci przez milicjantów przeprowadzili obławę na Antoniego Kopaczewskiego "Lwa" i jego podkomendnych, ukrywających się na terenie gospodarstwa związanej z oddziałem rodziny Dziachanów.
Antoni Kopaszewski, syn - wspomina: - Miałem wówczas pięć lat. Matka mówiła ojcu, żeby skończył z partyzantką. Ciągle przychodziły informacje o rozstrzelaniach, wywózkach na Syberię. Czułem potworny strach. Któregoś dnia - pamiętam to jak dziś - miałem przeczucie, że stanie się coś złego. Słońce tak jakoś dziwnie zachodziło.
Ppor. Antoni Kopaczewski zginął po kilkugodzinnej walce. Razem z nim poległo pięciu jego żołnierzy. W płonących zabudowaniach śmierć ponieśli także Helena i Stanisław Dziachan wraz z czteroletnią córką Anną. Cztery osoby zostały aresztowane.
Kopaczewskiego i kolegów wydał Władysław Ziętek ps. Kulawy, były żołnierz "Lwa". Po aresztowaniu przez UB nie wytrzymał tortur i zdradził miejsce kwaterowania oddziału.
Reżimowy "Sztandar Ludu" donosił: "PUBP Lublin likwiduje NSZ-towską bandę »Lwa«". Dopiero po dwóch dniach "Gazeta Lubelska" prostowała, że nie była to "banda" Narodowych Sił Zbrojnych, ale WiN. Po zamordowaniu Kopaczewskiego i jego żołnierzy raport do centrali MBP w Warszawie przygotował szef WUBP w Lublinie Franciszek Piątkowski, późniejszy zastępca komendanta obozu w Jaworznie, Salomona Morela.
Antoni Kopaczewski: - Długo nie wiedzieliśmy, co się stało z ojcem. Dopiero po trzech latach dowiedzieliśmy się, że pochowali go przy ul. Unickiej w Lublinie. Ludzie mówili, że przywieźli rąbankę.

ZAMORDOWANY ZA WIN

Dlaczego Antoni Kopaczewski "Lew" musiał zginąć? Ten syn ziemi lubelskiej, przedwojenny absolwent szkoły podoficerskiej w Nisku (rocznik 1918), żołnierz kampanii wrześniowej, potem pierwszej organizacji konspiracyjnej na Lubelszczyźnie - "Baonów Zemsty", a następnie ZWZ-AK w Piaskach, również po wkroczeniu Sowietów nie złożył broni. Po aresztowaniu szefa placówki AK w Piaskach, "Lew" odbudował struktury konspiracyjne i - nie wierząc w prawdziwość amnestii dla żołnierzy niepodległościowego podziemia - jesienią 1945 r. wstąpił do Zrzeszenia "Wolność i Niezawisłość". Jako zawodowy podoficer był już poszukiwany przez NKWD.
Kopaczewski podporządkował się rozkazom mjr. Hieronima Dekutowskiego, "Zapory", dowódcy zgrupowania WiN - największej antykomunistycznej organizacji na Lubelszczyźnie, jednej z pięciu największych w powojennej Polsce (na tych terenach pozostała ona konspiracją zbrojną). Na Lubelszczyźnie żołnierze Dekutowskiego panowali niemal niepodzielnie.
Oddział Antoniego Kopaczewskiego odpowiadał m.in. za drukowanie antykomunistycznych ulotek i konspiracyjnego pisma "Wolność i Niezawisłość". Walkę z Sowietami i ich polskimi sługusami dane mu było prowadzić tylko przez rok. Potem z rąk UB ginęli kolejni dowódcy lubelskiego WiN - Hieronim Dekutowski "Zapora", Zdzisław Broński "Uskok", Stanisław Kuchcewicz "Wiktor". Ostatni - w październiku 1963 r. - Józef Franczak "Lalek" (pisaliśmy o nim szerzej na łamach ASME), wydany przez agenta.

WSPÓŁTWÓRCA ROLNICZEJ "SOLIDARNOŚCI"

Początek lipca 1980 r. Antoni Kopaczewski wrócił do Rzeszowa z Lublina, gdzie właśnie trwał strajk przeciwko podwyżkom cen żywności i warunkom pracy. - To był powiew wolności. Ludzie wreszcie przestali się bać. Wiedziałem, że to samo musimy zrobić w WSK - opowiada. - W strajku wzięło udział 14 tys. osób. Wysunęliśmy 70 postulatów - przede wszystkim ekonomicznych, sprawy polityczne zeszły wówczas na dalszy plan.
Strajki ogarnęły wiele zakładów w kraju. W Gdańsku, w ramach Międzyzakładowego Komitetu Założycielskiego "Solidarności", Kopaczewski zarejestrował najpierw Komisję Zakładową "S" WSK Rzeszów, a w końcu rzeszowski MKZ i jako jego przedstawiciel został wybrany do Komisji Krajowej Związku. Dużo jeździł po kraju, co zaowocowało m.in. połączeniem zalążków solidarnościowego ruchu chłopskiego w Rzeszowie i Ustrzykach Dolnych. - Ciągle bałem się, żeby to, co robimy, nie zostało przerwane - wspomina.
Styczeń 1981 r. Władze odmawiają rejestracji rolniczej "Solidarności", co wywołało strajki chłopskie. 18 lutego 1981 r. Antoni Kopaczewski, jako jeden z sygnatariuszy, podpisał porozumienie między Komitetem Strajkowym w Rzeszowie, działającym w imieniu Ogólnopolskiego Komitetu Założycielskiego Związku Zawodowego Rolników Indywidualnych a delegacją rządową. Gwarantowało ono m.in.: nienaruszalność chłopskiej własności ziemi, zmianę cen produktów rolnych, emerytury dla rolników.
20 lutego 1981 r. Antoni Kopaczewski, Lech Wałęsa i Bogdan Lis podpisali porozumienie między Komitetem Strajkowym w Ustrzykach Dolnych a przedstawicielami władzy. Do historii rozmowy te przeszły jako porozumienia rzeszowsko-ustrzyckie. Dzięki nim, na początku marca, zarejestrowano Niezależny Samorządny Związek Zawodowy Rolników Indywidualnych "Solidarność".
Podczas obrad Komisji Krajowej "Solidarności" w Rzeszowie Antoni Kopaczewski został wybrany przewodniczącym Zarządu Regionu Rzeszowskiego NSZZ "Solidarność". Po kilku miesiącach przyszła noc stanu wojennego, represje i działalność w podziemiu.

***
8 września br. w Ignasinie koło Piask na Lubelszczyźnie, przy obelisku, upamiętniającym miejsce śmierci ppor. Antoniego Kopaczewskiego "Lwa" i jego podkomendnych zebrali się przedstawiciele lokalnych władz i Instytutu Pamięci Narodowej. Odprawiono mszę świętą. W listopadzie br. Antoni Kopaczewski, pierwszy przewodniczący rzeszowskiej "Solidarności", został wybrany na kolejną kadencję radnym miasta Rzeszowa.

TADEUSZ M. PŁUŻAŃSKI

Artykuł pierwotnie opublikowany w tygodniku "Gazeta Polska".

Publicystyka Tadeusza M. Płużańskiego na ASME.


Model polskiego patriotyzmu powinien odnosić do Polski mocarstwowej, Polski XVI wieku, nie zaś być rozpamiętywaniem klęsk narodowych - dr Jacek Bratyzel o programie "polityki historycznej" rządzącego ugrupowania PiS Wysłane piątek, 12, stycznia 2007 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |








Model polskiego patriotyzmu powinien odnosić do Polski mocarstwowej, Polski XVI wieku, nie zaś być rozpamiętywaniem klęsk narodowych - dr Jacek Bartyzel o programie "polityki historycznej" rządzącego ugrupowania PiS
Wysłane piątek, 12, stycznia 2007 przez Krzysztof Pawlak

"Patriotyzm możemy zdefiniować na poziomie elementarnym jako pewną psychiczną, prymarnie emocjonalną, ale to nie znaczy irracjonalną - dyspozycję, która jest miłością do Ojczyzny, do kraju ojców, Patres... Od tej miłości jest nieodłączna gotowość do poświęcenia innych, nawet cennych, im bardziej cennych rzeczy, tym bardziej ta miłość jaśnieje - nawet i w ostateczności życia. Patriotyzm jest zgodny ze społeczną naturą Człowieka, nie jest w końcu On »idios«, jak mówili Grecy, jest samotny - musi żyć pośród ludzi, a szczególnie nie jest On »krete in« - nie jest kretynem, który by mniemał, że życie w samotności jest lepsze..." - rozpoczął swój wykład na temat współczesnego pojmowania patriotyzmu w kulturze politycznej w Centrali Unii Polityki Realnej dr Jacek Bartyzel.

Model patriotyzmu wprowadzany przez PiS - które nie jest moim bliskim ugrupowaniem, bo ja nie rozumuję w ogóle w kategorii partyjnych ugrupowań - jest niestety obciążony poważnymi wadami, jest to słabość etatystycznego typu myślenia, co jest charakterystyczne do "twardego jądra" PiS, wywodzącego się z PC. Patriotyzm odbudowywany w sposób odgórny nie ma wielkiej szansy być żywym - choć może jest to wyraz rozpaczy. Brakuje mi w nim jednej rzeczy: widzę w nim akcentowanie tradycji martyrologicznej, chciałbym, by więcej w nim było dumy i władczości, tego, co mają szczęśliwsze od nas narody, by nie musiał bazować na tym tylko, co było naszymmi klęskami... To jest to, o co chodziło Stańczykom w XIX wieku, by patriotyzm był ożywiony tradycją Polski wielkiej, mocarstwowej, Polski Jagiellonów, Polski mocarstwa XVI wieku...

Nagranie trwa ponad 50 minut i jest dostępne w Sieci do 26 I 2007 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




O ś w i a d c z e n i e Klubu Konserwatywnego w Łodzi (sprawa abpa Wielgusa) - dr Jacek Bartyzel Wysłane czwartek, 11, stycznia 2007 przez Krzysztof Pawlak

Przepełnieni smutkiem z powodu licznych aktów zgorszenia, do których doszło ostatnimi czasy w łonie polskiego Kościoła, oświadczamy, co następuje:

- Naszym stałym i niezłomnym przekonaniem jest, że proces całkowitego samooczyszczenia Kościoła partykularnego na wszystkich szczeblach Jego hierarchii musi być doprowadzony do końca w duchu sprawiedliwości i bezwzględnego poszanowania dla prawdy oraz prostoty ewangelicznego: "tak - tak, nie - nie", natomiast miłosierdzie i przebaczenie win musi być uwarunkowane nieprzymuszonym wyznaniem win, szczerą skruchą, pokutą i zadośćuczynieniem w takim stopniu, w jakim jest to jeszcze możliwe. Miłosierdzie, które urąga sprawiedliwości jest bluźnierczą parodią nauki Pana Naszego Jezusa Chrystusa!

- Jest rzeczą absolutnie niedopuszczalną, aby czyjekolwiek prawo do obrony przed stawianymi mu zarzutami, bez względu na wysokość piastowanego urzędu, było przez niego samego albo przeświadczonych o jego niewinności nadużywane do zniesławiania ludzi dociekających w dobrej wierze prawdy czy instytucji wykonujących spoczywające na nich obowiązki. Dotyczy to również nadużywania retoryki obrony przed wrogami Kościoła, jak masoneria, również dlatego, że nieuzasadnione posłużenie się tego rodzaju argumentem stępia wrażliwość na rzeczywiste a nie wyimaginowane zagrożenia płynące z tej strony.

- Sprzeciwiamy się kategorycznie infekowaniu języka, tak duchownych, jak świeckich Kościoła, sofizmatami relatywizującymi postawy, czyny i wypowiedzi, zacierającymi różnicę pomiędzy dobrem a złem, prawdą a fałszem, przyzwoitością i podłością, a nawet - siłą rzeczy - uniemożliwiającymi różnicowanie stopnia winy osób uwikłanych w kolaborację z systemem komunistycznym. Prawdziwą zgrozą napawa nas fakt, że w klimacie demagogicznego podsycania emocji mogły pojawić się nawet i takie wypowiedzi, że "księża - patrioci" czynili dobrze, bo chronili Kościół przed represjami. Obrażają one pamięć Niezłomnego Prymasa Tysiąclecia oraz tych wszystkich duchownych i świeckich, którzy byli przez komunistów mordowani, torturowani, dręczeni i w jakikolwiek sposób prześladowani. Byłoby doprawdy czymś przerażającym, gdyby w naszym Kościele - i to za sprawą tych, którzy najgłośniej krzyczą o patriotyzmie - miała zatriumfować swoista, "konserwatywna" odmiana "postmodernistycznej ironistki", negującej możność poznania prawdy i życia nią, a dopuszczającej na równych prawach wszystkie "prywatne" dyskursy. Także "dyskurs" z oficerem prowadzącym z bezpieczeństwa.

- Ostrzegamy przed wykorzystywaniem zaistniałego dramatu dla intensyfikowania prób dalszego zaszczepiania Kościołowi Świętemu trucizny demokratycznej. Jednakowoż czujemy się w obowiązku stwierdzić, że szatańska pokusa zastępowania apostolskiego mandatu hierarchii, czerpiącej swoją władzę z nadania Boskiego Założyciela Kościoła, nie ma już dzisiaj tylko jednego oblicza, modelowanego przez frywolnych, liberalnych postępowców. Objawiła się ona obecnie również w "kapuściano-konserwatywnej", naprawdę ochlokratycznej masce prymitywnej tłuszczy, znieważającej swoim wrzaskiem Świątynię Pańską. Dlatego trzeba powiedzieć jasno: motłoch (i jego trybuni) "katolicki" czy złożony z "prawdziwych Polaków" nie ma żadnej moralnej wyższości na jakimkolwiek innym motłochem i musi zostać na powrót ujęty w karby surowej dyscypliny.

- Wyrażamy najwyższe uznanie polskim władzom państwowym, a w szczególności JE Panu Prezydentowi Lechowi Kaczyńskiemu, z powodu podjęcia stanowczych i skutecznych, a jednocześnie należycie dyskrecjonalnych, działań w obronie honoru i suwerenności Najjaśniejszej Rzeczypospolitej. Musimy przypomnieć, że kwestia doboru osób na najwyższe godności w Kościele lokalnym należy bez wątpienia do sfery res mixtae pomiędzy kompetencjami władzy duchownej i świeckiej, ze względu na bezpieczeństwo państwa. Tradycyjna nauka Kościoła uczy, że państwo też jest societas perfecta w swoim zakresie, a władza państwowa również czerpie swoje usprawiedliwienie z woli Bożej.

- Nade wszystko pragniemy stwierdzić, że jutrzenką nadziei na zakończenie dramatu naszego Kościoła i narodu była, przecinająca ten węzeł gordyjski, mądra i odważna decyzja Jego Świątobliwości papieża Benedykta XVI. Oto jest Pasterz wielki, wokół którego skupić się teraz muszą jeszcze ściślej wszystkie zabłąkane i pokaleczone owce! Przy Tobie, Ojcze Święty, przy Twoim pontyfikalnym tronie, stoimy i stać chcemy!

Prezes
Dr hab. Jacek Bartyzel

Sekretarz
Marcin Paszkowski


Łódź, 8 stycznia AD 2007


Kosmata łapa lustracji - prof. Jerzy Przystawa Wysłane środa, 10, stycznia 2007 przez Krzysztof Pawlak

Arcybiskup Stanisław Wielgus, prałat cieszący się zaufaniem Stolicy Apostolskiej i hierarchów Kościoła katolickiego w Polsce, został rozjechany i zmiażdżony walcem teczkowym, Kościół w Polsce znalazł się w poważnym kryzysie, najwyższe władze państwowe w sytuacji co najmniej kłopotliwej, a Polska wyszła nagle na czołówkę wiadomości światowych i nie ma z tego najmniejszego powodu do chwały. W nadzwyczaj nieprzyjemnej sytuacji znalazł się Papież zmuszony do zmiany podjętej i ogłoszonej, urbi et orbi, decyzji, co samo w sobie jest ciosem nad wyraz nieprzyjemnym i bolesnym. Teraz, jak słyszymy, domaga się od hierarchów polskich wysunięcia kandydata nie tylko kwalifikowanego, ale i "czystego", a więc niezamieszanego we współpracę z komunistycznym reżimem.

Zadanie to przypomina nieco problem kwadratury koła. W jaki sposób mają hierarchowie znaleźć odpowiednio "czystego" kandydata, skoro - jak wiemy z najbardziej wiarygodnych ust - ok. 80% "materiałów teczkowych" SB, WSI i czego tam jeszcze "z lat osiemdziesiątych" zostało zniszczonych? Oczywiście, wiemy, że zniszczonych nie do końca, że spora część tych materiałów została ukryta w sejfach ludzi, którzy mieli do nich dostęp i stanowią one nadal rękojmię ich nietykalności i bezpieczeństwa. Wiemy też, że materiały te znajdują się w archiwach KGB, z czego wynika prosty wniosek, że jedynym prawdziwym autorytetem, który mógłby dzisiaj zaświadczyć o pełnej niewinności tego czy innego hierarchy jest Władimir Putin, co oznacza, że Ojciec Święty, jeśli chce mieć pewność, że znowu jego autorytet nie zostanie wystawiony na szwank, powinien sprawdzenia dokonywać na Kremlu.
Jest dzisiaj dość oczywiste, że zdecydowaną większość sygnatariuszy historycznych umów "okrągłego stołu", które wyznaczyły kierunek przemian w Polsce po 1989 roku, stanowili jawni i tajni współpracownicy służb komunistycznego reżimu, i oni też stali się głównymi beneficjantami transformacji. Pępowiny łączącej III Rzeczpospolitą z PRL nie zerwały ani wybory kontraktowe 1989 roku, ani tzw. pierwsze wolne i demokratyczne wybory 1991 roku, ani żadne z kolejnych wyborów lat 1993, 1997, 2001 czy 2005. Świadczy o tym wymownie porównanie składu elit władzy dzisiaj i 16 lat temu. Pępowinę tę zabezpieczała i zabezpiecza procedura wyborcza, uprzywilejowująca na wszelkie możliwe sposoby spadkobierców PRL i uniemożliwiająca wykreowanie, i wygenerowanie nowej elity politycznej, niepowiązanej z upadłym systemem plątaniną agenturalnych łączy. Ani uchwalona 15 lat temu ustawa lustracyjna, ani jej kolejne mutacje nie doprowadziły do oczyszczenia sceny publicznej, gdyż było to zadanie, zarówno wówczas jak i dzisiaj, niewykonalne. Nie ulega wątpliwości, że IPN i służby specjalne są dzisiaj w stanie wykryć i ujawnić wielu dawnych TW i OZI, czy jak tam ich zwał. Jest równie niewątpliwe, że to ujawnienie może być jedynie cząstkowe i wybiórcze, szczególnie wybiórcze i cząstkowe w miejscach najważniejszych i najbardziej newralgicznych dla funkcjonowania państwa polskiego. Ludzie, którzy wbrew doświadczeniom ostatnich 18 lat twierdzą inaczej - łudzą nas i samych siebie. Można z pełnym przekonaniem powtórzyć dzisiaj słowa Marszałka Piłsudskiego, wypowiedziane w 1927 roku na Zjeździe Legionistów w Kaliszu:
"Zwycięstwa nad agenturami nie odnieśliśmy wcale. Agentury, jak jakieś przekleństwo idą dalej bok w bok i krok w krok".
W sytuacji, gdy co krok potykamy się o agenturę w strukturach państwa i w najwyższych organach władzy skoncentrowanie uwagi opinii publicznej na związkach duchowieństwa i hierarchii kościelnej z władzami komunistycznymi w odległej przeszłości posiada wszelkie cechy manipulacji i odwracania uwagi społecznej od spraw istotnych. Kościół i duchowni stanowią łatwy cel, gdyż przed pomówieniami trudniej im się bronić niż politykom. Arcybiskup Wielgus i inni prałaci nie pójdą do sądu jak Zyta Gilowska, a nawet gdyby poszli, to ich uniewinnienie - jak w przypadku pani wicepremier czy Mariana Jurczyka - niewiele im pomoże. Tymczasem takich ludzi, jak dyktatora polskich finansów od 17 lat - byłego sekretarza partyjnego w Instytucie Problemów Marksizmu-Leninizmu - nikt nie pyta, czy przy okazji licznych wyjazdów na studia zagraniczne nie podpisywał czasem jakichś instrukcji wyjazdowych i nie miał obowiązku składania sprawozdań. Trudno sobie wyobrazić, żeby tak błyskotliwemu młodemu człowiekowi odpowiednie służby nie założyły teczki, pozostaje jednak faktem, że teczki tej nie wykryli ani współpracownicy Antoniego Macierewicza w 1992 roku, ani jeszcze bardziej dociekliwi i precyzyjni pracownicy IPN. I podobnie przedstawia się sprawa z całym szeregiem innych, choć może już nie tak ważnych dostojników III RP.
Od wielu lat przedstawiciele Ruchu Obywatelskiego na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych pielgrzymują do hierarchów Kościoła o poparcie inicjatywy zasadniczej reformy ustrojowej państwa, argumentując, że obecna procedura wyborcza nie tylko uniemożliwia skuteczne i sprawne kierowanie nawą państwową, ale że narusza ona podstawowe prawa obywatelskie, takie jak bierne prawo wyborcze i podstawową zasadę demokracji, jaką jest zasada równości, a zatem, że procedurze tej można postawić ważne zarzuty moralne. Nagabywani przez nas hierarchowie, nawet zgadzając się z naszymi argumentami, uchylają się od zajęcia stanowiska, utrzymując, że sprawa ordynacji wyborczej to sprawa polityczna, a Kościół do polityki mieszać się nie może. I oto jesteśmy świadkami, jak kosmata łapa polityki chwyta ich za gardło. Okręca się wokół hierarchii diabelska pępowina, aby poprzez kompromitację Kościoła i jego autorytetów uzyskać rozmycie odpowiedzialności, ukryć swoje agenturalne pochodzenie i zabezpieczyć swoje interesy.
Usunięcie podstawowej wady konstrukcyjnej państwa polskiego, jaką jest szkodliwa, korupcjogenna, zniechęcająca do udziału w życiu publicznym ordynacja wyborcza do Sejmu, przecięłoby tę pępowinę radykalnie, albowiem wyjęłoby z rąk ludzi o wątpliwej, i często agenturalnej, przeszłości wysuwanie kandydatów do Sejmu i układanie list partyjnych poza plecami wyborców. Tą drogą, w sposób najzupełniej naturalny, do polityki państwowej weszliby ludzie nieuwikłani w żadne teczki, cieszący się autentycznym poparciem obywateli, ludzie o nieporównanie wyższych kwalifikacjach niż gros parlamentarzystów wypełniających ławy sejmowe od 17 lat. Ludzie ci nie widzieliby priorytetu w jakichś archeologicznych badaniach przeszłości, w osądzaniu tego, kto czym się zajmował ćwierć wieku temu, ale zajęliby się sprawami najbardziej istotnymi z punktu widzenia naszych obecnych interesów państwowych i narodowych.
Jestem przekonany, że biskupi polscy lepiej by zrobili, gdyby zamiast powoływać kolejne komisje dla dokonywania rozliczeń i obrony dobrego imienia Kościoła i duchownych, powołali komisję, która opracowałaby stanowisko Episkopatu Polski wobec ordynacji wyborczej do Sejmu i w ten sposób ukazali Polakom drogę wyjścia z obecnego impasu ustrojowego. Są w tej sprawie dobre precedensy. Takim precedensem jest stanowisko wobec projektu nowej ordynacji wyborczej sformułowane w Liście Biskupów Polskich ("Czas" z 17 kwietnia 1913 r.):
"Jakkolwiek reforma wyborcza jest aktem politycznym, nie jest nim jednak wyłącznie. Nowy ustrój prawa wyborczego wydaje ze siebie prawodawców, którzy za pomocą władzy ustawodawczej wpływać mogą i wpływać będą na wszystkie dziedziny życia kościelnego, narodowego, kulturalnego, społecznego i moralnego, a szczególnie na przyszły kierunek wychowania publicznego. Tym samym reforma wyborcza w te wszystkie dziedziny wkracza i z nimi się łączy. Do nas więc, jako do stróżów praw wiary w tych dziedzinach należy pytać i badać, o ile do ich zdrowego rozwoju proponowany ustrój prawa wyborczego dopomaga albo też w uprawnionym rozwoju przeszkadza lub go nawet niszczy".
Pod tymi słowami podpisali się ludzie, których nazwiska otwierają najświetniejsze karty historii Kościoła i Polski: Książę Adam Sapieha, biskup krakowski; Józef Bilczewski, arcybiskup lwowski, Józef Pelczar, biskup przemyski; Leon Wałęga, biskup tarnowski i Józef Teodorowicz, arcybiskup lwowski obrządku ormiańskiego.
A zatem istnieje dziedzictwo, do którego Kościół polski może się odwołać i istnieje pilna potrzeba, żeby Hierarchowie zabrali w tej sprawie głos. Byłoby to uwolnienie się z uścisku tej kosmatej łapy antypolskiej polityki i przywrócenie słowu "polityka" tego jedynego sensu, dla którego warto ją traktować z szacunkiem: "rozumna troska o dobre wspólne".

Wrocław, 9 stycznia 2007

Jerzy Przystawa

  • Prof. Jerzy Przystawa był w kadencji 1990 - 1998 radnym rady miejskiej Wrocławia, startował w wyborach do Senatu Rzeczypospolitej Polskiej przeprowadzonych w dniu 21 września 1997 r.
    Od kilkunastu lat jest jednym z liderów Ruchu Obywatelskiego na rzecz JOW.

    Publicystyka prof. Jerzego Przystawy na ASME.


    Witryna ASME Antysocjalistycznego Mazowsza jest najstarszym serwisem w Sieci - oprócz witryny tematycznej JOW - propagującym ideę JOW

    Zakon Ojców Konfidencjałów był potężniejszy niż się przypuszczało i Polska mogła zostać pozbawiona najważniejszych warstw przywódczych - Stanisław Michalkiewicz o wydarzeniach związanych z niedoszłym niedzielnym ingresem arcybiskupa Wielgusa Wysłane poniedziałek, 8, stycznia 2007 przez Krzysztof Pawlak

    | Pobierz |








    Zakon Ojców Konfidencjałów był potężniejszy niż się przypuszczało i Polska mogła zostać pozbawiona najważniejszych warstw przywódczych - Stanisław Michalkiewicz o wydarzeniach związanych z niedoszłym niedzielnym ingresem arcybiskupa Wielgusa
    Wysłane poniedziałek, 8, stycznia 2007 przez Krzysztof Pawlak

    "Jesteśmy »po przejściach«, Dramatycznych, jak zwykle. Niedoszły ingres JE arcybiskupa Wielgusa przypominał w nastroju film "Zmierzch bogów" i pewną scenę z niego - ślub baronessy von Essenbeck. Widowisko było niesamowite, ale trzeba przyznać, że ten finał był do przewidzenia, zwłaszcza kiedy okazało się, że papież Benedykt dostał wieczorem w sobotę tłumaczenie na niemiecki dokumentów IPN dotyczących księdza arcybiskupa, po czym wykonał telefon do księdza arcybiskupa z poleceniem rezygnacji czy z prośbą o rezygnację. Oznacza to jednak, że dopiero wtedy Ojciec Święty tak naprawdę zapoznał się ze wszystkimi materiałami dotyczącymi sprawy, a to stawia znak zapytania o prawdziwość twierdzeń JE Wielgusa, że »w rozmowie z nim powiedział Mu wszystko«. To nie poprawia wizerunku arcybiskupa w naszych oczach, widać, że JE przyznawał się on do kolejnych zarzutów w miarę ich dokumentowania" - Stanisław Michalkiewicz, znakomity publicysta prawicowy, komentator także i naszej witryny ASME, analizuje doniosłe wydarzenia z ostatnich dni w warszawskim kościele.

    Wielu ludzi upatruje w tych wydarzeniach spisku ukutego przeciw arcybiskupowi Wielgussowi, choć ma być on jedynie jednym z elementów, wobec których zawiązany został jakiś spisek. Tajemnicą poliszynela jest to, że Kościół polski dzieli się na dwie partie: jedna jest konserwatywna w sensie teologicznym, jak i politycznym, druga - jest nad wyraz postępowa, także w rozumieniu teologicznym i politycznym. Arcybiskup Wielgus jako wybitny przedstawiciel skrzydła konserwatywnego był dlatego znakomitym kandydatem na stolicę kościelną w Polsce, dlatego papież Benedykt tak zawierzył Mu, kiedy został zgłoszony do tego urzędu. Akurat wtedy dość nagle i nawet ostentacyjnie pewne media, które są uważane za razwiedkowe, a niektóre z nich nawet zostały założone za pieniądze razwiedki - zaczęły okazywać zainteresowanie pionem moralnym Kościoła polskiego. Kandydatura JE Wielgusa na tym stanowisku na pewno wywierałaby przemożny wpływ nie tylko na kapłanów w Polsce, ale także - dlatego, że wielu polskich księży pracuje za granicą, w Europie zachodniej - w wielu miejscach na świecie, toteż skrzydło postępowe, podejrzewane nie bezzasadnie o kontakty z masonerią, przedsięwzięło środki, by do tej kandydatury nie dopuścić, a najbardziej zagadkowa była w tym rola nuncjusza papieskiego, biskupa Kowalczyka...
    W całej tej sprawie działali szatani z rożnych stron...
    Kościół polski wykazał się niebywałą bezradnością wobec wydarzeń, w które został wepchnięty. Jest to konsekwencja wieloletniej posługi papieża Jana Pawła II, który stanowił nieformalną jego głowę. Doszło do niesłychanego rozdęcia imperialnego i biurokratycznego polskiego Kościoła w iście breżniewowski bizantynizm. Papież Benedykt podjął interwencję chyba w ostatniej chwili.

    Nagranie trwa prawie 16 minut i jest dostępne w Sieci do 22 I 2007 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




    Gdy siatka się kończy - Stanisław Michalkiewicz Wysłane poniedziałek, 8, stycznia 2007 przez Krzysztof Pawlak

    Znane jest przysłowie, że klin najlepiej wybijać klinem. Szczególnie gustują w nim pijacy, którzy przy pomocy kolejnych klinów potrafią wprawiać się w stan permanentnej nirwany. Ale zasad wybijania klina klinem sprawdza się nie tylko w stanach wskazujących na spożycie, ale i w polityce. Oto nie tak dawno na porządku dziennym Sejmu stanęła sprawa zmiany konstytucji, poprzez dodanie do art. 38. trzech słów: "od chwili poczęcia". Inicjatywa podjęta przez LPR zmierzała do nadania normie konstytucyjnej treści następującej: "Rzeczpospolita Polska zapewnia każdemu człowiekowi prawną ochronę życia od chwili poczęcia", co stanowiłoby realizację stawianego od dziesięcioleci postulatu Kościoła katolickiego w kwestii ochrony życia i walki z "cywilizacją śmierci". Ku powszechnemu zdumieniu, inicjatywę zmiany konstytucji skrytykowali również... niektórzy hierarchowie Kościoła katolickiego, że to niby zburzy ona kompromis. Krytycznie do pomysłu początkowo odniósł się nawet Przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski, JE abp Józef Michalik, ale też jako jeden z pierwszych się opamiętał i ostatecznie inicjatywę zdecydowanie poparł. No bo jakże w przeciwnym razie pomstować z pasją na "cywilizację śmierci" i zachęcać katolików świeckich do obrony życia poczętego?
    Przypomina to trochę opisane przez Konrada Lorenza spotkanie dwóch psów rozdzielonych siatką. Psy biegły wzdłuż siatkowej przegrody, zacharkując się nawzajem z wściekłości. Wydawało się, że gdyby nie siatka, to pożarłyby się w mgnieniu oka. Kiedy tak biegły, siatka nagle się skończyła i psów nie rozdzielało już nic. W tym momencie opuściła je cała wściekłość. Umilkły i na sztywnych łapach rozeszły się spokojnie, każdy w swoją stronę. Konrad Lorenz bardzo lubił takie sceny, bo pasowały mu do tezy, że gatunek ludzki jest częścią przyrody i w znacznie większym stopniu podlega jej mechanizmom, niż z pychy skłonni jesteśmy przyznać. W tym duchu rozciągał na - zdawałoby się - ściśle kulturowe zachowania ludzkie występującą wśród zwierząt tzw. postawę imponującą oraz odwrotną "postawę pokory". Gdyby żył dzisiaj w Polsce, to ostatnio z całą pewnością by się w tych przekonaniach utwierdził.
    Jak się okazuje, z chrześcijańską pryncypialnością, że to niby "tak - tak, nie - nie" - nie ma żartów. Z uwzględnieniem wszystkich proporcji, nie ma żartów również z demokracją. Wyciąganie z demokratycznej zasady logicznych konsekwencji szalenie demokratów irytuje. Tymczasem demokratyczna zasada jest równie nieubłagana, jak chrześcijańska pryncypialność. Jak wiadomo, polega ona prze przeświadczeniu, że im większa Liczba, tym słuszniejsza Racja. Jest to oczywista bzdura, ale demokratom to absolutnie nie przeszkadza, bo demokratyczną zasadą posługują się oni wyłącznie gwoli jej użyteczności, a nie trafności. Dlatego, kiedy ktoś chce doprowadzić demokratyczną zasadę do logicznej skrajności, wzbudza wśród demokratów wściekłość. Niczym podczas dysputy synagogi libertynów i aleksandryjczyków ze św. Szczepanem, ich serca wrą gniewem, ich zęby zgrzytają, uszy pozostają głuche na jakiekolwiek argumenty, zaś w umysłach budzi się żądza mordu.
    Akurat Roman Giertych próbuje postawić pod ścianą tym razem demokratów i wystąpił z projektem referendum, czy wojsko polskie ma nadal uczestniczyć w okupacji Iraku, czy też ma zostać stamtąd wycofane. Ponieważ nie jestem ultrasem demokracji, to z czystym sumieniem pomysł ten potępiam nie dlatego, bym uważał polski udział w kontynuowaniu okupacji Iraku za sensowny. Nie ma on najmniejszego sensu nie tylko dlatego, że to poczucie sensu utracili już nawet Amerykanie, ale przede wszystkim dlatego, że z powodu nikczemności prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego, który na podlizywaniu się Amerykanom chciał uzyskać nominację na genseka ONZ, polska dyplomacja utraciła nawet potencjalną zdolność wykreowania w Iraku jakiegoś polskiego interesu, np. w postaci militarnej konwersji zagranicznego długu. W ogóle pomysł, by politykę zagraniczną państwa kształtować metodą wiecowania z udziałem m.in. "suwerenów" od rana nieprzytomnych od denaturatu czy piwa, uważam za szaleńczy, chociaż muszę przyznać, że całkowicie zgodny z zasadą demokratyczną. Kto wie, czy jednak właśnie nie to mimowolne, jak sądzę, obnażenie absurdu demokratycznej zasady, wzbudza w środowiskach demokratów całkiem plebejską, godną raczej Samoobrony, wściekłość przeciwko wicepremierowi Giertychowi.
    Bo tak naprawdę demokraci szczerze "suwerenami" pogardzają, a najlepszego dowodu tej pogardy dostarczają ustawy z konstytucją na czele. Oto art. 4. ust. 1. konstytucji stwierdza, że Władza zwierzchnia w Rzeczypospolitej Polskiej należy "do Narodu", czyli "obywateli". Znaczy - "obywatele" są suwerenami, a więc sami powinni decydować o zakresie własnych uprawnień. Tymczasem ustawa z 14 marca 2003 roku o referendum ogólnokrajowym w art. 63 ust. 1 stwierdza expressis verbis, że referendum z inicjatywy obywateli nie może dotyczyć m.in. "wydatków i dochodów, w szczególności podatków oraz innych danin publicznych". A to ci dopiero siurpryza, a to obciach! To "suwerenny", jakże by inaczej, "Naród" może decydować o wszystkim, tylko nie o "podatkach"? Znaczy - o "podatkach" decyduje super-suweren? Niechże u diabła się ujawni, niechże wreszcie wystawi nosa spoza tego "Narodu"!

    Stanisław Michalkiewicz

    Publicystyka Stanisława Michalkiewicza na ASME i nagrania TV ASME


    To dopiero początek - Krzysztof Mazur Wysłane niedziela, 7, stycznia 2007 przez Krzysztof Pawlak

    "Kończcie Ekscelencje, wstydu oszczędźcie", taką parafrazą słynnego zawołania można podsumować to, co w ostatnich tygodniach działo się wokół afery z ks. abp. Wielgusem, w roli głównej.

    Rezygnacja abp. Wielgusa z funkcji metropolity warszawskiego wcale nie stanowi przełomu w sprawie, może co najwyżej oznaczać, że nie zabrnięto w większe kłopoty niż się jeszcze niedawno zapowiadało.
    Skandal z nominacją abp. Wielgusa, gdyż tylko skandalem można nazwać procedurę związaną z taką nominacją, pokazał w pełnej krasie skalę zakłamania, wygodnictwa, pychy i najzwyklejszej głupoty cechującej, jak się okazało, sporą grupę polskich hierarchów. Wcześniejsze i jak najbardziej świeże wypowiedzi oraz tłumaczenia takich biskupów jak Głódź, Życiński, Skworc, Dziwisz, Pieronek, no i oczywiście prymas Glemp - nie pozostawiają wątpliwości co do kondycji intelektualnej wpływowej części episkopatu oraz zdolności polskiego Kościoła nie tylko do moralnej odnowy Ludu Bożego, ale również do właściwej oceny samych ludzi Kościoła.
    Jak się okazuje, rezygnacja abp. Wielgusa odbyła się w trybie "na żądanie", co definitywnie przekreśliło pojawiające się natychmiast komentarze o jego skrusze oraz kierowaniu się wyłącznie dobrem wspólnoty kościelnej. Przyznanie się do winy nastąpiło po przedstawieniu niepodważalnych dowodów, potwierdzonych nawet przez komisję kościelną. Jednakże nawet w oświadczeniu, w którym owo przyznanie się do winy nastąpiło, arcybiskup nie omieszkał wskazać, że jego wcześniejsze zaprzeczania były wynikiem atmosfery "medialnego rozgorączkowania". Zamiast wyznać winę i przeprosić osoby, które mówiąc prawdę, naraziły się na bezpardonowe ataki ze strony episkopatu, polityków, księży, mediów o. Rydzyka i "prawdziwych" Polaków, "przyznano się" i "przeproszono" - ale tak, by wbić jeszcze jedną chociażby małą szpileczkę posłańcom złych wieści.
    Ale widocznie to również nie wyczerpało w niektórych hierarchach potrzeby publicznej zemsty; zemsty za to, że ktoś ośmielił się krzyknąć, iż "król jest nagi", dlatego też prymas Glemp nie omieszkał wykorzystać nawet tej chwili, w której najbardziej wypadało pokornie prosić Pana Boga o przebaczenie - do haniebnego relatywizowania winy, porównując "męczeństwo" abp. Wielgusa do zaparcia się św. Piotra, historii bł. abp. warszawskiego Zygmunta Szczęsnego Felińskiego z czasów Powstania Styczniowego czy wreszcie działalności publicznej ks. prymasa Wyszyńskiego. "Cóż to za sąd na podstawie świstków, dokumentów trzeci raz odbijanych; my nie chcemy takich sądów" - poinformował ksiądz prymas wiernych zebranych w archikatedrze, tak jakby trzecia odbitka miała niższą wagę niż pierwsza czy sam oryginał. Kto, niby jest tym "my", który nie chce takich sądów? Sadzę, że "my" księdza prymasa to jednak nie "my" w sensie większości wiernych, należy żywić nadzieję, że spora ich część nie dała sobie jeszcze zglajszachtować sumienia i potrafi we właściwych proporcjach ocenić to, co się ostatnio mówi, pisze i robi. "Niech ksiądz prymas i wszyscy nasi hierarchowie, którzy - "Mówią bowiem, ale sami nie czynią. Wiążą ciężary wielkie i nie do uniesienia i kładą je ludziom na ramiona, lecz sami palcem ruszyć ich nie chcą" (Mt 23, 3-4) - wiedzą, że my chcemy pasterzy uczciwych, odważnych i mądrych - a nie karierowiczów i szpiegów. Konfesjonał to nie skrzynka kontaktowa, a jak ktoś sobie pomylił powołania, to niech wielowiekowym autorytetem Kościoła nie wymusza na wiernych milczenia w obliczu zdrady i kłamstwa.
    "Nie znamy sposobów ani presji, w jaki sposobów to się stało" - usprawiedliwiał agenturalną współpracę abp. Wielgusa ksiądz prymas, ale nie dodał, że nie wiemy tego, gdyż nie powiedział nam o tym sam zainteresowanym, który chyba nie stracił pamięci na tyle, aby nie znać kontekstu zawierania umów o współpracę. Coś zresztą o tym wspomniał w swoich skąpych wyjaśnieniach, a mianowicie wiemy, że w 1978 r. uległ i podpisał zobowiązanie, gdyż prowadzący go oficer krzyczał, a nawet "wrzeszczał". No to ładne kwiatki, włodarzem stołecznej metropolii miał zostać ksiądz, który podpisał lojalkę i zobowiązanie do współpracy z komunistyczna bezpieką pod wpływem krzyku mundurowego.
    Można być pewnym, że przynajmniej ze strony wymienionych wcześniej hierarchów, a pewnie ze znacznie większej ich reprezentacji zarówno dziennikarze "GP", którzy nadali sprawie właściwy rozgłos oraz politycy, którzy sprawę popierali (tutaj prawdopodobnie duży ukłon należy się Kaczyńskim) nie doczekają się słów przeproszenia za rzucane wcześniej w ich stronę kalumnie i oskarżenia. Co więcej: obnażeni pyszałkowie wykorzystają każdą okazję, aby posłańcom złych wieści dokuczyć i pokazać, jak bardzo są na nich obrażeni. Casus księdza Isakowicza-Zaleskiego zwanego przez niektórych "nadubowcem", może być w tym wypadku wskazówką, jak polityka "odwracania kota ogonem" spodobała się ludziom marnych charakterów, których tak wielu dostąpiło w PRL-u i III RP zawodowego i środowiskowego "szlachectwa". Dlatego tak ważne pozostaje, aby proces wyjaśnienia, kto jest kim w Polsce doprowadzić do końca. Niech wreszcie o Polsce zaczną decydować ci, którzy na to zasługują z racji ich wrodzonych i nabytych przymiotów - a nie z powodu znajomości zawartych na polowaniu i cichego poparcia układu.

    Krzysztof Mazur

    Publicystyka Krzysztofa Mazura na ASME


    Sławomirowi Skrzypkowi będzie łatwiej niż Leszkowi Balcerowiczowi dogadywać się nie tylko z RPP - Łukasz Perzyna o zmianie na stanowisku prezesa NBP Wysłane sobota, 6, stycznia 2007 przez Krzysztof Pawlak

    | Pobierz |







    Sławomirowi Skrzypkowi będzie łatwiej niż Leszkowi Balcerowiczowi dogadywać się nie tylko z RPP - Łukasz Perzyna o zmianie na stanowisku prezesa NBP
    Wysłane sobota, 6, stycznia 2007 przez Krzysztof Pawlak

    "Prezydenckie wskazanie Sławomira Skrzypka na nowego prezesa NBP niesłusznie jest dzisiaj odbierane w najkrótszym z możliwych czasowych kontekstów, czyli perspektywie sejmowego głosowania. Bardzo mało jest prawdopodobne, by Roman Giertych zdołał się zdobyć na obstrukcję, wsparcie Samoobrony jest raczej przesądzone, a szef LPR już tylko z list PiS miałby szansę wejść ponownie do parlamentu. Wszystko wskazuje na to, że Sławomir Skrzypek zostanie wybrany na sześcioletnią kadencję prezesa NBP. To nie jest bezpośrednio polityczna funkcja w kraju, choć na politykę oczywiście rzutująca. Jeśli Jarosław Kaczyński przegra kolejne wybory i zniknie z wielkiej polityki - to Sławomir Skrzypek jako jego nominat będzie nadal zarządzać bankiem narodowym, otwiera się więc pewna nowa epoka" - Łukasz Perzyna, analityk "Tygodnika Solidarność" i naszej witryny ASME, opisuje ważne, noworoczne wydarzenie z dziedziny narodowej gospodarki.

    Wiemy, jaki użytek z prezesury w NBP uczyniła pożytek Hanna Gronkiewicz-Waltz - wtedy reprezentowała zupełnie marginalne ugrupowania "Victoria" - połączone sztaby Lecha Wałęsy, później była właśnie jego nominatką, będąc na urzędzie, dobrze przeprowadziła denominację złotówki, a przecież nie była "wykształconą ekonomistką z poparciem tzw. rynków finansowych", a może wręcz przeciwnie. Leszek Balcerowicz, co zdumiewające, zważywszy na jego olbrzymie ambicje polityczne i ekonomiczne, sięgające nawet Nagrody Nobla, której pewnie nigdy nie dostanie - nie pozostawił po sobie żadnego pomnika, żadnego monumentu, żadnego większego przedsięwzięcia. Miejsce dogmatyka, człowieka który poświęcił własną partię dla osobistej kariery (Unia Wolności już nigdy się nie podniosła z klęski w tamtych latach), wizjonera, monetarysty - ustępuje miejsca zwyczajnemu urzędnikowi, człowiekowi, który zawsze trwał w cieniu swojego dobroczyńcy, który zapewniał mu stanowiska w różnych instytucjach. Dziś przed Sławomirem Skrzypkiem stają kompletnie inne wyzwania: obrona rodzimej waluty, co zapowiedział jego mentor Jarosław Kaczyński, przed zakusami "rynków finansowych" Unii Europejskiej. To raczej wizja Wielkiej Brytanii, w której szukają pracy mniej zamożni obywatele UE, kraju, który skutecznie obronił swoją walutę, Danii i innych państw skandynawskich, które cieszą się z posiadania innej monety niż euro - będzie wpływać na działania nowego prezesa. Były prezes Leszek Balcerowicz raczej więcej razy mylił się w swych prognozach co do fluktuacji stóp procentowych niż jego oponenci, "gołębie" w RPP, sprawa wprowadzenia podatku liniowego też znowu odżyje przy okazji "ingresu" nowego prezesa NBP...

    Nagranie trwa ponad 15 minut i jest dostępne w Sieci do 20 I 2007 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




    Lista osób popierających Apel o SZYBKIE ujawnienie i usunięcie agentów z Episkopatu Wysłane piątek, 5, stycznia 2007 przez Krzysztof Pawlak

    Tekst APELU - dostępny na naszej witrynie.

    Jak wysyłać APEL do Episkopatu - artykuł "Akcja SUBITO, Akcja TACA, Krucjata - Czas mizerykordii"



    1. Mirosław Dakowski, prof., fizyk, Warszawa
    Izabela Brodacka, fizyk, Warszawa
    Krzysztof Cierpisz, Lund, Szwecja .
    Anna Falzmann, nauczycielka, Warszawa
    Zbyszek Koreywo, nauczyciel, Western Australia
    Maria Dębowska, dr fizyk, Uniwersytet Wrocławski
    Krystyna Ferch, Warszawa;
    Adam Ferch, Warszawa,
    Maria Choińska, Warszawa,
    Irena Olech, Warszawa,

    2. Aleksander Graf Pruszynski, Minsk, Toronto
    Andrzej Marszalkowski dr -przew. RN Stronnictwa Narodowego, Kartuzy
    Jerzy Jaśkowski, dr med., Gdańsk
    Arkadiusz Wysokiński; matematyk, Siedlce
    Jadwiga Wysokińska, nauczycielka, Siedlce
    Antoni Stryjewski, Wrocław
    Jan G. Grudniewski, gen. bryg ds., Warszawa
    Zdzislaw Bylok, Vancouver, Kanada
    Wlad. R.Wawrzonek - wydawca tyg. "Kurier" i periodyku "Przelom" Nowy Jork
    Janek Sakowicz, Seattle Wa USA

    3. Tadeusz Borowicki, nauczyciel akademicki, Plock
    Gertruda Elzbieta Gawlas, polonistka, Toronto, Canada
    Edward Rogala, Chicago, USA
    Edward Makowiecki, ppłk rez. mgr inż., Przemyśl
    Wojciech Wlazlinski, Chicago, USA
    Konrad Turzynski, matematyk, Torun
    Piotr Skórzyński, publicysta, Warszawa
    Krzysztof Borowiak, dr inż., Poznań, b. wiceprezes Akcji Katolickiej
    Bogdan Poręba, reżyser filmowy, Warszawa
    Jerzy Andrzejewski, ekonomista, Skierniewice

    4. Anna Jadczyk, Wroclaw
    Maria Janusz, Bielsko-Biala
    Longinus Smyrgala, Nowy Jork, Czlonek Kongresu Polonii Amerykanskiej
    Anna Kułach, mgr biolog, Calgary, Alberta, Kanada
    Jan Kułach, mgr inż., Calgary, Alberta, Kanada
    Alicja Kowalewski, Calgary, Alberta, Kanada
    Kazimierz Kowalewski, Calgary, Alberta, Kanada
    Magdalena Kowalewska, Calgary, Alberta, Kanada
    Stanisław Chęciński, elektronik, Arizona, USA
    Teresa Bochwic, dziennikarz, Warszawa

    5. Andrzej Czachor, profesor, fizyk, Warszawa
    Zbigniew Kobyliński, dr, fizyk, Warszawa
    Janusz Czyż, profesor, matematyk, Warszawa;
    XX - sygnatariusz wycofał swój podpis, po ujawnieniu agenta TW "Adam" 24.12.2006
    A.Czarnecki vel Babicki, Warszawa
    Marcin Jendrzejczak, student, Warszawa
    Michał Haraburda, nauczyciel, Warszawa
    Ryszard Kołyszko, w latach 80. Radio Solidarność, teraz San Jose, California
    Aldona Kraus, dr med., Warszawa
    Sergiusz Kraus, Warszawa

    6. Barbara Błasińska, iberystka, Warszawa
    Bohdan Szewczyk, USA
    Kazimierz Helebrandt, nauczyciel akademicki, Wrocław
    Alina Maria Dybowska, fizyk, Warszawa
    Urban Dybowski, przedsiębiorca, Warszawa
    Jerzy Malinowski, konstruktor, Asnieres sur Seine, Francja
    Danuta Nowakowska, nauczycielka, Suresnes Francja
    Barbara Szmulik, nauczycielka, Wola Rębkowska
    Piotr Szmulik, inżynier budownictwa, Warszawa
    Piotr Serwadczak, IT konsultatnt, Wrocław

    7. Piotr Zarębski, reżyser i producent filmowy, Łódź
    Michał Buszewski, Warszawa
    kpt. Irena Błasińska, Warszawa
    ppłk. Jan Błasiński, Warszawa
    Krzysztof Zwoliński, inż., Warszawa
    Jerzy Gieysztor, przedsiębiorca, Wrocław
    Lech Jaworski, mgr inż., Vancouver BC Kanada
    Jan Ostrowski, technik-spawacz, Nowe Pieścirogi
    Elżbieta Ostrowska, gospodyni domowa, Nowe Pieścirogi
    Anna Majewska, technik odzieżowy, Nowe Pieścirogi

    8. Sławomir Majewski, maszynista, Nowe Pieścirogi
    Arkadiusz Ostrowski, mechanik, Nowe Pieścirogi
    Andrzej Basara, mgr inż., Trzebnica
    Krzysztof Pańczyk, nauczyciel, Siedlce
    Zygmunt Urbanowicz, artysta malarz, Siedlce
    Eugeniusz Mąka, technik włókiennik, Siedlce
    Andrzej Thel, mechanik, Siedlce
    Marek Furtak, Lublin 2 XI. 06
    Joanna Waliszewska, plastyk, Warszawa
    Joanna Falzmann, fizyk, Warszawa

    9. Alina Dobrowolska-Segit, rzecznik patentowy, Warszawa
    Andrzej Wicik, inżynier elektronik, Warszawa
    Lucjan Sobiczewski, emeryt, Siedlce
    Bogdan Nienaltowski, fizyk, Gdansk
    Danuta Becker, Chicago, USA
    Maria Borowiak, mgr prawa, Lake Bluff, Il, USA
    Genowefa Matias, mgr.ped.specj. nauczycielka, Il 600 44,.USA
    Maria T.Piechowicz -Baitis, mgr.informatyki, nauczycielka w USA.,Alspis,Il.
    Maria Piotrowska, magister ekonomii, Arlington Hights, Il USA
    Mieczyslaw Blasik, technik ogrodnik, Chicago, USA

    10. Hanna Nowak, Illinois, USA
    Halina Stańczak, architekt, Il.600 33, USA
    Anna Matias -Hernandez, Medicayd, Las Vegas, USA.
    Barbara Zborzyńska, Glenview, Il. 600 25,USA
    Krzysztof Brzezinski, Arlington Hights, Il.600 04 USA
    Beata Moldysz, księgowa w USA, studentka ekon, Streamwood, Il., USA.
    Maria Przybyłkiewicz, w USA pielęgniarka, Chicago, USA
    Arkadiusz Wyżykowski, mgr.ekonomii, Arlington Hights, IL., USA
    Teresa Andrzejewska, rencistka, Chicago, Il. USA 4 XI.06

    11. Dana I. Alvi, Santa Monica, Kalifornia, USA
    Aldona Duklewska, nauczycielka, Kurów
    Anna Pokora, Otwock
    Otylia Zigman, Des Plaines IL, USA
    Anna Kaplita, Blue Island IL, USA
    Elżbieta Makowiecka, Chicago IL, USA
    Jack Gajda, Des Plaines IL, USA.
    Elżbieta Szewczyk, Eddison IL, USA
    Płk. Józef Teliga, szef kontrwywiadu AK, Warszawa
    Antonina Komorowska, dr. biochemii, Warszawa

    12. Jerzy Lubach, niezależny reżyser filmowy, Warszawa
    Robert Podgórski, informatyk, Warszawa
    Wacław Tymiński, emeryt, Siedlce
    dr Jerzy Ponejko, Monreal, Kanada
    Eugeniusz Osuch, Chicago IL, USA
    Marek Szpak, Inz. Chicago IL, USA
    Jan M. Malek, Inz. Rancho Palos Verde Kalifornia, USA
    Zdzislaw Puacz, Chicago IL, USA
    Jan Checinski, Wroclaw Polska
    Barbara Czartoryska, fotograf, Warszawa

    13. Jarosław Golik, przedsiębiorca, Warszawa
    Konstanty Golik, student UW, Warszawa
    Krystyna Zienkiewicz, red. encyklopedii, Warszawa
    Włodzimierz Wysocki, matematyk, Warszawa
    Magda Senderowska, Calgary, Alberta, Kanada
    Andrzej Brodzki, Calgary, Alberta, Kanada
    Teresa Wac, Calgary, Alberta, Kanada
    Jadwiga Chmielowska, dziennikarz, nauczyciel akademicki, Sosnowiec
    Romualda Niekrasz, historyk sztuki, Warszawa,
    Lech Z. Niekrasz, dziennikarz, Warszawa

    14. Mirosława Mleczak, Ciekszyn
    Iwona Filipkowska, Nasielsk
    Ewa Grenadier, Radzymin, gm. Naruszewo
    Jolanta Banach, Kędzierzewice, k. Nasielska
    Hanna Malinowska, Pniewo k. Nasielska
    Sylwia Wierzbowska, Nasielsk
    Katarzyna Darkowska, Kątne, Nasielsk
    Grzegorz Arciszewski, Nasielsk
    Sławomir Szych, Nasielsk
    Bogusława Wiśniewska, Nasielsk

    15. Katarzyna Morawska, Nasielsk
    Katarzyna Krynicka, Nasielsk
    Elżbieta Krakowska, Ciekszyn k. Nasielska
    Stanisława Wójcicka, Nasielsk
    Grzegorz Domański, Nasielsk
    Danuta Gorajska, Nasielsk
    Andrzej Chrzanowski, Nasielsk
    Krystyna Chrzanowska, Mogowo k. Nasielska
    Wojciech Konkol, Nasielsk
    Józefina Konkol, Nasielsk

    16. Anna Konkol, Nasielsk 20 listopada
    Jacek Kawczynski, Inverness, USA
    Marek Jerzy Toczek, wice admirał rez., Julianów k/ Piaseczna
    Wojciech Sieradzki, archeolog, Warszawa
    Anna Sieradzka, historyk sztuki i kostiumolog, prof. UW, Warszawa
    Antoni Sieradzki, grafik komputerowy, Warszawa
    Aleksandra Salwinowa, prawnik, Warszawa
    Jerzy Wilczyński, inżynier, Cikowice k. Bochni
    Stanisław Duczyński, Warszawa
    Bogdan Dębek, Parlin, New Jersey, USA

    17. Stanisław Michalkiewicz, publicysta, Warszawa
    Marek Maciolowski, USA
    Kazimierz Świtoń, Katowice
    Roman Kafel, prawnik, Dallas Texas, USA
    Witold Surowiak, dialogista, Warszawa 30 listopada
    Tadeusz Nowak, nauczyciel-polonista, Namysłów
    Aleksander Rusiecki, Warszawa
    Jan Kurdybelski, Wrocław
    Krzysztof Pawlak, publicysta, Warszawa
    Roman Pienkowski, Mississauga, Canada

    18. Sławomir Kowalewski, literat, Warszawa
    Wanda Tworkowska, Toronto, Kanada
    Jerzy Tworkowski, Toronto, Kanada
    Stanisława Tomczyk, "Chrystus Król Polski" Łodygowice
    Leszek Tomczyk, "Chrystus Król Polski" Łodygowice
    Anna Tomczyk, "Chrystus Król Polski" Łodygowice
    Jakub Tomczyk, "Chrystus Król Polski" Łodygowice
    Stanisław Karcz, "Chrystus Król Polski",Bujaków k. Kęt
    Lucyna Pronobis, "Chrystus Król Polski", Pewla Mała k. Żywca
    Sławomir Pronobis, "Chrystus Król Polski", Pewla Mała k. Żywca

    19. Antoni Imielski, "Chrystus Król Polski", Łodygowice
    Maciej Starzeński, Warszawa
    Teresa Zaźlak, Warszawa
    Marianna Raczyńska, Warszawa
    Janusz Zieliński, Warszawa
    Barbara Zielińska Warszawa
    Anna Komornicka Warszawa
    Józef Obrębski, Warszawa
    Czesław Błajszczak Warszawa
    Marian Ciach, Warszawa

    20. Zenon Toniakiewicz, Warszawa
    Sławomir A. Zakrzewski, Warszawa
    Maria Woźnicka, Warszawa
    Tomasz Niemczak, Warszawa
    Janina Kunicka, Warszawa
    Bartłomiej Kurzeja, Nowy Targ
    Jan Wojtkowski, Warszawa
    Grzegorz Tuszyński, lekarz medycyny, Londyn
    Dariusz Kulczyński, Kanada
    Jarosław Wojciechowski, pisarz, Włocławek

    21. Zdzisław Zakrzewski, Stronnictwo Pracy, prezes, Warszawa
    Jerzy Michajłowicz, ekonomista, tłumacz, Warszawa
    Cezary Paszuk, przedsiębiorca, Skarzysko-Kamienna
    Wacława Żwiruk, nauczycielka, Tarnobrzeg
    Grażyna Sitko, prawnik, Szczecin
    Stanisław Piszczek, inżynier, Szczecin
    Stefania Piszczek, nauczycielka, Szczecin
    Paweł Górski, dr n. med., Łódź
    Grzegorz Pioterek, Kraków
    Krzysztof Zajączkowski Sosnowiec

    22. Adam Chmielewski, mgr inż., Gdańsk
    Bogdan Dębek, Parlin, New Jersey,USA
    Tadeusz Błasiak, emeryt bankowy, Katowice
    Stanisław Dudziński, prawnik, Poznań
    Edward Lach, mgr inż. Gdańsk
    Joanna Muskała, inż rolnik, Tychy
    Piotr Muskała, mgr inż. górnik, mgr teologii, Tychy
    Zbigniew Mickiewicz, mgr. inż, Lublin
    Marcin Majewski, "Chrystus Król Polski" Legnica
    Henryk Majewski, "Chrystus Król Polski" Legnica

    23. Paweł Majewski, "Chrystus Król Polski" Legnica
    Sabina Majewska, "Chrystus Król Polski" Legnica
    Marta Majewska, "Chrystus Król Polski" Legnica
    Małgorzata Kopczyńska, wiolonczelistka, "Chrystus Król Polski" Warszawa
    Paweł Kawarski, radca prawny, absolwent Wydz. Prawa Kanon. i świeck. KUL Warszawa
    Krzysztof Łazarski, dr., historyk (działacz opozycji przedsierpn., internowany), Warszawa
    Krzysztof Pawlak, dziennikarz, wydawca ASME, red. naczelny ASME

    Mistyka Służby II Wysłane piątek, 5, stycznia 2007 przez Krzysztof Pawlak

    Patrz też:

    Mistyka Służby

    SB-ecja dobierała starannie kandydatów do gry operacyjnej - po to m.in. były im tak potrzebne informacje z pozoru nieważne, jak kto i gdzie się zachowywał - najczęściej w towarzystwie bezpiecznych, bo przyjaźniących się z nimi osób, Byłem zdumiony, kiedy się o tym przekonałem, ilu wartościowych psychologów i analityków zatrudniało MSW czy MON - ale to właśnie była ich praca, niemal najwyżej oceniana przez kierownictwo SS PRL - kompetentne opracowywanie profilu osobowościowego kandydata na agenta, później już tylko była kwestia sposobu "dotarcia" do figuranta, by zmienić mu status w papierach. Jednych brano na "patriodiotyzm", innych szantażem, czasem przekupstwem, ale to najniższa z kategorii, która taką była zawsze i wszędzie. Ważne, że na swych kolaborantów służby na całym świecie dobierają jednostki z jakiś powodów "miękkie", których profil osobowościowy wskazuje na podatność na wpływ. Czyli mówiąc a contrario - brak zasad. Ludzi, którzy z założenia "nie pertraktowali z okupantem" słudzy "czerwonego szatana" nawet nie brali pod uwagę.
    Ksiądz (teraz biskup) Wielgus napisał w swoich wyjaśnieniach, że przed wyjazdem do Monachium jakiś straszliwie zły i gburowaty (może nawet grający, a może nawet nie grający ostatniego chama) "oficer" MBP/MSW NAKRZYCZAŁ na biednego przyszłego stypendystę monachijskiej fundacji: "Najgorszy był mój wyjazd do Monachium w r. 1978. Miałem wówczas spotkanie z bardzo brutalnym funkcjonariuszem wywiadu, który wrzaskiem i groźbami, że mnie zniszczy, skłonił mnie do podpisania deklaracji współpracy z wywiadem".
    Mój Boże, a to się mój śp. Ojciec uśmiecha od ucha do ucha w Niebiesiech, patrząc z góry już na to wszystko, on, których przeszedł całą "ozdrowieńczą" drogę do "obywatela PRL pod szczególnym nadzorem" - do końca lat 80., do likwidacji UB/SB - po "ośrodkach sanatoryjnych, rehabilitacyjnych" we Wronkach, Rawiczu i Jaworznie, ze śledztwem na Rakowieckiej w 1949 roku - porównując sposoby prowadzenie dialogu "ekumenicznego" funkcjonariuszy MBP/MSW PRL z lat 40. i 70. ubiegłego wieku. W tych pierwszych trzeba było np. "lotu do Zakopanego", czyli stania nagim w czasie zimy w pokoju z otwartymi oknami w pozycji "skoczka", zaświadczeń "pod celą" o temperaturze "dialogu" w postaci pręg na całym ciele od różnych elementów taboretu, spędzania w wypełnionym wodą (nie ciepłą!) po kostki karcerze, zwyczajnego walenia "po zaplutej mordzie" etc. - w latach drugich wystarczyło krzyknąć na figuranta, pogrozić mu ujawnieniem już wcześniej prowadzonego "dialogu" - ot, wszystko.
    Każda gra operacyjna ma swoje bliższe i dalsze cele. Bliższe w przypadku księdza Wielgusa - już poznaliśmy: m.in. wprowadzenie do RWE, stała inwigilacja środowiska KUL i innych kręgów instytucjonalnych Kościoła polskiego. Dalsza - to takie umiejętne prowadzenie agenta, by ten mógł "nabierać wagi", uzyskując dostęp do coraz wyższych stanowisk w hierarchii zawodowej czy środowiskowej.
    Najdalsze - to to, śni się każdemu oficerowi wywiadu: PRZJĘCIE "konkurencji", czyli... nie, nie - jej likwidacja, ale właśnie przejęcie - bo czyż nie jest najwspanialsza sytuacja, w której zewnętrzni obserwatorzy są przekonani o istnieniu jakże chwalebnej konkurencji, istnieniu dwóch (więcej też) ośrodków władzy, kiedy tak naprawdę to wszystko JEDNA, "NASZA" sitwa?
    Ten etap widzimy TERAZ: wliczony w koleje życia księdza (teraz biskupa) Wielgusa właśnie także i taki scenariusz: gwałtowne załamanie się zaufania szerokich rzesz do najwyższych funkcjonariuszy "wrogiej instytucji" - jeśli nie udało się jej przejąć po kryjomu - za pomocą wprowadzenia, prowadzonego od 20 lat, agenta (i może innych, jeszcze nie ujawnionych) do najściślejszego kręgu decydentów.
    Agenta, którego profil osobowościowy zakładał, a raczej - było pewne, że: będzie kręcił, motał, KŁAMAŁ (Biskup - i kłamstwo, piękne, co? A teraz i nawet komisja kościelna potwierdziła fakt KOLABORACJI) - co w przypadku osoby szczególnego zaufania społecznego, jakim jest każdy kapłan - a szczególnie tak wysoko postawiony w hierarchii - prowadzi do drastycznej erozji zaufania ze strony podlegających mu szeregowych członków grupy społecznej.
    Najbardziej pożyteczny agent to przecież taki - który co by nie uczynił - to i tak zbierze korzyści dla siebie jego centrala.

    No i na koniec tej części "wykładu o mistyce Służby" - dla tych PT Odbiorców, którzy dopytywali się wcześniej o usytuowanie tej historii w strukturze SS PRL: tak, to "cywile" tym razem, taki był podział "zadań" w trakcie drugiej okupacji Rzeczypospolitej - odpowiednikiem GeheimStadtPolizei był/a UB/SB, PRL-owski odpowiednik Abwehry w tym (bezpośrednio) nie był zaangażowany.
    Per analogiam: ksiądz Wielgus był kolaborantem ODPOWIEDNIKA Gestapo. Ważąc Jego odpowiedzialność - to też trzeba mieć na względzie.
    Z pewną zadumą można jedynie zapytać: Warszawo, jakżesz Ty jesteś naznaczona! Przecież kogo Pan ukocha najbardziej - tego najciężej doświadcza?

    Krzysztof Pawlak

    Publicystyka Krzysztofa Pawlaka na ASME


    Akcja SUBITO, Akcja TACA, Krucjata
    Czas mizerykordii
    - Mirosław Dakowski
    Wysłane środa, 3, stycznia 2007 przez Krzysztof Pawlak

    26 listopada

    O potrzebie ujawnienia agentury w Episkopacie dyskutowaliśmy otwarcie już w 1993 r., m.in. na zjazdach prawicy z udziałem najważniejszych ministrów niedawno wtedy obalonego rządu Jana Olszewskiego. Wtedy usłyszeliśmy publicznie, że ujawnienie takie byłoby jak wybuch bomby atomowej - i że trzeba poczekać na "autolustrację" w Episkopacie i Kościele. My uważaliśmy, że ofiarami takiego wybuchu byliby jedynie, czy głównie, agenci i zdrajcy; a Kościół wyzdrowieje.
    Niestety, przez te wszystkie lata agentury nie ujawniono, ani nawet nie izolowano od wpływów w Kościele. Żadnej "autolustracji" nie przeprowadzono. I właśnie dlatego teraz, po stracie kilkunastu lat widzimy, że przemożny wpływ agentury każdą "autolustrację" uczyni fikcją. Konieczna jest szybka (i przecież o wiele tańsza niż lustrowanie wszystkich księży !!) lustracja Episkopatu przeprowadzona przez uczciwych, wiarygodnych i odważnych historyków IPN-u. Mamy takich.
    Poniżej przedstawiamy Apel o ujawnienie i usunięcie obcej agentury z Episkopatu. Tu nie chodzi o "popieranie" odważnych, a obecnie represjonowanych księży, jak ks. Isakowicz-Zaleski. Sprawa ma znaczenie fundamentalne. Przez ostatnie szesnaście lat oficerowie prowadzący agentów zapewniali ich, że wszystkie kompromitujące dokumenty zostały zniszczone, więc nie ma się czego bać. Zły jednak jak zawsze kłamał. Poza kopiami w Rosji i "gdzieś w Polsce", na podstawie których Centrum mogło dalej szantażem kierować swymi agentami, zachowały się jednak również dokumenty dostępne dla IPN i osób zainteresowanych. Stąd ostatnio taka panika kapusiów i chęć "autolustracji". Stąd takie bezbrzeżne zdumienie widoczne np. w TV na twarzy "Hejnała" i podobnych, zdające się mówić "Ojej, dlaczego na mnie padło, dlaczego nie ci wyżej, ważniejsi".... A w tej taktyce razwiedki zapewne chodzi o to, by ci Ważniejsi poczuli się trzymani na krótkiej smyczy, by posłusznie wykonywali polecenia.

    Uwagi dla podpisujących
    Ten Apel mogą podpisywać tylko katolicy (bo to nasza sprawa), w dodatku tacy, którzy w przeszłości nie służyli, ani obecnie nie służą tajnym strukturom (a jeśli służą i podpiszą? - to ich grzech!). Księża podpisywać nie powinni - ze względu na możliwe sankcje ze strony ich "pracodawców".
    Osobom, które uważają, że TAK pisać NIE MOŻNA! odpowiadam: Dobrze, piszcie inaczej, po swojemu (to będzie o wiele skuteczniejsze!), ale wysyłajcie swe listy do biskupów i Episkopatu. Oni muszą czuć nacisk TERAZ.

    Adres Konferencji Episkopatu Polski: Skwer Kard. S. Wyszyńskiego 6, 01-015 Warszawa
    My prosimy o kopie, by wiedzieć o argumentach i rozmiarach protestu.

    Osobom, które uważają, że TO NIE PORA! odpowiadam: oczywiście, że nie pora! Właściwa pora była 16 lat temu. Ale to ostatni moment, potem wrzód nieprawości przyschnie na ciele i w duszy Kościoła i może długo nie zostać uleczony.

    Proszę o potwierdzenie swej zgody na podpis pod Apelem mail'em (bez odsyłania tekstów) na adres: dakowy@elektron.pl lub tel/fax (22) 812 08 06
    Imię, nazwisko, ew. tytuły czy zawód, miejscowość, telefon i ew. mail
    Proszę o wydrukowanie paru kopii tekstu Apelu dla osób nie mających maila.
    Ich jest więcej, niż osób używających internetu!

    Nie można się zadowolić "Oświadczeniem" umieszczonym na swej stronie w internecie, którego pies z kulawą nogą nie zauważy.
    Prosimy o zbieranie list osób popierających Apel i zbiorcze posyłanie do nas.
    Inicjatorem Apelu był Mirosław Dakowski, redagowaliśmy go w gronie 5-8 osób z pierwszej czterdziestki podpisanych.
    "Apel o ujawnienie i usunięcie agentury z Episkopatu" został przesłany w piątek 27 X do Sekretarza Konferencji Episkopatu wraz z ok. 50-ma pierwszymi podpisami. Poprosiliśmy też o audiencję u Arcybiskupa J. Michalika, by dopowiedzieć to, czego w ujawnialnym przecież Apelu nie można było napisać - i by prosić o sugestie i pomoc. Obecnie (20 XI) mamy ok. 160 podpisów. Następne podpisy przychodzą, są bardzo potrzebne, bo w "czasach demokracji w Kościele" ich liczba jest mocnym argumentem, porównywalnym co do skuteczności z argumentami merytorycznymi. Dalsze podpisy będą systematycznie dosyłane. Wobec milczenia Dostojnego Adresata posłaliśmy Apel wraz z poniższym wyjaśnieniem do wszystkich kurii biskupich.




    Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

    Do Księży Biskupów
    Ekscelencje!

    Przed dwoma tygodniami przesłaliśmy załączony Apel do Księży Biskupów na ręce Przewodniczącego Konferencji Episkopatu Polski A-bpa Józefa Michalika.
    Prosimy w nim o decyzje i pomoc w przeprowadzeniu lustracji (szybko) wszystkich członków Episkopatu przez rzetelnych historyków z IPN. I o usunięcie od rządów dusz osób skompromitowanych.
    Doświadczenie szesnastu ubiegłych lat wykazało, że nadzieje wiernych na auto-lustrację Episkopatu były płonne. A jej brak przyniósł i dalej przynosi ogromne szkody.
    Sądzimy, że ten Apel dotarł do Ekscelencji drogą pierwotną. Teraz uzupełniamy go o listę dotychczasowych sygnatariuszy oraz o głos w dyskusji. Prosimy o odpowiedź.
    Z Panem Bogiem
    za sygnatariuszy
    Mirosław Dakowski mailto: dakowy@elektron.pl




    "Tolerować nie znaczy zapominać, że to, co tolerujemy,
    na nic innego nie zasługuje".
    Mikołaj G.Davilla

    To ostatnie dodał nasz komputer.

    Niektóre kurie (np. lubelska i poznańska) musiały Apel już znać, bo programy filtrujące na wejściu serwerów odrzuciły go. W jednym wypadku nawet przeczytaliśmy: "Nie lubimy tych, co popierają"...

    W razie dalszego milczenia naszych Pasterzy dołączymy nasz Apel do przygotowywanego Listu-prośby skierowanego do Ojca św. Benedykta XVI, jako bezpośredniego Zwierzchnika każdego biskupa. Dla podejrzliwych (i leniwych: "iii, to się i tak nie uda...") : Znamy drogę, jaką można posłać dokumenty do Adresata bez obawy, że przechwyci je jakiś TW w Watykanie.
    Wbrew przypuszczeniom adwersarzy, wśród osób dotąd podpisanych nie znalazłem "wrogów Kościoła". Argumenty przeciwnika akcji: "Jezus wprawdzie grzechu nienawidził, ale z miłości do człowieka rozumiał jego słabości i głosił nam, że człowiekowi bardzo potrzeba tego przebaczenia, a nie zemsty, jako sposobu umożliwienia mu nawrócenia" - brzmią zupełnie, jak mantry arcybiskupa Życińskiego powtarzane od lat we wszystkich mediach. Ta grupa "myślicieli" zapomina, że do przebaczenia konieczne jest przyznanie się do grzechów przez grzesznika, jego mocne postanowienie poprawy - i zadośćuczynienie za skutki zdrad, które często "w tej sprawie" bywały straszne.
    Domagamy się nie zemsty, lecz odsunięcia judaszów od teologicznego prowadzenia dusz wiernych! Bo to ono może prowadzić na manowce i do zgorszenia.
    Pisze krytyk: "tych, co może w jakiś sposób źle czynili, należy raczej uświadomić, by zrozumieli, na czym polegał ich błąd, a gdy okażą skruchę i szczerą wolę poprawy, nie odpychać, lecz dać możliwość tej poprawy".
    A tymczasem ONI przez szesnaście lat wywalczonej bezkarności umocnili się na pozycjach Pasterzy, może bliższe prawdy byłoby określenie "na pozycjach guru". Widzimy ciągle, że założenie poczciwców, iż "oni stracili już swoje wpływy" jest mocno przesadzone.
    Cytuję zdanie krytyka (znów słyszę jakby arcybiskupa Ż. i kilku podobnych), że "czasem trzeba takich ludzi otoczyć specjalną troską, by wydobyć z nich to co w człowieku może być najlepsze. Dotyczy to zresztą każdego człowieka, a nie tylko kapłana".
    Bardzo to pachnie obłudą. Jednak zastanówmy się: Jeśli młodzież "specjalnej troski" jest umieszczana w "specjalnych" zakładach, to może również "idących w zaparte" zdrajców "specjalnej troski" należy umieścić - może w specjalnych klasztorach, na przykład dla dogłębnego studiowania depositum fidei? Sugerował to przed laty Stanisław Krajski w pięknej opowieści "Narodziny Metanoi".
    Pamiętajmy, że jeśli Episkopat nie ułatwi teraz rzetelnego ujawnienia agentów choć UB, SB i Informacji Wojskowej (pozostawmy na razie innych), to ujawnienie nastąpi spontanicznie; a jak piszą ukrywający prawdę, nastąpi "dzika lustracja".
    Musimy wahającym się uświadomić, że dopiero ujawnieni agenci przestaną być obiektami szantażu ze strony różnych struktur tajnych (i dwupłciowych) i dopiero wtedy staną się dla wiernych i Kościoła niegroźni.

    Czasu jest mało. Dlatego naszą akcję nazwano "Akcja SUBITO".




    Akcja TACA

    Ponieważ argument finansowy wydaje się w SPRAWIE istotny, równolegle ruszyła już w paru diecezjach akcja składania na TACĘ (zamiast ofiary pieniężnej!!) kartek z napisem typu: "Proszę o lustrację przez IPN Biskupa (...) lub biskupów... I powiadomienie nas o wyniku".

    Tam, gdzie już tę akcję ludzie przeprowadzają (lubelskie, Podkarpacie), "słuch" Kurii się poprawił.




    Krucjata

    Wielu mądrych Polaków uważa, że sytuacja jest beznadziejna. Cytuję: "Agenci zaparli się rogami i kopytami, raz zdobytej władzy (nad duszami) nie oddadzą".
    Na pewno oni są mądrzy, ale brak im wiary. Nie wolno nam zapominać, że nie jesteśmy sami: Prośmy Pana Boga o ratunek. Nasi przodkowie zwyciężyli pod Lepanto czy pod Wiedniem, bo wsparły ich Krucjaty Różańcowe milionów ludzi. Podobnie było z wyzwoleniem Austrii od okupacji komunistycznej w 1954-5 r. Ks. Peter Pavlicek zainicjował Krucjatę, w której uczestniczyło ok. miliona ludzi. Dostępne od niedawna archiwa Kremla nie ukazują stojących za tym ustępstwem jakichś zysków Imperium.
    Proszę więc wszystkich katolików, a szczególnie pobożnych kapłanów, o propagowanie Krucjaty Różańcowej w intencji oczyszczenia Episkopatu z judaszów. Matka Boska Pośredniczka wszystkich Łask Bożych nas nie opuści. A dla tych, którzy obecnie nie podpisują, "bo mogą mi odebrać emeryturę" (autentyczne, częste): Odmówienie jednej czy pięciu dziesiątek różańca codziennie, aż do Zwycięstwa naszej Intencji, niczym Ci nie grozi. A na pewno będzie skuteczne!

    Prosiliśmy już o to (ok. 10 listopada 2006) na antenie Radia w Chicago.

    Pamiętajmy, że nie ma się na kogo oglądać: Nikt tego wszystkiego za nas nie zrobi.

    Na razie media w Polsce są dla tej tematyki zamknięte. Oby to się zmieniło!

    Apel do Episkopatu Polski o oczyszczenie Kościoła - prof. Mirosław Dakowski Wysłane środa, 3, stycznia 2007 przez Krzysztof Pawlak

    Warszawa, 21 października 2006

    Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!


    Apel
    do Episkopatu Polski
    na ręce Przewodniczącego Konferencji Episkopatu
    Jego Ekscelencji Arcybiskupa Józefa Michalika



    Ekscelencje!

    Organizm, którego umysł i serce są zarażone, nie może właściwie działać. Takim organizmem jest w Polsce Kościół, a jego umysłem i sercem jest przecież Episkopat.
    Zatajanie obecności zdrajców, donosicieli i judaszów wśród byłych i obecnych członków Episkopatu jest chorobą groźną dla nas wiernych, dla całego Kościoła.
    Niemożliwe jest oczyszczenie Kościoła, a w szczególności duchowieństwa, bez wcześniejszego oczyszczenia Episkopatu, bez lustracji przeprowadzonej zarówno wśród biskupów aktywnych, jak i emerytowanych. Ci ostatni pasterze przez dziesięciolecia przecież wiedli Owieczki w kierunku pożądanym przez oficerów prowadzących, a nie przez Chrystusa!
    Poza tym łatwiej i szybciej można przejrzeć dokumenty IPN dotyczące ok. dwóch setek biskupów, niż wielu tysięcy księży. Prosimy o zrobienie tego TERAZ.
    Tysiące osób duchownych, które swymi czynami "raniły i zabijały", nie powinny, bez przyznania się do swych grzechów i bez zadośćuczynienia Bogu i swym ofiarom, być nadal nauczycielami. Ich wybitni przedstawiciele nie mogą latami chodzić w szatach Autorytetów Moralnych i pouczać innych o standardach duchowych. Ten wrzód na ciele Kościoła, nieleczony i niewyleczony, zagraża całemu organizmowi.
    Widzimy, że największą aktywność w mediach w dalszym ukrywaniu czy negowaniu obecności agentów SB, Informacji Wojskowej czy innych tajnych struktur w Kościele wykazują biskupi Życiński, Pieronek i Gocłowski. Jedynymi "oficjalnie" ujawnionymi współpracownikami tych służb zdają się być na razie biskupi Skworc i Mering. Innych, na podstawie wieloletniej analizy ich słów i czynów, możemy tylko o to podejrzewać.
    Po ostatnim opowiedzeniu się kardynała St. Dziwisza i kardynała prymasa Józefa Glempa po stronie (w naszym odbiorze) zagrożonych ujawnieniem agentów uznaliśmy, że nie wolno nam dłużej milczeć. Powoływanie kolejnych "komisji troski i miłosierdzia" odbieramy jako chęć umniejszenia i znacznego odsunięcia w czasie ujawnienia roli agentów w Kościele.
    Podkreślmy starannie przemilczany fakt, że księża, którzy usiłują poznać i ujawnić prawdę, mogą obawiać się utraty źródeł utrzymania. Ksiądz usunięty dyscyplinarnie z diecezji czy zakonu musiałby zapewne znaleźć inne środki na przeżycie, co wobec ostracyzmu przemożnych "postępowych" środowisk inteligenckich usiłujących zatuszować prawdę, przekraczałoby jego siły. Groźbą może być też pozbawienie emerytury, czyli na starość perspektywa nędzy i bezradności żyjącego przecież w celibacie księdza.
    Nielogiczne i nieetyczne jest "poszukiwanie równowagi" między argumentami i postawami agentów, i zdrajców a zachowaniami uczciwych wiernych, którzy milcząc cierpieli jarzmo nieludzkiego ustroju. Tym bardziej, że byli wśród nich bohaterowie i męczennicy. Nie wolno ich ofiary w obronie Prawdy kalać jakimś "wyważaniem racji". Nie można było siłą upodlić człowieka do stanu judasza, a groźba "tortury" w postaci np. wstrzymania paszportu jest bardziej humorystyczna, niż żałosna.
    Apelowaliśmy o ujawnienie komunistycznej agentury wśród kleru i w Episkopacie już w 1992 r. Niestety, pożałowania godne uderzenie w rząd Jana Olszewskiego oraz bierne i spłoszone stanowisko Biskupów, z którymi wtedy omawialiśmy ten problem, uniemożliwiły ujawnienie i usunięcie judaszów.
    Zaciekłe ukrywanie tej agentury od początku "przemian", czyli przez 16 lat, a przez 14 lat od pierwszej realnej szansy przeprowadzenia tej operacji w 1992 r., przyniosło w skutku Kościołowi, a wiernym w szczególności ogromne, niepowetowane straty duchowe.
    Widzimy jednoznaczny związek między "duchem agentury" a rozprzestrzenianiem się fałszywej tolerancji. Tolerować można zdarzenia i tendencje złe, których usunąć nie mamy możliwości czy siły. Tolerancją nie jest jednak "pochylanie się z troską" nad judaszami i ich losem, kosztem ich ofiar, kosztem wreszcie wiernych przez nich gorszonych i zgorszonych.
    Po szesnastu latach ukrywania, tuszowania, łatania, trzeba wyjść na światłość Prawdy. Teraz!
    Nie bójcie się: ujawnienie i odseparowanie agentów, jakkolwiek wysoko zostali oni uplasowani, nie będzie dla Kościoła żadną katastrofą, lecz uzdrowieniem.
    Nie ma "prawd cząstkowych", różnych dla każdego z agentów, które należałoby uwzględniać.
    Prawda jest jedna. Tylko Jezus Chrystus jest Prawdą, Drogą i Życiem.

    Pomoże nam Matka Boska Pośredniczka wszystkich łask.

    Mirosław Dakowski

    Wielu poszkodowanych w PRL-u czeka na finansowe zadośćuczynienie za doznane krzywdy
    Mieli zabić Chruszczowa i Gomułkę - Tadeusz M. Płużański
    Wysłane środa, 3, stycznia 2007 przez Krzysztof Pawlak

    Od kilkunastu lat Sławomir Równicki bezskutecznie walczy o odszkodowanie za znęcanie się nad jego rodziną w czasach PRL-u. W 1959 roku SB aresztowała matkę Równickiego, oskarżając ją o próbę zamachu na I sekretarza KC KPZR Nikitę Chruszczowa. Miała podłożyć bombę na trasie przejazdu bratniej delegacji przez Zagórze - dzielnicę Sosnowca. Prawdziwy bombiarz wpadł dwa lata później, gdy w podobny sposób chciał zabić Władysława Gomułkę.

    15 lipca 1959. 15-lecie władzy ludowej. "Trybuna Robotnicza" podała trasę przejazdu Chruszczowa, chyba po to, aby ludność mogła spontanicznie przywitać Wielkiego Brata. Gorączkowe przygotowania trwały od dłuższego czasu, w końcu to wizyta najwierniejszego przyjaciela Polski. Sowiecka delegacja, której towarzyszył I sekretarz KC PZPR Władysław Gomułka, miała przejechać m.in. ulicą Armii Czerwonej - główną arterią Zagórza. Kwietną dekorację na budynkach przygotowywał dziadek Równickiego - Stanisław Rokicki, stolarz z kopalni "Mortimer" (potem "Czerwone Zagłębie"). W kwiaty udekorowany był również posterunek MO. 15 lipca wszystko było zapięte na ostatni guzik. Nikt nie wiedział, że w nocy, tuż obok posterunku - wydawałoby się w miejscu najbardziej bezpiecznym - umieszczono bombę.

    Pies Marks

    Wybuch nastąpił krótko po godz. 15. Delegacja z Chruszczowem przejechała jednak obok posterunku dwie godziny później, kiedy teren był już zabezpieczony.
    W aktach śledztwa czytamy: "W godzinach zbliżonych do planowanego przejazdu przy ul. Armii Czerwonej nastąpiła eksplozja zawieszonej na jednym z drzew bomby zegarowej. Ta zbieżność wskazuje w sposób nie budzący wątpliwości, że celem sprawców było dokonanie gwałtownego zamachu na członków ww. Delegacji. W wyniku eksplozji częściowemu zniszczeniu uległo drzewo, wyleciały szyby z kilku okien, a jedna osoba została lekko ranna odłamkiem".
    Czy bombiarz nie wiedział, że pierwsi sekretarze pojawią się później, gdyż zabawili gdzieś w powiecie będzińskim, czy specjalnie przyspieszył wykonanie planu? Czy była to prawdziwa próba zamachu, czy tylko pozorowana akcja? Do dziś nie udało się tego ustalić.
    W miejscu detonacji zebrała się grupka ludzi.
    - Moja mama szła akurat chodnikiem, mieszkała zresztą 100 metrów dalej. Milicja puściła psa, nazywał się Marks - Sławomir Równicki relacjonuje wydarzenia, jakby działy się wczoraj i jakby sam brał w nich udział. Choć urodził się kilka lat później, ten dzień zaważył na życiu matki i jego. - Mama przestraszyła się wilczura i zaczęła uciekać w kierunku domu. Marks chwycił trop. Nie pobiegł dalej, tylko zatrzymał się na pierwszym piętrze, przed mieszkaniem mamy. A gdyby pobiegła w kierunku komórek?
    Prawdziwy bombiarz był bezpieczny, obserwował wszystko z ukrycia.

    Dowody jak drut

    Matka Równickiego, wówczas nosząca panieńskie nazwisko Rokicka, była krawcową. Ponieważ nie mogła znaleźć pracy w wyuczonym zawodzie, zatrudniła się w administracji jednej ze śląskich kopalń. Halina Rokicka zjeżdżającym na dół górnikom przydzielała identyfikatory. Tak było do dnia wybuchu.
    - Ulica Armii Czerwonej została otoczona. Dawno nie było tu tylu esbeków, kilkunastu weszło do mieszkania mamy - mówi dalej Równicki. - Zrobili rewizję, wszystko przewrócili do góry nogami - niszczyli meble, zrywali podłogę. W końcu znaleźli narzędzie niedoszłego mordu. Był to... (Równicki bierze głębszy oddech) drut, służący do rozwieszania prania. Esbecy uznali, że użyto go do zainstalowania bomby. Najpierw zabrali dziadka (tego, który przygotował dekorację na trasie przejazdu delegacji) i wujka - Zbyszka Szymczyka, a drugiego dnia mamę. Był 16 lipca 1959.
    Już sama przeszłość rodziny Szymczyka świadczyła przeciwko aresztowanym. We wrześniu 1939 roku jego ojciec wydostał się na Zachód przez Rumunię (żona została w kraju i zginęła w Oświęcimiu). Po 1945 roku do Polski nie wrócił, bo jako żołnierz Polskich Siłach Zbrojnych wiedział, co go tu czeka. W 1952 roku ludowej władzy podpadł Zbigniew Szymczyk - za udział w nielegalnej organizacji młodzieżowej wojskowy sąd w Olsztynie skazał go na 12 lat więzienia. Wyszedł na mocy amnestii.
    - Rodzina miała jednoznaczne poglądy, ale w żadnym zamachu nie brali udziału - podkreśla Równicki. - Mamę wzięli najpierw do aresztu w Będzinie, a potem do Katowic. Zaczęły się ciężkie przesłuchania. Polewali ją wodą, znęcali się psychicznie. Zarzut - próba obalenia siłą ustroju, za co groziła kara śmierci. Jedynym dowodem był drut do prania. Mama urządziła w więzieniu głodówkę.

    22 tomy akt

    Całą trójkę wypuszczono po trzech tygodniach. Do niczego się nie przyznali.
    Sławomir Równicki: - Za mamą wstawił się adwokat Buczek. Do dziś jestem mu wdzięczny, bo bardzo się narażał, bronił przecież wroga ludu.
    Mimo wyjścia na wolność praktycznie nadal pozostawali w areszcie - tym razem domowym. Cały czas byli śledzeni, musieli zgłaszać się na milicję. Śledztwo umorzono dopiero w czerwcu 1960 roku.
    Akta dotyczące zamachu Równicki dostał w 1996 roku, dzięki zaprzyjaźnionemu senatorowi AW"S". 22 tomy - po kilkadziesiąt stron każdy. Dwa tomy dotyczące jego matki były rozproszone.
    - Co jest w aktach? Przez dwie godziny esbecy pytali np. o drut. Są zeznania kilkunastu osób, w tym sąsiadów. Wszyscy mówili, że nie znają mamy, chociaż utrzymywali bliskie kontakty. Akta pochodziły z Sądu Wojewódzkiego w Katowicach. Tylko w jaki sposób się tam znalazły? Przecież śledztwo zostało umorzone. Może liczono na to, że któryś z aresztowanych, np. mama, w ciężkim śledztwie przyzna się do autorstwa zamachu.
    Prawdziwy bombiarz - Stanisław Jaros był wcześniej karany za kradzież materiałów wybuchowych. Mimo to bezpieka nie zainteresowała się nim.

    Na liście Wildsteina

    Grudzień 1961. Drugi zamach, również w Zagórzu. Tym razem ofiarą miał być Władysław Gomułka. Towarzyszył mu I sekretarz KW PZPR w Katowicach Edward Gierek. Jemu szczególnie zależało na odpowiedniej oprawie wizyty - pochodził z tych stron. Mimo ostrzeżeń o grożącym niebezpieczeństwie, zdecydował się na przejazd ulicami Zagórza.
    Wybuch był na tyle silny, że z okien okolicznych domów znów wyleciały szyby. Jednak i tym razem przywódców partii nie udało się dosięgnąć - w momencie eksplozji kolumna z Gomułką była już kilkadziesiąt metrów dalej. Ciężko ranny został mieszkaniec Zagórza - jeden z tłumu gapiów. Okolica ponownie zaroiła się od funkcjonariuszy SB. Sprowadzono nawet specjalistę z Moskwy.
    Równicki: - Nikt z rodziny nie został wówczas aresztowany. Nie było takiej potrzeby, cały czas byli obserwowani.
    W porównaniu z zamachem sprzed dwóch lat była jedna różnica. Za kraty trafił Stanisław Jaros. Władza zdawała sobie sprawę, że tym razem musi znaleźć sprawcę. Po procesie Jaros został skazany na karę śmierci i 5 stycznia 1963 roku powieszony. Do dziś trwają spekulacje, kim naprawdę był - radykalnym antykomunistą, młodym, porywczym piromanem (rocznik 1932), agentem bezpieki? Na liście Wildsteina Stanisław Jaros figuruje jako pracownik SB. Ale czy to na pewno ta sama osoba?
    Trzeba pamiętać, że oba zamachy miały miejsce po 1956 roku, kiedy wpływy aparatu bezpieczeństwa w państwie zostały ograniczone. Może bezpieka chciała pokazać partii, że nadal jest silna i nie da się tak łatwo zmarginalizować? A może Jaros w ogóle nie miał z tym nic wspólnego (wpadł na skutek donosu, przesłuchania trwały po kilkanaście godzin dziennie). Niewykluczone, że chciał po prostu odegrać się na milicji za to, że wcześniej wykryła u niego skradzione materiały wybuchowe. Podobno teczka Jarosa została zniszczona w 1989 roku, a może jeszcze się odnajdzie?

    Najmłodszy strajkujący

    Dla Stanisława Równickiego to, kim był Jaros, nie ma większego znaczenia. W więzieniu jego matka straciła zdrowie. O swoich przeżyciach na UB opowiadała tylko w gronie najbliższych. Zmarła w lipcu 1995 roku.
    - Wyjaśnienie sprawy jest moim obowiązkiem - mówi Równicki.
    W Sierpniu 1980 pracował w Zakładzie Silników Elektrycznych Małej Mocy Sigma. Specjalizacja - ślusarz narzędziowy. Miał 17 lat, był najmłodszym strajkującym. Jego młodzieżowa organizacja podlegała hucie "Katowice". Na mieście rozwieszał ulotki z napisem: "Solidarność Gdańsk", kolportował "Wolnego Związkowca". Do stanu wojennego działał w NSZZ "Solidarność". Potem, ze względu na sprawę mamy i swoją działalność był szykanowany w pracy.
    - Wyrzucili mnie w 1989 roku, już za rządów Tadeusza Mazowieckiego, ale zwolnienie było przygotowane wcześniej.
    Sławomir Równicki zamieszkał w domu pomocy społecznej w Sosnowcu, utrzymuje się z renty. Gdy miał dziewięć lat, zmarł jego ojciec - mąż Haliny Rokickiej. Od kilkunastu lat bezskutecznie walczy o odszkodowanie za znęcanie się nad matką. Równicki liczy również na ukaranie winnych. Śledczy jego matki mogą jeszcze żyć.

    Tadeusz M. Płużański

    Artykuł pierwotnie opublikowany w tygodniku "Gazeta Polska".

    Publicystyka Tadeusza M. Płużańskiego na ASME.