stycznia 14, 2007 - stycznia 23, 2007


Nowy prezes NBP powinien dbać o rozwój konkurencji na rynku finansowym, bo obywatele mogą głosować "palcami", wybierając coraz powszechniejsze "prywatne" waluty - Andrzej Sadowski, prezydenta Centrum im. Adama Smitha o sytuacji w sektorze bankowym po nominacji delegata rządzącego ugrupowania PiS na szefa NBP
Wysłane wtorek, 23, stycznia 2007 przez Krzysztof Pawlak

"Od wielu lat obserwujemy dosyć ograniczoną konkurencję na polskim rynku finansowym. Ostatni raport opracowany na zlecenie jednego z banków pokazuje, jak polscy przedsiębiorcy - szczególni ci mali i średni - są traktowani po macoszemu przez banki. Jedyny wniosek, jaki można z tego wysnuć, to to, że jest u nas za mało konkurencji, na przykład brak kas powszechnych, znanych u naszych zachodnich sąsiadów, zwanych szparkasami. Dlatego obecny prezes NBP powinien - jeżeli cokolwiek - zrobić, to zwiększyć konkurencję na rynku, nie prowadząc tak ostrej, restrykcyjnej polityki, jaka była do tej pory. Jego nominacja nie będzie wpływać na zachowania przedsiębiorców, ponieważ jak wskazuje ten raport - oni mają nadal małe kontakty z bankami" - Andrzej Sadowski, prezydent Centrum im. Adama Smitha, opisuje stan rynków finansowych po zmianie na stanowisku prezesa Narodowego banku Państwowego.

Podstawowym zagrożeniem dla polityki finansowej państwa może być to, że prezes NBP stałby się zakładnikiem rządów grup interesów, takich jak eksporterzy - wtedy nie będzie miał spokojnej pracy, a powinien pamiętać, że jego podstawowym zadaniem jest stanie na straży wartości i stabilności i reprezentacji WSZYSTKICH obywateli, nie zaś poszczególnych grup interesów.
Powrót do idei prywatnego banku emisyjnego wcale zaś nie jest taką kompletną fikcją, gdyż już obecnie sami się posługujemy "prywatną" walutą - chociażby w postaci "płacenia" sms-ami. Ostatni prywatny bank emisyjny zlikwidowano zaledwie w latach 20. ubiegłego wieku. Obywatele mogą zagłosować "nogami", a właściwie "palcami" - przechodząc do waluty "prywatnej", jak to się dzieje w przypadku bonów do realizacji w sklepach czy właśnie sms-ów...

Nagranie trwa prawie 7 minut i jest dostępne w Sieci do 6 II 2007 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




Kolejna "wojna na górze" poskutkuje wyborami nie tylko na "terenie gminy Warszawa", ale - całej Polski? - Stanisław Michalkiewicz o zakrętach polityki koalicji PiS-LPR-Samoobrona i gapiostwie opozycji Wysłane wtorek, 23, stycznia 2007 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |








Kolejna "wojna na górze" poskutkuje wyborami nie tylko na "terenie gminy Warszawa", ale - całej Polski? - Stanisław Michalkiewicz o zakrętach polityki koalicji PiS-LPR-Samoobrona i gapiostwie opozycji
Wysłane wtorek, 23, stycznia 2007 przez Krzysztof Pawlak

"Wygląd na to, że okres rozejmu się kończy, wszystko wskazuje na to, że jesteśmy w przededniu kolejnej fazy wojny na górze - kilka znaków na ziemi i na niebie ją zapowiada - na niebie był to »Cyryl«, który przeszedł przez naszą umęczoną ziemię, powodując straty materialne, ofiary w ludziach, nie mówiąc o stratach moralnych. Na ziemi znakiem jest casus paskudeus, który przydarzył się »Hani Naszej Kochanej«, a który może kosztować Ją nawet prezydenturę. Na nic nie zdadzą się wykręty zaproponowane przez uprzejmego pana profesora Kuleszę, które pani Hanna Gronkiewicz-Waltz przedstawiała na konferencji prasowej, że to niby małżonek prowadzi działalność nie na »terenie gminy Warszawa«, ale w całej Polsce... Gdyby Polska nie była państwem unitarnym, to można byłoby to przyjąć, ale tak nie jest. Nawiasem mówiąc, pani HGW stwierdziła, że »przepisy są bardzo zagmatwane« - szkoda, że nie stwierdziła tego znacznie wcześniej, kiedy nad nimi głosowała. Widać więc, że nie tylko już zwykli ludzie nie rozumieją uchwalonych praw, ale okazuje się, że i parlamentarzyści, którzy nad nimi debatują - także. To tylko dowodzi słuszności naszych, UPR-owskich postulatów sprzed lat, że nie na tym polega reforma ustawodawstwa, by uchwalać nowe przepisy, tylko żeby likwidować stare" - Stanisław Michalkiewicz, znakomity publicysta prawicowy i stały współpracownik naszej witryny ASME, analizuje najnowsze zdarzenia z teatru politycznego "polskiego regionu UE".

W rezultacie pani HGW będzie prawdopodobnie musiała zrezygnować z prezydentury, co otworzy kolejną straszliwą wojnę na górze, ponieważ w Warszawie będą musiały ponownie odbyć się wybory prezydenckie. W naszym mieście będą odbywać się - podobnie jak to było w przypadku przegranej wyborów zeszłorocznych przez PiS - tragedie rodzinne, bo to już małżonki beneficjantów zaprenumerowały sobie "Twój Styl", by pokazywać się na balach i rautach miejskich.
Drugim znakiem oznajmiającym "wojnę na gorze" jest zapowiedź Pana Prezydenta, że 1 lutego ujawni raport z likwidacji Wojskowych Służb Informacyjnych - ale TYLKO W TYM ZAKRESIE, w którym nie będzie on narażał naszych sił zbrojnych. Tu się otwiera olbrzymie pole dla różnych możliwości interpretacji, co doskonale dodaje się do prezydenckiego projektu ustawy lustracyjnej, która w opinii Stanisława Michalkiewicza jest sposobem, by lustrację markować, a nie, by ją rzeczywiście przeprowadzić: chodzi o pozostawienie czy przywrócenie zasady, że sąd lustracyjny postępuje według procedury karnej, która wskazuje, że jeśli jakakolwiek wątpliwość się pojawi - to należy ją interpretować na korzyść oskarżonego...
Szykuje się także "wojna trzecia" - mianowicie LPR zaproponowała, by odroczyć debatę sejmową nad nowelizacją Pana Prezydenta tak, by ustawa lustracyjna "dała na przeczyszczenie" polskim politykom. Na takie dictum Pan Prezydent zareagował gniewnie, że "jego cierpliwość jest na wyczerpaniu". A więc - może nie tylko wybory "na terenie gminy Warszawa" - ale na terenie całego kraju, ale już parlamentarne...?

Nagranie trwa 11 minut i jest dostępne w Sieci do 6 II 2007 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




Wielość cywilizacji - Stanisław Michalkiewicz Wysłane wtorek, 23, stycznia 2007 przez Krzysztof Pawlak

Jak się okazuje, pluralizm w Kościele jest znacznie większy niż mogliby przypuszczać nawet najwięksi entuzjaści aggiornamento. List biskupów skierowany do wszystkich katolików polskich, z pozoru bardzo zdecydowany, przypominał jednak bardziej "Wiersz powściągliwy" Juliana Tuwima ("Nie wiem jak to wyrazić... bo wszystko, ma swą miarę i stopnie i skalę...") w widocznym pragnieniu dogodzenia wszystkim punktom widzenia, jakie prawdopodobnie uwidoczniły się podczas spotkania Rady Stałej z biskupami diecezjalnymi. Mimo to jednak w kilku przypadkach i tak został ocenzurowany. Jakby tego było mało, JEm. Stanisław Dziwisz w wywiadzie dla włoskiej gazety stwierdził m.in., że lustracja przynosi więcej szkody niż pożytku, chociaż oczywiście będzie prowadzona. Trudno to do końca zrozumieć, bo po cóż ją "prowadzić", tę lustrację, skoro ona taka szkodliwa?

Z tego samego założenia musiało wyjść ścisłe kierownictwo redakcji "Dziennika", przeznaczając na przemiał podobno aż 150 tysięcy egzemplarzy z artykułem demaskującym tajnego współpracownika o pseudonimie "Teolog". Najwyraźniej mamy do czynienia z jakimiś informacyjnymi szumami; najpierw red. Paliwoda pisze o "Filozofie", co sprawia, że JE abp Życiński udziela wywiadu Katolickiej Agencji Informacyjnej i przeprowadza rozmowę w TVN z red. Kolendą-Zaleską, no a teraz ten przemiał "Teologa"... Czyżby iskrówka ("i skoczyła iskrówka; zawrzały redakcje!") z centrali, informująca, że te materiały nie są przeznaczone do ujawniania, nadeszła zbyt późno? Tego wykluczyć nie można, bo szkodliwość lustracji polega m.in. na tym, iż z ujawnionego agenta mamy tyle pożytku, co pies z piątej nogi, natomiast z agenta nieujawnionego - aaa, to mamy tyle pożytku, co z gęsi smalcu. Jak zauważyła Kazimiera Iłłakowiczówna, "można zeń wszystko zrobić i w każdą formę ulepić" - i o to właśnie chodzi, żeby było z czego lepić i czym. W przeciwnym razie wszystko może nam się rozpaść i co wtedy?
Kiedy tak wyjaśniliśmy sobie podstawowe kwestię polityki wewnętrznej, pora wreszcie odetchnąć świeżym powietrzem i rozejrzeć się po świecie. A warto się rozejrzeć, bo ostatnio imię Polski zostało rozsławione aż po krańce ziemi i to nie tyle nawet dzięki zawirowaniom eklezjastycznym, co aktywności pana Simona Mola z Kamerunu. Ten afrykański intelektualista najwyraźniej musiał szalenie zaimponować wielu warszawiankom, bo kiedy zatrzymała go policja pod zarzutem świadomego zarażania swoich partnerek wirusem HIV, do warszawskiego laboratorium zaczęły przybywać tłumy kobiet. Z jego strony natomiast sprawa może wyglądać trochę inaczej. Podobno pan Mol, wiedząc, że cierpi na wstydliwą chorobę, próbował u nas tradycyjnej afrykańskiej terapii. Polega ona podobno na intensywnym obcowaniu z jak największą liczbą partnerek, nawet nie gwoli rozpusty, tylko w nadziei, że nękana w ten sposób przypadłość pacjenta wreszcie opuści. Jeśli to prawda, to chwalebnie świadczy o przywiązaniu pana Mola do rodzimej cywilizacji i zrozumiałym w tej sytuacji lekceważeniu medycyny Białego Człowieka. Mamy oto przykład zderzenia cywilizacyjnego, które tylko potwierdza opinię Feliksa Konecznego, że cywilizacje się odpychają i wszelka harmonijna synteza między nimi nie jest możliwa. Czyż trzeba lepszego dowodu, jak ten, że te desperackie próby tradycyjnego leczenia się po swojemu, pan Mol będzie musiał odpokutować latami więzienia?
Ale skrzydlata wieść o tłumach warszawianek odwiedzających weneryczne laboratorium z szybkością płomienia dotarła w głąb Afryki, budząc podobno szalone zainteresowanie Polską wśród tamtejszych mężczyzn. W Afryce bowiem sprawa nie jest prosta i kto nie ma, dajmy na to, krów albo stada antylop gnu, bywa skazany na praktykowanie celibatu, o którym wspominał również Ekscelencja. Warto przypomnieć, że celibat oznacza powstrzymanie się od wchodzenia w związki małżeńskie, natomiast nie musi oznaczać braku różnych flirtów przelotnych, które nazywają się już zupełnie inaczej. Tłumy szykują się już do drogi i wkrótce możemy doświadczyć na własnej skórze zderzenia cywilizacji murzyńskiej z łacińską, jak już doświadczamy zderzenia łacińskiej z turańską.

Stanisław Michalkiewicz

Publicystyka Stanisława Michalkiewicza na ASME i nagrania TV ASME


Rodzina w UB, komisarz w UE - TADEUSZ M. PŁUŻAŃSKI Wysłane poniedziałek, 22, stycznia 2007 przez Krzysztof Pawlak

W oficjalnych życiorysach polskiej uniokomisarki znajdziemy informacje o błyskotliwej karierze naukowej (stypendystka Fulbrighta, profesorka ekonomii SGH, wykładowczyni wielu zachodnich uczelni), publicznej (po 1989 r. m.in. wiceministerka przemysłu i handlu, szefowa UKIE, wysoka urzędniczka ONZ i Unii Europejskiej) i wielu prestiżowych nagrodach (np. "Europejski Mąż Stanu 2003" - według brukselskiego tygodnika "European Voice"). Nie przeczytamy natomiast ani słowa o przodkach Danuty Hübner. A jest to jedna z historii dzieci, wychowanych w komunistycznych rodzinach, które robiły kariery w PRL-u, a potem po 1989 r. W przypadku żyjącego ojca pani komisarz - Ryszarda Młynarskiego - nie jest to tylko opowieść babci do poduszki - powinien zainteresować się nim prokurator.

Z bardziej nieprzyjemnych rzeczy w biogramach Danuty Hübner jest mowa tylko o kilkunastoletnim członkostwie w PZPR, z której wystąpiła w 1987 r., gdyż - jak sama tłumaczyła - "do żadnej partii nigdy się nie nadawała" i "miała dość fikcji". Z wypowiedzi pani komisarz można odnieść wrażenie, że jest wyłącznie bezpartyjnym fachowcem. Tylko dlaczego, w latach 1997 - 1998 pełniła funkcję szefowej kancelarii prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego? Polityczne wybory Danuty Hübner nie są jednak przypadkowe, jeśli bliżej przyjrzymy się przeszłości jej dziadka i ojca. Ciekawe zresztą, czy dziś - tłumacząc się ze swojego zaangażowania w komunizm (dodać trzeba, że dużo większego niż Danuta Hübner - w końcu budowali w Polsce podstawy nowej władzy) - też mówiliby, że brali udział w "fikcji"?

KOTLETY, KIEŁBACHY I CZEKOLADY

W "Wysokich Obcasach", dodatku do "Gazety Wyborczej" z 8 czerwca 2002 r. Danuta Hübner wspomniała o patriotycznej tradycji swojej rodziny, o ojcu, który był członkiem Armii Krajowej. Obok dodała, że w dzieciństwie "jadła podobno same kotlety i kiełbachy bez chleba, doprawiając je czekoladami". Tylko czy AK-owskim rodzinom tak dobrze powodziło się w powojennej Polsce?
Zdjęcia dziadka i ojca Danuty Hübner można oglądać na wystawach. Nie jest to jednak ani Muzeum Powstania Warszawskiego, ani inne miejsce, ukazujące bohaterów niepodległościowej walki. Ich fotografie wiszą natomiast wśród wizerunków innych ubeckich oprawców.
Gwoli ścisłości - ojciec Danuty Hübner - Ryszard Młynarski - faktycznie należał do AK i nosił pseudonim "Aleksander", ale w jego życiu fakt ten był jedynie krótkim, kilkumiesięcznym (od października 1943 r. do maja 1944 r.) epizodem. Potem - jako członek Stronnictwa Ludowego - przez moment był związany z Batalionami Chłopskimi, by ostatecznie przejść na stronę jedynych słusznych przedstawicieli "ludowej" władzy. Poszedł zatem w ślady Józefa Młynarskiego - swojego ojca, a dziadka Danuty Hübner.

Z KANCELISTY UBEK

Rodzina Młynarskich pochodzi z okolic Niska - powiatowego miasteczka na Podkarpaciu, położonego nad Sanem. Tu, 8 kwietnia 1948 r., przyszła na świat Danuta Młynarska. Jej dziadek od dwóch lat już nie żył. Przyznać trzeba, że Józef Młynarski (rocznik 1897), przed większość swojego życia nie miał ciągotek komunistycznych, a przynajmniej historii nic o tym nie wiadomo. W latach 1917 - 1920 służył jako ochotnik w Wojsku Polskim, by w II Rzeczpospolitej zatrudnić się w policji - pracował m.in. w Wydziale Śledczym w Równem i w Kowlu. Ten kancelista z zawodu (edukację zakończył na IV klasie gimnazjum) do komunistów przystał 1 października 1944 r., wstępując do bezpieki, a konkretnie do Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Nisku. Szybko awansował. Już półtora miesiąca później był kierownikiem tamtejszej Sekcji Śledczej.

RODZINNA TRADYCJA

Przełożonym Józefa Młynarskiego był słynny kat Polaków - Stanisław Supruniuk, szef niżańskiej bezpieki w latach 1944-46. W wolnej Polsce Instytut Pamięci Narodowej postawił mu 80 zarzutów fizycznego i psychicznego maltretowania uwięzionych członków niepodległościowego podziemia.
- Młynarski odznaczał się, obok Supruniuka, największym okrucieństwem - wspominał Skarbimir Socha, który w ubeckiej katowni w Nisku spędził po wojnie pół roku, później autor książki "Czerwona śmierć, czyli narodziny PRL-u". - Nade mną znęcał się Supruniuk, przez co dostałem pourazowej padaczki, ale moich kolegów brał w obroty Młynarski. Zapamiętali go jak najgorzej.
Stanisław Supruniuk aresztował również i skatował w śledztwie brata Skarbimira Sochy - Tadeusza, szefa Kedywu AK obwodu Nisko-Stalowa Wola. Następnie ten oprawca z Podkarpacia, a jednocześnie agent NKWD, wydał go w ręce Sowietów (taki los spotkał także wielu innych polskich patriotów, którzy byli potem wywożeni w głąb ZSRS).
Błyskotliwą karierę Józefa Młynarskiego w niżańskim UB przerwała śmierć 5 marca 1946 r. Jego bestialstwo nigdy - rzecz jasna - nie zostało rozliczone. Jednak przykład dyspozycyjnego i okrutnego ubeka nie poszedł na marne - rodzinną tradycję kontynuował syn.

ORDER DLA SUPRUNIUKA

Ryszard Młynarski (rocznik 1923 r.), po ukończeniu gimnazjum w Kowlu, w czasie wojny - od 1940 do 1943 r. - pracował w tartaku w Zarzeczu, a następnie w Zarządzie Drogowym w Nisku. We wrześniu 1944 r. - po wcześniejszych epizodach w AK i BCh - wstąpił do Milicji Obywatelskiej. Z jej ramienia organizował posterunek MO w Pysznicy koło Niska. Następnie, przez prawie rok - od listopada 1944 r. służył w LWP. W lipcu 1945 r. Ryszard Młynarski trafił pod skrzydła ojca, zatrudniając się jako "oficer" śledczy PUBP w Nisku. W lipcu 1946 r., czyli już po śmierci Józefa Młynarskiego, przejął obowiązki szefa niżańskiego UB, zastępując przeniesionego do PUBP w Krośnie Stanisława Supruniuka. Po latach jego córka - Danuta Młynarska-Hübner została honorową obywatelką miasta Nisko. Kiedy była szefową kancelarii Aleksandra Kwaśniewskiego, prezydenccy urzędnicy przygotowywali wniosek o przyznanie Supruniukowi Krzyża Komandorskiego Orderu Odrodzenia Polski. Niewiele brakowało, aby dawnego przełożonego swojego dziadka i ojca spotkała podczas uroczystości odznaczenia w Pałacu Prezydenckim w czerwcu 1999 r. Wtedy pracowała już jednak w biurze ONZ w Genewie. Odnośnie Supruniuka - po protestach kombatantów order został mu ostatecznie odebrany.
Po rocznym kierowaniu PUBP w Nisku, w październiku 1947 r. Ryszard Młynarski został przeniesiony do PUBP w niedalekim Jarosławiu, też na stanowisko "oficera" śledczego. Z niewiadomych powodów nie dostał jednak awansu i - w maju 1948 r. - zrezygnował ze "służby". Dwa miesiące wcześniej urodziła się córka Danuta. Być może ten właśnie fakt - a nie względy ambicjonalne, jak utrzymują niektórzy - był powodem jego odejścia z bezpieki? Tak, czy inaczej rodzina przeniosła się do Warszawy - Ryszard Młynarski do dziś mieszka na Służewcu. IPN nie miałby zatem problemu z ustaleniem adresu byłego ubeka, przesłuchaniem go i postawieniem zarzutów.

NAJWIĘCEJ ARESZTOWANYCH

W III RP Ryszardem Młynarskim, ze względu na jego powojenne "zasługi", interesował się już wymiar sprawiedliwości. W kwietniu 2000 r. Prokuratura Okręgowa w Tarnobrzegu wystąpiła do MSWiA o udostępnienie jego akt osobowych, tak jak czterech innych funkcjonariuszy niżańskiego PUBP. Dwa miesiące później Ministerstwo zgodziło się przekazać dokumenty. Przygotowywany akt oskarżenia był związany ze wspomnianym już śledztwem w sprawie Stanisława Supruniuka. Przed sądem stanął jednak, po kilku latach ścigania, tylko ten ostatni. O pozostałych ubekach Temida jakoś zapomniała. Podobno nie połączono ich spraw ze sprawą Supruniuka ze względu na... brak czasu.
Nazwisko Młynarskiego pojawia się m.in. w książce Zbigniewa Nawrockiego "Zamiast wolności. UB na Rzeszowszczyźnie 1944 - 1949", Rzeszów 1998. Autor przytacza sprawozdanie z działalności PUBP w Nisku za pierwsze miesiące 1947 r., czyli bezpośrednio po sfałszowanych przez komunistów wyborach do Sejmu. P.o. szefa niżańskiego UB, czyli właśnie Ryszard Młynarski, meldował do Rzeszowa: "likwidacja PSL nastąpiła na skutek akcji tut. Urzędu, jaka trwała od m-ca listopada 1946 r. 75 proc. byłych członków PSL przeszło do SL".
W książce znajdujemy też ponurą statystykę działalności PUBP w Nisku: w 1944 r. aresztowano w tym powiecie 93 osoby, w 1945 r. - 185 osób, w 1946 r. - 200, w 1947 r. - 131, a w 1948 r. - 147 osób. Jak widać, najwięcej aresztowanych przypada na rok 1946, kiedy tamtejszym UB kierował Ryszard Młynarski.

BEZKARNOŚĆ ŚLEDCZYCH

Skarbimir Socha, ofiara ubeków z Niska, przez lata domagał się ich osądzenia. Tymczasem, prócz Stanisława Supruniuka, IPN oskarżył tylko jednego "oficera" śledczego niżańskiego PUBP - Edwarda P., kierując sprawę do Sądu Rejonowego w Nisku. Zarzucono mu, że w okresie od 29 września 1949 r. do 13 lipca 1950 r. w Nisku dopuścił się ośmiu zbrodni komunistycznych. Czyny te polegały na fizycznym i psychicznym znęcaniu się nad członkami niepodległościowych organizacji: Armii Krajowej, Batalionów Chłopskich i Młodzieżowej Organizacji Niepodległościowej "Orlęta". W toku śledztwa ustalono, że Edward P., chcąc zmusić aresztowanych do składania obciążających wyjaśnień, wielokrotnie zadawał im ciosy pięściami oraz kopał w różne części ciała. W czasie przesłuchań znieważał ich wulgarnymi i obraźliwymi słowami oraz uderzał drewnianą pałką, taboretem, a ponadto topił w beczce napełnionej wodą do momentu utraty przez nich przytomności. Umieszczał ich również na wiele dni w nieoświetlonej i nieogrzewanej celi, pozbawionej miejsca do spania, a także głodził ich. Za podobne czyny powinien odpowiadać również Ryszard Młynarski. Najwyższy czas, aby - po latach zaniedbań - zainteresował się tym pion śledczy Instytutu Pamięci Narodowej.

TADEUSZ M. PŁUŻAŃSKI

Artykuł pierwotnie ukazał się w tygodniku "Najwyższy CZAS!".

Publicystyka Tadeusza M. Płużańskiego na ASME.


NIEUKI W ROLI SPECJALISTÓW - Antoni Zambrowski Wysłane poniedziałek, 22, stycznia 2007 przez Krzysztof Pawlak

Po Sejmie krąży sporządzona przez anonimowych autorów lista osób wpływowych w Polsce, względnie posiadających w niej władzę. Jej nagłówek napisany jest po angielsku oraz po polsku, co ma dodać jej wiarygodności w oczach ludzi mało zorientowanych w przedmiocie. Ludzie umieszczeni na liście zostali wybrani pod jednym kątem - używają ponoć nazwisk, które różnią się od ich nazwisk prawdziwych, czyli rodowych. Większość z nich ma zdaniem autorów listy nazwiska żydowskie, choć trafiły się jak rodzynki w cieście jedno nazwisko niemieckie oraz dwa słowiańskie - rosyjskie oraz ukraińskie. Obydwa zawierają informacje błędne: gen. Stanisław Popławski (poz. 196.) był sowieckim Polakiem, tymczasem autorzy przypisują mu nazwisko Siergiej Grochow (z adnotacją "Rosjanin"), które poprawnie po rosyjsku brzmiałoby Gorochow. Mógł to być zresztą jeden z wojskowych kryptonimów gen. Popławskiego, używanych dla konspiracji na froncie. Tuż pod nim autorzy przytaczają rzekomo prawdziwe nazwisko gen. Karola Świerczewskiego (poz. 197.), któremu przypisują nazwisko do wyboru: Walter Golz lub Tenenbaum. Świadczy to nie tylko o nieuctwie, ale i o złej woli autorów, którzy sami przyznają się do niewiedzy, mimo to nie powstrzymują się od mącenia w głowach innych. Walter - to pseudonim gen. Karola Świerczewskiego z wojny domowej w Hiszpanii, zaś Golz - nazwisko opisanego na łamach książki Ernesta Hemingwaya "Komu bije dzwon" - sowieckiego generała, którego pierwowzorem był gen. Walter Tenenbaum - to już rewelacja z brudnego palca, gdyż Karol Świerczewski był rodowitym Polakiem z warszawskiej Woli. Inne nazwisko słowiańskie - to podane przez autorów listy rodowe nazwisko gen. Mieczysława Moczara (poz. 242.) - Mykoła Demko z adnotacją "Ukrainiec", co jest dezinformacją wielostopniową. Gen. Moczar nazywał się nie Mykoła Demko, lecz Nikołaj Tichonowicz Diomko. Nie mógł on mieć ukraińskiego imienia, gdyż został ochrzczony w cerkwi prawosławnej w Łodzi za czasów carskich, kiedy istniała jedynie Rosyjska Cerkiew Prawosławna, toteż przy chrzcie świętym nadano mu imię Nikołaj. Prawdziwe brzmienie nazwiska jego ojca Tichona było Diomko, zaś błąd w zapisie nazwiska pochodzi z zastąpienia litery rosyjskiej "jo" przez literę "je" wskutek opuszczenia kropek nad literą "jo". Informacja o nazwisku niemieckim gen. MBP Artura Jastrzębskiego (poz. 191.) - Artur Ritter jest natomiast prawdziwa, co w powodzi kłamstw stanowi prawdziwy ewenement.
Czasami (nader rzadko) autorzy piszą prawdę: gen. Janusz Zarzycki (poz. 202.) istotnie z domu nazywał się Janusz Neugebauer, zaś gen. Tadeusz Wilecki (poz. 200.) - miał nazwisko rodowe Wałłach (rzecz jednak w tym, że nie informują oni o polskości obydwu generałów i w ten sposób sugerują, że przez zmianę nazwisk zacierali oni swe żydowskie pochodzenie, co jest fałszem). Znany pisarz Julian Stryjkowski (poz. 156.) istotnie nazywał się z domu Pesah Stark, zaś Irena Szewińska (poz. 161.) ma nazwisko panieńskie Kirszensztajn. Znana działaczka okupacyjnego ZWM Hanka Sawicka (poz. 141.) była istotnie z domu Szapiro, sławny polski pedagog Janusz Korczak (poz. 76.) rzeczywiście nazywał się Henryk Goldszmit, zaś Josek Mitzenmacher napisał przed wojną dla policji książkę o KPP pod pseudonimem Jan Reguła. Reszta informacji - to kompletne bzdury.
Weźmy dla przykładu kilka rewelacji: o znanym polskim pisarzu Arkadym Fiedlerze (poz. 34.), autorze głośnego "Dywizjonu 303" o polskich lotnikach w czasie Bitwy o Anglię piszą oni, iż naprawdę nazywał się Efroim Trusker. Pomylili oni atoli pisarza z działaczem SDKPiL, KPP, PPR i PZPR Franciszkiem Fiedlerem, który nazywał się pierwotnie Truskier. Takich qui pro quo jest więcej. W poz. 2. podają oni Amsterdamski - Saul Henrykowski. Być może chodzi o prof. Stefana Amsterdamskiego - wybitnego naukowca, jednego z organizatorów TKN, czyli nielegalnego Latającego Uniwersytetu w Warszawie. Mylą oni go z zamordowanym w czasie czystek stalinowskich działaczem KPP Saulem Amsterdamem noszącym partyjny pseudonim Henryk Henrykowski.
W poz. 140. podają jako prawdziwe nazwisko jakiegoś Rutkowskiego - Botwin. W istocie byli to różni bojowcy komunistyczni, którzy polowali na agenta polskiej policji Cechnowskiego. Władysław Hibner, Władysław Kniewski i Henryk Rutkowski zostali straceni na Cytadeli w Warszawie w 1925 roku za strzelaninę w Śródmieściu podczas nieudanej próby zamachu na niego, zaś Naftali Botwin zastrzelił Cechnowskiego, gdy ten zeznawał w sądzie we Lwowie.
O Stanisławie Krajewskim (poz. 82.) - współprzewodniczącym Rady Chrześcijan i Żydów piszą oni, że nazywa się Abel Kaimer. W istocie jest był pseudonim autorski Stanisława Krajewskiego, którego odziedziczone po dziadku-komuniście prawdziwe nazwisko rodowe brzmi Stein. Było w kierownictwie KPP dwóch braci Steinów: Władysław Stein-Krajewski oraz Henryk Stein-Domski. Obydwaj zginęli w Moskwie w czystkach stalinowskich lat 30.

Podobnie jest z rewelacjami o nazwisku b. członka KSS "KOR" i b. posła na Sejm Jana Lityńskiego (poz. 98.), który ma się nazywać Jakub Leman. Tymczasem Janek Lityński jest bratankiem znanego działacza PPS Feliksa Perla, wieloletniego redaktora jej organu - "Robotnik". Gdy Janek redagował w PRL drugoobiegowe pismo KSS "KOR" "Robotnik", Jacek Kuroń proponował mu nawet powrót do rodowego nazwiska, ale Janek te rady zignorował. Znanemu polskiemu poecie Antoniemu Słonimskiemu (poz. 149.) przypisują oni nazwisko Stomma, czyli nazwisko znanego posła katolickiego Stanisława Stommy z klubu poselskiego "Znak" w czasach PRL. Tym czasem pan Antoni był synem znanego w Warszawie lekarza Stanisława Słonimskiego, sportretowanego przez Bolesława Prusa w "Lalce" w postaci doktora Szumana. W poczekalni doktora Stanisława Słonimskiego przy Niecałej 4 w Warszawie spotykali się przywódcy PPS-Frakcji Rewolucyjnej z Józefem Piłsudskim na czele.
Wszystkie te gafy są niczym w porównaniu do pozostałych, wyssanych z brudnego palca, informacji o prominentnych osobach z lewicy i prawicy, którym autorzy listy przypisują żydowskie nazwiska. Niektóre te nazwiska kolportowała niegdyś SB spod znaku gen. Moczara dla zdezawuowania jego przeciwników politycznych. I tak Romanowi Zambrowskiemu (poz. 183.) przypisują oni w ślad za SB nazwisko Rubin Nussbaum, gdy liczni członkowie jego rodziny rozsiani po świecie, poczynając od jego ojca-emigranta do USA sprzed I wojny światowej, nosili nazwisko Zambrowski. Roman Zambrowski kilkakrotnie stawał pod swym nazwiskiem przed sądami II RP za działalność komunistyczną i część dokumentów z tego okresu szczęśliwie się uchowała.
Wieloletniemu premierowi PRL Józefowi Cyrankiewiczowi (poz. 26.) przypisują nazwisko Izaak Cukerman, co jest o tyle nowością, że SB rozrabiało Cyrankiewicza przez długie lata jako Cymmermana. Jedno i drugie jest bzdurą, gdyż Józef Cyrankiewicz pochodził ze znanej rodziny krakowskiej i to o zapatrywaniach narodowych. Tyle że on w odróżnieniu od ojca i braci nie był narodowcem, lecz socjalistą. Przeżył też hitlerowski obóz w Auschwitz pod swym nazwiskiem rodowym i z polską oznaką narodową na pasiaku.
O dzisiejszych politykach, którym autorzy listy przypisują wyssane z palca nazwiska żydowskie, pisał nie będę, by nie kolportować bzdur. Wszystko to jest kontynuacją ubeckiego procederu, firmowanego niegdyś przez ubeckiego dezinformatora, prof. Walichnowskiego. Dziś czyni to podziemie ubeckie lub powiązane z nim służby specjalne państw ościennych, aby poprzez dezinformacje o charakterze antysemickim sprowokować jakieś antyżydowskie reakcje i w ten sposób skompromitować Polskę. Jest to więc działalność tej samej natury jak zorganizowanie przez NKWD w Kielcach pogromu żydowskiego w roku 1946. Apeluję do ABW, by przyjrzała się sejmowym kolporterom tych pożal się Boże rewelacji i zapytała ich, za czyje pieniądze to czynią.

Antoni Zambrowski

Artykuł pierwotnie został opublikowany w tygodniku "Nasza Polska.

Zostań donatorem naszych publicystów:
Jeśli satysfakcjonuje Cię publicystyka Antoniego Zambrowskiego - możesz wesprzeć Naszego Autora datkiem.
Konto:
61 1240 1040 1111 0010 0042 5486
Bank PeKaO SA III O. w Warszawie
SWIFT/BIC - PKOPPLPW



Publicystyka Antoniego Zambrowskiego na ASME


Oby nie awansowali sekretarze PZPR w czasie obecnych rządów neofitów - Łukasz Perzyna o kadrowych ruchach w spółkach Skarbu Państwa Wysłane poniedziałek, 22, stycznia 2007 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |









Oby nie awansowali sekretarze PZPR w czasie obecnych rządów neofitów - Łukasz Perzyna o kadrowych ruchach w spółkach Skarbu Państwa
Wysłane poniedziałek, 22, stycznia 2007 przez Krzysztof Pawlak

"Reprezentanci PiS, ciągając Stefana Niesiołowskiego przed parlamentarną Komisję Etyki za to, że porównał ich lidera, premiera Jarosława Kaczyńskiego do Władysława Gomólki - wydaje się, że stracili poczucie humoru, mimo że samo porównanie było oczywiście uwłaczające. W polityce jest potrzebna zimna krew, jak i trzeźwa umiejętność podejmowania decyzji. Wcześniej, na przegranej konwencji wyborczej PO Niesiołowski porównał jednak obu Braci Kaczyńskich do Napoleona. W ten sposób przejdźmy do spraw poważnych - do odwołanego przed chwilą prezesa Orlenu Igora Chalupca. Doszło do tego wydarzenia dopiero po prawie półtora roku jego urzędowania w czasie rządów PiS, mimo że nie był reprezentantem ich ugrupowania, po prawdzie - był politycznym przedstawicielem niesławnego rządu tow. Leszka Millera" - Łukasz Perzyna, analityk i publicysta "Tygodnika Solidarność" oraz naszej witryny ASME, komentuje znaczące wydarzenia na rynku gospodarczym i politycznym "polskiego regionu UE".

Wydaje się, że Bracia Kaczyńscy źle obliczyli moment, w którym można było zdymisjonować Igora Chalupca, prezesa naftowego koncernu PKN Orlen. Owszem, styl odwołania prezesa tego wielkiego koncernu - odbiega od stylu rządu Millera, co pamiętamy, że było wykonane w przypadku tow. Modrzejewskiego przez siły specjalne ABW, teraz po prostu nastąpiła wymiana ze strony organu nadzorczego, właścicielskiego, na Piotra Kownackiego, byłego wiceprezesa NIK. Kaczyńscy jednak narażają się na ataki z "obu stron" - tych, którzy myśleli, że Chalupec będzie sprawował władzę w płockiej rafinerii przez cztery lata, ludzi byłego reżimu - ale i także we własnym obozie, który oczekuje, że powinno dokonać się zmian w większym wymiarze, także i w rafinerii gdańskiej i w innych miejscach strategicznych wpływów administracji państwowej.
Podobnie dzieje się w "publicznej" telewizji, gdzie wszyscy oczekują dymisji Bronisława Wildsteina, którego osoba nie zadowala żadnego z koalicjantów PIS-LPR-Samoobrony. Podobno Brat Jarosław czeka tylko na podjęcie decyzji przez Brata Lecha, bo wyniki TVP coraz bardziej osłabiają jej pozycję na rynku medialnym. Na nowego szefa TVP wymienia się m.in. Jacka Bochenka, także Małgorzaty Raczyńskiej...
Łukasz Perzyna przypomina w tym momencie sytuację sprzed lat z pewnej państwowej spółki medialnej, w której zwycięzcy reprezentanci PiS dokonali wymiany zarządu na ludzi, którzy nie spełniali podstawowych warunków zawodowo-politycznych...

Nagranie trwa ponad 18 minut i jest dostępne w Sieci do 4 II 2007 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




Losy Apelu - prof. Mirosław Dakowski Wysłane piątek, 19, stycznia 2007 przez Krzysztof Pawlak

Na temat:

Akcja SUBITO, Akcja TACA, Krucjata; Czas mizerykordii - Mirosław Dakowski

18 stycznia 2007

Szanowni Państwo

Oto krótkie zdanie sprawy z losów Apelu z października 2006 o oczyszczenie episkopatu Polski z agentów. Wobec milczenia Adresata, abpa J. Michalika, po paru tygodniach przekazaliśmy Apel i podpisy do wszystkich kurii biskupich. W tym czasie nawiązało z nami życzliwy kontakt dwóch biskupów, ale bardzo dyskrecjonalnie.
Podjęliśmy więc starania o dotarcie z tą sprawą do Ojca św. Treść listu do Ojca św. i realne drogi dotarcia muszą pozostać nieujawnione. Posyłamy też te dokumenty do Kongregacji ds. Biskupów (Piazza Pio XII, 10, Roma). Na 15 stycznia 2007 szansę dotarcia do oczu i umysłu Ojca św. oceniłem na 46%, a do Kongregacji ds. Biskupów na 52%. Z czasem liczby te rosną. Liczba podpisów pod tym apelem wynosi ok. 280 i też rośnie. Dwóch sygnatariuszy wycofało swe podpisy po wybuchu afery abpa S. Wielgusa, jeden w Wigilię 24 grudnia, a drugi 16 stycznia.
Dla "zgorszonych" naszą akcją: Zaczęła się dwa miesiące "przed" ujawnieniem afery abpa Wielgusa, nie ma z nią nic wspólnego. O agencie "GREY" ani o TW "Adam" nie słyszeliśmy, nawet plotek nie czytaliśmy. Gdyby jednak w październiku uwzględniono nasze postulaty, afery by nie było.
Dla ilustracji przygód z oficjalnymi drogami dotarcia do Ojca św.: Dokumenty posłałem elektronicznie do sekretarza abpa J. Kowalczyka, nuncjusza papieskiego w Polsce z prośbą o audiencję. Po paru dniach, dn. 15 stycznia, siostra furtianka Nuncjatury powiedziała, że Ks. Sekretarz, któremu miałem złożyć dokumenty oraz list przewodni do Nuncjusza, tych dokumentów nie przyjmie. Na moje pytanie "dlaczego?", siostra powiedziała, by "to posłać Suchockiej". Zupełnie zaskoczony spytałem, a "kto to Suchocka?". Dopiero na wyjaśnienie, że "w Rzymie", skojarzyłem sytuację: "aha, chodzi Siostrze o Panią Ambasador Polski przy Watykanie?" - upewniłem się. "Tak", brzmiała odpowiedź. Chodziło więc o pozbycie się parzącego kartofla na rzecz kolegi. Siostra nie zgodziła się nawet na potwierdzenie na kopii, otrzymania mego listu do JE Nuncjusza. Na moja uwagę, że nawet PRL-owskie urzędy zawsze potwierdzały otrzymanie dokumentu, siostra rzekła, "my jesteśmy inną instytucją". "Nie, Siostro, jesteście gorszą instytucją i pychy pełną" - odrzekłem dość zdenerwowany i pożegnałem się. List do Nuncjusza, jako nieprzyjęty, załączam więc jako otwarty.
Do Pani Ambasador H. Suchockiej jednak dokumenty wysłałem.

Uwagi ogólniejsze:
1) ONI, tj. np. większość biskupów, uważają, że nam, wiernym, od ich problemów WARA. Traktują nas jak uciążliwą niedogodność, tak, jak my traktujemy np. mrówki faraona czy karaluchy w blokowiskach.
2) Również wszyscy koncesjonowani publicyści katoliccy oraz redaktorzy dużych pism, czy TV, taką inicjatywę, która nie od nich pochodzi, i nie jest przez nich kierowana, traktują jako przeszkadzający (w ich planach?) "niebyt", rzeczywistość wirtualną. Sami zaś prowadzą jakąś grę.


Pytanie, jakie siły usiłują kierować masowym "spontanicznym" ruchem, np. obrony "naszych" agentów (tj. tych, których "nasi" przywódcy lubią) - i po co - wymaga osobnych analiz. Jest to bardzo szeroka, ale groźna operacja na sumieniach.





Mirosław Dakowski Warszawa, 14 stycznia 2006

Jego Ekscelencja Arcybiskup Józef Kowalczyk
Nuncjusz Apostolski


Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!


Ekscelencjo,

Pokornie prosimy o przesłanie załączonych poufnych listów do Ojca św. i do Kongregacji ds. Biskupów (w Palazzo della Congregazioni).

Mamy uzasadniony brak zaufania do usług pocztowych.
A problem jest ogromnej wagi.

W sprawach merytorycznych - wyznaczenie przez Konferencję Episkopatu na łącznika do komisji ds. lustracji biskupów Prałata, który w mediach wielokrotnie występował jako przeciwnik lustracji, a jednocześnie znany jest z przypadłości, przez którą spowodował np. kontuzję goleni u byłego prezydenta A. Kwaśniewskiego w Charkowie, nie wróży dobrze auto-lustracji episkopatu.

Z Panem Bogiem,
z synowskim oddaniem

Mirosław Dakowski


W imieniu sygnatariuszy Apelu z 21 października 2006


Zał:
1) list do Ojca św. Benedykta XVI
2) apel do przewodniczącego Konferencji Episkopatu Polski
3) lista sygnatariuszy
4) sprawozdanie z ostatnich 3-ch miesięcy próśb i apeli.




Prof. Mirosław Dakowski Warszawa, 15 stycznia 2007

WP. Hanna Suchocka
Ambasador Rzeczypospolitej Polskiej
przy Stolicy Apostolskiej w Watykanie


Ekscelencjo,

Od początku października 2006 trwa w Polsce akcja domagania się od Episkopatu "zewnętrznej", obiektywnej lustracji wszystkich biskupów, także obecnie będących emerytami. Gdyby próśb tych usłuchano, nie miały by miejsca pożałowania godne zdarzenia z ostatniego miesiąca. Podobne nas jeszcze czekają.

Zanosimy błagania do Jego Świątobliwości Benedykta XVI, jako prawnego i duchowego przełożonego każdego biskupa, by Swą władzą zarządził takie badanie przeszłości każdego z nich.

Dokumenty z tym związane pragniemy także dostarczyć równolegle do Kongregacji ds. Biskupów.

W obecnej napiętej sytuacji prosimy Ekscelencję o bycie Pośrednikiem w przekazaniu tych dokumentów do Dostojnych Adresatów. Przez wielu zainteresowanych dostojników w Polsce wierni, czy lud Boży traktowany jest jak mrówki faraona (czyli coś, co istnieje, ale tylko przeszkadza).


Łączę wyrazy szacunku


Zał. (dwa egz.):

1) list do Ojca św. Benedykta XVI
2) apel do przewodniczącego Konferencji Episkopatu Polski
3) lista sygnatariuszy
4) sprawozdanie z ostatnich 3-ch miesięcy próśb i apeli.

Jest czas surowości, jest i czas wyrozumiałości, ale nie wszyscy na ten drugi się załapią - Stanisław Michalkiewicz o skutkach kilku ostatnich oświadczeń znamienitych osobistości o współpracy z PRL-owskimi SS. Wysłane czwartek, 18, stycznia 2007 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz








Jest czas surowości, jest i czas wyrozumiałości, ale nie wszyscy na ten drugi się załapią - Stanisław Michalkiewicz o skutkach kilku ostatnich oświadczeń znamienitych osobistości o współpracy z PRL-owskimi SS.
Wysłane czwartek, 18, stycznia 2007 przez Krzysztof Pawlak

"W historii zdarzają się przypływy i odpływy. Można nawet powiedzieć, że Historia jest takim falowaniem przypływów i odpływów. Najpierw jest wojna, poprzedzają ją czasy militarystyczne, potem przychodzi czas pokoju, wszyscy chcą sobie odpocząć. W Biblii jest opis lat tłustych i lat chudych, potem ludzie się odkuwali po latach chudych, podobnie jest w sprawach nie tylko materialnych, ale i duchowych. Po erupcji pobożności przychodzi sceptycyzm. Krótko mówiąc - mamy teraz do czynienia z przypływami i odpływami. Taką kulminację fali pryncypialności przeżywaliśmy w okolicy 7 stycznia, czyli dniu nieudanego ingresu arcybiskupa Wielgusa, potem jeszcze była na wysokim poziomie 12 stycznia, kiedy zebrała się zebrała się Rada Stała episkopatu z biskupami diecezjalnymi i uchwaliła, że lustracja w Kościele będzie przeprowadzona, i od tego momentu mamy do czynienia z gwałtownym opadkiem fali do poziomu nawet wyrozumiałości. A stało się to w tym momencie, kiedy JE arcybiskup Życiński udzielił wywiadu KAI, że On nie był TW »Filozofem«, a nawet jeśli nawet został w takim charakterze zarejestrowany - to bez Jego zgody i wiedzy. Media - odniosłem takie wrażenie - przyjęły tę deklarację z wyraźną ulgą" - Stanisław Michalkiewicz, publicysta prawicowy i współpracownik naszej witryny ASME, analizuje doniosłe wydarzenia z medialnych i politycznych sfer "polskiego regionu UE".

JE arcybiskup Życiński wyraził osobliwą formułę, że "nigdy nie podjął żadnej czynności, które mogłaby być zakwalifikowana jako współpraca ze służba Bezpieczeństwa". Filozofowie zazwyczaj wyrażają sie z dość dużą ścisłością, ale media przyjęły te wyrażenia jako prawdziwe - z ulgą. To był dopiero początek opadku tej fali, tego samego wieczora kierowcy rozwożący wydanie gazety "Dziennik", wracali do drukarni, by z powrotem oddać nakład pisma, w którym był ukazał się artykuł o księdzu biskupie Pylaku z Lublina, który następnego dnia zaprzeczył, że można Go łączyć z TW "Teologiem". Widocznie KTOŚ uznał, że może już dość tej pryncypialności, ale jeszcze z rozpędu dziennik "Rzeczpospolita" zahaczył na tej fali - widocznie nie zdążył się dostroić do tej fali, podobnie jak tygodni "Wprost, który zahaczył Marka Borowskiego, że miał "casus paskudeus" - redaktora Bogusława Wołoszańskiego, że taka znamienita osobistość medialna - szpiegowała Polonię w Wielkiej Brytanii.
Powstał od razu Komitet Obrony Pana Wołoszańskiego - nawet nie "Robotników" tym razem - któremu zaczął przewodzić pan Jacek Żakowski, pełniący obowiązki Adasia Michnika w tym komitecie, ku zaskoczeniu pana Semki, który znowu zaczął się dziwić, że to nie wypada, by dziennik "RZ" miał sie zajmować "takimi rzeczami". Krótko mówiąc - mamy nową, świecką etykę, opracowaną na potrzeby nowych czasów, ale jeszcze zawiodła koordynacja, bo jeszcze następnego dnia pan redaktor Wołoszański się przyznał do współpracy z SB, bo ponoć czynił to, ot - tak "z ciekawości", by poznać od wewnątrz" PRL-owskie służby...
Następne go dnia, po tym, jak Rada Stała Episkopatu podjęła decyzję o przeprowadzeniu lustracji, JE kardynał Dziwisz udzielił wywiady włoskiej gazecie, w którym powiedział, że "lustracja jest złem"! W tym duchu pan prezydent RP Lech Kaczyński przystąpił do forsowania nowelizacji ustawy lustracyjnej, która przywraca do mocy Sąd Lustracyjny, który wątpliwości - według procedury karnej - będzie interpretował na korzyść oskarżonego...
A jeśli jeszcze UB-ecy - jak to było w przypadku pań Gilowskiej i Niezabitowskiej - będą świadczyć na korzyść oskarżonych...

Nagranie trwa prawie 13 minut i jest dostępne w Sieci do 1 II 2007 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




Podziały inne niż zwykle? - Konrad Turzyński Wysłane czwartek, 18, stycznia 2007 przez Krzysztof Pawlak

Dziewięciu dawnych działaczy "Solidarności" (Bogdan Lis, Władysław Frasyniuk, Konrad Bieliński, Ewa Milewicz, Mirosław Chojecki, Tadeusz Jedynak, Jerzy Borowczak, Andrzej Wielowieyski i Antoni Pietkiewicz) odznaczonych przez prez. Kaczyńskiego z okazji 26 rocznicy podpisania porozumień sierpniowych, wkrótce potem skierowało list do prezydenta, w którym wyrazili swoje zaniepokojenie tym, że "dokumenty tajnych służb PRL, stanowiące obecnie tzw. zasób archiwalny IPN, stały się przedmiotem szczególnie obrzydliwych manipulacji", a jako przykład podali "insynuacje pod adresem takich osób jak Zbigniew Herbert, Jacek Kuroń". W tym samym czasie arcybiskup lubelski ks. prof. Józef Życiński w kazaniu wygłoszonym w archikatedrze sprzeciwił się sugestiom, że "w przemianach lat osiemdziesiątych brali udział zdrajcy i kolaboranci", niepokoił się tym, że "zapiski SB traktowane i przedstawiane są jako prawda o polskich dziejach," zaś "zakompleksieni ludzie usiłują posługiwać się pomówieniami".

Po niespełna czterech miesiącach, gdy publicznie rozważano, czy ks. Wielgus był konfidentem bezpieki, ks. arcybiskup Życiński powiedział, że to "nie są oskarżenia, tylko pomówienia" i sugerował, że "reakcją na takie zachowanie powinien być bojkot niektórych mediów". W obronie dobrego imienia ks. prof. Wielgusa wystąpili bardzo różni ludzie, na przykład dwaj czołowi przywódcy Polonii latynoamerykańskiej Jan Kobylański i Marek Lubiński. Pisali, że "za cel ataku wybrano kapłana-Polaka". Argumentacja bardzo osobliwa! Nie śmiem odmawiać Stanisławowi Wielgusowi przynależności do narodu polskiego. Jest na pewno Polakiem w tym sensie, że urodził się w polskiej rodzinie, na terenie Polski, a jego ojczystym językiem jest polszczyzna. Dobór tej akurat osoby jako przykładu Polaka (atakowanego jakoby właśnie dlatego, że jest Polakiem) jest jednak - najdelikatniej mówiąc - niefortunny. Ktoś, kto zaplątał się w kolaborację z antypolską władzą, naprawdę nie nadaje się do tego, aby go przedstawiać jako Polaka nie tylko w sensie beznamiętnie opisowym, ale także - w sensie pozytywnie wartościującym! Autorzy owego oświadczenia nie dbają jednak o to: "nie chodzi o to, że abp. Wielgus podpisał dokument współpracy z SB". Skoro nie o to chodzi, to o co? Jeśli to jest nieważne, to nie ma przed czym bronić księdza arcybiskupa. Zaślepienie owych dwóch Polonusów sięga tak daleko, że niejako mimochodem spostponowali właśnie... arcybiskupa Życińskiego: "abp Życiński [...] nie wstydzi się pisywać w jawnie antypolskiej i antykatolickiej »Gazecie Wyborczej«". Broniąc tego samego ks. Wielgusa, jednocześnie strzelają do chwilowego sojusznika Życińskiego (zapewne ks. abp. Życiński również nie chciałby widzieć w tych dwóch ludziach sojuszników...).

Służba Bezpieczeństwa miała specjalne struktury zajmujące się zwalczaniem religii w ogóle, ale katolickiej - w szczególności. Wobec tego człowiek, który jawnie służył Kościołowi, a potajemnie jego wrogowi, zasługuje na bardzo małe zaufanie, a nie na awans w Kościele. Zaś gdy chodzi o polskość Stanisława Wielgusa - należy mieć na uwadze, że SB dwa razy w miesiącu wysyłała do Moskwy sprawozdania przeznaczone dla Połączonego Systemu Ewidencji Danych o Przeciwniku, w tym były także dane osobowe ludzi, których inwigilowała. Gdyby któregoś dnia Armia Czerwona udzieliła Polsce Ludowej tzw. bratniej pomocy, to polowanie na "przeciwników" przez sowieckich łapaczy byłoby jeszcze łatwiejsze niż podczas tzw. wyzwolenia, gdy enkawudziści aresztowali polskich patriotów, których adresy znali dzięki szpiegowskiej działalności PPR i Gwardii Ludowej. Jeśli zatem ktoś pracował w SB albo współpracował z nią, to działał przeciw Polsce, nawet gdyby w swej naiwności wierzył, że - przeciwnie - jego działanie jest "patriotyczne". Czy ks. Wielgus wiele zaszkodził? Nie sposób tego wiedzieć. Także on sam nie miał możliwości oceniać rozmiaru swojego szkodnictwa. Pamiętajmy, że ten konfident, którego informacje przed 30 laty przyczyniły się do pobicia ze skutkiem śmiertelnym Stanisława Pyjasa, zapewne przekazał tylko informację, że obserwowany obiekt wyszedł z tego a tego budynku i idzie po tej a tej ulicy. Mało prawdopodobne, aby esbek "od bicia" zwierzał się donosicielowi, jaki użytek za chwilę zrobi z jego donosu - a nuż kapusia w ostatniej chwili ruszyłoby sumienie? Jednak skoro słynny TW "Bolek" w Stoczni Gdańskiej był w ewidencji konfidentów tylko pięć lat i pół roku, a TW "Adam" prawie cztery razy dłużej, to wniosek nasuwa się sam...

Bardzo nieprzekonująco wypadły kolejne sposoby reagowania ks. bp. Wielgusa na informacje o jego współpracy z bezpieką. Zachował się nie jak dojrzały mężczyzna, poważny człowiek i osoba światła, lecz jak uczniak, który nie przewidział, iż jego figiel wyjdzie na jaw, a skoro wydało się, to musi jakoś wyłgać się z tego. Nie tylko zupełnie niedyskutowalna "argumentacja" owych dwóch Polaków z Ameryki Łacińskiej, ale również to, co na swoją obronę powiedział sam zainteresowany, i co w pamiętnym kazaniu podczas niedoszłego ingresu wypowiedział ks. prymas Józef Glemp, nie brzmi przekonująco. Takim samym naciskom i pokusom byli poddawani różni ludzie - w tym toruński prawnik Jan Łopuski, obecnie emerytowany profesor UMK, który swoje przeżycia z tej dziedziny skomentował następująco: "Wyrażenie pod przymusem (najczęściej zresztą psychicznym) zgody na tajną współpracę z aparatem UB przez myślącego członka społeczeństwa o przeciętnej wrażliwości moralnej i w pełni świadomego roli tego aparatu, musiało być przez niego odczute jako poniżenie. [...] Zawsze podziwiałem dobre samopoczucie ludzi, co do których mogłem mieć przypuszczenie (graniczące z pewnością), że taki cyrograf podpisali. Niewątpliwie wynikało to trochę z ich przeświadczenia o trwałości sowieckiego imperium, którego częścią składową była PRL, co oznaczało, że za życia nie będą się musieli rozliczać z konfidenckiej przeszłości. [...] Moim zdaniem, jeżeli ktoś obecnie utrzymuje, że w okresie rządów stalinowskiego UB był zmuszony do podpisania zobowiązania współpracy z UB, to - poza zupełnie wyjątkowymi przypadkami - mija się z prawdą. [...] podpisanie zobowiązania do współpracy z kontrwywiadem czy wywiadem, to nie pogardzane »kablowanie« na kolegów w zakładzie pracy, ale zajęcie, które może być nawet nobilitujące. Można by się z tym nawet zgodzić, gdyby chodziło o współpracę z wywiadem lub kontrwywiadem własnego, suwerennego państwa, ale nie ze służbami specjalnymi, ściśle powiązanymi i podporządkowanymi służbom specjalnym obcego mocarstwa, które nasz kraj zniewala. Przyjęcie takiego zobowiązania było więc wyrażeniem zgody na działanie sprzeczne z narodowym interesem Polski, [...] Jeżeli więc dzisiaj próbuje się lekceważyć podpisanie SB »jakiegoś świstka« lub paru bliżej nieokreślonych »świstków«, to takiemu rozmydlaniu sprawy należy się kategorycznie sprzeciwić. Dorosły człowiek wie chyba, co podpisuje, a ważna była treść tego świstka." (b>"Nie byłem konfidentem", "Tygodnik Solidarność" nr 35 i 36 z 1992 r.)

Żale nad "kamienowaniem" albo wręcz "krzyżowaniem" ks. prof. Wielgusa, wypowiadane przez duchownych i świeckich katolików sympatyzujących z jego poglądami, brzmią podobnie mało przekonująco (dla mnie) jak słowo "nienawiść", bardzo często używane przez przeciwników lustracji "Macierewiczowskiej" (mam na myśli także - ale nie tylko - słynny wiersz Wisławy Szymborskiej wydrukowany w "Gazecie Wyborczej" w czerwcu 1992 roku).

Smutny rekord niekonsekwencji w związku z tą sprawą należy jednak chyba do świeckich katolików - tych, którzy na uroczystość niedoszłego ingresu przybyli z nastawieniem bronienia ks. bp. Wielgusa bez względu na wszystko. Ich okrzyki "chcemy biskupa Polaka!", świadczyły o tym, że zupełnie nie uważali na czytania mszalne podczas owej Niedzieli Chrztu Pańskiego, a w każdym razie - na czytanie drugie, które zaczyna się od słów: "Wtedy Piotr przemówił w dłuższym wywodzie: »Przekonuję się, że Bóg naprawdę nie ma względu na osoby. Ale w każdym narodzie miły jest Mu ten, kto się Go boi i postępuje sprawiedliwie«" (Dz. Ap. 10:34-35). Zresztą, aby ich okrzyk usprawiedliwić, nie wystarczyłoby zatkać uszy na te słowa pierwszego papieża zawarte w "Dziejach apostolskich" - trzeba by jeszcze ponadto założyć, że Kościół jest instytucją demokratyczną (a nie hierarchiczną), w której na urząd arcybiskupi w Warszawie kandyduje pewien Polak - przeciwko pewnemu nie-Polakowi albo pewnym nie-Polakom. Jednak oczekiwanie demokratyzmu od Kościoła nie przystoi katolikom, zwłaszcza zaś - tym konserwatywnie nastawionym...

Owi dzielni zamorscy obrońcy ks. prof. Wielgusa zapewne nabrali(by) wody w usta, gdy(by) chodziło o ks. prof. Czajkowskiego, który, owszem, reprezentuje odmienne, "postępowe" skrzydło w Kościele. Kiedy noga powinęła się "postępowemu" księdzu, to można być cicho albo nawet sugerować, iż on właśnie dlatego taki postępowy, że "oficer prowadzący" ku temu go skłaniał. Jasne, że gdy się jest ze skrzydła "postępowego" w Kościele, można mieć "równie dobre" (albo raczej - "równie złe") powody, aby zachować się tak samo, lecz na odwrót: milcząco albo głośno wyrażać satysfakcję z kompromitacji duchownego, który jest znany jako "zachowawczy". Cóż jednak znaczy, gdy ktoś, sam będąc duchownym, unika tej satysfakcji w obu sytuacjach? Czy to szlachetność serca, która nie jest wrażliwa na barwę ideologiczną współbrata w kapłaństwie, czy tylko zwyczajne stanie "ponad podziałami", czy zaledwie pryncypialna antylustracyjność? Coś z tego zapewne ma miejsce w wypadku ks. prof. Józefa Życińskiego, arcybiskupa lubelskiego, który nie tylko oskarżeniami pod adresem ks. prof. Stanisława Wielgusa, ale także spostponowaniem pamięci (nie będącego człowiekiem religijnym) Jacka Kuronia przejął się podobnie mocno. Czas pokaże, co będzie dalej.

Konrad Turzyński

  • Konrad Turzyński był uczestnik Ruchu Młodej Polski (1980-81), dziennikarz ZR NSZZ "S" w Toruniu (1981), publicysta pod- i nad-ziemny (1978- ), stały współpracownik miesięcznika "Opcja na Prawo" (2003- ).

    Publicystyka Konrada Turzyńskiego na ASME

    Dobrze się zaczyna... - prof. Jerzy Przystawa Wysłane czwartek, 18, stycznia 2007 przez Krzysztof Pawlak

    W środę, 10 stycznia, na 32 posiedzeniu Sejmu odbyła się interesująca debata nad dwoma poselskimi projektami zmian w ordynacjach wyborczych do Sejmu i rad gmin. Posłowie PSL zgłosili propozycję wprowadzenia zasady jednomandatowych okręgów wyborczych (JOW) w gminach do 60 tysięcy mieszkańców, natomiast LPR zaproponował dwie istotne poprawki do ordynacji wyborczej do Sejmu: (1) możliwość "blokowania" list partyjnych - podobnie jak w ostatnich wyborach samorządowych - z koniecznością przekroczenia progu 8% dla "bloku" (partie wchodzące w skład takiego "bloku" nie potrzebowałyby przekraczać żadnego "progu") oraz (2) zniesienie przywileju wyborczego dla list mniejszości narodowych, jakim było zwolnienie tych list z obowiązku przekraczania 5% progu w skali kraju.

    W dyskusji wystąpiło 47 posłów, niektórzy kilkakrotnie. Projekt PSL poparł w całości Klub Poselski PO, zdecydowanie przeciw były kluby poselskie PiS i LPR, natomiast kluby SLD i Samoobrony wypowiedziały się ostrożnie, proponując kontynuowanie dyskusji nad tą propozycją. Wniosek LPR, żeby projekt od razu odrzucić nie uzyskał większości: 174 było "za", 192 "przeciw". Inaczej było z projektem Ligi. Wniosek o odrzucenie zgłosił SLD, ale za odrzuceniem było 197 posłów, a przeciw 227. Jak z tego wynika oba wnioski będą miały dalszy żywot, będą nad nimi pracowały komisje sejmowe itd.

    Sprawa JOW wielokrotnie powracała w trakcie dyskusji. W uzasadnieniu projektu PSL znalazł się passus: "Od wielu lat w badaniach opinii publicznej wyborcy niezmiennie opowiadają się za wprowadzeniem okręgów jednomandatowych. Spełnienie tego postulatu byłoby wyjściem naprzeciw oczekiwaniom społecznym". Referujący Eugeniusz Grzesiak: "Proponowane zmiany wychodzą naprzeciw oczekiwaniom społecznym, co wypływa zarówno z wyników sondaży opinii publicznej, jak i z głosów wszystkich bez wyjątku liderów ugrupowań politycznych...". Bogdan Bojko (PO): "PO uważa, że każdy zdrowo myślący obywatel wie i uważa, że powinien zostać wybrany ten, kto dostaje najwięcej głosów…. Uważamy, że należy wprowadzić ordynację większościową dla wszystkich okręgów wyborczych w wyborach do rad gmin, rad powiatów i sejmików wojewódzkich". Renata Beger (Samoobrona): "Wprowadzenie JOW w gminach do 60 tysięcy wydaje się być spełnieniem oczekiwań społecznych...". Ryszard Galla (nn): "Jako doświadczony samorządowiec jestem zwolennikiem JOW, szczególnie na poziomie lokalnych samorządów".

    Najdalej idą posłowie Platformy Obywatelskiej. W debacie nad obu projektami z poparciem dla JOW wypowiedziało się zdecydowanie 11 posłów PO, niektórzy kilkakrotnie, których tutaj - dla pamięci - wymienię: Bogdan Bojko, Tomasz Głogowski, Jacek Krupa, Tomasz Tomczykiewicz, Wojciech Saługa, Ireneusz Raś, Henryk Siedlaczek, Janusz Chwirut, Stanisław Chmielewski, Tomasz Kulesza i Krystyna Skowrońska. Poseł Tomasz Tomczykiewicz: "Jesteśmy za upraszczaniem ordynacji wyborczej, to będzie sprzyjało większej frekwencji wyborczej. Platforma Obywatelska proponuje zmniejszenie Sejmu do 230 posłów oraz JOW. Już nie będę o zaletach tego mówił, bo mój kolega przy poprzednim punkcie o tym mówił. I to są zmiany oczekiwane przez wyborców. Przypomnę, że złożyliśmy na ręce marszałka w Sejmie poprzedniej kadencji ponad 700 tysięcy podpisów obywateli, aby przeprowadzić referendum w tej sprawie… Mam nadzieję, Pani Marszałek, że wkrótce doczekamy się w Sejmie debaty na temat tego referendum".

    Jest pewien catch w tym pięknym stanowisku: posłowie PO są jednocześnie przeciwni zlikwidowaniu przywilejów wyborczych dla kandydatów mniejszości niemieckiej! Mówi ten sam poseł Tomczykiewicz: "Nie wydaje mi się, aby to był dobry moment, aby kiedykolwiek był dobry moment, aby niszczyć ten dobry zwyczaj, który był w okresie międzywojennym. (…) Jesteśmy przeciwko temu rozwiązaniu i jesteśmy w związku z tym przeciwni całej tej propozycji, którą przedłożyła LPR". Jest pewną zagadką: w jaki sposób posłowie PO chcą pogodzić postulat JOW z postulatem uprzywilejowania mniejszości niemieckiej?

    Inni bowiem zwolennicy projektu Ligi powoływali się na pionierską rolę Polski w tym zakresie, gdyż zwyczaj uprzywilejowania mniejszości jest raczej niespotykany, a więc Polska zgłasza tutaj swoją ambicję do palmy pierwszeństwa i chlubnego wzoru dla innych narodów. Na co ripostuje poseł Ligi Antoni Sosnowski: "Mniejszości niemieckiej w Polsce jest 147.094 osoby, mniejszości polskiej w Niemczech jest od 1,5 mln do 1.800 tysięcy. Stąd moje pytanie do przedstawicieli rządu: ilu deputowanych mniejszości polskiej jest w niemieckim Bundestagu?". Jest to pytanie retoryczne. Jak wiemy, w Bundestagu nie ma żadnych przedstawicieli mniejszości polskiej, a mniejszość niemiecka ma obecnie w Sejmie dwóch posłów.

    Trzeba stwierdzić, że argumenty przeciwników JOW i projektu PSL są raczej mało wyrafinowane i mało przekonujące. Twierdzą, że nie wiadomo skąd PSL ma takie dane, że "większość obywateli chce JOW"? Krytykują ustawę o bezpośrednich wyborach wójtów, burmistrzów i prezydentów miast, bo jakoby otwiera ona drogę korupcji i przestępcom. Posłanka PiS-u Anna Paluch, dla uzasadnienia swojej tezy przywołuje sprawę prezydenta Gorzowa Wielkopolskiego Tadeusza Jędrzejczaka, który przez prawie trzy miesiące rządził miastem z więzienia. Witold Gintowt-Dziewałtowski (SLD) zwrócił jej uwagę, że prezydent Jędrzejczak siedział w więzieniu bez wyroku i nigdy nie został sądownie ukarany, ale nie przekonało to posłanki Paluch, która uznała, że skoro siedział, to musiał być winny, inaczej przecież by nie siedział! Inni posłowie, jak np. poseł nowej partii o nazwie Ruch Ludowo-Chrześcijański Józef Cepil, twierdził, że "JOW doprowadzi do kupowania głosów przez układy mafijne na masową skalę", a poza tym powtarzano znaną mantrę przeciwników JOW o "niereprezentatywności" posłów czy radnych wybranych w JOW. Szereg adwersarzy twierdziło, że wybory w JOW - wbrew intencjom PSL - nie spowodują odpartyjnienia czy odpolitycznienia samorządów, ponieważ kandydaci partyjni będą się ukrywać pod szyldami komitetów bezpartyjnych. Tak podobno postąpiło wielu kandydatów w ostatnich wyborach. Były głosy, że projekt nie jest poparty poważnymi opiniami ekspertów konstytucyjnych, były też takie, w których twierdzono, że wprowadzenie JOW oznacza jednocześnie konieczność wyborów uzupełniających, a to będą nowe, dodatkowe koszty itp.

    W trakcie tej debaty mogliśmy się dowiedzieć ciekawych rzeczy. Zwolennicy JOW i przeciwnicy projektu Ligi twierdzili, że ordynacja wyborcza powinna być prosta, że to co mamy jest bardzo skomplikowane, a pomysł blokowania jeszcze bardziej to komplikuje. Jeden z posłów stwierdził, że zaledwie 10% głosujących rozumiało, o co chodzi z tym "blokowaniem". Poseł Witold Gintowt-Dziewałtowski powiedział, że: "osiągnęliśmy ponad 10-procentowy próg głosów nieważnych, a w niektórych grupach wyborczych - do 20%. Najwyższy wskaźnik głosów nieważnych dotyczył tych wyborów, w których występowały grupy list, przede wszystkim do sejmików samorządowych". Wtórował mu - jakkolwiek śmiesznie by to nie brzmiało - przedstawiciel wnioskodawcy, Antoni Sosnowski (LPR): "Głosów nieważnych w całym kraju było 1800 tysięcy, a w moim województwie śląskim prawie 150 tysięcy. W procentach było to od około 10% do około 17% w poszczególnych województwach. Najmniej w województwie pomorskim - 9,67%, najwięcej w wielkopolskim - 16,64%. Jest to o tyle zaskakujące, że w komunikacie PKW na pierwszej po wyborach konferencji prasowej mówiło się o znikomej liczbie głosów nieważnych… Prawie 2 mln głosów nieważnych w kraju jest liczbą porażającą".

    Jak już wspomniałem, oba projekty trafią teraz do odpowiednich komisji, a potem będą znowu czytane i głosowane. Pięknie by było, gdyby ta debata była naprawdę publiczna, a więc gdyby słyszany był w niej głos obywateli. Politycy polscy już dawno pobili rekord świata w częstości zmian ordynacji wyborczych, zarówno do parlamentu, jak i na szczeblach samorządowych. Kolejne majstrowanie przy tych fundamentalnych aktach ustrojowych chluby już nam nie przyniesie. Fakt, że w każdej kadencji trzeba "korygować" ordynację wyborczą do Sejmu, jest absolutnie kompromitujący i ukazujący zarówno niekompetencję, jak i cynizm naszej klasy politycznej. Co gorsza, uważa ona, że procedura wyborcza to jej wewnętrzna sprawa i obywatele nie maja tu nic do gadania. Stanowi to oczywiste zaprzeczenie rzymskiej zasady nemo iudex in causa sua - nikt nie może być sędzią we własnej sprawie. Dlatego takim skandalem jest fakt zignorowania ponad 700 tysięcy podpisów obywateli w sprawie referendum, o jakim przypomniał poseł Tomczykiewicz.

    Ale może posłowie mają rację? Może sprawa ordynacji wyborczej nikogo w Polsce - poza nimi samymi - nie interesuje? Gdzie w tej debacie podziały się głosy wszystkich błyskotliwych komentatorów politycznych, którzy od rana do nocy obsiadają wszystkie studia telewizyjne i radiowe, i z ogniem w oczach wykłócają się publicznie o setki spraw, jakie podobno najbardziej interesują i emocjonują obywateli? Czy znalazła się jakaś gazeta, jakiś opiniotwórczy dziennik, tygodnik lub miesięcznik, który by zwrócił uwagę na tę debatę?

    Teraz podobno najważniejsza ze wszystkiego jest lustracja i przegląd teczek. Moim zdaniem, dużo ważniejsza i pożyteczniejsza byłaby lustracja złogów w mózgach polskich inteligentów, którzy pomimo wspaniałych osiągnięć w najróżniejszych konkursach, znajomości języków, podróży zagranicznych oraz umiejętności czytania i pisania, nadal nie pojmują, jakie znaczenie może mieć dla przyszłości naszego kraju taki czy inny sposób wyłaniania elity politycznej. Bez tego zrozumienia politycy zawsze będą robili, co im się spodoba, a demokracja w Rzeczypospolitej niewiele będzie się różnić od "demokracji ludowej".

    Wrocław, 17 stycznia 2007 r.

  • Prof. Jerzy Przystawa był w kadencji 1990 - 1998 radnym rady miejskiej Wrocławia, startował w wyborach do Senatu Rzeczypospolitej Polskiej przeprowadzonych w dniu 21 września 1997 r.
    Od kilkunastu lat jest jednym z liderów Ruchu Obywatelskiego na rzecz JOW.

    Publicystyka prof. Jerzego Przystawy na ASME.


    Witryna ASME Antysocjalistycznego Mazowsza jest najstarszym serwisem w Sieci - oprócz witryny tematycznej JOW - propagującym ideę JOW

    Piano, piano... - Stanisław Michalkiewicz Wysłane wtorek, 16, stycznia 2007 przez Krzysztof Pawlak

    Niedoszły ingres JE abpa Stanisława Wielgusa 7 stycznia w warszawskiej katedrze przypominał w nastroju ślub baronessy von Essenbeck w finale filmu "Zmierzch bogów".

    Powiadają, że rezygnacja biskupa w dniu ingresu jest wydarzeniem bez precedensu. Być może, chociaż historia Kościoła zna podobne wstrząsy i to w dodatku na niemal identycznym tle, które dzisiaj nazwalibyśmy "lustracyjnym". Oto w początkach IV wieku biskupem Kartaginy został obrany Cecylian, wobec którego nie było żadnych zastrzeżeń. Jego nominacja została jednak zakwestionowana, ponieważ konsekrował go biskup Feliks, który był tzw. tradytorem. Chodziło o to, że w okresie prześladowania chrześcijan za cesarza Dioklecjana, rzymscy bezpieczniacy szczególnie zażarcie polowali na egzemplarze Pisma Świętego. Niektórzy duchowni załamywali się, wydawali święte księgi prześladowcom i z tego powodu zwani byli tradytorami. Taki tradytorem był właśnie Feliks, wobec czego biskupi niezłomni mianowali na biskupa Kartaginy niejakiego Majoryna, którego później zastąpił Donat i z tego powodu rozgorzał w Kościele konflikt między "donatystami" i "antydonatystami" Donatyści twierdzili m.in., że sakramenty dokonywane przez grzeszników, m.in. właśnie tradytorów, są nieważne, tzn. - nieskuteczne, podczas gdy antydonatyści, których wybitnym przedstawicielem był św. Augustyn, twierdzili, iż kondycja moralna duchownego nie ma żadnego znaczenia dla ważności sprawowanych przez niego sakramentów, chociaż oczywiście dobrze byłoby, gdyby specjalnie w grzechach się nie nurzał. Ostatecznie zwyciężyło w Kościele stanowisko antydonatystów.
    Z punktu widzenia teologicznego zatem nic nie stało na przeszkodzie, by JE abp Stanisław Wielgus został metropolitą warszawskim. Wydaje się zatem, iż o decyzji Benedykta XVI przesądziła okoliczność, iż w rozmowie z nim kandydat na to stanowisko prawdopodobnie nie był do końca szczery, a to całkiem inna historia. Pokazuje ona, jakim ciężkim błędem było zaniechanie lustracji w przekonaniu, iż generał Kiszczak dotrzymał słowa i zniszczył dokumentację kompromitującą duchowieństwo. Zaufanie okazane generałowi Kiszczakowi dowodziło daleko posuniętej lekkomyślności, podobnie jak udawanie do samego końca, że nic się nie stało. Tymczasem gdyby Kościół, korzystając z okazji stworzonej uchwałą lustracyjną Sejmu z 28 maja 1992 roku przeprowadził wewnętrzną lustrację, z pewnością uniknęlibyśmy obecnej kompromitacji i narażenia papieża na ośmieszenie. Gdyby, dajmy na to, każdy duchowny złożył pod przysięgą stosowne oświadczenie, zdeponowane u właściwego biskupa, zaś biskupi - u Prymasa, nie musiałyby spotykać go żadne nieprzyjemności, chyba że zostałby przyłapany na kłamstwie. Warto przypomnieć, że podjęta z inicjatywy posła Janusza Korwin-Mikke uchwała Sejmu nie przewidywała żadnych represji wobec ujawnionych konfidentów. Chodziło tylko o ujawnienie, żeby uniknąć ryzyka szantażowania polskich polityków groźbą przypomnienia kompromitującej przeszłości. Impulsem do tej uchwały była bowiem wiadomość, że negocjujący traktat polsko niemiecki min. Krzysztof Skubiszewski był właśnie szantażowany przez stronę niemiecką i na skutek tego traktat jest niesymetryczny na niekorzyść Polski. Ta informacja nigdy przez nikogo nie została zdementowana i stąd pomysł ujawnienia konfidentów SB, by zapobiec kolejnym szantażom.
    Tak jednak się nie stało i w rezultacie razwiedka uzyskała możliwość wywierania presji na różne osoby i środowiska, na podstawie zachowanych informacji. Środowiska wrogie lustracji działają zatem w interesie razwiedki i zagranicy, która te informacje ma. Warto uprzytomnić sobie, iż brak jakichś dokumentów w archiwach IPN może oznaczać, iż są one w posiadaniu dawnych oficerów prowadzących, którzy nadal "prowadzą". Z tego powodu ujawnienie dokumentów wskazujących na współpracę JE abpa Wielgusa z SB mogło zostać przez wielu uczciwych ludzi potraktowane jako próba opanowania przez razwiedkę Kościoła od środka. Trzeba przyznać, iż takie podejrzenia znajdowały uzasadnienie choćby w niezrozumiale surowym potraktowaniu ks. Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego przez krakowską kurię, a i Ekscelencja sam przyczynił się do ich pogłębienia, podlizując się "Gazecie Wyborczej" i przyznając do kolejnych zarzutów dopiero w miarę ich dokumentowania.
    Z drugiej strony obrońcy abp. Wielgusa mieli też powód do posądzania jego oskarżycieli o niekoniecznie szlachetne zamiary, bo tajemnicą Poliszynela jest podział polskiego Kościoła na co najmniej dwie partie: konserwatywną i postępową, podejrzewaną o powiązania z masonerią. Abp Stanisław Wielgus, jako wybitny przedstawiciel skrzydła konserwatywnego, na stanowisku metropolity warszawskiego wywierałby znaczny wpływ na kształt katolicyzmu zarówno w Polsce, jak i w Europie, z uwagi na znaczne nasycenie tamtejszych kościołów księżmi z Polski. Ta okoliczność dobrze tłumaczy poparcie, jakie jego kandydaturze okazał Benedykt XVI, będący autorem słynnej Deklaracji "Dominus Iesus", która tak nieprzyjemnie zaskoczyła postępowców. W tej sytuacji nietrudno było uwierzyć w spisek przeciwko arcybiskupowi Wielgusowi, zwłaszcza kiedy ostentacyjną troskę o moralny pion Kościoła zaczęły okazywać również media nie bez powodu podejrzewane o powiązania z komunistyczną razwiedką. Wprawdzie media powinny być traktowane jako rodzaj zwierciadła, w którym - jeśli czasami nasza twarz wydaje nam się brzydka - to znak, że coś złego dzieje się z nami, ale problem w tym, że znaczna część mediów w Polsce - to zwierciadła krzywe, świadome narzędzia czarnego albo białego PR. W dodatku, przy ogniu namiętności, jaki rozgorzał wokół tej sprawy, wiele osobistości i środowisk próbuje upiec swoje "półgęski polityczne"; np. "Gazeta Wyborcza" usiłuje dyskontować chwilową, mam nadzieję, niechęć do lustracji w kręgach kościelnych, co oczywiście tylko pogłębia wrażenie spisku.
    Interwencja Benedykta XVI może okazać się zbawienna, jeśli przyczyni się do wygaszenia w samym Kościele i wokół niego atmosfery partyjnictwa, w której każda ze stron konfliktu będzie starała się udowodnić swoje racje nawet przy pomocy groteskowego licytowania się o różnicę łajdactwa, co już niestety się pojawiło. Daje ona szansę Episkopatowi nie tylko na kurację przeczyszczającą, ale też na likwidację rozdęcia imperialnego i bizantynizmu, jaki ostatnio nam się objawił.

    Stanisław Michalkiewicz

    Publicystyka Stanisława Michalkiewicza na ASME i nagrania TV ASME


    Rząd ugrupowania Populizm i Socjalizm szykuje gigantyczną socjal-korupcję?! Wysłane poniedziałek, 15, stycznia 2007 przez Krzysztof Pawlak

    Kiedy pisaliśmy o fascynacji "inteligencji żoliborsko-gorzowskiej", mającej swych przedstawicieli na prominentnych stanowiskach ugrupowania Populizm i Socjalizm, ideą "szklanych domów", realizowaną m.in. przez założoną jeszcze przed 1939 rokiem Warszawską Spółdzielnię Mieszkaniową, nie mogliśmy w najśmielszych snach przypuszczać, że ów gorzki pył Morfeusza przybierze tak bezpośrednią wizję w postaci kolejnego fajerwerku korupcjogennej, bo socjalizmem dogłębnie podszytej, jej współczesnej realizacji. Resort budownictwa (takie coś istnieje tylko w państwach o dominacji etatystycznych wzorców ustrojowych) w osobie wiceministra Piotra Stycznia (z Gorzowa Wlkp. przypadkiem, zawodowy spółdzielca!), podał dzisiaj do wiary za pomocą prasowego medium, uprzejmie określanego przez warszawską ulicę "Der Dziennikiem", że ma pomysł na "tanie budownictwo mieszkaniowe". Zarządcą państwowych murarzy od niedawna jest były członek superlewicowej Unii Pracy Andrzej Aumiller, więc ten mezalians (?) "prawicy socjalistycznej" z uczciwymi lewakami nie powinien nikogo dziwić.

    Pomysł nie jest nowy - stanowi rozwinięcie myśli towarzysza Andrzeja Leppera z minionego przedwyborczego lata, który zgłosił wtedy hasło przekazania samorządom ziemi (ówcześnie 70 tys. ha) położonej na terenach miast, będącej w gestii Agencji Nieruchomości Rolnych, pod budowę mieszkaniową. Teraz jedynie wiadomo, że ewentualnie lokatorzy nie byliby właścicielami gruntów, a jedynie ich wieczystymi użytkownikami, ale byliby nimi deweloperzy, przy czym znając historię zawodową wiceministra - raczej byłyby to przeróżnego rodzaju spółdzielnie czy TBS-y. Mieszkańcy dysponowaliby jedynie więc ograniczonym prawem własnościowym w rodzaju "lokatorskiego własnościowego".
    Warto zwrócić uwagę przy okazji prezentacji tej części programu koalicji PiS-LPR-Samoobrona na jego uwarunkowania ideowe, zaprezentowane w początku zeszłego roku :"Inwestowanie w budownictwo czynszowe nie może się opierać tylko na zysku. Budowa mieszkań na wynajem to także misja społeczna przedsiębiorcy - dewelopera. Państwo musi stworzyć inwestującym w budownictwo czynszowe warunki bezpieczeństwa. To istotny element, który będzie brany przez resort pod uwagę przy tworzeniu ustaw - mówił Sekretarz Stanu w Ministerstwie Transportu i Budownictwa Piotr Styczeń podczas lutowej konferencji nt. finansowania budownictwa czynszowego w Polsce. - Chcemy przyciągnąć inwestorów zagranicznych, bo mają oni ogromne możliwości budowania w Polsce domów czynszowych - dodał" (Za: Polska Izba Przemysłowo-Handlowa Budownictwa). Państwowym murarzom nie chodzi więc o wytworzenie polskiej klasy średniej w jej potencjalnie najsilniejszej części, opierającej się na własności mieszkaniowej, a raczej na pośrednim dofinansowaniu struktur kolektywistycznych w rodzaju rodzimej spółdzielczości mieszkaniowej czy TBS oraz - co zadziwia już dość mocno - "międzynarodowych posiadaczy nieruchomości", co patrząc przez pryzmat wykupionego już chyba w połowie warszawsko-mokotowskiego Służewca, coraz większych terenów Śródmieścia, atrakcyjnych działek na wylotach stolicy przez izraelsko-"holiendierskie"-hiszpańskie towarzystwa wzajemnego wspierania się - kojarzyć się musi z osławionym zawołaniem przedwojennej warszowerskiej ulicy "wasie ulice, nasie kamienice!". Ale czy o to "inteligencji "żoliborsko-gorzowskiej" tak naprawdę chodziło i chodzi?
    Obłożone już dość poważnie obciążającymi ich budżety samorządy polskie raczej nie będą kwapić się do rozwijania akcji "tanich szklanych domów" dla spauperyzowanych swoich mieszkańców, zdając się - co przy niebagatelnej reprezentacji w ich strukturach lobbystów z daleko bogatszych od indywidualnych inwestorów ciał spółdzielczości mieszkaniowej - na wejście w "układy" z zarządami kolektywnych czynszowników, na co jak powyżej widać bardzo liczy obecny wiceminister resortu budownictwa. Skala wcale nie bezpośredniej korupcji przy wygłodniałym "rynku" terenów budowlanych w tak atrakcyjnych lokalizacjach (miasta, ziemie po jednostkach wojskowych...) może więc sięgnąć wysokich rejestrów, choć nie o pieniądze tylko pójdzie, ale także o wpływy polityczne, bo któryż z prezesów postkomunistycznych nadal w swej istocie przymusowych wspólnot mieszkaniowych zrezygnuje z podjęcia propozycji ofiarowania mu dodatkowych niewolników (udział Skarbu Państwa, podobnie jak już jest w przypadku dofinansowania z tzw. Krajowego Funduszu Mieszkalnictwa!) czynszowych - w zamian z coś tak "mało istotnego" jak przychylność przy coczteroletnich wyborach samorządowych, jak i parlamentarnych?
    Szermując walką z osławionym, choć dość mało ukonkretnionym "układem", wodzowie koalicji PiS-LPR-Samoobrona najnormalniej w świecie przystępują do tworzenia własnego, tak samo finansowanego z pieniędzy podatników, "środowiska" wyborczego.
    O kredyty ze środków budżetowych (czyli - z kieszeni podatników) zadba Bank Gospodarki Krajowej, który już podpisał umowy z PKO BP, gdzie ma szefować niedługo notoryczny "dymisjonarz" (też z Gorzowa) Kazimierz "Atrakcyjny" Marcinkiewicz, który trafił tam początkowo jako doradca byłego p.o. prezesa Sławomira Skrzypka, przesuniętego ostatnio na odpowiedzialniejsze stanowisko nadzorcy stabilności polskiej waluty w NBP. Jak więc widać - wszystko rozwija się pomyślnie ku temu, by kosztem indywidualnych inwestorów oszczędzających na własne M-ileś albo na wymarzony domek dla Kowalskiego dopłaty do przyszłych ewentualnych wyborców "centroprawicy" popłynęły jakąś tam strugą. Zapowiadana (powiedzmy, że jej 1/10 uda się wybudować) liczba 315 do 350 tys. mieszkań w ramach tego punktu programu wyborczego PiS "Rodzina na swoim" (ale za cudze pieniądze!) z całą pewnością pomoże w utrzymaniu się na coraz mniej przychylnej "sanatorom" "żoliborsko-gorzowskim" scenie krajowego teatru politycznego.
    Wolny wyborca, mający solidne podstawy egzystencji, oparte przede wszystkim na bezprzymiotnikowym (np. "lokatorskim") posiadaniu przede wszystkim nieruchomości, oczywiście - także innych dóbr materialnych i niematerialnych - raczej nie mieści się w koncepcji "taniego państwa sprawiedliwości i prawa", którego etatystyczne zręby i zęby coraz wyraźniej wystają zza pełnego pijarowskich efektów i prezentacji programu "sanacyjnego".

    Krzysztof Pawlak

    Publicystyka Krzysztofa Pawlaka na ASME


    Działania pozorowane - Krzysztof Mazur Wysłane poniedziałek, 15, stycznia 2007 przez Krzysztof Pawlak

    "Czyż zdarza się w mieście nieszczęście,/ by Pan tego nie sprawił?/ Bo Pan Bóg nie uczyni niczego,/ jeśli nie objawi swego zamiaru sługom swym, prorokom" - przestrzegał Izraelitów prorok Amos, sam prosty pasterz powołany do nawracania i pouczania możniejszych, i zwykle bardziej uczonych od siebie.

    Skoro zatem nie ma przypadków, a są tylko znaki, to wydaje się rzeczą zrozumiała, że różne nieprzyjemne, a nawet gorszące wydarzenia, jakie miały ostatnio miejsce w polskim kościele, musiały być poprzedzone jakimiś dającymi do myślenia okolicznościami. I takowe oczywiście były, chociaż gdyby w ramach socjologicznego eksperymentu pominąć wszystkie informacje, a próbować rekonstruować omawiane wydarzenia na podstawie wyłącznie dokumentów strony kościelnej i mediów o. Rydzyka, to wyszłoby, że jedynymi winowajcami całego zamieszania są... media i IPN, a to z tego względu, że 1) posiadanej w sprawie abp. Wielgusa dokumentacji nie przyniosły do nuncjatury apostolskiej, przez co abp Kowalczyk o niczym w sprawie nie wiedział, 2) rozpętały gorączkową nagonkę na gorliwego kapłana, nie dając mu czasu na zebranie myśli i udzielenie wyczerpujących wyjaśnień, 3) nawet gdy arcybiskup przyznał się do winy i wyraził skruchę, to hierarchom nie wypada sądzić brata w kapłaństwie, by samemu nie być sądzonym, 4) co wcale nie przeszkadza osądzać dziennikarzy, szczególnie tych katolickich, bo jak wiadomo - "ci są najgorsi", 5) a co do przyznania się do winy, to zdaniem prymasa Glempa ks. arcybiskup wyraził skruchę, ale to była taka skrucha, żeby.... i tu ksiądz prymas przerwał, jakby przeczuwając, że następne wyrazy mogą być trochę źle odebrane. No bo jak tu powiedzieć ludziom prosto w oczy, że ta skrucha to była tak dla picu i zamydlenia oczu?
    Trudno nie dostrzec, że afera ingresowa była wprost pochodną zignorowania wielu wcześniejszych znaków i napomnień wysyłanych przy okazji ujawnienia agenturalnej przeszłości o. Hejmo, ks.ks. Czajkowskiego, Malińskiego czy księży i kurialistów krakowskich, o których informował ks. Isakowicz-Zaleski. Pomimo, że materiał dowodowy dotyczący o. Hejmo był bardzo obfity, włącznie z nagraniami dźwiękowymi, wiele osób do dnia dzisiejszego jest skłonne wierzyć wyłącznie w spisek wymierzony przeciwko temu zakonnikowi. Sprawa ks. Czajkowskiego pokazała, że byli współpracownicy zracjonalizowali we własnym sumieniu przeszłe winy w ten sposób, aby pamięć o przeszłości nie psuła im obecnego, dobrego samopoczucia. Sprawa bp. Skworca jak i pewne informacje z dokumentów ks. Jankowskiego pokazały, że problem lustracji nie ominie również najwyższych hierarchów i należałoby w tej materii podjąć pewne działania wyprzedzające, zwłaszcza w okresie dużych zmian personalnych na ważnych stanowiskach kościelnych. Zamiast tego mieliśmy nieustanne zamiatanie sprawy pod dywan i wyciszanie kolejnych sensacji na drodze pewnego rodzaju moralnego szantażu, w ramach którego sugerowano, że każdy kto ujawniałby niechlubną przeszłość księży - jest wrogiem samego Kościoła i współpracownikiem mediów sterowanych przez zagranicę.
    Niepokornych księży mających odwagę głośno powątpiewać w szczere zamiary kościelnej hierarchii bezczelnie flekowano, czego skrajnym przykładem było na wstępie lekceważące, a później oczerniające zachowanie niektórych księży i biskupów wobec ks. Zaleskiego. Na takim ostentacyjnym lekceważeniu płynących zewsząd ostrzeżeń upłynęły prawie dwa lata i widocznie trzeba było aż takiego skandalu, aby biskupi mogli wreszcie zebrać się i wreszcie nieco praktyczniejszym językiem porozmawiać o rozliczeniu przeszłości. Zastrzeżenie "nieco praktyczniejszym językiem" jest jak najbardziej na miejscu, gdyż w odróżnieniu od niektórych eufemistycznych komentarzy trzeba trzeźwo zauważyć, że ostatni list pasterski odczytany w kościołach całego kraju jest nadal utrzymany w konwencji kościelnej nowomowy, stosowanej tak często właśnie w stosunku do oceny wydarzeń związanych z lustracją duchownych. Bardzo trudno odnaleźć w tym dokumencie biblijną zasadę "niech wasza mowa będzie tak-tak, nie-nie", jeżeli jest w nim mowa o winie, to w większości o winie mediów i ewentualnie PRL-owskiego aparatu. Abp Wielgus jest cały czas podwójną ofiarą, niegdyś ofiarą aparatu bezpieczeństwa, a obecnie ofiarą medialnej nagonki. Hierarchowie z "bólem śledzili" oskarżenia wysuwane pod adresem biskupa, a nie krętactwa biskupa i jego "ewolucyjne" przyznawanie się do winy pod wpływem kolejno ujawnianych dokumentów. Warto zauważyć, że tenże broniony przez współbraci w kapłaństwie pasterz kościoła jeszcze w sobotę przed odczytaniem listu w kościołach publicznie zaprzeczył prawdomówności abp. Kowalczyka, któremu biskupi polscy podziękowali we wspomnianym liście za "braterską i kompetentną pomoc". Czyżby wpływ "medialnej gorączki" nadal tak mocno oddziaływał na arcybiskupa, że zaczyna już występować przeciwko innym biskupom, czy też jest to tylko prozaiczna złośliwość pod adresem nuncjusza, za zmuszenie go do "pokornego" złożenia urzędu?
    Omawiany i uchodzący za przełomowy list pasterski bardziej nawołuje do wstrzemięźliwości w ocenie winnych współpracy z bezpieką niż do pokornego i bezwarunkowego wyznania winy i okazywania skruchy. Jak widać, z dotychczasowych doświadczeń mało kto poczuwa się do winy, a do szkodzenia - to już nie poczuwa się chyba nikt. Casus Małgorzaty Niezabitowskiej i konsekwencje takich wyroków, widoczne w sprawie Jurczyka, pokazują, że metodami pokojowymi nic się w tych sprawach nie osiągnie. To jest tak, jak dawniej bywało z negocjacjami prowadzonymi z bolszewikami, którzy rozumieli tylko prawo siły i faktów dokonanych. Być może trudno to zrozumieć biskupom, których wielu mroczne czasy PRL-u odreagowywało długoletnimi studiami i pracą w Rzymie lub w innych krajach wolnego świata. Niestety, zdecydowana większość ich owieczek była skazana na beznadziejną wegetację w PRL-owksiej rzeczywistości, a niektórzy nawet przez szybę nie oglądali szynki z "Baltony". Szkoda, że i dzisiaj nie mogą doczekać się chociażby prostych słów prawdy.

    Krzysztof Mazur

    Publicystyka Krzysztofa Mazura na ASME


    OPRAWCY Z INFORMACJI WOJSKOWEJ - TADEUSZ M. PŁUŻAŃSKI Wysłane poniedziałek, 15, stycznia 2007 przez Krzysztof Pawlak

    30 września 2006 r. Wojskowe Służby Informacyjne przestały istnieć. Ten wojskowy kontrwywiad istniał - pod różnymi nazwami - nieprzerwanie od 63 lat. Ktoś spytał mnie niedawno - jak to? Jakie 63 lata? Przecież WSI zostały utworzone zaledwie kilkanaście lat temu, w 1990 r. Nic bardziej błędnego. Ich genezy należy szukać w stalinowskim ZSRR.

    W maju 1943 r., razem z formowaniem 1. Dywizji Piechoty im. Tadeusza Kościuszki, powstały zalążki Oddziału II Sztabu Generalnego LWP - czyli wojskowego wywiadu oraz Informacji Wojskowej (pełna nazwa: Główny Zarząd Informacji WP), czyli wojskowego kontrwywiadu - nazywanego również wojskową bezpieką.
    Jeszcze w PRL - na fali "odwilży" - z rozwiązanego Oddziału II Sztabu Generalnego powołano Zarząd II Sztabu Generalnego, a z Głównego Zarządu Informacji - Wojskową Służbę Wewnętrzną - poprzedniczkę Wojskowych Służb Informacyjnych.
    Zadaniem obu tych służb - w największym skrócie - była ochrona "ludowej" władzy i walka z "reakcją". Szczególnie wyróżniała się w tym Informacja Wojskowa, uznana za najbardziej krwawą instytucję stalinowskiej Polski, gorszą nawet od cywilnej bezpieki, czyli cieszącego się wyjątkowo złą sławą Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego.

    POTĘPIĆ I KONIEC

    Ludzie stalinowskiej Informacji Wojskowej w większości już nie żyją. Wymiarowi sprawiedliwości III RP wywinął się np. wiceszef IW, płk Antoni Skulbaszewski, sowiecki oficer (szefem Informacji był Rosjanin - Dymitr Wozniesieński), pułkownik NKWD i KGB, wcześniej "polski" krwawy Naczelny Prokurator Wojskowy - zmarł kilka lat temu w Kijowie (jego matka była Ukrainką). Mało kto pamięta, że kilka lat temu jego ścigania i osądzenia (podobnie, jak dziś np. prokurator wojskowej Heleny Wolińskiej) domagało się Ministerstwo Sprawiedliwości. Władze Ukrainy odmówiły jednak, twierdząc, że zbrodnie popełnione przez Skulbaszewskiego w Polsce uległy przedawnieniu. Żyje natomiast, przez nikogo nie ścigany, jego polski zastępca - równie krwawy oprawca - płk Władysław Kochan (pisaliśmy o nim szerzej na łamach ASME: m.in."Główny Zarząd Okrucieństwa"). Nie tylko dbał o "właściwy" przebieg śledztw, ale sam torturował aresztowanych.
    12 lat temu - w 1994 r. Sejm potępił zbrodniczą działalność UB i Informacji Wojskowej jako odpowiedzialnych za cierpienia i śmierć wielu tysięcy Polaków. Efekty ścigania tych zbrodni są jednak mizerne. Praktyka jest taka, żeby "góry" nie ruszać (jedyne, na co było stać III RP wobec płk. Kochana to zmniejszenie mu ostatnio przez MON gigantycznej emerytury mundurowej - stracił ponad 3 tys. zł., które pobierał za służbę w IW). Jeżeli kogokolwiek z komunistycznej ferajny dziś się oskarża, to na ogół tylko podrzędnych wykonawców - i to dopiero wówczas, gdy stoją już nad grobem. Sprawy bowiem ciągną się latami. Od rozpoczęcia śledztwa do przedstawienia aktu oskarżenia mija zazwyczaj kilka lat. Kolejne lata sprawy toczą się w sądach. Finału, czyli skazania dożywają tylko nieliczni.

    ZBRODNIE PRZECIWKO LUDZKOŚCI

    Teraz pion śledczy Instytutu Pamięci Narodowej oskarżył czterech stalinowskich śledczych: Mariana P., Kazimierza T. i Zbigniewa K. z Informacji Wojskowej raz Czesława Ś. z Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego (delegowanego do śledztwa przez centralę bezpieki; to przykład, że oba resorty ściśle ze sobą współpracowały). W okresie od listopada 1949 r. do czerwca 1952 r. znęcali się oni fizycznie i psychicznie nad przebywającymi w areszcie oficerami II RP i Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie: generałami Stefanem Mossorem, Stanisławem Tatarem, Józefem Kuropieską, oraz płk. Marianem Utnikiem (po wojnie wrócili z Zachodu do Polski i po kilku latach - w ramach czyszczenia wojska z wrogich, przedwrześniowych elementów - zostali oskarżeni o szpiegostwo na rzecz Wielkiej Brytanii). Ich śledztwo było największą sprawą, prowadzoną przez Informację Wojskową, a proces, który po nim nastąpił, jedną z najgłośniejszych politycznych "pokazówek" stalinowskiej Polski, sfingowany przez najwyższe władze komunistyczne. Historyk Jerzy Poksiński "spiskowi w wojsku" poświęcił książkę "TUN".
    Postawieni obecnie przed sądem śledczy przesłuchiwali swoje ofiary non stop przez kilkanaście godzin (tzw. "konwejer"), także na stojąco i przy otwartym oknie zimą, powtarzali te same kwestie nawet po kilkaset razy, pozbawiali snu (przesłuchiwani miesiącami, spali do trzech godzin na dobę), umieszczali w karcerze, grozili pozbawieniem życia i represjami wobec rodzin. Przez stosowanie takich metod doprowadzili swoje ofiary do - jak czytamy w IPN-owskim akcie oskarżenia - "całkowitego wyczerpania zarówno psychicznego, jak i fizycznego, w celu zmuszenia do przyznania się do udziału w dywersyjno-szpiegowskiej organizacji działającej w Wojsku Polskim, do uczestniczenia w działalności agenturalnej na rzecz państw zachodnich oraz do składania wyjaśnień zgodnych z koncepcją prowadzonego przeciw nim śledztwa". Zarzucane "śledziom" czyny zostały zakwalifikowane jako zbrodnie przeciwko ludzkości, które nie ulegają przedawnieniu. Grozi im do pięciu lat więzienia.

    "ANI SŁOWA PRAWDY"

    Oskarżeni wnosili o utajnienie rozpraw, ponieważ stresuje ich... obecność mediów. Sąd jednak odrzucił ten wniosek. Do winy oczywiście się nie przyznają. Żadnego przymusu nie stosowali, a nawet o nim nie słyszeli. Twierdzą, że nic nie pamiętają, że winny był system, którego czują się ofiarami, albo przełożeni, których rozkazy musieli wykonywać. Przełożonymi byli Skulbaszewski i Kochan, którzy bezpośrednio nadzorowali sprawę "spisku w wojsku". Teraz Kochan zeznaje na procesie swoich "śledzi" jako świadek. Mimo, iż poznał trzech z czterech oskarżonych, oświadczył, że są niewinni, gdyż nie mieli nic do powiedzenia, tylko dostawali instrukcje od przełożonych, których się bali. Kochan nie miał - rzecz jasna - na myśli siebie, całą winę zrzucając na Skulbaszewskiego, Bieruta i ówczesne biuro polityczne KC PZPR. Zeznał, że sam był łagodny jak baranek i wielokrotnie prosił swoich przełożonych, aby nakazali dobre traktowanie więźniów, narażając się nawet na pretensje Skulbaszewskiego: "Bałem się, że i mnie posadzą i skażą". Twierdził, że aresztowani domagali się, aby to on ich przesłuchiwał, bo inni ich dręczyli.
    Odczytane mu przez sędziego zarzuty, jakie postawiła mu komisja zastępcy prokuratora generalnego PRL Mariana Mazura (powołana w 1956 r. na fali "odwilży" do zbadania odpowiedzialności funkcjonariuszy organów bezpieczeństwa publicznego, m.in. Głównego Zarządu Informacji WP za łamanie prawa) - wielogodzinne przesłuchania, bicie, grożenie bronią, wtrącanie do mokrego karceru, odmowa leczenia, skomentował trzema słowami: "Ani słowa prawdy". A w 1959 r., właśnie na podstawie raportu komisji Mazura, Kochan - jako jeden z nielicznych funkcjonariuszy Informacji Wojskowej - został skazany na pięć lat (w więzieniu spędził jednak tylko niespełna rok).
    Za rzekome szpiegostwo, na podstawie spreparowanych i wymuszonych w śledztwie dowodów, na procesie generał Tatar dostał dożywocie, a inni oficerowie kary wieloletniego więzienia. W pobocznych procesach od sprawy głównej (tzw. odpryskowych) zapadło wiele wyroków śmierci, które następnie zostały wykonane. Po 1956 r. wszyscy oficerowie WP zostali zrehabilitowani.

    CZEKAJĄC NA IPN

    Kiedy w latach 90. sprawą "spisku w wojsku" zajęła się poprzedniczka IPN - Główna Komisja Badania Zbrodni Przeciwko Narodowi Polskiemu, zebrano dowody winy wobec 28 funkcjonariuszy Informacji ze "spisku w wojsku". Kiedy w 1998 r. zdecydowano się postawić im zarzuty, uczyniono to tylko wobec 10 śledczych. Czyżby pozostałych 18 już nie żyło? Wyrok skazujący zapadł tylko wobec jednego (sąd uznał, że metody oskarżonego niczym nie różniły się od metod gestapo; mimo to - w przeciwieństwie do sądzonych gestapowców - dostał tylko 1,5 roku więzienia). Nad sprawami tych dziewięciu "śledzi" zapadła grobowa cisza. Pewnym wytłumaczeniem może być fakt, że wkrótce (za dwa lata!!!) Komisja miała zostać zlikwidowana. A skoro tak, to po co się wysilać? Może potem takie śledztwa nie będą kontynuowane? Mityczny IPN o dużo większych kompetencjach śledczych miał co prawda powstać, ale czy na pewno? Dla wielu prokuratorów była to dobra wymówka, aby - niewygodnych w końcu spraw - nie ruszać.
    Kiedy w 2000 r., po wielu politycznych perturbacjach, IPN w końcu powstał, dochodzenia wznowiono (wiele trzeba było prowadzić od początku). Do niedawna śledztwo w sprawie "spisku w wojsku" zaowocowało postawieniem przed sądem jedynie trzech stalinowskich śledczych (czyli jednak żyli!). Jednym z nich był Leopold Sokołowski, który dostał półtora roku w zawieszeniu. MON odebrał mu również wysoką emeryturę mundurową.
    A co z pozostałymi "śledziami"? Ostatnio prokurator Piotr Dąbrowski stwierdził, że w warszawskim IPN trwa jeszcze kilka spraw, o efektach nie chciał jednak mówić.

    "WYGLĄDA NA WYKAŃCZAJĄCEGO SIĘ"

    Oskarżony obecnie major Zbigniew K., jako jeden z nielicznych "oficerów" śledczych ukończył gimnazjum i liceum. We wspomnianym raporcie Mariana Mazura czytamy, że stosował "niedozwolone metody śledcze", "konwejer", często ze "stójkami", groźby, wsadzał do karca, lżył wulgarnymi słowami. Wnioski komisji Mazura były jednak niewspółmierne do win. Wobec Zbigniewa K. wnioskowano jedynie o obniżenie stopnia oficerskiego o jeden.
    Teraz w sądzie Zbigniew K. zapewniał, że pozwalał gen. Tatarowi wygodnie siedzieć na krześle z oparciem i wstawać, kiedy chciał: "Tatar zawsze przychodził na przesłuchanie nienagannie ubrany i ogolony, nie sprawiał wrażenia człowieka, na którym przesłuchanie odcisnęło piętno, w tym okresie, kiedy ja z nim rozmawiałem". Przekonywał też, że był równie łagodny wobec Józefa Kuropieski, któremu pozwalał przechadzać się w trakcie przesłuchań, gdyż generał uskarżał się na brak ruchu.
    W raporcie Mazura wymienieni są też pozostali oskarżeni dziś przez IPN "śledzie" - Marian P., Kazimierz T. i Czesław Ś. Oni też zostali zdegradowani albo - w najgorszym razie - zwolnieni ze służby.
    W sądzie Marian P. zeznawał, że przesłuchania nie należały do jego głównych obowiązków, ale "kontrola papierkowych spraw w terenie". Wyjaśniał, że nie wierzył w winę gen. Mossora i prowadził z nim rozmowy "na najróżniejsze tematy", odnosząc się z szacunkiem do jego wieku i wojskowego stopnia. W rzeczywistości Stefan Mossor, który miał chory kręgosłup, musiał siedzieć na taborecie bez oparcia. W efekcie chciał popełnić samobójstwo, rzucając się ze schodów. Generał Mossor jako największego oprawcę wymieniał Kazimierza T.
    Zachowały się również notatki Czesława Ś. ze śledztwa wobec gen. Kuropieski (przesłuchiwano go 960 razy): "Stał bardzo przyzwoicie, czyli bez pomocy ściany"; "zimne obiady dobrze na niego wpływają"; "wygląda na wykańczającego się".

    ARESZTOWAŁA WOLIŃSKA

    Sprawę "spisku w wojsku" nadzorowała płk Naczelnej Prokuratury Wojskowej Helena Wolińska (w raporcie Mazura wymieniona jako jedna z najbardziej odpowiedzialnych za stalinowski okres "błędów i wypaczeń"), razem ze swoim konkubentem Franciszkiem Jóźwiakiem (dziś często zapomina się, że był nie tylko wysokim funkcjonariuszem partii, ale również twórcą Milicji Obywatelskiej i zaraz po wojnie - w najgorętszym okresie utrwalania władzy "ludowej" - wiceszefem bezpieki). To po wydanych przez Wolińską i jej kolegów-prokuratorów nakazach aresztowania, oskarżonych brali w obroty śledczy. Domagając się jej ekstradycji z Wielkiej Brytanii, Polska zarzuciła Wolińskiej m.in. bezprawne aresztowanie płk. Bernarda Adameckiego (w sumie usankcjonowała osadzenie w więzieniu kilkunastu oficerów AK, w tym była najsłynniejsza sprawa gen. Augusta Emila Fieldorfa "Nila"). Wniosek o zatrzymanie w areszcie Adameckiego podpisała 21 listopada 1950 r. - tego samego dnia, co Fieldorfa. Adamecki był potem sądzony w jednej z największych i najbardziej tragicznych spraw, związanych ze "spiskiem w wojsku" - "odpryskowym" procesie tzw. grupy kierowniczej konspiracji Wojsk Lotniczych. 7 sierpnia 1952 r. płk Bernard Adamecki i skazani z nim oficerowie zostali rozstrzelani w więzieniu mokotowskim w Warszawie.
    Informacja Wojskowa mordowała również w innych miejscach, m.in. w swojej siedzibie na ul. Oczki w Warszawie. Tu do niedawna była centrala Wojskowych Służb Informacyjnych, tu kilka miesięcy temu szef MON Radosław Sikorski otworzył Izbę Pamięci, poświęconą ofiarom komunistycznych zbrodni.

    POTRZEBNY BEZPIECE

    Jednym z nielicznych postawionych przed sądem i skazanych śledczych jest Henryk Olejniczak, w Informacji od 1945 r. (podczas wojny służył w kontrwywiadzie Armii Czerwonej). W jego przypadku śledztwo IPN trwało 14 miesięcy, czyli w tempie - jak na tego typu sprawy - ekspresowym. Prokurator zarzucił mu, że "w okresie od 12 lutego do 21 marca 1953 r. w Warszawie, pełniąc zawodową służbę wojskową na stanowisku oficera śledczego GZI WP, wykorzystując stosunek zależności istniejący pomiędzy oficerem śledczym a przesłuchiwanym, znęcał się nad Skibińskim. Henryk O. podczas wielokrotnych i wielogodzinnych przesłuchań ubliżał mu, nazywając go m.in. szpiegiem i degeneratem, groził mu pozbawieniem życia oraz zmierzał do spowodowania u pokrzywdzonego załamania psychicznego notorycznym powtarzaniem tych samych pytań. Chciał również wymusić na nim zeznania obciążające inne osoby".
    Wśród oficerów WP oskarżonych o "spisek w wojsku" płk Franciszek Skibiński zajmował miejsce szczególne - śledczy zrobili z niego szefa "nowego kierownictwa spisku w wojsku". Kim był ten groźny szpieg imperializmu? Żołnierzem I Korpusu Polskiego gen. Józefa Dowbora Muśnickiego (1917 r.), kampanii wrześniowej (1939 r.) i Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie. W czasie wojny był zastępcą gen. Stanisława Maczka, dowódcy 1. Dywizji Pancernej. Za zasługi bojowe dwukrotnie odznaczony Virtuti Militari i trzykrotnie Krzyżem Walecznych. Do Polski wrócił w 1947 r. i wstąpił do LWP. Aresztowany w 1950 r. Skibiński i czterej inni oficerowie zostali oskarżeni o to, że "na przestrzeni długiego czasu aktywnie szykowali zamach na ustrój i władzę. (...) Największym wrogom naszej Ojczyzny przekazywali ważne tajemnice".
    Franciszek Skibiński "przyznał się do winy" po dziesięciu dniach śledztwa. 28 kwietnia 1952 r. Najwyższy Sąd Wojskowy skazał go na śmierć. Przed sądem zeznawał: "Oskarżony [gen. Stanisław Tatar - red.] polecił mi zorganizowanie i kierowanie komórką konspiracyjną w wojskach pancernych, prowadzenie wywiadu oraz dywersji ideologicznej (...) Oskarżonemu [gen. Jerzemu Kirchmajerowi - red.] składałem osobiście raporty wywiadowcze zawierające wiadomości doktrynalne z zakresu wojsk pancernych".
    Bierut nie skorzystał z prawa łaski, ale nakazał wstrzymanie wykonania kary do czasu porozumienia się z organami śledczymi MBP. Okazało się, że płk Skibiński był potrzebny bezpiece jako świadek w innych procesach dotyczących wymyślonego spisku w wojsku, m.in. w sprawie gen. Józefa Kuropieski, z którym miał utrzymywać kontakty dywersyjno-szpiegowskie.
    Rozpoczęły się ponowne przesłuchania i wymuszanie zeznań obciążających inne osoby. Wznawianie śledztw już po wyroku było charakterystyczne dla stalinowskiego systemu bezprawia. Na ogół były one jeszcze bardziej brutalne. Właśnie za znęcanie się nad Skibińskim po jego procesie odpowiadał przed sądem śledczy Henryk Olejniczak.

    NOGA W BAGNIE

    Inny śledczy, kpt. Marian Urbaniak w 1956 r. ujawnił kulisy śledztwa: "Podczas pisania protokołu zapytałem Rodego, czy to jest prawda, że do konspiracji został pozyskany przez Skibińskiego", a Rode odpowiedział: "Z procesu [generałów - red.] wiem, że w wojskach pancernych działalność szpiegowską prowadził Skibiński, a zatem on tylko mógł mnie zwerbować i tego dokonał". Funkcjonariusze Informacji do perfekcji opracowali technikę "sugerowania" zeznań oskarżonym.
    Płk Aleksander Rode na skutek tortur zeznawał: "Do konspiracyjnej organizacji działającej w szeregach Odrodzonego WP zostałem wciągnięty (...) przez płk. Skibińskiego, pełniącego wówczas służbę w Akademii Sztabu Generalnego WP na stanowisku kierownika Katedry Broni Pancernej. Od momentu otrzymania zadania szpiegowskiego od płk. Skibińskiego przystąpiłem do zbierania wiadomości wywiadowczych potrzebnych płk. Skibińskiemu dla wywiadu angielskiego. Wiadomości te zbierałem ze swego Okręgu Wojskowego nr 1, tj. z jednostek bojowych pancernych oraz z Dowództwa Wojsk Pancernych".
    Zmaltretowany płk Rode, sądzony w innym procesie "tatarowskim", w ostatnim słowie stwierdził: "Skibiński zaważył na całym moim życiu. Jak jednak moja noga wlazła w to bagno, tak potem już tej nogi wyciągnąć nie mogłem". Rodego skazano na karę śmierci i rozstrzelano.

    SĄD CAŁKOWICIE ZALEŻNY OD GZI

    Metody śledcze Olejniczaka wobec Skibińskiego wymienia też wspomniany raport Mazura:
    "- b. aresztowany płk Skibiński Franciszek (b. skazany w grupie spraw Tatara-Kirchmayera) podał, że O. groził mu pozbawieniem życia w wypadku nie przyznania się. Groźby te wyrażał następującymi słowami: »Czy my na was potrzebujemy mieć oficjalny wyrok śmierci, aby was zakopać w ziemi? Czy wy nie możecie powiesić się w celi? Czy nie możecie umrzeć na atak serca? Czy nie możecie zabić się, spadając ze schodów?«. Równocześnie O. mówił mu, że Najwyższy Sąd Wojskowy, który będzie go sądził, jest całkowicie zależny od GZI. i wyda na niego taki wyrok, jak będzie chciał GZI. Przy tym O. powiedział dosłownie: »Jeżeli my zechcemy, to dziś zrobimy rewizję u wszystkich członków Sądu Najwyższego, a jutro oni tu będą siedzieć na stołku i przyznają się do wszystkiego, co my zechcemy«".
    Olejniczak nie oszczędzał też innych:
    "- b. aresztowany Chruściel Bolesław (aresztowany w 1949 r. przez Wydział Informacji Garnizonu Poznań) podaje, że O. dwa razy osadził go na 48 godzin w karcu z wodą, kilkakrotnie zarządził mu ćwiczenia w postaci marszów po korytarzach i przysiadów, lżył go wulgarnymi słowami, popychał z całej siły na ścianę (...);
    - b. aresztowany Herman Ryszard (aresztowany w 1952 r. przez Wydział Informacji Garnizonu Poznań pod zarzutem wrogiej propagandy) podał, że O. podczas przesłuchań bił go po twarzy i gdzie popadło, zarządzał przesłuchania w pozycji stojącej do omdlenia, zarządzał różne ćwiczenia, jak »żabki«, skakanie nago, gimnastyka, oblewał go zimną wodą, polecał się szorować zimną wodą w korycie, osadzał w karcu, urządzał mu fikcyjną rozprawę sądową, na której fikcyjnie skazał go na karę śmierci. Ostatecznie śledztwo przeciwko Hermanowi umorzono z braku dowodów winy".
    Mimo zarzutów, Henryk Olejniczak nie poniósł wówczas żadnej odpowiedzialności karnej. Komisja Mazura uznała jedynie, że należy go zwolnić dyscyplinarnie z wojska i obniżyć stopień do porucznika rezerwy.

    KAT BEZ EMERYTURY

    Do 1956 r. Henryk Olejniczak nie tylko znęcał się nad szpiegami i wrogami "ludu", ale uczył również teorii walki klasowej przyszłych funkcjonariuszy, jako wykładowca szkoły oficerów Informacji. Nie był tępym narzędziem zbrodni, ale wyrachowanym oprawcą - jako jeden z nielicznych śledczych mógł się pochwalić studiami wyższymi (w 1952 r. ukończył Uniwersytet Poznański). Jego przełożonym, najpierw w poznańskim oddziale IW, a potem w warszawskiej centrali był... Władysław Kochan. Na procesie Olejniczaka też zeznawał jako świadek.
    Po 1957 r., wyrzucony z wojska, Olejniczak pełnił wysokie funkcje w Ministerstwie Komunikacji i Ministerstwie Sprawiedliwości. W 1964 r. rozpoczął pracę w Prokuraturze Generalnej i przez 26 lat (do 1989 r.) kierował komórką ds. ułaskawień. Dziennikarzy zapewniał: "Ułaskawiłem tysiące osób. Do dziś ludzie całują mnie po rękach". Dochrapał się stopnia pułkownika.
    Od 1 stycznia 1998 r. w związku z przejściem w stan spoczynku dostawał wysoką emeryturę prokuratorską (kilka tys. zł.). Jako jednemu z nielicznych stalinowców została mu jednak odebrana.

    PRZYGNIATANIE PSYCHIKI

    IPN mógł oskarżyć Henryka Olejniczaka, gdyż odnalazł w archiwach jego notatki z przesłuchań.. Były śledczy pisał w nich o Skibińskim: "dwa razy rozpłakał się", "przez 11 godzin nic nowego nie podał", "jest chory, ma wyraźną gorączkę", "stosowałem metodę bezwzględnego przygniatania jego psychiki, potem tłumaczyłem mu możliwość powrotu do normalnego życia", "pogłębia się jego załamanie psychiczne", "jest już kompletnie rozłożony", "wyraził zamiar samobójstwa", "żąda śmierci".
    Olejniczak oczywiście nie przyznał się do winy. Przed sądem tłumaczył: "Notatki są wynikiem mojej wyobraźni, a nie faktów". Do napisania takich rzeczy mieli go nakłonić koledzy z Informacji, aby "wynikało z nich stosowanie nacisku psychicznego". Prokurator IPN zwrócił uwagę, że zeznania byłego śledczego są sprzeczne - raz twierdził, że nie przesłuchiwał Skibińskiego, potem, że niczego nie pamięta, a w końcu szczegółowo opisywał przebieg śledztwa. Wyrok brzmiał - rok więzienia w zawieszeniu na dwa lata.
    Franciszek Skibiński miał więcej szczęścia od swoich kolegów przesłuchiwanych przez Olejniczaka. 25 stycznia 1954 r. został ostatecznie ułaskawiony przez Radę Państwa. Zmarł w 1991 r. w stopniu generała.

    "JA WAS SK... SYNY ZABIJĘ"

    "My was sk... syny wydusimy jak szczury" - tak mówił 50 lat temu do jednego z przesłuchiwanych przez siebie marynarzy. "Tyle tych psów się naszło. Ja was sk... syny zabiję" - tak jeszcze kilka lat temu odzywał się do świadków oskarżenia i dziennikarzy na jednej z rozpraw przeciwko sobie. "Ten człowiek to szmata" - tak na sali sądowej nazwał Tadeusza Rogozińskiego, oskarżyciela posiłkowego, którego torturował w czasach stalinowskich. Rzecz dotyczy procesu drugiego z postawionych przed sądem III RP "oficerów" śledczych - Mikołaja Kulika, w latach 1949-53 kapitana Informacji Wojskowej w Gdyni. Ze wszystkich śledczych, zeznających w wolnej Polsce przed sądem, wykazał się największą "pomysłowością" w wybielaniu swojej osoby i zrzucaniu winy na wszystkich pozostałych - począwszy od swoich ofiar, a na prokuratorze i sędziach skończywszy. W czasach stalinowskich też był jednym z najbardziej "pomysłowych" katów.
    Rogoziński, elektryk na okręcie podwodnym "Sęp", został aresztowany w 1951 r. pod fikcyjnym zarzutem zamiaru sterroryzowania załogi okrętu i ucieczki z nim na Zachód. Torturowany przez Kulika w śledztwie, został skazany na 12 lat więzienia. Na procesie swojego śledzia mówił: "Podczas 24-godzinnego przesłuchania cały czas musiałem stać. Kulik bił mnie, lżył, pluł mi w twarz, umieszczał w karcerze, wybił mi ząb".
    Wymiar sprawiedliwości III RP nie zdążył jednak wydać nawet symbolicznego wyroku na Kulika. W 2002 r., w trakcie swojego procesu, były śledczy zmarł. Jego sprawa ciągnęła się przez kilka lat. Od listopada 1998 r., kiedy przygotowano akt oskarżenia, Kulikowi pomagały obowiązujące w Polsce przepisy. Sądy wojskowe (w Poznaniu i Gdyni) nie mogły go przesłuchać, gdyż mieszkał w Warszawie. Biegli z warszawskiego zakładu medycyny sądowej uznali, że były śledczy może być co prawda dowożony na rozprawy, ale nie samochodem, tylko pociągiem ekspresowym, a poza tym - ze względu na zły stan zdrowia - wyjaśnienia może składać wyłącznie na siedząco i nie dłużej niż przez cztery godziny dziennie, w dobrze wentylowanym pomieszczeniu, wolnym od dymu tytoniowego, a na miejscu musi czuwać lekarz. Gdy w końcu ustalono, że Kulik będzie sądzony w Warszawie, oskarżony zaczął mnożyć swoje choroby. Okazało się, że cierpi na "psychoorganiczny zespół otępienny", miażdżycę, cukrzycę, głuchotę prawego ucha i ślepotę prawego oka, z trudem chodzi po mieszkaniu i musi opiekować się chorą żoną.

    "PIEPRZĘ PRAWO"

    Kulik opracował kilka metod omijania sądu - albo nie odbierał wezwań, albo trafiał akurat do szpitala, albo po prostu nie przychodził (z tych powodów sąd kilkakrotnie odraczał sprawę). Przez dwa lata zamiast Kulika w sądzie pojawiał się jego obrońca. Poszkodowani przez byłego śledczego, mimo iż schorowani (nie tylko z powodu wieku, ale "metod śledczych" Kulika), dziwnym trafem przychodzili na rozprawy. W końcu Wojskowy Sąd Garnizonowy w Warszawie zdenerwował się i nakazał doprowadzenie Kulika przez Żandarmerię Wojskową. Kiedy wreszcie rozpoczęto jego przesłuchania, zaczął się awanturować. Prawie na każdej rozprawie przerywał świadkom, obrażał wszystkich dokoła, przeszkadzał w odczytywaniu zeznań i materiału dowodowego, w końcu żądał zmiany przewodniczącego składu. Raz udało mu się nawet pobić dziennikarza.
    "Panie sędzio, mam grypę, nie mam ochoty z panem rozmawiać, dziękuję, wychodzę" - oznajmił pewnego razu Kulik. Kiedy przewodniczący składu sędziowskiego zwrócił mu uwagę, że bez zgody sądu nie może tego zrobić, oskarżony odparł: "Jeśli takie prawo jest w Polsce, to ja pieprzę takie prawo". Kulik dostał za to siedem dni aresztu. Za inne chamskie zachowania był karany grzywną.
    Twierdził również, że nie słyszy, co mówi do niego sędzia (kazał mówić do siebie przez megafon), ale świetnie wyłapywał niewygodne dla siebie fragmenty zeznań świadków. Raz wnioskował o powołanie biegłego, który miałby stwierdzić, jak długo można przebywać w wannie wypełnionej zimną wodą (za stalinizmu Kulik topił swoje ofiary w wannie).
    Przede wszystkim Kulik miał kłopoty z pamięcią - nie wiedział, kim jest (jak się nazywa i jak nazywają się jego bliscy, kiedy się urodził, gdzie mieszka). Nie poznawał nawet swojego obrońcy, twierdząc, że w ogóle go nie zna. Brak rozeznania rzeczywistości nie przeszkadzał Kulikowi wymieniać nazwisk przesłuchiwanych (czytaj torturowanych) przez siebie osób i daty z lat 50.
    W toku postępowania Kulik do niczego się nie przyznał, a akt oskarżenia był dla niego "obrzydliwym politycznym paszkwilem, który mógł się zrodzić tylko w chorej głowie". Twierdził, że obciążający go świadkowie kłamią, bo chcą wyłudzić odszkodowania.
    "To są psy, za pieniądze zeznają. Za pieniądze sprzedali mnie, tak jak Judasze sprzedali tego... Jezusa".

    SKĄD SIĘ TO WZIĘŁO?

    Były śledczy sam sprowokował swoją sprawę (w innym przypadku wymiar sprawiedliwości w ogóle by się nim nie zainteresował). Kilka lat temu wytoczył proces historykowi, prof. Jerzemu Poksińskiemu o naruszenie dóbr osobistych. Krwawy kat z Informacji poczuł się urażony książką "TUN", w której Poksiński napisał, że Kulik "cieszył się złą sławą" u zatrzymanych oficerów Marynarki Wojennej, że w sprawie kmdr. por. Kasperskiego "nie pomagały długotrwałe przesłuchania i specjalne metody śledcze stosowane przez kpt. Kulika", że w śledztwie, w którym uczestniczył Kulik "wobec aresztowanych zastosowano bardzo ostry przymus fizyczny". Nie dość, że były śledczy domagał się wycofania z książki dotyczących go, w pełni udokumentowanych fragmentów, ale żądał jeszcze 5 tys. złotych odszkodowania. Kulik miał nawet czelność stwierdzić: "Nie można przejść do porządku nad małpią złośliwością Poksińskiego. Narażono mnie na poniżenie w opinii moich znajomych, przyjaciół i rodziny w kraju i za granicą".
    Dlaczego były śledczy pozwał do sądu historyka?
    "Myślał, że żaden z przesłuchiwanych przez niego ludzi już nie żyje, w końcu nie oszczędzał nas w śledztwie" - komentował Mieczysław Albrychowicz, jeden ze skatowanych przez Kulika oficerów.
    "Skąd się to wzięło, skoro wszystkie akta zostały spalone?" - tak Kulik reagował na przedstawianie obciążających go dokumentów. Twierdził, że sam był szykanowany, że w 1953 r. zwolniono go z Informacji Wojskowej... jako wroga ustroju.

    SIÓDME MIEJSCE

    W raporcie komisji Mariana Mazura Kulik został wymieniony na siódmym miejscu wśród najbardziej obciążonych "oficerów" śledczych: "stosował męczące przesłuchania »konwejerem«, często połączonym ze »stójkami«, osadzaniem w karcu, groźby pozbawienia życia w przypadku nieprzyznania się, lżył ich i sugerował zeznania". Wśród ofiar Kulika znalazł się m.in. kmdr Wacław Krzywiec, któremu Kulik wkładał jądra do szuflady, którą następnie zasuwano; wymieniony potem przez prof. Poksińskiego kmdr Kasperski, jak również kmdr Mieszkowski.
    "Kulik to oprawca, jeden z odpowiedzialnych za śmierć mego ojca" - mówił Witold Mieszkowski, syn komandora Stanisława Mieszkowskiego.
    21 lipca 1952 r. Najwyższy Sąd Wojskowy, po brutalnym, trwającym 20 miesięcy śledztwie prowadzonym przez Kulika, skazał Stanisława Mieszkowskiego na śmierć. Rozstrzelano go 16 grudnia 1952 r. w więzieniu na Mokotowie. W 1956 r. został zrehabilitowany. Dokładnie taki sam los spotkał komandora Zbigniewa Przybyszewskiego.
    Mimo jednoznacznie negatywnej opinii komisji Mariana Mazura Mikołaj Kulik nie stanął wówczas przed sądem, zdegradowano go jedynie o dwa stopnie.

    "PRZYZWOITY CHŁOPAK"

    Kilka lat temu zmarł również jeden z przełożonych Kulika - płk Anatol Fejgin, zastępca szefa Głównego Zarządu Informacji WP, a w późniejszym okresie także kierownik grupy specjalnej MBP, dyrektor Biura Specjalnego (podlegało mu m.in. tajne więzienie dla "wrogów ludu" w Miedzeszynie), a następnie dyrektor Departamentu X.
    Urodzony w 1909 r. w Warszawie, w zamożnej rodzinie, syn Mojżesza, przez dwa lata studiował na Wydziale Medycznym Uniwersytetu Warszawskiego - na szczytach komunistycznej władzy nie zdarzało się to często. Jakub Berman w rozmowie z Teresą Torańskiej w książce "Oni" pytany o Fejgina: "Znałem go z czasów studenckich. Był przyzwoitym chłopakiem, darzyłem go sympatią. Wyróżniał się inteligencją, dość aktywnie działał w KZM-ie, siedział jakiś czas w polskim więzieniu".
    Już w wieku 16 lat Fejgin związał się z młodzieżowymi organizacjami komunistycznymi, by trzy lata później - w 1928 r. wstąpić do KPP. Z jej ramienia działał w Warszawskim Komunistycznym Związku Młodzieży Polskiej. Za komunizm został dwukrotnie aresztowany i skazany (raz na dwa, potem na cztery lata więzienia). Etatowym funkcjonariuszem KPP był aż do jej rozwiązania w 1938 r. Do wybuchu wojny pracował jako nauczyciel.
    W 1939 r. Fejgin przedostał się do ZSRR, gdzie pracował jako ekonomista. W maju 1943 r. wstąpił do 1. Dywizji Piechoty im. Tadeusza Kościuszki, gdzie od razu został oficerem politycznym. Brał udział w bitwie pod Lenino. Potem kariera politruka potoczyła się szybko. W lutym 1944 r. został szefem Wydziału Polityczno-Wychowawczego 3. Dywizji Piechoty im Romualda Traugutta, a w styczniu 1945 r. szefem Oddziału Personalnego w Głównym Zarządzie Polityczno-Wychowawczym WP. W maju 1945 r., co było już formalnością, wstąpił do PPR.
    24 września 1945 r. napisał podanie do szefa Zarządu Informacji WP (pisownia oryginalna): "Proszę przyjąć mię w poczet pracowników Informacji Wojska Polskiego. Z powagi obowiązków pracownika Informacji zdaję sobie w pełni sprawę i obowiązuję się uczciwie wypełniać je". Fejgina nie tylko przyjęto, ale zrobiono zastępcą szefa Informacji. Cztery lata później przeniósł się do równie "zasłużonego" Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego.
    Partia doceniała takich ideowych i zdolnych komunistów - Fejgin został odznaczony Krzyżem Grunwaldu III klasy, Polonia Restituta V klasy i Virtuti Militari V klasy.

    GORSZE OD MAFII

    Anatol Fejgin wchodził w skład ścisłego grona bezpieki, tzw. Komisji Biura Politycznego do Spraw Bezpieczeństwa Publicznego, gdzie zapadały decyzje o kluczowych śledztwach politycznych. Dla partii taką "centralną sprawą" był właśnie "spisek w wojsku" i sprawa o "odchylenie prawicowo-nacjonalistyczne" przeciwko Władysławowi Gomułce, Marianowi Spychalskiemu i innym. Preparowaniem dowodów zajmował się właśnie podległy Fejginowi X Departament. 16 grudnia 1952 r. Fejgin sporządził notatkę z rozmowy ze Spychalskim (pisownia oryginalna): "Postawiono przed Spychalskim, że stwierdzono, iż w kraju zaistniał spisek powiązany z anglo-amerykańskim imperializmem, wymierzony przeciwko ustrojowi. Na podstawie drobiazgowego śledztwa i analizy faktów ustalono, że Spychalski był subiektywnie związany z zewnętrznymi siłami, które organizowały spisek, że uczestniczył w tym spisku".
    Barbara Fijałkowska w książce "Borejsza i Różański" pisze o mechanizmach działania kom-partii, co było powieleniem, choć w łagodniejszej formie, modelu sowieckiego: "Berman gromadził wszelkie możliwe materiały mogące skompromitować Bieruta. Brystygierowa wyżywała się w pisaniu donosów na Różańskiego i nie tylko na niego. Różański nienawidził Fejgina, Fejgin Różańskiego, a Światło ich obydwu i jeszcze innych też. Było to chyba gorsze od mafii, bo nawet absolutna lojalność wobec szefów nie stanowiła w bezpiece żadnej gwarancji przetrwania". Fejgin był absolutnie lojalny, ale po nim również przejechał partyjny walec.

    PRZESTĘPSTWA CZĘŚCIOWO OSĄDZONE

    W 1957 r. Anatol Fejgin został skazany na 12 lat więzienia, co było związane z likwidacją MBP spowodowaną w dużej mierze ucieczką do USA jego zastępcy w X Departamencie - Józefa Światły, który część swojej wiedzy o kompromitujących kulisach funkcjonowania bezpieki i partii ujawnił na antenie Radia Wolna Europa. Odpowiedzialność Fejgina była szczególna - Światło przedostał się na Zachód, kiedy byli razem w specjalnej misji w Berlinie Wschodnim. Obok Fejgina skazano również innych stalinowskich zbrodniarzy - wiceszef MBP Roman Romkowski dostał 15 lat, szef departamentu śledczego Józef Różański najpierw pięć (zamienione potem na 14 lat). Większość odpowiedzialnych nie stanęła jednak przed sądem, np. szefa MBP Stanisława Radkiewicza przeniesiono do Państwowych Gospodarstw Rolnych.
    Wyrok Sądu Wojewódzkiego dla m.st. Warszawy dotyczył jednak tylko bezprawnych działań Fejgina w cywilnej bezpiece. Za służbę w Informacji Wojskowej - podobnie jak większość innych jej funkcjonariuszy - nie odpowiedział nigdy, choć przedstawiono mu szereg zarzutów, w tym związanych ze sprawą "spisku w wojsku": przede wszystkim bicie aresztowanych, lub nakłanianie do bicia podwładnych. W październiku 1958 r. Najwyższy Sąd Wojskowy umorzył sprawę Fejgina i dziewięciu innych "oficerów" Informacji. Powód: "Ówczesna sytuacja polityczna, a w szczególności nasilona walka zbrojna kontrrewolucyjnego podziemia, w znacznym stopniu określała i rzutowała na postępowanie oficerów organów informacji WP w stosunku do osób stojących poza zarzutem działalności kontrrewolucyjnej. (...) Od czasu popełnienia opisanych czynów, popełnionych przez poszczególnych podejrzanych, upłynęło już około 10-ciu lat".
    Inne "argumenty" na korzyść okrutników: owi "oficerowie byli młodzi, niewykształceni [co nie dotyczyło Fejgina - red.], nieprzygotowani do pracy, nie byli inicjatorami przestępstw, a metody tego rodzaju były już uprzednio w tych organach niekiedy stosowane".
    3 października 1964 r. Rada Państwa skorzystała z prawa łaski i pięć dni później Fejgin, a także Romkowski i Różański wyszli na wolność.

    FEJGIN KOMBATANTEM

    U zarania wolnej Polski, w 1990 r. Fejginowi odebrano uprawnienia kombatanckie, które dostał w połowie lat 80. za służbę w 1. Dywizji im. Tadeusza Kościuszki, a następnie w GZI. Fejgin odwołał się, ale nic nie wskórał. W uzasadnieniu NSA czytamy, że "uprawnienia kombatanckie mogą być przyznane wyłącznie osobom szczególnie zasłużonym dla narodu i państwa polskiego, a Fejgin po zakończeniu II wojny światowej dopuścił się czynów zasługujących na szczególne potępienie, o rzadko spotykanej w praktyce sądowej szkodliwości społecznej, wyrządzających wielką szkodę całemu społeczeństwu polskiemu i poszczególnym ludziom".

    ZERWANIE Z KOMUNĄ

    Wojskowe Służby Informacyjne - spadkobierca w prostej linii PRL-owskiego kontrwywiadu wojskowego - zostały rozwiązane. O ich sile świadczył również fakt, że były jedynymi służbami, których po 1989 r. nie zweryfikowano (weryfikowano tylko służby cywilne). WSI działały praktycznie bez kontroli (z wyjątkiem sowieckiej), tworząc swego rodzaju państwo w państwie. Zatem dopiero teraz - po 17 latach wolnej Polski - można powiedzieć, że zerwaliśmy z komunistycznymi służbami, które podlegały i służyły Moskwie.
    To była jedna z kluczowych spraw w budowie IV RP. W miejsce WSI powołano Służbę Kontrwywiadu Wojskowego (SKW), z Antonim Macierewiczem i Służbę Wywiadu Wojskowego (SWW) z Witoldem Marczukiem na czele. A zatem budowa bezpieczeństwa w pełni niepodległego państwa rozpoczęła się. Żeby tylko nie została przerwana.

    TADEUSZ M. PŁUŻAŃSKI

    Jest to rozszerzona wersja tekstu opublikowanego w miesięczniku "Niezależna Gazeta Polska".

    Publicystyka Tadeusza M. Płużańskiego na ASME.


    Neomarksiści atakują "Newsweekiem" tradycyjny model rodziny - Piotr Kamela Wysłane poniedziałek, 15, stycznia 2007 przez Krzysztof Pawlak

    Jakiś czas temu zastanawialiśmy się z żoną w jakim celu, od czterech-pięciu lat, trąbi się w mediach o przemocy w rodzinie i starannie opisuje patologiczne przypadki okaleczania dzieci, często ze skutkiem śmiertelnym. Żona twierdziła, że jest to długofalowe urabianie społeczeństwa na okoliczność legalizacji aborcji. Skrobanie się jest przecież jedną ze "zdobyczy rewolucji" i wydaje się naiwnością sądzić, że sprawa ta znalazła w Polsce już swój finał. Argument ten przekonywał mnie jednak połowicznie i cały czas zachodziłem w głowę, o co tak naprawdę chodzi.

    Odpowiedz przyniósł tygodnik "Newsweek" nr 2/2007, a ściślej: artykuł pp. Renaty Durdy i Piotra Antoniaka pt. "Dzieci ostrych dyżurów". Autorzy tekstu są pracownikami Ogólnopolskiego Pogotowia dla Ofiar Przemocy w Rodzinie "Niebieska Linia", a artykuł opisuje społeczne tło przypadków znęcania się nad dziećmi.
    Już w samym wstępie jasno daje się do zrozumienia: "Czas skończyć z pełnym hipokryzji mitem o świętości rodziny, do której spraw nikt nie ma prawa się wtrącać (...)". Widać autorów tekstu nieco poniosło. Według prawideł propagandy, stwierdzenie takie powinno pojawić się na końcu tekstu, po starannych opisach okropieństw, jakich doświadczają dzieci w rodzinie. Przejdźmy jednak do zasadniczej treści.
    PP. Durda i Antoniak stwierdzają otwarcie, że liczba przypadków przemocy w rodzinie nie zmieniła się właściwie wcale w ostatnich latach: "W ciągu ostatnich 15 lat nie zmieniły się statystyki policyjne i sądowe dotyczące najcięższych przestępstw, jak pobicie ze skutkiem śmiertelnym. Każdego roku w szpitalach ląduje pół tysiąca dzieci pobitych przez rodziców. Liczba policyjnych interwencji domowych (...) wynosi około 100 tys. rocznie". 500 dzieci rocznie w szpitalach w stosunku do liczby urodzeń, która wg ostatnich danych oscyluje w okolicach 180 tys. daje nam 0,27%. Biorąc pod uwagę, co powiedziane jest również w opisywanym artykule, że dzieci często trafiają z obrażeniami ciała do szpitali wielokrotnie, można spokojnie określić liczbę tych przypadków poniżej 0,2%. Czyli dwoje dzieci na tysiąc lub mniej. (Liczba 100 tys. interwencji jest kompletnie niemiarodajna i sądzę, że przypomina podawane przez organizacje proaborcyjne liczby dokonywanych aborcji. W czasach rewolucyjnej walki o tę "zdobycz" podawano dane, z których wynikało, że np. w Niemczech Zachodnich dokonywano w latach 60. tyle aborcji, że gdyby nawet każda kobieta w ciąży poddała się temu zabiegowi, to nadal byłoby mało i to kilkakrotnie!) Zakres tej patologii, jak przyznają autorzy, od 15 lat nie powiększył się i dotyczy absolutnego marginesu społeczeństwa. O co wiec chodzi?
    Autorka delikatnie "puszcza nam oko", pisząc o zgłębianiu przepisów terroryzujących rodzinę w USA: "Kiedy przygotowywałam książkę o przemocy wobec dzieci dla lekarzy-pediatrów, musiałam zapoznać się z całym mnóstwem takich ustaleń i też się początkowo śmiałam". Autorka "śmiała się", ale tylko "początkowo", bo jak dalej przyznaje: "ten system działa". Nie mam wątpliwości, że system ten "działa". Żona moja, leżąc w nowojorskim szpitalu po urodzeniu syna, usłyszała pewnego dnia od pracownicy socjalnej, że skoro dziecko jest zdrowe, a ona musi jeszcze pozostać w szpitalu w wyniku niegroźnych powikłań, to dziecko trafi do rodziny zastępczej, bo nie ma powodu, by przebywało w szpitalu. System w tym przypadku niewątpliwie "zadziałał" i chyba Opatrzności dziękować należy, że syna nam jednak nie odebrano.
    Po opisaniu błogosławieństw amerykańskiego prawa wobec rodziny i macierzyństwa, które obliguje wręcz do szpiclowania i donoszenia na policję, autorka przyznaje, że "nie da się chronić dzieci i walczyć z przemocą, nie ingerując, nie wchodząc w prywatność ludzi, czasem niestety nawet z butami". Opisuje też doświadczenia innych państw i stwierdza, że przeważnie społeczeństwa na początku rozpaczliwie broniły się przed dobrodziejstwami tego totalitaryzmu, któremu z czasem ulegały. "Teraz Brytyjczycy mają największą w Europie liczbę spraw przed Trybunałem w Strasburgu składanych przez rodziców, którym niesłusznie ograniczono prawa rodzicielskie. To efekt działającego tam systemu zgłaszania przypadków przemocy wobec dzieci i ostre reagowanie na każdy sygnał. Jednak choć kilkanaście takich spraw rząd brytyjski już przegrał, wcale się z tego systemu nie wycofują. Mówią: trudno, taka jest cena".
    Autorzy mimochodem zdradzają również swój stosunek do kapitalizmu, opisując przypadek dziecka z "bogatej rodziny", któremu w prywatnej klinice zrobiono prześwietlenie i wykryto ślady po złamaniach żeber. W takiej sytuacji lekarz podobno "znalazł się w rozterce". Dalej mamy już klasyk: "W państwowej placówce lekarz zawiadomiłby kierownika, a ten pewnie zgłosiłby sprawę dalej. Ale szef prywatnej firmy nie zacznie wojny z klientem, który przynosi mu dochody". Wiara w "państwową placówkę" jest wręcz wzruszająca, szczególnie to "pewnie zgłosiłby" i enigmatyczne "dalej". Wszystko widać lepsze niż prywatna klinika - wytwór kapitalistycznego zwyrodnienia.

    Co z tego artykułu wynika? Potwierdzają się oklepane już przestrogi kręgów konserwatywnych odnośnie ideologii współczesnego marksizmu. Rodzina traktowana jest jako zjawisko opresyjne w swej istocie i tylko jej spacyfikowanie przy pomocy policyjnej inwigilacji i pistoletu przystawionego rodzicom do głowy w postaci pozbawienia praw rodzicielskich, czyli po prostu: odebrania dzieci, przyniesie malcom wybawienie. Dzieci najwyraźniej wraz z kobietami zaczyna się traktować jako "proletariat zastępczy": kobietę współczesny marksizm wybawia z opresji mężczyzny, dziecko - z opresji rodziny.
    Kampania medialna, nagłaśniająca przypadki wyrządzania dzieciom krzywdy ma na celu przygotowanie społeczeństwa na prawodawstwo odzierające rodziców z władzy nad dziećmi i przekazanie jej państwu. Przybierze to najpewniej postać różnego rodzaju "instytucji socjalnych" na wzór USA i państw Europy Zachodniej, zatrudniających tabuny kompletnie zbędnych na rynku pracy socjolożek, psycholożek, pedagożek, które - wyposażone w parapolicyjne kompetencje - będą delikatną nowomową wpajać rodzicom osiągi współczesnych nauk społecznych, czyli powiedzmy sobie szczerze: neobolszewizmu w naukowej szatce.
    Wyziera wręcz wiara autorów w instytucje. Instytucje mają uczyć kochać dzieci, wychowywać dzieci, mają uczyć spędzać wolny czas. Zadziwiający jest wręcz stopień otumanienia tych wykształconych ludzi przez propagandę antyliberalną, traktujących społeczeństwa jak stada baranów, a państwo - jako panaceum na wszelkie dolegliwości. Autorzy z przyklaskiem stwierdzają, że mimo porażek przed międzynarodowym Trybunałem, Wielka Brytania nie cofa się przed realizacją programu odbierania suwerenności rodzinie, "trudno, taka jest cena".
    Wydaje się, że taki sposób myślenia i bezkrytyczne zapatrywanie na rozwiązania zastosowane na Zachodzie ma długą tradycję i że jest to trwałe wypaczenie umysłowe elit i ludzi naśladujących elity. Tymczasem "na Zachodzie" słychać już głosy nawołujące do otrzeźwienia, słuchać opinie, że szkoła "bezstresowego wychowania" dr Spocka, której owocem są dwa pokolenia rozhisteryzowanych egocentryków cechujących się życiową nieporadnością, odchodzi powoli w przeszłość. W Polsce eksperyment ten dopiero nabiera tempa, a pretekstem do jego zastosowania jest propagowana dziś w mediach "przemoc w rodzinie". Efekty będą najpewniej takie same jak "na Zachodzie", czyli opłakane. Jakież bowiem mogą być efekty totalniackich eksperymentów?

    Piotr Kamela


    To Polacy powinni decydować o stosunkach polsko-białoruskich, a nie Waszyngton czy Bruksela - Janusz Korwin-Mikke o konflikcie naftowo-gazowym między Białorusią a Rosją Wysłane niedziela, 14, stycznia 2007 przez Krzysztof Pawlak

    | Pobierz |








    To Polacy powinni decydować o stosunkach polsko-białoruskich, a nie Waszyngton czy Bruksela - Janusz Korwin-Mikke o konflikcie naftowo-gazowym między Białorusią a Rosją
    Wysłane niedziela, 14, stycznia 2007 przez Krzysztof Pawlak

    "Jak Państwo wiecie, ja cały czas twierdziłem, ze jedynym gwarantem Niepodległości Białorusi jest JE Aleksander Łukaszenka. Kiedy mówiłem to w kampanii prezydenckiej, dziennikarz potraktował mnie dosłownie jak niespełna rozumu. Niestety, albo »stety« - wyszło na moje, pan Łukaszenka dzielnie broni niepodległości Białorusi przed Moskalami, nie dlatego, ze jest jakimś patriotą, ale jak każdy satrapa - chce być dalej satrapą, a nie Numerem Dwa czy Cztery w czymś innym. Jeśli Polska chce więc, by Białoruś była dalej niepodległa - to powinna popierać pana Łukaszenkę, nie zaś Rosję, bo to ona może tylko połknąć naszego wschodniego sąsiada" - Janusz Korwin-Mikke analizuje ostatnie wydarzenia ze sfery polityki międzynarodowej.

    W tygodniku, wydawanym przez I prezesa UPR Janusza Korwin-Mikkego "Najwyższy CZAS" ukazał się przed dwoma tygodniami list p. Zabiełły, w którym padł postulat, by doprowadzić do unii "personalnej" z Białorusią. Królem pana Łukaszenki nie mianujemy, ale są tysiące innych sposobów, by doprowadzić do dobrych koligacji miedzy dwoma państwami. Jest już oczywiście na to baaardzo późno, jest to czynione za wolno - niestety Polska jest związana różnymi wspólnotowymi (z UE) traktatami, ale to w interesie Rzeczypospolitej leżą dobre stosunki z Białorusią!
    Gazociąg Północny, projektowany przez Rosję i Niemcy, NIE jest oczywiście wymierzony w Polskę - jest ciosem dla BIAŁORUSI, a wszyscy eksperci, którzy dotąd występowali przeciw białoruskim władzom, mówili o "pachołku Rosji", powinni NATYCHMIAST zostać zdymisjonowani! Białoruś nie ma dostępu do morza...
    Warto przypomnieć artykuł z naszej witryny, opublikowany w 2004 roku: "III część wywiadu TV ASME z Zianonem Paźniakiem, przewodniczącym BFN, o kulisach współdziałania służb specjalnych Moskwy i Berlina na Białorusi" - o działaniach niemieckiego wywiadu, w ostentacyjny sposób wręcz prowadzonych przez byłego szefa BND, Hansa Georga Wiecka - właśnie na Białorusi...

    Nagranie trwa ponad 5 minut i jest dostępne w Sieci do 28 I 2007 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.