stycznia 23, 2007 - lutego 7, 2007

Ludzie Roku "Niezależnej Gazety Polskiej" oraz "Gazety Polskiej" - ksiądz Tadeusz Isakowicz-Zaleski oraz Janusz Kurtyka, prezes IPN Wysłane środa, 7, lutego 2007 przez Krzysztof Pawlak

31 stycznia 2007 w warszawskim klubie studenckim "Hybrydy" odbyła się uroczystość wręczenia nagród "Niezależnej Gazety Polskiej" oraz "Gazety Polskiej" dla osobistości określonych statusem Człowiekiem Roku - których wyróżnieniami odpowiednio zostali uhonorowani ksiądz Tadeusz Isakowicz-Zaleski oraz prezes Instytutu Pamięci Narodowej Janusz Kurtyka.

Przedstawiamy Państwu zapis TV ASME z tej imprezy - emitowany niezależnie od kilkunastominutowego materiału zarejestrowanego przez Program Drugi TVP i rozpowszechnionego w dniu 02.02.2007 r.

"Znaczenie nagrody »Gazety Polskiej« dla Janusza Kurtyki można docenić na tle tego dyplomu, który został Mu wręczony po oficjalnym wręczeniu dyplomu »GP« - dyplomu od członków zrzeszenia »Wolność i Niezawisłość« - organizacji, która zgrupowała najbardziej nieugiętych patriotów polskich, którzy zostali skazani nie tylko na zapomnienia, ale i wyszydzenie" - powiedział w komentarzu do tego wydarzenia Stanisław Michalkiewicz, których był obecny na uroczystości.

Nagranie trwa ponad 20 minut i jest dostępne w Sieci do 16 II 2007 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




Czy jest kryzys przywództwa w państwie polskim i Kościele katolickim w Polsce? - część II relacji z konferencji Unii Polityki Realnej z 25 stycznia 2007 w Warszawie Wysłane środa, 7, lutego 2007 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |







Czy jest kryzys przywództwa w państwie polskim i Kościele katolickim w Polsce? - część II relacji z konferencji Unii Polityki Realnej z 25 stycznia 2007 w Warszawie
Wysłane środa, 7, lutego 2007 przez Krzysztof Pawlak

25 stycznia odbyła sie w Warszawie konferencja Unii Polityki Realnej pt. "Czy jest kryzys przywództwa w państwie polskim i Kościele katolickim?".

Przedstawiamy Państwu zapis notacyjny II części tej konferencji - dyskusję pomiędzy publicznością a Stanisławem Michalkiewiczem oraz Januszem Korwin-Mikkem.

"Wieczne potępienie i istnienie piekła jest ważną informacją oraz dowodem na wielki szacunek Pana Boga do swego dzieła, czyli człowieka - że nawet do takiego stopnia go szanuje. Zwracam uwagę, że tak daleko poszła praktyka w Kościele, nawet wbrew konstytucjom soborowym, wbrew dogmatom, że niektórzy kwestionują je - wydarzenia po Soborze watykańskim II zaszły bardzo daleko, a ostatnio takim głośnym wyrazicielem w polskim Kościele stał się ojciec Bartoś, dominikanin, który ogłosił chyba nawet wstąpienie z religii katolickiej, bo... nie wierzy w wieczne potępienie" - tłumaczył Stanisław Michalkiewicz okoliczności kryzysu przywództwa w Kościele.

"Jarosław Kaczyński posiada umiejętność przedstawienia własnego interesu partyjnego jako interesu państwowego, co jest oczywistą dla niego zaletą, bo nie każdy to potrafi" - opisał jedną z cech obecnego lidera partii rządzącej Stanisław Michalkiewicz. "Jeżeli chce rozpędzić Grupę Trzymającą Władzę i zająć jej miejsce - to nie może przecież tego powiedzieć wprost, bo kto by go wtedy poparł? Natomiast jak przedstawi to jako dbałość o interes narodowy - to każdy powie: »To jest duża rzecz!«" - wyjaśnia SM jedną z przyczyn spadku zaufania opinii publicznej do nowo tworzącej się nomenklatury "IV RP"...

Nagranie trwa ponad 1 godzinę i 2 minuty (waży 221 MB) i jest dostępne w Sieci do 15 II 2007 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




Zamordowana za "Łupaszkę" - Tadeusz M. Płużański Wysłane środa, 7, lutego 2007 przez Krzysztof Pawlak

Jeśli dziś pseudonim "Inka" komukolwiek się kojarzy, to z Haliną G., która miała wystawić gangsterom ministra sportu Jacka Dębskiego i została potem skazana przez sąd III RP. Tymczasem była wcześniej inna "Inka", też skazana, ale przez komunistów i za wolną Polskę. Danuta Siedzikówna z przestępcami nie miała nic wspólnego, choć tak traktowała V Wileńską Brygadę Armii Krajowej "ludowa" władza. Zamordowano ją 28 sierpnia 1946 r. o godz. 6.15 w gdańskim więzieniu przy ul. Kurkowej, niecałe 40 dni po aresztowaniu (to, że nie będzie siedziała dłużej, obiecał jej ubek, por. Stawicki). Wojciech Tomczyk (autor scenariusza) i Natalia Koryncka-Gruz (reżyser) przywracają o niej pamięć. Ich sztuką: "Inka 1946 - ja jedna zginę" na deski Teatru Telewizji - po kontrowersyjnej sztuce Ryszarda Bugajskiego "Śmierć rotmistrza Pileckiego" (pisaliśmy o tym na łamach ASME) - powróciła po pół roku Scena Faktu. Powróciła w świetnym stylu.

Prócz udziału w "bandzie Łupaszki", czyli niepodległościowym oddziale mjr. Zygmunta Szendzielarza (regularna jednostka Wojska Polskiego, podlegająca konstytucyjnym władzom RP), i nielegalnego posiadania broni, komuniści oskarżyli ją - niepełnoletnią sanitariuszkę (rozstrzelano ją sześć dni przed 18. urodzinami) - o wydanie rozkazu zastrzelenia dwóch wziętych do niewoli funkcjonariuszy UB. Tego "przestępstwa" nie udowodnił jej nawet podległy bezpiece "sąd" i nie potwierdziło dwóch z pięciu zeznających "dobrowolnie" w sprawie milicjantów, którym żołnierze "Łupaszki" darowali życie. Jeden z nich - Mieczysław Mazur - zeznał, że opatrzyła go, gdy został ranny w walce z żołnierzami V Wileńskiej Brygady AK. Ale dla stalinowskich siepaczy nie miało to żadnego znaczenia.
Przez długie lata PRL-u Danuta Siedzikówna "Inka" była bandytką - podobnie, jak jej dowódcy - szczególnie Zygmunt Szendzielarz. W wydanej w 1969 r. książce-paszkwilu Jana Bobczenki (były szef UBP w Kościerzynie, potem w SB) i gdańskiego dziennikarza Rajmunda Bolduana "Front bez okopów" "Inka" uczestniczy w egzekucji funkcjonariuszy UB w Starej Kiszewie. Jest "krępa", ma "sadystyczny uśmiech", a w jej ręce błyszczy "czarna, oksydowana stal rewolweru".
Jeden z "łupaszkowców", ppor. Olgierd Christa "Leszek", zapamiętał dzień wyjazdu "Inki" do Gdańska, który stał się początkiem jej dramatu: "Stała przede mną smukła, uśmiechnięta, ładna dziewczyna, w pożyczonej gdzieś na wsi letniej sukience".

Prawda jest tylko jedna

Nawet dziś pamięć o "żołnierzach wyklętych" jest - jeśli nie szargana - to przynajmniej ośmieszana. W "Polityce" można było m.in. przeczytać o spektaklu Teatru Telewizji: "Choć zrobiony w dobrej sprawie - zamiast pokazywać kawałek historii, jest raczej portretem świętej i męczenniczki walki o wolną Polskę". "Gazeta Wyborcza" z kolei zauważyła, że historia "Inki" "wydaje się idealna do przedstawienia dziejów powojennej Polski w czarno-białych barwach". To stwierdzenie - odrzucając złośliwość autora - jest właśnie kwintesencją sztuki. U Wojciecha Tomczyka (jest również autorem scenariusza rozliczeniowej "Norymbergi") nie ma niedomówień i ulubionych przez "Wyborczą" światłocieni - dobro jest dobrem, a zło złem (tego m.in. zabrakło w produkcji Ryszarda Bugajskiego; dlatego "Pileckim" tak się zachwycano, a "Inką" już nie). Prawda jest tylko po jednej stronie. Jej depozytariuszami są ludzie walczący o niepodległość Polski. Po drugiej stronie - kłamstwa i terroru - są nowi okupanci Polski - Sowieci i ich polscy kolaboranci, nie tylko funkcjonariusze systemu - ubecy, milicjanci, sędziowie i prokuratorzy, ale także ludzie, którzy dali się kupić lub (i) złamać. W historii "Inki" jest nią była łączniczka Szendzielarza - Regina Żylińska-Mordas, ps. Regina, która po aresztowaniu przez UB wydawała na pewną śmierć swoich organizacyjnych kolegów.
Autorom sztuki udało się rzetelnie i drobiazgowo odtworzyć losy sanitariuszki "Łupaszki", łącząc je ze współczesnymi czasami - dzieje "Inki" (bardzo dobra rola Karoliny Kominek-Skuratowicz, studentki krakowskiej PWST) opowiada historyk i dziennikarka, którzy podejmują szereg fundamentalnych kwestii - czy dzisiejsza młodzież zna historię, czy wie, co to patriotyzm, czy w razie zagrożenia walczyłaby o Polskę, jak zachowałaby się w sytuacji ekstremalnej, jakich dokonałaby wyborów? Dzięki takiemu sposobowi narracji lepiej poznajemy także cały historyczny kontekst wydarzeń (tego też nie było u Bugajskiego).

"Zachowałam się jak trzeba"

Postać Danuty Siedzikówny nie tylko "ma być" - jak tego chcą niektórzy recenzenci - przykładem dla następnych pokoleń Polaków. Powinna się nią stać, jeśli wreszcie chcemy żyć w normalnym kraju. Jest bowiem symbolem walki o wolność kraju i jednostki, walki o ideały i wartości, które stoją u podstawy nie tylko polskiej duszy, ale po prostu człowieczeństwa. W grypsie do sióstr Mikołajewskich z Gdańska, krótko przed śmiercią, "Inka" napisała: "Powiedzcie mojej babci, że zachowałam się jak trzeba". W tym zdaniu tkwi właśnie jasny podział na dobro i zło. Dobro - powtórzmy - po którego stronie do końca stoi "Inka", i zło - komunizm i jego ludzie.
To właśnie adresatka tych słów - babcia "Inki" wychowywała ją po śmierci jej ojca Wacława (leśniczy, żołnierz armii Andersa, zmarł w 1942 r., wycieńczony trudami sowieckiego łagru, gdzie trafił po pierwszej wielkiej deportacji Polaków 10 lutego 1940 r., pochowany na cmentarzu polskim w Teheranie) i matki Eugenii z Tymińskich (po ciężkim śledztwie, za współpracę z podziemiem, zamordowana przez gestapo we wrześniu 1943 r. w lesie pod Białymstokiem, pochowana w nieznanym miejscu). W sztuce cytowana jest prośba o łaskę do Bieruta, którą napisał adwokat "Inki" (ona odmówiła, gdyż jej koledzy z oddziału zostali nazwani "bandytami"), podkreślając, że jego klientka została sierotą "po różnych wojennych historiach jej rodziców".

Nie jesteśmy żadną bandą

Historia "Inki" jest wyjątkowa - choć dla tamtego pokolenia, wychowanego w niepodległej Polsce - właściwie typowa. Danuta Siedzikówna urodziła się 3 września 1928 r. we wsi Głuszczewina pod Narewką, pow. Bielsk Podlaski (na skraju Puszczy Białowieskiej). Po wywiezieniu ojca na Syberię, leśniczówkę Siedzików zajęło NKWD, i rodzina (babcia, matka i trzy córki) wynajęły pokój w Narewce. "Inka" pracowała jako kancelistka w tamtejszym nadleśnictwie. Trzy miesiące po śmierci matki wstąpiła - mimo swoich 15 lat - tak jak jej starsza o rok siostra Wiesia - do Armii Krajowej. W ubeckim więzieniu - torturowana i poniżana - cały czas pamiętała słowa przysięgi, którą złożyła w grudniu 1943 r. Zgłaszając się na ochotnika do polskiego podziemnego wojska, przyjęła pseudonim "Inka", na pamiątkę szkolnej przyjaźni i została żołnierzem ośrodka Hajnówka - Białowieża.
Walczyła zatem z dwoma okupantami - najpierw niemieckim, później sowieckim (to też było charakterystyczne dla pokolenia II RP; w sztuce Tomczyka genialnie zestawiono zbrodniarza Bieruta ze zbrodniarzem Hitlerem). Nie tylko dla "Inki" sowiecki terror w polskim wydaniu okazał się nieporównanie gorszy. Wstępem do późniejszej tragedii były wydarzenia z czerwca 1945 r., kiedy - wraz z innymi pracownikami nadleśnictwa Narewka - za współpracę z antykomunistycznym podziemiem została aresztowana przez grupę NKWD-UB, z polecenia zastępcy szefa WUBP w Białymstoku Eljasza Kotona (później szef szczecińskiej bezpieki, wyjątkowo krwawy ubol, sam znęcał się nad zatrzymanymi). W czasie transportu do siedziby białostockiego UB zostali odbici przez patrol żołnierzy V Wileńskiej Brygady majora "Łupaszki".
Mimo rozkazu o demobilizacji Zygmunt Szendzielarz pozostał w konspiracji. Swój wybór tłumaczył w ulotce z marca 1946 r.: "...Nie jesteśmy żadną bandą, tak jak nas nazywają zdrajcy i wyrodni synowie naszej Ojczyzny. My jesteśmy z miast i wiosek polskich (...) My chcemy, by Polska była rządzona przez Polaków oddanych sprawie i wybranych przez cały Naród, a ludzi takich mamy, którzy i słowa głośno nie mogą powiedzieć, bo UB wraz z kliką oficerów sowieckich czuwa. Dlatego też wypowiedzieliśmy walkę na śmierć lub życie tym, którzy za pieniądze, ordery lub stanowiska z rąk sowieckich, mordują najlepszych Polaków domagających się wolności i sprawiedliwości".

Koncert pieśni patriotycznych

Po uwolnieniu "Inka" wstąpiła do oddziałów "Łupaszki". Przez krótki czas jej przełożonym był zastępca mjr. Szendzielarza, por. Lech Beynar "Nowina" (późniejszy publicysta i historyk Paweł Jasienica; w marcu 1968 r. Gomułka oskarżył go o liczne morderstwa na zlecenie "Łupaszki").
We wrześniu 1945 r. major "Łupaszko" rozformował szwadrony na okres zimowy. "Inka" - ścigana cały czas przez UB - otrzymała fałszywe papiery na nazwisko Danuta Obuchowicz, wyjechała do Olsztyna i podjęła pracę w nadleśnictwie Miłomłyn koło Ostródy. Kiedy na początku 1946 r. brygada wznowiła działalność na Pomorzu (podporządkowana Eksterytorialnemu Okręgowi Wileńskiemu AK), Siedzikówna nie miała wątpliwości, gdzie jest jej miejsce. Znów była sanitariuszką i łączniczką, służąc w szwadronie "Żelaznego" - ppor. Zdzisława Badochy, dowódcy jednego ze szwadronów "Łupaszki". Do lipca 1946 r. uczestniczyła w akcjach przeciwko NKWD, UB i ich konfidentom, zadziwiając ofiarnością i poświęceniem (powtórzmy - opatrywała nie tylko żołnierzy niepodległościowego podziemia, ale także rannych ubeków i milicjantów). Cytowany już zastępca "Żelaznego", ppor. Olgierd Christa "Leszek" wspominał: "Była bardzo skromna i bardzo obowiązkowa. Nie pamiętam, żeby się kiedykolwiek skarżyła, choć nie brakowało długich, forsownych marszów".
Dramat "Inki" rozpoczął się 13 lipca 1946 r., kiedy "Leszek" wysłał ją do Gdańska po medykamenty dla szwadronu i aby nawiązała kontakt z "Żelaznym" - nie wiedziano jeszcze, że miesiąc wcześniej został zabity podczas ubeckiej obławy. Nie wiedziano również, że jedna z łączniczek - wspomniana już "Regina" - wydała szereg punktów kontaktowych V Brygady Wileńskiej. Jednym z nich był lokal przy ul. Wróblewskiego 7 we Wrzeszczu, do którego "Inka" przybyła 19 lipca. Było to mieszkanie sióstr Mikołajewskich z Wilna. Obie siostry, Helena i Jagoda, niewiele starsze od Siedzikówny, działały w konspiracji, więc dziewczęta urządziły sobie koncert pieśni patriotycznych, który trwał do późnej nocy. Nie przypuszczały, że mieszkanie jest "spalone" i pod oknami czają się ubecy. "Inkę" aresztowali nad ranem 20 lipca i przewieźli do więzienia przy ul. Kurkowej w Gdańsku.

Palec na ustach

Śledztwo przeciwko Danucie Siedzikównie prowadzili funkcjonariusze gdańskiego WUBP. Strażniczka o imieniu Sabina, znana z ludzkiego traktowania więźniarek, opowiadała im, że "Inka" była bita i poniżana. Że rozbierano ją do naga, że do jej celi wpuszczano żony ubeków, którzy zginęli w akcjach przeciwko oddziałom "Łupaszki". Aresztowana wkrótce po Siedzikównie, jedna z sióstr Mikołajewskich - Helena, zobaczyła ją tydzień po aresztowaniu. "Inka" wyglądając przez zakratowane okno, położyła palec na ustach - dała znak, że nic nie powiedziała. Pytana o cel przyjazdu do Gdańska, powtarzała, że była umówiona na wizytę u dentysty. Ubecy nie zmusili jej nawet, aby wskazała miejsce swojego spotkania ze szwadronem - wiedzieli tylko (od "Reginy"), że ma to nastąpić na jednej ze stacji kolejowych w Borach Tucholskich. Dlatego obstawili kilka z nich, a na właściwej - Lipowa - zostali rozbici przez żołnierzy "Łupaszki".
Drugiego sierpnia 1946 r. Józef Bik, naczelnik Wydziału Śledczego gdańskiego WUBP, wystosował pismo do prokuratury wojskowej: "Przesyłam akta sprawy przeciwko Siedzikównie Danucie, ps. Inka, w celu przekazania do Wojskowego Sądu Rejonowego w trybie postępowania doraźnego. Proszę o uzgodnienie terminu rozprawy na dzień 3.08.1946".
Proces, mimo, iż trwał trzy godziny, był jedynie formalnością. Wyrok wydali wcześniej ubecy. Sędziowie i prokurator mieli pełną świadomość bezprawności swoich działań: niepełnoletnią dziewczynę skazali bez dowodów.
Skazana na śmierć "Inka" czekała na wykonanie wyroku, zamknięta w izolatce. Wysłaną przez obrońcę prośbę o łaskę do Bieruta skład sędziowski zaopiniował negatywnie. Nie miała ona i tak żadnego znaczenia - wyrok na Siedzikównie wykonano, nim do Gdańska dotarła odmowna odpowiedź Bieruta.

"Niech żyje Polska"
"Niech żyje "Łupaszko!"


Danuta Siedzikówna - sanitariuszka "Inka" została rozstrzelana rankiem 28 sierpnia 1946 r., wraz ze skazanym na śmierć dowódcą pododdziału V Brygady Wileńskiej - por. Feliksem Selmanowiczem "Zagończykiem" w więzieniu przy ul. Kurkowej. Przed egzekucją "Inkę" wyspowiadał ks. Marian Prusak, ściągnięty przez UB-eków z kościoła garnizonowego w Rumi, gdzie był wikarym (uczestnik Powstania Warszawskiego, w 1949 r. skazany na sześć lat więzienia, odsiedział trzy i pół roku): "Była bardzo spokojna. Wyspowiadała się i prosiła, by pójść do mieszkania we Wrzeszczu i powiedzieć, że ją rozstrzelano. Do siostry, która była w domu dziecka w Sopocie, wysłała już pocztówkę z informacją, że dostała wyrok śmierci. [...] W końcu zaprowadzono mnie do sali egzekucyjnej. [...] Tam była cała gromada UB, jacyś żołnierze, lekarz, prokurator. Chyba z trzydzieści osób. Było ciemno. Oszołomiła mnie ta sytuacja. W końcu wprowadzili skazańców. Prawdopodobnie mieli skute albo związane ręce. Ubecy zachowywali się grubiańsko. Nie chciałbym przytaczać tu wyzwisk, które sypały się na dziewczynę i tego pana [o tym, że był to "Zagończyk", ks. Prusak dowiedział się dopiero po latach - red.]. Ustawiono ich pod słupkami przy ścianie. Przed rozstrzelaniem dałem im krzyż do pocałowania. Chciano im zawiązać oczy, nie pozwolili. Prokurator siedział za małym stolikiem okrytym czerwonym suknem. Odczytał wyrok i powiedział, że nie było ułaskawienia. Potem padła komenda "po zdrajcach narodu polskiego ognia". W tym momencie oni krzyknęli: "Niech żyje Polska", tak jakby się umówili. Padła salwa i oboje osunęli się na ziemię. Żołnierze strzelali z trzech, może czterech metrów".
Z najnowszych ustaleń wynika, że "Zagończyk" zginął od razu, natomiast "Inka" jeszcze żyła. Kiedy zbliżył się do niej dowódca plutonu egzekucyjnego (ppor. Sawicki) zdążyła jeszcze krzyknąć: "Niech żyje »Łupaszko!«. Oprawca dobił ją strzałem w głowę. Ksiądz Prusak spełnił ostatnie życzenie "Inki" - przekazał wiadomość pod wskazany adres. Za to został potem skazany.

Gdzie jest major?

Śmierć "Inki" i "Zagończyka" była zemstą ubeków za działalność Zygmunta Szendzielarza, który przeprowadził szereg udanych akcji odwetowych na przedstawicieli nowej władzy (jego żołnierze zlikwidowali m.in. sowieckiego doradcę PUBP w Kościerzynie) i cieszył się autorytetem ludności, a nie można było go ująć. W śledztwie ubecy pytali Siedzikównę głównie o niego: gdzie jest major, gdzie jest "Łupaszko"?
W wolnej Polsce udało się odnaleźć tylko jednego mordercę "Inki" - dziś emerytowanego płk., wówczas chorążego Wacława Krzyżanowskiego oskarżającego dziewczynę przed "sądem". Mimo, iż Instytut Pamięci Narodowej zarzucił mu - jako pierwszemu stalinowskiemu prokuratorowi - podżeganie do mordu sądowego (tak prawo III RP zakwalifikowało proces Siedzikówny), został uniewinniony przez Okręgowy Sąd Wojskowy w Poznaniu, który stwierdził, że... nie można jednoznacznie ustalić jego roli w procesie "Inki".
Pozostali oprawcy "wyparowali". Tak stało się np. okrutnym i cynicznym śledczym "Inki" - por. Andrzejem Stawickim (dobra rola Michała Kowalskiego), który najpierw aresztował Siedzikównę, a potem przygotował akt oskarżenia (w gdańskim UB prowadził też inne śledztwa, zakończone wyrokami śmierci; więźniowie oceniali go na 25-26 lat). Z ubeckich dokumentów wynika jednak, że człowieka o takim imieniu i nazwisku w ogóle nie było w Gdańsku.
Po 50 latach cudem odnalazł się natomiast wspomniany już Józef Bik, przełożony gdańskich ubeków, który potem pracował w centrali MBP w Warszawie. Po zmianie nazwiska na Bukar wyjechał do Szwecji, gdzie ściga go teraz IPN (pisaliśmy o tym na łamach ASME).
Do dziś nie wiadomo, gdzie Danuta Siedzikówna została pochowana. Istnieją przesłanki, że tuż obok więzienia przy ul. Kurkowej - tam grzebano też innych straconych. Dziś w tym miejscu znajduje się symboliczny grób niezłomnej sanitariuszki. Kilka lat temu imieniem "Inki" nazwano jeden z parków w centrum Sopotu. Pamiątkowy obelisk stanął także w jej rodzinnej Narewce.

Uczcić pamięć bohaterów

Słowa Danuty Siedzikówny (wypowiedziane do Krystyny Gaul, innej sanitariuszki od "Łupaszki", która też siedziała więzieniu w Gdańsku): "Popatrz, ilu ludzi mogło zginąć. Lepiej, że ja jedna zginę", niestety nie sprawdziły się. W czerwcu 1948 r. UB rozpracował i ostatecznie rozbił Wileński Okręg AK. Majora Zygmunta Szendzielarza komuniści skazali na osiemnastokrotną karę śmierci. W śledztwie zachował godną postawę. O łaskę nie poprosił. Wieczorem 8 lutego 1951 r. został stracony w więzieniu mokotowskim w Warszawie. Miejsce jego pochówku też jest nieznane.
W 1991 r. Sąd Wojewódzki w Gdańsku uznał, iż działalność "Inki" i jej współtowarzyszy z V Wileńskiej Brygady AK zmierzała do odzyskania niepodległego bytu Państwa Polskiego. W ub.r., mimo ostrego sprzeciwu postkomunistycznej lewicy, Sejm RP przyjął specjalną uchwałę, w której uczcił 55. rocznicę śmierci mjr. "Łupaszki". W uchwale wymieniono także innych bohaterów II konspiracji niepodległościowej, poległych w walce z komunistami, zamęczonych w ubeckich kazamatach lub skazanych na śmierć. Jedną z ofiar komunistów była m.in. inna bohaterska kobieta - Emilia Malessa, AK-owski pseudonim "Marcysia". Jej tragicznej historii poświęcona będzie kolejna sztuka Sceny Faktu, której emisję Teatr Telewizji zaplanował na marzec.

Tadeusz M. Płużański

Artykuł pierwotnie ukazał się w tygodniku "Gazeta Polska"

Publicystyka Tadeusza M. Płużańskiego na ASME.


PiS stosuje fatalne kryterium partyjne, aparatczykowskie w doborze swoich kadr urzędniczych - Łukasz Perzyna o sprawie dymisji wojewody mazowieckiego Wysłane środa, 7, lutego 2007 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |






PiS stosuje fatalne kryterium partyjne, aparatczykowskie w doborze swoich kadr urzędniczych - Łukasz Perzyna o sprawie dymisji wojewody mazowieckiego Wysłane środa, 7, lutego 2007 przez Krzysztof Pawlak

"Jeśli dorosły mężczyzna po wypiciu - jak twierdzi - jednego dużego piwa, wsiada na rower i daje się złapać policji - to chyba retoryczne są pytania, jak ocenić takie zachowanie. Kiedy mamy do czynienia z knajacką czy może szwoleżerską jazdą na rowerze - to mamy do czynienia z człowiekiem niepoważnym, na pewno nieuporządkowanym. Jeśli dodatkowo jest to w dodatku prawnik, i ma załatwiać nasze sprawy jako wojewoda, i to wojewoda primus inter pares - to trudno się dziwić Ludwikowi Dornowi, że zrezygnował z takiego mało udanego urzędnika państwowego. Tym bardziej, że może wchodzić w grę przestępstwo wobec dokumentów, co dla tak wysoko usytuowanego urzędnika jest już całkowicie niewybaczalne. Kiedy dodać, że ten wojewoda miał sie stać »młotem« na Hannę Gronkiewicz-Waltz, to jest to już tylko farsa, bo ani do śmiechu nie jest PiS-owi, ani Platformie" - Łukasz Perzyna, publicysta "Tygodnika Solidarność" i naszej witryny ASME, komentuje ostatnią wielką wpadkę ugrupowania PiS.

Jaki jest wniosek z tej sprawy? Od dawna mówiło się, że Prawo i Sprawiedliwość ma "krotką ławę kadr". PiS raczej szybko nie stanie się "partią profesorską" - bo ci zazwyczaj głosują na inne ugrupowania, mimo sporządzenia listy 300 akademików w kampanii wyborczej przez Jarosława Kaczyńskiego w celu obsadzenia stanowisk w spółkach Skarbu Państwa. PiS-owcy nie powalczyli o polską inteligencję. Ludwik Dorn został ministrem spraw wewnętrznych i administracji. Ten superresort miał być - pod wpływem suflowanych rozwiązań PiS-owi - podzielony na część "policyjną" i administracyjną. Nie stało się tak. Minister MSWiA odpowiada za wojewodów cały czas. Ten błąd będzie się odbijał czkawką jeszcze długi czas rządzącemu ugrupowaniu. Powołując kogoś tak mało odpowiedzialnego na stanowisko wojewody, Jarosław Kaczyński przyznał rację swoim krytykom, takim jak np. Jadwiga Staniszkis. Jakość kadry zarządzającej pogorszyła się w stopniu bardzo widocznym, nie tylko z powodu wzięcia do koalicji bardzo źle ocenianych partnerów z Samoobrony czy LPR. Cały czas nie widać pomysłu na restrukturyzację państwa, jedyne co się dzieje, to następstwo na stanowiskach kolejnej olbrzymiej rzeszy niekompetentnych biurokratów...

Nagranie trwa ponad 18 minut i jest dostępne w Sieci do 13 II 2007 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




Dziękuję uprzejmie dziennikowi "Dziennik" za reklamę mojej witryny autorskiej - Stanisław Michalkiewicz o próbie ukarania Go przez urzędników ministerialnych z MSW Wysłane środa, 31, stycznia 2007 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |







Dziękuję uprzejmie dziennikowi "Dziennik" za reklamę mojej witryny autorskiej - Stanisław Michalkiewicz o próbie ukarania Go przez urzędników ministerialnych z MSW
Wysłane środa, 31, stycznia 2007 przez Krzysztof Pawlak

"Od kiedy toruńska prokuratura umorzyła wszczęte przeciwko mnie śledztwo w sprawi oskarżeń o antysemityzm, o zaprzeczanie Holokaustowi - z braku cech przestępstwa w moim wykonaniu - odtąd moi nieprzyjaciele pozostają nieutuleni w żalu i nie ustają w kombinowaniu, jak mi tu zaszkodzić. I oto wystąpił »Dziennik« - nie zaś jak zawsze »Gazeta Wyborcza«, która pozostaje w awangardzie bojowników »o wolność słowa« zazwyczaj - to »Dziennik« wystąpił z inicjatywą do MSW - z zapytaniem czy nie można by mnie jakoś, pod jakimś pretekstem, ukarać... Urzędnicy z MSW naradzili się i uradzili, że można by mnie ukarać za... żebractwo" - Stanisław Michalkiewicz komentuje najnowsze wydarzenie "medialne" "polskiego regionu UE", tym razem dotyczące Jego samego.

Choć dostęp do felietonistyki na witrynie autorskiej Stanisława Michalkiewicz jest darmowy - to PT Autor podaje na niej numer konta bankowego, pod który można wysyłać dobrowolne datki, kiedy ktoś się poczuwa do wspierania wolności słowa - w wykonaniu akurat Stanisława Michalkiewicza. Choć urzędnicy ministerialni nie są "prostą profesorką", jaką jest pani prezydent Warszawy Hanna Gronkiewicz-Waltz, która zapomina w związku z tym o terminach wypełniania dokumentów, to jednak nie powinni pokazywać swych bardzo dużych braków w wyk_rz_tałceniu prawniczym, bo najwyraźniej nie rozumieją kodeksu karnego w dziedzinie, w której dotyczy on "żebractwa". Dlatego SM domyśla się, że tak naprawdę "Dziennik" nie chciał - wzorem przedwojennych brukowców, zamieszczających potępieńcze artykułu o "domach schadzek, którymi powinny się zajmować Policja i Władze, jak na przykład tym na ulicy Widok numer 5, drugie piętro, pukać pięć razy..." - po prostu zareklamować witrynę najlepszego felietonisty polskiej prawicy - tym samym dając dowód swej finezyjności w zwalczaniu najpoważniejszego swego konkurenta - czyli spółki AGORA, która wydaje brukowiec "Gazeta Wyborcza"...
A to, że obie gazety się zwalczają zajadle - jest dla nikogo żadną tajemnicą...

Nagranie trwa ponad 9 minut i jest dostępne w Sieci do 13 II 2007 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




Cienie cieni - Krzysztof Mazur Wysłane wtorek, 30, stycznia 2007 przez Krzysztof Pawlak

"Jednostka! Co komu po niej?/ Jednostki głosik cieńszy od pisku./ Do kogo dojdzie? - ledwie do żony!/ I to, jeżeli pochyli się blisko" - wieszczył Władimir Władimirowicz Majakowski, przewidując, że lada chwila jednostkę zastąpi partia, gdyż "Partia - to nieśmiertelność naszej sprawy/ Partia - to jedno, co mnie nie zdradzi". Tymczasem okazuje się, że sprawa jest nieco bardziej skomplikowana niż chciał tego poeta, którego spostrzegawczość mogła z wiadomych przyczyn ulec pewnemu stępieniu. Dla przykładu sejmik województwa podkarpackiego jest praktyczne jedynym samorządem wojewódzkim w kraju, w którym niepodzielnie rządzą przedstawiciele obecnej koalicji rządowej, ale dzieje się tak dlatego, że na 32 radnych PiS ma 15 reprezentantów, a Samoobrona jednego i to właśnie na tym jednym radnym Samoobrony i jednym radnym LPR opiera się wspomniana koalicja. A ile taki cenny radny może wywalczyć synekur dla swojej partii w zamian za swój "głosik cieńszy od pisku", to łatwo sprawdzić, robiąc nawet pobieżny przegląd kadr lokalnych instytucji.
Ostatnio na czołówki mediów znowu trafił Jan Maria Rokita, który w niedzielę na zwołanej naprędce konferencji prasowej ogłosił plan "głębokiej przebudowy" polskiego państwa, opracowany jakoby przez "gabinet cieni", któremu Rokita ma właśnie przewodniczyć. Okazało się, że ów gabinet cieni działa w tak dużej konspiracji, że nawet władze Platformy Obywatelskiej zostały wspomnianą konferencją zaskoczone, co po raz kolejny wywołało spekulacje nt. możliwego rozstania Rokity z partią kierowaną przez Donalda Tuska. Polityczna koegzystencja Rokity i Tuska faktycznie zaczyna przypominać formalnie istniejące małżeństwo, którego pożycie już dawno ustało, ale ze względu na problemy z podziałem majątku i brakiem samodzielności finansowej nie mogą zdecydować się na fizyczną separację lub rozwód. Sytuacja jest o tyle ciekawa, że w podobnej jak Rokita relacji do macierzystego ugrupowania znajduje się były premier Marcinkiewicz, który odseparowany od nieustannego błysku reporterskich fleszów i kamer telewizyjnych, mocno stracił na swojej atrakcyjności, do tego stopnia, że nawet jego kariera w państwowym biznesie stoi pod dużym znakiem zapytania. Sytuacja ta jest ciekawa m.in. dlatego, że w momencie kiedy niedoszły "premier z Krakowa" triumfalnie ogłaszał powstanie swojego gabinetu cieni, urzędujący wtedy premier Marcinkiewicz publicznie kpił sobie z całej sytuacji twierdząc, że "syn na nich mówi »cieniasy«... znaczy te cienie, ... gabinet cieni, prezentują codziennie dwie, trzy konferencje prasowe i zalewają przymiotnikami prace rządu, a materii tam nie ma".
Jak widać, Rokita nadal urządza swoje konferencje, w których "materii nie ma", z tym że nie spotyka się to ze zjadliwą krytyką Marcinkiewicza, wprost przeciwnie. Rokitę krytykują jego partyjni koledzy i koleżanki, a Marcinkiewicz raczej błogosławi swojemu niedawnemu antagoniście w jego dążeniu do tworzenia nowego ugrupowania "konserwatywno-liberalnego". Tak przynajmniej ideologię tego potencjalnego ugrupowania określają jego domniemani przyszli twórcy, zresztą sam Rokita kilka miesięcy temu na łamach "GW" pisał o potrzebie takiego ruchu. Aby zorientować się, jak miałoby owo konserwatywno-liberalne oblicze wyglądać, Rokita zabrał na konferencję dwóch swoich popleczników w PO, czyli posła Śpiewaka i senatora Gowina, co było o tyle groteskowe, ze żaden z tych dżentelmenów nie jest nawet członkiem słynnego gabinetu cieni, a którzy zwą się oficjalnie rzecznikami tego praktycznie wirtualnego bytu. Poseł Śpiewak miałby właśnie ucieleśniać skrzydło liberalne potencjalnego ugrupowania, zaś senatorowi Gowinowi przyszłoby robić za konserwatystę. Poseł Śpiewak zasłynął dotychczas sejmową filipiką broniącą znanej rezolucji, w której europejscy parlamentarzyści potępiali różne "-izmy", jakich siedliskiem, miała stać się nasza ojczyzna po zawiązaniu rządzącej do dzisiaj koalicji.
Mówił wtedy m.in., że rezolucja Parlamentu Europejskiego nie tylko nasz kraj potępiała, ale również i chwaliła, o czym świadczy fragment dotyczący "ciepłego przyjęcia parady gejowskiej w 2006 r. w Warszawie". Dalej nie było już jednakże wesoło, zwłaszcza że poseł Śpiewak odkrył dwa rodzaje patriotyzmu: "jeden patriotyzm, który reprezentują stronnictwa nacjonalistyczne, to taki patriotyzm megalomański, bezkrytyczny, (...), i patriotyzm prawdy". Oczywiście słuszny jest jedyne patriotyzm prawdy, którego celem jest: "żeby nie dopuścić do mowy nienawiści, żeby nie dopuścić do mianowania nazistów na stanowiska rządowe, na stanowiska w telewizji publicznej". "Co zrobił rząd w odpowiedzi na wniosek organizacji mniejszości narodowych, których prawa nie są respektowane?" - pytał dalej poseł Śpiewak, wymachując listem jakoby podpisanym przez - jak się wyraził - "wszystkie mniejszości narodowe". Wprawdzie trudno sobie wyobrazić, jak miałby wyglądać ów podpis złożony przez wszystkie mniejszości narodowe, tym bardziej trudno dociec, jakie jeszcze prawa należałoby owym mniejszościom przyznać, aby zadowolić ich przedstawicieli? Wie to pewnie poseł Śpiewak, którego Jan Rokita mianował właśnie na rzecznika liberalizmu w swoim gabinecie cieni i bardzo dobrze, bo przynajmniej z góry wiemy, o jaki liberalizm "cieniom" chodzi. A skoro liberalizm w nazwie odnosiłby się do spraw społeczno-obyczajowych, to czego miałby dotyczyć konserwatyzm Gowina? Bo to, że ani Śpiewak, ani Gowin czy Rokita nie mają bladego pojęcia o gospodarce, to każdy raczej wie. Za gospodarkę odpowiadałby więc pewnie "Kaziu", pod warunkiem że zdecyduje się wreszcie na opuszczenie PiS-u, co być może nastąpi, gdy rada nadzorcza PKO nie wybierze obecnego doradcy prezesa tego banku (nb. prezesa, którego nie ma) na szefa tej instytucji. Ciekawe, czy członkowie rady nadzorczej banku mają świadomość, że ich decyzja może mieć takie dalekosiężne skutki polityczne i może stać się nawet katalizatorem rozpadu dotychczasowego układu partyjnego. W każdym razie aby nie było, że ich nikt nie przestrzegał, bo widać że głos jednostki, chociaż "cieńszy od pisku" - jednak nadal coś znaczy.

Krzysztof Mazur

Publicystyka Krzysztofa Mazura na ASME


Męczeństwo Michała Listkiewicza - Stanisław Michalkiewicz Wysłane poniedziałek, 29, stycznia 2007 przez Krzysztof Pawlak

Już się wyjaśniło, skąd taki zaciekły atak zbrodniczego huraganu "Cyryl". Według wszelkiego prawdopodobieństwa było to pierwsze poważne ostrzeżenie pod adresem pana ministra Lipca, żeby, niech Bóg zabroni, nie wprowadzał żadnego zarządu komisarycznego w Polskim Związku Piłki Nożnej, tylko żeby spokojnie pozwolił sprawom rozwijać się według własnej dynamiki. Zarząd Polskiego Związku Piłki Nożnej znalazłby na pewno honorowe wyjście z tej sytuacji, podobnie jak znajdował honorowe wyjścia z podobnych sytuacji w przeszłości. Zwołane byłoby kolejne walne zebranie, które udzieliłoby Zarządowi wotum zaufania, bo jakże nie ufać zarządowi wybranemu zgodnie z ustalonymi procedurami? Brak zaufania byłby oczywistym dowodem podstępnych knowań, przedsięwziętych przez zaprzysięgłych wrogów Polskiego Związku Piłki Nożnej, którzy nie od dziś dążą do wyeliminowania piłki nożnej z polskiego życia narodowego.

Niestety, pan minister Lipiec, kierując się zapewne pragnieniem podtrzymania słabnącej popularności i licząc na poklask określonych sił marionetkowych, posługujących się dziennikarskimi hienami z rozmaitych gadzinówek, zlekceważył znaki czasu w postaci zbrodniczego "Cyryla", za co nasza biedna ojczyzna już zapłaciła straszliwą cenę w postaci uszkodzeń drzewostanu, linii energetycznych, innych zniszczeń, a także ofiar w ludziach. W tej sytuacji tym bardziej dziwi i zastanawia zatwardziałość pana ministra Lipca, który zastosował zasadę odpowiedzialności zbiorowej wobec niewinnych członków zarządu Polskiego Związku Piłki Nożnej. Zresztą, powiedzmy sobie szczerze i otwarcie - jakaż tu odpowiedzialność, kiedy nie wiadomo, czy w ogóle ktokolwiek czegokolwiek się dopuścił! Jedynym powodem zbrodniczej arogancji pana ministra Lipca były oskarżenia o korupcję, jakie pod adresem działaczy Polskiego Związku Piłki Nożnej zostały skierowane przez ukrytych wrogów wszelkiego sportu, a piłki nożnej w szczególności. Nie trzeba chyba dodawać, że te z gruntu fałszywe oskarżenia nie zostały nigdy udokumentowane ani żadnymi umowami urzędowymi, ani nawet pisemnymi świstkami, dokumentującymi sprzedaż meczu. Krótko mówiąc, oskarżenia te mają charakter złośliwych oszczerstw ze strony żądnych sensacji dziennikarskich hien, a jeśli nawet ten i ów działacz się przyznał, to przecież nie dlatego, by rzeczywiście dopuścił się korupcji, tylko dlatego, że już nie mógł wytrzymać atmosfery medialnego linczu. Zresztą, gdyby nawet się i dopuścił, to przecież zanim ktokolwiek rzuci kamieniem, powinien najpierw wnikliwie i w duchu braterskiej miłości zbadać cały kontekst sprawy, bo postrzeganie rzeczywistości w kolorach czarno-białych dowodzi tylko prymitywizmu moralnego. Czasami bowiem trzeba poświęcić doktrynerskie zasady tak zwanej sprawiedliwości dla sprawiedliwości społecznej, bo przecież w tych kategoriach należy widzieć ekwiwalentną pomoc dla podupadającego klubu. Zatem nawet działania przypominające z pozoru słusznie skądinąd zwalczaną korupcję, mogą wynikać ze szlachetnych, zasługujących na szacunek i naśladowanie pobudek. Jednak ten sposób rozumowania obcy jest rekordzistom moralnego prymitywizmu, którzy próbują zdrowemu trzonowi narodu wykłuwać oczy jakimś: "tak - tak, nie - nie".
Gdyby jeszcze zarząd Polskiego Związku Piłki Nożnej został zawieszony przez prezesa UEFA albo FIFA, to wprawdzie taka decyzja też byłaby kontrowersyjna, ale ostatecznie zrozumiała, jako podyktowana intencją uniknięcia wrażenia, jakoby zarząd PZPN nie jest akceptowany powszechnie i bez zastrzeżeń. Takiego sądu jednak nie było, dlatego bez żadnej przesady można tu mówić o męczeństwie prezesa Michała Listkiewicza, który w ten sposób staje w jednym szeregu z innymi męczennikami w osobach zawodników wszystkich polskich drużyn piłkarskich, którzy nie będą mogli uczestniczyć w żadnych rozgrywkach wskutek kwarantanny nałożonej na nasz kraj przez Najwyższe Władze Piłkarskie gwoli wynagrodzenia zniewagi wyrządzonej Piłce Nożnej przez pana ministra Lipca, którym posłużyły się marionetkowe siły dążące do wyrugowania rozgrywek futbolowych z polskiej tradycji narodowej.

Stanisław Michalkiewicz

Publicystyka Stanisława Michalkiewicza na ASME i nagrania TV ASME


Przepotężny Układ dybie na Króla-Ducha w Warszawie! Wysłane poniedziałek, 29, stycznia 2007 przez Krzysztof Pawlak

Złamał Sobie rękę, i to Lewą, "żoliborską" (!) - najmiłościwiej nam panujący Pan Premier, czyli najwyższy rangą Urzędnik Państwowy, choć jeszcze Jego nazwisko nie jest wymieniane w osobnej ustawie o "o ochronie imienia Jarosława Kaczyńskiego, Pierwszego Sanatora", jak to było w przedwojennej i powojennej (nie uchylonej - do 1970 roku!) Polsce w przypadku "Pierwszego Marszałka", co miało swoje specjalne wyłożenie lex specialis w takim, natchnionym zapewne Weltgeistem niemal uzasadnieniu: "Naród zaś, to nie tylko zespół jednostek mówiących tym samym językiem. To zespół ludzi złączonych krwią i duchem. Z tej krwi Narodu Polskiego i tego ducha wyrósł Józef Piłsudski i będąc tego ducha najdoskonalszym wcieleniem, stał się królem - duchem swego Narodu, stał się jego miłością i wzorem, stał się symbolem. A imię jego w sercach Polaków na zawsze głęboko wyryte, tak ściśle z imieniem Narodu zostało związane, że jakakolwiek bądź jego zniewaga dotyka cały Naród Polski, tego Narodu jest wyzwaniem i obrazą".

Pan Premier jest boleściwy tedy w tych dniach, współczucia mu trzeba i takoweż przesyłamy, ale wydarzenie jest godne pierwszych szpalt gazet, tak też zostało opisane i dlatego potrzeba jest, by ściślejszą uwagę do niego przyłożyć - wszak wojna nie zakończona jeszcze, a wypadek wcale nie musi należeć do tych banalnych.
Bowiem pytania czujne, by nie rzec: czekistowskie, należy postawić: GDZIE I KIEDY akt "wypadku" miał miejsce...
GDZIE: w Warszawie, w której dogorywa przebity lancą smok jaszczurczy o wielu łbach i wrażych członkach osławionego Układu Warszawskiego, którego reanimacji w postaciach zohydzonych medialnie, choć przez oczywistą pomyłkę i manipulację wybranych do rządzenia warszawiakami Platformersów tak obawiają się prominenci sympatycznego ugrupowania Lewicy Narodowej (PiS-anej koniecznie z dużych liter - tak celowo na wszelakich forach internetowych zapisują zwolennicy Prawdziwych Polakuf [ortografia jeszcze nieco im kuleje, ale nie od razu troglodyta wyk_rz_tałcony w PRL-bis sapiensem zostaje...]), szerzej znanej pod chwytliwą i dobrzemarkietingiarską nazwą Populizmu i Socjalizmu (żoliborskiego, oczywiście!).
Król-Duch wieje, kędy chce, ale przecież mu najmilej na pewno meandrować po placu Bankowym, gdzie Wieszcz zamienił swym romantycznym spiżem niegdysiejsze nieubłagane, ku wschodniej stronie skierowane spojrzenie towarzysza-specjalisty od dociekań anty-sabotażowych - naszego rodaka o krwawych dłoniach Feliksa Edmundowicza. Teraz wartę przed - no właśnie! - siedzibą Ratusza zaciągnął imć Słowacki, "boski Juliusz", choć może już nie tak atrakcyjny, jakim był Kazimierz "Dymisjonarz", ale któż le-pp-iej zna się od Niego na Duchowej potędze Królewskiej? W Ratuszy dyszy Duch hydry Układu, który (choć niby tak, wicie-rozumicie, dla picu i medialnej zasłony dymnej, towarzyszu Przewodniczący Nadzwyczajnej Komisji do Walki z Kontrrewolucją i Sabotażem) wyemanował w osobie pani prezydent Hanny Gronkiewicz-Waltz, tak akuratnie wymanewrowaną właśnie przed kilkoma dniami samego Pana Premiera!
Jest MOTYW? JEST!!!
Zemsta - ohydne uczucie przepajające nie umiejących przegrywać, a to przecież lud warszawski, ciągniony podgazowanymi rowerami na barykady rewolucji przez wojewodę PiS-owskiego Wojciecha Dąbrowskiego - zwyciężył, pobiedił i jewo prawoje! Niedorżnięty Układ Warszawski swymi potwornymi mackami sięgnął tam, gdzie nikt jeszcze się go nie spodziewał - aż do komnat Pałacu Prezydenckiego, gdzie do kaplicy na modlitwę u Brata, samego Pana Prezydenta, udawał się sam Pan Premier! Układ ten tak przemyślnie i zdradziecko wyfroterował posadzki pałacowe (a może nawet i rozlał ciecz śliską nad wyraz!), że jego haniebne nadzieje na wypadek mogły się ziścić, doprowadzając do kolizji Lewej Ręki Pana Premiera z klepkami korytarza, prowadząc też oczywiście do kolizji interesu narodowego i próby zachwiania słusznych wyników wyborów ostatnich oraz przedostatnich, w których Naród (oczywiście - jak w 1932 roku pisany dużą literą w uzasadnieniu wyroku wileńskiego sądu, przytoczonym na wstępie) dał wyraz swoim dążeniom politycznym i społecznym!
Więc KIEDY to się stało? W czasie i ogniu przemożnej walki z Układem!
Nie tylko warszawskim, trzeba tu przypomnieć, Wysoki Sądzie! Układ ten rozciąga się daleko poza rogatki stołeczne, ściskając w swych cęgach żywotne interesy Rzeczypospolitej w całym jej jestestwie narodowym i terytorialnym!
Jest jasne dlatego, że to co się stało - stać się musiało WTEDY i w TYM MIEJSCU, bo MOTYW stał się też widoczny nie tylko dla takiego prokuratora wszech sław, jakim był Miszcz (sam pisałem...) Andrzej Wyszyński - ale i dla Wysokiego Sądu oraz wszystkich bezstronnych i postronnych obserwatorów.

Układ, Ratusz, przegrana prezydentka w Ratuszu z okolic Układu, gdzie wcześniej piekłoszczyk Feliks, a teraz - Wieszcz Juliusz, Król-Duch, Pan Marszałek, Pan Prezydent - Pan Premier...
To nie mogło się zakończyć inaczej! Lewa Ręka Pana Premiera - padła Ofiarą!!!
To już oczywiste.
Sabotaż!?

Cały Naród śle swe wyrazy Panu Premierowi: ślą delegacje zakładów pracy, zwanych nowocześnie i sprawiedliwie firmami, ślą i łączą się maklerzy giełdowi, specjaliści bankowi (ze szczególnym uwzględnieniem banków państwowych), doradcy polityczni, szefowie gabinetów oraz Polskiej Organizacji Turystycznej, UB-ezpieczyciele, pijarowcy, żurnaliści, skarbowcy, projektanci, scenarzyści i reżyserzy z PISF, samorządowcy, radni i naczelnicy wydziałów...

I my się do nich przyłączamy! Bądź nam zdrów, Panie Premierze!

Krzysztof Pawlak

Publicystyka Krzysztofa Pawlaka na ASME


Czy Platforma Obywatelska pomoże PiS-owi zanim usłyszą "dosyć" od wyborców? - Łukasz Perzyna o znakach zmian w koalicji rządowej Wysłane poniedziałek, 29, stycznia 2007 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |







Czy Platforma Obywatelska pomoże PiS-owi zanim usłyszą "dosyć" od wyborców? - Łukasz Perzyna o znakach zmian w koalicji rządowej
Wysłane poniedziałek, 29, stycznia 2007 przez Krzysztof Pawlak

"Mamy kolejną sensację. Nieoficjalne informacje, pochodzące ze sztabu i najbliższego otoczenia Andrzeja Leppera potwierdzają, że lider Samoobrony dokonał na własny koszt czy koszt Partii sprawdzenia na zachodzie Europy DNA, co miało wykluczyć sprawę ojcostwa dziecka Anety Krawczyk. To jest specyficzny typ sensacji politycznej w Polsce, bo tak naprawdę nic ona nie zmienia. By badania były wiarygodne i prawnie wiążące - muszą zostać powtórzone w zakładzie medycyny sądowej w Polsce. Trudno zdecydować o winie towarzysza Leppera - o tym zdecyduje sąd, czy molestowanie seksualne miało miejsce. Polityka polska sięgnęła dna. Dna próbówki" - Łukasz Perzyna, publicysta "Tygodnika Solidarność" i naszej witryny ASME, analizuje medialne wydarzenia z ostatnich dni.

Podobnie "wysoko" sięgnęły wydarzenia w piłce kopanej, gdzie jej narodowym symbolem stają się powoli kajdanki i wrocławscy prokuratorzy, którym furgon więzienny zwozi "działaczy piłkarskich" z całej Polski. Teatr publiczny nosi na sobie piętno korupcji, zgorszenia publicznego - i nie zmieniło tego obrazu objęcie posad rządowych oraz prezydenckich przez "sanatorów" z ugrupowania PiS, choć nie można im zarzucać chęci zamiatania brudów pod dywan. Wśród opozycji, jakiej przewodzi Platforma Obywatelska też jest fatalnie, bo oto okazuje się, że zapowiadająca "fachowe rządy" w Warszawie pani prezydent Gronkiewicz-Waltz nie umie ściągnąć do swojej ekipy ludzi, którzy umieliby po prostu pilnować terminów urzędowych. Mamy chaos w stolicy
spowodowany nieudolnością "kompetentnych urzędników". Co zadziwiające - z badań sondażowych wynika, że mimo tego warszawiacy ponownie daliby ster rządów w ratusz tej samej kandydatce PO. Ławka rezerwowa wśród działaczy PiS jest cały czas wyjątkowo krótka, z tego powodu zapewne spotkali się po raz pierwszy od długiego czasu liderzy PO i PiS Donald Tusk i Jarosław Kaczyński...

Nagranie trwa prawie 13 minut i jest dostępne w Sieci do 11 II 2007 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




Czy jest kryzys przywództwa w państwie polskim i Kościele katolickim w Polsce? - część I relacji z konferencji Unii Polityki Realnej z 25 stycznia 2007 w Warszawie Wysłane piątek, 26, stycznia 2007 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |







Czy jest kryzys przywództwa w państwie polskim i Kościele katolickim w Polsce? - część I relacji z konferencji Unii Polityki Realnej z 25 stycznia 2007 w Warszawie
Wysłane piątek, 26, stycznia 2007 przez Krzysztof Pawlak

25 stycznia odbyła sie w Warszawie konferencja Unii Polityki Realnej pt. "Czy jest kryzys przywództwa w państwie polskim i Kościele katolickim?".

Przedstawiamy Państwu zapis notacyjny I części tej konferencji, która miała miejsce w lokalu Stronnictwa Demokratycznego przy ul. Chmielnej. Ze względu na obfitość zapisu odstępujemy od zwyczajowego wyszczególnienia najważniejszych wątków zabierających głos prelegentów, którymi ze strony UPR byli pp. Janusz Korwin-Mikke i Stanisław Michalkiewicz.
Części druga - znajdująca się jeszcze w tej chwili w procesie obróbki technicznej - jest zapisem intensywnej dyskusji, jaka miała miejsce pomiędzy przedstawicielami UPR a szczelnie wypełniającą salę publicznością. Do zapoznania się z nią zapraszamy Państwa w późniejszym, choć bliskim oczywiście, terminie.

Nagranie trwa prawie 54 (!) minut (waży 189 MB) i jest dostępne w Sieci do 9 II 2007 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




Odległy koniec "Polski Kiszczaka i Michnika" - prof. Jerzy Przystawa Wysłane piątek, 26, stycznia 2007 przez Krzysztof Pawlak

Sposób, w jaki nasi prawodawcy dziobnęli nosem w ścianę przy okazji oświadczeń majątkowych, w całej pełni odsłonił niekompetencję, ignorancję i brak kwalifikacji moralnych naszych elit politycznych. Nieustanna selekcja negatywna, której instrumentem podstawowym jest tzw. proporcjonalna ordynacja wyborcza do Sejmu, doprowadziła do sytuacji, kiedy wydaje się, że niżej już zejść nie można.

Zarzut niekompetencji i ignorancji uzasadnia samo to, co dzieje się w związku z nieustannie manipulowanymi, poprawianymi, zmienianymi procedurami wyborczymi, zarówno do Izby Niższej, jak i do samorządu terytorialnego. Na miłość boską: jak długo można się godzić na majstrowania przy ordynacji wyborczej przy każdych kolejnych wyborach, a także i pomiędzy nimi? Jak może być państwem prawa kraj, w którym podstawowe prawo - prawo wyborcze - nie funkcjonuje dłużej niż jedną kadencję parlamentarną? Prawo, jak żadna inna dziedzina wśród tzw. nauk społecznych, domaga się konsekwencji i LOGIKI, więc te przymioty przyświecać muszą w pierwszym rzędzie prawodawcom, podczas gdy partyjny system wyborczy premiuje przede wszystkim usłużność i dyspozycyjność. "Nie myśl - od tego jest Wódz. A jeśli masz pecha i myślisz - to nie mów. Twoim obowiązkiem jest głosować zgodnie z linią partii, a gdy cię przypadkiem zapytają, co myślisz, a nie pamiętasz instrukcji - musisz natychmiast znaleźć jakieś uzasadnienie i dać odpór. Jeśli palniesz jakieś głupstwo, to swoi zawsze cię jakoś wybronią, ale najlepiej kontakty z dziennikarzami zostaw ludziom do tego wyznaczonym". Nawet wobec tak oczywistej głupoty, jaką stanowi zapis o oświadczeniach majątkowych, dyskusja polityków momentalnie sprowadziła się do leninowskiego "kto - kogo?". Zamiast poważnej refleksji nad stanem państwa mamy kolejną międzypartyjną walkę na cepy i kłonice, podczas której u jednych celem najwyższym jest "państwo prawa", u drugich troska o "pieniądze publiczne i dobro obywateli".
Ten amatorski teatr niedouczonych aktorów trwa nieprzerwanie od 17 lat. Obsady kolejnych spektakli nieco się zmieniają, lecz "skład podstawowy" praktycznie pozostaje stały. Dochodzą tylko nowe elementy scenariusza, aby widownia miała trochę uciechy. W ostatnich tygodniach farsa przybrała formę dramatu, którego kulminacją był niedoszły ingres metropolity warszawskiego. Ta pełna nieoczekiwanych finezji odsłona sprowokowała Macieja Rybińskiego, aby uderzył w wielki dzwoni i ogłosił w „Dzienniku” "Koniec Polski Kiszczaka i Michnika". Zawrzały z oburzenia czołowe pióra salonu „Gazety Wyborczej” i okolic. Wychłostał ich, jak należy, Rybiński w artykule "Don Kichotowie antylustracji": "Jesteście błędnymi rycerzami błędnej idei - projekt Polski opartej na niepamięci o totalitaryzmie i jego skutkach dla poszczególnych ludzi nie może zostać zrealizowany"...
Nie wiem, jak Maciej Rybiński, ale ja byłem tutaj cały czas i doskonale pamiętam. Na temat totalitaryzmu i jego skutkach dla Polski wiem praktycznie wszystko. Interesuje mnie taki projekt Polski, w której uczyć dzieci będą dobrzy nauczyciele dumni ze swego kraju i swojej polskości. Moje dzieci już do takich szkół nie pójdą, ale marzy mi się, żeby taką szansę miały chociaż moje wnuki. Aby wykształcone w takich szkołach - nie musiały szukać pracy i szczęścia na brukach Londynu czy Nowego Jorku. Polska Kiszczaka i Michnika wygoniła miliony naszych dzieci na obczyznę. Nie przyciągnie ich z powrotem lektura podań, jakie Ryszard Kapuściński czy Wisława Szymborska pisali do "partii", kiedy sami poszukiwali sposobu na życie. Ani ujawnienie agenturalnej przeszłości tego czy innego autorytetu salonowego. W Polsce Kiszczaka i Michnika historycy stali się politykami, a politycy zaczęli pisać historię. Politycy to ostatni ludzie, którym w tym miejscu powinniśmy wierzyć. Wprawdzie Winston Churchill otrzymał Nagrodę Nobla z literatury, ale do jego relacji historycznej mamy poważne zastrzeżenia. W Polsce Kiszczaka i Michnika politycy, nawet ministrowie i premierzy, uzyskują stopnie i tytuły naukowe i posady w szkołach, gdzie kształcą się kadry, jakie mają wychowywać moich wnuków. To bardzo kiepski projekt, złowróżbny i złowrogi dla przyszłych pokoleń.
Koniec Polski Kiszczaka i Michnika nastąpi wtedy, gdy zerwana zostanie pępowina, która łączy tych obu "Ludzi Honoru", a nas wszystkich - z PRL. Tą pępowiną nie jest teczka, w której zapisano, że generał Kiszczak to wyższe rangą wcielenie pułkownika Kuklińskiego, ani ta, z której dowiemy się, że Adam Michnik to dziecko generała Sierowa z nieprawego łoża. Nam bardziej potrzebna jest wiedza o tym węźle gordyjskim, który splątał umysły inteligentów polskich do tego stopnia, że nie są już w stanie odróżnić wroga od przyjaciela ani dostrzec wadliwej konstrukcji ustrojowej, jaką nam ci szlachetni ludzie postawili.
Wielki socjolog i filozof hiszpański Jose Ortega y Gasset, w swojej słynnej książce "Bunt mas" powiedział nam:
"Zdrowie demokracji, każdego typu i każdego stopnia, zależy od jednego drobnego szczegółu technicznego, a mianowicie: procedury wyborczej. Cała reszta to sprawy drugorzędne. Jeśli system wyborów działa skutecznie, jeśli dostosowuje się do wymogów rzeczywistości, to wszystko jest w porządku, natomiast jeśli tego nie robi, to demokracja zaczyna się walić, chociażby cała reszta działała bez zarzutu... Instytucje demokratyczne nie oparte na autentycznych wyborach są niczym".
To samo powiedzieli nam wielcy Polacy ubiegłego wieku: Jerzy Giedroyc, Gustaw Herling-Grudziński czy Jan Nowak-Jeziorański. Ten ostatni zostawił nam wprost testament, w którym napisał "najpierw jednomandatowe okręgi wyborcze". Polska Kiszczaka i Michnika wypisała nazwiska tych ludzi na swoich sztandarach, ale bynajmniej nie w intencji realizowania ich zaleceń.
Wszyscy widzimy, i z wyborów na wybory coraz jaśniej, że system wyborów nie działa skutecznie, nie dostosowuje się do wymogów rzeczywistości, nie buduje nam zdrowego, normalnego państwa. Przeciwnie, codziennie obserwujemy jak walą się autorytety, jak wali się system edukacyjny, jak rośnie dług narodowy, jak Polska staje się pośmiewiskiem innych narodów, jak młodzi Polacy marzą tylko o tym, żeby się stąd jak najprędzej wyrwać.
W Polsce Kiszczaka i Michnika pełno jest ludzi utytułowanych, znających obce języki i obce kraje, autorytetów i ekspertów. W Polsce Kiszczaka i Michnika pełno jest wolnych mediów, błyskotliwych dziennikarzy i komentatorów. Toczą się debaty przy "otwartych" mikrofonach i kamerach. Programy "A dobro Polski?", "Co z tą Polską?", "Warto rozmawiać" i wszelkie "Toki FM". Prowadzą je asy dziennikarstwa, wszyscy bez wyjątku laureaci nagród. W tych wszystkich "tokach", "forach" i "debatach" nie ma śladu tego fundamentalnego problemu ustrojowego, o jakim pisze Ortega y Gasset. Wolna i niepodległa inteligencja polska oddała te najważniejsze sprawy w pacht parlamentarnym nieukom, aby robili z nimi, co im się żywnie podoba. Dopiero, gdy przypadkiem dziobną nosem w ścianę głupoty, wtedy polscy intelektualiści, analitycy i komentatorzy wymieniają między sobą sygnały porozumiewawcze i mrugają do publiczności. I to jest mniej więcej tyle, na co ich stać.
"O, Polsko, póki Ty duszę anielską, będziesz więziła w czerepie rubasznym…" - pisał Słowacki.
Koniec Polski Kiszczaka i Michnika nastąpi dopiero wtedy, gdy rozbijemy ten czerep rubaszny, gdy najważniejsze sprawy ustrojowe i państwowe znajdą swoje miejsce w debacie publicznej, kiedy zostanie usunięta ta najpoważniejsza konstrukcyjna wada ustrojowa, jaką jest zła, korupcjogenna, konfliktogenna, degradująca nasze życie publiczne procedura wyborcza.
Nie wcześniej.

Wrocław, 26 stycznia 2007

  • Prof. Jerzy Przystawa był w kadencji 1990 - 1998 radnym rady miejskiej Wrocławia, startował w wyborach do Senatu Rzeczypospolitej Polskiej przeprowadzonych w dniu 21 września 1997 r.
    Od kilkunastu lat jest jednym z liderów Ruchu Obywatelskiego na rzecz JOW.

    Publicystyka prof. Jerzego Przystawy na ASME.


    Witryna ASME Antysocjalistycznego Mazowsza jest najstarszym serwisem w Sieci - oprócz witryny tematycznej JOW - propagującym ideę JOW

    Dlaczego już mało kto chce wierzyć w spiskową teorię dziejów? - Janusz Korwin-Mikke o rozterkach zmęczonych kolejnymi przewerbowaniami agentów Wysłane środa, 24, stycznia 2007 przez Krzysztof Pawlak

    | Pobierz |







    Dlaczego już mało kto chce wierzyć w spiskową teorię dziejów? - Janusz Korwin-Mikke o rozterkach zmęczonych kolejnymi przewerbowaniami agentów
    Wysłane środa, 24, stycznia 2007 przez Krzysztof Pawlak

    "Jest takie pojęcie, które używane jest jako wytrych - mianowicie »spiskowa teoria dziejów«. Jest wielu ludzi, którzy kiedy coś się się podoba, mówią wtedy, że to »spiskowa teoria« i mogą już odłożyć to na półkę. Jak wiadomo - jednym z największych sukcesów diabła jest wmówienie ludziom, że on nie istnieje. Otóż można powiedzieć, że i spiskowcy osiągnęli pewien sukces, a sprawa jest bardziej skomplikowana. Oto przed paroma dniami BBC nadało program, w którym wyemitowali wypowiedź pana Litwinienki, w której miał on powiedzieć, że włoski premier Romano Prodi był/jest agentem wywiadu sowieckiego, a może i rosyjskiego. Oczywiście można w to nie wierzyć" - Janusz Korwin-Mikke rozważa w swym TV felietonie zadziwiające możliwości alternatywnej, choć i prawdopodobnej historii dziejów.

    Spiski jednak naprawdę istnieją - pamiętamy choćby słynny "spisek prochowy" w W. Brytanii. A gdyby tak założyć, że tow. Gorbaczow był agentem wywiadu amerykańskiego? Wtedy sposób odbiór przyczyn upadku Sowietów byłby inny. JKM sam wspomina, że po tym, jak wyszedł kiedyś z więzienia w PRL, zgłosił się do niego uprzejmy pracownik amerykańskiej ambasady, by porozmawiać "przy kawie"...
    Wspomnieć trzeba też prezydenta Clintona, który uciekł przed służbą wojskową do Anglii, gdzie studiował i był członkiem towarzystwa przyjaźni brytyjsko-sowieckiej. A przecież z pewnością służby specjalne moskiewskiej ambasady miały duże baczenie na takie środowisko. Istniała też sprawa pana Talbotta, który prawie na pewno był agentem sowieckim, jednocześnie pracując w amerykańskiej administracji - Clinton odsunął go dopiero, kiedy zaczęło być zbyt głośno o jego agresywnie prosowieckiej postawie. Już Mistrz Stanisław Lem opisywał w podstawowej dla analizy wywiadów książce "Pamiętnik znaleziony w wannie" duplety, tryplety, a nawet kwadruplety - czyli wielokrotnie przewerbowanych agentów. Czy można więc wyobrazić sobie sytuację, kiedy prezydentem Stanów Zjednoczonych jest agent rosyjski, a Rosji - amerykański? Teraz nie prowadzi się już wojen w sposób "gorący", przekupuje się po prostu polityków - jest to tańsza forma prowadzenia działań zbrojnych. Kiedy ostatni raz Państwo słyszeli o skazaniu szpiega na podstawowy niegdyś wymiar kary - karę śmierci...?

    Nagranie trwa prawie 8 minut i jest dostępne w Sieci do 6 II 2007 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




    Sybille demokratyczne - Krzysztof Mazur Wysłane wtorek, 23, stycznia 2007 przez Krzysztof Pawlak

    Apokryficzne Księgi Sybillińskie przestrzegały, że nadejdą czasy, gdy "...świat ręką niewiasty rządzony we wszystkim stanie się jej posłuszny...". Amerykanie mają już kobietę-liderkę w Kongresie, a jak można było ostatnio usłyszeć, do wyścigu o Biały Dom zgłosiła się Hilary Clinton i nie jest powiedziane, że w razie jej nominacji republikańscy przeciwnicy nie wystawią Condolizzy. Niemcy mają już panią kanclerz, również we Francji coraz głośniej o damskiej pretendentce do prezydentury. Dlaczego my mielibyśmy być gorsi, stąd pewnie większość Warszawiaków nie czekając na dalszy zapewne geometryczny postęp Partii Kobiet i ewolucję Nelly Rokitowej wybrała na prezydencki urząd panią Hannę Gronkiewicz-Waltz, w końcu lepsze to niż nic? Niestety nawet ten wpisujący się w najnowsze światowe trendy wyraz demokratycznej woli ludu został zakwestionowany na skutek - jakby to ujął Tomasz H. Huxley - małego "złośliwego, wstrętnego fakciku" wynikającego z niepozornego prawnego kruczka.

    "Dura lex, sed lex" - taką sentencją premier Kaczyński spuentował w wywiadzie dla radiowej "Jedynki" możliwe rozwiązanie sprawy tych wójtów, burmistrzów i prezydentów miast, którzy nie złożyli w ustawowym terminie wymaganych oświadczeń majątkowych. Ale w tym samym wywiadzie premier zasugerował również, że nie jest zwolennikiem rozpisywania kolejnych wyborów uzupełniających, stąd jeżeli prawnicy - jak się wyraził - znajdą jakieś satysfakcjonujące wyjście z tego problemu, zgodne z regułami "demokratycznego państwa prawa", to nowe wybory nie będą potrzebne. Niedawno w jednym ze swoich artykułów zatytułowanym "Demokratyczne państwo interpretacji prawa", omawiałem różne i oczywiście całkowicie rozbieżne opinie "wybitnych" prawników nt. tego, co mamy rozumieć pod pojęciem wyborów proporcjonalnych. Jak więc widać, owa demokracja interpretacyjna nie tylko nie jest hamowana, ale wprost przeciwnie - urasta do rangi niepisanej normy konstytucyjnej, bo jak inaczej rozumieć publiczne oświadczenie pierwszego ministra, że nie tyle ważna jest litera i duch prawa, ale jego interpretacja dokonana pod kątem konkretnego zamówienia?
    Ten toczący się spór o warszawski ratusz - gdyż głównie o to chodzi i to budzi największe emocje - jest kolejnym przejawem politycznej tragifarsy i żadna ze stron nie wychodzi z niego wygrana. Nie ulega wątpliwości, że Hanna Gronkiewicz-Waltz może być w świetle prawa pozbawiona urzędu, gdyż oświadczenie majątkowe jej męża wpłynęło po wymaganym przepisami terminie. Na jej przykładzie potwierdza się zresztą stare powiedzenie, powtarzane w kręgach doświadczonych żon, że mężem i dziećmi to się raczej pochwalić w towarzystwie nie można. Ale widocznie pani Gronkiewicz-Waltz za dużo czasu przebywa w towarzystwie kobiet wyzwolonych i eleganckich kolegów z klubu PO, i tym samym nie miał jej kto owej maksymy przypominać. Tłumaczenia prezydentowej "w zawieszeniu" są dodatkowo tym śmieszniejsze, że przecież owo feralne dla niej prawo było chyba uchwalane w obecnym sejmie, w którym zasiadała do niedawna również pani Waltzowa i nawet jak głosowała przeciw, to mimo wszystko powinna wiedzieć, przeciw czemu głosowała i że to przeciw czemu głosowała zostało jednak uchwalone.
    Drugą sprawą są rzeczywiście kretyńskie normy prawne, uchwalone w omawianych przepisach, gdyż jak wytłumaczyć, że sam radny, wójt lub prezydent ma dłuższy termin na złożenie stosownego oświadczenia niż jego małżonek, pomijając oczywiście fakt wyjątkowo krótkich terminów składania oświadczeń, jak i natychmiastowe sankcje w postaci utraty mandatu. Wydaje się, że w owych przepisach chodziło nie tyle o pozbawianie radnych, wójtów etc., mandatów, ale o złożenie przez nich stosownych oświadczeń i ich wyegzekwowanie. Powstaje jednakże pytanie, co nastąpiłoby w przypadku, gdyby dajmy na to jakiś burmistrz złożył w terminie wymagane oświadczenie i na podstawie owego oświadczenia możliwym byłoby udowodnienie owemu dygnitarzowi, dajmy na to, jakiegoś przekrętu. Otóż burmistrz mógłby nawet powędrować za kratki, jak to miało już wielokrotnie miejsce w różnych krajowych samorządach, ale wcale nie pozbawiałoby go demokratycznie zdobytej funkcji. Po prostu taki wójt lub burmistrz idąc śladem swoich niesławnych poprzedników - rządziłby urzędem z więziennej celi. Jak więc widać, nasi demokratycznie wybrani kretyni potrafili wypichcić przepisy pozbawiające kogoś urzędu z powodu jednodniowego opóźnienia w złożeniu oświadczenia majątkowego, ale nie potrafili zdobyć się na takie zmiany w ordynacji, które uniemożliwiałyby wybieranie na publiczne urzędy osób skazanych prawomocnym wyrokiem. Dlatego nie miał racji premier Kaczyński puentujący swoją wypowiedź jak to zostało przywołane na wstępie, gdyż dla opisywanego przypadku bardziej adekwatne było "stulta lex, sed lex", czyli "głupie prawo, ale prawo", bo faktycznie: jakie tam ono twarde, nie mówiąc już o sprawiedliwości! Swoją drogą PiS-owcy mają zapewne też niemały zgryz, gdyż powtórzenie wyborów w Warszawie i prawdopodobna powtórna wygrana "Bufetowej" mogłaby mocno nadwerężyć reputację partii i spowodować całkiem uzasadnione kpiny z rządu i jej liderów. Dlatego też jestem gotów założyć, że owi tajemniczy "prawnicy" (o ile wiadomo, premier jest też prawnikiem, a nawet doktorem prawa, a prezydent nawet profesorem), o których wspominał Kaczyński, znajdą jakąś interpretację utrzymaną w duchu "demokratycznego państwa prawa" i powtórzonych wyborów nie będzie. W ten sposób rządzący wyjdą z tego zamieszania nie tylko "z twarzą", ale nawet zyskają trochę punktów, gdyż mimowolnie powstanie wrażenie, że Hanna Gronkiewicz-Waltz otrzyma prezydencki fotel praktycznie wyłącznie dzięki łaskawości braci Kaczyńskich. Czy jeszcze przed dwoma miesiącami ktoś mógłby przewidzieć taki obrót sprawy i czy nie świadczy to przypadkiem, że nasilenie dziwnych i trudno wytłumaczalnych zjawisk, o których mówią m.in. Księgi Sybillińskie - jest jakby coraz większe?

    Krzysztof Mazur

    Publicystyka Krzysztofa Mazura na ASME


    Nowy prezes NBP powinien dbać o rozwój konkurencji na rynku finansowym, bo obywatele mogą głosować "palcami", wybierając coraz powszechniejsze "prywatne" waluty - Andrzej Sadowski, prezydenta Centrum im. Adama Smitha o sytuacji w sektorze bankowym po nominacji delegata rządzącego ugrupowania PiS na szefa NBP Wysłane wtorek, 23, stycznia 2007 przez Krzysztof Pawlak

    | pobierz |