lutego 7, 2007 - lutego 16, 2007

DOWÓDCY ODDZIAŁÓW ARMII KRAJOWEJ "PONURY" I "ŻMUDZIN" - TADEUSZ M. PŁUŻAŃSKI Wysłane piątek, 16, lutego 2007 przez Krzysztof Pawlak

Jan Piwnik i Bolesław Kontrym - dwóch oficerów przedwojennej Policji Państwowej a zarazem przyjaciół, dwóch legendarnych - choć wyjątkowo znienawidzonych przez komunistów i opluwanych przez lata PRL-u - dowódców, dwóch majorów. Pamięć o nich przywracają dwie pierwsze książki z cyklu: "Dowódcy Oddziałów Armii Krajowej", wydawanej - w ramach Biblioteki Armii Krajowej - przez Światowy Związek Żołnierzy Armii Krajowej i Oficynę Wydawniczą RYTM, pod patronatem Ministerstwa Obrony Narodowej.

"Ponury" i "Żmudzin" - obaj wyjątkowo prawi, bezkompromisowi (ich odwaga często graniczyła z ogromnym ryzykiem), zawsze z największym poświęceniem gotowi służyć Polsce. Dowodem ich bohaterstwa są przyznane im odznaczenia - Virtuti Militari i Krzyże Walecznych. Obaj są symbolem pokolenia II RP, które oddało życie za Ojczyznę. Obaj powinni być wzorem dla przyszłych pokoleń, na co mają również nadzieję twórcy nowej serii wydawniczej.
Jan Piwnik (rocznik 1912) i Bolesław Kontrym (rocznik 1898) byli żołnierzami Września 1939 r. Po przedostaniu się na Zachód, wrócili do okupowanej Polski. "Ponurego" - jako pierwszego cichociemnego - zrzucono na początku listopada 1941 r. (kilka miesięcy później w kraju wylądował "Żmudzin"). Został komendantem Kedywu Okręgu Radomsko-Kieleckiego AK i Świętokrzyskich Zgrupowań Partyzanckich. Jego żołnierze, prócz akcji dywersyjnych, likwidowali konfidentów i szpicli.
Bolesław Kontrym też wykonywał wyroki wojskowych i cywilnych sądów specjalnych Polskiego Państwa Podziemnego, jako szef specjalnego oddziału bojowego "Sztafeta - Podkowa" chroniącej Delegaturę Rządu, jak również współtwórca specjalnej komórki "Start".
Łączy ich również wspólna służba w "Wachlarzu" - Wydzielonej Organizacji Dywersyjnej Armii Krajowej. Kiedy "Żmudzin", po zrzuceniu do Polski 2 września 1942 r. został jednym z dowódców "Wachlarza", opracował - na polecenie Komendanta Głównego Armii Krajowej, gen. Stefana Roweckiego "Grota" - plan odbicia więźniów w Pińsku. Przeprowadzoną 18 stycznia 1943 r., brawurową akcją dowodził właśnie "Ponury", od wiosny 1942 r. dowódca II odcinka "Wachlarza" (obejmował tereny od Równego do Kijowa i od Sarn do Berdyczowa).
Wrogiem dla obu byli komuniści. Bolesław Kontrym jako przedwojenny policjant zwalczał ich agenturę, która na kresach II Rzeczpospolitej była szczególnie rozbudowana i niebezpieczna. Właśnie za tę działalność został po wojnie zamordowany.
Wiosną 1944 r. Jan Piwnik wydał odezwę do sowieckich partyzantów, przebywających w obwodzie Szczuczyn: "W związku z tym, iż wasza działalność nie odpowiada interesom narodu polskiego i państwa polskiego, rozkazuję zaprzestać jej. Daję termin do 1 czerwca 1944 roku, do tego czasu rozkazuję: albo zlikwidować partyzanckie grupy agenturalne i przejść za Niemen na służbę band żydowsko-bolszewickich; albo przejść na stronę polskich oddziałów partyzanckich dla wspólnej walki przeciwko żydowsko-bolszewickim i niemieckim bandytom. Przechodzić mogą [wszystkie] osoby niezależnie od pochodzenia narodowościowego i wyznania. W wypadku niewykonania mego rozkazu do wyznaczonego terminu, bandy zostaną zniszczone, a wzięci do niewoli postawieni przed sądem".
Walcząc w Powstaniu Warszawskim, "Żmudzin" został czterokrotnie ranny. 4 sierpnia 1944 r. dowodził czwartym - odpartym przez Niemców - atakiem na Pastę, zdobytą ostatecznie 20 sierpnia 1944 r. przez Batalion AK "Kiliński".
"Ponury" w Powstaniu Warszawskim nie mógł już wziąć udziału. Zginął 16 czerwca 1944 r., po przeniesieniu przez Komendę Główną AK na Nowogródczyznę, jako dowódca VII batalionu 77. lidzkiego pp AK, w czasie zdobywania niemieckich umocnień pod Jewłaszami. W gruncie rzeczy miał "szczęście" - poległ od niemieckiej kuli, a nie w wyniku komunistycznych tortur. Trzy tygodnie później na te tereny weszła Armia Czerwona.
Sowieci i ich polscy sługusi nie oszczędzili natomiast Bolesława Kontryma. Po powrocie do Polski w czerwcu 1947 r. (jego syn Władysław Kontrym relacjonował po latach słowa ojca, że "żadna emigracja nie budowała Polski i miejscem naszym jest Ojczyzna"), aresztowany przez UB 13 października 1948 r. Po czterech latach ciężkiego śledztwa, którego szczegółów do dziś nie znamy, wyrokiem Sądu Wojewódzkiego dla m.st. Warszawy z 26 czerwca 1952 r. został skazany na karę śmierci. 2 lub 20 stycznia 1953 r. stracony. Pochowany potajemnie w nieznanym miejscu. Do końca życia zachował godną postawę, do winy się nie przyznał, nikogo nie wydał. W uzasadnieniu wyroku rehabilitacyjnego w 1957 r. sąd stwierdził, że Bolesław Kontrym "dzielnie, mężnie walczył z okupantem i był jednym z najodważniejszych członków Armii Krajowej".
W ludowej Polsce obowiązkową lekturą szkolną na lekcjach języka polskiego była książka Janiny Broniewskiej "Z notatnika korespondenta wojennego", z której dzieci dowiadywały się, że Jan Piwnik był zdrajcą, współpracował z gestapo i mordował PPR-owców. Legenda prawdziwego "Ponurego" - bohaterskiego dowódcy - jednak przetrwała, szczególnie w rodzinnych Górach Świętokrzyskich. W czerwcu 1988 r., po wieloletniej walce rodziny z władzami Białorusi (na terenie której znalazły się po wojnie Jewłasze) i Polski - jego zwłoki zostały ekshumowane i pochowane w krypcie Klasztoru O.O. Cystersów w Wąchocku.
Pamięć o "Żmudzinie" też zaczęła być przywracana dopiero w wolnej Polsce. 23 września 2005 r. jego imię nadano skwerowi w centrum Warszawy - w rejonie ulic Zielnej i Świętokrzyskiej, nieopodal Pasty, dawnej powstańczej reduty, a obecnie siedziby Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej.

Tadeusz M. Płużański

Publicystyka Tadeusza M. Płużańskiego na ASME.


Jawna części Raportu weryfikacyjnego nt. WSI - jest już dostępna! Wysłane piątek, 16, lutego 2007 przez Krzysztof Pawlak

Prezentujemy Państwu raport weryfikacyjny komisji likwidacyjnej Wojskowych Służb Informacyjnych (jego część jawną, oczywiście) - plik podajemy za witryną Kancelarii Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej

Raport z weryfikacji Wojskowych Służb Informacyjnych liczy 374 strony. Został podzielony na 12 rozdziałów z podsumowaniem. Tekst, pod którym jest podpisany przewodniczący komisji likwidacyjnej WSI Antoni Macierewicz, liczy 163 strony

Plik do pobrania z naszego Archiwum.


Nie staram się być alfą i omegą, przedstawiam swoje zdanie na tematy polityczne i argumentację, bo to należy do mojego zawodu publicysty - Rafał Ziemkiewicz o swojej działalności publicznej na wielu polach Wysłane czwartek, 15, lutego 2007 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |








Nie staram się być alfą i omegą, przedstawiam swoje zdanie na tematy polityczne i argumentację, bo to należy do mojego zawodu publicysty - Rafał Ziemkiewicz o swojej działalności publicznej na wielu polach
Wysłane czwartek, 15, lutego 2007 przez Krzysztof Pawlak

Oddział Stołeczny UNII POLITYKI REALNEJ przygotował wczoraj, 14.02.2007 r., spotkanie w cyklu cotygodniowych, środowych zebrań środowiska UPR z ludźmi wartymi popularyzacji przez UPR - tym razem ze znanym pisarzem i publicystą prawicowym Rafałem Ziemkiewiczem. Przedstawiamy Państwu zapis notacyjny z tego spotkania.

Redaktor Ziemkiewicz nie przygotował żadnego referatu na te spotkanie, dlatego odpowiadał na pytania zgromadzonych w sali - m.in. o wynik procesu wytoczonego Mu przez tow. trockistę, redaktora Adama Michnika, o genezę Jego ostatniej książki "Michnikowszczyzna", która ma korzenie właśnie w przygotowaniu się do procesu, o jego stosunek do żądań międzynarodowego środowiska żydowskiego w stosunku do państwa polskiego - także w ramach sprawy niemieckiej masakry w Jedwabnem i bajkopisarstwa na ten temat Jana Tomasz Grossa, o pomyśle kapitalistycznej krucjaty mającej dać rozwiązanie problemu starcia cywilizacyjnego chrześcijańsko-muzułmańskiego, o pracę dla koncernu AGORA w radiu Tok FM, o swój stosunek do Radia Maryja i polityce medialnej prowadzonej przez Jego założyciela i potężnego właściciela koncernu medialnego - o. Tadeusza Rydzyka, o zakończoną niedawno współpracę w telewizję publiczną w ramach prowadzenia do niedawna programu "Ring"...

Nagranie trwa ponad 1 godz. 26 minut (waży ponad 307 MB!) i jest dostępne w Sieci do 1 III 2007 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




Marksistowska zaprawa dla sprzedaży pornograficznej książki? Wysłane środa, 14, lutego 2007 przez Krzysztof Pawlak

Czy ugrupowanie Populizm i Socjalizm jest partią lewicową? To jest pytanie retoryczne dla konserwatywnych liberałów, choć merdia tzw. głównego nurtu uparcie odmawiają przyznania mu takiej etykietki, chwiejnie opisując go w szerokich granicach mętnej definicji centrowo-prawicowej formacji.

I gdyby popatrzeć na nieustannie dokonujące się zmiany na teatralnej scenie politykierskiej naszego "regionu UE", to można rzeczywiście mieć wątpliwości dla zaliczenia PiS do grupy partii lewicowych, choć z potężnym, pozytywnym - bo wreszcie autentycznym - ładunkiem wsparcia idei narodowej: "naszych" ugrupowań lewicowo-narodowych, do których dawno już doszlusowała np. Liga Polskich Rodzin. No bo jak można doszukiwać się sztandarów lewactwa wśród obozu, który wspiera, a może nawet warto napisać - kreuje inne, bez wątpienia lewackie inicjatywy, mające swoich inicjatorów w zagranicznych, nowo modnych tendencjach wyrosłych z marksizmu kulturowego, wyhodowanego po klęsce marksizmu właściwego, na zachodnich uniwersytetach?
W założonej na wniosek Służby Bezpieczeństwa w latach 60. ub. wieku państwowej stacji radiowej "Trujka" (specjalnie...), w której jady lewicowe sączone są na znacznie wyższym, bo inteligentniejszym poziomie od topornych rozgłośni propagandowych pokroju redakcji radiowych pozostających w posiadania koncernu AGORA, odbyła się w dniu dzisiejszym (14.02.2007) pogadanka pod nadzorem redaktora Strzyczkowskiego w jego autorskim programie "Za i przeciw" nad sensem i celem istnienia świeżo powołanej przez lokalne, polskie feminazistki Partii Kobiet. Ponad roczny okres działania u steru państwowej administracji ugrupowania PiS wydał swoje owoce, walnie przyczyniając się do przygotowania, spulchnienia gleby pod taki żyzny zasiew. Czy można więc być całkowicie pewnym lewicowości partii, która doprowadza do szybkiego wzrostu konkurencji, konkurencji wysoce agresywnej i choć mającej raczej nikłe szanse zakiełkowania w innych "sprzyjających okolicznościach przyrody", to jednak stanowiącej widomy ślad zapotrzebowania na "nowoczesną lewicę" sprzyjającą wszelkim dewiacjom, które stanowią podstawowy element walki politykierskiej na tzw. Zachodzie? W wysoce niereprezentatywnej sondzie, czynionej przy okazji każdej edycji tego programu, wśród jego odbiorców Partia Kobiet uzyskała poparcie w wysokości circa 60%. Do słuchania "Trujki" przyznaje się około 9% odbiorców radiowych, co jest wysokim wynikiem i tak jest oceniane przez odpowiednie tzw. sondażownie wykonujące coroczne pomiary na rzecz zleceniodawców reklamowych. Oznacza to, że skala wpływu prezentowanych tam pomysłów jest istotna, o czym wiedzą odpowiedzialni za program i jego uwarunkowania redaktorzy nadzorujący - ale z całą pewnością także i polityczni - dysponenci Polskiego Radia, którymi są dzisiaj, od już roku, zarządcy z nominacji środowiska PiS. Wspiera więc "NASZA" lewica narodowa (pozytywnie!) konkurencję totalniacko-lewacką? Wspiera. Problem będzie miał tylko "trujkowy" red. Strzyczkowski, który lansowanej przez siebie w duchu poprawności politycznej dokonać będzie musiał być może swoistej kastracji, by sprostać postulatom głoszonym przez PK.
PiS dokłada do pieca swojej naturalnej konkurencji także na innych odcinkach. Oto brukowe dzienniki zachłystują się informacjami z łódzkiego urzędu wojewódzkiego, gdzie po ujawnieniu sprawy molestowania seksualnego (za pomocą wulgarnych i obraźliwych dla adresatek sms-ów wysyłanych przez byłego już dyrektora wydziału UW nastolatka Zbysia Piekarskiego, młodziutkiego czynownika PiS) były już członek tego lewicowego ugrupowania miał stracić pracę w urzędzie. Nie stało się tak jednak, gdyż pan "Muszelka" (jak go tytułują inni urzędnicy z powodu treści jednego z sms-ów) mógł liczyć na pobłażliwość ze strony zwierzchników, choć na podobne traktowanie nie mogła liczyć jedna z zaatakowanych pracownic urzędu - tę zwolniono po nagłośnieniu tej sprawy. Takie zachowanie partyjnych biurokratów wskazuje na chęć dostarczania wyjątkowo korzystnego materiału propagandowego dla środowiska, z którego pączkuje Parta Kobiet. PiS użyźnia dla niej glebę politykierską, jak tylko potrafi, nie sposób więc traktować takiego postępowania inaczej, jak chęć wspierania korzystnego dla siebie, wygodnego sparringpartnera.
Partii marksistowskich działaczek "kulturowych" potrzeba takich nawozów jak powietrza, bo czymże innym mogłyby wypełnić swój aparat propagandowy? Nie chwytają już plastyczne wyobrażenia o podwójnej drugorzędnej cesze płciowej jednej z jej liderek, opisywane przez nią samą w brukowych czytadłach, którymi "szalomik" (szalom salonik...) zachwycał się w latach 90. ub. wieku, a na których została wylansowana w merdiach aspirująca do funkcji polityczki przewodnicząca PK. Potrzebne jest wsparcie o poważniejszej naturze, na przykład ze strony uważanych za "prawicowe" ugrupowań, nadętych w przekaziorach do pozycji głównej partii "IV RP". To dopiero się liczy! Choć - jak to u lewaków naturalne, bo wbrew konsekwencji - paradoksem jest, że urzędniczka została zwolniona przez kobietę-wojewode, czyli... wojewódkę łódzką, ale to już zmartwienie "pijarowskie" tamtej strony.
Partii Kobiet oczywiście życzymy powodzenia - każdy rodzaj kabaretu jest mile witany na deskach polskiej polityki; tym bardziej, że widziany był już pierwszy "członkiń" męskoosobowy wśród działaczek PK - wzorem niezapomnianego jednego z lokalnych przewodniczących Ligi Kobiet w czasach okupacji sowiecko-komunistycznej, co zostało utrwalone przez jednego z dokumentalistów polskich w latach 70. ub. wieku. I nie dajemy wiary złośliwym plotkom warszawskiej ulicy, że tak naprawdę chodzi o wypromowanie kolejnego książczydła autorki opętanej wizją genitalno-freudowsko-genderstudiowską swojej osoby, tak akurat się składa, że będącej liderką PK. Zwłaszcza, że takiej interpretacji merdialnej zadymy wokół kobietonowskiego ugrupowania i powstania PK zdecydowanie i wzniośle dał odpór sam Wydawca wzmiankowanego utworu...

Pozostanie jednak jedno, za to podstawowe pytanie: jak członkinie PK udowodnią swoją kobiecość?

Krzysztof Pawlak

Publicystyka Krzysztofa Pawlaka na ASME


Marcinkiewicz przez Kanał Brytyjski - prof. Jerzy Przystawa Wysłane wtorek, 13, lutego 2007 przez Krzysztof Pawlak

Polityk, jak wiemy, tym się różni od jabłka, że dojrzewa dopiero, kiedy spada, a proces tego dojrzewania mamy okazję obserwować nieomal codziennie, czasem nawet i kilka razy w ciągu jednego dnia. Polska jest krajem niesłychanie urodzajnym, w którym politycy na kamieniu się rodzą, wyrastając dosłownie znikąd. Mamy bataliony ludzi, dla których pierwszą posadą w życiu jest posada dyrektora departamentu, prezydenta miasta, sekretarza stanu czy ministra. W takich warunkach jest rzeczą zrozumiałą, że na dojrzewanie mają mało czasu, a kiedy już pojawią się na tych wyżynach, to w nawale obowiązków państwowej wagi nie tylko czasu, ale i okazji brakuje.

Nie inaczej przedstawia się sprawa z najpopularniejszym polskim politykiem, za jakiego do niedawna uchodził Kazimierz Marcinkiewicz. W swojej publicznej spowiedzi napisał sam o sobie: "Od 16 lat, właściwie bez przerwy kieruję większymi i mniejszymi organizacjami: od szkoły po państwo. Zarządzałem instytucjami zatrudniającymi tysiące pracowników, dysponującymi wielomilionowymi budżetami, posiadającymi ogromne kompetencje i wielką, największą z możliwych odpowiedzialność. Wszędzie mogę mówić o sukcesie. Moja kariera zawodowa jest bogata i dosyć wszechstronna. Co więcej zawsze oparta na pracowitości i oddaniu się temu co robię, oddaniu bez reszty". (http://kmarcinkiewicz.blog.onet.pl - zachowany oryginalny styl pisowni)
Oczywiste jest, że przy takim niesamowitym obciążeniu odpowiedzialnością i pracą trudno dojrzewać, i poszerzać swoje horyzonty polityczne, zrozumienie spraw, do jakiego w normalnych krajach można by dojść podczas nauki szkolnej czy uniwersyteckiej. Dopiero teraz, kiedy Kazimierz Marcinkiewicz podjął nieodwołalną decyzję o porzuceniu polityki, zaczynają do niego docierać prawdy wcześniej niedostrzegalne. Dowody tego dojrzewania znajdujemy w licznych wywiadach, jakich codziennie udziela wszelakim mediom.
W wywiadzie przeprowadzonym przez Roberta Mazurka ("Dziennik" z 10-11.02.2007), zatytułowanym "Marcinkiewicz: Nie założę z Rokitą żadnej partii" wyznaje: "Co mnie skłoniło do odejścia od polityki? Oto mamy w Polsce dwie partie centroprawicowe, programowo bardzo do siebie podobne, których politycy mogliby się często zamienić na partie, bo mają takie same poglądy jak konkurencja. I te dwa stronnictwa zamiast działać razem w koalicji, walczą ze sobą, czasem na śmierć i życie. Przecież to jest całkowicie nienaturalne, nienormalne. Ja się do takiej walki nie nadaję, więc odchodzę z polityki".
Iluminacja, jakiej doznaje nasz były premier, dowodnie świadczy o tym, jak trudno być na szczytach władzy i dostrzegać sprawy całkiem oczywiste. Zjawisko, które jest dzisiaj dla Marcinkiewicza takim bolesnym odkryciem, obserwujemy stale od "pierwszych wolnych wyborów", a więc już od 16 lat: nieodmiennie "partie programowo do siebie podobne... zamiast działać razem w koalicji, walczą ze sobą na śmierć i życie". Jest to stały element naszego życia politycznego, z tym, że nie dotyczy to jedynie - jak zdaje się sądzić Marcinkiewicz - partii "centroprawicowych", ale w takim samym stopniu "centrolewicowych", czy jak tam je zwał. Takie są bowiem nieubłagane skutki systemu wyborczego, który produkuje scentralizowane, wodzowskie partie polityczne, których zasadą konstrukcyjną jest partyjna dyscyplina i pełne podporządkowanie się wodzowi. W takich partiach nie ma miejsca na osobowości polityczne, są to bowiem "partie nowego typu", o jakich dawno temu pisał poeta:

"Mówimy partia - a w domyśle Lenin
Mówimy Lenin - a w domyśle partia..."

Jarosław Kaczyński ma dość zmartwień z niesubordynowanymi warchołami w osobach Andrzeja Leppera i Romana Giertycha, żeby mógł sobie pozwolić na tolerowanie ludzi, którzy wyrastają w jego własnej partii. To dlatego Kazimierz Marcinkiewicz, jak długo tulił uszy po sobie i zawsze miał takie samo zdanie jak Wódz - był znakomity i nadawał się nawet na premiera. Jednakże, gdy tylko te uszy ośmielił się postawić, musiał odejść, tak jak dzisiaj odchodzą Radosław Sikorski czy Ludwik Dorn. W partii wodzowskiej jest miejsce jedynie dla polityków niesamodzielnych i bezbarwnych, jak Anna Fotyga czy Aleksander Szczygło. I podobnie jest w każdej innej partii, zarówno współrządzącej, jak w LPR czy Samoobronie, jak i w opozycyjnych. Dlatego w PO nie ma miejsca jednocześnie dla Tuska i Rokity, tak jak nie mogli być razem w jednej partii Kwaśniewski i Miller itd., itp. W partii Włodzimierza Lenina był prosty sposób usuwania konkurentów, dzięki czemu partia mogła przetrwać tyle dziesięcioleci. Dzisiaj ten sposób jest już niedostępny, konkurenta nie można po prostu wysłać na Kołymę ani zakopać w ogródku. Dzisiaj albo zakłada on konkurencyjną partię, albo się go wysyła, powiedzmy, do Londynu. To jest, rzecz jasna, znacznie przyjemniejsze i na tym polega wyższość systemu wielopartyjnego nad monopartyjnym.

Ta wada konstrukcyjna najpełniej przejawia się w czasie kampanii wyborczej, gdy partie o takich samych - czy podobnych - programach, muszą walczyć o ten sam elektorat i dlatego wycinają się nawzajem bezlitośnie. Fakt ten już dawno zauważyli politolodzy i socjolodzy, opisał to znakomicie w monografii o partiach politycznych Maurice Duvergere, wykazując, że w przypadku wyborów na listy partyjne możliwe są tylko tzw. rządy koalicyjne, bo nie sposób wyłonić partii, która uzyska większość w parlamencie.

Na pytanie Roberta Mazurka czy nie pojawią się teraz nowe partie, Kazimierz Marcinkiewicz odpowiada: "Raczej nie. Ustawa o finansowaniu partii politycznych ustabilizowała scenę polityczną na dłuższy czas, więc zmiany będą zachodzić wewnątrz istniejących partii".

To jest niezmiernie ważna konstatacja. Większość obywateli RP nie ma świadomości, że parlamentarne partie polityczne żerują na nas wszystkich, bo wszyscy - chcemy tego czy nie - musimy je finansować. Oczywiście, tylko te, które znajdują się w parlamencie. To oznacza, że scena parlamentarna została zamknięta, gdyż koszty pokonania progu wyborczego i wejście do Sejmu przekraczają możliwości jakichkolwiek ugrupowań obywateli. Złamana więc została - niejako u samej nasady - fundamentalna zasada demokratycznych wyborów, zapisana w Konstytucji, a mianowicie ich "równość". O jakiej bowiem równości może być mowa, skoro np. Kazimierz Marcinkiewicz, gdyby wpadł na taki szalony pomysł, żeby założyć własny komitet wyborczy - musiałby sam zdobyć wiele milionów na sfinansowanie kampanii wyborczej! Tymczasem PiS, PO, LPR, Samoobrona i PSL otrzymują zarówno dotacje, jak i subwencje z budżetu państwa, a więc kampanię przeprowadzają za pieniądze wszystkich obywateli.

Sześć lat temu, na wiosnę 2001 r., Kazimierz Marcinkiewicz razem z Jarosławem Kaczyńskim, Ludwikiem Dornem i innymi, kiedy nie było całkiem pewne czy uda im się wejść do Sejmu, złożyli w Trybunale Konstytucyjnym skargę, że ordynacja wyborcza łamie konstytucyjne zasady równości i proporcjonalności. Kiedy jednak do Sejmu weszli - natychmiast o swojej skardze zapomnieli, a kiedy Kazimierz Marcinkiewicz został premierem, to już zupełnie nie miał głowy do takich drobiazgów. No, ale drzewo polityki się nieco zatrzęsło i mamy nowe spady. Za jego wielkie usługi wysyłają go na lukratywny urlop, na Wyspy Brytyjskie. Będzie tam miał okazję przyjrzeć się, jak działają partie całkiem odmienne od wspaniałego wzoru "partii nowego typu", partie "wzoru starego i konserwatywnego", jakie tworzy zupełnie inny paradygmat wyborczy: Jednomandatowe Okręgi Wyborcze". Tam też zobaczy, jak mogą istnieć partie polityczne utrzymywane przez ich zwolenników, a nie z budżetu państwa, nie z zagrabiania pieniędzy ludzi, którzy nie chcą z nimi mieć nic wspólnego. Może wtedy wykorzysta możliwości swojego "blogu", aby podzielić się z Rodakami wiedzą na temat tego, jak można się wybierać, w prostym, zrozumiałym, uczciwym konkursie wyborczym, gdzie nikt nie jest prawnie uprzywilejowany, gdzie wszyscy wobec prawa są równi, gdzie każdy może kandydować i gdzie mimo tego powstaje czytelna scena polityczna, z partią rządzącą, która ponosi odpowiedzialność za styl swego rządzenia i nie ma tej odpowiedzialności na kogo zrzucić. Wtedy takie zesłanie przyniesie korzyść nam wszystkim, a Kazimierz Marcinkiewicz będzie mógł do Ojczyzny powrócić w chwale i z pełnym uznaniem.

  • Prof. Jerzy Przystawa był w kadencji 1990 - 1998 radnym rady miejskiej Wrocławia, startował w wyborach do Senatu Rzeczypospolitej Polskiej przeprowadzonych w dniu 21 września 1997 r.
    Od kilkunastu lat jest jednym z liderów Ruchu Obywatelskiego na rzecz JOW.

    Publicystyka prof. Jerzego Przystawy na ASME.


    Witryna ASME Antysocjalistycznego Mazowsza jest najstarszym serwisem w Sieci - oprócz witryny tematycznej JOW - propagującym ideę JOW

    Relacja z wrocławskiego spotkania Ruchu JOW Wysłane wtorek, 13, lutego 2007 przez Krzysztof Pawlak

    W sobotę, 10 lutego 2007, w Gmachu Wydziału Fizyki i Astronomii Uniwersytetu Wrocławskiego odbyło się spotkanie wrocławskich sympatyków Ruchu JOW. W spotkaniu, poza wrocławianami (ok. 40 osób) uczestniczyło kilku woJOWników spoza Wrocławia, m.in. p. Remigiusz Zarzycki z Warszawy, p. Janusz Sanoki z grupą nysan, p. Edward Wóltański z Lubina, p. Jerzy Dereń ze Strzelina.

    Spotkanie miało charakter informacyjno-dyskusyjny. Prowadził je prof. Jerzy Przystawa, który przedstawił sytuację w Ruchu JOW od ostatniej konferencji Ruchu w Sali Kolumnowej Sejmu, w kwietniu 2006 r. Zdaniem Profesora, propozycja JOW znacznie się w ostatnim czasie upowszechniła, dotarła do wielu nowych środowisk, a także - pomimo niechęci rządzącej koalicji - "wcisnęła się" w obieg publiczny w znacznie większym stopniu niż dotychczas. Świadczy o tym debata sejmowa, jaka odbyła się w styczniu tego roku nad projektami uchwał w sprawie ordynacji wyborczej do Sejmu i do samorządów lokalnych oraz fakt, że postulat JOW wszedł do Programu Platformy Obywatelskiej, niedawno przedstawiony przez posła Jana Rokitę, a także szereg innych znamiennych okoliczności. Za bardzo istotne dla dalszej akcji Ruchu uznał wyniki ostatnich wyborów wójtów, burmistrzów i prezydentów miast.

    Względne "uśpienie" woJOWników w ostatnim okresie Profesor przypisał kilku okolicznościom:

    1. Otwartej niechęci Braci Kaczyńskich w stosunku do tego postulatu w połączeniu z nadziejami, jakie wielu sympatyków Ruchu wiązało i wiąże z osobami Prezydenta i Premiera;
    2. Dalszej blokadzie mediów publicznych (ale także i prywatnych) przed dyskutowaniem i otwarciem telewizji, i radia na ten postulat ustrojowy. Blokada ta jest oczywista, jeśli się weźmie pod uwagę fakt, że zarówno Telewizją Polską, jak i Polskim Radiem zarządzają obecnie osoby, które w przeszłości wypowiadały się publicznie z poparciem dla postulatu JOW;
    3. Trzem kampaniom wyborczym, które odciągnęły szereg aktywnych zwolenników JOW od działań wyborczych;
    4. Nieudanej kampanii wyborczej do Senatu, jaką podjęło szereg woJOWników w różnych okręgach;
    5. "Kryzysowi pokoleniowemu" - wielu aktywnych wojowników czuje już ciężar swoich lat, a wciąż brakuje młodych chętnych. Zwrócił uwagę na fakt, że szereg naszych młodych zwolenników wyruszyło "za chlebem" za granice;
    6. Najbardziej jednak dotkliwy jest brak środków, jakie można by wykorzystać na działalność Ruchu. Wypada zachęcić sympatyków Ruchu do większej ofiarności w tym zakresie, przynajmniej do kolportowania wydawnictw Ruchu, co samo w sobie byłoby znaczącą pomocą.

    Po tej prezentacji prowadzący spotkanie poprosił p. Remigiusza Zarzyckiego, aby podzielił się wnioskami, do jakich doszli uczestnicy niedawnego spotkania wojowników warszawskich. P. Zarzycki odczytał list od prof. Andrzeja Czachora. W liście prof. Czachora można znaleźć podsumowanie tamtej narady:

    "Publikacje, konferencje, marsze - to są dobre metody działania, ale nie okazują się wystarczające. Trzeba nam rozszerzać nasz nacisk. Skoro chcemy osiągnąć zmiany legislacji wyborczej, to trzeba budować przyczółek parlamentarny, złożony z naszych ludzi. Nie wystarczy oddziaływanie przez naszych samorządowych sprzymierzeńców. Polecam Waszej uwadze postulat wyborczy ostatniego spotkania - utworzenie co najmniej 21 komitetów wyborczych JOW, uzyskanie czasu antenowego i innych przywilejów wyborczych. Czy nie należy wyłonić na tę okazję partii JOW?".

    W dyskusji zabrali głos: Janusz Sanocki, Tomasz Wójcik, Stanisław Błoński, Ks. Jan Kurdybelski, Edward Wóltański, Michał Mierzejewski, Adam Pleśnar, Kazimierz Helebrant, Jerzy Dereń, Urszula Turkiewicz, Zdzisław Ilski, Adam Maksymowicz, Sławomir Babraj, Remigiusz Zarzycki.

    W trakcie dyskusji zgłoszono szereg propozycji:

    1. Utworzyć partię polityczną na bazie Ruchu (Czachor, Zarzycki).
    2. Wziąć udział w wyborach parlamentarnych poprzez stworzenie własnej listy wyborczej (Czachor, Sanocki).
    3. Znaleźć sposób na stworzenie elementu "korzyści osobistej" w działaniach na rzecz JOW (Sanocki).
    4. Zebrać 100 tysięcy podpisów pod wnioskiem obywatelskim pod propozycją ordynacji wyborczej do Sejmu. Taki projekt jest od dawna gotowy (Wójcik).
    5. Powołać zespoły problemowe dla analizy sytuacji i wypracowania form skutecznego działania (Ilski, Błoński).
    6. Powołać "centrum strategiczne", które opracuje strategię i taktykę działań Ruchu (Babraj).
    7. Zwiększyć aktywność na polu kolportażu wydawnictw Ruchu (Mierzejewski).
    8. Zorganizować demonstracje - akcje uliczne w różnych miastach (Turkiewicz).
    9. Przygotować kolejny "marsz na Warszawę" (Zarzycki,).


    Postulaty te zostały zgłoszone, ale dyskusja nad nimi nie odbyła się, lecz została odłożona z propozycją kontynuowania jej, przede wszystkim na stronie internetowej Ruchu: www.jow.pl


    K. Pelc
    Obywatelski Ruch na rzecz JOW


    Witryna ASME Antysocjalistycznego Mazowsza jest najstarszym serwisem w Sieci - oprócz witryny tematycznej JOW - propagującym ideę JOW


    Głupi czy nieszczery? - Stanisław Michalkiewicz Wysłane wtorek, 13, lutego 2007 przez Krzysztof Pawlak

    Takich mocnych rzeczy się nie zapomina; oto dawny (od 1969 r.) członek Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, stanowiącej nierozerwalne ogniwo światowego ruchu komunistycznego, od 1986 r - I sekretarz Komitetu Wojewódzkiego tej partii w Skierniewicach, a od 1989 roku nawet członek Biura Politycznego Komitetu Centralnego PZPR, potem przewodniczący, niechby nawet "były", Sojuszu Lewicy Demokratycznej oraz aktualny członek władz tej partii, która wchodzi w skład Międzynarodówki Socjalistycznej - w wywiadzie dla "Rzeczpospolitej" powiada m.in. tak: "Ponadstuletni okres rywalizacji między lewicą i prawicą na płaszczyźnie polityki gospodarczej, myśli ekonomicznej, skończył się. Widać wyraźnie, że socjalizm przegrał, a rynek wygrał". Ano, ciekawa konstatacja; do błędów lepiej przyznać się późno niż wcale, chociaż oczywiście byłoby lepiej, gdyby socjalizmu w ogóle nie było, dzięki czemu co najmniej 150 milionów osób mogłoby umrzeć śmiercią naturalną, bez niewysłowionych udręk, na jakie przedtem narazili je szermierze socjalizmu zarówno moskiewskiego, jak i narodowego. To znaczy - byłaby to bardzo ciekawa i optymistyczna konstatacja, gdyby była szczera. A to właśnie nie jest takie pewne, właśnie z uwagi na przynależność Sojuszu Lewicy Demokratycznej razem z Leszkiem Millerem do wspomnianej Socjalistycznej Międzynarodówki. Skoro "socjalizm przegrał", to jakże można jeszcze tkwić w sprośnych błędach Niebu obrzydłych i należeć do Socjalistycznej Międzynarodówki? Międzynarodówki, której Kodeks Etyczny głosi m.in., że "Potwierdzamy swe pełne zaangażowanie na rzecz równości, wolności sprawiedliwości, solidarności i pokoju - wartości stanowiących fundament demokratycznego socjalizmu"? Przecież to kolejna brednia; jakże można jednocześnie głosić Równość i Wolność? Przecież wiadomo, że ludzie nie są równi; jedni mężczyźni są zdolniejsi, inni za to - silniejsi, albo przynajmniej mogą wypić; jedne kobiety są piękne, do innych z kolei trzeba trochę więcej wina - więc nierówność jest niejako wpisana w naturę rzeczy. Forsowanie Równości to gwałt na naturze, bo żeby jakoś tę równość przybliżyć, to trzeba małych naciągać, dużych obcinać, grubych uciskać, a chudych - nadymać. Jakże pogodzić to wszystko z Wolnością, w której małemu wolno być małym, dużemu - dużym, grubemu - grubym, a chudemu - chudym?
    Zatem istnieją dwie możliwości: albo Leszek Miller jest głupi, niczym bohater "Bajki o trzech maszynach opowiadających króla Genialona" Stanisława Lema, niejaki Malapucyusz Chałos, który - jak tylko jeden socjalizm mu się nie udał - zaraz biegł w dyrdy budować następny, tym razem już na pewno "prawdziwy" - albo nieszczery, niczym Towarzysz Szmaciak. "Zgoda, ja mogę być leberał, tylko wy o tem mnie powiedzcie" - pojednawczo deklarował Towarzysz Szmaciak, próbując desperacko dostroić się do karkołomnych zakrętów jedynie słusznej linii partii. Czyżby razwiedka naprawdę skreśliła już Platformę, w związku z czym Leszek Miller aktywizuje się na odcinku "leberalnym"? A to by dopiero była siurpryza; co w takiej sytuacji pocznie gorliwy neofita, senator PO Stefan Niesiołowski? Na co się teraz nawróci?
    Ale mniejsza już o duchowe tentacje czcigodnego Senatora; jakąś tam polityczną wiarę sobie znajdzie, bo przecież w coś w końcu wierzyć trzeba, mniejsza nawet o razwiedkę i jej politycznej plany, bo znacznie ciekawsze jest pytanie, czy Leszek Miller ma rację, tzn. czy socjalizm rzeczywiście przegrał? "Co pan mówisz takie rzeczy!" - mawiano przed wojną w sferach kupieckich. Jakże socjalizm miałby przegrać, skoro nie tylko jest w pełnym natarciu, ale zwycięża na całej linii? Przecież partie wchodzące w skład Międzynarodówki Socjalistycznej albo rządzą, jak w W. Brytanii (Partia Pracy), w Hiszpanii (Hiszpańska Socjalistyczna Partia Robotnicza), jak we Włoszech, gdzie koalicję kierowaną przez podejrzewanego o współpracę z KGB Romana Prodiego współtworzą socjaliści z "radykałami" i komunistami, albo czekają na zmianę dekoracji, jak we Francji, jak w Grecji, jak w Szwecji, gdzie premierem jest wprawdzie Fryderyk Reinfeldt, ale partia Moderatów, to tacy konserwatyści, co konserwują tam socjalizm. Tylko patrzeć, jak socjaliści pod nazwą Demokratów obejmą władzę w Stanach Zjednoczonych, podobnie jak w Brazylii, Wenezueli czy Chile, gdzie prezydentem jest Weronika Bachelet Jeria z Socjalistycznej Partii Chile, kobieta po przejściach, tzn. po wieloletnim stażu w Niemieckiej Republice Demokratycznej. Jakże socjalizm ma przegrać, kiedy systemy przymusowej edukacji we wszystkich krajach odzwyczajają ludzi od myślenia, wbijając im do głowy formuły, że socjal "musi być" i to w dodatku "na całym świecie"? W rezultacie przytłaczająca większość tak zwanej prawicy, to też socjaliści, tyle że pobożni i o tym nie wiedzący. "Rynek wygrał"? Wolne żarty! Jaki "rynek", kiedy gospodarka jest reglamentowana niczym za Hilarego Minca, kiedy "pozapłacowe" koszty pracy sięgają zenitu, a biurokracja, kiedy nie ma z czego płacić długów, bierze zakładników spośród pacjentów w szpitalach? Nie, Leszek Miller najwyraźniej głupi nie jest; on tak się z nami tak dobrotliwie przekomarza, że z niego niby też "leberał", ale - socjalistyczny.

    Stanisław Michalkiewicz

    Publicystyka Stanisława Michalkiewicza na ASME i nagrania TV ASME


    Kto płaci za ubeckie emerytury? - Krzysztof Mazur Wysłane poniedziałek, 12, lutego 2007 przez Krzysztof Pawlak

    Dość nagłe i zagadkowe dymisje ministrów Sikorskiego i Dorna uruchomiły serię spekulacji i polemik o możliwych powodach takich kadrowych roszad. Powodem prowadzonych domysłów i podgrzewania atmosfery był brak podania oficjalnych powodów zmian w rządzie, dodatkowo tak premier, jak i sami bezpośrednio zainteresowani niedwuznacznie sugerowali istnienie poważnych powodów dokonujących się zmian. Abstrahując od tych dociekań, warto wszakże zwrócić uwagę na pewien paradoks dotyczący demokratycznego sposobu sprawowania władzy. Otóż z jednej strony wszystkie partie w sejmie deklarują swoje przywiązanie do demokracji, SLD ma "demokrację" nawet w nazwie (typowe zachowanie neofity), PO demonstruje demokratyzm odwołaniem się do obywatelskości, PSL do ludowości, a LPR - sentymentem do narodowej demokracji. Także PiS-owcy, jak i członkowie Samoobrony podkreślają jeżeli nie umiłowanie, to przynajmniej przywiązanie do demokratycznego systemu, przez co zarówno rządzący, jak i opozycja wydają się wierzyć, że decyzje wyborcze powinny kształtować oblicze polityki. Ale zarazem ci sami zwolennicy demokracji, jak tylko mogą, ukrywają przed swoimi wyborcami istotne powody określonych decyzji politycznych, które nie dotyczą przecież stanu zdrowia premiera lub ministrów, ale wizji prowadzenia spraw publicznych. Jak zatem wspomniani wyborcy mogą podejmować racjonalne decyzje, skoro nie mają dostępu do informacji pozwalających wyrobić sobie opinię na taki czy inny problem polityczny. Problemem jest nie tylko ukrywanie powodów pewnych decyzji, ale dezinformowanie w innych ważnych sprawach, jak to ma miejsce np. w kwestii lustracji czy dekomunizacji.

    Właśnie problem dekomunizacji czy raczej deubekizacji miał być jednym z przedmiotów sporu pomiędzy ministrem Dornem a premierem Kaczyńskim, chociaż pewnie nie ten temat zaważył na wiadomym przecięciu różnicy poglądów. Zresztą o możliwych praktycznych problemach z deubekizacją dyskutują szersze niż rządowe kręgi, wskazując np. na brak prawnej podstawy do zmiany sposobu obliczania wysokości świadczeń emerytalnych byłym SB-kom i innym gorliwym funkcjonariuszom PRL-owskiego reżimu. Legaliści parlamentarni najczęściej przywołują w tym kontekście obowiązujące ustawodawstwo, co jest o tyle śmieszne, że większość ustaw tworzących system transferów emerytalno-rentowych powstała w końcówce lat 90., adaptując do nowych przepisów niektóre rozwiązania ustalone jeszcze pod dyktando pieszczochów komuny. Pamiętamy przecież wetowanie przez prezydenta Kwaśniewskiego przepisów umożliwiających odebranie części świadczeń dla niektórych funkcjonariuszy, co niezależnie od finału sprawy oznacza, że wprowadzenie takich restrykcji zależy wyłącznie od tzw. woli politycznej aktualnych decydentów, a nie od bezwzględnie obowiązujących ponadustrojowych norm. Ale i część konserwatywnej opozycji była, i jest, przeciwna odbieraniu tych przywilejów, argumentując, że emerytura jest świadczeniem nabytym niezależnie od rodzaju wykonywanej roboty, a jak wiadomo - umów należy dotrzymywać. Niedotrzymanie takiej umowy wobec SB-ków mogłoby przy tym stanowić precedens umożliwiający taki sam "numer" wobec innych grup osób, chociażby w ramach politycznego odwetu lub oszczędzania na wydatkach zbankrutowanego funduszu ubezpieczeń społecznych.
    Argumentacja taka wydaje się jednakże chybiona z kilku powodów. Po pierwsze, różnej maści lewactwo nie ma oporów w łamaniu jakichkolwiek umów prywatnych czy tzw. umów społecznych - niezależnie od tego czy ktoś wcześniej takie umowy honorował, czy nie. Historia najnowsza dostarcza w tej materii wystarczająco wiele przykładów i to nie tylko polegających na pozbawianiu świadczeń, ale wprost na rugowaniu z własności, i to nawet niekiedy z pogwałceniem i tak niesprawiedliwego, socjalistycznego prawodawstwa. Wiara, że szanując prawa nabyte przez SB-ków, wymusimy na tychże lub ich pociotkach wzajemność, jest podobna do wiary europejskich Żydów, że tak kulturalny naród jak Niemcy nie będzie zdolny nawet do części okrucieństwa, jakie później nastąpiło. Sprawa druga to fakt, że naprawdę o żadnej umowie społecznej w systemie repartycyjnym, a tym bardziej umowie międzypokoleniowej pomiędzy wyzyskiwaną i grabioną przez PRL-owski aparat większością a twórcami i nadzorcami tego systemu - nie może być mowy. Być może ktoś się poczuwa do obowiązku fundowania emerytur byłym SB-kom i politrukom, ale jest to problem jego i jego psychiatry. Po trzecie natomiast, UB-ecja, SB-cja, partyjni sekretarze i ich pomagierzy za jedyne zajęcie mieli gnojenie narodu za pieniądze wypracowane przez tych, których nadzorowali, a których w razie potrzeby mieli również przywoływać do porządku. Taki SB-ek ani grosza nie zapracował działaniem, które choć o milimetr zwiększałoby komukolwiek perspektywy rozwoju. Było na odwrót, a każdy otrzymany przez tych funkcjonariuszy grosz pochodził z budżetu. Czy w związku z tym państwo, które ma być zaprzeczeniem PRL-u, nie ma żadnego prawa decydować o wielkości uposażeń tym, którym wynagrodzenia ustalał PRL, zwłaszcza że nie chodzi o pieniądze zgromadzone i skapitalizowane na kontach prywatnych ubezpieczyli, ale o pieniądze, które są zabierane obecnym podatnikom w celu ich transferowania via ZUS na konto Morela, Wolińskiej, Kiszczaka, Jaruzelskiego (emerytura generała ma wynosić ponad 10 tys. zł) itd.? To, że niektórzy represjonowani i ich dzieci muszą obecnie nadal płacić składki przeznaczane natychmiast na luksusowe uposażenia emerytalne komunistycznych aparatczyków i ich pomocników nie jest żadną możliwością teoretyczną, ale faktem. Mnożenie w tym wypadku wątpliwości i odwoływanie się do sumienia legalizmu jest naprawdę chybioną ekstrawagancją.
    Niby-Żółw z powieści L. Carolla wyróżniał takie działania arytmetyczne jak mrożenie, gdzielenie, podawanie i obejmowanie. Niestety, wydaje się, że proponowana prezydencka wersja lustracji ma się tak do lustracji prawdziwej, tak jak mnożenie do mrożenia, a deubekizacja do dekomunizacji jest w takiej samej relacji jak odejmowanie do obejmowania.

    Krzysztof Mazur

    Publicystyka Krzysztofa Mazura na ASME


    Nawet z lewą ręką w gipsie i po zdymisjonowaniu "prawej ręki", Jarosław Kaczyński radzi sobie z polityką znakomicie - Łukasz Perzyna o najnowszych roszadach na ministerialnych funkcjach Wysłane piątek, 9, lutego 2007 przez Krzysztof Pawlak

    | Pobierz |







    Nawet z lewą ręką w gipsie i po zdymisjonowaniu "prawej ręki", Jarosław Kaczyński radzi sobie z polityką znakomicie - Łukasz Perzyna o najnowszych roszadach na ministerialnych funkcjach
    Wysłane piątek, 9, lutego 2007 przez Krzysztof Pawlak

    "W ciągu oparu tygodni premier Jarosław Kaczyński złamał lewą rękę i odwołał z funkcji ministerialnej Ludwika Dorna, którego nazywano jego prawą ręką. Poważnie mówiąc jednak, Jarosław Kaczyński miał dla swojego elektoratu dwie wiadomości: dobrą i złą, obie dotyczące zmian personalnych. Radosław Sikorski stanowił jasną wizytówkę obecnej ekipy rządzącej, jednocześnie stanowił świadectwo tego, że traktowanie ekipy PiS jako miejsca awansu ludzi z drugiego szeregu czy nawet trzeciego - nie należy do znanego od lat stereotypu sprawowania w naszym kraju władzy - przełamywał taki stereotyp. Jego następca Aleksander Szczygło wydaje się kompetentnym urzędnikiem, jest zaliczany do »młodych wilków«, ale raczej będzie musiał robić te same reformy, które rozpoczął w MON minister Sikorski, chociaż dlatego, że wymagają od nas tego sojusznicy z NATO. Jednak złe wrażenie dla całego elektoratu PiS-owskiego pozostanie po wygraniu starcia przez likwidatora WSI w znanym konflikcie między Antonim Macierewiczem a Radosławem Sikorskim" - Łukasz Perzyna, publicysta i analityk "Tygodnika Solidarność" oraz naszej witryny ASME, komentuje istotne zmiany w rządzie koalicji PiS-LPR-Samoobrona.

    Natomiast gdyby jakikolwiek minister w krajach starej demokracji, "starej Unii", popełnił tyle błędów, co minister MSWiA Ludwik Dorn - to byłby odwołany już dawno. Sprawa "blue taxi z Dworca Centralnego", w której zginęli funkcjonariusze, później sprawa "wieśmaka", którym żywili policjanci przejeżdżającą przez dworzec wrocławski znajomą urzędniczkę wysokiego funkcjonariusza MSWiA, wreszcie sprawa niefortunnej nominacji wojewody mazowieckiego, który pełnił swą funkcję przez dwa tygodnie, a nie powinien nawet przez dwie godziny - dowodzą "krótkiej ławki" kompetentnych osobistości gotowych pełnić najwyższe funkcje administracyjne, czyli tego, co jest znaną i szeroko komentowaną przywarą PiS. A szykuje się jeszcze wyjaśnienie sprawy molestowania w Samoobronie i nieporadności służb podległych ministrowi MSWiA w jej prowadzeniu...
    Co będzie teraz robić Ludwik Dorn - pozostający wicepremierem, tyle że bez teki? Będzie musiał udowodnić, że nadaje się mimo wszystko do rozwikływania spraw trudnych - m.in. Rurociągu Północnego, zapewnienia bezpieczeństwa energetycznego państwa - a nie, że jest jedynie dobrym i wypróbowanym towarzyszem partyjnym...

    Nagranie trwa prawie 18 minut i jest dostępne w Sieci do 22 II 2007 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




    RYSZARD NAZAREWICZ - PARTYZANT, UBEK, "PROFESOR" - TADEUSZ M. PŁUŻAŃSKI Wysłane piątek, 9, lutego 2007 przez Krzysztof Pawlak

    Jako partyzant GL-AL, a po wojnie "oficer" łódzkiej bezpieki Moczara i wiceszef warszawskiego UB, zwalczał niepodległościowe podziemie. Potem, jako PRL-owski historyk, wychwalał osiągnięcia "ludowej" partyzantki i walkę z "reakcyjnymi bandami". Czy po 17 latach wolnej Polski Ryszard Nazarewicz nadal ma być uważany za autorytet? A może raczej powinien się nim zająć Instytut Pamięci Narodowej?

    Ryszard Nazarewicz (Raps) urodził się 11 października 1921 r. we Lwowie. W czasie wojny działał w Gwardii, a potem Armii Ludowej, jako szef informacji i wywiadu Okręgu Częstochowa, ps. Stefan.
    Ponad pół wieku później, w kwietniu 1997 r. Ryszard Nazarewicz wygłosił referat w 55. rocznicę powołania GL (cyt za: "Głosem Kombatanta Armii Ludowej" - pisemko środowiska lewackich partyzantów, wchodzącego w skład postkomunistycznego Związku Kombatantów RP [czyli dawnego ZBoWiD-u], którego jest działaczem): "Niektóre organizacje podziemne działały już ponad 2 lata i zdołały objąć swoimi strukturami dużą część społeczeństwa polskiego. Tym niemniej GL była pierwszą, a przez dość długi czas, jedyną polską organizacją niepodległościową, która zainicjowała w kraju systematyczną walkę zbrojną, a przede wszystkim walkę partyzancką. (…) GL dokonała łącznie (do 31 grudnia 1943 roku, gdy weszła w skład Armii Ludowej) około 400 zamachów na linie komunikacyjne, stoczyła około 120 bitew i potyczek, dokonała łącznie 1500 różnych akcji bojowych i sabotażowo-dywersyjnych. (…) Partyzantka GL - była pierwszą w Europie Środkowej".

    "NIEPODLEGŁOŚCIOWA ORGANIZACJA"

    Niezależnie od tych, co najmniej karkołomnych tez i wątpliwych liczb (stoczone przez GL bitwy, jeśli w ogóle miały miejsce, były bitewkami, a "akcje sabotażowo-dywersyjne" to np. podpalenie stogu siana), Nazarewicz "zapomniał" o sprawie najważniejszej: że ta "niepodległościowa organizacja" walczyła nie tylko z Niemcami, ale także z "reakcjonistami" z AK. W jednej ze swoich prac "profesor" pośrednio przyznał się do tego, ale - rzecz jasna - bagatelizował: "ostrze wywiadu GL i AL było skierowane tylko w niewielkim stopniu na rozpoznanie zagrożenia ze strony prawicy polskiej". Dodajmy - do dziś owa mityczna "prawica" pozostaje dla Ryszarda Nazarewicza największym wrogiem.
    Przyszło Powstanie Warszawskie. W licznych publikacjach ten partyzant-historyk rozpisywał się o wielkim udziale w nim Armii Ludowej, której siły miały liczyć 2400 żołnierzy. Były to dane znacznie wyższe nawet od tych, które podawali inni politrucy. W rzeczywistości komuniści posiadali w Warszawie ok. 300-500 osób i kilkadziesiąt sztuk broni (prawie wyłącznie krótkiej).
    Wzorem innych komunistycznych ideologów Nazarewicz obrzucał błotem dowództwo Armii Krajowej - "reprezentantów wielkiego kapitału", którzy "zawsze usiłowali się zasłonić, jak tarczą, bohaterstwem powstańców i ludności stolicy, a tragicznymi skutkami swej polityki obciążyć obóz lewicy polskiej i dowództwo radzieckie" (tekst "Polityczne aspekty Powstania Warszawskiego", "Nowe Drogi", sierpień 1977). Nazarewicz podsumowywał Powstanie: "Po raz ostatni klęska koncepcji burżuazyjnej mogła stać się jednocześnie klęską narodową. Odtąd o losach narodu decydować już będzie polska klasa robotnicza, cały lud polski". W tym szlachetnym dziele autor niniejszego paszkwilu miał niemały udział.

    WYBIÓRCZE TRAKTOWANIE ŹRÓDEŁ

    Odnośnie podawanych przez Nazarewicza danych. Fałszował chyba wszystkie. W czasie wojny AL miała liczyć - jego zdaniem - 60 tys. żołnierzy (książka "Drogi do wyzwolenia. Koncepcje walki z okupantem w Polsce i ich treści polityczne 1939 - 1945", Warszawa 1979), co jest liczbą zawyżoną przynajmniej dwukrotnie.
    Aby uwiarygodnić podawane przez siebie "fakty", "profesor" świadomie nie przytaczał źródeł, wybierał tylko ich fragmenty lub nawet zniekształcał. W ten sposób okazywało się, że w czasie wojny to nie wysłannicy i sługusi Moskwy, ale przedstawiciele legalnych polskich struktur podziemnych współpracowali z Niemcami, że to AK-owcy, a nie AL-owcy mordowali niewinnych cywili i bogu ducha winnych Żydów, że to polska "reakcja", głównie spod znaku NSZ, a nie narzucona Polsce przez Sowietów władza i jej zbrojne ramię w postaci UB, KBW, NKWD jest winna "bratobójczym" walkom podczas "wojny domowej" po 1945 r.
    Ale skąd taka wiedza Ryszarda Nazarewicza o powojennych dziejach Polski? Przecież nie z "ludowej" partyzantki. Otóż ten późniejszy "naukowiec" zwalczanie antykomunistycznego podziemia znał z autopsji.

    WALCZYŁ Z BANDAMI
    I REAKCYJNYM PODZIEMIEM


    Gdy w lutym 1945 r. w Łodzi powstał Miejski Urząd Bezpieczeństwa Publicznego (powołany, aby odciążyć funkcjonariuszy miejscowego Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego, którzy nie wyrabiali się z robotą), został zastępcą szefa. Późniejszy "profesor" Ryszard Nazarewicz był wówczas "kapitanem" bezpieki. (wytł. ASME) Funkcję pełnił do czerwca 1945 r. Potem w dokumentach jest kilkumiesięczna przerwa. Na początku stycznia 1946 r. Nazarewicz - już jako "major" - przenosi się z łódzkiego MUBP do tamtejszego WUBP, tzw. Moczarni, od przybranego nazwiska jego kierownika - słynnego Mieczysława Moczara. Pracował tam, na stanowisku naczelnika Wydziału V, do końca maja 1946 r. Do zadań Wydziału V, tzw. społeczno-politycznego, należała m.in. (na podstawie rozkazu szefa MBP Stanisława Radkiewicza z 27 listopada 1945 r.): "operacyjna obsługa oraz ochrona partii i ugrupowań politycznych przed atakami reakcji". Prócz tego "obsługiwał", czyli rozpracowywał "instytucje oświatowe i kulturalne, wolne zawody, administrację państwową, organizacje młodzieżowe i duchowieństwo".
    Miesiąc później "major" Nazarewicz był już w Warszawie. W stołecznym UBP objął ten sam Wydział V, którym kierował aż do grudnia 1951 r. Przede wszystkim jednak - między grudniem 1951 a listopadem 1956 - pełnił zaszczytną funkcję zastępcy szefa całego "urzędu". Mimo wysokiej pozycji w ubeckiej hierarchii Ryszard Nazarewicz nie siedział tylko za biurkiem. Schodził też do piwnicy, gdzie osobiście przesłuchiwał wielu polskich patriotów. Zmarły kilka lat temu Jerzy Kasprzycki, słynny Varsavianista, opowiadał mi kiedyś o swoich "spotkaniach" z Nazarewiczem w podziemiach warszawskiej bezpieki przy ul. Koszykowej. Podobno "major" bezpieki nigdy nikogo nie uderzył, ale mimo to wielu złamał podczas śledztwa.
    Na tym nie koniec. Według danych resortowych Nazarewicz brał udział "w okresie od dnia 21 II 1945 r. do dnia 31 XII 1947 r. [...] w walce z bandami i reakcyjnym podziemiem".
    Z akt wynika, że swoją bezpieczniacką służbę dla Ojczyzny Ryszard Nazarewicz zakończył 30 października 1959 r., nagrodzony stopniem pułkownika (za udział w "ludowej" partyzantce dostał Krzyż Grunwaldu).

    "PRAWICOWA WERSJA HISTORII"

    Po kilkunastoletnim "epizodzie" w bezpiece "ludowa" władza rzuciła byłego partyzanta na inny front walki z "reakcją" - walki piórem. Wtedy narodził się Nazarewicz - "profesor historii". Jako pracownik m.in. Wyższej Szkoły Nauk Społecznych przy KC PZPR przez kolejne dekady dbał o "właściwy" obraz najnowszych dziejów Polski. Nie zapomniał oczywiście o swojej bojowej i wywiadowczej karcie - wychwalał dzieje Częstochowskiego Okręgu GL-AL. W ramach twórczości "naukowej" wydał wiele książek, nawet w III RP.
    W numerze z lutego 2003 r. wspomnianego już "Głosu Kombatanta Armii Ludowej", którego jest stałym autorem, Ryszard Nazarewicz napisał: "Prawda jest dlatego po naszej stronie, że od kilkunastu lat dominuje w radio, telewizji i prasie prawicowa wersja historii. Mało tego, że jest naświetlana pod kątem działania obecnej prawicy, ale jest również naświetlana w sposób obraźliwy, obelżywy dla nas, dla lewicowego ruchu oporu. Dla tych, którzy walczyli wtedy, kiedy inni zajmowali się wyszukiwaniem i mordowaniem ludzi, których uznawali za komunistów, za agentów itd. Ale i nadal to pojęcie »agenci« tkwi. Mamy ciągle w prasie prawicowej w kraju tego rodzaju czkawkę".

    BRATOBÓJCY I KOLABORANCI

    A jaka była "prawda"? W "Trybunie" (18-19 lipca 1998 r.) Nazarewicz twierdził (mimo, że pod tekstem się nie podpisał; wstyd w wolnej Polsce pisać takie brednie?), że po zakończeniu działań wojennych "ostrze represji zaczęło kierować się przeciwko ludziom związanym z lewicowym ruchem niepodległościowym...". Czyli komunistyczna bezpieka miała szczególnie zwalczać komunistycznych partyzantów. Ciekawe, że takie rzeczy głosi ktoś, kogo droga życiowa całkowicie temu przeczy?
    Z "prawicową wersją historii" Nazarewicz rozprawia się nie tylko w "Trybunie" i jej podobnych, ale w... "Gazecie Wyborczej". To właśnie na jej łamach jeszcze do niedawna występował jako autorytet, zresztą obok innych tuzów, jak Maria Turlejska, Andrzej Werblan czy Kazimierz Kąkol. W 2004 r. w dzienniku Michnika ten były wiceszef warszawskiego UB opublikował duży tekst rocznicowy o tym, jakim doniosłym, niemal epokowym wydarzeniem w dziejach Polski było powstanie marionetkowego tworu Stalina - Krajowej Rady Narodowej (miało to nawet zapobiec sowieckiej okupacji). Pod materiałem znalazła się krótka nota o autorze: "prof. dr hab. Ryszard Nazarewicz jest emerytowanym pracownikiem naukowym byłego Instytutu Historii Ruchu Robotniczego Akademii Nauk Społecznych". O jego komunistyczno-partyzanckiej i ubeckiej przeszłości ani słowa. W swoim "kombatanckim" środowisku jest z kolei przedstawiany jako pułkownik Wojska Polskiego w stanie spoczynku, choć w WP nigdy nie służył.
    W "Wyborczej" polemizował też z autorami książki "Tajne oblicze GL-AL i PPR" - Markiem Janem Chodakiewiczem, Piotrem Gontarczykiem i Leszkiem Żebrowskim, którzy - jego zdaniem - usiłują "od kilku lat przez oszkalowanie [sic! - red.] i oczernianie lewicy, wybielić i oczyścić bratobójców i kolaborantów i uczynić z nich tzw. niepodległościowców" (książka "Armii Ludowej dylematy i dramaty", Warszawa 1998, wznowiona w 2000 r.).
    Marek Jan Chodakiewicz odpowiadał: "Wywodzący się z UB profesor Ryszard Nazarewicz w swych pracach chyba bezkrytycznie przepisuje własne notatki śledcze z okresu, gdy był pułkownikiem UB, starając się wybielić konspirację komunistyczną kosztem niepodległościowców".

    Tadeusz M. Płużański

    Tadeusz M. Płużański

    Artykuł pierwotnie ukazał się w tygodniku "Gazeta Polska"

    Publicystyka Tadeusza M. Płużańskiego na ASME.


    Organizacja ADL - Liga Antydefamacyjna - upowszechnia "kłamstwo oświęcimskie"! Wysłane czwartek, 8, lutego 2007 przez Krzysztof Pawlak

    Zwalczająca wszelkie uprzedzenia na całym świecie w stosunku do Żydów amerykańska organizacja Liga Antydemafacyjna - AntiDefamation League - na swojej witrynie internetowej posługuje się określeniem "polski obóz koncentracyjny" w stosunku do niemieckiego, nazistowskiego obozu koncentracyjnego Auschwitz.
    Jego pierwszymi więźniami byli Polacy, później niemieckie i nazistowskie, okupacyjne władze podbitego w 1939 roku przez III Rzeszę terytorium Rzeczypospolitej wysyłały do Auschwitz obywateli Polski rożnych narodowości, w tym i obywateli wyznania mojżeszowego.

    Oto wyjątek z informacji nt. antysemickich wątków w grach komputerowych, zamieszczonej na witrynie ADL:

    "The Nebraska-based neo-Nazi and Holocaust denier, Gary Lauck, offers a game where the player is challenged to shoot "Jewish" rats racing between canisters of Zyklon-B and a Star of David. The setting is the Polish concentration camp Auschwitz".

    Utrzymywanie przez ADL informacji od 2002 roku na swojej witrynie w postaci pisanego WPROST określenia "polski obóz koncentracyjny" - jest przejawem całkowitego niezrozumienia wyjątkowej pozycji Rzeczypospolitej, jej władz emigracyjnych w tamtym czasie, a także i przede wszystkim - obecnych władz dążących do poprawy wizerunku Polski w oczach międzynarodowej opinii publicznej, którego odbiór co i raz jest fałszowany przez sporą liczbę żurnalistów i publicystów w wielu krajach poprzez upowszechnianie kłamliwego pojęcia "polskich obozów koncentracyjnych".
    Dość skuteczną, choć nie wystarczającą niestety jak do tej pory, walkę z tym fałszem podjął opiniotwórczy polski dziennik "Rzeczpospolita", którego akcja anty-defamacyjna trwa od dwóch lat.

    Stan witryny
    ADLna dzień dzisiejszy (08.02.2007):



    Wyrażamy nadzieję, że władze ADL - Ligi Antydefamacyjnej - podejmą skuteczną próbę wyeliminowania horrendalnych błędów na publicznie dostępnej witrynie swojej organizacji, upowszechniającej specyficzną odmianę "kłamstwa oświęcimskiego".

    Redakcja ASME


    Pałac im. Stalina: Krzysztof Wyszkowski apeluje do Prezydenta RP o spowodowanie wycofania decyzji mazowieckiego konserwatora o uznaniu Pałacu Stalina w Warszawie za obiekt zabytkowy Wysłane czwartek, 8, lutego 2007 przez Krzysztof Pawlak

    WPan Prof. Lech Kaczyński
    Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej

    Belweder
    Warszawa

    Szanowny Panie Prezydencie!


    Darząc Pana ogromnym zaufaniem i uznaniem dla Pana postawy w kwestiach fundamentalnych, jak patriotyzm, tożsamość narodowa i honor, zwracamy się z uprzejmą prośbą o rozpatrzenie następującej sprawy.

    Z doniesień prasowych wiemy, że konserwator mazowiecki p. Maciej Czeredys podjął decyzję wpisania do rejestru zabytków Pałacu Kultury i Nauki im. Józefa Stalina w Warszawie. W uzasadnieniu podnosi się walory historyczne tego obiektu jako zabytku architektury i świadectwo czasów, w których powstał, a zarazem podkreśla się służebne funkcje, jakie pełni obecnie, inne przecież, niż intencje fundatora. Decyzja p. Czeredysa oznacza, że odtąd budynek ten będzie otoczony opieką konserwatorską, niczego nie będzie wolno zmienić w jego kształcie zewnętrznym i wystroju wewnętrznym, a za to wszystko grube miliony płacić będzie skarb państwa, czyli ogół obywateli.

    Uważamy, że p. Czeredys nie miał prawa podejmowania takiej decyzji! Pałac Kultury i Nauki w Warszawie nie jest bowiem tylko "zabytkiem". Jest symbolem zniewolenia Polski przez sowieckie imperium, jest znakiem upokorzenia Narodu polskiego i wyrazem pogardy dla - de facto - okupowanego w latach PRL "prywislianskiego kraja". Naszym zdaniem sprawę przyszłości pałacu należałoby rozpatrzyć w toku dyskusji w szerokim gronie, być może w Sejmie i Senacie, a może nawet - w referendum. Czy można dopuścić do tego, by budynek ten nadal był - jako symbol stolicy Polski! - popularyzowany w milionach folderów dla zagranicy? Czy można się pogodzić z tym, byśmy płacili za opiekę nad tym wyjątkowo szkaradnym budynkiem, który do Warszawy nie pasuje i co więcej: stworzył w samym centrum miasta problem architektoniczno-urbanistyczny, do dziś dnia nie rozwiązany? To dlatego centrum stolicy jest tak pozbawione charakteru, chaotycznie zabudowane, brzydkie!

    Gdy Polska w 1918 r. odzyskała niepodległość, zadecydowano rozbiórkę cerkwi, wzniesionej na dzisiejszym placu Piłsudskiego przez carską Rosję - jako symbolu władzy cara nad Wisłą. Mimo, że był to obiekt podobno dużej wartości artystycznej, przeważyły względy moralno-patriotyczne. Rozbiórka cerkwi była symbolicznym wymazaniem z mapy stolicy świadectwa hańby zniewolonego Narodu. Czy dziś ktokolwiek odczuwa brak tego budynku w Warszawie?

    Prosimy Pana Prezydenta o interwencję: o spowodowanie cofnięcia niewczesnej decyzji mazowieckiego konserwatora o uznaniu Pałacu Stalina w Warszawie za obiekt zabytkowy.

    Z wyrazami szacunku
    Krzysztof Wyszkowski


    List został wysłany na adres Kancelarii Prezydenta RP, z podaniem do wiadomości publicznej.
    Krzysztof Wyszkowski był działaczem opozycji antykomunistycznej, współzałożycielem Wolnych Związków Zawodowych na Wybrzeżu, redaktorem "Tygodnika Solidarność". Jest aktywnym krytykiem porozumienia "okrągłego stołu". W ostatnich latach zasłynął głównie zarzutami wobec Lecha Wałęsy, którego oskarżył o współpracę z komunistyczną Służbą Bezpieczeństwa w latach 70., a także o przywłaszczenie pieniędzy otrzymanych we Francji na początku lat 80. przez przedstawicieli "Solidarności" od francuskich związkowców.





    Wielokrotnie w publikacjach witryny ASME dawaliśmy wyraz naszego wyjątkowo negatywnego stosunku do dalszego istnienia Pałacu im. Stalina w naszym Mieście Nieujarzmionym - stolicy państwa polskiego.

    Redakcja ASME

    Dwie dymisje ważnych ministrów w rządzie PiS: wzrasta wpływ "obozu prokuratorskiego", co jest niepokojące - Stanisław Michalkiewicz o zmianach na najwyższych rejestrach władzy Wysłane środa, 7, lutego 2007 przez Krzysztof Pawlak

    | Pobierz |







    Dwie dymisje ważnych ministrów w rządzie PiS: wzrasta wpływ "obozu prokuratorskiego", co jest niepokojące - Stanisław Michalkiewicz o zmianach na najwyższych rejestrach władzy
    Wysłane środa, 7, lutego 2007 przez Krzysztof Pawlak

    "Cała Warszawa od wczoraj żyje zmianami w rządzie, są one traktowane przez samych zainteresowanych ze zrozumiałych względów w kategoriach personalnych: kto straci stanowisko, kto się utrzyma. Zadziwiające jednak jest to, że tak samo - w kategoriach plotkarskich są one pojmowane przez tzw. politologów. Widać więc, że nie są to żadni politologowie, bo nic nie wiedzą, a jedynie marni propagandziści, wynajmujący się do robienia propagandy. Trzeba by im poodbierać te stopnie naukowe", tak samo jak ubekom" - Stanisław Michalkiewicz komentuje najważniejsze wydarzenia z pierwszej polowy obecnego tygodnia.

    Podali się do dymisji ministrowie MON Radek Sikorski i MSWiA Ludwik Dorn. Te dymisje łączy jedno: nie wiemy, z jakich powodów nastąpiły. Ale można coś domniemywać, bo w przypadku np. ministra Sikorskiego od dawna widoczna była z jego strony niezgoda na utrzymywanie sytuacji, w której nowe wojskowe służby specjalne SWW i SKW zaczęły podlegać nie tylko jemu, z mocy odpowiedzialności konstytucyjnej, ale też w pewnym zakresie - ministrowi-koordynatorowi służb specjalnych i bezpośrednio w pewnym zakresie samemu premierowi. Ta sytuacja równoległego, potrójnego podporządkowania służb specjalnych na pewno żadnemu normalnemu ministrowi obrony nie podobałaby się. Oznaczało to, że i premier, i prezydent nie do końca mieli zaufanie do ministra ON. Dlaczego więc wzięli go w ogóle do rządu? Pewnie wtedy były istotne przesłanki do tego - zastanawia się Stanisław Michalkiewicz.
    Minister Dorn w swoim oświadczenie złożonym podczas konferencji prasowej powiedział, że w styczniu doszło miedzy nim a premierem do pewnej istotnej różnicy zdań Co takiego zdarzyło się pod koniec stycznia? Ano publicznie został zaprezentowany projekt "deubekizacji" i obniżenia rent i emerytur dla podległych ministrowi SW funkcjonariuszów z minionego (?) systemu...

    Nagranie trwa ponad 9 minut i jest dostępne w Sieci do 21 II 2007 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




    Róg Stalina i Trzech Krzyży - Stanisław Michalkiewicz Wysłane środa, 7, lutego 2007 przez Krzysztof Pawlak

    W koszmarnych czasach sanacji, zanim padły pierwsze salwy, jeszcze sobie żartowano ze wszystkiego, nawet z samej III Rzeszy. Dowcipnisie powiadali m.in, że prawdziwy, rasowy Niemiec, a właściwie pardon; jaki tam "Niemiec"; prawdziwy, rasowy "nazista" powinien być blondynem - jak Hitler, powinien być szczupły - jak Göring, dobrze zbudowany - jak Goebbels, no i prawdziwie męski - jak Röhm. Jak wiadomo, Adolf Hitler był brunetem, Göring był tłuściochem, Goebbels miał jedną nogę krótszą, no a wszyscy wiedzieli, że Röhm był sodomitą "kochającym inaczej". Inni anegdotczykowie opowiadali, jak to wskutek przejściowych trudności z mydłem, esesmani przekonywali się nawzajem, że "czysty typ nordycki i bez mydła jest czysty" - i tak dalej. Czego to ludzie nie wymyślą, żeby ośmieszyć jeden drugiego!

    Czasami jednak ironia nazbyt subtelna może obrócić się przeciwko dowcipkującemu. Znakomitego przykładu takiego mimowolnego efektu komicznego dostarczył w 3 numerze "Myśli Polskiej" z 21 stycznia br. pan Andrzej Horodecki w artykule "Neolewica atakuje". Na początku diagnozuje sytuację, ubolewając, że "Polacy z wykształceniem wyższym, mający dość gruntowną - nabytą z tytułu obowiązujących ongiś programów studiów - wiedzę o marksizmie-leninizmie oraz poznany z autopsji przebieg zniewalania Polski, nie decydują już o świadomości narodowej". Niby to źle, ale z drugiej strony, kiedy pomyślimy, co to mogą być za "Polacy z wyższym wykształceniem", mający "wiedzę o marksizmie-leninizmie", a w dodatku tacy, co przebieg zniewalania Polski znają "z autopsji", czyli własnej obserwacji - to nietrudno odnieść wrażenie, że autora trochę zdradza własna szczerość. "Z obfitości serca usta mówią" - powiada Pismo Święte, a ponieważ tak się akurat składa, iż środowisko "Myśli Polskiej" skupia wielu dawnych działaczy Stowarzyszenia PAX, to ten żal może być nawet autentyczny.
    Warto bowiem przypomnieć, że Stowarzyszenie PAX powstało dzięki tajemniczej rozmowie Bolesława Piaseckiego z generałem NKWD Iwanem Sierowem, który chciał przy pomocy tej organizacji stworzyć w Polsce coś w rodzaju "żywej cerkwi", czyli Kościoła kierowanego przez agentów bezpieki, poprzebieranych za duchownych. I PAX w tym kierunku wiele dokazywał, wspierając "księży patriotów", pochwalając aresztowanie prymasa Wyszyńskiego i zacierając w "Zagadnieniach istotnych" różnice miedzy marksizmem-leninizmem i katolicyzmem. Wiele wskazuje na to, iż Piasecki traktował to w kategoriach kosztów przetrwania w warunkach sowieckiej okupacji, ale czy jego utrzymankowie też? W PAX-ie obowiązywało potrójne zaangażowanie: katolickie, patriotyczne i socjalistyczne, a jak człowiek dostatecznie długo się angażuje, nawet na niby, to się do tego zaangażowania w końcu przyzwyczaja i staje się ono jego drugą naturą. Ta właśnie drugą naturą tłumaczę sobie ubolewanie pana Andrzeja Horodeckiego, że oto "Polacy z wykształceniem wyższym" nie decydują już o świadomości narodowej.
    No dobrze, a w takim razie - kto decyduje? Ano, "neolewica" do której - ku swojemu zaskoczeniu - zostałem zaliczony również ja, w charakterze "publicysty neolewicy". A to ci dopiero siurpryza! Byłem już "barbarzyńcą", "antysemitą", siedziałem w Białołęce za "kontynuowanie działalności antysocjalistycznej" w stanie wojennym, wrażliwcy społeczni piętnowali mnie za propagandę "dzikiego kapitalizmu", zdarzyło mi się zostać nawet "rekordzistą prymitywizmu moralnego", ale "publicystą neolewicy" - jeszcze nie byłem. Tak mnie to zaskoczyło, że sięgnąłem do innych publikacji pana Andrzeja Horodeckiego, przypuszczając, iż napotkam tam przeciwieństwo "neolewicy", a wtedy będą mógł się zorientować, w jakich to sprośnych błędach Niebu obrzydłych się pogrążyłem. Okazało się, że pan Horodecki jest autorem projektu konstytucji, w której czytamy m.in. (Art. 3.) że kandydaci do władz państwowych i samorządowych powinni wykazać się: nieprzerwanym (?) wyznaniem rzymsko-katolickim swoim i swego małżonka, nieprzerwanie jednym i tym samym nazwiskiem swoim, i swojego małżonka - i tak dalej. Nietrudno się domyślić, o co autorowi chodzi, ale chyba przedobrzył, bo na przykład kobiety wychodząc za mąż, zazwyczaj zmieniają nazwisko, więc zamążpójście blokowałoby im polityczną, a nawet administracyjną karierę. Dlaczego pan Andrzej Horodecki tak podstępnie zniechęca kobiety przeciwko zakładaniu polskich rodzin - Bóg raczy wiedzieć, czy to nie jakiś iloczyn "marksizmu-leninizmu" z pobożnością, jakieś osobliwe skrzyżowanie "Stalina i Trzech Krzyży"? Wykluczyć tego niestety nie można, ponieważ w Art. 1. swego projektu konstytucji autor twierdzi, że "niezbywalnym" zadaniem państwa jest "zagwarantowanie obywatelom prawa do pracy i podstawowej płacy rodzinnej" oraz zapewnienie nieodpłatnego lecznictwa, szkolnictwa i zaopatrzenia emerytalnego i chorobowego, zaś do "głównych zadań" samorządów z kolei należy "troska o zachowanie parytetu dochodów wsi i miasta". Ramy felietonu nie pozwalają na zacytowanie innych, niezwykle smakowitych punktów tej konstytucji, chociaż Art. 12. warto - ku przestrodze: "Czyny nie zakazane jawnie w prawie Rzeczypospolitej mogą być zaskarżane przed sądami powszechnymi z powołaniem się na prawo naturalne". Tutaj próba połączenia "marksizmu-leninizmu" i to w wydaniu stalinowskim (wszystko może być zakazane tajnie) z nauką społeczną Kościoła" ("prawo naturalne") jest szczególnie widoczna, co w sumie przynosi niezamierzony efekt groteskowy w postaci komunizmu pobożnego.

    Stanisław Michalkiewicz

    Publicystyka Stanisława Michalkiewicza na ASME i nagrania TV ASME


    Kolejne ofiary zaników pamięci - Krzysztof Mazur Wysłane środa, 7, lutego 2007 przez Krzysztof Pawlak

    Po raz kolejny nie sprawdziło się, że "im słoneczko wyżej, tym Sikorski bliżej", chociaż podobieństw pomiędzy generałem a Radkiem nie było zbyt wiele, gdyż generał miał nas wyzwalać od hitlerowców i bolszewików, a Radek chciał wyzwalać Afgańczyków i Irakijczyków od terrorystów afgańskich i irackich. Tymczasem w obronie odwołanego ministra Sikorskiego w jednym szeregu stanęli byli ministrowie Zemke i Szmajdziński z SLD, Zbig Brzeziński - "człowiek roku" "GW" oraz zachodni politycy, jak zwykle zatroskani polskimi interesami. Nawet nie znając kulis dymisji ministra, który miał podpaść z powodu zbyt małego zapału do lustracji i weryfikacji, po tych reakcjach można przypuszczać, że decyzja o przyjęciu dymisji miała racjonalne uzasadnienie.

    Okazuje się, że nabyta w okresie komuny i wszechobecnej cenzury umiejętność czytania między wierszami i deszyfrowania oficjalnego języka bardzo przydaje się również w czasach nieograniczonej wolności słowa i ustroju demokratycznego państwa prawa. Ktoś, kto poważnie i dosłownie traktuje oficjalne wypowiedzi, jest narażony na przeżywanie codziennych rozczarowań i huśtawkę nastrojów poważnie zagrażającą zdrowiu psychicznemu.
    Weźmy dajmy a to przypadek posła Jerzego Zawiszy reprezentującego klub poselski Samoobrony. Otóż poseł Zawisza zgłaszając w 2004 r. swoją kandydaturę do parlamentu UE, jednocześnie złożył oświadczenie, w którym przyznał się do współpracy ze służbami specjalnymi PRL. Jak wyjaśnił, zrobił to, gdyż znalazł swoje nazwisko na tzw. liście Wildsteina. Jego szczerość wyszła mu jednak bokiem, gdyż jeszcze przed zatwierdzeniem list wyborczych został skreślony z list partyjnego komitetu, a czarę goryczy przelała informacja z IPN-u według której nazwisko, które wcześniej ujrzał na liście Wildsteina, dotyczyły nie jego, ale całkiem innej osoby. Historia magistra vitae, dlatego też przed wyborami do sejmu w 2005 r. poseł Zawisza oświadczył, że nie był tajnym współpracownikiem służb, lud tarnowski wybrał go do sejmu, po czym wkrótce poseł został oskarżony o kłamstwo lustracyjne. Poseł nawet bez oporów przyznał się do zarzutu współpracy i wdzięcznego pseudonimu TW "Renata", ale swoją linię obrony oparł na stwierdzeniu, że nie przedłożył nieprawdziwego oświadczenia, gdyż po informacji z IPN-u, że Jerzy Zawisza na liście Wildsteina to nie on, uznał że widocznie wcześniejsze przekonanie o świadomej współpracy ze służbami było jedynie niezdrowym przywidzeniem.
    Podobnie zresztą jak w sprawie Józefa Oleksego, który nawet wiedział, że współpracował i z kim współpracował, tylko jakiś niewdzięcznik wprowadził go w błąd, informując, że ten typ współpracy nie podpada pod lustracyjne paragrafy.
    W ogóle IPN powinien zostać obdarowany specjalną dotacją ministerstwa zdrowia, gdyż wyjątkowo skutecznie leczy z demencji i to nieraz z przypadków wydawałoby się beznadziejnych, wobec których medycyna konwencjonalna już dawno dałaby za wygraną. Przypadki ks. Czajkowskiego czy abp. Wielgusa nie są odosobnione, np. ostatnio pamięć odzyskał niegdysiejszy wicedyrektor Krajowego Urzędu Pracy z nominacji AW"S", a obecnie popierany przez posła Kuchcińskiego PiS-owski prezydent Przemyśla, który po przekonaniu się, że w IPN-ie zachowała się podpisana przez niego umowa współpracy z SB, nagle przypomniał sobie wszystkie detale i okoliczności podpisania takiej umowy, chociaż wcześniej zaręczał, że jak coś podpisywał, to jedynie pocztowe awiza wezwań na milicyjne przesłuchania.
    Zresztą ta epidemia amnezji nie dotyczy jedynie treści archiwów IPN-u, by wskazać na fatalne w skutkach zapomnienie się pani Hanny Gronkiewicz-Waltz i kilkuset innych samorządowców czy luki w pamięci byłego już wojewody mazowieckiego.
    Co ciekawe, poseł Maksymiuk zapomniał nawet, że ma dwa miliony złotych, co jest o tyle dziwne, że trzeba wyjątkowo dużego samozaparcia aby tak miłą informację "wyprzeć" z pamięci. Ale być może poseł Maksymiuk - jak każdy uczciwy socjalliberał - tak bardzo gardzi dużą forsą, że faktycznie o niej nie chciał pamiętać. Sądzę, że tak właśnie było i dlatego poseł nie powinien ucierpieć żadnymi sankcjami za swoje - jakby to powiedział niezastąpiony prezes Balcerowicz - nieumyślne przejęzyczenie.
    W książce Jose Saramago pt. "Miasto ślepców", pewnego dnia mieszkańców opanowuje epidemia ślepoty, co stanowi dla autora pretekst do roztrząsania mechanizmów życia publicznego, w sytuacji gdy wraz z utratą wzroku bohaterowie tracą również część swojej tożsamości. Ww. okoliczności powodują, że nieważna staje się przeszłość, przyszłość jest jeszcze bardziej tajemnicza i niewyobrażalna, przez co liczy się tylko teraźniejszość, stan tak charakterystyczny również dla epidemii niepamięci. A kto lepiej opisałby skutki ślepoty niż Saramago - aktywny działacz portugalskiej KomPartii?
    Przywołuję ten literacki przykład, gdyż polityczne i społeczne skutki amnezji są analogiczne do opisanych w książce skutków epidemii ślepoty: "Sterty śmieci na ulicach stawały się coraz większe, (...) ludzkie odchody rozlewały się cuchnącymi kałużami. (...) Powietrze wchłaniało fetor brudnych ulic, a smród przybierał formę gęstej mgły...". Z epidemiami nie ma żartów, niestety można oczekiwać, że uchwalona niedawno prezydencka wersja lustracji oraz impas w sprawie deubekizacji i dekomunizacji będą sprzyjały postępom tej nowej politycznej jednostki chorobowej.

    Krzysztof Mazur

    Publicystyka Krzysztofa Mazura na ASME


    NIEWINNI SĘDZIOWIE NIE OD BOGA, CZYLI STALINIZM NIEROZLICZONY - TADEUSZ M. PŁUŻAŃSKI Wysłane środa, 7, lutego 2007 przez Krzysztof Pawlak

    Przez 17 lat wolnej Polski nie udało się osądzić żadnego sędziego i prokuratora, którzy w czasach stalinowskich skazywali polskich patriotów, choć prawo zakwalifikowało ich czyny jako zbrodnie sądowe. Jeśli w ogóle postawiono im zarzuty, nie ponieśli żadnych konsekwencji karnych. Tylko jeden stalinowski sędzia został skazany, ale wyrok ten został uchylony. Pozostałych sądy albo - mimo twardych dowodów - uniewinniły albo umorzyły ciągnące się latami sprawy z powodu "braku ustawowych znamion przestępstwa" lub ich śmierci (np. płk. Czesława Łapińskiego, oskarżyciela rotmistrza Witolda Pileckiego; pisaliśmy o nim szerzej na łamach ASME). Niektóre procesy zawieszono na czas nieokreślony lub zwrócono akta do uzupełnienia. Jeden z sądów w ogóle odmówił rozpatrzenia sprawy...

    W tej sytuacji wielkim sukcesem jest kilka wyroków na stalinowskich śledczych. Ale przecież sędziowie i prokuratorzy należeli do tego samego aparatu terroru. Oni też mordowali, z tą różnicą, że nie znęcając się fizycznie i psychicznie, ale zza biurka. Przecież prokuratorzy oskarżali, a sędziowie wydawali wyroki na podstawie dowodów, wymuszonych biciem przez "śledzi", którzy często byli współautorami aktu oskarżenia. Dlaczego zatem jednych - oprawców z Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego można skazać, a drugich - oprawców w togach już nie? Może przedstawione niżej sprawy kilku stalinowców, których - choć z mizernym skutkiem - udało się jednak dopaść wymiarowi sprawiedliwości III RP, pozwolą tę podwójną miarę w ściganiu komunistycznych zbrodniarzy wyjaśnić.

    KAT X PAWILONU

    Wśród tych nielicznych skazanych znalazł się Tadeusz Szymański, zwany katem X Pawilonu, którego nazwisko budziło na Mokotowie powszechną grozę. Po trwającym - bagatela - trzy lata procesie został skazany na pięć lat więzienia. Więźniowie dobrze go zapamiętali. Hannę Radzyńską oblewał lodowatą wodą i deptał jej po nogach. Stanisława Mazurkiewicza zmuszał do leżenia na betonie, zbierania kawałków rozsypanej słomy z siennika i do oglądania, jak depcze fotografie jego najbliższych. Marianowi Gołębiewskiemu kazał stać godzinami z podniesionymi do góry rękami, zimą wrzucał go do celi bez okna. Stanisława Rybkę bił po całym ciele i znieważał. Tadeusz Welkier był kopany w podbrzusze i bity w tył głowy. Innych zmuszał do wielogodzinnego klęczenia na grochu, kłuł szpilką, uderzał głową o ścianę. As polskiego lotnictwa Stanisław Skalski wspominał: "Bity od pięt do głowy straciłem poczucie czasu. Nagi znalazłem się w odchodach karceru".
    W toku śledztwa okazało się również, że Szymański osobiście wykonywał wyroki śmierci. Rozstrzelanym więźniom kazał rozbijać głowy. Dla zabawy i zastraszenia aranżował też pozorne egzekucje (ta sprawa nie znalazła się w akcie oskarżenia; dzisiejsze zarzuty dotyczą jedynie ułamka zbrodniczej działalności - zarówno śledczych, jak i sędziów i prokuratorów). Szymański był również specjalistą od werbowania agentów wśród więźniów i szefem grupy, która przesłuchiwała kobiety.

    ZBYT OKRUTNY DLA RÓŻAŃSKIEGO

    W 1946 r. 23-letni Szymański w piśmie do UB w Grodzisku Mazowieckim napisał: "Uprzejmie proszę o przyjęcie mnie do bezpieczeństwa, gdyż mam zamiłowanie w tym pracować". Ponieważ bardzo się starał, wkrótce przeniesiono go do Warszawy na Rakowiecką, gdzie został strażnikiem, a w 1950 r. oficerem inspekcyjnym X pawilonu, podległym bezpośrednio Departamentowi Śledczemu MBP, a konkretnie jego szefowi Jackowi Różańskiemu (Józefowi Goldbergowi - to on, w porozumieniu z kierownictwem partii i państwa - faktycznie wydawał wyroki). Na "Dziesiątce" komuniści więzili "najgroźniejszych przestępców", tu - w celach - wielu zostało "osądzonych", a następnie straconych.
    Podczas swojego procesu przez warszawskim sądem wojskowym Szymański utrzymywał, że w ogóle nie chodził na Pawilon X. Nie wiedział, kto i dlaczego jest tam przetrzymywany. Śledztw nie prowadził, a jedynie prace administracyjne, wydawał książki do czytania i korespondencję, gdyż był... magazynierem, a świadkowie musieli go pomylić z innym Szymańskim. Tymczasem nawet strażnicy więzienni mówili o swoim przełożonym, że "odznaczał się wyjątkowym sadyzmem wobec uwięzionych".
    - Przechwalał się swoim okrucieństwem i tłumaczył mi, że więźniowie to wrogowie, których trzeba zniszczyć - zeznawał jeden ze strażników, Jan Sadowski, na procesie Józefa Goldberga-Różańskiego w 1957 r. Znany z sadyzmu Różański miał kiedyś zwrócić uwagę Szymańskiemu, że jest zbyt okrutny. Na swoim procesie Szymański wyraził radość, że totalitaryzm się skończył (chyba tak źle mu nie było, bo aż do 1989 r. pracował w stołecznej milicji) i mamy demokrację (czy dlatego, że teraz sprawy sądowe ciągną się latami, a winni pozostają bezkarni?). Aby uniknąć odpowiedzialności, powoływał się na papieskie słowa o potrzebie pojednania między Polakami.

    SKAZANI Z HUMEREM

    Tadeusz Szymański był już wcześniej sądzony za inne przestępstwa. W 1996 r., na najsłynniejszym procesie ubeków w niepodległej Polsce - zwanym od nazwiska głównego oskarżonego - procesem Adama Humera, byłego wicedyrektora Departamentu Śledczego MBP, został skazany na cztery lata (prokurator żądał sześciu). Razem z nim wyroki otrzymało 12 "śledzi": Adam Humer (najwyższa kara - dziewięć lat), Eugeniusz Chimczak, Jan Dąbrowski, Markus Kac, Mieczysław Kobylec, Edmund Kwasek, Roman Laszkiewicz, Leon Midro, Jan Pugacewicz, Tadeusz Tomporski i Wiesław Trutkowski. W lipcu 1998 r., po apelacji złożonej przez obrońców, Sąd Wojewódzki w Warszawie zmniejszył wyroki trzem ubekom - Humerowi, Chimczakowi i Laszkiewiczowi do siedmiu i pół roku więzienia. Zgodnie z kodeksem karnym z 1932 r., obowiązującym w czasie popełnienia przez nich przestępstw, była to największa kara, jaką mogli otrzymać. Szymańskiemu utrzymano wyrok czterech lat.
    Skrócenie czasu odsiadki było jedynie formalne - większość skazanych, "z przyczyn zdrowotnych" w ogóle nie trafiła za kraty albo znaleźli się tam na krótko i zostali przedterminowo zwolnieni (Szymański siedział "aż" dwa lata). W więzieniu na Mokotowie byli traktowani na specjalnych zasadach, a starsi "klawisze" zwracali się do nich według dawnej nomenklatury służbowej. Wiek i stan zdrowia oskarżonych jest dziś jedną z głównych okoliczności łagodzących - nagminnie wykorzystywaną zarówno przez podsądnych jak i sądzących.

    KAT ZAMOJSZCZYZNY

    Na sześć lat więzienia został skazany Mieczysław Wybraniec, "oficer" Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Zamościu, nawet przez swoich kolegów-ubeków nazywany Katem Zamojszczyzny. Akt oskarżenia zarzucił mu bezprawne pozbawienie wolności i torturowanie (w bardzo wyrafinowany sposób) 23 żołnierzy Armii Krajowej, WiN i osób, podejrzanych o związki z nimi, w okresie od sierpnia do listopada 1946 r. w Zamościu.
    Andrzej Witkowski, prokurator IPN w Lublinie, domagał się dla byłego śledzia ośmiu lat, argumentując: "W postawie oskarżonego trudno doszukać się choćby cienia skruchy wobec ogromu cierpień fizycznych i psychicznych zadanych pokrzywdzonym i ich rodzinom. Zarzucane mu czyny pozostają czynami osoby fizycznej, ale zarazem funkcjonariusza państwa, które samozwańczo nazywając się odrodzonym i demokratycznym, od samego zarania przez lata wychowywało swoich funkcjonariuszy w duchu nienawiści, pohańbienia ludzkiej godności, praw człowieka, a nawet prawa pozytywnego, które samo stanowiło. Zabezpieczało im przez lata bezkarność za popełnione zbrodnie".
    A zatem Wybraniec łamał nawet komunistyczne prawo. Z akt IPN: Mieczysław W. bił aresztowanych "po całym ciele rękoma, drewnianą i drucianą pałką i kopał obutymi nogami. (...) Tortury przeprowadzał z użyciem prądu elektrycznego. Aleksandrowi P. wypalał ponadto paznokcie u rąk, co spowodowało trwałe zniekształcenie palców [Aleksander Panas zmarł w 1978 r., jego choroba była wynikiem "badań" Wybrańca - red.], zaś Stanisława J. bił, uderzając kolbą karabinu po całym ciele".
    Wybraniec, przyznając się do pracy w UB, (ale nie do stosowania tortur): "Zdarzyło się, że ręką uderzyłem przesłuchiwanego, kiedy zdenerwowałem się jego krętactwami".

    KRWAWY SYN LEGIONISTY

    Mieczysław Wybraniec, urodzony we wsi Bzowiec powiatu krasnostawskiego w rodzinie handlowców, syn żołnierza Legionów Piłsudskiego, w czasie wojny wstąpił do Gwardii Ludowej. W zamojskim PUBP był najpierw wartownikiem, a potem - bez żadnego, nawet krótkiego przeszkolenia - "oficerem" śledczym. Strach wzbudzał samym wyglądem (był potężnie zbudowany).
    Więźniów przetrzymywał w areszcie nawet przez pół roku (zamiast dozwolonych prawem 48 godzin), nie przedstawiając im nakazu aresztowania ani zarzutów. Przełożony z zamojskiego PUBP o Wybrańcu: "Posiada zdolność wyciągania prawdziwych zeznań z zatwardziałych przestępców". Wszystko byłoby "w porządku", gdyby jeden z więźniów (podejrzany o współpracę z WiN) nie zmarł w trakcie śledztwa. Wybrańca zatrzymano, ale już po trzech miesiącach - bez żadnych reperkusji - wrócił do pracy w bezpiece. W końcu "nic złego nie zrobił", tylko ze wzmożoną siłą "dochodził prawdy" - z takich dociekliwych pracowników łatwo się nie rezygnuje. W międzyczasie koledzy-ubecy "ustalili", że torturowany przez Wybrańca więzień umarł na zawał serca.
    Przestępstwa Wybrańca wyszły na jaw, kiedy jeden z AK-owców znalazł jego nazwisko, przeglądając akta sprawy rehabilitacyjnej swojego podkomendnego - Leonarda Kalmusa. Niepełnoletniego chłopca aresztował i brutalnie przesłuchiwał (mimo, iż na procesie Kalmus odwołał swoje zeznania, stwierdzając, że były one wymuszone biciem, został skazany na KS), a następnie rozstrzelał jako "dowódca plutonu egzekucyjnego". Nawet w stalinowskim systemie bezprawia łączenie tych dwóch funkcji - śledczego i kata - było rzadkością. Gwoli ścisłości - Wybraniec dowódcą był sam dla siebie, gdyż po wojnie plutonów egzekucyjnych po prostu nie było.

    UBEK SPÓŁDZIELCĄ

    Po odejściu z UB w 1949 r. Wybraniec został "spółdzielcą", pracując na kierowniczych stanowiskach w Powszechnej Wielobranżowej Spółdzielni Pracy, Wojewódzkiej Spółdzielni Mleczarskiej i Powszechnej Spółdzielni Spożywców. W międzyczasie skończył studia ekonomiczne na UMCS w Lublinie. Przed przejściem na emeryturę był zastępcą dyrektora w Wojewódzkim Przedsiębiorstwie Handlu Wewnętrznego w Zamościu. Może tam nabawił się choroby, która uniemożliwiała mu potem przychodzenie do sądu?
    Mimo kilkukrotnego przekładania procesu i powołania kilku komisji lekarskich, sądowi III RP udało się jednak wydać wyrok. W tym celu musiał wydać nakaz aresztowania Wybrańca. Na proces w przed Sądem Rejonowym w Zamościu był dowożony karetką z Warszawy, gdyż właśnie w stolicy był najbliższy Zakład Karny, posiadający oddział szpitalny (a tego wymagały zalecenia lekarskie).

    FAŁSZYWY "WIN-OWIEC"

    I jeszcze jeden wyrok na innego okrutnika. Aleksander Omiljanowicz - UB-ek, a do tego pracownik NKWD i sowieckiego wywiadu wojskowego "Smiersz", został skazany na cztery i pół roku więzienia. Prokurator białostockiego IPN zarzucił mu, że w latach 1946 - 1947, "działając jako urzędnik państwowy, kierownik Sekcji PUBP [do walki z bandytyzmem - red.] w Suwałkach, przekroczył swoją władzę wobec 22 zatrzymanych żołnierzy WiN, w ten sposób, iż stosował i tolerował stosowanie przez podwładnych mu funkcjonariuszy przemocy polegającej na zadawaniu zatrzymanym w trakcie przesłuchań uderzeń pięściami i różnymi przedmiotami po całym ciele". Świadkowie, którzy zeznawali na procesie Omiljanowicza pamiętali, jak zakładał im pas na szyję i ściskał go, uderzał głowami o ścianę, łamał paznokcie.
    W październiku 1939 r., kiedy w skutek korekty granicy rozbiorowej Sowieci opuścili Suwalszczyznę, a na ich miejsce przyszli Niemcy, Aleksander Omiljanowicz był łącznikiem w... ZWZ (oddział Stanisława Wyrodnika, ps. Burza), ale już wtedy pracował dla NKWD. Po aresztowaniu przez Niemców, do końca wojny siedział w obozach.
    Omiljanowicz twierdził, że po wojnie do suwalskiej bezpieki wstąpił na polecenie Tadeusza Świtalskiego, komendanta obwodu WiN. W rzeczywistości było odwrotnie. Tadeusz Kalinowski z suwalskiego UB w "Relacji z osobistej działalności" napisał: "Pod dowództwem Aleksandra O., w ilości 15 osób pozorowaliśmy grupę bandycką z rzekomo innego terenu, której zadaniem było nawiązanie kontaktu z miejscowymi bandami i likwidacja ich". Prowokacja udała się i kilkunastu prawdziwych WiN-owców zostało aresztowanych.
    Za przynależność do ZWZ, AK, a przede wszystkim WiN, ten fałszywy "WiN-owiec" znęcał się nad aresztowanymi (przed sądem naiwnie twierdził, że nie wiedział, kto był partyzantem, a kto pospolitym przestępcą, gdyż wszyscy byli dla niego bandytami). Nie oszczędzał nawet swoich kolegów sprzed wojny. Tak było np. z prawdziwym WiN-owcem Fabianem Daniłowiczem, który po "badaniach" Omiljanowicza został skazany na 10 lat więzienia. Inną jego ofiarę - Mariana Piekarskiego podczas pokazowego procesu skazano na karę śmierci i - we wrześniu 1946 r. - stracono.

    UBEK LITERATEM

    W 1946 r. ci sami WiN-owcy, którzy mieli skierować Omiljanowicza do ubecji, skazali go na karę śmierci. Próby likwidacji ubola nie powiodły się jednak (w 1947 r. podziemie zabiło jego brata za współpracę z NKWD - widać była to rodzinna przypadłość). Omiljanowicz uciekł na inny teren - został szefem UB w Iławie, potem w Ełku. Tu dalej znęcał się nad więźniami, autochtonami z Warmii i Mazur. Nawet jego przełożeni (oczywiście ci z UB, a nie z WiN) uznali, że jest zbyt brutalny i w 1948 r. został skazany na osiem lat.
    Gdy stalinizm się skończył, Omiljanowicz został dziennikarzem (m.in. "Głos Koszaliński", "Gazeta Białostocka" i "Niwa") i wziętym literatem, opiewającym bohaterstwo komunistycznej partyzantki (podobną karierę wybrał Norbert Z. Pick, autor książek z serii "Żółtego tygrysa", wcześniej pułkownik bezpieki, który rozpracowywał m.in. Kościół, i żyjący do dziś stalinowski prokurator Zbigniew Domino, który w 2004 r. zdobył nagrodę im. Reymonta, razem z Jerzy Ficowskim i Tomaszem Łubieńskim).
    Przed sądem III RP Omiljanowicz - ubek do winy się nie przyznał. Niewiele brakowało, aby zarzuty w ogóle się przedawniły, ale Sąd Rejonowy w Suwałkach uznał argumentację prokuratora, że czyny Omiljanowicza stanowią zbrodnię przeciwko ludzkości. Taka kwalifikacja prawna przestępstw komunizmu, przyjęta w 2001 r. przez Sąd Najwyższy, stanowi dziś podstawę ścigania funkcjonariuszy tamtego systemu. Spośród 22 zarzutów, postawionych przez IPN byłemu śledczemu, udowodniono mu 10. Karę więzienia odbywał od września 2005 r. w Białymstoku i Barczewie. Nic nie pomogła nawet ostatnia deska ratunku - prośba o ułaskawienie do prezydenta Kwaśniewskiego. Krwawy ubek, a potem literat Aleksander Omiljanowicz zmarł w kwietniu 2006 r. (w więzieniu - przyp. ASME).
    Sądy III RP skazały jeszcze kilku śledczych MBP, a także Informacji Wojskowej (pisaliśmy o nich szerzej na łamach ASME). Większość oprawców pozostała jednak bezkarna.

    ZBYT STRESUJĄCE ROZPRAWY

    Wobec stalinowskich sędziów i prokuratorów wymiar sprawiedliwości III RP jest jeszcze bardziej bezradny. 25 maja 1953 r. Edmund Z., jako przewodniczący składu Wojskowego Sądu Rejonowego w Szczecinie, skazał na 12 lat więzienia Henryka Jastrzębskiego, w 1943 r. delegata rządu RP na uchodźstwie na okręg białostocki. Przed prokuratorem IPN były sędzia "częściowo przyznał się do winy", twierdząc, że wyrok wydał pod presją przełożonych, gdyż nie potrafił samodzielnie ocenić winy Jastrzębskiego - skończył jedynie dziewięciomiesięczne przeszkolenie prawnicze, a z zawodu był kolejarzem. W stalinizmie sędzią, tak samo jak "oficerem" śledczym, mógł praktycznie zostać każdy. Wojskowy Sąd Garnizonowy w Szczecinie (w tym mieście Edmund Z. popełnił przestępstwo), gdzie trafił akt oskarżenia, przekazał jednak sprawę do sądu tej samej instancji w Poznaniu (tu Edmund Z. mieszka). Po co narażać kolegę po fachu na niepotrzebne dojazdy?
    Byłemu stalinowskiemu sędziemu zarzucono, że orzekał "wbrew zebranym w sprawie dowodom i dopuścił się całkowitej i oczywistej dowolności w ocenie prawnej postępowania oskarżonego". Jastrzębski, który po wojnie zaprzestał podziemnej działalności, ujawnił się i rozpoczął pracę w Rolniczej Centrali Mięsnej we Wrocławiu, miał posiadać "informacje istotne ze względu na obronę Państwa". Wyrok - jak stwierdził prokurator IPN - miał zatem charakter represji politycznej za jego przynależność w czasie wojny do Armii Krajowej.
    Henryk Jastrzębski zmarł w 1969 r. Edmund Z. ze Szczecina przeniósł się do Poznania. Dyspozycyjny sędzia został tzw. zwyczajnym obywatelem. Przez kilkadziesiąt lat miał spokój.
    Dwie odbyte rozprawy przeciwko Edmundowi Z. trwały - odpowiednio - 20 minut i pół godziny. Powód? Badania lekarskie wykazały, że były sędzia jest "otępiały", ma kłopoty z koncentracją, ciśnieniem i "niepełnym samokrytycyzmem" i nie jest w stanie kontrolować swoich emocji. Wojskowy Sąd Garnizonowy w Poznaniu uznał, że w takim razie rozprawy mogą być dla Z. zbyt stresujące i... zawiesił proces na czas nieokreślony. Nieprzypadkowo sąd ten, mieszczący się w okazałym budynku przy ul. Solnej, zwany jest umarzalnią. Ostatecznie - w lutym 2005 r. - Edmund Z. zmarł.

    WINA UDOWODNIONA

    28 grudnia 1948 r. rozprawie przed WSR w Szczecinie przewodniczył inny sędzia - Tadeusz N. Na dwa lata i sześć miesięcy pozbawienia wolności skazał Franciszka M. Ten mieszkaniec miejscowości Buk został aresztowany za... śpiewanie antysowieckich piosenek, które sam układał, a potem nucił razem z sąsiadami, np. "Rozkwitały jabłonie i gruszki - wygnali Niemca, a wprowadził się Ruski", "Z tyłu łata, z przodu łata, precz sowieci, to nie wasza chata". Franciszek M. do żadnej konspiracyjnej organizacji nie należał. Po latach opowiadał: "24 września jak zwykle wyszedłem w pole. Nagle zjawił się sołtys z trzema facetami i bez słowa zabrali mnie na UB. Chcieli, abym przyznał się do winy, ale nie mówili, do jakiej. Bili taboretem po całym ciele. Pewnego dnia jeden z ubeków zabrał mnie do piwnicy, gdzie stała szubienica i krzyczał: »mów prawdę, bo będzie cię to czekało«. Podczas konfrontacji moi sąsiedzi z Buka potwierdzili, że w ich obecności śpiewałem antysowieckie piosenki, na co ubek stwierdził: »udowodniono wam, że jesteście wrogiem Polski Ludowej«". Po odbyciu całej kary (m.in. w więzieniu we Wronkach), w 1951 r. rolnik-śpiewak wrócił do Buka.
    Akt oskarżenia przeciwko Tadeuszowi N. wpłynął do Wojskowego Sądu Garnizonowego w Szczecinie - tego samego, który nie chciał sądzić Edmunda Z. Tym razem sędziowie... odmówili rozpatrywania sprawy. Stwierdzili, że oskarżony jest wiekowy, w związku z tym musi być chory, a co za tym idzie - nie może przyjeżdżać na rozprawy do Szczecina. Czy znowu zadziałała sędziowska solidarność?

    "PRZYGOTOWANIE DO USIŁOWANIA"

    Z byłym sędzią prawo nie obeszło się jednak całkiem po macoszemu. Co prawda w Szczecinie pozostaje Tadeuszem N., ale Warszawie został Tadeuszem Nizielskim. Stołeczny Wojskowy Sąd Garnizonowy okazał się bowiem bardziej "bezwzględny" i skazał go (w innej sprawie) na dwa lata więzienia. Był to pierwszy wyrok wydany w III RP na stalinowskiego sędziego.
    Ta inna sprawa to zasądzenie w 1950 r. sześciu lat więzienia dla Mariana Darasza, też w szczecińskim WSR. W uzasadnieniu wyroku Nizielski napisał "przygotowanie do usiłowania przemocą obalenia ustroju państwa oraz rozpowszechnianie fałszywych wiadomości, które mogły wyrządzić istotną szkodę interesom państwa". Owo "usiłowanie" polegało na tym, że Darasz podważał polskość Rokossowskiego, a kolegom z pracy mówił, że "w polskich gazetach piszą kłamstwa, jakoby Amerykanie rozpętali wojnę w Korei, jednak powszechnie wiadomo, iż sprowokowali ją koreańscy komuniści". Za dowód w sprawie Nizielski uznał znalezioną u oskarżonego... kartkę z ręcznie przepisaną "przepowiednią Wernyhory".

    WSR NARZĘDZIEM REPRESJI

    Podczas procesu Nizielskiego oskarżający prokurator dowodził, że Wojskowe Sądy Rejonowe zostały powołane nielegalnie i były narzędziem represji w rękach UB (my dodajmy, że ich spadkobiercą są dzisiejsze sądy wojskowe...). Warszawskich sędziów w mundurach jednak przekonał. Mimo starań obrońcy o uniewinnienie stalinowskiego sędziego ("przecież sądy III RP nie pociągają ich do odpowiedzialności"), stwierdzili, że stosując przepisy "mające stłamsić myślenie inne niż oficjalne, niemające nic wspólnego z prawami człowieka", złamał on życie niewinnemu człowiekowi i uznali go winnym "nadużycia władzy i pozbawienia wolności połączonego ze szczególnym udręczeniem".
    Cóż z tego, kiedy wyższa instancja - Wojskowy Sąd Okręgowy w Warszawie (mieszczący się w tym samym budynku przy ul. Nowowiejskiej, co Sąd Garnizonowy) umorzył sprawę, twierdząc, że Nizielskiego chroni... immunitet sędziowski.
    Tadeusz Nizielski, vel Tadeusz N., przedwojenny prawnik z Poznania, przed WSR w Szczecinie wydał jeszcze wiele wyroków, m.in. kilkuletniego więzienia dla uczniów Liceum Pedagogicznego w Myśliborzu (dowodem ich antypaństwowej działalności miało być m.in. wspólne spędzanie letnich wakacji), którzy trafili następnie do "więzienia reedukacyjnego" w Jaworznie, w którym polscy stalinowcy starali się realizować w praktyce zasady sowieckiego pedagoga Makarenki.
    Ze Szczecina Nizielski przeniósł się do Poznania, gdzie został szefem Sądu Wojsk Lotniczych (władzę miał taką, jak płk Józef Goldberg-Różański w Warszawie), a następnie do Warszawy, awansując na sędziego Sądu Najwyższego w Izbie Wojskowej.

    ZEMSTA ZA "ŁUPASZKĘ"
    (UMARZALNIA NUMER DWA)


    Druga poznańska umarzalnia - Okręgowy Sąd Wojskowy, mieszcząca się przy tej samej ul. Solnej, uniewinniła wcześniej emerytowanego płk. Wacława Krzyżanowskiego. IPN oskarżył go (jako pierwszego stalinowskiego prokuratora) o mord sądowy.
    Wacław Krzyżanowski służbę wojskową rozpoczął w 1943 r. w Dżambule (Kazachstan). Jako żołnierz dywizji kościuszkowskiej brał udział w bitwie pod Lenino. Zaraz po wojnie ukończył szkołę oficerów bezpieki w Łodzi i rozpoczął pracę w Wojskowej Prokuraturze Rejonowej w Gdańsku, gdzie był "śledziem" do 1950 r. W wojskowym wymiarze sprawiedliwości (czytaj: bezprawia) pracował potem na Śląsku i w Koszalinie, w 1976 r. zwolniony do rezerwy. W PRL-u otrzymał wiele odznaczeń i nagród.
    3 sierpnia 1946 r. Krzyżanowski (wówczas w randze chorążego) podżegał skład sędziowski do wymierzenia 17-letniej Danucie Siedzikównie, "Ince" - sanitariuszce antykomunistycznego oddziału mjr. Zygmunta Szendzielarza "Łupaszki" najwyższego wymiaru kary. Teraz sędziowie poznańskiej umarzalni stwierdzili jednak, że nie można jednoznacznie ustalić, jaką rolę Krzyżanowski odegrał w procesie "Inki", a wszystkie wątpliwości powinny być rozstrzygane na korzyść oskarżonego.
    45 lat wcześniej wątpliwości nie przemawiały na korzyść Siedzikówny. Prócz udziału w "bandzie Łupaszki" i nielegalnego posiadania broni, oskarżono ją o wydanie poleceń zastrzelenia dwóch funkcjonariuszy UB, czego sąd jednak jej nie udowodnił.
    Krzyżanowski twierdził, że został skierowany na proces przypadkowo, zmuszony przez przełożonych, nie miał doświadczenia (Czy szkoła w Łodzi niedostatecznie przygotowywała do bezpieczniackiej służby? Tak tłumaczy się dziś większość stalinowskich funkcjonariuszy), że na sali sądowej był przez 5-10 sekund, a po odczytaniu sentencji omal nie zemdlał, że nie wiedział nawet, o co Siedzikówna była oskarżona!!! Sędziowie III RP dali wiarę tłumaczeniom byłego prokuratora.
    "Inka" nie podpisała prośby do Bieruta o łaskę. Zastrzelono ją 28 sierpnia 1946 r. w piwnicy gdańskiego aresztu, razem z Feliksem Selmanowiczem "Zagończykiem", jednym z dowódców majora "Łupaszki". Umierali z okrzykiem "Jeszcze Polska nie zginęła". Ich śmierć była zemstą ubeków za działalność Zygmunta Szendzielarza, który mocno dawał się we znaki nowej władzy, a nie można było go złapać.

    PODŻEGAŁ DRUGI RAZ

    Na swoim procesie płk Wacław Krzyżanowski twierdził również, że sprawa Siedzikówny była jedyną w jego karierze. Tymczasem tego samego 3 sierpnia 1946 r. w tym samym areszcie karno-śledczym w Gdańsku, tylko dwie godziny wcześniej, oskarżał i żądał kary śmierci dla Hansa Baumana.
    Z akt procesu, które przypadkowo odnaleziono, wynika, że Krzyżanowski samodzielnie przeprowadził śledztwo i sformułował akt oskarżenia. Jego podstawą była wycieczka 19-letniego Baumana, mieszkańca Gdańska, pewnego czerwcowego dnia 1945 r. do lasu. Młodzieniec znalazł tam karabin z kilkoma nabojami i upolował nim sarnę, po czym broń zakopał. Zdobycznym mięsem podzielił się z mieszkającymi w jego domu Polakami, którzy następnie donieśli na niego ubecji. Po śledztwie, prowadzonym przez UB w Miastku, Krzyżanowski oskarżył Baumana o nielegalne posiadanie broni (tak jak Danutę Siedzikównę) i próbę wywołania III wojny światowej, przez oderwanie Gdańska od Polski, do której był wrogo nastawiony. Hans Bauman został skazany (w trybie doraźnym - tak jak Siedzikówna) na karę śmierci, mimo że nie znał języka polskiego, a podczas procesu (tak samo zresztą, jak i śledztwa) nie mógł korzystać z pomocy tłumacza. 9 sierpnia 1946 r. wyrok wykonano.
    W materiałach IPN czytamy: "...skazany pozbawiony został całkowicie możliwości obrony, a okoliczności sprawy świadczą, iż skazanie Hansa B. stanowiło zbrodnię sądową [tak jak w przypadku Danuty Siedzikówny - red.], popełnioną przez funkcjonariuszy państwa komunistycznego z powodu przynależności skazanego do określonej grupy narodowościowej, w której to wykorzystano formę procesu karnego do przeprowadzenia czystki etnicznej".
    Wolna Polska jeszcze raz postawiła Krzyżanowskiego przed sądem, ale z tego też nic nie wynikło. W uzasadnieniu uniewinniającego wyroku napisano, że stalinowscy prokuratorzy i sędziowie w ogóle nie powinni odpowiadać za formułowane przez siebie akty oskarżenia i wyroki, jeśli trzymali się litery obowiązujących przepisów prawa. Czyli ścigać można tylko tych stalinowców, którzy stalinowskiemu prawu uchybili. Tak skonstruowano ustawę o IPN. Jednak nawet orzekając na podstawie takich niedoskonałych zapisów - Krzyżanowskiego należałoby skazać, gdyż w obu przypadkach ówczesnemu prawu się sprzeniewierzył! Ponadto, w demokratycznych systemach obowiązuje zasada, że jeśli prawo narusza elementarne zasady sprawiedliwości, staje się bezprawiem. Ale po co naszym sędziom taka wiedza?
    Nawet Krzyżanowski (oczywiście do winy się nie przyznając), stwierdził, że stalinowski system prawny miał charakter przestępczy. Wystarczyło zatem pójść krok dalej i uznać, że jako funkcjonariusz tamtego przestępczego systemu też jest (w świetle prawa) przestępcą. Jednak dzisiejsze prawo - prawo wolnej Polski takich prostych zasad nie uznaje.

    EGZEKUCJE W SĄDZIE I W POLU

    Kolejnym oskarżonym o mord sądowy (i to nie jeden, tylko kilka) był inny stalinowski prokurator Wacław Lange. W materiałach IPN czytamy, że w latach 1945 - 1953 "pełniąc funkcję podprokuratora Wojskowych Prokuratur Rejonowych w Białymstoku, Lublinie i w Warszawie, skierował do Wojskowych Sądów Rejonowych w Warszawie, Białymstoku i Lublinie akty oskarżenia, a następnie zażądał wymierzenia niewspółmiernych do czynów kar śmierci w stosunku do 15 osób [żołnierzy AK i ludzi jej pomagających - red.].". Cała 15-tka została stracona. Dodatkowo, wobec czterech skazanych zażądał natychmiastowego wykonania kary, uniemożliwiając im tym samym złożenie - przysługującej z mocy prawa - prośby o ułaskawienie. Zostali zastrzeleni na sali sądowej seriami z pepeszy (wytł. - ASME). Jednego, który jeszcze żył, dobił strzałem z pistoletu "oficer", który wstał zza stołu sędziowskiego. Egzekucję oglądała miejscowa ludność, która została ściągnięta na "rozprawę", aby nabrać respektu dla "ludowej" władzy.
    Prokurator Andrzej Witkowski z IPN w Lublinie ustalił, że procesy trwały kilkanaście minut, odbywały się bez akt i spisywania protokołów. Dokumentacja została potem nieudolnie antydatowana. Czy było to zgodne nawet z ówcześnie obowiązującym prawem?
    Inne "rozprawy" z udziałem Wacława Langego odbywały się w "terenie", np. na polu, gdzie ustawiano stół i krzesła, "sędziowie" coś tam odczytywali i kazali skazanemu iść przed siebie. Padały strzały. Komuniści nazywali to "wyjazdową sesją sądu", a w praktyce były to doraźne "sądy na kółkach" (w Białostockiem orzekał w nich prokurator Czesław Łapiński). Decyzja o wyeliminowaniu "wroga ludu" zapadała wcześniej, a "sąd" był tylko przykrywką dla zbrodniczych praktyk.

    BŁĘDY PROCEDURALNE

    Wacław Lange, rocznik 1924, przed wojną kancelista, zgodnie z powojenną praktyką prokuratorem został po krótkim kursie. Po zakończeniu kariery prokuratorskiej roczny kurs prawniczy na UMSC w Lublinie wystarczył, aby zdobył uprawnienia adwokackie. Szanowanym prawnikiem był aż do początku lat 90. Ostatni udokumentowany wyrok śmierci, do wydania którego podżegał, nosi datę 12 stycznia 1954 r.
    W sądzie III RP twierdził oczywiście, że musiał wypełniać polecenia przełożonych. Tłumaczył się również, że postępował niezgodnie ze swoim sumieniem i ubolewał nad losem niesłusznie represjonowanych, ale w kraju panowało wówczas ogólne bezprawie - zarówno organy bezpieczeństwa, jak i sądy i prokuratura nie przestrzegały obowiązującego prawa, stosowały je instrumentalnie "w celu pozbycia się niewygodnych osób".
    Co prawda za czyny zarzucane Wacławowi Langemu groziła kara dożywocia (sąd zdecydował się nawet aresztować go na trzy miesiące; za kratami spędził jednak tylko kilka dni, gdyż postanowienie to uchylił sąd wyższej instancji), ale sędziowie... nie podjęli się rozpatrzenia sprawy i przekazali ją z powrotem prokuratorowi IPN. Powód? Wyroki wydane ponad 50 lat temu na podstawie oskarżenia Langego do dziś są prawomocne i dopóki nie zostaną uchylone - byłego prokuratora nie można sądzić. Ponadto, oskarżony nie został pouczony, iż miał prawo - mimo prowadzenia postępowania w sądzie wojskowym - domagać się udziału w składzie orzekającym ławników-cywili.
    W okresie stalinowskim niewłaściwy skład sądu nie przeszkadzał w wydaniu wyroku. Dziś błędy proceduralne minionej epoki bywają podstawą oskarżenia. Tylko z tego powodu (zamiast dwóch ławników, w procesie brał udział tylko jeden) można było w ogóle postawić przed sądem III RP prokuratora, który w 1948 r. żądał kary śmierci dla Witolda Pileckiego. Sam fakt, że Czesław Łapiński podżegał do mordu sądowego na rotmistrzu, świadomie dążąc do wyeliminowania niewinnego człowieka tylko dlatego, że był przeciwnikiem politycznym, dla systemu prawnego III RP nie ma żadnego znaczenia.

    BEZPRAWIE PODSTAWĄ KOMUNIZMU

    Konkludując. Powodem stosowania podwójnej miary w ściganiu stalinowców - skazywania śledczych, a z drugiej strony - pobłażliwości dla sędziów i prokuratorów jest - obok solidarności zawodowej ludzi w togach (np. immunitet sędziowski, który do dziś ma bronić Tadeusza Nizielskiego) - przede wszystkim wadliwe prawo. Po pierwsze, daje ono sądom dużą dowolność w orzekaniu na korzyść komunistycznych oprawców. Po drugie - co najważniejsze - nie potrafi ono uznać, że zbrodniarzem nie jest tylko ten, który strzela w tył głowy, nie tylko ten, który bije, kopie i topi w wannie. Pozbawić kogoś życia można również na drodze - wydawałoby się legalnej - procedury sądowej. Za stalinowskie zbrodnie tak samo odpowiedzialna jest np. prokuratorka Helena Wolińska, która - można by powiedzieć - "tylko" wydawała nakazy aresztowania. Ale w efekcie - jako jeden z trybów aparatu terroru - przyczyniła się do stracenia innego bohatera Polski Podziemnej - gen. Augusta Emila Fieldorfa "Nila" i prześladowania innych.
    Prawo wolnej Polski musi zatem przyjąć zasadę, że cały powojenny system był zbudowany na bezprawiu. Dopiero zagłębiając się w te mroczne czasy, widzimy, jak ta machina zbrodni działała. Widzimy np., że często granice między bandytą w mundurze "oficera" Bezpieczeństwa z pistoletem i pałką, i tym w mundurze sędziego czy prokuratora wojskowego z długopisem i plikiem akt - zacierały się i ci sami oprawcy występowali w kilku rolach na raz. Wacław Krzyżanowski np. najpierw prowadził śledztwo, a potem oskarżał przed sądem. Niektórzy sędziowie - jak w sprawach z udziałem Wacława Langego - zabijali skazanych na sali sądowej. Niektórzy śledczy - jak Tadeusz Szymański czy Mieczysław Wybraniec - wykonywali wyroki. Kto zatem był bardziej okrutny - czy śledczy, który katował, czy prokurator, który na tej podstawie oskarżał, czy sędzia, który orzekał?
    Wszyscy byli katami i tak powinni być traktowani przez sądy Rzeczpospolitej. Póki co klimat polityczny sprzyja rozliczaniu komunistycznych zbrodni, a głosy broniące dawny układ, w stylu: "W SB pracowało wielu porządnych ludzi", są dziś marginesem.

    Artykuł pierwotnie ukazał się w tygodniku "Niezależna Gazeta Polska"

    Publicystyka Tadeusza M. Płużańskiego na ASME.


    Ludzie Roku "Niezależnej Gazety Polskiej" oraz "Gazety Polskiej" - ksiądz Tadeusz Isakowicz-Zaleski oraz Janusz Kurtyka, prezes IPN Wysłane środa, 7, lutego 2007 przez Krzysztof Pawlak

    | Pobierz |