lutego 19, 2007 - marca 3, 2007

Antyfaszyzm po rosyjsku - Antoni Zambrowski Wysłane sobota, 3, marca 2007 przez Krzysztof Pawlak

Wielka Rosja toczy wojnę propagandową przeciwko malutkiej Estonii. Estoński Sejm uchwalił bowiem ustawę o cmentarzach wojennych, która przewiduje możliwość przeniesienia z estońskich miast pomników ku czci sowieckich żołnierzy, poległych w walkach z niemieckim okupantem na sowieckie cmentarze wojskowe. Najbardziej boli rosyjskie środki przekazu projekt usunięcia ze śródmieścia Tallina - stolicy Estonii - wielkiego pomnika sowieckiego żołnierza, pod którym być może spoczywają szczątki Rosjan poległych podczas zdobywania Tallina. Problem tkwi - podobnie jak i w niepodległej Polsce - w niejednoznacznym stosunku do ofiary krwi sowieckich żołnierzy. Dla Rosjan są to po prostu wyzwoliciele Europy Wschodniej od niemieckiego okupanta. Dla Estończyków, podobnie jak i dla nas, są to żołnierze niosący na swych bagnetach nową, stalinowską okupację. Tego wymiaru "wyzwolenia" nie chcą postrzegać współcześni politycy rosyjscy, a w ślad za nimi i rosyjskie media elektroniczne. Jako rzecznika rosyjskiego protestu przeciwko "profaszystowskim" postawom Estończyków moskiewska telewizja RTR chętnie przywołuje przywódcę rosyjskich prostalinowskich komunistów Giennadija Ziuganowa. W tej sprawie niczym on się nie różni od sprawujących władzę polityków rosyjskich. Ponadto boli go estoński przepis przewidujący kary za eksponowanie dawnej symboliki sowieckiej - sowieckiego herbu, czerwonej gwiazdy oraz sierpa i młota. Wygłasza więc z ekranu telewizyjnego lamenty, że to hańba, gdyż złote gwiazdy bohatera Związku Rad nosili na swych mundurach tacy wielcy dowódcy sowieccy, jak marszałek Gieorgij Żukow.
Takie same pretensje Rosjanie mogliby wysuwać wobec współczesnej Polski, ale im to nie pasuje propagandowo, gdyż Polska padła ofiarą wspólnej agresji Hitlera i Stalina we wrześniu 1939 roku. Polskie siły zbrojne brały liczny udział w walkach na wszystkich frontach II wojny światowej. Estończykom nie było to dane, gdyż ich kraj został "pokojowo" okupowany przez Sowiety w roku 1940. Po roku krwawą sowiecką okupację zastąpiła okupacja niemiecka, podczas której wielu Estończyków - podobnie jak w Polsce, gdzie na ziemiach przyłączonych do Rzeszy wielu Polaków przymusowo wcielano do Wehrmachtu - musiało iść do wojska pod niemiecką komendę. Dziś rosyjska propaganda określa ich jako niemieckich kolaborantów i przyrównuje do nich tych wszystkich Estończyków, którzy domagają się usunięcia z estońskich ulic śladów wieloletniej sowieckiej okupacji. Rosyjskim mediom wtórują miejscowi Rosjanie, którzy osiedlili się w Estonii podczas sowieckiej, głównie rosyjskiej kolonizacji krajów bałtyckich. Boli ich traktowanie ich jako byłych okupantów, więc chętnie deklamują o prawach mniejszości etnicznej, o których nie pamiętano w czasach sowieckich i dziś nie pamięta się w Rosji, gdy chodzi o język i oświatę narodową licznych w niej nie-Rosjan.
Powinniśmy udzielić moralnego poparcia Estończykom i Łotyszom w ich walce z rosyjskim wielkomocarstwowym hegemonizmem i demaskować imperialną politykę Kremla, który krzyczy o faszystach w Europie Wschodniej, a sam nie potrafi poskromić rosyjskie faszystowskie (a raczej nazistowskie) bojówki na ulicach własnych miast, Moskwy i Petersburga nie wyłączając.

Antoni Zambrowski

Artykuł pierwotnie został opublikowany w tygodniku "Gazeta Polska".

Zostań donatorem naszych publicystów:
Jeśli satysfakcjonuje Cię publicystyka Antoniego Zambrowskiego - możesz wesprzeć Naszego Autora datkiem.
Konto:
61 1240 1040 1111 0010 0042 5486
Bank PeKaO SA III O. w Warszawie
SWIFT/BIC - PKOPPLPW



Publicystyka Antoniego Zambrowskiego na ASME



System państwowej służby zdrowia nie służy nikomu poza żyjącymi z niego urzędnikami - Dariusz Wieczorek o nowych pomysłach Ministerstwa Zdrowia
Wysłane sobota, 3, marca 2007 przez Krzysztof Pawlak

"Przeczytałem w gazecie artykuł o nowych pomysłach Ministerstwa Zdrowia. Otóż pan minister Religa chce wprowadzić pewien mechanizm wolnokonkurencyjny do państwowe służby zdrowia. Pacjenci za pewną dodatkową opłatą, ponoszoną na rzecz szpitali i placówek medycznych mogliby skorzystać z dotychczasowych, ale nie wykorzystywanych zasobów sprzętowych i usług, gdyż ze względu na niskie limity na usługi gwarantowane przez NFZ często aparaty medyczne stoją bezużyteczne" - mówi Dariusz Wieczorek, prezes Ok. Mazowieckiego UPR.

Wygląda na to, że ogół społeczeństwa będzie robił zrzutkę na wybrańców, a ci - będą płacić dwukrotnie za jedną usługę. Tymczasem wysokość składki na ubezpieczenie wynosi u nas 9%, a na Słowacji i w Czechach - tylko 4%. Wskazuje to na bezprzykładne marnotrawstwo pieniędzy przez biurokrację okołomedyczną, co po raz kolejny dowodzi niereformowalności państwowego sektora medycznego. U prywatnych lekarzy i w prywatnych szpitalach nie czeka się na przydzielenie przez urzędników ministerialnych kolejnej puli "środków na usługi gwarantowane"!

Nagranie trwa ponad 4 minuty i jest dostępne w Sieci do 17 IV 2007 r.




PRL-pis w natarciu, czyli jak wygrywa odnowa moralna warchołów i przestępców Wysłane wtorek, 27, lutego 2007 przez Krzysztof Pawlak

Tysiące łydek, tysiąc ud... zadrżało wczoraj w nocy. Jednak działo się to nie w lokalach z rurami i gimnastyczkami, nie na przystankach komunikacji masowej w mroźnych warunkach powracającego z oporami zimowego klimatu - ale w wielu mieszkaniach i domach, w Warszawie i miastach-ośrodkach, gdzie znajdują się regionalne oddziały państwowej telewizji TVP.

Zrzucenie z państwowo-telewizyjnego prezesowskiego piedestału "drogiego Bronka" (nie: "drogiego Bronisława" - tak mówimy o innym...) na pewno owocuje od wczoraj pospiesznymi naradami w wielu gremiach uzależnionych od opłacanych przez podatników i tzw. abonamenciarzy pracobiorców, przyzwyczajonych do znaczenie większych niż średnia krajowa wypłat z kasy "przedsiębiorstwa państwowego". Bronisław Wildstein, znany i doceniany antykomunistyczny opozycjonista lat 70. i 80., później ceniony publicysta wielu "mainstreamowych" merdiów - przestał świadczyć usługi dyrektorskie na wniosek przedstawiciela Samoobrony, mecenasa Roberta Rynkun-Wernera w radzie nadzorczej TVP, który choć jest zaledwie "ekspertem do wynajęcia", bez utożsamiania się do z jej, pełnym wątpliwych machinacji, środowiskiem polityczno-gospodarczym - poprzysiągł mu partyjną dintojrę przed wieloma miesiącami, wyczekując jedynie sposobnej okazji. Ta się nadarzyła przy okazji niezbyt fortunnego odbioru przez niemal wszystkie merdia ogólnokrajowe Raportu w sprawie likwidacji WSI i dość istotnego blamażu jego twórców. Pretekst jak znalazł, więc dymisja nikogo nie powinna zaskoczyć.
Charakterystyczny jednak dla sposobu wypełniania przedwyborczych przyrzeczeń lewicowo-narodowego ugrupowania Populizm i Socjalizm, jak złośliwie rozwija skrót PiS warszawska ulica, jest kolejny fakt współdziałania w "duchu odnowy moralnej tworzącej się na naszych oczach IV RP" reprezentantów głównej siły rządzącej koalicji z formacją, która nie dość, że była określana jako "partia założona przez służby specjalne PRL" przez najważniejszych liderów PiS jeszcze na długo przed zawarciem koalicji, ale także w trakcie trwających już ponad rok współrządów pod adresem Samoobrony padło ze strony pełniących już rządowe posługi funkcjonariuszów sanacyjnego tworu politycznego niezliczona ilość nawet często mało wybrednych epitetów i pejoratywów.
Były już prezes TVP zbierał cięgi z wielu stron w trakcie pełnienia swej funkcji, co właściwie wystarczyłoby do uznania jego zasług na polu utrzymywania jakiej-takiej niezależności politycznej, brak swego zadowolenia z zachowania Wildsteina wyraził też we wrześniu zeszłego roku Brat Jarosław, co było pierwszym sygnałem opadania notowań szefa zależnej od polityków i politykierów stacji telewizyjnej. Poznane pierwszego, dzisiejszego, dnia komentarze wielu obserwatorów i uczestników sceny politycznej "polskiego regionu UE" wskazują na dość jednoznaczne, wysokie uznanie dla sposobu kierowania TVP przez tego znanego dziennikarza. Jednocześnie sam Wildstein przyznał, że nie umiał sobie w darowanym mu czasie poradzić z przekształceniem molocha państwowej telewizji w kierunku zwiększenia jej wiarygodności politycznej i poprawy zniżających lot wskaźników oglądalności.
Z całą pewnością jednak to nie one miały sprawczą moc w odwołaniu "drogiego Bronka" i mianowaniu Andrzeja Urbańskiego, też przed laty wykonawcy dziennikarskiego fachu. Od wielu lat pan Urbański postrzegany jest już jedynie jako wierny wykonawca politycznych poleceń Braci Kaczyńskich i umiejętny lawirant na wielu warszawskich salonikach, nie gardzący dla celów osobistych kontaktami biznesowymi z byłymi (?) post(?)komunistycznymi towarzyszami. Nominacja na pełniącego obowiązki prezesa TVP takiej osobistości doskonale wpisuje się w sekwencję kroków podejmowanych przez obóz współczesnych sanatorów z ciężarem "żoliborskiej inteligencji" na grzbietach: niezależność żurnalisty została ukarana przez reprezentanta ugrupowania, którego szef ma na koncie prawomocne wyroki więzienia oraz zasądzone grzywny (jedną, na kilkadziesiąt tysięcy złotych dopiero co wyegzekwował od niego komornik!) za prezentowane publicznie za pomocą parlamentarnej trybuny gołosłowne oskarżenia - nagrodzona zaś i doceniona - wierna, bo partyjna postawa byłego żurnalisty, który nie gardzi towarzystwem komunistów...

I tak - za najwyższym (!) autorytetem powtarzając - można dojść do wniosku, że czego się nie dotknie lewica, to musi wykoślawić...
...bo "żadne krzyki, płacze nas nie przekonają, że białe jest białe, a czarne jest czarne...", że rodzi się oto na naszych oczach, nowa, pełna odnowy moralnej i sanacji po końce uszu...

PRL-pis



Krzysztof Pawlak

Publicystyka Krzysztofa Pawlaka na ASME

TAJEMNICE KREMLA WEDŁUG ALEKSANDRA LITWINIENKI - ANTONI ZAMBROWSKI Wysłane wtorek, 27, lutego 2007 przez Krzysztof Pawlak

Książka śp. Aleksandra Litwinienki opowiada, jak funkcjonariusze FSB wysadzali domy mieszkalne w miastach rosyjskich.

Wszystkie te mrożące krew w żyłach wydarzenia zostały opisane w książce "Blowing Up Russia", czyli "Wysadzanie Rosji w powietrze". Książkę napisali wspólnie zbiegły na Zachód podpułkownik FSB Aleksander Litwinienko oraz mieszkający w USA historyk rosyjski Jurij Fielsztiński. Została ona wydana w Nowym Jorku w 2002 roku przez Liberty Publishing House. Aleksander Litwinienko został zamordowany w Londynie przez otrucie radioaktywnym polonem 210. Jego przyjaciele, w tym i dr Fielsztiński, oskarżyli o dokonanie mordu agentów FSB na polecenie Kremla. Ostatnie wydarzenia dodają powagi rewelacjom Litwinienki opisanym w jego książce.

Kto wysadził te domy?

W północno-kaukaskiej republice autonomicznej Dagestan w mieście Bujnaksk 4 września 1999 roku wyleciał w powietrze dom mieszkalny położony w dzielnicy wojskowej. Zginęło 64 mieszkańców. Tego samego dnia na parkingu koło szpitala wojskowego zauważono - dzięki czujności okolicznych mieszkańców - stojącą tam ciężarówkę ZIŁ-130, załadowaną ważącym 2,7 t materiałem wybuchowym. Można sobie wyobrazić skutki eksplozji takiej ilości materiałów wybuchowych.
Kilka dni później, w nocy na 9 września tegoż roku w Moskwie wyleciał w powietrze ośmiopietrowy dom mieszkalny przy ul. Gurjanowa 19. Zginęły od wybuchu 94 osoby, 164 odniosły obrażenia. Pierwotną wersją śledztwa był wybuch gazu, ale następnego dnia moskiewski zarząd FSB ogłosił, iż III i IV klatka schodowa tego domu zostały wysadzone przy użyciu 350 kg heksogenu oraz trotylu. W tejże Moskwie wczesnym rankiem 13 września został wysadzony dom mieszkalny przy ulicy Kaszyrska szosa 6/3. Z gruzów wydobyto 119 trupów oraz 13 fragmentów zwłok. Wśród ofiar śmiertelnych było 12 dzieci. Wczesnym rankiem 16 września wyleciał w powietrze budynek mieszkalny w Wołgodońsku, w obwodzie rostowskim. Tym razem zginęło 17 osób. Już 14 września rzecznik FSB, gen. Aleksander Zdanowicz oświadczył, że seria wybuchów - to zakrojona na szeroką skalę operacja terrorystyczna, przeprowadzona z inicjatywy bojowców czeczeńskich pod dowództwem Szamila Basajewa oraz współpracującego z nim Araba, emira Hattaba. Stanęli oni w owym czasie (9 sierpnia) na czele inwazji na sąsiadujący z Czeczenią Dagestan, zaś pobici przez wojsko - wycofali się do wolnej od Rosjan Czeczenii. To samo oświadczył wiceminister spraw wewnętrznych Federacji Rosyjskiej Igor Zubow, obciążając odpowiedzialnością za terrorystyczne wybuchy Basajewa i Hattaba. Nie dziwota, że po takich oświadczeniach władze rosyjskie zarządziły bombardowanie Czeczenii, zaś następnie 4 października siły zbrojne Rosji podjęły inwazję tego kraju, inicjując drugą wojnę czeczeńską.
Tymczasem Litwinienko zadaje kłam powyższym oskarżeniom. Fachowym okiem przygląda się on krwawym zamachom i stwierdza, że ich technika wykonania wskazuje nie na terrorystów czeczeńskich, lecz na rosyjskie służby specjalne. Terroryści nie mogą bowiem pozwolić sobie na wynajmowanie pomieszczeń służbowych dla umieszczania tam ładunków wybuchowych, jak to było w Moskwie i kilku innych miejscach. Posłużyliby się raczej skradzionym samochodem, zaparkowanym pod przeznaczonym na ofiarę budynkiem. Również czas niezbędny dla nielegalnego przygotowania dużego zamachu - takie zabiegi pochłaniają nielegalnej organizacji od czterech do sześciu miesięcy - wykluczałyby udział Szamila Basajewa, który podjął swą straceńczą akcję w Dagestanie zbyt późno, jak na przygotowanie takich akcji we wrześniu 1999 roku.
Takie wątpliwości rodziły się w głowie nie tylko Litwinienki. Cytuje on artykuł zamieszczony po pierwszym moskiewskim wybuchu, a w przeddzień drugiego na łamach niezależnego w owym czasie od władz dziennika młodzieżowego "Moskowskij komsomolec" pod wymownym tytułem "Ściśle tajna wersja wybuchu". Dziennikarze już wtedy sugerowali udział w organizacji wybuchu specjalistów z KGB lub GRU. Następnego dnia miał miejsce drugi wybuch, zorganizowany według takiegoż planu. Rzecz symptomatyczna, mieszkańcy tego domu sygnalizowali poprzedniego dnia milicji, że w magazynie na parterze ich domu dzieją się jakieś podejrzane akcje. Patrol milicyjny został zatrzymany na wejściu do magazynu przez osobę urzędową, która zapewniła milicjantów, iż sytuacja jest pod kontrolą. Następnego dnia rano nastąpił wybuch, co świadczyło o kontroli nad sytuacją "zamachowców" z FSB.
Litwinienko przytacza zresztą poprzedzający wybuchy w Moskwie artykuł w dzienniku "Moskiewska Prawda" z dnia 22 lipca 1999 roku pod wymownym tytułem "Burza w Moskwie", który zapowiadał takie akty terrorystyczne, wymierzone w prezydenta Moskwy Jurija Łużkowa. Miała to być kara za jego nielojalność polityczną wobec prezydenta Rosji Borysa Jelcyna. Z tego by jednak wynikało, iż zamachy terrorystyczne były początkowo pomyślane przez służby specjalne na usługach prezydenta Jelcyna dla rozgrywek w ramach elity politycznej Rosji i dopiero po inwazji oddziału Szamila Basajewa oraz emira Hattaba do Dagestanu 9 sierpnia zostały użyte jako pretekst do podjęcia działań wojennych przeciwko niezależnej de facto Czeczenii. Jak wiadomo, posłużyło to dla wypromowania zwycięskiego premiera Władimira Putina na wyborach prezydenckich 26 marca 2000 roku.
Większość jego wyborców nie miała pojęcia o tym, że 11 marca 2000 roku w internecie na stronie amerykańskiego Free Lance Bureau ukazał się list majora FSB Władimira Kondratjewa, zatytułowany "To ja wysadzałem Moskwę". Twierdził on, iż za wybuch domu przy ul. Gurjanowa ponosi odpowiedzialność on sam. Oświadczył, że był funkcjonariuszem specjalnej struktury FSB powołanej po wycofaniu się Rosjan z Czeczenii w 1997 roku z zadaniem dyskredytacji władz niepodległej republiki. Jego ludzie porywali zakładników w Czeczenii i skutecznie kompromitowali ten kraj w oczach opinii publicznej. Po wysadzeniu domu przy ul. Gurjanowa w Moskwie mjr W. Kondratjew na własne oczy obejrzał skutki swych działań i pod wrażeniem tego poprosił swych przełożonych o przeniesienie do innego działu. Otrzymał zamiast tego urlop. Ponieważ w jego samochodzie nieoczekiwanie nawaliły hamulce, uznał on to za próbę zamachu na swe życie i natychmiast uciekł z Rosji.

Kompromitacja w Rjazaniu

Litwinienko sam lojalnie przyznaje, że nie ma żadnych dowodów na prawdziwość słów listu zamieszczonego w internecie. Natomiast nie pozostawia żadnych wątpliwości sprawa udaremnionego przez mieszkańców wysadzenia 11-pietrowego bloku 14/16 przy ul. Nowożyłów (czyli "nowych mieszkańców") w Riazaniu. Wieczorem 22 września 1999 roku kierowca Aleksiej Kartofielnikow zawiadomił telefonicznie milicję, iż jacyś ludzie z samochodu "Żyguli" przed chwilą przenosili tajemnicze worki do piwnicy całodobowego sklepu, mieszczącego się na parterze tego bloku. Kierowca i mieszkaniec w jednej osobie długo nie mógł dodzwonić się do komisariatu i podejrzane osoby już odjechały. Patrol milicyjny znalazł w piwnicy worki z heksogenem oraz elektroniczny zapalnik, który milicyjny specjalista natychmiast rozbroił. Na wszelki wypadek mieszkańców z domu usunięto w trybie alarmowym na ulicę i niektórzy z nich opuścili mieszkania w niekompletnym stroju i boso. Noc była zimna, dopiero po jakimś czasie mieszkańców zgromadzono w miejscowym kinie. Po sprawdzeniu całego domu ludzie skoro świt wrócili do swych mieszkań. Niektóre z nich zostały już "przetrzepane" przez miejscowych złodziejów. Tego samego dnia w nadanym przez I kanał telewizji moskiewskiej dzienniku podano, iż premier Władimir Putin skomentował dwa wydarzenia: zbombardowanie przez samoloty rosyjskie lotniska w Groznym oraz uratowanie - dzięki czujności mieszkańców - domu w Riazaniu. Następnego dnia z uznaniem o zbawczej czujności mieszkańców Riazania wypowiedział się publicznie minister spraw wewnętrznych Rosji Władimir Ruszajło.

To zwyczajne ćwiczenia

Ku zaskoczeniu opinii publicznej, tego samego dnia dyrektor FSB Nikołaj Patruszew ogłosił, że w Riazaniu nie było żadnego usiłowania wysadzenia bloku mieszkalnego, lecz zwyczajne ćwiczenia funkcjonariuszy FSB. Była to nieoczekiwana wolta szefa FSB, dezawuująca wypowiedziane publicznie słowa premiera oraz ministra spraw wewnętrznych.
Litwinienko wyjaśnia w sposób logiczny tę zadziwiającą sytuacje. Patruszew miał do wyboru albo gigantyczną kompromitację wskutek zdemaskowania agentów FSB jako morderców zwyczajnych Rosjan lub kompromitację zwyczajną za nieprofesjonalnie prowadzony sprawdzian na czujność. Wybrał oczywiście to drugie. Rzecz w tym, że milicja riazańska oraz miejscowe władze FSB dość szybko trafiły na ślad nasłanych z Moskwy trojga funkcjonariuszy, którzy założyli materiał wybuchowy oraz zapalnik w piwnicy domu w Riazaniu. Zagrożeni aresztowaniem, zameldowali oni o grozie sytuacji przez telefon do centrali i przyparty do muru Patruszew nakazał wstrzymanie akcji pościgowej, tłumacząc, że były to zwyczajne ćwiczenia. Skorzystał on cynicznie z okoliczności, że wykryte w piwnicy worki z heksogenem łatwowierni milicjanci riazańscy wysłali na przebadanie do centralnego laboratorium FSB w Moskwie. Tam zamieniono worki z heksogenem na worki ze zwyczajnym cukrem i ogłoszono, że nie było żadnego zagrożenia wskutek tak prowadzonych ćwiczeń. Ponieważ nie ma zbrodni doskonałych, więc nie udało się pozacierać wszystkich śladów przestępstwa.
Po pierwsze, kierownictwo riazańskiego FSB nie chciało świecić oczyma za czyny moskiewskiej centrali, więc oświadczyło publicznie, iż komunikat o ćwiczeniach spadł na nich jak grom z jasnego nieba: "Komunikat o tym był dla nas zupełnym zaskoczeniem i ogłoszono go w chwili, gdy funkcjonariusze riazańskiej FSB namierzyli miejsca pobytu w Riazaniu osób szykujących wybuch domu i podejmowano kroki zmierzające do ich zatrzymania".
W kilku gazetach lokalnych w Czelabińsku, Krasnojarsku oraz Samarze ukazał się 29 września lub 1 października 1999 roku jednobrzmiący komunikat: "Jak dowiedzieliśmy się z dobrze poinformowanego źródła z MSW Rosji, nikt z odpowiedzialnych pracowników MSW oraz riazańskiego FSB nie wierzy w żadne »ćwiczebne« instalowanie materiałów wybuchowych w mieście. (...) Zdaniem prominentnych pracowników MSW Rosji, w rzeczywistości dom mieszkalny w Riazaniu był jak najbardziej zaminowany przez nieznanych sprawców z zastosowaniem prawdziwych materiałów wybuchowych oraz takich samych detonatorów, co podczas wybuchów w Moskwie. (...) Co więcej, wyniki pierwotnej ekspertyzy zawartości worków, przeprowadzone na pierwszym etapie śledztwa przez miejscowych rzeczoznawców MSW, zostały skonfiskowane przez przybyłych z Moskwy funkcjonariuszy FSB i natychmiast utajnione. Ale milicjanci, którzy rozmawiali ze swymi kolegami, badającymi zawartość worków, nadal się upierają, iż rzeczywiście zawierały one heksogen i nie może być mowy o błędzie w tej sprawie". Sapienti sat - jak mawiali starożytni Rzymianie, czyli mówiąc po polsku: mądremu wystarczy.
Znający obowiązujące w Rosji przepisy Aleksander Litwinienko wyjaśnia w książce, że nie mogło być mowy o zaskakiwaniu przez centralę FSB swych podwładnych w terenie przez utajnione ćwiczenia. Tym bardziej wykluczone to by było w przypadku organów innego resortu, jakim jest wobec FSB milicja podległa MSW. Istnieje ustalona procedura uzgadniania programu takich ćwiczeń. Nikołaj Patruszew działał po prostu w sytuacji przymusowej, wywołując z konieczności cały festiwal kłamstw. Na szczęście dla siebie wiedział, że Władimir Putin będzie go krył z obawy przed hakami, jakie na niego ma jego przyjaciel z Petersburga Patruszew (Jak podaje Litwinienko, Putin został przyłapany na machinacjach finansowych na sumę 93 mln $ przy transakcjach handlowych w eksporcie metali kolorowych w roku 1991 w Petersburgu i Patruszew zachował dokumenty z tej szczęśliwie zatuszowanej afery).

Chciał osłodzić herbatę

Na zakończenie warto przytoczyć zabawny przypadek komandosów, którzy w magazynie w jednostce pod Riazaniem chcieli podprowadzić trochę cukru do herbaty. W worku na 50 kg cukru znaleźli oni jednak heksogen, który do słodzenia się nie nadawał (Nie wykluczone, że agenci FSB z tego właśnie magazynu wojskowego pobrali worki z heksogenem zamaskowane jako cukier). Sprawę opisał dziennikarz moskiewskiej "Nowej Gazety" Paweł Wołoszyn. Zaskoczone "naczalstwo" odpowiadało niczym kumoszka w sądzie: "Wysoki sadzie, po pierwsze, nie pożyczałam tych garnków, po drugie: oddałam je sąsiadce całe, a po trzecie: już pożyczyłam dziurawe". Najpierw oświadczono, że w jednostce nie ma szeregowca o nazwisku Aleksiej Piniajew, który znalazł ów heksogen, a następnie w marcu 2000 roku oskarżono go o kradzież odrobiny cukru z magazynu. Jego kolegów oraz dowódcę plutonu na wszelki wypadek wysłano na front do Czeczenii. Sprawa była o tyle kompromitująca, że heksogen jest stosowany przez wojsko w ilości znacznie mniejszej niż 50-kilogramowy worek. Worki o wadze 50 kg zamaskowane jako cukier wyraźnie były przeznaczone dla tajnego wysadzania dużych obiektów, jak domy mieszkalne.

Książka Aleksandra Litwinienki i Jurija Fielsztińskiego "Blowing Up Russia" zawiera masę takich kompromitujących Kreml historii, nie dziw, że jest zabroniona w Rosji. Nie dziw też, że obawa międzynarodowego skandalu nie powstrzymała szefów FSB przed likwidacją zdrajcy, który zbyt dużo wiedział.

Antoni Zambrowski

Recenzja pierwotnie została opublikowana w tygodniku "Gazeta Polska".

Zostań donatorem naszych publicystów:
Jeśli satysfakcjonuje Cię publicystyka Antoniego Zambrowskiego - możesz wesprzeć Naszego Autora datkiem.
Konto:
61 1240 1040 1111 0010 0042 5486
Bank PeKaO SA III O. w Warszawie
SWIFT/BIC - PKOPPLPW



Publicystyka Antoniego Zambrowskiego na ASME


Umysłooszczędni uniobiurokraci - Dariusz Wieczorek Wysłane wtorek, 27, lutego 2007 przez Krzysztof Pawlak

Doniesienia prasowe ostatnich dni pokazały, że biurokraci z Brukseli wzięli się dziarsko do pracy i skoncentrowali na zagadnieniu, którego waga jest charakterystyczna dla zajęć, którymi zajmuje się trzy czwarte instytucji unijnych. Tym razem kwestia dotyczy arcyważnej kwestii żarówek. Brukselskim darmozjadom nie podobają się już bowiem tradycyjnej żarówki, w związku z tym - rozpoczynają krucjatę na rzecz powszechnego wprowadzenia energooszczędnych. Oczywiście - z jednoczesnym wycofaniem ze sprzedaży starych modeli.

Tak więc, urzędnik po raz kolejny "wie lepiej" od konsumenta, które żarówki kupować i "dla dobra ogółu" zamierza narzucić wszystkim jedyną słuszną, energooszczędną i proekologiczną wizję całego świata, a przynajmniej jego zaściankowej części zwanej dumnie zjednoczoną Europą. Uznaję całkowicie argument o słuszności oszczędzania energii, jak również o plusach płynących z mniejszej ilości zanieczyszczeń wydobywających się z fabrycznych kominów, jednak stanowczo sprzeciwiam się temu, aby urzędnik decydował o tym, co wolno mi kupić, a czego nie.
Główny argument przemawiający za powszechną korzyścią dla konsumentów z tytułu wycofania z obiegu tradycyjnych żarówek brzmi: "energooszczędne żarówki pozwalają zmniejszyć koszty oświetlenia o 80%". I faktycznie - jest to konkretna i bardzo wymierna oszczędność. Jednak trzeba byłoby w tych kalkulacjach oszacować również różnicę między kosztem zakupu tradycyjnej i energooszczędnej żarówki, uwzględnić przeciętny okres ich użytkowania osobno dla obu modeli i wtedy dopiero można byłoby wyliczyć, na ile opłacalny jest to interes.
Ale załóżmy nawet, że jest to korzystne i każdemu z nas kalkulować się będzie wymiana żarówek na energooszczędne. W takim razie po co wprowadzać w tym celu odgórne rozporządzenie brukselskiej biurokracji, skoro wystarczyłoby gdyby czołowi producenci sprzętu oświetleniowego przeprowadzili kampanię reklamową i przedstawili konsumentom możliwe oszczędności? Chyba każdy lubi zaoszczędzić trochę gotówki, zwłaszcza kiedy nie wymaga to żadnego wysiłku? Z kolei każdy producent chciałby być uznawany za twórcę "żarówek nowej generacji" i wykroić z rynku jak największy kawał tortu dla siebie, zanim zrobi to konkurencja. Pamiętajmy też, że w każdym normalnym kraju producent wygrałby w sądzie spore odszkodowanie, gdyby urzędnik zakazał mu produkcji jakiegoś towaru z powodu swojego "widzi mi się" i zmusił do poniesienia kosztów związanych z przestawieniem linii produkcyjnych na wyrób innego asortymentu.
Po co zatem instytucja unijna, która coś narzuca, czegoś zakazuje w dodatku narażając się (czytaj: podatników) na procesy sądowe wytoczone przez przedsiębiorców? Możliwości są dwie: albo brukselscy biurokraci mają potrzebę uzasadnienia sensu istnienia "urzędu ds. żarówek" i chcą pokazać światu swoją wytężoną pracę, albo ten interes z wymianą oświetlenia wcale nie jest tak opłacalny, jak to przedstawiają urzędnicy. I w tym ostatnim przypadku można by zadać pytanie identyczne, jak np. w temacie "dobrodziejstw" związanych z przymusowymi ubezpieczeniami społecznymi: jeśli to jest takie korzystne dla konsumenta, to czemu to jest obowiązkowe?

Dariusz Wieczorek

Autor jest prezesem Okręgu Mazowieckiego UPR


Co znajdziemy na dnie popiołu? - Krzysztof Mazur Wysłane wtorek, 27, lutego 2007 przez Krzysztof Pawlak

Święty Łukasz Ewangelista przytacza słowa Pana Jezusa, dotyczące rozłamu, jaki z Jego powodu ma nastąpić wśród ludzi, a mianowicie, że "Odtąd bowiem pięcioro będzie rozdwojonych w jednym domu: troje stanie przeciw dwojgu, a dwoje przeciw trojgu; ojciec przeciw synowi, a syn przeciw ojcu; matka przeciw córce, a córka przeciw matce; teściowa przeciw synowej, a synowa przeciw teściowej". Powody konkretnych rozłamów czy kłótni mogą być bardzo różne, tak jak i różne są skutki tychże sporów, jedne mogą kończyć się kosztem bukietu wręczonego w ramach telewizyjnego show "przebacz mi", inne zaś przynoszą wojny, klęski i zniszczenia. Wizja rozłamów i sporów, spisana przez św. Łukasza, ma wynikać z faktu, że część ludzi zajmie sprzeczne stanowisko względem Prawdy, ale w gruncie rzeczy, właściwie każdy nawet najmniej znaczący spór zawsze wynika z tego, że ludzie inaczej w kontekście prawdy oceniają konkretne sprawy.

W ostatnim okresie jesteśmy świadkami (stronami?) wielu takich sporów dotyczących różnych sfer życia publicznego, począwszy od sporów między Dornem a Kaczyńskim, Rokitą a Tuskiem czy ministrem Ziobrą a prezesem TK Stępniem, poprzez spór o przebieg obwodnicy wokół Augustowa, a skończywszy na sporze o sposób rozliczania przeszłości. Mówi się w związku z tym o podziałach politycznych, społecznych czy o podziałach w polskim Kościele. Niezależnie od przedmiotu sporu, okazuje się, że niektórym jego uczestnikom nie chodzi o ustalenie faktów oraz rozstrzygnięcia na gruncie tychże ustaleń przedstawianych racji, ale często stronom konfliktu chodzi o przeforsowanie określonego sposobu rozstrzygania sporów. Oczywiście najlepiej byłoby, gdybyśmy mieli pełną wiedzę o faktach, podczas gdy najczęściej dowiadujemy się o nich już po ich zaistnieniu i to z różnych źródeł, a często z niepewnych świadectw. Ale przekonanie, że istnieje jakaś "granica dowodu" również - jak pokazuje doświadczenie - jest na pewien sposób założeniem wyidealizowanym, wszak nawet nagrania audio rozmów, które z SB-kami prowadził o. Hejmo do dnia dzisiejszego nie nadwerężyły w niektórych przekonania o jego "niewinności". Z drugiej zaś strony, wielu z nas należy do ponad miliardowej wspólnoty katolików stanowiących znaczną część ok. 2,6 miliarda chrześcijan, którzy żyją na całym świecie - a przecież z powodu znikomej liczby materialnych dowodów, "historyczność" osoby Pana Jezusa jest w kręgach naukowych często kwestionowana.
Ostatnio nawet amerykański reżyser James Cameron i grupa izraelskich archeologów twierdzą, że znaleźli grobowiec ze szczątkami Jezusa oraz członków jego najbliższej rodziny. "Odkrywcy" mają nawet podczas specjalnej konferencji prasowej w Nowym Yorku zaprezentować wyniki ekspedycji, które - jak oczekują - wstrząsną fundamentami chrześcijaństwa. My oczywiście niejedną taką sensację już widzieliśmy, uodpornił nas na nie Bogusław Wołoszański ps. Rewo, dlatego bez nadmiernej egzaltacji oczekujemy na sensacje Jamesa Camerona i jego Izraelitów.
Ale podobne sensacje pokazują, jak ważne jest konsekwentne opieranie się wszelkim relatywizmom, dla których istotniejsze od prawdy jest forsowanie własnych koncepcji mających wyraźne, egoistyczne fundamenty. Wszystko wskazuje także, że publikacja książki ks. Isakowicza-Zaleskiego wywoła nową falę ewangelizacji relatywistycznej, mylącej ofiary z prześladowcami oraz heroizm z małostkowością. Celują w tym szczególnie dwa - wydawałoby się do tej pory, że antagonistyczne - środowiska. Mamy środowisko osób skupionych wokół Radia Maryja, których zapał do lustrowania i oczyszczania pamięci ulotnił się jak kamfora po aferze lustracyjno-ingresowej. Winą za zamęt w tym środowisku należy obarczyć przede wszystkim o. Rydzyka, którego wyczucie ludzkich intencji jest odwrotnie proporcjonalne do zdolności medialno-biznesowych. Wątpliwość co do intencji części osób z tego środowiska można było podjąć już z podczas afery z abp. Paetzem, ale wówczas obronę arcybiskupa jeszcze usprawiedliwiano poszlakowością całej afery, chociaż trudno było zrozumieć histeryczny ton tej obrony. Niestety, później przyszła komitywa o. Rydzyka z prof. Jaroszem, znanym - w środowisku nie tylko akademickim - z podobnych inklinacji, co i abp. Paetz - tylko w wersji hard - i innych spraw, z których część zmaterializowała się w formie prokuratorskich zarzutów. Obecnie mamy wielotygodniową obronę abp. Wielgusa, która to akcja byłaby farsą, gdyby nie przysparzała Kościołowi tak poważnych problemów.
W faktycznym zwalczaniu lustracji, a właściwie - w propagowaniu lustracji cywilizowanej media o. Rydzyka są wspierane przez elitkę III RP, reprezentowaną przez "GW" i media z nią spokrewnione. Środowiska te różnią się natomiast tym, że jedni chcą realizować "żydowską ekonomię", a drudzy wprowadzać "program dla odważnych Polaków", jak eufemistycznie określana jest na łamach "Naszego Dziennika" polska droga do socjalizmu.
Jako alternatywę dla tych dwóch obozów zaczyna kreować się osoby chcące uchodzić za bardziej konserwatywnych od Schetyny i bardziej wolnorynkowych od Gosiewskiego: vide senator Gowin czy publicysta Tomasz Terlikowski. Wykreowany przez "poważne" media na ikonę walki z abp. Wielgusem, Tomasz Terlikowski pełni ostatnio w "Rz" rolę prefekta redakcyjnej kongregacji ds. nauki wiary - chociaż niedawno zajmował stołek zastępcy redaktora "Ozonu", powołanego do życia przez p. Palikota, obecnego posła PO. Publicysta do dzisiaj jest także redaktorem portalu Ekumenicznej Agencji Informacyjnej, a trzeba przyznać, że portal ten jest rzeczywiście bardzo "ekumeniczny", gdyż hasło "o. Rydzyk" znajduje się obok odnośników do "czarnej mszy" z jednej i "obrzezania" z drugiej strony. Tacy wszechstronni, a zarazem eklektyczni publicyści oraz politycy aż proszą się o zagospodarowanie w ramach projektowanej przez Rokitę "partii żółtych" (vide wywiad Rokity dla "Rz" z 17.01.2007). Jak wiadomo, kolorem dominującym na logo PO jest pomarańczowy, a również z historii pamiętamy, że Ludwik Święty nakazał, aby ladacznice farbowały sobie fryzury na rudo w celu ich odróżnienia do porządnych kobiet. W tym kontekście zamiana rudego na żółty wydaje się nawet przemyślaną alternatywą.
Ale już dzisiaj wiemy, iż staro-nowa "partia żółtych" nie jest żadną alternatywą, gdyż jest efektem kompromisów właściwych dla III RP. Wprawdzie na razie trudno zobaczyć, co wyniknie z obecnego zamieszania, bo że relatywiści atakujący nas z różnych stron dadzą łatwo za wygraną, nie można zbytnio liczyć. Nadzieję opierać można wszak na przekonaniu, że powstałe podziały są konsekwencją spuszczenia zasłony z faktów skrywanych dotychczas przed szerszą publicznością. Wydaje się, że czeka nas jeszcze kampania relatywizowania odkrytych prawd, ale jest mocne przeświadczenie, że pookrągłostołowy układ miał już swój Stalingrad.

Krzysztof Mazur

Publicystyka Krzysztofa Mazura na ASME


Ksiądz, który żyje Ewangelią - Antoni Zambrowski Wysłane poniedziałek, 26, lutego 2007 przez Krzysztof Pawlak

Na temat:

Świadkowie Historii Prawdziwej: Ksiądz Stanisław Małkowski i Antoni Zambrowski o działalności i życiu prawdziwym towarzysza Jacentego Kuronia, członka KSS KOR

TRWA W POLSCE WŁADZA ZŁOCZYŃCÓW - kazanie ks. Stanisława Małkowskiego

Niewielu dziś pamięta, że ksiądz Stanisław Małkowski miał być zamordowany na miejsce księdza Jerzego Popiełuszki. Uratowała go ubecka kalkulacja i ich nieumiejętność przewidywania zdarzeń.

Księdza Stanisława Małkowskiego poznałem na jesieni 1979 roku w mieszkaniu u państwa Liesów na Czerniakowskiej. Tomek Liese - drukarz w niezależnej oficynie wydawniczej NOWa był czynnym uczestnikiem akcji wiernych zbierających podpisy pod kościołami pod apelem do Sejmu PRL o mszę świętą w Polskim Radiu i TVP i w ogóle pomysłodawcą całej akcji. Jego starszy brat Grzegorz - asystent na Politechnice Warszawskiej, był z kolei współpracownikiem Biura Interwencji KSS KOR, usiłującym - wbrew szykanom SB - poznać tajemnicę tragicznej śmierci księdza Romana Kotlarza z Radomia.

Akcja Wiernych "Chrystus w środkach przekazu społecznego"

Mieszkanie ich ojca pana Stefana stało się konspiracyjnym sztabem całej akcji zbierania podpisów, której przewodził znany warszawski aktor Maciej Rayzacher. Ksiądz Stanisław, traktowany przez nas jako kapelan Akcji, był już znany z udziału w różnych działaniach opozycyjnych, przede wszystkim jako sygnatariusz głośnego listu 59 opozycyjnych intelektualistów do władz. Jako czynny uczestnik Akcji Wiernych nawiedzałem w październiku 1979 roku podziemia kościoła św. Krzyża, gdzie moi koledzy oraz ks. Stanisław brali udział w siedmiodniowej głodówce w obronie więzionych przez prezydenta Gustawa Husaka czeskich sygnatariuszy Karty 77.
Antykomunizm był tradycją rodzinną księdza Stanisława. Jego dziadek po kądzieli Władysław Malski - legionista I brygady Józefa Piłsudskiego, następnie poseł i dwukrotnie senator II RP, został aresztowany przez NKWD w swym majątku w powiecie lidskim w roku 1939 i zamordowany w więzieniu w Mińsku na wiosnę 1941 roku. Dziadek po mieczu Stanisław Małkowski - uczestnik obrony Lwowa w 1918 roku, później prof. Uniwersytetu Stefana Batorego w Wilnie, uwięziony przez Gestapo, przeżył cudem hitlerowskie obozy w Oranienburgu i Sachsenhausen. Po wojnie pracował nadal naukowo jako geolog, mineralolog i petrolog. Założył Muzeum Ziemi w Warszawie i był jego dyrektorem. Zmarł na gruźlicę w 1962 roku. Ojciec Zdzisław Małkowski był fizykiem i geofizykiem zatrudnionym jako docent w instytucie Polskiej Akademii Nauk.
Jeszcze podczas spotkań u państwa Liesów ksiądz Stanisław ku memu zaskoczeniu zaczął mnie agitować za wprowadzeniem ustaw chroniących życie nienarodzonych. Był już wtedy jednym z inicjatorów Ruchu obrony życia Gaudium Vitae, o czym niestety nie słyszałem, stąd moje zaskoczenie. Przyjmowałem początkowo te prawdy z oporami (uważałem, że Kościół powinien ograniczać się do nawracania ludzi - również i w tej sprawie, a nie uciekać się do ustawowego przymusu), ale gdy w lecie 1980 roku w katedrze w Koszalinie napotkałem plakat ruchu Gaudium Vitae, ucieszyłem się, jak gdybym spotkał grono przyjaciół w obcym mieście.

Sierpień 80

W czasie strajku na wybrzeżu w sierpniu 1980 roku opiekująca się naszą Akcją Wiernych z ramienia KSS KOR Marzena Kęcikowa prosiła mnie, bym doprowadził sędziwego działacza ruchu ludowego Tadeusza Nawrockiego do Zbroszy Dużej na zebranie mieszkańców okolicznych wsi. Działacze KOR siedzieli, pozamykani przez SB lub poukrywali się, a mnie znał miejscowy proboszcz, ks. Czesław Sadłowski oraz jego parafianie z wcześniejszych tam wizyt. Gdy podjechaliśmy w okolice wsi samochodem prowadzonym przez mego szkolnego kolegę, inż. Wojciecha Kuropieski i stamtąd pieszo przez las (by minąć posterunki ZOMO), dotarliśmy do kościoła, pierwszą napotkana osobą był ks. Stanisław Małkowski spowiadający w konfesjonale miejscowych parafian. Po wiecu solidarności ze stoczniowcami wracaliśmy do Warszawy razem z księdzem Stanisławem autobusem PKS. Później ks. Małkowski dotarł do stoczni "Lenina" w Gdańsku i przekazał strajkującym zebrane przez chłopów ze Zbroszy pieniądze, tekst uchwalonej tamtej niedzieli rezolucji solidarnościowej oraz nasz apel o mszę świętą w radiu i telewizji. I stoczniowcy Trójmiasta - wsparci przez stoczniowców Szczecina - wymogli na władzach komunistycznych przyjęcie 21 postulatów oraz na dokładkę - mszę radiową nadawaną w I programie PR od września 1980 roku. Później w stanie wojennym korzystaliśmy z tej jedynej zdobyczy Sierpnia, nie cofniętej przez WRON-ę, za kratami obozu internowanych w więzieniu w Białołęce Dworskiej.

Stan wojenny

Przechowuję też we wdzięcznej pamięci naszą wspólną pielgrzymkę pociągiem do Niepokalanowa, do której go namówiłem po wyjściu z obozu internowania. Udział w niej wzięło kilkanaście osób, m.in. Anna Danuta Staszewska - autorka głośnego linorytu "Pieta Katyńska". Ksiądz Stanisław odprawił dla nas mszę świętą, zaś w kazaniu dowcipnie wykorzystał ustęp z Zapisków Więziennych zmarłego księdza Prymasa Stefana Wyszyńskiego o wronie, która przycupnęła na sośnie. Wniosek z kazania nasuwał się jeden: WRON-a Orła nie pokona. Ksiądz Stanisław jak mógł, przyczyniał się do spełnienia tej przepowiedni, działając w podziemnej "S" jako kapelan i pisując w prasie podziemnej, m.in. w "Tygodniku Wojennym". Często spotykałem księdza Stanisława w kościele św. Stanisława Kostki u boku jego przyjaciela, ks. Jerzego Popiełuszki. Słuchałem go tragicznego wieczora po porwaniu podczas masowego czuwania w kościele oraz wiele razy po jego tragicznej śmierci. Spotykałem na nabożeństwach oraz na konspiracyjnych zebraniach podziemnej "S" oraz KPN. Baliśmy się o niego, gdyż zdawaliśmy sobie sprawę, że był solą w oku warszawskiej ubecji. Proces domniemanych morderców księdza Jerzego wykazał, iż kierownictwo MSW brało pod uwagę wariant z zamordowaniem ks. Stanisława Małkowskiego jeszcze przed zamachem na ks. Jerzego Popiełuszkę. Paradoksalnie, ks. Stanisława uratował brak ochrony osobistej. Ubecy obawiali się, że zamach na księdza Małkowskiego będzie sygnałem ostrzegawczych dla ochotniczej ochrony księdza Jerzego, złożonej z robotników huty "Warszawa".
Z inicjatywy śpiewaczki Teatru Wielkiego Teresy Findery powołaliśmy więc ochotniczą ochronę księdza Stanisława. Jego kierowcą został Zygmunt Krzemiński ps. Kmicic, który wcześniej jako przyjaciel ks. Jerzego murował mu grób przed pogrzebem w październiku 1984 roku. Zapłacił za to straszną cenę. Jego żonę Mariannę nieznani sprawcy z wiadomego resortu wyciągnęli z pociągu do Zakopanego (jechała do przebywającej na wczasach córki Ewy) i po upływie 48 godzin, nieprzytomną po ciężkich torturach, zostawili na torach kolejowych koło Kielc. Na szczęście maszynista składu towarowego dojrzał w nocy jakiś kształt na torach i zatrzymał pociąg. Gdy nieprzytomna przebywała w szpitalu, Zygmunt został aresztowany za nielegalną działalność związkową i trafił do więzienia mokotowskiego w Warszawie.

Naciski SB

Działalność opozycyjna księdza Stanisława wywoływała silne naciski SB na hierarchie kościelną. Ulegając tym naciskom, jego przełożeni z Kurii wysłali go w roku 1983 do pracy w duszpasterstwie pogrzebowym na Cmentarzu Komunalnym Północnym na Wólce Węglowej w Warszawie. Następnie, już po śmierci ks. Jerzego Popiełuszki, ks. Prymas kardynał Józef Glemp zakazał proboszczom z archidiecezji warszawskiej dopuszczania ks. S. Małkowskiego do wygłaszania kazań. Na szczęście nie wszyscy proboszczowie respektowali ten zakaz. Byli wśród nich ks. Teofil Bogucki z kościoła pw. św. Stanisława Kostki na warszawskim Żoliborzu, ks. Czesław Sadłowski ze Zbroszy Dużej, ks. Leon Kantorski z Podkowy Leśnej oraz obecny kapelan prezydenta Lecha Kaczyńskiego, ks. Roman Indrzejczyk. Zakaz został odwołany po upadku komuny w czerwcu 1989 roku.
Karierze ks. Stanisława nie sprzyjały też jego konflikty ideowe ze środowiskiem "lewicy laickiej" z Jackiem Kuroniem na czele. Jako absolwent socjologii na Uniwersytecie Warszawskim zajmował się młodzieżową subkulturą więzienną i nawiązał współpracę z Jackiem Kuroniem jako znawcą przedmiotu (Do dnia dzisiejszego jest duszpasterzem w więzieniu w Białołęce, wspierając duchowo więzionych tam więźniów pospolitych). Niestety, Jacek Kuroń próbował wykorzystać tę współpracę dla szerzenia poglądów niezgodnych z doktryną Kościoła katolickiego w sprawie aborcji, doszło więc do konfliktu i zerwania współpracy. Później, gdy Jacek Kuroń był ministrem i przywódcą stronnictwa opowiadającego się za współpracą z reformatorskim skrzydłem dawnej PZPR, ks. Stanisław Małkowski opowiadał się niezmiennie po stronie prawicy głoszącej dekomunizację i lustrację. Został więc zaliczony przez środowisko "Gazety Wyborczej" do grona klerykalnych oszołomów.
Dziś jest mało znany jak na swe zasługi w ruchu oporu. Na szczęście doceniły go nowe władze Rzeczypospolitej, nadając mu w minionym roku zaszczytne odznaczenie - krzyż Polonia Restituta (wytł. ASME). W odróżnieniu od władz państwowych - nie widać natomiast zmiany w traktowaniu go przez władze kościelne. Na pocieszenie można powiedzieć, że wyniesiony dziś na ołtarze św. ojciec Pio był jeszcze bardziej surowo traktowany przez swych przełożonych. A swą pracę na cmentarzu na Wólce ks. Stanisław bardzo sobie ceni. No cóż, wszyscy księża głoszą Ewangelię, ale ks. Stanisław Ewangelią żyje.

Antoni Zambrowski

Artykuł pierwotnie został opublikowany w tygodniku "Gazeta Polska".

Zostań donatorem naszych publicystów:
Jeśli satysfakcjonuje Cię publicystyka Antoniego Zambrowskiego - możesz wesprzeć Naszego Autora datkiem.
Konto:
61 1240 1040 1111 0010 0042 5486
Bank PeKaO SA III O. w Warszawie
SWIFT/BIC - PKOPPLPW



Publicystyka Antoniego Zambrowskiego na ASME


Raport w sprawie likwidacji WSI mówi wiele o ich inspiracjach w sprawach gospodarczych i politycznych, ale sejmowa komisja śledcza poszłaby dalej tą drogą - Łukasz Perzyna o zawodzie, jaki sprawił swoją publikacją minister Macierewicz Wysłane poniedziałek, 26, lutego 2007 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |







Raport w sprawie likwidacji WSI mówi wiele o ich inspiracjach w sprawach gospodarczych i politycznych, ale sejmowa komisja śledcza poszłaby dalej tą drogą - Łukasz Perzyna o zawodzie, jaki sprawił swoją publikacją minister Macierewicz
Wysłane poniedziałek, 26, lutego 2007 przez Krzysztof Pawlak

"Odwołany minister Obrony Narodowej Radosław Sikorski jest bez wątpienia politykiem o wielkich możliwościach, docenianych po obu stronach oceanu. Jest też jednym z nielicznych w Polsce polityków, którzy dokonali czegoś poza polityką: pobyt w Afganistanie w czasie wojny sowiecko-afgańskiej, nagroda World Press Foto... Jako korespondent wojennych nie do końca wypełniał przykazy nie brania do rąk broni... Jako nie wywodzący się spoza grona obozu działaczy PiS - był zaliczany przez opinię publiczną do najpopularniejszych członków gabinetu Jarosława Kaczyńskiego. I dlatego - mówi sam ironicznie - Kaczyńscy wybrali Antoniego Macierewicza. Zapowiada, że napisze książkę - polityczny thriller. Może poznamy więc wreszcie jakieś ciekawostki z kuluarów władzy? To są jednak zaszłości. Dzisiaj liczą się przyszłe wydarzenia. Może w przyszłości Radosław Sikorski będzie próbował swych sił w kandydowaniu do urzędu prezydenckiego? Na razie dawni politycy angażują zainteresowanie mediów, a nie opinii publicznej w momencie, kiedy drogi ich i ich promotorów się rozejdą; ostatnio zbladły dwie gwiazdy w polskiej polityce: Jana Marii Rokity i Ludwika Dorna" - Łukasz Perzyna, komentator "Tygodnika Solidarność" i naszej witryny ASME, analizuje zeszłotygodniowe wydarzenia na scenie teatrów politycznych.

Gdzie jest miejsce dla jednego z politycznych outsiderów Jana Marii Rokity? Pojawiła się nowa koncepcja. Oto PO chce powołać - w sojuszu z nie tylko z opozycją, ale też przynajmniej jednym dwóch koalicjantów - komisję śledczą, sejmową. Ta miałaby się zająć się uwarunkowaniami powstania raportu w sprawie likwidacji WSI. Na jej czele miałby stanąć JMR... Czy jest to political fiction? A może będzie jendak polityczny thriller, jak chciał Radosław Sikorski? PiS pewnie będzie robić wszystko, nawet strasząc wyborami - by ta komisja nie powstała. Ale Łukasz Perzyna będzie zadowolony, jak ona powstanie, bo nie będzie na pewno zajmować się samym ministrem Macierewiczem - raczej sprawami, które miał ujawnić Raport, ale niestety nie przyniósł ani pytań w wielu sprawach, ani odpowiedzi na wiele znanych już w wyniku działań mediów spraw z rozwiązanych służb specjalnych PRL. Raport jest dopiero początkiem drogi - a komisja mogłaby pójść daleko dalej...
Ot, choćby sprawa nierównego potraktowania przez Raport stacji telewizyjnych TVN i Polsatu - jest ewidentnym przykładem braku pogłębionej analizy i politycznego koniunkturalizmu środowiska PiS...

Nagranie trwa ponad 19 minut i jest dostępne w Sieci do 11 IV 2007 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




KAMIENOWANIE SŁOWEM
Byłem kamienowany słowami przez tych, którzy bronią czci ks. arcybiskupa - Antoni Zambrowski
Wysłane niedziela, 25, lutego 2007 przez Krzysztof Pawlak

"Nasz Dziennik" oraz pozostałe media kierowane przez wielebnego ojca dyrektora Tadeusza Rydzyka oskarżają inne środki przekazu, że przez swą nagonkę na księdza arcybiskupa Stanisława Wielgusa ukamienowały go słowem i w ten sposób zmusiły go do rezygnacji z urzędu metropolity warszawskiego. Głównym oskarżonym jest tu "Gazeta Polska", która pierwsza ogłosiła informacje o współpracy księdza arcybiskupa z komunistycznymi służbami specjalnymi - Służbą Bezpieczeństwa oraz wywiadem MSW. Później podłączyły się również inne media, ale "Gazeta Polska" była pierwsza i na nią głównie spada nienawiść obrońców honoru księdza arcybiskupa. Odpowiedzialność za rewelacje na łamach "Gazety Polskiej" ponoszą autorzy artykułów na ten temat: red. Katarzyna Hejke - zastępczyni redaktora naczelnego tygodnika, dziennikarz Przemysław Harczuk i oczywiście redaktor naczelny tygodnika Tomasz Sakiewicz.

Słowa niczym kamienie

Zabieram głos w tej sprawie nie na kształt owej żaby, co podstawia nogę tam, gdzie kują konie. Wbrew swej woli zostałem wplątany w tę aferę. Gdy ukazał się pierwszy numer tygodnika z rewelacjami o powiązaniu księdza arcybiskupa ze służbami specjalnymi PRL, rozdzwoniły się telefony w naszej redakcji oraz telefony komórkowe redaktorów. Oburzeni czytelnicy protestowali przeciwko szkalowaniu księdza arcybiskupa tak zasłużonego dla Kościoła i Ojczyzny, a zarazem piętnowali jako prawdziwego inicjatora tej afery "znanego zbrodniarza komunistycznego Antoniego Zambrowskiego". Inne epitety pod moim adresem były równie dotkliwe i równie zasadne. Zostałem zdemaskowany jako Żyd oraz mason (Po telefonach nadeszły listy o podobnej treści). Próżne były wszelkie tłumaczenia kierownictwa redakcji, iż nie miałem nic wspólnego z zdemaskowaniem księdza arcybiskupa. Telefoniczni rozmówcy oraz autorzy listów wiedzieli swoje. Wszystkiemu winien jest Antoni Zambrowski.
Jestem w kropce, gdyż nie bardzo rozumiem, kto mnie tak zajadle atakuje. Dotychczas miałem na pieńku z SB, która więziła mnie i prześladowała przez całe dziesięciolecia, ponadto ze środowiskiem "Gazety Wyborczej", które z błogosławieństwa Jacka Kuronia od wielu lat spychało mnie (m.in. przy pomocy tzw. opluskwiania, czyli cichego szkalowania) na margines oraz z niektórymi - głównie antypolskimi - środowiskami żydowskimi. Ci wszyscy mieli mi za złe mój nazbyt żarliwy katolicyzm oraz zaangażowanie w obronę Kościoła. Czyżby oni mieli teraz stawać w obronie "utraconej czci" księdza arcybiskupa ? Niepojęte, ale prawdziwe.

Odpowiadam na zarzuty

Ponieważ wbrew swojej woli zostałem wywołany do tablicy, postaram się odpowiedzieć na wysunięte przeciwko mnie zarzuty. Po pierwsze, nie jestem "znanym zbrodniarzem komunistycznym". Wręcz przeciwnie, byłem więźniem politycznym w PRL ze wszystkimi ubocznymi skutkami tego stanu rzeczy, działaczem opozycyjnym oraz związkowym w "Solidarności", internowanym w więzieniu w Białołęce. W III RP przez długie lata pracowałem w "Tygodniku Solidarność", przedtem w PRL byłem współpracownikiem prasy drugiego obiegu, wydawnictw katolickich oraz polskich gazet wydawanych na Zachodzie. Nie jestem oczywiście "Żydem i masonem", o co - przyznam szczerze - oskarżał mnie na podstawie ubeckich donosów w swych książkach taki poczytny autor jak Henryk Pająk. Kolportowane przez niego ubeckie kalumnie na mój temat prostowałem kilkakrotnie na łamach prasy prawicowej (głównie tygodnika "Najwyższy CZAS!"), odwołując się do faktów z mego życia. W latach 1979-80 zbierałem podpisy o mszę świętą w Polskim Radiu i TVP, w więzieniu w Białołęce prowadziłem modlitwę więźniów przez kratę, później pikietowałem na wezwanie Episkopatu sklepy monopolowe w sierpniu 1985 oraz 1986 roku, za co siedziałem w więzieniu na Służewcu. Jestem oczywiście ochrzczony, bierzmowany, miałem ślub kościelny, ochrzciłem wszystkie swe dzieci oraz większość wnuków. Bierzmował mnie w więzieniu w Białołęce ks. arcybiskup Bronisław Dąbrowski, który w okrągłą rocznicę tego sakramentu nawiedził nawet mnie wraz z księdzem prałatem Janem Sikorskim w redakcji "Tygodnika Solidarność". Świadkiem mego bierzmowania był nasz współwięzień - ówczesny major (dziś generał) Antoni Heda ps. Szary (Dodam przy sposobności, że jego córka Teresa Snopkiewiczowa jest matką chrzestną mego najmłodszego syna Jarka). Podczas peregrynacji obrazu Matki Bożej Białołęckiej (namalowanego przez Annę Danutę Staszewską) wśród rodzin byłych internowanych byłem dzięki nominacji przez ks. prałata Jana Sikorskiego komisarzem tej peregrynacji. Mogę powiedzieć, że - odpychany przez środowisko Jacka Kuronia od nielegalnej działalności związkowej - działałem jako jawny zwolennik "S" w duszpasterstwie świata pracy oraz Bractwie Otrzeźwienia przy kościele pw. św. Stanisława Kostki.
Listy i telefony na mój temat nie są dziełem rąk prawdziwych czytelników "Gazety Polskiej", którzy nie mówili by i nie pisali takich wierutnych bzdur na mój temat. Jestem współpracownikiem "Nowego Świata" oraz następnie "Gazety Polskiej" od samego początku. Zostałem odcięty od współpracy z "Gazetą Polską" dopiero w lipcu 2001 roku decyzją mej wieloletniej koleżanki Elżbiety Isakiewiczowej, gdy zamieściłem na łamach konkurencyjnej "Naszej Polski" odrzucony przez nią obszerny wywiad z prof. Tomaszem Strzemboszem o mordzie na Żydach w Jedwabnem. Zadawał on kłam oszczerstwom Jana Tomasza Grossa na ten temat zawartym w jego książce "Sąsiedzi". Za swe artykuły na ten temat trafiłem później na łamy raportu Otwartej Rzeczypospolitej o mowie nienawiści jako zoologiczny antysemita (i przy sposobności - Żyd). Autorami raportu byli dziennikarz "Gazety Wyborczej" i mój dawny kolega z opozycji demokratycznej Sergiusz Kowalski (wnuk działacza KPP Władysława "Grzecha" Kowalskiego) oraz pisarka krakowska Magdalena Tulli.
Wróciłem natomiast do współpracy z "Gazetą Polską" natychmiast po obaleniu przez Tomasz Sakiewicza oraz Katarzynę Hejke poprzedniego kierownictwa "Gazety Polskiej", za co im jestem niezmiernie wdzięczny. Jestem im też wdzięczny za ich rolę w ujawnieniu współpracy księdza arcybiskupa Stanisława Wielgusa z SB. Nie miałem nic wspólnego z tą demaskacją, która odbyła się poniekąd za moimi plecami, i przyznam ze skruchą, że pewnie nie stać by mnie było na tyle straceńczej odwagi, aby podjąć tak ryzykowną walkę. Ale jestem z nimi solidarny.
Przyznaję słuszność zawartym w kazaniu ks. Prymasa Józefa Glempa postulatom, by ks. arcybiskup Stanisław Wielgus miał uczciwy proces lustracyjny. Aby miał możliwość obrony, w tym wyjaśnienia okoliczności zwerbowania na TW ps. Grey oraz udowodnienia swej tezy, że swymi informacjami nikomu nie zaszkodził. Ale to nie media zawiniły, że do takiej rozprawy nie doszło przed mianowaniem ks. arcybiskupa na jego zaszczytne stanowisko. Więc nie media zawiniły, że doszło do skandalu z wymuszoną dymisją ks. metropolity już po przejęciu władzy i tuż przed uroczystym ingresem do katedry św. Jana. Media jedynie zapobiegły zgorszeniu.

Pytania do obrońców ks.arcybiskupa

Bóg mi świadkiem, że jestem wieloletnim fanem ojca dyrektora Tadeusza Rydzyka. Rano wstaję przed siódmą, by wysłuchać mszy radiowej z Radia Maryja, transmitowanej z kościoła pw. św. Józefa w Torunia. Korzystam z każdej sposobności, by w Telewizji Trwam wysłuchać transmitowanych przez nią mszy świętych z różnych kościołów w Polsce lub z Watykanu. Bóg mi świadkiem, że codziennie kupuję "Nasz Dziennik" i darzę przyjaźnią wielu jego współpracowników. Chciałbym ich teraz zapytać, co by było, gdyby apostoł Judasz Iskariota zdradził Pana Jezusa judejskim oprawcom nie otwarcie na oczach pozostałych apostołów w Ogrójcu, lecz potajemnie? I gdyby nie powiesił się, lecz ukrywając fakt zdrady - dalej pretendował do roli apostoła. Czy i w tym przypadku - podobnie jak z księdzem arcybiskupem S. Wielgusem - mówili by o Judaszu ze czcią należną apostołowi i skarbnikowi apostołów?!
I dodawali: kto z was bez grzechu, niech pierwszy weźmie do ręki kamień.
Otóż jestem człowiekiem grzesznym, ale nigdy nie dałem się zwerbować na agenta SB i potwierdza to zaświadczenie z IPN. A nie tylko krzyczano na mnie i obrażano mą godność, ale i skazywano mnie parokrotnie na uwięzienie pod wyssanymi z palca zarzutami. Znane są przypadki, kiedy ludzie umierali na torturach, a nie chcieli ulec swoim oprawcom. Czy nie zbyt łatwo co poniektórzy odpuszczają winy słabości wobec SB księdzu arcybiskupowi ?

Nasuwa się mi też pytanie, co znaczył śpiew słów Roty: "Nie będzie Niemiec pluł nam w twarz" przez zwolenników ks. arcybiskupa Stanisława Wielgusa po odwołaniu jego ingresu do Katedry? Przecież Maria Konopnicka miała, pisząc te słowa, na myśli Hakatę, a nie tak przyjaznego Polsce ojca świętego Benedykta XVI - wieloletniego przyjaciela i współpracownika Jana Pawła II.
I co znaczą okrzyki pod katedrą z ust zwolennika ks. arcybiskupa Stanisława Wielgusa: "Chcemy biskupa Polaka!". Czyżby obawiali się oni, że Stolica Apostolska mogła by szykować na miejsce Polaka jakiegoś Turka albo Żyda?! Przecież nic takiego nam nie zagraża.
Po Sejmie anonimowi autorzy kolportują listę domniemanych Żydów, na której obok Lecha Wałęsy figuruje również ks. Prymas Glemp z wymyślonym jakimś żydowskim nazwiskiem. Czy aby nie to mieli oni na myśli, wznosząc swe okrzyki? Przecież to są wierutne bzdury.
W Rosyjskim Kościele Prawosławnym według starej tradycji podejrzani są jako "żydowstwujuścije" kapłani tej cerkwi, o ile są żydowskiego pochodzenia. W myśl tej koncepcji był dyskryminowany przez ulegającą podszeptom KGB hierarchię śp. ks. Aleksander Mień - kapłan prawosławny, zarąbany we wrześniu 1990 roku przez agenta KGB saperką i dziś porównywany jako męczennik za wiarę do naszego ks. Jerzego Popiełuszki. W Kościele katolickim obowiązuje atoli prawda, głoszona jeszcze przez św. Pawła, że po chrzcie świętym nie masz Greczyna, ani Żyda. Może niektórzy działacze Ligi Polskich Rodzin mają w tej sprawie poglądy odrębne od stanowiska ojca świętego Jana Pawła II i jego następcy Benedykta XVI? Chciałbym im zwrócić uwagę, że mogą w ten sposób ściągnąć na siebie zarzut, iż idą w ślady pałkarzy ONR czy też Falangi, którzy przed wojną spoliczkowali podczas uroczystej mszy prymicyjnej ks. Tadeusza Pudra - kapłana katolickiego, zwalczanego przez nich za jego żydowskie pochodzenie. Wywołali tym skandal ku zrozumiałemu oburzeniu hierarchii Kościoła z ks. Prymasem kardynałem Augustem Hlondem na czele. Nie tędy zatem droga.
I jak rozumieć bicie pod kościołem pięściami i parasolami przez ludzi uważających się za chrześcijan innych katolików tylko za to, że mają odmienne przekonania? Takie odrażające sceny transmitowały później - na hańbę nas wszystkich - zagraniczne stacje telewizyjne. Czy nie są to skutki kultywowania ubeckich tradycji?
Na to wszystko nie może być zgody - musimy to powiedzieć za naszym Prymasem Tysiąclecia ks. kardynałem Stefanem Wyszyńskim w sposób jak najbardziej jednoznaczny: "non possumus". A ks. arcybiskup Stanisław Wielgus oraz broniący go ojciec dyrektor Tadeusz Rydzyk powinni się od takich czynów swych wiernych zdecydowanie odciąć i jednoznacznie je potępić. Właśnie w imię Ewangelii.

Antoni Zambrowski

Artykuł pierwotnie został opublikowany w tygodniku "Gazeta Polska".

Zostań donatorem naszych publicystów:
Jeśli satysfakcjonuje Cię publicystyka Antoniego Zambrowskiego - możesz wesprzeć Naszego Autora datkiem.
Konto:
61 1240 1040 1111 0010 0042 5486
Bank PeKaO SA III O. w Warszawie
SWIFT/BIC - PKOPPLPW



Publicystyka Antoniego Zambrowskiego na ASME


Pijawki - Stanisław Michalkiewicz Wysłane sobota, 24, lutego 2007 przez Krzysztof Pawlak

Na pochyłe drzewo wszystkie kozy skaczą. Musi się z nami dziać coś niedobrego, ponieważ rozmaite kozy zaczynają uważać Polskę za jakieś pochyłe drzewo i próbują na nas, a nawet po nas skakać. Oto słyszymy, że pod koniec lutego wybiera się do Polski delegacja organizacji żydowskich, w której składzie, a może nawet na czele której znajduje się pan Izrael Singer - ten sam, który w kwietniu 1996 roku odgrażał się publicznie, że jeśli Polska nie zadośćuczyni majątkowym żądaniom organizacji żydowskich, to "będzie upokarzana na arenie międzynarodowej". Pan Singer nie dość, że groził, ale swoje pogróżki najwyraźniej spełnił, czego liczne dowody mieliśmy i nadal mamy, m.in. w postaci opowieści o "polskich obozach zagłady", które przysparzają tyle zgryzoty naszym dyplomatom. Słyszymy, że delegacja ma być przyjęta i przez pana prezydenta, i przez pana premiera. Jeśli pan Singer również dostąpi tego zaszczytu, to trudno - będziemy musieli przestać się dziwić, dlaczego Polska nie jest szanowana. Wstępnym bowiem warunkiem zyskania szacunku jest szanowanie samych siebie. Nie mówię, żeby pana Singera nie wpuścić do Polski, bo jestem zwolennikiem swobodnego poruszania się ludzi, ale audiencja u polskiego prezydenta nie należy do katalogu niezbywalnych praw człowieka i można chyba pana Singera z tego wyłączyć? Z jakiego bowiem tytułu pan Singer MUSI dostąpić takiego zaszczytu? Czy pan prezydent już zapomniał, jak obiecywał dbać o polski interes państwowy w stosunkach międzynarodowych? Właśnie ma okazję to pokazać, nie wiadomo tylko, czy panienki z Kancelarii Prezydenta RP zdają sobie z tego sprawę.
Jakby tego było mało, również Związek Ukraińców w Polsce wystąpił z pomysłem, żeby Sejm potępił operację "Wisła" i uznał ją za "bezprawną". Warto zwrócić uwagę, że przez takie uznanie Sejm stworzyłby coś w rodzaju podstawy prawnej do domagania się rekompensaty za poniesione wówczas szkody. Tego właśnie zażądał od Polski Światowy Kongres Ukraińców pod koniec stycznia br. - wypłacenia Ukraińcom odszkodowań za operację "Wisła" i przeproszenia za tę "czystkę" dokonaną na "Ukraińskim Terytorium Etnicznym" - jak określono południowo-wschodnie rejony Rzeczypospolitej Polskiej. Okazuje się, że nauka nie idzie w las; z jednej strony Światowy Kongres Żydów, z drugiej - Światowy Kongres Ukraińców, z trzeciej - Powiernictwo Pruskie - a wszystkie one żądają od Polski pieniędzy, grożąc w razie oporu "presją światowej opinii publicznej". Znaczy - Polska znowu ma być "upokarzana" - tym razem przez banderowców?
Takie oto rezultaty przynosi polityka umizgów i nadskakiwania Ukraińcom, że to niby oni tacy nasi "młodsi bracia", więc trzeba im ustępować i ustępować, jak to starszy młodszemu, mądrzejszy... no, mniejsza z tym. Oni chętnie takich "młodszych" udają, stopniowo eskalując żądania, zgodnie z linią OUN-UPA, no i tak doczekaliśmy się "Ukraińskiego Terytorium Etnicznego". Tak całą Polskę wodzi za nos starszy pan Bohdan Osadczuk, przed wojną obywatel polski, który rozpoczął studia historyczne w Berlinie w roku 1941, a ukończył je w 1944. Jak bowiem wiadomo, Adolf Hitler fundował obywatelom polskim w Berlinie stypendia, żeby nie tracili czasu, tylko się kształcili, podczas gdy Niemcy wojowali sobie wesoło na wszystkich frontach. Oczywiście pan Osadczuk sam może nie dałby rady wodzić za nos całej Polski, ale skoro pomaga mu energiczna pani Bogumiła Berdychowska, aktualnie rozdzielająca stypendia w Narodowym Centrum Kultury, to na rezultaty nie będziemy długo czekali. Tylko patrzeć, jak pojawią się żądania, by "Ukraińskiemu Terytorium Etnicznemu" nadać autonomię, bo jak nie, to... Czyżby tak właśnie miał się skończyć słynny "patriotyzm jutra"? Naród polski ma być kurowany z ksenofobii poprzez przystawianie pijawek?
Tymczasem 10 lutego, w rocznicę rozpoczęcia wywózek Polaków z Kresów Wschodnich w głąb Rosji, ukonstytuował się w Warszawie Komitet Budowy Pomnika Ofiar Ludobójstwa, dokonanego przez OUN-UPA na ludności polskiej Kresów Wschodnich. Jego przewodniczącym został płk Jan Niewiński. Pomnik, którego lokalizację wyznaczył Lech Kaczyński, jeszcze jako prezydent Warszawy na placu Grzybowskim, ma zostać odsłonięty 17 września 2008 roku, o ile oczywiście pani Berdychowska nie będzie miała nic przeciwko temu, bo wtedy wszystko może się skomplikować. Miejmy jednak nadzieję, że wielkodusznie nam pozwoli, bo w końcu tubylcy też jakąś satysfakcję ze swego państwa muszą mieć.

Stanisław Michalkiewicz

Publicystyka Stanisława Michalkiewicza na ASME i nagrania TV ASME


Sprawa agenta "Grey'a" biskupa Wielgusa służy do gry siłom antylustracyjnym, a Andrzej Lepper znalazł się autentycznym potrzasku - redaktor naczelny "Gazety Polskiej" o sprawach Raportu ws. likwidacji WSI i trwającej akcji uniewinniania abp. Wielgusa Wysłane piątek, 23, lutego 2007 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |








Sprawa agenta "Grey'a" biskupa Wielgusa służy do gry siłom antylustracyjnym, a Andrzej Lepper znalazł się autentycznym potrzasku - redaktor naczelny "Gazety Polskiej" o sprawach Raportu ws. likwidacji WSI i trwającej akcji uniewinniania abp. Wielgusa
Wysłane piątek, 23, lutego 2007 przez Krzysztof Pawlak

"Wczoraj (22.02) państwo zauważyli w internecie list papieża Benedykt XVI, który miał ponoć być odczytywany dzisiaj w kościołach, oczywiście spodziewaliśmy się, że była to informacja zupełnie nieprawdziwa. Ktoś z Kościoła podał dziennikarzom taką informację po to, by podnieść rangę tego, co się wydarzyło. W sprawie abp. Wielgusa dzieje sie właśnie wiele takich dziwnych rzeczy. Podaje się informację, która wygląda na sprawdzoną i mającą swoje konkretne źródło - sprawdzaliśmy w sekretariacie episkopatu - nikt nic nie wiedział o tym liście do odczytania w kościołach. Papież Benedykt XVI napisał list do abp. Wielgusa - bo zawsze odpowiada na korespondencję biskupów, choć pierwszy list »w imieniu Watykanu« z zeszłego roku, mający niby bronić JE Wielgusa - nie był podpisany przez niego. Niezwyczajne zaś teraz było to, że papież odpowiedział biskupowi po sześciu tygodniach - zazwyczaj czyni tak już po tygodniu, dwóch... Druga niezwyczajna okoliczność związana z odpowiedzią papieża - to to, że ten list KTOŚ upublicznił, bo korespondencja JE Wielgusa była prywatna. Wokół sprawy biskupa Wielgusa toczy się gra, toczona przez wysokiej klasy specjalistów. Oto pojawił się niedawno w niej pan Gontarski, wcześniej korespondent PAP w Moskwie, teraz świadczący o »fałszywym podpisie agenta >Grey'a<«, a po roku 1990 w sprawie ustawy lustracyjnej oświadcza, że cała lustracja jest niby sprzeczna z ustawodawstwem europejskim. Na tej analizie opierał się swego czasu tow. Lepper, kiedy zabierał głos sprzeciwu wobec pomysłu lustracji w Polsce. Pan Gontarski był też duchem sprawczym - od strony prawnej - w aferze legalizującej automaty do gier hazardowych, w czasach rządów PZPR/SdRP/SLD, a osoby zabierające głos w sejmowych komisjach nad projektem ustawy o grach losowych, ze środowiska SLD, akurat tak się złożyło - byli później aktywnymi przeciwnikami lustracji" - redaktor naczelny "Gazety Polskiej" Tomasz Sakiewicz, podczas spotkania w klubie dyskusyjnym Oddziału Stołecznego UPR, przypomina rzadko goszczące w tzw. merdiach głównego nurtu, ciekawe skojarzenia związane z teatrem politycznym "polskiego regionu UE".

Wokół biskupa Wielgusa pojawia się wiele osób o PRL-owskiej proweniencji, robione są przy nim jakieś interesy, ale z drugiej strony pojawiają się ludzie przekonani o Jego całkowitej niewinności. Jest potrzebne jakimś siłom w Polsce i nie tylko w Polsce to, by część Polaków wierzyła, że biskup Wielgus jest niewinny. Od samego początku sprawa JE Wielgusa była casus belli lustracji w Polsce. "Był to jeden z najbardziej cynicznych agentów PRL-owskiego wywiadu, kadrowych współpracowników, bezwzględny, szkodzący ludziom w sposób wyraźny, biorący pieniądze za to, co robił, na to znajdą się zaraz kolejne dowody, bo one są już w IPN" - mówił redaktor Tomasz Sakiewicz. "Jeśli arcybiskupem mógł zostać taki człowiek, to dlaczego mamy lustrować Józefa Oleksego albo jakiegoś dziennikarza pracującego swego czasu w np. »Trybunie Ludu« czy rządowej »Rzeczpospolitej«"? - takie pytanie miało zostać zadane. Miał to być pierwszy wist, który wysadzał lustrację w Polsce, bo po co miano by lustrować innych, skoro osoby, które miały być najbardziej moralnie czyste - nurzały się we współpracy ze służbami PRL...?
Strach Andrzeja Leppera i jego konwulsje wokół raportu o WSI spowodowane są faktem, że wiedza o tym, czym trzymano go krótko w obozie komunistycznym, zaczyna być już powszechna nie tylko po lewej stronie sceny politycznej, ale i także po prawej - dlatego teraz ostatnio tak "broni Kościoła" i stara się wtulić w środowisko Radia Maryja.

Podstawą zaś polityki rosyjskiej wobec Polski jest kurs na przerwanie sekwencji bieżących wydarzeń, które z poduszczenia rządu i środowiska rządzącej koalicji dzieją się na naszych oczach - demontażu pozostałości postsowieckich - by po prostu się nie udała. Gdyby się udała, to Rosjanie stracą możliwość oddziaływania na Polskę innymi metodami niż stosowanymi wobec państw zachodnich. Dlatego wokół Raportu ws. likwidacji WSI jest tak dużo emocji i złej woli. Już samo wycofanie pewnych fragmentów, wynikające z obawy o złamanie prawa przez jego publikatorów, zostało odczytane w mediach - zwłaszcza w wymienionej w np. aneksie nr 9 do Raportu stacji telewizyjnej TVN - jako akt "braku profesjonalizmu". Ustawa o likwidacji WSI nie dawała zaś mocy ujawnienia WSZYSTKIEGO, tylko pewnej części akt służb specjalnych wojska, a chroniła agentów czynnych i biernych działających na korzyść Polski.
Jedną z największych tajemnic WSI było istnienie oddziału "Y", który zajmował się przemianami gospodarczymi i politycznymi przełomu dekad lat 80. i 90. Dwóch z jego członków było do niedawna doradcami Samoobrony. Jeden z nich zrezygnował z tej funkcji niedługo przed terminem upublicznienia Raportu ws. likwidacji WSI...
Z pewnością mało kto wie w Polsce, że do niedawna spora część parku samochodowego WSI była obsługiwana i remontowana przez firmę ABEXIM, która ma swoją siedzibę i stację diagnostyczną na terenie "eksterytorialnym", jednej z pozostałości po byłych przedsiębiorstwach sowieckich w Warszawie - jednym słowem oficerowie i funkcjonariusze WSI przyjeżdżali do salonu obsługi - gdzie są np. kamery przemysłowe, firmy założonej m.in. przez Edwarda Mazura i pana Komorowskiego (tego od spółki "Bakoma") i odbierali samochody "po serwisie", w trakcie którego oczywiście wymieniano tylko zużyte części... - wymieniał smakowite fragmenty Raportu redaktor Sakiewicz.

Nagranie trwa ponad 1 godz. i 6 minut i jest dostępne w Sieci do 8 IV 2007 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




Głupich i pracowitych należy się od razu pozbyć, czyli o Ministerstwa Pracy wysiłkach - Dariusz Wieczorek Wysłane piątek, 23, lutego 2007 przez Krzysztof Pawlak

22 lutego br. na stronach internetowych (www.interia.pl) ukazał się artykuł opisujący najnowsze pomysły Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej kierowanego przez panią Anne Kalatę. Zawsze miałem wrażenie, że pracownicy ministerstw nie przemęczają się specjalnie, niestety okazało się - ku mojemu zdziwieniu - że pełną parą idą prace w budowaniu socjalizmu w Polsce.

Okazuje się, że w ministerstwie trwają prace nad podniesieniem wysokości pensji minimalnej. Pensja owa zgodnie z planami ma sięgnąć 50-60% przeciętnego wynagrodzenia (3027,51 zł w grudniu 2006 r.). Oznacza to jej wzrost do poziomu 1500 - 1800 zł, co przy dodaniu składek na ubezpieczenia społeczne, płaconych przez pracodawcę, znacznie podniesie koszt zatrudnienia jednego pracownika i minimalnie wynosić będzie on około 2000 - 2500 zł. Już przy obecnym poziomie obciążeń wielu przedsiębiorców nie może sobie pozwolić na ponoszenie tak wysokich kosztów pracy i decyduje się zatrudniać pracowników "na czarno", czego następstwem staje się znaczący rozwój szarej strefy. Wiele osób podchodzi do propozycji ministerstwa z entuzjazmem, wychodząc naiwnie z założenia, że jedna decyzja administracyjna jest w stanie skłonić przedsiębiorców do zwiększenia minimalnej pensji zgodnie z projektem ustawy. Nieliczni dopuszczają do siebie myśl, że gospodarka i przedsiębiorcy kierują się prawami rynku, urzędnik zaś utrudnia kształtowanie się naturalnych procesów rynkowych. W wyniku powyższego pensje ukształtowałyby się same powyżej minimum - i wtedy interwencja w ustalanie pensji minimalnej jest niepotrzebna albo pensje ustalone na wolnym rynku byłyby niższe od minimum. W tym przypadku należałoby zadać sobie pytanie: skąd pracodawca ma wziąć środki na wyższe wynagrodzenia? Otóż z zysku! Ale jeżeli już w chwili obecnej przedsiębiorcy narzekają, że koszty pracy są zbyt wysokie i ograniczają m.in. z tego powodu zatrudnienie lub zatrudniają pracowników "na czarno", to podniesienie pensji minimalnej spowoduje niewątpliwie wzrost zasięgu tego zjawiska.

Konsekwencje będą następujące:
1. Zwiększy się faktyczne bezrobocie, ponieważ część przedsiębiorców, chcąca uczciwie zastosować się do nowych przepisów, będzie zmuszona ograniczyć zatrudnienie. Okaże się też, że część firm będzie musiała zakończyć z tego powodu działalność, która stanie się po prostu nieopłacalna przy tak wysokim poziomie kosztów pracy.
2. Zwiększy się fikcyjne bezrobocie, ponieważ mniej uczciwi przedsiębiorcy porozumieją się z pracownikami i zatrudnią ich "na czarno". Nie poniosą w ten sposób kosztów związanych ze składkami na ZUS, będą więc mogli wypłacić pracownikowi wyższą pensje "pod stołem", pracownik zaś nie przepuści okazji i postara się o dodatkowe dochody: niechybnie zarejestruje się jako bezrobotny, by wyłudzić od państwa zasiłek oraz darmowe ubezpieczenie zdrowotne dla siebie i swojej rodziny.
3. Zmniejszą się dochody budżetu (mniejsze składki na ZUS i mniejsze wpływy z podatków dochodowych), jednocześnie zaś zwiększą się wydatki (zasiłki i opieka zdrowotna dla bezrobotnych).
4. Notowania partii rządzących wzrosną, ponieważ ludzie docenią ten pozornie szlachetny gest zwiększenia poziomu dobrobytu wśród najuboższej części społeczeństwa - nieważne, że skutek będzie dokładnie odwrotny. Poza tym przedsiębiorca w mentalności sporej części Polaków (zwłaszcza tych mniej zaradnych i przedsiębiorczych) jest wyzyskiwaczem i krwiopijcą, więc pogorszenie mu warunków działalności zostanie przyjęte z entuzjazmem. A jeśli przy okazji zlikwiduje on działalność, to już w ogóle szczyt szczęścia - w końcu po co ktoś ma mieć lepiej niż my?
5. Sytuacja ludzi młodych dopiero wchodzących na rynek pracy ulegnie pogorszeniu. Trzeba wziąć pod uwagę fakt, że niejako naturalnym jest, że osoby młode w swojej pierwszej pracy zarabiają stosunkowo niewiele. Pierwsza praca jest dla nich możliwością zdobycia doświadczeń zawodowych i ukształtowania pewnych cech osobowości niezbędnych do tego, żeby być dobrym pracownikiem. Podwyższenie kosztu zatrudnienia zniechęci pracodawców do zatrudniania młodych ludzi bez doświadczenia. Skutki tego zjawiska będą ogromne - zarówno ekonomiczne, społeczne jak i demograficzne.

Wspomniany artykuł przynosi również dwie inne informacje:
Po pierwsze - zwiększone zostaną środki na aktywną promocję zatrudnienia - z 2,1 mld zł w 2006 r. do 2,7 mld zł w 2007 roku. Aż dziw bierze, że jeszcze ktoś wierzy w skuteczność interwencjonizmu państwa w tej dziedzinie i jest skłonny przeznaczyć tak wysoką kwotę na te cele. Obniżenie o tą kwotę podatku dochodowego lub zmniejszenie akcyzy na paliwo zaowocowałoby zdecydowanie większym wzrostem nowych miejsc pracy. Stałoby się tak, ponieważ cała kwota 2,7 mld zostałaby w kieszeni podatników i pobudziłaby konsumpcję. "Zagospodarowanie" tej kwoty przez budżet państwa powoduje, że spora część tych środków zostanie zmarnotrawiona przez urzędników. Ale oczywiście rząd może się wykazać, że coś tam zwalcza i pokazać nowo utworzone miejsca pracy. A to, że przy okazji zniknie więcej miejsc pracy w innych sektorach gospodarki, to już inna sprawa - o tym nikt nie będzie mówił przed kamerami, a społeczeństwo nigdy nie powiąże tych dwóch faktów ze sobą…

Po drugie - ma zostać przedstawiony projekt ustawy wyrównujący szanse obu płci na rynku pracy. Cel maksymalnie absurdalny, choć zapewne spora część feministek i osób nie znających podstawowych zasad ekonomii twierdzi inaczej. Bowiem wolny rynek charakteryzuje się tym, że kierują nim obiektywne przesłanki, a nie uprzedzenia, jeżeli mamy do czynienia z jakimś zjawiskiem, to musi mieć ono konkretny powód. Dysproporcje w zarobkach kobiet i mężczyzn mają kilka zupełnie racjonalnych powodów:
1. Mężczyźni niejako z natury nastawieni są w większym stopniu na realizację na rynku pracy - lubią stres, rywalizację, podświadomie czują się odpowiedzialni za utrzymanie rodziny. Kobiety wolą pracę bardziej spokojną i w większym stopniu niż mężczyźni wybierają zawody, które są dla nich pewnego rodzaju hobby, w mniejszym stopniu zaś troszczą się o materialną stronę życia. W życiu rodzinnym również bardziej istotny jest dla nich aspekt uczuciowo-emocjonalny, a w mniejszym stopniu materialny - stąd mniejsza presja na zarobki. Różnice te przejawiają się chociażby w negocjowaniu warunków wynagrodzenia oraz rodzajów pracy wybieranej statystycznie przez obie płcie.
2. Zapisy w kodeksie pracy sprawiają, że kobieta w ciąży jest, potocznie mówiąc, "nie do ruszenia". Pracodawca nie kieruje się uprzedzeniami, lecz wychodzi z założenia charakterystycznego dla wolnego rynku, że należy mu się pewna rekompensata za ryzyko. Skoro więc zatrudnia pracownika o mniejszej teoretycznej dyspozycyjności, naraża się na ryzyko pewnych problemów organizacyjnych (zastępstwo na czas niedyspozycji, koszty rekrutacji, szkolenia, zmniejszona wydajność, niepewność co do okresu niedyspozycji). Stąd też naturalnym jest, że chce sobie zrekompensować te koszty i po prostu to robi.
Można by wymienić więcej powodów, ale wystarczy poprzestać na tych dwóch. Wyrównywanie szans na rynku pracy jest działaniem "pod prąd" wobec zasad rynku - może czasami trochę bezdusznego, ale obiektywnego. Najlepszą metodą zaś na wyrównanie szans na rynku pracy byłaby po prostu likwidacja kodeksu pracy. Zniesienie swoistego uprzywilejowania kobiet wyeliminowałoby w sporym stopniu ryzyko pracodawcy i dysproporcje w poziomie zarobków obu płci znacznie by się zmniejszyły. Bez interwencji urzędnika.
Ten artykuł zakończę anegdotką będącą pewną puentą wobec pracowitości ministerstwa we wprowadzaniu w życie kolejnych idiotyzmów na koszt podatnika: Napoleon zwykł mówić ze generałów można podzielić na cztery grupy: 1. mądrych i pracowitych - oni doskonale się sprawdzają w sztabie; 2. mądrych, ale leniwych - oni są doskonali na linii frontu, kiedy to troska o własne życie nie pozwala im się lenić; 3. głupich i leniwych - ich także można jakoś zagospodarować; 4. głupich i pracowitych - tych należy się od razu pozbyć.
Zatem domagajmy się jak najszybszej likwidacji Ministerstwa Pracy, a jeżeli już musi ono istnieć, to niech przynajmniej jego pracownicy spowolnią tempo swojej pracy. Najlepiej do minimum...

Dariusz Wieczorek

Autor jest prezesem Okręgu Mazowieckiego UPR


Na marginesie Raportu - prof. Jerzy Przystawa Wysłane czwartek, 22, lutego 2007 przez Krzysztof Pawlak

Prezydent Lech Kaczyński, aby się pocieszyć po niezasłużonych afrontach w Kraju, udał się do Irlandii, której premier, Bertie Ahern, zapewnił Go, że może być dumny ze swoich rodaków, bo polska społeczność "wnosi ogromny wkład do gospodarki tego kraju".

Młodzi Polacy, dosłownie "wymiatani" z Polski, przybywają do Irlandii w wielkiej liczbie. Wg oficjalnych irlandzkich danych, tylko w ubiegłym roku wyemigrowało tam ok. 100 tysięcy, a liczba ta wzrasta z roku na rok. Irlandia liczy sobie ok. 4 miliony mieszkańców, więc przybycie, w jednym tylko roku, 100 tysięcy Polaków, to tak jakby do Polski, w jednym roku przybyło ok. miliona cudzoziemców z jednego kraju - więcej niż pół Warszawy!
Polacy w Irlandii "nie sprawiają żadnych kłopotów" i w pełni zasłużyli na pochwały i gratulacje ze strony swojego Prezydenta. W przeciwieństwie do Polaków w Kraju, z którymi są same kłopoty. Codzienna lektura gazet i oglądanie telewizji mogą tylko napawać przygnębieniem i pomimo wysiłków Prezydenta, Premiera, brygad antykorupcyjnych i ministra Ziobry - wszystko się sypie. Wali się system ochrony zdrowia, wali się system edukacyjny, wali się system emerytalny, a jak dobrze ma się system obronny - to chyba tylko jeden minister Szczygło wie. Rwą się więzi społeczne, upada autorytet Kościoła, a autorytet władzy publicznej już dawno upadł tak nisko, że niżej chyba nie można. Chwała Bogu, że świetnie prosperuje gospodarka, co samo w sobie jest świadectwem opieki boskiej, skoro idzie w parze z tym niebywałym eksodusem młodych Polaków uciekających z Kraju.

Jest dokładnie tak, jak pisał Ortega y Gasset: "zdrowie demokracji zależy od jednego drobnego szczegółu technicznego: od procedury wyborczej... Jeśli system wyborczy działa źle, to wszystko się wali, choćby wszystko inne działało bez zarzutu". Mamy świetny rząd - najlepszy od II wojny światowej, mamy prawdziwego Prezydenta z prawdziwie polskiej krwi, mamy boom gospodarczy, a wszystko się wali! Dlatego zamiast zająć się Raportem Macierewicza, którym dzisiaj pasjonują się wszystkie media i który jest tematem nieustannych debat i awantur w polskich domach, porozmawiajmy o systemie wyborczym.

Politycy, oczywiście, o systemie wyborczym nie chcą z nami rozmawiać, gdyż sam fakt, że to "oni" właśnie stanowią elitę polityczną kraju, jest najlepszym dowodem, iż system wyborczy jest doskonały. No, może nie doskonały, ale przynajmniej znakomity, a jakieś tam "niedoróbki" będą niebawem dorobione. Kto, w takim razie, powinien o tym rozmawiać i z kim dyskutować? Niedawno kilkudziesięciu profesorów różnych polskich uniwersytetów zwróciło się w tej sprawie do Konferencji Rektorów Akademickich Szkół Polskich. Ich Magnificencje odmówiły dyskusji tematu, bo "rektorzy powinni być apolityczni". Z tego samego powodu publikacji Listu Profesorów odmówiło "Forum Akademickie". Podobnie reagują Ich Ekscelencje Biskupi Polscy: skoro rektorzy muszą być apolityczni, to co dopiero biskupi!
Skoro dorośli nie chcą zajmować się kwestią systemu wyborczego, to jest rzeczą słuszną, że sprawą powinny zająć się dzieci. Jak dzieci się tym zajmują, możemy się dowiedzieć z testów maturalnych publikowanych w gazetach i w internecie. "Dziennik" z 13 listopada 2006 r. zamieścił "Test z wiedzy o społeczeństwie" i znajdujemy w nim "Zadanie 15." (za 2 punkty): "Wyjaśnij zalety ordynacji proporcjonalnej". A więc nie "wyjaśnij, na czym ona polega", nie "porównaj z innymi systemami wyborczymi", tylko "wyjaśnij zalety". Taki sam test opublikowano równo rok temu, przed ubiegłorocznymi maturami.
A jakie to są zalety możemy się dowiedzieć ze "ściągi dla maturzystów" http://www.sciaga.pl/tekst/31999-32-nauka_o_polityce_wse_i_prof_zurowska_wiatr, jaką publikuje specjalistka-politolożka, profesorka warszawskiej Wyższej Szkoły Ekonomiki i Informatyki Ewa Żurowska-Wiatr. Pani Profesor o Naczelniku Państwa Polskiego pisze per "Piłsudzki", ale o systemach wyborczych wie wszystko, a w każdym razie tyle ile wiedzieć mają polscy maturzyści. O systemie brytyjskim Pani Profesor twierdzi, że: "wybrana reprezentacja nie jest odbiciem społecznym", natomiast zalety systemu proporcjonalnego rekapituluje w dwóch punktach:
a) wszyscy wyborcy mają przedstawiciela w Parlamencie;
b) rząd reprezentatywny.


Pani Profesor pisze skrótowo - ma to być przecież jedynie poręczna "ściąga", ale rozwinięcie tych złotych myśli znajdziemy łatwo w każdym dostępnym podręczniku prawa konstytucyjnego, by wymienić tu tylko takie wielkie nazwiska jak Gebethner, Buczkowski czy Garlicki. Nie ulega więc wątpliwości, że studenci naszych uczelni, a w ślad za nimi uczący w szkołach wykładowcy, mają te "prawdy" na trwałe wdrukowane w głowach, co powoduje, że aprobata tzw. systemu proporcjonalnego posiada charakter oczywistości.
Kiedyś, przed wielu laty, zmuszony byłem zdawać egzamin doktorski z ekonomii politycznej. Wziąłem pod pachę jeden z polecanych mi podręczników i udałem się do mojego egzaminatora, którym był śp. doc. Rafał Sorgenstein. Pokazując mu różne fragmenty tego podręcznika, zapytałem dlaczegóż to każe mi się uczyć rzeczy, które w tak oczywisty sposób rozmijają się z praktyką ekonomii w Polsce? "Cóż pan chce" - odpowiedział Docent - "ekonomia jest nauką teoretyczną. Co począć, kiedy gospodarką zarządzają »partyzanci«?" (Dla młodzieży, która tych czasów pamiętać nie może, wyjaśniam, że mianem "partyzantów" określało się wtedy zwolenników Generała Moczara).
Ponieważ, jak się wydaje, główni koryfeusze nauk konstytucjonalizmu w Polsce, to ludzie, którzy dobrze pamiętają "epokę partyzantów", dlatego skonfrontujmy te "prawdy" jakie wbijane są w pamięć naszej akademickiej i szkolnej młodzieży, z praktyką życia.

Według danych Państwowej Komisji Wyborczej z października 2005 r., polskich wyborców było ogółem 30.129.031 (nazwijmy tę liczbę U). Głosować udało się 12.263.640 (nazwijmy to G), czyli 40,6% U.
Jeśli teraz potrudzimy się i dodamy do siebie wszystkie głosy poparcia, jakie zebrali wybrani do Sejmu posłowie, to otrzymamy liczbę 5.271.640. Liczba ta stanowi 17,4% liczby uprawnionych wyborców i 43% tych, którzy pofatygowali się do urn.
Wynika z tego, że swojego przedstawiciela w Sejmie nie ma 82,6% obywateli polskich. Natomiast 57% tych, którzy owej niedzieli zadali sobie trud oddania głosu, także swojego wybrańca (czy wybranki) w Sejmie nie znajdą. Porównajmy te wnioski z tym, czego naucza naszych maturzystów prof. Żurowska-Wiatr, razem ze swoimi uczonymi mentorami akademickimi! Dla kogo reprezentatywny jest skład Sejmu, na posłów którego głosy oddało zaledwie 17% ogółu uprawnionych Polaków?

Jeszcze ciekawiej ta "reprezentatywność" wygląda, kiedy przyjrzymy się bliżej ludziom, którzy do Izby Poselskiej weszli.
Wybory przeprowadzane były w 41 okręgach wyborczych. Z podzielenia liczby U przez 41 wynika, że w jednym okręgu, średnio, zarejestrowano ok. 737 tysięcy wyborców. Okazuje się, że tylko 163 posłów zdobyło więcej niż 10 tysięcy głosów, 240 uzyskało poparcie pomiędzy 5 a 10 tysięcy, a 57 poniżej 5 tysięcy. Dwie trzecie posłów w Sejmie V Kadencji cieszy się poparciem nie więcej niż 1 na 100 wyborców z ich okręgów wyborczych.

Wg naszych uczonych, takie wybory są reprezentatywne dla preferencji społecznych i tyle mają wiedzieć nasi maturzyści. Gdyby pozwolono im porównać te wyniki np. z ostatnimi wyborami w Wielkiej Brytanii, to obraz brytyjski rzeczywiście nie wiele miałby z tym wspólnego. W Zjednoczonym Królestwie w listopadzie 2001 wybrano 646 posłów, każdego w jednomandatowym okręgu wyborczym. Do urn poszło 62% Brytyjczyków. Każdy poseł zdobył, średnio, ok. połowy głosów w swoim okręgu. Gdyby do wyborów poszli wszyscy wyborcy, to "średni poseł" reprezentował by tam jednego na dwóch wyborców z jego okręgu. Ponieważ poszło tylko 62%, to możemy powiedzieć, że przeciętny poseł do Izby Gmin reprezentuje jednego na trzech - czterech wyborców! Nie jednego na stu, lecz jednego na trzech lub czterech.
Co by na takie porównanie powiedzieli nasi maturzyści? Który z tych systemów wyborczych uznali by za "reprezentatywny"? Tego nie wiemy, ponieważ takich porównań w polskiej szkole nikt nie robi. Po co polskiej młodzieży wiedzieć, jak się robi w wybory w Wielkiej Brytanii? Oni i bez tego uciekają tam każdym dostępnym środkiem lokomocji.

Dlatego nie ekscytuje mnie burza wokół Raportu Macierewicza, ani nie cieszy mnie aresztowanie kolejnych chirurgów w kolejnym szpitalu. Lekarze, pielęgniarki wyjeżdżają z Polski, to samo robią inżynierowie, nauczyciele zapowiadają strajki i protesty. Pana Prezydenta głowa boli. Brylują w Polsce tylko politolodzy, dla których pootwierano setki szkół wyższych, przed którymi otwarte są studia telewizyjne i radiowe. Może zamiast eksportować lekarzy i pielęgniarki słuszniej byłoby wyeksportować politologów i konstytucjonalistów, a w wyborach do polskiego Sejmu wprowadzić system brytyjski? Może wtedy zaczną do nas napływać Anglicy, Irlandczycy i Szkoci, których tak bardzo lubimy?

Jerzy Przystawa

  • Prof. Jerzy Przystawa był w kadencji 1990 - 1998 radnym rady miejskiej Wrocławia, startował w wyborach do Senatu Rzeczypospolitej Polskiej przeprowadzonych w dniu 21 września 1997 r.
    Od kilkunastu lat jest jednym z liderów Ruchu Obywatelskiego na rzecz JOW.

    Publicystyka prof. Jerzego Przystawy na ASME.


    Witryna ASME Antysocjalistycznego Mazowsza jest najstarszym serwisem w Sieci - oprócz witryny tematycznej JOW - propagującym ideę JOW

    GDZIE SPOCZYWAJĄ OFIARY STALINOWSKIEGO TERRORU? - TADEUSZ M. PŁUŻAŃSKI Wysłane wtorek, 20, lutego 2007 przez Krzysztof Pawlak

    Do dziś nie wiadomo, gdzie spoczywają zamordowani w stalinowskich więzieniach. Niektóre miejsca pogrzebania udaje się jednak odnaleźć. Część ofiar komunistycznych siepaczy spoczywa w... centrum Warszawy, w podziemiach gmachu przy ul. Koszykowej 6. W latach 50. mieściła się tu centrala Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, dziś ma swoją siedzibę Ministerstwo Sprawiedliwości. W piwnicznych celach, w których przetrzymywano więźniów politycznych, powstaje właśnie filia Muzeum Powstania Warszawskiego - miejsce pamięci ofiar stalinowskiego terroru. Coraz więcej wiemy również, jak przebiegały egzekucje.

    W Biuletynie Instytutu Pamięci Narodowej (nr 7/30) historyk Marcin Zwolski wymienił cztery kategorie więźniów: "więzień zmarły, więzień-samobójca, więzień stracony na mocy wyroku kary śmierci (KS) lub »bandyta« przekazany do jednostki więziennej w celu pochowania (byli to zazwyczaj żołnierze niepodległościowego podziemia zabici podczas akcji Urzędów Bezpieczeństwa, Milicji Obywatelskiej i "ludowego" Wojska Polskiego). (...) Ciała więźniów samobójców i więźniów straconych naczelnik mógł wydać rodzinie jedynie za zgodą szefa WUBP, wydaną w uzgodnieniu z miejscowym prokuratorem. Zwłoki zabitych »bandytów« w żadnym wypadku nie mogły być wydane rodzinie". Rodziny często nie wiedziały w ogóle o śmierci najbliższych.
    Jako oficjalną przyczynę zgonu lekarze więzienni podawali najczęściej udar serca lub (ostre) zapalenie płuc. W Poznańskiem, w przypadku więźnia rozstrzelanego, wpisywano: "rany postrzałowe czaszki i porażenie ośrodków mózgowych", powieszonego: "niedotlenienie mózgu i porażenie ośrodka oddechowego".

    BEZ GROBÓW

    Zamordowanych grzebano w bezimiennych grobach. Z przepisów więziennych wynikało, że należało to robić na miejscowym cmentarzu, często na jego obrzeżach, z dala od innych grobów lub obok cmentarnego muru.
    Inaczej było np. w Białymstoku. Naczelnik wydziału więziennictwa miejscowego WUBP Leon Ozgowicz w 1953 r. napisał, że zwłoki chowa się "w miejscach niedostępnych dla osób cywilnych, tzn. w różnych miejscach. Powyższych czynności dokonuje się tajnie, tak, aby nikt tego nie spostrzegł z osób niepożądanych. Na cmentarzu nie chowa się z powodu tego, że mogą ciało wygrzebać i urządzić jakiekolwiek demonstracje, co jest niedozwolone. Wobec tego, nie ma żadnych grobów ani też numerów na grobie".
    Ciała chowano też bezpośrednio w miejscach kaźni - w więzieniach, np. owianej do dziś tajemnicą podwarszawskiej katowni w Miedzeszynie (kryptonim "Spacer") czy nie mniej tajnym areszcie NKWD we Włochach (tu więziono m.in. Bolesława Piaseckiego, a być może również gen. Augusta Emila Fieldorfa). Istnieją przesłanki, że ciała zamordowanych przez stalinowskich oprawców spoczywają też na Polach Mokotowskich, w Lesie Kabackim i na Okęciu. W jednym z tych dwóch miejsc być może komuniści pogrzebali ciało generała "Nila".
    W Łodzi IPN cały czas szuka miejsca pochówku straconego 17 lutego 1947 r., dowódcy Konspiracyjnego Wojska Polskiego, kapitana Stanisława Sojczyńskiego "Warszyca". Relacje wskazują na piwnice tamtejszej bezpieki, tzw. Moczarni (tu rządził Mieczysław Moczar) lub teren przy strzelnicy.

    BRACIA W SŁUŻBIE OJCZYZNY

    Szczęśliwie nie wszystkie ofiary stalinowskich mordów pozostają bez grobów. Dzięki działaniom wrocławskiego oddziału IPN, a szczególnie naczelnika Oddziałowego Biura Edukacji Publicznej, dr. Krzysztofa Szwagrzyka, udało się odnaleźć miejsce pochówku, a następnie ekshumować szczątki Edwarda Cieśli, zamordowanego wyrokiem komunistycznego sądu w 1952 r. 3 października 2006 r. został on pochowany, z pełnymi honorami wojskowymi, w rodzinnym grobowcu na Cmentarzu Rakowickim w Krakowie.
    Edward Cieśla urodził się 22 lutego 1923 r. w Studzianie, pow. Przeworsk. Brał udział w kampanii wrześniowej 1939 r. W czasie niemieckiej okupacji zdał maturę na tajnych kompletach. Jako żołnierz Obwodu Przeworsk AK zajmował się kolportowaniem podziemnej prasy, działalnością dywersyjną i likwidowaniem konfidentów. W marcu 1944 r. ukończył konspiracyjną Szkołę Podchorążych. Po zajęciu Rzeszowszczyzny przez Sowietów był poszukiwany przez NKWD i UB.
    Edward Cieśla został dowódcą drużyny plutonu partyzanckiego "Jodły" i 2. plutonu 3. kompanii OP 40. Po nieudanej próbie przedarcia się na pomoc walczącej Warszawie, blokowanej przez Sowietów, na jesieni 1944 r. wstąpił do zgrupowania partyzanckiego Obszaru Lwowskiego AK kryptonim "Warta". Po demobilizacji oddziałów przedostał się do amerykańskiej strefy okupacyjnej w Niemczech, gdzie dostał przydział do Kompanii Wartowniczych, podległych Rządowi RP na Uchodźstwie. 11 listopada 1944 r. awansował na podporucznika.
    Edward Cieśla został kurierem polskich władz wojskowych. Uczestniczył w akcji przerzutu rodzin oficerów WP z kraju do Włoch. Aresztowany w styczniu 1946 r., zaraz po przekroczeniu polskiej granicy. Wojskowy Sąd Rejonowy w Warszawie wyrokami z dnia 17 marca i 21 listopada 1947 r. skazał go na karę śmierci, w wyniku rewizji zmniejszonej do sześciu lat więzienia. Z Wronek wyszedł na wolność 10 stycznia 1949 r., na skutek amnestii.
    Edward Cieśla chciał rozpocząć normalne życie - zapisał się na studia w Wyższej Szkole Handlowej we Wrocławiu, myślał o wyjeździe na Zachód. Korespondował w tej sprawie ze swoim starszym o cztery lata bratem Tadeuszem, wówczas kierownikiem Biura Planowania w Monachium, pracującego dla polskich władz emigracyjnych (Tadeusz Cieśla od 1940 r. był więźniem KL Auschwitz, razem z rotmistrzem Witoldem Pileckim działał w obozowej konspiracji, uciekł w grudniu 1944 r.; potem żołnierz antykomunistycznej konspiracji, od 1945 r. kurier Armii Polskiej między Zachodem a krajem). Na wiadomość, że w listopadzie 1949 r. Tadeusz został aresztowany przez UB podczas wykonywania jednej ze swoich misji kurierskich, Edward zorganizował pięcioosobową grupę, która miała odbić brata z więzienia lub przynajmniej zdobyć pieniądze na adwokata, który będzie bronił go przed sądem.
    Plany pokrzyżowało aresztowanie Edwarda Cieśli 21 listopada 1950 r. w Opolu. W śledztwie do niczego się nie przyznał, jednak wsypał go jeden z członków grupy. Wyrokiem z 28 lutego1952 r. opolski WSR skazał go na karę śmierci. Najwyższy Sąd Wojskowy utrzymał wyrok w mocy, a prezydent Bierut nie skorzystał z prawa łaski. 9 sierpnia 1952 r. Edward Cieśla został stracony w więzieniu w Opolu. List pożegnalny, jaki wysłał do rodziców, nigdy do nich nie dotarł. Nie była to jedyna represja, jaka ich spotkała - prokurator wojskowy z Opola, kpt. Stanisław Urbaniak odmówił wydania zwłok syna. Dopiero sądy wolnej Polski unieważniły komunistyczne wyroki wydane na Edwarda Cieślę. (O ekshumacji ciała por. Edwarda Cieśli pisał m.in. dziennik "Echo Miasta" w swej wrocławskiej mutacji, a o pochówku na Cmentarzu rakowickim w Krakowie - "Dziennik Polski" - przyp. ASME)
    Tragiczny los spotkał też brata Tadeusza. Został stracony dokładnie miesiąc przed Edwardem - 9 lipca 1952 r. w więzieniu mokotowskim w Warszawie, na mocy wyroku stołecznego WSR z 21grudnia 1950 r. Miejsce pogrzebania Tadeusza Cieśli do dziś pozostaje nieznane.

    WÓZEK Z KONIKIEM

    W tym samym Biuletynie Instytutu Pamięci Narodowej czytamy rozmowę z historykiem Krzysztofem Szwagrzykiem: "W źródłach archiwalnych nie znaleziono żadnych informacji o chowaniu więźniów w trumnach; w najlepszym razie były to drewniane skrzynie, półtrumny, niekiedy, np. w Warszawie, papierowe worki po cemencie. Zwłoki zmarłych i straconych więźniów chowano w samej bieliźnie lub nago, rzadko w pełnym ubraniu (...) W pojedynczych relacjach występują wzmianki o posypywaniu lub polewaniu zwłok - prawdopodobnie wapnem lub żrącym płynem - przed zakopaniem. (...) Zwłoki transportowano na specjalnym drewnianym wózku - przypominającym wózek do transportu pieczywa - obitym blachą i ciągniętym przez konia lub grupę więźniów działu gospodarczego. Pod koniec lat czterdziestych ciała przewożono już samochodami. Na cmentarzu zrzucano je do przygotowanych przez więźniów dołów, w których umieszczano czasem po kilka zwłok. Następnie niwelowano teren, nie pozostawiając najczęściej żadnego śladu umożliwiającego przyszłą identyfikację miejsca pochówku". Widok wyjeżdżającego za bramę więzienia małego wózka z konikiem zapamiętało wielu osadzonych na Mokotowie. Aby jeszcze lepiej ukryć zbrodnię, ciała chowano najczęściej nocą. W latach 1945 - 1956 w Warszawie zajmował się tym - nieżyjący już - Władysław Turczyński.
    Nie wszyscy trafiali do bezimiennych dołów. Ciała przekazywano do zakładów anatomii, gdzie służyły jako materiał do ćwiczeń dla studentów medycyny. Tak stało się ze zwłokami 26-letniego ppor. Antoniego Wodyńskiego "Odyńca", żołnierza VI Wileńskiej Brygady AK, które trafiło do Zakładu Anatomii Prawidłowej Uniwersytetu Wrocławskiego. To samo komuniści zrobili m.in. z ciałem wspomnianego już "Warszyca", a także "Lalka" - Józefa Franczaka, ostatniego żołnierza II RP, który zginął osaczony przez ubecję 21 października 1963 r.

    CO MIAŁEM ROBIĆ?

    25 maja 1948 r. w więzieniu mokotowskim w Warszawie przy ul. Rakowieckiej rozstrzelano rotmistrza Witolda Pileckiego. Egzekucję nadzorował zastępca naczelnika więzienia Alojzego Grabickiego Ryszard Mońko. Grabicki, który skończył miesięczny kurs więziennictwa w Łodzi i pracował najpierw w Białymstoku, do końca życia, nie nękany przez wymiar sprawiedliwości, ukrywał prawdę o miejscu grzebania więźniów. Jeden z ocalałych wspominał wizytę naczelnika w celi (w książce Małgorzaty Szejnert "Śród żywych duchów"). Do wysokiego, masywnego Woźniackiego powiedział: "O, na tym bym wykonał z przyjemnością". Do "Łupaszki": "Na was to bym nie wykonywał, tylko bym was trzymał w więzieniu. Czasem bym was kazał przewieźć po mieście, żebyście widzieli, że Warszawa się buduje, że w Polsce jest dobrze, a wy siedzicie zbankrutowani. To by dla was była większa kara. Bo wykonaniem to się wam idzie z pomocą". Żonie jednego ze skazanych powiedział: "Po takich zbrodniarzach ziemia musi być zrównana".
    Dziś 82-letni Mońko (dwa zawody: technik rolniczy i mechanik, do 1962 r. był m.in. naczelnikiem więzienia w Częstochowie), wiedząc, że nic mu nie grozi, zdecydował się mówić: - Na Mokotów zostałem skierowany w styczniu 1948 r. ze zlikwidowanej jednostki saperskiej. Jako funkcjonariusz ds. polityczno-wychowawczych uczyłem śledczych zasad polskiego ruchu robotniczego [wcześniej sam ukończył odpowiednie kursy polityczne - red.]. Wielu z nich nie miało nawet ukończonej podstawówki.
    - A egzekucja Pileckiego?
    - To był jedyny przypadek w mojej karierze. Zastępowałem Grabickiego, który takimi sprawami zajmował się rutynowo [asystował m.in. przy egzekucji mjr. Hieronima Dekutowskiego "Zapory" - red.], ale akurat, wyjątkowo, wyjechał. Wcześniej wypełniałem tylko gotowe blankiety i podpisywałem się. Dane uczestniczących w egzekucji sprawdzałem na podstawie okazanych mi legitymacji. 25 maja 1948 r., między godz. 21 i 21.30 do mojego gabinetu zgłosiło się czterech panów, dwóch w mundurach wojskowych, dwóch po cywilnemu. Byli z bezpieki. Na polecenie prokuratora [mowa o wiceprokuratorze NPW dla spraw szczególnych Stanisławie Cypryszewskim; też był przy rozstrzelaniu Dekutowskiego - red.] rozkazałem doprowadzenie Pileckiego na miejsce straceń. To był mały, oddzielnie stojący budynek za X pawilonem, którym rządził MBP, a oficerowie służby więziennej nie mieli tam wstępu. Widziałem, jak prowadzili Pileckiego pod ręce, a on poprosił ich, żeby go puścili, bo chce iść sam. Weszli do środka, ja zostałem na zewnątrz. Słyszałem jeden strzał. Więźniów politycznych rozstrzeliwano, pospolitych wieszano [były wyjątki, komuniści powiesili np. gen. Fieldorfa, aby go upokorzyć - red.]. Pluton egzekucyjny to był jeden funkcjonariusz UB [etatowy morderca starszy sierżant Piotr Śmietański, sądząc z podpisów na protokołach wykonania KS ledwo piśmienny - red.]. Lekarz w wojskowym mundurze wszedł do budynku i stwierdził zgon. Przed wykonaniem wyroku z Pileckim rozmawiał ksiądz Martusiewicz.
    - Gdzie pogrzebano Pileckiego?
    - Nie brałem w tym udziału. Od dyżurnych wartowników słyszałem, że ciała zabitych wywoziła gdzieś sanitarka więzienna. Często jechał w niej naczelnik, który miał prawo jazdy.
    - Dlaczego podpisał pan protokół wykonania kary śmierci?
    - A co miałem robić?

    PRZECHODNIU, POCHYL CZOŁO

    Tadeusz Porayski, więzień Mokotowa, napisał:
    "Przechodniu, pochyl czoło, wstrzymaj krok na chwilę
    Tu każda grudka ziemi krwią męczeńską broczy
    Tu jest Służewiec, to są nasze Termopile
    Tu leżą ci, którzy chcieli bój do końca toczyć
    Nie odprowadzał nas tu kondukt pogrzebowy
    Nikt nie miał honorowej salwy ani wieńca
    W mokotowskim więzieniu krótki strzał w tył głowy
    A potem mały kucyk wiózł nas do Służewca...".

    Tekst został wyryty na symbolicznym pomniku upamiętniającym ofiary stalinowskiego terroru, stojącym na terenie parafii św. Katarzyny przy ul. Wałbrzyskiej na warszawskim Służewie. Tu, do połowy 1948 r., grzebano potajemnie zamordowanych więźniów mokotowskiego więzienia (później ciała chowano na Powązkach). Tu prawdopodobnie spoczywa wielu żołnierzy Wolnej Polski - w tym opisywani wyżej - Witold Pilecki i Tadeusz Cieśla.
    Jaka była skala stalinowskich morderstw? Tylko na podstawie wyroków sądowych stracono ok. 5 tys. osób, kilka tysięcy zmarło i zostało zamordowanych w więzieniach i aresztach, inni zginęli w walce lub w wyniku akcji pacyfikacyjnych UB, KBW, WP.
    Krzysztof Szwagrzyk: "W latach 1944 -1956 tylko na Mokotowie śmierć poniosło ponad tysiąc osób, w więzieniu we Wronkach - 219, w Rawiczu - kolejnych 211. O kilkuset zmarłych i straconych możemy mówić w przypadku Białegostoku, Gdańska, Katowic, Krakowa, Lublina, Rzeszowa czy Wrocławia. Lista ta wciąż nie jest zamknięta".

    UPAMIĘTNIĆ BOHATERÓW

    Cały czas rodziny, jak również organizacje i instytucje - w tym Instytut Pamięci Narodowej, szukają miejsc potajemnych pochówków zamordowanych więźniów stalinizmu. Czasem wydaje się, że mozolna praca zakończy się sukcesem. Tak było np. w przypadku Danuty Siedzikówny "Inki" i Feliksa Selmanowicza "Zagończyka" - żołnierzy majora "Łupaszki". Kilka lat temu wydawało się, że udało się odnaleźć ich szczątki przy murze więzienia na ul. Kurkowej w Gdańsku, w którym w 1946 r. zostali zastrzeleni - jednak ekspertyza medyczna zlecona przez IPN nie potwierdziła tego.
    W większości przypadków straceni w komunistycznych katowniach mają - przynajmniej na razie - jedynie symboliczne mogiły. Za kilka miesięcy - w maju - bohaterski "Łupaszko" - major Zygmunt Szendzielarz, dowódca V Wileńskiej Brygady AK, ma zostać pochowany na Cmentarzu Wojskowym na warszawskich Powązkach. Spocznie w kwaterze żołnierzy Polski Walczącej, obok gen. Antoniego Chruściela "Montera", faktycznego dowódcy całości sił Powstania Warszawskiego, zmarłego w 1960 r. w USA, którego prochy (i jego żony Walerii) zostały sprowadzone do Polski w lipcu 2004 r., w przededniu 60. rocznicy wybuchu Powstania. Na tej samej nekropolii pochowano innego bohatera Polskiego Państwa Podziemnego - gen. Aleksandra Krzyżanowskiego "Wilka", komendanta Okręgu Wileńskiego AK, głównodowodzącego operacją "Ostra Brama", którego komuniści zamęczyli w 1951 r., a zwłoki - zakopane na terenie Powązek między cmentarzem komunalnym i wojskowym - ekshumowano w 1957 r.

    Tadeusz M. Płużański

    Tekst publikowany po raz pierwszy.

    Publicystyka Tadeusza M. Płużańskiego na ASME.


    Znajdź różnice - Krzysztof Mazur Wysłane wtorek, 20, lutego 2007 przez Krzysztof Pawlak

    W różnych zeszytach zawierających logiczne zagadki dla małych dzieci, stały punkt programu stanowi porównywanie obrazków w celu wychwytywania różniących je szczegółów. Życie pokazuje, że jest to zabawa niezwykle przydatna w życiu i to nie tylko w sensie kształtowania abstrakcyjnie rozumianej spostrzegawczości, ale w sensie dosłownym, czego dowodem jest zamieszanie wokół raportu z likwidacji WSI. Jak się okazuje, liczba wersji raportu udostępnionego różnym gremiom wzrosła ostatnio do trzech - tak przynajmniej wynikałoby z wypowiedzi wicepremiera Giertycha - a skoro nie jedna ani nie dwie, tylko trzy, to właściwe nie można mieć pewności, że było ich cztery, pięć czy sześć. Jak jeszcze pamiętamy, raportów w sprawie tzw. afery Rywina czy w sprawie prywatyzacji PZU było prawie tyle, ilu członków komisji śledczej, a o tym który wariant miał być słuszny, decydowała większość sejmowa na drodze demokratycznego głosowania. Na szczęście komisja likwidacyjna WSI nie była wybierana przez sejm na drodze partyjnego parytetu, stąd też nie było problemu z demokratycznym ustalaniem faktów, ale jak pokazuje życie - i tak nie obyło się bez rozmnożenia różnych wersji raportu i gorszącego przerzucania odpowiedzialności za ten fakt z jednego decydenta na drugiego (vide niezrozumiała kontrowersja pomiędzy wersją prezydenta Kaczyńskiego i wersją marszałka senatu Borusewicza). Ogłoszenie raportu z likwidacji WSI dało również okazję do obnażenia praktyki władzy, bo jak coraz śmielej przyznają najwyżsi dostojnicy, zwyczaj nie czytania dokumentów stał się już jedną z podstawowych zasad pragmatyki służbowej. To, że premier Kaczyński nie doczytał do końca listu od wicepremiera Dorna, można jeszcze od biedy zbyć machnięciem ręki, w końcu była to quasi-prywatna korespondencja, ale wcześniej prezydent podpisując decyzję honorującą Jaruzelskiego, również tłumaczył, że nie wiedział co podpisuje, a ostatnio marszałek Borusewicz przyznał, że nie czytał załączników do raportu Macierewicza, po czym natychmiast wyraził oburzenie na zawarty w tych załącznikach fragment dotyczący negocjacji Jacka Kuronia z wysłańcami Kiszczaka. Każdy urzędnik powinien doskonale wiedzieć, że dokument stanowi nierozerwalną całość i niechęć do wysiłku polegającego na przeczytaniu całości dokumentu nie stanowi żadnego usprawiedliwienia, a wręcz przeciwnie. Szczególnie gdy w grę wchodzi tak drażliwy dokument jak raport z likwidacji WSI, o którym z góry było wiadomo, że zostanie przenicowany do ostatniej litery przez bezpośrednio zainteresowanych, opozycję polityczną czy wreszcie dziennikarzy. Skoro bez zwrócenia uwagi kluczowych decydentów można przemycić kilkadziesiąt stron tekstu, to w tych okolicznościach trudno dziwić się, że w ustawie stanowiącej jeden z wątków afery Rywina, tak łatwo dało się manipulować przy spójnikach "i"/"lub".
    Zachodzi przy tym poważne podejrzenie, że w podobny sposób nasi ustawodawcy podchodzą do projektów ustaw decydujących o naszym życiu i majątku, czego najlepszym dowodem jest to, że wielu głosujących za określonymi rozwiązaniami w następnej kampanii wyborczej te same rozwiązania hałaśliwie krytykuje. Mieliśmy zresztą tego najlepszy przykład w sprawie dotyczącej spóźnień samorządowców ze złożeniem oświadczenia majątkowego, kiedy to na restrykcyjność przepisów narzekali głównie posłowie PO głosujący nieco wcześniej bez sprzeciwu za przyjęciem odpowiednich zmian do ustawy. Poseł Cymański zapytany o lekturę raportu Macierewicza, miał zażartować, że "jak na posła, to przejrzałem dość dokładnie", a przecież "przejrzałem" nie oznacza, że "przeczytałem", chociaż i tak można to uznać za przejaw odpowiedzialności, gdyż np. poseł i eksminister obrony Komorowski - wymieniony przecież w raporcie - szczerze wyznał, że przeczytanie raportu zlecił współpracownikowi.
    W tej sytuacji można uznać prawie za pewnik, że raportu nie przeczytał były prezydent Lech Wałęsa, którego ulubionym zajęciem jest przecież rozwiązywanie krzyżówek. To chyba właśnie krzyżówkowe hobby wyrobiło u byłego prezydenta taki refleks lingwistyczny, który wykorzystuje do epitetowania swoich przeciwników politycznych. Co ciekawe, salonowi wrażliwcy są wyjątkowo tolerancyjni w ocenie ciężarów rzucanych wyzwisk, ba nawet więcej: "gówniarz" i "pętak" na określenie 44-letniego ministra obrony czy "dureń" wymierzony w prezydenta to nic w porównaniu z "obelżywą" odzywką wymienionego "pętaka", który ośmielił się powiedzieć, że Lech Wałęsa "zdradził ruch »Solidarności«". Ale taki brak symetrii w ocenie dość jednoznacznych faktów nie jest wyłącznie domeną pieszczochów salonu, gdyż podobną ocenną asymetrią popisują się praktycznie codziennie - nadal głośni - obrońcy abp. Wielgusa. Po okresowym wyczerpaniu grafologicznych "argumentów" dr. Gontarskiego i kabalistycznych analiz prokuratora Blajerskiego zabrano się za sprawę abp. Michalika. Okazało się, że niedawni zwolennicy nietykania pasterzy Kościoła chętnie nadmuchują i wytykają przewiny przewodniczącemu Episkopatu, byle tylko po raz kolejny obnażyć spisek prawicowych publicystów, zawiązany wobec abp. Wielgusa. Jak więc widać, zabawa w odnajdywanie różnic została na tym poziomie zamieniona na zabawę zatytułowaną "jaki element nie pasuje do obrazka", która stwarza większe pole do popisu dla tak licznej przecież populacji relatywistów.

    Krzysztof Mazur

    Publicystyka Krzysztofa Mazura na ASME


    Ktoś musi przywrócić obywatelom IV RP poczucie bezpieczeństwa - Łukasz Perzyna o Raporcie ws. WSI i wydarzeniach w klinice MSWiA Wysłane poniedziałek, 19, lutego 2007 przez Krzysztof Pawlak

    | Pobierz |








    Ktoś musi przywrócić obywatelom IV RP poczucie bezpieczeństwa - Łukasz Perzyna o Raporcie ws. WSI i wydarzeniach w klinice MSWiA
    Wysłane poniedziałek, 19, lutego 2007 przez Krzysztof Pawlak

    "Tuż przed rozstrzygającą drugą turą wyborów prezydenckim w jednej z redakcji dziennikarz usytuowany w poglądach w okolicach Radia Maryja, choć przez swych kolegów uważany nie za najsilniejszego na umyśle - powiedział: »Do zobaczenia w IV Rzeczypospolitej«. Można powiedzieć: wykrakał, choć z tą numerologią nie jest najlepiej. Hasło »zbudujemy Drugą Polskę« - było sloganem PRL tow. Gierka, a PRL pojawia się w 1952 roku, kiedy Polskie Radio zaczynało swój program piosenką "Kiedy ranne wstają zorze« - by w ciągu dnia podawać informacje o egzekucjach polskich patriotów. mamy teraz problem numerologiczny - sam Jarosław Kaczyński mi powiedział po dokonaniu o nagrania do filmu o Kwaśniewski, że »nie mamy przecież IV Rzeczypospolitej, bo to jest tak jak z tymi republikami francuskimi - że co nowa republika, to nowa konstytucja...«" - Łukasz Perzyna, analityk "Tygodnika Solidarność" i naszej witryny ASME, komentuje wydarzenia z minionego tygodnia.

    No i wykrakał ten słaby na umyśle redaktor: mamy IV Rzeczpospolitą, bardzo nieprzyjazną swoim obywatelom. Skoro w klinice MSWiA, gdzie leczą się ludzie elity, gdzie powinna triumfować polska myśl medyczna, gdzie powinny kształcić się nowe zastępy lekarzy - nowa służba specjalna nowego państwa na oczach pacjentów wyprowadziła w kajdankach ordynatora, znanego kardiologa, rekordzistę w liczbie przeszczepów serca - pod licznymi zarzutami o korupcję, a nawet - o zabójstwa, morderstwo, to nie jest zwyczajne wydarzenie medialne. Do tej pory mieliśmy do czynienia ze stereotypem, że przestępczość białych kołnierzyków, to jest jakaś "lepsza przestępczość". Tymczasem przykład morderstwa, które wydarzyło się z okazji niedawnej afery związanej z jednym z Narodowych Funduszy Inwestycyjnych - pokazuje, że te białe kołnierzyki po prostu plamią się krwią, że tak samo potrafią być brutalni ci przestępcy biznesowi jaki ci, którzy atakują nas w ciemnej ulicy, jedni i drudzy są równym zagrożeniem dla poczucia bezpieczeństwa obywateli.
    A propos innego "wydarzenia medialnego" wypowiedział się Janusz Onyszkiewicz, którego słowa - nie popierając Go wcale w innych kwestiach - cytuje Łukasz Perzyna: "Bracia Kaczyńscy są mistrzami w rozwiązywaniu problemów, które sami umieją tworzyć". Chodzi o Raport w sprawie WSI... Dostaliśmy jakiś produkt - taki, że możemy powiedzieć, że minister Macierewicz "strzelił z patyka"...

    Nagranie trwa prawie 17 minut i jest dostępne w Sieci do 3 III 2007 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




    Podwójnie płatna bezpłatna służba zdrowia - Dariusz Wieczorek Wysłane poniedziałek, 19, lutego 2007 przez Krzysztof Pawlak

    15 lutego w serwisie Interii zauważyłem bardzo obiecujący link pod tytułem "Koniec z bezpłatną służbą zdrowia". Naiwnie mniemając w oświecenie polityków z naszego rodzimego podwórka, postanowiłem zapoznać się czym prędzej z treścią artykułu.

    Okazało się jednak, że sprawa dotyczy nie Polski, ale sytuacji na Węgrzech, ponadto zaś - tamtejszy socjalistyczny rząd premiera słynnego ze "szczerych" wypowiedzi nie zamierza bynajmniej likwidować państwowej bezpłatnej służby zdrowia, ale wręcz przeciwnie - chce narzucić społeczeństwu dodatkowy haracz. Ustalona została bowiem opłata w wysokości około 4,5 zł (w przeliczeniu) za wizytę u lekarza oraz każdy dzień pobytu w szpitalu. W ten sposób Węgrzy dołączą do grona ofiar "państwa opiekuńczego", które co prawda zapewnia opiekę medyczną, ale każe sobie za to samo płacić dwukrotnie.
    Z jednej strony muszę przyznać, że wprowadzone rozwiązanie jest logiczne. "Darmowa" służba zdrowia opiera się bowiem na przymusowej płatności w postaci podatków, ale jednocześnie nie nakłada limitów na częstotliwość korzystania z usług w placówkach medycznych. Stąd też istnieje np. całkiem liczne grono emerytów, którzy systematycznie chadzają do lekarzy pomimo braku takiej potrzeby. Wizyta u lekarza troskliwie wypytującego "Co Panu dolega?" jest w jakimś stopniu substytutem normalnych interakcji międzyludzkich. Taki staruszek, który sam już nie pracuje, jest zaniedbywany przez pracujące dzieci, a jednocześnie żyjąc w społeczeństwie, w którym życie towarzyskie starszych osób jest czymś zgoła dziwnym, rekompensuje sobie brak sytuacji, w której miałby do kogo gębę otworzyć - wizytami u lekarza. Jest to z jednej strony całkowicie zrozumiałe, z drugiej jednak - stanowi pewne nadużycie z punktu widzenia logiki "bezpłatnej" służby zdrowia. Efekt jest taki, że kolejki pod drzwiami gabinetu są dłuższe niż być powinny i osoby faktycznie chore nie zawsze są w stanie zdobyć upragniony numerek do lekarza akurat wtedy, gdy tego potrzebują.
    Wprowadzenie chociażby symbolicznej odpłatności może zmniejszyć skalę tego niekorzystnego zjawiska i jest to niewątpliwy plus pomysłu węgierskich socjalistów. Nie zmienia to jednak faktu, że ludzie ci muszą za tą samą usługę płacić dwukrotnie! Jest to karygodne, a jednocześnie świadczy o fatalnym stanie finansów publicznych "państwa opiekuńczego", które nie jest w stanie opłacić swej działalności pomimo (a właściwie: właśnie dlatego!) wysokich podatków nakładanych na społeczeństwo. W ten sposób mit "bezpłatnej służby zdrowia" powoli odchodzi do lamusa.
    W takiej sytuacji można byłoby pójść na całość i wprowadzić pełnopłatne usługi medyczne (oczywiście po stosownej obniżce podatków o kwoty przeznaczane na ten cel). W tej sposób pacjenci płaciliby co prawda za świadczone im usługi, ale tylko raz. W dodatku system prywatnej służby zdrowia miałby kilka dodatkowych plusów:
    1. Wprowadzony byłby ekonomicznie zdrowy obieg gotówki od pacjenta do lekarza sprawiający, że pacjent stałby się Klientem, który płaci, ale i wymaga. W takiej sytuacji wolnorynkowe placówki medyczne zabiegałyby o pacjenta jakością i ceną świadczonych usług. Nie byłoby sytuacji niejednokrotnie opisywanej w mediach, w których pacjenci musieliby chodzić o godzinie 5 rano do przychodni i stać na mrozie w kolejkach po numerek do wizyty u specjalisty. Prywatne placówki zaoferowałyby wygodny system zapisów - telefoniczny, internetowy itd. W obecnej chwili środki finansowe płynące odgórnie z NFZ sprawiają, że pacjent jest intruzem zakłócający błogi spokój personelowi szpitala. Może wreszcie czas na uzdrowienie tej sytuacji?
    2. Poprawiłaby się jakość usług - tak jak to się zawsze dzieje, gdy zamiast państwowych regulacji rządzi niewidzialna ręka rynku, opisywana już przez Adama Smitha. Przychodnie i szpitale musiałyby zacząć wreszcie konkurować. Byłoby wreszcie możliwe udać się na wizytę do lekarza-specjalisty w ciągu dnia - dwóch, jak to się dzieje obecnie w prywatnych placówkach, nie zaś w terminach liczonych nieraz w miesiącach oferowanych przez państwowe przychodnie.
    3. System prywatnej służby zdrowia pozwoliłby na zmniejszenie skali korupcji. Chyba każdy, kto nie jest totalnie oderwany od rzeczywistości, zdaje sobie sprawę, jakie kryteria są brane pod uwagę przez decydentów z NFI przy podpisywaniu kontraktów z placówkami medycznymi, układaniu refundowanej listy leków itd. Wolny rynek sprawiłby, że to lekarze byliby odpowiedzialni za przepisywane leki i pojawienie się podejrzenia, że dany lekarz jest na usługach koncernu farmaceutycznego i przepisuje zbyt drogie leki, rywalizując ze swoimi kolegami o to, kto pojedzie na wycieczkę na koszt producenta leków, spowodowałby odpływ pacjentów do bardziej rzetelnych lekarzy. W ten sposób lekarze obawiając się takiego zjawiska, staraliby się dobierać leki bardziej rzetelnie z finansową korzyścią dla pacjentów.
    4. Niepotrzebni staliby się urzędnicy w NFZ decydujący, jakie kwoty przeznaczyć na jakie badania. System limitów na poszczególne typy badań jest absurdem. W końcu na jakiej podstawie urzędnik miałby przewidzieć czy pacjent będzie potrzebował konsultacji z laryngologiem, czy okulistą? Patrząc na powyższe korzyści z prywatyzacji służby zdrowia, zastanawiać by się można, dlaczego właściwie nikt jeszcze w Polsce nie wpadł na pomysł likwidacji tego państwowego molocha i wprowadzenia normalnych wolnorynkowych układów. I przypomina się stare powiedzonko, że jeśli nie wiadomo czemu irracjonalne rozwiązanie jest utrzymywane, to należy spojrzeć, kto na tym korzysta. No właśnie - kto ? Bo chyba nie pacjenci...

    Dariusz Wieczorek

    Autor jest prezesem Okręgu Mazowieckiego UPR