marca 5, 2007 - marca 13, 2007

Jaja powyżej pasa - Krzysztof Mazur Wysłane wtorek, 13, marca 2007 przez Krzysztof Pawlak

Echa sabatu feministek w Pałacu Prezydenckim nie milkną, gdyż po szambie i perfumerii przyszła kolej na konsekwencje sporu pomiędzy Moniką Olejnik i Lilianą Sonik. Pani Sonik zarzuciła sygnatariuszkom słynnego apelu nieuprawnione zamieszczenie jej nazwiska pod jego treścią, na co redaktorka Olejnik złośliwie odparowała, żeby jej polemistka się nie martwiła, gdyż u o. Rydzyka jest usprawiedliwiona. Sprawa wyglądałaby na zwykłą bójkę za pomocą damskich torebek, gdyby nie arcyciekawy komentarz do tej sprawy sporządzony przez panią Beatę Zubowicz - publicystkę "Rz". Otóż pani Zubowicz opisując ową babską wojnę, stwierdziła, że pani Olejnik sięgając "po najprostsze środki wyrazu" polegające na "przyłożeniu komuś o. Rydzykiem", zastosowała wobec pani Sonikowej "chwyty poniżej pasa". Jak widać, proces maskulinizacji polityki przybrał już formy skrajne, gdyż do tej pory wydawało się, że uderzenie poniżej pasa może być specyficznie bolesne jedynie dla mężczyzny, ale pewnie obecnie taki pogląd należy już do szowinistycznej przeszłości. Współgra z tym zresztą pierwszostronicowa informacja "Gazety Wyborczej", której redaktorka poinformowała, że "mężczyzn pracujących w sektorze publicznym w Wielkiej Brytanii czekają obniżki pensji nawet o 40 proc. Wszystko po to, aby zrównać płace kobiet i mężczyzn". Tej płciowej konwergencji jakby nie dostrzegał premier Kaczyński, któremu "o. Rydzykiem" przyłożył sam o. Rydzyk. Pan premier z właściwym sobie refleksem dopiero po kilku dniach zareagował na polityczną akcję swojej bratowej, a zarazem Pierwszej Damy, czym i tak wyprzedził pana prezydenta, który na akcję pani prezydentowej nie zareagował do dnia dzisiejszego. Jarosław Kaczyński wyraził dość nieoczekiwaną opinię, że pani prezydentowa została "prawdopodobnie wprowadzona w błąd" skutkiem czego podpisała ów niefortunny apel zainicjowany przez Matę Hari polskiego wywiadu dziennikarskiego, panią Olejnik. Widać w tym przypuszczeniu wyraźną wolę sprowadzenia pani prezydentowej do roli niewiasty, która nie wie, co czyni, co wskazuje, że premier zdegustowany niefortunnymi działaniami jego prezydenckiej rodziny, zaczyna powoli odwojowywać również urząd swojego brata. Kilka miesięcy temu pan prezydent wyraził swoją dezaprobatę wobec zapisów nowej ustawy lustracyjnej, po czym rozpoczął konsultacje w tej sprawie, zapraszając do Pałacu w większości przeciwników nowych uregulowań. Pani prezydentowa w środku najgorętszych sporów o kształt zapisów chroniących ludzkie życie zaprosiła do pałacu znane dziennikarki, w większości zwolenniczki obecnego "kompromisu". Kiedy media nagłośniły podpisanie przez prezydenta decyzji o przyznaniu tzw. orderu Sybiraków generałowi Jaruzelskiemu, kancelaria tłumaczyła ten fakt nieświadomością pana prezydenta, kiedy media nagłośniły podpis pani prezydentowej pod 8-marcowym apelem, premier wyjaśnił ową niezręczność wprowadzeniem pani prezydentowej w błąd. Dość naiwna ta nasza pierwsza para. Widać to zresztą po skutkach "udoskonalonej" ustawy lustracyjnej, która miała umożliwiać sankcje wobec agentów, a tymczasem może przewrócić się na prozaicznym oświadczeniowym nieposłuszeństwie członków stronnictwa antylustracyjnego.
Zresztą temu podobne polityczne wolty i niekonsekwencje stają się już raczej normą niż wyjątkiem wartym dziennikarskiego komentarza. Jak jeszcze dobrze pamiętamy, tzw. środowisko "GW" przez ostatnie lata większość swojej energii poświęcało na tropienie przejawów antysemityzmu i wszelkiej ksenofobii, odsądzając od czci i zdrowego rozsądku wszystkich, którzy dostrzegali szowinizm niektórych żydowskich środowisk i ich nieuprawnione akcje polityczne. I oto w momencie, gdy kilka dni temu te same środowiska w ramach targu rozpoczęły licytację kwot należnych rekompensat za mienie utracone, ta sama "GW" w komentarzu do owych działań, przywitała czytelników wielkim tytułem o treści "100 procent chciwości", a pani redaktor naczelna gazety napisała komentarz, pod którym podpis sprawdzałem dwa razy, gdyż za pierwszym razem byłem przekonany, że gazetka cytuje red. Michalkiewicza. Należy przy okazji stwierdzić, że przywołany artykuł może stanowić bardzo pomocne oręże w walce z nieuprawnionymi stereotypami. Wynika to z faktu, że niektóre gazety swoje komentarze zatytułowały mniej kategorycznie, np. "Puls Biznesu" sprawę roszczeń za mienie utracone ocenił jako "Piętnaście procent sprawiedliwości". Gdyby dajmy na to "GW" uważała podobnie, to tytuł jej komentarza powinien brzmieć "85 procent chciwości" lub jakoś podobnie, a skoro jest "100 procent chciwości" - to znaczy, że całkowita negacja żydowskich roszczeń przyszła z dość nieoczekiwanej strony. Ale jest w tym też pewien haczyk, gdyż ramię w ramię z organizacjami żydowskimi wystąpili również przedstawiciele polskich organizacji zagranicznych reprezentujący dawnych właścicieli, a w zasadzie spadkobierców wywłaszczonych. Być może to właśnie ta okoliczność współpracy żydowskich naciągaczy i ich polskich szabesgojów wyzwoliła u redaktorów "GW" nieznane dotychczas pokłady pryncypialności w obszarze "obrony" polskich interesów.
Tak więc męskimi cechami musi wykazywać się pani Sonik, w obronie polskich interesów prym wiedzie "Gazeta Wyborcza", a reprezentant "Super Expressu" w sporze z Waldemarem Pawlakiem nazywa szefa PSL-u "liderem "partii ludowo-konserwatywnej". Jak - w czasach, kiedy częściej korzystałem ze środków komunikacji publicznej - mawiał najbardziej wygadany kierowca mojego kursowego autobusu - "przecież to jest patalogia".

Krzysztof Mazur

Publicystyka Krzysztofa Mazura na ASME


Męczeństwo na krzyżu pluszowym, to dzisiejsza solidarność zawodowa według zasady "wszyscy za jednego" - Stanisław Michalkiewicz o ukrywaniu liścia w świeżo zasadzonym lesie Wysłane poniedziałek, 12, marca 2007 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |








Męczeństwo na krzyżu pluszowym, to dzisiejsza solidarność zawodowa według zasady "wszyscy za jednego" - Stanisław Michalkiewicz o ukrywaniu liścia w świeżo zasadzonym lesie
Wysłane poniedziałek, 12, marca 2007 przez Krzysztof Pawlak

"Ledwo przyleciałem z Ameryki, a już wpadłem - jeszcze na lotnisku w Toronto - wir wydarzeń. Zobaczyłem tam w gazecie, że autorytety moralne organizują Fołksfront przeciw lustracji. Salon po krótki okresie konsternacji wydał z siebie opinię, że »elementarne warunki przyzwoitości«, byłym członkom opozycji antysocjalistycznej - obecnym dziennikarzom - nie pozwalają złożyć oświadczenia, że nie byli Tajnymi Współpracownikami Służby Bezpieczeństwa PRL. Dziwne to oświadczenie" - zastanawia się w pierwszym po powrocie z rajzy po Stanach Zjednoczonych TV felietonie Stanisław Michalkiewicz, znakomity publicysta prawicowy.

Gdyby Lesław Maleszka wytrwał w swym uporze o nie przyznawaniu się - to byłby dziś w pierwszym szeregu Fołksfrontu i Autorytetów Moralnych - obok pp. Żakowskiego, Wojciecha Mazowieckiego, no i oczywiście - obok pani Milewicz, który ruch ten cały zainicjowała.
Podczas swej podróży pomiędzy wybrzeżami Atlantyku i Pacyfiku Stanisław Michalkiewicz spotkał się z dowodami na rzeczywiste istnienie efektu konwergencji ustrojów - sowieckiego i amerykańskiego, m.in. opowiada o kłopotach, jaki młody człowiek miał tylko z tego powodu, że jego klasowy (szkolny) kolega - nastoletni anarchista - oskarżył go o "faszyzm" z powodu niechęci, jaką wzbudzał prymitywny agitator. Za to w Polsce weszła w życie ustawa o sądach 24-godzinnych, co już kiedyś było, ale najmniej z tego są zadowoleni byli PZPR-owcy, którzy mają w pamięci spiżowe słowa oberprokuratora Andrieja Wyszyńskiego, o tym, że "przestępcy stanowią element socjalnie bliski komunistom", więc jest oczywiste, że tow.tow. Gadzinowski, Szmajdziński, Olejniczak, Kwasek Edmund - i inni gołębiarze nie mogą być ukontentowani, że przestępców będzie się szybko karało...

Wracając do sprawy lustracji żurnalistów - KTO jest tym JEDYNYM, za którego do poświęcenia się na pluszowym krzyżu wezwani zostali salonikowerscy wyrobnicy pióra?

Nagranie trwa ponad 9 minut i jest dostępne w Sieci do 26 IV 2007 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




Władza bez kontroli to rzecz najgorsza - protesty dziennikarzy przy tym to ruch skrzydła motyla - Łukasz Perzyna o zbliżającym się terminie wolnego dostępu do materiałów IPN Wysłane poniedziałek, 12, marca 2007 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |








Władza bez kontroli to rzecz najgorsza - protesty dziennikarzy przy tym to ruch skrzydła motyla - Łukasz Perzyna o zbliżającym się terminie wolnego dostępu do materiałów IPN
Wysłane poniedziałek, 12, marca 2007 przez Krzysztof Pawlak

"Eksperci ogłosili niedawno, że co trzecia ryba jest złowiona w Polsce przez kłusowników. A więc może byłoby najlepiej ogłosić jakąś abolicję, pozwolić kłusownikom płacić podatki - skoro są filarem tej »drugiej« gospodarki. Sprawa odstrzału żubra przez »niezależnego senatora« Stokłosę też mieści się w tej kanwie. Nie podejrzewam, że by z tego powodu leśnicy, pracownicy policji wodnych czy PGR-ybnych ogłosili, że skoro jest uchwalone złe prawo - to oni nie będą łapać bandytów i kłusowników. Tymczasem w polskim życiu dziennikarskim, które coraz częściej niż opisem rzeczywistości, zajmuje się samym sobą - narasta kolejny już w ostatnich latach konflikt dotyczący nie całej ustawy o lustracji ale zaledwie jej części - która dotyczy żurnalistów" - Łukasz Perzyna, publicysta "Tygodnika Solidarność" i naszej witryny ASME, opisuje głośny konflikt małej grupki żurnalistów z milczącą większością ich kolegów i koleżanek.

Kilku żurnalistów z głośnymi, wyreklamowanymi nazwiskami ogłosiło, że nie będą składać na ręce swoich szefów oświadczeń lustracyjnych. Ich odwaga nie jest pierwszej próby, bo ustawa nie przewiduje żadnych sankcji za taki krok. Prawnicy tej ustawie jednak się podporządkowali. W zróżnicowany sposób Łukasz Perzyna ocenia intencje autorów i sygnatariuszów tego apelu, bo są pośród nich osobistości, których nie uznaje za autorytety zawodowe - i jest wśród takich m.in. Ewa Milewicz. Ale z tej samej redakcji szacunek u ŁP budzi Wojciech Czuchnowski, choć niestety teraz podpisał ów kuriozalny list-protest. Szpryngierowski "Dziennik" na pierwszej stronie czołówkę "Oni nie respektują prawa" - z listą sygnatariuszów, co jest znaczące dla tej gazety, w której pracują osoby sprzeciwiające się w poprzednich miejscach pracy raczej się sprzeciwiały jeśli nie samej lustracji, to przynajmniej lustracji środowiska dziennikarskiego i utrudniały, jak się dało życie, tym kolegom, którzy takie ówczesne listy z żądaniami lustracji podpisywali... Ale dziś "Dziennik" - to już tylko druga liga ogólnopolskich dziennikarzy, a niestety - "GW" - według Łukasza Perzyny - jest nadal w pierwszej...
Ale - to największą władzę będzie miał teraz prezes IPN-u Janusz Kurtyka. Ten sam, który zapytany w kuluarach sejmowych o to, jak się czuje, mając taką władzę, miał odpowiedzieć: "...jak Bóg"...
Niedługo będzie wybierane kolegium IPN. Powróci stare, czekistowskie pytanie: kto będzie kontrolował kontrolerów?

Nagranie trwa ponad 13 minut i jest dostępne w Sieci do 26 IV 2007 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




Reprezentatywność sezonowych partii politycznych - prof. Jerzy Przystawa Wysłane niedziela, 11, marca 2007 przez Krzysztof Pawlak

W sprawie ordynacji wyborczej do Sejmu autorytatywnie, ex cathedra, wypowiedział się Pan Premier. W wywiadzie, jaki w czwartek, 8 marca, opublikowała "Rzeczpospolita" mogliśmy wszyscy przeczytać: "...dlaczego konserwatywni publicyści nie dostrzegają rzeczy oczywistej chociażby w naszych przemówieniach sejmowych, różnicy między koncepcjami PiS a PO. My chcemy rozwijać Polskę, zabiegając o społeczną równowagę, o poprawę sytuacji grup, które nie nadążają, dbać o rodzinę, walczyć z patologiami w naszym życiu społecznym i gospodarczym. Realizacji takiego programu służy reprezentatywny system wyborczy, bliski temu, jaki jest obecnie. PO natomiast stawia jednoznacznie na system wyborczy, który będzie prowadził do zdecydowanej przewagi silniejszych grup społecznych, bo to one (choć oczywiście będą wyjątki) skorzystają na jednomandatowych okręgach wyborczych i pozbawieniu partii politycznych państwowych środków finansowych. Owa przewaga miałaby być następnie konsumowana poprzez bardzo twardą politykę społeczną, przesuwającą środki do grup najzamożniejszych, i udostępnienie im zasobów łatwego kapitału...".

Pan Premier w tej wypowiedzi rozmija się z prawdą wielokrotnie.


Nie wiadomo, co Jarosław Kaczyński rozumie pod stwierdzeniem, że obecny system wyborczy jest "reprezentatywny"? Być może powtarza tylko zaklęcie, jakie z uporem godnym lepszym sprawy, wbijają w głowy młodym starzy mistrzowie prawa konstytucyjnego. Nie ma to jednak nic wspólnego z doświadczeniami demokracji w Polsce, gdzie wyborcy już pięć razy wybierali sejm w wolnych wyborach, a wyniki tych wyborów z żadną "reprezentatywnością" nie miały nic wspólnego.

Po pierwsze: po wszystkich tych wyborach stale i niezmiennie do sejmu wchodzą tylko dwie partie: SLD i PSL, a więc, jak by nie patrzeć, "stare partie", których społeczeństwo polskie już dawno by się pozbyło, gdyby na drodze nie leżał - niczym brytan - partyjny system wyborczy, skonstruowany akurat na ich pożytek i gwarantujący im przetrwanie. Wszystkie inne partie, których niezliczona ilość pojawiła się w ciągu ostatnich 18 lat na scenie politycznej, okazały się partiami sezonowymi: na jeden-dwa sezony polityczne. Gdyby więc obecny system wyborczy był w jakimkolwiek sensie reprezentatywny dla rozkładu sympatii politycznych Polaków, to Premier powinien raczej wycofać się ze swoim Prawem i Sprawiedliwością, bo wyniki wyborów wskazywałyby, że Polacy trwałą i niezmienną miłością obdarzają coś, przeciwko czemu przez pół wieku buntowali się i protestowali.

Po drugie: Premier zaprzecza sam sobie, albowiem dokładnie sześć lat temu, razem ze swoimi "drużynnikami" (np. K. Marcinkiewicz, L. Dorn. M. Piłka i inni) wystąpił do Trybunału Konstytucyjnego z wnioskiem o uznanie obecnej ordynacji wyborczej za sprzecznej z Konstytucją, a więc nie spełniającej ani zasady równości, ani proporcjonalności, która u naszych konstytucjonalistów uchodzi za synonim reprezentatywności i sprawiedliwości.

Po trzecie: wypada przypomnieć, że na PiS w roku 2005 głosowało 3.185.714 wyborców. Stanowi to zaledwie 10,5% uprawnionych Polaków. Gdyby jednak policzyć, ile głosów zdobyli wszyscy posłowie V Kadencji razem wzięci, to wyjdzie nam 5.271.862, co daje 17,4% wszystkich wyborców. Gdzie jest reprezentacja pozostałych 82,6%?

Po czwarte: po każdych wyborach w Sejmie pojawiają się partie polityczne, o których istnieniu wyborcy nie mieli pojęcia w dniu wyborów. Kto dał przepustkę do Sejmu takim partiom jak RLCh czy RKN i ilu Polaków w ogóle wie, że takie partie istnieją i co oznaczają te akronimy? A skąd wzięło się 10 posłów "niezależnych"? Czy ordynacja wyborcza w ogóle dopuszcza istnienie jakichś "niezależnych"? Mamy więc za każdym razem do czynienia z czymś, czego nie podobna zakwalifikować inaczej jak oszustwo i nadużycie zaufania. I wszystko to w imię "reprezentatywności"?

Po piąte: Sejm składa się w 2/3 z posłów, którym nie udało się zdobyć więcej niż 1% głosów wyborców w ich okręgach wyborczych. Kogo zatem reprezentują ci posłowie? Ponieważ nie reprezentują ani wyborców, ani głosujących, wobec tego Konstytucja stwierdza, że "posłowie są reprezentantami Narodu i nie wiążą ich instrukcje wyborcze" (art. 104.).

Po szóste: większość posłów nigdy nie dostała by się do Sejmu, gdyby koszty ich kampanii wyborczych nie pokrywali wszyscy Polacy. Społeczeństwo polskie wykazuje alergię na słowo "partia" i gdyby zapytać Polaków czy godzą się, aby z ich pieniędzy utrzymywane były partie polityczne, to bez ryzyka można założyć, że odpowiedzią byłoby stanowcze "NIE". Premier broni finansowania partii politycznych z budżetu państwa, bo ma świadomość, że bez tych pieniędzy te "reprezentatywne" byty polityczne, nie miałyby czego szukać w polityce.

To właśnie ten "reprezentatywny" system wyborczy winduje koszty kampanii wyborczych na absurdalne wyżyny, na których koszt jednego mandatu oscyluje wokół kwoty miliona złotych. Dlatego jego zarzut przeciwko wyborom w jednomandatowych okręgach wyborczych to typowy strzał kulą w płot. Na odwrót: to dopiero wybory w małych, jednomandatowych okręgach, otwierają szansę zdobycia mandatu przed ludźmi, za którymi nie stoją potężne grupy finansowe, zdolne sprostać wymogom centralnej, ogólnopolskiej kampanii, prowadzonej prawie wyłącznie przy pomocy telewizji i innych mediów krajowych.

Skoro Jarosław Kaczyński tak wysoko stawia dbałość o interesy słabszych, biedniejszych grup społecznych, to wypada, żeby zapoznał się z wynikami badań politologów amerykańskich. Profesorowie Ronald Rogowski (Uniwersytet Kalifornijski w Los Angeles) i Mark Andreas Kayser (Uniwersytet Rochester) w pracy pt. "Majoritarian Electoral Systems and Consumer Power: Price-Level Evidence from the OECD Countries" (Am. J. Polit. Sci., 46, no.3, str. 526-539) wykazali, zarówno teoretycznie, jak i empirycznie, że: "większościowe systemy wyborcze, w krajach OECD, są związane z obniżeniem cen konsumpcyjnych, średnio, o 10,1%. Oznacza to zmniejszenie udziału cen towarów i usług w rocznym dochodzie na głowę o ok. 3575 USD".

Systemy wyborcze można porównywać pod wieloma względami. Jeżeli nawet przejść do porządku dziennego nad powyższymi zarzutami, to trudno pominąć fakt, że głosowanie w systemie list partyjnych prowadzi do słabych, rachitycznych, nietrwałych rządów. Wprawdzie Jarosław Kaczyński jest dopiero 13 premierem w ciągu 17 lat, ale w jego rządzie trudno znaleźć resort, w którym minister trwałby na stanowisku dłużej niż rok. Premier głośno mówi o "koalicji większościowej" PiS-SO-LPR, ale warto zauważyć, że ta "większość" już od dawna jest "mniejszościowa", bo wszystkie te partie razem liczą sobie dzisiaj zaledwie 153 + 46 + 29 = 228 posłów. Należy to porównać z liczbą 245, tzn. z tą ilością mandatów, jakie te trzy partie uzyskały w wyniku wyborów. Pomimo najbardziej usilnych zabiegów ta "mniejszościowa większość" kruszeje z każdym dniem. W takiej sytuacji rząd polski nie może mieć wiele do powiedzenia w konkurencji międzynarodowej i trudno się dziwić, że ani w Unii Europejskiej, ani poza nią, nikt się z nim specjalnie nie liczy.

Jak się wydaje, Premier ma na myśli jakieś nowe "polepszenie" tego doskonałego systemu wyborczego. Prawdopodobnie zmierza on w stronę, jaką ukazał polskim partyjniakom Silvio Berlusconi, który tuż przed końcem kadencji doprowadził do zmiany ordynacji wyborczej i wprowadził nowatorskie "blokowanie list". Włosi od razy nadali temu systemowi dźwięczne nazwy, takie jak "porcato" (świństwo) i "truffarellum" (od słowa "truffa" - fałszerstwo, oszustwo). Jeśli tak, to los Berlusconiego powinien być dla niego przestrogą: w wyniku tych niegodnych machinacji z systemem wyborczym, Berlusconi i jego Forza Italia przegrali wybory.

Jerzy Przystawa

  • Prof. Jerzy Przystawa był w kadencji 1990 - 1998 radnym rady miejskiej Wrocławia, startował w wyborach do Senatu Rzeczypospolitej Polskiej przeprowadzonych w dniu 21 września 1997 r.
    Od kilkunastu lat jest jednym z liderów Ruchu Obywatelskiego na rzecz JOW.

    Publicystyka prof. Jerzego Przystawy na ASME.


    Witryna ASME Antysocjalistycznego Mazowsza jest najstarszym serwisem w Sieci - oprócz witryny tematycznej JOW - propagującym ideę JOW

    Polskie obozy koncentracyjne lekiem na niechcianą imigrację? Tak to tylko w... "polskim regionie UE"... Wysłane sobota, 10, marca 2007 przez Krzysztof Pawlak

    Polska rośnie w siłę, a ludziom żyje się coraz dostatniej. Co? Niby już to było? Ależ zapewniam Państwa, że to nie ma znaczenia - tamte było z oczywistych powodów (okupacja komunistyczno-sowiecka) fałszywe i naciągane - obecne spostrzeżenie jest poparte autorytetem rządu "sanatorów" inteligentnych żoliborsko, do których poziomu lotności hasłowej kudy tam pozostałej części peletonu "wykształciuchów", mundurowych demokratów narodowych i aferzystów tak zajadłych, że chcą już zrezygnować ze znaku samej obory, pod którym skutecznie zostali wypromowani przez "służby PRL", o czym wielokrotnie przypominał JE Pierwszy Minister RP Jarosław Kaczyński. Pozostałych nie ma w rankingach, więc ich - nie ma i już.

    I nie jest to wcale dęta propaganda, bo o takim samym obrazie Polski jako "polskiego regionu UE" zapewniają nas wielorakie merdia, a tym razem - internetowy serwis WP, który w wiadomości "Coraz więcej cudzoziemców chce być Polakami" przypomina jego odbiorcom o wielowiekowej przyjaźni między narodami Rzeczypospolitej, a których współcześni przedstawiciele pozostający poza obecnymi granicami pojałtańskiej RP chcieliby uzyskać status jej obywatela. Artykuł jest przedrukiem tekstu z dziennika "Rzeczpospolita", w którym jednak zawarta jest pewna doza goryczy, bo to nie z powodu majestatu Najjaśniejszej i znaczących postępów cywilizacyjnych dokonanych przez dotychczasowych mieszkańców PL-UE tudzież znakomitej jakości zarządzania "regionem" przez administrację tworzoną od prawie już półtora roku według modelu PRL-pis chcą legitymować się przyszłym bio-czipem produkowanym najprawdopodobniej przez Mennicę Warszawską jej nowi obywatele, ale chcą się cieszyć jedynie z możliwości uzyskania statusu "unioeuropejsczyka", o co tak usilnie i wytrwale zabiegała m.in. formacja kąśliwie określana przez warszawską ulicę jako Populizm i Socjalizm. Wyjątkowo zainteresowaną takim dokumentem grupę stanowią według tego pisma - potomkowie byłych obywateli II RP lub jej nawet sami byli obywatele, obecnie wypoczywający w izraelskim eksperymencie kuracyjnym na azjatyckim wybrzeżu Morza Śródziemnego. Data podania tej informacji zbiegła się z okresem wizyty przedstawicieli diaspory "szlachty jerozolimskiej", jak ją krotochwilnie określa jeden z najznamienitszych publicystów prawicowych i członek-założyciel UPR Stanisław Michalkiewicz. Delegacja panów społecznych (bo z takich organizacji się wywodzących) biznesmenów przyjechała do Warszawy z chęcią sprawdzenia, ile z zaproponowanej do wiary przez nich sumy 65 miliardów dolarów "podatku majątkowego" skłonni byliby administratorzy PL-UE przeznaczyć na "utworzenie i rozwój polsko-izraelskich organizacji dialogu i współpracy". W przypadku otrzymania satysfakcjonującej ich odpowiedzi od władz polskich, z całą pewnością można oczekiwać wzrostu składanych w ambasadzie polskiej w Tel Awiwie wniosków o "przywrócenie obywatelstwa".

    Ponieważ najbogatsze kraje "starej" UE borykają się z problemem niechcianej i nielegalnej imigracji - głównie z kierunków afrykańskiego oraz azjatyckiego właśnie, nie było trudne przewidzieć, że ten problem z chwilą Anszlussu Polski przez UE będzie narastał także i u nas. Jednak wszystkie dotychczasowe administracje bagatelizowały go, licząc zapewne, że według bardzo powszechnego powiedzenia, nie tylko u nas, ale i u naszych południowych braci Czechów: "jakoś tam będzie, jeszcze nigdy tak nie było, żeby jakoś nie było", a w "razie czego" - przyjdzie Unia i da, albo załatwi. Nie inaczej myślą też zdolni i pomysłowi reprezentanci - tym razem lokalnych władz, którzy wychodzą problemowi naprzeciw.
    Na niecodzienny, ale z całą pewności już za parę dni szeroko nagłośniony w mediach międzynarodowych sposób ograniczenia liczby imigrantów wpadły władze nagrodzonej odznaką "Fair Play" i "Gminy przyjaznej środowisku" gminy Debica. Zasłużony i wieloletni lokalny władca (od 1981 roku do 1990 roku naczelnik gminy Dębica; od 1996 wójt gminy Dębica), wójt gminy Dębica, laureat nagrody Europejczyka Roku 2005 w kategorii "Gospodarz gminy, miasta, regionu", mgr inż. Stanisław Rokosz ma nadzieję, że wybudowanie pełnej repliki niemieckiego koncłagru obozie w Pustkowie, w którym Niemcy zamordowali siedem tysięcy Żydów, pięć tysięcy jeńców radzieckich i trzy tysiące Polaków, przyciągnie turystów odwiedzających Ziemię Dębicką. Pieniądze na inwestycję mają pochodzić z Unii Europejskiej, co pokazuje, że nawet bardzo zaściankowe inicjatywy "polskiego regionu UE" mogą posłużyć do podbudowania twierdzenia o wybitnych umiejętnościach przynajmniej niektórych Polaków do włączania się w dzieło budowy tysiącletniej Unii Europejskiej. Nie jest to pierwsza pan-europejska inicjatywa wójta Rokosza - niedawno pochwalił się publicznie projektem wybudowania repliki średniowiecznego grodu w Stobiernej, ale byłby to tylko "słowiański gród", więc zapewnienie finansowania z UE wcale nie jest tak pewne, jak w przypadku koncłagru. W niedalekiej przyszłości na pewno czeka nas gorąca dyskusja - podobna do tej, obecnie trwającej, w której podmiotami są kolaboranci komunistycznych (Z PZPR i jej satelitów) okupantów Rzeczypospolitej z sowieckiego nadania - wielogębna polemika o "niejednoznacznych ocenach polskich współpracowników niemieckiego i hitlerowskiego działa budowy Tysiącletniej Rzeszy, która to - wypada przypomnieć - była pierwszym po kilkuset latach, nowożytnym projektem zjednoczenia Europy. Wójt Rokosz będzie miał w niej wyjątkowo odpowiedzialne i zaszczytne miejsce. Sam fakt, że pomysł ten został zgłoszony za prezydę(!)cji Niemiec w UE jest wymowny i stanowi dowód coraz sprawniej przeprowadzanej operacji "europeizowania" - przynajmniej niektórych - przyszłych użytecznych wykonawców kolejnego dzieła Budowy Związku Socjalistycznych Republik Europejskich.
    Mająca coraz większe problemy ze wzrostem popularności (czy można już użyć kultowego pojęcia "kultowości", tak chętnie wymienianego przez półinteligentów merdialnych?) ideologii nazistowskiej w federacji niemieckiej (zwłaszcza w jej wschodnich krajach związkowych), BRD z pewnością popatrzy łaskawszym okiem na takie cenne inicjatywy, wywołujące u przynajmniej części potencjalnych imigrantów ze wschodniej części wybrzeża Morza Środziemnego, czyli już Azji, uczucie ciężkiego niedowierzania, szoku i być może początków paniki, zaś u ich pobratymców osiadłych na obu wybrzeżach zaatlantyckiego kontynentu - uśmiech wyjątkowej satysfakcji z darmowego dostarczenia "dowodów" na "wyssaną z mlekiem matki, cechującą WSZYSTKICH Polaków" (jak zapewniał premier kurortu nadśródziemnomorskiego Szamir) jednostronnie oczywiście ukierunkowaną nienawiść, za której przejawy w postaci "zagarnięcia majątków na terenie RP" przyjechała przed kilkoma dniami odebrać sowitą zapłatę ekipa stowarzyszenia pozarządowego, ale chyba równie silnego, skoro spotkał się z nią sam premier Kaczyński - World Jewish Congress z p. Izraelem Singerem na czele.

    Co za niesamowite zbiegi okoliczności, prawda? Póki co "trafiło" na niezupełnie dobrego adresata, bo może jedynie obywatele "włoskiego regionu UE" mieszkający na Kazimierzu pod grodem Kraka mogą czuć się bezpośrednio zamieszani w odzyskiwanie godności finansowej przez reprezentantów najbardziej krzykliwej diaspory na świecie, w wyniku czego do Polski posyła się już liniami El-AL "dyplomatów paszportowych" z umiejętnością szybkiego i bolesnego oraz grupowego wobec pojedynczych nienawistników wymierzania sprawiedliwości za "polskie obozy koncentracyjne"... Ale - byli w końcu faszystami? Byli. To mają - tak przypadkiem - za swoje... A gdyby to ksiądz, albo pańska matka... - czy "gazeta robiona przez półinteligentów dla ćwierćinteligentów" tak by się rozpisała?

    Krzysztof Pawlak

    Publicystyka Krzysztofa Pawlaka na ASME


    Czy tzw. rewolucja moralna według scenariusza PiS ma sens? - debata w Klubie Dyskusyjnym Ok. Mazowieckiego UPR Wysłane piątek, 9, marca 2007 przez Krzysztof Pawlak

    | Pobierz |








    Czy tzw. rewolucja moralna według scenariusza PiS ma sens? - debata w Klubie Dyskusyjnym Okręgu Mazowieckiego UPR
    Wysłane piątek, 9, marca 2007 przez Krzysztof Pawlak

    Klub Dyskusyjny UPR działający obecnie pod egidą Okręgu Mazowieckiego UPR, przygotował kolejne spotkanie w cyklu środowych imprez z udziałem gości "zewnętrznych" - tym razem pod tytułem "Czy tzw. rewolucja moralna według scenariusz PiS ma sens?". Gośćmi byli: pp. Łukasz Perzyna, publicysta i analityk polityczny z redakcji "Tygodnika Solidarność" i naszej witryny ASME, oraz Jego odpowiednik - red. Robert Walenciak z lewicowego "Przeglądu".

    Dyskusja została ubrana w dwugłos - przedstawiciela prawicy oraz jego politycznego odpowiednika z lewicy. "Problem rewolucji moralnej pojawił się w momencie, kiedy został wybrany przez medialnych rekinów, przez zawodowych komentatorów, przez ideologów, co zupełnie się rozmija z odczuciami społeczeństwa. Dlatego że wszyscy przymierzają te hasło do tego, co wydarzyło się w Telewizji Polskiej, co zdarzyło się z jej prezesem Bronisławem Wildsteinem. Moim zdaniem, jeżeli w jakiejkolwiek telewizji na Zachodzie zdarzyłoby się to, co zdarzyło się w TVP w wieczorze wyborczym 2005 - kiedy to program, który powinien służyć prezentacji rezultatów wyborów i opinii komentatorskim - posłużył promocji zagranicznego koncernu prasowego Axel Springer - poza czasem reklamowym i narzędziem tego tylko stała się telewizja publiczna - i za to odpowiadał Bronisław Wildstein jako prezes, to raczej jego odwołanie jest kontynuacją rewolucji moralnej niż jej zaprzeczenie czy koniec, choć wiem, że wygłaszam tu pogląd kontrowersyjny" - powiedział na wstępie Łukasz Perzyna.

    "Ja patrzę na hasło rewolucji moralnej, jako na jedno z haseł, które rządząca władza sobie wymyśla, kreuje, by być przy władzy. Tylko po co ona ma być - to jest już sprawa drugorzędna - także dla niej, bo obok tego hasła mamy hasło Polski solidarnej, pod którym Jarosław Kaczyński zwyciężył wybory. Jednocześnie teraz Jarosław Kaczyński mówi, że Polska Ludowa to była Polska stworzona przez hołotę - i dla - hołoty. Jak to się ma do hasła "Polski solidarnej"? Teraz ma być "moralnie", czyli uczciwie. Czy uczciwie jest zachowanie, kiedy Zbigniew Ziobro atakuje tego chirurga Mirosława G., którego On już skazuje? Czy można rewolucją moralną nazwać sytuację, kiedy na stanowiska są rzucani ludzie, którzy nie mają kompetencji, ale robi się to tylko dlatego, że są z partyjnego rozdania? Powiecie Państwo, że tak było w II RP, ale przecież miało być inaczej! No i - czy aż tak było wtedy? Ja mogę lubić Leszka Balcerowicza czy nie - ale czy Sławomir Skrzypek to jest taki absolutnie najlepszy kandydat na prezesa NBP, kiedy LB nie można odmówić pewnego poziomu profesjonalizmu? To hasło jest puste, nie idą za nim żadne czyny. Uważam, że to nie jest rewolucja moralna, ale - rewolucja Kaczyńskich" - spierał się Robert Walenciak, publicysta "Przeglądu".

    "Ale gdyby ta ekipa nie objęła władzy - to byśmy przynajmniej jednego tematu naszej dyskusji w ogóle nie poznali - chodzi mi o właśnie sprawę korupcji lekarzy w szpitalu MSW. Oni nadal braliby łapówki i zachowywaliby serca dla wybranych pacjentów, dla tych, którzy zapłacą. Te struktury państwa, które ukształtowały się w latach 1990 - 2005 były całkowicie niezdolne do przeciwdziałania przestępczości »białych kołnierzyków« - czy akurat w tym przypadku - w białych kitlach" - zauważa Łukasz Perzyna.

    Nagranie trwa ponad 1 godzinę i jest dostępne w Sieci do 25 III 2007 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




    MATKA BOŻA STANU WOJENNEGO - ANTONI ZAMBROWSKI Wysłane środa, 7, marca 2007 przez Krzysztof Pawlak

    Zwycięstwo nad komuną zawdzięczamy naszej walce oraz modlitwom do Matki Bożej.

    By opowiedzieć tę historię od samego początku, trzeba zacząć od nawiedzenia obozu dla internowanych w więzieniu w Białołęce Dworskiej przez księdza Prymasa Józefa Glempa. Było to dokładnie przed 25-ciu laty, 24 stycznia 1982 roku. Ksiądz Prymas spędził z nami bez przesady cały dzień, odwiedzając wszystkie bez wyjątku cele w obydwu barakach i rozmawiając przynajmniej przez chwilę z każdym z uwięzionych. W porze obiadowej zjadł w którejś z cel wspólny posiłek.

    Obraz o wizycie ks. Prymasa

    Było to tak silne przeżycie dla nas wszystkich, szczególnie dla katolickiej większości, że jeden z kolegów postanowił utrwalić to wydarzenie na płótnie. Namalował duży obraz przedstawiający księdza Prymasa w drzwiach celi i zatytułował "Wizyta". Tym kolegą był Waldemar Pernach - magister ekonomii i technik-elektryk w jednej osobie, siedzący w sąsiedniej z naszą celi. Ponieważ obraz był wyjątkowo udany, koledzy namawiali go do dalszych prób i tak powstała malarska dokumentacja naszych przeżyć w więzieniu, niestety dziś już zupełnie zapomniana. Zwieńczeniem tych prac kontynuowanych już na wolności był obraz Matki Bożej Białołęckiej, konsultowany pod względem teologicznej poprawności z naszym kapelanem, ks. prałatem Janem Sikorskim oraz z ks. Jerzym Popiełuszką.
    Po zwolnieniu z więzienia utrzymywaliśmy nadal ze sobą stosunki towarzyskie, czemu sprzyjało zawiązanie duszpasterstwa internowanych przy kościele seminaryjnym pw. św. Józefa przy Krakowskim Przedmieściu. W seminarium bowiem ks. dr Jan Sikorski był ojcem duchownym kleryków. Co miesiąc w niedzielę koło 13-tego o 19.00 ks. Jan odprawiał dla nas w wypełnionym po brzegi kościele mszę świętą za Ojczyznę. Ku utrapieniu stołecznej ubecji przychodziły na tę mszę tłumy warszawiaków, m.in. znani aktorzy i literaci. Tam w najbliższą niedzielę po 13 maja 1983 roku ks. rektor Bronisław Dembowski (późniejszy biskup płocki) przyprowadził na naszą mszę świętą współpracownicę Komitetu Prymasowskiego pomocy więzionym za przekonania, poetkę Barbarę Sadowską. Przedstawił ją jako matkę zbolałą po śmierci syna śp. Grzesia Przemyka, zatłuczonego przez ZOMO-wców na pobliskim komisariacie MO przy ul. Jezuickiej na Starym Mieście. Po jakimś czasie pod naciskami SB ks. Jana Sikorskiego mianowano proboszczem parafii na bardziej odległym od Śródmieścia Kole. Był to kościół również pod wezwaniem św. Józefa, przy ul. Deotymy. Tłumy wiernych przemieściły się tam, co można było odczuć, jadąc w tamte strony w tłoku tramwajem na mszę za Ojczyznę. Szefem duszpasterstwa internowanych został mgr inż. Marcin Przybyłowicz - jeden z bierzmowanych przez ks. arcybiskupa Bronisława Dąbrowskiego w Białołęce więźniów obozu internowanych. Do zarządu duszpasterstwa dobrał on kilku byłych internowanych - Jerzego Buławę, Krzysztofa Mordzińskiego i Anatola Lawinę. Tego ostatniego najprawdopodobniej dlatego, że był on skłóconym ze środowiskiem Jacka Kuronia, mimo że wywodził się z "walterowców", czyli czerwonych harcerzy z hufca im. gen. Waltera, prowadzonego niegdyś przez Jacka Kuronia. Kuroniowcy od lat bojkotowali Tolka Lawinę za nieposłuszeństwo dyrektywom swego wodza, spychając go na margines opozycji demokratycznej. Marcin nie zamierzał stosować się do ich zakazów. Krzysztofa Mordzińskiego spamiętałem z tamtych lat, gdyż na prośbę ks. Jana Sikorskiego przygotowywał on każdorazowo przed mszą za Ojczyznę bardzo inteligentnie napisane intencje do odczytania podczas modlitwy wiernych. W III RP był on przez jakiś czas prezesem Urzędu Miar i Wag.

    Konkurs na obraz Matki Bożej

    Kierownictwo duszpasterstwa internowanych z Marcinem Przybyłowiczem na czele ogłosiło konkurs na obraz Matki Bożej stanu wojennego i jako pierwszy został zgłoszony obraz pędzla naszego kolegi Waldka Pernacha. Wyróżniał się on urodą spośród wszystkich obrazów namalowanych przez mniej uzdolnionych amatorów i pewnie otrzymałby zasłużoną palmę pierwszeństwa, gdyby nie fakt że swój udział w konkursie zgłosiła również zawodowa malarka, pani Anna Danuta z Żebrowskich Staszewska - autorka głośnej Piety Katyńskiej. Namalowała ona Matkę Bożą Częstochowską na tle spacerniaka w areszcie śledczym w Białołęce. Widok spacerniaka znała ona dzięki popularnej fotografii członków kierownictwa związku "S", przemyconej z więzienia. Jury nie wypadało podjąć innej decyzji, jak tylko uhonorować ją pierwszym miejscem w konkursie. Następną decyzją kierownictwa duszpasterstwa było zorganizowanie peregrynacji obrazu Matki Bożej wśród rodzin byłych internowanych oraz osób współpracujących z duszpasterstwem. Szczegółowy program peregrynacji obrazu opracowała współpracująca z podziemną "S" oraz KPN graficzka Magda Góralska, mnie natomiast mianowano komisarzem odpowiedzialnym za peregrynację obrazu. Mimo wieloletniego doświadczenia pracy w wielu warszawskich zakładach przemysłowych nie miałem żadnego przydziału do jakiejkolwiek pracy w podziemiu związkowym ze względu na niechęć do mnie środowiska Jacka Kuronia, które wodziło rej w warszawskiej konspiracji. Udzielałem się więc jako tzw. jawniak w różnych środowiskach opozycyjnych, które najczęściej znajdowały azyl w warszawskich kościołach. I jako działacz katolicki uczestniczyłem m.in. w różnych pracach duszpasterstwa internowanych. Pamiętam zorganizowaną przez Marcina Przybyłowicza pielgrzymkę autokarową do krakowskiej Nowej Huty na odprawianą przez kapelana nowohuckiej "S", ks. Kazimierza Jancarza mszę za Ojczyznę. Gdy wchodziliśmy dużą grupą do kościoła, zebrani w nim wierni powitali nas gromkim śpiewem hymnu "Solidarności" ułożonego przez pana Jerzego Narbutta: "Solidarni, nasz jest ten dzień". Tak hymn związkowy pióra pana Jerzego stał się w stanie wojennym pieśnią kościelną. Natomiast podczas wielogodzinnej podróży pod przewodem ks. prałata Jana Sikorskiego ćwiczyliśmy chóralny śpiew Godzinek o niepokalanym poczęciu Najświętszej Marii Panny. Zaimponowała mi wtedy Magda Góralska (obok której wypadło mi siedzieć w autokarze), gdyż znała tekst Godzinek na pamięć i nie musiała zaglądać podczas śpiewu do książeczki do nabożeństwa.
    Nauka nie poszła w las. W ostatnią niedzielę maja 1995 roku po wielotysięcznej pielgrzymce mężczyzn i młodzianków do Matki Bożej Piekarskiej trafiliśmy wraz z Marcinem Przybyłowiczem oraz dwoma hutnikami z huty Warszawa do komendy w Piekarach jako podejrzani o udział w poczcie sztandarowym podziemnej "S" z tej huty. Tam na korytarzu, czekając na przesłuchanie w sprawie naszego udziału w tej zbrodni, śpiewaliśmy wraz z hutnikiem Alkiem Godzinki, budząc spontaniczny gniew miejscowych uboli. Jego jako chorążego pocztu skazano na areszt, natomiast mnie i Marcinowi się upiekło, gdyż mieliśmy w dowodach pieczątki z innych niż huta Warszawa miejsc pracy. Wracaliśmy wtedy z Piekar do Warszawy małym fiatem Marcina i zabrał się z nami dr Jan Strzelecki, który później był moim świadkiem obrony w tej sprawie przed kolegium w Warszawie. Biedny pan Jan stał się po kilku latach śmiertelną ofiarą nieznanych sprawców z wiadomego resortu. Winę PRL-owska sprawiedliwość zwaliła na jakichś chuliganów, którzy się przyznali do mordu bez motywu. Co robiła w tym czasie ubecka obstawa pana Jana, jakoś nie wyjaśniono.

    Peregrynacja obrazu

    Peregrynacja obrazu trwała przez długie miesiące, gdyż wiele rodzin internowanych oraz ich krewnych i znajomych chciało gościć obraz Matki Bożej. Odwiedziłem wraz z obrazem wiele domów. Gdy u mojej sąsiadki w kamienicy na Sadybie Fosy SB przeprowadziła przeszukanie mieszkania, złożyłem jej wizytę solidarności. Wówczas przyznała mi się, że pamięta mnie jako komisarza peregrynacji obrazu, który gościł u jej siostry na Muranowie. Podczas pobytu obrazu u Grażyny Szymańczukówny na Pradze II jej mama opowiedziała mi przy sposobności swe dramatyczne przygody z lat młodości. Była ona jako 16-letnia dziewczyna żołnierzem w oddziale partyzanckim AK na Lubelszczyźnie i w czasie akcji "Burza" otoczyły ich przeważające siły NKWD. Wszyscy jej koledzy zginęli w walce lub zostali dobici przez NKWDzistów. Ją przed strzałem w potylicę uratował asystujący Rosjanom Polak. Wziął on pistolet Moskala z okrzykiem: "Teraz ja!", a następnie ofiarował się, że zaprowadzi ją do sztabu na przesłuchanie. Przeżyła dzięki niemu, ale przypłaciła to wieloletnim wyrokiem, który przesiedziała od deski do deski. Nie dziw, że jej córka Grażyna była później ofiarną działaczką podziemnej "S".
    Ostatnim ogniwem w długim łańcuchu peregrynacji było nabożeństwo odprawione przez ks. Stanisława Małkowskiego przed obrazem Matki Bożej Białołęckiej w mieszkaniu u "Kmicica", czyli Zygmunta Krzemińskiego. "Kmicic" był szefem podziemnej struktury "S", do której przez jakiś czas należał śp. Emil Barchański - uczeń liceum ogólnokształcącego im. Mikołaja Reya, utopiony przez agentów SB w Wiśle latem 1982 roku. Założył on podziemne wydawnictwo i podziemne radio, wraz z kolegami murował grób ks. Jerzego Popiełuszki, następnie zgłosił się jako osobisty kierowca i ochroniarz ks. Stanisława Małkowskiego. Zapłacił za to wysoką cenę. Jego żonę Mariannę SB porwała z pociągu do Zakopanego (jechała tam, by odwiedzić przebywającą na wczasach córkę Ewę) i po 48 godzinach ciężkich tortur nieprzytomną zostawiła na torach kolejowych koło Kielc. Na szczęście maszynista w nocy dojrzał na torach jakiś kształt i zatrzymał pociąg, ratując jej w ten sposób życie. Zygmunt po rozpoznaniu żony w szpitalu w Kielcach trafił do więzienia w Warszawie. Śledztwo w sprawie pani Marianny umorzył pod naciskiem SB prokurator, uznając, iż wypadła ona najzwyczajniej z pociągu. Tow. prokurator nie chciał wyjaśnić, dlaczego znalazła się na torach dopiero po 48 godzinach od opuszczenia pociągu i dlaczego miała na całym ciele ślady ciężkiego bicia oraz przypalania papierosami.
    PRL była państwem ateistycznym, odnoszącym się wrogo wobec Kościoła. Odczuwaliśmy to na każdym kroku podczas kontaktów z "władzą ludową". Gdy latem 1983 roku musiałem wyjechać w delegację służbową do Barczewa koło Olsztyna, inwigilujący mnie ubecy mieli do mnie pretensje, że nawiedziłem wszystkie kościoły w Olsztynie. Wyrazili swe pretensje w oficjalnych raportach, które przekazano moim przełożonym. Pewnego razu nie załapałem się na ofertę pracy w banku jako ekonomista, gdyż w dowodzie osobistym miałem zdjęcie ojca świętego Jana Pawła II. Decyzji odmownej można było się domyśleć, widząc wyraz twarzy kadrowej w reakcji na zdjęcie papieża. Na początku 1984 roku w wojnę z Kościołem wdało się najwyższe kierownictwo PRL, inicjując wojnę o krzyże w szkole rolniczej w Miętnem koło Garwolina. Później porwano i zamordowano ks. Jerzego Popiełuszkę.
    W jednej z piosenek ułożonych w stanie wojennym mówiło się o tym wprost: "Niech się dowie pan generał i jego kompani, że my - z Bogiem, a on przeciw, my - niepokonani!". Inna piosenka zapowiadała: "Naszą walką i modlitwą nowe jutro zbudujemy". W czasie peregrynacji obrazu Matki Bożej Białołęckiej rozmawiałem z pewnym księdzem z pobliskiego kościoła, który z chęcią dał się namówić na odprawienie mszy świętej przy tym obrazie w prywatnym mieszkaniu swoich parafian. Odśpiewał mi przy sposobności przeróbkę znanej pieśni kościelnej z czasów stanu wojennego: "Ojczyzno ma, wiele razy we krwi skąpana...", ze słowami zawierającymi zapowiedź zwycięstwa "Solidarności" z rąk Maryi: "Kwiaty szczęścia, sprawiedliwości znów zakwitną, rozwinie się pąk i zwycięstwo »Solidarności« otrzymamy z Matczynych wprost rąk". Pokrywało się to z proroctwem ks. Prymasa kardynała Augusta Hlonda wypowiedzianym przez niego na łożu śmierci, że zwycięstwo przyjdzie przez Maryję, przez różaniec. I tak się stało.

    Antoni Zambrowski

    Artykuł ukazał się pierwotnie w tygodniku "Gazeta Polska".

    Zostań donatorem naszych publicystów:
    Jeśli satysfakcjonuje Cię publicystyka Antoniego Zambrowskiego - możesz wesprzeć Naszego Autora datkiem.
    Konto:
    61 1240 1040 1111 0010 0042 5486
    Bank PeKaO SA III O. w Warszawie
    SWIFT/BIC - PKOPPLPW



    Publicystyka Antoniego Zambrowskiego na ASME


    Salon dąsa się i miota - Stanisław Michalkiewicz Wysłane środa, 7, marca 2007 przez Krzysztof Pawlak

    Uuuuch! Jeszcze zdążyłem przed odlotem do Toronto przejrzeć pobieżnie Raport Komisji Weryfikacyjnej ujawniony 16 lutego przez prezydenta Kaczyńskiego, ale za oceanem docierają do mnie już tylko echa rezonansu, jaki publikacja ta wywołała w Salonie i jego bliższym, i dalszym otoczeniu. Wygląda na to, że dominującą reakcją jest obraza. Specjalnie się temu nie dziwię, bo cóż w takiej sytuacji może zrobić mikrocefal, konfident zdemaskowany albo obawiający się zdemaskowania w przekonaniu, że siekiera już do pnia przyłożona? Gdyby jeszcze można było zadzwonić do red. Michnika, albo chociaż "drogiego Bronisława", to wiedzielibyśmy, co myślimy, ale każdy milczy, jak ten ogon wilczy, więc na wszelki wypadek lepiej się obrazić, bo wtedy sprawy merytoryczne ustępują przed względami towarzyskimi, no a bywalcy Salonu sprawy towarzyskie mają już obcykane i na ich niebłaganym gruncie czują się bezpiecznie. Słyszę tedy, że Lech Wałęsa, były nasz prezydent (Maurycy Mochnacki pisząc o księciu Konstantym Pawłowiczu, wspomniał, że "los swej ironii względem nas dalej posunąć nie chciał. Może też i nie śmiał?") nazwał aktualnego prezydenta "durniem". Ciekawe, czy dlatego, że prezydent Lech Kaczyński ujawnił raport, zamiast przekazać go, dajmy na to Mieczysławowi Wachowskiemu, by się zorientował, który z tych dwójkarzy wystarczająco nasiąknął złotem i którego można już wycisnąć, czy dlatego, że uznał, iż Lech Wałęsa, jako zwierzchnik Sił Zbrojnych odpowiada za to, iż Wojskowe Służby Informacyjne, tzn. razwiedka, zamiast "wykonywać zadania", kręciła lody?
    W tym drugim przypadku rozgoryczenie byłego prezydenta może być uzasadnione. Przecież Lech Kaczyński, jako szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego, doskonale zdawał sobie sprawę, że Lech Wałęsa jest figurantem, rozwiązującym swoje krzyżówki na piętrze belwederskiego pałacu, by nikt niepowołany nie zaskoczył go przy wykonywaniu tej naukowej pracy. Skoro wszyscy o tym wiedzieli, a prezydent Wałęsa wiedział, że wiedzą, to byłoby dziwne, żeby nie wiedział o tym szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego. Na pewno wiedział, a w takim razie potraktowanie przez niego Lecha Wałęsy jako rzeczywistego "zwierzchnika Sił Zbrojnych" może on przyjmować rzeczywiście jako dowód jakiejś niepojętej złośliwości ze strony prezydenta Kaczyńskiego. Złośliwości - albo naiwności. Czy to aby nie stąd ten "dureń"?
    Ale mniejsza już o te przekomarzania między prezydentami, bo wydaje się, że Salon, nie bardzo mogąc zaprzeczyć ujawnionym informacjom, na wszelki wypadek przyjął manierę bagatelizowania Raportu. Koneserzy kręcą nosami, że to niby "nie ma żadnych rewelacji", że ujawnione nazwiska nie są z najwyższej półki i demonstrują temu podobne dąsy. Francuzi mają na tę okoliczność przysłowie, że nic nie jest dostatecznie dobre dla bony. Oczywiście to tylko poza, bo, powiedzmy sobie szczerze, cóż mają mówić wyliniałe salonowe lwy albo lwica, będąca żywym dowodem na prawdziwość teorii reinkarnacji, jako kolejne wcielenie upiornej stalinówy Melanii Kierczyńskiej? Najbezpieczniej się dąsać, bo przecież nie wiadomo, czy następny piorun nie strzeli zbyt blisko. Razwiedczykowie natomiast obrali inną taktykę - lamenty, że oto "zniszczony" został wywiad wojskowy. Doprawdy? WSI zapewne tak, ale właściwie z Raportu wynika, ze Polska miała z tej razwiedki tyle pożytku, co pies z piątej nogi. Jeśli ktoś oddał się kręceniu lodów, to niechże robi to na własną rękę i za własne pieniądze.
    Z drugiej jednak strony w Raporcie rzeczywiście są przemieszane ze sobą sprawy ważne i sprawy chyba jednak błahe. Oczywiście z punktu widzenia autorów sprawa rozliczenia z panem Maciejem Rayzacherem może być kwestią życia i śmierci, ale dla osób nie uczestniczących w tej transakcji takie ważne to to nie jest, w każdym nie aż tak, żeby umieszczać to obok informacji o kontaktach funkcjonariuszy WSI z GRU. Wspominam o tym właśnie z uwagi na kontakt z Polakami mieszkającymi w aglomeracji Toronto, z którego odniosłem dwa wrażenia. Po pierwsze - że sprawami krajowymi interesują się znacznie żywiej niż bardzo wielu mieszkańców Polski, a po drugie - że ich zainteresowanie ma charakter bezinteresowny. Od Polski bowiem nie oczekują ani zasiłków, ani emerytury. Jeśli czegoś oczekują, to tylko tego, że chcieliby być z niej dumni. Jak dotąd kręgi pretendujące w kraju do roli elity nie dostarczają im zbyt wielu do tego powodów i najwyższy czas, by się trochę opamiętały.

    Stanisław Michalkiewicz

    Publicystyka Stanisława Michalkiewicza na ASME i nagrania TV ASME


    Rewolucja moralna wg PiS i Edgar Robespierre Wysłane środa, 7, marca 2007 przez Krzysztof Pawlak

    Ugrupowanie "założone przez ludzi związanych z PRL-owskim służbami specjalnymi", o czym zapewniał w czasie kampanii wyborczej do parlamentu w 2005 roku Jarosław Kaczyński, a którego lider jest po ówczesnym - podwójnym - zwycięstwie wyborczym PiS koalicjantem i wicepremierem w rządzie Brata Jarosław, nie przestaje dawać dowodów do utrzymywania się w polskim społeczeństwie opinii o jego przedstawicielach - piastujących często już najwyższe funkcje administracyjne czy posiadający dostęp do najdalszych rejestrów władzy - jako o "warchołach", "przestępcach" albo przynajmniej osobnikach o wyjątkowo, delikatnie pisząc, "kontrowersyjnych" osiągnięciach w dotychczasowej karierze życiowej. Jednak to dzięki postulatowi "rewolucji moralnej" PiS osiągnął oba zwycięstwa w ostatnich wyborach parlamentarnych.

    Zachowanie się lidera PiS i obecnego premiera Jarosława Kaczyńskiego w ciągu istnienia koalicji, w której Samoobrona gra drugie skrzypce, cechuje meandrowatość i krętliwość godna obrazów suwalskich czy północnomazowieckich rzek, tak wiele wzajemnie zaprzeczających sobie wydawał komunikatów, kiedy raz po raz merdia odsłaniały kulisy często wprost kryminalnych spraw ciągnących się za członkami koalicjanta. Z najnowszym uchyleń kurtyny mieliśmy do czynienia przy okazji odwołania przez sąd gospodarczy, zarówno w pierwszej, jak i w drugiej instancji, Lidii Bagińskiej z funkcji syndyka m.in. w związku z tym, że pełniąc tę funkcję, zawarła umowę ze swoim partnerem z kancelarii prawnej "Czarnecki&Bagińska", adwokatem i europosłem Samoobrony Markiem Czarneckim, o reprezentowanie firmy Unikat Development w sprawie sądowej o 32 mln złotych. Wydział Gospodarczy Sądu Okręgowego w Warszawie prawomocnie uznał, że prowadząc jako syndyk sprawę upadłości firmy Unikat Development, Bagińska nie dopełniła obowiązków i wprowadziła sąd w błąd - pisze brukowy dziennik "GW". Mimo że wczoraj, 6 marca sędzia Bagińska złożyła ślubowanie przed Prezydentem RP, stając się podczas "kameralnej, pięciominutowej uroczystości" członkinią Trybunału Konstytucyjnego, to jego prezes Jerzy Stępień zapowiedział - o czym donosi dzisiaj dziennik "Rzeczpospolita" - że wdroży postępowanie dyscyplinarne w TK, które będzie miało na celu pozbawienia stanowiska nowo mianowanej sędzi. W 25-letnim okresie istnienia Trybunału Konstytucyjnego nie było jeszcze przypadku wszczęcia postępowania dyscyplinarnego wobec swego sędziego. TK może uchylić sędziemu immunitet, a potem ukarać go dyscyplinarnie - upomnieniem, naganą lub usunięciem z urzędu. Tego typu kary są wydawane za naruszenie prawa, uchybienie godności urzędu lub nieetyczne zachowanie, mogące podważyć zaufanie do jego osoby.

    Nie dane było obserwatorom życia robaczkowego polskiego teatru politycznego głębiej odetchnąć od zawirowania na szczytach władzy sędziowskiej, gdy oto inny prominentny, a właściwiej: prominentna współpracownica towarzysza Leppera popisała się swoimi umiejętnościami przed całą widownią.
    Jak donosi dzisiejsze wydanie brukowego dziennika "GW" - "Prezes Kasy Rolniczego Ubezpieczenia Społecznego Dariusz Rohde w piątek rano pisemnie poinformował premiera: Małgorzata Gut z gabinetu politycznego ministra rolnictwa i wicepremiera Andrzeja Leppera, powołując się na niego, domagała się rozstrzygnięcia przetargu na obsługę prawną KRUS na korzyść swojej prywatnej firmy. (...) Małgorzata Gut to córka posłanki Samoobrony Aliny Gut, tej samej, która w atmosferze skandalu ustąpiła z Krajowej Rady Sądownictwa. Alina Gut była oskarżona o płatną protekcję - miała przyjąć dywan za 3 tys. zł i usługi malarskie warte 780 zł. Sąd jej sprawę warunkowo umorzył. Młoda pani Gut jest radcą prawnym i doradcą w gabinecie politycznym Leppera. (...) Rzecznik rządu Jan Dziedziczak powiedział: - Premier dzisiaj zapoznał się z pismem i dokumentami od pana Rohdego. W trybie natychmiastowym skierował tę sprawę do CBA".

    Jak wiadomo już od lat - z przekazów historycznych, jedna z wybitnych osobistości tzw. rewolucji francuskiej, a po prawdzie - rzezi jakobińskiej, prekurorki wszystkich socjalizmów wieków późniejszych, Maksymiliusz Maksymalny Franciszek Maria Izydor (ale nie Edgar!!!) Robespierre był durnym, kiepskim, i dlatego zakompleksionym po uszy kauzyperdą, który złapawszy swą jedyną szansę za podwiązki, wczołgał się mozolnie do księgi Historii, by marnie skończyć według własnego przepisu, bo jako się rzekło: był ćwierćinteligentem, a więc nie miał talentu przewidywania konsekwencji swoich poczynań.
    Bliski i zaufany od lat współpracownik lidera PiS Przemysław Edgar Gosiewski (którego przeszłość pobytu w post(?)jakobińskiej, post(?)komunistycznej Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej owiana jest szczelną tajemnicą, bardziej znany z zafundowania kosztownego peronu mało znaczącej stacji kolejowej w rodzinnej miejscowości na Kielecczyźnie - niestety, nie ze swoich pieniędzy...) zdążył już oświadczyć, że wicepremier Andrzej Lepper "całkowicie utajnił" przed premierem Jarosławem Kaczyńskim konflikt wokół przetargu na obsługę prawną Kasy Rolniczego Ubezpieczenia Społecznego. Premier najwyraźniej obfitymi usty swego zaufanego wykonuje unik przed spadającymi na niego głazami nieszczęść, by nie zostać wciągniętym w otchłań mrocznych działań przedstawicieli koalicjanta, wykrzykując: "To nie ja, To On!", odpychając od siebie ponurą wizję rozliczania go przez społeczeństwo za podjęcie decyzji o związaniu się z takim, a nie innym (uczciwie trzeba przyznać, że wielkiego wyboru nie miał) partnerem, o którym miał wyrobione zdanie, przypomniane na początku artykułu. Tenże wybitny PiS-owski polityk Gosiewski został ojcem-pomysłodawcą najnowszego wykwitu talentów umysłowych rodem z partii "inteligencji żoliborskiej", by - ponieważ, jak wiadomo od dziesiątków lat: walka nasila się w miarę postępów rewolucji (tym razem: moralnej) - już niedługo za "przestępstwa" typu słynnego opóźnienia złożenia stosownych zeznań przed stosownych Wysokim Komitetem, co na razie jest karane zaledwie wyrzuceniem z kręgu nomenklatury administracyjnej, dosalać wyroki bezwzględnego pozbawienia wolności.
    "Projekt ustawy o ograniczeniach związanych z pełnieniem funkcji publicznych przewiduje karę do trzech lat pozbawienia wolności za spóźnienie się ze złożeniem oświadczenia majątkowego swojego lub współmałżonka. Z inicjatywy Przemysława Gosiewskiego (PiS) zajmowała się nim Rada Ministrów. Pomysł zaakceptowała, nie bacząc na to, że obecne prawo, według którego spóźnialscy muszą »tylko« pożegnać się z mandatem, już jest oceniane jako zbyt restrykcyjne. W najbliższy wtorek o tym, czy jest zgodne z konstytucją, ma zdecydować Trybunał Konstytucyjny". - przynosi rewelacyjne wiadomości dzisiejsze wydanie gazety "Życie Warszawy". Trochę przestraszeni radykalizmem czołowych "sanatorów" przedstawiciele rządzącego w naszym "polskim regionie UE" ugrupowania Populizm i Socjalizm już zaczęli gęgać, że jest to "granica absurdu", która "odstraszy od samorządów wartościowych ludzi", a najbardziej przestraszył się rzecznik warszawskiej struktury PiS, tej samej, która z takim zaangażowaniem i poświęceniem nieustająco prze do usunięcia z prezydenckiego stolca niedawno wybranej prezydentki stolicy "Hani naszej kochanej" Gronkiewicz-Waltz, jednocześnie pozostając głuchą na przedstawione przez konkurencję wielokrotne dowody nonszalancji, wykazanej przez dużą liczbę funkcjonariuszów PiS w analogicznej sprawie - tyle że w czasie poprzedniej kadencji warszawskiego samorządu, kiedy rządził naszą stolicą "sanacyjna ekipa" Lecha Kaczyńskiego.

    Warto się zastanowić nad problemem, czy w takim razie - awansowany wolą polskiego społeczeństwa z warszawskiego ratusza do Pałacu Prezydenckiego i przemieszczony o kilka ulic dalej - "pierwszy sprawiedliwy", mający zdolność do ferowania aktów amnestii dla wszystkich przypadków amnezji tak politycznej, jak i gospodarczo-syndycznej, postawiony przed zadaniem radykalnego zakończenia tych kwestii naruszenia... właściwie - poczucia dobrego smaku i umiejętności zdania egzaminu z zachowania szacunku dla samego siebie - dokonałby odpowiedniego wyboru w obu tych przypadkach: i pani Lidii samoobronnej, i pani "Hani naszej kochanej"...?

    Po prawdzie, na razie wygląda, że wszystko skupi się nie w Trybunale Konstytucyjnym, lecz w - niechybnie już którego budowa się rozpoczęła - Trybunale Rewolucyjnym, o czym marzą wybitni Robespierzy "rewolucji moralnej" odgrywanej według scenariusza żoliborsko-socjalistycznego ugrupowania PiS.

    Krzysztof Pawlak

    Publicystyka Krzysztofa Pawlaka na ASME


    Polski Problem Numer Jeden - prof. Jerzy Przystawa Wysłane środa, 7, marca 2007 przez Krzysztof Pawlak

    W telewizorni lament nad odejściem "niepolitycznego" prezesa, a w tygodniku "Polityka", który nadal stanowi podstawową karmę polskich inteligentów, jubileusz 50-lecia. Z tej okazji Redakcja zwróciła się do ok. 20 wybitnych intelektów politycznych z prośbą "o wskazanie dzisiejszego polskiego problemu numer 1, spraw, które hamują rozwój, psują społeczną atmosferę albo stają się wyzwaniem, z którym Polakom przyjdzie się zmierzyć". Reprezentacja intelektów naprawdę znakomita, od Rafała Ziemkiewicza po Marka Borowskiego, a w środku giganci, tacy jak Adam Michnik, Jerzy Buzek, Lech Wałęsa czy Jego Ekscelencja X. Arcybiskup Alfons Nossol. Spektrum ideowe i polityczne tak szerokie, że szerszego już wręcz wyobrazić sobie nie można!

    Cóż więc formułują jako Polski Problem Numer Jeden (PPNJ) ci wielcy Polacy (i Polki)?
    Zacznijmy od tego, że niektórzy otwarcie wyznają, że nie mają pojęcia, czym jest ten PPNJ. Nie wie tego sam Adam Michnik, nie wie Agnieszka Graf. Prof. Lena Kolarska-Bobińska twierdzi, że tym problemem jest "brak zaufania"; Aleksander Kwaśniewski upatruje PPNJ w braku wzajemnej życzliwości; X. Arcybiskup widzi go w braku miłosierdzia i miłości, a prof. Hanna Świda-Zięba w "braku etosu odpowiedzialności społecznej"; Tomasz Terlikowski namawia nas - śladem Jana Pawła II - abyśmy "przestali się lękać"; Lech Wałęsa zachęca, żebyśmy "brali swoje sprawy w swoje ręce". Rafał Ziemkiewicz za PPNJ uważa "polactwo"; Andrzej Olechowski mówi o potrzebie "szczerej i lojalnej współpracy"; Jerzy Buzek chce, żebyśmy dobrze wykorzystali pieniądze unijne; Bronisław Komorowski nadzieję widzi w "zakopaniu się w Europie po czubek głowy"; Marek Borowski za PPNJ uważa "brak więzi społecznych, słabe poczucie wspólnoty". Do tego tonu dostrajają się inni: Stefan Chwin, Jacek Dehnel, Jan Klata, Sławomir Sierakowski
    Te wszystkie wypowiedzi - może z wyjątkiem Joanny Szczepkowskiej - mają wspólny mianownik: jest nim kiepska jakość polskiego społeczeństwa, nieufnego, "nabzdyczonego" (Klata), zawistnego (Kwaśniewski), leniwego (Olechowski), niedorosłego do prawdziwego europejskiego obywatelstwa. Widzi to wyraźnie Adam Michnik, pomimo tego, że kokieteryjnie deklaruje swoją niewiedzę: "skunks nie wyzbędzie się natury skunksa". Posługuje się poetyckimi metaforami, cytuje wiersz Artura Międzyrzeckiego "Oni", nie stawia "kropki nad i", pozwala nam się samym domyślać, kto ma tę "naturę skunksa". No, bo elity mamy znakomite, możemy się nimi chwalić przed całą Europą i nie tylko. Jedynie Rafał Ziemkiewicz ma odwagę rzucić nam w twarz: "POLACTWO, mentalność pańszczyźniana"! Inni są bardziej subtelni i delikatni. Tylko Joanna Szczepkowska potrafi się wznieść ponad poziom ogólnych dywagacji i sformułować konkretny program naprawy, definiując przy tym nasz PPNJ: Polacy potrzebują ojca! "Potrzebny jest charyzmatyczny, zrównoważony, dojrzały emocjonalnie przywódca… człowiek ponad podziałami, który umie i wie więcej od przeciętnego obywatela… człowiek współczesny, a jednocześnie tak wielkiej kultury, że będzie się umiał śmiać z numerów kabaretowych na własny temat…".
    August Comte, pionier nowoczesnej socjologii, sformułował taki model podziału ról społecznych: "naród czuje potrzeby, publicyści je artykułują, politycy realizują". Z takiego punktu widzenia mam trudności z określeniem, do której z tych ról aspirują respondenci "Polityki"? Albowiem tylko wypowiedź Joanny Szczepkowskiej posiada charakter odpowiedzi konkretnej i wskazującej drogę, tylko jak znaleźć tego "Ojca"? Czy nie jest to, w gruncie rzeczy, odwołanie się do Opieki Boskiej, a więc, że Pan Bóg, jak tyle razy w przeszłości, zrobi kolejny cud i podaruje nam poszukiwanego "Męża"? A może słowa te należy rozumieć jako "propozycję innego sposobu wyłaniania"? Bo z Konstytucji wynika, że tym Ojcem może być tylko Pierwszy Obywatel, ale jak go znaleźć? Prezydenta wybierał nam już Areopag Mędrców - Sejm RP, ale wynik nie okazał się specjalnie zadowalający. Od tamtego czasu mamy wybory powszechne, ale i ten sposób nie zadowala. Przydałaby się jakaś dobra propozycja!
    Wielki filozof hiszpański, Jose Ortega y Gasset, napisał, że sprawą najważniejszą w demokracji jest procedura wyborcza. Kiedy ta procedura działa dobrze - demokracja funkcjonuje jak należy. Kiedy źle - "wszystko się wali, choćby wszystko poza tym działało bez zarzutu". Joanna Szczepkowska jakby wychodzi naprzeciw tej myśli, ale - jak wolno sadzić - Ortega y Gassett nie wybory prezydentów miał na myśli.
    Ruch Obywatelski na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych od dawna głosi na wszelkich możliwych forach, że Polskim Problemem Numer jeden (PPJN!) jest fatalna, korupcjogenna, destabilizująca państwo i dezintegrującą scenę polityczną ordynacja wyborcza do Sejmu. Jej stosowanie frustruje obywateli, ale przede wszystkim stanowi mechanizm selekcji negatywnej, co znakomicie zauważają wybitni polityczni komentatorzy (także w "Polityce") obserwując pogarszanie się, z kadencji na kadencję, jakości Sejmu i całej klasy politycznej. Pomimo tego NIKT z respondentów ankiety 50-lecia, podobnie jak NIKT spośród plejady telewizyjnych i radiowych komentatorów politycznych, subtelnych analityków, problemu tego nie podnosi i sprawy tej nie wysuwa na czoło postulatów naprawy Rzeczypospolitej. Dlaczego?
    Byłoby rzeczą naturalną i zrozumiałą, gdyby wśród tych wszystkich mentorów politycznych istniały poważne różnice zdań na ten temat. Gdyby, powiedzmy, nawet większość widziała PPNJ w jakiejś innej sprawie czy sprawach! Jest jednak zdumiewające, że NIKT nie podnosi tego problemu, pomimo, że nie byłoby w tym niczego ani odkrywczego, ani zawstydzającego? Przecież taką rangę przypisują temu problemowi ludzie na salonach wymieniani nieledwie na kolanach: Jose Ortega y Gasset, Karl Popper, Jan Nowak-Jeziorański, Jerzy Giedroyc, Gustaw Herling-Grudziński? Mam przed sobą wywiad, jakiego parę lat temu udzielił inny wielki nauczyciel polskich polityków i politologów, Profesor Richard Pipes (http://www.jow.org.pl/pdf/biuletyn08.pdf). Odpowiadając na pytanie "Czy Polsce potrzebna jest radykalna zmiana systemu wyborczego?", powiedział: "Tak, powinno się go zmienić na system jednomandatowych okręgów wyborczych. To jest najlepsze rozwiązanie. Izrael jest namacalnym przykładem, do czego prowadzą rządy proporcjonalne. W Knessecie jest aż 18 partii. A koalicje tworzone po wyborach są nietrwałe. Co za tym idzie rządy są niestabilne. System koalicji powyborczych jest bardzo niezdrowy dla demokracji"…
    Można nie lubić prof. Pipesa, można nie wielbić Poppera, nie uważać za wielkiego Ortegi y Gasseta, ani Giedroyca, ani Nowaka-Jeziorańskiego. Nie sądzę jednak, żeby respondenci "Polityki" akurat do szeregów tych na nie należeli. Jakże więc to się dzieje, że nikomu nie przychodzi na myśl ten doniosły postulat? Nawet Bronisławowi Komorowskiemu, który dopiero parę tygodni temu podpisał się pod "Deklaracją Programową Platformy Obywatelskiej", gdzie postulat jednomandatowych okręgów wyborczych znalazł się na samej górze, nie wspominając już o tym, że całkiem niedawno jego partia zebrała prawie milion podpisów obywatelskich pod żądaniem referendum powszechnego w tej sprawie?! A teraz nic, tylko "zakopać się w Europie"?
    Żyjemy w okresie demokracji pozorowanej, kiedy na łamach mediów publicznych prowadzi się pozorowane dyskusje na pozorne problemy. Dzisiaj jest to problem propagandy homoseksualizmu, wczoraj kwestia obsady stanowiska prezesa telewizji publicznej, przedwczoraj problem, ilu agentów WSI miał prawo wykreślić Pan Prezydent, przedprzedwczoraj - jakie i gdzie powinno być referendum w sprawie mało komu znanego miejsca na mapie. Nikt nie waży się powiedzieć głośno, co jest Polskim Problemem Numer Jeden!
    A tym problemem jest procedura negatywnej selekcji elit politycznych: ordynacja wyborcza do Sejmu. Rozwiązanie tego problemu nie jest trudne. Recepta jest wypisana i znana od wielu, wielu lat. O tej recepcie Polacy rozmawiają w domach, o tej recepcie wypowiadali się wybitni zagraniczni eksperci i mówili o niej wybitni Polacy. Jedyne miejsce, gdzie o tej recepcie mówić nie wolno - jest polska telewizja publiczna. Sam ten fakt jest dowodem na to, że jest to "publiczność" w najlepszym razie umowna, pozorowana. A jak długo pozorowana jest publiczność telewizji państwowej, tak długo pozorowana jest i demokratyczność państwa, na którego usługach pozostaje.

    Jerzy Przystawa

  • Prof. Jerzy Przystawa był w kadencji 1990 - 1998 radnym rady miejskiej Wrocławia, startował w wyborach do Senatu Rzeczypospolitej Polskiej przeprowadzonych w dniu 21 września 1997 r.
    Od kilkunastu lat jest jednym z liderów Ruchu Obywatelskiego na rzecz JOW.

    Publicystyka prof. Jerzego Przystawy na ASME.


    Witryna ASME Antysocjalistycznego Mazowsza jest najstarszym serwisem w Sieci - oprócz witryny tematycznej JOW - propagującym ideę JOW

    Za Zamek, za Katyń, za Sybir, za krew
    Zapłaci "Zapory" piechota - Tadeusz M. Płużański
    Wysłane wtorek, 6, marca 2007 przez Krzysztof Pawlak

    58 lat temu, 7 marca 1949 r., został stracony, wraz z sześcioma podkomendnymi - żołnierzami WiN. Podstawą był wyrok Wojskowego Sądu Rejonowego w Warszawie, chyba najbardziej krwawego trybunału śmierci w stalinowskiej Polsce. Tak zginął Hieronim Dekutowski "Zapora", jeden z najsłynniejszych bohaterów antysowieckiej partyzantki, najbardziej znany i poszukiwany przez szwadrony NKWD i UB żołnierz Lubelszczyzny. W czasie niemieckiej okupacji, cichociemny, przeprowadził 83 akcje bojowe i dywersyjne. Zasłynął jako obrońca mieszkańców Zamojszczyzny przed represjami. Aresztowany we wrześniu 1947 r., podczas próby przedostania się na Zachód, wskutek zdrady. Zamordowany, po trwającym ponad rok, brutalnym śledztwie, w katowni bezpieki na ul. Rakowieckiej w Warszawie.

    "Był ranek. Pułkownika, który podpisywał zgody na widzenie, nie było. Siadam więc i czekam na niego, a tymczasem sekretarki, młode dziewczyny krzątały się wśród akt. Czerwone teczki - kara śmierci, zielone - wszystko inne. Biorą te czerwone teczki i jedna z nich czyta nazwisko: Dekutowski Hieronim. Jakie śmieszne imię - mówi. A mnie serce zamarło - wiem, co znaczy czerwona teczka! A więc piszą na maszynie jakieś dane o tych skazanych, ale nic poza tym nie wiem - ani kiedy, ani gdzie te wyroki mają być wykonane".
    Tak swoją wizytę w biurze przepustek na ul. Suchej w Warszawie wspominała Irena Siła-Nowicka, żona Władysława Siła-Nowickiego, powojennego politycznego przełożonego Dekutowskiego, inspektora WiN na Lubelszczyźnie, ps. Stefan.
    Z więziennego biura przepustek Irena Nowicka poszła do aresztu na Rakowieckiej: "Wchodzę ze strażnikiem w bramę, potem korytarzem. Obok przechodzą ludzie, niosący na noszach człowieka. Nie wiem, czy był żywy, czy umarły, ale zrobiło to na mnie okropne wrażenie. (...) Po jakimś czasie słyszymy stukot drewniaków - prowadzą więźniów. Widzę Władka. Pyta od razu: co z moimi? Odpowiadam - nie wiem, zrobiłyśmy wszystko, co było można. Przecież mu nie powiem o tych teczkach na Suchej. (...) Jak się okazało tego właśnie dnia, 7-go marca 1949 roku rozstrzelano na Mokotowie siedmiu wspaniałych ludzi, towarzyszy broni Władka. A on słyszał te strzały, żegnał się z przyjaciółmi...".

    My nigdy nie poddamy się!

    "Miał trzydzieści lat, pięć miesięcy i 11 dni. Wyglądał jak starzec. Siwe włosy, wybite zęby, połamane ręce, nos i żebra. Zerwane paznokcie. - My nigdy nie poddamy się! - krzyknął, przekazując przez współwięźniów swe ostatnie posłanie. Według dokumentów, wyrok wykonano przez rozstrzelanie [o godz. 19.00 - TMP]. Mokotowska legenda głosi jednak, że ubowscy kaci zapakowali majora »Zaporę« do worka, worek powiesili pod sufitem i strzelali, sycąc swą nienawiść widokiem płynącej spod sufitu niepokornej krwi. Potem, w pięciominutowych odstępach, mordowali jego żołnierzy: »Rysia«, »Żbika«, »Mundka«, »Białego«, »Junaka« i »Zawadę«" - czytamy w książce Ewy Kurek "Zaporczycy".
    "Pluton egzekucyjny" stanowił st. sierż. Piotr Śmietański, który, wzorem sowieckim, uśmiercał skazańców jednym strzałem w tył głowy. Ten sam oprawca zabił też innych bohaterów walki o wolną Polskę - rotmistrza Witolda Pileckiego i Zygmunta Szendzielarza. Przy wyroku asystował naczelnik więzienia, lekarz i kapelan.

    Wybitny dowódca

    Hieronim Dekutowski urodził się 24 września 1918 r. w Tarnobrzegu. Harcerz drużyny im. Jana Henryka Dąbrowskiego, członek Sodalicji Mariańskiej. Podczas wojny obronnej 1939 r. był ochotnikiem, 17 września przekroczył granicę z Węgrami i został internowany. Z obozu jednak uciekł i przedostał się do Francji, gdzie walczył z Niemcami w ramach Polskich Sił Zbrojnych, ewakuowany następnie do Anglii. W marcu 1943 r., zaprzysiężony jako cichociemny, przyjął pseudonim "Zapora" i "Odra" (używał głównie tego pierwszego).
    W nocy z 16 na 17 września 1943 r., w ramach operacji o kryptonimie "Neon 1", Hieronim Dekutowski został zrzucony do Polski na placówkę "Garnek" 103 (okolice Wyszkowa). Lot z Anglii halifaksem BB-378 "D", należącym do Dywizjonu RAF trwał 12 godzin i 30 minut (poprzednia próba z 9/10 września nie udała się z powodu niskich chmur i braku paliwa w samolocie; część halifaksów z polskimi skoczkami zestrzelili Niemcy).
    Początkowo Dekutowski dowodził oddziałem AK w Inspektoracie Zamość, broniąc ludność Zamojszczyzny przed wysiedleniami. W styczniu 1944 r. mianowany szefem Kedywu AK w Inspektoracie Lublin - Puławy.
    Władysław Siła-Nowicki tak go zapamiętał: "Wkrótce zyskał opinię wybitnego dowódcy. Cechowała go odwaga, szybkość decyzji, a jednocześnie ostrożność i ogromne poczucie odpowiedzialności za ludzi. Znakomicie wyszkolony w posługiwaniu się bronią ręczną i maszynową, niepozorny, ale obdarzony wielkim czarem osobistym, umiał być wymagający i utrzymywał żelazną dyscyplinę w podległych mu oddziałach, co w połączeniu z umiarem i troską o każdego żołnierza zapewniało mu u podkomendnych ogromny mir. Nazywali go »Starym«, choć nie miał jeszcze trzydziestu lat".
    200-osobowy oddział "Zapory" przeprowadził 83 akcje bojowe i dywersyjne. Brał udział w akcji "Burza" na Lubelszczyźnie, po czym bezskutecznie próbował przedrzeć się na pomoc walczącej Warszawie.

    Wdzięczność ubeka

    Po wejściu Sowietów Dekutowski nie ujawnił się. Poszukiwany przez NKWD i UB, ukrywał się na dawnych AK-owskich kwaterach. Dlaczego nie złożył broni?
    Bohdan Urbankowski w książce "Czerwona msza" napisał: "Zaczęło się od tego, że czterej żołnierze »Zapory«, mieszkający w okolicach Chodla, zostali zaproszeni na tamtejszy posterunek. Dowódca posterunku MO/UB, Abram Tauber, był uratowanym przez jednego z nich Żydem, kilkakrotnie znajdował przytulisko w melinach »Zaporczyków«, po wejściu Rosjan został szefem UB w Chodlu. AK-owcy mogli spodziewać się jakiejś wdzięczności, tymczasem Tauber kazał ich wszystkich powiązać i własnoręcznie, jednego po drugim, zastrzelił. W odwecie Dekutowski rozbił posterunek w Chodlu. Data tego ataku - noc 5/6 lutego 1945 - oznacza początek Powstania Antysowieckiego na tych terenach".
    Wkroczenie do Polski nowego okupanta oznaczało masowe represje i mordy na Polakach, szczególnie żołnierzach AK. Jeśli uniknęli wywózki na Sybir, trafiali do katowni UB na Zamku Lubelskim (tam, prócz innych morderców, działał m.in. ścigany do swej śmierci bezskutecznie przez Instytut Pamięci Narodowej Salomon Morel). "Zapora" nie mógł stać z boku. Walce o wolną Ojczyznę poświęcił nawet prywatne życie. Ukochanej narzeczonej powiedział: "Idę do lasu, nie wiem, czy przeżyję, nie możemy być razem". W odpowiedzi na komunistyczny terror stworzył poakowski oddział samoobrony (liczący, podobnie jak w czasie niemieckiej okupacji, ok. 200 osób). Razem z nim dokonał szeregu brawurowych akcji odwetowych na NKWD, UB, KBW i MO.

    "Trzęśli" Lubelszczyzną

    Latem 1945 r., na rozkaz dowództwa, po ogłoszonej przez "ludową" władzę amnestii Hieronim Dekutowski rozwiązał oddział (część jego żołnierzy ujawniła się). Sam, uważając amnestię za oszustwo i podstęp, wraz z kilkoma podkomendnymi chciał przedostać się na Zachód, ale grupa została rozbita przez UB pod Świętym Krzyżem w Górach Świętokrzyskich. Wkrótce ponowili próbę - tym razem, po przejściu "zielonej granicy", dopadła ich czeska bezpieka. "Zapora" dotarł do Pragi, ale nie znając dalszej trasy (w ambasadzie USA nie chcieli mu pomóc, twierdząc, że zajęte przez Sowietów Czechy to demokratyczny kraj), wrócił do kraju z grupą repatriantów. Na Lubelszczyźnie został żołnierzem powstającego właśnie Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość (WiN). Jako najwybitniejszemu dowódcy podporządkowała się mu większość oddziałów. Znów prowadził akcje obronne i zaczepne przeciw komunistom, zadając im znaczne straty.
    Dlaczego "Zaporczycy" byli dla bezpieki szczególnie niebezpieczni?
    Władysław Siła-Nowicki: "Około dwustu-dwustu pięćdziesięciu ludzi o wysokim poziomie ideowym, dobrze uzbrojonych i wyszkolonych, utrzymywanych w dyscyplinie, »trzęsło« połową województwa. Stan ten przypominał pewne okresy powstania styczniowego, gdy władza państwowa ustabilizowana była jedynie w dużych ośrodkach, zaś w terenie istniała tylko iluzorycznie. Oczywiście partyzantka opierała się na pomocy miejscowej ludności ogromnej większości wsi, udzielającej ofiarnie poparcia, kwater i informacji".
    Rafał Wnuk w książce "Lubelski Okręg AK-DSZ-WiN 1944 - 1947" pisze, że oddziały Dekutowskiego "rozbudowały swą siatkę od Lubartowskiego na północy do Tarnobrzeskiego na południu i od Zamojszczyzny po wschodnią Kielecczyznę".
    Pomoc "Zaporczykom" niósł klasztor w podlubelskiej Radecznicy, gdzie odbywały się również narady dowódców.

    Dwa raporty

    Z raportu Iwana Sierowa, gen. NKWD, szefa Smierszu (16 kwietnia 1945 r.): "Grupa uzbrojonych bandytów, licząca 11 osób, dokonała napadu na oddział banku w Lublinie, skąd zrabowała 200.000 złotych. Znajdujący się tam podczas napadu naczelnik pierwszej sekcji Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego województwa lubelskiego porucznik Kulwaniewski stawił rabusiom opór i został zabity". W rzeczywistości oddział "Zapory" zabrał 1170 tys. zł, pierwsza sekcja WUBP w Lublinie była tą najgorszą - śledczą, a Antoni Kulwaniewski był członkiem WKP(b), oficerem Armii Czerwonej i LWP, absolwentem szkoły funkcjonariuszy bezpieczeństwa w Kujbyszewie. W ramach odwetu za akcję Dekutowskiego Sowieci aresztowali 43 osoby, z czego 13 skazali na karę śmierci i stracili w podziemiach Zamku Lubelskiego.
    W innym raporcie, sporządzonym przez lubelski okręg WiN (marzec 1946 r.), czytamy: "Urzędy bezpieczeństwa działają pod wyłącznym kierownictwem NKWD. W działalności swojej posługują się podstępem. W końcu marca grupa cywilna UB, występująca jako grupa dywersyjna AK, powołując się na »Zaporę«, zażądała kontaktu na komendanta placówki w Chodlu, lecz zapytani, zorientowawszy się w porę, podstęp udaremnili. Grupa ta udała się następnie do Bełżyc, gdzie ułatwiono jej kontakt na komendanta placówki. Żądano od niego ściągnięcia ludzi celem rzekomego urządzenia napadu wspólnego na posterunek MO. W wyniku rozstrzelano komendanta placówki oraz kilku jego ludzi".

    Moniaki, czyli Moskwa

    Stefan Korboński, działacz PSL Mikołajczyka, w książce "W imieniu Kremla" pod datą 3 października 1946 r. zapisał: "komunikat PAP z Lublina, według którego »bandy« »Zapory« z WiN i »Cisego« z NSZ, uzbrojone w broń maszynową, razem 50 osób, napadły na wieś Maniaki i spaliły ją, w tym 11 gospodarstw należących do b. akowców".
    Przypis Korbońskiego: "Mowa o starciu oddziału Hieronima Dekutowskiego »Zapory« 23 IX 1946 z ormowcami ze wsi Moniaki (a nie Maniaki), nazywanej potocznie Moskwą, zakończonym śmiercią jednego z nich i wymierzeniem kary chłosty pozostałym".
    Korboński komentował: "Najlepszy jest ten pomysł, że członkowie WiN, który składa się z nieujawnionych akowców, niszczą własność swych ujawnionych towarzyszy broni. (...) Te kłamstwa są obliczone na obudzenie w społeczeństwie oburzenia przeciwko podziemiu. Przypomina mi to tolerowanie przez gestapo bandytów, by ich zbrodniami obarczyć ówczesną konspirację i zohydzić ją w oczach kraju. Nauka nie poszła w las i dzisiaj mają w bezpiece wiernych naśladowców. Nie darmo ją ludzie nazywają »czerwone gestapo«".
    Wieś Moniaki (obok kilku innych na Lubelszczyźnie) jeszcze przed wojną była wylęgarnią komunistycznej zarazy - późniejszych AL-owców, milicjantów i ubeków.
    "Zapora" rozbił wiele placówek MO i UB. Schwytanym komunistom na ogół wymierzał kary chłosty, a następnie puszczał ich wolno. Jeśli zabijał, to nie za samą przynależność do PPR czy bezpieki, ale za wyjątkowo szkodliwą działalność, choć wielu UB-eków też oszczędził.
    Odbijał też więzienia, wypuszczając aresztowanych. Jego oddział był przygotowany do akcji na Zamek Lubelski, a nawet na areszt na Rakowieckiej w Warszawie, ale w obu przypadkach znaleźli się kapusie, którzy donieśli o tych planach UB.
    Dzięki posiadaniu zdobycznych samochodów ciężarowych "Zaporczycy" potrafili przeprowadzić w ciągu doby kilka akcji na terenie dwóch, a nawet trzech powiatów i błyskawicznie "odskoczyć". W biały dzień wjeżdżali do miasteczek Lubelszczyzny, rozbijali posterunki MO i uwalniali przetrzymywanych w więzieniach AK-owców. Ze względów bezpieczeństwa ciągle zmieniali kwatery, nigdy nie stacjonowali dwa razy z rzędu w tej samej wiosce.

    Helikopterem z Warszawy

    Po kolejnej amnestii z lutego 1947 r., razem z Władysławem Siła-Nowickim, Dekutowski podjął rozmowy z przedstawicielami Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego (m.in. z płk. Józefem Czaplickim, dyr. Departamentu III MBP - ds. walki z bandytyzmem, czyli niepodległościowym podziemiem; ze względu na swoją nienawiść do AK-owców nazywanym "Akowerem", i płk. Janem Tatajem, szefem WUBP w Lublinie) o warunkach ujawnienia się lubelskiej partyzantki niepodległościowej.
    Władysław Minkiewicz w książce "Mokotów, Wronki, Rawicz. Wspomnienia 1939 - 1954" pisze: "W rezultacie w lasach na Lubelszczyźnie odbyła się konferencja, na którą przylecieli helikopterem z Warszawy wiceminister bezpieki Romkowski [Roman Romkowski - Natan Grunspau-Kikiel - TMP], oraz dyrektor Departamentu Politycznego MBP, Luna Bristigerowa". Porozumienia nie zawarto, gdyż bezpieka nie zgodziła się, aby aresztowani wcześniej WiN-owcy odzyskali wolność.
    Siła-Nowicki: "Kiedyś w trakcie tych rozmów, po podpisaniu pewnych punktów porozumienia, grupa ludzi od »Zapory« i obstawa dygnitarzy MBP zdrowo wspólnie popiła, zawsze jednak na zasadach równości, tak, aby żadna ze stron nie pozostawała bezbronna [obie strony były uzbrojone i w równej liczbie ludzi - TMP]. Potem wszyscy wsiedli do trzytonowej ciężarówki »Dodge« ze sprzętu amerykańskiego, dostarczonego armii radzieckiej. Samochód prowadził »Zapora«. Wyszkolony w prowadzeniu samochodów w warunkach terenowych, na znanej sobie gruntowej drodze pojechał z szaloną szybkością, jakby szukając śmierci. Na jednym z zakrętów wóz zarzucił, uderzył w drzewo i rozbił się na kupę szmelcu. O dziwo - nikomu z jadących nic się nie stało!".

    Ostatni rozkaz

    W wyniku nieudanych rozmów "Zapora", razem z dowódcami pododdziałów swojego zgrupowania, podjął kolejną próbę przedostania się na Zachód. 12 września 1947 r. wydał - jak się później okazało - swój ostatni rozkaz, przekazując dowództwo kpt. Zdzisławowi Brońskiemu "Uskokowi". W prywatnym liście do "Uskoka" napisał: "Ja dziś wyjeżdżam na angielską stronę - jestem umówiony z chłopakami co do kontaktów, jak będę po tamtej stronie. Stary - najważniejsze nie daj się nikomu wykiwać i bujać, jak tam wyjadę, załatwię nasze sprawy pierwszorzędnie - kontakt będziemy mieć i tak. Czołem - Hieronim" (W 1949 r. "Uskok" zdetonował pod sobą granat, nie chcąc wpaść w ręce UB podczas obławy.)
    Ludzie "Zapory", docierając kolejno (w połowie września 1947 r.) na punkt przerzutowy w Nysie na Opolszczyźnie trafiali bezpośrednio w ręce katowickiego UB. Dekutowski wpadł 16 września. Wszyscy zostali wydani przez kapusia. Dopiero niedawno okazało się, że był nim ktoś inny, niż przez lata uważano (podobnie - dzięki dokumentom IPN - udało się ustalić, kto naprawdę wydał ostatniego żołnierza niepodległościowego podziemia - Józefa Franczaka "Lalka", zamordowanego w SB-eckiej obławie w 1963 r.). Podstępnie schwytanych "Zaporczyków" przewieziono na Rakowiecką i poddano brutalnemu śledztwu. Tak było przez ponad rok.

    W niemieckich mundurach

    Stefan Korboński zapamiętał: "O tym, że »bandyta Zapora« to Hieronim Dekutowski »opinia publiczna« dowiedziała się dopiero po rozpoczęciu procesu".
    3 listopada 1948 r. w Wojskowym Sądzie Rejonowym w Warszawie, prócz Dekutowskiego, na ławie oskarżonych zasiedli jego podkomendni: kpt. Stanisław Łukasik, ps. Ryś, por. Jerzy Miatkowski, ps. Zawada - adiutant, por. Roman Groński, ps. Żbik, por. Edmund Tudruj, ps. Mundek, por. Tadeusz Pelak, ps. Junak, por. Arkadiusz Wasilewski, ps. Biały i ich polityczny przełożony Władysław Siła-Nowicki.
    Nowicki wspominał, że na rozprawę ubrano ich w mundury Wehrmachtu: "Ten mundur hańbił katów, nie ofiary. I nieskończenie ważniejszym od naszego ubrania było to, co przed sądem krzywoprzysiężnym mówiliśmy podczas procesu".
    W sądzie żaden z oskarżonych nie przyznał się do absurdalnych zarzutów (o czym niżej), nie pokajał się. "Zapora" wziął na siebie całą odpowiedzialność. Pytany, dlaczego zamiast ujawnić się, pozostał ze swoimi żołnierzami, odpowiedział: "Byłem związany ze swoimi ludźmi trudem i walką, byłem ich dowódcą. Nie mogłem umyć rąk i zostawić ich jak grupy bandyckie w terenie, bez dowództwa".
    15 listopada 1948 r. "sąd" skazał siedmiu "Zaporczyków" na kilkakrotne kary śmierci. Po rozprawie przewieziono ich ponownie na Rakowiecką, również w niemieckich mundurach i pod silnym konwojem. Dekutowski znów został poddany brutalnemu śledztwu, (co było częstą praktyką stalinowskich katów), ale - podobnie jak wcześniej - nikogo nie wydał.
    Władysław Minkiewicz: "Wożono ich potem z workami na głowach, żeby ich nikt nie rozpoznał (z obawy przed ewentualnym odbiciem) jako świadków na rozmaite procesy podległych im członków WiN-u".

    Zeskoczyć na chodnik

    "Zapora", razem z podwładnymi trafił do celi dla "kaesowców", gdzie siedziało ponad sto osób. Podjęli próbę ucieczki - postanowili wywiercić dziurę w suficie i przez strych dostać się na dach jednopiętrowych zabudowań gospodarczych, a stamtąd zjechać na powiązanych prześcieradłach i zeskoczyć na chodnik ulicy Rakowieckiej.
    Minkiewicz: "Na noc rozkładało się na betonowej podłodze sienniki i ustawiało się wszystkie ławki pod ścianą, a ze stołków robiono w klozecie piramidę, sięgającą aż do sufitu. Po tej piramidzie Józio Górski [więzień kryminalny - TMP] wchodził co noc z wyostrzoną o beton łyżką i mozolnie wiercił nią dziurę w suficie, starannie zbierając gruz do typowego więziennego worka, zwanego u nas "samarą". Potem ten gruz wrzucał do klozetu i spuszczał wodę, żeby nie pozostawiać żadnych śladów. A jak ustrzec się przed kapusiami? W tym celu wszyscy wtajemniczeni mieli kolejno nocne dyżury i w jakiś przemyślny sposób dawali znać Górskiemu, jeśli ktokolwiek z niewtajemniczonych budził się i szedł do klozetu. Górski przerywał wówczas na chwilę pracę i siedział sobie cichutko na szczycie swojej piramidy. (...) Po kilku tygodniach dziura była na tyle szeroka, że Górski wszedł przez nią na strych i odbył trasę aż do okienka nad niskimi budynkami gospodarczymi. W zasadzie można już było podjąć próbę ucieczki, postanowiono jednak zaczekać na czas, kiedy nadejdą noce bezksiężycowe, co dawałoby większą gwarancję uniknięcia pościgu przez często krążące po Rakowieckiej patrole KBW".
    Kiedy do zrealizowania planu zostało ledwie kilkanaście dni, jeden z więźniów kryminalnych uznał, że akcja jest zbyt ryzykowna i wsypał uciekinierów, licząc na złagodzenie wyroku. Dekutowski i Siła-Nowicki trafili na kilka dni do karcu, gdzie siedzieli nago, skuci w kajdany.
    Nowickiemu pomogły rodzinne koneksje - był siostrzeńcem Dzierżyńskiego. Aldona Dzierżyńska-Kojałłowicz, rodzona siostra twórcy Czeki, napisała do Bieruta: "Kocham go jak własnego syna, a więc przez pamięć niezapomnianego brata mego Feliksa Dzierżyńskiego, błagam Obywatela Prezydenta o łaskę darowania życia Władysławowi Nowickiemu".
    Inaczej było z "Zaporą". Na nic zdały się prośby o łaskę jego rodziny, w tym najstarszej siostry Zofii Śliwy, czynione drogą dyplomatyczną przez Prezydenta Republiki Francuskiej - od końca lat 20. mieszkała we Francji, odznaczona Legią Honorową za udział we francuskim ruchu oporu. Hieronim Dekutowski też walczył w czasie wojny z Niemcami, ale dla komunistycznych siepaczy nie miało to żadnego znaczenia. Zginął, bo nie pogodził się z nową, sowiecką okupacją.

    Napluć w twarz

    Kim byli oprawcy bohaterskiego "Zapory"? Na śmierć dowódcy AK i WiN pracował cały sztab ludzi - agentów, śledczych, sędziów i prokuratorów. Przyjrzyjmy się kilku z nich.
    Głównym "oficerem" śledczym Hieronima Dekutowskiego był żyjący do dziś funkcjonariusz byłego Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego Eugeniusz Chimczak, który sporządził również akt oskarżenia. Więźniowie zapamiętali go jako jednego z najokrutniejszych przesłuchujących. Urodził się w 1921 r., ale karierę okrutnika rozpoczął dopiero po wojnie. Po ukończeniu szkoły MBP w Łodzi, został śledczym Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Tomaszowie Lubelskim. Już wtedy porucznik Chimczak znany był z wyjątkowego bestialstwa. Ta sumienna "praca" z wrogami "ludu" dała mu awans na majora i przeniesienie do Warszawy, do centrali MBP. Dalsze wytrwałe utrwalanie władzy ludowej pałką i innymi przedmiotami przyniosło Chimczakowi stopień pułkownika. W bezpiece (przemianowanej na SB) pracował do... 15 czerwca 1984 r.
    Cztery lata temu Chimczak był przesłuchiwany przez prokuratora Instytutu Pamięci Narodowej w sprawie prokuratora Czesława Łapińskiego, oskarżonego o podżeganie do mordu sądowego na Witoldzie Pileckim. Przyznawał, że pracował w MBP, ale sprawy rotmistrza "nie pamiętał". Byłemu ubekowi nie przeszkadzało to stwierdzić: "O tym, w co był zamieszany Pilecki, mogłem się zorientować z wyjaśnień, jakie mi złożył. (...) Moich zwierzchników interesowały wyjątkowo »sprawy szpiegowskie«, a sprawa Pileckiego do takich została zaliczona". Amnezja częściowo ustąpiła Chimczakowi po okazaniu mu dokumentów z jego podpisami. Pytany o stosowanie przymusu fizycznego i psychicznego, odpowiadał: "nie było żadnego". Sam nie bił, nie słyszał również, aby bili inni. Chimczak zeznał również: "nie widziałem żadnych obrażeń na ciele przesłuchiwanych i o nich nie słyszałem. (...) Owszem, zostałem przez Tadeusza Płużańskiego oskarżony o znęcanie się nad nim w czasie przesłuchań, ale to nieprawda".
    Prokurator IPN: "W 1996 r. został pan skazany na 8 lat w procesie Humera".
    Chimczak: "To kłamstwa, sprawa polityczna".
    Kiedy po 1956 r., po wyjściu ze stalinowskiego więzienia na fali "odwilży" Tadeusz Płużański - mój ojciec - spotkał Chimczaka na warszawskim Nowym Świecie, udał, że go nie poznaje: "Mogłem mu tylko napluć w twarz".
    Po zakończeniu śledztwa IPN przeciwko Czesławowi Łapińskiemu, Chimczak zeznawał na procesie byłego prokuratora jako świadek. Mimo wieku stał wyprostowany, mówił składnie, ale do sprawy nie wniósł niczego nowego, powtarzając te same banialuki, które opowiadał w IPN.
    Na proces Chimczaka w 1996 r. mój ojciec też nie poszedł: - Miałem go znowu oglądać? Podczas procesu ofiary musiały się tłumaczyć, przekonywać, że były bite.
    Drugie śledztwo przeciwko Chimczakowi i innym śledczym (w oparciu o nowe dokumenty przedstawiono im kolejne zarzuty znęcania się nad Witoldem Pileckim i jego towarzyszami) zostało ostatecznie umorzone przez IPN ze względu na śmierć wszystkich pokrzywdzonych. Takie jest dzisiejsze prawo. Dokumenty poszły do archiwum. Za katowanie "Zapory" Chimczak nie odpowiedział nigdy.

    "Ognisko zamętu i pożogi"

    Przed Wojskowym Sądem Rejonowym w Warszawie Hieronima Dekutowskiego oskarżał Tadeusz Malik. Sądzili: Kazimierz Obiada i Wacław Matusiewicz (ławnicy). Rozprawie przewodniczył Józef Badecki.
    Władysław Siła-Nowicki wspominał: "Pani Stillerowa [obrońca Nowickiego - TMP] poinformowała mnie, że przewodniczący składu Józef Badecki znany jest z bardzo uprzejmego prowadzenia rozpraw i bardzo surowych wyroków. Istotnie, sędzia Badecki, zimny morderca, był cały czas bardzo grzeczny. Od początku zresztą wszyscy byliśmy dla niego morituri...".
    Podpisane przez Badeckiego uzasadnienie wyroku z 15 listopada 1948 r. brzmiało (pisownia oryginalna): "Ośrodki dyspozycyjne reakcji polskiej w postaci tzw. emigracyjnego rządu londyńskiego, czy też korpusu Andersa, będące zresztą powiązane z agenturami imperialistycznych kół kapitalistycznych, wykorzystały dla swych celów specjalne warunki topograficzne woj. lubelskiego, oraz pewną ilość zbałamuconych członków byłych »AK« z czasów okupacji niemieckiej. (...) Ośrodki dyspozycyjne znalazły odpowiednich zwolenników swej ideologii na przywódców. Do nich zaliczają się oskarżeni. Oskarżony Nowicki reprezentuje raczej czynnik inspiracyjny, jak sam nazywa polityczny. (...) Inni oskarżeni z Hieronimem Dekutowskim ps. Zapora na czele, są czynnikiem właściwie wykonawczym, o dużym zakresie działania. Tworzą oni ośrodek działalności band terrorystyczno-rabunkowych i dywersyjnych pełniąc tam funkcje przeważnie dowódców band. Bezwzględność i okrucieństwo oskarżonych zostało wyzyskane przez ich wyższe kierownictwo do tworzenia na terenie woj. lubelskiego w okresie od lipca 1944 r. aż do mniej więcej połowy roku 1947 ognisko zamętu i pożogi, które dużym wysiłkiem władz i społeczeństwa musiało być unicestwione".

    Przedwojenny prawnik,
    stalinowski sędzia


    Józef Badecki to jeden z niemałej szerzy przedwojennych prawników, którzy zaprzedali się nowej władzy. II RP zawdzięczał wykształcenie (magisterium uzyskał na Wydziale Prawa Uniwersytetu im. Jana Kazimierza we Lwowie), ale komunistom znacznie więcej. Przed 1939 r. był tylko aplikantem sądowym, by po wojnie - pracując najpierw na odpowiedzialnych stanowiskach w wojskowych sądach okręgowych i rejonowych, ostatecznie - w 1957 r. zostać sędzią Najwyższego Sądu Wojskowego. To komuniści również obsypali go orderami i mianowali pułkownikiem (1956 r.). Wszystko oczywiście nie za darmo. Na apanaże musiał zasłużyć ciężką pracą dla "ludowej" Ojczyzny.
    Józef Badecki orzekł co najmniej 29 kar śmierci wobec wrogów "ludu" (większość w latach 1948 - 1949, kiedy był zastępcą szefa Wojskowego Sądu Rejonowego w Warszawie), co plasuje go w czołówce najbardziej krwawych stalinowskich sędziów. Znany był z tego, że najpierw ogłaszał wyroki, a dopiero później je pisał. Sam ustalał też wysokość kar, zmuszając potem pozostałych członków składu sędziowskiego do ich podpisania. Aby zapewnić odpowiedni polityczny wydźwięk wyroków, poprawiał nawet teksty pisane przez innych sędziów.
    9 lutego 1949 r., na niejawnym posiedzeniu stołecznego WSR, jako sędzia-sprawozdawca, przyczynił się do przedłużenia (ex post) tymczasowego aresztowania płk. Aleksandra Krzyżanowskiego "Wilka", słynnego dowódcy Okręgu Wileńskiego AK. Wnioskował o to dyrektor Departamentu Śledczego MBP Józef Różański.
    Pod dyktando bezpieki wyrokował też podczas procesu Witolda Pileckiego. 15 marca 1948 r. skład sądzący wydał opinię "w sprawie ewentualnego ułaskawienia skazanych": "Z uwagi na popełnione przez Pileckiego i Płużańskiego najcięższych zbrodni zdrady stanu i Narodu, pełną świadomość działania na szkodę Państwa i w interesie obcego imperializmu, któremu całkowicie się zaprzedali, przejawioną przez nich na przestrzeni dłuższego okresu czasu wyjątkową aktywność w pracy szpiegowskiej, wielką szkodę, jaką wyrządzili Państwu w okresie jego odbudowy (...) - skład sądzący uważa, że ci obaj na ułaskawienie nie zasługują". Podpisali: ppłk Jan Hryckowian (przewodniczący), kpt. Józef Badecki (sędzia).
    Po latach Tadeusz Płużański oceniał: "Słabość moralna i polityczna tych ludzi czyniła z nich po prostu szmaty, którymi można było wytrzeć każdą podłogę, nawet najbrudniejszą. Słabość jest najstraszniejszą cechą charakteru. Ludzie słabi są zdolni do każdej zbrodni".
    W latach 1949 - 1956 Badecki swoim doświadczeniem sądowym dzielił się z innymi - na kilku wojskowych uczelniach wykładał teorię państwa i prawa oraz procesu karnego. Do stycznia 1968 r., kiedy zwolniono go z zawodowej służby wojskowej, pracował w Izbie Wojskowej Sądu Najwyższego.
    W "Życiu Warszawy" ukazał się nekrolog: "Dnia 15 lipca 1982 r. zmarł (...) Józef Badecki, płk rezerwy, oficer II Armii WP, odznaczony Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski, Złotym Krzyżem Zasługi, Krzyżem Virtuti Militari, Srebrnym Medalem Zasłużonym na Polu Chwały, Odznaką Grunwaldzką i innymi odznaczeniami wojskowymi, były sędzia Sądu Najwyższego, wykładowca Oficerskiej Szkoły Prawniczej (...)". Jak można sądzić, żadnych bezprawnych wyroków nigdy nie wydał, gdyż w stalinowskim systemie bezprawia w ogóle nie pracował. Tym samym nie mógł również skazać na śmierć Hieronima Dekutowskiego.

    Czapa za radio

    Egzekucję "Zapory" 7 marca 1949 r. zarządził prezes Najwyższego Sądu Wojskowego Władysław Garnowski. Powołując się na odrzucenie próśb o łaskę przez Bieruta, wnosił o natychmiastowe rozstrzelanie Dekutowskiego i skazanych z nim WiN-owców.
    Ten stalinowski sędzia ma na koncie więcej wyroków i to nie tylko na ludzi oskarżonych o "szpiegostwo", (czyli prowadzenie działalności niepodległościowej) czy przynależność do "band", (czyli zbrojnego podziemia antykomunistycznego). Jako przewodniczący składu sędziowskiego Wojskowego Sądu Okręgowego w Poznaniu 27 kwietnia 1945 r. skazał na śmierć Stanisławę M. W wyroku Garnowski napisał: "W okresie okupacji niemieckiej była wraz z mężem Ukrainką na prawach niemieckich i na tej podstawie od 1941 r. posiadała radioaparat, dwa głośniki i parę słuchawek. (...) Fakt, że w okresie okupacji niemieckiej była na prawach niemieckich i korzystała z tych wszystkich przywilei (pisownia oryginalna - TMP), jakie mieli niemcy (j.w. - TMP) i obecnie nie wydała radioaparatu, lecz miała go w ukryciu w piwnicy dowodzi, że jest osobnikiem niebezpiecznym dla Państwa Polskiego. Dlatego na łaskę nie zasługuje".
    Stanisława M. w rzeczywistości była Polką, a tylko jej mąż Ukraińcem. W czasie okupacji mieli status bezpaństwowców i korzystali z praw przysługujących Niemcom. Po zakończeniu wojny mężczyzna został aresztowany, a kobietę ktoś zadenuncjował na milicję, właśnie za trzymanie w piwnicy nieużywanego radia, co zostało uznane za przestępstwo z art. 6. Dekretu PKWN z 30 października 1944 r. o ochronie państwa.
    Podczas niejawnej rozprawy Władysław Garnowski nie zgodził, aby Stanisława M. miała obrońcę. Nie uznał również jej prośby o łaskę ani nie zadał sobie trudu, aby napisać uzasadnienie do wyroku. Do skazania niewinnej kobiety na śmierć wystarczyło niecałe pół godziny. 1 maja 1945 r. o godz. 5.30 Stanisława M. została rozstrzelana. Podobnych spraw Garnowski miał na swoim koncie więcej.

    60 morderstw w dwa lata

    Władysław Garnowski - jeden z AK-owców w stalinowskim systemie bezprawia i przedwojenny prawnik (tak jak Józef Badecki, ukończył Wydział Prawa Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie), po wojnie błyskawicznie awansował na szczeblach sądownictwa wojskowego (m.in. szef WSR w Poznaniu i w Warszawie). Już w kwietniu 1946 r. został pułkownikiem. Razem z innymi pułkownikami: Zarakowskim, Skulbaszewskim, Karlinerem, Lityńskim, Holderem należał do specjalnego zespołu partyjnego, oceniającego - zgodnie z zasadami leninizmu-stalinizmu - działania wojskowego wymiaru sprawiedliwości i dbającego o właściwą linię polityczną "Wojskowego Przeglądu Partyjnego". Po rozstaniu z wojskiem Władysław Garnowski był radcą prawnym w Ministerstwie Górnictwa.
    Historyk IPN Krzysztof Szwagrzyk w książce "Zbrodnie w majestacie prawa 1944 - 1955" napisał: "Tylko w latach 1946 - 1947 sądy, którymi kierował Garnowski, skazały na śmierć blisko 60 osób [osobiście wymierzył najwyższy wymiar kary co najmniej 23 osobom - TMP]. (...) Szczególna odpowiedzialność spada jednak na płk Garnowskiego za całą działalność sądownictwa wojskowego w Polsce w latach 1947 - 1949, w tym czasie pełnił on bowiem funkcję prezesa Najwyższego Sądu Wojskowego". Właśnie jako szef NSW - 7 marca 1949 r. - podpisał wniosek o egzekucję Hieronima Dekutowskiego "Zapory".

    Przywrócić pamięć

    Przez długie lata PRL-u opluwany, doceniany jedynie na Zachodzie. Rząd Rzeczypospolitej Polskiej na wychodźstwie przyznał pośmiertnie mjr. Dekutowskiemu Srebrny Krzyż Virtuti Militari. W 1989 r. awansowany do stopnia pułkownika Polskich Sił Zbrojnych. W kraju, na przywrócenie należnej mu pamięci, trzeba było jeszcze trochę poczekać. Dopiero w maju 1994 r. - na wniosek Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej - "Zapora" został całkowicie zrehabilitowany. Sąd Wojewódzki w Warszawie uznał, że Hieronim Dekutowski i skazani razem z nim jego podkomendni prowadzili działalność na rzecz niepodległego bytu Państwa Polskiego. W uzasadnieniu napisano m.in.: "Żołnierze AK działający później w organizacji WiN byli zmuszeni do przeciwstawienia się zbrojnej masowej eksterminacji, poprzez walkę zarówno z oddziałami NKWD, jak i wspierającymi je formacjami polskimi, tj. milicją, UB i tzw. Wojskami Wewnętrznymi. Była to walka potrzebna i celowa, polegająca na odbijaniu jeńców lub zapobieganiu morderstwom i aresztowaniom. Sąd Najwyższy określa to obecnie w swoim orzecznictwie jako prawo do zbiorowej obrony koniecznej. Nie ulega wątpliwości, że właśnie taki charakter miały działania zbrojne oddziału »Zapory«".

    "Marsz Zaporczyków":
    Maszerują cicho niby cienie
    Poprzez lasy, góry, pola.
    Niejednemu wyrwie się westchnienie,
    Idą naprzód - taka ich dola.
    I idą wciąż naprzód, bo taki ich los
    i ani żal, ani tęsknota -
    Z tej drogi zawrócić nie zdoła nic,
    Bo to jest "Zapory" piechota.
    A gdy księżyc wyjdzie spoza chmury
    I nastanie cicha, piękna noc,
    To leśnej piechoty ciągną sznury.
    Widać wtedy siłę ich i moc.
    Choć twardą im była germańska dłoń,
    Do boju ich parła ochota
    I zawsze zwycięstwo musiało ich być,
    Bo to jest "Zapory" piechota.
    Teraz za drugiego okupanta
    Jeszcze nam nie oschła jedna krew.
    Po zdradziecku sięga nam do gardła,
    Na tajgi Sybiru chce nas wieźć.
    Pomylił się Stalin, pomylił się kat.
    A z nim ta zdziczała hołota;
    Za Zamek, za Katyń, za Sybir, za krew
    Zapłaci "Zapory" piechota
    .

    Tadeusz M. Płużański

    Tekst ukazał się w miesięczniku "Niezależna Gazeta Polska".

    Publicystyka Tadeusza M. Płużańskiego na ASME.


    Mity marcowe - jak było naprawdę - Antoni Zambrowski Wysłane wtorek, 6, marca 2007 przez Krzysztof Pawlak

    Jeden z mitów opisuje wydarzenia marcowe jako rozgrywkę pomiędzy zwalczającymi się frakcjami partyjnymi. W rzeczywistości było to spontaniczne wystąpienie studentów w obronie honoru narodowego.

    Wydarzenia kojarzone z wiecem studentów Uniwersytetu Warszawskiego 8 marca 1968 roku rozpoczęły się znacznie wcześniej, bo przed obchodzoną w świecie komunistycznym 40. rocznicą rewolucji bolszewickiej. Wtedy zespół teatralny pod kierownictwem dyrektora Teatru Narodowego w Warszawie Kazimierza Dejmka podjął się w ramach tzw. zobowiązań październikowych wystawienia dramatu narodowego wieszcza "Dziady". Było to posunięcie ryzykowne, gdyż już w roku 1955 wystawienie w Warszawie "Dziadów" powodowało napięcia na widowni. Ludzie odbierali teksty XIX-wiecznego dramatu jako rzecz aktualną, opowiadającą o tragedii więzionych i wywożonych do Rosji żołnierzy AK. Podobnie stało się i tym razem. Warszawska widownia żywo reagowała na padające ze sceny słowa, odbierane jako aluzje do odwiecznej przyjaźni polsko-radzieckiej. Zaalarmowany w tej sprawie przez swego złego ducha, czyli sekretarza KC PZPR, tow. Zenona Kliszkę, tow. Wiesław podjął decyzję o zdjęciu "Dziadów" ze sceny Teatru Narodowego.

    Skandaliczna dyktatura ciemniaków nad kulturą polską

    Ostatnie przedstawienie odbyło się zgodnie z zapowiedzią 30 stycznia 1968 roku i zakończyło się protestacyjną manifestacją młodzieży akademickiej pod hasłem "Niepodległość bez cenzury". Opozycyjni studenci przeszli od Teatru Narodowego na placu Teatralnym do pomnika Adama Mickiewicza na Krakowskim Przedmieściu. Większość uczestników manifestacji zatrzymano, kilkunastu postawiono przed kolegium i skazano na grzywnę.
    Do protestu studentów dołączyli literaci zebrani na Nadzwyczajnym Walnym Zebraniu Warszawskiego Oddziału Związku Literatów Polskich 29 lutego 1968 r. Uchwalili oni rezolucję, zgłoszoną przez Andrzeja Kijowskiego, potępiającą zdjęcie ze sceny "Dziadów" i domagającą się ich przywrócenia. Do legendy przeszła wypowiedź Stefana Kisielewskiego o skandalicznej dyktaturze ciemniaków w polskim życiu kulturalnym. Za te słowa spotkała go kara w postaci dotkliwego pobicia przez nieznanych sprawców z wiadomego resortu.

    Rozwiązania siłowe

    Przegrywając walkę z opozycją na słowa, władza coraz bardziej liczyła na rozwiązania siłowe. Zebranych na wiecu w dniu kobiet 8 marca na dziedzińcu uniwersyteckim przed budynkiem biblioteki uniwersyteckiej studentów usiłowały początkowo rozpędzić bojówki aktywistów ZMS oraz przywiezione autokarami bojówki partyjne (złożone z urzędników ministerialnych, a udające aktyw robotniczy). Gdy to okazało się niemożliwe wobec odważnej postawy studentów, do akcji wkroczyły oddziały ZOMO, które w myśl instrukcji wypracowanych w Związku Rad niezmiernie brutalnie potraktowały zgromadzonych studentów. Podobnie było następnego dnia podczas solidarnościowego wiecu studentów warszawskiej Politechniki. Zszokowani tym posłowie katolickiego koła "Znak" w swej interpelacji do premiera pisali: "W dniach 8 - 9 marca manifestująca młodzież była bita niesłychanie brutalnie, częstokroć w sposób zagrażający życiu. Widziano szereg wypadków znęcania się nad młodzieżą, w tym nad kobietami. Wszystko to rozjątrzyło niesłychanie społeczeństwo". Warto dodać, że w wyniku bestialskiego bicia dziewcząt 8 marca doszło do co najmniej dwóch przypadków śmiertelnych, czego władze się bezczelnie wyparły, oskarżając rozgłaszających to studentów o propagandowe kłamstwa. Później podczas grudniowej masakry robotników na Wybrzeżu w 1970 roku te same władze usiłowały ukryć rozmiary strat, grzebiąc potajemnie ofiary śmiertelne w workach ze sztucznego tworzywa.
    Brutalność władz istotnie rozjątrzyła młodzież, wskutek czego strajki i manifestacje studenckie przeniosły się do wszystkich ośrodków akademickich. Władze wszędzie usiłowały tłumić protesty siłą. W Katowicach studentów, opuszczających po strajku solidarnościowym budynek Uniwersytetu Śląskiego - w myśl zawartego z władzami akademickimi kompromisu - SB poszczuła psami milicyjnymi i przerażone studentki skakały w zimną marcową pogodę do przepływającej w pobliżu rzeczki.
    Ruch protestacyjny trwał przez cały marzec 68 roku. Do 25 marca dotrwał strajk studentów we Wrocławiu. W Warszawie najważniejszym wydarzeniem był strajk okupacyjny studentów Politechniki Warszawskiej, kierowany przez Komitet Strajkowy ze studentem elektroniki Bogdanem Czajkowskim na czele. Strajk studentów Politechniki cieszył się poparciem warszawiaków, którzy przynosili im do budynku uczelni jedzenie i napoje. Firma "Blikle" przysyłała im pączki, roznosiciele butelek mleka z okolicznych ulic dostarczali im mleko kosztem swych klientów. Strajk na Politechnice trwał najdłużej wśród uczelni warszawskich i zakończył się kompromisową ugodą w nocy z 22 na 23 marca. Kilka tysięcy studentów opuściło wtedy gmach uczelni i udało się do akademika, demonstracyjnie szurając butami.

    Poparcie Episkopatu i wrogość PAX-u

    Wbrew panującym dziś mitom protest studentów uzyskał poparcie Episkopatu Kościoła katolickiego z ks. Prymasem Stefanem Wyszyńskim na czele. 107. Konferencja Episkopatu Polski, która obradowała w trakcie protestu, bo 21 marca, potępiła jednoznacznie stosowanie siły wobec młodzieży, proponując w jej miejsce drogę "wnikliwego dialogu". Również sam ks. Prymas Wyszyński kilkakrotnie w swych wystąpieniach chwalił "realizm i dojrzałość naszej młodzieży".
    Wiele mitów o Marcu '68 zawdzięczamy ówczesnej propagandzie w kontrolowanych przez Partię środków przekazu. Zaskoczone zasięgiem studenckiego protestu i nieskutecznością policyjnej represji, władze usiłowały zmanipulować propagandowo opinię publiczną. W pierwszym rzędzie oskarżono przywódców Ruchu 8 marca z Jackiem Kuroniem na czele o próbę obalenia Władysława Gomułki w zemście za jego poparcie dla państw arabskich w ich ubiegłorocznym konflikcie zbrojnym z Izraelem. 11 marca 1968 roku z takim właśnie oskarżeniem wystąpił dziennik Stowarzyszenia PAX zamieszczając na swych łamach apel do studentów Uniwersytetu Warszawskiego, napisany pospołu przez prezesa Stowarzyszenia Bolesława Piaseckiego oraz tow. Ryszarda Frelka - sekretarza bezpośredniego winowajcy całego zamieszania Zenona Kliszki (osoby nr 2 w aparacie PZPR). Odwoływali się oni do niezaprzeczalnego faktu, że w otoczeniu Jacka Kuronia było wiele osób żydowskiego pochodzenia i na tym opierali swe sugestie. Był to jednak świadomy zapewne anachronizm, gdyż młodzież z komunistycznych rodzin żydowskiego pochodzenia grupowała się wokół Jacka Kuronia znacznie wcześniej niż doszło do czerwcowego konfliktu zbrojnego miedzy Żydami a Arabami. Stało się tak, gdy po Październiku 1956 roku został reaktywowany wbrew zamiarom władz partyjnych Związek Harcerzy Polskich w tradycyjnym kształcie z autorem "Kamieni na szaniec", harcmistrzem Aleksandrem Kamińskim jako symbolem tych przemian. Wówczas podharcmistrz Jacek Kuroń zorganizował hufiec "czerwonego harcerstwa" im. gen. Waltera, czyli polsko-sowieckiego generała Karola Świerczewskiego. Do tego hufca chętnie posyłali swe dzieci rodzice z komunistycznych rodzin o żydowskim rodowodzie, traktujący nowy ZHP jako nazbyt nacjonalistyczny i klerykalny. Później władze partyjne dokonały "normalizacji" ZHP, przejmując nad nim swą kontrolę, a następnie pozbawiły Jacka Kuronia swobody działania w walterowskim hufcu. Wówczas przeszedł on do opozycji, pociągając za sobą liczne grono swych wychowanków. Wielu ludzi w opozycji demokratycznej zwracało Jackowi uwagę, że taki skład rasowy otaczającego go grona może być wykorzystany propagandowo przez antysemickie władze PRL. Można więc uznać, że taki właśnie kierunek propagandy marcowej został podjęty przez władze niejako na mimowolne zaproszenie Jacka Kuronia.

    Chcemy Moczara

    Tego samego dnia czyli 11 marca I sekretarz Komitetu Warszawskiego PZPR, tow. Józef Kępa poszedł jeszcze dalej w manipulacji propagandowej i oskarżył Ruch 8 marca o wspieranie "znanego bankruta politycznego" Romana Zambrowskiego w jego próbach powrotu do władzy. Manifestujący studenci mieli wołać "Zambrowski do Biura Politycznego!". Była to manipulacja MSW, gdyż takie okrzyki wznosili infiltrujący studenckie pochody agenci SB. W rzeczywistości te oskarżenie było czystym nonsensem. Roman Zambrowski z własnej inicjatywy i ku zaskoczeniu W. Gomułki podał się do dymisji ze stanowiska członka Biura Politycznego i sekretarza KC PZPR jeszcze w marcu 1963 roku, niezadowolony z gomułkowskiej polityki odwrotu od zapowiedzianych w Październiku '56 roku reform społeczno-politycznych i gospodarczych. Wtedy też został przeniesiony na stanowisko wiceprezesa Najwyższej Izby Kontroli i objęty zapisem cenzury - "wyparował" ze świadomości społecznej. Studenci go nie znali, zaś przywódcy Ruchu 8 marca mieli własne ambicje polityczne i popierać Romana Zambrowskiego nie zamierzali.
    Podczas jednej z manifestacji studenckich ZOMO na polecenie gen. Moczara pozwoliło studentom podejść pod gmach KC i pod oknami gabinetu tow. Wiesława agenci SB wznosili okrzyki na rzecz Zambrowskiego. Toteż gdy Roman Zambrowski wystosował list do tow. Wiesława, protestując przeciwko bezpodstawnym oskarżeniom w partyjnych środkach przekazu, Władysław Gomułka nie dał mu wiary i na posiedzeniu Biura Politycznego skomentował: "Towarzysze, przecież my te hasła słyszeliśmy na własne uszy!". Prawdziwy sens tej manipulacji odsłania fotografia zamieszczona na okładce wydanej przez wydawnictwo "Rytm", a napisanej przez Krzysztofa Lesiakowskiego biografii gen. Moczara (wł. Nikołaja Tichonowicza Diomki). Przedstawia ona partyjny wiec marcowy w 1968 roku, na którym towarzysze trzymają transparenty z napisami: "Chcemy M. Moczara" oraz "Moczar do Biura Politycznego". Po prostu partyjny dygnitarz w opanowanych przez siebie środkach przekazu niczym ścigany przestępca głośno wydzierał się "Trzymać złodzieja!". Trzeba przyznać, że w procesach sądowych przywódców Ruchu 8 marca postać Romana Zambrowskiego była już nieobecna.
    Gen. Moczar dwukrotnie wmanewrował Władysława Gomułkę w konflikt społeczny - najpierw w roku 1966, gdy przez subtelną intrygę sprowokował konflikt z Episkopatem o list biskupów polskich do biskupów niemieckich, a następnie zaogniając konflikt o "Dziady" Adama Mickiewicza. Wszystko to podkopało pozycję tow. Wiesława w aparacie partyjnym. Gdy w grudniu 1970 roku rozpoczęły się rozruchy robotnicze na Wybrzeżu, Komitet Warszawski z tow. Józefem Kępą na czele wystosował list do członków Partii, ostrzegając: "przed nami ten sam wróg, co w marcu". Według relacji Piotra Kostikowa z wydziału zagranicznego KC PZPR, odpowiedzialnego za stosunki z Polską, sowieckie kierownictwo partyjne rozszyfrowało prowokatorska rolę gen. Moczara w rozpalaniu konfliktów społecznych w Polsce i udaremniło przejęcie przez niego władzy w Partii. Jednocześnie kierownictwo sowieckie odrzuciło prośbę Władysława Gomułki o interwencję zbrojną w Polsce, proponując rozwiązanie konfliktu z robotnikami przy pomocy środków politycznych. Kreml podjął zakulisowe zabiegi o zamianę na stanowisku I sekretarza KC PZPR Gomułki przez Edwarda Gierka. Istotną rolę w tych zabiegach odegrali sowieccy agenci - generałowie Wojciech Jaruzelski oraz Czesław Kiszczak.
    Moczar został wplątany w intrygę przeciwko swemu szefowi partyjnemu tow. Wiesławowi przez tzw. rusitów czyli rosyjskich nacjonalistów w KGB: Władimira Siemiczastnego oraz Aleksandra Szelepina. Przeoczył atoli w swych ambitnych planach istotną okoliczność, że Leonid Brieżniew na czele KGB postawił skłóconego z "rusitami" Jurija Andropowa, który uczynił wszystko, by utrącić kandydaturę Moczara na przywódcę PZPR. Wkrótce zwycięski w tej rywalizacji Edward Gierek skorzystał ze sposobności i odsunął Moczara na długie lata na boczny tor, przerywając jego złowieszcze sny o roli polskiego Nicolae Ceausescu.

    Antoni Zambrowski

    Jest to pełen tekst artykułu, który ze skrótami ukazał się w tygodniku "Gazeta Polska".

    Zostań donatorem naszych publicystów:
    Jeśli satysfakcjonuje Cię publicystyka Antoniego Zambrowskiego - możesz wesprzeć Naszego Autora datkiem.
    Konto:
    61 1240 1040 1111 0010 0042 5486
    Bank PeKaO SA III O. w Warszawie
    SWIFT/BIC - PKOPPLPW



    Publicystyka Antoniego Zambrowskiego na ASME


    Rozterki mniej wartościowych - Stanisław Michalkiewicz Wysłane wtorek, 6, marca 2007 przez Krzysztof Pawlak

    W Chicago, gdzie od 24 lutego spotykam się z tutejszymi Polakami, korzystam tylko z internetowych wydań polskich dzienników, więc może w wydaniach papierowych wyglądało to inaczej, ale przeglądając "Gazetę Wyborczą" z 27 lutego, nie zauważyłem w niej informacji o przybyciu do Warszawy delegacji żydowskiej w celu negocjowania z polskimi władzami państwowymi kształtu ustawy o rekompensatach. "Rzeczpospolita" o przybyciu delegacji informuje, a "Gazeta Wyborcza" - nie. Skąd takie zlekceważenie "obowiązku rzetelnego informowania"? Czyżby z tego samego powodu, dla którego mieszkańcy domu wisielca unikają mówienia o sznurach i linach?

    Nie wiem, jak to wygląda w Polsce, ale w Chicago wizyta żydowskiej delegacji w Warszawie budzi wielkie zainteresowanie, podszyte nutką niepokoju, czy aby pan prezydent Kaczyński nie zacznie ustępować pod tak przemożnym naciskiem. Wprawdzie głośne dawanie wyrazu takiemu niepokojowi nie jest dzisiejszych Stanach Zjednoczonych uznawane za bezpieczne, ale niepokoić się cicho jeszcze można, więc każdy wprost nie może się tą wolnością wypowiedzi nacieszyć. Jak tak dalej pójdzie, to może się okazać, że przynajmniej z tego punktu widzenia Rosja, a nawet Białoruś mogą stać się oazami swobody, za które zresztą w oczach tamtejszych obywateli uchodziły i wcześniej. Świadczyła o tym anegdotka z koszmarnych czasów komunistycznych, jak to Amerykanin przekomarzał się z Rosjaninem, a właściwie - z człowiekiem sowieckim, gdzie jest większa wolność słowa. "U nas, w Ameryce, każdy może skrytykować prezydenta - twierdził Amerykanin, na co uradowany Rosjanin zauważył, że to tak samo, jak w Związku Sowieckim, gdzie też każdy może skrytykować amerykańskiego prezydenta". Z żydowską delegacją sprawa wygląda całkiem inaczej; w jej składzie nie ma ani jednego amerykańskiego prezydenta, którego wolno byłoby nam skrytykować, natomiast jest pan Izrael Singer, który może krytykować nas, podczas gdy my jego - już niekoniecznie.
    Pan Izrael Singer, jeszcze jako sekretarz Światowego Kongresu Żydów, w kwietniu 1996 roku odgrażał się, że jeśli Polska nie zadośćuczyni żydowskim roszczeniom majątkowym, to "będzie upokarzana na arenie międzynarodowej". Późniejsze wydarzenia pokazały, że chyba nie rzucał słów na wiatr, toteż przybył do polskiej stolicy niemal w charakterze triumfatora, przed którym nasi dygnitarze skaczą z gałęzi na gałąź. Taki, dajmy na to, ja uważam, że pan Izrael Singer za tamte pogróżki pod adresem naszego kraju powinien być uznany w Polsce za osobę niepożądaną, ale pewnie właśnie dlatego nie jestem żadnym dygnitarzem. "W Poroninie na jedlinie wiszą gacie po Leninie; kto chce w Polsce awansować, musi gacie pocałować" - głosił wierszyk popularny w koszmarnych czasach komuny. Komuny, gadają, już nie ma, ale czyjeś gacie całować trzeba nadal, bo przecież jakaś ciągłość państwowa musi być. Pan Singer, dobry kupiec, to on pewnie coś u pana prezydenta utarguje, a potem wszyscy się złożymy i zapłacimy. Jak bowiem wiadomo, jednym ludziom pieniądze psują charakter, podczas gdy innym przeciwnie - poprawiają. "Na tym się świata ład opiera, że jeden sieje, drugi zbiera" - pouczał Janusz Szpotański w "Towarzyszu Szmaciaku".
    Z doniesień "Rzeczpospolitej" wynika, iż wśród delegatów pojawił się pogląd, by po zaspokojeniu potrzeb wszystkich firm reprezentowanych w delegacji, wygospodarować jeszcze jakąś nadwyżkę dla Izraela. Dlaczego akurat Izraela, skoro własność została odebrana obywatelom polskim? Okazuje się, że chociaż narody, zgodnie z nieubłaganym prawami dziejowymi, spokojnie sobie zanikają, dzięki czemu na naszych oczach powstaje "jedna rasa - ludzka rasa", to jeśli chodzi o pieniądze, narodowość jak najbardziej liczy się nadal. Naturalnie nie każda, bo co wolno wojewodzie, to nie tobie, smrodzie, więc zasada ta nie dotyczy narodów mniej wartościowych, których wybitni przedstawiciele nie chcą zrozumieć, iż państwo powinno utrzymywać stosunki i prowadzić negocjacje wyłącznie z innymi państwami, bo w przeciwnym razie zaciąga zobowiązania jednostronne. Któż nam bowiem zaręczy, że po szczęśliwym zainkasowaniu rekompensat, każda z organizacji reprezentowanych w delegacji zwyczajnie się rozwiąże, a potem założy na nowo, pod nieco zmienionymi nazwami i te nowe organizacje znowu utworzą delegację, przed którą nasi dygnitarze ponownie zaczną skakać z gałęzi na gałąź? Jeśli coś złego może się stać, to na pewno się stanie, więc nic nam nie pomoże, nawet gdybyśmy zorganizowali demokratyczne referendum. Demokratyczne referendum można bowiem organizować jedynie w słusznej sprawie, a nie w sprawach głęboko niesłusznych. Na przykład słuszną sprawą jest konstytucja eurokołchozu, więc tutaj referendum może być, chociaż oczywiście lepiej, żeby nie było, bo po cóż zaprzątać takimi sprawami głowę całemu ludowi, kiedy wystarczy dogadać się ze starszyzną? Na takim właśnie nieubłaganym stanowisku stanęła "Gazeta Wyborcza" w sprawie autostrady w dolinie Rospudy. Żadnej demokracji dla Podlasiaków być nie może, bo jeszcze zafundowaliby sobie autostradę w miejscu, w którym nawet Andrzej Wajda w odruchu protestu przykułby się do drzewa, oczywiście po uprzednim wyścieleniu go pluszem, a które - kto wie - może Unia Europejska już przeznaczyła na mauzoleum pana red. Adama Michnika?

    Stanisław Michalkiewicz

    Publicystyka Stanisława Michalkiewicza na ASME i nagrania TV ASME


    Do Tiperary ciągle daleko - Krzysztof Mazur Wysłane poniedziałek, 5, marca 2007 przez Krzysztof Pawlak

    Dla wielu publicystów średniego pokolenia uchodzących za zwolenników obecnego rządu, odwołanie Bronisława Wildsteina z funkcji prezesa TVP stało się powodem zwątpienia w polityczny geniusz Jarosława Kaczyńskiego oraz niewiary w sukces zapowiadanej "rewolucji moralnej". Charakterystyczny dla tych deklaracji był artykuł Piotra Semki w sobotnio-niedzielnej "RZ" zatytułowany "Zanikający instynkt premiera". Charakterystyczny dlatego, że publicysta sporządził coś na kształt "listy Semki" zawierającej nazwiska kolejnych fachowców (od Marcinkiewicza i jego "chłopców" aż po Wildsteina i jego chłopców oraz dziewczynki z telewizji), których kolejno izolował lub pozbywał się Kaczyński co ma stanowić dowód na odejście tego ostatniego od haseł PiS-owskiej rewolucji. Okazuje się, że odwołanie Wildsteina nie uzdrowiło - jak celnie ironizował R. A. Ziemkiewicz - jedynie p. Raczyńskiej, ale pozwoliło przejrzeć na oczy niektórym "pampersom" po 40-tce, wierzącym - jak można wnioskować z ich zawiedzionego tonu - w "instynkt premiera".

    Czytając komentarze sfrustrowanych panów Jankego, Pospieszalskiego, Lisickiego czy Semki, sięgnąłem po własną analizę możliwych skutków PiS-owskich rządów, ale napisaną i opublikowaną w "NCz" w listopadzie 2003 r., czyli na dwa lata przed stworzeniem rządu Kazimierza Marcinkiewicza. Tekst ten (pt. "POPiS-owa gospodarka") został również "zawieszony" na "Onecie" pod datą 20.11.2003 r. (nadal do poczytania w Kiosku Onet) i co mnie szczególnie zaskoczyło - "wskoczył" ponownie na pierwszą stronę tego portalu dwa lata późnej, wkrótce po stworzeniu rządu Marcinkiewicza. Większość czytelników nawet nie zorientowała się, że jest to tekst sprzed dwóch lat, a ci co zauważyli - to jak można domniemywać jedynie poprzez fakt odwołania się w tekście do wcześniejszej daty. Daję upust tej megalomanii z jednego powodu, a mianowicie aby wskazać, że swoje przewidywania zsumowane w zdaniu: "It’s a long way to Tipperary - tak najkrócej można podsumować nadzieje tej części społeczeństwa, którzy odrzucając deklaracje postkomunistycznych obłudników, wpada niestety w inne koleiny polityczno-ekonomicznego cudotwórstwa" - opierałem nie na galerii nazwisk mających realizować "program" przyszłej prawicowej koalicji, ale na ideologicznych założeniach mających stanowić bazę dla tego programu. Po tonie i treści wpisów internautów reagujących na moje diagnozy dotyczące istoty - wtedy jeszcze nadchodzącej - władzy, można wnioskować, że większość nie miała złudzeń co do charakteru zapowiadanej "rewolucji", no może poza jednym wyjątkiem przedstawiającym się jako "Obywatel Monte Christo", który tekst spuentował osobistą dedykacją o treści: "Wale... który napisałeś ten artykuł - PIS nigdy nie agitował za wejściem do UE. I za to go cenię". Ale pozostawiając na później rozważania, kto wyszedł na "wała", to w omawianym tekście, bardziej wyeksponowałem - obok Kaczyńskiego - tylko jedną postać ówczesnej PiS-owskiej wierchuszki, tj. posła Wiesława Walendziaka, który - a o czym dzisiaj się nie wspomina - był swego czasu głównym ekspertem tej partii ds. gospodarczych. Pełnił zresztą funkcję przewodniczącego sejmowej komisji Skarbu Państwa i to w okresie, gdy pełnię władzy dzierżyło SLD. Jednakże Walendziak w marcu 2004 r. ze względu na prywatne życiowe zawirowania zrezygnował z mandatu posła i "poszedł w biznesy" Ryszarda Krauzego, zaś opuszczone przez Walendziaka miejsce tak w komisji sejmowej, jak i ZCHN-owskiej części PiS-u zajął jego dotychczasowy cień, tj. Kazimierz Marcinkiewicz, późniejszy premier i niedoszły prezydent stolicy.
    Jak więc widać - co ma wisieć, nie utonie i jak się okazuje - nie ma ludzi niezastąpionych, natomiast niezależnie od tego ile świeżości mogliby wnieść "chłopcy Marcinkiewcza", pan Gwiazda z małżonką czy Irena Kirszenstein-Szewińska, pewne jest, że z pustego nawet Salomon nie naleje. Zresztą, jaką świeżością może emanować Andrzej Gwiazda - ufryzowany na nieżyjącego już marszałka Małachowskiego i broniący storyczyka krwistego oraz kukułki Fuchsa w dolinie Rospudy, czy pani Szewińska pełniąca funkcję wiceprezesa PKOl od 1988 r., czyli od prezesury Kwaśniewskiego?
    Problem właśnie w tym, że w czasie kiedy PiS-owscy narodowcy toczyli zmagania o zmianę konstytucji w zakresie przepisów dotyczących ochrony życia, to p. prezydentowa Kaczyńska, p. Gosiewska czy małżeństwo Gwiazdów całą energię skupiali na obronie augustowskich mokradeł i zamieszkujących je jarząbków oraz błotniaków stawowych. Wszak nieprzypadkowo kardynał Biffi, odprawiając nauki rekolekcyjne dla watykańskich kurialistów i papieża, zauważył, że "solidarność, umiłowanie pokoju i szacunku dla natury to wartości względne. Jeśli staną się absolutnymi, będą zachęta dla bałwochwalstwa". Zapowiadana przez PiS "rewolucja moralna" nie tyle - używając określenia p. Bartyzela - "zdechła", ile raczej nigdy się nie rozpoczęła. Nie rozpoczęła się natomiast, gdyż rządzący zamiast skupić się na usuwaniu tego co C. N. Parkinson nazywał "degrengoliną", skoncentrowali się na odwojowaniu urzędów i to też wybiórczym. Ale cóż począć, gdy nadal "dla polskich kręgów intelektualnych pozór jest znacznie ważniejszy od istoty sprawy", stąd zamiast dyskutować o istocie - nadal będziemy czytać i słuchać bałwochwalcze treny, opiewające, jak to byłoby dobrze, gdyby od żłobu nie odsunięto "chłopców Marcinkiewicza".

    Krzysztof Mazur

    Publicystyka Krzysztofa Mazura na ASME


    CZY GOMUŁKA BYŁ TAKI DOBRY? - ANTONI ZAMBROWSKI Wysłane poniedziałek, 5, marca 2007 przez Krzysztof Pawlak

    Red. Paweł Siergiejczyk w krótkim czasie po przejściu do "Naszej Polski" z "Myśli Polskiej" rozwinął w niej skrzydła i stał się jednym z jej filarów i ozdobą. Niestety jego artykuł "Niesiołowski i Gomułka" (zamieszczony w numerze 4 z 23 stycznia br.) budzi u katolickich czytelników masę wątpliwości. Red. P. Siergiejczyk słusznie bierze w obronę przed senatorem Platformy Obywatelskiej prof. Stefanem Niesiołowskim premiera Jarosława Kaczyńskiego, którego senator PO z obsesyjnym uporem porównuje do tow. Wiesława, czyli Władysława Gomułki. Czyni to jednak przy pomocy argumentów nie do przyjęcia dla osób pamiętających tamte czasy. W sposób bowiem pasujący raczej do "Myśli Polskiej" broni postaci tow. Wiesława jako "postaci nieprzeciętnej", odbijającej od pozostałych komunistycznych miernot. Red. P. Siergiejczyk rzetelnie wymienia zalety i zasługi Władysława Gomułki, zwłaszcza jego historyczną rolę w przełomie październikowym 1956 roku, kiedy nie ugiął się on przed moskiewskim dyktatem popartym ruchami sowieckich czołgów i okrętów wojennych. Natomiast omija szerokim łukiem jego winy wobec narodu polskiego, a zwłaszcza wobec Kościoła katolickiego.
    Red. P. Siergiejczyk pisze o tow. Wiesławie: "O ile w pierwszych latach po wojnie odegrał dużą rolę w zaprowadzaniu komunistycznych porządków, to jednak w roku 1948 potrafił zdecydowanie sprzeciwić się nadciągającej stalinizacji Polski". Jest to błąd, gdyż Stalin sprawował władzę nad Polską od chwili wkroczenia do niej dowodzonej przez niego Armii Sowieckiej. Hamulcem w stalinizacji Polski był opór nie Gomułki, lecz zwalczanego przez niego opozycyjnego Polskiego Stronnictwa Ludowego z byłym premierem emigracyjnego rządu RP w Londynie Stanisławem Mikołajczykiem na czele. Pod wodzą tow. Wiesława komuniści sfałszowali wyniki referendum, a następnie wyborów do Sejmu, by utrzymać władzę otrzymaną z rąk Stalina. Według reguł demokracji zwycięstwo należało się PSL ze Stanisławem Mikołajczykiem na czele. Haniebną rolę odegrał też tow. Wiesław w sprawie tzw. pogromu kieleckiego - zorganizowanego przez NKWD i jego polskich popleczników dla odwrócenia uwagi od sfałszowania przez komunistów wyników referendum.
    Red. P. Siergiejczyk przyznaje, że w życiorysie tow. Wiesława istnieje ciemna karta - krwawa masakra Polaków ma wybrzeżu w grudniu 1970 roku. Nie pamięta atoli, że takich kart było więcej. W 1968 roku sprowokował on protesty studentów i intelektualistów przeciwko haniebnej decyzji zdjęcia ze sceny Teatru Narodowego dramatu naszego wieszcza Adama Mickiewicza - "Dziady". Dziś dzięki staraniom Jacka Kuronia oraz Adama Michnika wydarzenia marcowe 1968 roku kojarzą się z rozpętaną przez sowiecką agenturę w wojsku i MSW kampanią antysemicką, ale była to dywersja propagandowa komunistów polskich i sowieckich w odpowiedzi na nieoczekiwaną falę protestów, która ogarnęła wszystkie ośrodki akademickie w Polsce. Polscy studenci stanęli w obronie imponderabiliów narodowych, podważanych przez Gomułkę w imię "odwiecznej przyjaźni polsko-radzieckiej". Antysemicka czystka była jedynie zasłoną dymną ukrywającą rugi ludzi, którzy byli traktowani przez Kreml jako elementy niepewne, zaś padli ich ofiarą - wbrew propagandzie - liczni rdzenni Polacy, a nie wyłącznie Żydzi i Polacy żydowskiego pochodzenia.
    Jeszcze bardziej haniebną kartą w życiorysie tow. Wiesława była konfrontacja z Kościołem katolickim i jego Episkopatem z księdzem Prymasem kardynałem Stefanem Wyszyńskim na czele w roku 1966. Władysław Gomułka atakował wtedy z furią Episkopat i księdza Prymasa za historyczny list do biskupów niemieckich, zarzucając Prymasowi zdradę interesów narodowych. Wtedy też Gomułka nie dopuścił do pielgrzymki ojca świętego Pawła VI na Jasną Górę. Że Gomułce chodziło jedynie o pretekst w walce o ateizację Polski - świadczyły poprzedzające konfrontację z okazji Milenium chrztu Polski zatargi o krzyż w krakowskiej Nowej Hucie i wiele innych rozruchów na tym tle w całej Polsce. Wieczna hańbą okrył się też Władysław Gomułka jako faktyczny szef aparatu państwa, które zawiniło męczeńską śmierć ks. dziekana Władysława Findysza, dziś wyniesionego przez Kościół na ołtarze.
    Warto pamiętać o tym wszystkim, gdy pisze się na łamach polskiego i katolickiego pisma o Władysławie Gomułce.

    Antoni Zambrowski

    Artykuł pierwotnie został opublikowany w tygodniku "Gazeta Polska".

    Zostań donatorem naszych publicystów:
    Jeśli satysfakcjonuje Cię publicystyka Antoniego Zambrowskiego - możesz wesprzeć Naszego Autora datkiem.
    Konto:
    61 1240 1040 1111 0010 0042 5486
    Bank PeKaO SA III O. w Warszawie
    SWIFT/BIC - PKOPPLPW



    Publicystyka Antoniego Zambrowskiego na ASME


    Czy skrótowiec PiS pozostanie w pamięci Polaków rozwinięty tylko jako Populizm i Socjalizm? - Łukasz Perzyna o narastającej fali etatyzmu w administracji rządowej Wysłane poniedziałek, 5, marca 2007 przez Krzysztof Pawlak

    | Pobierz |








    Czy skrótowiec PiS pozostanie w pamięci Polaków rozwinięty tylko jako Populizm i Socjalizm? - Łukasz Perzyna o narastającej fali etatyzmu w administracji rządowej
    Wysłane poniedziałek, 5, marca 2007 przez Krzysztof Pawlak

    "Telewizja Polska jak wiadomo, jest spółką skarbu państwa, nie jest jej celem zdobywanie zysku i odprowadzanie go do budżetu, jak robią to KGHM czy PKN Orlen - jest to firma, która powinna oferować abonentom specyficzną treść, inną od komercyjnej. Ostatnia zmiana na stanowisku prezesa TVP podzieliła urzędników administracji rządowej, bo wiadomo, że to Jarosław Kaczyński stracił cierpliwość do Bronisława Wildsteina, no i przystał na to, by wspólnie z Samoobroną i LPR zmienić skład Rady Nadzorczej TVP, i mianować urzędnika administracji warszawskiej Andrzeja Urbańskiego. Nie bronię Bronisława Wildsteina, ale podział i jakiś kryzys w PiS jest faktem. Trzeba przyznać, że wynika on - moim zdaniem - z fascynacji etatyzmem" - Łukasz Perzyna, publicysta "Tygodnika Solidarność" i naszej witryny ASME, analizuje wydarzenia z minionego tygodnia odbywające się na wielu scenach działania teatru politycznego.

    W środowiskach konserwatywno-liberalnych jakiś czas temu pojawiło się rozwinięcie skrótowca PiS - jako Populizm i Socjalizm (to nasza witryna była tym prekursorem i jest to niepodzielna, nasza "zasługa" sprzed CZTERECH lat - przyp. ASME). Wiadomo, że działacze PiS musieli sporo zabiegać, by wytworzyć społeczne wrażenie, że to właśnie ONI, a nie Platforma Obywatelska, będą w stanie normalny rozwój gospodarki w Polsce. Niestety, nie chodzi tylko o decyzję o zmianie prezesa we wcale nie najbardziej dochodowej spółce, jaką jest TVP. Pojawił się projekt zmian w spółce PLL LOT, zupełnie inny niż dobrze przeprowadzona prywatyzacja spółki "RUCH". "RUCH" poprzez giełdę zyskał wiele i dobrze się ma - PLL LOT miał być następny. Nowy prezes tej spółki Marek Mazur znalazł się jednak w takiej sytuacji, że Ministerstwo Skarbu Państwa nie ukrywa, że będzie dążyć do jego zmiany i niczego mu nie ułatwi. Reakcją na nieudolność urzędników wobec egzekwowania uprawnień wobec tej spółki ma być w takim razie faktyczna jej nacjonalizacja. A nie to przecież obiecywali w kampanii wyborczej politycy PiS. Ten problem etatyzmu nie dotyczy tylko PLL LOT - może dojść do eliminacji sponsorów naszych niedawnych wicemistrzów w szczypiorniaku, piłce ręcznej, na koszulkach których zawodników pojawiły się loga firm związanych z hazardem opartym na sporcie - bo aż w trzech resortach powstaje projekt przyznający monopol państwowemu Totalizatorowi Sportowemu na zakłady sportowych zawierane w internecie czy za pomocą telewizji. Wydaje się, że lobbyści TS, wcześniej pracujący w UOP i innych służbach, powinni wziąć pod uwagę to, że po takich działaniach pozostanie w pamięci Polaków wspomnienie o... populizmie i socjalizmie, jako memie tych czasów...

    Nagranie trwa ponad 16 minut i jest dostępne w Sieci do 19 IV 2007 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.