marca 14, 2007 - kwietnia 1, 2007


Polska jest atrakcyjna dla inwestycji krajowych i zagranicznych, bo mamy wiele atutów w porównaniu ze starzejącymi się i degenerującymi się społeczeństwami zachodniej części Europy - wykład eksperta CAS Ireneusza Jabłońskiego w Klubie Dyskusyjnym UPR
Wysłane niedziela, 1, kwietnia 2007 przez Krzysztof Pawlak

Przedstawiamy Państwu notację wykładu "Polskie atuty w walce konkurencyjnej w Unii Europejskiej", wygłoszonego przez eksperta Centrum im. Adama Smitha Ireneusza Jabłońskiego w cyklu spotkań Klubu Dyskusyjnego Okręgu Mazowieckiego i Oddziału Stołecznego Unii Polityki Realnej.

"Jak wiadomo, Unia Europejska jest głównie bytem politycznym, budzącym zarówno u Państwa, jak i u mnie wiele zastrzeżeń natury politycznej" - rozpoczął wykład Ireneusz Jabłoński. "Ale jest również bytem gospodarczym, pierwotnym zamysłem była współpraca gospodarcza mająca odbudować szybko Europę po wojnie i stanowić silny organizm jako przeciwwagę dla ówczesnych silnych Sowietów. Nadal istnienie tego gospodarczego pola stanowi o sile UE i daje możliwości na rywalizację dla witalnych, nowych jej członków. A taką witalną i mającą szansę na ekspansję gospodarczą jest gospodarka polska i jej społeczeństwo, co pozwala optymistycznie patrzeć na nasz potencjał rywalizacji na tak dużym obszarze".
W Polsce ta przestrzeń, która jest do wypełnienia przez rozwój gospodarki, jest w znacznej części będzie oparta na usługach, a ich rozwoju nie można sobie wyobrazić bez ludzi. Dlatego oczekiwany jest spadek oficjalnych wskaźników bezrobocia, zwłaszcza wśród młodzieży. By kupić ten sam koszyk dóbr i usług w zachodniej części naszego kontynentu, Polak musi zarabiać 2,8 raza więcej niż u nas - cały czas więc przewaga jest po stronie naszej gospodarki, ale także nie można łatwo, "wprost" przeliczyć zarobionych na Zachodzie, w Irlandii czy Anglii zwiększonych zarobków świeżych emigrantów. Oczywiście - to wolny rynek musi wycenić walutę narodową, a nie jacyś euroentuzjastycznie nastawieni makroekonomiści, dlatego też opowiadamy się za utrzymaniem waluty narodowej, aczkolwiek już same czynniki polityczne nawet bezwzględnie wskazują na jej ochronę, uważa ekspert CAS.
Gospodarka Eurolandu była i jest najwolniej rozwijającą się w naszym kręgu cywilizacyjnym, najszybciej się rozwijała w okresie przedakcesyjnym Polski do UE - gospodarka USA, gorzej trochę - gospodarka całej Unii, czyli Piętnastki, a najwolniej - gospodarka strefy euro, co jest dowodem na to, że ta waluta nie jest panaceum na nic, a co zdają się wmawiać euroentuzjastyczni "eksperci". Polska ma nadal całkiem dobre wskaźniki demograficzne, wbrew temu, co kiedyś twierdzili publicyści pokroju pana Majcherka, którzy mówili, że wskazywanie na czynniki demograficzne jest elementem pochodzącym z epoki dziecioróbstwa i ciemnogrodu (polemiki z lat 2003-04). Ma oczywiście całkiem dobre położenie geograficzne, choć np. rywalizujemy z Niemcami na przejęcie transportu Północ - Południe, na trasie przewozów towarów ze Skandynawii do państw Arabii. M.in. jest winą tow. Muellera (pisownia europejska nazwiska), że dopuścił w okresie swoich rządów do połączenia w tzw. worku turoszowskim systemu autostrad niemieckich z czeskimi - co wydatnie ułatwiło Niemcom transport towarów przez porty na Morzu Bałtyckim. W Polsce zwiększa się liczba studentów uczelni wyższych, co w przyszłości zaowocuje lepszymi wskaźnikami gospodarczymi. Polacy są społeczeństwem najbardziej przedsiębiorczym, mamy największą liczbę przedsiębiorstw na głowę, co jest z niechęcią nawet potwierdzone przez Eurostat. Mamy zarejestrowane prawie 3,5 miliona przedsiębiorstw, choć większość z nich nie płaci podatków dochodowych, a więc też - większość tzw. szarej strefy jest zarejestrowana. W rolnictwie została zachowana struktura gospodarstw rodzinnych, co pozwala na spełnienie dwóch kryteriów pozytywnych dla dobra rzadkiego, jakim jest zdrowa żywność: właśnie ta rodzinność gospodarstw, przy eksporcie na zewnątrz gospodarstw, a jednocześnie zachowano dawne technologie, co pozwala brać cenę dwuipółkrotnie większą niż typową dla żywności produkowanej w zachodnioeuropejskich fabrykach żywności...

Nagranie trwa prawie 1 godzinę i jest dostępne w Sieci do 14 IV 2007 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




O, felix culpa! - prof. Jerzy Przystawa Wysłane sobota, 31, marca 2007 przez Krzysztof Pawlak

Niezwykłe poruszenie środowisk akademickich, wywołane wejściem w życie ustawy lustracyjnej, budzi we mnie mieszane uczucia zaskoczenia i nadziei. Żyjąc i pracując na dużym uniwersytecie od ponad 50 lat, nie przypominam sobie równie gorącej reakcji na cokolwiek się w tym, bogatym w wydarzenia, półwieczu działo. "Gazeta Wyborcza", która stoi niejako na czele "frontu antylustracyjnego", publikuje najbardziej obszerną dokumentację protestu, zamieszczając uchwały rad, wypowiedzi rektorów itp. Prof. Tadeusz Luty, przewodniczący Konferencji Rektorów Akademickich Szkół Polskich, w wywiadzie przeprowadzonym przez Beatę Maciejewską mówi, że "środowisko akademickie jest zobowiązane protestować przeciwko patologiom życia politycznego i społecznego". To są święte słowa i tak powinno być! Tyle tylko, że od czasu historycznej Rady Wydziału Matematyki, Fizyki i Chemii Uniwersytetu Wrocławskiego w marcu 1968 nie przychodzi mi na myśl żadne inne posiedzenie równie dostojnego gremium, na którym uczeni chcieliby się wypowiedzieć na temat jakichś "patologii". Piszę tu o tej właśnie radzie nie dlatego, że jestem (byłem) jej członkiem, ale dlatego, że także wtedy, w roku 1968, nie wiem czy potrzeba było aż palców jednej ręki, żeby policzyć jakie inne oficjalne ciała naukowe do tamtego protestu odważyły się dołączyć?

Wypada postawić pytanie o to gdzie byli rektorzy, gdzie były senaty i rady wydziałów, gdzie było Prezydium PAN, gdy pod obrady Sejmu wchodziła obecna ustawa lustracyjna? Przecież ten akt prawny (jestem gotów zgodzić się z krytykami, którzy twierdzą, że jest to prawny bubel) nie pojawił się z zaskoczenia, nie został uchwalony nagle i w nocy, jak np. sławetna uchwała lustracyjna Janusza Korwin-Mikkego z roku 1992! Wtedy, owszem, wyszedł na mównicę JKM, zgłosił projekt uchwały, Wysoki Sejm zamarł z wrażenia i uchwałę przegłosował. Co się działo potem, wszyscy wiemy. Tym razem było jednak inaczej: projekt był wałkowany miesiącami w Sejmie, pierwsze, drugie, trzecie czytanie, potem w Senacie, potem "apiać" w Sejmie, żeby wreszcie ustawa została uchwalona 18 października 2006 r. Potem upłynęły jeszcze trzy miesiące, gdy łamał sobie nad nią głowę Pan Prezydent RP. Nie przypominam sobie, żeby któryś z Ich Magnificencji Rektorów zwrócił się do swoich uczonych kolegów o debatę i przedstawienie mu opinii instytutów i wydziałów. Nie przypominam sobie, żeby inaczej postąpił którykolwiek z Panów Dziekanów. Nie słyszałem o żadnej spontanicznej inicjatywie podjęcia takiej debaty na żadnej z Akademii.

Profesura polska uwiła sobie w PRL zaciszne gniazdko, z dala od niedostatków i przykrości życia w tamtym systemie. Nauka, generalnie, nie była komunistom polskim do niczego potrzebna, ale te najlepiej wykształcone i twórcze środowiska wypadało spacyfikować, żeby nie dostarczały zbyt wielu kłopotów. Profesorom przyznano więc status świętych krów: chude to to i niedożywione - pensja profesora sięgała 30 dolarów na czarnym rynku - ale w zasadzie pozostawiono nam luksus zajmowania się tym, co nas interesowało, byleśmy tylko nie sprawiali kłopotów władzy. Jak ktoś specjalnie nie podpadł, to w nagrodę mógł dostać paszport, a tam, za granicą, głupi kapitaliści płacili nam pieniądze, jakie naukowcy mają prawo zarabiać i które pozwalały nam, po powrocie, na życie na zupełnie przyzwoitej stopie. Jeśli ktoś się za bardzo "wychylił" to już samo środowisko akademickie dbało, żeby go ściągnąć na ziemię, żeby nie narażał kolegów. Władza nie potrzebowała interweniować. Taka sytuacja przetrwała nawet rygory stanu wojennego. Początkowo internowano co bardziej zaangażowanych profesorów, ale szybko ich zwolniono, bez specjalnych konsekwencji dla ich pracy i pozycji zawodowej. Przeciwnie, pobyt w więzieniu dodał nam tylko nimbu bohaterów-opozycjonistów. Większość z nas zrozumiała lekcję i spokojnie weszła na swoją kościosłoniową wieżyczkę, kontynuując wypróbowaną pokoleniowo (a tylko na chwilę zarzuconą) taktykę "emigracji wewnętrznej". Władza pobłażliwie, a nawet z sympatią patrzyła na te "obywatelskie" postawy uczonych, wykonując różne gesty "w stronę dialogu społecznego". Wystarczy przypomnieć osławioną Radę Konsultacyjną przy Przewodniczącym Rady Państwa, do której generał Jaruzelski zaprosił potężne grono wybitnych profesorów, których cierpliwie i dobrotliwie, wysłuchiwał. Weszli do niej nie tylko tacy dzisiejsi członkowie klasy politycznej jak Ryszard Bender czy Maciej Giertych, ale i wybitny opozycjonista Władysław Siła-Nowicki, czy znany i szanowany w świecie fizyk, rektor Uniwersytetu Warszawskiego i senator Grzegorz Białkowski.

Przez dwa pokolenia utrwalało się w profesurze polskiej przekonanie, że istnieje poza prawem i ponad prawem, że to, co się w kraju wyczynia, czy "w komunie", czy "po komunie", jej praktycznie nie dotyczy. Obroniła się przed represjami po Marcu 1968, przeszła suchą nogą przez stan wojenny, w minimalnym stopniu dotknęły ją skutki transformacji systemowej. Pod tym względem postawa profesorów uderzająco przypomina postawę biskupów polskich. Przeoczyli więc i zignorowali to, co pichcono w kuchni politycznej na bazie pomysłów lustracyjnych. I teraz trzeba jeść polewkę, która jest nie tylko niestrawna, ale nawet wywołuje wymioty. Na dodatek grożą nam, że gdyby ktoś chciał strajk głodowy, to będą karmili na siłę i przez rurkę!

To jest bardzo ciekawa sytuacja, ale budząca nadzieję. Nadzieję na to, że karmienie przez rurkę może nie otworzy brzucha, ale pozwoli otworzyć oczy. Pozwoli przyjrzeć się temu wszystkiemu co wyprawia tzw. klasa polityczna, pozwoli zrozumieć, że najlepsze umysły polskie winne są coś temu krajowi, tym pokoleniom, które poszły do piachu, walcząc o wolną, niepodległą i demokratyczną Polskę. Pozwoli zrozumieć, że problemów polskich nie rozwiąże Unia Europejska ani Kongres Stanów Zjednoczonych. Problemów tych nie rozwiążą też nieuki, które miały trudności ze zdaniem matury, ani bataliony - produkowanych dzisiaj w tysiącach - politologów od siedmiu boleści. Środowiska akademickie muszą podjąć wyzwanie współczesności, muszą się otworzyć na problemy, którymi żyje społeczeństwo i na serio rozejrzeć się za drogami naprawy i reformy.

Przede wszystkim trzeba postawić kres destrukcyjnej metodzie selekcji negatywnej do klasy politycznej. Jeszcze raz przypomnę, co na ten temat pisał wielki filozof hiszpański Jose Ortega y Gasset ("Bunt mas", Warszawa 2006):
"Zdrowie demokracji, każdego typu i każdego stopnia, zależy od jednego drobnego szczegółu technicznego, a mianowicie: procedury wyborczej. Cała reszta to sprawy drugorzędne. Jeśli system wyborów działa skutecznie, jeśli dostosowuje się do wymogów rzeczywistości, to wszystko jest w porządku, natomiast jeśli tego nie robi, to demokracja zaczyna się walić, chociażby cała reszta działała bez zarzutu... Instytucje demokratyczne nie oparte na autentycznych wyborach są niczym".

Stosowana w Polsce procedura wyborcza do Sejmu likwiduje odpowiedzialność, premiuje populizm, wynagradza dyspozycyjność i służalczość, eliminuje ludzi nietuzinkowych i twórczych, generuje korupcję polityczną, degeneruje państwo, uniemożliwiając silne i stabilne rządy. A jakby tego było mało, narusza nasze prawa obywatelskie i zasady konstytucyjne. Wydaje się, że tego wszystkiego aż nadto, aby raczyły tej sprawie przyjrzeć się uczone gremia rektorów, senatorów i profesorów. Tu nie chodzi bowiem o "mieszanie się do polityki" - tu chodzi o najlepiej pojęte bonum commune - o dobro wspólne.

Wrocław, 31 marca 2007

Jerzy Przystawa

  • Prof. Jerzy Przystawa był w kadencji 1990 - 1998 radnym rady miejskiej Wrocławia, startował w wyborach do Senatu Rzeczypospolitej Polskiej przeprowadzonych w dniu 21 września 1997 r.
    Od kilkunastu lat jest jednym z liderów Ruchu Obywatelskiego na rzecz JOW.

    Publicystyka prof. Jerzego Przystawy na ASME.


    Witryna ASME Antysocjalistycznego Mazowsza jest najstarszym serwisem w Sieci - oprócz witryny tematycznej JOW - propagującym ideę JOW

    Miało być: "MY rządzić będziemy inaczej" - Łukasz Perzyna o powrocie błędów z czasów rządów AW"S"-UW w polityce rządzącej formacji PiS Wysłane piątek, 30, marca 2007 przez Krzysztof Pawlak

    | Pobierz |







    Miało być: "MY rządzić będziemy inaczej" - Łukasz Perzyna o powrocie błędów z czasów rządów AW"S"-UW w polityce rządzącej formacji PiS
    Wysłane piątek, 30, marca 2007 przez Krzysztof Pawlak

    "Jarosław Kaczyński spotkał się niedawno z Mathiasem Döpfnerem, szefem wydawnictwa Axel Springer w Polsce. To nie jest nic dziwnego, że szef rządu polskiego zjadł kolację z przedstawicielem międzynarodowej instytucji medialnej, która płaci podatki w Polsce, lecz przy tej okazji ujawniło się parę zdecydowanie niekorzystnych dla tego rządu szczegółów. Po pierwsze: nie podano po nim komunikatu. Nie podano, choć miało być niby to spotkanie kurtuazyjne, jak mówił Jan Dziedziczak, rzecznik prasowy rządu - takie spotkania z innymi reprezentantami są zawsze odnotowywane. Pojawiły się za to przecieki w mediach konkurencyjnych do Axela Springera, wraz z całą możliwą tego spotkania otoczką. Oto niedawno stracił stanowisko prezes Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów Cezary Banasiński za to, że nie dostrzegał przeciwwskazań dla dalszego inwestowania Axela Springera w sektorze mediów, ale mediów, w których do tej pory ten koncern nie był aktywny: mediów elektronicznych, telewizyjnych. A tu już dochodzimy do magicznego pojęcia »koncentracja kapitałowa w mediach«. W podobny sposób postępował na polskim rynku prasowym - usiłując opanować go dla siebie" - Łukasz Perzyna, analityk "Tygodnika Solidarność" i naszej witryny ASME, komentuje ważne, choć mało naświetlone przez merdia "głównego nurtu" wydarzenie ze sfer rządzących.

    Nieskuteczność (co było oczywiste, choć może nie dla premiera) utajnienia tego spotkania kładzie rysę na wizerunku "twardego polityka", nieskłonnego do dogadywania się na jakiś tajnych kolacjach., na jakiego chce się kreować Jarosław Kaczyński. Pamiętamy okoliczności, w jakich przygotowywano "prywatyzację" PZU - co zaczęło się przecież za rządów koalicji AW"S"-UW. Liderzy AW"S" odbywali też tajne kolacje gdzieś w Portugalii - z lobbystą Jao Talone. Czy na naszych oczach odbywa się próba budowania przez przedstawicieli PiS nowej oligarchii medialnej - pokaże przyszłość, zastanawia się publicysta Łukasz Perzyna. Koncernowi Axela Springera jest po drodze z każdą władzą przedtem zamieszczali rzewne materiały o tow. Leszku Millerze, któremu dziennikarz "Faktu" pożyczał kurtkę, by ten mógł jeździć na rowerze i się nie przeziębić, teraz i "Fakt" i "Dziennik" obstawiają obóz "rewolucji moralnej" w Polsce. Ale kiedy się zmieni pogoda polityczna - to springerowscy żurnaliści pierwsi się rzucą oszczekiwać ludzi PiS.
    Nie tylko sepsą można się obecnie zarazić w Polsce - także wirusem kapitalizmu politycznego, zwraca uwagę Łukasz Perzyna.

    Nagranie trwa ponad 13 minut i jest dostępne w Sieci do 13 IV 2007 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.



    Kto utworzy nową partię na terenie zniwelowanym po Platformie Obywatelskiej? - Stanisław Michalkiewicz o zdarzeniach na scenie politycznej po przyjęciu Deklaracji Berlińskiej Wysłane środa, 28, marca 2007 przez Krzysztof Pawlak

    | Pobierz |







    Kto utworzy nową partię na terenie zniwelowanym po Platformie Obywatelskiej? - Stanisław Michalkiewicz o zdarzeniach na scenie politycznej po przyjęciu Deklaracji Berlińskiej
    Wysłane środa, 28, marca 2007 przez Krzysztof Pawlak

    "Amatorzy doskonale wiedzą, że wódka żołądkowo-gorzka wcale nie jest gorzka, raczej słodka, a z żołądkiem ma tyle wspólnego że może szkodzić na żołądek, jak ktoś nie jest przyzwyczajony, a napije się za dużo... Producentem wódki żołądkowo-gorzkiej jest pan Janusz Palikot, przedsiębiorcza z Lubelszczyzny, który jest jednocześnie wybitnym członkiem Platformy Obywatelskiej. Właściwie nie wiedzieliśmy o tym, że jest tym wybitnym członkiem, politykiem i posłem, bo jakoś obiektywy aparatów fotograficznych unikały utrwalenia jakiegokolwiek wybitnego dzieła pana posła, ale ostatnio szalenie się zaktywizował politycznie: wydał książkę i następnie zapowiedział, że jutro - 28 marca złoży wniosek do pana Tuska, by ten wyrzucił pana Jana Marię Rokitę z Platformy. To jest zdarzenie, które mieści się doskonale w sekwencji innych zdarzeń, pozornie od siebie oderwanych, ale mających ze sobą bardzo ścisły związek, mianowicie: przyjęcie Deklaracji Berlińskiej 25 marca, w niedzielę, a wcześniej - ujawnienie nagrań prywatnej rozmowy, jaką przeprowadził w stanie chyba skazującym spożycie... chyba wódki żołądkowo-gorzkiej... pan Oleksy z panem Gudzowatym. W środowisku dżentelmenów utrwalił się już zwyczaj, jak się okazuje, nagrywania prywatnych rozmów, a następnie publikowania tych nagrań na użytek dziennikarzy śledczych, którzy dostają już do pracy gotowce. W tej rozmowie pan Oleksy straszliwie oczernił pana Kwaśniewskiego, że jest nygusem, co jest tajemnicą poliszynela, ale także - że ma kłopoty z wyliczeniem majątku, jaki udało się mu uciułać w czasie dziesięciu lat sprawowania prezydentury, co też właściwie jest tajemnicą publiczną" - Stanisław Michalkiewicz, jeden z najlepszych komentatorów prawicowych, analizuje skutki zbyt dużej konsumpcji wódki żołądkowo-gorzkiej przez znanych i lubianych przez spore grono osób aktorów sceny teatru politykierskiego "polskiego regionu UE".

    Józef Oleksy jest dżentelmenem znanym z dyskrecji umiejącym dochować tajemnicy, w tajemnicy utrzymywał przez cale dziesięciolecia, że jest agentem Agenturalnego Wywiadu Operacyjnego, wcale się z tym ni afiszował, nawet kiedy się to wydało - stanowczo temu zaprzeczał, a tu nagle stał się wymowni wylewny. Co się stało, że na dojrzały wiek pan Oleksy stał się z człowieka dyskretnego - człowiekiem wylewnym? - zastanawia się Stanislaw Michalkiewicz. Upatruje ważnej przyczyny w tym, że pan doktor Olechowski, znanym z tego, że ma zalety fizjologiczne i inne, zapowiedział, że utworzy kolejną partię, jeśli Platforma Obywatelska się nie poprawi. Gazety opublikowały już "sondaż" znanych sondażowni, w którym odpowiedziały na pytanie, że gdyby się pojawiał taka partia, założona przez panów Olechowskiego i Kwaśniewskiego - to natychmiast otrzymałaby poparcie w wysokości 20%!!!
    Józef Oleksy też chce przecież wrócić do polityki i być może nawet tworzyć jakąś partię, bo dlaczego tylko towarzysz Kwaśniewski ma "powrócić do polityki"? Józef Oleksy - jeśli może wrócić do polityki, zamykając powrót tow. Kwaśniewskiemu - to właściwie czemu nie miałby to być taki scenariusz? W tym kontekście należy spojrzeć na stanowisko pana Palikota, który przecież tak wiele zainwestował baaardzo dużo w PO...

    Nagranie trwa ponad 9 minut i jest dostępne w Sieci do 12 IV 2007 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




    "Lody" przełamane? - Stanisław Michalkiewicz Wysłane wtorek, 27, marca 2007 przez Krzysztof Pawlak

    Na marginesie raportu ambasadora informującego o deklaracji kanclerza Bismarcka, że zagraniczna podróż następcy tronu nie ma żadnego, ale to żadnego znaczenia politycznego, rosyjski cesarz Aleksander III napisał: "czto-to zatiewajet etot obier-skot, no czto imienno - nieizwiestno" (to ober-bydlę coś kombinuje, ale co konkretnie - nie wiadomo). Na szczęście dzisiaj już nie te czasy, czasy dyplomacji, co to służyła nie tyle wyrażaniu, co raczej ukrywaniu myśli. Dzisiaj wszystko jest jawne; co w sercu, to i na ustach. Nikt niczego nie kombinuje, a gdyby nawet i kombinował, to o wszystkim natychmiast szczerze informuje. Dlatego też jeszcze nie możemy przyjść do siebie po niezwykle szczodrym obsypaniu narodu polskiego i Polski komplementami przez panią Anielę Merkel, kanclerki Niemiec, która przybyła do Warszawy z wizytą mającą przełamać istniejące ponoć w stosunkach niemiecko-polskich "lody". Skąd te "lody" w sytuacji, gdy Niemcy nie tylko nas komplementują, ale w ogóle - gotowe są przychylić nam nieba?

    Niemcy, jak wiadomo, przyjęły na siebie obowiązki naszego "adwokata" w Unii Europejskiej. Pozycja adwokata jest szczególna; bez względu na rezultat - on zawsze sprawę wygrywa. Stąd też czasami jest przekonany, że również i klient powinien podzielać jego dobre samopoczucie. "Wygrał pan sprawę; trzeba tylko zapłacić i odsiedzieć" - powiedział kiedyś pewien adwokat swemu klientowi. Zanim tedy Niemcy stały się naszym adwokatem, starały się zadbać o interes własny. Np. kanclerz Kohl podczas rozmów przygotowujących traktat "2 plus 4" tzn. RFN, NRD i czterech mocarstw okupacyjnych, forsował pogląd, iż umowy graniczne Polski z obydwoma państwami niemieckimi nie powinny być wiążące dla zjednoczonych Niemiec. Skończyło się na tym, iż traktat pokojowy, o którym wspominały postanowienia konferencji czterech mocarstw w Poczdamie, nie został podpisany, tylko podpisano traktat z listopada 1990 r. o potwierdzeniu istniejącej granicy polsko-niemieckiej, a następnie - w roku 1991 - traktat o dobrym sąsiedztwie i przyjaznej współpracy. Poza tymi ustaleniami pozostały kwestie roszczeń majątkowych osób prywatnych, które dzisiaj dają o sobie znać w postaci 22 pozwów złożonych w Strasburgu przez Powiernictwo Pruskie. Gdyby strasburski trybunał zaczął merytorycznie rozpatrywać chociaż jeden z nich, oznaczałoby to, że stosunki własnościowe na Ziemiach Zachodnich i Północnych zostały poddane arbitrażowi międzynarodowemu, tzn., że suwerenność Polski w tym zakresie została podważona. Wprawdzie pani Merkel została nagrodzona oklaskami przez słuchaczy jej wykładu na UW za stwierdzenie, iż niemiecki rząd działalności Powiernictwa Pruskiego "nie popiera", ale problem polega na tym, że takie poparcie nie jest Powiernictwu do niczego potrzebne, o ile oczywiście Trybunał w Strasburgu jest taki niezawisły, jak o nim mówią.
    Z tego właśnie punktu widzenia warto wrócić uwagę na kontekst, a właściwie przyczynę komplementów, którymi tak szczodrze obsypała nas pani kanclerz Aniela Merkel. Jej uprzejmość była podyktowana intencją przekonania polskich dygnitarzy, by Polska przyjęła konstytucję Unii Europejskiej. Niemcy, które akurat Unii przewodniczą, uznały doprowadzenie do ratyfikacji traktatu konstytucyjnego za najważniejsze zadanie swojej prezydencji. Trudno inaczej, skoro Niemcy przez całe dziesięciolecia finansowały zabawę z europejską jedność. Z jakichś powodów musi być im ona szalenie potrzebna, no a skoro tak, to czyż Polska może długo się takiej potężnej potrzebie opierać? Z pewnością nie może, no i widać, jak słabość woli oporu objawia się w formułowaniu warunków kapitulacji. Jedni chcieliby, dajmy na to, by w "preambule" znalazło się "odniesienie do Boga", bo jużci - jest różnica, czy rezygnujemy z suwerenności państwowej byle jak, czy też - po Bożemu. Bo przyjęcie konstytucji UE oznacza właśnie formalną rezygnację z suwerenności państwowej. Oznajmia o tym art. 1. części I konstytucji UE, nawiasem mówiąc, tak samo prawdziwy, jak pierwsze słowa hymnu sowieckiego ("Niezłomny jest związek republik swobodnych, Ruś wielka na setki złączyła je lat. Nich żyje potężny jednością narodów, z ich woli zrodzony nasz kraj, Związek Rad"). Art. 1. powiada, że "zainspirowana wolą obywateli i państw Europy zbudowania wspólnej przyszłości, niniejsza Konstytucja ustanawia Unię Europejską, której..." i tak dalej. A przecież wiadomo, że "inspiracja" nie wyszła od żadnych "obywateli" ani "państw", bo "obywatele" w referendach tę inspirację odrzucili, a "państwa" mają wątpliwości czy powinny się zdegradować do roli prowincji - tylko od europejsów, zarówno z masońskich lóż Wielkiego Wschodu, jak i socjaldemokratycznej międzynarodówki, która wespół w Kremlem walczyłaby nadal z "amerykańskim imperializmem" - o czym pisał Włodzimierz Bukowski.
    Poniedziałkowe (19 marca) niemieckie gazety cieszą się, że pani kanclerz "oczarowała" polskich dygnitarzy. Ano, nie przyszło jej to chyba specjalnie trudno; jak się kiedyś powiedziało "a", to jakże tu nie powiedzieć "b"? Ciekawe, że już przy "a" w PiS zaznaczyły się "różnice poglądów". Pewnie tak samo "zaznaczą się" przy powiedzeniu "b", ale ostateczna decyzja, z pewnością będzie pozytywna, bo podjęta "zgodnie z sumieniem". Co do tego żadnych wątpliwości mieć nie można, bo jak człowiek politykuje, to jego sumienie także.

    Stanisław Michalkiewicz

    Publicystyka Stanisława Michalkiewicza na ASME i nagrania TV ASME


    Zegarmistrz światła państwowy - Krzysztof Mazur Wysłane wtorek, 27, marca 2007 przez Krzysztof Pawlak

    "Ten zegar jest cały, który po zachodzie słońca zawsze tak w lecie, jako i w zimie każdego czasu 24 godzin wybija jednakowym ciągiem" - pisał za czasów Jana Kazimierza Jakub Kazimierz Haur, którego współcześni biografowie przezywają ekonomistą, chociaż w tamtych dobrych czasach, kiedy nie znano jeszcze tzw. półzegarów, takie zwierzęta jak ekonomiści w dzisiejszym znaczeniu tego słowa jeszcze nie istniały. Jednakże od czasów, kiedy zegary "regulowane były podług wschodu i zachodu słońca południka miejscowego", ludzkość dorobiła się globalizacji, Windowsa, internetu, stref czasowych i uniwersalnego czasu koordynowanego, które to wynalazki same w sobie świadczą o ludzkim geniuszu, niestety - jak wszystkie wynalazki - stanowią często narzędzie inżynierów społecznych.

    W ostatnią niedzielę marca zgodnie z utrwaloną już świecką tradycją, kierując się rozporządzeniem podpisanym jeszcze przez tow. Leszka Millera, przesunęliśmy zegary o jedną godzinę do przodu, przechodząc tym samym na południkowy czas białoruski, co akurat dziwnym zbiegiem okoliczności co roku zbiega się z medialnym i politycznym zaangażowaniem polskiej administracji w obalaniu demokratycznej dyktatury Łukaszenki. Sprawa wydawałoby się z pozoru błaha, wszak kraj nasz pustoszy szereg bardziej dotkliwych plag niż rządowe zabawy z czasem, jednakże jedna rzecz wydała się tym razem niepokojąca. Otóż wbrew temu czego można było oczekiwać tym razem, nikt publicznie nie dowodził, jak takie czasowe przesunięcie pozytywnie wpłynie na oszczędności energii lub takie tam podobne ecie pecie. A brak takich "eksperckich" uzasadnień świadczy, że przestano uważać za konieczne przekonywanie społeczeństwa do takich w istocie bezsensownych posunięć, czyli de facto uznano, że wspomniana tradycje została na tyle ugruntowana, iż nie potrzebuje już tłumaczenia.

    Rząd ciemność widzi
    Poszukując informacji o kształtowaniu się tradycji przesuwania zegarków, można znaleźć informacje, że już Beniamin Franklin postulował stosowanie czasu letniego, jednakże ten polityk i wynalazca używał tego pomysłu raczej w celu pokazania, że ludzie powinni bardziej dostosowywać swój codzienny rytm do rytmu przyrody, czyli także do pór roku i długości dnia. Tak zresztą było od wieków, kiedy ludzie dzielili pory dnia na wyznaczane przez "wschód i zachód słońca zimowy i letni, południe, północ, śniadanie, podobiadek, podwieczorek i wieczerzę, pianie kura, pierwsze, drugie i trzecie...".
    Jednakże standaryzacja postępowała, pod koniec XIX w. wprowadzono czas uniwersalny, kulę ziemską podzielono na strefy czasowe, zmianowo ustawiono prace w fabrykach, no i pojawili się coraz liczniejsi poprawiacze wydajności i ulepszacze systemu, m.in. niejaki William Willet, który na początku minionego wieku opublikował broszurę zatytułowaną "Marnotrawstwo światła dziennego", w której przesuwanie wskazówek zegarków uzasadniał lepszym wykorzystaniem daru naszej największej gwiazdy, co oczywiście miało znacznie poprawić ludzkie samopoczucie i polepszyć kondycję zdrowotna. Jak widać, pierwotnym uzasadnieniem nie była wcale troska o zużycie energii elektrycznej, lecz tęsknota za życiem w blasku dnia, o której w tytułowym songu do kolejnego Bonda śpiewała norweska grupa "A-Ha": "Comes the morning and the headlights fade away/ Hundred thousand people... I'm the one they frame / In the living daylights / The living daylights.... / The living daylights...". Willet pomimo, że trafił na sprzyjający dla takich eksperymentów okres panowania Edwarda VII, to jednakże nie zdołał do lobbowanego pomysłu przekonać ustawodawcy, ale co się odwlecze, to nie uciecze. Jak wiadomo, kobiety do fabryk zostały zagonione podczas wojen światowych, kiedy brakowało rąk do produkcji kul armatnich, w czasie wojen poznawano także wątpliwe zalety maszyny do produkcji banknotów czy przeprowadzano różne eksperymenty fiskalne. Większość tych wynalazków przetrwała, rozbudowana i ulepszona do naszych czasów, tak też stało się z wynalazkiem przesuwania zegarków, który wprowadzono po raz pierwszy w Niemczech podczas I wojny światowej. Praktyczni Niemcy zauważyli, że takie przesuwanie zegarów pozwala zmniejszyć zużycie prądu, tak bardzo potrzebnego i deficytowego w czasie wojny produktu. Za ich śladem poszli Anglicy, którzy w czasie II wojny światowej przesuwali zegarki aż o dwie godziny latem i godzinę zimą.
    Jak wiadomo, gospodarka socjalistyczna jest gospodarką permanentnej wojny z "niedoborami rynkowymi", wielu pamięta jeszcze komunikaty dotyczące stopni zasilania i wyłączanie prądu, a kto nie pamięta - może takie rzeczy zobaczyć w praktyce, np. wyjeżdżając na Kubę. Wszak "...Komunizm to władza radziecka / Plus elektryfikacja...".
    Dlatego też w okresie PRL przesunięcie czasu tłumaczono właśnie oszczędnościami w zużyciu energii, ale praktykę czasu letniego na stałe wprowadzono dopiero od 1977 r. podczas gdy wcześniej dwukrotnie zaniechano (w latach 1949 i 1964) stosowania tejże procedury.

    Władzy radzieckiej ciąg dalszy
    Jak widać, rządy raczej nie stosowały się do rad Bastiata i zamiast wspomagać producentów światła - wprost przeciwnie - prawem regulowały zegarki, aby jak najwięcej światła dziennego spoczywało na naszych głowach. Oczywiście kwestia ta nie mogła zostać pominięta w regulacjach unijnych, dlatego też od 2002 r. czas letni w krajach UE jest wprowadzany na podstawie dyrektywy nr UE 2000/84/EC, która to dyrektywa stanowi m.in., że "ponieważ okres czasu letniego uznany za najodpowiedniejszy przez Państwa Członkowskie trwa od końca marca do końca października, jest wskazane, aby okres ten został utrzymany" oraz "wdrażanie niniejszej dyrektywy powinno ponadto być monitorowane przy pomocy sprawozdania na temat oddziaływania niniejszych przepisów na wszystkie odnośne dziedziny, które ma być przedstawione przez Komisję Parlamentowi Europejskiemu, Radzie oraz Komitetowi Ekonomiczno-Społecznemu...". I tak okazuje się, że z pozoru błahy problem w języku dyrektywy nr UE 2000/84/EC wyrasta na czołowy instrument doganiania przez gospodarki krajów UE gospodarki Stanów zjednoczonych w ramach Strategii Lizbońskiej, o którym to dokumencie nie wiedziano jeszcze w 2001 r., że trzy lata później zostanie wyrzucona do wystandaryzowanego kosza na śmieci. W 1964 r. Polacy przeszli na czas letni dopiero 31 maja, w 1980 r. czas letni w Polsce rozpoczął się 6 kwietnia, obecnie na skutek "najodpowiedniejszego" uznania przez "Państwa Członkowskie" właściwy czas południkowy obowiązuje w naszym kraju zaledwie przez 5 miesięcy w roku, zaś większość miesięcy pracujemy i śpimy w rytmie czasu białoruskiego. Pamiętam, jak onegdaj odwiedzając Lwów, do którego np. z Przemyśla bliżej niż do Krakowa, największym zaskoczeniem był urzędowy czas właściwy dla Kijowa i Moskwy, skutkiem czego wrześniowy poranek zaczynał się w tym mieście ok. 9, a późny wieczór ok. 21 godziny. Niezależnie od tego zmiany w fabrykach i szkołach rozpoczynały się tak samo, jak w Moskwie czy Kijowie, tj. o 6, 7 lub 8 rano, stąd większość pracujących mieszkańców rzadko kiedy w roku miała okazję przegapić wschód słońca. Pewnie było to męczące, ale za to jakie romantyczne! Kto jednakże podróżował kiedykolwiek bladym świtem podmiejską koleją, autobusem lub pociągiem dowożącym klasę robotniczą do miejsca ich pracy, ten zna widok pobladłych zmęczonych twarzy, nieszczęśliwych z tego powodu, że musieli porzucić sen wcześniej niż "pierwsze kury Panu śpiewają", skutkiem czego "Cherubiny... rzędem stają /... Przeciw duchom złym mają zwrócone, / Płaszcze, tarcze - jak żelaza czerwone". Ale który z polityków wychodzi do codziennych zajęć o 5 lub 6 rano, wyjąwszy oczywiście "zamordowanego" przez komisję orlenowską Cimoszewicza? A i ten ma dużo szczęścia, że wschody słońca obserwuje z białowieskiej głuszy. Nie o dolegliwości fizyczne w tym chodzi, ale o coraz szybsze przyzwyczajanie się do traktowania ludzi przez ich wybrańców jak trybiki w maszynerii, które można dowolnie ustawiać, przestawiać, programować - a w razie potrzeby usuwać, by nie psuły obrazu całego mechanizmu.

    Krzysztof Mazur

    Publicystyka Krzysztofa Mazura na ASME


    Dokąd zmierzasz Akademio? - prof. Jerzy Przystawa Wysłane wtorek, 27, marca 2007 przez Krzysztof Pawlak

    Przez polskie akademie przewala się fala buntu i nieposłuszeństwa obywatelskiego. Trudno uwolnić się od mimowolnego Schadenfreude: oto środowisko, które od dziesięcioleci przywykłem uważać za najbardziej oportunistyczne, samolubne i nacechowane serwilizmem wobec każdej władzy; dystansujące się od wszelkich spraw, jakie wykraczają poza własne podwórko - mobilizuje się nagle we froncie "nieposłuszeństwa obywatelskiego", wzywa do nie poddania się rygorom ustawy lustracyjnej i w imię "zachowania godności" gotowe jest do najwyższych poświęceń. Ogłasza profesor Janusz Grzelak, dziekan Wydziału Psychologii UW: "jestem gotów stracić pracę, byle zachować godność". Specjalna uchwała Prezydium PAN z 20 marca 2007 r. stwierdza, że ustawa ta "gwałci zakorzenioną głęboko w polskiej tradycji prawa zasadę autonomii szkolnictwa wyższego i nauki". Zbierają się senaty i rady wydziałów, zbierają się rektorzy i z całej Polski rozlega się jeden wielki "jęk" protestu!

    Na czele, co naturalne, stają humaniści, w pierwszym rzędzie rady wydziałów prawa. Któż, jak nie profesorowie prawa są bardziej kompetentni by orzec, że inkryminowana ustawa jest bublem prawnym i postawić jej dziesiątki zasadniczych zarzutów? Któż jak nie poloniści najlepiej potrafią ocenić, czy to, co zapisane w ustawie jest zgodne z duchem języka polskiego? Naturalne jest więc i to, że w czołówce obywatelskiego sprzeciwu, ramię w ramię z prawnikami, stają poloniści i językoznawcy, ze słynnym opiekunem poprawnej polszczyzny, profesorem Janem Miodkiem. Nawet fizyk, rektor Uniwersytetu Jagiellońskiego, który jako pierwszy ogłosił, że jego uczelnia spełni "niezwłocznie" obowiązek lustracyjny, pod wpływem perswazji prawników i polonistów, zrozumiał, że w języku polskim "niezwłocznie" oznacza "kiedy ustaną wszelkie wątpliwości", a te rozstrzygnąć może dopiero werdykt Trybunału Konstytucyjnego! No a wątpliwości przecież nie brakuje. Do tego stopnia, że rektor Uniwersytetu Gdańskiego raczej przekwalifikuje swoich profesorów w asystentów, niż pozwoli na to, żeby ich tak niesprawiedliwie upokarzano.

    Rzecznik Praw Obywatelskich, dr Janusz Kochanowski, akademik jak najbardziej, wyznał w TVP, że 26 lat czekał na tak wspaniały przykład zaangażowania obywatelskiego środowisk akademickich. Nasz ombudsman dostrzega wszystkie wady ustawy lustracyjnej i nawet nosi się z zamiarem zaskarżenia jej do Trybunału Konstytucyjnego, jednakże reakcja jego uczonych kolegów wprawia go w zdumienie. Istotnie, ani w czasie stanu wojennego, ani po jego zniesieniu, ani w ciągu całych 17 lat istnienia wolnej Rzeczypospolitej, trudno znaleźć podobny przykład solidarnej obywatelskiej postawy polskich uczonych. A przecież działo się wiele, bubli prawnych naprodukowano bez liku, prawa nie tylko pojedynczych obywateli ale i całych wielkich grup społecznych, nie jeden raz wystawiane były na szwank. Dr Kochanowski jakby miał do nas pretensje jeszcze od czasów stanu wojennego, ale senaty, wydziały i rektorzy starannie unikali "mieszania się do polityki" także już w Wolnej Polsce, a więc gdy komunizmowi wybito już wszystkie zęby. Ostatnie 17 lat to okres historycznej transformacji ustrojowej, podczas której gwałtownym zmianom ulegał i sam ustrój państwa, i prawie wszystkie instytucje i następowały ogromne przemiany społeczne. Przy takich procesach niezliczoną ilość razy gwałcone i naruszane były prawa, popełniono masę niegodziwości, które dotykały nie tylko pojedynczych ludzi, ale całe wielkie grupy społeczne i wolno postawić pytanie: gdzie w tym wszystkim słychać było głos "wydziałów i senatów", jakie stanowisko zajmowało w nich środowisko akademickie?

    - Gdzie był głos uczonych, gdy z pogwałceniem wszelkich zasad "ponownie" rejestrowano NSZZ "Solidarność", z arbitralnie zmienionym statutem i z czystką w Związku, która zepchnęła na margines polityczny większość członków jego krajowych i regionalnych władz, eliminując ludzi, którzy z najwyższym poświęceniem walczyli o jego powrót do życia publicznego?

    - Jakie stanowisko zajmowały gremia akademickie kiedy budowano fundamenty III Rzeczypospolitej, zasady konstytucyjne, prawa wyborcze?

    - Jak zareagowali rektorzy i senaty, gdy w trakcie historycznych wyborów czerwcowych zmieniano ordynację, aby zanegować decyzję społeczeństwa, które odrzuciło w całości tzw. listę krajową?

    - Co oświadczały statutowe władze akademickie, kiedy Polska stawała się największą w świecie pralnią brudnych pieniędzy, kiedy z dnia na dzień "wyparowywały" oszczędności milionów obywateli, kiedy likwidowano dorobek pokoleń, a tajni i jawni "współpracownicy służb" - kosztem milionów ludzi bezceremonialnie pozbawianych pracy i środków do życia - z dnia na dzień stawali się milionerami? Bezrobocie nie dotknęło przecież środowisk akademickich, przeciwnie, stworzyło niezwykłą okazję do dorobienia się łatwym kosztem, do utworzenia całej masy pseudouczelni, w których pseudouczeni, sprzedając pseudowiedzę mogli zwielokrotnić swoje dochody.

    - Polscy ustawodawcy pobili już rekord świata w częstotliwości zmian i poprawek podstawowego prawa ustrojowego, jakim jest ordynacja wyborcza do Izby Ustawodawczej, fundując nam przy każdych wyborach nową procedurę wyborczą, jakby nie było wielowiekowego dorobku ludzkości w tej dziedzinie. Wszystkie te procedury naruszają podstawowe prawa obywatelskie i zasady sformułowane w Konstytucji, dezintegrując scenę polityczną, generując podziały społeczne i korupcję. Jednakże kiedy rok temu kilkudziesięciu profesorów, różnych specjalności i z różnych uczelni, zwróciło się do Konferencji Rektorów Akademickich Szkół Polskich o otwarcie debaty publicznej w tej sprawie, odpowiedzią było milczenie, bo "rektorzy nie mogą mieszać się do polityki".

    Ustawa lustracyjna niewątpliwie posiada wady, które nie przynoszą zaszczytu jej twórcom. Najprawdopodobniej środowiska akademickie będą w stanie przeszkodzić jej egzekucji, tym bardziej, ze uderza ona w zaplecze doradczo-eksperckie rządzących. Będzie to jednak zwycięstwo pyrrusowe, a jego skutkiem będzie utrata społecznego autorytetu uczonych i nauczycieli akademickich. Aby się dowiedzieć, jaki jest stosunek "zwykłych zjadaczy chleba" do tego protestu środowiskowego, wystarczy zajrzeć do Internetu, który jest dzisiaj jedynym naprawdę wolnym medium, w którym internauci mogą swobodnie prezentować swoje opinie. Nie są to, w żadnym razie, opinie pochlebne.

    Jeśli autorytet uczonych środowisk ma być uratowany, to uczeni, ich rady i senaty muszą wychylić się nieco ze swojej "wieży z kości słoniowej", porzucić postawę eskapizmu i ignorowania najbardziej żywotnych problemów państwa i narodu. Uniwersytety i akademie nie mogą nadal być jedynie bankiem - magazynem, z którego rządzący, według własnego uznania, dobierają sobie usłużnych potakiwaczy i "ekspertów" gotowych zawsze znaleźć uzasadnienie ich najbardziej nawet absurdalnych pomysłów. Uniwersytety nie po to istnieją, aby produkować ludzi z dyplomem. Społeczeństwo ma prawo spodziewać się po nas czegoś więcej.

    Wrocław, 26 marca 2007

    Jerzy Przystawa

  • Prof. Jerzy Przystawa był w kadencji 1990 - 1998 radnym rady miejskiej Wrocławia, startował w wyborach do Senatu Rzeczypospolitej Polskiej przeprowadzonych w dniu 21 września 1997 r.
    Od kilkunastu lat jest jednym z liderów Ruchu Obywatelskiego na rzecz JOW.

    Publicystyka prof. Jerzego Przystawy na ASME.


    Witryna ASME Antysocjalistycznego Mazowsza jest najstarszym serwisem w Sieci - oprócz witryny tematycznej JOW - propagującym ideę JOW

    Mistyka Służby III Wysłane poniedziałek, 26, marca 2007 przez Krzysztof Pawlak

    Heej, tam na równinie...
    stoi chata w śnieguuu...
    Heeej, ukochaj mnie mocnoo...
    mój malusi śpie.... guu!...

    "Pamiętnik znaleziony w wannie"

    Patrz też:

    Mistyka Służby II

    Mistyka Służby

    Niektórzy starsi, a właściwiej: bardziej dojrzali wiekiem obserwatorzy sceny teatralnej polityki naszego (?) "polskiego regionu UE" pamiętają oznajmioną niby mimochodem uwagę tzw. generała MO, tow. Czesława K., obecnie o statusie przestępcy nieprawomocnego, o piętnastoletnim okresie danym do dyspozycji nomeklaturze PZPR-owskiej i jej janczarom z "wiejskich" (poprzednie i właściwe miejsce pracy, a zarazem wyznania agenturalnego tow. generała MO) i "chuopskich" struktur - na "zagospodarowanie się" w nowych rolach "kapitalistów nowego etapu".

    Najsmaczniejsze cymesy i frukta nie tylko apanażowe, a też wpływów (tym razem gospodarczych, poprzez nie - politycznych) zawsze były związane z sektorami "wrażliwymi" dla każdego państwa, a więc m.in. z zapewnieniem bezpieczeństwa i stabilności funkcjonowania podstawowych jego wymiarów. Do nich w pierwszym rzędzie zaliczane są organizacje związane ze stosowaniem przemocy, a więc siły zbrojne, aparat policyjny; w równorzędnym poziomie - "baza materiałowa" stanowiąca o poziomie cywilizacyjnym państwa, a więc - posiadanie zapasów surowców adekwatnych do używanych przez większość innych państw o podobnym statusie cywilizacyjnym. Dla ilustracji: można sobie wyobrazić pojazdy wojskowe jeżdżące na holc-gazie, otrzymywanym z destylacji drewna, które w sporym wymiarze może być pozyskiwane z terytorium RP, ale już prowadzenie działań zbrojnych w oparciu o taki surowiec jest fantasmagorią, którą m.in. przetestowali Niemcy w II wojnie światowej z negatywnym efektem. Na obecnym etapie rozwoju cywilizacyjnego ważne są obecnie - gaz ziemny i ropa naftowa, nie tylko dla celów i zastosowań wojskowych, ale i cywilnych. Z tego powodu większość uwagi służb wojskowych na całym świecie zogniskowana jest na sposobie w miarę bezkonfliktowego pozyskiwania tych surowców, a wszelka agentura wszystkich aspirujących do bycia poważnymi i takich w rzeczywistości będących służb państwowych za cel pierwszoplanowy ma zadane działanie w tym kierunku. Agent danego państwa bez złoża ma zapewnić pomyślność zdobycia dostępu, agent państwa ze złożem - zapewnić pewność uzależnienia państwa-odbiorcy od państwa-posiadacza. Łopatologicznie proste. Do wykonywania roboty papierkowo-fakturującej są potrzebne jeszcze banki, przypomnieć nie od rzeczy więc w tym miejscu należy historię niegdysiejszego Banku Handlowego, który przez cały okres PRL właściwej stanowił zaplecze finansowe i rozliczeniowe SS PRL. Obecnie - Citybank Handlowy, od pewnego czasu w zarządzie amerykańskim; z tego samego okresu datuje się rozrost banków typu Bank Millenuim (primo voto Big Bank, później połączony w wyniku "fuzji" z Bankiem Gdańskim).

    Przejdźmy do najnowszych ustaleń. Wybuchła "afera taśm Oleksego", sprokurowana przez panów Gudzowatego i Kosska (byłego instruktora jednostek antyterrorystycznych, więc - służb specjalnych, odznaczonego m.in. bardzo wysokim odznaczeniem przez Rosjan "Za bor'bu s terrorizmom" o numerze 6.: "za sistematiczeskuju pomoszcz w profiesjonalnoj podgotowkie sotrudnikow podrazdelenij antiterrora" oraz Złotą Odznaką Centrum Antyterrorystycznego "VITYAZ", Medalem "Za Pomoc w działaniach Antyterrorystycznych", Złotym znakiem "Za Pomoc w działaniach Antyterrorystycznych", medalem "Za Wykonanie Niemożliwego" - wszystko wspaniałe i na pewno zaszczytne odznaczenia rosyjskie. Tylko pogratulować, więc niniejszym to czynimy.), obecnie szefa ochrony w firmie pana Gudzowatego Bartimpeks, w której się znalazł po tym, jak odszedł "w konflikcie" z oddziału antyterrorystycznego Komendy Stołecznej Policji w 1999 r.
    Pan Gudzowaty "osiadł na rurze" z gazem w wyniku działań administracji państwowej za okresu pierwszych rządów post(?)komunistów w pierwszej połowie lat 90. ub. wieku, kiedy scenariusz "15-latki" tow. Czesława K. zaczął być dopiero wdrażany do gospodarki PRL-bis w wyniku uzgodnień magdalenkowych, wcześniej oczywiście mających akceptację instancji znacznie wyższego rzędu, bo pochodzącą z okolic niegdysiejszego pod-, obecnie już moskiewskiego lotniska Chodynka.
    Żurnaliści wszelkich mediów zachłystują się - wraz z nimi lansowani na "internetowe gwiazdki" pseudonimowi autorzy tzw. blagów (...raczej..., bo rzadko tam pojawia się coś sensownego, ale za to okazji i możliwości do dezinformacji, co jest solą działań służb - co niemiara...) pozornie ukrytymi zamierzeniami wywołanej przez powyższy tandem gazowo-specjalny awantury, mającej na celu ponoć skompromitowanie znamienitych osobistości do niedawna będących na świecznikach władzy w "polskim regionie UE", a wywodzących się z aktywów osobowych partii komunistycznej, rządzącej w imieniu Sowietów Polską Rzeczpospolitą Ludową, faktycznie zaś - zwyczajnych kolaborantów powojennego okupanta Polski. Nie od rzeczy w tym miejscu będzie przypomnienie, co stało się z archiwami niemieckiej służby specjalnej - gestapo po II wojnie: zostały przejęte przez sowiecki Smiersz, a później przez Informację Wojskową i Ministerstwo Bezpieczeństwa Państwowego, poprzedników późniejszego MSW PRL i jej służb specjalnych - WSW/WSI i "cywilbandy" SB/UOP. W ten sposób tysiące agentów i współpracowników "tysiącletniej Nowej Wspaniałej Europy" podług pierwszego nowożytnego scenariusza niemieckiego uniknęło - dokonując błyskawicznego, niezbyt dobrowolnego przewerbowania - poniesienia kary za akt zdrady i kolaboracji w postaci - wtedy najczęściej stosowanego wymiaru sprawiedliwości nie tylko "ludowej" - stryczka.
    Od czasu pierwszej wojny w Zatoce Perskiej, operacji "Pustynna Burza", a szczególnie - drugiej operacji wojskowej "Wyzwolić Irak" nadal trwającej w Iraku, z niezaognionymi jeszcze odgałęzieniami w Gruzji, Azerbejdżanie, Kazachstanie, a już od lat militarnymi - w Afganistanie, którędy ma przechodzić strategiczny ropociąg i gazociąg do pakistańskiego terminala paliwowego, jak to wymierzyli przed laty planiści-stratedzy waszyngtońscy - ich koledzy z służb amerykańskich, a także z NATO zaczęli przykładać zwiększone znaczenie do czystości "zaplecza europejskiego teatru wojennego", gdzie Polska zajmuje zaszczytne (?) pierwszoszeregowe miejsce. Zmiana ekipy rządzącej w PRL-bis z "ucywilizowanych post(?)komunistów" na zdecydowanych optantów łączenia losów państwa z zachodnim odłamem cywilizacji Białego Człowieka - która odbyła się niemal w wyznaczonym przez tow. generała MO terminie - przyspieszyła proces "odwojowania", a raczej: likwidacji służb specjalnych związanych z minionym reżimem kolaborantów Sowietów. Czas likwidacji WSI wyznaczył moment opowiedzenia się agentów SS PRL i ich współpracowników po albo stronie Nowej Władzy, albo - całkowitej i z pewnością dla wielu katorżniczej "dezaktywacji" z życia publicznego, gospodarczego i oczywiście - politycznego. Wśród specjalistów, analityków dziedziny gier operacyjnych doniosłym echem odbił się raport związanego z niecywilną częścią establiszmentu waszyngtońskiego Instytutu Stratfor, którego klientami są m.in. liderzy polityki Stanów Zjednoczonych oraz tzw. CEO, czyli najwyżsi menedżerowie m.in. przemysłu surowcowego tego kraju, a który wysoko ocenił fakt totalnej likwidacji WSI w naszym kraju, dzięki czemu ponoć wpływy obcych (czytaj: tylko wschodnich) służb specjalnych na administrację państwową został drastycznie zminimalizowany.
    Od pewnego czasu polskie media karmią swych odbiorców strzępami wiadomości o kolejnych próbach pozyskania na potrzeby polskiej gospodarki źródeł surowców energetycznych czynionych przez "polskich oligarchów", których potęgi finansowe urosły po "układzie magdalenkowym", pokroju pp. Krauzego czy - najnowsza propozycja - fantastycznego, niemal w czepku urodzonego inwestora giełdowego Romana Karkosika, który zarządza grupą kapitałową Boryszew - Impexmetal. Te pierwsze przedsiębiorstwo zajmuje się chemią przemysłową, także - środkami chemicznymi dla polskiego wojska, drugie - obrotem metalami, które zawsze podlegały "koncesjonowaniu" w związku z zastosowaniami w przemyśle militarnym. Historia się powtarza - jak zawsze - bo mało kto, nawet wśród kadry oficerskiej, więc ludzi lepiej obeznanymi z bezpośrednim zagrożeniem życia, dobrowolnie ma ochotę podlegać "dezaktywacji" przez wymiar sprawiedliwości.

    Istatotą działań tandemu Gudzowaty - Kossek nie jest dostarczenie DOWODÓW pasożytniczej i aferalnej działalności kacyków PZPR-owskich, pochodzących nie tylko z obozu "Wielkiego Pałacu", ale także i "Małego Pałacu" - lecz danie do myślenia ILE i JAKIE MATERIAŁY MOGĄ być JESZCZE w ich posiadaniu. Metoda wzbudzenia strachu u autentycznych przekręciarzy, macherów afer z okresu kilkunastu lat tzw. III RP, a właściwie – PRL-bis, jest znacznie lepszym narzędziem władzy nad szeregami "byznesmenów" rodem z - sielankowo dotąd, a zwłaszcza za "prezydentury" tow. "prezia" Olka "Disko-polo", odmalowywanych przez aparat medialnej propagandy prasowo-elektronicznej - "wiejskich" latyfundiów, na które podzielona została PRL-bis. I ten strach, i wymuszone poprzez niego posłuszeństwo specjalnych funkcjonariuszów starają się zaoferować Nowej Władzy stojący obok ramienia oligarchy polskiego poziomu Gudzowatego jego kamraci. Jeden kontrakt został zawarty, o czym poinformował jeden z tzw. tygodników opinii, publikując "wstrząsające" doniesienie o wykreśleniu nazwiska oligarchy z niedawno opublikowanego Raportu na temat WSI. Ile i czyich "zadaniowań" pozostaje w sferze półcienia i całego cienia?

    Opisane przez Mistrza Stanisława, tym, razem - Lema (uwielbianego przez Rosjan, którzy wydawali jego dzieła wielokrotnie w wielkich nakładach) tryplety, kwadruplety i kwintuplety mogą się jawić jako mara chorego na zawodową podejrzliwość funkcjonariusza Gmachu, jednak gdzie owe "wpadunki" i demaskacje? Nie ma? Nie ma. Sąd w przypadku "awosza", tow. Oleksego orzekł wyniośle, że ten "mógł się mylić" co do potrzeby samoujawnienia się w wyniku procesu lustracyjnego, a więc PRL-owskie "wiejskie" do imentu AWO - to taka tylko była niewinna igraszka dla młodych adeptów nomenklatury PZPR-owskiej. Działalność trójcy Gudzowaty - Kosek - Oleksy można oczywiście podciągnąć pod owe demaskacje Mistrza Lema, jednak stopień zapętlenia powiązań każdej z tych osobistości przywodzi na myśl raczej wielowymiarowość i transcendecję służby w jej aspekcie państwowym. Przygotowanie jednego montażu, o czym najlepiej wiedzą zdolni rosyjscy adepci innego Mistrza - Sun Tsy - trwa latami i nigdy nie jest działaniem jednopłaszczyznowym czy jednowątkowym. Zdemaskowani agenci Chodynki w strukturze administracji brytyjskiej byli pozyskani na etapie studiów wieku młodzieńczego i minęły lata, zanim byli efektywnie wykorzystani na wysokich, państwowych posadach.

    Pozostanie więc tylko znane, podstawowe pytanie z "Pamiętnika znalezionego w wannie": "O co chodzi w talerzyku?" O ten serwis? Czyj serwis? Dla kogo czyniony? Podstawka? Kto podstawia? I - kogo...
    Kto na nie odpowie? Profesor Sempriaq, starszy kremator, profesor Deluge, kierownik katedry obojga infiltracji, agenturystyki i prowokatorystyki, profesor desemantyzacji Barran, znawca kazuistyki zdrady i pragmatyki zdradziectwa (skąd wzięte tryplety i kwintuplety, a warto zauważyć, że przed paroma dniami profesura z kilku uniwersytetów zaprotestowała przeciw lustracji na uczelniach...), może po prostu Tam: panowie emeryci Michajłow, Timochin, Ładygin i obecnie na posterunku - Korabielnikow, a Tu: pp. Naimski i Macierewicz?

    Pocieszającym w tym zagmątwianiu obrazem jest sylwetka skulonego księdza Orfiniego, który jak zawsze, w narzuconej na mundur sutannie, siedzi gdzieś z boku i spisuje wszystkie akcje oraz re-akcje, w stosownym momencie stawiając kropkę po ostatnim zdaniu...

    Krzysztof Pawlak

    Publicystyka Krzysztofa Pawlaka na ASME


    Nie będzie ekstradycji Stefana Michnika - Tadeusz M. Płużański Wysłane poniedziałek, 26, marca 2007 przez Krzysztof Pawlak

    Na temat:

    OCZEKUJEMY KOLEJNYCH EKSTRADYCJI KOMUNISTYCZNYCH ZBRODNIARZY - STEFANA MICHNIKA I JÓZEFA BIKA VEL BUKARA
    O TYCH, KTÓRZY SCHRONILI SIĘ W SZWECJI

    WOLIŃSKA Z MORELEM DO ZUS-U!

    APELUJEMY DO WŁADZ RP: SPRAWDŹMY WNIOSEK BYLEJ STALINOWSKIEJ PROKURATOR O PRZYZNANIE BRYTYJSKIEGO OBYWATELSTWA
    CZY HELENA WOLIŃSKA-BRUS MUSI BYĆ BEZKARNA?

    Stefan Michnik, stalinowski sędzia wojskowy, przyrodni brat naczelnego "Gazety Wyborczej", a także - co niedawno wyszło na jaw - agent zbrodniczej Informacji Wojskowej, nie poniesienie żadnej odpowiedzialności za swoje bezprawne czyny. Przyznają to - oczywiście pośrednio - nawet ścigający go prokuratorzy IPN. Od lat nie można bowiem ustalić, czy obecny obywatel Szwecji Stefan Michnik to ta sama osoba, co były obywatel Polski o tym samym imieniu i nazwisku. Nasi śledczy nie są w stanie go zidentyfikować, gdyż... w szwedzkich dokumentach jego data urodzenia różni się o jeden dzień od tej, która figuruje w dokumentach polskich. Niewykluczone, że w innym przypadku Szwecja, gdzie Michnik mieszka, wydałaby Polsce tego mordercę w todze.

    Sędzia Stefan Michnik podzieli zatem los prokurator Heleny Wolińskiej-Brus, na której ekstradycję nie zgodziła się "ze względów humanitarnych" Wielka Brytania i komendanta Salomona Morela, którego Polska tak skutecznie ścigała, że oprawca zmarł przed miesiącem w Izraelu. Tak samo będzie z pewnością z drugim Polakiem, który przed laty też schronił się w Szwecji: Józefem Bikiem. Ten stalinowski śledczy jest odpowiedzialny m.in. za zamordowanie Danuty Siedzikówny "Inki", 17-letniej sanitariuszki z oddziału legendarnego Zygmunta Szendzielarza "Łupaszki".

    WYŁUDZIĆ EMERYTURĘ

    Józef Bik (żyje pod zmienionym nazwiskiem Bukar) zatarł za sobą ślady na ponad 35 lat. I tak by pewnie zostało, gdyby sam się nie ujawnił. Ponad dwa lata temu Bik-Bukar przysłał do IPN list, w którym prosił o wydanie zaświadczenia, że po wojnie pracował w... Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego. Był przekonany, ze dzięki temu dostanie wyższą emeryturę. Stalinowiec nie był jeszcze świadom, że za chwilę III RP będzie odbierać wysokie świadczenia mundurowe komunistycznym zbrodniarzom (przypomnijmy tylko, że udało się to zrobić np. w przypadku Wolińskiej, ale np. Morela uchroniły przed tą finansową "zemstą" absurdalne przepisy).
    Po odszukaniu i przeanalizowaniu akt Bika-Bukara okazało się, że w latach 1948 - 1949 był zastępcą naczelnika wydziału śledczego Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Katowicach. Z Polski wyjechał - tak jak Stefan Michnik - na fali pomarcowej emigracji 1968 r.
    Katowicki IPN napisał akt oskarżenia: "Józefowi B. zarzucamy popełnienie zbrodni komunistycznej, której dopuścił się w czasie przesłuchań członków organizacji Polskie Siły Demokratyczne i Polska Tajna Armia Wyzwoleńczo-Demokratyczna. Bił ich, znęcał się i zmuszał w ten sposób do składania zeznań". Potem do Szwecji pojechał prokurator IPN, aby przesłuchać byłego śledczego (czy nie można tak było zrobić również z Wolińską i Morelem?!). Od tej pory rozpatrywana jest ekstradycja Bika velBukara do Polski.

    AGENT I REZYDENT INFORMACJI WOJSKOWEJ

    Ale wróćmy do Stefana Michnika. W wydanej przez IPN książce Krzysztofa Szwagrzyka "Prawnicy czasu bezprawia. Sędziowie i prokuratorzy wojskowi w Polsce 1944-1956." czytamy: "Największe sukcesy w tajnej współpracy osiągnął Stefan Michnik, pozyskany na zasadzie dobrowolności przez sekcję Informacji Wojskowej, istniejącą przy OSP [Oficerskiej Szkole Prawniczej - TMP], w Jeleniej Górze. 13 III 1950 r. przyjmując ps. "Kazimierczak", napisał: »Ja, Stefan Michnik […], zobowiązuję się do współpracy z Organami Informacji Odrodzonego Wojska Polskiego, mając na celu wykrycie szpiegów, sabotażystów, dywersantów i wszelkiego rodzaju innego wrogiego elementu, działającego na szkodę WP i ustroju Polski Ludowej«. Już 15 IV 1950 r. otrzymał pierwsze 1.000 zł zapłaty za »sumienne wykonywanie zadań«. W trakcie trzyletniej współpracy Michnik był początkowo informatorem, a następnie rezydentem OZI w 1. kompanii OSP [Oficerskiej Szkoły Prawniczej - TMP]. W kwietniu 1951 r., z chwilą przeniesienia do stolicy na stanowisko asesora warszawskiego WSR [Wojskowego Sądu Rejonowego - TMP], został rezydentem w Wydziale Informacji Garnizonu Warszawskiego, mającym »na kontakcie« 6 informatorów: »Romańskiego«, »Chętkiego«. »Żywca«, »Czarucha« ("Czarnucha"?), »Szycha«, »Zbotowskiego» ("Zborowskiego?")". 10 czerwca 1953 r. zaprzestano współpracy z TW "Kazimierczakiem". Jednym z powodów było jego członkostwo w PZPR.
    Wyjaśnijmy: rezydent to agent, który stoi na czele autonomicznej sieci własnych tajnych informatorów. Zostawała nim osoba, ciesząca się wyjątkowym zaufaniem. Niełatwo było zdobyć taką pozycję w Informacji Wojskowej - instytucji, która z natury rzeczy nie ufała nikomu. Na rezydenta był również typowany inny agent IW - Wojciech Jaruzelski, pseudo "Wolski". Prócz Michnika i Jaruzelskiego wymieńmy jeszcze jednego tajnego współpracownika tego wojskowego kontrwywiadu. To szanowany do dziś przez niektóre środowiska socjolog i filozof Zygmunt Bauman, oficer polityczny Dywizji Kościuszkowskiej.

    DEKLARACJA PRZEŻYŁA SWOJEGO AUTORA

    Nie za Informację Wojskową Stefan Michnik jest jednak dziś "prześladowany", ale pracę w stalinowskim sądownictwie wojskowym. Ten były sędzia w randze kapitana ma bowiem na koncie co najmniej dziewięć wyroków śmierci na niewinnych ludzi (część została wykonana).
    Procedura ścigania Michnika sięga kilku lat. Zapowiedź wystąpienia o jego ekstradycję ze Szwecji była pierwszą publiczną deklaracją, jaką złożył w 2000 r. prof. Witold Kulesza, szef świeżo powstałego pionu śledczego IPN - Głównej Komisji Ścigania Zbrodni Przeciwko Narodowi Polskiemu. Kulesza stwierdził, że przynajmniej w jednym z trzech procesów politycznych, które zbadał, skład sędziowski, w którym zasiadał Michnik, dopuścił się zbrodni sądowej.
    Sprawa kpt. Michnika nabrała rozgłosu już wcześniej - za rządów w ministerstwie sprawiedliwości Hanny Suchockiej. Na jej biurku znalazły się dwa wnioski - o wszczęcie śledztwa wobec stalinowca (autorstwa Ligi Republikańskiej) oraz jego ekstradycję ze Szwecji. Zarzuty były konkretne - wydawanie wyroków śmierci w sfingowanych procesach politycznych, co w myśl polskiego kodeksu karnego stanowi przestępstwo. Oba wnioski nie doczekały się jednak rozstrzygnięcia. W jednym z wywiadów Suchocka stwierdziła, że nie będzie zajmować się ewentualną ekstradycją Michnika do Polski, gdyż sprawa nie leży w kompetencjach prokuratury powszechnej, ale pionu śledczego IPN (który jeszcze nie istniał i w którego powołanie mało kto wówczas wierzył). Kiedy IPN wreszcie powstał i prof. Kulesza mógł złożyć swoją deklarację, wydawało się, że dojdzie do ekstradycji Stefana Michnika i nastąpi to szybko. Na zapowiedziach jednak się skończyło. Deklaracja przeżyła nawet swojego autora. Prof. Kulesza został niedawno odwołany, a w kwestii sędziego Michnika prawie nic się nie zmieniło. Prawie, bo teraz nawet prokurator prowadzący śledztwo nie może jednoznacznie odpowiedzieć na pytanie, czy do ekstradycji w ogóle dojdzie. Oznacza to oczywiście, że nic z tego nie będzie.

    ZASZKODZIĆ NACZELNEMU "WYBORCZEJ"

    Sprawa Michnika umrze zatem śmiercią naturalną. Niemała w tym zasługa środowisk przeciwnych rozliczaniu przeszłości, które od lat robiły wszystko, aby ukręcić łeb (oczywiście sprawie, a nie Michnikowi). Tym razem nie chodziło już tylko o "niechęć" do ujawnienia historycznej prawdy, ale również, a może przede wszystkim o Adama Michnika. Stefan Michnik w jednym z wywiadów twierdził zresztą, że zainteresowanie jego osobą (dodać trzeba - minimalne) ma na celu zaszkodzenie naczelnemu "Wyborczej".
    Dziennikarz Michnik też zajął stanowisko w sprawie byłego sędziego Michnika. Jego gazeta dokonała bowiem ciekawego zabiegu - wydrukowała (przyznając sobie palmę pierwszeństwa) pełny tekst raportu tzw. komisji Mariana Mazura (zastępcy prokuratora generalnego PRL), powołanej w 1956 r. do "zbadania przejawów łamania praworządności" w najwyższych organach sądownictwa wojskowego. Dziwnym trafem "Wyborcza" zapomniała, że prawie cały dokument był już wcześniej publikowany. Pierwszy ujawnił go wybitny znawca stalinizmu, prof. Jerzy Poksiński w sztandarowej do dziś pracy, dotyczącej tego okresu pt. "My, sędziowie nie od Boga". Wszyscy szanujący się badacze lat 1944-56 od kilku lat znali treść książki i nazwisko Stefana Michnika, jako jednego ze skompromitowanych sędziów, którzy wydawali wyroki pod dyktando komunistycznych władz i aparatu bezpieczeństwa. Dodajmy tylko, że we wspomnianym raporcie sprzed pół wieku znalazły się też nazwiska innych osób, związanych ze środowiskiem "Wyborczej", m.in. płk. Ignacego Krzemienia (Główny Zarząd Informacji WP), czy bardziej znanej, bo żyjącej do dziś ppłk Heleny Wolińskiej (Naczelna Prokuratura Wojskowa).

    ANTYSEMITYZM I UBECKIE PAPIERY

    Publikacją raportu gazeta Adama Michnika załatwiła sprawę zbrodni stalinowskich i odniosła zamierzony efekt - zyskała uznanie polskich i światowych kręgów postępowych. Największy poranny dziennik w Szwecji (obecnej ojczyzny Stefana Michnika), sztokholmski "Dagens Nyheter" napisał, że "GW" jako pierwsza (a jakże!) oskarżyła (!!!) osoby z listy Mazura, m.in. kpt. Michnika. Wymowa artykułu była jasna - Adam Michnik nie tylko domaga się rozliczenia komunistycznych zbrodniarzy, ale dochodząc sprawiedliwości, nie oszczędza nawet swojego brata. Ponieważ tekst ukazał się w gazecie Michnika, wszystko było w porządku. Gdy inne media domagały się ukarania stalinowców, zarzucano im polowanie na czarownice, szarganie autorytetów, nietolerancję, no i - rzecz jasna - antysemityzm. Protest przyjaciół profesora Poksińskiego przeciwko manipulacji jego dorobkiem naukowym przeszedł praktycznie bez echa.
    Chwaląc się jeszcze później swoją odkrywczą publikacją, "Gazeta Wyborcza" napisała o Stefanie Michniku: "Zaliczono go jednak wówczas do sędziów, których należy ukarać jedynie służbowo i - w odróżnieniu od trzech najbardziej obciążonych [Feliksa Aspisa, Teofila Karczmarza i Juliusza Krupskiego - TMP] - nie wszczynać przeciw nim postępowania karnego". Raport Mazura stworzono na podstawie ubeckich papierów, a podobno Adam Michnik nigdy ich nie uznawał. Ale, gdy chodzi o brata...
    Przypomnieć również wypada, że komisja Mariana Mazura mimo, że wielu zbrodniarzom zarzuciła "łamanie socjalistycznej praworządności", nie chciała stawiać ich przed sądem (z małymi wyjątkami, typu Józef Różański). Jej wnioski były niewspółmierne do win. W ten sposób również Stefan Michnik uniknął kary. Tak wyglądała gomułkowska "odwilż".

    NIE MOGŁA UWIERZYĆ W ŚMIERĆ MĘŻA

    Mówiąc o trzech procesach politycznych, w których uczestniczył Stefan Michnik, pomniejszamy jego "zasługi" dla umacniania władzy ludowej w Polsce. Ten oprawca w todze skazał na śmierć co najmniej dziewięć osób. O prawomocności tych wyroków niech świadczy fakt, że po 1956 r. wszyscy skazani zostali zrehabilitowani (w tym również pośmiertnie).
    Chyba najsłynniejszą sprawą z udziałem Michnika był proces mjr. Zefiryna Machalli. Ten przedwojenny oficer, żołnierz Września, wywieziony następnie do ZSRR, potem w PSZ na Zachodzie, od 1947 r. w Sztabie Generalnym WP. 19 listopada 1951 r. Stefan Michnik, w jednym z odpryskowych procesów od głośnej sprawy tzw. spisku w wojsku, skazał go na karę śmierci. Podczas ostatniego widzenia z żoną Zefiryn Machalla mówił, że jest niewinny, że zeznania zostały na nim wymuszone. Po wykonaniu wyroku 10 stycznia 1952 r. bezpieka pochowała go potajemnie na tzw. Łączce (dzisiejsza kwatera Cmentarza Komunalnego na Powązkach). Zofia Machalla długo nie mogła uwierzyć w śmierć męża. Po latach Stefan Michnik stwierdził, że przeszłość jest jego prywatną sprawą. Czy do sfery jego prywatności należy również morderstwo na Zefirynie Machalli?

    "ŻEBY MI TEJ SPRAWY NIE ODEBRANO"

    O roli Michnika w innym procesie - redaktora naczelnego "Przeglądu Kwatermistrzowskiego", płk. Romualda Sidorskiego mówił inny stalinowski sędzia - płk Mieczysław Widaj (do niedawna pobierający wysoką emeryturę mundurową): "Z rozmowy wywnioskowałem, że jest święcie przekonany o winie oskarżonego na podstawie przeprowadzonych na rozprawie dowodów [podczas śledztwa i rozprawy Sidorski nie przyznał się do rzekomej działalności szpiegowskiej - TMP]. Ze mną wówczas tow. Michnik nie rozmawiał jako człowiek, który ma chociażby cień wątpliwości" (cytat za: Jerzy Poksiński, "My, sędziowie nie od Boga").
    Stefan Michnik dostąpił nawet zaszczytu orzekania w sprawie, którą prowadziła Helena Wolińska. Tadeuszowi Jędrzejkiewiczowi (oskarżonemu o działalność kontrrewolucyjną w Szkole Morskiej w Gdyni) udało się jednak ujść z życiem - mimo dwukrotnej kary śmierci wyrok złagodzono mu do 10 lat więzienia.
    W 1956 r., podczas narady partyjnej, Michnik tłumaczył się: "...Nam wtedy imponowało powiedzenie o zaostrzającej się walce klasowej i nieprawdę powie ten, kto by twierdził, że wtedy z niechęcią rozpatrywał te sprawy. Ja wiem, że raczej ludzie garnęli się do tych spraw, sam muszę przyznać, że kiedy dostałem pierwszy raz poważną sprawę, to nosiłem ją przy sobie i starałem się, żeby mi tej sprawy nie odebrano" ("My, sędziowie nie od Boga").

    DYKTATURA PROLETARIATU I "SOLIDARNOŚĆ"

    Gdy w 1951 r. Stefan Michnik zaczął wydawać wyroki w Wojskowym Sądzie Rejonowym w Warszawie miał 22 lata (potem pracował w Najwyższym Sądzie Wojskowym). Podobnie, jak inni młodzi stalinowcy, zawodu uczył na przyspieszonych kursach we wspomnianej już Oficerskiej Szkole Prawniczej, którą skończył jako prymus. W ten sposób karierę zrobiło wielu sędziów. Orzekając w wielu sprawach o dużym znaczeniu politycznym Michnikowi przyświecała zapewne myśl, którą zawarł w podaniu: "do OSP chcę wstąpić dlatego, że szkoła ta kształci tych, którzy będą realizować dyktaturę proletariatu w praktyce". Właśnie jako "student" OSP zaczął donosić na kolegów Informacji Wojskowej, co z zamiłowaniem robił również później, jako sędzia stołecznego WSR.
    Trzy miesiące po zakończeniu tajnej współpracy z IW, w listopadzie 1953 r., zakończył również swoje krwawe sędziowskie żniwo. Władzy "ludowej" nie przestał jednak służyć. Szkolił innych, niewiele młodszych od siebie pracowników wymiaru "sprawiedliwości", jako kierownik gabinetu metodycznego "Fakultetu Wojskowo-Prawniczego" w Akademii Wojskowo-Politycznej im. Feliksa Dzierżyńskiego.
    W 1957 r. został zwolniony do rezerwy, do Szwecji wyjechał 12 lat później, w 1969 r. Od tego czasu pędził spokojne życie bibliotekarza na uniwersytecie w Uppsali, by w połowie lat 90. przejść na emeryturę. W latach 70. zyskał uznanie polskiej emigracji: na łamach paryskiej "Kultury" publikował teksty o Czechosłowacji, używając pseudonimu Karol Szwedowicz. Tak jak Helena Wolińska-Brus - popierał "Solidarność". Dziś twierdzi, że nie wiedział, iż orzekał na podstawie akt sfałszowanych przez UB. Wierzył, że służył swojemu krajowi.
    Pomysł ucieczki z Polski okazał się zbawienny. Dzięki temu miał pewność, że nie zostanie pociągnięty do odpowiedzialności na fali "odwilży". Nie stanie przed sądem również dziś, w wolnej Polsce.

    TADEUSZ M. PŁUŻAŃSKI

    Publicystyka Tadeusza M. Płużańskiego na ASME.


    Moje rodzinne sprostowanie - Antoni Zambrowski Wysłane poniedziałek, 26, marca 2007 przez Krzysztof Pawlak

    Nie kruszyłbym kopii z Bohdanem Urbankowskim o jego niezmiernie interesujący artykuł o długim tytule "Aniołowie stróże (więzienni) w nowych szatach czyli drugie pokolenie UB atakuje", gdyby nie to, że napisał dwie niezbyt ścisłe rzeczy o moim ojcu. Stary dowcip z czasów PRL mówił, że towarzysze sowieccy - to nie są nasi przyjaciele, lecz bracia. Przyjaciół wszak sobie się wybiera, zaś braci po prostu się ma. Tak samo ojca i matkę. Kiedyś spowiadający mnie w kościele św. Jacka ojciec dominikanin tłumaczył mi, że muszę czcić swoją matkę, choć jest komunistką, bo przykazanie Boże głosi: czcij ojca swego i matkę swoją. Niezależnie, czy owi rodzice są pobożni, czy też nie.

    Ja jako dziennikarz prawicowy mam krzyż Pański ze swym nieżyjącym od lat ojcem - dawnym działaczem komunistycznym i jedynie pocieszam się tym, że on z kolei miał krzyż pański ze mną, kiedy jako działacz opozycyjny przysparzałem mu kłopotów i zgryzot. Później siedziałem w więzieniu niejako za niego pod obrzydliwymi, a wyssanymi z palca zarzutami ubecji. Po śmierci ojca w 1977 roku broniłem go parokrotnie w prasie drugiego obiegu przed komunistycznymi kalumniami na jego temat. Dziś w wolnej Polsce głos zabieram jedynie wtedy, gdy ktoś pisze o moim ojcu jakieś bałamuctwa, które historycy mogą uznać za fakt, jeśli ich nie sprostuję. Dlatego też prostuję słowa naszego kolegi Bohdana Urbankowskiego.
    Po pierwsze, Roman Zambrowski żadną miarą nie inspirował Adama Ważyka, by napisał "Poemat dla dorosłych". Gdyby to uczynił, to by się pochwalił, ponieważ "Poemat dla dorosłych" był dla mego pokolenia zwiastunem nadciągającego przełomu w imię odnowy wśród odwilży po stalinowskich mrozach. Ojciec, kiedy za młodu próbowałem pisać wiersze, usiłował wybić mi to z głowy i powoływał się na znajomość z cenionym poetą Lucjanem Szenwaldem, którego dobrze znał przed wojną i następnie przyjaźnił się z nim na froncie w I Armii gen. Berlinga. O Adamie Ważyku nigdy nie mówił jako o osobie, z którą miał cokolwiek do czynienia. W światłe inspiracje Jakuba Bermana też raczej wątpię, ale tu nie będę się upierał, gdyż brak mi po prostu dowodów.
    Po drugie, Roman Zambrowski nie był oczywiście szefem - jak pisze Bohdan - polskiej czerezwyczajki. Gdyby Bohdan jako znakomity poeta napisał tak w wierszu, uznałbym to za licencia poetica, ale w artykule publicystycznym obowiązuje jednak większe przestrzeganie prawdy historycznej. Czerezwyczajka z naszym wielkim rodakiem tow. Feliksem Dzierżyńskim na czele pełniła w Rosji bolszewickiej funkcję policji politycznej. W Polsce Ludowej za czasów pierwszej "gomułkowszczyzny" oraz za rządów "Gospodarza", czyli tow. Bolesława Bieruta odpowiednikiem tow. Dzierżyńskiego jako minister bezpieczeństwa publicznego był przedwojenny przywódca białoruskich komsomolców, tow. Stanisław Radkiewicz, pseudonim "Pietia". Natomiast tow. Roman Zambrowski za czasów tow. Wiesława, a następnie za tow. Tomasza (B. Bieruta) stał na czele Komisji Specjalnej do walki ze spekulacją. Nie była to funkcja chwalebna, ale nie miała nic wspólnego z ubecją. Wręcz na odwrót, czasem darli ze sobą koty.
    Przy sposobności dodam, że Bohdan nazbyt zawierzył pamfletowi Witolda Jedlickiego pt. "Chamy i Żydy", który - jak wykazałem w wydanej przez drugi obieg polemice pt. "Rewelacje wyssane z palca" - łgał jak najęty. Był zresztą najęty do tej roli przez gen. Mieczysława Moczara alias Nikołaja Tichonowicza Diomkę. Hierarchia partyjno-rządowa za czasów tow. Tomasza miała inny układ personalny niż za Witoldem Jedlickim powtarza Bohdan Urbankowski, ponieważ pomija osobę nr 2, czyli marszałka obojga narodów tow. Konstantego Rokossowskiego. Sam jako ZMP-owiec z LO im. Tadeusza Reytana skandowałem wraz z kolegami na pochodach: "Stalin - Bierut - Rokossowski!", więc to dobrze pamiętam. Obok niego było jeszcze paru bardzo wpływowych w owych czasach członków władz partyjnych, jak tow. Zenon Nowak - ten od kolektywizacji polskiej wsi, tow. Franciszek Mazur (wymieniany w "Zapiskach więziennych" ks. Prymasa Stefana Wyszyńskiego), tow. Franciszek "Witold" Jóźwiak lub następca tow. Tomasza - tow. Edward Ochab. Poza tym nie było wzajemnego wyzywania od chamów i Żydów, gdyż w stalinowskich czasach obowiązywał u komunistów kult robociarskiego chamstwa, zaś "Żydów", czyli Polaków żydowskiego pochodzenia było w nadmiarze w obydwu koteriach partyjnych, zarówno u "puławian", jak i u "natolińczyków". Pisałem zresztą o tym w artykule o skandalu z Witoldem Jedlickim właśnie na łamach "Gazety Polskiej".

    Antoni Zambrowski

    Artykuł ukazał się pierwotnie w tygodniku "Gazeta Polska".

    Zostań donatorem naszych publicystów:
    Jeśli satysfakcjonuje Cię publicystyka Antoniego Zambrowskiego - możesz wesprzeć Naszego Autora datkiem.
    Konto:
    61 1240 1040 1111 0010 0042 5486
    Bank PeKaO SA III O. w Warszawie
    SWIFT/BIC - PKOPPLPW



    Publicystyka Antoniego Zambrowskiego na ASME


    Z polską "centroprawicą" jest dzisiaj źle, powinna uczyć się na błędach innych, a nie własnych - Łukasz Perzyna o panoptikum "drugiej sprawy Oleksego" Wysłane sobota, 24, marca 2007 przez Krzysztof Pawlak

    | Pobierz |







    Z polską "centroprawicą" jest dzisiaj źle, powinna uczyć się na błędach innych, a nie własnych - Łukasz Perzyna o panoptikum "drugiej sprawy Oleksego"
    Wysłane sobota, 24, marca 2007 przez Krzysztof Pawlak

    "Jonasz, jak pamiętamy z historii biblijnej, niezawodnie ściągał zagładę na wszystkich, również sprawiedliwych na pokładzie statku. Jonaszem post(?)komunistycznej lewicy okazał się Józef Oleksy, mamy drugą »sprawę Oleksego«, pierwsza doprowadziła do zmiany u stery władzy - oskarżony o kontakty z szpiegiem sowieckim Ałganowem, musiał Oleksy ustąpić, i to w momencie kiedy SLD ciszył się wysokimi notowaniami. Jak się idzie na spotkanie z Aleksandrem Gudzowatym, działającym we wrażliwym sektorze strategicznej części gospodarki - bezpieczeństwa energetycznego państwa - należy się mieć na baczności. SLD wybrał innych oligarchów niż Gudzowatego - Jana Kulczyka, ścieżkę dziwnych, Rywinowych interesów, więc ten oligarcha miał wiele powodów, by pałać niechęcią do byłych towarzyszy walki" - Łukasz Perzyna, komentator i analityk "Tygodnika Solidarność" i naszej witryny ASME, komentuje głośne opublikowanie "taśm prawdy Oleksego".

    Słowo "kretyn" jest jednak rzadkim słowem w polskim teatrze politycznym, zwłaszcza gdy wypowiada je ktoś, kto mimo tego, że chwiał się nad grabami polskich oficerów w Charkowie, znany może nie z umiarkowania w piciu i jedzeniu, to w oszczędności w używaniu epitetów w oficjalnych wystąpieniach, czyli tow. Kwaśniewski - jeśli taka osobistość mówi tak o swoim koledze, to widocznie ów sobie na to wystarczająco zasłużył. Choć tow. były "prezio" "wszystkich komunistów" może mieć kłopoty z uwiarygodnieniem posiadania pieniędzy na domniemane kosztowne nieruchomości, o których mówił swobodnie w nagraniach ujawnionych przez warszawską prokuraturę, to poza sferą konkretów pozostaje wrażenie negatywne wywodzące się ze sfery ocen. Wystawione "laurki" czołowym działaczom post(?)komunistycznej formacji - tow.tow. Olejniczakowi, Szmajdzińskiemu, Napieralskiemu, Janikowi - stanowią dobitny cios dla "ymyczu" tego towarzystwa, które miało do niedawna nadzieję na powrót do pierwszej ligi teatru politykierskiego. Objawiła się zdumiewająca siłą autodestrukcji obozu post(?)komunistycznego. Pozostały im tylko wierne szeregi z osiedli milicyjnych i wojskowych. Tow. Oleksy zrobił więcej dla propagowania antykomunizmu niż była Liga Republikańska czy inne środowiska antykomunistyczne.
    Niestety - podobne siły autodestrukcyjne ujawniają się także i wśród rządzącej formacji Prawa i Sprawiedliwości, kąśliwie już od dawna przezwanego przez warszawską ulicę Populizmem i Socjalizmem. Ostatnie działania wyautowanego już z tego środowiska Marka Jurka prowadzą w prostej drodze do rozbicia wewnętrznego "sanatorów".
    Jedno ugrupowanie, które wydawałoby się, że powinno być poza tych destrukcyjnych tendencji, gdyż prowadzi w sondażach, nawet w nich zbierając coraz wyższe notowania - Platforma Obywatelska tak samo ma wewnętrzne kłopoty, trwa w niej dosłowny kasting na Jonaszy: a to Jan Maria Rokita atakuje swoich kolegów, a to tow. Andrzej "Must" Olechowski zgłasza kolejne inicjatywy zmierzające do odciągnięcia wielu lokalnych liderów PO do nowej formacji.

    Nagranie trwa ponad 16 minut i jest dostępne w Sieci do 7 IV 2007 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.





    Sprawy wartości moralnych lepiej pozostawić w gestii lokalnych społeczności - Dariusz Wieczorek, prezes Okręgu Mazowieckiego UPR o parlamentarnej próbie penalizacji posiadania i rozpowszechniania materiałów obscenicznych
    Wysłane piątek, 23, marca 2007 przez Krzysztof Pawlak

    "Czy są państwo zwolennikami twardej pornografii albo pornografii - w ogóle? Oto mieszkańcy podwarszawskiego Józefowa postanowili niedawno powiedzieć zjawisku pornografii »nie« i zawiązali komitet, by mu przeciwdziałać. Matkom nie spodobało się, że ich dzieci mają kontakt z pismami pornograficznymi w sklepach, kiedy wchodzą do nich po zakupy i na początek przedstawiciele komitetu odwiedzili takie placówki, zapowiadając bojkot tych, które nie wycofają takich czasopism z oferty. Właściciele przeliczyli, czy opłaca się im utrzymywanie dotychczasowego stanu w sytuacji odpływu klienteli i szybko pozbyli się obscenicznych materiałów" - mówi Dariusz Wieczorek, prezes Okręgu Mazowieckiego UPR.

    Dla porównania - w sejmie również odbywa się walka z pornografią, Kilku posłów zgłosiło projekt nowelizacji kodeksu karnego, by samo posiadanie pornograficznych materiałów, ich kolportaż, rozpowszechnianie było zagrożone karą do roku pozbawienia wolności, a w sytuacji gdy sprawca działa z chęci zysku - górny pułap kary zostałby podniesiony do lat dwóch. Jest to dosłowna kalka przepisów z czasów PRL, ówczesne władze szybko się wycofały z takich zapisów, bo nie udało się ich wyegzekwować. Niepokojąca jest aspekt w tej sytuacji - poszanowanie prawa. Kiedy przepisów nie da się wyegzekwować - następuje erozja prawa. Taka sytuacja była już w stanach Zjednoczonych - kiedy tamtejsze władze chciały spacyfikować picie alkoholu w miejscach publicznych. Osobnicy uzależnieni szybko ominęli przepisy, pijąc napoje wyskokowe z butelek owiniętych w papierowe torebki.
    Porównując działanie społeczności z mazowieckiego Józefowa - i działania Czcigodnych P-osłów - może lepiej zastanowić się, czy jest konieczne tworzenie kolejnych przepisów prawnych, może lepiej zdać się na wyczucie etyczne lokalnych społeczeństw... i pozostawić to w ich gestii?

    Nagranie trwa ponad 4 minuty i jest dostępne w Sieci do 4 IV 2007 r.




    WIELKI GŁÓD, CZYLI SOWIECKIE LUDOBÓJSTWO NA UKRAINIE W LATACH 1932 - 1933 - TADEUSZ M. PŁUŻAŃSKI Wysłane czwartek, 22, marca 2007 przez Krzysztof Pawlak

    Po przewrocie bolszewickim, przez Rosję przetoczyły się w sumie trzy fale głodu: na początku lat 20., Wielki Głód lat 30. i po II wojnie światowej (w latach 1946-47). Głód w latach 30. - najtragiczniejszy w skutkach - szczególne nasilenie przybrał na terytorium ówczesnej Ukraińskiej SRR (dzisiejsza Ukraina wschodnia i centralna), pochłaniając kilka milionów ludzi. Klęska głodowa nastąpiła zatem w jednym z najbardziej urodzajnych regionów Europy. Jedyną przyczyną była stalinowska polityka terroru. Apogeum Wielkiego Głodu przypada na wiosnę 1933 r.

    Ten sam głód spowodował wiele ofiar również poza Ukrainą - na Kubaniu, nad Donem, na północnym Kaukazie i w Kazachstanie. Wszystko odbywało się według planu Stalina, który polegał na dokończeniu bolszewickiej rewolucji w Rosji. Podczas pierwszego etapu wprowadzania komunizmu - w latach 1917 - 1918 - w krwawy sposób zlikwidowano warstwę właścicieli ziemskich, fabrykantów i mieszczaństwa. Należało zatem zrobić jeszcze "porządek" z chłopami - odebrać im ziemię i narzucić marksistowską doktrynę. Kolektywizację wsi rozpoczęto w końcu lat 20., tłumacząc ją koniecznością przyspieszenia rozwoju przemysłu ciężkiego. Rozprawę z wsią dokończono w latach 30., co doprowadziło do Wielkiego Głodu.

    OBOJĘTNOŚĆ ŚWIATA

    Aż do upadku sowieckiego imperium, czyli przez 60 lat, komunistyczna władza zaprzeczała faktom, że ogromna część ludności ZSRR zmarła wskutek głodu. Robiono to na różne sposoby. Utajniono np. wyniki spisu ludności z 1937 r. czy okłamywano zachodnich dziennikarzy i polityków. Odpowiednio przygotowywano np. nieliczne wizyty gości z zagranicy. I tak, po podróży na Ukrainę, latem 1933 r. lider francuskiej Partii Radykalnej Eduard Herriot mówił o "wspaniale nawodnionych i uprawianych kołchozowych warzywnikach" i "zdecydowanie wspaniałych żniwach", by zakończyć konkluzją: "Przejechałem Ukrainę. A więc! Ręczę wam, że widziałem ją podobną do przynoszącego obfite plony ogrodu".
    Na początku lat 30. wolny świat był zajęty innymi sprawami: igrzyskami olimpijskimi w Los Angeles, Wystawą Światową w Chicago, w końcu - dojściem Adolfa Hitlera do władzy w Niemczech. Nigdy zresztą obrzeża Starego Kontynentu nie wzbudzały większego zainteresowania państw Europy Zachodniej. Tym też należy tłumaczyć zobojętnienie na tragedię milionów ludzi, umierających na Ukrainie w straszliwych męczarniach głodowej śmierci. Dziś jest niestety podobnie, np. z percepcją krwawej rozprawy Rosji Putina z małym narodem czeczeńskim.

    OFIARY I MOTYWY

    Do dziś nie jest znana dokładna liczba ofiar Wielkiego Głodu na Ukrainie. Najczęściej mówi się o 3,5 - 5 milionach. W oficjalnym sprawozdaniu przeznaczonym dla Stalina zmarłych z głodu na Ukrainie oszacowano na 3,3 - 3,5 miliona osób. Jednak niektórzy badacze doliczyli się nawet 20 milionów. Dwa razy więcej - bo prawie 40 milionów ludzi - dotknął głód lub głodowa nędza.
    Historycy przyznają, że badania są trudne, bo zmarłych na ogół zakopywano pospiesznie w zbiorowych mogiłach. W najgorszym okresie umierało do 25 tys. ludzi dziennie. Szczególnie cierpiały dzieci: ocenia się, że na Ukrainie zmarła jedna trzecia z nich.
    Spór dotyczy też motywów. Część ukraińskich badaczy i polityków twierdzi, że istotną rolę odegrał czynnik narodowy, a celem Moskwy było zdławienie ukraińskich dążeń niepodległościowych. Zwolennicy takiej tezy wskazują, że głód objął przede wszystkim Ukrainę i rosyjski Kubań, gdzie większość mieszkańców też stanowili Ukraińcy. Przypominają, że wcześniej - w latach 20. - wyniszczono ukraińską inteligencję. Opustoszałe po klęsce głodu miejscowości zasiedlano Rosjanami.
    Druga wersja głosi, że doprowadzenie do głodu było wynikiem klasowej nienawiści wobec chłopów. Historycy uważają, że celem było złamanie oporu wsi wobec przymusowej kolektywizacji, który na Ukrainie był największy, a co za tym idzie - likwidacji chłopstwa jako grupy społecznej.
    Wydaje się, że obie te przyczyny wywołania Wielkiego Głodu - nienawiść narodowościowa, jak i klasowa, są równie prawdopodobne i wcale się nie wykluczają.

    NAJPIERW KOLEKTYWIZACJA

    Bezpośrednim powodem głodu było konfiskowanie chłopom - najpierw zapasów zbożowych, a potem w ogóle całej żywności. Wcześniej na Ukrainie przeprowadzono kolektywizację. Odpowiednią uchwałę Komitet Centralny partii bolszewickiej podjął w lutym 1929 r. Na Ukrainie zamierzano wprowadzić gospodarkę uspołecznioną zarówno w przemyśle, jak i w rolnictwie. Kolektywizację rolnictwa zaczęto przeprowadzać od początku 1930 r. Rozłożona na trzy etapy, miała zakończyć się na jesieni 1931 lub wiosną 1932 r. Chłopi mieli "dobrowolnie" wstępować do arteli rolnych (spółdzielni), a ziemia ich gospodarstw miała tworzyć wspólny majątek kołchozów - kolektywnych gospodarstw. Mimo represji, podczas przymusowej kolektywizacji zbuntowało się ponad milion chłopów. Wtedy władze oskarżyły kułaków (tak nazywano zamożnych chłopów; od ukraińskiego słowa "kułák" - zaciśnięta do uderzenia pięść, którą mieli bić biedaków pracujących na ich gospodarstwach) o agitację przeciwko kołchozom oraz o sabotaż i ukrywanie plonów. W efekcie trzy procent chłopów uznano za kułaków i rozstrzelano lub zesłano na Syberię jako wrogów władzy radzieckiej.

    ZABIERALI WSZYSTKO

    Do połowy marca 1930 r. na Ukrainie skolektywizowano już 70 proc. ziemi. To wywołało oczywiście sprzeciw chłopów. Jawne bunty oraz niszczenie własnego mienia, które miało stać się własnością wspólną, były na porządku dziennym. Pogłowie bydła zmniejszyło się o połowę, co oczywiście spowodowało trudności rynkowe. W dostawach do miast zabrakło podstawowych produktów - mięsa, mleka i masła. Wywołało to represje sowieckich władz. Zaczęły się masowe wysiedlenia ludności wiejskiej, wywózki do łagrów, rozstrzeliwania. Radykalnie zwiększono rozmiary obowiązujących dostaw produktów rolnych. W 1931 r. chłopom ukraińskim pozostawiono tylko 112 kg zboża na osobę (na rok). W roku następnym zaledwie 83 kg!
    W "Czarnej księdze komunizmu" (wydawnictwo Prószyński i S-ka, Warszawa 1999 r.) czytamy: "W 1930 roku państwo zabrało 30 proc. produkcji rolnej na Ukrainie, 38 proc. na bogatych równinach Kubania i północnego Kaukazu, 33 proc. zbiorów w Kazachstanie. W 1931 roku, przy dużo gorszych zbiorach, ilości te wyniosły odpowiednio 41,5 proc., 47 proc. i 39,5 proc. (...) W 1932 roku plan przymusowego skupu był o 32 proc. wyższy od planu z roku ubiegłego. (...) Do odbierania zboża centralne władze musiały znów posłać »brygady szturmowe«, utworzone w miastach z komsomolców i komunistów".
    Wsie otaczano, a brygady, złożone z milicji, wojska i aktywistów partyjnych konfiskowały w obejściach nie tylko zapasy zboża, ale praktycznie wszystko, co nadawało się do jedzenia, nawet u głodujących wieśniaków. Konsekwencją tego stał się głód, który objął prawie wszystkie wsie na Ukrainie.

    OKÓLNIK STALINA I MOŁOTOWA

    Wprowadzone w 1932 r. prawo o ochronie własności państwowej przewidywało dziesięć lat obozu lub karę śmierci "za wszelką kradzież lub roztrwonienie socjalistycznej własności". Ludność znała je pod nazwą "prawa o kłosach", gdyż skazani na jego podstawie winni byli najczęściej kradzieży kilku kłosów pszenicy lub żyta na kołchozowych polach. Prawo to umożliwiło skazanie od sierpnia 1932 do grudnia 1933 r. ponad 125 tysięcy ludzi, w tym 5400 na karę śmierci. Pozostałych wywożono do gułagów.
    Nastąpiła fala migracji głodowych do miasta, gdyż tam obowiązywały przydziały żywnościowe dla pracujących. Chłopi próbowali też uciekać do Rosji, ale granice Ukrainy były obstawione przez wojsko. Ukraina została odizolowana, nie wpuszczano nikogo, kto wiózł żywność.
    Z powodu rzekomego sabotowania obowiązkowych dostaw zbóż władze wprowadziły całkowitą blokadę wsi i zakaz poruszania się koleją. Ustawa z 27 grudnia 1932 r. o paszportach wewnętrznych i obowiązkowym meldunku dla mieszkańców miast miała ograniczyć wychodźstwo ze wsi, "zlikwidować pasożytnictwo społeczne" i "zwalczać przenikanie elementów kułackich do miast". Wobec ucieczek ratujących życie chłopów rząd ogłosił 22 stycznia 1933 r. podpisany przez Stalina i Mołotowa okólnik, który skazywał na śmierć miliony zagłodzonych ludzi. Nakazywał on lokalnym władzom, a w szczególności GPU, uniemożliwić "wszelkimi środkami masowe wyjazdy chłopów Ukrainy i północnego Kaukazu do miasta. Po aresztowaniu elementów kontrrewolucyjnych inni uciekinierzy zostaną doprowadzeni do miejsca zamieszkania". Okólnik wyjaśniał sytuację następująco: "Komitet Centralny i rząd mają dowody, że ta masowa ucieczka organizowana jest przez wrogów władzy sowieckiej, kontrrewolucjonistów i polskich agentów w celu wzniecenia propagandy zwłaszcza przeciw systemowi kołchozowemu, a ogólnie przeciw władzy sowieckiej".
    Raport policji politycznej z początku marca 1933 r. podawał, iż w wyniku operacji, powstrzymującej ucieczkę chłopów do miast, w ciągu miesiąca zatrzymano 219.460 osób, z których 186.588 "odstawiono do miejsca zamieszkania", a pozostałe aresztowano i postawiono przed sądem.

    W WIĘKSZOŚCI DZIECI

    Inny raport - konsula włoskiego z Charkowa, miasta położonego w sercu jednego z najbardziej dotkniętych przez głód regionów kraju - mówił o ludziach usuniętych z miast: "Od tygodnia zorganizowano służbę przyjmującą porzucone dzieci. W istocie bowiem poza chłopami napływającymi do miast, gdyż na wsi nie mają żadnych nadziei na przeżycie, są jeszcze dzieci, przywożone tu przez rodziców, którzy po porzuceniu ich wracają, by umrzeć na wsi. Mają bowiem nadzieję, iż w mieście ktoś zaopiekuje się ich potomstwem. (...) Od tygodnia zmobilizowano dworników [stróżów] w białych bluzach, którzy patrolują miasto i doprowadzają dzieci do najbliższego posterunku milicji. (...) Koło północy rozpoczyna się przewożenie ich ciężarówkami na dworzec towarowy Siewiero Doniec. Tam gromadzi się dzieci znalezione na dworcach i w pociągach, a także rodziny chłopów i samotne starsze osoby schwytane w mieście w ciągu dnia. Jest tam też personel medyczny (...), który dokonuje »selekcji«. Ci, którzy jeszcze nie spuchli i mają szanse na przeżycie, kierowani są do baraków w Chołodnej Gorze, gdzie kona na słomie prawie 8000 ludzkich dusz, w większości dzieci. (...) Osoby opuchnięte przewozi się pociągami towarowymi na wieś i pozostawia pięćdziesiąt-sześćdziesiąt kilometrów za miastem, żeby nie umierały na widoku. (...) Po dotarciu na miejsce wyładunku kopie się wielkie rowy, do których wrzuca się zwłoki zebrane ze wszystkich wagonów".

    PAŃSTWO SZCZĘŚLIWOŚCI

    W latach 1932 - 1933, głód stał się normą życia ludności wiejskiej Ukrainy. Na wschodzie i południu Ukrainy zmarło z głodu ok. 20 - 25 proc. mieszkańców. Szerzyło się ludożerstwo. Sądy nie przyjmowały tego typu spraw. Ludzie jedli koty, psy, żaby, wrony, dżdżownice, otręby, chwasty, suszone i świeże liście, trociny. Nie nadążano z grzebaniem ludzkich szkieletów, powleczonych skórą. Śmiertelność niemowląt dochodziła do 80 proc. Rodzice masowo popełniali samobójstwa. Pomoc międzynarodowych organizacji humanitarnych nie nadchodziła, bo władze sowieckie jej zabroniły twierdząc, że głód na Ukrainie jest wymysłem burżuazyjnej propagandy.
    Zacytujmy jeszcze raz "Czarną księgę komunizmu": "Wielki głód z lat 1932 - 1933, szczytowy punkt drugiego aktu rozpoczętej w 1929 roku wojny z chłopstwem, stanowi - na pięć lat przed Wielkim Terrorem, który dotknie przede wszystkim inteligencję, kierownicze kadry gospodarki i partii - moment decydujący we wprowadzaniu systemu represji wypróbowywanego kolejno - i w zależności od aktualnej sytuacji politycznej - na różnych grupach społecznych. (...) Jak przenikliwie napisał do Siergieja Kirowa w styczniu 1934 roku Sergo Ordżonikidze: »Nasze kadry, które poznały sytuację z lat 1932 - 1933 i które ją wytrzymały, są naprawdę zahartowane jak stal. Myślę, że zbudujemy z nimi państwo, o jakim nigdy nie słyszano w historii«".

    WINNA MOSKWA

    Ukrywana w Związku Radzieckim prawda o Wielkim Głodzie na Ukrainie wyszła na jaw dopiero kilkanaście lat temu, po odzyskaniu przez Ukrainę niepodległości. Ale Ukraińcy od początku i tak swoje wiedzieli.
    "Nie znam na Ukrainie nikogo, kto nie wiedziałby o Wielkim Głodzie. Ta tragedia dotknęła wszystkich. Ja sam miałem wtedy trzy lata, i sądzę, że głód wywarł bardzo duży wpływ na moje zdrowie. Trauma Wielkiego Głodu żyje w nas do dziś" - ocenił ukraiński uczony i publicysta, Myrosław Popowycz.
    25 listopada ub.r. Ukraina obchodziła Dzień Pamięci Ofiar Wielkiego Głodu i Represji Politycznych z lat 1932-33. Parlament Ukrainy przyjął - na wniosek prezydenta Wiktora Juszczenki - ustawę uznającą Wielki Głód za zbrodnię ludobójstwa. Przeciwko była prorosyjska Partia Regionów Wiktora Janukowycza i komuniści.
    Podczas ubiegłorocznych uroczystości rocznicowych w Kijowie, prezydent Ukrainy Wiktor Juszczenko powiedział, że odpowiedzialność za Wielki Głód na Ukrainie ponosi reżim stalinowski: "Wzywam dziś przede wszystkim Federację Rosyjską, by stanęła tu razem z nami i poprzez uznanie Wielkiego Głodu zademonstrowała głęboki, charakterystyczny dla narodu rosyjskiego wyraz ludzkiego współczucia".
    Ukraińscy historycy są bowiem zgodni, że Wielki Głód na Ukrainie wywołała komunistyczna władza. Moskwa uważa jednak, że nie ma za co przepraszać. Rosyjskie MSZ oświadczyło niedawno, że "przy całym tragizmie wydarzeń" nie ma podstaw, by uznać je za ludobójstwo na tle narodowościowym, gdyż katastrofa dotknęła też inne grupy etniczne w ZSRR. Szef rosyjskiej dyplomacji Siergiej Ławrow przyznał jednak, że sprawa Wielkiego Głodu jest jedną z najostrzejszych kwestii w stosunkach między Moskwą a Kijowem.
    Za ludobójstwo uznają głód na Ukrainie rządy lub parlamenty 26 państw, w tym Polska (na podstawie uchwały Senatu), Argentyna, Australia, Azerbejdżan, Kanada, Mołdawia, Gruzja, Belgia, Estonia, Węgry, Litwa, Łotwa, Stany Zjednoczone i Watykan.

    Tadeusz M. Płużański

    Publicystyka Tadeusza M. Płużańskiego na ASME.


    Dobry policjant wchodzi do akcji - Krzysztof Mazur Wysłane poniedziałek, 19, marca 2007 przez Krzysztof Pawlak

    Gra operacyjna w dobrego i złego policjanta jest jedną z tradycyjnych metod manipulacji mających pomóc w wyciąganiu informacji lub nakłanianiu do określonych zachowań. Taką metodę często stosowali np. funkcjonariusze SB, z których jeden najpierw krzyczał i straszył "obiekt" najbardziej wyrafinowanymi prześladowaniami, po czym w odpowiednim momencie do rozmowy włączał się drugi, który obiecywał puszczenie wszystkiego w niepamięć w zamiana za - bagatela - podpisanie jakiegoś "świstka". W jednym z podręcznikowych przykładów opisujących sposób wpływania na decyzje innych ludzi, przedstawiono manipulowaną grupę osób mających wyruszyć w trudnych zimowych warunkach na górski szlak. Każdy będący przy zdrowych zmysłach zdaje sobie sprawę, że wyruszanie w góry bez odpowiedniego obuwia może nawet latem zakończyć się poważnymi obrażeniami. Tymczasem do nieświadomej manipulacji grupy dołączono "prowokatorów", którzy przed wyruszeniem w drogę rozpoczęli hałaśliwą kampanię na rzecz marszu w trampkach w celu przekraczania barier i udowadniania wytrzymałości na trudy wspinaczki. Jaka była ulga większości turystów, gdy również "podstawiony" szef wyprawy zarządził wymarsz w półbutach - wszak lepsze to niż trampki. Oczywiście gdyby targi rozpoczęto od półbutów to prawdopodobnie kompromis zostałby osiągnięty nieco bliżej obuwia właściwego dla górskich szlaków, obniżenie pozycji przetargowej pozwala osiągnąć inny wynik targu, a do osoby, która występuje w roli takiego mediatora, zamiast podejrzeń są kierowane oznaki wdzięczności.
    Właśnie większość mediów podała - niektóre z ulgą - informację, że niejaki Israel Singer przestał pełnić funkcję sekretarza generalnego Światowego Kongresu Żydów, więcej - został nawet podobno wyrzucony z Kongresu - aj, waj - za malwersacje finansowe. W grę ma wchodzić kwota kilkuset tysięcy dolarów wykorzystanych na prywatne cele rodziny żydowskiego działacza. Sęk w tym, że o zarzutach wiedziano już przed ostatnią wizytą delegacji WJC w Polsce, a pomimo tego i pomimo wielu wcześniejszych ekscesów tego polonofoba, stanął on ponownie na czele rzeczonej delegacji, wykorzystując ten fakt do nagłośnienia nieustępliwego stanowiska i żądania odszkodowania w kwocie odpowiadającej 100 wartości mienia.
    Tymczasem ledwo informacja o odwołaniu Singera dotarła do opinii publicznej, już z kolejną wizytą roboczą wybiera się do Polski Yehuda Evron, przewodniczący HRC, uchodzącej za bardziej umiarkowaną organizację zajmującą się wydzieraniem odszkodowań od rządów pod pretekstem naprawiania krzywdy Holokaustu.
    Ugodowość Yehudy Evrona ma polegać na zmniejszeniu skali żądań rekompensacyjnych do 50 proc. wartości całej sumy, co jak widać - jest ogromnym ustępstwem wobec żądań Israela Singera, chociaż i tak jest to żądanie o wiele wyższe niż 15 proc. wartości całej sumy, którą gotów jest wyłożyć polski rząd. Tak przynajmniej zadeklarował poseł Suski, który przewodniczy sejmowej komisji nadzwyczajnej ds. rządowego projektu o rekompensatach, ale jak wiadomo. pewien precedens już jest, bo "zabużanie" wywalczyli dla swojej grupy podniesienie progu rekompensat z 15 do 20 proc. utraconego mienia, a z różnych źródeł można domniemywać, że będą walczyć o więcej.
    Widać więc, że "umiarkowani" Żydzi z góry wiedząc, że nie uzyskają 100 proc. sumy roszczeń, starają się podejmować działania umożliwiające wytargowanie jak najkorzystniejszych dla siebie warunków i dla takiej strategii prawdopodobnie była też rola napisana dla typa pokroju Israel Singer. Skoro zaś Singer dostatecznie wysoko podbił żądania i narobił dyplomatycznego wrzasku, należało dyskretnie wpuścić "dobrego" Żyda, który już wstępnie obniży żądania, które i tak - jak można domniemywać - są jedynie punktem wyjścia dla późniejszego kompromisu. Istnieje poważna obawa, że polski rząd może chcieć się przekonać do takiego scenariusza, w którym obie strony mogłyby odtrąbić sukces. Gdyby ustalono zwrot w wysokości np. 25 do 30 proc. sumy roszczeń, strona polska mogłaby wskazywać, że jest to ponad cztero- lub trzykrotnie mniej niż żądał wojowniczy Singer, a nawet mniej niż domagał się umiarkowany Evron, zaś strona żydowska też mogłaby pochwalić się, że wyciągnęła więcej niż początkowe 15 proc. Przy pomocy polskich szabesgojów z innych organizacji roszczeniowych taki ostateczny rezultat konsultacji i rokowań wydaje się jak najbardziej możliwy.
    Zresztą nie tylko Żydzi wobec naszego rządu stosują - z powodzeniem - opisaną wcześniej strategię, gdyż w podobny sposób przekonują nas do przyjęcia uniokonstytucji Niemcy. Najpierw poprzedni kanclerz podpisał umowę na "bałtycką rurę", następnie kolejny niemiecki rząd rozwijał przyjazne stosunki z Rosją, udając frustrację z powodu polskiego weta na handel mięsem, by teraz w zamian za polskie poparcie dla uniokonstytucji obiecywać "solidarność energetyczną". Strona polska oszołomiona takim sukcesem gotowa przełknąć nawet achrześcijańską inwokację, bo niby po co nam odwołanie do Pana Boga, skoro będziemy energetycznie zabezpieczeni? Z przemówienia pani kanclerz można domniemywać, że gdyby żył literat Szczypiorski, to właśnie jemu przypadłaby zaszczytna rola napisania preambuły unijnej konstytucji. Ale i tak Szczypiorski według "GW" został obok Jana Pawła II, Adama Mickiewcza i Władysława Bartoszewskiego uhonorowany tytułem "wielkiego Polaka". W związku z tym dlaczego nie wykorzystać patentu Tadeusza Mazowieckiego na słynne "zarówno wierzący... jak i nie podzielający tej wiary"?
    Widocznie nawet taki kompromis nie jest już potrzebny, gdyż "dobra" pani Merkel tyle nam dotychczas ustąpiła, że żądanie czegoś ponadto mogłoby zdenerwować nawet dobrego policjanta, a wiadomo, że ten zły tylko na to czeka.

    Krzysztof Mazur

    Publicystyka Krzysztofa Mazura na ASME


    Kompromis w służbie Bezpieczeństwa - Stanisław Michalkiewicz Wysłane poniedziałek, 19, marca 2007 przez Krzysztof Pawlak

    "Panie Boże, jeśli jesteś, zbaw duszę moją, jeśli ją mam". Podobno tak właśnie modlił się francuski żołnierz w epoce rewolucji, która wstrząsnęła dotychczasowymi dogmatami, by na ich gruzach wznieść niewzruszalny dogmat kompromisu. Kult kompromisu jest następstwem podważenia chrześcijaństwa i ubóstwienia demokracji, a właściwie nie tyle demokracji, co Ludu, jako jedynego źródła Władzy i Prawa. Tak było w wieku XVIII, kiedy to filozofowie jeszcze naiwnie wierzyli w "dzikiego Hurona", którego, ma się rozumieć, nigdy nie widzieli na oczy, a ponieważ Lud był prawie tak samo obcy i nieznany, niczym Irokezi, więc łatwo było przypisać mu atrybuty boskie. Te naiwniactwa rozwiał Napoleon, przekonując, że umiejętnie grając na emocjach Ludu, można wyprowadzić go na zatracenie, a on, w entuzjastycznym zachwycie nawet tego nie zauważy. W XX wieku, po kompromitacji kultów ubóstwianych wodzów w osobach wybitnych przywódców socjalistycznych Adolfa Hitlera i Józefa Stalina (nawiasem mówiąc, ciekawe dlaczego Sławomir Sierakowski tak się w "Rzeczpospolitej" dystansuje od Hitlera; to przecież w końcu człowiek lewicy, która niezależnie od różnych "błędów i wypaczeń", przecież zawsze "dobrze chciała", a i teraz znowu chce jak najlepiej, nieprawdaż?) Te skompromitowane kulty pozbawiły również niewinności Lud, który w znacznej - ba - przeważającej części dał się "nadczłowiekom" uwieść. Ale dzisiejsze "nadczłowieki" też czegoś się od Stalina i Hitlera nauczyły - co mową wiązaną streścił Janusz Szpotański w "Carycy i zwierciadle": "Wot Gitler, kakoj to durak. On się przechwalał zbrodnią swoją. A mudriec, to by sdiełał tak: nu czto, że gdzieś koncłagry stoją? Nu czto, że dymią krematoria? Toż w nich przetapia się historia!". Dzisiejsze "nadczłowieki" Ludem w gruncie rzeczy gardzą i - opanowawszy wszystkie dziedziny kształtującego wyobraźnię Ludu przemysłu rozrywkowego, podsuwają mu co i rusz rozmaite makigigi. Zwrócił na to kiedyś uwagę Józef Mackiewicz, wspominając, jak to w dzieciństwie wielkie wrażenie zrobił na nim paryski dorożkarz, czytający na koźle gazetę. Jako dziecku szalenie mu zaimponował kulturą i światowością. Ale w wieku dojrzałym Mackiewicz bardziej cenił białoruskiego chłopa, który, zamiast gazetowymi rewelacjami, pasjonował się takimi oto głupstwami: czy, dajmy na to, jest Bóg? Gdzie jest prawda? I tak dalej. Dzisiaj pewnie takich chłopów nie ma nawet na Białorusi, bo przecież i tam mają telewizję, która bombarduje audytorium opisami "różnicy między przodkiem a tyłkiem" albo przedstawieniami "budowy cudnej tronu monarszego; jego poręczy słodkich i nóg sprawiedliwych". Zarówno tam, bowiem, jak i tu, gdzie z jednej strony "nadczłowieki" schlebiają Ludowi, ale z drugiej biją go pałami, polewają wodą, podglądają i podsłuchują, pozwalając mu, ma się rozumieć, wybrać sobie jak nie tego, to tamtego pałowacza i podglądacza, ale samej zasady pałowania i podglądania nie pozwalając mu zakwestionować. No a Lud, jak to Lud; też nie lubi być pałowany ani podglądany, więc pozostaje tylko wytłumaczyć mu, najlepiej od przedszkola, poprzez szkołę, uniwersytet i niezawodne media - że jedynym sposobem na uniknięcie tych przykrości jest kompromis.
    Kompromis polega na tym, że każdy coś tam ustępuje ze swego poglądu gwoli społecznego pokoju. Na przykład, jedni są zwolennikami wolnego rynku, a drudzy - państwowego interwencjonizmu. Kompromis polega na tym, że, dajmy na to, rynek regulowany jest przy pomocy decyzji administracyjnych - co stanowiłoby jednostronne zwycięstwo interwencjonistów - gdyby nie to, że decyzje owe podejmowane są przy udziale korupcji, co wprowadza do systemu elementy wolnorynkowe, bo jużci - bardziej zainteresowany gotów jest wręczyć większą łapówkę. Gdyby takiego kompromisu nie było, zadowolona byłaby przynajmniej jedna strona, a tak, to nie jest zadowolony nikt. W ten oto sposób ludzie zostali zmuszeni do składania ofiar z tego, co świadczy o ich człowieczeństwie, tzn. ze swego rozumu - na ołtarzu bóstwa, któremu na imię Święty Spokój.
    Kult Świętego Spokoju najwyraźniej wypiera religie tradycyjne, których przedstawiciele lękają się już nie Szatana, (w którego zresztą chyba nie bardzo wierzą, bo jakże tu wierzyć w byt nie poddający się głosowaniu?), ale oskarżenia o "ekstremizm" lub "fundamentalizm", kiedyś oznaczającego po prostu posiadanie wyraźnego poglądu i gotowości jego obrony. Ale po cóż bronić jakiegoś poglądu i po cóż w ogóle go posiadać, kiedy i jedno, i drugie nie sprzyja kompromisowi? Toteż w dzisiejszych czasach coraz częściej poglądy zastępowane są przez role, które Gombrowicz nazywał "gębami".
    Ale Święty Spokój jest tylko bóstwem pośrednim, formą przejściową do bóstwa najwyższej rangi, któremu na imię Bezpieczeństwo. To jemu składamy ofiary z naszej Wolności, z naszej Autentyczności i naszego Rozumu na ołtarzu kompromisu, który - jak zresztą wszystko inne - pozostaje w służbie Bezpieczeństwa.

    Stanisław Michalkiewicz

    Publicystyka Stanisława Michalkiewicza na ASME i nagrania TV ASME


    Kogo dofinansowuje Mazowiecki Urząd Marszałkowski? - Dariusz Wieczorek Wysłane czwartek, 15, marca 2007 przez Krzysztof Pawlak

    Jak poinformował samorządowy serwis PAP, Zarząd Województwa Mazowieckiego podjął decyzję o przeznaczeniu kwoty 700 tysięcy złotych na dofinansowanie 74 programów edukacyjnych. Wspomniane środki przeznaczone będą na projekty związane z organizacją konferencji oraz warsztatów językowych, profilaktyczno-wychowawczych oraz artystycznych. W porównaniu z rokiem poprzednim oznacza to prawie potrojenie wydatków na ten cel.

    Niewątpliwie prawdą jest, że inwestycje w edukację przynoszą rozliczne korzyści nie tylko osobom podnoszącym swoje kwalifikacje, ale też sprzyjają wzrostowi gospodarczemu kraju. Cieszy też fakt, że samorządy doceniają rolę edukacji w rozwoju społeczeństwa. Jednak należy zadać pytania, które same nasuwają się na myśl każdemu miłośnikowi wolnego rynku:
    1. Czemu nieliczne grono beneficjantów ma być finansowane przez ogół podatników?
    2. Dlaczego to urzędnicy mają decydować, które projekty są na tyle "społecznie pożądane", żeby otrzymać dofinansowanie?
    3. Czemu podatnicy mają utrzymywać rozdętą biurokrację trudniącą się poborem podatków, decydowaniem, na co przeznaczyć środki z budżetu i przeprowadzaniem konkursów, analizą ofert oraz spełnianiem innych papierkowych wymogów związanych z przydziałem tych środków?
    UPR od kilkunastu lat powtarza, że jeśli chcemy otrzymać z budżetu - czy to państwa czy samorządu - złotówkę, to musimy najpierw wpłacić do budżetu dwa złote - jedną wypłacaną i drugą na pokrycie kosztów tych operacji. Skoro więc rozmaite projekty zostaną dofinansowane kwotą 700 tysięcy złotych, oznacza to, że wcześniej podatnicy musieli wpłacić na ten cel sumę dwukrotnie wyższą.
    Nieżyjący już Milton Friedman w jednej ze swych książek opisał cztery sposoby wydawania pieniędzy:
    1. kiedy wydajemy własne pieniądze na siebie - wtedy wydatki dokonywane są w sposób optymalny, ponieważ staramy się to robić oszczędnie, a jednocześnie sami najlepiej znamy swoje potrzeby, więc zakup jest celowy i przemyślany;
    2. kiedy wydajemy własne pieniądze na kogoś - wtedy wydatki wprawdzie są robione oszczędnie, ale zakup może rozmijać się z czyimiś zapotrzebowaniami i oczekiwaniami
    3. kiedy wydajemy cudze pieniądze na siebie - wtedy zakup jest przemyślany, ale wydatki niekoniecznie są oszczędne;
    4. kiedy wydajemy cudze pieniądze na kogoś - wtedy ani nie znamy czyichś potrzeb, ani nie jesteśmy zmotywowani do oszczędności, więc jest to najmniej efektywny sposób gospodarowania środkami.
    Pomimo, że powyższe stwierdzenie jest oczywistością, cały czas wybory wygrywają partie realizujące politykę jak największego budżetu i wszechwładzy urzędników. Doniesienia z województwa mazowieckiego są tego kolejnym przykładem.
    Tymczasem, niestety urzędnik wydaje pieniądze na czwarty - najmniej korzystny - dla społeczeństwa sposób. I co gorsza - fakt ten niespecjalnie przeszkadza wyborcom, którzy wydają się nie dostrzegać, że po redukcji kosztów związanych z dofinansowaniem edukacji, mieliby w kieszeni 1,4 miliona złotych. Mogliby zatem wydać kwotę dwukrotnie wyższą - czy to na edukację, czy na inny wybrany cel. A ponieważ suma ta byłaby wydana w pierwszy sposób, gwarantowałoby to zarówno najlepsze zaspokojenie społecznych potrzeb jak również oszczędne i przemyślane wydatki.
    Nie domagajmy się więc, żeby Państwo wydawało na nas jak największe kwoty - żądajmy, aby obniżyło podatki, a za oszczędzone w ten sposób pieniądze zaspokoimy sami swoje potrzeby!

    Dariusz Wieczorek

    Autor jest prezesem Okręgu Mazowieckiego UPR


    Salomon na łonie Abrahama - TADEUSZ M. PŁUŻAŃSKI Wysłane środa, 14, marca 2007 przez Krzysztof Pawlak

    W Izraelu zmarł Salomon (Szlomo) Morel, były naczelnik "polskich", a w rzeczywistości ubeckich obozów śmierci w powojennej Polsce - w Świętochłowicach-Zgodzie (według komunistycznej propagandy dla Niemców, ale w praktyce dla wszystkim wrogów "ludu") i Jaworznie ("reedukacja" młodych patriotów), a po ucieczce z Polski na początku lat 90. - dziadek izraelskich wnuków. Jego życie było pasmem niegodziwości i zbrodni, które nigdy nie zostały osądzone.

    Do końca życia dostawał z Polski wysoką emeryturę, z racji ostatniej funkcji, jaką pełnił w Katowicach - przez kilkanaście lat, do 1968 r. Salomon Morel był naczelnikiem tamtejszego aresztu śledczego. Pieniądze przelewało mu Biuro Emerytalne Centralnego Zarządu Służby Więziennej (podlegające Ministerstwu Sprawiedliwości), za pośrednictwem jednego z katowickich oddziałów ZUS. Przysługiwały mu na mocy ustawy o emeryturach mundurowych, podpisanej w 1994 r. przez prezydenta Lecha Wałęsę. Co roku emerytura była rewaloryzowana. OSTATNIO WYNOSIŁA 5 TYS. ZŁOTYCH - OGROMNA SUMA, SZCZEGÓLNIE DLA OSOBY ŚCIGANEJ MIĘDZYNARODOWYM LISTEM GOŃCZYM. Co najmniej dwie próby odebrania mu tych pieniędzy w III RP (ostatnia w ubiegłym roku) nie powiodły się z jakichś absurdalnych powodów formalnych.

    NIE BYŁ W AUSCHWITZ

    Po wojnie, znęcając się nad więźniami, Morel mówił: "Byłem w Auschwitz przez sześć długich lat i przysięgałem sobie, że jeśli stamtąd wyjdę, odpłacę tym samym wam - hitlerowcom". W rzeczywistości w KL Auschwitz nie był ani jednego dnia.
    W 1983 R. JÓZEF TKACZYK OTRZYMAŁ MEDAL "SPRAWIEDLIWY WŚRÓD NARODÓW ŚWIATA". INSTYTUT YAD VASHEM W JEROZOLIMIE NAGRODZIŁ W TEN SPOSÓB JEGO ZASŁUGI W... URATOWANIU W CZASIE WOJNY RODZINY MORELÓW.
    Salomon Morel, późniejszy oprawca Niemców, Ukraińców i Polaków urodził się 15 listopada 1919 r. i mieszkał wraz z rodziną w tej samej lubelskiej wsi - Garbów, co Józef Tkaczyk. Byli sąsiadami. Tkaczykowie pracowali na roli, rodzice Salomona - Chaim i Hana z Flesów byli właścicielami piekarni.
    - Gdy Niemcy zaczęli zabierać Żydów do getta, ukryliśmy Szlomę i jego brata Icka w stodole. Pomagaliśmy mu, dawaliśmy jedzenie. Kto mógł przypuszczać, że potem tak się zmieni - opowiadała Zofia Tkaczyk, żona Józefa.
    Tkaczykowie nigdy nie usłyszeli od Morela słowa dziękuję. Hitlerowcom też się nie odpłacił. Do obozu w Świętochłowicach-Zgodzie (filii byłego obozu koncentracyjnego Auschwitz), którego komendantem był zaraz po wojnie, trafiali nie tylko Niemcy i volksdeutsche, ale wszyscy podejrzani o niechęć do ludowej władzy. Wystarczył donos i swobodne uznanie funkcjonariusza NKWD lub UB.

    ZROZUMIEĆ KATA

    Więźniowie Świętochłowic zapamiętali, jak komendant Morel bijąc ich, wykrzykiwał, że mści się za swoich żydowskich braci. W stwierdzeniu tym było tylko trochę prawdy. Brat Szlomy Morela - Icek, faktycznie zginął w 1942 r. Rzecz w tym, że nie z ręki Niemców. OBAJ MORELOWIE DZIAŁALI WÓWCZAS W ZAŁOŻONEJ PRZEZ SIEBIE BANDZIE RABUNKOWEJ, O KTÓREJ MÓWIONO, ŻE JEST ZBIERANINĄ PRZESTĘPCÓW. Przez kilka miesięcy napadali na okoliczne wioski. W grudniu trafili w ręce działającego na Lubelszczyźnie oddziału Armii Ludowej, którym dowodził Grzegorz Korczyński. Za rozbój członkowie bandy zostali postawieni przed sądem wojskowym. Wyrok na bracie Morela wykonano, podobno dlatego, że Salomon zrzucił na niego całą winę. Dzięki temu pozostał w oddziale Korczyńskiego. Nie był jednak, jak się później chwalił, żadnym bojowcem. Zajmował się... obieraniem ziemniaków. Aby lepiej poznać mentalność oprawcy, warto przytoczyć jeszcze jeden szczegół. Podczas procesu Korczyńskiego w latach 50., Morel, zeznając jako świadek, oskarżył dowódcę AL o... mordowanie żydowskich partyzantów.
    Polska prasa uwierzyła w wersję o Morelu - więźniu Auschwitz. "GAZETA WYBORCZA" PISAŁA: "W CZASIE WOJNY TRAFIŁ DO OŚWIĘCIMIA, GDZIE ZGINĘLI JEGO NAJBLIŻSI". "Trybuna", w tekście pod znamiennym tytułem: "Z więźnia - komendant obozu": "Zachowania Salomona Morela w obozie w Zgodzie nie wolno usprawiedliwiać, ale można zrozumieć. W 1945 r. trudno było oczekiwać od Żyda, który właśnie wyszedł z Auschwitz, gdzie utracił wszystkich bliskich, żeby troszczył się o NSDAP-owców i volksdeutschów. Dziś jest już starym człowiekiem i zasługuje na spokój". Marzenia postępowej prasy spełniły się.

    KARA ZA TYFUS

    W czasie wojny Morel zachował się podobnie, jak wielu polskich Żydów - w 1943 r. przedostał się do ZSRS i przyłączył do sowieckiej partyzantki. Po powrocie do Polski wstąpił do UB. W życiorysie czytamy: "21 LIPCA 1944 ROKU ZOSTALIŚMY WYZWOLENI PRZEZ ARMIĘ CZERWONĄ I NATYCHMIAST PRZYCHODZIMY DO LUBLINA I ORGANIZUJEMY MO. W DNIU 15 LUTEGO 1945 PRZYJEŻDŻAM Z GRUPĄ OPERACYJNĄ NA ŚLĄSK I ZOSTAJĘ NACZELNIKIEM OBOZU W ŚWIĘTOCHŁOWICACH".
    Z relacji ocalałych świadków wynika, że obóz był cały czas przepełniony. Więźniowie spali po trzech, czterech na jednej pryczy. Bez sienników i koców. Rację żywnościową stanowiło 125 gramów chleba lub zupy. W lecie 1945 r. śmiertelność wynosiła 30 osób dziennie. Zwłoki zmarłych rozbierano i chowano w nieoznakowanych, masowych grobach poza terenem obozu. Morel osobiście torturował i zabijał więźniów.
    Dorota Boreczek, była więźniarka Świętochłowic-Zgody: - W obozie nie byliśmy ludźmi, pozbawiono nas uczuć. Głód był taki, że po rannej pobudce przechodziło się przez trupy. Spałam pod jednym kocem ze Szwajcarką. Któregoś dnia poprosiłam ją o wodę i zobaczyłam, że nie żyje. Razem z matką chorowałyśmy na tyfus.
    Śledztwo władz więziennych MBP wykazało: "niedopilnowanie porządku w obozie, bezład w dziale gospodarczym i depozytach, i dopuszczenie do rozwinięcia się epidemii tyfusu i niepoinformowanie o tym na czas departamentu". Morel dostał "surową" karę: trzydniowy areszt domowy i potrącenie 50 proc. poborów.

    RASOWE PRZEŚLADOWANIA

    Salomon Morel uciekł z Polski w 1992 r. Katowicka prokuratura, mimo iż mieści się zaraz obok jego domu, nie zdążyła go aresztować. Prawdopodobnie ktoś uprzedził oprawcę. Nie wiadomo również, dlaczego od ręki dostał izraelską wizę. Były komendant Świętochłowic wyjechał do córki, do Izraela (w Polsce Danuta Morel była piosenkarką i występowała w katowickich kabaretach; w kraju zostawił żonę Wiesławę, syna i drugą córkę). Wkrótce dostał izraelskie obywatelstwo. WCZEŚNIEJ PLANOWAŁ ZBIEC DO SZWECJI - SWÓJ WNIOSEK O AZYL POLITYCZNY MOTYWOWAŁ... RASOWYMI PRZEŚLADOWANIAMI, KTÓRE MIAŁY GO DOTKNĄĆ W POLSCE.
    W 1999 r., w liście do jednej z gazet Dorota Boreczek napisała: "Z Salomonem Morelem przyszło mi zetknąć się po ponad 45-latach w prokuraturze katowickiej [zeznawał w sprawie Świętochłowic jako... świadek - TMP]. Ta sama linia obrony z jego strony, jaką wsławili się hitlerowscy zbrodniarze przed trybunałami. Niczego nie wiedzieli, tylko wykonywali rozkazy i byli niezwykle ludzcy. (...) MIMO, ŻE PROKURATURA DYSPONOWAŁA NIEZLICZONYMI DOWODAMI ZBRODNI MORELA, POZOSTAWAŁ ON NA WOLNOŚCI, BA, NAWET NIE ZASTOSOWANO WOBEC NIEGO ŻADNEGO Z DROBNIEJSZYCH ŚRODKÓW ZAPOBIEGAWCZYCH, JAK CHOĆBY NAKAZU MELDOWANIA SIĘ NA POLICJI CZY ZAKAZU WYDALANIA SIĘ Z MIEJSCA POBYTU. Chodziło wyraźnie o to, aby Morel się właśnie wydalił. I tak się stało! Teraz prokuratura rozwinęła swoje skrzydła i ubrała nawet autorytet państwa do szukania przestępcy, o którym nie wiedziała absolutnie nic więcej niż to, co udokumentowano wcześniej w toku toczącego się śledztwa. (...) Później przedstawiciele prokuratury kłamliwie informowali opinię polską w prasie i telewizji o wydaniu listu gończego za Salomonem Morelem, co było absolutnie niemożliwe bez wydania nakazu aresztowania".

    NIE WYDAMY POLAKOM-ANTYSEMITOM

    Dopiero po kilku latach od ucieczki Morela, w 1998 r., Polska skierowała do jego prawdziwej Ojczyzny - Izraela wniosek ekstradycyjny (zarzut: spowodowanie śmierci 1695 więźniów Świętochłowic, zakwalifikowane jako zbrodnie przeciwko ludzkości, które w świetle polskiego i międzynarodowego prawa nie ulegają przedawnieniu). Ministerstwo Sprawiedliwości Izraela odpowiedziało szybko i treściwie: zbrodnie Morela, jeśli w ogóle miały miejsce, w świetle izraelskiego prawa nie są żadnym ludobójstwem, a ponadto uległy już przedawnieniu. Najciekawszy był komentarz: "WNIOSEK PODNIÓSŁ WIELE KWESTII ODNOŚNIE OKRESU BEZPOŚREDNIO PO DRUGIEJ WOJNIE ŚWIATOWEJ, PODCZAS KTÓREGO W POLSCE OKOŁO TYSIĄCA ŻYDÓW ZOSTAŁO ZAMORDOWANYCH PRZEZ OBYWATELI POLSKICH. Wiele zeznań świadków, dowodzących tych morderstw znajduje się w aktach Yad Vashem w Jerozolimie w Izraelu i w różnych instytucjach na całym świecie. Wspomniane powojenne morderstwa Żydów były badane przez władze polskie, ale wiele osób spośród odpowiedzialnych za te zbrodnie nie stanęło w obliczu sprawiedliwości. Stąd, chociaż potępiamy wszelkie akty przemocy, łącznie z tymi, o które jest oskarżany Morel, fakt kontynuacji ścigania Morela w zestawieniu ze wspomnianym tłem historycznym jest zarówno niepokojący, jak i smutny...". SZKODA, ŻE IZRAELSKIE MINISTERSTWO NIE PRZYPOMNIAŁO, ZA CO OD YAD VASHEM MEDAL DOSTAŁ JÓZEF TKACZYK...
    Mimo odmowy wydania Morela przez Izrael, zbrodniarz był nadal ścigany: międzynarodowym listem gończym przez Interpol i przez niemiecką prokuraturę (prowadziła własne śledztwo, gdyż wielu pokrzywdzonych przez komendanta Świętochłowic mieszkało w Niemczech; dzięki niemieckim naciskom w ogóle ruszyło polskie śledztwo przeciwko Morelowi).

    REEDUKACJA BRZEZINKĄ

    Po likwidacji obozu w Świętochłowicach Morel został naczelnikiem więzienia w Opolu, potem w Katowicach i Raciborzu, by w 1949 r. zostać komendantem obozu dla młodocianych więźniów politycznych w Jaworznie (w czasie wojny, tak jak w Świętochłowicach, była tu filia KL Auschwitz).
    - Morela widziałem kilka razy - opowiadał Jerzy Biesiadowski. - Podczas pierwszego apelu powiedział do nas: "Nie przeżyjecie, pójdziecie do Brzezinki". Innym razem wezwał mnie do siebie i za jakieś błahe przewinienie kazał zamknąć w bunkrze. Po kilkanaście godzin pracowaliśmy w kopalni, racje żywnościowe były minimalne. W ten sposób poddawano nas reedukacji.
    ZA ZBRODNIE W JAWORZNIE - MIMO WIELOLETNICH STARAŃ BYŁYCH WIĘŹNIÓW - SALOMON MOREL NIGDY NIE BYŁ ŚCIGANY!!! ALE OFIARAMI MORELA BYLI TU TYLKO POLACY.

    PRACA WIĘŹNIÓW I JEJ ZNACZENIE

    W 1964 R. SALOMON MOREL OBRONIŁ NA UNIWERSYTECIE WROCŁAWSKIM MAGISTERIUM PT. "PRACA WIĘŹNIÓW I JEJ ZNACZENIE". PRACA W JAWORZNIE ZNISZCZYŁA ŻYCIE WIELU MŁODYM POLAKOM. PRACA W ŚWIĘTOCHŁOWICACH-ZGODZIE KOŃCZYŁA SIĘ ŚMIERCIĄ I POCHOWANIEM W BEZIMIENNYCH GROBACH.
    Morel utrzymywał (gdy jeszcze był w Polsce), że jako naczelnik obozu w Świętochłowicach nie miał możliwości skutecznego przeciwdziałania epidemii tyfusu. A co mówił na ten temat Józef C., jeden z dwóch przesłuchanych przez Instytut Pamięci Narodowej strażników obozowych? Pod nieobecność Morela zastępujący go funkcjonariusz kazał zawieźć grupę ok. 10 chorych na tyfus więźniów (jeszcze przed wybuchem głównej epidemii) do szpitala w Świętochłowicach. Gdy dwie furmanki z chorymi, pod eskortą Józefa C., wyjechały z obozu, nadjechał samochodem naczelnik Morel, zatrzymał grupę i kazał ją zawrócić. WĄTPLIWE, ABY KTOKOLWIEK Z TEJ GRUPY PRZEŻYŁ, ALE TO W KOŃCU TYLKO 10 POLAKÓW, A NIE TYSIĄC ŻYDÓW ZAMORDOWANYCH PRZEZ POLAKÓW-ANTYSEMITÓW. Opuśćmy zasłonę milczenia, przedawnijmy, zapomnijmy.
    Podobnie należy postąpić z innymi komunistycznymi zbrodniarzami, np. z ppłk Heleną Wolińską, ściganą bezskutecznie przez Polskę od prawie 10 lat. W ub.r. W. Brytania odmówiła jej wydania. Teraz Ministerstwo Sprawiedliwości RP zapowiedziało złożenie zażalenia do angielskiej Izby Lordów. W przypadku tej stalinowskiej inkwizytorki też pojawił się "argument" o polskim antysemityzmie. Tu finał będzie zapewne podobny, jak w przypadku Morela.

    Tadeusz M. Płużański

    Publicystyka Tadeusza M. Płużańskiego na ASME.