kwietnia 1, 2007 - kwietnia 17, 2007

Konstytucyjne mydlenie oczu - Krzysztof Mazur Wysłane wtorek, 17, kwietnia 2007 przez Krzysztof Pawlak

Różne media różnie kwitowały ubiegłotygodniową nieskuteczną próbę zmiany konstytucji oraz polityczne konsekwencje tychże zabiegów. Jak zwykle oryginalny, chociaż dość typowy dla tej gazety komentarz przedstawiła "GW", która sobotnie wydanie rozpoczęła ogromnym tytułem o treści "Konstytucja wygrała". Otóż to, okazuje się bowiem, że nie tyle przegrali zwolennicy konstytucyjnego zapisu dotyczącego ochrony życia, nie tyle prawdziwe oblicze pokazała "gosiewszczyzna", nie wspominając o parlamentarnej opozycji, co wygrała - "konstytucja". Nazwę ustawy zasadniczej wypada w tym wypadku wziąć w cudzysłów, gdyż nie chodzi o sam akt prawny, ale jakby o osobny byt, gdyż takim się on jawi w komentarzach i wyobrażeniach obrońców politycznego status quo. Od pewnego czasu konstytucja stała się synonimem wartości samej w sobie oraz pretekstu do zaskarżania każdej ustawy godzącej w jakieś realne lub wydumane interesy danych grup politycznych i lobbies. Jak daleko zaszły sprawy, świadczy niedawny casus zaskarżanych przepisów ordynacji wyborczej, uchwalonych nie tak dawno na wniosek posłów Platformy Obywatelskiej i zaskarżonych na wniosek posłów tej samej PO, która wcześniej je promowała.

Patrząc na ostatnie sejmowe przepychanki i słuchając tzw. argumentów przedstawianych przez różne strony sporu, warto zauważyć, że tak naprawdę wykazano brak zrozumienia dla istoty sporu. Wydaje się pewną oczywistością, że faktycznym źródłem zaniepokojenia takich osób jak Marek Jurek et consortes nie są zapisy konstytucji, ale zapisy ustawy z 1993 r. o planowaniu rodziny, ochronie płodu i warunkach dopuszczalności przerywania ciąży, a jak wiadomo - cała sejmowa debata nie dotyczyła tej ustawy, którą przecież można było zmienić zwykłą sejmową większością, którą dysponuje koalicja. Konstytucja w tym względzie nie musi, a nawet nie powinna być zmieniana, gdyż konstytucyjny zapis w tej materii jest najlepszy, jaki można sobie wyobrazić. Reguluje to mianowicie art. 38. konstytucji, umieszczony w dziale "wolności i prawa osobiste" i artykuł ten stanowi, że "Rzeczpospolita Polska zapewnia każdemu człowiekowi prawną ochronę życia".
Dążenie do dopisania w tym artykule, że chodzi o życie od poczęcia aż do naturalnej śmierci, świadczy jedynie, że część polityków i nie tylko cierpi na jakieś natręctwa i nie usiądzie spokojnie, póki nie zdefiniuje oczywistych rzeczy za pomocą jak największej liczby określeń. Dla sporej części postępowców nie jest oczywistym to, że płód cierpiący na jakieś wrodzone wady rozwojowe lub poczęty w wyniku gwałtu jest ludzką istotą, a z drugiej - strony ci, którzy mają takie przekonanie, chcieliby doprecyzowaniem cytowanego zapisu podnieść poprzeczkę swoim adwersarzom. Tymczasem obowiązujący zapis art. 38. wyraźnie chroni ludzkie życie, a jedynie norma szczegółowa, jaką jest ustawa z 1993 r. arbitralnie pozbawia niektórych nienarodzonych godności osoby ludzkiej. Nikt dotychczas, ani "ojcowie" obowiązującego "kompromisu" z 1993 r. z senatorem Niesiołowskim na czele, ani lewicowe Kindermorden, ani wreszcie całkiem liczni przeciwnicy zmiany "kompromisowej" ustawy działający w szeregach PiS-u nie uzasadnili, z jakich powodów niektóre niewinne istoty można pozbawić prawa do życia, bo przecież ustawa z 1993 r. nie wymienia tych powodów i uzasadnień, a jedynie okoliczności, w których to może nastąpić. Paradoksem jest wszak, że obecnie nie można człowieka ułomnego fizycznie nazwać kaleką, gdyż podobno jest to określenie pejoratywne, a z drugiej strony - ci sami, którzy niby tak troszczą się o pokrzywdzonych przez los, jednocześnie gardłują za unicestwianiem płodów, u których zdiagnozowano jakieś zdrowotne komplikacje. Lewica tyle łez i atramentu wylewa na opisywanie udręk prześladowanych mniejszości, lituje się na zwyrodniałymi bandytami, walcząc o godziwe warunki ich przebywania w więziennej celi, a jednocześnie dzieci będące skutkiem gwałtów i jak najbardziej zdrowe fizycznie bez mrugnięcia okiem skazuje na karę śmierci. Nb. ciekawe, czy za kilka lat ci sami, którzy kolportują obecnie koszulki z napisami "jestem gejem" czy "jestem Żydem", odważyliby się wprowadzić takie napisy jak "jestem ofiarą gwałtu" lub "jestem uratowanym przed aborcją" i założyć taką koszulę na plecy córki pani Alicji Tysiąc.
Jest oczywistością, że idealne dopasowanie norm cywilizacyjnych do prawnych regulacji będzie zawsze budziło spory i zacietrzewienie różnych osób. Tak samo głupie jest argumentowanie Kaczyńskiego, że poruszanie sprawy ochrony życia rozjątrzy zwolenników aborcji, jak i za naiwne należy uznać argumenty, że wprowadzenie LPR-owskich poprawek do konstytucji wykluczy ten problem z publicznego dyskursu. Konstytucja jest tak samo głosowana, jak i każda inna ustawa, jedyną różnicą może być większość potrzebna do zmiany tych przepisów. Ponadto nigdy jakakolwiek bitwa nie rozstrzygnęła problemu raz na zawsze, a wojna o zasady i ideologiczne granice będzie trwała zawsze. Natomiast faktem jest, że normy prawne nie mogą decydować, od którego dnia, tygodnia czy miesiąca stajemy się ludźmi i ta oczywista konstatacja nie musi mieć religijnego uzasadnienia, co sugestywnie pokazał w opowiadaniu "Przedczłowiek" amerykański pisarz Filip K. Dick. Inną sprawą jest natomiast to, że państwo dysponuje narzędziami umożliwiającymi stosowanie kar za przekraczanie określonych norm i zasad. Także karą śmierci i w tym kontekście całkiem zasadnie brzmiał argument części posłów obawiających się, że wprowadzanie do konstytucji zapisu o ochronie życia do naturalnej śmierci może zostać wykorzystane przez abolicjonistów do zablokowania jakiejkolwiek dyskusji nt. wprowadzenie tej kary do kodeksu karnego. Przecież art. 31.1 konstytucji stanowi, że "wolność człowieka podlega ochronie prawnej", ale nie wynika z tego, że przestępcę nie można skazać na karę ograniczenia wolności lub więzienia. Można to nawet zrobić za uchylanie się od płacenia alimentów, czyli za dość niegroźny ze względów bezpieczeństwa postępek. Wniosek z tego taki, że konstytucja powinna zawierać normy ogólne, chroniące przede wszystkim wolność, życie i własność, natomiast normy szczegółowe nie mają wprowadzać wyjątków od tych zasad (wszak nie ma wyjątków określających, kiedy kradzież jest dozwolona, są natomiast wyjątki, kiedy można pozbawić życia niewinnego człowieka), ale określać konsekwencje dla osób nie przestrzegających tych norm opartych przecież na prawach naturalnych. Z tego punktu widzenia i akurat pod względem odniesienia się do ochrony ludzkiego życia obecne przepisy konstytucyjne są wystarczające, problemem są natomiast złe, a nawet czasami bandyckie ustawy i przepisy wykonawcze i to właśnie te przepisy należałoby zmienić. Sęk w tym, że Kaczyńscy i duża część posłów PiS-u jest w rzeczywistości temu przeciwna i wynika to z ich jakobińskiego światopoglądu, a nie z troski o "kruchy kompromis". Ale że trzeba dbać także o tzw. radykalny elektorat - więc musieliśmy być świadkami kolejnej szopki politycznej. Zresztą czy tak naprawdę ów radykalny elektorat jest chociażby średnio spostrzegawczy i ideowy, skoro o. Rydzyk komentując porażkę konstytucyjnych inicjatyw, określił postawę sejmowych "pragmatyków" jako "wypadek przy pracy"?

Krzysztof Mazur

Publicystyka Krzysztofa Mazura na ASME


Na polskiej scenie politycznej pozycję dominującą może zająć tylko czyjś agent lub aspirujący do tej pozycji ambicjonat - Stanisław Michalkiewicz o zawirowaniach w parlamencie "polskiego regionu UE" Wysłane niedziela, 15, kwietnia 2007 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |








Na polskiej scenie politycznej pozycję dominującą może zająć tylko czyjś agent lub aspirujący do tej pozycji ambicjonat - Stanisław Michalkiewicz o zawirowaniach w parlamencie "polskiego regionu UE"
Wysłane niedziela, 15, kwietnia 2007 przez Krzysztof Pawlak

"Legitymację partyjną oddał marszałek Jurek, a tam koalicyjni ministrowie z trwogą patrzą na sznurek... Co tam - ministrowie! Posłowie, posłanki, senatorowie, żony, przyjaciółki, metresy - krótko mówiąc: zapowiada się groźba rewolucji towarzyskiej, bo moralnej już nie będzie. Wszystkie propozycje zmiany konstytucji zostały odrzucone - wygrała linia nakreślona przez Monikę Olejnik i panią prezydentową Kaczyńską 8 marca - w apelu do parlamentarzystów - by wszystkie poprawki odrzucili - to i... odrzucili, widać - słuchają się... Nie wszyscy parlamentarzyści Prawa i Sprawiedliwości przeszli do porządku dziennego nad tą próbą, bo w 2003 roku, kiedy było referendum akcesyjne, część polityków PiS była przeciwna, ale jakoś wtedy przeszli nad tym konfliktem sumienia do porządku... Teraz jakoś sprawa wydała się poważniejsza - być może dlatego, że termin głosowania przyszedł w czasie spowiedzi wielkanocnej i może byli w stanie łaski wielkanocnej, co cynicznie wykorzystał szef LPR i publicznie, na oczach opinii publicznej zdjął majtki Braciom Kaczyńskim" - Stanisław Michalkiewicz komentuje najnowsze i bardzo doniosłe wydarzenia parlamentarne z końca mijającego tygodnia.

Marszałek Jurek i posłowie, którzy wyszli z posiedzenia Rady Politycznej PiS, zapowiadają jednak, że na razie będą rząd popierać - przynajmniej do momentu, kiedy okrzepnie nowy ruch polityczny, na czele którego ma być postawiony Aleksander Kwaśniewski, którego - jak i innych "żydów, gejów oraz człowieków z ezelde" będzie bronił pan poseł Janusz Palikot z Platformy Obywatelskiej, jak to sam, własnoustnie zapowiedział na sobotniej konferencji prasowej, jako że to są "człowieki" zagrożone najbardziej w swoich prawach. Ale tak się złożyło, że w sobotę akurat, w Krakowie demonstrowali narodowo-radykalni narodowcy (z jednej, jedynej ich organizacji), przeciw którym od razu tego samego dnia i w tej samej godzinie kontrdemonstrowało z dziesięć "organizacji antyfaszystowskich" oraz sam rabin miasta Krakowa - wygląda więc na to, że to raczej narodowcy są oprymowani, nie zaś "żydzi, pederaści i człowieki z ezelde"... Więc jak zwykle - poseł Palikot nie ma racji, ale nie o to chodzi, tylko o danie sygnału samemu "Disko-Olkowi", że może liczyć na zwierającą nie tylko... szeregi Platformę, a może i na nawet TW "Musta" z "wywiadu gospodarczego", towarzysza z PZPR-erii Andrzeja Olechowskiego, który występuje obecnie na scenach aktorsko-politycznych razem z posłem Niesiołowskim...
W maju ma się ukazać raport "europejskiego gestapo" o tym, jak to w Polsce są jednak prześladowani "człowieki" ze swoimi prawami obywatelskimi - po to, by Platforma, albo to co będzie na jej miejsce wprowadzone przez dwory pruski i rosyjski, po zdobyciu władzy, z wiernopoddańczą ochotą zaakceptowała konstytucję Unii Europejskiej w wyznaczonym terminie w tzw. Deklaracji Berlińskiej - do roku 2009, o czym nas już z wyprzedzeniem właściwym dla dobrze prowadzonego montażu codziennie zapewnia niemieckiego pochodzenia dziennik pod nazwą "Dziennik", dbający o powstanie odpowiedniej, już oczywiście "europejskiej" lewicy...

Nagranie trwa ponad 10 minut i jest dostępne w Sieci do 29 IV 2007 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




Polski paradoks polega na tym, że politycy bronią tego, co nie jest wcale zagrożone: życia poczętego i polskiej konstytucji - Łukasz Perzyna o głosowaniu nad poprawkami konstytucyjnymi Wysłane niedziela, 15, kwietnia 2007 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |







Polski paradoks polega na tym, że politycy bronią tego, co nie jest wcale zagrożone: życia poczętego i polskiej konstytucji - Łukasz Perzyna o głosowaniu nad poprawkami konstytucyjnymi
Wysłane niedziela, 15, kwietnia 2007 przez Krzysztof Pawlak

"Pod koniec XVIII wieku, kiedy osadnicy w późniejszych Stanach Zjednoczonych buntowali się przeciw drastycznej polityce fiskalnej metropolii, jeden z posiadaczy ziemskich zauważył też później znane jako anegdotyczne zjawisko, że jego stajenny zawsze po zmroku znajdował argument, żeby się nie udawać się z lampą do stajni - po prostu czegoś się obawiał. Posiadacz zapytał wprost stajennego o co chodzi, uzyskał odpowiedź, że stajenny się boi... ustawy o podatku stemplowym. Wcześniej posiadacze ziemscy rozwinęli wielką akcję uświadamiającą wśród m.in. służby domowej, że narzucane przez brytyjską metropolię podatki są źródłem wszelkiego zła, zagrażają pomyślności kolonii, ale nie wytłumaczyli, co to takiego była ta ustaw o podatku stemplowym. Kilkadziesiąt lat później, kiedy dekabryści zmierzali do zamachu stanu, wyprowadzili wierne sobie pułki na place manewrowe w Petersburgu i zarządzili skandowanie hasła "Niech żyje Konstytucja", ale żołnierze byli święcie przekonani, że krzyczą na cześć żony brata cara, księcia Konstantego..." - Łukasz Perzyna, analityk "Tygodnika Solidarność" i naszej witryny ASME, komentuje sprawę poprawek konstytucyjnych, zgłoszonych przez część rządzącego ugrupowania PiS.

Kilka wieków później, kiedy w Akcji Wyborczej "Solidarność" wykorzystywano z trudem zebraną większość sejmową i głosowano akurat ustawę o Prokuratorii Generalnej, spora część prostych posłów z tylnych ław sejmowych była przekonana, że Prokuratoria to... żona Prokuratora Generalnego. Dlaczego Łukasz Perzyna przywołuje te anegdoty - bo wydaje się, że taki paternalistyczny stosunek do swojego elektoratu pozostaje przywarą wielu posłów i polskich polityków. Oto na Zamku Królewskim odbyła się impreza pod hasłem "obrony konstytucji", zwołana przez politycznych bankrutów - m.in. Aleksandra Kwaśniewskiego wraz z byłymi politykami Unii Wolności - ugrupowania negatywnie zweryfikowanego przez wyborców. Dziwne jest to, że chcą oni bronić czegoś, co nie było wcale zagrożone. Sam Jarosław Kaczyński mówił sceptycznie o tzw. IV Rzeczpospolitej, a nowa republika powinna zacząć się od zmiany konstytucji, jak we Francji, a tu większość sejmowa zaledwie pozwala na samo rządzenie, nie - na zmianę konstytucji. Marszałek Marek Jurek, wbrew interesom własnego ugrupowania, wspierał projekt LPR, projekt radykalny, bo zmierzający do bezwzględnego zakazu aborcji w Polsce. W zeszłym roku było 225 aborcji, w latach 60. było - w PRL - 200 tysięcy aborcji... Te dane pokazują, kiedy życie ludzkie jest/było zagrożone... Za to politycy nie bronią np. wzrostu gospodarczego, który dzieje się właściwie na przekór im samym, niezależnie od ekip rządzących...

Nagranie trwa ponad 8 minut i jest dostępne w Sieci do 29 IV 2007 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.





Postulat UPR o podatku katastralnym jest skutecznym narzędziem rozwiązania problemu wywłaszczeń na społecznie użyteczne cele - Dariusz Wieczorek, prezes Okręgu Mazowieckiego UPR, o jednym z postulatów programowych ugrupowania
Wysłane sobota, 14, kwietnia 2007 przez Krzysztof Pawlak

"Czy wiedzą Państwo, jak wygląda kwestia wykupu gruntów pod inwestycje na Mazowszu? Wydarzenia ostatnich dni przyniosły kilka dobrych przykładów na ten temat. Przykład pierwszy: sprawa hali Marcpolu na pl. Defilad. Miasto zostało zmuszone, w wyniku niedopatrzenia urzędników, do zawarcia ugody, w wyniku której hala będzie jeszcze istnieć dwa lata, a jakiekolwiek inwestycje w tym miejscu będą mogły zacząć się dopiero po 2009 roku. Pokazuje to, że nie tylko właściciela, ale nawet i dzierżawcy trudno pozbyć się z terenu potrzebnego na inwestycje. Przykład drugi: działka pod Jabłonną. W okolicach Jabłonny ma przebiegać droga ekspresowa i potrzebne są wywłaszczenia. Jest to drugi incydent na Mazowszu działania pod rygorem tzw specustawy wywłaszczeniowej. Właścicielka sprzeciwiła się przymusowemu wykupi ze względu na poczucie krzywdy, gdyż jej sąsiad otrzymał prawie dwukrotnie większą cenę za metr kwadratowy" - Dariusz Wieczorek, prezes Okręgu Mazowieckiego UPR, opisuje na z życia wziętych przykładach sposób rozwiązania jednego z znaczących problemów życia samorządowego.

Trzeci przykład jest już niemal historyczny: sprawa zablokowania ulicy Powstańców Śląskich w Warszawie przez niewykupioną na rzecz miasta nieruchomość w postaci małego domku. Jak więc postępować, by inwestycje postępowały w sposób szybki i nieskomplikowany proceduralnie, a jednocześnie właściciele nie mieli poczucia subiektywnej krzywdy? Odpowiedzią jest stary już postulat Unii Polityki Realnej - podatek katastralny. Oczywiście wysokość tego podatku ma być - w ocenie UPR - zdecydowanie niższa niż przewidują to przedstawiciele innych partii czy urzędnicy Ministerstwa Finansów...

Nagranie trwa ponad 6 minut i jest dostępne w Sieci do 28 IV 2007 r.




Reportaż z pogrzebu Stalina - Antoni Zambrowski Wysłane czwartek, 12, kwietnia 2007 przez Krzysztof Pawlak

Podczas uroczystości poprzedzających pogrzeb Stalina w Moskwie zatratowano na śmierć kilka tysięcy osób. Swoje wrażenia z tych wypadków opisuje po latach dziennikarz "Gazety Polskiej".

Wiadomość o zgonie wodza całej postępowej ludzkości dopadła nas skoro świt 6 marca 1953 roku w pokoju domu studenta Uniwersytetu Moskiewskiego. Wstaliśmy jak zwykle rano, by udać się na wykłady na godzinę ósmą czasu moskiewskiego do budynku Uniwersytetu im. Łomonosowa położonego naprzeciwko Kremla. Jak co dzień któryś z kolegów włączył radio, a raczej głośnik nadający moskiewski program miejski, i usłyszeliśmy znany wszystkim Rosjanom głos lektora sowieckiego radia Jurija Lewitana. Zasłynął on z pięknego głosu i znakomitej dykcji w czasie II wojny światowej dzięki odczytywanym uroczyście urzędowym komunikatom z frontu nadawanym przez Sowinformbiuro, czyli Sowieckie Biuro Informacyjne. W ostatnich miesiącach zniknął on z anteny jako osoba narodowości żydowskiej, co było skutkiem głośnej afery z lekarzami lecznicy kremlowskiej (w większości Żydami) oskarżonymi o celowe przyczynianie się do przedwczesnej śmierci swych prominentnych pacjentów. Po tej aferze nastąpiła czystka osób narodowości żydowskiej wśród nomenklatury partyjnej, m.in. w mediach. Lewitan z patosem charakterystycznym dla jego maniery odczytywania urzędowych tekstów wymieniał historyczne zasługi tow. Stalina i, co zaniepokoiło moich kolegów z pokoju, mówił o nich w czasie przeszłym. Już wiedzieliśmy o poważnej chorobie Stalina, ale wciąż nie byliśmy przygotowani psychologicznie do wiadomości o jego śmierci.

O możliwości śmierci Stalina nie wolno było mówić

Stalin miał już ukończone 73 lata i w normalnym społeczeństwie ludzie zastanawialiby się nad tym, co będzie po jego śmierci. W stalinowskim Związku Rad takie rozważania (nawet w prywatnej rozmowie) byłyby potraktowane jako akt terroryzmu państwowego, więc ludzie świadomi spraw o takich rzeczach przezornie nie rozprawiali. Stąd zwyczaj traktowania go jako nowego wcielenia biblijnego Matuzalema, mającego żyć kilkaset lat. Dlatego też nie mieściło się nam w głowach, że tow. Stalin może - jak każda ziemska istota - najzwyczajniej umrzeć.
Słowa komunikatu odczytywanego przez Lewitana: "śmierć tow. Stalina" ucięły wszelkie wątpliwości i w pokoju powiało grozą. W ponurym milczeniu zjedliśmy kanapki popite herbatą i udaliśmy się najpierw tramwajem, a następnie metrem do śródmieścia Moskwy pod Kreml. W audytorium uniwersyteckim panowała ponura cisza, przerywana głośnym szlochem dziewcząt. Chłopcy siedzieli w ławkach bez słowa. Zajęcia dydaktyczne odwołano. Tak minął dzień.
Po południu wróciliśmy do swego akademika, mieszczącego się w dawnych koszarach wojskowych z czasów cara Piotra I nad rzeką Jauzą obok głośnego aresztu śledczego przy ul. Matrosskaja Tiszyna (po polsku "Cisza Marynarska"). Nie wiedzieliśmy oczywiście, że w naszym sąsiedztwie są uwięzieni dostojnicy sowieccy, szykowani na pierwsze prominentne ofiary następnej Wielkiej Czystki.

Straszna noc marcowa w Moskwie

Wieczorem 7 marca powrócił z miasta pełniący w naszym pokoju obowiązki starosty Grisza Bińkiewicz - starszy od nas wiekiem i doświadczeniem życiowym kombatant wojenny, studiujący wraz z nami na tym samym II roku studiów ekonomicznych. Dowiedział się on na mieście, że ciało Stalina ma być tegoż wieczora wystawione na widok publiczny w sali kolumnowej Domu Związków Zawodowych (przejętych po dawnej resursie obywatelskiej, czyli po klubie szlacheckim). W tejże sali kolumnowej tradycyjnie odbywały się uroczyste koncerty oraz świeckie pogrzeby elity komunistycznej, od pogrzebu Włodzimierza Lenina poczynając. Grisza natychmiast spróbował dotrzeć tam i jego próba została uwieńczona sukcesem. Zaliczył przejście koło otwartej trumny Stalina. Gorąco radził nam, byśmy bez zwłoki podjęli takie same starania. Bez wahania zastosowaliśmy się do jego rady: być w Rzymie i nie zobaczyć papieża... Mieliśmy już marzec, ale noce w Moskwie były całkiem mroźne, więc ubrałem się odpowiednio i dołączyłem do kolegów. Tylko Litwin Boleslavas Drilingas, lub mówiąc po polsku: Bolesław Dryling, pozostał w łóżku i nie udał się z nami.
Spodziewałem się, że dojedziemy metrem do stacji Ochotnyj Riad, przy której codziennie wysiadaliśmy w drodze na zajęcia na Uniwersytecie, ponieważ z niej było kilka kroków do sali kolumnowej Domu Związków. Tymczasem Grisza nakazał opuszczenie metra o dwa przystanki wcześniej, a zatem o kilka kilometrów od upragnionego celu. Miał rację, gdyż tam rozpoczynała się kolejka do trumny Stalina. Niestety, popełniłem błąd, gdyż jak na Europejczyka przystało stanąłem zupełnie odruchowo w kolejce. Moi koledzy nie oglądając się na mnie poszli dalej i natychmiast straciłem ich z oczu. Kolejka początkowo pomału posuwała się do przodu i pomyślałem, że wszystko jest w porządku. Po chwili jednak zaczęliśmy się cofać do tyłu pod naporem wielkiego tłumu. Zrobił się wielki ścisk, jakiego nie doświadczyłem w Warszawie na żadnym z meczów piłkarskich lub bokserskich podczas opuszczania stadionu. Takiego ścisku nie doświadczałem też w żadnym środku lokomocji. W tłumie było masa kobiet młodych lub w średnim wieku i w ścisku nie dając sobie rady, głośno lamentowały. Tłum parł kilkanaście metrów do przodu i po chwili tyleż wstecz. Cały czas deptaliśmy po kaloszach, które pogubili ludzie moskiewskim zwyczajem zakładający je w zimie na obuwie. Trzeba było cały czas uważać, by nie dać się wywrócić, gdyż zadeptano by człowieka niczym owe kalosze.
Kolejka szamotała się na szerokim, moskiewskim chodniku. Drogę na jezdnię blokowały ustawione rzędem ciężarówki, na których stali żołnierze, na szczęście bez broni palnej. Mieli oni za zadanie nie dopuszczanie do kolejki osób postronnych od strony jezdni. Ponieważ tłum napierał, należało uważać, by nie dać się przycisnąć do ciężarówki lub latarni, ponieważ groziło to pogruchotaniem kości. Po godzinie szamotaniny miałem już dość i przy pomocy żołnierza wdrapałem się na ciężarówkę. Choć byłem młodym i wysportowanym chłopakiem, nie miałem już siły wdrapać się na nią sam bez niczyjej pomocy. Usiadłem zmęczony na ławce, by zasznurować zimowe buty. W świetle latarni widać było wysoki słup pary nad kolejką i słychać było ciągły lament walczących o przeżycie w potwornym ścisku niewiast. Zrezygnowałem z dalszych prób i udałem się do pobliskiego metra. Po drodze spotkałem znajomą studentkę z naszego akademika - zwyczajną Rosjankę z prowincji, studiującą w stolicy. Była w szoku. Na jej oczach tłum przycisnął do latarni czy też ciężarówki młodego chłopca tak silnie, że pękła mu czaszka. Krew i mózg pochlapały ludzi w tłumie. Gdy wróciłem do pokoju w akademiku, zbudził się ze snu leżący na sąsiednim łóżku Bolesław Drilingas i jemu relacjonowałem w podnieceniu wrażenia z tej koszmarnej nocy, bredząc coś o krwi i trupach.
Później dowiedziałem się od mego kolegi szkolnego Andrzeja Helbinga, studiującego w Moskwie na innej uczelni, o jego jeszcze bardziej makabrycznej przygodzie tej nocy. Poszedł on ze swą żoną Emilką, studiującą filologię na Uniwersytecie Moskiewskim, do tej samej kolejki. Wkroczyli tam idąc pod rękę, ale rychło zostali rozdzieleni. Trasa prowadziła przez wał i w pewnej chwili zobaczył on swą żonę nieprzytomną i turlającą się w dół z nasypu w gęstwinie poplątanych ze sobą ciał. Przez długie godziny szukał jej po całej okolicy. Miała na sobie polskie narciarki, nieznane w Moskwie, i po tych narciarkach usiłował ją rozpoznać, oglądając sterty trupów ułożonych jak drwa na stosie. Na szczęście znalazł ją w jakimś ad hoc zorganizowanym punkcie doraźnej pomocy medycznej.
Coś podobnego przeżywała Moskwa podczas uroczystości koronacyjnych cara Mikołaja II w maju 1896 roku, gdy na Polu Chodyńskim zatratowano w potwornym ścisku aż 1200 osób płci obojga. Ile osób stratowano na pogrzebie czerwonego faraona, nie wiadomo do dziś dnia. Przynajmniej opinii publicznej (Edward Radziński - rosyjski biograf cara Mikołaja II oraz Stalina podał jednak po latach, że były ich tysiące). Odpowiedzialny nominalnie za uroczystości pogrzebowe Nikita Chruszczow przejął wkrótce władzę na Kremlu i nikt nie odważyłby się pisać o ofiarach śmiertelnych, zawinionych przez kierowane przez niego służby.

Mój marsz z przeszkodami do trumny

Następnego dnia była sobota i mieliśmy zajęcia na studium wojskowym. Wprawdzie zmarł generalissimus i wódz naczelny Armii Sowieckiej, ale zajęcia były jak zwykle. Po zajęciach, które odbywały się rzecz jasna w męskim gronie, poszliśmy gromadą ponownie szukać szczęścia w drodze do trumny Stalina. Przeszliśmy kilkaset metrów najbliższą nam ulicą Mochowaja, równoległą do głównej ulicy noszącej imię wybitnego pisarza Maksyma Gorkiego (dziś przemianowaną zgodnie z tradycją na ulicę Twerską). Przejścia na nią pod arką broniła ciężarówka pilnowana przez dwóch milicjantów. Rzuciliśmy się całą grupą pod ciężarówkę i po chwili byliśmy po drugiej stronie. Ofiarą milicjantów padło dwóch obcych nam chłopaków, którzy dali się złapać. Na ul. Gorkiego musieliśmy się rozproszyć, gdyż całą szerokością ulicy szedł kordon żołnierzy spychający gapiów w górę ulicy ku skwerowi Puszkina. By ich uniknąć, wszedłem do pobliskiego sklepu z prezentami. Teraz musiałem sforsować kolejną barykadę z ciężarówek, broniącą wejścia do zaułki Teatralnego. Bronili jej pod wodzą młodego oficera żołnierze, powstrzymujący szturmujący barykadę tłum młodzieży płci męskiej. O nastroju powagi i żałoby nie mogło być mowy, gdyż toczyła się pełna napięcia rywalizacja sportowa, czyje będzie na wierzchu. Jedni bronili barykady, drudzy usiłowali ją sforsować na siłę i atmosfera przypominała raczej tradycyjne syberyjskie gry karnawałowe zwane zdobywaniem śnieżnego grodu. Panował wrzask i gwizdy szturmującej ów gród, a raczej ciężarówkę młodzieży. Po dłuższej chwili podszedłem do oficera pilnującego barykady i poprosiłem go, by mnie puścił. Miałem szczęście, bo mi powiedział, bym otworzył drzwi do szoferki i przeszedł na drugą stronę. Co też uczyniłem.
W zaułku Teatralnym dołączyłem do kilkuosobowej grupy kadetów w strojach marynarskich. Wraz z nimi wspiąłem się po rynnie na dach pobliskiego budynku. Na szczęście panowała tam wciąż niewysoka zabudowa, która przetrwała z dawnych, carskich czasów. Z tego dachu wspięliśmy się na dach przylegającego wyższego budynku. Następnie zeskoczyliśmy na inny dach, a z niego już do zaspy śnieżnej łagodzącej upadek. Tak znaleźliśmy się w małym podwórku, z którego brama prowadziła wprost na ulicę, którą sunęła kolejka do trumny. Niestety brama była zamknięta na kłódkę, zaś kłódki pilnowało kilku żołnierzy. Nie pozostawało nic innego, jak czekać cierpliwie na bieg wydarzeń. Widać swym spokojnym zachowaniem zasłużyłem na względy żołnierzy, gdyż po jakimś czasie zawołali mnie i pozwolili przeczołgać się pod bramą na ulicę. Tak znalazłem się w kolejce o kilkaset metrów do celu. Przeżyliśmy jeszcze mocno stresujący atak tłumu przedzierającego się przez barykadę przy wylocie z zaułka Teatralnego i interwencję konnej milicji. Po dłuższej chwili porządek przywrócono i krok za krokiem zbliżaliśmy się do Domu Związków. W Sali Kolumnowej orkiestra grała rosyjską muzykę żałobną (ja bym wolał marsz pogrzebowy Chopina), było pełno świateł i kwiatów. Stalin leżał w trumnie w mundurze generalissimusa do połowy mniej więcej przykryty kocem. Miał spokojną, opaloną twarz. Dopiero później dowiedziałem się, że była to znakomita robota kremlowskich charakteryzatorów. Cera Stalina wydawała się gładka, choć w dzieciństwie chorował on na ospę i zachował charakterystyczne dzioby po tej chorobie. Gdy minąłem trumnę, odwróciłem się tyłem i wciąż jeszcze patrzyłem na Stalina. Po chwili byłem już na ulicy. Spojrzałem na zegarek. Była godzina 4. Opuściliśmy Uniwersytet w południe. Trasa, której pokonanie normalnie wymaga półgodzinnego marszu, zajęła mi cztery godziny. Był to zarazem największy wyczyn sportowy w całym mym życiu. Największy sukces w marszu z przeszkodami.

Pogrzeb oglądany z daleka.

Następnego dnia była niedziela - dzień uroczystego pogrzebu Stalina. Pojechałem wraz z kolegami w okolice Kremla. Trafiliśmy jednak, co było do przewidzenia, daleko od placu Czerwonego. Staliśmy w tłumie i słuchaliśmy transmisji radiowej z głośników. Jakość transmisji była jednak marna i niewiele usłyszeliśmy. Mumię Stalina położono w szklanej trumnie do mauzoleum Lenina obok szklanej trumny dotychczasowego lokatora. Na trybunie stało nowe kierownictwo wyłonione z szerszego grona współpracowników Stalina, wybranego, a ściślej przegłosowanego na XIX zjeździe KPZR. Przemawiali Gieorgij Malenkow - nowy premier rządu, Ławrenti Beria - wicepremier i nowy szef MSW oraz Wiaczesław Mołotow. Ten ostatni dzięki śmierci Stalina uniknął rychłej śmierci z jego ręki, ale on właśnie z trudem powstrzymywał łkania.
Nadchodziła nowa, lepsza epoka, lecz mało kto z Rosjan zdawał sobie z tego sprawę. Jakaś starsza babina, stojąca niedaleko mnie w tłumie słuchającym transmisji z pogrzebu i po chamsku potraktowana przez milicjanta, powiedziała do niego: "Zmarł nasz obrońca, więc sobie pozwalacie". Więcej wyczucia mieli więźniowie w obozach GUŁAG-u, którzy otwarcie demonstrowali swą radość z okazji śmierci tyrana. Ludzie poza obozami, jeśli nawet cieszyli się z tej śmierci, nie mogli tego okazywać. Dopiero po XX zjeździe KPZR i zdemaskowaniu Stalina przez Nikitę Chruszczowa przyznał mi się znajomy Rosjanin - ojciec dziewczyny z naszego wydziału, że zabronił swej córce udziału w uroczystościach pogrzebowych. Nie ze względu na niebezpieczeństwo, lecz by odreagować sprzeciw wobec powszechnego żalu. Niestety, takich Rosjan było mniej niż opłakujących śmierć swego dręczyciela.

Antoni Zambrowski

Artykuł pierwotnie opublikowany w tygodniku "Gazeta Polska"

Zostań donatorem naszych publicystów:
Jeśli satysfakcjonuje Cię publicystyka Antoniego Zambrowskiego - możesz wesprzeć Naszego Autora datkiem.
Konto:
61 1240 1040 1111 0010 0042 5486
Bank PeKaO SA III O. w Warszawie
SWIFT/BIC - PKOPPLPW



Publicystyka Antoniego Zambrowskiego na ASME


Pozór i blaga - Stanisław Michalkiewicz Wysłane czwartek, 12, kwietnia 2007 przez Krzysztof Pawlak

W Deklaracji Berlińskiej, którą 25 marca wszyscy przywódcy państw tworzących Wspólnoty Europejskie przyjęli do wiadomości, zawarty jest rozkaz, by konstytucją Unii Europejskiej została przyjęta najpóźniej w 2009 roku. Mamy już kwiecień roku 2007, więc do roku 2009 nie zostało już tak wiele czasu. Może nie miałoby to takiego znaczenia, gdyby taką, dajmy na to, Polska rządziła Platforma Obywatelska, która konstytucję Unii Europejskiej przyjęłaby w podskokach. Jednak Polską rządzi koalicja Prawa i Sprawiedliwości, licytującego się ze swoimi koalicjantami między innymi w retoryce uniosceptycznej.

Mówię o retoryce, bo jak przychodzi co do czego, to również i koalicja zachowuje się w sposób poprawny i zdyscyplinowany, ale Niemcy, nauczone przykrą niespodzianą we Francji i Holandii, najwyraźniej denerwują się już nawet z powodu retoryki. Dlatego też najdalej jesienią na naszym politycznym firmamencie należy spodziewać się "innej partii", poprzedzonej już "głuchą wieścią między ludem", czyli komunikatami sondażowni i samospełniającymi się proroctwami Andrzeja Olechowskiego. Z jakiegoś powodu ten były agent "wywiadu gospodarczego" został ulubieńcem bogów stwarzających naszą polityczną scenę i nawet żaden triumfalny powrót może dokonać się inaczej, jak tylko u jego boku. Jaki jest ten powód - nawet nie śmiem się domyślać, poprzestając na spostrzeżeniu poczynionym w swoim czasie przez prezydenta Lecha Wałęsę, że dr Andrzej Olechowski skupia w sobie "zalety fizjologiczne i inne". "Inna partia" zaś potrzebna jest naszym, tzn. pardon - oczywiście nie żadnym "naszym", tylko po prostu - strategicznym partnerom, których partnerstwo wyznacza dzisiaj ramy europejskiej polityki, do eleganckiego sprzedania im naszej ukochanej ojczyzny - tym razem nie dla żadnego egoistycznego rozbioru, tylko gwoli pogłębienia europejskiej integracji i sławnej solidarności, która najwyraźniej staje się naszym przeznaczeniem.

W oczekiwaniu zatem na pojawienie się "innej partii" możemy spokojnie zastanowić się nad prawdziwością opinii o tworzeniu się nowego, europejskiego patriotyzmu, o którym coraz żarliwiej zapewniają nas europejsy w swoich prasowych i elektronicznych organach. Ta żarliwość wydaje się podejrzana nie tylko dlatego, że jeszcze 25 lat temu dzisiejsze europejsy stręczyły nam w charakterze naszego przeznaczenia Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich. Naturalnie nie wszystkie, bo niektóre wtedy były jeszcze za młode do stręczycielskiego procederu, ale pod doświadczonym okiem starych praktyków w rodzaju pana Jerzego Szmajdzińskiego szybko nabrały eksperiencji. Żarliwość ta wydaje się podejrzana przede wszystkim sama przez się, ponieważ pełni ona funkcję listka figowego, przykrywającego figę, zamiast europejskiego patriotyzmu.
Jak rozpoznać, czy kierowana pod naszym adresem oferta jest rzeczywista, czy tylko pozorna, czy oferent sprzedaje nam prawdziwy towar, czy tylko jego kiepską imitację? Kiedyś Jan Paweł II zauważył, że za wolność trzeba niekiedy płacić wysoką cenę, ale gdyby było inaczej, to mogłoby znaczyć, że wolność jest nic nie warta. Wysoka cena, jaką ludzie gotowi są płacić i niekiedy płacą za wolność, jest dowodem, że wolność jest wartością prawdziwą. Z doświadczenia wiemy, że w przeszłości częste były wypadki ofiarowania życia albo za wiarę albo za ojczyznę. Dzisiaj prawdopodobnie byłyby rzadsze, ale trudno się temu dziwić w sytuacji forsowania poglądu, jakoby ludzkie życie było "wartością najwyższą". Całe szczęście, że kiedyś uważano inaczej, bo w przeciwnym razie nie mielibyśmy tylu świętych męczenników. Dzisiaj, jak się wydaje, gotowość do męczeństwa znacznie się zmniejszyła, w związku z czym również definicja męczeństwa uległa ogromnemu rozszerzeniu, obejmując nawet zwyczajne informacje prasowe.
Ale nawet i dzisiaj tu i ówdzie znajdują się ludzie gotowi oddać życie za wiarę lub ojczyznę. Czy jednak znalazłby się ktoś gotów oddać życie za Unię Europejską? Wprawdzie Unii Europejskiej jeszcze nie ma; powstanie dopiero po przyjęciu konstytucji UE, co ma nastąpić najpóźniej w 2009 roku, ale prawdziwych patriotów europejskich ta okoliczność nie powinna przecież powstrzymywać. Na przykład, czy pani Róża Thun, która na czele szumańskiego komsomołu próbuje zapędzać nadwiślańskich Irokezów do Eurosojuza, niczym wieprzki do zagrody, gotowa byłaby - już nie tam oddać życie za Unię Europejską, bo wiadomo, że nie - ale przynajmniej stręczyć nam Eurosojuz za własne pieniądze, a nie za brukselski jurgielt? Mam co do tego poważne wątpliwości i to nawet nie ze względu na tropizm, jaki często wykazują do pieniędzy różne święte rodziny, ale dlatego, że - o ile mi wiadomo - nigdy nic podobnego się nie wydarzyło. Wygląda zatem na to, że żadnego patriotyzmu europejskiego tak dobrze jak nie ma, a to, o czym nam z taką żarliwością opowiadają rozmaite europejsy, to tylko blaga, krzewiąca się bujnie na podściółce jurgieltu.

Stanisław Michalkiewicz

Publicystyka Stanisława Michalkiewicza na ASME i nagrania TV ASME


Spotkania z liderami Obywatelskiego Ruchu na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych - Katowice i Olkusz Wysłane środa, 11, kwietnia 2007 przez Krzysztof Pawlak

Obywatelski Ruch na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych serdecznie zaprasza na spotkania z liderami Ruchu na rzecz JOW: Januszem Sanocki i prof. Jerzym Przystawą. Spotkania odbędą się w sobotę, 14 kwietnia 2007:
1. w Katowicach o godz. 10.00 na Akademii Ekonomicznej, przy ul. Bogucickiej 3a, w Budynku B w Auli Pawłowskiego (2 piętro);
2. w Olkuszu o godz. 18.00 w Sali Kominkowej olkuskiego PTTK, szczegóły na: http://ilkus.pl/olkusza,1,ida,2288.html .

Witryna ASME Antysocjalistycznego Mazowsza jest najstarszym serwisem w Sieci - oprócz witryny tematycznej JOW - propagującym ideę JOW



Konferencja "Jakiej ordynacji wyborczej potrzebuje Rzeczpospolita?" - Katolicki Uniwersytet Lubelski 16-17 kwietnia Wysłane środa, 11, kwietnia 2007 przez Krzysztof Pawlak

Międzynarodowa konferencja
"Jakiej ordynacji wyborczej potrzebuje Rzeczpospolita?",
która odbędzie się w dniach
16 i 17 kwietnia 2007 roku
w Auli im Stefana Wyszyńskiego
na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim Jana Pawła.

Już czas - artykuł wstępny Marka Kobylarskiego

"Czas ratować to chore Państwo" - powiedział student do księdza profesora, parafrazując piosenkę Jacka Kaczmarskiego i zrodziło się w jego głowie pytanie: "Tylko jak?". Krzykiem, wrzawą, brutalnymi słowami, może nawet bitką? Nie. Tak właśnie się Je niszczy. Za to najmocniej brzmią słowa wypowiedziane normalnie, słowa mądre, merytoryka i inteligencja. Tak zrodził się pomysł zorganizowania konferencji pt. "Jakiej ordynacji wyborczej potrzebuje Rzeczpospolita?" na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim Jana Pawła II, którego główną dewizą jest Deo et Patriae. Konferencje organizuje Niezależne Zrzeszenie Studentów Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego Jana Pawła II i Koło Naukowe Studentów Administracji Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego Jana Pawła II.
Chcemy zaprosić Wybitne Osobistości, niech One się wypowiedzą, wymienią konkretne argumenty: dlaczego taka ordynacja. W myśl zasady Audiatur et altera pars zaprosimy Osoby o różnych poglądach, zaprosimy, co nie znaczy, że przyjadą, jak będzie - zobaczymy. Ufam, że ta konferencja wyłoni taką ordynację wyborczą, która jest dla Polski najlepsza.
Mówić trzeba. Chyba nikt już w Polsce nie może powiedzieć, że jest dobrze, że nasi niektórzy "przewodnicy" są na wysokim poziomie merytoryki i znawstwa spraw społecznych. Bezustanne spory, szantaże, niski poziom języka, można by powiedzieć "polskie pieniactwo".
Tak postępują nieliczni, ale ich słychać najgłośniej. A kto nie wstąpi do partii - nie zostanie wybrany do Sejmu. Mądrzy ludzie często nie chcą mieć nic wspólnego z polityką ogólnopolską, gdyż ta sięgając dna, odstraszyła wielu tych, którym faktycznie leży na sercu troska o każdego człowieka, o dobro wspólne.
Nigdy nie należałem i nie chce należeć do żadnej partii, takiej, jakie są obecnie i na takich warunkach.
Czy tak musi już zawsze być? Czy zgnuśniejemy we wiecznych wojnach koalicyjnych, koalicji z opozycją, "czystych" z "esbekami". Przecież w tych waśniach zapominamy o tym, co najważniejsze. Bogu i Ojczyźnie - Jej dobro spychane jest na najdalszy plan. Nie obchodzi jednego z drugim co można zrobić by..., dla... tylko przeciw drugiemu człowiekowi!
Najwyższy czas powiedzieć temu wszystkiemu DOSYĆ!!!
Choć jestem młody i nie mam dużego doświadczenia, jednak chce słuchać, uczyć się i służyć.
Osiągnąć coś, nie dla siebie tylko, ale przede wszystkim dla naszej Ojczyzny, o wolność której walczyli nasi Dziadowie. Demokracja jest potrzebna jak powietrze! Nie bójmy się głośno mówić, że chcemy demokratycznych wyborów. Nie bójmy się głosić prawdy! Zawsze ufam, że Miłość nas ochroni...
Nie szepczmy wśród swoich, mówmy głośno, zwłaszcza Szanowni Państwo - Polskie Autorytety.
W ostatecznym rozrachunku rozliczy nas historia, tylko to się liczy!




PROGRAM KONFERENCJI:

I dzień (poniedziałek 16 kwietnia):

10.00 - 10.30 - Otwarcie konferencji ks. Prof. dr hab. Antoni Dębiński, Dziekan Wydziału Prawa, Prawa Kanonicznego i Administracji KUL
Blok 1:
"Cudze chwalicie... (analiza zagranicznych systemów prawa wyborczego)"
10.30 - 11.00 - "Wielka Brytania i Polska- historyczne podobieństwo, współczesne różnice" - prof. dr hab. Tomasz Kaźmierski (University of Southampton)
11.00 - 11.30 - "Historical & Philosophical Rerlections on the American Electoral System" - prof. Kenneth Kemp (University of St. Thomas St. Paul, Minnesota, USA)
11.30 - 11.45 - przerwa na kawę
11.45 - 12.15 - "The Relationship Between Voters and their Elected Representatives: How the System of Voting influences public trust in the Political System - prof. Delaine Swenson (Katolicki Uniwersytet Lubelski Jana Pawła II)
12.15 - 12.45 - "Procedury wyborcze na Ukrainie"- dr Nazar Boyko (Instytut Administracji Publicznej przy prezydencie Ukrainy)
12.45 - 13.15 - panel dyskusyjny
13.15 - 14.00 - przerwa obiadowa

Blok 2:
"...Swego nie znacie! (analiza obecnych ordynacji wyborczych RP)"
14.00 - 14.30 - "Bezpośrednie wybory wójtów, burmistrzów i prezydentów miast" - ks. prof. dr hab. Sławomir Fundowicz (Katolicki Uniwersytet Lubelski Jana Pawła II)
14.30 - 15.00 - "Demokracja czy dekoracja" - Andrzej Sadowski (Wiceprezydent Centrum im. Adama Smitha)
15.00 - 15.30 - "Wpływ ordynacji wyborczej na zachowanie polityków w kontakcie z wyborcami - Grzegorz Benedykciński (Burmistrz Grodziska Mazowieckiego)
15.30 - 16.00 - "Czy prawo wyborcze może być skodyfikowane? - Cezary Grabarczyk (poseł na sejm V kadencji)
16.00 - 16.30 - "Odpowiedzialność w polityce samorządowej" - Marcin Zamoyski (Prezydent Zamościa)
16.30 - 17.00 - "Występowanie stowarzyszeń i organizacji społecznych w wyborach samorządowych - aspekty prawne i praktyka" - dr Przemysław Pytlak (Lubelski Urząd Wojewódzki)
17.00 - 17.30 - czekamy na informację - Janusz Palikot (poseł na sejm V kadencji)
17.30 - 18.00 - panel dyskusyjny

II Dzień (wtorek 17 kwietnia):
Blok 3:
"Jednomandatowe okręgi wyborcze - szansa czy zagrożenie"
10.00 - 10.15 - Otwarcie II dnia konferencji i Stanowisko Zarządu Krajowego Niezależnego Zrzeszenia Studentów - Marcin Leoszko (przewodniczący Zarządu Krajowego NZS), Małgorzata Kamińska i Wojciech Wójcik (członkowie Zarządu Krajowego NZS)
10.15 - 10.45 - "Pełna reprezentacja czy stabilny rząd?" - prof. dr hab. Grzegorz Górski (Katolicki Uniwersytet Lubelski Jana Pawła II)
10.45 - 11.15 - "Mity reprezentatywności i proporcjonalności" - prof. dr hab. Jerzy Przystawa (Uniwersytet Wrocławski)
11.15 - 11.45 - "Psychologiczne aspekty partyjnej ordynacji wyborczej" Janusz Sanocki (Prezes Ruchu na Rzecz JOW)
11.45 - 12.00 - przerwa na kawę
12.00 - 12.30 - "Odwołanie posła przez elektorat - doświadczenia kanadyjskie" - prof. dr hab. Andrzej Czachor (Instytut Energii Atomowej)
12.30 - 13.00 - "Jeden mandat - cztery warianty" - dr Jarosław Flis (Uniwersytet Jagielloński)
13.00 - 13.15 - panel dyskusyjny
13.15 - 14.00 - przerwa obiadowa

Blok 4:
"Czy zmiana konstytucji może być rozwiązaniem wszystkich problemów?"
14.00 - 14.30 - "Jakiej ordynacji nie potrzebuje samorząd" - Jerzy Stępień (Prezes Trybunału Konstytucyjnego)
14.30 - 15.00 - "Doświadczenie i szanse jednomandatowych okręgów wyborczych w wyborach samorządowych - dr Jacek Sobczak (Wicemarszałek Województwa Lubelskiego, Uniwersytet Marii Curie-Skłodowskiej)
15.00 - 15.30 - "System segmentowy jako kompromis między systemami proporcjonalnymi i większościowymi" - dr Konrad Składowski (Uniwersytet Łódzki)
15.30 - 16.00 - "Konstytucja - aksjologia i wybory." - prof. dr hab. Dariusz Dudek (Katolicki Uniwersytet Lubelski Jana Pawła II)
16.00 - 16.30 - “Ordynacja wyborcza a prawa człowieka" - prof. dr hab. Krzysztof Motyka (Katolicki Uniwersytet Lubelski Jana Pawła II)
16.30 - 17.00 - panel dyskusyjny
17.00 - podsumowanie i zamknięcie konferencji

Informacje o Konferencji na serwerze KUL.

Witryna ASME Antysocjalistycznego Mazowsza jest najstarszym serwisem w Sieci - oprócz witryny tematycznej JOW - propagującym ideę JOW

Salonowe desuetudo - Krzysztof Mazur Wysłane środa, 11, kwietnia 2007 przez Krzysztof Pawlak

Jak wiadomo, gdy Radio Erewań informowało, że na placu Czerwonym w Moskwie rozdają samochody, niechybnie oznaczało to, że nie samochody, ale rowery i nie rozdają - ale kradną. "Gazeta Wyborcza" na pierwszej stronie wydania z dnia 08.03.2007 r. zamieściła artykuł zatytułowany "Abp Nycz o Giertychu: Nie można leczyć nowotworu aspiryną". Aby nie było wątpliwości, że cytowany tytuł nie jest przypadkowy, autorzy tekstu co najmniej trzykrotnie poinformowali swoich czytelników, że krytyka biskupa personalnie odnosi się do ministra oświaty, zwłaszcza że, jak napisali: "Abp Nycz nie pierwszy raz krytykuje ministra Giertycha". Czytając ten tekst, moją uwagę zwrócił fakt, że we wszystkich wypowiedziach biskupa, które były zaznaczone jako cytaty, ani razu nie pojawiało się nazwisko LPR-owskiego ministra, zaś sugestie, że owe krytyczne uwagi obecnego metropolity warszawskiego odnoszą się szczególnie do osoby Giertycha, pochodziły wyłącznie od redaktorów "Wybiórczej". Wątpliwości co do kierunku tej krytyki mógł wzbudzić szczególnie fragment dotyczący reformy gimnazjalnej, gdyż nawet redakcja "GW" powinna pamiętać, że jej autorem nie był obecny minister oświaty, ale ministrowie koalicji AW"S"-UD, w której pionem oświatowym kierowali ulubieńcy organu Agory.
I oto w przedświątecznym wywiadzie, którego abp. Nycz udzielił "Rz" na sugestię dziennikarki, że chyba "nie wszystkie pomysły ministra oświaty ksiądz arcybiskup krytykuje...", nowy metropolita wyraźnie oświadczył, że "to była nadinterpretacja dziennikarzy, bo nigdy takich sądów nie wygłaszałem. Jeżeli mówiłem wiele razy, że oświata nie znosi wstrząsów, to miałem na myśli rozmontowanie reformy strukturalnej szkolnictwa z końca lat 90., zwłaszcza w szkołach gimnazjalnych. Reforma oświaty w Polsce czeka na naprawę w tych sprawach, w których została zepsuta po 1999 r."...
Jak więc widać, nie Giertych, ale profesor Handke wespół z wiceminister Dzierzgowską etc., nie mundurki i większa dyscyplina - ale gimnazja, pospieszne zmiany i brak ciągłości.
Gdyby upowszechnić metody polemiczne stosowane ostatnio przez wieloletniego naczelnego "GW" Adama Michnika, to minister Giertych powinien redaktorom gazety założyć sprawę sądową, co byłoby o tyle uzasadnione, że kłamliwe insynuacje były kierowane pod adresem funkcjonariusza państwowego. Jak wiedzą niektórzy prawnicy, termin desuetudo oznacza utratę mocy jakiegoś przepisu prawnego na skutek wytworzenia się powszechnego przekonania, że norma ta nie obowązuje, ponieważ przez odpowiednio długi okres nie była przestrzegana, przy czym owo nieprzestrzeganie określonego przepisu wynikało z faktu, że inne prawo zwyczajowe lepiej, tzn. w zgodzie z poczuciem sprawiedliwości, reguluje daną kwestię. W Polsce przez wiele lat takim martwym przepisem była "ustawa o ochronie Imienia Józefa Piłsudskiego Pierwszego marszałka Polski", uchwalona 7 kwietnia 1938 r. przez prezydenta Mościckiego. Formalne przestała ona obowiązywać 1 stycznia 1970 r., chociaż niektórzy prawnicy wywodzą, że uchylone zostały jedynie jej sankcje karne (pięć lat więzienia), a pozostałe przepisy obowiązują nadal. Ale co ciekawe: sam Piłsudski za życia słynął z niewybrednego języka i nieparlamentarnych określeń, czego apogeum obserwowano w okresie, gdy osobiście obejmował ster rządów przed tzw. wyborami brzeskimi. Ale jak widać, tradycja "co wolno wojewodzie, to nie tobie smrodzie" ma w Polsce wielowiekową tradycję, ożywianą co i rusz świętym gniewem autorytetów i ich pochlebców, którym ktoś raczył wypomnieć ich małostkowość. Dość wspomnieć, że pojawiały się już głosy nawołujące do szczególnej ochrony dobrego imienia Lecha Wałęsy, co i rusz pomawianego przez różnych niewdzięczników wypominających mu niewygodne życiorysowe i polityczne epizody. Ostatnio gwałtownemu rozszerzeniu uległo grono tych, którzy przejawiają ambicje bycia ponad wszelką krytyką i prawem - stanowionym jak wiadomo z myślą o zwykłych śmiertelnikach - czego dowodem postawa niektórych hierarchów i ich obrońców wobec lustracji czy bunt z tego samego powodu w środowisku luminarzy nauki. Ale jak wiadomo, nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, gdyż i przy tej okazji mogliśmy zweryfikować niektóre mity dotyczące rodzimych elit, a upubliczniony list profesora Winieckiego jest wystarczającym argumentem, że nawet ustawowa ochrona dobrego imienia niczego nie zagwarantuje, w sytuacji gdy jej podmiot takowych przymiotów nie posiada.
Dostrzegł to chyba znacznie wcześniej Adam Michnik, który widząc, że syndrom desuetudo zaczyna coraz wyraźniej dotykać praw salonowych, postanowił bronić tych praw za pomocą sądowego straszaka. Wprawdzie w Polsce obowiązuje inny system orzecznictwa niż w krajach anglosaskich i teoretycznie w takich samych sprawach różne sądy mogą wydawać krańcowo różne postanowienia, ale dla Michnika, który dysponuje wystarczająco zasobnym trzosem i zasobem czasu, taka okoliczność jest nawet na rękę. Wszak wygrana w jednym procesie o naruszenie dobrego imienia tylko wzmacnia jego pozycję, a przegrana nie przesądza o wygranej w innej sprawie. Świadomość włóczenia się po sądach z guru środowiska "GW" może mieć rzeczywiście efekt prewencyjny, z drugiej strony uciekanie się do takich metod w istocie świadczy o ideologicznej impotencji tego środowiska. Potwierdzeniem tego jest felieton z "GW" autorstwa Piotra Stasińskiego i zatytułowany "Michnik i kłamcy" (nb. tytuł ten doskonale charakteryzuje środowisko "GW" - vide pierwsza część niniejszego felietonu). Jest on reakcją na ostatni sądowy pozew Michnika przeciwko profesorowi Zybertowiczowi, która ośmielił się napisać, że guru lewicy laickiej zamiast podejmować merytoryczną dyskusję zbyt często zasłaniał się kombatanckim życiorysem. Stasiński broniąc swego niedawnego pryncypała i zaprzeczając, by Michnik tego typu argumentów używał, raczył napisać, że "Michnik ma świetną opozycyjną biografię z czasów PRL. Był antykomunistą, kiedy to naprawdę kosztowało. Kiedy odwaga nie była tak tania jak antykomunizm dzisiejszy".
Czego jak czego, ale profesor Zybertowicz nie mógł sobie chyba wymarzyć lepszego potwierdzenia swoich racji przed czekającym go procesem z Obywatelem M.

Krzysztof Mazur

Publicystyka Krzysztofa Mazura na ASME


EMILIA MALESSA - OPOWIEŚĆ O HONORZE - TADEUSZ M. PŁUŻAŃSKI Wysłane piątek, 6, kwietnia 2007 przez Krzysztof Pawlak

Jaka postawa wobec nowego okupanta Polski - Sowietów - była właściwa - bezwzględny opór, czy może jakaś forma ugody, porozumienia? Pytań jest więcej - jak być wiernym ideałom? Na jakie ustępstwa można pójść, aby z obranej przez siebie drogi nie zejść, aby nie pobłądzić? Czy kompromis z wrogiem jest w ogóle możliwy? W końcu - czym jest honor? Czy to dziś jedynie przebrzmiałe słowo? Czy można zawierzyć słowu honoru pułkownika UB? Jaką cenę trzeba zapłacić? Emilia Malessa "Marcysia" - kapitan AK, żołnierz II konspiracji niepodległościowej, zapłaciła najwyższą.

To postać heroiczna, a zarazem tragiczna, co oddają słowa, jakie wypowiedziała na krótko przed śmiercią: "Poniosłam klęskę na wszystkich odcinkach swego życia". Ale czy na pewno? Czy klęska, szczególnie w dłuższej perspektywie, nie była jednak zwycięstwem?
Osobę Emilii Malessy przypomniał ostatnio spektakl Teatru Telewizji "Słowo honoru", autorstwa Krzysztofa Zaleskiego i Pawła Wieczorkiewicza. W naszej opowieści poznamy również jej prześladowców - ludzi stojących po drugiej stronie barykady.

POD OKIEM STALINA

Warszawa, grudzień 1945 r. ("ściśle tajne"): "Meldunek zastępcy doradcy NKWD przy Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego Polski S.P. Dawidowa dla komisarza ludowego spraw wewnętrznych ZSRR Ł.P. Berii o aresztowaniu kierownictwa organizacji Wolność i Niezawisłość, utworzonej na bazie Armii Krajowej":
"14 sierpnia br. główny dowódca »Armii Krajowej« RZEPECKI wydał rozkaz rozwiązania Armii Krajowej [mowa oczywiście o rozwiązaniu następczyni AK - Delegatury Sił Zbrojnych przez jej dowódcę, płk. Jana Rzepeckiego; Armię Krajową rozwiązał jej ostatni komendant, gen. Leopold Okulicki, "Niedźwiadek" 19 stycznia 1945 r. - TMP]. Mimo tego rozkazu, sam RZEPECKI i główny aktyw kierowniczy podziemia odmówili legalizacji i wzmocnili konspirację. Metodami agenturalnymi ustalono we wrześniu i październiku br., że RZEPECKI, po formalnym rozwiązaniu armii, stworzył na jej bazie nową »cywilno-polityczną« organizację o nazwie »Wolność i Niezawisłość«, w skrócie »WiN«".
W dalszej części meldunek mówi o 50 aresztowanych i wymienia najważniejszych dowódców. "Jednocześnie zlikwidowano oddział łączności z zagranicą. (…). Oddział stanowił szeroko rozgałęziony aparat, począwszy od wydziału legalizacji, przygotowującego stemple, pieczątki i blankiety fikcyjnych dokumentów, a skończywszy na sieci punktów przeprowadzania ludzi przez granicę i przyjmowania ładunków z samolotów. Bezpośrednim kierownikiem oddziału była aresztowana kapitan »AK« - Emilia Władysławowa MALESSA, ur. w 1900 r. [błąd - faktycznie urodziła się dziewięć lat później - TMP]. Przy jej aresztowaniu skonfiskowano archiwum i materiały szpiegowskie".
Meldunek kończy się słowami: "Kontynuowane jest śledztwo w sprawie aresztowanych i jednocześnie prowadzona jest praca nad ujawnianiem i aresztowaniem peryferyjnych oddziałów »WiN«". 7 grudnia 1945 r. kopię meldunku wysłano do kierownictwa ZSRR - Stalina, Mołotowa, Malenkowa i Mikojana.
Czy zatem to "Marcysia" - jak do dziś utrzymują niektórzy - wsypała WiN, czy raczej organizacja wpadła na skutek rozpracowania - nie tylko przez UB, ale NKWD?
Już w czasie poprzedniej - niemieckiej okupacji - w kwietniu 1944 r. - cudem uniknęła aresztowania przez gestapo po donosie prowokatora. "Lawina" - Tadeusz Bór-Komorowski informował: "W Warszawie uderzenie jednocześnie na cały personel odcinka Wera i Jula oraz na komórkę legalizacyjną łączności. (...) Aresztowano łącznie 22 osoby. Zo i Marcysia kierowniczka łączności zagranicznej uniknęły aresztowania b. zagrożone".
"Zo" to Elżbieta Zawacka, kurierka KG AK, jedyna kobieta wśród cichociemnych, razem z "Marcysią" pracowała w komórce łączności zagranicznej, po wojnie więzniarka bezpieki, po 1989 r. współtwórca Fundacji "Archiwum Pomorskie Armii Krajowej", jako druga kobieta w Polsce awansowana do stopnia generała brygady, kawaler Orderu Orła Białego.

TRADYCJE PATRIOTYCZNE

Emilia Malessa, ps. Marcysia, Miłasza, Maniuta, urodziła się w 1909 r. w Rostowie nad Donem, córka Władysława Izdebskiego i Marii z Krukowskich. Wychowywała się w rodzinie o tradycjach patriotycznych. Obaj dziadowie walczyli w powstaniu styczniowym. Dwóch z trzech jej braci zginęło w czasie wojny polsko-bolszewickiej (trzeci - Julian walczył potem w II wojnie światowej). Rodzina wróciła do Polski po odzyskaniu niepodległości. Po ukończeniu szkoły handlowej w Łucku na Wołyniu, pracowała w miejscowym Urzędzie Wojewódzkim i Komunalnej Kasie Oszczędności. Po śmierci ojca przeniosła się do Warszawy i zatrudniła się w Głównym Urzędzie Statystycznym.
1 września 1939 r. zgłosiła się do pracy w Ochotniczej Służbie Kobiet. Pełniła funkcję szofera-zwiadowcy i organizatora lotnych punktów dożywiania i punktów sanitarnych przy 19. Wileńskiej Dywizji Piechoty gen. Józefa Kwapiszewskiego.

"PANI NA ZAGRODZIE"

Po klęsce wrześniowej Emilia Malessa wstąpiła do konspiracji. Od października 1939 r. organizowała komórkę łączności zagranicznej przy Komendzie Głównej Służby Zwycięstwu Polski, którą kierowała następnie w Związku Walki Zbrojnej i Armii Krajowej aż do końca okupacji niemieckiej. Zadaniem placówki, działającej pod kryptonimami: "Zenobia", "Łza", "Załoga" i najbardziej znanym, ustanowionym w kwietniu 1944 r. - "Zagroda", było utrzymywanie łączności między podziemiem w kraju a władzami RP i Naczelnym Wodzem na obczyźnie. Starannie przygotowane trasy kurierskie były pomostem między Polską a Francją, a potem Anglią. Na przełomie 1943/1944, a więc w okresie największego rozwoju, "Zagroda" dysponowała 120 ludźmi w całej Europie. "Pani na Zagrodzie", jak ją nazywano, zorganizowała też nowoczesny system przygotowania i ekspedycji poczty, bazujący na osiągnięciach techniki fotograficznej (mikrofilmowanie). Komórka łączności przyjmowała także cichociemnych zrzucanych do walki w kraju z alianckich samolotów.

ŻONA MAJORA PIWNIKA

Kiedy w nocy z 7 na 8 listopada 1941 r. pod Skierniewicami został zrzucony do kraju- jako pierwszy cichociemny - major Jan Piwnik, przejmowała go właśnie Emilia Malessa - jako łączniczka Komendy Głównej AK.
Cezary Chlebowski w wydanej w ub.r. książce "Ponury" - major Jan Piwnik" napisał: "Na przełomie 1941 i 1942 roku poznał por. Emilię Malessę »Marcysię«, kobietę nie tylko wielkiej urody, ale i takiej samej inteligencji, jak i wpływów".
Ślub wzięli prawdopodobnie dwa lata później - w listopadzie 1943 r. w kościele ewangelickim w Warszawie (z pierwszym mężem Stanisławem Malessą, poślubionym w 1935 r., rozwiodła się po dwóch latach). Mjr Jan Piwnik - oficer przedwojennej Policji Państwowej, żołnierz Września, dowódca II odcinka "Wachlarza", szef największego zgrupowania Kedywu - Okręgu Radomsko-Kieleckiego Armii Krajowej i Świętokrzyskich Zgrupowań Partyzanckich - zginął pół roku po ślubie z Emilią - 16 czerwca 1944 r. - w czasie zdobywania niemieckich umocnień pod Jewłaszami na Nowogródczyźnie.
Chlebowski: "W upalne popołudnie w końcu lipca 1944 roku do zacienionej rozłożystą gruszą kuchni małego domku we wsi Janowice w Górach Świętokrzyskich weszła przystojna młoda niewiasta. Była to Emilia Malessa »Marcysia« - żona »Ponurego«. - Nic nie mówiła, proszę pana - opowie mi 22 lata po wojnie osiemdziesięciodwuletnia wtedy Zofia Piwnikowa, matka majora »Ponurego«. - Ale gdy po powitaniu siadłyśmy w pokoju, wyjęła z torby coś zawiniętego w białą szmatkę i położyła na stole. Odwinęłam, a tam były takie trzy wielkie klucze. Z tego więzienia, co to Janek przyjaciela swego uwolnił i zawsze je na szczęście nosił w mapniku. Wtedy pojęłam, że już go nigdy nie zobaczę".
Bohaterski major Jan Piwnik został pośmiertnie odznaczony Krzyżem Walecznych i Virtuti Militari.

ŻOŁNIERZ, NIE POLITYK

Jego żona nie mogła być gorsza. W Powstaniu Warszawskim "Marcysia" otrzymała order Virtuti Militari za bohaterską służbę kurierską podczas walk w Śródmieściu, w Batalionie Szturmowym kpt. Kazimierza Bilskiego "Ruma", do którego przeszła na własną prośbę (miała przydział do odwodu sztabu KG AK). Po kapitulacji Powstania uciekła z transportu do Rzeszy i przedostała się do Krakowa, gdzie odbudowała kanały łączności między AK a Zachodem. Tam również przygotowała przerzut do kraju kpt. Jana Nowaka-Jeziorańskiego, ostatniego emisariusza komendanta głównego AK.
Ten ostatni, w książce "Kurier z Warszawy", wspominał: "Całe archiwum »Łzy« spłonęło doszczętnie w czasie Powstania. Z zespołu łączności zagranicznej pozostały dwie kobiety o nieprawdopodobnej energii i odwadze: »Marcysia« i jej pomocnica »Zo«".
Za całokształt działalności konspiracyjnej Emilia Malessa została awansowana do stopnia kapitana. Po rozwiązaniu AK pozostała w podziemiu, najpierw w organizacji "NIE" (jej dowódca - August Emil Fieldorf, jeszcze jako pułkownik, polecił jej zorganizować szlak kurierski z kraju na Zachód), potem w Delegaturze Sił Zbrojnych, w końcu w Zrzeszeniu Wolność i Niezawisłość. Była członkinią ścisłego sztabu, a przede wszystkim nadal kierowała komórką łączności zagranicznej.
W połowie października 1945 r. "Marcysia" zgłosiła chęć odejścia z WiN. Zamierzała wyemigrować. Przyczyny były dwojakie - chciała rozpocząć normalne życie (zamierzała wziąć ślub z Michałem Pobochą z Narodowych Sił Zbrojnych, który po wojnie też nie złożył broni), przede wszystkim jednak była żołnierzem, a WiN pod wodzą Rzepeckiego chciał prowadzić głównie działalność polityczną (o czym niżej). Z zamiarem wycofania się z konspiracji nosiła się już wcześniej, ale ciągle zatrzymywały ją pilne zadania. 20 października uzyskała zgodę prezesa WiN, płk. Jana Rzepeckiego na zwolnienie z dotychczasowych funkcji. Zaczęła przekazywać obowiązki wyznaczonemu następcy. Wtedy właśnie - 31 października 1945 r. - została aresztowana. 5 listopada ubecy przyszli po Rzepeckiego i drugiego członka kierownictwa - płk. Antoniego Sanojcę, a później po następnych przywódców organizacji. WiN istniał zaledwie od dwóch miesięcy…

NA ROZKAZ DOWÓDCY

Tu zaczyna się początek tragedii Emilii Malessy. W areszcie ujawniła przywódców WiN-u. Powód? Pułkownik Józef Goldberg-Różański, szef Departamentu Śledczego MBP, ręczył jej "oficerskim słowem honoru", że żadna z ujawnionych osób nie zostanie aresztowana i osądzona. Różański przekonywał, odwołując się do jej patriotycznych uczuć: "Tylu już Polaków niepotrzebnie zginęło, trzeba z tym skończyć". Jeśli nie pójdzie na ugodę - argumentował dalej ubek - "będzie odpowiedzialna za mordownię". "Marcysia" uwierzyła, wychowana w świecie wartości, w którym słowo honoru coś znaczyło.
Ruta Czaplińska (kierowała łącznością Komendy Głównej Narodowego Zjednoczenia Wojskowego, ps. Ewa, po wojnie aresztowana i skazana, jedna z dużego grona kobiet męczonych przez UB) w książce "Z archiwum pamięci. 3653 więzienne dni" napisała: "»Marcysi« zawdzięczam to, że ułatwiła ujawnienie się mojej siostry, która ukrywała się pod zmienionym nazwiskiem po ucieczce spod łap bezpieki. Także dzięki niej przyjęto dla mnie koc, który przysłała matka Cezarego z Anglii. Ogromny, ciepły, czysto wełniany koc. Było to coś wspaniałego!".
Różański słowa jednak nie dotrzymał, rozpoczynając aresztowania WiN-owców. Po latach winę zrzucał na innych - twierdził, że jego honor ma swoją wagę, ale zwolnieniu aresztowanych kategorycznie sprzeciwił się Bierut, który - dodatkowo - zarzucił mu uleganie drobnomieszczańskim przesądom. Z kolei radziecki doradca MBP - płk NKWD Jurij Nikołaszkin zdziwił się ponoć: "Co to znaczy, że ty dałeś słowo honoru? Jeśli dałeś, to znaczy ono było twoje, a jak było twoje, to możesz je odebrać".
To nie jedyny przypadek, kiedy Różański słowa nie dotrzymał. Mojemu ojcu - Tadeuszowi Płużańskiemu, powiedział w śledztwie: "Masz twardą dupę, ale ciebie nic nie uratuje. Masz u mnie dwa wyroki śmierci". Później, sądzony razem z rotmistrzem Witoldem Pileckim, ojciec dostał trzy kary śmierci, ale został "ułaskawiony" przez Bieruta na dożywocie.
W więzieniu, oszukana i zrozpaczona Malessa, w akcie protestu, podjęła pierwszą głodówkę. Wiele wskazuje jednak na to, że decyzję o ujawnieniu uzgodniła wcześniej z kierownictwem organizacji. Działała na wyraźne polecenie swojego dowódcy, płk. Jana Rzepeckiego (a także płk. Antoniego Sanojcy), co w wojsku oznaczało ni mniej, ni więcej tylko rozkaz. Według relacji Rzepecki nie pozostawił "Marcysi" wyboru: jeśli nie ujawni swoich współpracowników, zaszkodzi im znacznie bardziej. Obaj pułkownicy mieli to potwierdzić w rozmowie z historykiem Cezarym Chlebowskim. Jeśli tak, oznacza to, że Rzepecki przerzucił całą odpowiedzialność na Malessę.

POD OCHRONĄ BEZPIEKI

W sobotę 4 stycznia 1947 r. w gmachu przy stołecznej ulicy Leszno zebrał się tłum ludzi. Jak się później okazało, był to pierwszy z głośnych procesów pokazowych stalinowskiej Polski, urządzanych na wzór sowiecki. Przed Wojskowym Sądem Rejonowym w Warszawie - jednym z najgorszych sądów w owym czasie, stanęło, prócz Emilii Malessy, siedem osób, określonych jako "sztab główny WiN". Byli to: Jan Rzepecki "Ożóg", "Ślusarczyk" (prezes), Tadeusz Jachimek "Ninka", Antoni Sanojca "Kortum", Jan Szczurek-Cergowski "Sławbor", Józef Rybicki "Maciej", Ludwik Muzyczka "Benedykt", Kazimierz Leski "Bradl".
Prócz tej ósemki, na ławie oskarżonych bezpieka umieściła jeszcze dwóch innych WIN-owców - Henryka Żuka i Mariana Gołębiewskiego. Mieli być żywym dowodem, że Zrzeszenie Wolność i Niezawisłość - największa poakowska podziemna organizacja antykomunistyczna - miała też inne cele od założonych (celem WiN była nie walka zbrojna, lecz opór przeciwko sowietyzacji Polski - taką linię wyznaczał Rzepecki, który był zwolennikiem zakończenia pozbawionej perspektyw walki zbrojnej przez stopniowe rozładowywanie lasu oraz prowadzenia działalności politycznej, mającej na celu powrót AK-owców do normalnego życia i włączenie się w budowę - siłą rzeczy razem z komunistami - nowej, demokratycznej Polski, o której kształcie miały zadecydować wolne wybory; o cywilnym charakterze świadczyła również pełna nazwa - Ruch Oporu Bez Wojny i Dywersji "Wolność i Niezawisłość"). Gołębiewski - inspektor WiN (wcześniej AK i DSZ) na Zamojszczyźnie, został oskarżony o urządzanie napadów na placówki MO i UB (a więc organizacja miała jednak charakter zbrojny). Żukowi - oficerowi wywiadu - zarzucono szpiegostwo (w śledztwie był bity przez Humera). Dodajmy tylko, że ośmiu spośród dziesięciu oskarżonych było kawalerami orderów Virtuti Militari (w tym - jak już pisaliśmy - nasza bohaterka). W dniu rozpoczęcia procesu mieli za sobą 16 miesięcy ubeckiego śledztwa. Stefan Korboński (ostatni delegat Rządu na Kraj, podwładny Rzepeckiego) wspominał: "Dostanie się na salę sądową ani nie było możliwe, ani wskazane. Była pod silną ochroną bezpieki z uwagi na obawę zamachu ze strony podziemia i wpuszczano na nią za przepustkami tylko ludzi pewnych, w praktyce prasę, pepeerowców i konfidentów bezpieki".

"SĘDZIOWIE"

Trwającemu miesiąc procesowi, (co w stalinizmie było rzadkością, ale ta "pokazówka" miała szczególny charakter, o czym niżej) przewodniczył płk Władysław Garnowski. Ten przedwojenny prawnik (absolwent Wydziału Prawa Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie), AK-owiec, po wojnie w sądownictwie wojskowym (m.in. szef WSR w Poznaniu i w Warszawie), a w końcu prezes Najwyższego Sądu Wojskowego, ma na koncie co najmniej 23 wyroki śmierci.
Prócz Garnowskiego sądzili: płk Jan Hryckowian i kpt. Stanisław Kaczmarek. Hryckowian, też przedwojenny prawnik (ukończył Wydział Prawa na Uniwersytecie Jagiellońskim), urodzony w 1907 r. w Latrobe (Pensylwania), w czasie wojny - jako oficer AK - odznaczony Krzyżem Walecznych (jego żona, Stanisława Hryckowian była adiutantką gen. Fieldorfa "Nila"). Miesiąc po procesie Rzepeckiego, w marcu 1947 r., już w randze podpułkownika, został szefem Wojskowego Sądu Rejonowego w Warszawie. Wtedy właśnie dopuścił się największej liczby zbrodni sądowych. Było ich co najmniej 16, w tym mord na Witoldzie Pileckim i "odpryski" od niego (w tych sprawach, utajnionych przed opinią publiczną, zapadały na ogół wyroki śmierci). W służbowej opinii z 1948 r. czytamy: "Trafna ocena polityczna w podejściu do rozpoznawanych spraw. (...) Oddany idei władzy ludowej i ustrojowi ludowemu. Stosunek do Związku Radzieckiego i państw demokracji ludowej - pozytywny. Czynny politycznie i klasowo. Posiada ponadprzeciętny zasób wiedzy z zakresu nauk marksistowskich". W styczniu 1949 r. Jan Hryckowian odszedł z sądownictwa wojskowego. Zmarł w chwale wybitnego warszawskiego adwokata w 1975 r. Wtedy nikt jeszcze nie mówił o rozliczaniu zbrodni stalinowskich.
Mniej znany, ale równie krwawy oprawca w todze - kpt. Stanisław Kaczmarek, też był sędzią warszawskiego WSR. Jako przewodniczący składu i sędzia pomocniczy skazywał byłych żołnierzy AK (w tym III i V Wileńskiej Brygady) oraz działaczy niepodległościowych. Wielu zostało straconych. Podczas jednej z rozpraw, przeciwko Barbarze Orłowskiej, oskarżonej o udzielenie pomocy członkowi nielegalnej organizacji, wobec sprzeciwu ławnika, kwestionującego wysokość kary, stwierdził: "Sąd musi wymierzyć najmniej trzy lata więzienia, ponieważ tak sobie życzy szef WSR".

OSKARŻYCIEL I ŚWIADKOWIE

Oskarżał sam Naczelny Prokurator Wojskowy Henryk Holder. Urodzony w 1914 r. w Szczerzcu (lwowskie), syn Mojżesza i Wincentyny. Tak jak Garnowski był absolwentem prawa na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie. W czasie wojny w ZSRR - w Uzbekistanie, a następnie Turkmenistanie. W 1942 r., po ukończeniu Orłowskiej Oficerskiej Szkoły Piechoty, podporucznik Armii Czerwonej. Od sierpnia 1943 r. w polskiej armii na Wschodzie - oficer śledczy, potem prokurator. Naczelnym Prokuratorem Wojskowym był w latach 1946 - 1948 (w lipcu 1946 r. zatwierdził przedłużenie aresztu wobec wspomnianej Ruty Czaplińskiej). Przez następne dwa lata kierował Departamentem Służby Sprawiedliwości MON (odmawiał m.in. ułaskawienia skazanych na karę śmierci). W 1946 r. został pułkownikiem. Razem z pułkownikiem Garnowskim i innymi wojskowymi dygnitarzami: Zarakowskim, Skulbaszewskim, Karlinerem i Lityńskim dbał, aby stalinowski system bezprawia był ściśle podporządkowany partii. Po przeniesieniu do rezerwy, m.in. dyrektor Biura Prawnego Rady Państwa.
W mowie oskarżycielskiej płk Holder zarzucił WiN-owcom m.in. terroryzm, morderstwa, szpiegostwo, propagandę antypaństwową, a także współpracę "z faszystami z NSZ i UPA", oraz uchylanie się od służby wojskowej (oczywiście w LWP). Atakował "reakcję" - PSL i rząd na emigracji, wykazując ich związki z WiN (w rzeczywistości nie chciał ich premier Mikołajczyk, słusznie obawiając się prowokacji). Żądał kary śmierci dla Gołębiewskiego, dożywocia dla Leskiego i surowych kar więzienia dla pozostałych.
Zarzuty potwierdzał jeden ze świadków, powołany do sprawy jako "ekspert" - gen. Gustaw Paszkiewicz. Trzy lata później, w listopadzie 1950 r., Paszkiewicz zadenuncjował bezpiece gen. Augusta Emila Fieldorfa. Po wojnie ten żołnierz II RP, kampanii wrześniowej, ZWZ, a potem Polskich Siłach Zbrojnych na Zachodzie, zwalczał niepodległościowe podziemie, m.in. jako szef Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Białymstoku.
I jeszcze jeden świadek - Leszek Kuchciński (przedwojenny członek Obozu Narodowo-Radykalnego, po 1939 r. Tajnej Armii Polskiej, która weszła potem w skład AK, po wojnie w WiN). Według niektórych historyków był agentem, dzięki któremu bezpieka rozpracowała "grupę szpiegowską" Witolda Pileckiego (inne tropy wskazują na "wtyczkę" WiN-u w bezpiece - Wacława Alchimowicza, który był kpt. MBP i sowieckim agentem; obaj zostali następnie zgładzeni - Alchimowicz z wyroku sądu, Kuchciński w nieznanych do dziś okolicznościach).

"PEWIEN SYSTEM OBRONY"

Mimo pełnej ławy oskarżonych, proces nazwano - od nazwiska głównego podsądnego - procesem Rzepeckiego (dopiero później procesem I Zarządu Głównego WiN), założyciela i prezesa Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość. Jego patriotyczna karta była długa: żołnierz Legionów, za udział w wojnie polsko-bolszewickiej odznaczony Srebrnym Krzyżem Virtuti Militari, w okresie międzywojennym służył zawodowo w wojsku, w maju 1926 r. stanął po stronie rządu przeciwko zamachowi Józefa Piłsudskiego, we wrześniu 1939 r. szef oddziału operacyjnego w sztabie armii "Kraków", od października 1939 r. w SZP, następnie w ZWZ i AK (szef Biura Informacji i Propagandy (BIP) Komendy Głównej - za czteroletnią służbę na tym stanowisku otrzymał Złoty Krzyż Virtuti Militari), po Powstaniu Warszawskim w niewoli niemieckiej, po powrocie Rzepeckiego do kraju gen. Leopold Okulicki, ostatni dowódca AK, idąc w marcu 1945 r. na rozmowy z przedstawicielami Armii Czerwonej - rozmowy, z których już nie wrócił - mianował go swoim następcą, organizator i dowódca Delegatury Sił Zbrojnych, a następnie Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość.
Podczas procesu jego obrońca podkreślał, że wkrótce po aresztowaniu Rzepecki podjął współpracę z władzą, ujawniając wszystkich swoich współpracowników i nawołując do ujawnienia się pozostałych członków WiN-u. Rzepecki miał tym samym udowodnić, że zrozumiał swój błąd i odkupił dotychczasowe winy: "Że uczynił to w więzieniu - nie upoważnia bynajmniej do wniosku, że załamał się po aresztowaniu. Ludzie tego typu nie załamują się. Była to największa decyzja w życiu płk. Rzepeckiego, powzięta w głębokim zrozumieniu potrzeb kraju i dla dobra kraju".
Rzepecki faktycznie poszedł na układ z bezpieką. Niespełna po 24 godzinach pobytu na Rakowieckiej ujawnił organizację. W liście do Franciszka Niepokólczyckiego, prezesa Obszaru Południowego WiN, Rzepecki napisał: "Jest to wyjście jedyne, a zarazem korzystne, gdyż władze bezpieczeństwa rzetelnie dotrzymują obietnicy, że kto wezwania naszego do ujawnienia usłucha, ten nie będzie odpowiadał za swoją dotychczasową działalność i ani na chwilę nie będzie pozbawiony wolności - oczywiście z wyjątkiem tych, którzy przez swoją niemoralną i występną działalność wpędzili nas w takie położenie".
Stefan Korboński zapisał dalej: "Czytałem (...) sprawozdania z procesu i oglądałem liczne zdjęcia z sali sądowej [przebieg rozprawy relacjonowało radio i prasa - jak łatwo się domyśleć - w odpowiedni sposób - TMP]. Można było poznać po postarzałych twarzach, wpadniętych oczach i wychudzonych policzkach, że oskarżeni mają za sobą ciężkie przejścia. Niestety, widać to było także po ich zeznaniach, szczególnie Rzepeckiego, które czytałem z mieszanymi uczuciami. Po aresztowaniu ujawnił on wszystko bez wyjątku: ludzi, adresy, broń i pieniądze, obliczane na około jeden milion dolarów. Według wiadomości, jakie do mnie doszły, nie zostało to na nim wymuszone torturami, a stało się dzięki pewnemu systemowi obrony, jaki Rzepecki przyjął. Przyznał on uroczyście i kategorycznie, że pozostanie w konspiracji było ciężkim błędem i oświadczył, że ze swej strony dokona wszystkiego, by ten błąd naprawić i podziemie winowskie ostatecznie zlikwidować. Wobec tego w śledztwie wydał wszystkich i wszystko. W zamian za to otrzymał przyrzeczenie, że nikt z ludzi przez niego ujawnionych nie zostanie aresztowany i to przyrzeczenie było przez szereg miesięcy przez bezpiekę honorowane. Jest to pierwszy wypadek masowego ujawnienia podwładnych, dokonany przez przełożonego, bez ich wiedzy i zgody".

NIE UFAJCIE DOWÓDCOM

Przypomnijmy tylko, że zaledwie dwa miesiące wcześniej - za to samo, czyli nawoływanie do ujawnienia się żołnierzy - Rzepecki krytykował płk. Jana Mazurkiewicza "Radosława". Ten zastępca dowódcy Kedywu - płk. Fieldorfa, po rozwiązaniu AK dowodził Obszarem Centralnym Delegatury Sił Zbrojnych. Aresztowany przez bezpiekę 1 sierpnia 1945 r., w pierwszą rocznicę wybuchu Powstania, po miesiącu został zwolniony i stanął na czele tzw. Centralnej Komisji Likwidacyjnej AK. Z więzienia apelował do żołnierzy AK o ujawnienie się i skorzystanie z amnestii (ujawniło się ok. 50 tys. byłych, jak i nadal aktywnych członków podziemia). Część środowiska, mimo świadczonej przez niego wszechstronnej pomocy dla ujawnionych, uznała go wówczas za zdrajcę. Taką samą reakcję wywołała potem podobna postawa jego wcześniejszego krytyka - płk. Rzepeckiego.
Właśnie dzięki takiej postawie Rzepeckiego komuniści mogli urządzić pokazowy proces i pokazać Polakom oraz światu, jak dawni bohaterowie walk o niepodległość dogadują się z nową władzą, która jeszcze do niedawna była dla nich nielegalna i narzucona przemocą. Jak kajają się przed nią. Jak potępiają - zarówno swoją działalność, jak i kolegów, którzy nadal pozostawali w podziemiu. Jak, żeby ratować swoją skórę, ujawniają swoich żołnierzy. Przesłanie dla żołnierzy konspiracji było jasne: nie ufajcie swoim dowódcom, bo odwrócą się od was. Lepiej zaprzestać wrogiej działalności i ujawnić się. To właśnie postawa Rzepeckiego była powodem infamii, jaka spotkała Emilię Malessę po wyjściu na wolność.

ADWO-KACI

Przed Wojskowym Sądem Rejonowym w Warszawie wspomniany już adwokat Rzepeckiego, który bronił też Malessy - Mieczysław (Mojżesz) Maślanko - apelował do składu sędziowskiego, aby wyrok "był traktatem pokojowym między państwem a podziemiem".
Stefan Korboński wspominał: "Gdy na zakończenie zabrali głos adwokaci (...), poszli oni po utartej drodze obrony w wypadkach, gdy oskarżeni przyznają się do winy. Powołując się na złe środowisko, w którym ich klienci wyrośli, na błędy polityczne Polski przedwrześniowej, na reakcyjność otoczenia, w którym działali, wreszcie podkreślając fakt, że oskarżeni przejrzeli na oczy, przyznali się do popełnienia przestępstwa, jakim była ich podziemna działalność i okazali żal oraz skruchę, prosili o łagodny wymiar kary. Tak to do ostatniego dowódcy wojskowego podziemia i jego sztabu zastosowano system obrony, typowy dla procesów o kradzież z włamaniem". Obrońcy podkreślali również zasługi oskarżonych z okresu służby w AK (w późniejszych procesach będzie to argument przeciwko oskarżonym).
Mieczysław Maślanko i inny obrońca w tym procesie - Edward Rettinger - byli też obrońcami innych czołowych przywódców wolnej Polski - Franciszka Niepokólczyckiego (po aresztowaniu Rzepeckiego, w listopadzie 1945 r., został prezesem WiN), Witolda Pileckiego, Kazimierza Moczarskiego, Bolesława Kontryma, Adama Doboszyńskiego, generałów WP, oskarżonych o udział w tzw. spisku w wojsku, w końcu - w 1953 r. gen. Augusta Emila Fieldorfa "Nila". Tak "bronili", że większość ich klientów została skazana na KS i stracona.
Maślanko miał opinię, że interesuje się tylko tymi klientami, których rodziny mogą dobrze zapłacić. Gdy jeden z aresztowanych dowódców AK zwrócił mu kiedyś uwagę, że taki sposób obrony godzi w jego honor, Maślanko odpowiedział, że "ten towar nie jest już obecnie w obiegu". Mimo swojego krwawego adwokackiego żniwa, czasem odmawiał podjęcia się obrony, bo - jak kiedyś oświadczył - "nie lubi chodzić na pogrzeby". Tak było w przypadku słynnego "Zapory", mjr. Hieronima Dekutowskiego i jego podkomendnych z lubelskiego WiN.
Maślanko i Rettinger znajdowali się na specjalnej liście tajnych obrońców wojskowych - starannie wyselekcjonowanego grona w pełni dyspozycyjnych wobec władz adwokatów, wyznaczonych do procesów politycznych przez bezpiekę i "broniących" pod jej dyktando.
Oddajmy jeszcze raz głos Korbońskiemu: "Różański postawił sprawę jasno: obowiązkiem rady obrońców [której przewodniczył Maślanko - TMP] jest gromadzenie dowodów przeciw oskarżonym. Sędziowie, chcąc stanąć po właściwej stronie tajnej policji politycznej, dzwonili do Różańskiego z pytaniem, jaki wyrok sugerowałby, będąc na ich miejscu. Różański odpowiadał lakonicznie: »pięć... dziesięć lat... dożywocie... kara śmierci«". W praktyce zatem obrońcy byli oskarżycielami pomocniczymi, a wysługując się UB (tak samo zresztą jak sędziowie i prokurator) pełnili rolę adwokatów diabła (bez żadnej przesady można ich nazwać adwo-katami).
Prasa pisała o procesie Rzepeckiego: "Makabrycznie wprost rozbrzmiewają z sali sądowej wypowiedzi oskarżonych i ich obrońców. Próbują oni pochlebstw i komplementów pod adresem sądu, prokuratora, a nawet władz śledczych". Według relacji - w ostatnim słowie Rzepecki "prosi sąd o surową ocenę jego błędów, ale o uwolnienie go od zarzutów hańbiących". Malessa "poprzestaje na prośbie o sprawiedliwy wyrok".

BIERUT ROZPOCZĄŁ URZĘDOWANIE

Po miesiącu procesu - 3 lutego 1947 r. ogłoszono wyrok. Najwyższą karę - KS - otrzymał Marian Gołębiewski. Leski i Żuk dostali po 12 lat, Rybicki i Muzyczka - po 10, Rzepecki - 8, Szczurek - 7, Sanojca - 6, Jachimek - 4. Najłagodniej potraktowano Emilię Malessę, skazując ją na dwa lata.
Niskie - jak na stalinizm - wyroki - były celowym zabiegiem "ludowej" władzy. Tak jak cały pokazowy proces - miały być świadectwem dobrotliwości komunistów dla tych, którzy wyznali swoje winy, a przede wszystkim opowiedzieli się przeciwko dalszemu oporowi, legalizując tym samym nowy ustrój.
Na tym nie koniec spektaklu, odbywającego się pod przykrywką praworządności. Już następnego dnia prasa podała wiadomość o prośbie do Bieruta o złagodzenie kar skazanym. List podpisało 23 byłych oficerów Armii Ludowej, m.in. Zenon Kliszko, Władysław Bieńkowski, Jerzy Albrecht, Hilary Chełchowski.
Bolesław Bierut - sowiecki agent - właśnie objął urząd prezydenta RP. Demokratyczny przywódca nie mógł pozostać głuchy na apel takich "autorytetów". W pierwszym dniu swojego urzędowania ułaskawił całkowicie Rzepeckiego, Sanojcę, Szczurka, Jachimka i Malessę. Gołębiewskiemu karę śmierci zmienił na dożywotnie więzienie (w 1971 r. został skazany na 4,5 roku za działalność w organizacji Ruch, potem współtworzył ROPCiO), a pozostałym - Leskiemu, Żukowi, Rybickiemu i Muzyczce zmniejszył wyroki do sześciu lat więzienia.
Bierut został prezydentem RP głosami posłów Sejmu Ustawodawczego, wybranych - dzięki fałszerstwom komunistów - 19 stycznia 1947 r., a więc w trakcie procesu Rzepeckiego (który - przypomnijmy - tak liczył na wolne wybory!). Mimo to małą reprezentację mieli w nim ludowcy. To dlatego oskarżający płk Henryk Holder starał się na siłę wykazać związki WiN z PSL-em, aby w ten sposób skompromitować partię Mikołajczyka, jako reakcyjną i finansowaną przez Zachód.
Plan komunistów był jeszcze bardziej przebiegły - niskie wyroki były zapowiedzią planowanej amnestii, dzięki której zamierzano ostatecznie rozbić podziemie. Postawa Rzepeckiego świetnie wpisała się zatem w polityczne zapotrzebowanie nowego okupanta Polski.

NIE MA ZGODY NA UGODĘ

Kilka lat temu "Gazeta Wyborcza", piórem swojego specjalisty od spraw stalinowskich Piotra Lipińskiego, opublikowała sześcioodcinkowy materiał pt. "Raport Rzepeckiego". Dlaczego "Gazeta" uznała, że właśnie życiorys płk. Jana Rzepeckiego, a nie np. rotmistrza Witolda Pileckiego, jest godny przedstawienia w kilkuodcinkowym materiale? Na przykładzie twórcy WiN można było po raz kolejny wykazać, jak bardzo poplątane i niejednoznaczne były ludzkie losy i wybory, a po wojnie nie było w gruncie rzeczy innej rozsądnej drogi niż współpraca z władzami. Rzepecki to wymarzony bohater również z innego powodu - nie żaden prawicowiec, jak np. Bór-Komorowski, ale człowiek bliski lewicy, dla którego socjalizm był koniecznością dziejową, a komunizm do przyjęcia. Na opisywaną przez "GW" "grę" z bezpieką, którą podjął Rzepecki, Pilecki nigdy by się nie zgodził. W czasie śledztwa na Rakowieckiej bezpieczniacy chcieli "przekonać" rotmistrza, aby namawiał żołnierzy niepodległościowego podziemia do ujawnienia się, tak jak to zrobił prezes WiN. Pilecki odpowiedział: "Rzepeckiemu za to, co zrobił, prawdziwi patrioci naplują w twarz". W aktach sprawy Pileckiego - notatce, którą 9 czerwca 1947 r. (kilka miesięcy po procesie Rzepeckiego) sporządził Komar - "agent celny" (kapuś, który wyciągał informacje od współwięźniów w celi) czytamy: "Pileckiemu proponowano rolę Rzepeckiego, ale on stwierdził, że nie będzie się kajał, przyznawał do niepopełnionej winy". Dlatego Rzepecki uniknął śmierci, a wielu innych AK-owców, w tym Pilecki, musiało zginąć. Musiała zginąć również Emilia Malessa.

NIE CHCIAŁA OPUŚCIĆ WIĘZIENIA

Ruta Czaplińska wspominała "Marysię": "Mimo, że w procesie dostała tylko dwa lata i była ułaskawiona przez Bieruta (mogła być natychmiast zwolniona), nie chciała opuścić więzienia. Cały czas była namawiana na wyjście z obietnicą zwolnienia pozostałych aresztowanych. Ale ona uparcie trwała przy swoim. Wyszła wreszcie parę miesięcy potem i swoją walkę prowadziła już na wolności, wierząc, że będzie mogła więcej osiągnąć. Prowadziła liczne pertraktacje z Ministerstwem Bezpieczeństwa Publicznego, przypominając bezustannie o wszystkich przyrzeczeniach wypuszczenia na wolność ujawnionych osób, wymieniając wszystkich z nazwiska".
Emilia Malessa domagała się po prostu dotrzymania słowa honoru, które dał jej Józef Różański. Zabiegała o wizytę u Bieruta, pisała listy do ministra bezpieczeństwa publicznego Stanisława Radkiewicza (obszerny memoriał pozostał bez odpowiedzi).
Na wiosnę 1948 r. listy z nazwiskami aresztowanych i okolicznościami ich ujawnienia wysłała też do placówek dyplomatycznych. Świat jednak milczał.
Prócz interweniowania u władz, "Marcysia" pomagała też aresztowanym i ich rodzinom. Odwiedzała koleżanki z celi, wysyłała paczki. Świadczyła na rzecz swoich kolegów z konspiracji, zeznając z wolnej stopy podczas ich procesów.

LIST DO RÓŻAŃSKIEGO

W kwietniu 1949 r. Malessa napisała list do Różańskiego: "Po wyczerpaniu na przestrzeni trzech i pół lat wszystkich środków dla uzyskania zwolnienia pozostałych ujawnionych, donoszę Panu Pułkownikowi, że od 9 kwietnia podjęłam głodówkę [przechodnie na ul. Rakowieckiej widzieli ją skuloną pod więziennym murem - TMP], jako ostatni z mojej strony akt protestu przeciwko niedotrzymaniu umowy dotyczącej akcji ujawniania WiN i grupy »Liceum«. Mając za sobą wypełnienie wszystkich obowiązków wobec mego kraju w okresie okupacji oraz w pierwszym okresie niepodległości przez dokonanie aktu ujawniania, mam niewątpliwie prawo oczekiwać od władz bezpieczeństwa, a w szczególności od Pana Pułkownika jako głównego inicjatora akcji ujawniania, decyzji, która zapobiegnie mojej śmierci i dalszemu więzieniu lojalnie ujawnionych wobec państwa ludzi".
Bezsilna, obarczona poczuciem winy, bojkotowana i odrzucona przez część środowiska byłych żołnierzy Armii Krajowej, które oskarżało ją o zdradę i "wsypanie" kolegów, 5 czerwca 1949 r. popełniła samobójstwo. Miała 40 lat.

URATOWALI GŁOWY, ALE CZY HONOR?

Wbrew komunistom i linii Rzepeckiego niepodległościowe podziemie - mimo świadomości beznadziei sytuacji - nadal trwało. Po rozbiciu I Zarządu Głównego WiN powstał II Zarząd ze wspomnianym już płk. Franciszkiem Niepokólczyckim na czele. Gdy Rzepecki był skazywany, działał IV Zarząd WiN pod wodzą Łukasza Cieplińskiego.
Jak wyglądały obietnice i łaskawość "ludowej" władzy - można było przekonać się już wkrótce. Wielu skazanych w procesie Rzepeckiego (w tym on sam) zostało potem ponownie aresztowanych. Byli torturowani w śledztwie, a następnie skazani na wieloletnie więzienie. Taki los spotkał również płk. Jana Mazurkiewicza (też - jak pamiętamy - namawiał AK-owców do ujawniania się). Ostatecznie wyszli na wolność w połowie lat 50. i zostali zrehabilitowani. Rzepecki i Mazurkiewicz byli nadal aktywni w życiu publicznym, służyli w LWP, działali w ZBoWiD-zie, dostawali ordery (Rzepecki w 1956 r. poparł Gomułkę, później został historykiem). Uratowali głowy, ale czy honor?
Ruta Czaplińska wspominała: "I ten honor był wyznacznikiem naszego postępowania. Myślę, że to poczucie honoru, szacunek dla oficerskiego słowa honoru, wpojony w każdą, stał się też powodem tzw. ujawnienia, na które zdecydowała się »Marcysia«, a potem Barbara Sadowska. Z całą pewnością mogę stwierdzić, że nie kierowały się one osobistym bezpieczeństwem, ale pragnieniem zapewnienia bezpieczeństwa ludziom z nimi związanymi. Obydwie one zawierzyły oficerskiemu słowu honoru złożonemu im przez Różańskiego".
Emilia Malessa "Marcysia" została pochowana na Cmentarzu Bródnowskim w Warszawie. Dwa lata temu, po uroczystym pogrzebie w Katedrze Polowej Wojska Polskiego, jej skremowane szczątki przeniesiono, w asyście kompanii honorowej WP, do Panteonu Żołnierzy Polski Walczącej na wojskowych Powązkach.
Czaplińska: "Wielokrotnie, jeszcze w więzieniu mokotowskim, a potem już na wolności, chciała się widzieć i rozmawiać z Rzepeckim, ale ten nie poczuwał się do niczego i zostawił ją samą". Do dziś często poświadcza się nieprawdę, że WiN ujawniła Malessa, a Rzepecki - postawiony przed faktami dokonanymi, nie mając już wyboru - tylko to potwierdził.

TADEUSZ M. PŁUŻAŃSKI

Artykuł pierwotnie opublikowany w skróconej wersji w "Niezależnej Gazecie Polskiej"

Publicystyka Tadeusza M. Płużańskiego na ASME.



Po świętach wielkanocnych zrywamy się do boju! - Janusz Korwin-Mikke, I Prezes UPR, w wielkanocnym orędziu
Wysłane piątek, 6, kwietnia 2007 przez Krzysztof Pawlak

"Wiosna - proszę Państwa, odwilż również w polityce, widać to choćby po tym, jak życzliwie mnie ludzie witają na ulicach, chyba telewizja przestała nadawać podprogowe sygnały, że jestem wrogiem ludzkości - ale generalnie mamy trochę zaległości, które nazbierały się przez kilkadziesiąt lat i myślę, że wiosna powinna skłonić nas do generalnych porządków, by te śmieci pousuwać. Mówię to w Wielki Piątek, jak wiadomo - Wielki Piątek to chwilowy triumf niejakiego Judasza Iskarioty - my mielibyśmy pewien problem z ujawnieniem jego nazwiska, gdyby żył dzisiaj. Ale wtedy ujawniono... I pewne rzeczy teraz też trzeba ujawnić, pewne bardzo wstydliwe fakty z naszej przeszłości. Jeśli ktoś chce budować IV Rzeczpospolitą, to należy powiedzieć, czym była III Rzeczpospolita!" - Janusz Korwin-Mikke, I Prezes i założyciel UNII POLITYKI REALNEJ, w wielkanocnym orędziu nawiązując do wydarzeń sprzed 2000 lat, omawia bieżące problemy polityki "polskiego regionu UE".

Razem z nadejściem wiosną notowania UPR idą w górę - dają już jej 3-4%, ile jest naprawdę - nie wiadomo. Najbliższy sprawdzian odbędzie się na Podlasiu, gdzie w wyborach uzupełniających do rady samorządu wojewódzkiego startuje Janusz Korwin-Mikke. Oczekuje BARDZO DOBREGO wyniku w tych wyborach i wzywa sympatyków oraz członków UPR do pomocy przy kampanii przedwyborczej.

Nagranie trwa ponad 4 minuty i jest dostępne w Sieci do 22 IV 2007 r.



… lecz większym przyjacielem jest prawda! - prof. Jerzy Przystawa Wysłane czwartek, 5, kwietnia 2007 przez Krzysztof Pawlak

Aby w pełni zrozumieć sens i znaczenie postulatu JOW trzeba się cofnąć do roku 1989, a więc do początków tzw. transformacji ustrojowej. Procedura wyborcza oparta o system list partyjnych (tzw. ordynacja proporcjonalna) w dużych, wielomandatowych okręgach wyborczych była liną ratunkową, bez którego pezetpeerowska nomenklatura nie miała szans przetrwania. Zwycięstwo w takich wyborach wymaga wielkich pieniędzy i rozbudowanych struktur w całym kraju, a tymi dysponowali wówczas jedynie spadkobiercy PZPR. W roku 1989 społeczeństwo polskie domagało się zerwania ze wszystkim co wiązało się z komunizmem. Rozumieli to doskonale negocjatorzy w Magdalence i przy "okrągłym stole" i stąd wzięła się farsa tzw. wyborów kontraktowych, a potem machinacje mające zapewnić wybór Wojciecha Jaruzelskiego na prezydenta państwa. "Negocjatorzy" zawarli pakt z komunistami i byle zdecydowani dotrzymać tego paktu bez względu na wolę obywateli. Pacta sunt servanda - grzmiał Bronisław Geremek, kiedy wyborcy, w emocjonalny sposób, odrzucili w całości pezetpeerowską listę krajową. W wyborach do Senatu, które jedynie miały charakter wolnych wyborów, mandat uzyskał tylko jeden przedstawiciel PZPR - Henryk Stokłosa. W pierwszych wyborach samorządowych: w całej Polsce kandydatów związanych z upadłym reżimem cięto bezlitośnie i jedynie w formie szczątkowej dostali się oni do organów samorządu terytorialnego. Było więc oczywistym, że tzw. wybory proporcjonalne stanowią rację stanu postkomunistycznej formacji.

Ruch Obywatelski na rzecz JOW wyrósł nie tylko z przeświadczenia, że wybory w okregach jednomandatowych jest to lepszy system wyborczy, który oferuje społeczeństwu mechanizm pozytywnej selekcji do elity politycznej, ale także z uświadomienia sobie, że jest to jedyna skuteczna droga do zdekomunizowania państwa i odcięcia pępowiny łączącej wolne i demokratyczne państwo z PRL. Świadomość tę miały (i mają) pookrągłostołowe elity polityczne i od roku 1989 robią one wszystko, aby prawdę tę ukryć przed społeczeństwem i nie dopuścić do koniecznej reformy państwa.

Jak można, w wolnym demokratycznym kraju, walczyć z postulatem wprowadzenia systemu wyborczego, jakim od ponad dwustu lat posługują się nasi najwięksi sojusznicy, Amerykanie, Anglicy, Kanadyjczycy, Francuzi itd., itp.? Jak przekonać Polaków, którzy z urodzenia niejako są anglo- czy amerykanofilami, że system wyborczy, jaki tam działa nieprzerwanie od czasów Tadeusza Kościuszki, jest dla Polski zły i nie do przyjęcia?

To trudne zadanie elity partyjne realizują przede wszystkim drogą nieustępliwej blokady tematu w mediach, uniemożliwiając - jak dotąd skutecznie - wszelką dyskusję publiczną i wyjaśnienie sprawy społeczeństwu, które przecież nie kończyło studiów politologicznych i ma prawo nie wiedzieć, jakie systemy wyborcze są stosowane w innych krajach i z jakimi skutkami? W tym wypadku postawa kolejnych ekip rządzących jest solidarna i niezmienna - bez względu na to czy rządzi lewica, czy prawica, postsolidarnościowcy czy postkomuniści, obojętnie czy na czele telewizji i radia stoją bohaterscy działacze opozycji, czy nominaci pezetpeerowskich sekretarzy - temat ordynacji wyborczej jest trwale nieobecny w mediach.

Jednakże w wolnym kraju, w którym obowiązuje wolność słowa, zgromadzeń i innych swobód obywatelskich, blokada taka nie może być zbyt szczelna i co raz więcej obywateli polskich dowiaduje się, że wybory można przeprowadzać inaczej, że obywatele w innych krajach mogą kandydować do parlamentu bez łaski i przyzwolenia partyjnych baronów, procedura wyborcza może być prosta i zrozumiała, a wybrani posłowie muszą się liczyć ze swoimi wyborcami, dbać o nich i reprezentować ich interesy. Wobec tego blokadę medialną uzupełnia się sprytną socjotechniką, która ma zniechęcić Polaków do oglądania się za innym sposobem wyłaniania elity politycznej. Przyjrzyjmy się temu, jakie chwyty znalazły tutaj zastosowanie.

(1) "Wywracanie kota ogonem", a więc straszenie nieuniknionym zwycięstwem postkomunistów w przypadku wprowadzenia JOW. Jak by to absurdalnie nie brzmiało, chwyt ten od początku stosują liderzy "lewicy" eseldowskiej. Rekord należy tu niewątpliwie do byłego sekretarza generalnego SLD Krzysztofa Janika, który miał czelność publicznie powiedzieć, że wprowadzenie JOW oznaczałoby, że SLD zdobywa co najmniej 420 mandatów! Ale inni nie pozostawali specjalnie w tyle. Pomysł polega więc na wpieraniu nam, że wyborcy polscy są tak durni i tak zsowietyzowani, że gdyby wyboru nie dokonali za nich partyjni liderzy, to na pewno głosy swoje oddaliby na swoich wczorajszych komunistycznych panów! Aleksander Kwaśniewski wręcz oświadczył, że społeczeństwo polskie do takiej formy wyborów "jeszcze nie dojrzało".

(2) Ugrupowania po-solidarnościowe najchętniej przyjmują filozofię wyrażoną przez prof. Geremka: "pacta sunt servanda" - umów trzeba dotrzymywać! Dlatego oni wszyscy bardzo chcieliby wprowadzenia JOW, ale nie można tego zrobić, bo uzgodniona z Aleksandrem Kwaśniewskim konstytucja zawiera przykry zapis, że wybory do Sejmu mają być "proporcjonalne" i kropka. Natomiast konstytucji w żaden sposób zmienić się nie da, bo do tego potrzebna jest niewyobrażalna większość sejmowa, a tej nigdy nie będzie. Przecież bardzo chcieli JOW, wpisywali ten postulat zarówno do "obywatelskiego projektu konstytucji", pod którym zebrano podobno ok. 2 milionów podpisów. Postulat JOW wpisany też został do programu wyborczego AW"S". Kiedy jednak AW"S" objęła władzę, to zapomnieli całkowicie o JOW i dopiero pod sam koniec kadencji, kiedy rozpad AW"S" był już faktem, Jerzy Buzek, Marian Krzaklewski i inni, zaczęli wspominać publicznie, że to była ich propozycja programowa. W gruncie rzeczy podobnie przedstawia się sprawą z Platformą Obywatelską, która nawet zebrała ponad 750 tysięcy podpisów pod wnioskiem o referendum, gdzie jednym z postulatów był JOW. Upłynęły jednak już prawie trzy lata i nic się w tej sprawie nie dzieje. Na ostatniej konferencji prasowej (4 kwietnia) Donald Tusk oskarżył o to kolejnych marszałków Sejmu, którzy jakoby ignorują ten wniosek obywatelski. Trudno w to uwierzyć, zważywszy wielkość tej partii i liczbę posłów. W gruncie rzeczy podobnie zachowuje się i Samoobrona, która już ponad 10 lat temu wpisała postulat JOW do swojego programu.

(3) W takiej sytuacji pewne novum stanowi postawa Braci Kaczyńskich, którzy, w odróżnieniu od liderów innych partii, otwarcie głoszą, że postulat JOW jest szkodliwy, a nawet - że taki sposób wyboru jest "niedemokratyczny".

To otwarcie wrogie stanowisko Prezydenta i Premiera jest zarówno zaskoczeniem dla zwolenników JOW, jak i działa w sposób demobilizujący. Albowiem większość dotychczasowych uczestników Ruchu wywodzi się z opozycji antykomunistycznej i wiąże z osobami Lecha oraz Jarosława Kaczyńskich, z hasłem IV Rzeczypospolitej, najróżniejsze nadzieje. Stąd głoszenie naszego postulatu postrzegane jest jako atak na nich i ich reformatorskie zamiary. Wywołuje to wątpliwości co do słuszności obranej przez nas drogi i konflikt sumienia.

Róbmy swoje!

Starożytni mawiali: "Amicus Plato, sed magis amica veritas" - "Przyjaciel Plato, lecz większym przyjacielem jest prawda". Prawda jest taka, że Jarosław Kaczyński jest 13. premierem RP od roku 1989, co oznacza, że jeden premier wypada u nas na mniej niż półtora roku. Tak wyjątkowo długa średnia jest przede wszystkim zasługą Jerzego Buzka, któremu udało się przetrwać prawie całą kadencję. Tzw. koalicja większościowa przy każdym głosowaniu w Sejmie ma problemy ze zdobyciem większości i przeprowadzeniem zamierzonych ustaw. W efekcie mamy słabe państwo, z którym się nikt nie liczy i które dryfuje w bliżej nieokreślonym kierunku. Wszystko to są skutki niewłaściwego systemu wyborczego. Sympatykom i zwolennikom obecnej koalicji rządzącej pozostaje mieć nadzieję, że Prezydent i Premier zechcą to zrozumieć i zmienią swoje nastawienie. A póki co: róbmy swoje!

Jerzy Przystawa

  • Prof. Jerzy Przystawa był w kadencji 1990 - 1998 radnym rady miejskiej Wrocławia, startował w wyborach do Senatu Rzeczypospolitej Polskiej przeprowadzonych w dniu 21 września 1997 r.
    Od kilkunastu lat jest jednym z liderów Ruchu Obywatelskiego na rzecz JOW.

    Publicystyka prof. Jerzego Przystawy na ASME.


    Witryna ASME Antysocjalistycznego Mazowsza jest najstarszym serwisem w Sieci - oprócz witryny tematycznej JOW - propagującym ideę JOW

    Polska już nierządem stoi i kontrastuje to z podniosłym tonem towarzyszącym obchodom II rocznicy śmierci Jana Pawła II - Stanisław Michalkiewicz o aktorach żurnalistycznych i politykierskich w ich wystąpieniach na scenie ostatnich dni Wysłane poniedziałek, 2, kwietnia 2007 przez Krzysztof Pawlak

    | Pobierz |







    Polska już nierządem stoi i kontrastuje to z podniosłym tonem towarzyszącym obchodom II rocznicy śmierci Jana Pawła II - Stanisław Michalkiewicz o aktorach żurnalistycznych i politykierskich w ich wystąpieniach na scenie ostatnich dni
    Wysłane poniedziałek, 2, kwietnia 2007 przez Krzysztof Pawlak

    "Dzisiaj przypada, tj. 2 kwietnia, druga rocznic śmierci Jana Pawła II. I jest to chwila dobra do refleksji nie tylko nad tym pontyfikatem i tym, co z niego pozostało w naszym życiu publicznym, ale niestety - dobrała się do niej banda idiotów w postaci naszych »gwiazd polskiego dziennikarskich« i w rezultacie ta rocznica przekształca się jakąś groteskę: mecz bokserski Andrzeja Gołoty z panem Bogiem czy będzie »santo subito« czy będzie mniej »subito«. To jest tak, jak idioci dorwą się do czynu i jeszcze w dodatku mają dobre chęci, bo wszyscy zaczynają się im poddawać, włącznie z panem prezydentem. Oto ksiądz Oder zdradził Mu, że nastąpi to jeszcze »za jego kadencji«" - Stanisław Michalkiewicz, jeden z najwybitniejszych prawicowych komentatorów sceny politycznej "polskiego regionu UE", opisuje ostatnie wydarzenia z życia publicznego.

    Te same merdia, które dziś wrzeszczą "santo subito", wczoraj wrzeszczały o potrzebie kompromisu w sprawie aborcji, wiec nie tylko rekordy idiotyzmu są bite przy tej okazji, ale i rekordy obłudy. Jeśli Papież patrzy na to z Domu Ojca - to musi zatykać nos z powodu obłudy do Nieba śmierdzącej. Na to wpływ już nie mamy - to byłby kolejny z cudów Jana Pawła II, gdyby naszym idiotom, czyli "gwiazdom dziennikarstwa" przybyło rozumu, ale takie cuda się niestety nie zdarzają.
    Kiedy jedne pieczęcie są zalakowywane, jak w przypadku czterech skrzyń będących rezultatem procesu diecezjalnego, inne - są łamane - oto dowiadujemy się o współpracy luminarzy PRL-owskiej nauki ze Służbą Bezpieczeństwa PRL, choć panowie rektor i dziekan z Uniwersytetu Gdańskiego zaprzeczają oczywiście tej współpracy. Czyżby sie czegoś wstydzili? Wreszcie wiemy, dlaczego o wyjazdach na stypendium Fulbrighta jedni musieli najpierw rozmawiać z Milicją Obywatelską, a inni - nie przeżywali żadnej kariery w PRL.
    Z innej strony wiemy już, dlaczego nawet konstytucyjne organy władzy przekształcają się w spelunki zbójców. Oto pewne kluby w sejmie RP zaprotestowały przeciw uchyleniu immunitetu pani posłance Ostrowskiej z SLD. Dlaczego parlamentarny klub SLD protestował - wiemy. Dlaczego klub Samoobrony - też wiemy. Ale dlaczego protestował klub Platformy Obywatelskiej? To jest jeden z elementów, dzięki którym możemy wyrobić sobie zdanie o sposobie dotrzymywania obietnic wyborczych przez tzw. lyberałów...

    Nagranie trwa ponad 8 minut i jest dostępne w Sieci do 16 IV 2007 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.



    W poszukiwaniu listka figowego - Stanisław Michalkiewicz Wysłane poniedziałek, 2, kwietnia 2007 przez Krzysztof Pawlak

    Jak i pieniądze zarobić i wianuszka nie stracić, jak mieć ciastko i zjeść ciastko - oto popularne porzekadła, ilustrujące dzisiaj dylemat europejsów pobożnych, którym zostało już niewiele - bo zaledwie dwa lata na wymyślenie jakiegoś listka figowego, który mógłby, przynajmniej prowizorycznie, przykryć figę, jaką narodom Europy pokazują dzisiaj marksiści. Właśnie przedstawiciele biurokratycznej międzynarodówki przyjęli w Berlinie tekst deklaracji składającej się w 99 procentach z bełkotu, w którym miało zapewne zginąć najważniejsze, przedostatnie zdanie: "Dlatego dziś, w 50 lat po podpisaniu traktatów rzymskich, razem podejmujemy wyzwanie, aby do czasu wyborów do Parlamentu Europejskiego w roku 2009 odnowić wspólny fundament Unii Europejskiej". Zatem, jak pisał poeta w "Anonimowym mocarstwie" - "W Londynie, w wielkiej loży, już postanowiono". Ten "wspólny fundament", co to ma być "odnowiony", to konstytucja Eurosojuza, do której prą Niemcy, przez całe dziesięciolecia drenujący swoich podatników i finansujący zabawę w "europejską jedność".

    Jeśli ktoś chce wierzyć, że to z sympatii do Greków czy Portugalczyków, to oczywiście zabronić mu tego nie mogę, ale sam uważam, że Niemcy, jako państwo poważne, traktują Unię Europejską jako swego rodzaju inwestycję. Każda inwestycja ma jednak to do siebie, że od pewnego momentu powinna zacząć przynosić zyski. Dobry inwestor stara się ten moment przyspieszyć tym bardziej, jeśli na przykład zaczyna mu już brakować pieniędzy. Tym właśnie tłumaczę sobie gorączkowy pośpiech, z jakim przedstawiciele Niemiec nalegają na przyjęcie traktatu konstytucyjnego. Co konkretnie, tzn. jakie korzyści sobie po tym obiecują - to osobny temat. Warto jednak przypomnieć, że inny wybitny przywódca socjalistyczny Adolf Hitler też marzył o europejskiej jedności z tą wszelako różnicą, iż pragnął urzeczywistnić tę ideę środkami militarnymi. W tym celu też inwestował m.in. w przemysł zbrojeniowy i armię swego państwa, a wydatki na ten cel poniesione miał zrekompensować mu łup wojenny. Dlatego też w 1939 roku tak się denerwował, kiedy Benito Mussolini wystąpił z pomysłem mediacji. Te "mediacje" były Adolfowi Hitlerowi w tym momencie potrzebne jak psu piąta noga, bo każde odwleczenie wojny i związanych z nią łupów narażały Rzeszę na widmo bankructwa. Dlaczego zatem teraz "odnowić wspólny fundament" musimy koniecznie w roku 2009 i ani dnia później? Co takiego ważnego zawiera konstytucja Eurosojuza, że bez niej cała "integracja" może okazać się nie warta funta kłaków?
    Pan prezydent Kaczyński bardzo buńczucznie oświadczył w Berlinie, że "będzie walczył" o umieszczenie "w preambule" jakiejś wzmianki o "wartościach chrześcijańskich" czy "judeochrześcijańskich" - bo różnie o tym mówią. Ależ naturalnie, jakże by inaczej! Niech "walczy" aż do upadłego. Czy jednak nie miał zamiaru "walczyć", żeby zapis o tych, niech już będzie, że "judeochrześcijańskich" wartościach znalazł się już w Deklaracji Berlińskiej? Jakże więc się stało, że się nie znalazł, a mimo to pan prezydent dokument podpisał? I co będzie, jeśli mimo "walki" wielka loża w Londynie czy jakimś innym europejskim mieście zdecyduje, że "inaczej będzie"? Co wtedy zrobimy? Podpiszemy konstytucyjny cyrograf bez "preambuły" czy odmówimy podpisu? A w razie podpisania - jakie usprawiedliwienie podamy do wierzenia całemu ludowi?
    Bo ta cała "preambuła", to jest taki listek figowy, który ma zasłonić bezwstydną kapitulację przed marksistami, którzy za pośrednictwem biurokratycznego internacjonału narzucają dzisiaj narodom Europy kulturowy marksizm pod postacią politycznej poprawności. W odróżnieniu od "judeochrześcijan", traktują swoje przekonania w sposób absolutnie fundamentalistyczny, to znaczy - nie uważają ich za rodzaj intelektualnej propozycji, tylko nadają im postać norm prawnych, za którymi stoi nasza stara, dobra znajoma przemoc socjalistycznego imperium. I wcale nie mają zamiaru pozwolić żadnym "judeochrześcijanom", którym samo chrześcijaństwo już nie wystarcza i muszą się podpierać tym "judeo" niczym laską - na żadne "preambuły". Nie po to odbyli z powodzeniem "długi marsz przez instytucje", żeby teraz pozostawiać jakieś enklawy "kultury burżuazyjnej", zwłaszcza takie, co mogą dawać przerzuty i udaremnić kolejną edycję socjalistycznej rewolucji. Obawiam się tedy, że żadnego listka figowego nie uda się znaleźć, a jeśli nawet - to nie będzie on w stanie przesłonić wymowy postanowień konstytucji Eurosojuza, zapisanych np. w Części I, Tytule I, Artykule I - 1: "Zainspirowane wolą obywateli i państw Europy zbudowania wspólnej przyszłości, niniejsza Konstytucja ustanawia Unię Europejską, której Państwa Członkowskie przyznają kompetencje do osiągnięcia ich wspólnych celów". Przyznają kompetencje - tzn. przekazują suwerenność państwową. Potwierdzają to kolejne artykuły: Art. I - 5 mówiący o stosunkach Unii z państwami członkowskimi - w którym nie ma ani słowa, że państwom przysługuje atrybut suwerenności, natomiast jest stwierdzenie, że państwa członkowskie "powstrzymują się od podejmowania wszelkich środków, które mogłyby zagrażać urzeczywistnieniu celów Unii". Zresztą - cóż tam mogą "przedsięwziąć" skoro według Art. I - 6 "Konstytucja i prawo przyjęte przez instytucje Unii (...) mają pierwszeństwo przed prawem Państw Członkowskich"?

    Stanisław Michalkiewicz

    Publicystyka Stanisława Michalkiewicza na ASME i nagrania TV ASME


    Obywatel telewidz - Krzysztof Mazur Wysłane poniedziałek, 2, kwietnia 2007 przez Krzysztof Pawlak

    Poza postulatami Unii Polityki Realnej i łamami tygodnika "Najwyższy CZAS!" nie ma chyba w Polsce środowiska postulującego prywatyzację telewizji publicznej. Świadczy o tym dyskusja prowadzona od pewnego czasu nt. przyszłości tej instytucji, dla której asumptem była - jak się można domyślać - zmiana prezesa z "niezależnego" Wildsteina na "politycznego" Urbańskiego.

    Potwierdzają to również kolejne pomysły na ulepszenie państwowego molocha prezentowane chociażby przez prezesa BCC, p. Marka Goliszewskiego czy niedawna opinia w tej sprawie autorstwa p. Krzysztofa Kłopotowskiego wyłożona czytelnikom "Rzeczpospolitej".
    Prezes Business Centre Club w wolnorynkowym rozpasaniu zapędził się nawet do stwierdzenia, że Polakom wystarczyłby jeden kanał telewizji publicznej, który po całkowitej rezygnacji z reklam byłby w całości finansowany z budżetu państwa.
    Z kolei autor "Obywatela M", czyli Krzysztof Kłopotowski marzy o polskiej BBC, będąc przy nadziei, że Urbański mający dobre koneksje polityczne "uzyska ustawę o ściągalności abonamentu dla mediów publicznych", od czego "zależy jego sukces". Nie chcę sobie wyobrażać kształtu owej ustawy, ale nawet jej najłagodniejsza wersja polegająca na spec-podatku od zakupu telewizora lub wyższej akcyzy na energie elektryczną skończy się zapewne tym samym, co rezygnacja z podatku od środków transportowych na rzecz podwyższonej akcyzy na benzynę. Podatki są wyższe, a dróg - jak nie było, tak nie ma. Domniemanie, że posiadacz gniazdka prądowego jest automatycznie primo: posiadaczem odbiornika telewizyjnego, duo: konsumentem programów telewizji publicznej, stanowi niewątpliwy postęp na drodze budowania lepszego państwa prawa.
    W Polsce więcej osób nie płaci wspomnianego wcześniej abonamentu niż uiszcza ten parapodatek, co ciekawe: z abonamentu zwalnia się np. emerytów i rencistów, traktując codzienną porcję medialnej wrzawy jak artykuł pierwszej potrzeby niczym słynne leki za złotówkę. Być może chodzi zresztą o szybsze wykończenie staruszków niepotrzebnie "obciążających" nasz fundusz ubezpieczeń społecznych.
    Ale to już było, pewne novum stanowi natomiast konstatacja red. Kłopotowskiego, sprowadzona do tego, że "wypełnianie misji telewizji publicznej dramatycznie zmniejszy oglądalność. Dlatego bez abonamentu nie ma owej misji i nigdy nie będzie. Taką ustawę trzeba uzyskać szybko, dopóki działa na polityków u władzy argument udobruchania opinii publicznej zgorszonej nocną zmianą prezesów...". Znany krytyk filmowy sądzi, że na obywateli bardziej gorsząco podziałała nocna zmiana prezesów telewizji niż może podziałać potencjalna ustawa o "podatku do telewizora". Na mój gust zdecydowana większość telewidzów bardziej nerwowo zareagowałaby na wiadomość o radykalniejszym dobraniu się do ich portfeli niż na wieść o odprawieniu prezesa Wildsteina. W sytuacji gdy powyższy dylemat rozstrzygnęła już sprawa powszechnego unikania telewizyjnego abonamentu, wydaje się, że redaktor swoje własne odczucia zbyt pochopnie przenosi na ogół podatników-telewidzów. Nie bardzo wiadomo również, dlaczego nałożenie wyższego podatku lub większa restrykcyjność w jego ściąganiu miałaby "udobruchać opinię publiczną", której przedstawicieli już i tak wystarczająco przygniatają inne publiczne haracze. Trudno to "udobruchanie" ogółu zrozumieć zwłaszcza wobec wcześniejszego stwierdzenia, że realizacja misji "dramatycznie" zmniejszyłaby oglądalność. Z drugiej strony, skoro wśród naszych zwolenników państwowej telewizji panuje przekonanie o negatywnej korelacji między misyjnością telewizji a jej oglądalnością, to dochodzimy do pewnego paradoksu, uznając za coś normalnego powszechny parapodatek na rzecz inteligencji telewizyjnej. Bo taki faktycznie byłby skutek misyjnego zaangażowania telewizji, rezygnacji z wpływów reklamowych i oddanie TVP na utrzymanie budżetu oraz "drastyczny" spadek oglądalności. Każdy normalny człowiek szanujący wolność i majątek innych, niezależnie od tego co myśli o programach "z ludźmi, ale dla psów", nie powinien jednakże przykładać ręki do tego, aby wielbiciel Ferdynanda Kiepskiego płacił dodatkowo na zaspokojenie ambicji miłośnika kolejnego przeglądu piosenki aktorskiej lub kinematografu. Wystarczyłoby tylko, aby każdy płacił za to co kupuje, wszak nie domagamy się (jeszcze!), aby konsument parówkowej dopłacał do zakupów konsumenta kabanosów.
    W latach 80. ub. wieku gdy misja państwowej telewizji sprowadzała się do relacji z kolejnych plenów KC i interwencji inspekcji robotniczo-chłopskich oraz emitowania tasiemcowych seriali brazylijskich, jeden z satyryków ustami swojego rysunkowego bohatera oznajmił, że "Daniele (aluzja do imienia bohatera takiego tasiemcowego serialu - przyp. KM) to on lubi oglądać - ale w zoo". W dzisiejszym kontekście byłoby wskazane, aby misjami również nie zajmowali się telewizyjni dysponenci.

    Krzysztof Mazur

    Publicystyka Krzysztofa Mazura na ASME


    Sejmowy kosz na śmieci - Janusz Sanocki Wysłane poniedziałek, 2, kwietnia 2007 przez Krzysztof Pawlak

    Trzy lata temu poważna partia Platforma Obywatelska przygotowała projekt wielkiej akcji społecznej pt. "4 x tak". Przedstawiła społeczeństwu cztery propozycje: wprowadzenia wyboru posłów w Jednomandatowych Okręgach Wyborczych, zmniejszenia o połowę liczby posłów, likwidacji senatu i zniesienia immunitetu. Propozycje - zwłaszcza postulat wprowadzenia JOW - były zrozumiałe, akceptowalne społecznie, nic więc dziwnego, że PO zebrała do końca 2004 r. pod swoją petycją ponad 700 tys. podpisów. Petycja trafiła do Sejmu i... słuch po niej zaginął. Ani razu żaden z posłów PO nie upomniał się o zmianę ordynacji wyborczej, nie tylko do Sejmu - gdzie rzekomo na przeszkodzie stoi Konstytuta, ale nawet do samorządów - gdzie nic nie przeszkadza, by wprowadzić wybory radnych w JOW i wreszcie skończyć z idiotyzmem list partyjnych w gminie Kozia Wólka.

    Nad trumną z postulatami akcji "4 x tak" zapadła głucha cisza, co potwierdzało przypuszczenia, że od początku spryciarzom z PO chodziło tylko o podbicie ich notowań przez wyborami w 2005 r. i że wszystkie postulaty, tak solennie deklarowane w całej sprawie, były jedynie wyborczą przynętą.
    W kwestii zmiany ordynacji trudno było kłamczuchom z PO udowodnić nierzetelność, zawsze mogli się zasłaniać tym, że jednak podnieśli postulat JOW, "ale co oni mogą". Podnieśli go, co prawda po tym, kiedy zorientowali się w jego społecznym oddziaływaniu - co nastąpiło w trakcie prawyborów prezydenckich w Nysie, we wrześniu 2000 r. Potem jednak, liderzy PO starannie unikali jakichkolwiek wiążących deklaracji, a nawet kontaktów z Ruchem JOW - jedyną zorganizowaną grupą obywateli od lat działających na rzecz tej zmiany. Kiedy już po ogłoszeniu akcji "4 x tak", w lipcu 2004 r. ulicami Warszawy szedł pochód kilku tysięcy zwolenników JOW, żaden z polityków PO nie pojawił się wśród nich. Wytknął to Tuskowi i jego kompanom Stefan Bratkowski na łamach "Rzeczpospolitej".
    Polityka kierownictwa PO wobec obywateli skupionych w Ruchu JOW nie była jednak przypadkiem. Nawiązanie kontaktów z obywatelskim ruchem, od lat prowadzącym akcję na rzecz JOW, wydawać by się mogło logiczne. Każdy, kto szczerze zamierzałby wprowadzić JOW - natychmiast nawiązałby kontakt, skorzystał z dorobku teoretycznego, kontaktów itd., itp. Każdy kto chciałby tego szczerze...
    Jednak jeśli traktuje się głoszone postulaty jako przedwyborczą przynętę, tego typu związki, spotkania itd. tylko mogą przeszkadzać. Dlatego do żadnych spotkań nie doszło, a akcja "4 x tak", związane z nią obietnice i zaufanie ponad 700 tys. obywateli, skończyła się jak zawsze.
    Ostatnio widzieliśmy spektakularny przykład potraktowania innej sprawy z katalogu "4 x tak". W Sejmie głosowano nad uchyleniem immunitetu dla eseldowskiej posłanki Ostrowskiej. PO, które zamierzało w ogóle zlikwidować immunitet, głosowało przeciw odebraniu go posłance oskarżanej o korupcję. Trudno o bardziej wyraźny przykład obłudy i oszukiwania wyborców.
    Piszę to nie w swoim imieniu, jako że znając Tuska i jego komandę, nigdy do wyborców PO się nie zaliczałem.
    Od początku nie wierzyłem, że ci partyjni krętacze szczerze podejmują postulat, który tak naprawdę pozbawiłby ich przywilejów władzy. Ale czy inni są lepsi?
    O ile jeszcze czasem można czegoś wymagać od pojedynczego człowieka, o tyle zobowiązania podejmowane przez tak nieokreślony byt, jakim jest "partia", od razu można wrzucić do kosza. Głupi, kto wierzy w jakiekolwiek partyjne programy, w sytuacji kiedy nie ma jak dobrać się do pojedynczego posła. Ordynacja partyjna zrywa więź posła z wyborcami i ustanawia między nimi pośrednika, decydującego o tym, jakie postulaty mają być realizowane, a jakie trzeba "zrewidować". Jest to zatem wymarzona sytuacja dla każdego, kto chce mieć władzę bez odpowiedzialności i kto notorycznie nie lubi dotrzymywać danych obietnic. W tej sytuacji Donald Tusk idealnie pasuje na następnego premiera RP, pewnie z Ostrowską i SLD u boku, zaś miejsce wszystkich partyjnych obietnic jest w sejmowym koszu na śmieci.

    Janusz Sanocki
    Obywatelski Ruch na rzecz JOW


  • Janusz Sanocki był burmistrzem Nysy, jest jednym z liderów Obywatelskiego Ruchu na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych.

    Witryna ASME Antysocjalistycznego Mazowsza jest najstarszym serwisem w Sieci - oprócz witryny tematycznej JOW - propagującym ideę JOW

    Polska jest atrakcyjna dla inwestycji krajowych i zagranicznych, bo mamy wiele atutów w porównaniu ze starzejącymi się i degenerującymi się społeczeństwami zachodniej części Europy - wykład eksperta CAS Ireneusza Jabłońskiego w Klubie Dyskusyjnym UPR Wysłane niedziela, 1, kwietnia 2007 przez Krzysztof Pawlak

    | Pobierz |