kwietnia 18, 2007 - kwietnia 28, 2007

Czy biznes wygra z bizantyjską tradycją polskich biurokratów: jak się skończą przygotowania do EURO 2012, bo wybór nowego marszałka został z góry przesądzony - Łukasz Perzyna nie tylko o hamletyzowaniach primabalerin politykierskich Wysłane sobota, 28, kwietnia 2007 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |







Czy biznes wygra z bizantyjską tradycją polskich biurokratów: jak się skończą przygotowania do EURO 2012, bo wybór nowego marszałka został z góry przesądzony - Łukasz Perzyna nie tylko o hamletyzowaniach primabalerin politykierskich
Wysłane sobota, 28, kwietnia 2007 przez Krzysztof Pawlak

"Trener piłkarskiej drużyny sportowej Arki Gdynia po tym jak jego zespół przegrał 0 do 6, obwieścił, że odchodzi ze stanowiska. Dziennikarze pytali prezesa Arki Gdynia, klubu gdzie dzieją się afery korupcyjne, i który za nie ma być zdegradowany z ligi, czy trener Wojciech Stawowy pozostanie po takiej porażce na swym stanowisku, i otrzymali odpowiedź, że »jego wola odejścia jest równie mocna jak Marka Jurka z funkcji marszałka sejmu«. Ludzie sportu mają pewną nauczkę: pewna prawidłowość działa w jedną stronę, tj. politycy zyskują punkty lub je tracą, gdy odwołują się do sportowców – nigdy odwrotnie, bo zaraz potem Marek Jurek zaczął tak hamletyzować, że chodziły do niego całe delegacje, by pozostał na swej funkcji" - Łukasz Perzyna, komentator "Tygodnika Solidarność" i naszej witryny ASME, analizuje wydarzenia polityczno-sportowe z mijającego tygodnia.

Nie ma przymusu bycia marszałkiem: 460 posłów i posłanek nosi buławę marszałkowską w swych tornistrach politykierskich, ale każdy kandydat do tej prestiżowej funkcji powinien być jednak badany przez lekarza specjalistę od stanów emocjonalnych. Wybór posła Dorna, znanego z równie hamletowskich zachowań w momencie "wypisania" go z resortu spraw wewnętrznych dowodnie pokazuje jak nieustannie są potrzebne takie konsultacje.
A czym zajmują się urzędnicy z Instytutu Pamięci Narodowej? - ciekawi się Łukasz Perzyna. Najbardziej ich absorbuje działalność typowo PR-owska na rzecz swojego szefa - Janusza Kurtyki, natomiast pomysły na przyspieszenie wydawania zaświadczeń i dokumentów wytwarzanych na podstawie przechowywanych materiałów przestępczych organizacji opresujących polskie społeczeństwo z czasów tzw. minionego ustroju PRL-owskiego – pozostają, wydaje się być, poza strefą ich możliwości...

Po przyznaniu Polsce i Ukrainie organizacji mistrzostw EURO 2012 było już mnóstwo komentarzy. Łukasz Perzyna zastanawia się, czy błogosławionym efektem tej decyzji będzie świadomość narzucenia nieprzekraczalnych terminów polskim biurokratom, czy ci, wzorem Greków, w których mało kto wierzył przed ich ostatnią Olimpiadą, potrafią sprostać wzywaniom?

Nagranie trwa prawie 12 minut, jest dostępne w Sieci do 12 V 2007 r. W Klubie TV ASME - wersja o dobrej jakości.




Patrzyłem na to ze zdziwieniem - sejm uczcił pamięć oskarżonej o przestępstwa kryminalne - Stanisław Michalkiewicz komentował nowe tendencje w teatrzyku politycznym "polskiego regionu UE" podczas spotkania w Klubie Dyskusyjnym Ok. Mazowieckiego UPR Wysłane sobota, 28, kwietnia 2007 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |










Patrzyłem na to ze zdziwieniem - sejm uczcił pamięć oskarżonej o przestępstwa kryminalne - Stanisław Michalkiewicz komentował nowe tendencje w teatrzyku politycznym "polskiego regionu UE" podczas spotkania w Klubie Dyskusyjnym Ok. Mazowieckiego UPR
Wysłane sobota, 28, kwietnia 2007 przez Krzysztof Pawlak

"Jak tak dalej pójdzie, to sejm będzie musiał obradować na stojąco, a może będzie nawet sejmem stojącym i niemym, bo jeśli walka z przestępczością zorganizowaną wejdzie w to co i rusz ktoś będzie zatrzymywany i strzelał sobie w łeb, chociaż nie sądzę, by tak się działo, bo gdyby na przykład tow. Aleksander Kwaśniewski został zatrzymany, to wątpliwe jest, by sobie strzelił w cokolwiek, a raczej prędzej wszystkich znajomych obciążył, bo by się przestraszył huku. pan marszałek Jurek najwyraźniej też się roztkliwia, jak nie nad sobą, to nad towarzyszką Blidą - a powinien już zmężnieć, bo jest już dużym chłopczykiem..." - mówił Stanisław Michalkiewicz podczas spotkania w Klubie Dyskusyjnym Okręgu Mazowieckiego UPR.

Na dniach, a nawet następnego dnia po samobójstwie tow. Blidy - organa śledcze dokonały aresztowania innych przestępców z kręgu SLD, ulokowanych w firmie Interbrok Investment - m.in. byłego wiceministra łączności w rządzie tow. Muellera (pisownia europejska nazwiska) Leszka, a więc być może walka z przestępczością zorganizowaną - na razie pod egidą głownie wywodzącą się z środowisk byłej (?) PZPR-erii - trwa.

W Stanach, Kanadzie i Ameryce Południowej są inni Polacy, bo u nas m.in. "Gazecie Wyborczej" i środowiskom postępiackim udało się narzucić myślenie "michnikowszczyzną" - np. do dobrego tonu wśród tzw. inteligentów należy wyśmiewanie się albo mówienie z przekąsem o o. Rydzku jako "ojcu Mikrofonie" itp.,. a TAM tego nie ma - może dlatego, że z daleka lepiej widać, kto jest wróg, a kto przyjaciel. Ale pomysł utworzenia wzorowanego na przedwojennym Światopolu organizacji polonijnej, zarządzanej z Polski - nie jest dobrym pomysłem, bo w pierwszym momencie do takiego środowiska zapisaliby się agenci SB-ecji i WSI, działający od dziesiątek lat za granicą... - komentował i formułował swoje przemyślenia z wojaży po Stanach i Kanadzie Stanisław Michalkiewicz.
Po doświadczeniach i międzynarodowych wydarzeniach z ostatnich dni widać, że Kancelaria Prezydenta RP jest kompletnie nie przygotowana do pełnienia roli sprawczej w prowadzeniu polityki zagranicznej Rzeczypospolitej, pokazało to chociażby przygotowanie do wizyty Prezydenta w Kazachstanie.

Zapraszamy do zapoznania się z pierwszą częścią nagrania TV ASME za spotkania ze Stanisławem Michalkiewiczem przy okazji kolejnej sesji Klubu Dyskusyjnego Okręgu Mazowieckiego UPR.

Nagranie trwa ponad 57 minut, jest dostępne w Sieci do 12 V 2007 r. W Klubie TV ASME - wersja o dobrej jakości.




Człowiek może mieć rację - nawet wbrew całemu światu, ale my nie twierdzimy, że mamy rację, po prostu mamy swoje przekonania i czasem warto ich wysłuchać - Stanisław Michalkiewicz podczas spotkania przedwyborczego UPR w Łomży Wysłane piątek, 27, kwietnia 2007 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |







Człowiek może mieć rację - nawet wbrew całemu światu, ale my nie twierdzimy, że mamy rację, po prostu mamy swoje przekonania i czasem warto ich wysłuchać - Stanisław Michalkiewicz podczas spotkania przedwyborczego UPR w Łomży
Wysłane piątek, 27, kwietnia 2007 przez Krzysztof Pawlak

"Szanowni Państwo - mam zaszczyt powitać was na tym spotkaniu wyborczym, nazywam się Stanisław Michalkiewicz i jestem członkiem władz Unii Polityki Realnej. Zanim przejdę do przedstawienia kandydatów, chciałbym powiedzieć coś o Unii Polityki Realnej, bo nieczęsto macie państwo okazję o tej partii słyszeć, między innymi dlatego, że też nieczęsto odnosiła ona polityczne sukcesy, no i w takim razie pada pytanie, dlaczego warto zwracać na nią uwagę. A są przynajmniej dwa takie powody: pierwszy - bo ona cały czas istnieje... W Polsce partie, które ponoszą klęskę, z reguły znikają ze sceny politycznej. Swego czasu naszym krajem rządził Kongres Liberalno-Demokratyczny z panem premierem Bieleckim na czele, dzisiaj tej partii już nie ma. Drugą partią, która rządziła Polską - było Porozumienie Centrum - tej też już nie ma - trzecią partią, która też kiedyś rządziła Polską, była partia "ludzi rozumnych", czyli Unia Wolności - tej też już nie ma... Unia Polityki Realnej cały czas jest, bo jej ludzie nie nastawiają się na osiągnięcie korzyđci politycznych i majątkowych czy posad państwowych, jak to jest w innych partiach, UPR to jest ugrupowanie ideowe, partia pewnej idei i projektu politycznego" - zaczął swoje wystąpienie na spotkaniu wyborczym UPR w Łomży Stanisław Michalkiewicz.

UPR od 1989 roku - a więc przez 17 lat - nie zmieniła swojego programu. Nie ma takiej innej siły politycznej w Polsce - nawet z tych, które w ogóle potrafią skonstruować jakikolwiek swój program...

Nagranie trwa ponad 45 minut, jest dostępne w Sieci do 11 V 2007 r. W Klubie TV ASME - wersja o dobrej jakości.




OPRAWCY GENERAŁA TATARA SKAZANI - TADEUSZ M. PŁUŻAŃSKI Wysłane piątek, 27, kwietnia 2007 przez Krzysztof Pawlak

Wojskowy Sąd Garnizonowy w Warszawie skazał czterech stalinowskich śledczych na kary od roku i dwóch miesięcy do dwóch lat w zawieszeniu. Trzech - Zbigniew Krauze, Marian Popiołek i Kazimierz Turczyński służyło w Informacji Wojskowej, czwarty - Czesław Świstek - został oddelegowany do pomocy kolegom z wojskowej bezpieki przez Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego. W latach 1949 - 1952 znęcali się nad oficerami II RP i Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie, oskarżonymi o "spisek w wojsku".

Śledczy katowali osadzonych w areszcie generałów: Stanisława Tatara, Stefana Mossora, Józefa Kuropieskę, oraz płk. Mariana Utnika. Po wojnie wrócili oni z Zachodu do Polski i po kilku latach - w ramach czyszczenia "ludowego" wojska z wrogich, przedwrześniowych elementów - zostali skazani w jednej z najgłośniejszych politycznych "pokazówek" stalinowskiej Polski, sfingowanej przez najwyższe władze komunistyczne. Gen. Tatar dostał dożywocie, pozostali kary wieloletniego więzienia. W pobocznych procesach od sprawy głównej (tzw. "odpryskowych") zapadło wiele wyroków śmierci, które zostały następnie wykonane. Po 1956 r. wszyscy oficerowie WP zostali zrehabilitowani. Śledztwo przeciw nim było największą sprawą, prowadzoną przez Informację Wojskową. Historyk Jerzy Poksiński "spiskowi w wojsku" poświęcił książkę "TUN".

ROZMOWY "NA NAJRÓŻNIEJSZE TEMATY"

W IPN-owskim akcie oskarżenia czytamy, że śledczy, przez stosowanie brutalnych metod, doprowadzili swoje ofiary do "całkowitego wyczerpania zarówno psychicznego, jak i fizycznego, w celu zmuszenia do przyznania się do udziału w dywersyjno-szpiegowskiej organizacji działającej w Wojsku Polskim, do uczestniczenia w działalności agenturalnej na rzecz państw zachodnich oraz do składania wyjaśnień zgodnych z koncepcją prowadzonego przeciw nim śledztwa". Ich czyny zostały zakwalifikowane jako zbrodnie komunistyczne i zbrodnie przeciwko ludzkości, które nie ulegają przedawnieniu.
Skazany Zbigniew Krauze, jako jeden z nielicznych "oficerów" śledczych ukończył gimnazjum i liceum. W raporcie komisji zastępcy prokuratora generalnego PRL Mariana Mazura (powołana w 1956 r. na fali "odwilży" do zbadania odpowiedzialności funkcjonariuszy organów bezpieczeństwa publicznego, m.in. Głównego Zarządu Informacji WP za łamanie prawa) czytamy, że stosował "niedozwolone metody śledcze", w tym "konwejer" (ciągnące się miesiącami, bezustanne przesłuchania), często ze "stójkami", groźby, wsadzał do karca, lżył wulgarnymi słowami, groził śmiercią i represjami wobec rodziny. Wnioski komisji Mazura były jednak niewspółmierne do win. Wobec Krauzego wnioskowano jedynie o obniżenie stopnia oficerskiego.
Teraz w sądzie Krauze zapewniał, że pozwalał gen. Tatarowi wygodnie siedzieć na krześle z oparciem i wstawać, kiedy chciał: "Tatar zawsze przychodził na przesłuchanie nienagannie ubrany i ogolony, nie sprawiał wrażenia człowieka, na którym przesłuchanie odcisnęło piętno, w tym okresie, kiedy ja z nim rozmawiałem". Przekonywał też, że był równie łagodny wobec Józefa Kuropieski, któremu pozwalał przechadzać się w trakcie przesłuchań, gdyż generał uskarżał się na brak ruchu. W raporcie Mazura wymienieni są też pozostali skazani. Oni też zostali zdegradowani albo - w najgorszym razie - zwolnieni ze służby.
W sądzie Marian Popiołek zeznawał, że przesłuchania nie należały do jego głównych obowiązków, ale "kontrola papierkowych spraw w terenie". Wyjaśniał, że nie wierzył w winę gen. Mossora i prowadził z nim rozmowy "na najróżniejsze tematy", odnosząc się z szacunkiem do jego wieku i wojskowego stopnia. Ten szacunek śledczego omal nie doprowadził Mossora do samobójstwa. A i tak za największego oprawcę generał uważał kolegę Popiołka - Kazimierza Turczyńskiego.
Zachowały się notatki Czesława Świstka ze śledztwa wobec gen. Kuropieski (przesłuchiwano go 960 razy): "Stał bardzo przyzwoicie, czyli bez pomocy ściany"; "zimne obiady dobrze na niego wpływają"; "wygląda na wykańczającego się".

NIEWINNI WEDŁUG KOCHANA

Proces "śledzi", który trwał od sierpnia ub.r., opierał się właśnie - prócz zeznań ofiar i świadków oraz raportu Mazura - na protokołach przesłuchań podpisanych przez oskarżonych i ich meldunkach. Mimo ekspresowego, jak na dzisiejsze sądownictwo, tempa skazania, nie obyło się bez przeszkód. Oskarżeni, wspierani przez adwokatów, wnosili o utajnienie rozpraw, ponieważ stresowała ich... obecność mediów. Do winy oczywiście się nie przyznawali, żadnego przymusu nie stosowali, a nawet o nim nie słyszeli. Twierdzili, że nic nie pamiętają, że winny był system, którego czują się ofiarami, albo przełożeni, których rozkazy musieli wykonywać.
Przełożonymi byli płk Antoni Skulbaszewski, szef GZI, sowiecki oficer i jego zastępca, płk Władysław Kochan, którzy bezpośrednio nadzorowali sprawę "spisku w wojsku". Teraz Kochan zeznawał na procesie swoich "śledzi" jako świadek. Mimo, iż rozpoznał trzech z czterech oskarżonych, bezceremonialnie oświadczył, że są niewinni, gdyż nie mieli nic do powiedzenia, tylko dostawali instrukcje od przełożonych, których się bali. Kochan nie miał - rzecz jasna - na myśli siebie, całą winę zrzucając na Skulbaszewskiego, Bieruta i ówczesne biuro polityczne KC PZPR. Zeznał, że sam był łagodny jak baranek i wielokrotnie prosił swoich przełożonych, aby nakazali dobre traktowanie więźniów, narażając się nawet na pretensje Skulbaszewskiego. A w 1959 r. Kochan, właśnie na podstawie udowodnionych mu przez raport Mazura okrucieństw, został skazany na pięć lat (w więzieniu spędził jednak tylko niespełna rok; ostatnio MON odebrało mu prawo do ponad 3 tys. zł wojskowej emerytury.)

CZY ZROZUMIEJĄ?

Oskarżający prokurator IPN Piotr Dąbrowski domagał się dla byłych śledzi bezwzględnych kar więzienia. Odrzucił ich twierdzenia, że byli młodzi i nie wiedzieli, w jakim procederze biorą udział: "Stosując represje mieli świadomość, że pokrzywdzeni wywodzą się z II RP i PSZ na Zachodzie i to jest powodem ich prześladowań. Nikt nie zmuszał ich do znęcania się nad przesłuchiwanymi, a Turczyński i Świstek wykazywali nawet własną inicjatywę".
Sąd potwierdził zarzuty oskarżenia, uznając, że w śledztwie w "sprawie spisku w wojsku" oskarżeni nie prowadzili - jak twierdzili - "kulturalnych rozmów z osadzonymi". I co prawda doznali dziś amnezji w związku z grożącą im karą (do pięciu lat więzienia), ale dowody ich winy pozostały. Sędzia, płk Piotr Raczkowski argumentował, że nawet w tamtych mrocznych czasach można było zachować przynajmniej pozory człowieczeństwa, a tego oskarżonym zabrakło: "Miejmy nadzieję, że zrozumieją, że dopuścili się czynów haniebnych".
Sąd zawiesił jednak śledczym odsiadywanie wyroków ze względu na... ich niekaralność, wiek i fakt, że "byli tylko wykonawcami mechanizmu terroru, w który zostali uwikłani." Sędzia Raczkowski: - Sąd jest inny niż 55 lat temu. Kara więzienia byłaby pokazem, że sąd jest bezwzględny. A ten wyrok ma znaczenie symboliczne.
Wyrok za sprawiedliwy uznały również dzieci ofiar - Roman Mossor, syn gen. Stefana Mossora i Hanna Tatar-Zaczeniuk, córka gen. Stanisława Tatara, która była oskarżycielką posiłkową w procesie.
Oskarżeni i ich adwokaci zapowiedzieli odwołanie się od wyroku...

TADEUSZ M. PŁUŻAŃSKI

Publicystyka Tadeusza M. Płużańskiego na ASME.


Przypływy i odpływy ideowości - Stanisław Michalkiewicz Wysłane wtorek, 24, kwietnia 2007 przez Krzysztof Pawlak

Ciekawe od czego właściwie zależą przypływy i odpływy ideowości? Popularne porzekadło powiada, że jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze. Czyżby również w kwestiach ideowych? Nieprawdopodobne, ale mówi się - trudno. Nawet najmniej prawdopodobne poszlaki trzeba sprawdzić. Taki los wypadł nam. Weźmy taka sytuację na Ukrainie. Jeszcze dwa i pół roku temu Ukraina przeżywała niebywały przypływ ideowości. Jak 21 listopada Majdan Niepodległości w Kijowie zaczął zapełniać się ideowcami, to był zapełniony nieprzerwanie aż do stycznia, kiedy to sławna "pomarańczowa rewolucja" zakończyła się przepędzeniem Wiktora Janukowycza przez Wiktora Juszczenkę i Julię Tymoszenko. Wśród tych ideowców byli także ideowcy zagraniczni, z Polski m.in. Aleksander Kwaśniewski. W rezultacie Tymoszenko wkrótce została premierem. Kiedy jednak, zgodnie z zapowiedziami, przystąpiła do rewidowania prywatyzacji, żeby Borys Abramowicz Bieriezowski miał czym obetrzeć sobie łzy po utracie rosyjskich alimentów i zaczęła od "Kriworożstali", najbogatszego na Ukrainie Rinata Achmetowa, przerażony prezydent Juszczenko natychmiast ją zdymisjonował, a po wyborach z dwojga złego wolał już Janukowycza na urzędzie premiera niż eksperymenty Julii Tymoszenko.

Ale nie ma róży bez kolców ("nie ma róży bez kolców, nie ma kraju bez golców..."), więc zły Janukowycz zaczął prezydentowi Juszczence robić ten sam numer, jaki Juszczenko robił znienawidzonemu Kuczmie - "czapką, papką i solą" przeciągał na swoją stronę jego parlamentarzystów. Jeszcze trochę - i miałby taką większość, że mógłby nawet zmienić konstytucję i pozbawić Juszczenkę wszelkiej realnej władzy. Prezydent Juszczenko uznał to za naruszenie konstytucji i rozwiązał parlament. Na wieść o tym Majdan Niepodległości znowu zaczął zapełniać się ideowcami, tym razem - od Wiktora Janukowycza, chociaż nie zabrakło też ideowców "pomarańczowych". Tym razem jednak ideowcy byli jacyś tacy niemrawi, a charakterystyczne było także to, że po południu ideowość gwałtownie ich opuszczała i rozchodzili się do domów. Okazało się, że Janukowycz za ideowość płaci tylko do godziny 17, podczas gdy Soros w czasie pomarańczowej rewolucji płacił ideowcom za okrągłą dobę. Stąd dla żuka jest nauka, żeby na ideowości nie oszczędzać, zwłaszcza podczas rewolucji, a zresztą, powiedzmy sobie szczerze - w cóż inwestować w tych zepsutych i skorumpowanych czasach, jeśli nie w ideowość?
No dobrze, ale dlaczego "filantrop" Soros tym razem też poskąpił grosza? Na pewno składa się na to szereg zagadkowych przyczyn. Być może przestał wierzyć w ideowość prezydenta Juszczenki, który nie pozwolił "pięknej Julii" oddać "zrewidowanych" prywatyzacji Borysowi Abramowiczowi? Wykluczyć tego nie można; zaufanie to w sferach kupieckich podstawowa rzecz, chociaż może też być i inna zagadkowa przyczyna. Oto powoli zbliżają się wybory prezydenckie w samej Rosji, w związku z czym Borys Abramowicz Bieriezowski tak się rozdokazywał, że zapowiedział obalenie Putina "siłą" i to w przeddzień demonstracji zorganizowanej przez Inną Rosję w Petersburgu i Moskwie. Zimnemu czekiście Putinowi tylko tego było trzeba i rozkazał dywizji im. Dzierżyńskiego rozpędzić demonstrantów pałami. Ciekawe, że tym razem brytyjskie władze nie zareagowały na pogróżki Borysa Abramowicza, chociaż poprzednio groziły mu wydaleniem, jak tylko odważył się przeciwko Putinowi jęknąć. Pewnej wskazówki dostarczyć może fakt, że przywódca partii Jabłoko, rosyjski polityk "z korzeniami", pan Jawliński dystansuje się od Innej Rosji, bo są tam "nacjonalbolszewicy". "Faszyzm nie przejdzie przez to łoże, jak się z faszyzmem nie położę" - mówiła Bonja u Szpotańskiego. Skoro tak, to dlaczego Borys Abramowicz nie ma dostarczyć Putinowi pretekstu do uznania Innej Rosji za jego własnych najemników? Być może i brytyjska razwiedka też wie, że te jego groźby są z Putinem uzgodnione i tym razem patrzy na nie przez palce. Ale jeśli Borys Abramowicz uzgadnia z Putinem groźby, to nie wierzę, żeby o takich rzeczach nie wiedział zawczasu sam "filantrop", który tym razem pewnie i na Ukrainie obstawia na pewniaka. Widocznie też zrozumiał, że jeśli strategiczni partnerzy ustalili, jak ma być, to nie ma potrzeby wchodzić między ostrza takich szermierzy. Stąd dzisiaj na Ukrainie mamy wrażenie jakby odpływu ideowości.
Z kolei gwałtowny przypływ ideowości daje się zauważyć u pani Hilarii Clintonowej, która zamierza ubiegać się o urząd prezydenta USA z ramienia Partii Demokratycznej. Objawiło się to w postaci żądań pod adresem Polski, by "niezwłocznie" uregulowała wszystkie roszczenia żydowskie. Ciekawe, czy gdyby na ten przypływ ideowości pani Clintonowej przywódcy organizacji polonijnych w Ameryce zareagowali apelem o głosowanie na Republikanów, to ideowość by pani Clintonowej odpłynęła, czy nie? Już z samej ciekawości warto by zrobić taki eksperyment.

Stanisław Michalkiewicz

Publicystyka Stanisława Michalkiewicza na ASME i nagrania TV ASME


Fałszywe konflikty, fałszywe lojalności - prof. Jerzy Przystawa Wysłane poniedziałek, 23, kwietnia 2007 przez Krzysztof Pawlak

Polityczna farsa, jakiej od kilku dni jesteśmy świadkami, u ludzi bardziej wrażliwych ma prawo wywoływać odruchy wymiotne. Śmiać się nie ma z czego, bo scenariusz ten, ad nauseam, powtarza się za każdym razem, i nawet znane powiedzenie o tym, że historia zwykle powtarza się jako farsa, wydaje się nieadekwatne. Z farsy się śmiejemy, a tu do śmiechu wcale nie jest. I wcale nie dlatego, że nie jest śmieszne to, co funkcjonuje na polskiej scenie politycznej pod nazwą Prawicy, ale dlatego, że trudno pojąć dlaczego ludzie rozumni, dlaczego społeczeństwo ludzi w końcu jako tako wykształconych i z tysiącletnią historią, toleruje u siebie taką absurdalną karuzelę zdarzeń, zupełnie tak, jakby jakieś fatum, jakieś moce zła obsiadły Polskę i Polaków i nie było żadnej drogi wyjścia?!

Cztery lata temu, w dniu 9 stycznia 2003, ówczesny wicemarszałek Sejmu powiedział z trybuny sejmowej:
"Jeśli Polacy dzisiaj tak nisko cenią własne przedstawicielstwo, także naszą Izbę, to nie tylko ze względu na jakość pracy, ale także z tego pierwotnego powodu, jakim jest poczucie niepełnego uczestnictwa, często fałszywego, zafałszowanego uczestnictwa obywateli w akcie wyborczym. Polacy od lat mają przekonanie - i to przekonanie narasta - że dzień, w którym wybierają swoich parlamentarzystów, jest tak naprawdę dniem wielkiego oszustwa polskiego wyborcy przez aparaty partyjne".

Zasadniczym elementem tego oszustwa jest to, że w sytuacji gdy pogwałcone jest nasze bierne prawo wyborcze i obywatele nie mają prawa swobodnego kandydowania do Sejmu, wtedy wyborcy zmuszeni są głosować na listy partyjne, jakie przedstawiają im - nota bene utrzymywane z budżetu państwa - partie polityczne. W ten sposób wybory przestają być wolne, a demokracja degeneruje się do partiokracji. Ludzie, których ambicją jest zasiadanie w Sejmie, nakładać muszą najróżniejsze maski, ukrywać swoje prawdziwe poglądy i sympatie, uciekać się do najróżniejszych podstępów, aby tylko znaleźć się na odpowiednim miejscu na liście partii, jaka ma szansę przekroczenia progu wyborczego. Wyłania się w ten sposób całkowicie zafałszowana reprezentacja, która - sama w sobie - ukazuje nonsensowność rozpowszechnionego wśród konstytucjonalistów mitu o "wyższej reprezentatywności" parlamentu wyłonionego w tzw. ordynacji proporcjonalnej.

Z jednej strony mamy "fałszywe alianse" - np. gdy czołowy polityk ZChN przechodzi, powiedzmy, do partii Leppera albo gdy wybitni antykomuniści lądują w SLD (a wariantów - także tych już wielokrotnie zrealizowanych - jest mnóstwo), tak z drugiej tworzone są "fałszywe konflikty": partie walczące o ten sam elektorat, a więc o zbliżonych poglądach i programach, muszą generować zauważalne różnice, żeby jakoś w oczach wyborców się odróżnić i zebrać trochę więcej głosów. Nie można się przed wyborami połączyć, bo wtedy jeden wódz musiałby się podporządkować innemu wodzowi, a w "partii nowego typu" (tylko takie powstają w warunkach wyborów na listy partyjne) dla dwóch wodzów miejsca być nie może. Wyjątkowo wymowny jest tu przykład zarówno Kazimierza Marcinkiewicza, jak i Marka Jurka, któremu Wielki Wódz odmówił nawet prawa do pięciominutowego wystąpienia i wyjaśnienia sytuacji! A kiedy kandydat na wodza musi, przed wyborami, podporządkować się innemu, to po wyborach, tak czy owak, konflikt natychmiast się ujawnia i koalicja "trzeszczy" albo szybko pęka. A jak pęka, to co pozostaje? Założyć własną partię lub zginąć! "Partia o Muerte!". Nie każdemu bowiem jest dana spokojna synekura, jak np. Kazimierzowi Marcinkiewiczowi.

No, ale z tą partią też nie jest tak słodko. Na konferencji zorganizowanej przez studentów NZS na KUL w dniach 16 - 17 kwietnia "Jakiej ordynacji wyborczej potrzebuje Rzeczpospolita?" wystąpił poseł PO Janusz Palikot i zapewnił zebranych, że w obecnych warunkach Marek Jurek nie ma cienia szansy na założenie nowej partii, która umożliwiłaby mu ponowne wejście do Sejmu. Wyjaśnił, że jest to niemożliwe z bardzo praktycznego powodu: obecne parlamentarne partie polityczne utrzymywane są przez wszystkich obywateli i otrzymują wielkie pieniądze z budżetu państwa. "Klub parlamentarny" został więc zamknięty i nikt nowy nie ma będzie w stanie sforsować tej bariery. Pięknie to się komponuje z konstytucyjną zasadą równości wyborów, bo już od czasów Orwella wiemy doskonale, że jak są równi, to muszą też być i równiejsi. Nikogo więc nie dziwi fakt, że Trybunał Konstytucyjny zajmuje się wszystkim, tylko nie tym, jak się ma do Konstytucji obecna ordynacja wyborcza. Ważne jest tylko to, żeby obywatele byli przekonani, że w warunkach prawdziwej "demokracji a la III czy IV RP" nie ma sensu ani zakładanie jakiejkolwiek nowej partii, ani liczenie na Trybunał Konstytucyjny, ani na zmianę ordynacji wyborczej! Jak już to wszyscy sobie w pełni uświadomimy, to będziemy żyli długo i szczęśliwie, a obecne partie polityczne będą mogły spokojnie robić to, co zechcą.

Inną stronę tego zagadnienia stanowi ciekawostka, że Marek Jurek to już co najmniej trzeci marszałek Sejmu, dokonujący rozłamu w partii, która go na to najwyższe stanowisko wyniosła! Teoretycznie marszałek Sejmu jest drugą osobą w państwie, jednakże sposób jego elekcji powoduje, że de facto ma on jedynie być tubą i instrumentem jego partii, wykorzystywaną do forsowania, per fas et ne fas, rozwiązań i decyzji, jakich ta partia sobie życzy. Ponieważ wiadomo, kto rządzi w partii i, na ogół wcale nie jest to Pierwsza Osoba w Państwie, więc w przypadku gdy stanowisko marszałka Sejmu obejmuje kandydat z wielkimi osobistymi ambicjami politycznymi, prędzej czy później musi dojść do konfliktu. Z jednej strony stałe konflikty z niepokorną częścią Izby Poselskiej, z drugiej strony konflikty merytoryczne i personalne w swojej partii - w efekcie powstaje coś takiego, co powoduje, że oglądający to wszystko zwykli obywatele nabierają co raz większej niechęci do Sejmu i idei parlamentaryzmu.

Ta rola marszałka Sejmu jest całkowicie na opak z europejskimi tradycjami parlamentaryzmu, w tym z parlamentaryzmem polskim. Warto uświadomić sobie, że np. w brytyjskiej czy kanadyjskiej Izbie Gmin Speaker jest wyłaniany w drodze tajnego głosowania spośród wielu kandydatów. Po wyborze opuszcza on szeregi swojej partii i jego zachowanie musi cechować bezstronność, a nie nieustanne walki o przeforsowanie partyjnych rozwiązań. Speaker nie bierze udziału w głosowaniach, chyba, że ma miejsce równy podział głosów - wtedy jego głos rozstrzyga. Speaker to prawdziwy arbiter elegantiarum parlamentarnych obyczajów, a nie partyjny lider, któremu pomyliły się stołki. Dlatego Michael Martin, Speaker Brytyjskiej Izby Gmin, może sprawować swoją funkcję już drugą kadencję, od roku 2000, podobnie jak jego kanadyjski odpowiednik Peter Millikan, który to zaszczytne stanowisko objął w styczniu 2001 r. Oczywiście, taka sytuacja jest zrozumiała i naturalna, kiedy marszałek Sejmu zawdzięcza swoje stanowisko głosom wyborców i przed nimi jest odpowiedzialny, a nie wtedy, gdy na ten wysoki urząd dostaje się w wyniku niejasnych, zakulisowych gier i przetargów.

Wszyscy w Polsce widzimy absurdalność i fałszywość tych sytuacji, ale daleko nie wszyscy zdajemy sobie sprawę z czego to wynika. Wielu, może nawet większość, skłonna jest upatrywać w tym kwintesencję naszych szeroko reklamowanych wad narodowych: warcholstwa, bezmyślności, nielojalności, kombinatorstwa i wszystkiego, które jego jest. Jakby nie chcemy dopuścić myśli, że nasz ustrój polityczny, w szczególności ordynacja wyborcza do Sejmu, to jak zmuszenie nas do chodzenia w spodniach tylko z jedną nogawką: ani w lewo, ani w prawo, nadają się takie spodnie tylko do wyścigów w workach, a śmiechu przy tym co nie miara!

Żegnamy Marka Jurka bez specjalnego żalu i bez współczucia. Ostatecznie to w jego szufladach leżą, od kilku lat, listy z podpisami ponad 750 tysięcy obywateli polskich, którzy domagają się referendum w sprawie zmiany ordynacji wyborczej do Sejmu i wprowadzenia zasady jednomandatowych okręgów wyborczych. Miejmy nadzieję, że jego następca - czy następczyni - potraktuje bardziej serio to, co zapisano w art. 4.1 Konstytucji. A zapisano tam, że władza w Rzeczypospolitej nie należy ani do Pierwszej Osoby, ani do Drugiej, ani nawet do jeszcze ważniejszego od nich Premiera, tylko do Narodu.

Wrocław, 23 kwietnia 2007

Jerzy Przystawa

  • Prof. Jerzy Przystawa był w kadencji 1990 - 1998 radnym rady miejskiej Wrocławia, startował w wyborach do Senatu Rzeczypospolitej Polskiej przeprowadzonych w dniu 21 września 1997 r.
    Od kilkunastu lat jest jednym z liderów Ruchu Obywatelskiego na rzecz JOW.

    Publicystyka prof. Jerzego Przystawy na ASME.


    Witryna ASME Antysocjalistycznego Mazowsza jest najstarszym serwisem w Sieci - oprócz witryny tematycznej JOW - propagującym ideę JOW

    Władimir Bukowski mówi o Rosji i jej perspektywach
    Polska powinna zacieśniać swe więzy z USA, zaś USA popierać Polskę - wywiad Antoniego Zambrowskiego
    Wysłane poniedziałek, 23, kwietnia 2007 przez Krzysztof Pawlak

    Znany rosyjski dysydent mieszkający na Zachodzie przybył na jeden dzień do Warszawy. W nocy spotkał się z dziennikarzem "Gazety Polskiej" i witryny ASME, swym wieloletnim znajomym Antonim Zambrowskim:

    Wołodia, jakie są perspektywy zmian w Rosji po odejściu Putina?
    Tam się nic nie zmieni. Nawet doradca Putina Gleb Pawłowski, zabierając dziś głos w Warszawie, przyznał, że po Putinie będzie rządził Putin. Oczywiście miał on na myśli nie fizyczną obecność Władimira Putina na urzędzie prezydenckim w Rosji. Putin nie zamierza pozostać na trzecią kadencję. To widać gołym okiem. Wysuwa już swych ludzi.

    Dmitrija Miedwiediewa i Siergieja Iwanowa - dwóch pierwszych wicepremierów rządu.
    Wysuwa już swych ludzi i jeden z nich zostanie jego następcą. Rzecz jednak w tym, że nie będzie żadnej różnicy pomiędzy kandydatami. Są to wszystko ludzie dawnego KGB. Nie ma istotnej różnicy, który z nich zostanie wybrany. To nie ma znaczenia. A zatem nie ma żadnych perspektyw na zmiany. Tak na prawdę zmieni się w Rosji dopiero gdy znacznie spadną ceny na ropę na rynkach światowych. Wtedy dopiero nadejdzie konieczność zmian. Bez tego dużych przemian nie będzie.

    Dużo się mówi ostatnio o tarczy antyrakietowej w Polsce.
    Bardzo mi zależy na wytłumaczeniu Polakom, że tarcza antyrakietowa w Polsce i Czechach nie jest zagrożeniem dla Rosji. Jest to istotnie tarcza obronna i dla Rosji nie ma ona żadnego znaczenia, o ile ich rakiety nie są wycelowane na Polskę. O ile nie są wycelowane w Polskę, to dla Rosji okoliczność, że te przeciwrakiety zostały zainstalowane w Polsce lub nie, nie ma istotnego znaczenia. Tę sprawę poruszane są na Kremlu świadomie i celowo. W rzeczywistości nie ma to znaczenia dla obrony samej Rosji.

    Rosja usiłuje odgrywać rolę drugiego supermocarstwa, podejmującego rywalizację z USA.
    Oni usiłują odgrywać taką rolę, ale nic z tego nie wyjdzie.

    Jak w rosyjskim powiedzeniu: więcej ambicji niż amunicji.
    Dokładnie. Ci na Kremlu zwyczajnie się wygłupiają. To są mali ludzie. Gdy zawalił się Związek Sowiecki, oni byli kapitanami lub majorami i takie są ich widnokręgi myślowe.

    Władimir Putin był pułkownikiem KGB.
    Dokładniej podpułkownikiem. Ci ludzie patrzyli na katastrofę Związku Rad z dołu hierarchii służbowej. Nie zdawali sobie sprawy, że upadek Związku Sowieckiego jest rzeczą przesądzoną. Im się wydawało, iż są to skutki wrogiego spisku. Michaił Gorbaczow był dla nich zdrajcą, który sprzedał Związek Rad Zachodowi. Im się więc zdaje, że oni dziś wszystko naprawią i przywrócą stan poprzedni. Nie byli w stanie skalkulować kosztów utrzymania sowieckiego imperium. Że to były nakłady ponad stan. Wszak są to ubole, a nie matematycy. Jedynym w gronie doradców Putina ekonomistą na odpowiednim poziomie był Iłłarionow, więc go wypędzono. Teraz za głównego mędrca uchodzi tam Gleb Pawłowski. Ale on im wiele nie doradzi.

    A dlaczego nie chciałeś z nim dyskutować w Warszawie? Zaproszono was, byście prezentowali różne punkty widzenia na Rosję.
    Mnie nie interesują jego poglądy na Rosję. Jest to człowiek bez własnych przemyśleń. Przede wszystkim jest zdrajcą, który wydał KGB własnych kolegów. Takiemu nie podaje się ręki.

    O nim się mówi, że był za młodu dysydentem.
    Wraz z kolegami wydawał w samizdacie, czyli w drugim, nielegalnym obiegu pismo niezależne. KGB ich nakryło i zostali aresztowani. Pawłowski załamał się śledztwie, sypał kolegów i został zwolniony, natomiast jego koledzy trzymali się dzielnie, więc poszli siedzieć do więzienia. Od tej pory datuje się kariera Pawłowskiego. KGB-owcy porobili kariery państwowe i windowali go ze sobą. Po co zatem miałbym z nim dyskutować? Mogę dyskutować z jego mocodawcą - Putinem, ale nie z człowiekiem, który ma poglądy na zamówienie.

    A co sądzisz o tych, co takich osobników zapraszają do Polski?
    Nie mieli o tym zielonego pojęcia. Wiedzieli jedynie, że to jest ważny doradca prezydenta Putina i jego administracji. Natomiast o jego przygodach z KGB nie słyszeli. A w Rosji jest to rzecz znana powszechnie. Dlatego nie jest to dla mnie partner do dyskusji. W dodatku łże jak najęty. Weźmy dla przykładu jego tezę, że w Rosji jest mniej więźniów niż było za Sowietów. Typowa lipa propagandowa. Przecież mamy statystyki uwięzionych, których liczebność zmniejszyła się w Rosji ze względu na rozpad Związku Sowieckiego. Odpadły republiki związkowe wraz ze swą ludnością, stanowiącą prawie połowę ludności Związku, toteż zmniejszył się odpowiednio GUŁAG wraz ze swymi więźniami. Przedstawiciele narodów innych republik są więzieni na swym terenie. O tyle zmniejszyła się liczba uwięzionych w Federacji Rosyjskiej. Za czasów prezydentury Borysa Jelcyna liczba więźniów była odpowiednio mniejsza, niż za władzy sowieckiej. Ale nie teraz. Za Putina liczba więzionych znacznie wzrosła. Tu zresztą nie tyle chodzi o ilość, ile o jakość. Przecież co drugi więzień siedzi dziś za niewinność. Są to uwięzieni na zamówienie. Twój wspólnik lub konkurent w interesach idzie do prokuratury i opłaca ich, by cię uwięzili.
    Co też się staje. Pod tym względem jest gorzej niż za Sowietów. Wówczas też siedziało wielu Bogu ducha winnych ludzi, ale nie tyle, co teraz. To jest najgorsze. Co drugi siedzi za nic. I nikt nie ma gwarancji, że to go nie spotka. Wszyscy wiedzą, że ludzi rabuje milicja, zamiast ich chronić. Gdy milicjant idzie ulicą, każdy stara się ominąć go szerokim łukiem. Ponieważ może on człowieka zatrzymać, zabrać mu dowód lub telefon komórkowy. I nie ma na niego żadnej siły. Dlatego ludzie chcą uciec z Rosji jak najdalej. To jest takie państwo, że należałoby mu życzyć, by się zawaliło jak najszybciej. Można lubić lub nie lubić Rosjan jako naród, ale państwo rosyjskie w obecnym stanie zasługuje jedynie na katastrofę.

    W Polsce Ludowej też spodziewałem się uwięzienia lub nawet śmierci na każdym kroku.
    Ale za komuny były to wyjątkowe sytuacje. W dzisiejszej Rosji ludzi mordują na każdym kroku. Szczególnie dziennikarzy na prowincji. O tym się mało wie, gdyż znani są oni w swym regionie, ale nie w Moskwie. Ale z rosyjskiego internetu dowiaduję się co tydzień o śmierci któregoś z dziennikarzy.

    Jak Anna Politkowska z moskiewskiej "Nowej Gazety".
    Tu zaangażowany był bezpośrednio Kreml. Wiemy o tym, gdyż sam Putin groził jej przez osoby trzecie. Anna Politkowska opowiadała o tych ostrzeżeniach z Kremla jeszcze za życia swym znajomym. Takich Rosja ma władców. Oczywiście władza ma teraz utrudnienia związane z postępem technicznym. Mój znajomy Michaił Triepaszkin siedzi w więzieniu, gdyż jako adwokat wsadzał nos w badanie sprawy wysadzania przez FSB domów w Moskwie w roku 1999. Wymyślono mu fikcyjny zarzut i skazano. Załatwiłem mu jako obrońcę adwokata, który niegdyś siedział w więzieniu. Ten obrońca odwiedza go w jego zakładzie karnym. Gdy wybuchła sprawa Aleksandra Litwinienki, Triepaszkin, który go dobrze znał, chciał złożyć zeznania. Władze rosyjskie odpowiedziały brytyjskiej policji odmową: "Nie pozwolimy mu na składanie zeznań, gdyż jest to więzień odbywający karę". Wówczas mój kolega, odwiedzając go jako obrońca, przemycił mu do celi telefon komórkowy. Zadzwonili oni do Londynu i Triepaszkin złożył zeznania. Mamy więc ewidentną poprawę, ale wbrew intencjom władz.

    Źle go przeszukali przed spotkaniem z więźniem.
    To jest stary więźniacha i umie zakitrać telefon tak, by go nie znaleźli podczas kipiszu.

    A propos Litwinienki. Pamiętam, jak chciałem za twoim pośrednictwem nawiązać z nim kontakt po jego ucieczce z Rosji. Odpowiedziałeś, że unika kontaktów, gdyż ukrywa się z obawy za swe życie. A jednak go dopadli. I co wykryło śledztwo?
    Śledztwo w gruncie rzeczy jest już zakończone. Angielska policja złożyła już sprawozdanie ze śledztwa rządowi. Nie mają żadnych wątpliwości, że jest to mord wykonany przez rosyjskie służby specjalne na zlecenie Kremla. W morderstwo zamieszani są trzej Rosjanie: Ługowoj, Kowtun oraz trzeci o nie ustalonym nazwisku, gdyż posługiwał się czterema paszportami na różne nazwiska. Do Hamburgu przyleciał z jednym paszportem, opuszczał go w drodze do Londynu już z drugim, przyleciał do Londynu i wylegitymował się trzecim, zaś opuścił Londyn z czwartym. I to jest właśnie morderca. Zadaniem Ługowoja było skontaktowanie ich ze sobą, zaś Kowtun miał dostarczyć polon do otrucia. I wykonał to tak, że zakaził pół świata. Natomiast morderca o nieznanym imieniu miał za zadanie wsypanie trucizny do herbaty, co też wykonał. Policja to wszystko ustaliła i wyniki śledztwa przekazała rządowi. Teraz rząd musi wyciągnąć z tego wnioski. Społeczeństwo angielskie domaga się ostrej reakcji, ale Tony Blair - to mięczak i nie chce zadrażnień z Rosją. Powiedział na posiedzeniu rządu, co natychmiast wyciekło do prasy, że potrzebujemy dobrych i stabilnych stosunków z Rosją. Wobec tego replikowałem mu w TV, że jego obowiązkiem jest zapewnienie bezpieczeństwa obywatelom oraz obrona suwerenności kraju. I dodałem, że jeśli tego nie zapewni, to będzie godzien więzienia. Ludzie w Anglii są bardzo rozgoryczeni postawą Blaira. Widziano mnie w telewizji i na pogrzebie Litwinienki. Zaczepiają mnie zwyczajni Anglicy na ulicy czy taksówkarze, składają kondolencje wobec śmierci przyjaciela i mówią, że jeśli Blair odpuści to Putinowi płazem, to będzie miał do czynienia z Anglikami. Przecież tego nie robiło nawet gestapo. Hitler bombardował Anglię w powietrza, ale nie ośmielił się truć Anglików w ich własnym kraju. A ci się odważyli otruć Litwinienkę, który już miał obywatelstwo brytyjskie. To jest dla Anglików policzek. Więc Blair musi coś z tym zrobić, choć mu się nie bardzo chce.

    A dlaczego Litwinienko nawrócił się na islam?
    Ponieważ zaprzyjaźnił się z Achmedem Zakajewem - reprezentantem wolnej Iczkerii w Londynie i chciałby po uwolnieniu Czeczenii od rosyjskiej okupacji być pochowanym obok swego przyjaciela i pobratyma na czeczeńskim cmentarzu. Oni byli z Zakajewem jak bracia. W dodatku Litwinienko pochodzi z Północnego Kaukazu i winę Rosjan wobec Czeczenów brał bardzo do serca. Przejście na islam oznaczało dla niego gest pokuty i znak pokoju. Był on człowiekiem dalekim od religii i chrześcijaństwo - to dla niego raczej postawa etyczna niż religia. Stąd taka decyzja. Najważniejsze dla niego było to, by mógł on spocząć na cmentarzu w Czeczenii i jeśli do tego należy być muzułmaninem, to on przechodzi na islam. Pogrzeb jednak był daleki od islamskiego rytuału. Nieboszczyka według islamu należy obmyć i owinąć w prześcieradło, a nie zamykać w trumnie. Natomiast brytyjska policja wymusiła pochowanie Litwinienki w ołowianym sarkofagu, który nie wolno ze względu na radioaktywność zwłok otwierać w przeciągu siedmiu - ośmiu lat. Oczywiście bez żadnego rytuału obmycia ciała. Na pogrzebie był mułła i odmawiał muzułmańskie modlitwy, ale był również kapłan prawosławny, który również odmówił nad grobem modlitwy chrześcijańskie. Zadbał o to ojciec Saszy, pan Walter Litwinienko. Jest to starszy pan po siedemdziesiątce, wierzący i praktykujący prawosławny ze starego, kozackiego rodu z Północnego Kaukazu. Gdy mu Sasza na łożu śmierci przekazał swe życzenie o pogrzebie muzułmańskim, on mu powiedział: "Sasza, nie ma sprawy. Abyś tylko nie był komunistą ani satanistą". Tak że ściśle muzułmańskiego pogrzebu nie było.

    Czy istnieje perspektywa poprawy stosunków Polski z Rosją?
    Stale powtarzam, że nie ma możliwości poprawy stosunków polsko-rosyjskich. Co więcej, Polska nie powinna o to zabiegać. Rosja prowadzi politykę imperialną i wskutek tego wszelkie próby łagodzenia konfliktów z Rosją będą prowadziły jedynie do eskalacji ich żądań, czyli do narastania agresji. Dlatego najlepiej ich spacyfikować, posyłając wysłańców Kremla do jasnej cholery. To ich na jakiś czas uspokoi. Mam krytyczny stosunek do Unii Europejskiej, więc radziłbym Polsce rozwijanie stosunków z USA i Kanadą. Ze swej strony podczas wizyt w USA zawsze doradzam władzom amerykańskim, by więcej się wiązały w swej polityce europejskiej z Polską i innymi krajami tzw. młodej Europy. NATO jest dziś tworem anachronicznym, gdyż stare kraje Zachodniej Europy mają wiele zahamowań w stosunkach z USA. Wystarczy spojrzeć na Niemcy czy Włochy, a zwłaszcza Hiszpanię. O Francji nie ma co mówić, gdyż jest ona jedynie w strukturach politycznych NATO, ale nie w wojskowych. Dlatego USA powinny zacieśniać swe stosunki z krajami Europy Środkowo-Wschodniej, jak Polska oraz Czechy, Węgry lub Bułgaria. Są to kraje mniej skłonne do ustępstw wobec Rosji, niż Zachód Europy. Mnie się często zarzuca, że nie jestem rosyjskim patriotą. Jest to nieporozumienie. Obecna władza uciska Rosjan, więc patriotyzm nakazuje jej zwalczanie. Kto był lepszym patriotą Niemiec - Himmler czy też wykonawca zamachu na Hitlera Stauffenberg? Wyobraźmy, że II wojna światowa zakończyła by się ugodą aliantów z kierownictwem SS. Czy byłoby to lepsze rozwiązanie dla Niemców, niż kapitulacja Niemiec hitlerowskich? A dziś w Rosji rządzi KGB na szkodę Rosjan i ja nie mam prawa odwiedzić Rosję, mój kraj ojczysty. Ponieważ jej władcy boją się tego, co mam Rosjanom do przekazania.

    Na każdym kroku krytykujesz Unię Europejską jako nowe wydanie Związku Socjalistycznych Republik, tym razem europejskich. Polska wbrew twym radom wstąpiła do Unii. Co nam więc poradzisz dziś?
    Doradzałbym, byście nie wiązali się z Unią, lecz rozwijali gospodarkę narodową, natomiast wzmacniali więzi z Ameryką Północną. Bliskie więzi z USA i Kanadą są dla was ważniejsze, niż związki z Unią Europejską. Odległość nie ma dziś takiego znaczenia, gdyż lotnictwo pasażerskie znacznie skraca odległości. Gdy rozmawiam z politykami w USA, również im doradzam, by zacieśniali swe więzi z Polską i innymi krajami Europy Środkowo-Wschodniej. Z Czechami, Węgrami, Bułgarami. Doradzam reorganizację NATO. NATO w obecnym kształcie jest przestarzałe i wymaga modernizacji. Starzy członkowie NATO stanowią dla USA problem. Powiedziałbym: obciążenie. Wystarczy spojrzeć na Niemcy, Włochy, Hiszpanię. O Francji nie ma co mówić, gdyż do NATO należy jedynie politycznie, a nie wojskowo. Radzę więc amerykańskim politykom: zmieńcie konfigurację NATO. Wzmocnijcie więzy z należącymi do NATO dawnymi członkami Układu Warszawskiego. Oni lepiej od Zachodniej Europy wiedzą, co to Rosja. Niestety, moje kontakty z Condoleezą Rise nie są tak dobre jak dawniej. Dziś moje argumenty trafiają do niej znacznie słabiej niż w dawnych czasach.

    Znasz osobiście Condoleezę Rice?
    Cóż w tym dziwnego? Wykładaliśmy razem w swoim czasie na tej samej uczelni i byliśmy w przyjaźni. Niestety, obecnie moje argumenty do niej nie docierają tak skutecznie jak kiedyś. A szkoda. Dlatego też radzę Polsce i innym krajom Europy Wschodniej, by świadomie zabiegały o wzmocnienie swych więzi z USA i stopniowo wypierały w swych kontaktach z Waszyngtonem kraje starej Europy. Należy wykorzystywać zadrażnienia USA z Niemcami, Francją i Hiszpanią dla wzmocnienia pozycji Polski. Doświadczenia z budową rurociągu po dnie Bałtyku z Rosji do Niemiec są dla Polaków najlepszym dowodem wartości sloganów o europejskiej solidarności. Niemcy zachowali się w tej sprawie niezbyt elegancko. Najzabawniejsze, że przerazili swą grą Francuzów. Okazało się, że bezpieczeństwo energetyczne Francji zależy od Niemców, za pośrednictwem których Francja otrzyma nośniki energii z Rosji. A cała francuska koncepcja Unii Europejskiej miała polegać na tym, że to Francuzi dzięki niej będą mogli kontrolować poczynania Niemców. Natomiast dziś wypada to właśnie na opak dzięki rurze przez Bałtyk. I to napawa Francuzów niepokojem.

    Mimo to nie udzielają Polsce pomocy przeciwko Rosji, która stosuje retorsje handlowe m.in. w handlu mięsem.
    To jest nowa taktyka moskiewskiej presji na sąsiadów. Od Gruzji i Mołdawii nie chcą kupować wina (choć wielu Rosjan od dziesięcioleci pijało wina gruzińskie i mołdawskie), od Łotwy jej szprotek. Takie wojny handlowe z sąsiadami - to ich nowa broń. Nowe metody wywierania nacisku zamiast dawnego straszenia czołgami. Dodatkowy argument obok zagrożenia zakręcenia kurka w dostawach ropy i gazu. Przed obojętnością starej Europy ratuje Polskę stosowanie prawa weta w rozmowach Unii z Kremlem. Unia długo wahała się, po czyjej stronie ma się opowiedzieć w sporze Polski z Rosją o polskie mięso. Musiała się opowiedzieć po stronie Polski jedynie wobec groźby zastosowania weta. Stąd pomysły likwidacji prawa weta. Wówczas Unia będzie mogła popierać Kreml przeciw Polsce. Nie liczcie na Unię, liczcie na USA jako sojusznika Polski.

    Znowu wraca sprawa konstytucji europejskiej. To przypomina sowieckie praktyki przywożenia w teczce przewodniczącego kołchozu wbrew woli jego członków i wymuszania wyboru kandydata poprzez powtarzanie głosowania aż do skutku.
    W tej chwili tę sprawę podnosi pani Angela Merkel jako kanclerka Niemiec. Czyni tak ze względu na przepis prawa, iż projekt konstytucji musi być zaaprobowany przez kraje członkowskie w ciągu dwóch lat. Po upływie tego czasu projekt można traktować jako niebyły. Stąd ich pośpiech. Ja jestem przeciwnikiem konstytucji europejskiej. I polskiemu rządowi nie radziłbym popieranie w tej sprawie Niemców. Polska ma własną konstytucję i to Polakom powinno wystarczyć. Konstytucję europejską odrzuciło już kilka krajów w referendum i nie widzę sensu, by Polska ją popierała, gdy Holandia, Dania, Francja i inne kraje ją już odrzuciły. W Wielkiej Brytanii 60% ludności jest przeciwna zmianom. Mimo agitacji w mediach za.

    U nas też większość mediów elektronicznych jest proeuropejska.
    Jak w Wielkiej Brytanii. Mimo to w Anglii przeważająca większość ludności jest przeciwna i nikt nic nie może uczynić wobec takiej postawy społeczeństwa.

    Jakie są teraz twoje plany wydawnicze?
    Zamierzam wydać dokumenty uzyskane z archiwum Gorbaczowa o zjednoczeniu Niemiec. W tym archiwum są tysiące tajnych dokumentów, więc zamierzamy opublikować najciekawsze z nich. To co nie trafi do książki, a jest w naszym posiadaniu - zamieścimy w internecie. Oczywiście po wydaniu książki. Zbyt wcześnie nie chciałbym zdradzić Kremlowi, co z tej dokumentacji posiadamy, a czego nie.

    Dlaczego Kreml wbrew względom bezpieczeństwa Rosji broni wobec USA polityki atomowej Iranu?
    To jest stała polityka Kremla nie tylko w sprawie Iranu. Kreml chciałby, by Iran straszył świat energią jądrową, zaś Rosja zbierała by punkty jako pośrednik pomiędzy USA a Iranem. Tak jest również podczas sporów w sprawie Palestyny, Libanu, Korei Północnej. Rosja popiera ich w ich konflikcie z USA i jednocześnie pragnie być w tym sporze rozjemcą. Wszystko po to, by wykazać pozycję mocarstwową Rosji. Putin wygłosił w Monachium ostre przemówienie, z którego nic oczywiście nie wynika, ale pokazał Rosjanom, jaki on jest groźny i jak zmusza polityków na Zachodzie do liczenia się z Rosją. Tymczasem swą polityką na Północnym Kaukazie szkodzi Rosji. Doprowadził do tego, że ruch separatystyczny, umiejscowiony umiejscowiony poprzednio tylko w Czeczenii, przelał się z niej do Dagestanu, który wcześniej był spokojny, oraz do Inguszetii, Kabardyno-Bałkarii i dalej. Wojna partyzancka tam trwa i nie wygasa. Nie jest zbyt intensywna (po angielsku to się nazywa low intensity war), są to sporadyczne akcje partyzanckie, wojsko rosyjskie ponosi małe straty, ale walki trwają. I nie zanosi się na rychły koniec wojny.

    Odpowiednikiem rosyjskiej wojny na Północnym Kaukazie jest dla USA i Wielkiej Brytanii wojna w Iraku. Takie nasuwają się mi analogie, gdy oglądam w rosyjskiej TV programy o wojnie w Iraku i Afganistanie. Rosyjska propaganda chętnie wytyka Amerykanom ich okrucieństwo wobec miejscowej ludności, choć przemilcza ludobójstwo w Czeczenii. Czy ludność w Anglii popiera udział wojsk brytyjskich w wojnie w Iraku?
    W Anglii - nie. Wojna w Iraku jest wyjątkowo niepopularna. Przyznam, że nie bardzo rozumiem, czemu. W Iraku przebywa siedem tysięcy brytyjskich żołnierzy. Są to żołnierze zawodowi, a nie z poboru. Tacy żołnierze powinni walczyć tam, gdzie ich skierują przełożeni. Oni nie dyskutują na temat słuszności tych decyzji. Koszty tej wojny nie są zbyt wysokie. W związku z tym, nie bardzo rozumiem, skąd się biorą opory wobec tej wojny. Być może przyczyną jest mała popularność premiera Tony Blaira, który bardzo zaangażował się w poparcie tej wojny. Niepopularność premiera przenosi się na niepopularność tej wojny. Mało, że prowadzi złą politykę, to jeszcze wciągnął kraj w wojnę gdzieś daleko i w dodatku nakłamał na temat posiadania przez Saddama broni masowej zagłady.

    A Putin krytykuje zaangażowanie Anglosasów w wojnę iracką...
    Jest to tylko zabieg propagandowy, gdyż Kremlowi zależy wyłącznie na zaostrzaniu wszelakich sprzeczności pomiędzy krajami Zachodu. W rzeczywistości nie zależy mu na Iraku, lecz na wzmocnieniu pozycji Rosji wobec Zachodu. Jak mówiłem już, Kreml wchodzi we wszystkie konflikty, w które się angażują USA, aby popierając stronę przeciwną, wzmacniać swoją pozycję. Rosję zżera choroba imperialna.

    Dziękuję Ci za rozmowę.


    Artykuł pierwotnie opublikowany w tygodniku "Gazeta Polska"

    Zostań donatorem naszych publicystów:
    Jeśli satysfakcjonuje Cię publicystyka Antoniego Zambrowskiego - możesz wesprzeć Naszego Autora datkiem.
    Konto:
    61 1240 1040 1111 0010 0042 5486
    Bank PeKaO SA III O. w Warszawie
    SWIFT/BIC - PKOPPLPW



    Publicystyka Antoniego Zambrowskiego na ASME


    Hipokryzja składa hołd - Krzyztof Mazur Wysłane poniedziałek, 23, kwietnia 2007 przez Krzysztof Pawlak

    "O, cudowna potęgo kopniaka w tyłek" - pisał starożytny Arystofanes, jakby mając na uwadze nagły wzrost średniego poziomu ideowości w szeregach posłów PiS-u, prowadzący aż do publicznego wypowiedzenia przez niektórych z nich posłuszeństwa Jarosławowi Kaczyńskiemu. Ostatnie wydarzenia, jak i wypowiedzi polityków, świadczą o poziomie, na jakim rozgrywa się wiele spraw decydujących o naszym zdrowiu, życiu i majątku. Oto przewodniczący Tusk po zeszłopiątkowym niepowodzeniu jakiejkolwiek inicjatywy zmiany konstytucji w zakresie ochrony życia oznajmił, że całkiem realne poparcie szykowane przez PO załamało się po "upolitycznionym" wystąpieniu prezesa Rady Ministrów, w którym nawoływał on do głosowania za zmianą ustawy zasadniczej. Należy mniemać, że gdyby premier w swoim upolitycznionym wystąpieniu nawoływał do głosowania przeciw zmianom, to automatycznie większość PO zagłosowałaby za zmianami. Widać, że nadal obowiązuje zasada, że nie jest ważne czy dany projekt jest zły lub dobry - ale ważne jest, kto i jak taki projekt zgłasza. Z tego punktu widzenia każdy nawet najlepszy projekt zaproponowany przez Giertycha jest od początku obarczony swoistym rodzajem grzechu pierworodnego - od osoby jego inicjatora. Inaczej nie słyszelibyśmy ciągłego tłumaczenia, że być może inicjatywa byłaby do przyjęcia, gdyby nie wykorzystywanie jej dla doraźnych celów tego czy tamtego ugrupowania. A to, że ktoś wykorzystuje jakąś słuszna sprawę dla wygrania osobistych relacji, jest dość oczywiste, zresztą już Franciszek de La Rochefoucauld zauważył, że "obłuda jest hołdem, jaki występek składa cnocie". Wszak przed głosowaniami małą sensację wzbudziło w sejmie zachowanie posła Suskiego, który "sprzątał" rozłożone na poselskich fotelach pismo, w którym biskup Górny apelował o poparcie zmiany konstytucji. Biskup Górny słynął dotychczas z dużej koncyliacyjności i dobrego słuchu muzycznego, ale widać, że publikacja książki ks. Isakowicza-Zaleskiego miała i ten dobry skutek, że wzbudziła u ks. biskupa nieznane dotychczas pokłady bezkompromisowości. Skoro w obronie dobrego imienia biskupa list podpisało ponad 500 księży diecezji rzeszowskiej (tj. ok. 80 proc. wszystkich księży diecezjalnych), to widocznie ks. biskup uznał, że należałoby wreszcie wykazać trochę pasterskiej odwagi.
    Ale wracając do motywacji głosujących posłów, to kto wie, czy premier znając pobudki, którymi najczęściej kieruje się opozycja przy tego typu głosowaniach, specjalnie nie nadał swojemu wystąpieniu takiego tonu, aby nie tyle przekonać platformersów do głosowania "za", ale by ich do tego zniechęcić. Miałoby to ten skutek, że premier, który faktycznie był również przeciwko zmianom, mógł werbalnie głosić poglądy "pro life", a niepowodzenie inicjatywy przerzucić na opozycję. Niestety, marszałek Jurek prawdopodobnie poznał już prawdziwe intencje Kaczyńskiego i widząc rozpasanie "gosiewszczyzny" w szeregach własnej partii, postanowił powiedzieć "non possumus". Widać również, że zaskoczenie premiera postawą marszałka sejmu było autentyczne, gdyż Kaczyńskiemu raczej nie przyszło do głowy, że jakiś polityk żyjący "od zawsze" z posłowania odważyłby się na zaryzykowanie politycznej kariery w imię jakiegoś wyznawanego poglądu. Dotychczas zwykle przechodziły "numery" polegające na straszeniu Giertycha lub Leppera wcześniejszymi wyborami, a że zarówno LPR jak i Samoobrona nie miały silnego tematu, wokół którego mogłyby skonsolidować swoich zwolenników i potencjalnych wyborców, stąd zwykle harce kończyły się na kompromisie, na podstawie którego jakiś kolega znajomego dostawał posadę w ministerstwie lub agencji - a idea trafiała ad acta. Podobnie sytuacja wyglądała i w przypadku ostatnich głosowań nad zmianami konstytucji, gdyż w piątkowe przedpołudnie wyciekła do mediów informacja, że w sytuacji istniejącego rozłamu w PiS-ie premier nie zawaha się rozpisać wcześniejszych wyborów. Tym razem jednak straszeni pozwolili sobie na pewną bezczelność wobec "genialnego stratega" i okazało się, że - tak jak zapewne wiele razy wcześniej - blefował. Tzn. wcześniejsze wybory być może i będą, ale pewna konfuzja, jaka zapanowała w kierownictwie PiS-u oraz typowe dla premiera publiczne przeprosiny na zasadzie "jeżeli marszałek poczuł się obrażony, to ja go przepraszam", świadczą, że to nie tak miało być.
    W każdym razie powstanie w szeregach PiS-u frakcji "pragmatyków" i "ideowców" stało się faktem i ciekawie będzie obserwować, jak zareaguje na taki stan rzecz otoczenie. Interesująca była pierwsza reakcja wicepremiera Giertycha, który zaproponował swoje mediacje pomiędzy Kaczyńskim a Jurkiem. Wprawdzie w mediacyjnych zdolnościach nikt nie przeskoczy Aleksandra Kwaśniewskiego (vide jego misja na Ukrainie), ale widać, że powstanie frakcji Jurka mającej realną możliwość zebrania nieco głosów wśród pobożnych socjalistów nie jest zbytnio na rękę liderowi LPR i stąd taka gotowość wicepremiera do jednania skłóconych koalicjantów. Z drugiej strony dobrze będzie wiedzieć, do której frakcji zapiszą się inne "przystawki", jak np. kanapowe PSL "Piast" pod przewodnictwem Janusza Wojciechowskiego, który - jak można było zauważyć - również próbuje walczyć o radiomaryjny elektorat. Wprawdzie jak na "rolnika" przystało, unioposeł nie zaczął od wiosennego kopania grządek, ale od kopania red. Terlikowskiego na łamach "NDz" (co staje się powoli misją tego dziennika), ale widać taka agrokultura przynosi więcej politycznych profitów. Wieloletnie piastowanie (przynajmniej wiadomo, skąd drugi człon w nazwie jego partii) funkcji prezesa NiK-u i to za rządów koalicji SLD-PSL, jak i późniejsze polityczne wolty, przemawiałyby za "pragmatykami", z drugiej strony walka z ukrytymi "wrogami" Kościoła skłaniałaby do poparcia "ideowców"... Naprawdę cnota jeszcze nigdy dotychczas nie miała tylu hołdowników.

    Krzysztof Mazur

    Publicystyka Krzysztofa Mazura na ASME


    Dzięki marszałkowi Jurkowi tow. Kwaśniewski coraz bardziej upodabnia się do wojsk łączności ze znanego powiedzenia Marszałka Piłsudskiego: cały czas nadstawia się na wszystkie strony... - Stanisław Michalkiewicz o konsekwencjach ruchów robaczkowych w rządzącej koalicji "prawicawej" Wysłane sobota, 21, kwietnia 2007 przez Krzysztof Pawlak

    | Pobierz |







    Dzięki marszałkowi Jurkowi tow. Kwaśniewski coraz bardziej upodabnia się do wojsk łączności ze znanego powiedzenia Marszałka Piłsudskiego: cały czas nadstawia się na wszystkie strony... - Stanisław Michalkiewicz o konsekwencjach ruchów robaczkowych w rządzącej koalicji "prawicawej"
    Wysłane sobota, 21, kwietnia 2007 przez Krzysztof Pawlak

    "No więc pan marszałek Jurek zdecydował się na utworzenie partii. Początki są raczej skromne. Partia jest pięcioosobowa, to znaczy że jeszcze nie rozpoczęła budowania struktur. To budowanie może być utrudnione, bo ustawa o partiach politycznych, a konkretnie - system finansowania partii politycznych nie ułatwi tworzenia nowej partii. Po drugie - w tej sytuacji jeśli pan marszałek nie będzie miał pieniędzy na budowanie struktur, może oprzeć się o biura poselskie tych osób, które już przeszły do nowej partii, ale na razie jest to pięć osób... Ciekawe jest to, że na wieść o tworzeniu nowej partii bardzo wiele ośrodków się zaktywizowało, na przykład od razu wyjaśniła się sytuacja, czy pan marszałek i jego partia będzie miała poparcie Radia Maryja - i raczej wiadomo, że nie. W Telewizji TRWAM wystąpił tego samego wieczora sam premier Jarosław Kaczyński, który powiedział, że wiele sobie można wybaczyć i nie palił za sobą mostów. Inni zaś zaktywizowali się w sposób raczej nieoczekiwany - oto Rzecznik Praw Obywatelskich, pan doktor Kochanowski zaskarżył do Trybunału Konstytucyjnego ustawę lustracyjną, bo ma wątpliwości, czy dziennikarze i naukowcy powinni składać oświadczenia lustracyjne. No jasne, że nie powinni - czego dowodzi kazus pana profesora Miodka, bo gdyby nie ustawa lustracyjna, nie dowiedzielibyśmy się, że miał casus paskudeus w swoim życiorysie!" - Stanisław Michalkiewicz, stały TV felietonista naszej witryny ASME, komentuje najnowsze wydarzenia na scenie politykierskiej "polskiego regionu UE".

    Pan profesor Miodek zachowuje się tak samo jak inni "męczennicy ustawy lustracyjnej", najpierw zaprzeczał, potem sobie przypomniał, że coś tam podpisom milicjantom, a po paru godzinach już wiedział, że podpisał to aż pięć razy - oczywiście "panom milicjantom". Wszystko wskazuje na to, że w tej atmosferze Trybunał Konstytucyjny, który aż trzy dni sobie wyznaczył na rozpatrzenie "konstytucyjności" ustawy lustracyjnej - uwali ją w majestacie prawa.
    Zaczął się więc wyścig z czasem, bo partia marszałka Jurak wprawdzie formalnie osłabia ugrupowanie Prawo i Sprawiedliwość, ale tak naprawdę konkuruje z LPR, bo odwołuje się do tych samych wyborców, a tych nie ma tak znowu wiele. Roman Giertych potraktował to zagrożenie całkiem serio i zapowiedział, że może złożyć wniosek o rozwiązanie sejmu, a w tak krótkim czasie marszałek Jurek nie zdąży zebrać poparcia. Wszystko jednak wskazuje na to, że głównym zwycięzcą przedwczesnych wyborów będzie towarzysz Aleksander "Disko" Kwaśniewski, który wystąpi na czele swojego dworu męczenników, wystraszonych konfidentów oraz przeróżnych aferzystów, którzy z wielu oczywistych względów kontestują tzw. IV RP.
    Taka jest alternatywa...

    Nagranie trwa ponad 7 minut, jest dostępne w Sieci do 4 V 2007 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




    Efekt Konferencji "Jakiej ordynacji wyborczej potrzebuje Rzeczpospolita?" w Lublinie na KUL - stanowisko Zarządu Krajowego NZS o poparciu przez NZS idei Jednomandatowych Okręgów Wyborczych Wysłane piątek, 20, kwietnia 2007 przez Krzysztof Pawlak

    W dniach 16 i 17 kwietnia, w Auli im. Kard. Stefana Wyszyńskiego KUL, odbyła się ogólnopolska konferencja pod hasłem "Jakiej ordynacji wyborczej potrzebuje Rzeczpospolita?". Konferencję otworzył Dziekan WPPKiA KUL, ks. prof. Antoni Dębiński. Wykłady, w ciągu czterech sesji, wygłosili kolejno: prof. Tomasz Kaźmierski (Southanmpton, UK), prof. Kenneth Kemp (Minnesota, USA), prof. Delaine Swenson (KUL), p. Nazar Bojko (Instytut Administracji Publicznej przy Prezydencie Ukrainy, Lwów), ks. prof. Sławomir Fundowicz (KUL), dr Andrzej Sadowski (Centrum im. Adama Smitha), p. Cezary Grabarczyk (poseł PO), p. Marcin Zamoyski (Prezydent Zamościa), dr Przemysław Pytlak (Lubelski Urząd Wojewódzki), prof. Jerzy Przystawa (Uniwersytet Wrocławski), prof. Grzegorz Górski (KUL), p. Janusz Sanocki (JOW), prof. Andrzej Czachor (IEA, Świerk), dr Jarosław Flis (UJ), dr Konrad Składowski (UŁ), dr Jacek Sobczak (wicemarszałek województwa lubelskiego), p. Janusz Palikot (poseł PO), prof. Dariusz Dudek (KUL) i prof. Krzysztof Motyka (KUL). Szczegółowa relacja z tej bardzo ciekawej i udanej imprezy - wkrótce. Dzisiaj tylko informujemy, że była ona znakomicie zorganizowana i prowadzona przez studentów zrzeszonych w Niezależnym Zrzeszeniu Studentów.

    Przed konferencją zebrał się w Lublinie Zarząd Krajowy NZS, który podjął uchwałę w sprawie stanowiska NZS wobec problemu ordynacji wyborczej. Stanowisko zostało przedstawione uczestnikom konferencji.




    Tekst stanowiska NZS:

    Niezależne Zrzeszenie Studentów
    Zarząd Krajowy
    ul. Fosa 17
    02-768 Warszawa

    Stanowisko Niezależnego Zrzeszenia Studentów
    na temat
    Jednomandatowych Okręgów Wyborczych



    Podczas posiedzenia Zarządu Krajowego Niezależnego Zrzeszenia Studentów - 15 kwietnia 2007 r. w Lublinie - podjęto uchwałę o poparciu przez NZS idei Jednomandatowych Okręgów Wyborczych. Pragniemy jednocześnie podkreślić, iż skłaniamy się do rozwiązania mającego za cel wprowadzenie 460 Jednomandatowych Okręgów Wyborczych w wyborach parlamentarnych oraz do wprowadzenia Jednomandatowych Okręgów Wyborczych w wyborach samorządowych.

    Zmiana ordynacji wyborczej jest zasadnicza dla dobrego funkcjonowania systemu politycznego oraz zdrowych relacji pomiędzy obywatelami a reprezentantami społeczeństwa. Wprowadzenie Jednomandatowych Okręgów Wyborczych spowoduje zwiększenie odpowiedzialności polityków przed wyborcami, personalny a nie partyjny sposób wyboru reprezentantów, skrystalizowanie i uproszczenie procedury wyborczej. Uważamy, iż takie rozwiązanie zapewni każdemu Polakowi możliwość kandydowania i realnej szansy bycia wybranym, znacznie zmniejszy również koszt kampanii wyborczych. Likwidacja list partyjnych i zmiana obecnych struktur wszystkich partii politycznych uzdrowi naszą demokrację, czyniąc ją bardziej przychylną każdemu obywatelowi oraz przyspieszy tworzenie społeczeństwa obywatelskiego.


    Za Zarząd Krajowy
    Niezależnego Zrzeszenia Studentów:
    Przewodniczący Marcin Leoszko

    Lublin, 15 kwietnia 2007




    TV ASME przeprowadziła obszerną notację Konferencji, z której materiały zaprezentujemy Państwo już niebawem.

    Witryna ASME Antysocjalistycznego Mazowsza jest najstarszym serwisem w Sieci - oprócz witryny tematycznej JOW - propagującym ideę JOW

    Przedterminowe wybory dla secesji czworga posłów/posłanek? Wolne żarty - Łukasz Perzyna o najnowszej inicjatywie radykalnych katolików w sejmie Wysłane piątek, 20, kwietnia 2007 przez Krzysztof Pawlak

    | Pobierz |






    Przedterminowe wybory dla secesji czworga posłów/posłanek? Wolne żarty - Łukasz Perzyna o najnowszej inicjatywie radykalnych katolików w sejmie
    Wysłane piątek, 20, kwietnia 2007 przez Krzysztof Pawlak

    "Ostatnio w Krakowie spotkaliśmy się z dość zaskakującymi i pewnie trochę ośmieszającymi sposób wykonywania prawa w Polsce reperkusjami marszu ONR przez miasto pod hasłami narodowo-radykalnymi, podobnie jak było to w latach 30. ub. wieku w Myślenicach. Przeciw ONR-owcowm wystąpili równie wyalienowani z polskiego społeczeństwa jak narodowi radykałowie - lewaccy anarchiści. Takie rzeczy dzieją się np. w Berlinie i tam bardziej niepokoją niż w mieście »stu kościołów«, Krakowie. Kiedy demonstracje się spotkały i oddzielił je kordon policji, ze strony lewaków rzucono zdechłego kota. Policja wszczęła śledztwo w sprawie, czy kot był już martwy, czy może jeszcze żył, kiedy lewacy go »przygotowywali« do ataku politycznego. Sekcja zwłok została przeprowadzona przez laboratorium z całą powagą i z całymi procedurami przewidzianymi w podobnych (?) przypadkach. Przypominający zwierzęta, rzucający zwierzęciem demonstranci będą odpowiadać za jedynie zaśmiecanie miasta, ponieważ kot był zdechły już wcześniej. Jednak zdechłego kota wrzucił - jeśli można tak się wyrazić czy porównać - do kotła pełnego zupy większości sejmowej - Marek Jurek, marszałek sejmu, uchodzący do niedawna za karnie podporządkowujący się punkt ugrupowania PiS. Tyle że - podobnie jak to było w Krakowie - kot już był martwy wcześniej, a podał marszałkowi go Roman Giertych, lider LPR" - Łukasz Perzyna, komentator "Tygodnika Solidarność" i naszej witryny ASME, analizuje wydarzenia z poletka gry aktorsko-politycznej "polskiego regionu UE".

    W tym konflikcie ideologiem okazał się Marek Jurek, zaś Roman Giertych ukazał się w postaci cynicznego gracza politycznego. jemu chodziło tylko o wrzucenie "kota" do zupy koalicji, która rządzi Polską od półtora roku. Było o kotach - czas powiedzieć o myszach, bo oto "góra urodziła mysz": mówiono o sile politycznej, która miała stanowić alternatywę do PiS, zorganizowanej wokół byłego marszałka Marka Jurka. Efekt: powstaje zapowiadana partia, do której zapowiedziała wstęp zaledwie czwórka posłów i posłanek. A przecież była już nawet mowa o przedterminowych wyborach...

    Nagranie trwa ponad 9 minut, jest dostępne w Sieci do 3 V 2007 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




    Słowa podziękowania od wdowy po Ryszardzie Siwcu dla pamiętających o bohaterskim Polaku - Antoni Zambrowski Wysłane czwartek, 19, kwietnia 2007 przez Krzysztof Pawlak

    Otrzymałem z opóźnieniem list z Kanady od wdowy po śp. Ryszardzie Siwcu - naszego bohatera narodowego, który we wrześniu 1968 roku na Stadionie X-lecia PRL w Warszawie w znak protestu przeciwko udziałowi PRL w zbrojnym najeździe na bratnią Czechosłowację oblał się na trybunie benzyną i podpalił. Skonał w męczarniach w szpitalu praskim pw. Przemienienia Pańskiego 12 września 1968 roku.





    Oto treść listu:

    Szanowny Panie Redaktorze

    Bardzo serdecznie dziękuję Panu za to, że przy każdej okazji przywołuje Pan mojego śp. małżonka Ryszarda Siwca, przypominając jego czyn, którym uratował honor polskiego żołnierza. Uczy Pan także najmłodszych prawdziwej historii Polski. Dziękuję Panu z całego serca, a także za ciepłe słowa o mojej rodzinie. Niech Bóg Panu błogosławi.

    Z poważaniem

    Maria Siwiec



    Dziękując pani Marii za jej słowa podziękowania, muszę stwierdzić, że spełniam jedynie swój dziennikarski obowiązek pamięci wobec naszego bohatera narodowego, który i tak jest mniej znany w świecie niż jego czeski następca student Jan Palach. Słowa uznania ze strony Polaków należą się również całej dzielnej rodzinie Siwców - wdowie i dzieciom za ich postawę w czasach PRL oraz w III RP, kiedy odmówili przyjęcia orderu z rąk prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego, a przyjmując ją z rąk prezydenta Czech Vaclava Havla. Jeszcze raz apeluję do prezydenta Lecha Kaczyńskiego o odpowiednie uhonorowanie śp. Ryszarda Siwca oraz jego dzielnej rodziny. Słowa podziękowania skierowane na moje ręce należą się również witrynie ASME oraz prowadzącemu ją red. Krzysztofowi Pawlakowi.

    Antoni Zambrowski

    Artykuły o Ryszardzie Siwcu na ASME:

    UROCZYSTE OBCHODY ROCZNICY CAŁOPALENIA

    Złożenie wieńców pod tablicą upamiętniającą czyn śp. Ryszarda Siwca - protestującego przeciw komunistycznej zbrodni

    CZEŚĆ I PAMIĘĆ - 36. rocznica całopalenia Ryszarda Siwca - artykuł Antoniego Zambrowskiego

    Kto odmówił Kwaśniewskiemu - artykuł Tadeusza M. Płużańskiego


    Zostań donatorem naszych publicystów:
    Jeśli satysfakcjonuje Cię publicystyka Antoniego Zambrowskiego - możesz wesprzeć Naszego Autora datkiem.
    Konto:
    61 1240 1040 1111 0010 0042 5486
    Bank PeKaO SA III O. w Warszawie
    SWIFT/BIC - PKOPPLPW



    Publicystyka Antoniego Zambrowskiego na ASME


    Nie ma cienia szansy, by bez olbrzymich pieniędzy, w obecnych warunkach dofinansowania partii politycznych, łamiących konstytucję, dających im przywileje, obywatele mogli korzystać z podstaw demokracji - prof. Jerzy Przystawa, jeden z liderów Ruchu na rzecz JOW Wysłane czwartek, 19, kwietnia 2007 przez Krzysztof Pawlak

    | Pobierz |







    Nie ma cienia szansy, by bez olbrzymich pieniędzy, w obecnych warunkach dofinansowania partii politycznych, łamiących konstytucję, dających im przywileje, obywatele mogli korzystać z podstaw demokracji - prof. Jerzy Przystawa, jeden z liderów Ruchu na rzecz JOW
    Wysłane czwartek, 19, kwietnia 2007 przez Krzysztof Pawlak

    "Jednomandatowe Okręgi i FOZZ... Chcę powiedzieć, że FOZZ jest inspiracją Ruchu na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych. Sprawa JOW wzięła się z FOZZ, Ten był najpierw, a JOW przyszedł później. Obeszliśmy - kiedy pisaliśmy naszą książkę »Via banki i FOZZ« - razem z profesorem Dakowskim całą »klasę« polityczną, bez różnicy na »lewo« i »prawo«, zwracając się do nich i mówiąc o gigantycznym rabunku finansów publicznych. Stwierdziliśmy, że cała »klasa« polityczna nie była zainteresowana tą sprawą. Wtedy pomyśleliśmy, że rzeczywiście jest z tym coś niedobrego i zaczęliśmy poszukiwać sposobu, by politycy zaczęli być zainteresowani takimi sprawami. Przyjrzeliśmy się, w jaki sposób »klasa« polityczna jest generowana. Okazało się, że właściwie cały czas ona się reprodukuje, i tak to już niby miało być. Stąd pomysł JOW-u..." - prof. Jerzy Przystawa zaczął swoją opowieść o podstawach realnego wpływu na politykę i swoich oraz swoich kolegów pomysłach na przewietrzenie "klasy" politycznej.

    Profesora Przystawa podkreślił, że koncepcja Obywatelskiego Ruchu na rzecz JOW w sprawie podziału i istoty okręgów wyborczych różni się od zaprezentowanego przed 15 laty pomysłu UPR (przez Stanisława Michalkiewicza i Janusza Korwin-Mikkego) JOW. Ruch na rzecz JOW opowiada się za metodą FPTP (First Past The Post) - systemem anglosaskim, nie zaś francuskim, którego zwolennikiem był wtedy jeden z liderów UPR Stanisław Michalkiewicz.

    Zapraszamy Państwa do zapoznania się z notacją TV ASME ze spotkania z profesorem Jerzym Przystawą - jednym z prominentnych woJOWników Obywatelskiego Ruchu JOW.

    Nagranie trwa ponad 1 godz. i 10 minut, jest dostępne w Sieci do 2 V 2007 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




    Jak klown na arenie - Stanisław Michalkiewicz Wysłane środa, 18, kwietnia 2007 przez Krzysztof Pawlak

    W koszmarnych czasach komuny, kiedy to jeszcze nikt nie podejrzewał, że Krzysztof Teodor Toeplitz mógł być tajnym współpracownikiem Służby Bezpieczeństwa, napisał on z przekąsem, że gdyby inteligencja robiła rewolucję, to zamiast np. hasła: "chcemy chleba!" pisałaby na transparentach "poproszę pieczywko!". Najwyraźniej od czasów rewolucji październikowej poziom inteligencji znacznie się podwyższył, bo dzisiaj można odnieść wrażenie, że władza nie wyrasta "z lufy karabinu" - jak twierdził Mao Tse Tung, ani nawet z lufy "towarzysza mauzera" - jak pisał Włodzimierz Majakowski. Z czego zatem wyrasta? Wygląda na to, że z prawniczych krętactw.

    "Ci nigdy nie oszaleją" - pisał poeta o adwokatach. "Świat się będzie już walił, wąż ognia równik oplecie i kontynenty zapali, a oni, ironiści, mędrkowie wykrętów chytrych, wyciągną z teczki paragraf i rozprostują na wytrych. I jak klown na arenie otworzą drzwi tekturowe, przejdą na drugą stronę i dumnie podniosą głowę. Voila!". Ha! Być może w jakichś spokojnych czasach, ale czy dzisiaj czasy są spokojne? Oto na Ukrainie prezydent Juszczenko rozwiązał parlament, który jednak niezupełnie czuje się rozwiązany, w związku z czym premier Janukowycz składa skargę do Sądu Konstytucyjnego. Czy to aby nie za duży wiatr na wełnę sędziów konstytucyjnego sądu? Najwyraźniej obawia się on wejść między ostrza potężnych szermierzy, bo czuję przez skórę, że cokolwiek zrobi, to będzie źle. Stąd też odkłada podjęcie decyzji; kiedy piszę ten felieton, właśnie odłożył do 17 kwietnia. Czyżby 17 miało się stać coś, co oddali od konstytucyjnego sądu ten kielich goryczy? A jeśli się nie stanie? Ach, to sąd pewnie znowu pod jakimś pretekstem odroczy w nadziei, że wypadki same rozstrzygną, kto praw, a kto nie praw. "Kto winowat iz nich, kto praw - sudit` nie nam" - pisał Kryłow w sławnej bajce o szczupaku, raku i łabędziu. Czyż nie tak myślą sobie po cichu sędziowie? No tak, ale Unia Europejska zakazała "stosowania siły", a w tej sytuacji albo sąd, albo jakieś "mediacje", z którymi podobno wybiera się na Ukrainę Aleksander Kwaśniewski.
    Kiedy tak na Ukrainie sąd konstytucyjny przeżywa istne katiusze, razwiedka uznała, że przyszedł czas rozliczenia. Bo - jak powiada Eklezjasta - jest czas siania i czas zbierania, a zatem - także czas inwestowania i czas rozliczania inwestycji. Razwiedka, zaniepokojona odkryciami sejmowych komisji śledczych postawiła na Platformę Obywatelską, stawiając do jej dyspozycji i dyspozycyjne media z plejadą dziennikarskich gwiazd i Salon, z gromadą pożytecznych idiotów i pewnie inne sekretne aktywa, których możemy się tylko domyślać, w nadziei, że rząd utworzony przez tę partię położy kres wszystkim bezeceństwom i znowu będzie bezpiecznie. Atoli wypadki potoczyły się inaczej i Wojskowe Służby Informacyjne nie dość, że zostały rozwiązane, ale wiele wskazuje na to, że zostały rozwiązane naprawdę - i teraz właśnie cały układ jest rozmontowywany. Tego, ma się rozumieć, nikt nie planował, bo wprawdzie po odkryciach sejmowych komisji trzeba było przeprowadzić likwidację WSI, ale przecież nie naprawdę, tylko na niby, tzn. metodą przepoczwarzenia: "bo to jest wielka prawda stara: z poczwarki, miast motyla, nędzna wykluje się poczwara".
    Tymczasem Platforma, zamiast działać, zajmowała się albo mechaniczną negacją Kaczyńskich (jak oni białe, to Platforma - czarne; jak oni czarne, to Platforma - białe), albo jakimiś idiotycznymi przepychankami z Janem Rokitą o "program". Jaki tam "program", kiedy tu nienawistny Macierewicz łamie i wyskrobuje najtajniejsze pieczęcie, od czego coraz więcej ludzi zaczyna cierpieć na hercklekoty, budzi się po nocach w kałuży własnego potu i oczekuje najgorszego w postaci SMS-a "uciekaj, wszystko wykryte!"? Doszło ponoć już do tego, że sam Peter Vogel w Szwajcarii zaczął się zastanawiać nad współpracą, a może nawet już "współpracować" z prokuratorami, no i zaraz Aleksander Kwaśniewski zaczął słyszeć "głosy" i w ogóle. Krótko mówiąc - periculum in mora, zatem - nadszedł czas rozliczania.
    Toteż w łonie Platformy Obywatelskiej spłodzony został antyraport do raportu Komisji Weryfikacyjnej, którego centralnym punktem jest oskarżenie prezydenta Kaczyńskiego że "złamał prawo". WSI ma się rozumieć, "trzeba było" rozwiązać, ale oczywiście "nie tak", tylko "całkiem inaczej". To jasne, tośmy wiedzieli od samego początku. Ale to "złamane prawo"! Uuuu, to bardzo poważny zarzut; kto by pomyślał, że sam prezydent zrobi coś takiego, przecież nie ma nic gorszego niż "złamane prawo". Nie ma rady, tylko trzeba będzie postawić go przed Trybunałem Stanu. Kiedy już prezydent stanie przez Trybunałem, to koalicja natychmiast się rozpadnie, no a wtedy razwiedka postawi swoje aktywa albo na "inną partię", albo znowu na Platformę, tym razem nie mącąc obywatelom w głowach żadną koalicją z PiS-em, tylko od razu biorąc Platformę pod kuratelę towarzyszy z SLD. Tak sobie to musieli wykompinować i wszystko oczywiście trzyma się kupy, za wyjątkiem... Trybunału Stanu. Czy przeprowadzenie tego zamachu stanu, to aby nie za duży wiatr na jego wełnę? Wszystko mają załatwiać prawnicy? A kabewiaki co? - Już wszyscy na rencie?

    Stanisław Michalkiewicz

    Publicystyka Stanisława Michalkiewicza na ASME i nagrania TV ASME