maja 4, 2007 - maja 21, 2007

Kto zabił Stalina? - Antoni Zambrowski Wysłane poniedziałek, 21, maja 2007 przez Krzysztof Pawlak

Stalina zamordowali jego przyboczni, powstrzymując się przez kilkanaście godzin po wylewie krwi do mózgu od wezwania pomocy lekarskiej. Nie wykluczone też, że to czekista z ochrony spowodował na rozkaz Berii zasłabnięcie Stalina.

Pierwszym, kto oskarżył najbliższych współpracowników Stalina o zamordowanie "ojca narodów sowieckich", był jego syn Wasilij. Gdy dowiedział się o nieszczęściu, jakie się wydarzyło, czyli o utracie przez Stalina przytomności wskutek wylewu krwi do mózgu, przybył do podmiejskiej willi Stalina w Kuncewo i głośno wydzierał się o spisku. Wasilij był jak zwykle pod wpływem alkoholu i raz po raz krzyczał, że ojca otruto i zamierzają zamordować. Po śmierci Stalina 5 marca 1953 roku Wasilij powtarzał wszystkim znajomym, że jego ojca zabili jego następcy. W dodatku miał on pretensje do organizatorów ceremonii pogrzebowych, że nie zdołali uchronić tysięcy Rosjan, usiłujących pożegnać Stalina, od skutków bałaganu na wielokilometrowej trasie kolejki do trumny w Sali Kolumnowej, przez co było wiele ofiar potwornego ścisku. Tej wersji wszelako nie podjęły żadne środki przekazu ani sowieckie (podlegające oczywiście partyjnemu nadzorowi i cenzurze), ani zachodnie - wszak jak najbardziej niezależne.

Represje wobec syna Stalina potwierdzają jego oskarżenia

Oskarżenia Wasyla pozostałyby jego prywatnymi poglądami, wygłaszanymi w kręgu rodziny i znajomych. Powagi tym oskarżeniom nadało natomiast aresztowanie gen. Wasyla Stalina 28 kwietnia 1953 roku (Jeszcze wcześniej, bo 26 marca Wasyla usunięto z wojska i przeniesiono do rezerwy bez prawa noszenia munduru). W śledztwie zarzucono mu nadużycia finansowe, ale znalazł się również zdradzający rzeczywiste intencje jego prześladowców ustęp o oszczerstwach pod adresem kierownictwa KPZR i sowieckiego rządu. Gen. Wasilij Stalin został skazany 2 września 1955 roku po ponad dwuletnim pobycie w areszcie śledczym w Lefortowie na osiem lat więzienia, które odbywał w ciężkim więzieniu w mieście Władimir. Po odbyciu kary nakazano mu pobyt w zamkniętym dla zagranicznych dziennikarzy mieście Kazań, gdzie wkrótce zmarł 19 marca 1962 roku w stosunkowo młodym wieku (42 lat), być może przy pomocy służb KGB. Świadczą o tym utrudnienia zastosowane przez KGB wobec mieszkającej w Moskwie rodziny, gdy chciała pożegnać ciało zmarłego. Urzędową przyczyną zgonu był alkoholizm.
Rewelacje syna o zamordowaniu Józefa Stalina przez jego współpracowników nie dotarły początkowo do środków przekazu i w licznych publikacjach o Stalinie długo królowała wersja o naturalnych przyczynach śmierci 73-letniego generalissimusa. Dopiero przebywający od czasów II wojny światowej na Zachodzie znany kremlinolog - Czeczen Abdurachman Awtorchanow w głośnej książce "Zagadka śmierci Stalina" wysunął hipotezę, iż Stalin padł ofiarą spisku, który uknuł Lawrenti Beria. Takie rozważania w owym czasie można było snuć wyłącznie na Zachodzie. Upadek Związku Rad umożliwił na szczęście prowadzenie w Rosji badań z zakresu historii najnowszej i konfrontując różne publikacje rosyjskich historyków, dziś już możemy odtworzyć w głównych zarysach okoliczności tej śmierci.

Stalin rozpętał po wojnie nową falę terroru

W okresie powojennym Stalin nie ograniczył się do rozpętania zimnej wojny z niedawnymi sojusznikami z koalicji antyhitlerowskiej. Zainicjował on również rozłam w obozie komunistycznym, wydalając z niego w 1948 roku niezależną od niego komunistyczną Jugosławię z jej prezydentem Josipem Brozem "Titem" na czele. By zdezawuować marszałka Tita, sowieckie służby specjalne zorganizowały w europejskich krajach satelickich pokazowe procesy oskarżonych o współpracę z jugosłowiańskimi "zdrajcami" przywódców komunistycznych: w Bułgarii był to proces wicepremiera Trajczo Kostowa i towarzyszy w 1949 roku, na Węgrzech - ministra Laszlo (po polsku Włodzimierza) Rajka i towarzyszy we wrześniu tegoż 1949 roku, zaś w Czechosłowacji - sekretarza generalnego KC KPCz Rudolfa Slanskiego i towarzyszy w listopadzie 1952 roku. We wszystkich tych procesach zapadały wyroki śmierci dla większości oskarżonych. W Polsce ogniwem tej serii pokazowych procesów miała być sprawa aresztowanego przez X Departament MBP byłego sekretarza generalnego KC PPR Władysława Gomułki "Wiesława".
Rosyjskim odpowiednikiem procesów agentów Tita w krajach satelickich stała się tzw. sprawa leningradzka, w ramach której w 1949 roku skazano na śmierć kierownictwo leningradzkiej organizacji partyjnej WKP(b) z wywodzącym się z niej sekretarzem KC WKP(b) Aleksiejem Kuzniecowem na czele. Byli to ludzie niezmiernie zasłużeni podczas wojennej blokady miasta przez hitlerowski Wehrmacht. Wraz z nimi został skazany na śmierć wybitny sowiecki ekonomista, wicepremier sowieckiego rządu Nikołaj Wozniesieński. Oskarżono ich m.in. o rosyjski, antysowiecki nacjonalizm. Represje w sprawie leningradzkiej dotknęły wielu działaczy partyjnych i państwowych w wielu regionach Rosji - początkowo 40 osób, następnie 200 działaczy. Z pracy na odpowiedzialnych stanowiskach zwolniono ponad 2 tys. osób. Represje obejmowały również członków rodzin oskarżonych, m.in. starą matkę Nikołaja Wozniesieńskiego oraz jego żonę.
Tymczasem Stalin powziął zamiar podjęcia represji przeciwko sowieckim Żydom, których podejrzewał o proamerykańskie i w ogóle prozachodnie sympatie. Stalin początkowo popierał walkę syjonistów o utworzenie żydowskiego państwa w brytyjskiej wówczas Palestynie. Lewicowi syjoniści zawiedli jednak jego nadzieje, gdyż utworzony w 1948 roku Izrael zamiast się stać nowym państwem prosowieckiej "demokracji ludowej", opowiedział się po stronie demokratycznego Zachodu. Co więcej, gdy ambasador Izraela w Moskwie, pani Gołda Meir nawiedziła 4 października 1948 roku moskiewską synagogę z okazji żydowskiego Nowego Roku, powitał ją tam spontanicznie 30-tysięczny tłum moskiewskich Żydów. Stalin uznał to za otwarty akt nielojalności moskiewskich Żydów wobec sowieckiej Ojczyzny. Od tej chwili rozpoczęły się represje wobec żydowskich elit partyjnych w Kraju Rad. Został skrytobójczo zamordowany wybitny aktor żydowski Salomon Michoels - w czasie wojny przewodniczący Antyfaszystowskiego Komitetu Żydowskiego, kwestujący w USA na rzecz poparcia finansowego dla zaopatrzenia Armii Czerwonej w broń. Aresztowano i skazano za zdradę innych działaczy Komitetu wraz z Michoelsem skutecznie kwestujących niegdyś w USA.
Ofiarą nowego kierunku w polityce Stalina stali się oskarżeni w procesie pokazowym w Czechosłowacji, oskarżeni o wysługiwanie się nie tylko faszystowskiej klice Tito oraz brytyjskiej Intelligens Service, ale i o syjonizm. Po raz pierwszy komunistyczny prokurator powiązał żydowskie pochodzenie czeskich działaczy komunistycznych z Rudolfem Slanskim na czele z ich skłonnością do zdrady.
Było to potrzebne Stalinowi jako kolejny krok w przygotowaniach represji wobec podejrzewanych o zdradę Żydów sowieckich. Wykorzystując rewelacje agentki służb specjalnych Lidii Timoszuk, zatrudnionej jako lekarka w kremlowskiej lecznicy rządowej, na temat umyślnego wykańczania czołowych dygnitarzy sowieckich przez lekarzy żydowskiej narodowości z tej lecznicy, Stalin po aresztowaniu złoczyńców podjął kroki w kierunku przygotowania deportacji na Daleki Wschód wszystkich Żydów sowieckich. Żydów miał spotkać ten sam los, co wcześniej Polaków, Niemców nadwołżańskich, Tatarów krymskich, Kałmyków oraz muzułmańskich narodów Północnego Kaukazu.
Wszystko to miało posłużyć jako wstęp do wielkiej czystki kierownictwa partyjnego, od byłego premiera i ministra spraw zagranicznych Wiaczesława Mołotowa poczynając. Mołotow podpadł Stalinowi wskutek przywiązania do swej żony Pauliny Żemciużyn, aresztowanej, a następnie skazanej na zesłanie za kontakty z Gołdą Meir w czasie pobytu tej drugiej na placówce dyplomatycznej w Moskwie. Pikanterii tym zarzutom dodaje okoliczność, że to Stalin polecił żonie Mołotowa nawiązanie kontaktu z Gołdą Meir. Obok Mołotowa ofiarami czystki mieli by paść wieloletni współpracownicy Stalina Anastas Mikojan, Kliment Woroszyłow oraz jedyny Żyd w najbliższym stalinowskim otoczeniu Lazar Kaganowicz. Realizacji tych koszmarnych planów zapobiegła niespodziewana choroba i następnie śmierć Wodza Narodów.

Beria sam wyznał, iż usunął Stalina i uratował tym życie jego otoczeniu

Znany rosyjski kremlinolog Nikołaj Zeńkowicz, autor wielu książek (tłumaczonych m.in. na polski), przytacza w swym słowniku biograficznym przywódców sowieckich pt. "Encykłopiedija biografij. Samyje zakrytyje ludi." wypowiedź Mołotowa o Lawrentim Berii, który 1 maja 1953 roku miał mu powiedzieć stojąc obok niego na trybunie Mauzeleum Lenina i Stalina: "Ja go usunąłem" oraz "Wszystkich was uratowałem w ten sposób". Beria był osobiście zainteresowany w powstrzymaniu planów Stalina, gdyż ten podejrzewał go o szykowanie mu tragicznego losu poprzedników na czele NKWD Gienricha Jagody oraz Nikołaja Jeżowa, zgładzonych po wypełnieniu krwawej misji, nakazanej im przez Wodza. Tak Stalin umywał ręce, zwalając winę za ofiary krwawych czystek na wykonawców swych poleceń. Oznaki na ziemi i w niebie wskazywały Berii, że tym razem nadchodzi jego kolej.
Późnym wieczorem 28 lutego 1953 roku Stalin podejmował na Kremlu swych stałych współbiesiadników Malenkowa, Berię, Chruszczowa i Bułganina. Po projekcji filmu udali się oni na kolację do jego willi podmiejskiej w Kuncewo. Wieczerza trwała, jak to było u Stalina w zwyczaju, do 4-tej czasu moskiewskiego, po czym goście odjechali do swych domów, zaś Stalin udał się na spoczynek. Ochrona willi czuwała aż do południa, kiedy Stalin miał zwyczaj wstawać. Tymczasem przez cały dzień 1 marca zaniepokojeni czekiści nie doczekali się oznak życia ze strony Choziaina (czyli gospodarza), jak go z szacunkiem nazywano. Bez jego wezwania do Stalina nie wolno było wchodzić, by go nie niepokoić po próżnicy, toteż zaniepokojeni funkcjonariusze czekali na jakiś sygnał od niego. W ostatnim czasie Stalin odsunął i aresztował swych wieloletnich współpracowników - osobistego sekretarza Aleksandra Poskriobyszewa oraz szefa ochrony osobistej, gen. Nikołaja Własika, więc czekiści nie bardzo wiedzieli, do kogo mają telefonować po instrukcje. Dopiero po upływie całego dnia koło godz. 11-tej w nocy szef ochrony P. Łozgaciow odważył się wejść na pokoje pod pretekstem doręczenia nadesłanej z Kremla poczty. W pokoju stołowym Stalin leżał na dywanie, nieprzytomny, w kałuży moczu. Czekista wezwał kolegów i wspólnie przenieśli oni Stalina na tapczan oraz okryli go pledem, po czym zadzwonili z meldunkiem do Malenkowa. Ten powinien był powiadomić jak najszybciej Berię, gdyż tylko ów mógł wezwać lekarzy. Po pół godziny Malenkow oddzwonił do willi, że nie może znaleźć Berii, radząc ochronie Stalina odnalezienie go własnymi siłami. Po upływie następnych pół godziny zadzwonił jednak do willi Beria i polecił, by nikogo o ewentualnej chorobie Stalina nie powiadamiali. Miała to być tajemnica państwowa. Dopiero około godz. 3-ciej w nocy 2 marca przybyli do willi Malenkow i Beria. Postali przez chwilę koło nieprzytomnego Stalina, który w tej chwili zachrapał. Wówczas Beria obsztorcował Łozgaciowa, że sieje zamieszanie: "Widzisz, że tow. Stalin śpi mocnym snem. Czego siejesz panikę. Bądźcie cicho, nie budźcie go i nie zawracajcie nam głowy". Tak starszego pana po 70-tce po ciężkim wylewie krwi do mózgu pozostawiono bez pomocy lekarskiej w przeciągu kilkunastu godzin, zamiast wezwać natychmiast karetkę pogotowia. Dopiero o godz. 9-tej rano 3 marca do willi w Kuncewie dotarli sprowadzeni przez Malenkowa lekarze, którzy zdiagnozowali stan chorego. Można przypuszczać, że po niedawnym pogromie w klinice kremlowskiej obawiali się oni cokolwiek mniemać lub nie mniemać. W każdym razie leczenie nie dało wyników i Stalin zmarł 5 marca o 21.50. Dzień wcześniej ludność Związku Rad powiadomiono o nieszczęściu, ogłaszając urzędowy komunikat o ciężkiej chorobie Wodza. Komunikat o śmierci ogłoszono dopiero o 4-tej rano 6 marca 1953 roku.

Inna wersja śmierci Stalina

To nie jest jednak koniec "kryminału" o przyczynach śmierci Stalina. Istnieje jeszcze wersja o wkładzie w tę sprawę funkcjonariusza nazwiskiem Iwan Chrustalow, tego samego, do którego Beria zawołał z ulgą po zgonie Stalina: "Chrustalow, samochód!". Otóż czekista Chrustalow odprowadzał wraz ze Stalinem jego gości do drzwi i przekazał kolegom dyspozycje Gospodarza, że idzie spać i ochronie poleca to samo. Było to coś tak odmiennego od normalnych zwyczajów Stalina, że nie mieściło się w głowie. Mimo to po otrzymaniu za pośrednictwem Chrustalowa owego polecenia wszyscy ochoczo położyli się spać. Chrustalow przebywał w willi Stalina do 10-tej rano, po czym udał się do domu, zastąpiony przez czekistę Starostina. Biograf Stalina Edward Radziński wysuwa więc hipotezę, że tenże Chrustalow lub jakaś inna osoba mogła skorzystać z tej sjesty ochrony i zastosować wobec Gospodarza jakieś pozostające w dyspozycji służb specjalnych środki, które wpłynęły na nagłe pogorszenie jego samopoczucia. Chociażby środek na znaczne podwyższenie ciśnienia krwi. Dlatego też spiskowcy z otoczenia Stalina jak Malenkow lub Beria tak długo bez obawy konsekwencji grali na zwłokę w udzieleniu pomocy lekarskiej Stalinowi. Iwan Chrustalow był niewątpliwie człowiekiem zaufania Berii, o czym świadczy wyżej wymieniony okrzyk jego szefa: "Chrustalow, samochód!". po śmierci Gospodarza. On też asystował umieszczeniu zwłok Stalina w Mauzoleum Lenina. Dodajmy, że wkrótce po zgonie Stalina jego ochronę przydzielono do różnych obiektów poza Moskwą i wysłany na prowincję Iwan Chrustalow jakoś dziwnie szybko zmarł w nieznanych okolicznościach.
Podobne co Edward Radziński supozycje snuje w znacznie wcześniej napisanej biografii Stalina pod tytułem "Wzlot i padienije Stalina" Fiodor Wołkow. Czyni to również wspomniany wyżej Nikołaj Zeńkowicz w książce "Tajny uchodiaściego wieka" (czyli "Tajemnice mijającego stulecia"), napisanej już po wydaniu przez Edwarda Radzińskiego głośnej biografii Stalina. Oczywiście są to tylko hipotezy śledcze - jak najbardziej wiarygodne, ale mimo wszystko hipotezy.
Tak czy owak Stalin zmarł 5 marca 1953 roku dokładnie 13 lat po podpisaniu przez niego wyroku śmierci na polskich oficerów. Powiadają, że jeden z stalinowskich katów Gienrich Jagoda zdegradowany i uwięziony przez swego następcę Nikołaja Jeżowa powiedział po wprowadzeniu do celi więziennej: "A jednak jest Bóg na niebie, inaczej nie spotkała by mnie taka kara za moje bezeceństwa". To samo można powiedzieć o Stalinie i o dacie jego śmierci.

Antoni Zambrowski

Artykuł pierwotnie opublikowany w tygodniku "Gazeta Polska"

Zostań donatorem naszych publicystów:
Jeśli satysfakcjonuje Cię publicystyka Antoniego Zambrowskiego - możesz wesprzeć Naszego Autora datkiem.
Konto:
61 1240 1040 1111 0010 0042 5486
Bank PeKaO SA III O. w Warszawie
SWIFT/BIC - PKOPPLPW



Publicystyka Antoniego Zambrowskiego na ASME


Kwaszyzm nadzieją Europy - Stanisław Michalkiewicz Wysłane poniedziałek, 21, maja 2007 przez Krzysztof Pawlak

Tegoroczna parada szumańskiego komsomołu odbywała się w szczególnie radosnej atmosferze, bo poprzedniego dnia Trybunał Konstytucyjny wydał wyrok w sprawie ustawy lustracyjnej, uznając ją za częściowo zgodną, ale częściowo niezgodną z konstytucją. Wyrok niby salomonowy, ale salomonowy tylko z pozoru, bo Trybunałowi wydały się sprzeczne z konstytucją te przepisy, bez których ustawa nie może być w ogóle wykonana. Na przykład okazało się, że niezgodny z konstytucją jest wzór oświadczenia lustracyjnego. Oznacza to, że dotychczasowe oświadczenia są nieważne, a ponieważ nowych nie ma - że nikt nie może składać żadnych oświadczeń. Nic więc dziwnego, że "drogi Bronisław" mógł odetchnąć z ulgą i już pełną piersią śpiewać "Odę do radości", bo jakże tu się nie radować, kiedy - niezależnie od europejskiego prestiżu - wyrok Trybunału oznacza zachowanie uposażenia europejskiego parlamentarzysty aż do końca kadencji? "Z nami ten, kto choćby jedną raz podjarał foczkę swą. Ale kto nie kuma ściemy, to poracha. Fuck off stąd" - tak brzmi fragment "Ody do radości" w wersji hiphopowej, znaczy - dla "Kiepskich" i tym podobnych Irokezów, podczas gdy w tradycyjnym przekładzie Gałczyńskiego wykłada się to tak: "Z nami ten, kto choćby jedną duszę rozpłomienić mógł, Ale kto miłości nie zna, niech nie wchodzi tu za próg". Ciekawe, która wersja ma większe szanse na popularyzację w szeregach szumańskiego komsomołu, maszerującego ku świetlanej przyszłości pod niebieską flagą z 12 gwiazdami, symbolizującymi dwanaście pokoleń Izraela?

W takim razie trzeba kuć żelazo, póki gorące i dlatego już wkrótce Aleksander Kwaśniewski obejmie przewodnictwo rady programowej nowej lewicy, a właściwie centrolewu, czyli fołksfrontu własną piersią zasłaniającego polską, a nawet europejską demokrację przed groźnym "kaczyzmem". No dobrze, ale co właściwie może zaproponować Aleksander Kwaśniewski, jaką przedstawić alternatywę? Tego oczywiście jeszcze nie wiemy, ale cóż może to być innego, jeśli nie "kwaszyzm"? Similia similibus - twierdził Hipokrates, czyli podobne podobnym się leczy, toteż czymże fołksfront może zrobić no pasaran "faszyzmowi", jeśli nie kwaszyzmem? Widmo kwaszyzmu krąży już po Polsce, budząc nadzieję wśród konfidentów i oficerów prowadzących, aktywu partyjnego i młodzieżowego, no i oczywiście - pracowników frontu ideologicznego, wśród których nie może przecież zabraknąć "Filozofów".
Właśnie dowiedzieliśmy się, że Ekscelencja przyjął zaproszenie od Jerzego Owsiaka na "Przystanek Woodstock", co może niesłychanie wzbogacić ofertę przemysłu rozrywkowego nie tylko od strony treści, ale i formy. Taki święty Wojciech występował dotychczas w roli męczennika, ale na paradzie szumańskiego komsomołu pojawił się w towarzystwie rozbójnika Rumcajsa - też postaci historycznej, tyle - że wesołej. I tak właśnie trzeba! Trybunał Konstytucyjny zamknął archiwa dla dziennikarzy i naukowców aż do czasu wypracowania "właściwych kryteriów" udostępniania materiałów, znowu jest bezpiecznie, więc jakże tu nie poweselić się trochę w swobodnej atmosferze "pogo"? Zresztą, powiedzmy sobie szczerze, po cóż właściwie tubylcy mieliby penetrować archiwa? Czyż nie wystarczy, że przejrzała je "komisja Michnika", a cudzoziemskie razwiedki otrzymały komplety mikrofilmów, sporządzone jeszcze przed rozpoczęciem akcji palenia akt? Skoro "demokratyczne państwo prawa" nie powinno zaspokajać "żądzy zemsty", jaką pan prezes TK zdaje się przypisywać lustratorom, to czyż nie lepiej będzie, jeśli tubylczych konfidentów z pożytkiem dla Zjednoczonej Europy wykorzystają państwa poważne?
"Czas zmienić politykę rolną, lecz ludzi krzywdzić nam nie wolno". Kto by pomyślał, że tę spiżową strofę z "Towarzysza Szmaciaka" powtórzy językiem prawniczym Trybunał Konstytucyjny? Wydaje się to niewiarygodne, ale z drugiej strony pomyślmy chwilę. Któż lepiej zrozumie wymagania świadomej dyscypliny, jeśli nie oni - konfidenci - sól ziemi czarnej? Kwaszyzm stwarza im nie tylko możliwość odreagowania pięciu minut strachu, ale przede wszystkim - powrotu do politycznej i obywatelskiej aktywności w obronie zdobyczy III Rzeczypospolitej - o czym przypomnieli uczestnikom parady szumańskiego komsomołu jej odprężeni po wyroku ojcowie-założyciele.

Stanisław Michalkiewicz

Publicystyka Stanisława Michalkiewicza na ASME i nagrania TV ASME


Przypadek Kubusia Puchatka - Janusz Sanocki Wysłane poniedziałek, 21, maja 2007 przez Krzysztof Pawlak

Reporter "Rzeczpospolitej" dziwi się, że katowicka prokuratura, prowadząc kilka lat temu śledztwo w sprawie wręczenia łapówki Barbarze Blidzie przez "Śląską Aleksis", nie wykryła przestępstwa, które było oczywiste. "Aleksis", czyli Barbara Kmiecik, zajmowała się handlem węglem, Blida mogła załatwić dojścia w kopalniach. Cóż więc dziwnego w tym, że Kmiecik w 1998 r. darowała Blidzie 100 tys. złotych "na remont willi"? Oficjalnie miała w tej willi wynajmować pomieszczenia, ale oczywiście nie wynajmowała. Śląscy prokuratorzy oczywiście nie dopatrzyli się w tym nic dziwnego. Przecież ludzie dają sobie darowizny tu 100 tys., tam milion. Polska to kraj ludzi dobrego serca, gotowych wspierać bliźniego w potrzebie. Masz willę do remontu - na pewno ktoś ze znajomych da ci stówę albo dwie na remont, potrzebujesz nowego auta - już za progiem czeka diler, żeby gratisowo dać ci nowego mercedesa "na jazdy próbne". Tak to u nas jest, tylko dziwne, że nikt z nas, zwyczajnych ludzi nie spotyka na swojej drodze takich dobroczyńców, a zawsze zdarza się to ministrom, prezesom państwowych spółek, dyrektorom departamentów. I dziwne, że ci dobroczyńcy, całkowicie bezinteresownie wspierający owych borykających się z materialnymi trudnościami ministrów, prezesów i dyrektorów dostają później dziwnym trafem koncesje, wielomilionowe kontrakty. Ale wcale nie jest już dziwne, że prokuratura nigdy nie dopatrzy się związku między jednym a drugim zjawiskiem. Jeszcze się nie zdarzyło, żeby jakiś poważny przypadek korupcji w Polsce wykryła prokuratura. Jak do tej pory od wykrywania korupcji są dziennikarze.
W przypadku willi Blidy i dotacji (czytaj: łapówki), jaką była minister dostała za usługi, prokuratora sprawę umorzyła. Prokurator Ocieszek, który śledztwo prowadził, jest obecnie wiceszefem ABW i był przed domem Blidy w godzinę po wejściu tam funkcjonariuszy Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego. W żaden sposób nie mógł w godzinę dojechać z Warszawy, co znaczy, że to on nadzorował przeszukanie domu Blidów. Dziwnym trafem funkcjonariusze ABW wchodząc do domu Blidów, popełnili wiele rażących błędów. Nie odebrali Blidzie pistoletu, nie przeszukali pomieszczeń i samej podejrzanej co w konsekwencji umożliwiło samobójstwo byłej minister. Zniknął niewygodny świadek, który być może wiele mógł powiedzieć na temat "mafii węglowej". Teraz po śmierci Blidy łatwiej będzie można aferze węglowej ukręcić łeb.
Być może więc prokurator Ocieczek pojawia się w tej sprawie nieprzypadkowo, ale nie to nas tutaj interesuje. Interesuje nas stopień słabości państwa polskiego, czego paraliż prokuratury jest najlepszym przykładem.
Co jest źródłem tej słabości i czy Kaczyńscy są w stanie zbudować IV RP w sytuacji, gdy nic nie działa, a wszystkie instytucje mają swoich Ocieszków?
Tajni współpracownicy SB znaleźli się w Trybunale Konstytucyjnym, TW był doradcą ministra Ziobry, a szef stołecznej policji zamieszany był w sprawę zabójstwa działacza opozycji. To tylko przypadki ze świecznika. Gdybyśmy takich donosicieli, uwikłanych we współpracę z SB sędziów, prokuratorów, nauczycieli akademickich, księży, dziennikarzy wyciągnęli na światło dzienne - zaraz w Polsce stałoby się jaśniej. Jasne stałyby się powiązania, zrozumielibyśmy, skąd wzięły się te majątki, nie dziwilibyśmy się, dlaczego w jednych sprawach prokuratura umarza, a w innych zawzięcie ściga itd., itp.
Byłby to zapewne wstrząs, ale bez ujawnienia wszystkich tych powiązań nigdy Polska nie będzie państwem prawa i nigdy żadnej gospodarki rynkowej nie zbudujemy.
Tymczasem lustracja utknęła w Trybunale, który sam powinien być zlustrowany. Skala zjawiska okazała się bowiem przekraczać wszystko, czego można się było spodziewać. Jest całkiem jak w przypadku Kubusia Puchatka, który zajrzał do swojej teczki w IPN-ie i żali się potem Krzysiowi:
- Że Prosiaczek na mnie donosił, nie dziwię się, bo to jednak świnia. Że Kłapouchy też nie, bo to osioł. Tygrys jest lekkomyślny - ale żeby Miodek!?

Janusz Sanocki

  • Janusz Sanocki był burmistrzem Nysy, jest jednym z liderów Obywatelskiego Ruchu na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych.

    Witryna ASME Antysocjalistycznego Mazowsza jest najstarszym serwisem w Sieci - oprócz witryny tematycznej JOW - propagującym ideę JOW

    Rodzi się fołksfront - Stanisław Michalkiewicz Wysłane piątek, 18, maja 2007 przez Krzysztof Pawlak

    "Artilieristy! Stalin dał prikaz!" - tak zaczynała się jedna z wojskowych piosenek sowieckich. Kto wie, czy i ona nie weszła na stałe do skarbnicy polskiej tradycji narodowej, skoro przy okazji awantury wokół pomnika żołnierza Armii Czerwonej w Tallinie również w Polsce wybuchło tyle namiętności? Trudno się temu dziwić; również i u nas nie brakuje ludzi, którzy nie tylko dostawali "prikazy", jeśli nie bezpośrednio od Stalina, to od jego pomocników różnej rangi, ale i dochowali im wierności aż do dnia dzisiejszego. Skłania to do zastanowienia nad pojęciem tożsamości narodowej. Teoretycznie składa się na nią to wszystko, z czym wszyscy członkowie narodowej wspólnoty, a przynajmniej zdecydowana większość, się identyfikuje. Oznacza identyczne, a w każdym razie bardzo zbliżone rozumienie tych samych rzeczy, otaczanie szacunkiem tych samych wartości, zachowywanie pokoleniowej ciągłości i tak dalej. W takim jednak razie trzeba sobie szczerze i otwarcie powiedzieć, że tożsamość narodowa znajduje się u nas w głębokim kryzysie. Poza językiem mówionym trudno znaleźć cokolwiek wspólnego. Zewnętrznym wyrazem tego zamętu są sąsiadujące ze sobą święta 1 i 3 maja. Pierwsze nawiązuje do tradycji okupacyjnej, zwłaszcza że zostało na ziemiach polskich wprowadzone przez naszych okupantów: Adolfa Hitlera i Józefa Stalina, podczas gdy drugie - do tradycji niepodległościowej i patriotycznej. Wyznawcy Stalina przez długie dziesięciolecia tępili każdą próbę obchodzenia święta 3 maja, a i dzisiaj zachowali tyle wpływów, że swoim wiernopoddańczym odruchom Pawłowa potrafili nadać rangę święta państwowego. Innym przykładem tego zamętu jest reportaż Pawła Smoleńskiego w "Gazecie Wyborczej" z Uniwersytetu Gdańskiego, opowiadający, jak to "wszyscy" pracownicy naukowi w nastroju "euforii" poparli prof. Włodarskiego na stanowisku dziekana, chociaż przyznał się do współpracy z SB. Czy nie oznacza to przypadkiem całkowitego zerwania ciągłości już nawet nie tylko z polską, ale w ogóle - z cywilizacyjną tradycją, według której donosiciel nie miał zdolności honorowej? Można posługiwać się kanaliami - mawiał król pruski Fryderyk II - ale spoufalać się z nimi - nigdy! Nie tylko zresztą donosiciel. Karol Olgierd Borchardt wspomina, jak kapitan Mamert Stankiewicz zrugał swego podwładnego za czyn "nie licujący z godnością oficera", kiedy tamten przyznał się tylko do podsłuchiwania rozmów toczonych przez kolegów.
    Czy w takim razie istnieje jeszcze coś takiego, jak naród polski - czy też jego pozostałości stanowią zaledwie nieznaczną mniejszość w tłumie różnych bastardów, niekoniecznie zrodzonych przez "diabła z parszywej suki" - jak podejrzewała stara Sobieska w "Placówce" Bolesława Prusa - ale którzy tak długo nadstawiali się a to Stalinowi, a to różnym jego pomocnikom i pogrobowcom, że w końcu bisurmaństwo stało się ich drugą, a właściwie - jedyną naturą? Wiele wskazuje na to, że taka jest przykra prawda, ale czyż nie lepiej stanąć na gruncie prawdy niż odurzać się złudzeniami, że "wszyscy Polacy to jedna rodzina"? Czyż nie słuszniej będzie przyjąć do wiadomości, że co najmniej połowę naszych współobywateli tworzą "ludzie sowieccy", którzy programowo odrzucili większość składników nie tylko polskiej tożsamości narodowej, ale i cywilizacji łacińskiej, zachowując z obydwu tylko zewnętrzne znamiona w postaci np. języka mówionego, którym jednak wyrażają już treści zasadniczo odmienne? Zresztą trudno, by było inaczej, skoro nad wyhodowaniem człowieka sowieckiego przez kilkadziesiąt lat pracowała żydokomuna najpierw w imperium stalinowskim, a obecnie kontynuuje te starania w Eurosojuzie?
    Przeciwnicy "teorii spiskowej" i w ogóle "Jasnogród" bardzo się zawsze zżymał na określenie "żydokomuna" - że to niby niczego takiego nie ma, podobnie jak masonów i spisków. Oczywiście bywały wyjątki; kiedy np. Adam Michnik wykrył straszliwy spisek przeciwko Agorze, ogłoszona została dyspensa i przynajmniej w ten spisek można było wierzyć. Tymczasem żydokomuna nie tylko istniała, ale ma się całkiem dobrze również dzisiaj, a najbardziej wymownym tego świadectwem jest "plan polityczny" ogłoszony przez Aleksandra Kwaśniewskiego. Jest to nic innego, jak stary, poczciwy, stalinowski "fołksfront", jakie Ojciec Narodów nakazywał zawiązywać w latach 30., żeby "faszyzmowi" zrobić "no pasaran". Nawiasem mówiąc, dzisiaj "no pasaran" odgraża się również Sławomir Sierakowski, o którym przeciwnicy kolportują fałszywe pogłoski, że pochodzi od samego Wawrzyńca Berii. Wprawdzie z okularów i wścieklizny jest nawet podobny, ale to chyba niemożliwe? Więc Aleksander Kwaśniewski, wespół z byłym konfidentem "wywiadu gospodarczego" i innymi konfidentami, którzy później porobili błyskotliwe kariery, będzie "no pasaran" robił własną, powiedzmy, piersią straszliwemu "faszyzmowi", który wylągł się w Polsce i "zagraża demokracji". Stręczy się nawet na przewodniczącego rady programowej Lewicy i Demokratów, więc jeśli fołksfront ma dostarczyć pretekstu, by Eurosojuz udzielił Polsce bratniej pomocy, to również "ludzie rozumni" będą musieli ukorzyć przed nim swoje rozumy. I w tym nie będzie niczego nadzwyczajnego, bo przecież i kiedyś Ojciec Narodów "głupoty powagą najmądrzejszych wodził za łby".

    Stanisław Michalkiewicz

    Publicystyka Stanisława Michalkiewicza na ASME i nagrania TV ASME


    Ujemne plusy epoki postlustracyjnej - Krzysztof Mazur Wysłane piątek, 18, maja 2007 przez Krzysztof Pawlak

    Po raz kolejny były prezydent Lech Wałęsa nie chciał, ale musiał i ujawnił pojedynczy dokument z materiałów otrzymanych wspaniałomyślnie od dyrektor oddziału IPN w Gdańsku, który miałby dowodzić, że Andrzej Gwiazda w swoim opozycyjnym stanowisku wobec Wałęsy był inspirowany przez agenturę SB, ulokowaną w strukturach związkowych. Wielka mi rewelacja, jakby ktokolwiek, kto jeszcze jako tako orientuje się w polskiej polityce, miał złudzenia, iż istniała jakakolwiek dziedzina działalności solidarnościowej (i nie tylko - vide kapusie w KPN-ie) opozycji, która nie byłaby pod większą lub mniejszą kontrolą Służby Bezpieczeństwa. Jak wiadomo, Lech Wałęsa poczuł się zmuszony ujawnić swoje rewelacje po wypowiedzi Andrzeja Gwiazdy, w której ten miał sugerować, że za strajkowymi decyzjami Bogdana Borusewicza stały właśnie gry operacyjne esbecji. Jest to bardzo prawdopodobne, tak jak możliwe jest, że i Andrzej Gwiazda nieświadomie przyjmował sugestie podsuwane przez funkcjonariuszy bezpieki poprzez agenturę ulokowaną w strukturach związku i wreszcie prawie pewne jest i to, że otoczenie Wałęsy było naszpikowane agentami wpływu, pomijając oczywiście niektóre bluźniercze sugestie o istnieniu niejakiego "Bolka".
    I pewnie nikomu szczególnej ujmy by to nie przynosiło (znowu uprzejmie zakładając, że żadnego "Bolka" nie było) - w końcu cóż winien jeden z drugim, że ich szpiegowano i wrabiano? Problem w tym, że każdy z tych jegomościów jest przekonany, że wszystkich manipulowano i inspirowano oprócz jego samego. Ale z dokumentu ujawnionego przez Wałęsę wynika, że SB zleciła swojemu agentowi nie tyle poróżnienie Wałęsy z Gwiazdą, ale działania na rzecz podtrzymywania już istniejących konfliktów między różnymi frakcjami w "Solidarności" i raczej trudno poważnie przypuszczać, że bez tej inspiracji obaj związkowi działacze w końcu padliby sobie w ramiona niczym w tandetnej produkcji typu "wybacz mi". W końcu dzisiaj nikt nie inspiruje Gwiazdy, a jakoś między nim a Wałęsą czy między Krzysztofem Wyszkowskim a Wałęsą konflikty są jeszcze bardziej gorące niż w czasach działalności w opozycji.
    Znamienne jest natomiast to, że swoją dziką lustrację Lech Wałęsa rozpoczął akurat w momencie, gdy TK ukręcił łeb jakiejkolwiek lustracji, gdyż po słynnym wyroku pozostała w tej materii ustawa, z której ocalał jedynie tytuł.
    Widać, że taki obrót sprawy dodał skrzydeł sygnatariuszom i sympatykom ruchu "na rzecz demokracji", dotychczas będących w defensywie z powodu często uzasadnionych obaw o stan zapisów ewidencyjnych na ich temat, czekających na swojego odkrywcę w archiwum IPN-u. Świadczy o tym chociażby proste porównanie liczby osób, którzy powinni do 15 maja złożyć odpowiednie lustracyjne oświadczenia, a tych, którzy to faktycznie uczynili. Na ok. 500 tys. osób podlegających temu obowiązkowi odpowiedniej procedurze poddało się zaledwie 50 tys., co oznacza, że 90 proc. osób, których lustracja dotyczyła, czekało na wyrok TK, a pewnie dla sporej części z nich wyrok ten oznaczał "to be or not to be".
    Nie dziwi tedy, że również redaktor Ernest Skalski na swoim blogu natychmiast naszkicował psychologiczno-temporalny portret Andrzeja Gwiazdy, próbując tezę o esbeckiej inspiracji obalać m.in. takimi opisami strajkowych dni: "następnego ranka po przyjeździe, nasza ekipa - Wojciech Giełżyński, Jacek Poprzeczko i ja - prowadząc na zmianę, pojechaliśmy do Szczecina, gdzie w Stoczni im. Warskiego byliśmy obecni przy publicznych rokowaniach, jakie strajkujący na czele z Marianem Jurczykiem prowadzili z delegacją partyjno-rządową...". Ciekawe w tym jest to, że o ile redaktorowi Skalskiemu nie uszła uwadze "kipiąca zawiść" Gwiazdy, to do porządku dziennego przeszedł nad faktem, że wymieniony w zacytowanym fragmencie Wojciech Giełżyński przyznał się do współpracy ze służbami, a co do inspiracji Jurczyka, to wątpliwości miało tylko kilku sędziów orzekających w jego sprawie. Warto również zauważyć, że i sam autor tekstu, czyli redaktor Skalski nie tak dawno - ale jeszcze wtedy, kiedy wydawało się, że lustracja ruszy pełna parą - zdobył się na łamach "Rz" na osobliwe wynurzenia dotyczące swoich kontaktów z funkcjonariuszami wywiadu. Oczywiście teraz pewnie już zbyt szybko nie dowiemy się, w jaki sposób redaktor uchronił nas przed inwazją niemieckich rewanżystów, ale faktem jest, że obalanie teorii o esbeckiej inspiracji poprzez przywoływanie na świadków ewidentnych agentów lub osób przez nich inspirowanych jest osobliwą formą udowadniania, że inspiracja takowa jest wymysłem zawistnego umysłu. Ale być może jest to właśnie rodząca się nowa forma publicznej dyskusji. właściwa dla epoki postlustracyjnej.

    Krzysztof Mazur

    Publicystyka Krzysztofa Mazura na ASME



    Wybory uzupełniające na Podlasiu AD 2007 - klip wyborczy "Żubry" TV ASME & 3DFABRIKI dla Komitetu Wyborczego UPR
    Wysłane wtorek, 15, maja 2007 przez Krzysztof Pawlak

    Wybory uzupełniające do sejmiku wojewódzkiego na Podlasiu

    Prezentujemy Państwu klip wyborczy wyprodukowany przez TV ASME i zespół firmy 3DFABRIKA na potrzeby Komitetu Wyborczego UPR w wyborach uzupełniających na Podlasiu, które odbędą się w 20 maja br.

    Nagranie trwa 2 minuty.








    Skończmy z traktowaniem lustracji jako fantomu - Łukasz Perzyna porównuje lustrację "made in Poland" z francuskim samoosądem kolaboracji i denazyfikacją Niemców
    Wysłane wtorek, 15, maja 2007 przez Krzysztof Pawlak

    | Pobierz |







    Skończmy z traktowaniem lustracji jako fantomu - Łukasz Perzyna porównuje lustrację "made in Poland" z francuskim samoosądem kolaboracji i denazyfikacją Niemców
    Wysłane wtorek, 15, maja 2007 przez Krzysztof Pawlak

    "Duża część polityków w Polsce i znaczna część mediów mają tendencję do pastwienia się nad werdyktem Trybunału Konstytucyjnego w sprawie ustawy lustracyjnej. Co charakterystyczne - ci co chwalili nowe postacie w TK, wstawione tam z rekomendacji PiS, dzisiaj krytykują prof. Stępnia, a z kolei ci, co krytykowali PiS za upolitycznianie TK - bardzo niezależność sędziów obecnie chwalą. Mleko się rozlało, werdykt jest niepodważalny Wszystko jednak zmierza do bardziej dalekosiężnych celów niż moc jednej ustawy lustracyjnej. Obecnie wszyscy już mówią o otwarciu teczek, chociaż każdy myśli o czymś innym. Nawet wieloletni przeciwnik lustracji, redaktor Adam M. mówi o otwarciu archiwów, a także - co mało kto z komentatorów zauważył - także i tow. Leszek Mueller (pisownia europejska nazwiska - ASME) - w wypowiedzi dla "Życia Warszawy« przychylił się do takiego posunięcia" - Łukasz Perzyna, komentator "Tygodnika Solidarność" i naszej witryny ASME, analizuje konsekwencje ostatniej wypowiedzi sędziów Trybunału Konstytucyjnego.

    Lustracja według poprzednich wzorów - z roku 1992 i tzw. lista Wildsteina - doprowadziły do nieciekawych efektów. Pierwsza wywołała upadek rządów premiera Olszewskiego, druga - do zrównania na jednej liście ofiar i ich prześladowców. Była też ustawa lustracyjna z roku 1998 - owoc kompromisu politycznego, jednak tworzący Instytut Pamięci Narodowej, co z pewnością upokorzyło towarzysza prezydenta "wszystkich ubeków" Kwaśniewskiego. Powstawały też społeczne grupy - głównie na południu kraju, organizowane przez działaczy "Solidarności", które doprowadzały do publikacji materiałów, wydobytych z IPN, na temat instytucjonalnych bandytów komunistycznego systemu represji. Bezosobowe "poniżanie" kapusiów i oprawców z SS PRL, ale także i ich dysponentów politycznych z PZPR-erii jest już mało skuteczne. Nadszedł czas na konkrety - nazwiska i "dorobek" zbrojnych kolaborantów sowieckich okupantów Polski.
    Choć na sprawiedliwość w wymiarze denazyfikacji w Niemczech oraz potępienia kolaboracji Francuzów w czasie II wojny światowej - w większości niestety nie ma już szans... Nie jest już ważne KTO to zrobi, ważne jest natomiast - JAK to zrobi...

    Nagranie trwa ponad 15 minut, jest dostępne w Sieci do 29 V 2007 r. W Klubie TV ASME - wersja o dobrej jakości.




    Guru zabrał głos - Piotr Kamela Wysłane niedziela, 13, maja 2007 przez Krzysztof Pawlak

    Właśnie Adam Michnik, guru całej postępowej pół-inteligencji III RP ogłosił, że teczki powinny być jawne. Uzasadnił to wprost, że skoro dziś władza jest nieodpowiednia, nieodpowiedni ludzie obsadzili IPN i media publiczne, to nie można dopuścić, żeby ONI wyciągali komuś teczki.

    Domyślać się jedynie możemy, skąd ta nagła zmiana stanowiska u najzapieklejszego wroga lustracji. W III RP media były odpowiednio zabezpieczone, na czele IPN stal ciura Kieres, a władzę stanowił "goleniowiec" Kwaśniewski, WSI i sanhedryn Unii Wolności. Redaktor Michnik miał w swoim gabinecie szafę pełną teczek, które wyniósł sobie najzwyczajniej na świecie z archiwów MSW w roku 90., podczas "badań" trzyosobowej "komisji", którą wpuścił tam na trzy miesiące ówczesny minister SW Krzysztof Kozłowski. Dzięki temu redaktor Michnik był swoistym kapłanem lustracyjnym i w przeciwieństwie do nas, wiedział, kto jest kto. Sprawował rząd dusz nad, sadzę, większością tej zdegenerowanej hordy szarlatanów, która kreowała w Polsce życie publiczne i dyskurs publiczny. Trzymał tych ludzi w garści, wiedząc o ich przeszłości. Było więc "jak trzeba", archiwa trzeba było trzymać zamknięte. Skoro jednak ta broń została redaktorowi z ręki wyrwana, IPN i media w końcu uwolnione od wpływów elitki red. Michnika - nagle lustracja jest konieczna, archiwa trzeba upublicznić.

    Najzabawniejsze jest to, że różni chłopcy z "Wyborczej", jak Lizut czy Kurski, mają czelność mówić, że to PiS rozpętało dziką lustrację i "gra teczkami". Stawiam na to, że za jakiś tydzień będzie ofensywa medialna pod tytułem: "Dobrzy obywatele chcą otworzyć archiwa, a zły reżym PiS przed tym się broni".

    Piotr Kamela


    Żyjemy w rzeczywistości podstawionej, tak jak było to w PRL - Stanisław Michalkiewicz o konsekwencjach orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego w sprawie ustawy lustracyjnej Wysłane piątek, 11, maja 2007 przez Krzysztof Pawlak

    | Pobierz |







    Żyjemy w rzeczywistości podstawionej, tak jak było to w PRL - Stanisław Michalkiewicz o konsekwencjach orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego w sprawie ustawy lustracyjnej
    Wysłane piątek, 11, maja 2007 przez Krzysztof Pawlak

    "Proszę Państwa, trzy dni, pełne napięcia - minęły. Dzisiaj Trybunał Konstytucyjny ogłosił wreszcie wyrok - dosyć osobliwy dziwny, bo częściowo zgadzający się z zarzutami oskarżycieli, czyli SLD, a częściowo - nie. W związku z tym ustawa lustracyjna zostaje poszatkowana, w jaki sposób - jeszcze nie jestem w stanie tego określić, natomiast już teraz można powiedzieć, że wzbudzi on potępieńcze swary, bo ci, którzy twierdzili, że nie złożą oświadczenie lustracyjnego, »bo nie« - będą się powoływali na te orzeczenie, oczywiście »drogi Bronisław« będzie się na nie powoływał - w rezultacie wytworzy się chaos w państwie. Jest to sytuacja prawie identyczna do tej, jaka się pojawiła w 1992 roku, kiedy TK również uchylił uchwałę lustracyjną jako sprzeczną z konstytucją. Wtedy nawet pozorów nie zachowano, bo ówczesny przewodniczący TK, pan Zoll, po półtorej godziny narady przeczytał orzeczenie wraz z trzydziestoma stronicami uzasadnienia" - nasz komentator i wyśmienity publicysta prawicowy Stanisław Michalkiewicz dokonuje analizy skutków orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego w sprawie agentury SS PRL.

    Nie wiadomo teraz, CO będzie obowiązywało, bo poprzednia ustawa została już uchylona przez dotychczasową, więc nie działa. W rezultacie pewnie nie będzie obowiązywało NIC. Czy było to działanie celowe - zastanawia się Stanisław Michalkiewicz, bo przecież to sam Pan Prezydent dokonał nowelizacji ustawy lustracyjnej, a dopiero dzięki temu mogła się pojawić większość zarzutów wysuniętych przez post(?)komunistów. SM litościwie domyśla się, że nie zdawał sobie sprawy ze skutków swojej nowelizacji, ale nie wiadomo w takim razie, czy się z tego cieszyć, czy smucić...
    Wszyscy, łącznie z Panem Prezydentem, zapowiadają teraz, że w takiej sytuacji nie pozostanie zrobić nic innego, jak "otworzyć archiwa". Pewnie KAŻDY klub sejmowy zgłosi teraz swój projekt nowej ustawy lustracyjnej, co pozwoli na ich rozpatrywanie do końca kadencji parlamentu... I po problemie agentury w Polsce i życiu w rzeczywistości podstawionej rodem z PRL...? Chyba nie, bo nowy wzór paszportów zawiera PONAD nazwą naszego państwa nazwę nie istniejącego "państwa" - "Unia Europejska"...

    Nagranie trwa ponad 8 minut, jest dostępne w Sieci do 26 V 2007 r. W Klubie TV ASME - wersja o dobrej jakości.




    Otoczenie prezydenta Juszczenki to tak naprawdę - banderowcy - Stanisław Michalkiewicz przypomina o niechętnie przywoływanych faktach porażki polityki zagranicznej ugrupowania Populizm i Socjalizm "na odcinku wschodnim" Wysłane piątek, 11, maja 2007 przez Krzysztof Pawlak

    | Pobierz |








    Otoczenie prezydenta Juszczenki to tak naprawdę - banderowcy - Stanisław Michalkiewicz przypomina o niechętnie przywoływanych faktach porażki polityki zagranicznej ugrupowania Populizm i Socjalizm "na odcinku wschodnim"
    Wysłane piątek, 11, maja 2007 przez Krzysztof Pawlak

    "Bohdanowi Osadczukowi, który pobierał nauki w czasach hitlerowskich Niemiec w Berlinie jako delegat UPA, prezydent Kwaśniewski nadał Order Orła Białego, a niejakiej pani Berdychowskiej, ani ładnej, ale w każdym razie - sprytnej, doradzającej kolejnym prezydentom RP, wodzącej za nos całą Rzeczpospolitą, udaje się wmówić, że Związek Ukraińców w Polsce jest niezależny od struktur UPA-UNO-UNSO, przetrwałych przez okres »zimnej wojny« w wyniku działań aliantów zachodnich np. w Kanadzie, próbujących wymusić na władzach Polski oświadczenie, że Polska jest winna jakimś odszkodowaniom dla Ukrainy. (...) Organizacje weteranów II Wojny Światowej nie chcą przyjąć do swojego międzynarodowego grona »kombatantów« OUN-UPA dlatego, że te były członkami międzynarodówki faszystowskiej" - Stanisław Michalkiewicz, wybitny prawicowy analityk sceny teatralnej polskiej polityki i publicysta wielu pism prawicowych, w czasie II części nagrania TV ASME ze spotkania w ramach klubu Dyskusyjnego Okręgu Mazowieckiego UPR opisuje meandry i porażki polityki rządzącego obozu tzw. prawicy katolicko-narodowej, a w rzeczywistości - uczciwej, polskiej lewicy - ale narodowej.

    Ja się cieszę, że nie podlegam terytorialnie JE arcybiskupowi lubelskiemu, gdyż pewnie już był bym wyklęty, ale poseł Janusz Palikot ma dobre kontakty z Jego Ekscelencją, bo "dobrze chce", a już na pewno pan Targalski też się cieszy, gdyż Jego Ekscelencja "Filozof" został "bardzo poruszony cynizmem wypowiedzi" zawieszonego w funkcji prominenta z państwowego Polskiego Radia o tym, że wygrane pieniądze z procesu o "dobrą cześć" przeciwko Agorze SA (150 tys. zł) przeznaczy na studia nad znalezieniem agentów w "Gazecie Wyborczej" - mówił Stanisław Michalkiewicz podczas dalszej części spotkania w Centrali UPR.

    O tym, że nastoletni tow. Olejniczak może być autentycznie zainteresowany w otwarciu archiwów IPN z powodu poczucia zagrożenia ze strony "starych działaczy PZPR, że Bracia K. widząc perspektywę przypływu dla struktur partyjno-administracyjnych 40 mld euro, odmienili swój stosunek do tow. prezesa PZPN Listkiewicza - bo "nie ma bramy, przez którą nie przejdzie osioł obładowany złotem" oraz fatalnej polityki kadrowej w polskiej polityce zagranicznej, o nadziejach "drogiego Bronisława", czyli byłego nadzorcy PZPR-erii w Wydziale Historycznym Uniwersytetu Warszawskiego, który zapisał się do PZPR w 195 r., kiedy "Partia" mordowała ludzi i łamała kości polskim patriotom, a później został mianowany na "wysunięte stanowisko" w Paryżu, w Instytucie Polskim, którego nie powierzano nikomu nie zaufanemu dla Urzędu Bezpieczeństwa, a który wezwał na swoją obronę nawet znanego bandytę z kapłańskiego rodu Kahanów, czyli towarzysza trockistowskiego Cohn-Bendita w tzw. Parlamencie Europejskim - też opowiadał Stanisław Michalkiewicz podczas spotkania zorganizowanego przez Okręg Mazowiecki UPR.

    Nagranie trwa ponad 53 minut, jest dostępne w Sieci do 24 V 2007 r. W Klubie TV ASME - wersja o dobrej jakości.




    "No, to idziemy do wyborów!"? - prof. Jerzy Przystawa Wysłane czwartek, 10, maja 2007 przez Krzysztof Pawlak

    "Nowe wybory" jak miecz Damoklesa wiszą nad naszą "klasą polityczną", a Jarosław Kaczyński, niczym najnowsze wcielenie Dionizosa Starszego, straszy nimi zarówno swoich przyjaciół, jak i wrogów, sprawiając przy tym wrażenie, jakby od niego tylko zależało, kiedy to końskie włosie zostanie zerwane. Jego Wielki Brat, dla odmiany, grozi nam otwarciem "wszystkich teczek", ale spełnienie tej potwornej groźby wydaje się jeszcze mniej prawdopodobne niż rozwiązanie Sejmu. I to pomimo groźnych odgłosów dobiegających z Trybunału Konstytucyjnego, gdzie - niezależnie do lustracji - zaczynają wypływać jakieś teczki, których wcześniej nikt nie mógł znaleźć. Tym niemniej, częstotliwość potrząsania "mieczem wyborczym" powinna nas skłonić to pogłębionej refleksji nad tym, co też w "temacie wyborów" ma do zaproponowania Brat Wielkiego Brata. A właśnie nie dalej jak jakiś tydzień temu, w wywiadzie pod pompatycznym tytułem "Historia rusza z miejsca",, powiedział Katarzynie Hejke:
    "Coraz dobitniej przekonuję się, że gdyby po ostatnich wyborach doszło do koalicji pomiędzy nami a Platformą, bylibyśmy w tym układzie ubezwłasnowolnionym dodatkiem. Każda nasza propozycja zmian w Polsce byłaby natychmiast torpedowana przy pomocy znacznej części mediów. Patologie III RP trzymałyby się mocno. Sądzę, że rząd zdominowany przez PO prowadziłby politykę umacniania najsilniejszych grup społecznych, licząc na to, że rozwój gospodarczy rozładuje napięcia społeczne, które niechybnie nabrałyby mocy.
    Nawet propozycja zmiany ordynacji wyborczej była determinowana tym sposobem myślenia - jednomandatowe okręgi wyborcze i zaniechanie finansowania partii politycznych z budżetu państwa faworyzowałyby osoby najbogatsze. Do jakich skutków mogłoby to doprowadzić, dobrze pokazuje przykład byłego senatora Henryka Stokłosy. Pamiętam, jak w pierwszej połowie lat 90. przyjechałem do Piły i zobaczyłem jakąś przedziwną rzeczywistość, którą można obrazowo określić »księstwem Stokłosy«. Tego typu lokalni »baronowie« zyskaliby najbardziej na jednomandatowych okręgach wyborczych".

    Uczeni profesorowie, zasiadający teraz w wielkiej liczbie w Trybunale Konstytucyjnym, zajęli się natychmiast niesłuszną ustawą lustracyjną i trudno wątpić, że wykryją dziesiątki zapisów konstytucyjnych, dla których nie powinna ona być wprowadzona w życie, a wszystko to zostanie udowodnione w języku, na jaki tylko wybitnych profesorów stać. Ci sami jednak profesorowie nie dostrzegają niczego niewłaściwego w systematycznym gwałceniu konstytucyjnej zasady równości wyborów do Sejmu, chociażby tylko poprzez ten zapis o finansowaniu - nota bene nie wszystkich, ale tylko niektórych - partii politycznych i ich kampanii wyborczych z budżetu państwa! Co, w końcu, o tyle jest zrozumiałe, że wszyscy oni pobierali nauki u tych samych konstytucjonalistów, którzy nie widzieli niczego niezgodnego pomiędzy ordynacją wyborczą w PRL a peerelowską konstytucją, w której też zapisano, że "wybory do Sejmu są RÓWNE". Ciekawe jednak, że sprzeczności tej nie dostrzegł jeszcze nawet Pan Doktor Janusz Kochanowski, Rzecznik Praw Obywatelskich!?
    Wszyscy rozumiemy dobrze problem Jarosława Kaczyńskiego i innych wielkich liderów, albowiem bez tego finansowania z budżetu ich wielkie partie nie przetrwałyby kolejnych wyborów. Widząc, jak po każdych wyborach następuje fragmentacja partii, które już uzyskały mandaty sejmowe, zdajemy sobie sprawę, że nawet pomimo nałożenia haraczu na wszystkich obywateli, mają one zasadnicze trudności z dotrwaniem do końca kadencji, co dopiero mówić o nieprzewidywalności nowej elekcji! Rozumieć, rozumiemy, ale to nie zmienia faktu, że w Polsce nie wielu się takich znajdzie, którzy uznali by taką sytuację za normalną i godną poparcia. Dlatego zgłaszamy postulat jednomandatowych okręgów wyborczych (JOW), bo tam, gdzie tak przeprowadza się wybory, tego problemu nie ma.

    Slogan "Stokłosa wiecznie żywy" dowodzi tylko, jak ubogi jest zasób argumentów, jakie przeciwnicy JOW są w stanie wytoczyć. Oczywiście, nie od dzisiaj wiemy, że Pan Premier jest zdania, iż argument siły zawsze jest lepszy od siły argumentu, ale przecież taki intelektualista jak Marszałek Ludwik Dorn mógłby już coś lepszego Panu Premierowi doradzić?
    Niechęć Braci Kaczyńskich do Henryka Stokłosy musi mieć swoje źródło w fakcie, że kiedy obaj oni dostali się do I Senatu RP z poręki Lecha Wałęsa, to Stokłosa miał czelność przełamać "walec Solidarności" i zdobyć jeden jedyny mandat uzyskany bez zdjęcia z Wałęsą! Dlaczego tylko Stokłosa i czy o tym rozstrzygnęły jego wielkie pieniądze - możemy jedynie dywagować. Sztuka ta bowiem nie udała się innym wielkim potentatom i z jeszcze większymi koneksjami, by przypomnieć choćby Dariusza Tytusa Przywieczerskiego - nie dość, że bogacz, to jeszcze filantrop i przyjaciel największych polityków, który miliardowymi datkami wspierał nie tylko ochronki i szpitale, ale nawet "ikonę wolności i demokracji", jaką w owym czasie był Jacek Kuroń! A mimo tego dostała mu się figa z makiem i Stokłosie dorównał tylko w tym, że dzisiaj ścigają ich obu po świecie listy gończe!

    Gdyby argument "Stokłosa" był coś wart, to w Senacie powinni zasiadać, w jakimś procencie, ludzie znacznie bardziej majętni niż ci, którzy przeciętnie dostają się do Sejmu. Tymczasem, kiedy zapoznamy się z oświadczeniami majątkowymi posłów i senatorów, to nic takiego zauważyć nie sposób. Oczywiście, do Sejmu, uczciwą drogą (tzn. zgodnie z nieuczciwymi regułami ordynacji wyborczej!) żaden "poseł niezależny" wejść nie może, gdyż ordynacja całkowicie takie możliwości wyklucza. "Niezależni" pojawiają się dopiero po wyborach, a więc kiedy albo zostaną karnie wyrzuceni z partii, z listy której zostali wybrani, albo kiedy te partie zdradzą, jak nie przymierzając, Marszałek Marek Jurek i inni. W Senacie mamy aktualnie PIĘCIU senatorów "niezależnych", są to panowie Bogdan Borusewicz, Kazimierz Kutz, Jarosław Lasecki, Marian Miłek i Maciej Płażyński. Poza senatorem Laseckim nikt z nich za bogacza się nie podaje, a zadeklarowane przez nich wszystkich razem oszczędności wynoszą zaledwie 170 tysięcy złotych, a więc ok. 40 tysięcy na głowę. Jedynie senator Lasecki mógłby tu uchodzić za bogatego, bo zadeklarował 600 tysięcy oszczędności i ponad 20 milionów majątku trwałego, a także wysokie dochody. Tyle tylko, że cała ta jego "niezależność" sprowadza się do tego, że jest członkiem Klubu Parlamentarnego Prawa i Sprawiedliwości!

    W ogóle lektura oświadczeń majątkowych senatorów napawać może zadumą. 99 senatorów (oświadczenia majątkowego senatora Lewandowskiego w internecie nie ma) zadeklarowało razem nieco ponad 10 milionów złotych walorów gotówkowych (licząc razem dewizy i złotówki). Daje to marne 100 tysięcy na głowę, a i to trzeba jeszcze zważyć: najbogatsi są senatorowie Sikorski (PiS) oraz Smoktunowicz (PO), których oszczędności razem przekraczają 3 miliony złotych. Jak się okazuje, 37 senatorów to bidaki niczym myszki kościelne, i w swoich oświadczeniach nie deklarują nic, albo prawie nic (poniżej 10 tysięcy). Trochę lepiej to wygląda, jeśli chodzi o nieruchomości, bo tutaj każdy prawie senator wykazuje się roztropną zapobiegliwością i, z reguły dysponuje więcej niż jedną nieruchomością, co można tylko pochwalić. Ale nieruchomości mają to do siebie, że się nie ruszają i trudno je wykorzystać w kampanii wyborczej dla zdobycia mandatu senatora. Wypada więc między bajki włożyć opowiadanie o tym, jak to bogacze kupują sobie mandaty w warunkach wyborów większościowych i tam trzeba włożyć argument "Stokłosa".

    Na koniec wypada zwrócić uwagę Panu Premierowi i innym szermującym argumentem "Stokłosa", że wybory w okręgach jednomandatowych to nie to samo co wybory w okręgach dwu, trzy czy czteromandatowych. Ja wiem, że humanistom trudno to zrozumieć, a różnica pomiędzy jeden, dwa czy cztery wydaje się bez znaczenia. Ale tak nie jest i to z wielu powodów. Jednym z nich jest fakt, że bardzo wielu wyborców nie ma wcale świadomości, że przy wyborach do Senatu dysponują więcej niż jednym głosem i jak pokazują statystyki, ponad 20% wyborców głosuje tylko na jednego kandydata! Jeszcze bardziej istotny jest rozmiar okręgu wyborczego: w JOW okręgi wyborcze będą ok. 10 razy mniejsze od okregów w wyborach senackich, a to oznacza, ze wyborcy uzyskaliby dziesięciokrotnie większe możliwości poznania kandydatow i ich wybór byłby dziesięciokrotnie bardziej racjonalny i świadomy.

    Doskonale rozumiemy dlaczego Jarosław Kaczyński nie chce okręgów jednomandatowych i rozumiemy też powody, dla których nie wypada mu o tym mówić. Skoro nie ma więc dobrych argumentów, czy nie lepiej byłoby, gdyby raczej milczał, niż nie sprowokowany opowiadał nam takie kawałki?

    Jerzy Przystawa

  • Prof. Jerzy Przystawa był w kadencji 1990 - 1998 radnym rady miejskiej Wrocławia, startował w wyborach do Senatu Rzeczypospolitej Polskiej przeprowadzonych w dniu 21 września 1997 r.
    Od kilkunastu lat jest jednym z liderów Ruchu Obywatelskiego na rzecz JOW.

    Publicystyka prof. Jerzego Przystawy na ASME.


    Witryna ASME Antysocjalistycznego Mazowsza jest najstarszym serwisem w Sieci - oprócz witryny tematycznej JOW - propagującym ideę JOW

    Wyjątki demokratyczne i niedemokratyczne - Krzysztof Mazur Wysłane czwartek, 10, maja 2007 przez Krzysztof Pawlak

    Pamiętnego 4 czerwca 1989 r. prawie dwie trzecie uprawnionych do głosowania Polaków odrzuciło większością głosów kandydatów tzw. obozu rządzącego, co spowodowało gorączkowe poszukiwania sposobu uzupełnienia wakujących miejsc w parlamencie zagwarantowanych dla pieszczochów PRL-u. Wtedy to po raz pierwszy ukazały się zarysy późniejszych nieformalnych układów, gdyż również strona solidarnościowa zaapelowała do społeczeństwa o udział w drugiej turze wyborów, która odbyła się dwa tygodnie później przy dużo niższej, bo ok. 25-proc. frekwencji. Pamiętam, jak owego niedzielnego poranka 18 czerwca 1989 r. przysłuchiwałem się rozmowie dwóch statecznych przedstawicieli owego elektoratu, z których jeden tłumaczył drugiemu, że idzie głosować, bo nie mógł z jakichś względów uczestniczyć w pierwszej turze głosowania, a więc teraz ma szansę naprawić swoje wcześniejsze obywatelskie zaniedbanie. Młodszym czytelnikom warto z tej okazji przypomnieć, że w drugiej turze wybierano praktycznie wyłącznie kandydatów komuny, a stronie rządowej bardzo zależało, aby po kompromitacji z pierwszej tury przynajmniej frekwencja w drugiej nie była śmiesznie mała.

    Oczywiście dzięki takim - jak opisany powyżej - uświadomionym obywatelom - sejm kontraktowy został, także na skutek zmiany ordynacji w trakcie wyborów, powołany, a później, jak doskonale wiemy, ci sami, a pewnie i inni wyborcy swoimi głosami zdecydowali pośrednio o kompradorskim obliczu III RP.
    Przytoczona wcześniej historia świadcząca o sile przyzwyczajenia przypomniała mi się w związku z wywiadem, którego obecny prezydent Kaczyński udzielił redaktorowi Sakiewiczowi (że jest "prezydentem wszystkich Polaków" świadczy, że dzień później jednym z najwyższych odznaczeń dekorował Piotra Wierzbickiego) w radiowych Sygnałach Dnia, w którym to wywiadzie gorąco przekonywał Polaków do wieszania flagi i kultywowania świąt państwowych. Świąt państwowych, gdyż pan prezydent ma wyraźną alergię na słowo "narodowy", czego zresztą dał wyraz i w rzeczonym wywiadzie, gdyż gdy tyko zdarzyło mu się powiedzieć, że "poczucie narodowe jest dzisiaj bardzo istotne", natychmiast musiał wyjaśnić, że "poczucie nie nacjonalistyczne, w żadnym wypadku nie plemienne", gdyż "to nie względy etniczne decydują o tym, czy ktoś jest, czy nie jest Polakiem". Wprawdzie już byli tacy (są nawet i dzisiaj), którzy w pojedynkę decydowali, kto jest Żydem, a kto nie jest, ale w odróżnieniu do profesora Geremka i całego obozu postępu nie podejrzewamy pana prezydenta o ciągotki faszystowskie, a jedynie o nadmierne hołdowanie zwyczajom politycznej poprawności i światopoglądowe zaplątanie. No bo jak inaczej - wracając do tematu przyzwyczajeń - wytłumaczyć stwierdzenie pierwszej osoby w państwie mającym ambicje zerwania z niechlubną tradycją III RP, że "1 Maj zwyczajowo pozostał wolny, niech już pozostanie jako Święto Pracy". Jak to "zwyczajowo pozostał wolny", czyżby niektóre przepisy chociażby tak głupie i stanowiące ewidentną spuściznę komunistycznego zakłamania były wolne od ingerencji władzy ustawodawczej, czyżby również w tej sprawie obawiano się o "naruszenie wątłego kompromisu"? Obawiać się można również, że rządzi nami nie tylko przyzwyczajenie, ale i zwykła głupota. Wnoszę to z wypowiedzi, której prezydent udzielił z okazji obchodów 3 Maja, a konkretnie w związku z uroczystym posiedzeniem Trybunału Konstytucyjnego. Wtedy to prezydent zapytany o wizję ustrojowego porządku według nowej konstytucji, miał stwierdzić, że "konstytucyjne propozycje PiS dawałyby Prezydentowi więcej uprawnień, ale tylko w sytuacji, gdy wywodzi się on z tego samego ugrupowania, co rząd" Z kolei, "jeżeli inny obóz rządzi, a inny jest prezydent, to wtedy możliwości tzw. sypania piasku są nieporównanie mniejsze. Taka jest główna filozofia tej nowej konstytucji". Konia z rzędem temu, kto zrozumiałby, o co w tej wizji ustrojowej przyszłości miałoby chodzić, a z tego co można zrozumieć, to prezydent byłby silny, gdyby wywodził się z tego samego ugrupowania, które współtworzyłoby rząd, a słaby wtedy, gdy mielibyśmy tzw. polityczną kohabitację. Nie wiadomo, czy w związku z tym konstytucja miałaby być zbudowana na kształt algorytmu i przyznawała różne uprawnienia prezydentowi na poszczególne przypadki, nie bardzo wiadomo również, dlaczego prezydent miałby być "silny" akurat wtedy, gdy rządzi jego brat bliźniak, a słaby - gdy rządzi polityczny konkurent. Dla sprawności i stabilności rządów wymagana byłaby raczej sytuacja odwrotna, nie mówiąc oczywiście, że najlepszym rozwiązaniem byłby stworzenie systemu prezydenckiego tak, by władza ustawodawcza zajmowała się tworzeniem prawa, rząd rządzeniem - a sądy rozstrzyganiem sporów. Ale to chyba jak na głowy urzędników prezydenckiej kancelarii cokolwiek zbyt przesadzone oczekiwania.

    Kawa na ławę
    Jak pisał amerykański konserwatysta Ryszard Weaver, "idee mają konsekwencje" i co jakiś czas powyższe twierdzenie można łatwo zweryfikować. Różnie tłumaczone są meandry tworzenia IV RP, ale przecież dokonywane zmiany mają zasadniczo oblicze tworzących je polityków i wyznawanego przez nich światopoglądu. Szeroko komentowano niedawne spory w łonie samego PiS-u, ale praktycznie wszystko w tej materii wyjaśnia wywiad, którego premier Kaczyński udzielił redaktorowi "Dziennika". Pan premier, jakby zmęczony dotychczasowym chowaniem się za okrągłymi frazesami, tym razem swoją filozofię wyłożył bez ogródek, stwierdzając m.in., że: 1) "Żeby było jasne, ja w ogóle nie jestem za zaostrzeniem przepisów antyaborcyjnych. Jestem za pełnym konstytucyjnym zagwarantowaniem obecnego stanu prawnego", 2) "Użycie przymusu państwa wobec kobiety, której życie lub zdrowie (oczywiście w poważnym stopniu) jest zagrożone ciążą albo też wobec kobiety zgwałconej, przekracza te granice. Państwo może i według mnie powinno podać rękę, pomóc, ale nie może zmuszać. Decyzja należy do kobiety", 3) "Z wiary wynika też negatywny stosunek do rozwodu (zakaz ma tu ewangeliczny charakter), ale nie wyciągajmy z tego wniosku, by rozwodów w państwie zakazać", 4) "Dochodziło też do bardzo nieprzyjemnych, niegrzecznych zachowań... obrażania dojrzałych kobiet przez młodocianych, agresywnych współpracowników marszałka i w konsekwencji 5) "Reminiscencją tego jest dzisiejsza pełna pomówień, kłamstw i zwykłego chamstwa kampania prasowa prowadzona przez niektórych publicystów".
    W związu z tak jednoznaczną deklaracją jak ta cytowana w 1), powstaje zasadnicza wątpliwość o poparcie udzielane jakoby projektowi zmiany mającej chronić życie od "momentu poczęcia", wszak w inicjatywie grupy posłów nie chodziło o gwarantowanie obecnego stanu prawnego, a to że w końcu na takim rozwiązaniu stanęło, to już wyłącznie "zasługa" prezydenta i tej liczniejszej frakcji PiS-u. Kolejne "argumenty’ to typowa kazuistyka pomijająca dla wygody takie chociażby założenie, że płód niezależnie od wieku może być człowiekiem. Wszak przy takim założeniu upada misterna konstrukcja niby udowadniająca, że "decyzja należy wyłącznie do kobiety". Nieprzystawalność przykładu rozwodów do zabijania jest wystarczająco rażąca, ale tylko przy założeniu, że zabijamy, a nie wycinamy niechcianą narośl, stąd też zrozumiałe staje się - przy tak wątłych uzasadnieniach - podpieranie się argumentami typu ad ignorantiam czy ad personam i ad populum.
    Tak się składa, że pan prezydent podczas obchodów rocznicy konstytucji 3-majowej szczególnie raczył podkreślić, że "w ustroju demokratycznym nie ma wyjątków". Okazuje się jednakże, że ludzi nie powinno się zabijać "z wyjątkiem zupełnie szczególnych sytuacji", co podkreślił z kolei pan premier. Stąd też lekarz ze względów światopoglądowych może odmówić aborcji (i słusznie), a niektórzy przedstawiciele "autentycznej elity" nie mogą odmówić zlustrowania się. I byłoby to nawet logiczne, gdyby nie to, że w konsekwencji jakiś inny lekarz, który "nie podziela wiary" w światopogląd lekarza odmawiającego aborcji, sam w świetle tego prawa nie zabijał niewinnego człowieka, a Geremek, który w świetle prawa powinien stracić mandat, przypadkiem go nie zachował, tak jak do dnia dzisiejszego czyni do pewien unioposeł przyłapany na kłamstwie lustracyjnym. Ale jest to oczywista konsekwencja określonych idei, zwłaszcza że według pana prezydenta "w tej nowej konstytucji powinny znaleźć się gwarancje praw obywatelskich podobne do obecnej". Tylko czy taka jednoznaczna konstatacja nie jest przypadkiem przykładem owej pełnej "pomówień, kłamstw i zwykłego chamstwa" kampanii prasowej prowadzonej przez niektórych publicystów?

    Krzysztof Mazur

    Publicystyka Krzysztofa Mazura na ASME


    Złamanie, czy zlekceważenie? - Stanisław Michalkiewicz Wysłane czwartek, 10, maja 2007 przez Krzysztof Pawlak

    "Obejmując z woli Narodu urząd Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej, uroczyście przysięgam, że dochowam wierności postanowieniom Konstytucji, będę strzegł niezłomnie godności Narodu, niepodległości i bezpieczeństwa Państwa, a dobro Ojczyzny oraz pomyślność obywateli będą dla mnie zawsze najwyższym nakazem. Tak mi dopomóż Bóg".
    Taką przysięgę złożył prezydent Lech Kaczyński obejmując prezydenturę po wyborach w 2005 roku.


    "Chłopiec przyklęknął, chwycił w dłoń piasku, piekielne wzywał potęgi. Klął się przy świętym księżyca blasku, lecz czy dochowa przysięgi?" - niepokoił się Mickiewicz w Świteziance". I słusznie, bo oto 27 kwietnia br. podczas wizyty w Warszawie prezydenta Ukrainy Wiktora Juszczenki, prezydent Lech Kaczyński podpisał dokument, który można uznać jeśli nie za otwarte złamanie, to w każdym razie - za zlekceważenie prezydenckiej przysięgi. Chodzi oczywiście o wspólne oświadczenie obydwu prezydentów w 60. rocznicę operacji "Wisła".
    W oświadczeniu czytamy m.in.: "Polakom i Ukraińcom udało się (...) dokonać olbrzymiego postępu w dążeniu do pojednania oraz w poszukiwaniu wspólnej oceny trudnej i bolesnej przeszłości. (...) W 2007 r. obchodzimy 60. rocznicę akcji »Wisła«, która w historii współczesnej Polski stała się przykładem niesprawiedliwości, będącej skutkiem działań totalitarnych władz komunistycznych. (...) Wydarzenie to, jako sprzeczne z podstawowymi prawami człowieka, zostało potępione w 1990 r. (...) przez Senat RP".
    Prezydent Kaczyński, podpisując dokument, minął się z prawdą już w tym punkcie, który mówi o "postępie" w poszukiwaniu "wspólnej oceny" przeszłości. Nie istnieje żadna "wspólna ocena", a pan prezydent Kaczyński lekkomyślnie podpisał się pod jednostronną oceną, dokonaną 30 grudnia 2006 roku w apelu, opublikowanym przez Światowy Kongres Ukraińców z siedzibą w Toronto. Czytamy tam m.in., że "Czystka etniczna wszystkich Ukraińców w czasie akcji »Wisła« z najdalej na zachód wysuniętych części ukraińskiego terytorium etnicznego (autorzy apelu mają ty na myśli część Chełmszczyzny oraz obecnych województw: podkarpackiego i małopolskiego - przyp. SM) jest największą tragedią, jaka spotkała naród ukraiński od czasu Wielkiego Głodu w latach 1932 - 1933 oraz strasznych cierpień epoki II wojny światowej. Światowy Kongres Ukraińców zwraca uwagę Rady Europy, OBWE, UE oraz ONZ, że rząd Rzeczypospolitej Polskiej otwarcie odmówił potępienia, przeproszenia i wypłacenia odszkodowań ofiarom akcji »Wisła«. Światowy Kongres Ukraińców uważa, że potrzebny jest nacisk ze strony rządów innych krajów w celu skłonienia Polski do uczynienia prawidłowego kroku". Z dalszej części apelu wynika, że zadania zostały rozdzielone nie tylko między "rządy innych krajów", ale przydzielone również prezydentowi Juszczence: żeby z tych żądań uczynił "istotną część stosunków ukraińsko-polskich". I prezydent Wiktor Juszczenko przybył do Warszawy z konkretną misją, podczas gdy prezydent Kaczyński jak zwykle okazał się do tej wizyty i tej konfrontacji kompletnie nieprzygotowany.
    Gdyby bowiem był przygotowany, to by wiedział, że wcześniej Związek Ukraińców w Polsce, będący członkiem Światowego Kongresu Ukraińców i wykonując przypadającą nie niego część zadania, wystąpił do ówczesnego Marszałka Sejmu Marka Jurka z żądaniem jeszcze nie "odszkodowań dla ofiar", tylko na razie "potępienia" operacji "Wisła". Takie "potępienie" jednak jest wstępem do odszkodowań, bo jakże pozostawić bez rekompensaty wydarzenie "sprzeczne z podstawowymi prawami człowieka"? Gdyby był przygotowany, to by wiedział, że Światowy Kongres Ukraińców jest zdominowany politycznie przez banderowców, którzy wykorzystali zimną wojnę, kiedy to byli Amerykanom i Niemcom potrzebni w charakterze dywersji wobec Związku Sowieckiego, do umocnienia swoich wpływów również na Ukrainie, gdzie stanowią trzon politycznego zaplecza prezydenta Juszczenki, zmuszając go w ten sposób do realizowania ich politycznych celów. Gdyby był przygotowany, to by wiedział, że pani Bogumiła Berdychowska, która od lat w sprawach ukraińskich, jako "doradczyni", wodzi całe państwo polskie za nos, za nic ma polski interes państwowy, tylko, podobnie jak udekorowany przez prezydenta Kwaśniewskiego Orderem Orła Białego Bogdan Osadczuk, cierpliwie i metodycznie realizuje polityczne cele banderowców, gdy jako stypendysta Adolfa Hitlera, w latach 1941 - 1944 przebywał w Berlinie na studiach, no i później oczywiście też. Uprzejmie tedy zakładam, że prezydent Lech Kaczyński o tym wszystkim nic nie wie i dlatego może nawet nie wiedzieć, że łamie swoją prezydencką przysięgę, w której stwierdza m.in., że będzie "strzegł" bezpieczeństwa państwa, tzn. odwracał od państwa różne niebezpieczeństwa, a nie lekkomyślnie je na nie ściągał, stwarzając przesłanki do obciążenia w przyszłości polskich obywateli obowiązkiem płacenia haraczu "ofiarom" akcji "Wisła". Przy okazji warto przypomnieć, że operacja "Wisła" odbywała się na terytorium polskim i dotyczyła obywateli polskich, zarówno po stronie przesiedlanych, jak i po stronie przesiedlających. Na jakiej zasadzie prezydent Ukrainy przyznaje sobie prawo ingerowania w wewnętrzną sprawę państwa polskiego i na jakiej zasadzie prezydent Kaczyński przechodzi nad tą uzurpacją do porządku? Czyżby nie zauważył, że prezydent Juszczenko, podobnie jak banderowcy, najwyraźniej hołduje etnicznej, a nie politycznej definicji narodu? Czy zagadnął prezydenta Juszczenkę, co znaczy sformułowanie o "ukraińskim terytorium etnicznym" w apelu Światowego Kongresu Ukraińców i czy ono również ma być elementem "wspólnej oceny"?

    Stanisław Michalkiewicz

    Publicystyka Stanisława Michalkiewicza na ASME i nagrania TV ASME


    OŚWIĘCIM W CIENIU AUSCHWITZ - TADEUSZ M. PŁUŻAŃSKI Wysłane wtorek, 8, maja 2007 przez Krzysztof Pawlak

    Był 3 maja 1940 r., piątek. 149. rocznica uchwalenia przez Sejm Czteroletni pierwszej nowoczesnej konstytucji w Europie. Kierownicy warszawskich szkół ze Śródmieścia, Powiśla i Mokotowa jednogłośnie uznali - świętujemy. Decyzja nie była jednak prosta. Kilka dni wcześniej Niemcy rozstrzelali w Palmirach trzech ich kolegów - nauczycieli podejrzanych o prowadzenie konspiracyjnej działalności.

    Już wcześniej warszawscy nauczyciele przeciwstawiali się okupantowi. Mimo żądania Niemców nie wydali podręczników szkolnych, przekazując w zamian "buble" z antykwariatów. W ten sposób ocalili wartościowe książki do języka polskiego, historii i geografii. Z uczniami klas starszych prowadzili niedozwolone przez władze zajęcia. Kolportowali również tajną gazetkę pt. "Polska Żyje".

    NAJDROŻSZY WYRAZ

    Dla przygotowania obchodów święta 3 Maja kierownicy stołecznych szkół powołali ośmioosobowy komitet organizacyjny. Zamiast zajęć miały się odbyć patriotyczne pogadanki. Program dla młodszych klas był bardziej rozrywkowy, dla starszych poważniejszy. Nad wszystkim czuwał mój dziadek Wacław Płużański, który kierował publiczną szkołą powszechną nr 93 i pełnił funkcję przewodniczącego Rejonowej Komisji Kierowników.
    Tekst otwierający pogadankę rozesłano do szkół. Szczęśliwie zachował się do dziś: "Ojczyzna! Ojczyzna - najdroższy wyraz... Ojczyzna bowiem w tym mieści się słowie, Co serce kochające przez usta wypowie: To nasza powinność, to dla nas świat cały. Świat wspomnień, poświęceń, nadziei i chwały".
    Stanisław Zawadzki, kierownik Publicznej Szkoły Powszechnej nr 54 wspominał: "We wszystkich szkołach naszego rejonu świętowano 3 Maja zgodnie z przyjętymi ustaleniami. Uroczystości wypadły nad wyraz sprawnie, ciepło, podniośle".

    WODA PO KOSTKI

    Potem wypadki potoczyły się bardzo szybko. 6 maja rejonowy podinspektor, nadzorujący szkoły z polecenia władz niemieckich, zebrał wszystkich kierowników szkół, w których świętowano rocznicę konstytucji. Zażądał od nich złożenia pisemnego oświadczenia o przebiegu obchodów. Następnego dnia znaleźli na swoich biurkach pismo:
    "Na skutek zlecenia p. Radcy Szkolnego Miejskiego z dnia 6 maja 1940 r. proszę o przybycie punktualnie do Inspektoratu Szkolnego Miejskiego (Daniłowiczowska 1/3), piętro V, pokój nr 82 w piątek dnia 10 b.m. o godz. 15".
    Spośród dwunastu wezwanych nauczycieli nie stawiło się tylko dwóch. Przybyli: Stanisław Boczar, Romuald Buczowski, Stanisław Dobrowolski, Jan Jastrzębski, Kazimierz Mamczar, Stefan Nowiński, Wacław Płużański, Ludwik Rajewski, Józef Wójcik, Stanisław Zawadzki.
    W inspektoracie sprawdzono nazwiska przybyłych i do pomieszczenia weszli oficerowie Gestapo. Każdy nauczyciel dostał eskortę w postaci jednego oficera. Zeszli na dół. Wszystkich, samochodami osobowymi, przewieziono na Pawiak. Znaleźli się na oddziale siódmym, w celi 215 i sąsiedniej.
    Stanisław Zawadzki: "Przerażająca była droga do tych cel; kilkanaście wielkich okratowanych drzwi zamykało się za idącymi, zanim nie trafili na mokre sienniki, bo wody było po kostki. Tak przesiedzieliśmy do rana".
    Żaden z uwięzionych nie zdawał sobie sprawy, że był to dopiero początek. Wkrótce otrzymali pismo, informujące o zwolnieniu ich z pracy z dniem 31 maja 1940 r. Widnieje na nim podpis inspektora szkolnego na m.st. Warszawę, dr Teofila Szczerby. Rodziny nauczycieli dostały polecenie opuszczenia służbowych mieszkań.
    Przez cały okres przebywania na Pawiaku nie byli wzywani do gmachu Gestapo przy ulicy Szucha. Fakt świętowania 3 Maja, mimo zakazu władz, nie podlegał dyskusji. Od rodzin, nauczycieli i woźnych szkolnych dostawali grypsy, a przede wszystkim produkty żywnościowe - tłuszcz, cebulę, czekoladę. Wszystko dzięki pomocy polskich pracowników kuchni i szpitala więziennego.
    Wacław Płużański trafił na Pawiak już kolejny raz. Wcześniej Niemcy aresztowali go jako zakładnika na okres przyjazdu Hitlera do Warszawy. Inni nauczyciele-więźniowie przychodzili do niego z pytaniami - co Niemcy z nami zrobią? Jak potraktują nasze rodziny? Czy można przeżyć więzienie? 16 maja 1940 r. Wacław Płużański zmarł w więziennym szpitalu na serce. Dzięki staraniom rodziny Niemcy wydali jego zwłoki. Został pochowany na Powązkach.
    Pozostałych kierowników szkół osadzono na oddziale czwartym i piątym. Aby zapomnieć o więziennej rzeczywistości, opowiadali sobie przeczytane ostatnio książki, dzielili się wrażeniami z wyjazdów zagranicznych i wspomnieniami z działalności politycznej. Włączyli się również w konspirację. Dzięki ich kontaktom ze światem zewnętrznym inni towarzysze niedoli dowiadywali się o przebiegu śledztwa, losach najbliższych.

    POCZĄTEK TAJNEGO NAUCZANIA

    Nauczyciele nie przebywali na Pawiaku długo, gdyż więzienie to było tylko przystankiem przejściowym. Stanisław Zawadzki pisze: "We wtorek, 21 września 1940 roku, zostaliśmy zgrupowani na placu. Podjeżdżały ciężarowe auta, kryte plandekami. Na rampie kolejowej zostaliśmy załadowali do towarowych wagonów". Wagony jechały do Oświęcimia. W obozie nauczyciele postawili sobie trzy cele: walczyć z deprawacją i utrzymać ludzką godność; ból przeradzać w nadzieję, zgodnie ze stwierdzeniem Wergiliusza w "Eneidzie", że życie jest większą powinnością niż śmierć i wymaga nie mniejszej odwagi niż śmierć; nie zapomnieć, że Ojczyzna jest w niewoli i nawet w szczególnych warunkach obozowych walczyć o Jej niepodległość.
    Stanisław Zawadzki: "Hitlerowcy byli przekonani, że takie posunięcie sterroryzuje nauczycieli warszawskich spoza murów więziennych i obozów koncentracyjnych - tymczasem nasze wywiezienie do Oświęcimia zapoczątkowało tajne nauczanie".

    NAJGORZEJ BYŁO W WIGILIĘ

    W obozie Stanisław Zawadzki współorganizował ruch oporu wśród nauczycieli, pod nazwą Tajna Organizacja Nauczycielska. Jej zadaniem było niesienie pomocy najsłabszym, kolportowanie nielegalnych biuletynów o walce z okupantem w kraju i sytuacji na froncie. W marcu 1943 r. Zawadzki został przewieziony do obozu w Buchenwaldzie, gdzie działał w sabotażu. Prócz Stanisława Zawadzkiego, Oświęcim przeżył również Ludwik Rajewski, kierownik prywatnej szkoły powszechnej przy Brackiej 18. Pozostali nauczycieli zginęli.
    Romuald Buczowski (nauczyciel przyrody, od 1933 r. i w czasie wojny kierownik prywatnej szkoły powszechnej przy Smolnej 30) w obozowej konspiracji też był bardzo aktywny - zaopatrywał innych w odzież i żywność, pisał korespondencję w języku niemieckim, którą koledzy wysyłali do domów. Do dziś Barbara Buczowska przechowuje dwa listy od ojca, z marca i maja 1941 r. Na obozowych blankietach znalazły się takie dane więźnia, jak: narodowość (Pole), nazwisko, data urodzenia - 7.02.1902, numer więzienny - 4401. Obok dodatkowe informacje: Block 10, Stube 3, KL Auschwitz, Postamt II. To kolejny dowód na niemiecką skrupulatność.
    Stanisław Zawadzki zanotował: "Najboleśniejszym dla nas dniem w obozie (w pierwszym roku pobytu) był dzień wigilijny. Każdy zaszył się w zakamarku bloku, by samemu przeżyć porę wieczerzy wigilijnej. Po pewnym czasie zacząłem szukać Romka i znalazłem go, jak w sposób nieopanowany szlochał. Urywanymi wyrazami powiedział: »Jakie to straszne... Moje trzy Marysie (matka, żona i jedna z córek), uwielbiana Basia (druga córka) i ten synek, taki jeszcze mały... Wszyscy beze mnie, bez mej opieki i pomocy, wtedy, gdy tego najbardziej potrzebują, a ja tu, tak całkowicie bezsilny!«".
    Romuald Buczowski zakazał rodzinie, aby starała się o wyciągnięcie go z obozu. Zimą 1940/41 doznał poważnego odmrożenia nóg. Został rozstrzelany 22 sierpnia 1941 r. razem z grupą innych rekonwalescentów. Na akcie zgonu, wystawionym przez obozową kancelarię, zachowała się adnotacja: godzina 3 minut 15. Wkrótce koledzy znaleźli w magazynie pasiak więzienny z numerem 4401.

    POLSKIE OFIARY OŚWIĘCIMIA

    W oświęcimskim obozie na serce zmarli: Stanisław Boczar i Stefan Nowiński. Po pogryzieniu przez esesmańskie psy wykrwawił się na śmierć Stanisław Dobrowolski. Kazimierz Mamczar, mimo pomocy kolegów, zmarł z głodu. Wszyscy odeszli dlatego, że w 1940 roku odważyli się upamiętnić narodowe święto 3 Maja.
    Dziś Barbara Buczowska-Błędowska i Jolanta Zawadzka-Kolczyńska, córka Stanisława Zawadzkiego, działają w warszawskim oddziale Chrześcijańskiego Stowarzyszenia Rodzin Oświęcimskich, powstałego z inicjatywy byłych polskich więźniów KL Auschwitz-Birkenau. Stowarzyszenie, które skupia kilkaset osób - prócz więźniów, ich rodziny oraz ludzi zainteresowanych problematyką Auschwitz, powstało 14 czerwca 1998 r., w rocznicę przywiezienia do obozu pierwszego transportu Polaków. 14 czerwca 1940 r. do nowo utworzonego obozu koncentracyjnego Auschwitz przybył transport 728 więźniów politycznych z więzienia w Tarnowie. Byli to głównie młodzi ludzie, członkowie podziemnych organizacji niepodległościowych, żołnierze kampanii wrześniowej 1939 r., których aresztowano, gdy próbowali przedrzeć się na Węgry, a stamtąd do Francji, by wstąpić do powstającej tam armii polskiej.
    Celem Chrześcijańskiego Stowarzyszenia Rodzin Oświęcimskich jest przechowanie pamięci o wszystkich ofiarach KL Auschwitz - także Żydach, których - według ostatnich wiarygodnych badań - zginęło tu około miliona, i innych narodowościach. Stowarzyszenie czuwa, aby historia obozu nie była fałszowana, aby prawda o tej wielkiej hitlerowskiej fabryce śmierci była przekazywana rzetelnie. Przede wszystkim, aby nie zapomniano, że tereny byłego KL Auschwitz-Birkenau to największe polskie cmentarzysko z czasów II wojny światowej. Oto garść faktów: obóz powstał z myślą o eksterminacji Polaków; pierwsze transporty były wyłącznie polskie; to Polaków zmuszano do budowy baraków; przez długie miesiące Polacy byli jedynymi więźniami (wytł. ASME) - potworny Holokaust Żydów miał miejsce później; do obozu deportowano w sumie około 150 tys. Polaków, a 75 tys. spośród nich zginęło. Zachowaniu pamięci o polskich ofiarach Auschwitz służą między innymi coroczne uroczystości w Oświęcimiu, odbywające się zawsze 14 czerwca.

    NA CZARNEJ LIŚCIE

    W ubiegłym roku Chrześcijańskie Stowarzyszenie Rodzin Oświęcimskich zostało laureatem VIII edycji konkursu Pro Publico Bono na najlepsze inicjatywy obywatelskie. Kapituła konkursu doceniła inicjatywę proklamowania dnia 14 czerwca Narodowym Dniem Pamięci o Ofiarach.
    Na stronie Stowarzyszenia, obok listy przyjaciół, znajduje się również druga lista - czarna. Warto przytoczyć ją w całości:
    - Aleksander Kwaśniewski, prezydent RP w latach 1995 - 2005 - za bezczynność w sprawie apeli o stanowienie Dni Pamięci oraz instrumentalne traktowanie historii KL Auschwitz;
    - prof. Andrzej Garlicki - w jego podręczniku historii dla szkół średnich, w bilansie ofiar KL Auschwitz w ogóle nie wymienia się Polaków, co jest kłamstwem oświęcimskim, bowiem Polacy, których zginęło w KL Auschwitz ok. 75 tysięcy, stanowili pod względem liczebności drugą po Żydach grupę ofiar (Polacy stanowili 37 procent wszystkich więźniów numerowanych i odgrywali szczególną rolę w obozowym ruchu oporu);
    - Posłowie i Senatorowie RP kadencji 1997 - 2001 - ChSRO zwróciło się do każdego z 560 polskich parlamentarzystów z prośbą o wsparcie projektu stworzenia archiwum audiowizualnego zawierające relacje wszystkich żyjących jeszcze byłych więźniów obozu KL Auschwitz. Na apel odpowiedziały TRZY osoby, wsparcia nie udzieliła żadna;
    - Marszałkowie Sejmu kadencji 2001 - 2005 oraz premierzy RP w latach 2001 - 2005 - za bezczynność w sprawie apeli o stanowienie Dni Pamięci;
    - Marek Siwiec, były szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego w Kancelarii Prezydenta RP, obecnie uniodeputowany z list SLD - stwierdził w imieniu Prezydenta RP, iż nie widzi potrzeby ustanawiania Dnia Pamięci o polskich ofiarach nazistowskich obozów koncentracyjnych oraz Dnia Pamięci o Holokauście;
    - Andrzej Przewoźnik, sekretarz Rady Pamięci Ochrony Walk i Męczeństwa, za brak poparcia apeli o ustanowienie Dnia Pamięci o polskich ofiarach niemieckich, nazistowskich obozów koncentracyjnych oraz Dnia Pamięci o Holokauście, a także za brak wsparcia dla organizatorów uroczystości deportacji do KL Auschwitz pierwszego transportu polskich więźniów politycznych.

    MIASTO OBOK DRUTÓW

    Dbałość o pełną prawdę o obozie i jego ofiarach to nie jedyny problem, związany z tym tragicznym miejscem. Na świecie nazwa Oświęcim kojarzy się tylko z KL Auschwitz I, a Brzezinka z KL Auschwitz II - Birkenau. Od 1988 r. (od 1996 r. - corocznie) organizowane są Marsze Żywych, ku czci ofiar Holokaustu. W ubiegłym miesiącu odbył się kolejny, w którym wzięło udział około 6 tys. młodych Żydów z całego świata i ponad 1 tys. Polaków. Na ogół przyjezdni nie wiedzą jednak, że obok drutów żyją ludzie. Że istnieje miasto Oświęcim.
    Przybywający corocznie do byłych hitlerowskich obozów turyści - ok. pół miliona - mogliby wzbogacić budżet miasta. Tak jednak nie jest. Wycieczki, głównie z Izraela, odwiedzają przede wszystkim miejsca zagłady - Auschwitz i Birkenau. Miasto omijają. W większości nie wiedzą, że przed wojną większość mieszkańców Oświęcimia stanowili Żydzi (8 tys. z całej 14-tysięcznej populacji) - i choć dziś nie ma ani już ani jednego, w mieście pamięć o ich historii przetrwała. Żydzi osiedlili się tu w XIV wieku, mieli 75 proc. kamienic. Heberfeldowie prowadzili wytwórnię wódek, Schoenker zakład przetwórstwa nawozów sztucznych. Pozostałością po żydowskiej społeczności jest stary kirkut z grobem babki rabina Besera, szefa Fundacji Laudera na Polskę.
    Pod czujnym okiem wychowawców i agentów Mossadu żydowska młodzież poznaje jednak tylko wojenny dramat swoich ojców i dziadków, żydowsko-polskiej kultury nawet nie lizną. Na oświęcimski rynek, na zakupy czy do restauracji też nie pójdą. Przeszkodą jest wpajany im w szkołach "antysemityzm Polaków". Każdy krótko obcięty młodzieniec jest od razu skinem-antysemitą. Żydowski pedagog nie powie, że uratowani z wojennej rzezi Żydzi wracali do Oświęcimia. Przyjechał nawet rabin z Bobowej, witany również przez Polaków. Żydzi dalej handlowali końmi, mieli masarnie. Czy pomijając te fakty, można budować polsko-żydowskie pojednanie?
    - Chcemy normalnie żyć - mówią mieszkańcy 45-tysięcznego Oświęcimia i pytają: - Czy miasto ma funkcjonować przy obozie, czy obóz przy mieście? Jak długo mamy żyć w cieniu drutów? Wołają: - Nie zamieniajmy miasta w wielki cmentarz!

    ZMIENIĆ NAZWĘ

    Dawny obóz Auschwitz jest tragiczną przeszłością, obecne miasto Oświęcim nie ma z tym nic wspólnego. Warto przypomnieć fakty: Oświęcim ma ponad 800 lat, obóz istniał 5 lat. Kiedyś był tu prężny ośrodek przemysłowy, dziś ludzie boją się inwestować. Kapitał ucieka, ludzie wyjeżdżają. Przez długie lata w mieście nie było infrastruktury: centrum handlowego, zaplecza turystycznego. Zakłady Chemiczne "Oświęcim", aby przetrwać, zmieniły nazwę na Firma Chemiczna "Dwory". W Radzie Miejskiej słychać było głosy, że najlepiej byłoby zmienić nazwę samego miasta.
    Co stoi na przeszkodzie rozwoju Oświęcimia? Obóz, a właściwie atmosfera wokół niego. Tworzą ją na ogół ludzie z zewnątrz, którzy nie znają miejscowych realiów. To oni krzyczą najgłośniej. Oświęcimianie mówią niewiele, aby zachować ciszę wokół obozu.
    Katastrofalną sytuację miasta i jego mieszkańców zmienił trochę rok 2000, kiedy w centrum Oświęcimia uroczyście otwarto synagogę (jedną z 12 istniejących przed wojną, należącą do towarzystwa Chewra Lomdej Misznajot; w czasie okupacji niemieckiej był tu skład amunicji, w czasie okupacji sowieckiej - magazyn dywanów). W 1998 r. budynek został przekazany przez polskie władze gminie żydowskiej z Bielska-Białej - na mocy ustawy o zwrocie mienia religijnego. Przy synagodze powstało Edukacyjne Centrum Żydowskie. Dzięki temu wycieczki zaczęły odwiedzać również miasto, co sprawiło, że nazwa Auschwitz przestała kojarzyć się wyłącznie z byłym niemieckim obozem śmierci. Do tego, aby Oświęcim stał się normalnym miastem, to jednak zdecydowanie za mało.

    ŻWIROWISKO
    I PODZIEMNY TUNEL


    Oświęcimiem co rusz wstrząsają nowe konflikty. A każdy konflikt odstrasza inwestorów i powoduje ubożenie miasta. Kilka lat temu mieszkańcy żyli w cieniu krzyży na Żwirowisku. Charakterystyczne było to, iż tzw. postępowe kręgi i związane z nimi media bombardowały opinię publiczną informacjami o "antysemicie" Kazimierzu Świtoniu, a o przyczynie sporu milczały. A był nią sprzeciw środowisk żydowskich wobec postawienia na Żwirowisku krzyża papieskiego, pamiątki po mszy świętej, jaką odprawił tu w 1979 r. w obecności 500 tys. wiernych Jan Paweł II (ogłosił wtedy beatyfikację Edyty Stein, zamordowanej w Auschwitz w bunkrze nr 2).
    Wcześniej protestowano m.in. przeciw istnieniu w pobliżu obozu klasztoru karmelitanek. Oświęcimianie byli również narażeni na antypolskie wystąpienia rabina Weissa. Sprawa Deutsche Bank, który finansował budowę obozu, była już mniej nagłaśniana. Starannie podtrzymywano kłamliwą tezę, że głównymi (jeśli nie jedynymi) antysemitami są Polacy. Pojawił się także pomysł eksterytorialności obozów Auschwitz i Birkenau, który poparł ówczesny naczelny rabin RP Pinchas Menachem Joskowicz. Proponowano, by dawne obozy "przestrzennie połączyć korytarzem", a gdyby lokalne władze nie chciały na to przystać, "rozważyć wyłączenie tego terenu spod ich jurysdykcji". Gdyby naziemny korytarz nie wypalił, oba miejsca pamięci miały być połączone podziemnym tunelem. Wtedy żydowskie wycieczki w ogóle nie miałyby, i tak ograniczonego, kontaktu z mieszkańcami. Oczywiście znowu w imię prawdy i pojednania.
    Spory, przynajmniej chwilowo, uspokoiła wizyta w obozie w maju 2006 r. papieża Benedykta XVI, który przybył tu w ramach pielgrzymki do Polski i modlił się w intencji ofiar KL Auschwitz.

    OKNA NA SZUBIENICĘ

    Pomysły oddzielenia kompleksów obozowych od miasta Oświęcim nie wzięły się całkowicie znikąd. W latach 40. Niemcy przejmowali i burzyli domy wokół KL Auschwitz. W odległej o ok. 2 kilometry Brzezince zrównali z ziemią 898 domów, a ponad 5 tys. osób wysiedlili. Na wyprowadzenie się mieli w najlepszym razie kilkadziesiąt minut.
    Jeszcze przed wojną, na terenie późniejszego niemieckiego obozu, polski rząd wybudował baraki dla sezonowych emigrantów, głównie przybyłych ze Śląska Cieszyńskiego. Potem część obiektów przejął Polski Monopol Tytoniowy i wojsko. Służył tu m.in. podporucznik Soja. W 1937 r. obok koszar wybudował trzypiętrową willę. Gdy dwa lata później do Oświęcimiu weszli Niemcy, Soja został wyrzucony i eksmitowany kilkanaście metrów dalej - do obozowego baraku. Willę zajął komendant KL Auschwitz Rudolf Höss. Soja co prawda przeżył, ale po wojnie nie chciał wracać "na swoje". Dom sprzedał ludziom, którzy żyją w nim do dziś. Ich okna wychodzą z jednej strony na wieżyczkę strażniczą, z drugiej na krematorium, przy którym w 1946 r. powieszono Hössa. Po wojnie podporucznik Soja, podobnie jak inni wysiedleni, nie dostał od państwa niemieckiego żadnego odszkodowania.
    W Państwowym Muzeum Auschwitz-Birkenau zachował się niemiecki dokument: "Teren administrowany przez komendanta i kontrolowany przez esesmanów z załogi KL Auschwitz przekraczał obszar znajdujący się w obrębie drutów. Zajmował on dodatkowo powierzchnię około 40 kilometrów kwadratowych - tak zwany Interessengebiet, strefę interesów - rozciągającą się wokół obozów Auschwitz I i Auschwitz II-Birkenau".
    Z dawną niemiecką "strefą interesów" wiąże się powojenny problem, tzw. strefy ochronnej wokół obozu - od lat największe utrapienie mieszkańców Oświęcimia, przyczyna ich protestów. Problem polskiej strefy ochronnej pojawił się już w 1946 r., kiedy obóz opuścili wszyscy więźniowie (po "wyzwoleniu" Polski NKWD przetrzymywało tu jeńców niemieckich, Ślązaków i politycznie podejrzanych). Jednak dopiero w 1957 r. ustawa sejmowa określiła powierzchnię muzeum - 191 hektarów (20 w Oświęcimiu, 171 w Brzezince). Kolejne osoby zostały przymusowo wywłaszczone. Tylko nielicznym komunistyczne władze dały rekompensaty.
    Kolejną strefę ochronną wokół obozu wyznaczono w 1979 r. Ktoś wykreślił ją za biurkiem, bez rozpoznania stanu faktycznego. Liczyła 500 metrów i w takim kształcie została wpisana, razem z byłymi obozami Auschwitz i Birkenau na listę Obiektów Światowego Dziedzictwa Kultury UNESCO. Ten obszar "ziemi niczyjej" istnieje do dziś, choć tylko na papierze.

    USTAWOWA OCHRONA

    Dziś istnienie "strefy" reguluje ustawa z maja 1999 r. o ochronie terenów byłych hitlerowskich obozów zagłady i rozporządzenie ministra spraw wewnętrznych i administracji w sprawie określenia granic Pomnika Zagłady, na którego obszarze położony jest Pomnik Męczeństwa w Oświęcimiu. Oba akty określają szczegółowo przebieg granic strefy na maksymalnie 100 metrów od byłych obozów: Auschwitz I i Auschwitz II - Birkenau. W strefie ochronnej nie wolno wznosić obiektów budowlanych, z wyjątkiem tych, które są niezbędne. Ograniczona jest wolność zgromadzeń i działalność gospodarcza.
    Od lat pojawiają się jednak pomysły zrobienia porządku w ramach tej 100-metrowej strefy - wyburzenia budynków i wysiedlenia mieszkańców. Pracę straciliby ludzie ze zlikwidowanych zakładów, powiększając rzeszę bezrobotnych Oświęcimian. Problem dotyczy około 20 tys. ludzi.
    Najgłośniejszym elementem batalii o "strefę", a w praktyce o być czy nie być mieszkańców, był spór o tzw. supermarket. Inicjator jego wybudowania - prezes spółki akcyjnej ZPUH "Maja" Janusz Marszałek, stał się obiektem niewybrednej nagonki części środowisk żydowskich i polskich. Kilka lat temu wojewoda bielski nakazał wstrzymanie prac przy wznoszeniu tzw. supermarketu, narażając spółkę na ogromne straty. Janusz Marszałek ostatecznie wygrał walkę - dostał zgodę na budowę "zespołu parkingowego" i "obiektu usługowo-handlowego" (m.in. filia banku, księgarnia, sklep z pamiątkami, punkt fotograficzny, sklep spożywczy, kawiarnia, restauracja), ale tylko w tej części należącego do niego terenu, która leży poza strefą ochronną. W końcu, przy totalnej ciszy medialnej, nastąpiło uroczyste otwarcie tego, jakże potrzebnego obiektu turystyczno-handlowego.
    Oprotestowywano też inne inicjatywy: m.in. w 2000 r. dyskotekę w miejscu byłej garbarni, w której pracowali więźniowie obozu. Protestów nie zmienił fakt, że oryginalny budynek garbarni został wyburzony, natomiast obecny wybudowano dopiero w 1952 r. Ponadto obiekt, będący prywatną własnością, jest położony ponad kilometr od obozu.

    POSZERZYĆ STREFĘ

    Drugim problemem związanym ze "strefą" są pojawiające się co jakiś czas plany jej powiększenia. Bazują one na wspomnianych już zapisach UNESCO o 500-metrowym terenie ochronnym wokół obozów. Dla mieszkańców oznaczałoby to prawdziwą katastrofę.
    Wprowadzenia takiego rozwiązania domagało się w 2001 r. m.in. Centrum Wiesenthala. Prawo Oświęcimian do normalnego życia nazywano wypowiedzeniem wojny, której celem jest kolejna zagłada, tym razem pod postacią zniszczenia pomnika światowego dziedzictwa, jakim jest były niemiecki obóz KL Auschwitz i obszar wokół niego, a ten z racji swojego statusu wymaga szczególnej ochrony. Grożono nawet zablokowaniem przyjęcia Polski do Unii Europejskiej. Wówczas rada miasta Oświęcimia prosiła o pomoc premiera Buzka.
    Problem ochrony terenu wokół KL Auschwitz powrócił w marcu br. Tym razem radni Oświęcimia zwrócili się o pomoc do premiera Kaczyńskiego. W dokumentacji UNESCO ("Plan Zarządzania dla terenów i obiektów byłego KL Auschwitz-Birkenau") istnieje bowiem nowy zapis o strefie, sięgającej do... 1000 metrów od obozowych drutów. Według samorządowców, propozycje te naruszają prawa lokalnej społeczności do godnego życia i swobodnego rozwoju społeczno-gospodarczego. Radni domagają się przestrzegania obowiązującego prawa krajowego, czyli ustawy z maja 1999 r. i konsultowania z nimi decyzji, dotyczących przecież ich miasta.
    Państwowe Muzeum Auschwitz-Birkeanu komentując sprawę, uznało, że wszelkie tego typu ekspertyzy mają jedynie charakter informacyjny, a nie wiążący pod względem prawnym, i podlega szerokiej konsultacji również z władzami i samorządem Oświęcimia. Muzeum podkreśliło również, że wokół muzeum nie istnieje żadna inna strefa ochronna, prócz tej, którą określiła ustawa z maja 1999 r., nie przekraczająca 100 metrów.

    DOBROWOLNIE DO AUSCHWITZ

    W obrębie 100-metrowego obszaru wokół obozu, prócz "supermarketu", znajdują się m.in.: jednostka wojskowa i powstała w latach 70. baza PKS (w miejscu dawnej obozowej rzeźni, gdzie odbyła się pierwsza egzekucja 40 Polaków w listopadzie 1940 r.). Tuż obok jednostki stoją bloki osiedla im. rotmistrza Witolda Pileckiego, dobrowolnego więźnia obozu. Postawione w czasie wojny, budynki miały połączyć KL Auschwitz z Birkenau. Plany spełzły jednak na niczym i Niemcy przeznaczyli je na warsztaty.
    Witold Pilecki, który z myślą o wyzwoleniu obozu, zorganizował w nim siatkę konspiracyjną, pod nazwą Związku Organizacji Wojskowych, już po ucieczce z Auschwitz, w swoim raporcie pod datą 21 września 1940 r. napisał: "Około 10 wieczór (godzina 22.00) pociąg się zatrzymał w jakimś miejscu (...) Słychać było krzyki, wrzask, otwieranie wagonów, ujadanie psów. To miejsce we wspomnieniach moich nazwałbym momentem, w którym kończyłem ze wszystkim, co było dotychczas na ziemi i zacząłem coś, co było chyba gdzieś poza nią. (...) Zbliżaliśmy się do bramy, umieszczonej w ogrodzeniu drutów, na której widniał napis »Arbeit macht frei«. Później dopiero nauczyliśmy się go dobrze rozumieć". W tej niemieckiej fabryce śmierci przeżył 2,5 roku. Jego raporty, wysłane z Auschwitz do Londynu, alarmujące, że obóz jest wielkim kombinatem zagłady, zarówno w Anglii jak i Ameryce uważano za grubo przesadzone.
    Jego niebywałe czyny zapewniły mu uznanie również na Zachodzie - wliczono go w poczet najodważniejszych ludzi świata. W powojennej Polsce komuniści potraktowali go nie jako bohatera, lecz zdrajcę i konfidenta Gestapo. W kwietniu 1947 r. został aresztowany przez UB. Po śledztwie, prowadzonym przez Różańskiego, podczas pokazowego procesu dostał karę śmierci. Jego dobrowolnie pójście do Oświęcimia okazało się argumentem przeciw oskarżonemu. Według obowiązującej wersji to nie Pilecki, ale Józef Cyrankiewicz był organizatorem podziemia w obozie. Jeszcze w latach 90. jako taki, były PRL-owski premier wyzierał z muzealnej gabloty. O Pileckim nie było ani słowa. Spór - czy Cyrankiewicz przyłożył rękę do śmierci Pileckiego, trwa do dziś. Jedno można powiedzieć na pewno - towarzyszowi obozowej niedoli nie pomógł. Bohater walki o wolną Polskę przez komunistów został uznany za zdrajcę. Witold Pilecki został stracony w więzieniu mokotowskim 25 maja 1948 r. Spoczywa prawdopodobnie na cmentarzu służewieckim w Warszawie.

    CHROŃMY PAMIĘĆ

    Bohaterska postawa rotmistrza Pileckiego powinna dać do myślenia wszystkim tym, którzy po dziś dzień mają czelność mówić i pisać kłamstwa o "polskich nazistach" oraz "polskich obozach koncentracyjnych". Te skandaliczne wypowiedzi wpisują się również w od lat powtarzane nieprawdy, że Auschwitz jest wyłącznie miejscem Holokaustu Żydów, a w dalszej kolejności zagłady Romów. Jeśli w ogóle wspomina się o mordowaniu Polaków, to polskie ofiary są wrzucane do wspólnego kotła, określanego terminem "inne narodowości". Oszczerstwa te powracają ze wzmożoną siłą przy okazji kolejnych rocznic wyzwolenia obozu, które nastąpiło 27 stycznia 1945 r.
    Twierdzenia o "polskich obozach koncentracyjnych" nie tylko przeczą faktom, ale przede wszystkim obrażają pamięć o więźniach, w tym o kierownikach warszawskich szkół i dobrowolnym więźniu Auschwitz - Witoldzie Pileckim.
    Szczęśliwie na takie kalumnie zaczęły reagować - po latach milczenia - polskie władze. Na przełomie roku 2004 i 2005, w okresie przygotowań do 60. rocznicy wyzwolenia Auschwitz, rozpoczęto w Polsce społeczno-rządową akcję przeciwko fałszowaniu historii o sprawcach zbrodni w nazistowskich obozach, a wiosną 2006 r. - kampanię na rzecz zmiany przez UNESCO oficjalnej nazwy obozu na "Były Niemiecki Nazistowski Obóz Koncentracyjny Auschwitz-Birkenau". W odkłamywanie historii włączyły się również polskie media, zastępując używane do tej pory określenie obóz w Oświęcimiu, nazwą KL Auschwitz.
    Niestety, prócz pozytywnych działań, ciągle pojawiają się nowe problemy, jak ostatni, niezakończony jeszcze polsko-rosyjski konflikt o wystawę na terenie Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau. Rosyjskie media podniosły larum, że Polacy zamknęli rosyjską ekspozycję (takie narodowe wystawy, przygotowane przez kraje okupowane przez hitlerowców w czasie II wojny światowej, których obywatele byli deportowani do obozu, istnieją w muzeum od 1960 r.). To kolejne kłamstwo oświęcimskie. Muzeum nie zamknęło bowiem wystawy. W 2003 r. dotychczasowa ekspozycja została po prostu zdemontowana, gdyż strona rosyjska postanowiła ją zmienić. Słuszne zastrzeżenia strony polskiej wywołało przedstawianie ludności wschodnich terenów II Rzeczypospolitej oraz państw bałtyckich i części Rumunii, jako obywateli ZSRR.
    Tak - do dziś - gra się historią, a przede wszystkim tragedią ofiar. Aby tego typu kłamstwom zapobiegać, musimy chronić nie tyle teren byłego niemieckiego obozu KL Auschwitz-Birkenau, bo temu nikt i nic nie zagraża, ale przede wszystkim - pamięć, jak czyni to Chrześcijańskie Stowarzyszenie Rodzin Oświęcimskich.

    TADEUSZ M. PŁUŻAŃSKI

    Publicystyka Tadeusza M. Płużańskiego na ASME.



    Wybory na Podlasiu - klip wyborczy TV ASME dla KW UPR
    Wysłane wtorek, 8, maja 2007 przez Krzysztof Pawlak

    Wybory uzupełniające do sejmiku wojewódzkiego na Podlasiu

    Prezentujemy Państwu klip wyborczy wyprodukowany przez TV ASME na potrzeby Komitetu Wyborczego UPR w wyborach uzupełniających na Podlasiu, które będą odbywały się w przyszłym tygodniu.

    Nagranie trwa prawie 2 minuty.




    VAT od jałmużny - Janusz Baczyński Wysłane poniedziałek, 7, maja 2007 przez Janusz Baczyński


    VAT od jałmużny


    Od pieniędzy przekazanych na cele charytatywne za pośrednictwem operatorów sieci telekomunikacyjnych płacimy 22% VAT

         Fiskus zarabia miliony na dobroczynności - cytuje w przeglądzie prasy Wirtualna Polska "Gazetę Prawną":

    http://wiadomosci.wp.pl/kat,9919,wid,8846621,wiadomosc.html

    Jeżeli za pomocą SMS-a darczyńca chce przekazać fundacji lub stowarzyszeniu 10 zł, urzędowi skarbowemu musi oddać dodatkowe 2,2 zł. Ministerstwo Finansów twierdzi, że przepisów nie zmieni. Tłumaczy, że zwolnienie charytatywnych SMS-ów z VAT jest niemożliwe.


    W mojej opinii żadne zmiany prawa nie są potrzebne - potrzebne jest tylko odpowiednie księgowanie przepływów pieniężnych przez operatorów telekomunikacyjnych. Jeśli operatorzy telekomunikacyjni nie wiedzą jak to robić to niech się dowiedzą jak to robią banki, poczty, firmy przekazujące pieniądze. Codziennie te instytucje realizują miliony przelewów i przekazów w tym i te na konta instytucji charytatywnych a nie płacą VAT od przekazywanej kwoty tylko od opłaty jaką pobierają.

    Janusz Baczyński

    Poboczne cele demokracji - Krzysztof Mazur Wysłane piątek, 4, maja 2007 przez Krzysztof Pawlak

    Przeglądając artykuły prasowe i opinie różnych polityków dotyczące osoby niedawno zmarłego Borysa Jelcyna, wydaje się dziwne, że polski sejm nie uczcił pamięci byłego prezydenta Rosji minutą milczenia, wszak z różnych wspominków wynikało, że był to człowiek o wiele bardziej zasłużony dla naszej ojczyzny niż np. śp. ministerka Blidowa. Z tzw. pism mainstreamowych jedynie "Rz" udało się zasugerować, że Jelcyn oddał władzę Putinowi pod warunkiem gwarancji bezkarności dla siebie i swoich znajomych (chodziło głównie o przekręty gospodarcze dokonane w okresie rosyjskiej transformacji), podano również, że drugie wyborcze zwycięstwo Jelcyna odbyło się w wyniku - delikatnie mówiąc - nieprawidłowości z liczeniem oddanych głosów. Czyż może być większa "zbrodnia na demokracji" niż wyborcze oszustwo dokonane za pomocą oddanego do własnej dyspozycji aparatu przymusu i jego instytucji? Ano okazuje się, że wszystko zależy od tego kto i kogo oszukuje i kto na tym oszustwie zyskuje. Gdy dajmy na to zdecydowaną większością głosów demokratyczne wybory wygrywa Łukaszenka, to jest to niechybny dowód na polityczne prześladowania i brak swobód demokratycznych, gdy "demokratyczny" Jelcyn umożliwiający ustrojową transformację wg planu różnych Niemcowów i Bierezowskich fałszuje wybory, to jest to desperacki czyn chroniący nas przed recydywą komunistów Ziuganowa.
    Taka wybiórcza demokracja jest zresztą typowa dla współczesnego świata. Oto w ostatnich dniach media doniosły o groźbie kolejnego przewrotu wojskowego w Turcji, było nie było - ważnego sojusznika w NATO oraz pretendenta do Unii Europejskiej. W Turcji rządzą bowiem islamiści, którym nie udało się jednakże obsadzić jeszcze jednego stołka, a mianowicie: poza ich kontrolą pozostaje urząd prezydenta. Powstała jednakże realna szansa na odwojowanie i tego stanowiska, na co natychmiast na ulice "spontanicznie" wylegli obrońcy laickości republiki, a popierający ich wojskowi zapowiadają powtórzenie numeru sprzed dziesięciu lat, kiedy obalili i zdelegalizowali rządzącą islamską partię premiera Erbakana. A wszystko dlatego, że jak ogłosili generałowie - armia jest stroną w sporze jako... "obrońca sekularyzmu".
    Podobna sytuacja miała miejsce w latach 1990-91 w Algierii, która po wybiciu się na niepodległość była typową "demokracją ludową", w ramach której prawo legalnego funkcjonowania miała tylko jedna partia - socjalistyczny Front Wyzwolenia Narodowego. Ale w 1989 r. na mocy ustaleń tamtejszego "okrągłego stołu" ogłoszono nową konstytucję i rozpisano w pełni wolne wybory demokratyczne, które bezapelacyjnie wygrał - najpierw lokalnie, a później na szczeblu krajowym - Islamski Front Ocalenia. Było to zresztą dość oczywiste w kraju, w którym islam pozostaje oficjalną religią 99 proc. mieszkańców.
    Takiej demokracji było jednak za wiele dla zwolenników państwa laickiego, którzy przy pomocy armii unieważnili wspomniane wybory, a zwycięską w demokratycznych wyborach partię rozwiązali i zdelegalizowali. Nie spotkała ich za to kara ze strony państw miłujących demokrację, podobnie jak wizerunkowi Turcji specjalnie nie szkodzą kolejne przewroty w imię laickości republiki, jak i wreszcie Jelcyn nie doczekał się krytyki za dokładanie kartek do urn wyborczych, co jak wiadomo - zaszkodziło już np. prezydentowi Kuczmie. Widać więc, że wprawdzie oficjalnym bóstwem nadal jest demokracja, aczkolwiek nieoficjalnie panuje rodzaj demokratycznego synkretyzmu. Wszystko zależy od kontekstu i tego, czemu służy naruszanie demokratycznych zasad. Gdy "zawieszanie" demokracji odbywa się w imię laickości i obrony sekularyzmu - to wszystko jest w najlepszym porządku i żaden poseł PE nie będzie protestował przeciw faszystowsko-ksenofobicznej dyktaturze. Co innego gdy jakaś regionalna grupa trzymająca władzę zamiast podzielić się konfiturami z trockistowską międzynarodówką, wszystko chciałaby zatrzymać dla siebie (vide Ukraina za prezydentury Kuczmy), wtedy natychmiast znajdują się fundusze na pomarańczowe flagi, namioty i kotły z gorącą grochówką.
    Oczywiście powyższe spostrzeżenia nie pozostają bez związku z naszą, polską rzeczywistością, gdzie również króluje polityczny relatywizm. Symbolem tego jest świecąca coraz jaśniej gwiazda Przemysława Gosiewskiego, który był niedawno uczestnikiem m.in. programu "Młodzież kontra..." i z tej okazji został dotknięty niewygodnym pytaniem młodego zwolennika UPR. Ów zwolennik wolnego rynku zapytał ministra o przyczyny opóźnienia w reformowaniu gospodarki, a szczególnie o przyczynę, dla której Polska nie wzoruje się w tym względzie chociażby na swoich sąsiadach czy takich krajach dawnych demoludów jak np. Estonia. Nasza rządowa gwiazda i wicepremier in spe woluntarystycznie odparła, że PKB Estonii jest na poziomie PKB Warszawy i stąd w domyśle komentowanie rozwiązań stosowanych w takich państewkach jest niepotrzebną stratą czasu. Mali są podobno również wyjątkowo złośliwi i chyba tylko tym można wytłumaczyć taką zawziętość Estończyków w likwidowaniu pomników komunizmu, co innego taki Goliat jak Polska, tutaj i Jaruzelskiemu włos z głowy nie spadnie i Geremek w geście łaskawości marszałka Dorna może zachować mandat. Co innego gdyby oświadczenia nie wypełnił Marek Jurek lub podobny jemu fundamentalista. W takim wypadku nawet deputowany Cohn-Bendit pierwszy głosowałby za skróceniem demokratycznego umocowania. Piszę to w sytuacji, gdy większość krytykuje byłego już marszałka Jurka za polityczne krótkowidztwo, egoizm, sprzyjanie lewicy i temu podobne przywary. Nawet konserwatywny poseł Górski na swojej stronie internetowej porównał Marka Jurka do Henryka V, który uparcie sprzeciwiając się republikańskiej fladze, zaprzepaścił szanse restauracji monarchii. Ale jakoś nikt nie zadaje sobie pytania, dlaczego druga strona tak bardzo upierała się przy swoich racjach, skoro według jaśnie oświeconych racjonalistów były to sprawy drugo-, a nawet trzeciorzędne. Ano pewnie dlatego, że jak mawiał pewien emerytowany oficer wywiadu: są cele zasadnicze i poboczne, z tym, że należy pamiętać, iż zawsze cele poboczne są celami zasadniczymi.

    Krzysztof Mazur

    Publicystyka Krzysztofa Mazura na ASME