maja 22, 2007 - czerwca 5, 2007


Niech rozkwita sto kwiatów do 2009 roku i Dzień Konfidenta się świętuje - Stanisław Michalkiewicz o rocznicy 4 czerwca 1992 obalenia rządu Jana Olszewskiego
Wysłane wtorek, 5, czerwca 2007 przez Krzysztof Pawlak

"Dzisiaj mija 15 lat od 4 czerwca 1992 roku, kiedy został obalony rząd premiera Jana Olszewskiego, który wykonywał uchwałę lustracyjną. Ten dzień powinien zostać uchwalony Dniem Konfidenta i pewnie zostanie tak ustanowiony, ale jeszcze nie teraz, tylko wtedy, gdy do władzy dojdzie Lewica i Demokraci, których szefem Rady Programowej został Aleksander Kwaśniewski »po naradzie z żoną«. Ta żona to musi być jakieś ciało zbiorowe, bo pan Kwaśniewski naradzał się po prostu z razwiedką" - mówi Stanisław Michalkiewicz, nasz stały komentator teatru politycznego sceny "polskiego regionu UE".

Towarzysz Kwaśniewski ma spore doświadczenie polityczne, w odróżnieniu od tow. Olejniczaka, pierwszego genseka SLD obecnie, i wie, jak się składa pocałunek Almanzora, i wczoraj taki złożył na ustach Platformy Obywatelskiej, składając bardzo przyjazne gesty pod jej adresem, uznając w ten sposób Platformę jeśli nie za sojusznika, to przynajmniej poputczika LiD, co jednak stawia tę w bardzo kłopotliwej sytuacji. Choć wydaje się, że zarówno nasza razwiedka, jak i niemiecka zdecydowały się grać na "kilku fortepianach" - i dopiero w 2009 roku "zdecyduje się", u progu kampanii wyborczej, komu przypadnie rola na podpisanie "konstytucji unioeuropejskiej", przypieczętowującej kres Rzeczypospolitej Polskiej.
Jednak widoku Janusza Onyszkiewicza przymilającego się do tow. Kwaśniewskiego nikt przyjemności nie odbierze, i w ten sposób "histeryczny kompromis" "Żydów" i "Chamów" stał się faktem, więc wracamy, proszę Państwa - do lat 40. ub. wieku! Z jednej strony - "żydokomuna", z drugiej - też stalinowskie i "najlepsze" etnicznie życiorysy...

Nagranie trwa ponad 4 minuty, jest dostępne w Sieci do 19 VI 2007 r. W Klubie TV ASME - wersja o dobrej jakości.




Wokół zmian w ordynacji wyborczej - Krzysztof Mazur Wysłane poniedziałek, 4, czerwca 2007 przez Krzysztof Pawlak

Z różnych przecieków publikowanych przez media wynika, że na linii PiS-LPR prowadzone są rozmowy dotyczące zmiany ordynacji wyborczej do sejmu, które pozwoliłyby nie tylko na tworzenie w wyborach do parlamentu bloków wyborczych, ale i obniżałyby próg wyborczy z 5 do 3 proc. dla partii uczestniczących w bloku, który przekroczyłby próg ośmioprocentowy.

Niezależnie od oceny tego pomysłu jedno jest pewne: system wyboru reprezentacji parlamentarnej ustanowiony w 1993 r. nie jest zgodny ani z zasadami demokracji, ani nie zapewnia skutecznej większości rządowej, o czym świadczą ciągłe targi koalicyjne oraz dwukrotne w ciągu kilku miesięcy wybory do sejmiku województwa podlaskiego. Właśnie na Podlasiu doszło po ostatnich wyborach do kolacji PiS-u z PSL, które w wyborach startowało w bloku m.in. z PO, czyli główną rywalką PiS-u, przy czym na krajowej scenie parlamentarnej partia Pawlaka "robi" za ostrą opozycję, co jest nawet historycznie uzasadnione, biorąc pod uwagę wkład PSL-u w budowanie III RP i rolę "pierwszego strażaka RP" podczas "nocnej zmiany"
Liderzy PiS oficjalnie zapowiadają rozpatrzenie propozycji LPR w sprawie obniżenia progu wyborczego, ale każdy kierujący się zdrowym rozsądkiem wie, że jest to gra na czas, bo póki co PiS najbardziej odpowiada sytuacja, gdy różne partie blokując swoje listy i nie przekraczając progu wyborczego, oddają swoje głosy na partię największą. W przypadku gdy jakaś partia nie uczestniczy w bloku i nie przekracza progu wyborczego, też teoretycznie oddaje swoje głosy na inne partie, ale w tym wypadku już bez wskazania na kogo, dlatego też najbardziej korzystają na tym partie o największym poparciu. Można oczekiwać, że w przypadku utrzymywania się wysokich notowań partii rządzącej i niskich notowań jej ewentualnych koalicjantów, liderzy PiS wcale nie będą bardzo zainteresowani w obniżeniu progu wyborczego, co najwyżej zgodzą się na wprowadzenie blokowania list do ordynacji parlamentarnej.
Obniżenie progu będzie możliwe w sytuacji spadku sondażowego poparcia i to nie w celu dogodzenia tzw. przystawkom, ale w celu większego zróżnicowania politycznej konkurencji - wszak druga strona politycznej sceny też nie jest politycznie jednorodna.
Jak widać, tworzeniu prawa wyborczego towarzyszy cały czas wyszukiwanie mechanizmów preferujących określone ugrupowania, co ma niewiele wspólnego z oficjalnie głoszonymi zasadami "demokratycznego państwa prawnego". Obok wykluczających skutków tzw. progu wyborczego sami liderzy ugrupowań parlamentarnych oficjalne przyznają, że istniejący system dotowania i subwencjonowania partii preferuje te partie lub polityków, którzy już zaistnieli na scenie politycznej. Z kolei poruszane w tym zakresie tematy wskazują, że daleko do zmian mogących faktycznie zmienić na lepsze instytucje ustrojowe. Widać też, że we wspomnianej debacie brakuje pewnej koniecznej logiki, gdyż konstrukcja każdego systemu powinna określać cel, który dane rozwiązanie pozwala przybliżyć oraz zawsze występujące warunki ograniczające. Jeżeli uznać, że właściwym jest obecny system, w którym władza wykonawcza jest podzielona pomiędzy premiera i prezydenta, ponadto funkcjonowanie rządu jest uzależnione od uzyskania większości parlamentarnej, to ordynacją umożliwiającą wyłonienie tzw. stabilnej większości jest ordynacja większościowa. Przy czym - być może narażę się tutaj zwolennikom JOW - przy relatywnie niewielkich okręgach wyborczych w Polsce, dobrym rozwiązaniem byłby system większościowy w okręgach wielomandatowych, w którym to systemie faktycznego blokowania list (a właściwie osób) dokonywałby sam wyborca, a nie komitety wyborcze.
Jednakże każdy kto trochę uważniej obserwuje praktykę rządzenia oraz procesy legislacyjne decydujące o naszym codziennym życiu, zdaje sobie sprawę, że stabilność rządu czy trwanie parlamentu wcale nie gwarantuje jakości. Z kolei zróżnicowanie polskiej sceny politycznej od wielu lat sprowadza się do przedstawicieli różnych nurtów socjalizmu, a etykietowanie odbywa się na podstawie stosunku do przeszłości. Od kilkunastu lat nie ma sejmie nikogo, kto miałby przekonanie i odwagę podważyć sens rozwijanych etatystycznych eksperymentów, podważyć istotę ubezpieczeń społecznych, państwowej służby zdrowia, antykonkurencyjnego prawa gospodarczego, idiotycznego prawa podatkowego etc. Ustrojowa debata jest prowadzona na tej samej zasadzie, na której z publicznego dyskursu eliminuje się niektóre osoby i tematy. Takiemu zmonopolizowaniu polityki mogłaby zapobiec ordynacja proporcjonalna bez wysokich progów, co najwyżej uzależniająca uwzględnienie danego komitetu przy podziale manadatów pod warunkiem uzyskania poparcia równoważnego uzyskaniu wymaganej do jego zarejestrowania liczby podpisów z poparciem. Z kolei skuteczność rządzenia wymagałaby równoległej zmiany modelu wykonywania władzy, czyli wprowadzenia modelu prezydenckiego, w którym rząd nie byłby w sensie swego istnienia uzależniony od sejmu, ale jednocześnie ośrodek władzy wykonawczej zostałby wyraźnie oddzielony od władzy wykonawczej.
Plusów takiego rozwiązania jest dość dużo, przynajmniej w porównaniu do obecnego systemu, w którym brak jakiejkolwiek dyskusji merytorycznej, a obok rozbudowanej kancelarii premiera równolegle funkcjonuje kilkusetosobowa kancelaria prezydenta, która nawet nie potrafiła przygotować porządnej ustawy lustracyjnej. W każdym razie wszystkim, którzy tryskają pomysłami na doraźne załatwienie swych doraźnych problemów, warto przypomnieć, iż już starożytni uczyli, że "cokolwiek czynisz, czyń roztropnie i patrz końca", przy czym nie o koniec własnego partyjnego nosa w tym wypadku chodziłoby, a o skutki tak ustanowionych rozwiązań.

Krzysztof Mazur

Publicystyka Krzysztofa Mazura na ASME


Skąd wzięły się wolty byłych antylustratorów, żądających obecnie pełnej lustracji - Janusz Korwin-Mikke o mechanizmach władzy Wysłane poniedziałek, 4, czerwca 2007 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |







Skąd wzięły się wolty byłych antylustratorów, żądających obecnie pełnej lustracji - Janusz Korwin-Mikke o mechanizmach władzy
Wysłane poniedziałek, 4, czerwca 2007 przez Krzysztof Pawlak

"Od dawna obserwuję zdziwienie ludzi, dlaczego właściwie grono zawziętych lustratorów typu Adam Michnik, nagle chce pełnej lustracji, choć to nie On zaczął się pierwszy tego domagać? Otóż sprawa jest bardzo prosta. Na czym polegały do niedawna wpływy niejakiego Adama M.? Łaził sobie w podartych dżinsach, coś tam mówił, jest tylko naczelnym redaktorem »Gazety Wyborczej« i to nie sprawującym władzy - a tu - taka to była potęga jeszcze do dwóch lat temu, człowiek-instytucja ważniejsza niż niejedna partia polityczna. Dlaczego tak się działo? Otóż Adam M. wraz z trzema kolegami: panem Ajnenkielem, Holzerem i Krollem weszli sobie do archiwum SB-ecji w pierwszych chwilach po 1989 roku i »przeglądali« teczki. Adam M. notował sobie wszystko - i... miał haki na wszystkie ważne osoby w kraju. Zgorzkniał od tego, stał się śledziennikiem i mając tę wiedzę, zapewne obdzwaniał tych ludzi i »skutecznie im tłumaczył«, co jest dobre »dla Polski«. Ale teraz PiS dobrało się nie tylko do tajemnic SB, ale także do czegoś lepszego - do akt WSI!" - Janusz Korwin-Mikke wyjaśnia mechanizmy "władzy", które obowiązują cały czas w naszym "regionie polskim UE".

PiS będzie wyciągało nie wszystkie teczki, tylko te, które są im wygodne. Stąd krzyk rozpaczy Adama M.

Nagranie trwa ponad 4 minuty i jest dostępne w Sieci do 18 VI 2007 r. W Klubie TV ASME - wersja o dobrej jakości.




TAK w Rumunii, a JAK w Polsce? - prof. Jerzy Przystawa Wysłane poniedziałek, 4, czerwca 2007 przez Krzysztof Pawlak

W czwartek, 19 kwietnia 2007, po pięciogodzinnej debacie, na wspólnym posiedzeniu Izby Deputowanych i Senatu, stosunkiem głosów 332 do 108, przy 10 głosach wstrzymujących się, parlament rumuński zawiesił prezydenta Traiana Basescu w pełnieniu obowiązków głowy państwa. Głównymi zarzutami były: naruszanie konstytucji, wchodzenie w kompetencje rządu, zapędy dyktatorskie na wzór Aleksandra Łukaszenki. Na czele koalicji antyprezydenckiej stanął szef rządu, premier Calin Popescu Tariceanu. Prezydent musiał wyprowadzić się z pałacu i przenieść do wynajętej ad hoc willi w centrum Bukaresztu. Jego obowiązki przejął marszałek Senatu Nicolae Vacaroiu. Zgodnie z konstytucją na dzień 19 maja wyznaczono referendum, w którym obywatele mieli zatwierdzić bądź odrzucić decyzję parlamentu.

Miesiąc przed referendum upłynął w atmosferze masowych demonstracji i kontrdemonstracji, zarówno w Rumunii, jak i wielu krajach świata, w których mieszkają i pracują Rumuni. Wielotysięczne tłumy Rumunów wyszły na ulice Rzymu, Paryża, Londynu, Dublina, Hamburga, Monachium, Bonn, Montrealu, Berlina. Oczywiście jeszcze większe tłumy wystąpiły w obronie swego prezydenta na ulicach miast rumuńskich: Bukaresztu, Iasi, Craiova i innych. 30 tysięcy demonstrantów w trzystutysięcznym mieście robi wrażenie. Rumunia znalazła się na czołówkach europejskich gazet i mediów (no, może z wyjątkiem Polski, gdzie jakoś to specjalnie nikogo nie zainteresowało!). Dla gazet takich jak np. londyński "The Times" były to wiadomości sensacyjne. Duży tekst Rogera Boyersa w "The Times" z 15 maja , zaczynał się tak:
"Wyobraźcie sobie coś takiego: oto premier dużego europejskiego państwa, członka Unii Europejskiej, podczas telewizyjnego czatu ostro atakuje głowę państwa. Telefon zostaje udostępniony telewidzom i jako pierwszy zgłasza się... oburzony prezydent, który siedząc na kanapie w wynajętym mieszkaniu, nie przebierając specjalnie w słowach, ruga swojego premiera".
Dziennikarz dalej określa tę sytuację, jako "najbardziej dziwaczną walkę o władzę we Wschodniej Europie", jako politykę doprowadzoną na niespotykane gdzie indziej wyżyny absurdu.

Co dla Anglika może wyglądać jak absurd, nie jest takim w oczach Rumunów i ich prezydenta. Na wielotysięcznych wiecach wyjaśnia on, bez ogródek, o co w tej awanturze chodzi. Partyjna ordynacja wyborcza doprowadziła do tego, że Rumunią rządzą mafijne klany postkomunistycznych oligarchów, którzy zajęli najważniejsze stanowiska w rządzie i w przywództwie praktycznie wszystkich partii politycznych. Bez wahania wymienia ich nazwiska: to obecny premier Calin Popescu Tariceanu; to szef rządzącej Partii Liberalnej Dinu Patriciu. To szef Partii Konserwatywnej Dan Voiculescu; to "mózg" socjaldemokratów Dan Ioan Popescu; to lider współrządzącej Mniejszości Węgierskiej Attila Verestoy. To Viorel Hrebenciuc czy poprzedni prezydent Ion Iliescu. I inni. Dinu Patriciu to magnat paliwowy, kierujący biznesami na rynku nieruchomości i mediów. Dan Voiculescu, agent rumuńskiej bezpieki, osławionej Securitate, jest głównym udziałowcem koncernu medialnego GRIVCO. Attila Verestoy wzbogacił się na aferze alkoholowej i drzewnej, związany z mafią węgierską, postawiono mu zarzuty prokuratorskie i był tymczasowo aresztowany przez kilka miesięcy. Hrebenciuc był znany pod pseudonimem "baron lokalny" w okręgu Bacau, gdzie pełnił urząd gubernatora i był związany z politykami, którzy zostali skazani za różne przestępstwa, między innymi za związek z terrorystą Omarem Hayssamem. Socjaldemokrata Dan Ioan Popescu, minister przemysłu w poprzednim rządzie, dorobił się na tym stanowisku majątku, którego zadeklarowana wartość wynosi 11 milionów euro...
"PARLAMENT UNICAMERAL - VOT UNINOMINAL" (Parlament jednoizbowy - wybory jednomandatowe) - takie hasła widzimy na zdjęciach z masowych manifestacji. Traian Basescu jasno przedstawia swój program polityczny: przede wszystkim zmiana ordynacji wyborczej na większościową z jednomandatowymi okręgami wyborczymi; po drugie, reforma konstytucji i likwidacja Senatu... Wybory w okręgach jednomandatowych umożliwią przeprowadzenie rzeczywistej lustracji, rozbicie struktur mafijnych i rosyjskiej agentury!
W wywiadzie dla "The Times", pytany, czy spodziewa się zwycięstwa w referendum, Basescu odpowiada: "Tu nie chodzi o to czy zwyciężę, tylko jakie będzie to zwycięstwo?". Niska frekwencja mogła być zachęcić parlament do dalszej walki i ogłoszenia, że referendum było nieważne.
Według orzeczenia Rumuńskiego Sądu Konstytucyjnego (CCR), w niedzielę 19 maja, 6.059.315 głosujących opowiedziało się za swoim prezydentem, 2.013.099 było przeciw, 62.858 głosów zostało uznanych za nieważnych. Sędziowie jednomyślnie, w obecności pełnego składu sędziowskiego, uznali wynik referendum za wiążący. 30 maja, w pierwszym wystąpieniu przed parlamentem, w odezwie do narodu, Traian Basescu przedstawił swoją ocenę sytuacji w kraju i swoje propozycje reformy. Zgodnie z publicznymi deklaracjami, na pierwszym miejscu wśród jego priorytetów politycznych postawił sprawę ordynacji wyborczej i wprowadzenie zasady jednomandatowych okręgów wyborczych. Na drugim miejscu jest nowa ustawa lustracyjna. Zapowiada, że jeśli parlament do 30 czerwca nie przyjmie nowej ordynacji wyborczej, to przeprowadzi w tej sprawie referendum.
Gorączkowo przeorganizowują się partie polityczne. Jak to bywa u "politycznych pragmatyków" - szybko zmieniają fronty, przechodzą z partii do partii, wielu z tych, którzy wczoraj byli przeciwko Basescu, dzisiaj przesiadają się na innego konia. Jednakże groźba wyborów w okręgach jednomandatowych to nie są żarty: już w kilka dni po referendum partie osiągnęły konsens: jednomandatowe okręgi wyborcze? Tak, owszem, ale w systemie "mieszanym", najlepiej pół-na pół!
Wygląda na to, że partie polityczne zrobią wszystko, żeby wyprowadzić społeczeństwo w pole, oszukać znowu Rumunów i pod szyldem jednomandatowych okręgów wyborczych wprowadzić tę samą, partyjną strukturę. Podobnie, jak to zamierzają zrobić partie polityczne w Polsce, wobec rosnącej popularności idei JOW. Czy im się to uda? Czy potrafią wywieść w pole tego dzielnego, dzisiaj 55-letniego, byłego "wilka morskiego" Traiana Basescu? (Basescu jest oficerem marynarki i w latach 1981 - 1987 był kapitanem największego okrętu floty rumuńskiej "Biruinta"). Czy Basescu nie popełni tego samego błędu, jaki popełnili 14 lat temu reformatorzy włoscy, kiedy po zwycięskim referendum w sprawie ordynacji wyborczej dopuścili do tego, żeby powstała ordynacja "mieszana", z 25% miejsc dla partii politycznych?
Powinniśmy z wielką uwagą śledzić rozwój wydarzeń w Rumunii. To nie jest łatwe, bo polskie media wykazują totalne desinteressement tym co się tam dzieje. Skąd takie lekceważenie losów narodu, wobec którego mamy nie byle jakie zobowiązania: to w końcu jedna tylko Rumunia, w chwili najcięższej dla nas próby, okazała nam prawdziwą, realną pomoc! Czyżby nie było w Rumunii polskich dziennikarzy, korespondentów zagranicznych, uważnych obserwatorów politycznych? Czy może chodzi o coś innego? Pamiętamy przecież, że w roku 1993, kiedy we Włoszech dokonywała się autentyczna rewolucja ustrojowa, kiedy Włosi w referendum odrzucali system proporcjonalny, polskie media narzuciły na te wydarzenia zasłonę kompletnego milczenia! A przecież, gdzie jak gdzie, ale we Włoszech nigdy nie brakowało przedstawicieli wszelkich możliwych mediów, obserwatorów i analityków!

Nieznani, zapomniani, lekceważeni przez Polaków Rumuni, ze swoim Prezydentem na czele, dają nam dzisiaj lekcję i wskazówkę, jak zerwać z potępieńczym dziedzictwem komunizmu. Tak w Polsce, jak w Rumunii, SB i Securitate dobrze, profesjonalnie wykonały swoją robotę, zapewniając komunistom "miękkie lądowanie" i pozostanie u steru epokowych przemian. Pozakładali nam pęta, które dla wielu są niewidoczne, ale z których przez tyle lat nie potrafimy się wyzwolić. Trzymajmy kciuki za Basescu i jego Naród! Może w końcu i w Polsce cud się zdarzy?

Wrocław, 4 czerwca 2007

Jerzy Przystawa

  • Prof. Jerzy Przystawa był w kadencji 1990 - 1998 radnym rady miejskiej Wrocławia, startował w wyborach do Senatu Rzeczypospolitej Polskiej przeprowadzonych w dniu 21 września 1997 r.
    Od kilkunastu lat jest jednym z liderów Ruchu Obywatelskiego na rzecz JOW.

    Publicystyka prof. Jerzego Przystawy na ASME.


    Witryna ASME Antysocjalistycznego Mazowsza jest najstarszym serwisem w Sieci - oprócz witryny tematycznej JOW - propagującym ideę JOW

    Sprawiedliwość społeczna - Stanisław Michalkiewicz Wysłane poniedziałek, 4, czerwca 2007 przez Krzysztof Pawlak

    Podobno Pan Bóg tylko dlatego nie zsyłał kolejnych potopów na krnąbrną ludzkość, że przekonał się o całkowitej bezskuteczności pierwszego potopu. Coś musi być na rzeczy, skoro również św. Faustyna Kowalska zanotowała w swoim "Dzienniczku" jak to pewnego razu Pan Jezus opowiadał jej, w jaki sposób postępuje z zatwardziałymi grzesznikami. Upominam ich - mówił - głosem sumienia, upominam ich głosem Kościoła, zsyłam na nich przygody mogące doprowadzić człowieka do opamiętania, a kiedy nic nie pomaga - spełniam wszystkie ich pragnienia. Te słowa uświadamiają nam, jak wiele naszych pragnień musi być nie tylko niemądrych, ale wręcz niebezpiecznych dla nas samych. Wspominał o tym zresztą i Platon, wołając: "nieszczęsny, będziesz miał to, czegoś chciał!".

    Do takich pragnień należy niewątpliwie sprawiedliwość społeczna. Z pozoru nie wydaje się ona niczym szkodliwym ani tym bardziej niebezpiecznym. Przeciwnie - wydaje się spełnieniem ideału w stosunkach między ludźmi. Jednak po bliższym oglądzie dostrzegamy w niej niepokojące szczegóły, w których, jak wiadomo, tkwi diabeł. Niepokoi już sama nazwa: sprawiedliwość społeczna. Dodany do rzeczownika przymiotnik wskazuje, że sprawiedliwość społeczna musi czymś istotnym różnić się od sprawiedliwości zwyczajnej, bo w przeciwnym razie mówilibyśmy po prostu o sprawiedliwości. A cóż takiego może się w sposób istotny różnić od zwyczajnej sprawiedliwości? Najprędzej niesprawiedliwość, czyli jej przeciwieństwo? A to ci dopiero siurpryza! Czyżby sprawiedliwość społeczna była rodzajem niesprawiedliwości?
    Sprawiedliwość została zdefiniowana przez starożytnego prawnika rzymskiego Ulpiana, jako "niezłomna i stała wola oddawania każdemu tego, co mu się należy". No, a sprawiedliwość społeczna? Różni się od zwyczajnej sprawiedliwości tym, że o ile u Ulpiana mówimy o każdym z osobna, to w przypadku sprawiedliwości "społecznej" mamy do czynienia nie z jednostkami, a z grupami ludzkimi. W przypadku sprawiedliwości społecznej mówimy o interesach grupowych. Widzimy zatem, że sprawiedliwość społeczna wymusza na nas kolektywistyczne podejście do rzeczywistości; człowiek przestaje być samodzielną jednostką, stając się tylko fragmentem grupy będącej podmiotem działań sprawiedliwościowych. No dobrze, ale w takim razie na czym polega sprawiedliwość społeczna? Wszystko wskazuje na to, że w jej przypadku chodzi o wywieranie przez jedną grupę społeczną nacisku na władzę publiczną, by ta stworzyła grupie naciskającej pozory legalności dla rabunku współobywateli.
    Wyobraźmy sobie, że wszyscy zarabiający poniżej średniej krajowej skrzykują się w grupę pod nazwą "Róbmy sobie na rękę" i demonstrują przed kancelarią premiera, żeby rząd dwukrotnie podniósł im zarobki. Ponieważ uczestnicy związku "Róbmy sobie na rękę" wykonują różne zajęcia, ich żądanie sprowadza się do tego, by rząd zmusił ich kontrahentów do wyższego opłacania ich usług. W normalnych warunkach, to znaczy przy respektowaniu reguł zwyczajnej sprawiedliwości, ludzie ci musieliby przekonać kontrahentów do wyższego opłacania ich usług. Dlaczego tego nie robią? Prawdopodobnie dlatego, że nie są pewni, czy by się im to udało, tzn. - czy by swoich kontrahentów przekonali. Wolą zatem przekonywać rząd, który jest partnerem o tyle łatwiejszym, że sam nie ponosi kosztów swojej zgody, a poza tym przemawia do niego argument politycznej korupcji; jeśli zgodzisz się na nasze żądania, będziemy na ciebie głosowali. Gdyby każdy z uczestników ruchu "Róbmy sobie na rękę" odwiedził swojego kontrahenta i próbował wymusić na nim zapłatę haraczu, zostałby aresztowany za próbę kradzieży zuchwałej, a gdyby groził użyciem przemocy - być może nawet za usiłowanie rabunku. Nikomu nie przyszłoby też do głowy nazywanie takiej próby wymuszenia praktykowaniem sprawiedliwości. Jeśli jednak zrobi to za pośrednictwem organu władzy publicznej, tzn. jeśli wynajmie sobie ten organ w charakterze pomocnika lub pośrednika - nagle ten sam rabunek zostaje nobilitowany do rangi czynu świętej sprawiedliwości, tzn, pardon - nie "świętej", tylko "społecznej". Czy jednak rabunek przestaje być rabunkiem, jeśli zainteresowany nie dokonał go osobiście, tylko za pośrednictwem wynajętego rabusia? Oczywiście nie, zatem mamy dowód, iż tak zwana sprawiedliwość społeczna jest tylko inną, elegancką nazwą rabunku.
    Dlaczego w takim razie cieszy się ona takim uznaniem, a rabunkowe działania, podejmowane w ramach "urzeczywistniania sprawiedliwości społecznej", korzystają z ochrony prawnej? Przyczyna, jak się wydaje, tkwi w tym, że we współczesnych państwach, w których korupcja polityczna przestała być patologicznym marginesem, a stała się podstawową zasadą rządzenia, następuje zacieranie związku przyczynowego między rabunkiem współobywateli a korzyścią rabujących. Rabunkiem współobywateli zajmuje się władza publiczna i ona też rozdziela zrabowane łupy. To właśnie sprawia, że wielu ludzi nie potrafi już dostrzec związku przyczynowego. Jak zauważył pewien myśliciel, gdyby ból odzywał się dopiero po roku, znacznie więcej ludzi uderzałoby się młotkiem w palce. Toteż wielu zwolenników sprawiedliwości społecznej twierdzi, że jest to tylko forma redystrybucji dochodu narodowego. To akurat prawda. Taka redystrybucja, czyli wtórny podział, jest oczywiście konieczna, ale można dokonywać jej na dwa sposoby: albo pod przymusem i poprzez budżet państwa, albo dobrowolnie i poprzez rynek. W pierwszym przypadku mamy do czynienia ze "sprawiedliwością społeczną", w drugim - ze zwyczajną.

    Stanisław Michalkiewicz

    Publicystyka Stanisława Michalkiewicza na ASME i nagrania TV ASME


    Prezydent Rumunii za JOW - list prof. Jerzego Przystawy do Konsula Honorowego Rumunii we Wrocławiu Wysłane poniedziałek, 4, czerwca 2007 przez Krzysztof Pawlak

    Ruch Obywatelski na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych
    Biuro Krajowe: 50-134 Wrocław, ul. Białoskórnicza 3/1, tel. (071) 37-59-407; 0605-096-214
    e-mail: spes@spes.wroc.pl; (...)


    Wrocław, 1 czerwca 2007

    Jego Ekscelencja
    Pan Cornel Calomfirescu
    Konsul Honorowy Rumunii
    we Wrocławiu
    Pl. Solny 14
    50-062 Wrocław


    Wielce Czcigodny Panie Konsulu Honorowy

    W dniu dzisiejszym otrzymaliśmy z Kancelarii Prezydenta Rumunii tekst Jego pierwszego - po referendum 19 maja - wystąpienia przed Parlamentem oraz tezy Jego programu politycznego. W obu tych dokumentach na pierwszym miejscu, przed wszystkimi innymi reformami państwa, znalazł się postulat reformy prawa wyborczego i wprowadzenia jednomandatowych okręgów wyborczych do Izby Niższej.

    Panie Konsulu Honorowy! Ruch nasz od lat zabiega o taką reformę ustrojową Rzeczypospolitej i dlatego ze wzruszeniem i radością dowiedzieliśmy się, że w Pana Ojczyźnie taka reforma jest już na horyzoncie i że zapowiedź jej przeprowadzenia, w sposób stanowczy i zdecydowany, przedstawia sam Prezydent. Rumunia więc daje dziś wzór innym narodom, którym udało się zrzucić jarzmo sowieckie, jak wyzwolić się ze zgubnych pozostałości tamtego ustroju. Prezydent Basescu zapowiada przecież, że w ślad po tym przeprowadzi ustawę lustracyjną, do czego, jak widzimy, jednomandatowe okręgu wyborcze stanowią warunek wstępny. Dowiodły tego kłopoty z lustracją zarówno w Rumunii, jak i w Polsce, bo przeprowadzeniu autentycznej lustracji przeszkadza partyjny system wyborczy.

    Moja Ojczyzna ma szczególne powody do przyjaźni i wdzięczności wobec Rumunii, ponieważ, w chwili najcięższej próby, Rumunia była jedynym państwem europejskim, który okazał Polsce i Polakom prawdziwą pomoc i wsparcie. Jestem przekonany, że moi Rodacy, pomimo dziesiątków lat fałszowania i zniekształcania naszej wspólnej historii, o tym długu wdzięczności nigdy nie zapomną. Z tym większą nadzieją patrzymy na śmiałe, historyczne kroki Głowy Państwa Rumuńskiego.

    Ufam, że zechce Pan przekazać te słowa i nasze najszczersze gratulacje z powodu zwycięskiego referendum Panu Prezydentowi Traianowi Basescu.

    Proszę przyjąć wyrazy najgłębszego szacunku i najlepsze życzenia w Pańskiej pracy dla dobra Rumunii i Polski.

    Jerzy Przystawa

    Witryna ASME Antysocjalistycznego Mazowsza jest najstarszym serwisem w Sieci - oprócz witryny tematycznej JOW - propagującym ideę JOW

    Nagły przypływ godności osobistej w środowiskach budżetowych i "przystawkach koalicyjnych" - Stanisław Michalkiewicz o ciężkiej doli rządzącej koalicji Wysłane czwartek, 31, maja 2007 przez Krzysztof Pawlak

    | Pobierz |








    Nagły przypływ godności osobistej w środowiskach budżetowych i "przystawkach koalicyjnych" - Stanisław Michalkiewicz o ciężkiej doli rządzącej koalicji
    Wysłane czwartek, 31, maja 2007 przez Krzysztof Pawlak

    "Po chwalebnym wyroku Trybunału Konstytucyjnego, który zablokował lustrację, wzrosło poczucie godności osobistej w naszym narodzie i dynamicznie rozwija się ruch obywatelskiego nieposłuszeństwa. Strajkują lekarze, którym chodzi m.in. o to, by pacjenci płacili częściowo za konsultacje medyczne, niezależnie od postulatu, by im podwyższyć pensje z NFZ. Ale w takim szpitalu w Świdnicy, który przeszedł na samozatrudnienie, lekarze zatrudniają się jako niezależne przedsiębiorstwa, dzięki czemu zarabiają kilkanaście tysięcy złotych miesięcznie i tam strajków nie ma. Oprócz lekarzy nagły przypływ godności osobistej odnotowało środowisko nauczycielskie, pan Broniarz poderwał cały ZNP do strajku ostrzegawczego, a tu jeszcze zapowiadają strajk kolejarze, krótko mówiąc - cały sektor publiczny podrywa się do walki o godność osobistą. Gdyby to tylko - ale tu jeszcze obserwujemy dziwaczne poruszenie w koalicji rządowej: oto Samoobrona i LPR wymuszają na panu premierze zmianę umowy koalicyjnej i też strajkują - ostrzegawczo" - Stanisław Michalkiewicz, znakomity komentator polityczny i publicysta prawicowy, stały współpracownik naszej witryny, analizuje wydarzenia ze scen "teatru politycznego "polskiego regionu UE".

    A tu na naszych oczach rodzi się nowa, świecka tradycja - sprzedawania stanowisk państwowych, w czym specjalizują się - według doniesień merdiów - ugrupowania Samoobrona oraz Platforma Obywatelska. Wypadałoby poprosić panią Julię Piterę z PO, która niegdyś była szefową Transparenty Intl., by zgłosiła pomysł, iżby nie tylko partyjniacy mieli dostęp do takich konfitur, a nawet - by robić to po prostu oficjalnie. Ministerstwo - za tyle to i tyle, dyrektorstwo departamentu - tyle, prezesostwo funduszu dla np. niepełnosprawnych - tyle, no i, by w wolnych przetargach mogli startować bezpartyjni, co by wydatnie poszerzyło "bazę" naszej młodej, polskiej demokracji, i przyczyniłoby się do zwiększenia zainteresowania jej procedurami ogółu obywateli, bo ze "sprawdzianu podlaskiego" wynika, że interesuje się nią tylko 21 procent obywateli.
    Nie możemy się dowiedzieć za to niczego nowego o osławionych "kontach polityków lewicy" w Szwajcarii, choć pan minister Ziobro urzęduje już prawie dwa lata. A szczególnie cisza jak makiem zasiał zapadła nad sprawą transferów pieniędzy PZPR-erii w latach 80. ub. wieku do roku 1990 - też do Szwajcarii akurat, o czym przypomina już od lat Stanisław Michalkiewicz. Wygląda na to, że reguła "MY nie ruszamy WASZYCH, WY nie ruszacie NASZYCH" funkcjonuje w najlepsze od czasu magdalenkowych ustaleń...

    Nagranie trwa prawie 8 minut, jest dostępne w Sieci do 13 VI 2007 r. W Klubie TV ASME - wersja o dobrej jakości.




    Rozmiar upadku Europy pod rządami socjalistów jest niewyobrażalny - Janusz Korwin-Mikke o stanie zacofania gospodarki naszego kontynentu Wysłane czwartek, 31, maja 2007 przez Krzysztof Pawlak

    | Pobierz |








    Rozmiar upadku Europy pod rządami socjalistów jest niewyobrażalny - Janusz Korwin-Mikke o stanie zacofania gospodarki naszego kontynentu
    Wysłane czwartek, 31, maja 2007 przez Krzysztof Pawlak

    "Jak wiadomo, nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, ale jest też odwrotna strona medalu, czyli nie ma tego dobrego, które by na złe nie wyszło. Tylko obecny dobrobyt, który zawdzięczamy nauce i technice - powoduje, że takie złe rządy na świecie mogą się utrzymać. Gdyby jak do niedawna - z jednego kłosa rodziły się jedynie trzy lub cztery - a nie sześćdziesiąt, to te rządy już dawno zostałyby zmiecione, bo byśmy zaczęli umierać z głodu. Ale jak długo można marnować tę szansę? Obecny rząd w Polsce ma ten szczęśliwy czas, że akurat NA ŚWIECIE trwa duża koniunktura - podobnie jak to było po zamachu majowym w 1926, do 1929/30 roku - to jest wyjątkowy fakt, że wejście Indii i Chin do światowej gospodarki wywołało popyt na węgiel, na stal, i to ciągnie także zacofaną gospodarkę europejską" - Janusz Korwin-Mikke zwraca uwagę na nieciekawe aspekty uczestnictwa naszego kraju w coraz bardziej zsocjalizowanym świecie zachodniej kultury antychrześcijańskiej.

    Tymczasem to wschodnioazjatyckie firmy są innowacyjne - dowodem na to jest to, że tak ostatnio rząd polski chwali się inwestycją HINDUSKIEJ firmy, która nie tak jak inne - zakładające proste montownie w Europie, i w związku z tym w Polsce - będzie prowadzić PRODUKCJĘ ciekłokrystalicznych ekranów. Jeszcze przed 50 laty Indie były "prowadzone" przez wybitnych socjalistycznych "ekonomistów": tow.tow. Oskara Langego oraz Jana Galbraitha... i ci nieszczęśnicy doprowadzili ten wielki kraj do stanu katastrofalnego. Niedługo Hindusi i Chińczycy wykupią całą Europę.
    Czy chcemy pracować dla nich i być narodem podbitym, czy chcemy sami podbijać? - pyta się Janusz Korwin-Mikke.

    Nagranie trwa ponad 4 minuty, jest dostępne w Sieci do 13 VI 2007 r. W Klubie TV ASME - wersja o dobrej jakości.




    Ogólnopolska konferencja w sprawie reformy prawa wyborczego w Łodzi pod patronatem Prezydenta Łodzi dr. Jerzego Kropiwnickiego - 16.06.2007 Wysłane środa, 30, maja 2007 przez Krzysztof Pawlak

    Szanowni Sojusznicy i Sympatycy Ruchu JOW

    Z inicjatywy dra Jerzego Kropiwnickiego, Patrona Honorowego Ruchu (zob. http://www.jow.org.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=84&Itemid=59) w sobotę, 16 czerwca 2007, zorganizowana została ogólnopolska konferencja w sprawie reformy prawa wyborczego i okazja dla wszystkich zwolenników proponowanej przez nas zmiany dla zamanifestowania naszej woli i determinacji w osiągnięciu tego celu.

    Dlatego najusilniej zachęcam wszystkich, którym na sercu leży realizacja tego celu, aby zameldowali się tego dnia,o godz. 11.00, na placu Schillera i na ul. Piotrkowskiej w Łodzi, żeby przeszli razem z nami w pochodzie do Teatru Nowego, gdzie odbędzie się wspomniana konferencja. Zachęcam do zorganizowania autokarów i innych środków transportu oraz odpowiednich elementów wizualnych.
    Wszystkich, którzy są w stanie wesprzeć nasze działania jakąś składką pieniężną, proszę o przekazywanie pieniędzy na konto Stowarzyszenia na rzecz Zmiany Systemu Wyborczego "Jednomandatowe Okręgi Wybnorcze" w PKO BP SA II O/NYSA
    Numer Konta: 75 1020 3714 0000 4202 0084 7335
    Załączam informację-zaproszenie od Prezydenta Łodzi.
    Do zobaczenia w Łodzi!

    Jerzy Przystawa

    Wrocław, 30 maja 2007

    PS. WoJOWników z Wrocławia i okolic informuję, że zamawiamy autokar, który o godz. 6.00 wyjedzie z placu Maksa Borna. Proszę o zgłaszanie chętnych na adres spes@spes.wroc.pl W razie, gdyby było więcej chętnych i znalazły się pieniądze, możemy wynająć dodatkowy autokar.




    Łódź, dnia 28.05.2007 r.

    Ostatnie wydarzenia na scenie politycznej jeszcze raz dowiodły, że obecny system wyborczy nie daje możliwości wykreowania stabilnej władzy w obszarze samorządowym. W efekcie mamy do czynienia z częstymi zmianami układów koalicyjnych w ciałach uchwałodawczych i wykonawczych. Przykładem na to jest aktualna sytuacja po wyborach do sejmiku woj. podlaskiego, jak i niestabilności władzy uchwałodawczej i wykonawczej w innych województwach i powiatach naszego kraju. Uniemożliwia to rozwiązywanie problemów społeczności lokalnych.
    W tej sytuacji zapraszam do Łodzi i wzięcia udziału w dniu 16 czerwca br w ogólnopolskiej konferencji Chrześcijańskiego Ruchu Samorządowego zwolenników zasadniczej reformy systemu wyborczego i wprowadzenia jednomandatowych okręgów wyborczych.

    Proponuję następujący program tego spotkania:

    Konferencja ogólnopolska
    W sprawie reformy systemu wyborczego do:
    Jednomandatowe Okręgi Wyborcze kluczem naprawy Rzeczypospolitej Samorządowej


    11.00-12.00 Spotkanie na pl. Schillera w Łodzi (w pobliżu UMŁ) i przemarsz ul. Piotrkowską do Teatru Nowego.
    12.00-12.20 Wystąpienie Prezydenta Miasta Łodzi
    12.20-12.40 Dlaczego konieczna jest reforma prawa wyborczego - J. Przystawa
    12.40-13.00 Dlaczego JOW? - J. Sanocki
    13.00-13.20 Jak to działa na przykładzie Wielkiej Brytanii - T. Kaźmierski
    13.20-14.00 Doświadczenie polskie bezpośrednich wyborów wójtów, burmistrzów i prezydentów miast (prezydenci: Torunia, Kielc, Kalisza, Gdyni) - panel wójtów, burmistrzów i prezydentów
    14.00-14.15 Podsumowanie, rezolucja

    Z wyrazami szacunku

    Jerzy Kropiwnicki
    Prezydent Łodzi


    Witryna ASME Antysocjalistycznego Mazowsza jest najstarszym serwisem w Sieci - oprócz witryny tematycznej JOW - propagującym ideę JOW



    Czego chce Ruch JOW, co zamierza PO? - prof. Jerzy Przystawa Wysłane środa, 30, maja 2007 przez Krzysztof Pawlak

    W niedzielę, 27 maja 2007, dzienniki telewizyjne podały wiadomość, że główna partia polityczna opozycji parlamentarnej, Platforma Obywatelska, na konwencji krajowej w Warszawie, przyjęła postulat reformy prawa wyborczego i wprowadzenie jednomandatowych okręgów wyborczych (JOW) jako jeden z głównych punktów nowego programu politycznego. Z lektury doniesień prasowych o tym ważnym wydarzeniu, trudno się jednak zorientować, co konkretnie liderzy PO rozumieją pod tym postulatem. Dziennikarze, w różnych wywiadach natychmiast przeprowadzanych z jednym z głównych polityków PO Janem Rokitą cytują jego słowa "Ja nie znam jeszcze tego programu", co jest o tyle zaskakujące, że to właśnie podpis Jana Rokity, na oficjalnej stronie internetowej PO, figurował pod wszystkimi propozycjami programowi, a on sam zasiadał w prezydium niedzielnej konwencji. W omówieniu jej przebiegu, w artykule pt. "Platforma pokazuje program" zamieszczonym w poniedziałkowym wydaniu "Dziennika", pisze Anna Wojciechowska: "Program, który podsumowuje kilkanaście tematycznych konferencji, będzie opublikowany w internecie i jeszcze - w zależności od potrzeb - modyfikowany. Dlatego w niektórych kwestiach Platforma nie stawia kropki nad i. Jak choćby w swoim sztandarowym haśle okręgów jednomandatowych. W programie dopuszczonych jest teraz kilka możliwości ordynacji mieszanej. I rzeczywiście, w Programie zamieszczonym na drugi dzień na stronie domowej Platformy czytamy: "Rozwiązania powinny być wprowadzone niezwłocznie w samorządzie, natomiast w wyborach do Sejmu należałoby, być może, zastosować ordynację mieszaną, częściowo w okręgach jednomandatowych ("Poseł z każdego powiatu"), dla pozostałej zaś, niewielkiej części miejsc mandatowych można utrzymać ordynację proporcjonalną (partyjną). Gdyby przyjęta została ordynacja wyborcza większościowa, zasadniczo z okręgami jednomandatowymi, należy ponownie rozważyć postulat zmniejszenia składu osobowego Sejmu". Z drugiej strony, w tym samym miejscu znajduje się wywiad, jaki z sekretarzem generalnym partii przeprowadził Jacek Karnowski: "(...) W tym wypadku jest tak, że tak naprawdę większościowa ordynacja, wybory bezpośrednie, wybory posła mają związać wyborców ze swoim przedstawicielem. Ten głos jest ważny, bo jest bezpośredni, nie ma iść na partię anonimową, często anonimowego przedstawiciela partii politycznej. Chcemy związać wyborcę z posłem z danego okręgu. Chcemy podkreślić, że tak naprawdę ten związek emocjonalny przy małej frekwencji, przy ogromnym dystansie między klasą polityczną a obywatelami jest bardzo potrzebny, bardzo ważny. Potwierdzamy te wybory bezpośrednie i ordynację większościową jako znak firmowy (…)".

    Wypada zwrócić uwagę, że z tym "znakiem firmowym" sekretarz generalny PO nieco przesadził. Jednomandatowe Okręgi Wyborcze są znakiem firmowym Ruchu Obywatelskiego na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych, którego istnienie i działalność są dobrze udokumentowane (strona domowa: www.jow.pl). Przypomnimy najważniejsze fakty.

    Oficjalne istnienie Ruchu datuje się od 28 stycznia 1993, tj. od spotkania jego inicjatorów we Wrocławiu, na terenie starego młyna, w miejscu gdzie obecnie znajduje się Hotel Tumski. W kilka tygodni później, 20 marca, Apel do Posłów i Senatorów w tej sprawie podpisało 39 radnych Rady Miejskiej Wrocławia. (zob. R. Lazarowicz i J. Przystawa: "Otwarta księga", SPES, wyd. IV, Wrocław, 1999), str. 224 - 226). Nie ulega wątpliwości, że fakty te nie mogą być nieznane ani Grzegorzowi Schetynie, który jest posłem z Wrocławia, ani szefowi Klubu Parlamentarnego PO, którym jest ówczesny prezydent Wrocławia, Bogdan Zdrojewski. Historia i działania Ruchu są opisane w wydawnictwach książkowych (wyż. cyt. "Otwarta księga", J. Sanocki: "Wojownicy", NTSK, Nysa, 2005), broszurach oraz w 26 kolejnych Biuletynach Informacyjnych Ruchu, zamieszczanych regularnie na stronie www.jow.pl.

    27 marca 2004 r., w salach włocławskiego ratusza, odbył się Zjazd Założycielski Krajowego Komitetu Referendalnego o JOW, na którym podjęto uchwałę o przystąpieniu do akcji zbierania podpisów o referendum w sprawie JOW. Wkrótce, ten Krajowy Komitet Referendalny liczył ponad 500 członków, w tym wielu wójtów, burmistrzów i prezydentów miast, rektorów uczelni akademickich i przedstawicieli praktycznie wszystkich grup społecznych.

    6 czerwca 2004 r., na dziedzińcu Arsenału Wrocławskiego odbyła się konwencja krajowa Platformy Obywatelskiej, na której podjęta została uchwała o rozpoczęciu akcji zbierania podpisów pod wnioskiem obywatelskim 4xTak o referendum, którego jednym z pytań miały być JOW.

    Tego samego dnia liderzy Ruchu, Jerzy Przystawa i Janusz Sanocki zwrócili się do lidera PO Donalda Tuska z propozycją nawiązania współpracy pomiędzy PO i Ruchem JOW (zob. Biuletyn Informacyjny nr 19, http://www.jow.org.pl/pdf/biuletyn19.pdf). Pismo to pozostało bez odpowiedzi.

    Wypada pamiętać, że w momencie, gdy PO przystępowała do akcji, Ruch JOW miał już zebranych ok. 200 tysięcy podpisów pod wnioskiem obywatelskim o JOW. Było jednak jasnym, że wielka partia polityczna posiada znacznie większe możliwości skutecznego przeprowadzenia takiej kampanii. W tej sytuacji, pomimo braku łączności z przywództwem PO, Ruch wstrzymał swoją akcję niezależnego zbierania podpisów i zalecił swoim zwolennikom poparcie podpisami wniosku Platformy. W ten sposób, w listopadzie 2005 Platforma Obywatelska mogła złożyć w Sejmie ponad 750 tysięcy podpisów pod wnioskiem o referendum obywatelskie w sprawie ordynacji wyborczej.

    Od tamtego wydarzenia minęły już prawie dwa lata, w czasie których trudno było zrozumieć, jak ewoluuje stanowisko PO w sprawie reformy prawa wyborczego, a sygnały wychodzące z jej centrum były niejednoznaczne i sprzeczne. Ta niejednoznaczność jest, jak na razie, nieusuwalna, bo na oficjalnej stronie domowej PO widzimy dokument jeszcze z grudnia 2006 "Państwo dla Obywateli. Plan rządzenia", gdzie na str. 26. znajdujemy jednoznaczny zapis o potrzebie wprowadzenia JOW w wyborach do Sejmu. Dzisiaj jednak, jak to widzimy w zamieszczonym na tej samej stronie Programie PO, stosunek do tej sprawy jest już mniej jednoznaczny i sugeruje się wprost, że być może lepszym rozwiązaniem byłby system "mieszany".

    O co więc, naprawdę, chodzi Platformie Obywatelskiej i co ma być (jest?) jej "znakiem firmowym", o którym mówi jej sekretarz generalny? Czy liderzy PO czują się do czegoś zobligowani zebraniem 3/4 miliona podpisów pod wnioskiem obywatelskim o JOW w wyborach do Sejmu? A jeśli tak, to do czego? Czy w dwa lata od tej wielkiej akcji obywatelskiej zarówno wszystkim członkom PO, jak i wszystkim obywatelom Rzeczypospolitej, nie należy się jakaś jasność w tej sprawie i czy tego czasu było za mało, aby liderzy partii ustalili i ujednolici swoje stanowisko wobec tego fundamentalnego postulatu ustrojowego?

    W przeciwieństwie do PO stanowisko Ruchu Obywatelskiego na rzecz JOW jest od lat jednoznaczne i niezmienne: postulujemy wybory w 460 JOW, w taki sam sposób, jak je przeprowadzają Brytyjczycy, Kanadyjczycy, Amerykanie, Hindusi i wiele innych nacji. Ta metoda jest określana jako FPTP - First-Past-The-Post: pierwszy na mecie (zob. www.jow.pl). A nota bene, hasło "Poseł z każdego powiatu" pojawiło się w obiegu publicznym, po raz pierwszy w listopadzie 1999 w Nysie, na konferencji zorganizowanej prze Ruch JOW razem z Radą Miejską Nysy (zob. Biuletyn Informacyjny nr 1, styczeń 2000; J. Sanocki: "WoJOWnicy", op. cit.).

    Wrocław, 28 maja 2007

    Jerzy Przystawa

  • Prof. Jerzy Przystawa był w kadencji 1990 - 1998 radnym rady miejskiej Wrocławia, startował w wyborach do Senatu Rzeczypospolitej Polskiej przeprowadzonych w dniu 21 września 1997 r.
    Od kilkunastu lat jest jednym z liderów Ruchu Obywatelskiego na rzecz JOW.

    Publicystyka prof. Jerzego Przystawy na ASME.


    Witryna ASME Antysocjalistycznego Mazowsza jest najstarszym serwisem w Sieci - oprócz witryny tematycznej JOW - propagującym ideę JOW

    Nuda początku sezonu ogórkowego, okraszona zapowiedzią podjęcia tematu JOW do ordynacji wyborczej - Łukasz Perzyna o efektach konwencji partyjnych minionego weekendu Wysłane wtorek, 29, maja 2007 przez Krzysztof Pawlak

    | Pobierz |









    Nuda początku sezonu ogórkowego, okraszona zapowiedzią podjęcia tematu JOW do ordynacji wyborczej - Łukasz Perzyna o efektach konwencji partyjnych minionego weekendu
    Wysłane wtorek, 29, maja 2007 przez Krzysztof Pawlak

    "Zagłosowaliśmy ostatni raz przed wakacjami, a przynajmniej zagłosowało 21% mieszkańców Podlasia i zaczyna się sezon ogórkowy w polityce polskiej. Wraz z nim - przeznaczone na użytek aparatów partyjnych niezliczone konwencje i konferencje partyjne. Rządzący PiS planuje taką konwencję w Radomiu, w przededniu rocznicy wystąpień robotniczych z 1976 roku. To z pewnością dobra tradycja, choć jeśli pozostaje się w koalicji z Samoobroną w której »element postPZPR-owski« jest silnie reprezentowany - wydaje się takie posunięcie zagadywaniem własnego, nieczystego sumienia. Co jednak ma robić partia rządząca w półtora roku po objęciu władzy? Partia, która w dodatku - nie traci w oczach pracowników tzw. sondażowni? Inaczej było w przypadku minionych czasów rządów AW»S« czy postkomunistów pod przewodem tow. Leszka Muellera (pisownia europejska nazwiska - ASME)" - Łukasz Perzyna, publicysta "tygodnika Solidarność" i naszej witryny ASME, komentuje wydarzenia ze scen teatru politycznego minionego tygodnia.

    AW"S" przepadła już w tym czasie w ogniu wewnętrznych sporów, post(?)komuniści Muellera brali udział w ewidentnie niszczycielskich działaniach (na szczęście) dla własnej formacji, z aferą Rywina i zatrzymaniem prezesa Orlenu Modrzejewskiego na czele. Dzisiaj rządzący mają problem z "zżeraniem elektoratów" Samoobrony i Ligi Polskich Rodzin, które wchłaniane są przez otoczenia najbardziej z tych trzech skutecznej populistycznie i "solidarnościowo", czyli socjalistycznie, formacji PiS. Nawet został odwołany kongres Ligi - z braku chętnych do brania w nim udziału! Potencjalni wyborcy stawiają po prostu na najsilniejszego konia, mając w pamięci okres smuty narodowej centrolewicy (do której należą przecież i PiS, i LPR) z czasów pierwszej połowy lat 90. ub. wieku, kiedy to wprowadzenie progu 5% w wyborach parlamentarnych wykosiło większość małych partyjek z tego kręgu.
    W sobotę odbyło się posiedzenie rady krajowej "ezelde", a najważniejszym po nim wspomnieniem jest sylwetka głównego jego bohatera - Jarosława Kaczyńskiego, a tow. "pierwszy sekretarz" Olejniczak W., nie wychylając się o włos z okrzepłego już własnego obrazu jako wyjątkowo mdłego aparatczyka, opiewał głównie "niedociągnięcia rządzących".
    Platforma Obywatelska uruchomiła większe oczekiwania niż SLD, w nadziei zrównoważenia minionego spotkania "trzech cienkich sopranów" w auli Uniwersytetu Warszawskiego: tow.tow. Kwaśniewskiego, Olechowskiego oraz byłego prezydenta Wałęsy. I znów bohaterem głównym nie był Donald Tusk, nie był przemawiający po nim Bronisław Komorowski, nie był też nieobecny (bo zakazano mu wystąpienia) oratorsko Jan Maria Rokita - ale Jarosław Kaczyński, będąc oczywiście bohaterem negatywnym. W gruncie rzeczy mówiono niemal to samo co tow. Olejniczak przy ul. Rozbrat.
    Wystąpienie Donalda Tuska miało tylko jeden moment ciekawy: zapowiedź skupienia się na sprawie wprowadzenia zmian do parlamentarnej ordynacji wyborczej - na jednomandatową w systemie większościowym, co "tym razem nie ma być jedynie kiełbasą wyborczą". 21% frekwencja w wyborach na Podlasiu, dynamika sceny politycznej polegająca na niekończących się konwencjach partyjnych, interesujących jedynie ich aparat, bo nawet nie wyborców i ostre konflikty grup zawodowych: lekarzy, nauczycieli, a może nawet i kolejarzy - czyli pracowników tzw. budżetówki - to niepokojące zjawiska, których jeden ze sposobów wygaszenia może przynieść wprowadzenie JOW w naszym kraju - uważa, jak widać, już nie tylko Łukasz Perzyna...

    Nagranie trwa ponad 16 minut, jest dostępne w Sieci do 11 VI 2007 r. W Klubie TV ASME - wersja o dobrej jakości.




    Kwestia poczucia humoru - Krzysztof Mazur Wysłane poniedziałek, 28, maja 2007 przez Krzysztof Pawlak

    W poprzednim felietonie ironizowałem w związku z publicznymi wypowiedziami redaktora Ernesta Skalskiego, który podważał teorie o SB-ckim manipulowaniu opozycją pośrednio, podając za świadków takie osoby jak np. Marian Jurczyk czy Wojciech Giełżyński, z których ten ostatni przyznał się do współpracy z PRL-owskim wywiadem. I oto kilka dni później "Rz" opublikowała wywiad, który red. Terlikowski przeprowadził właśnie z Wojciechem Giełżyńskim i którego zasadniczym tematem była właśnie kwestia współpracy znanych pisarzy i zagranicznych korespondentów z PRL-owskimi służbami. Pretekstem tej rozmowy była m.in. sprawa "teczki Kapuścińskiego", którą opublikował salonowy "Newsweek", co jednakże nie przeszkodziło antylustratorom zaatakować z tej okazji obecnego rządu, a nawet dokonać kolejnego donosu na Polskę do zagranicznych mediów. Słusznie można się obawiać, że gdyby rząd zdecydował się posłuchać Michnika, Olejniczaka i Wałęsę, i rzeczywiście otworzył wszystkie archiwa, to niechybnie ci sami lustracyjni neofici przystąpiliby do zwalczania dusznej atmosfery i demaskowania faszystowskich bojówek zakonspirowanych w IPN-ie.
    Można tak wnioskować chociażby z postawy Giełżyńskiego, który wyłamawszy się z głównego nurtu zaprzeczania, przyznał się do współpracy, ale reflektując się poniewczasie, stwierdził, że wszystko odbyło się w ramach "koniecznych ustępstw", gdyż w przeciwnym wypadku "nie mógłbym być ani jeżdżącym po wielu miejscach świata dziennikarzem »Dookoła świata«, ani podporą »Polityki«, czy wielu innych czasopism, ani napisać sześćdziesięciu kilku książek....". Pewnie pisarz i redaktor ma w tym wypadku stuprocentową rację, gdyż tak samo Wojciech Jaruzelski nie byłby generałem, I sekretarzem partii i premierem w jednej osobie, Kiszczak nie byłby szefem MSW, Kwaśniewski nie byłby ministrem sportu, a i pewnie późniejszym preziem, a może nawet ks. Maliński nie miałby szansy ewangelizować ubeków, a ks. Czajkowski ekumenizować Polaków. Bo przecież każdy wie, że postawa ekumeniczna polega na tym, że goj rozumie Żyda w sytuacji, gdy Żyd nie ma najmniejszej ochoty zrozumieć goja.
    W podobny sposób powinniśmy zrozumieć nasze "autorytety", którym kiedyś zdarzyło się iść na "konieczne ustępstwa", gdyż jako rzecze Wojciech Giełżyński: "Jednocześnie nie można zapominać o całym skomplikowaniu i różnorodności sytuacji, okresów i wyborów... Nie wolno też zapominać o tym, że choć komunizm był podłym ustrojem, to my żyliśmy w najweselszym baraku w obozie. Problem polega na tym, że o tym wszystkim młodzi ludzie nie chcą dziś pamiętać, bo albo w ogóle nie interesuje ich przeszłość, albo zamiast badań wolą łatwe klisze".
    A czymże innym niż łatwą - a do tego wyeksploatowaną do granic wytrzymałości materiału - kliszą, jest twierdzenie, jakoby żyliśmy w najweselszym baraku w obozie. Jeżeli komuś się wesoło żyło w tym baraku, to właśnie w pierwszym rzędzie takim wesołkom (jak widać, jest również coś takiego jak pedalstwo polityczne), jak owe "podpory" prasy i literatury, którzy w zamian za donosy i środowiskowe analizy nie tylko dostawali paszporty na "wsie strany mira", ale i wojażowali po świecie, dostawali stypendia, łapali języki, bronili doktoraty i habilitacje etc. Jednym słowem: matką większości tych karier i późniejszego wpisania na listę autorytetów były "konieczne ustępstwa". A kto tego nie chce uznać, ten nie rozumie dylematów tamtego czasu, co oznacza, że kiepsko u niego z tzw. inteligencją emocjonalną, no i oczywiście z poczuciem humoru, którego żyznym podglebiem były dokonania ekip Bolesław Bieruta (a co, komedię "Skarb" nakręcono w 1948 r., czyli i "za Stalina" wolno się było śmiać?!), Władysława Gomółki, Edwarda Gierka, Stanisława Kani czy Wojciecha Jaruzelskiego. Tacy Czesi na ten przykład nie żartowali w ogóle, nie mówiąc już o kinematografii, jedyną rozrywką w ich baraku było odtwarzanie przemówień Gustawa Husaka.
    Ale jak widać, owo przywiązanie do statusu mieszkańców najweselszego baraku w obozie tak się części osób spodobało, że do dnia dzisiejszego robią wszystko, aby ten stereotyp wzmacniać. Ktoś kiedyś powiedział, że była to kwestia smaku, co pokazuje, że na obecnym etapie dziejowym staje się to kwestią poczucia humoru. Do tego stopnia, że niedługo będziemy jak ten koleś ze starego dowcipu, o którym mówiono, że to musi być wesoły chłopak... gdyż wszyscy się z niego śmieją.

    Krzysztof Mazur

    Publicystyka Krzysztofa Mazura na ASME


    Rezerwaty dla Irokezów - Stanisław Michalkiewicz Wysłane niedziela, 27, maja 2007 przez Krzysztof Pawlak

    Podczas kiedy my tu w napięciu obserwujemy przebieg spotkania Włodzimierza Putina z Anielą Merkel i Manuelem Baroso w Samarze, w przekonaniu, że od otwarcia rosyjskiego rynku dla wieprzowiny z Polski zależą losy Rzeczypospolitej, piąta kolumna w Polsce święci kolejne triumfy. Tymczasem w kraju dzieją się rzeczy nie mniej ważne, chociaż bez udziału polityków z najwyższej półki.

    W ubiegłym roku gruchnęła straszliwa wieść, iż polscy Irokezi zamierzają wybudować drogę łączącą kraje leżące po wschodniej stronie Morza Bałtyckiego, poprzez Polskę z południową Europą. Zupełnie nie wiadomo po co, skoro teraz większość ładunków z południowej Europy jedzie na północ przez porty niemieckie. W Brukseli przeciwko tym bezczelnym planom zaprotestował Greenpeace, zaś wychodząca w Warszawie żydowska gazeta dla Polaków zaczęła zbierać podpisy pod petycją do prezydenta, żeby "ratować dolinę Rospudy", przez którą planowana trasa miałaby przebiegać. Tymczasem w tej dolinie rosną różne słodkie trawki, a zwłaszcza - sasanka łąkowa, która po wysuszeniu podobno znakomicie poprawia naturalny smak pejsachówki. Tak w każdym razie mówił mi pewien stary pijak. Jeśli to prawda, to jasne, że ścisłe kierownictwo "Gazety Wyborczej" mogło być żywotnie zainteresowane zachowaniem doliny Rospudy w stanie pierwotnej dzikości, niezależnie od interesów portów niemieckich, podobnie, jak i organizacje ekologiczne, które natychmiast aktywnie włączyły się w akcję.
    W Polsce ruch ekologiczny rozwija się niezwykle dynamicznie, zwłaszcza od momentu, gdy organizacje ekologiczne mogą składać skargi na inwestorów, że zagrażają środowisku naturalnemu. Wyposażenie organizacji ekologicznych w to uprawnienie stworzyło im znakomite warunki rozwoju, toteż nic dziwnego, że mnożą się, jak grzyby po deszczu. Jak tylko gdzieś w pobliżu ma się rozpocząć jakaś inwestycja, to zaraz powstaje tam organizacja ekologiczna, która występuje ze skargą na inwestora. Oczywiście nie od razu, tylko w momencie, gdy inwestycja jest już zaawansowana. Zagrożony bezterminowym przestojem inwestor szybko dochodzi z ekologami do porozumienia, protesty są wycofywane i wszystko kończy się wesołym oberkiem w okolicznym kompleksie rozrywkowym albo i na łonie natury. To jest, że tak powiem, działanie modelowe, ale oczywiście zdarzają się odmienności. Na przykład jedna z organizacji ekologicznych nazywająca się "Pracownią na Rzecz Wszystkich Istot" oprócz rutynowej działalności, zajmuje się też krzewieniem filozofii zwanej "głęboką ekologią". Jednym z elementów głębokiej ekologii jest przekonanie, iż "rozwój pozaludzkich form życia wymaga zahamowania wzrostu liczebności populacji ludzkiej". Naturalnie chodzi o tę część populacji ludzkiej, którą stanowią narody mniej wartościowe, bo w przeciwnym razie "Pracownia na Rzecz Wszystkich Istot" mogłaby narazić się na wielkie, a może nawet bardzo wielkie nieprzyjemności.
    Nie bardzo wiadomo, w jaki sposób postulat "zahamowania wzrostu liczebności populacji ludzkiej" ma być realizowany; czy za pomocą przedsięwzięć zastosowanych kiedyś w ramach "ostatecznego rozwiązania", czy też jakoś inaczej. Ponieważ, o ile mi wiadomo, rozstrzygające decyzje co do wyboru sposobu jeszcze nie zostały podjęte, sprawa ta jest przedmiotem eksperymentów. Nie jest tedy wykluczone, że utrzymywanie różnych obszarów Europy w stanie pierwotnej dzikości, a zwłaszcza przywracanie ich do takiego stanu, niezależnie od walorów ekologicznych, może zniechęcać przedstawicieli narodów mniej wartościowych do powiększania liczebności populacji. Dzięki temu populacje obdarzone większą wrażliwością ekologiczną mają więcej możliwości rozkoszowania się pięknem natury podczas weekendowych wypadów na "wypić i zakąsić". Do podobnego rezultatu prowadzi również stworzenie systemu materialnych zachęt do emigracji, a także propaganda aborcji, eutanazji oraz zboczeń seksualnych, zwłaszcza wykluczających prokreację. Akurat niedawno strasburski Trybunał uznał zakaz Parady Równości w 2005 r. za bezprawny, więc propagatorzy zboczeń seksualnych zaraz urządzili Paradę, na której czele paradowała grupa Żydówek, m.in. panie Kazimiera Szczuka i Magdalena Środa. Jak widać, testowany jest pełny wachlarz instrumentów mogących doprowadzić do "zahamowania wzrostu populacji ludzkiej" wśród mniej wartościowych tutejszych Irokezów. Periculum in mora, bo jak powiadają - w polskich placówkach w Izraelu leży kilkadziesiąt tysięcy podań o polskie paszporty, a tamtejsi inwestorzy bardzo aktywnie działają na polskim rynku nieruchomości. Jeszcze tylko trochę nacisnąć na tubylczy rząd w sprawie "odszkodowań" i wszystko znajdzie się na najlepszej drodze. Ciekawe, że na Paradzie równości nie pojawił się Jego Ekscelencja, mimo że niedawno przyjął tytuł "Człowieka Roku" od "Gazety Wyborczej", która zarówno z sprawę Rospudy, jak i w kampanię na rzecz "równości" szalenie się angażuje. No, ale co nagle, to po diable; na początek niech będzie "Przystanek Woodstock", a jak Bóg pozwoli, to w następnym roku być może zaszczyci również Paradę Równości.
    Na razie unijny Trybunał zabronił Polsce zalesić 160 hektarów pod pretekstem, że może to zaszkodzić ptakom. Pewnie tym, co lubią kalać własne gniazdo. No, mniejsza z tym, bo jeszcze bardziej intrygująca jest cisza, jaka zapadła nad 22 pozwami, skierowanymi do Trybunału w Strasburgu przez Powiernictwo Pruskie. Jeśli Trybunał zacznie rozpatrywać merytorycznie chociaż jeden taki pozew, to choćby go w końcu oddalił, oznaczałoby to, że również stosunki własnościowe na jednej trzeciej polskiego terytorium zostały poddane pod arbitraż międzynarodowy. A przecież pełny Anschluss dopiero przed nami! Potem - to już chyba tylko do rezerwatu?

    Stanisław Michalkiewicz

    Publicystyka Stanisława Michalkiewicza na ASME i nagrania TV ASME


    Może pomógłby Grabski? - prof. Jerzy Przystawa Wysłane piątek, 25, maja 2007 przez Krzysztof Pawlak

    Trwa, a nawet się zaostrza, kolejny strajk lekarzy, zdenerwowany Premier bez ogródek sygnalizuje wzięcie zbuntowanych konowałów "w kamasze", a do strajku już szykują się nauczyciele. Tymi ostatnimi Premier przejmuje się mniej, bo zamknięcie szkół, na krócej czy dłużej, jeszcze nikomu nie zaszkodziło, a na polskich nauczycieli za granicą nikt specjalnie nie czeka, nie mają więc w zanadrzu jakichś superargumentów, których władza musiały by się obawiać. Pozostaje jednak faktem, że tych dwu najważniejszych sektorów życia społecznego - edukacji i opieki zdrowotnej - przez 18 lat zreformować się nie udało, pomimo wszystkich niesłychanych osiągnięć ekonomicznych i politycznych kolejnych ekip reformatorskich. Nie pomógł nawet geniusz polskiego cudotwórcy Leszka Balcerowicza, a prof. Zyta Gilowska skromnie pozostaje w cieniu i nawet nie zabiera głosu w tych finansowych utarczkach.

    Wiemy wszyscy, że "największym polskim ekonomistą, finansistą i reformatorem" był i jest Leszek Balcerowicz. Dowodzą tego nie tylko hołdownicze listy wypisywane przez polskich inteligentów, ale i deszcz doktoratów honorowych i najróżniejszych nagród międzynarodowych. Nie jest jednak na 100% pewnym, że ta opinia przetrwa przez pokolenia, tym bardziej, że - jak wspomnieliśmy - nawet i on nie potrafił uchronić służby zdrowia i systemu oświatowego przed zapaścią. Nie brakuje i dzisiaj głosów, i opinii ludzi mu nieżyczliwych, którzy podważają zarówno jego dorobek naukowy, jak i ekonomiczne i polityczne osiągnięcia. Natomiast ekonomistą i politykiem polskim, którego pozycja w opinii publicznej pozostaje od 80 lat niepodważalna, był prof. Władysław Grabski, dwukrotny premier i minister skarbu w kolejnych rządach i nawet sam Leszek Balcerowicz z uznaniem wypowiada się o nim na swojej stronie internetowej! Jak z problemem lekarzy i nauczycieli poradziłby sobie Władysław Grabski?

    Przede wszystkim zwróćmy uwagę, że według oficjalnych wypowiedzi Premiera, Jego ekipa sprawuje rządy w okresie, który rządzący uważają za najlepszy w historii Polski, kiedy gospodarka polska kwitnie i dynamicznie się rozwija. Dzisiaj jest świetnie, a jutro będzie jeszcze lepiej. Czasy Władysława Grabskiego to kompletne przeciwieństwo: to czasy w historii Państwa Polskiego chyba najtrudniejsze. Trwa wojna polsko-bolszewicka, Sowieci już zbliżają się do Wisły, Polska nie ma nawet swojej waluty, szaleje inflacja. Za polskim premierem i ministrem skarbu nie stoi żaden Bank Światowy i miliardy dolarów gotowe w każdej chwili wejść na polski rynek.. W takim czasie zostać polskim premierem i ministrem skarbu to wielkie wyzwanie, które wymaga nie tylko umiejętności i wiedzy, ale także fizycznej odwagi, a może nawet bohaterstwa!

    O wielkich zasługach Władysława Grabskiego napisano wiele i można łatwo o nich przeczytać w internecie: o reformie walutowej, o utworzeniu polskiego banku emisyjnego, o reformie podatków, o zduszeniu inflacji, o ustabilizowaniu budżetu. Były to Reformy Władysława Grabskiego - nie podpowiadał mu ich żaden Soros czy Sachs, przeciwnie, to Grabski był wzorem dla reformatorów finansów w innych krajach europejskich. Są jednak takie reformy Grabskiego, o których jakoś się nigdzie nie pisze i nie wspomina, a zasługują one jak najbardziej na uwagę. Szczególnie dzisiaj, wobec problemów płacowych nauczycieli i lekarzy.

    Jak wiemy z wypowiedzi rzeczników strajkujących lekarzy i nauczycieli, boli ich nie to, że jedni i drudzy zarabiają daleko mniej niż sięgają ich aspiracje, ale przede wszystkim RELACJA ich zarobków do zarobków innych grup zawodowych w Polsce. Tę relację uważają oni za krzywdzącą, niesprawiedliwą, czują się poniżeni i lekceważeni.

    9 października 1923 roku weszła w życie "Ustawa o uposażeniu funkcjonarjuszów państwowych i wojska" (Dz. U. RP nr 116 z r. 1923, poz. 924, str. 1389). Genialność tej ustawy polega na jej prostocie:

    Wszyscy "funkcjonariusze", a więc ludzie opłacani z budżetu państwa, podzieleni zostali na 16 grup uposażenia i ustawa ustalała tabelę, w której każdej z tych grup przyporządkowano odpowiednią liczbę punktów. W ten sposób Ustawa porządkowała relacje uposażeń od grupy I (2600 pkt) - w której był tylko Marszałek - Naczelnik Państwa, po grupę XVI, odpowiadającą najniższej płacy (od 130 do 190). Profesorowie zwyczajni należeli do grupy IV (od 1400 do 1800), razem z Komendantem Głównym Policji, generałami brygady, dyrektorami departamentów, wojewodami. Nauczyciel o pełnych kwalifikacjach i stażu mógł awansować do grupy V (od 1100 do 1600) razem z nadinspektorami PP, pułkownikami WP czy wicewojewodami. Początkujący nauczyciel z cenzusem akademickim zaczynał od grupy VIII (od 480) razem z porucznikami WP, podkomisarzami PP, referendarzami Kancelarii Prezesa Rady Ministrów itp. Zawodowy policjant - posterunkowy, zaczynał od grupy XIII (210) razem z wojskowym podmajstrzym i zawodowym żandarmem. W grupie XVI uposażenie zaczynało się od 130 pkt. Aktualne uposażenie określano, mnożąc podaną liczbę punktów przez ogólnopolską "mnożną", którą co miesiąca ustalał minister finansów.

    Jak widzimy, na podstawie tych danych relacja uposażenia profesora uniwersytetu do najwyższej pensji w państwie wynosiła 9:13, a więc wynosiła 70% uposażenia Marszałka Polski. Stosunek pensji najwyżej opłacanego nauczyciela (z 27 letnim stażem) była jak 8 : 13, a więc ok. 60% najwyższego uposażenia. Nauczyciel na pierwszej posadzie otrzymywał ok. jedną piątą pensji Naczelnika Państwa, ale jedną trzecią uposażenia wojewody, natomiast pensja ta była 2,3 raza wyższa od pensji posterunkowego czy zawodowego żołnierza jednej z najniższych rang.

    Ta tabela uposażeń miała swoje głębokie konsekwencje. Przede wszystkim w dziedzinie oświaty i wychowania. Pod tym względem II Rzeczpospolita stanęła na wyżynie niewyobrażalnej i w ciągu 20 lat swego istnienia dokonała wyczynu, jakiego trudno szukać gdzie indziej: wykształciła pokolenie młodzieży zarówno patriotycznej, jak i o wysokich kwalifikacjach zawodowych. Zbudowała korpus nauczycielski, z którego mogliśmy wszyscy być dumni. Należę do pokolenia, które miało szczęście przejść przez szkoły, w których uczyli jeszcze nauczyciele wykształceni przed wojną. Kiedy po studiach sam wróciłem do szkoły - moi nauczyciele już odchodzili. Profesja, która była dumą Rzeczypospolitej, zamieniała się systematycznie w najbardziej sfrustrowaną i najniżej opłacaną warstwę zawodową, z której każdy przytomny i do czegokolwiek nadający się człowiek – uciekał, gdzie się dało! I tak to trwa do dziś.

    Powstaje pytanie: dlaczego nikt, przez tyle lat, nie chce nawet słyszeć o tych rozwiązaniach naszych przodków? Dlaczego nie popularyzują ich i nie mówią o nich związki nauczycielskie, dlaczego nie toczy się dyskusja? W roku 1999 opublikowałem książeczkę pt. "Nauka jak Niepodległość" (SPES, Wrocław, 1999), w której zadałem sobie trud przedrukowania Ustawy z 1923 roku: nikt się nią nie zainteresował, żadna "Solidarność" nauczycielska, żaden ZNP, żadna grupa profesorska lamentująca nad niskimi uposażeniami pracowników naukowych?

    Wysuwano, owszem, argument następujący: nie można płacić profesorom tak, jak wojewodom i dyrektorom departamentów, bo wojewodów jest mało, a profesorów dużo. Nie rozumiem jednak - skoro to ma być argument - co stoi na przeszkodzie, żeby wojewodom i dyrektorom departamentów płacić tak, jak profesorom?

    A co do tego mają moje ulubione okręgi jednomandatowe? Wszystko. II Rzeczpospolita czerpała swoje kadry z najlepszych uniwersytetów i najlepszych szkół, jakie w owych czasach istniały. Jej kadry przeszły chrzest bojowy i swoje stanowiska zdobywały wiedzą, a także krwią i blizną. Kadry III Rzeczypospolitej wyrosły z instytutów marksizmu-leninizmu, a profesorowie tych instytutów pozakładali prywatne wyższe szkoły, w których swoje mądrości ekonomiczno-politologiczne przekazują niezorientowanej polskiej młodzieży. 18 minionych lat dowiodło, że bez reformy prawa wyborczego nie zmienimy tego stanu rzeczy.

    Wrocław, 25 maja 2007

    Jerzy Przystawa

  • Prof. Jerzy Przystawa był w kadencji 1990 - 1998 radnym rady miejskiej Wrocławia, startował w wyborach do Senatu Rzeczypospolitej Polskiej przeprowadzonych w dniu 21 września 1997 r.
    Od kilkunastu lat jest jednym z liderów Ruchu Obywatelskiego na rzecz JOW.

    Publicystyka prof. Jerzego Przystawy na ASME.


    Witryna ASME Antysocjalistycznego Mazowsza jest najstarszym serwisem w Sieci - oprócz witryny tematycznej JOW - propagującym ideę JOW

    Efekt jest taki sam, jaki był, czas na jednomandatową ordynację wyborczą - Łukasz Perzyna o konsekwencjach wyborów na Podlasiu Wysłane wtorek, 22, maja 2007 przez Krzysztof Pawlak

    | Pobierz |







    Efekt jest taki sam, jaki był, czas na jednomandatową ordynację wyborczą - Łukasz Perzyna o konsekwencjach wyborów na Podlasiu
    Wysłane wtorek, 22, maja 2007 przez Krzysztof Pawlak

    "Od jakiego poziomu uczestnictwa w wyborach można mówić, że wybory czy referendum się udało, że są reprezentatywne? Wiadomo, że progi ważności ustawia się różnie w różnych przypadkach. Są takie wybory, w których wystarczy, że jedna osoba zagłosuje, by były ważne, ale jeśli będzie to bliżej jednej osoby niż większości, to możemy mówić, że reprezentatywność pozostawia wiele do życzenia, choć politolodzy i tak będą się kłócić. Na razie stoimy w obliczu wyników dodatkowych wyborów na Podlasiu, połączonych z referendum regionalnym. Wynik - patowy, remisowy, niemal dokładnie równoważący wpływy rządzącej koalicji przez PO zblokowaną z PSL, z dodatkowym urobkiem LiD-u - ten wynik wydaje się, z całym szacunkiem dla tych, którzy poszli na głosowanie... całkowicie drugorzędny. Poszło głosować tylko 21 procent obywateli. Już kiedyś mieliśmy takie głosowanie, kiedy tylko 21% wzięło w nim udział - było to wybory do Parlamentu Europejskiego, do Strasburga. Miażdżąca większość uznała, że ma coś lepszego do roboty..." - Łukasz Perzyna, publicysta "Tygodnika Solidarność" i naszej witryny ASME, analizuje reperkusje "sprawdzianu podlaskiego" dla polskiej sceny politycznej.

    Wszyscy główni reprezentanci ugrupowań politycznych pojawiali się w trakcie kampanii podlaskiej, i był to widomy znak przykładania przez centralny establiszment wielkiej uwagi do tego międzywyborczego sprawdzianu. Sprawa doliny Rospudy - zabudowy jej przez trasę ekspresową na potrzeby Via Baltica - okazała się niezbyt interesująca dla wyborców z CAŁEGO województwa. Na pewno zaś mieszkańcy Łomży i regionu łomżyńskiego przemyślnie nie wzięli udziału w referendum - gdyż na powstaniu obwodnicy Augustowa tylko mogliby stracić, bo wtedy przez ich okolice nie przeszłaby trasa Via Baltiki.
    Nikłość zainteresowania wyborami może prowadzić do refleksji nad systemem głosowania w wyborach samorządowych - uważa Łukasz Perzyna. Powraca tutaj bynajmniej nie pomysł głosowania obowiązkowego, który w Polsce byłby wyśmiany gromkim echem jak kraj szeroki. Trzeba ponowić opowieść o wyborach w systemie jednomandatowym i większościowym, co postuluje od lat Obywatelski Ruch na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych. Dalej trwający pat w podlaskim sejmiku wojewódzkim pokazuje, że ordynacja "proporcjonalna" nie daje dobrych rozwiązań w wyborach samorządowych, należy więc zmienić ordynację.
    Upadł też mit o "PiS-owskim" Podlasiu - region ten wydaje się być już znacznie bardziej zróżnicowany niż uważali do tej pory niemal wszyscy "ekspierci" od socjotechnicznego mieszania w głowach wyborców...

    Nagranie trwa 13 minut, jest dostępne w Sieci do 5 VI 2007 r. W Klubie TV ASME - wersja o dobrej jakości.