czerwca 5, 2007 - czerwca 19, 2007

Ćwierć-autorytety - Janusz Sanocki Wysłane wtorek, 19, czerwca 2007 przez Krzysztof Pawlak

Marek Jurek, który jako były marszałek Sejmu, skierował do Trybunału Konstytucyjnego sprawę weksli Samoobrony, zwołał konferencję prasową i podtrzymał swoje stanowisko. "Partie nie mogą być prywatnymi agencjami kreowania posłów za pieniądze" - oświadczył.

Z kolei na łamach „Rzeczpospolitej” Ireneusz Krzemiński wymyśla PiS-owi od "Partii ćwierćinteligentów". "Kaczyński potrafi zafascynować tylko ludzi, którzy preferują autorytarne kierownictwo. Co ciekawe" - pisze wybitny socjolog - "mam wrażenie, że tą chorobą Kaczyński zaraził chyba wszystkie inne ugrupowania w Polsce".
Z kolei "Wprost" donosi, że nie tylko Andrzej Lepper pobierał haracz od swoich posłów. "Wprost" dotarło do uchwały mazowieckiej Platformy, która kazała swoim posłom, samorządowcom i urzędnikom, obejmującym stanowiska z nadania partii, płacić po 10% zarobków na fundusz partyjny.
Nie jestem jakoś szczególnie fanem partii Kaczyńskich, ale wahałbym się przed nazwaniem jej "partią ćwierćinteligentów". Po pierwsze dlatego, że nieznane mi są kwalifikacje inteligenckie szeregów pisowskich, a po drugie - nie bardzo wiem, czy inne partie nie są jeszcze bardziej ułomne pod tym względem. Co np. powiedzieć o Platformie miotającej się na scenie politycznej w coraz mniej skuteczny sposób? Czy to partia ćwierć-, czy może 1/8-inteligentów? Nie wspomnę już o innych ugrupowaniach. Być może zresztą niektórym wcale nie uwłaczałoby zakwestionowanie ich inteligenckości. Wszak przynależność do inteligencji to nie to samo, co sama inteligencja.
Tymczasem przytoczone fakty świadczą, iż na polskiej scenie politycznej występują pewne zjawiska - jak się okazuje powszechne: partie sprzedają miejsca na listach wyborczych za poparcie przy uzyskaniu stanowisk w administracji, radach nadzorczych itp. Każą sobie płacić haracz, władza liderów partyjnych jest absolutna, a wybitny socjolog formułujący na każde zawołanie opinie o naszej rzeczywistości, dostrzega w tym jedynie trujący wpływ Kaczyńskiego na zachowania innych przywódców albo niski poziom kultury zawadiaki - Leppera. Nic poza tym! Żadnej socjologicznej analizy, żadnego zastanowienia się, jak to możliwe, jaki mechanizm daje taką władzę liderom, co zmuszają partie do szukania ogromnych pieniędzy na kampanie wyborcze, żadnego poszukiwania przyczyn.
Zamiast tego wystarczy dać upust swoim emocjom i korzystając ze statusu naukowca, profesora, czyli "autorytetu" - wyzwać Kaczyńskiego od ćwierćinteligentów, a z Leppera zrobić polityczne monstrum.
Obserwując na chłodno poczynania rządu Kaczyńskiego oraz reakcje, jakie wywołują te działania w środowiskach kształtujących opinię publiczną, dostrzegam rzecz zadziwiającą. Kaczyński jest atakowany nie za to, czego nie robi albo za to, co zaniedbuje, ale za to, co w jego działaniu jest słuszne, potrzebne i ewidentnie podoba się Polakom. Nasze instytucje publiczne, sądy, prokuratury itd. wymagały od lat oczyszczenia. Kaczyński to robi i za to zbiera baty od wszystkich obrońców "Rzeczpospolitej Kontraktowej". Jednocześnie lider PiS zaniedbuje wiele spraw, czasem w imię politycznego interesu popełnia grzech zaniedbania, ale to nie wzbudza krytyki. Kaczyński zaniedbuje reformy służby zdrowia, ale nikt mu tego nie wyrzuca, bo sformułowanie programu naprawy tej sfery wymagałoby odważnego zerwania z mitem bezpłatnych świadczeń, przekupuje kolejarzy, górników pomostowymi emeryturami - ale opozycja nie protestuje. Kaczyński wreszcie konserwuje obecny system wyborczy - ordynację proporcjonalną - i też żaden socjolog, politolog mu tego nie wyrzuca. To bowiem "autorytety" wyprodukowały przed laty partyjną ordynację i teraz za nic w świecie nie przyznają się, że całe bagno: wodzowska struktura partii, korupcja partyjna, kupczenie stanowiskami - to efekt tej właśnie ordynacji wyborczej i jej promotorów.
Żeby dostrzec socjologiczne przyczyny patologii obecnych w polskiej polityce, potrzebowalibyśmy z pewnością naukowców stuprocentowych. Ćwierć-autorytety niczego tu nie wyjaśnią.

Janusz Sanocki

  • Janusz Sanocki był burmistrzem Nysy, jest jednym z liderów Obywatelskiego Ruchu na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych.

    Witryna ASME Antysocjalistycznego Mazowsza jest najstarszym serwisem w Sieci - oprócz witryny tematycznej JOW - propagującym ideę JOW

    Ałtoryteta moralne poświęcą wszystko, by wypełnić zadanie, jakie postawiła nam pani Aniela Merkel w deklaracji berlińskiej? - Stanisław Michalkiewicz o zbliżającym się szczycie Wspólnot Europejskich, czyli tzw. UE Wysłane wtorek, 19, czerwca 2007 przez Krzysztof Pawlak

    | Pobierz |








    Ałtoryteta moralne poświęcą wszystko, by wypełnić zadanie, jakie postawiła nam pani Aniela Merkel w deklaracji berlińskiej? - Stanisław Michalkiewicz o zbliżającym się szczycie Wspólnot Europejskich, czyli tzw. UE
    Wysłane wtorek, 19, czerwca 2007 przez Krzysztof Pawlak

    "Już tylko dwa dni dzielą nas od rozpoczęcia szczytu Wspólnot Europejskich, podczas którego rozstrzygnie się, czy system podwójnej większości zostanie utrzymany, czy też Polska zawetuje ten system na rzecz systemu pierwiastkowego, wtedy nie będzie on wprowadzony, no i polskie weto może zablokować postęp prac na uniokonstytucją oraz zirytować Niemcy, którym najwyraźniej bardzo zależy, by do roku 2009 wszystkie państwa członkowskie konstytucję tę ratyfikowały. System pierwiastkowy oznacza, że kwalifikowaną większość stanowi co najmniej 14 państw, które dysponują przynajmniej 62 procentami głosów. Sytuację Polski to poprawia, ale bynajmniej nie do tego stopnia, by trzeba było »umierać za pierwiastek«. Dlatego też determinacja obozu rządowego, premiera Kaczyńskiego i demonstrowana przez pana Prezydenta nasuwa domysły, że raczej jest to sposób dostarczenia alibi PiS-owi, że »dobrze żeśmy chcieli, ale Nec Hercules contra plures«" - Stanisław Michalkiewicz, klasyk współczesnej felietonistyki pism prawicowych oraz nasz stały współpracownik, analizuje wydarzenia ostatnich godzin teatru politycznego "polskiego regionu tysiącletniej (?) UE".

    Wydaje się, że cała ta sprawa ma zasłonić listek figowy, spoza którego wyziera figa, jaką - nie po raz pierwszy - pokaże swoim wyborcom ugrupowanie Populizm i Socjalizm. Świeży prezydent Francuzów Sarkozy właśnie wyjechał "zadowolony" z naszego kraju, chociaż nie uzyskał żadnych oficjalnych obietnic. Za parę dni okaże się, czy to wszystko było naprawdę, czy też padliśmy ofiarą pewnej mistyfikacji - zastanawia się Stanisław Michalkiewicz. Może propozycja systemu pierwiastkowego została bardziej obliczona na użytek krajowy niż na rzecz zagranicy? Na rzecz tej hipotezy wskazuje fakt poparcia, jakie dostało PiS od Platformy Obywatelskiej, której lider Donald Tusk poczuł na karku "smrodliwy oddech" koalicji Lewica i Demokraci...
    A tu właśnie sam pan prezes IPN Janusz Kurtyka zastopował ewentualnych krytyków przyszłości swoim oświadczeniem na temat "listy 500", czyli "pierwszym poważnym ostrzeżeniem", że "są wśród nas ałtoryteta moralne", które miały w swojej przeszłości epizody agenturalne na rzecz okupanta sowieckiego...

    Nagranie trwa ponad 8 minut, jest dostępne w Sieci do 3 VII 2007 r. W Klubie TV ASME - wersja o dobrej jakości.




    Dlaczego konieczna jest reforma systemu wyborczego? - prof. Jerzy Przystawa Wysłane poniedziałek, 18, czerwca 2007 przez Krzysztof Pawlak

    Wystąpienie na konferencji
    "Jednomandatowe okręgi wyborcze szansą dla Polski"
    Łódź, 16 czerwca 2007


    Jeden z największych myślicieli XX wieku, Jose Ortega y Gasset, w książce "Bunt mas", która stanowi klasykę w światowej socjologii, napisał:

    "Zdrowie demokracji, każdego typu i każdego stopnia, zależy od jednego drobnego szczegółu technicznego, a mianowicie: procedury wyborczej. Cała reszta to sprawy drugorzędne. Jeśli system wyborów działa skutecznie, jeśli dostosowuje się do wymogów rzeczywistości, to wszystko jest w porządku, natomiast jeśli tego nie robi, to demokracja zaczyna się walić, chociażby cała reszta działała bez zarzutu... Instytucje demokratyczne nie oparte na autentycznych wyborach są niczym".

    Inny wielki filozof i socjolog polityki, Karl Popper, pisząc na temat demokracji i systemów wyborczych stwierdził: "Obowiązkiem posła jest reprezentowanie interesów swoich wyborców, zgodnie ze swoją najlepszą wiedzą i wolą. Interesy te będą w niemal wszystkich przypadkach tożsame z interesami wszystkich obywateli kraju, z interesami narodu. Jest osobiście odpowiedzialny przed ludźmi. Jest to jedyna powinność i odpowiedzialność posła. Ordynacja proporcjonalna odziera posła z osobistej odpowiedzialności. Czyni zeń maszynkę do głosowania, a nie myślącego i czującego człowieka".

    Z pośród ludzi, którzy przez szerokie kręgi Polaków uznani zostali za autorytety, możemy wymienić Gustawa Herling-Grudzińskiego, Jerzego Giedroyca, Jana Nowak-Jeziorańskiego, którzy w sposób jednoznaczny zarekomendowali nam wybory w jednomandatowych okręgach wyborczych.
    Nie znamy nazwisk ludzi podobnego kalibru, ani w Polsce, ani na świecie, którzy by z podobną stanowczością opowiedzieli się na rzecz partyjnego systemu wyborów parlamentarnych.

    Dlaczego przyjęliśmy inne rozwiązania?

    Można więc postawić pytanie: dlaczego w takim razie, we wszystkich państwach, jakie powstały po upadku imperium sowieckiego, wprowadzono zupełnie inne zasady wyborów parlamentarnych, dlaczego nigdzie nie zastosowano procedury, którą tak dobitnie rekomendował Karl Popper czy wyżej wymienieni wielcy Polacy, tylko wszędzie zastosowano różne mutacje list partyjnych, procedury wyborcze, które uprzywilejowują partie polityczne, a dyskryminują obywateli, umniejszając albo wręcz likwidując ich kontrolę nad składem osobowym ich ciał przedstawicielskich? Jak to się stało, że mając takie przykłady jak procedury wyborcze u naszych największych sojuszników, w krajach, gdzie demokracja dobrze funkcjonuje od niepamiętnych czasów, w krajach, takich jak Stany Zjednoczone, Kanada czy Wielka Brytania, a nawet Francja - zaadoptowano systemy wyborcze nie mające z tamtymi nic wspólnego? Dlaczego nie znaleźli się w Polsce - może poza prof. Antonim Kamińskim, żadni wybitni przedstawiciele nauk politycznych i społecznych, którzy by opowiedzieli się za tym, do czego nawołuje Popper, Ortega y Gasset, Herling-Grudziński czy Jerzy Giedroyc?
    Dzisiaj, po 18 latach od upadku komunizmu, możemy z przekonaniem udzielić odpowiedzi na to pytanie: taka była racja stanu elit komunistycznych, które przygotowywały transformację ustrojową tak, żeby w maksymalny sposób zagwarantować sobie "miękkie lądowanie", a więc w maksymalny sposób zabezpieczyć swoją pozycję społeczną i polityczną oraz stan posiadania. Z doświadczenia historii pierwszych lat "transformacji", widzimy wyraźnie, że gdyby w tamtym czasie, umożliwić obywatelom naszych krajów wolne wybory, w takim systemie jak brytyjski system JOW - znany pod nazwą First-Past-The-Post, a więc, gdzie w małych, jednomandatowych okręgach wyborczych, wygrywa ten, kto uzyskuje największą liczbę głosów, to już dawno załatwilibyśmy sprawę zarówno lustracji, jak i dekomunizacji, i w naszych elitach władzy byli komuniści występowaliby najwyżej w sposób śladowy.
    Argument ten nie jest gołosłowny. Wystarczy przypomnieć fakty z naszej najnowszej historii: (1) całkowite i emocjonalne odrzucenie tzw. listy krajowej w wyborach w 1989 roku, której akceptacji domagali się negocjatorzy w Magdalence i przy "okrągłym stole"; (2) pierwsze wybory do Senatu, gdzie pezetpeerowcy zdobyli zaledwie jeden mandat (senator Henryk Stokłosa); (3) pierwsze wolne wybory samorządowe, w których do rad gmin kandydaci b. PZPR zostali bezlitośnie wycięci.
    Krytykom "okrągłego stołu" często stawia się pytanie - zarzut: a jak można było inaczej? Chcieliście przelewu krwi? Odpowiadamy: przelewanie krwi było niepotrzebne, wystarczyło przeprowadzić uczciwe wybory!

    Co to znaczy "uczciwe wybory"? Takie, w których spadkobiercy komunizmu nie znaleźliby się w sytuacji uprzywilejowanej, w sytuacji, która gwarantowała im przetrwanie w dobrej kondycji.
    Tzw. ordynacja proporcjonalna, a więc wybory na system list partyjnych, oznacza de facto, uprzywilejowanie partii politycznych. W takich wyborach szanse zwycięstwa mają tylko silne partie polityczne, a więc partie dysponujące wielkimi pieniędzmi i rozbudowanymi strukturami w terenie. W pierwszych latach "transformacji" pieniędzmi i strukturami terenowymi dysponowali tylko sukcesorzy PZPR. Ta przewaga była tak wielka, że umożliwiła im przetrwanie całych 18 lat i dzisiaj łatwo przewidzieć, że łatwo przetrwają kolejne wybory do Sejmu.

    Popatrzmy na wyniki wyborów do kolejnych sejmów.

    W roku 1991
    Na 111 zarejestrowanych komitetów wyborczych mandaty uzyskało 29 (z tym, że 11 komitetów uzyskało po 1 mandacie). Były to: UD (62), SLD (60), Wyborcza Akcja Katolicka (49), Porozumienie Obywatelskie Centrum (44), PSL (48), KPN (46), KLD (37), Porozumienie Ludowe (28), NSZZ "S" (27), PPPP (16), ChDSP (5), UPR (3), Solidarność Pracy (4), SD (1), Mniejszość Niemiecka (7), PChD (4), Partia "X", RDS (1), RAŚ (2), Ludowe Porozumienie Wyborcze "Piast" (1), KKSzP (1), Związek Podhalan (1), PZZ (4), Wielkopolsce i Polsce (1), Jedność Ludowa (1), KW Prawosławnych (1), S-80 (1), Unia Wielkopolan (1), Sojusz Kobiet przeciw Trudnościom Życia (1)

    W roku 1993
    z 29 komitetów wyborczych, które wprowadziły swoich kandydatów do Sejmu 1991 kolejne wybory przeżyły tylko cztery: UD, SLD, PSL i KPN. Do tego możemy dodać komitety mniejszości niemieckiej, które są uprzywilejowane specjalnie i nie podlegają tym wymogom, jakim sprostać muszą komitety Polaków.
    Pojawiły się natomiast nowe partie polityczne: UP i BBWR.

    Wybory roku 1997:
    przetrwały jedynie SLD i PSL. Zniknęły ze sceny UP, UD, BBWR i KPN.
    Pojawiły się za to trzy nowe partie: AW"S", UW i ROP

    Wybory 2001:
    przeżyły ponownie tylko SLD i PSL, znikają ze sceny politycznej AW"S", ROP i UW . Pojawiają się nowe partie: PiS, PO, Samoobrona i LPR.

    Wybory roku 2005
    po raz pierwszy nie zmieniły zasadniczo partyjnego składu Sejmu, zmieniając jedynie wzajemny układ sił. Nowe partie, które pojawiły się na scenie politycznej w 2001 roku zdają się wierzyć, że teraz to już tak zostanie i że wreszcie monopol formacji postkomunistycznej zostanie złamany na trwałe. Być może. Na razie jednak wypada skonstatować, że partyjny system wyborczy służy dobrze tym, których społeczeństwo polskie miało nadzieję się pozbyć w wyniku transformacji ustrojowej i demokratycznych wyborów.

    Na czym polega przewaga partii postkomunistycznych,

    które lubią się określać jako "lewica" w porównaniu do partii, jakie wypączkowały z ruchu "Solidarności", które same określają siebie jako "prawicę". Wysuwa się jakieś dziwne argumenty, że jakoby "lewicę" cechuje jakaś solidarność, zwartość i dyscyplina, podczas gdy "prawica" ma być z natury rzeczy skonfliktowana wewnętrznie, warcholska, indywidualistyczna, niezdyscyplinowana, po prostu głupsza i niedojrzała.
    W ten sposób usiłuje się zamaskować i ukryć przed społeczeństwem prawdziwy powód tej przewagi "lewicy": jest nim stan posiadania tych partii, majątek jaki odziedziczyły po swojej poprzedniczce, majątek jaki udało im się "zgromadzić" w procesie transformacji - korzystając ze swego uprzywilejowanego statusu, odziedziczone i stosunkowo łatwe do odtworzenia struktury i powiązania w terenie. Tego wszystkiego od początku brakuje partiom "prawicy". Historia ostatnich 18 lat dowodzi, że wszystkie te partie bardzo się starają, żeby te braki uzupełnić, zdobyć majątek i zbudować struktury. Trwa więc to, co prof. Antoni Kamiński określił, jak "nieustająca walka partii politycznych ze społeczeństwem". Partie muszą tę walkę prowadzić, jeżeli chcą przetrwać na scenie politycznej. Konieczności prowadzenia tej walki nie wymusza zła wola i pazerność liderów tych partii: wymusza ją zły system wyborczy, który winduje koszty prowadzenia kampanii wyborczych na takie wyżyny, jakie są nieosiągalne dla nowo powstających partii politycznych. Nawet, jeśli partie te przejmują władzę na całą kadencję, jak tego dowiódł najlepiej przykład AW"S" i Unii Wolności.

    Dzisiaj, po 18 latach od "okrągłego stołu", zasadniczy powód, dla którego trzeba było wprowadzić tzw. proporcjonalny system wyborczy, już nie jest ważny, jest tylko szkodliwym anachronizmem w naszym życiu społecznym i politycznym. Jego negatywne skutki są bowiem rozliczne i degenerują polską demokrację do partiokracji.
    Wpisana w prawo wyborcze walka o środki materialne dla zapewnienia partiom warunków istnienia na scenie politycznej skutkuje całym szeregiem szkodliwych zjawisk o charakterze korupcyjnym, nepotyzmem i klientyzmem, popularnie określanymi jako kolesiostwo. Szlachetne hasła "walki z korupcją" rozbijają się o brutalną prozę życia, bo nie można skutecznie walczyć z korupcją, gdy znajduje ona strukturalne uzasadnienie w funkcjonowaniu systemu politycznego.

    Korupcja w tym systemie wyborczym generowana jest na różne sposoby:

    1.Wysokie koszty kampanii wyborczych, związane z faktem, że odbywają się one w ogromnych okręgach wyborczych, gdzie praktycznie jedyną drogą, na jakiej wyborcy mogą poznać kandydatów. Wymusza to szukanie sponsorów i tworzy "szarą strefę", ponieważ koszty te są przeważnie dużo wyższe niż zezwalają na to przepisy o finansowaniu partii politycznych.
    2.Oddanie decyzji o tym, kto może kandydować i na jakim miejscu listy wyborczej w ręce "partyjnych baronów" tworzy sieć nieformalnych i niejawnych powiązań, staje się źródłem nepotyzmu i klientyzmu.
    3.Korupcji sprzyja wymuszana przez ordynację absurdalna długość list wyborczych, która, z jednej strony, zmusza partie do poszukiwania kandydatów - "wypełniaczy list partyjnych", a z drugiej otwiera drogę przed każdym "kto da więcej", bez względu na jego kwalifikacje polityczne i moralne.

    W ten sposób powstaje Izba Poselska, zapełniona w 2/3 przez ludzi, którzy w swoich okręgach wyborczych zdobyli nie więcej niż 1% głosów wyborców, całkowicie związanych i uzależnionych od swoich liderów, nieliczących się ze swoimi wyborcami i zwolnionych z odpowiedzialności przed nimi. Skonstruowany został mechanizm selekcji negatywnej, w którym nie kwalifikacje się liczą, lecz dyspozycyjność. Jak pisał Karl Popper: zamiast myślących i czujących ludzi, mamy maszynki do głosowania.

    Fakt ten ma doniosłe znaczenie w kształtowaniu zaufania do demokracji i aktywności obywatelskiej. Autorytet Sejmu i posłów obniża się z kadencji na kadencję, coraz gorsza jest jakość tworzonego tam prawa. Pogłębia się, wyniesiona z komunizmu, alergia społeczna na słowo "partia polityczna". Partie polityczne nie przyciągają obywateli, nie zachęcają do wstępowania do nich. Do partii politycznych należy dzisiaj mniej niż 1% wyborców. Tymczasem wszyscy obywatele zmuszeni są do ich utrzymywania i płacenia na nich haraczu. Wywołuje to niechęć i protesty, trudno uznać taką demokrację, która każe mi płacić na utrzymanie partii politycznych, których nie popieram i nie chcę mieć z nimi nic wspólnego.

    Jaki naprawdę jest stosunek polskiego społeczeństwa, najlepiej ukazują te wybory, w których wyborcy mają wybór pomiędzy ludźmi rekomendowanymi przez partie polityczne i tymi, którzy takich rekomendacji nie mają. Oczywiście, taka sytuacja nie jest możliwa w przypadku wyborów do Sejmu, ponieważ w tych wyborach wyborcy takiego wyboru nie mają i muszą, chcąc nie chcąc, wybierać jedynie pomiędzy możliwymi partiami. Taki stan rzeczy pozwala wątpić, czy w Polsce rzeczywiście może być mowa o wolnych i demokratycznych wyborach, skoro obywatele nie mogą samodzielnie kandydować do Sejmu i muszą się w tym celu zapisywać do partii politycznych, a kandydować mogą tylko grupowo.

    Inaczej przedstawia się sprawa w wyborach samorządowych, głównie w najważniejszej ich części, jaką stanowią wybory wójtów, burmistrzów i prezydentów miast. Przyjrzyjmy się tabeli przedstawiającej zbiorcze wyniki tych wyborów w 2002 i 2006 roku.

     2002 2006 zmiana 
    Bezpartyjni188276,04%201481,74% +132 +5,70%
    SLD2279,17% 461,87%-181-7,30%
    PSL33313,45%25310,27%-0-3,18%
    Samoobrona190,77%251,01%+6+0,24%
    PO40,16%461,87%+42+1,71%
    PiS20,08%773,13%+75+3,05%
    LPR80,32%30,12%-5-0,20%
    Razem2475 100,00%2464 100,00%  


    Jak widzimy, wybory samorządowe to istna rzeź partii politycznych, które w ostatnich wyborach zdobyły zaledwie 18% mandatów! Prawie 6% mniej niż w wyborach 2002 roku.

    Podczas gdy partie polityczne tracą na autorytecie i poparciu, to zyskuje zwolenników Ruch na rzecz JOW: na stronie domowej Ruchu www.jow.pl znaleźć można nazwiska ok. 250 wójtów, burmistrzów i prezydentów miast, którzy zadeklarowali poparcie dla tej propozycji ustrojowej i przystąpili do grona Honorowych Patronów Samorządowych Ruchu. Do grona Patronów Honorowych Ruchu należy dzisiaj 30% prezydentów miast, w tym OŚMIU prezydentów miast wojewódzkich:

    1.Konstanty Dombrowicz, prezydent m. Bydgoszczy
    2.Rafał Dutkiewicz, prezydent m. Wrocławia
    3.Hanna Gronkiewicz-Waltz4.Jerzy Kropiwnicki, prezydent m. Łodzi
    5.Wojciech Lubawski, prezydent m. Kielc
    6.Czesław Jerzy Małkowski, prezydent m. Olsztyna
    7.Tadeusz Truskolaski, prezydent m. Białegostoku
    8.Michał Zaleski, prezydent m. Torunia

    Razem z nimi Patronami Honorowymi Ruchu są prezydenci:
    Będzina, Kutna, Bełchatowa, Białej Podlaskiej, Tarnobrzega, Rybnika, Suwałk, Puław, Wodzisławia Śląskiego, Chorzowa, Wałbrzycha, Oświęcimia, Stargardu Szczecińskiego, Konina, Kalisza, Krosna, Lubina, Elbląga, Żor, Rudy Śląskiej, Gdyni, Tomaszowa Mazowieckiego, Zamościa, Świnoujścia.

    Pełną listę naszych Patronów Honorowych można znaleźć na naszej stronie domowej www.jow.pl

    W dotychczasowych rozważaniach skoncentrowałem się na dwóch aspektach tzw. ordynacji proporcjonalnej: (1) stanowi ona doskonały sposób ochrony przywilejów postkomunistycznej elity władzy oraz na (2) jej korupcjogennych właściwościach, co samo w sobie powinno być argumentem wystarczającym do jej odrzucenia. Wspomnieliśmy też o tym (3), że stanowi ona mechanizm selekcji negatywnej do elity władzy. Jednakże to nie wyczerpuje listy powodów, dla których jest to system szkodliwy.

    Z innych powodów dzisiaj może najbardziej istotnym jest fakt, że system ten stanowi patent na słabe państwo. Wybory na listy partyjne prawie nigdy nie doprowadzają do takiej sytuacji, że pozwolą, aby partia, która na drodze wyborów weszła do parlamentu, mogła sama sprawować władzę i realizować swój program. System ten wszędzie generuje rządy słabe, rządy koalicyjne, gdzie zawsze rząd rozdzierany jest partyjnymi waśniami i targami, gdzie stanowisk w rządzie nie przydziela się na zasadzie kompetencji, tylko zawsze jest to jakiś, mniej lub bardziej, gorszący targ. Widzimy to doskonale na przykładzie rządów koalicji PiS - Samoobrona - LPR, ale wszystko to równie wyraźnie widzieliśmy na przykładzie wszystkich poprzednich rządowych koalicji. I nie jest to żadna specyfika polska, ponieważ dokładnie tak samo dzieje się na całym świecie i w innych krajach, które posługują się podobnymi procedurami wyborczymi. Jednakże w krajach, które nie muszą rozwiązywać tak skomplikowanych problemów społecznych, przed jakimi stoi Polska, w krajach, takich jak Szwecja czy Szwajcaria, takie gabinetowe rządy szkodzą w niewielkim stopniu, ponieważ działa tam dobrze system prawny i inne instytucje demokratyczne. Takie kraje, na dobrą sprawę, mogłyby nawet obejść się bez rządów. W Polsce takie rozwiązania prowadzą donikąd, ponieważ nierozwiązane problemy społeczne kumulują się i z każdym rokiem stają się coraz trudniejsze. Doskonale obrazuje to obecna sytuacja w służbie zdrowia.

    Wreszcie nie bez znaczenia jest fakt, że ordynacje stosowane w Polsce są niezrozumiałe dla przeciętnego wyborcy, któremu nie mieści się w głowie, że ktoś może dostać 10 razy więcej głosów od kogoś innego, a mimo tego do Sejmu się nie dostać! Przeciętny wyborca czuje się zlekceważony i oszukany. I tak np. jeśli policzymy głosy oddane na wszystkich posłów w ostatnich wyborach, to otrzymamy liczbę 5.271.861. Liczba ta stanowi 17,4% wszystkich uprawnionych do głosowania Polaków, a tylko 43% wszystkich, którzy pofatygowali się na wybory. To oznacza, że 82,6% wyborców nie ma w Sejmie swojego przedstawiciela, ale także 57% tych, którzy oddali we wrześniu 2005 swoje głosy nie znajduje tam kandydata, na którego głosowali.

    Na koniec powiedzieć wypada kilka słów o sprawach fundamentalnych, które są może najmniej zauważalne i zrozumiałe. Ordynacje wyborcze w Polsce naruszają nasze bierne prawo wyborcze i zasady równości i bezpośredniości wyborów. Sprawy te nie wydają się bolesne, ponieważ szwankuje edukacja obywatelska i niewielu ludzi rozumie, co te zasady oznaczają. Na dodatek mamy do czynienia z fałszywą wykładnią tych zasad przez akademickich politologów i konstytucjonalistów. Jednakże zasady te leżą u podstaw samej koncepcji demokracji i ich naruszanie nie może być bezkarne. Karą za ich naruszenie jest nie uczestniczenie obywateli w sprawach publicznych, wycofywanie się w prywatność, "emigracja wewnętrzna". Procesy te są groźne dla każdego państwa, a szczególnie dla takiego jak Polska, gdzie racją stanu powinno być maksymalne uwolnienie potencjału społecznego i sił twórczych, jakie posiada naród.

    Witryna ASME Antysocjalistycznego Mazowsza jest najstarszym serwisem w Sieci - oprócz witryny tematycznej JOW - propagującym ideę JOW

    Błogosławiona wina - Stanisław Michalkiewicz Wysłane poniedziałek, 18, czerwca 2007 przez Krzysztof Pawlak

    Tytułowe określenie jest terminem teologicznym. W ten sposób nazywany jest grzech pierworodny, który wprawdzie z jednej strony sprowadził na świat i ludzkość rozmaite paroksyzmy, ale z drugiej - stał się przyczyną Odkupienia przez Zbawiciela. "O szczęśliwa wino, którą zmazać musiał tak wielki Odkupiciel! - mówimy w Wielką Sobotę.

    Ten teologiczny termin odnosi się do spraw najważniejszych i ostatecznych, ale mechanizm nim rządzący da się zastosować również do spraw trochę mniej ważnych i przemijających, jak na przykład udział Polski w Unii Europejskiej. Jak wiadomo, za sprawą "drogiego Bronisława" oraz innych bojowników o wolność i demokrację, gryzipóry z "prasy międzynarodowej", a nawet i narodowej, rozdzierają szaty nad Polską z powodu prześladowań, jakich faszystowski reżym braci Kaczyńskich dopuszcza się wobec pederastów płci obojga. Jak wiadomo, w Unii Europejskiej, obywatele nie mogą urządzać referendum w sprawie wysokości i rodzaju obciążeń podatkowych, są poddani przymusowi ubezpieczeń społecznych, muszą posyłać dzieci do szkół, gdzie różni wpływowi wariaci uprawiają pranie mózgów i indoktrynację, nie wolno im wygłaszać niektórych opinii (w Ameryce pod tym względem jest jeszcze gorzej; na przykład od lutego nie wolno używać słowa "niger", czyli "czarnuch"), np. na temat pewnych grzechów, a także wydarzeń w okresu II wojny światowej, ale nikt, poza wrogami demokracji, nie uważa tego wszystkiego za ograniczenia wolności. Przeciwnie - europejsy twierdzą, że ograniczenia te są świadectwem wolności prawdziwej, a - jak zauważył kiedyś Sławomir Mrożek - wolność prawdziwa pojawia się tam, gdzie nie ma wolności zwyczajnej. Wszystko dlatego, że za probierz wolności został uznany stosunek do pederastów - żeby broń Boże im się nie sprzeciwiać. Chcą pederaści urządzić Paradenmarsch - nikt nie może im w tym przeszkodzić, choćby nawet w biały dzień na ulicach markowali rżnięcie modo bestiarum, albo i nie markowali. Ludności nie tylko nie wolno się sprzeciwiać, ale powinna się radować. Tak w każdym razie powiedział mi kiedyś pan red. Janusz Majcherek, współpracownik "Tygodnika Powszechnego" - że tolerancja nie oznacza już cierpliwego znoszenia czegoś wstrętnego i szkodliwego w imię jakiejś wyższej racji, np. pokoju społecznego, tylko musi oznaczać akceptację. Znaczy - na widok pederasty każdy musi uśmiechać się przymilnie, choćby mu się z obrzydzenia przewracały wszystkie bebechy. Ano, tak już bywa, kiedy Nowe walczy ze Starym, a dzisiaj takie czasy, że awangarda wszechświatowej rewolucji wciągnęła na swoje sztandary cały katalog seksualnych dewiacji, za wyjątkiem pedofilii. Ale to normalne, bo przecież i bolszewicy zwalczali kiedyś trockistów jako heretyków, a dziś trockiści biorą odwet. Zanim jednak to nastąpi, pederaści są na topie.
    Z tego powodu pewien hiszpański pederasta, a może tylko ich rzecznik, oburzony do żywego doniesieniami "prasy międzynarodowej" o gehennie, jaką pod strasznym knutem braci Kaczyńskich przeżywają w Polsce pederaści, zaproponował, by Polska została wyrzucona z Unii Europejskiej. Niech mu Pan Bóg da zdrowie, niech jego pomysł podchwycą pederaści pozostałych krajów członkowskich i niech skłonią swoje oburzone rządy do wyrzucenia Polski z UE. Wyobraźmy sobie tylko, że nie podlegalibyśmy władzy Komisji Europejskiej, nie musielibyśmy wybierać posłów do Parlamentu Europejskiego, nie musielibyśmy zastanawiać się, co też Trybunał w Strasburgu robi z 22 pozwami przeciwko Polsce, jakie złożyło tam Powiernictwo Pruskie, no i nie musielibyśmy płacić rocznej składki, za którą można by wybudować w Polsce 500 kilometrów autostrady - i tak dalej. Oczywiście posiadacze gruntów rolnych nie dostawaliby dopłat, zadłużone samorządy nie dostałyby dofinansowania do coraz to nowych inwestycji, zbankrutowałyby firmy piszące podania o zapomogi. Na pewno nie wszyscy byliby zadowoleni, ale na tym świecie pełnym złości nie ma rzeczy doskonałych.
    Na przykład teraz polski rząd próbuje przekonać rządy innych państw i pana Barroso, żeby w konstytucji Unii Europejskiej przyjęty został system pierwiastkowy. Chodzi o to, żeby wyciągać pierwiastek kwadratowy z liczby ludności każdego kraju i w ten sposób ustalać siłę jego głosu. System pierwiastkowy miałby zastąpić system podwójnej większości, w którym do przegłosowania, dajmy na to, Polski, to znaczy - zmuszenia jej do robienia czegoś wbrew własnemu interesowi, wystarczyłaby większość państw grupujących większość ludności Unii Europejskiej. Warto jednak zauważyć, że w systemie pierwiastkowym Polska też mogłaby zostać przegłosowana, bo taka możliwość wynika z przyjęcia konstytucji Unii Europejskiej, która zrywa z zasadą jednomyślności. Okazuje się, że tak czy owak, przyjęcie konstytucji UE, nawet z systemem pierwiastkowym, oznacza formalną rezygnację z suwerenności. W tej sytuacji jedyna nadzieja w hiszpańskich i innych pederastach.

    Stanisław Michalkiewicz

    Publicystyka Stanisława Michalkiewicza na ASME i nagrania TV ASME


    Relacja z Konferencji w Łodzi Wysłane poniedziałek, 18, czerwca 2007 przez Krzysztof Pawlak

    W sobotę, 16 czerwca, w łódzkim Teatrze Nowym odbyła się dwugodzinna konferencja zorganizowana przez Chrześcijański Ruch Samorządowy pod hasłem "Jednomandatowe Okręgi Wyborcze”. W samo południe, przy wypełnionej sali teatralnej, po odśpiewaniu Hymnu Narodowego, konferencję otworzył prezydent Łodzi Jerzy Kropiwnicki. W dwudziestominutowym wystąpieniu Jerzy Kropiwnicki podniósł zalety jednomandatowych okręgów wyborczych, które ujawniły bezpośrednie wybory wójtów, burmistrzów i prezydentów miast. Wybory te ustabilizowały władzę samorządową, pozwalając "burmistrzom” na samodzielne, odpowiedzialne zarządzanie gminami przez całą kadencję, bez presji kolejnych przegrupowań partyjnych i tworzonych przez nie koalicji. Mówca wyraził nadzieję, że w najbliższej przyszłości podobnie odbywać się będą wybory starostów i marszałków sejmików, a także radnych wszystkich szczebli.

    Jerzy Kropiwnicki wypowiedział się zdecydowanie w sprawie dyskutowanego właśnie w Sejmie problemu podziału głosów w Radzie Unii Europejskiej i mocno poparł polską propozycję "pierwiastka". W sprawie wyborów do Sejmu prezydent Łodzi stwierdził, że "wymaga ona przemyślenia".

    Następnie referaty (także dwudziestominutowe) wygłosili liderzy Ruchu Obywatelskiego na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych, Jerzy Przystawa i Janusz Sanoki. Wystąpienie prof. J. Przystawy "Dlaczego konieczna jest reforma systemu wyborczego?" ogłaszamy oddzielnie. J. Sanocki wygłosił referat "Dlaczego JOW?". Obaj referenci zajęli się wyłącznie problemem ordynacji wyborczej do Sejmu, zgodnie z celem, jaki stawia sobie Ruch JOW.

    Po tych wystąpieniach miał się odbyć panel wójtów, burmistrzów i prezydentów miast, ale z jakiegoś powodu organizatorzy nie zadbali o jego właściwe przygotowanie. Zorganizowana ad hoc dyskusja z udziałem Janusza Sanockiego, Patrona Honorowego Ruchu burmistrza miasta Łochowa Mariana Dzięcioła i p. Mariusza Wisa, odbyła się już przy znacznie przerzedzonej sali, na której pozostali, w większości, przyjezdni uczestnicy Ruchu JOW. Konferencja zakończyła się o godzinie 14.

    O godzinie 13, odbyła się w hallu Teatru konferencja prasowa z udziałem prezydenta Kropiwnickiego i prof. Jerzego Przystawy.

    W konferencji uczestniczyli wojownicy z Wrocławia, Nysy, Warszawy, Poznania i innych miejscowości. Uczestnicy z Wrocławia i Nysy przybyli autokarami, pozostali w różny sposób. O godzinie 11.00 z placu Schillera wyruszył pochód uczestników konferencji do Teatru Nowego przy ul. Więckowskiego. Pogoda nie była zbyt łaskawa, bo o 11-tej zaczął padać deszcz i grupy wojowników w deszczu przeszły ulicą Piotrkowską skandując "Jednomandatowe okręgi wyborcze", "Jeden okręg - jeden mandat to jest demokracji standard". "Chodźcie z nami" itp.

    Z pewnym żalem powiedzieć wypada, że organizatorzy nie stworzyli przyjezdnym (i miejscowym) uczestnikom konferencji okazji i możliwości do swobodnego spotkania, nawiązania kontaktów i wymiany poglądów i opinii. Dobrze byłoby, gdyby organizatorzy przyszłych konferencji i spotkań wzięli to pod uwagę.

    Wszystkim Wojownikom, którzy włożyli tyle trudu i wysiłków, aby z odległych krańców Polski przybyć na konferencję do Łodzi, należą się wyrazy uznania i podziękowania.

    K. Pelc
    Biuro Krajowe Ruchu JOW
    Wrocław, 17 czerwca 2007


    Witryna ASME Antysocjalistycznego Mazowsza jest najstarszym serwisem w Sieci - oprócz witryny tematycznej JOW - propagującym ideę JOW


    Czy ksiądz Sylwester Zych będzie męczennikiem nowej diecezji warszawsko-praskiej? - Ksiądz Stanisław Małkowski i redaktor Antoni Zambrowski wspominają księdza Sylwestra Zycha i Jego męczeńską śmierć z rąk "nieznanych sprawców" Wysłane poniedziałek, 18, czerwca 2007 przez Krzysztof Pawlak

    | Pobierz |







    Czy ksiądz Sylwester Zych będzie męczennikiem nowej diecezji warszawsko-praskiej? - Ksiądz Stanisław Małkowski i redaktor Antoni Zambrowski wspominają księdza Sylwestra Zycha i Jego męczeńską śmierć z rąk "nieznanych sprawców"
    Wysłane poniedziałek, 18, czerwca 2007 przez Krzysztof Pawlak

    "Księdza Sylwestra Zycha poznałem w seminarium - przyszedł po wojsku, choć nie był w »jednostce kleryckiej«. Bliższą znajomość z Nim zawarłem tuż przed Jego aresztowaniem za »uczestniczenie w zbrojnej organizacji, która miała na celu obalenie siłą ustroju komunistycznego w Polsce«. Zarzut ten był bardzo przesadzony i wydumany. Ksiądz Sylwester przeżył powstanie »Solidarności«, a następnie stan wojenny, a cała sprawa polegała na tym, że zgłosili się do Niego chłopcy, którzy chcieli, by przechował dla nich broń, którą chcieli mieć na wypadek gdyby zaszła konieczność obrony przez atakiem władzy komunistycznej na społeczeństwo. Ksiądz Sylwester chciał mieć nad nimi kontrolę - bo cóż innego mógł zrobić, donieść władzom? Zarzut doprowadził Go do skazania na sześć lat więzienia, z czego odsiedział cztery i pół roku. Mnie nie dopuszczono do przebywania na sali sądowej, tylko najbliższa rodzina miała do Niego dostęp. Spotykałem Go często, gdy już opuścił więzienie, m.in. na mszach w kościele św. Stanisława Kostki, także koncelebrowaliśmy Mszę świętą podczas III Kongresu KPN w Warszawie na Woli. Ksiądz Sylwester bardzo emocjonalnie i duchowo angażował się w przemiany na przełomie lat 80. i 90. Czuł, że komuna się wali i bardzo chciał spotkać się na jej gruzach z przyjaciółmi. Niestety, do tego spotkania nie doszło, bo wkrótce stracił życie..." - ksiądz Stanisław Małkowski w wywiadzie przeprowadzonym przez Antoniego Zambrowskiego wspomina księdza Sylwestra Zycha - "ostatnią ofiarę PRL" i "pierwszą ofiarę III RP".

    W tym roku obchodzimy 30. rocznicę Jego święceń kapłańskich, 57. rocznicę urodzin, 18. rocznicę Jego śmierci - 11 lipca. Do dziś sprawców zbrodni nie wykryto, cały tok śledztwa był naznaczony matactwami i próbą ukrycia tych, którzy byli za nią odpowiedzialni. Po wyjściu na wolność ks. Zych odbierał wiele telefonów, w których zapowiadano Mu rychłą śmierć. Miała być to zemsta w stylu KGB-owskim za przypadkową śmierć sierżanta Karosa, którego broń przynieśli księdzu Zychowi owi chłopcy. Za atmosferę nienawiści i zaszczucia księdza Zycha odpowiadają decydenci ówczesnego komunistycznego MSW tzw. generał MO Czesław Kiszczak, a także ówczesny rzecznik rządów komunistycznych Jerzy Urban. Jak realnie wyglądał "stan zagrożenia ustroju komunistycznego" ze strony księdza Zycha i sprawców śmierci sierżanta Karosa świadczy min. fakt, że ci patriotycznie nastawieni chłopcy planowali... napad na więzienie w warszawskiej Białołęce i odbicie aresztowanych, i uwięzionych w nim działaczy solidarnościowych.

    "Widzę podobieństwo miedzy postawą księdza Sylwestra Zycha a postawą i postacią bohatera-księdza Ignacego Skorupki, którzy w krzyżem w ręku, ale w otoczeniu zbrojnych, swoich uczniów, szedł przeciw bolszewikom atakującym w 1920 roku. Ksiądz Skorupka sam nie posługiwał się bronią, ale w pewnym sensie aprobował czyn zbrojny. W perspektywie rozwoju wydarzeń pierwszych miesięcy stanu wojennego mogło przecież dojść do spiętrzenia działań zbrojnych ze strony komunistycznej, które upoważniłoby do obrony społecznej za pomocą takich środków, po jakie chcieli sięgnąć owi chłopcy" - mówi ksiądz Małkowski.

    Ksiądz Stanisław Małkowski był kapelanem podziemnej "Solidarności" oraz Konfederacji Polski Niepodległej.

    Nagranie trwa ponad 17 minut, jest dostępne w Sieci do 2 VII 2007 r. W Klubie TV ASME - wersja o dobrej jakości.




    Pierwiastki demokratyczne - Krzysztof Mazur Wysłane czwartek, 14, czerwca 2007 przez Krzysztof Pawlak

    W natłoku różnych zdarzeń i informacji rzadko zastanawiamy się nad istotą danego problemu i jego przyczyną, a wielka szkoda, gdyż takie wnikliwe rozważania często prowadzą do odkrycia prawdziwej natury systemu tak bardzo wpływającego na nasze codzienne życie. Parafrazując znaną sentencję - można powiedzieć, że nie tylko socjalizm, ale także demokracja bohatersko walczy z problemami, które nie są znane innym ustrojom i które to problemy demokracja sama stwarza.

    Jesteśmy na ten przykład wprost bombardowani ostatnio spekulacjami czy będziemy umierać za "pierwiastek", czy jest to tylko kolejny chwyt negocjacyjny, a w zarękawku mamy jeszcze wariant B, a nawet C. Oczywiście na tym odcinku ideologicznym w pierwszym szeregu obrońców naszego życia stoi "Gazeta Wyborcza" i skupione wokół niej środowisko, dla którego oczywistym jest, że za "pierwiastek" nie tylko nie warto umierać, ale nawet targować się niezbyt przystoi. Jest to pogląd bardzo zbieżny z tym, co na ten temat sądzą przywódcy najważniejszych krajów europejskich, a w szczególności Niemcy, którym widocznie nasz polski los leży na sercu bardziej niż ich własnych obywateli. Słuchając argumentów, jak to zgoda na system podwójnej większości jest w najlepszym interesie wszystkich państw UE w tym Polski, wychodzi na to, że tym, któremu na losie naszej ojczyzny zależy najmniej, jest obecny polski rząd. Znając jednakże realia geopolityki oraz ideały przyświecające współczesnym europejskim przywódcom, można "myśleć, że wątpimy", jakoby tym co najbardziej zaprzątało głowy panów Barroso czy Poeteringa, to problem, jak nam najbardziej dogodzić. Utwierdzać w tym mogą zwłaszcza wyraźne oznaki paniki, powodowane możliwością polskiego weta oraz mnożące się pielgrzyki różnych osobistości do Warszawy, których jedynym celem jest wybadanie i ewentualnie zmiękczenie naszego stanowiska w sprawie systemu głosowania. Chyba więc jakiś haczyk w tej wyjątkowo korzystnej i kompromisowej ofercie musi być, zresztą został on już pośrednio zaprezentowany, gdyż prawie każdy molestator wizytujący w ostatnich dnach Warszawę wspominał, że podwójna większość jest konieczna dla wzmocnienia decyzyjności wykonawczych organów UE.
    No więc - proszę, wychodzi po raz kolejny na to, że największą wartością nie jest demokracja, ale tym razem decyzyjność, dziwić się tylko należy, skąd tyle wrogości zachodnich demokracji do systemów autorytarnych lub rzeczywiście monarchicznych, w których problem decyzyjności jest wprost wmontowany w system sprawowania władzy. Zresztą czytając różne analizy i szkice historyczne to co rusz możemy spotkać się z biadoleniami historyków nad kolejnymi przywilejami piotrkowskimi, nieszawskimi, cerekwickimi, mielnickimi etc. ograniczającymi władzę monarszą na rzecz znacznie przecież szerszych mas szlacheckich, utożsamianych niegdyś z narodem.
    A wracając do spraw bieżących, to wyraźnie widać, że mnóstwo wysiłku prawodawczego idzie w kierunku moderowania czy wprost ograniczania woli demokratycznej. Na poziomie kraju służą temu progi wyborcze, blokowania list, finansowanie niektórych partii politycznych czy orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego. Co ciekawe - nasz rząd, który robi wszystko, aby wyeliminować ze sceny mniejsze ugrupowania i wytworzyć sytuację prostej dychotomii: albo Kaczyński, albo Kwaśniewski, na scenie europejskiej głosi postulaty "spłaszczania" siły głosu, co oczywiście zmniejsza demokratyczny potencjał krajów ludnościowo bardziej zasobnych. Osobiście jestem nawet za prawem "weta" nawet dla najmniejszego kraju, takiego jak np. Malta, zresztą system pierwiastkowy jeżeli kogoś szczególnie wyróżnia - to właśnie kraje o mniejszej liczbie ludności, ale trudno zrozumieć brak konsekwencji niektórych polityków, także tych z PiS, którzy wcześniej poparli integrację z UE, by teraz bohatersko umierać za "pierwiastki". Z drugiej strony usilne zabiegi zachodnich dyplomatów świadczą, że według ich przekonania decyzje, które będą podejmowane w przyszłości, niekoniecznie muszą być w interesie niektórych państw, inaczej nie obstawaliby przy systemie podwójnej większości, a nawet zgodziliby się na jednomyślność. A co właściwie oznacza, że dla interesu UE powinno się poświęcić interes jakiegoś kraju lub grupy krajów, które przecież wchodzą do Unii, aby wzmacniać swoją pozycję, a nie własnym kosztem wzmacniać pozycję UE? Skoro zaś będą to dwa różne interesy, to UE nie będzie równoznaczne z unią wszystkich państw, tylko unią państw, których interesy będą realizowane kosztem interesów innych państw - o słabszej sile głosu. Projektowany system jest więc systemem wasalnym, w którym wedle zasady, że "wasal mojego wasala nie jest moim wasalem", cesarz rzymski narodu niemieckiego będzie decydował komu przyznać królewską koronę, a komu tylko zaszczytny, ale mniej znaczący tytuł książęcy. Z przebiegu sporu wynika zaś, że najbardziej w przeforsowaniu takiego układu zależy Niemcom, a najbardziej obawiają się tego Polacy, co jest nawet logiczne, biorąc pod uwagę zaszłości historyczno-terytorialne. Dlatego nasz kraj stał się na obecnym etapie - czyli po upadku pierwotnego projektu konstytucji europejskiej - testerem europejskiej solidarności i trwałości uzgodnień, podjętych zgoła mało demokratycznie przez "koryfeuszy wspólnej polityki europejskiej". I stąd też warto taki test przeprowadzić, chociażby dla sprawdzenia hipotezy przedstawionej przez nieocenionego w tego typu przypadkach b. prezydenta Wałęsę, który - wprawdzie z innej okazji - przypomniał, że "kto przeżyje, ten żyć będzie".

    Krzysztof Mazur

    Publicystyka Krzysztofa Mazura na ASME


    Nasza młoda demokracja okrzepnie na gruncie okresowej wymiany "MYCH" i "ONYCH" - Stanisław Michalkiewicz o trendach na wybiegu mody politycznej Wysłane środa, 13, czerwca 2007 przez Krzysztof Pawlak

    | Pobierz |







    Nasza młoda demokracja okrzepnie na gruncie okresowej wymiany "MYCH" i "ONYCH" - Stanisław Michalkiewicz o trendach na wybiegu mody politycznej
    Wysłane środa, 13, czerwca 2007 przez Krzysztof Pawlak

    "Każdy człowiek, który zetknął się, chociaż pośrednio, z działaniami razwiedki, na pewno zapoznał się z takim określeniem »akcja dezinformacyjna«. Taka akcja, choć w różnych okolicznościach ma różny charakter, występuje wtedy, gdy wśród publiczności zaczynają krążyć jakieś podejrzenia czy uzasadnione plotki, wtedy wykonawcy akcji dezinformacyjnej mnożą coraz bardziej nieprawdopodobne wersje kolejnych plotek, a wtedy każda z nich staje się elementem coraz bardziej groteskowym i podważa to prawdopodobieństwo oraz wiarygodność wszystkich plotek, nawet takich, które mają jakieś uzasadnienie faktyczne. Otóż widać teraz wyraźnie, że razwiedka bardzo starannie przygotowuje wejście na scenę polityczną Ruchu na rzecz Obrony Zdobyczy III Rzeczypospolitej. Pan Aleksander Kwaśniewski otrzymał już szczepionkę od stacji telewizyjnej, którą podejrzewam o założenie przy udziale pieniędzy i ludzi razwiedki, czyli stacji TVN, z resztą tak jak cały koncern ITI, a teraz ta sama stacja przystąpiła do wstrzykiwania szczepionki panu Lechowi Wałęsie" - Stanisław Michalkiewicz, znakomity publicysta prawicowy i stały współpracownik naszej witryny ASME, prognozuje najbliższą pogodę polityczną w "polskim regionie UE".

    Oto pan Lech Wałęsa jest podejrzewany tak naprawdę od roku 1978, że był tajnym współpracownikiem Służby Bezpieczeństwa o pseudonimie "Bolek". Pan Wałęsa przyznał się rano 2 czerwca 1992, że coś tam kiedyś podpisał, ale tak naprawdę to zawsze kochał Polskę, później mówił, że "kupił oryginały" tych dokumentów o sobie, potem wyrzucił pułkownika Hodysza z UOP-u gdańskiego - za co, nie wiadomo... ale prawdopodobnie w związku z tymi podejrzeniami...
    Trzeci lider Ruchu Obrony Zdobyczy III Rzeczypospolitej przyznał się niebacznie, że był agentem "wywiadu gospodarczego PRL", o pseudonimie "Must", ale trzeba się spodziewać, że i na niego przyjdzie czas oczyszczenia, choć na końcu. Na razie stacja TVN uruchomiła wszystkie "ałtorytety moralne", by wypucować Lecha Wałęsę - na początek poszedł pan Borowczak ze Stoczni Gdańskiej, potem pan Pusz, a potem - niezawodny w takich sprawach pan Stefan Niesiołowski, który jak będzie trzeba i mu karzą, to niechybnie niedługo zezna, że Boga nie ma - jak przystało na członka Zjednoczenia Chrześcijańsko-Narodowego.
    Pan Lech Wałęsa dzisiaj zdradził, że agentów "Bolków" było - nie zgadniecie Państwo - aż... 54! I - oczywiście - ŻADEN to nie On... - uśmiecha się Stanisław Michalkiewicz.
    Jednocześnie obecnie rządząca koalicja przygotowuje się do realizacji marzenia Jarosława Kaczyńskiego, czyli ostatecznego podziału sceny politycznej na "MYCH" i "ONYCH", bez żadnych ugrupowań pośrednich...

    Nagranie trwa ponad 8 minut, jest dostępne w Sieci do 28 VI 2007 r. W Klubie TV ASME - wersja o dobrej jakości.





    Władza zajmuje się tym, co marksiści nazywali bazą, a nadbudowę pozostawia tow. Andrzejowi Lepperowi - Łukasz Perzyna o kłopotach z najnowszą polityką historyczną
    Wysłane środa, 13, czerwca 2007 przez Krzysztof Pawlak

    | Pobierz |








    Władza zajmuje się tym, co marksiści nazywali bazą, a nadbudowę pozostawia tow. Andrzejowi Lepperowi - Łukasz Perzyna o kłopotach z najnowszą polityką historyczną
    Wysłane środa, 13, czerwca 2007 przez Krzysztof Pawlak

    "Kilkanaście lat temu zwłaszcza »Gazeta Wyborcza« najczęściej podkreślająca, że czas przejść do porządku dziennego nad historycznymi podziałami - z lubością cytowała opinie licealistów, że ich nic nie obchodzą górnicy z Wujka, ani kto do nich strzelał. Jednym słowem - trzeba było iść naprzód. Teraz, jak się wydaje, sondaże opinii publicznej wskazują wzrost zainteresowania młodzieży historią, pewnymi tradycyjnymi identyfikacjami, czy potrzebę nowego patriotyzmu, który odradza się w mądrzejszych czy bardziej populistycznych formach, bo przecież moda na biało-czerwone chorągiewki czy szaliki z Adamem Małyszem wskazują na potrzebę narodowego, ludowego bohatera, który ucieleśniałby zbiorowe wzruszenie. Polska na te potrzeby w ostatnich kilkunastu latach transformacji ustrojowej odpowiedziała w stopniu niewielkim. Młode te pokolenie przeżywa dziś dość specyficzny moment próby" - Łukasz Perzyna, publicysta "Tygodnika Solidarność" i naszej witryny ASME, analizuje ostatnie wydarzenia ze sfer postsolidarnościowego salonu politycznego.

    Miejsce w dziejach Polski mają i Lech Wałęsa, i Andrzej Gwiazda, i Anna Walentynowicz. Jednak zamiast wspólnego otwierania jakiś muzeów np. w loftach byłej Stoczni Gdańskiej, obrzucają się w mediach błotem i spotykają na salach sądowych. Często są w takim stanie duszy pokazywani w stacjach telewizyjnych związanych z Mariuszem Walterem: TVN czy TVN24, które stosują swoisty immoralizm, wobec którego poglądy "Gazety Wyborczej" sprzed kilkunastu lat wydają się łagodnym zakwestionowaniem historycznych podziałów.
    Lecha Wałęsa ma talent do zaskakiwania. W ostatnich tygodniach zaskoczył nas - raz dobrze, a raz źle. Zadziwił negatywnie, stając obok swego byłego przeciwnika ideologicznego w konkurenta w wyborach prezydenckich, tow. Aleksandra Kwaśniewskiego w sali Uniwersytetu Warszawskiego. Pozytywnie zaskoczył - publikując w internecie dokumenty PRL-owskiej Służby Bezpieczeństwa na swój temat, z których wynika, że SB utwierdzała narodowych bohaterach w istniejących między nimi od długiego czasu animozjach. Z wymiany obelg pomiędzy byłym prezydentem RP a Krzysztofem Wyszkowskim zadowoleni są ci wszyscy, którzy w tamtych czasach walki z bandyckim ustrojem narzuconym przez sowieckiego okupanta Polski - siedzieli w domach. Dzisiaj mają potwierdzenie, żeby nie szanować i nie traktować poważnie niegdysiejszych bohaterów. Młode pokolenie też patrzy na te swary - ucząc się, że to jacyś pieniacze "obalili" komunistyczną dyktaturę i przeżywa czas próby.
    Dodatkowo pojawiają się samozwańczy rzecznicy "IV Rzeczpospolitej" - oto taki były członek PZPR, jakim był w latach 1978-80 tow. Andrzej Lepper mówi na zjeździe lewacko-populistycznej Samoobrony o swoim patronacie dla "IV RP". Człowiek, który umożliwił start z list wyborczych Samoobrony i zdobycie mandatów takim osobnikom jak np. Bolesław Borysiuk, były zastępca redaktora naczelnego "betonowego", PZPR-owskiego tygodnika "Rzeczywistość", związanego z najtwardszym jądrem byłej PZPR-erii, zorientowanej na Moskwę i siłowe rozwiązania za czasów pierwszej "Solidarności".
    Prawdziwi ówcześni bohaterowie walkę o godną pamięć o tamtych czasach - wydaje się - po prostu odpuścili...
    A nowa władza - którą reprezentuje ugrupowania przezwane przez "warszawską ulicę" Populizmem i Socjalizmem (a przez naszą witrynę pierwotnie etykietka ta została rozpowszechniona) - zajmuje się już tylko podziałem łupów w ciągle państwowych firmach, takich jak np. KGHM, gdzie mamy wielką awanturę o zły podział dywidendy, naliczonej tak partacko przez urzędników, że okazała się wyższa niż cały zeszłoroczny zysk tej firmy...
    Czy taka będzie IV Rzeczypospolita, jacy jej "ojcowie chrzestni"...? - zastanawia się Łukasz Perzyna.

    Nagranie trwa prawie 13 minut, jest dostępne w Sieci do 28 VI 2007 r. W Klubie TV ASME - wersja o dobrej jakości.




    List dr. Wojciecha Błasiaka do Prezesa TVP Andrzeja Urbańskiego Wysłane środa, 13, czerwca 2007 przez Krzysztof Pawlak

    Prezes Zarządu
    Telewizji Polskiej S.A.
    Andrzej Urbański


    List otwarty


    Szanowny Panie Prezesie


    Od 19 kwietnia 2007 roku aż po dziś dzień trwa największy od 1989 roku kryzys nie tylko polityczny, ale i społeczny, w kraju będącym członkiem Unii Europejskiej; w kraju, który jako jeden z niewielu przyszedł Polsce i Polakom z realną pomocą po klęsce września 1939 roku; wreszcie w kraju, który perspektywicznie może stać się ważnym polskim sprzymierzeńcem w polityce unijnej i europejskiej.

    19 kwietnia parlament tego kraju, który nazywa się Rumunia, zawiesił w pełnieniu obowiązków głowę państwa prezydenta Traiana Basescu, który to w spektakularnych okolicznościach musiał wyprowadzić się ze swej pałacowej rezydencji. Przez miesiąc aż do 19 maja, kiedy to odbyło się referendum, w którym zdecydowana większość Rumunów odrzuciła decyzję parlamentu, w Rumunii wrzało. Doszło do wielotysięcznych demonstracji i manifestacji w miastach rumuńskich w obronie prezydenta, a przeciw rumuńskiej klasie politycznej.

    Prezydent Basescu i jego zwolennicy rzucili wyzwanie postkomunistycznej oligarchii politycznej i finansowej pod hasłem PARLAMENT UNICAMERAL – VOT UNINOMINAL (Parlament jednoizbowy – wybory jednomandatowe). Traian Basescu domaga się nadal przede wszystkim zmiany ordynacji wyborczej na większościową z jednomandatowymi okręgami wyborczymi, a także reformy konstytucji i likwidacji Senatu. Jego zdaniem wybory w okręgach jednomandatowych umożliwią Rumunom przeprowadzenie rzeczywistej lustracji, rozbicie struktur mafijnych i rosyjskiej agentury.

    Ten przesileniowy kryzys trwa do dziś. Rumunia znalazła się na pierwszych stronach gazet i serwisów informacyjnych mediów w całej Europie. Wszystkie najważniejsze media w Europie były pełne informacji o tym, co się dzieje w Rumunii. Tymczasem kierowana przez Pana publiczna telewizja TVP całkowicie przemilczała wydarzenia między 19 kwietnia a 19 maja i wciąż milczy o nich. Polskie społeczeństwo zostało całkowicie odcięte od informacji, których kontekst jest bezpośrednio przekładalny na wewnętrzną sytuację Polski. Nawet pilnie śledzący wydarzenia polityczne Polacy za pośrednictwem telewizji publicznej mogli się co najwyżej dowiedzieć o fakcie zawieszenia w pełnieniu obowiązków prezydenta Rumunii a następnie korzystnym dla niego wyniku referendum. Nie oglądali na ekranach TVP gigantycznych manifestacji w Bukareszcie i innych miastach rumuńskich i nie dowiedzieli się nic o hasłach demonstrantów. Nie było żadnych informacji ani komentarzy wyjaśniających sedno konfliktu i to na żadnym z programów informacyjnych trzech najważniejszych kanałów TVP. A to, że takich informacji nie było również w innych niepublicznych mediach krajowych w niczym Pana i kierowanej przez Pana instytucji nie tłumaczy, z tego choćby względu, że i Pan, i TVP jesteście opłacani z publicznych pieniędzy i macie publiczne powinności.

    Szanowny Panie Prezesie!

    Milczenie TVP o wydarzeniach w Rumunii jest co gorsza tylko fragmentem większej i bardziej ponurej całości, jaką jest trwająca od lat głęboka merytoryczna cenzura stosowana w TVP wobec najważniejszego ustrojowego problemu Polski i fundamentu demokracji czyli ordynacji wyborczej do Sejmu. Ta niesformalizowana cenzura polityczna w TVP nie dopuszcza do jakiejkolwiek informacji i komentarzy na temat postulatu wyborów większościowych i jednomandatowych okręgów wyborczych. Trudno bowiem czymkolwiek innym wyjaśnić fakt, że ten fundamentalny temat od lat jest całkowicie przemilczany w TVP. I to mimo że, jak wynika z różnych sondaży ostatnich lat, zdecydowana większość Polaków opowiada się za wprowadzeniem w Polsce jednomandatowych okręgów wyborczych i skończeniem z rządami partiokracji, które są głównym źródłem korupcji i niskiej jakości rządzenia w Rzeczypospolitej.

    Szanowny Panie Prezesie!
    W obliczu powyższych faktów my niżej podpisani domagamy się:
    (1) wyciągnięcia konsekwencji służbowych w stosunku do ludzi odpowiedzialnych w TVP za blokadę informacji o sytuacji w Rumunii,
    (2) rozpoczęcia informowania o wydarzeniach w Rumunii zgodnie z kanonami sztuki dziennikarskiej i misji publicznej TVP,
    (3) zlikwidowania nieformalnej cenzury politycznej w TVP dotyczącej ordynacji większościowej i wyborów posłów w jednomandatowych okręgach wyborczych.

    Do wiadomości:
    1) Krajowa Rada Radia i Telewizji
    2) Prezydent RP Lech Kaczyński
    3) Marszałek Sejmu RP Ludwik Dorn
    4) Rada Etyki Mediów
    5) Rzecznik Praw Obywatelskich Jan Kochanowski




    Zwracam się do zgadzających się z tezami poniższego listu otwartego do Prezesa TVP Andrzeja Urbańskiego o jego ewentualne podpisanie. List będzie przesłany do adresata i do wiadomości wymienionych instytucji oraz do głównych tytułów prasowych.

    Wojciech Błasiak

    List można podpisywać na witrynie JOW, do czego oczywiście zachęcamy - Redakcja ASME


    Witryna ASME Antysocjalistycznego Mazowsza jest najstarszym serwisem w Sieci - oprócz witryny tematycznej JOW - propagującym ideę JOW

    Totalniaccy szermierze wolności - Stanisław Michalkiewicz Wysłane wtorek, 12, czerwca 2007 przez Krzysztof Pawlak

    Trudno o lepszy dowód trafności spostrzeżenia Stefana Kisielewskiego, że "socjalizm bohatersko walczy z trudnościami nie znanymi w innym ustroju", niż burza w szklance wody spowodowana propozycją ministra edukacji narodowej Romana Giertycha, by zmienić zestaw obowiązkowych lektur szkolnych. Tak nawiasem mówiąc, burza jest tym gwałtowniejsza, że propozycje wyszły od Romana Gietrycha, którego rząd izraelski, a za nim wszyscy polscy szabesgoje postanowili "bojkotować", ale wybuchłaby pewnie i wtedy, gdyby jakieś propozycje zgłosił ktoś inny. Jest to rezultatem socjalistycznego gusła, że wszyscy ludzie mają czytać to samo, żeby potem mniej więcej tak samo myśleli, tzn. nie myśleli samodzielnie, tylko powtarzali myśli przeczytane. Za pierwszej komuny do czytania tego samego zmuszano również ludzi dorosłych. Służyła temu celowi z jednej strony tak zwana polityka wydawnicza, a z drugiej - cenzura. W rezultacie taki np. Józef Mackiewicz z emigracji czy Stanisław Rembek z kraju, pisarze niewątpliwie jedni z najwybitniejszych w XX wieku, do dzisijeszego dnia pozostają w Polsce niemal nieznani. Warto zwrócić uwagę, że do zamilczania Józefa Mackiewicza przyczynia się dzisiaj "Gazeta Wyborcza" - ta sama, która wzorem arcykapłana Kajfasza (a może Annasza - już mi się ci żydowscy arcykapłani mylą), rozdziera dzisiaj szaty z powodu krzywdy wyrządzonej przez złowrogiego Giertycha Franzowi Kafce, że zaproponował wykreślenie z zestawu jego "Procesu". Ciekawe, skąd się to bierze - czy z powodu antykomunizmu Józefa Mackiewicza, który tak denerwuje Adama Michnika i zasmuca prof. Geremka, czy też ze względu na panią Ninę Karsow-Szechter, która występując w charakterze spadkobierczyni praw autorskich Mackiewicza, skutecznie blokuje możliwość wydania jego książek w Rosji i na Litwie. Antykomunizm Mackiewicza rzeczywiście może być denerwujący dla środowisk odbywających dzisiaj sodomię "historycznego kompromisu" ("bo już się z pruską weszką parzy nasz stary austriacki wszarz"), ale w przykładaniu ręki do tego zamilczania nie można też z góry wykluczyć motywacji rodzinno-rasistowskich. Nawiasem mówiąc, jeden z autorów "GW", w pierwszym wcieleniu stalinowczyk, a po 1968 roku, kiedy to "Chamy" popędziły kota "Żydom" - jakże by inaczej - "Brukselczyk", czyli Leopold Unger radzi, żeby wrażych autorów niszczyć ekonomicznie. Rozumiem, że lichwiarski internacjonał będzie odtąd odmawiał kredytu wrażym wydawnictwom i w ten sposób wymusi prawdziwą wolność słowa i prawdziwy pluralismus.
    Ale mniejsza już o te motywacje szermierzy prawdziwej wolności i prawdziwego pluralizmu, bo spróbujmy na chwilę odnieść się do propozycji Romana Giertycha merytorycznie. Gombrowicz czy Sienkiewicz? Jeśli już wybierać, to jednak Sienkiewicz. Sienkiewicz dostarcza pewności, podczas gdy Gombrowicz dostarcza rozterki. Faszerować rozterką kogoś, kto nie zyskał jeszcze żadnej pewności, to głupota i okrucieństwo. To tak, jakby głodnego człowieka poczęstować samymi przyprawami. Zresztą po Sienkiewiczu łatwiej zrozumieć Gombrowicza, który Sienkiewiczowi robi miny. Gdyby tak zatem pozostawić wybór samym czytelnikom, pewnie sami też doszliby do tego wniosku. Problem jednak polega na tym, że lista lektur obowiązkowych nie może być za duża, w związku z tym pojawia się alternatywa: albo myć ręce, albo myć nogi.
    Tego problemu by nie było, gdyby nie było Ministerstwa Edukacji Narodowej, a uczniowie chodziliby do różnych szkół, kształcących według różnych programów. W jednych szkołach zachęcano by uczniów do czytania Sienkiewicza, w innych do Gombrowicza, a w jeszcze innych - tylko do Michnika i Maleszki. W jednych szkołach propaganda homoseksualna byłaby zakazana, w innych nauczyciele płci obojga odbywaliby z uczniami "warsztaty" seksualnej edukacji. Oczywiście wszystkie szkoły musiałyby utrzymać się samodzielnie, wyłącznie z czesnego płaconego przez rodziców - żadnych dotacji publicznych pod jakimkolwiek pozorem. Wtedy zobaczylibyśmy, jakie są prawdziwe preferencje społeczne, to znaczy - czego ludzie chcą naprawdę. Niestety, na razie jest to niemożliwe, bo panuje przesąd, że wszyscy muszą uczyć się tego samego, a szkoły muszą być koedukacyjne, w związku z czym zarówno chłopcy, jak i dziewczęta powinny nawet czytać to samo. Tego przesądu nie da się uzasadnić niczym, poza wygodą biurokratów, którzy lubią mieć porządek w papierach. Wygląda na to, że właśnie z tego powodu tak się wszyscy mordujemy.
    To znaczy - wcale nie wszyscy. Cała ta dyskusja czy Sienkiewicz, czy Gombrowicz tak naprawdę nie ma najmniejszego sensu, ponieważ większość uczniów w ogóle nie czyta żadnych książek, a już zwłaszcza książek zalecanych jako lektury obowiązkowe, a jeśli nawet czyta - to natychmiast zapomina. Jest to konsekwencją przymusu edukacyjnego, który - jak każdy przymus - jest przez normalnych ludzi traktowany niechętnie i budzi w nich instynktowny odruch samoobrony. Niekiedy bywa to konieczne dla higieny psychicznej. W moich czasach wśród lektur szkolnych były jakieś wypociny wdowy narodowej Janiny Broniewskiej "O człowieku, który się kulom nie kłaniał" albo Heleny Bobińskiej "Soso", a "za postępy w nauce i piękne czytanie" dostałem książkę Jacka Bocheńskiego "Zgodnie z prawem" o ubowcach i spółdzielcach produkcyjnych. Ale o tym, żeby znieść przymus edukacyjny - nawet szkoda mówić. Rządy straciłyby pretekst do rabowania obywateli, Jasnogród - do lamentów, że "cały kraj okryty wstydem", a pan Broniarz - do strajku o pensje.

    Stanisław Michalkiewicz

    Publicystyka Stanisława Michalkiewicza na ASME i nagrania TV ASME


    Zomowcy z "Wujka” skazani (po 26 latach) - TADEUSZ M. PŁUŻAŃSKI Wysłane wtorek, 12, czerwca 2007 przez Krzysztof Pawlak

    Proces członków plutonu specjalnego ZOMO, przeprowadzających pacyfikacje kopalni "Wujek” i "Manifest Lipcowy” od początku wolnej Polski był kilkakrotnie zawieszany i wznawiany. Katowicki sąd skazał ich dopiero w ubiegłym tygodniu. Szef plutonu - Romuald Cieślak dostał 11 lat więzienia, 14 jego podwładnych od 2,5 do 3 roku. Byłego wiceszefa MO z Katowic Mariana Okrutnego "z braku dowodów” uniewinniono.

    Jako, że Romuald Cieślak dostał wysoki wyrok, sąd wydał nakaz jego aresztowania. Podczas pacyfikacji KWK "Wujek” słowami: "Walimy” dał sygnał do otwarcia ognia w stronę górników. Szef zomowców, który - podobnie, jak pozostali oskarżeni - nigdy nie przyznał się do winy, teraz tak spokorniał, że sam zgłosił się do aresztu.
    Wyrok nie jest prawomocny. Apelację zapowiedzieli oskarżyciele, domagający się podwyższenia kar (i skazania Okrutnego). Mecenas Leszek Piotrowski uważa, że zomowcy powinni odpowiadać za usiłowanie zabójstwa, a nie za udział w bójce z użyciem broni, jak ich czyn zakwalifikowała prokuratura i za co skazał ich sąd. Obrońcy oskarżonych chcą uniewinnienia swoich klientów.

    ZACIERANIE ŚLADÓW
    I RAPORT TATERNIKÓW


    Wszystkich zomowców z "Wujka” uznano za winnych strzelania do górników. Historyczna prawda była jednak trudna do udowodnienia na gruncie prawnym. Zaraz po akcji w "Wujku” zacierano ślady zbrodni. Zomowcy przestrzelili broń, a funkcjonariusze SB skonfiskowali pociski wyjęte z ciał rannych.
    Dochodziło do tego solidarne milczenie katów i strach sędziów wolnej Polski przed ich skazaniem. Dlatego poprzednie dwa sądy III RP uniewinniały oskarżonych. Niewiele brakowało, żeby sprawa w ogóle przedawniła się. Kontynuować można ją było dopiero po przejęciu oskarżenia od prokuratury powszechnej przez Instytut Pamięci Narodowej i zmiana kwalifikacji na zbrodnię komunistyczną, oraz wymiana składu sądzącego po podejrzeniach, że może on ulegać presji. Sąd obalił również główny argument obrońców oskarżonych, że strzelali w obronie własnej. Tak - na polityczne zamówienie - sprawę oceniła Prokuratura Garnizonowa w Gliwicach w styczniu 1982 r. Tymczasem - co teraz ponad wszelką wątpliwość udowodniono - podczas walki zomowców ze strajkującymi górnikami ani razu nie doszło do bezpośredniego zwarcia, a strzały padły z odległości. Żaden zomowiec nie ucierpiał.
    Za ważny dowód w sprawie sąd uznał zeznania taterników, którzy prowadzili obóz szkoleniowy dla zomowców w Tatrach zimą 1982 r. Mieli oni wówczas szczegółowo opowiadać instruktorom wspinaczki, jak strzelali do górników, i że sygnał dał Cieślak.

    OBIECANKI GENERAŁA

    W trzygodzinnym uzasadnieniu orzeczenia przewodnicząca składu katowickiego sądu - sędzia Śliwińska precyzyjnie przedstawiła przebieg wydarzeń w kopalniach "Wujek” i "Manifest Lipcowy” sprzed 26 lat. Po wprowadzeniu stanu wojennego zastrajkowało szereg zakładów pracy, głównie na Śląsku. W Kopalni Węgla Kamiennego "Manifest Lipcowy” (dziś "Zofiówka”) w Jastrzębiu strajk poparła prawie cała załoga, licząca w sumie 6 tys. osób. 15 grudnia rano kopalnię otoczyły skoty i czołgi. Po trzykrotnym ataku, czołgi staranowały bramę. Na teren kopalni wkroczył pluton specjalny. Gdy strajkujący, prowadzeni przez jednego z górników - Czesława Kłoska, ruszyli do przodu, padły strzały. Kłoska postrzelono w szyję (dziś jest oskarżycielem posiłkowym w procesie zomowców).
    Rany postrzałowe odniosło 25 górników. Odpowiedzialni za użycie broni nie zostali wykryci. Prokuratura Garnizonowa w Gliwicach umorzyła śledztwo przeciwko funkcjonariuszom MO uznając m.in., że niektóre rany postrzałowe nie pochodziły od... postrzałów. Członkowie Komitetu Strajkowego trafili pod sąd, potem większość z nich wyemigrowała.
    14 grudnia rozpoczął się strajk w KWK "Wujek” w Katowicach (ok. 3 tys. górników z ok. 5 tys. załogi, przewodniczącym 20-osobowego Komitetu Strajkowego został Stanisław Płatek) i sformułowano postulaty: uwolnienie przewodniczącego "Solidarności” w kopalni - Jana Ludwiczaka, odwołanie stanu wojennego, przywrócenie działalności Związku, realizacja porozumień jastrzębskich (trzecie porozumienie, jakie "Solidarność” podpisała w sierpniu 1980 r. z władzą, obok porozumień gdańskich i szczecińskich). Kopalnia została okrążona przez czołgi i wozy pancerne.
    Stanisław Płatek wspomina: - Nie braliśmy pod uwagę, że napastnicy będą do nas strzelać, myśleliśmy, że władza wyciągnęła wnioski z tragedii 1970 r. na Wybrzeżu, zresztą generał Jaruzelski w swoim wystąpieniu mówił, żeby nie polała się ani jedna kropla polskiej krwi. Słyszeliśmy, że są ranni w kopalni "Manifest Lipcowy”, tylko nie wiedzieliśmy, w wyniku czego odnieśli obrażenia.
    Na teren "Wujka”, po staranowaniu muru, wjechał czołg, a za nim wkroczył oddział ZOMO. Początkowo zomowcy obrzucali górników pociskami z gazami łzawiącymi. Gdy wydawało się, że walka jest zakończona, padły strzały. Byli zabici i ranni. Ranny został również przewodniczący KS Stanisław Płatek, którego kula trafiła w prawe ramię. Mimo to udało mu się ostrzec górników, że napastnicy strzelają ostrą amunicją.
    Stanisław Płatek: - Wiedzieliśmy, że wojsko jest wyposażone w broń palną nie tylko po to, aby z nią paradować. Nie spodziewaliśmy się jednak, że zostaną wprowadzone oddziały ZOMO, tym bardziej Pluton Specjalny, o którego istnieniu w ogóle nie słyszeliśmy.

    NAPASTNICY I OFIARY

    Przy pacyfikacji kopalni "Wujek” brało udział: 6 kompanii ZOMO, 4 kompanie ROMO, 1 kompania NOMO, 1 kompania KW MO, 6 kompanii piechoty, 6 plutonów czołgów, 17 członków Plutonu Specjalnego ZOMO; 7 armatek wodnych, helikopter, 55 wozów BWP.
    Podczas pacyfikacji od kul poległo dziewięciu górników: Józef Czekalski - lat 48, Krzysztof Giza - lat 24, Ryszard Gzik - lat 35, Bogusław Kopczak - lat 28, Andrzej Pełka - lat 19, Zbigniew Wilk - lat 30, Zenon Zając - lat 22, Joachim Gnida - lat 28, zmarł 2 stycznia 1981 r. nie odzyskawszy przytomności, Jan Stawisiński - lat 21, zmarł 24 stycznia 1982 r. w szpitalu w Katowicach-Ochojcu, nie odzyskawszy przytomności.
    21 górników odniosło rany postrzałowe, 22 innego rodzaju obrażenia wymagające hospitalizacji: zatrucie gazem, uszkodzenie gałek ocznych.
    9 lutego 1982 r. przywódcy strajku zostali skazani na kary kilkuletniego więzienia, innych internowano. Zbigniew Szafraniec - jeden z górników, postrzelonych podczas pacyfikacji, składał zeznania w procesie członków Plutonu Specjalnego w czerwcu 1994 r. Wkrótce potem zginął w niewyjaśnionych okolicznościach (według oficjalnej wersji: samobójstwo). Wielu górników, biorących udział w strajku, zwolniono z pracy. Do końca PRL władze zakazały oddawania czci zabitym.

    KOMUNISTYCZNE ZBRODNIE
    CZEKAJĄ NA ROZLICZENIE


    Za przyczynienie się do śmierci dziewięciu górników w kopalni "Wujek” i ciężkiego zranienia 25-ciu w kopalni "Manifest Lipcowy” w grudniu 1981 r. "gen. MO" ("Milicji Obywatelskiej" - przyp. ASME) Czesław Kiszczak został przed trzema laty skazany na cztery lata więzienia (na mocy amnestii karę zmniejszono o połowę). Warszawski sąd uznał znaczenie tajnego szyfrogramu ZW-I-01486/81, w którym szef MSW "przekazał swoje uprawnienia w zakresie decyzji o użyciu broni palnej dowódcom oddziałów i pododdziałów MO”. Proces trwa jednak nadal, bo "gen. MO" Kiszczak odwołał się od wyroku.
    Pacyfikacja śląskich kopalń w grudniu 1981 r. to tylko fragment zbrodni stanu wojennego i schyłkowego okresu PRL. W ten sposób komunistyczna dyktatura pozbywała się groźnych przeciwników. Część tych zabójstw miała wyjaśnić powołana w 1989 r. w Sejmie kontraktowym Komisja Nadzwyczajna do zbadania działalności MSW w latach 1981 - 1989, na której czele stanął poseł Jan Rokita. Opracowano listę, zawierającą prawie sto nazwisk osób, które poniosły śmierć w wyniku działania MO i SB. Na liście tej znaleźli się m.in. Grzegorz Przemyk i Piotr Bartoszcze, oraz księża: Jerzy Popiełuszko, Stefan Niedzielak, Stanisław Suchowolec, Sylwester Zych. Komisja przekazała prokuratorowi generalnemu RP opinie dotyczące 19 przypadków, z których 14 miały być objęte postępowaniem prokuratorskim. Niestety, rozwiązanie Sejmu zakończyło prace komisji Rokity. Później - nawet w okresie rządów Akcji Wyborczej "Solidarność" - nikt, z posłem Rokitą włącznie, nie domagał się wznowienia tych spraw. W tej sytuacji o osądzeniu jakiejkolwiek zbrodni - rzecz jasna - nie mogło być mowy.

    STAN WOJENNY BEZPRAWNY
    - WINNI POD SĄD


    Mimo zadowolenia rodzin zabitych górników z kopalni "Wujek” z tych - nie najwyższych przecież wyroków - trudno mówić o pełnej sprawiedliwości. Do dziś nie zostali rozliczeni mocodawcy zomowców - osoby odpowiedzialne za wprowadzenie stanu wojennego i podjęcie decyzji o pacyfikacji strajków. Szansa jednak istnieje. Instytut Pamięci Narodowej prowadzi właśnie sprawę przeciwko generałowi Wojciechowi Jaruzelskiemu, zarzucając mu bezprawne wprowadzenie stanu wojennego w 1981 r. Jaruzelski był wówczas szefem rządu, I sekretarzem PZPR i szefem Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego. A to właśnie WRON wydała Radzie Państwa polecenie podpisania dekretu o wprowadzeniu stanu wojennego.
    Katowicki IPN postawił już zarzuty pięciu żyjącym członkom Rady Państwa - m.in. Kazimierzowi Barcikowskiemu - którzy w nocy z 13 na 14 grudnia 1981 r. podpisali dekret o stanie wojennym. Było to bezprawne, gdyż zgodnie z Konstytucją PRL Rada Państwa mogła podejmować decyzje o wprowadzaniu stanu wojennego tylko w przerwach między obradami Sejmu. W tym czasie Sejm obradował i jedynie on miał prawo wprowadzić stan wojenny. Prokuratorzy IPN badają zatem, czy funkcjonariusze ówczesnego państwa popełnili zbrodnię komunistyczną polegającą na przekroczeniu przysługujących im uprawnień.
    Skutkiem złamania konstytucji były represje wobec przeciwników politycznych (m.in. pozbawienie wolności), które stanowiły ograniczenie podstawowych praw konstytucyjnych. Oskarżonym grozi do trzech lat więzienia.

    TADEUSZ M. PŁUŻAŃSKI

    Publicystyka Tadeusza M. Płużańskiego na ASME.


    Zabili go i uciekł - Krzysztof Mazur Wysłane wtorek, 5, czerwca 2007 przez Krzysztof Pawlak

    Daje się zauważyć, że społeczeństwo podzieliło się na tych, którzy popierają PiS i takich, którzy niezależnie od tego czy obecna koalicja zrobi coś dobrze, czy źle i tak szukają negatywnych stron takiego przedsięwzięcia. Inna sprawa, że koalicjanci rzadko kiedy robią coś od początku do końca jak należy, stąd ułatwiają życie swoim krytykom, ale nawet kiedy sprawa wydaje się nie budzić wątpliwości, ci i tak w ostateczności wymyślą jakieś fakty dla udowodnienia swoich obsesji. Celuje w tym "GW", która na jednej stronie potrafi prezentować wolnorynkowe poglądy, by za chwilę bronić przywilejów takiej czy innej grupy nacisku, mającej to szczęście, że akurat prowadzi jakąś akcję protestacyjną, godzącą oczywiście w znienawidzony "reżim" Kaczyńskich. W ostatnich tygodniach redaktorzy gazety stanęli murem za doktorem G., oskarżonym przez CBA o różne niecne praktyki, a jak się powiedziało "doktor G." - to trzeba było również powiedzieć "doktor O.". Otóż to samo CBA zatrzymało na dniach tegoż właśnie doktora O. (pracującego w tym samym szpitalu, co doktor G.) pod zarzutem uczestniczeniu w nielegalnym zabiegu przerywania ciąży.
    Ale redaktorzy "GW" nie byliby sobą, gdyby w tym podstępnym zatrzymaniu nie dopatrzyli się przejawów brutalizacji życia i tępienia "wykształciuchów", dlatego też najlepsi redaktorzy śledczy ustalili, że ekipa CBA nie dość, że nie postawiła jeszcze doktorowi O. zarzutów, to tak go jeszcze nastraszyła, że biedak musiał położyć się na oddziale intensywnej opieki szpitala, w którym pracuje, z podejrzeniem zawału serca. Wiadomo, że sytuacja jest poważna, gdyż ledwo najlepszy kardiochirurg tego szpitala, wyprowadzony nie tak dawno w kajdankach ze swego gabinetu, został wypuszczony na wolność, a to samo CBA przyprawia o zawał jego zastępcę. Ta sama agencja, ten sama szpital i wszystko na tle sercowym. A, że anestezjolog był niewinny - świadczy jego wypowiedź dla gazety, w której oświadczył, jak to całkiem przypadkiem znalazł się gabinecie, w którym akurat przeprowadzana była nielegalna aborcja. Według "GW", powołującej się na świadectwo lekarza "w środę, po wielokrotnych prośbach znajomego ginekologa z Bemowa, zgodził się udzielić mu w jego domowym, prywatnym gabinecie anestezjologicznej konsultacji. O szczegółach medycznych tej konsultacji nie mówi. Zapewnia, że z żadną pacjentką nie miał kontaktu, nie widział jej, nawet nie wie, czy była... i już miał wychodzić, gdy CBA wyważyło drzwi...".
    Dalsze dramatyczne wydarzenia najlepiej streszcza przydługi tytuł reportażu gazety, o następującej treści: "Zatrzymali, przestraszyli, odwieźli z zawałem do szpitala. I zniknęli". Swoją drogą i tak funkcjonariusze zachowali się całkiem fair, gdyż zamiast odwieźć - mogli wezwać pogotowie, a czy aby to nie "Gazeta Wyborcza" pisała nie tak znowu dawno o "łowcach skór" grasujących w łódzkim pogotowiu ratunkowym i traktujących swoich pacjentów śmiertelną dawką pavulonu? No, ale wtedy nie rządziło PiS w koalicji z Giertychem, dlatego też nawet najcięższe oskarżenia można było wytaczać przeciw ludziom w białych fartuchach. Dzisiaj jak wiadomo, wszyscy sporządnieli, zwłaszcza ci, wobec którym zarzuty wysuwają Kamiński z Ziobrą.
    Z drugiej strony czytając o tych brawurowych akcjach chłopaków od Kamińskiego, można tylko domyślać się, co powstrzymuje ekipy CBA przed zbadaniem zarzutów - oficjalnie zresztą potwierdzonych - o wymuszaniu na zatrudnionych w publicznych urzędach partyjnych protegowanych, odstępnego w postaci kilku procent miesięcznej pensji. Proceder ten był już zresztą dość dawno temu ujawniony i dotyczył protegowanych PSL-u, jeden z obecnych posłów tej partii uznał to nawet za normalny obyczaj, ale obecnie mamy przecież tak rygorystyczne przepisy dotyczące zatrudniania na państwowych, agencyjnych i samorządowych posadach, że aż dziw bierze, iż konkursy te zazwyczaj wygrywają osoby związane z konkretną partią, najczęściej Samoobroną. Wśród zatrudnionych w ostatnich miesiącach w takich instytucjach jak np. ARiMR odsetek osób sympatyzujących z Samoobroną jest wyższy niż odsetek Żydów w powojennej centrali UB. Zresztą, co tam Żydów, przecież wiadomo, że według "Wyborczej" Kuba Rozpruwacz był Polakiem, chociaż z tekstu wynikało, że Żydem, który w drugiej połowie XIX w. wyemigrował z ziem polskich na Zachód, by trudnić się tam niezbyt chlubnymi zajęciami. Gdyby został znanym fizykiem i dostał Nagrodę Nobla... ooo, to "Wyborcza" ani chybi w samym tytule nie omieszkałaby potwierdzić jego prawdziwego pochodzenia, ale że zajął się mordowaniem - to ani chyba był z pochodzenia Polakiem.
    Ale wracając do tematu korupcji, dobrze byłoby zorganizować taką małą prowokację; wybrać dajmy na to najlepszego fachowca od finansów z ministerstwa Zyty Gilowskiej, ba!, co tam fachowca, samego prezesa NBP przebrać za kandydata do pracy w agencji podlegającej ministrowi Lepperowi i wystawić do konkursu na stanowisko starszego referenta do spraw przyjmowania wniosków na dopłaty do gruntów rolnych albo do spraw wyrabiania paszportów dla krów i cieląt.. Ciekawe, czy taki VIP wygrałby rywalizację o wspomnianą posadę z gospodynią domową po przyspieszonej maturze w kuźni kadr Samoobrony. Ale co tam dziwić się gospodyni domowej, skoro uczony anestezjolog, zastępca kierownika kliniki udzielał konsultacji, chociaż nikogo nie widział, nie miał okazji nikogo spotkać i nawet nie wie, czy ktokolwiek był, w konsekwencji "nie miał okazji ani spotkać, ani ostatecznie udzielić konsultacji żadnemu pacjentowi" i chyba tylko dlatego "o szczegółach medycznych tej konsultacji nie mówi".

    Krzysztof Mazur

    Publicystyka Krzysztofa Mazura na ASME


    Samoograniczenie kasty politycznej pomoże jej zyskać na reputacji - Łukasz Perzyna o najnowszych próbach zmiany ordynacji wyborczej do parlamentu Wysłane wtorek, 5, czerwca 2007 przez Krzysztof Pawlak

    | Pobierz |







    Samoograniczenie kasty politycznej pomoże jej zyskać na reputacji - Łukasz Perzyna o najnowszych próbach zmiany ordynacji wyborczej do parlamentu
    Wysłane wtorek, 5, czerwca 2007 przez Krzysztof Pawlak

    "W ubiegłorocznych wyborach samorządowych kandydat na prezydenta Warszawa z ramienia LPR Wojciech Wierzejski przegrał sromotnie z »Majorem« Waldemarem Fydrychem, kandydatem formacji happeningowej komitetu Krasnoludki i Gamonie; pod tą nazwą kontrkultury zarejestrowany został happener z lat 80., który w cuglach wygrał z »poważnym« kandydatem politycznym. Fydrych pokonał Wierzejskiego tak, jak Le Pen pokonał Lionela Jospina we Francji. Jospin wyciągnął z tej porażki jakieś wnioski. Ustąpił z funkcji premiera i przewodniczącego ugrupowania socjalistycznego. Jakie wnioski wyciągnęła Liga Polskich Rodzin? Czy schował się w mysią dziurę Wojciech Wierzejski, czy schował się w mysią dziurę Jego protektor, wicepremier Roman Giertych? Nie. LPR, która w sondażach odnotowuje 2 procent poparcia, zgłasza teraz projekt paradoksalnie przejmowany przez PiS jako projekt wart zainteresowania - obniżenia progów wyborczych. A trzeba pamiętać, że jak do tej pory w Polsce - kto grzebał w ordynacji wyborczej - był grabarzem swojego ugrupowania politycznego" - zwraca uwagę Łukasz Perzyna, komentator "Tygodnika Solidarność" i naszej witryny ASME, na paralele życia politycznego "polskiego" i "francuskiego" regionów Unii Europejskiej.

    Pierwszy raz "grzebali" przy ordynacji wyborczej "prawicowi" politycy przed rokiem 1993, a w wyniku tego poza parlamentarnym życiem politycznym znalazła się cała rzesza różnych ugrupowań "prawicy", poza Unią Demokratyczną, BBWR założonym przez Lecha Wałęsę i KPN, które przekroczyły świeżo wtedy wprowadzony próg 5-procentowej stopy istnienia politycznego
    LPR albo pójdzie do Canossy, by poprosić PiS, by jakaś część jej polityków znalazła się na listach wyborczych dominującego ugrupowania, albo jej przyszłość nie będzie wyglądać różowo. Raczej trudno się tego spodziewać, kiedy Jarosław Kaczyński, premier, bierze właśnie "na dywanik" Romana Giertycha za działania ministra ds. edukacji w sprawie lektur obowiązkowych, w wyniku czego młodzież polska ma się uczyć o dziełach grafomana Dobraczyńskiego, co to zakładał Patriotyczny Ruch Odrodzenia Narodowego, fasadową organizację mającą służyć za parawan dla bandytów komunistycznych z kręgu tow. "gienierała" Jaruzelskiego, a którego warszawska ulica doskonale spuentowała w czasie stanu wojennego: "Stare prącie w nowym Froncie".
    Ale PiS - jeśli przegra wybory - będzie miało kłopoty z zagospodarowaniem własnych "zasłużonych" ministrów, wojewodów, co nie wróży dobrze dla inicjatywy Giertycha. Za chwilę będzie musiał się więc tłumaczyć przed topniejącą grupką swoich wyborców z celu majstrowania przy ordynacji. Jeśli będzie się to wiązało z korupcją polityczną w rodzaju tej, którą widzieliśmy w pokoju Hotelu Poselskiego z udziałem Adama Lipińskiego z PiS i towarzyszki Begerowej z Samoobrony, to może spowodować odpłynięcie resztki wyborców do "silniejszej" formacji - ze względu na skandaliczne skutki takich manipulacji. Jednak nie każdy pomysł Romana Giertych jest głupi - zauważa Łukasz Perzyna.
    Oto w Polsce rozpoczyna się dyskusja nad ordynacją wyborczą do parlamentu - powraca pomysł rewolucyjny - wprowadzenia jednomandatowych okręgów wyborczych jako jedynej drogi poprawy reputacji kasty politycznej...

    Nagranie trwa prawie 12 minut, jest dostępne w Sieci do 19 VI 2007 r. W Klubie TV ASME - wersja o dobrej jakości.




    Niech rozkwita sto kwiatów do 2009 roku i Dzień Konfidenta się świętuje - Stanisław Michalkiewicz o rocznicy 4 czerwca 1992 obalenia rządu Jana Olszewskiego Wysłane wtorek, 5, czerwca 2007 przez Krzysztof Pawlak

    | Pobierz |