czerwca 19, 2007 - lipca 2, 2007

Porozmawiajmy o cenzurze w IV RP - prof. Jerzy Przystawa Wysłane poniedziałek, 2, lipca 2007 przez Krzysztof Pawlak

W Rumunii, największym po Polsce nowo przyjętym państwie Unii Europejskiej, doszło w ostatnich miesiącach do niebywałych wydarzeń: impeachmentu prezydenta państwa, jego zawieszenia przez Parlament, licznych masowych demonstracji Rumunów w samej Rumunii i na świecie, ogólnonarodowego referendum w tej sprawie i triumfalnego powrotu Traiana Basescu na odebrany mu urząd. Prezydent Rumunii ogłosił swoje priorytety programowe, w których na pierwszym miejscu postawił nowe wybory z nową ordynacją wyborczą i wyborami w jednomandatowych okręgach wyborczych. Rumunia była obecna w światowych mediach, wywiady z prezydentem Basescu zamieszczały najważniejsze gazety, z londyńskim "The Thimes" na czele.

Z jakiegoś tajemniczego powodu o wszystkich tych niezwykłych i niecodziennych wydarzeniach zabrakło w polskich mediach jakiejkolwiek informacji, zupełnie tak, jakby Rumunia była krajem za jakąś informatyczną, żelazną kurtyną. Mojego artykułu w tej materii, "Tak w Rumunii, a Jak w Polsce?" nie przyjęła do druku żadna licząca się gazeta czy pismo. Zbulwersowany tą sytuacją poseł II Kadencji, dr Wojciech Błasiak, wystosował list otwarty do prezesa TVP, pod którym podpisało się wielu ludzi. List pozostał bez odpowiedzi, a cisza wokół wydarzeń w Rumunii pozostała niezakłócona.
W sobotę, 30 czerwca, w samo południe, III Program Polskiego Radia przeprowadził półgodzinną rozmowę z red. Bogumiłem Luftem, byłym ambasadorem Rzeczypospolitej w Rumunii, wybitnym polskim specjalistą od spraw rumuńskich, dziennikarzem "Rzeczpospolitej", "Więzi" i czego tam jeszcze. Jego Ekscelencja, w zgrabnych słowach, opisał wielkie przemiany, jakie dokonują się w Rumunii, dynamiczny rozwój gospodarczy i kulturalny, a także problemy, z jakimi boryka się społeczeństwo rumuńskie. Opowiedział i o Traianie Basescu, byłym kapitanie Żeglugi Wielkiej, potem ministrze transportu i merze Bukaresztu, powiedział o jego impeachmencie i powrocie do władzy. Długo rozwodził się nad trapiącym Rumunię problemem korupcji i co na ten temat Unia Europejska. Z jakiegoś jednak powodu ani się nie zająknął o tym, jak Basescu ma zamiar rozprawić się z tą korupcją, nie wspomniał o punkcie Numer Jeden jego prezydenckiego programu: o postulacie jednomandatowych okręgów wyborczych. Także prowadzący rozmowę dziennikarz Polskiego Radia, taktownie, tej przykrej sprawy nie poruszył.
Już przed wielu laty doszedłem do niesłusznego przekonania, ze na słowa "jednomandatowe okręgi wyborcze" istnieje w polskich mediach jakiś "zapis", a przywilej ich wymieniania zastrzeżony jest tylko dla szefów najważniejszych partii politycznych. Kiedy kilka tygodni temu, przy okazji burzy wokół ustawy lustracyjnej, zaprosił mnie do rozmowy radiowej red. Egon Janke, to od razu się zastrzegł, że - tym razem! - o moich ulubionych okręgach jednomandatowych rozmawiać nie będziemy (aczkolwiek, moim zdaniem, temat ten wiąże się z lustracją jak najbardziej). Dzięki temu słuchacze mogli się chociaż dowiedzieć, że jest w Polsce taki nieszkodliwy staruszek, którego idee fixe stanowią inkryminowane JOW. Z rozmowy z Bogumiłem Luftem polscy radiosłuchacze nie dowiedzieli się - na szczęście - że podobnego "bzika" ma Prezydent Republiki Rumuńskiej.
Istnieje w Polsce sławne i wielkie Stowarzyszenie "Wolnego Słowa", a w nim pełno gwiazd polskiego dziennikarstwa. Na czele polskich mediów , publicznych i niepublicznych, stoją znani bohaterowie podziemnych i naziemnych walk o wolność słowa : Andrzej Urbański, Krzysztof Czabański, Jerzy Targalski, Bronisław Wildstein, Adam Michnik i inni, których pominę. Jako przyrodnika ciekawi mnie ten fenomen przyrodniczy: w jaki sposób zapewniają oni, że to, co jest najbardziej niewygodne dla władzy, będzie zawsze pominięte i nikt o tym niczego sensownego nie powie? To naprawdę ciekawe! Nie ma przecież żadnego urzędu cenzury i kontroli prasy i mediów?

Pytam o to, jako człowiek z głębokiej prowincji, dla którego sekrety politycznych salonów warszawskich są niedostępne. Ale może chociaż w internecie znajdą się dziennikarskie zuchy, które bodaj pod jakimś nowym "nikiem" powiedzą nam parę słów prawdy o tym, jak to się dzieje? Przecież trudno wątpić, że im ten kaganiec doskwiera niemniej niż ich czytelnikom, pomimo że im za pisanie płacą, a nam za czytanie - jakoś nie?

Wrocław, 1 lipca 2007.

Jerzy Przystawa

  • Prof. Jerzy Przystawa był w kadencji 1990 - 1998 radnym rady miejskiej Wrocławia, startował w wyborach do Senatu Rzeczypospolitej Polskiej przeprowadzonych w dniu 21 września 1997 r.
    Od kilkunastu lat jest jednym z liderów Ruchu Obywatelskiego na rzecz JOW.

    Publicystyka prof. Jerzego Przystawy na ASME.


    Witryna ASME Antysocjalistycznego Mazowsza jest najstarszym serwisem w Sieci - oprócz witryny tematycznej JOW - propagującym ideę JOW

    Mord sądowy na rotmistrzu Witoldzie Pileckim
    Dobrowolny więzień Auschwitz zgładzony przez komunistów - TADEUSZ M. PŁUŻAŃSKI
    Wysłane poniedziałek, 2, lipca 2007 przez Krzysztof Pawlak

    14 czerwca 1940 r. do nowo utworzonego obozu koncentracyjnego Auschwitz przybył transport 728 więźniów politycznych z więzienia w Tarnowie. Byli to głównie młodzi ludzie, członkowie podziemnych organizacji niepodległościowych, żołnierze kampanii wrześniowej 1939 r., których aresztowano, gdy próbowali przedrzeć się na Węgry, a stamtąd do Francji, by wstąpić do powstającej tam armii polskiej. W jednym z kolejnych transportów do Auschwitz znalazł się rotmistrz Witold Pilecki - żołnierz niepodległości, stracony 25 maja 1948 r. przez komunistycznych siepaczy. Jego dzieci - i rodziny innych ofiar stalinowskiego terroru - do dziś noszą w sobie piętno tamtych czasów.

    Aresztowanie "wroga ludu" na ogół pociągało za sobą represje wobec najbliższych. Za kraty, w ramach odpowiedzialności rodzinnej, trafiały często kobiety. Rozpracowanie Witolda Pileckiego spowodowało uwięzienie 23 osób, w tym kilku kobiet - głównie żon i matek zatrzymanych. Część szybko zwolniono, jednak dla innych rozpoczął się koszmar więzienia. Tragiczne wydarzenia sprzed ponad pół wieku przypomniał niedawno spektakl Ryszarda Bugajskiego "Śmierć rotmistrza Pileckiego", na scenie faktu Teatru Telewizji.

    PRO PUBLICO BONO

    14 czerwca 1998 r., w rocznicę przywiezienia do obozu pierwszego transportu Polaków, z inicjatywy byłych polskich więźniów KL Auschwitz-Birkenau zarejestrowano Chrześcijańskie Stowarzyszenie Rodzin Oświęcimskich. Dziś skupia kilkaset osób - prócz więźniów, ich rodziny oraz ludzi zainteresowanych problematyką Auschwitz. Celem Stowarzyszenia jest przechowanie pamięci o wszystkich ofiarach KL Auschwitz - Żydach, których - według ostatnich, wiarygodnych badań - zginęło tu około miliona, i innych narodowościach. Stowarzyszenie czuwa, aby historia obozu nie była fałszowana, aby prawda o tej wielkiej hitlerowskiej fabryce śmierci była przekazywana rzetelnie. Przede wszystkim, aby nie zapomniano, że tereny byłego KL Auschwitz-Birkenau to największe polskie cmentarzysko z czasów II wojny światowej. Oto garść faktów: obóz powstał z myślą o eksterminacji Polaków; pierwsze transporty były wyłącznie polskie; to Polaków zmuszano do budowy baraków; przez długie miesiące Polacy byli jedynymi więźniami - potworny Holokaust Żydów miał miejsce później; do obozu deportowano w sumie około 150 tys. Polaków, a 75 tys. spośród nich zginęło. Zachowaniu pamięci o polskich ofiarach Auschwitz służą między innymi coroczne uroczystości w Oświęcimiu, odbywające się zawsze 14 czerwca.
    W ubiegłym roku Chrześcijańskie Stowarzyszenie Rodzin Oświęcimskich zostało laureatem VIII edycji konkursu Pro Publico Bono na najlepsze inicjatywy obywatelskie. Kapituła konkursu doceniła inicjatywę proklamowania dnia 14 czerwca Narodowym Dniem Pamięci o Ofiarach.

    ROZKAZ WYKONAŁEM

    Dziś, nieopodal byłego niemieckiego obozu, a obecnie Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau istnieje osiedle im. rotmistrza Witolda Pileckiego. Postawione w czasie wojny budynki miały połączyć KL Auschwitz z Birkenau. Plany spełzły jednak na niczym i Niemcy przeznaczyli je na warsztaty.
    Witold Pilecki, na cześć którego osiedle zostało nazwane, to postać znana. Przypomnijmy tylko najważniejsze fakty z jego życia, a przede wszystkim ten - zdaje się najważniejszy - który sprawił, że został uznany za jednego z najodważniejszych ludzi okupowanej przez Niemców Europy, czyli jego dobrowolne pójście do Auschwitz. Po kampanii września 1939 r., w której Pilecki brał udział jako dowódca plutonu kawalerii, został członkiem jednej z pierwszych podziemnych organizacji - Tajnej Armii Polskiej. Kiedy na początku 1940 r. TAP dotknęły aresztowania i część członków przewieziono do Auschwitz, na jednej z narad ustalono, że ktoś z kierownictwa organizacji dostanie się do obozu, aby poznać warunki w nim panujące i możliwości uwolnienia więźniów. O Witoldzie Pileckim pomyślano nieprzypadkowo. Urodzony 13 maja 1901 r. w Ołońcu, w Karelii, dokąd jego rodzina została przesiedlona przez władze rosyjskie w ramach represji za udział w powstaniu styczniowym, miał piękną kartę w służbie Ojczyźnie. Członek POW, obrońca Wilna przed Sowietami w 1920 r., ułan II Rzeczypospolitej.
    Po zdobyciu dokumentów na nazwisko Tomasza Serafińskiego - oficera WP, który wedle posiadanych wówczas informacji miał zginąć podczas kampanii wrześniowej, Pilecki czekał dogodnej chwili, aby dać się złapać. Udało się 19 września 1940 r. Jego kuzynka Eleonora Ostrowska, u której wówczas przebywał, tak to wspomina: "Otworzyłam i w drzwiach stanął niemiecki żołnierz - zapytał, kto tu mieszka. Nie zdążyłam odpowiedzieć, gdyż w tej chwili z pokoju wyszedł Witold. (...) Ubrał się i żegnając się ze mną szepnął: »Zamelduj, gdzie trzeba, że rozkaz wykonałem«".
    Po zatrzymaniu Pilecki zachowywał się tak, by przypadkiem nie został zwolniony. Demonstrował zarówno swoją inteligenckość, jak i to, że jest byłym oficerem WP, który nie poddał się zarządzonemu przez okupanta obowiązkowi rejestracji. To gwarantowało przewiezienie do jednego z obozów koncentracyjnych. "Szczęśliwie" trafił do grupy, którą 21 września 1940 r. wywieziono do Auschwitz. Prawdziwego Tomasza Serafińskiego, zastępcę dowódcy placówki AK w Nowym Wiśniczu, Pilecki poznał w trakcie swojej ucieczki z obozu.

    NAPIS NA BRAMIE

    Witold Pilecki, który z myślą o wyzwoleniu obozu, zorganizował w nim siatkę konspiracyjną, pod nazwą Związku Organizacji Wojskowych, już po ucieczce z Auschwitz, w swoim raporcie napisał: "Około 10 wieczór (godzina 22.00) pociąg się zatrzymał w jakimś miejscu (...) Słychać było krzyki, wrzask, otwieranie wagonów, ujadanie psów. To miejsce we wspomnieniach moich nazwałbym momentem, w którym kończyłem ze wszystkim, co było dotychczas na ziemi i zacząłem coś, co było chyba gdzieś poza nią. (...) Zbliżaliśmy się do bramy, umieszczonej w ogrodzeniu drutów, na której widniał napis »Arbeit macht frei«. Później dopiero nauczyliśmy się go dobrze rozumieć". W tej niemieckiej fabryce śmierci przeżył 2,5 roku, organizując obozową konspirację zbrojną pod nazwą Związku Organizacji Wojskowych. Jego raporty, wysłane z Auschwitz do Londynu, alarmujące, że obóz jest wielkim kombinatem zagłady, zarówno w Anglii jak i Ameryce uważano za grubo przesadzone. Wbrew planom Pileckiego, nie udało się wyzwolić obozu przez siły ZOW przy pomocy z zewnątrz.
    W powojennej Polsce komuniści potraktowali go nie jako bohatera, lecz zdrajcę i konfidenta Gestapo. Po powrocie do kraju, jako emisariusz II Korpusu gen. Władysława Andersa, w maju 1947 r. został aresztowany przez UB. Po trwającym niemal rok brutalnym śledztwie, prowadzonym przez Józefa Różańskiego, podczas pokazowego procesu dostał karę śmierci.

    DZIECI SZPIEGA

    Kilka lat temu przed Wojskowym Sądem Okręgowym w Warszawie toczył się proces stalinowskiego prokuratora Czesława Łapińskiego, oskarżonego przez Instytut Pamięci Narodowej o podżeganie sądu do mordu sądowego na rotmistrzu Witoldzie Pileckim i jego współpracownikach. 15 marca 1948 r., wobec czterech członków "szpiegowskiej grupy" Pileckiego, żądał on kary śmierci, a wobec pozostałych wieloletniego więzienia. Do skazania Łapińskiego nie doszło, gdyż oskarżony w 2004 r. zmarł, ale jego proces ujawnił szereg, nieznanych wcześniej kulis sprawy. Jako świadkowie oskarżenia zeznawali m.in. członkowie rodzin ofiar.
    Pierwsza rozprawa przeciwko Łapińskiemu została wyznaczona na 12 maja 2003 r. Proces jednak - wskutek zgłoszonych przez obrońcę Łapińskiego zastrzeżeń proceduralnych - nie rozpoczął się.
    "To skandal, typowe odwlekanie sprawy - komentował Andrzej Pilecki, syn rotmistrza. "Gdybym był młodszy, dałbym Łapińskiemu w twarz, ale teraz obaj jesteśmy starzy".
    Edward Radwański, siostrzeniec Marii Pileckiej, żony rotmistrza zeznawał: "Gdy w 1945 r. wuj wrócił z włoskiej Ankony do Polski, aby w kraju kontynuować niepodległościową pracę, wiele z nim rozmawiałem, jako najstarszy z mężczyzn w domu w Ostrowi [Pileccy mieszkali w Ostrowi Mazowieckiej - red.]. Miałem 15 lat. Wuj mówił, że przyjechał na rozkaz polskich władz wojskowych na Zachodzie, aby rozładowywać las i patrzeć na to, co robi nowy okupant. Podczas ostatniej rozmowy był przybity. Stwierdził, że warunki są coraz trudniejsze i jeśli sytuacja się nie zmieni, trzeba będzie zakończyć działalność, zwinąć grupę. W marcu 1948 r., tuż przed rozprawą sądową, byłem razem z ciocią u mecenasa Lecha Buszkowskiego, aby ustalić linię obrony. Powiedział, że sprawa jest bardzo trudna i trzeba się liczyć z karą śmierci".
    Radwański zapamiętał również, jak Maria Pilecka wracała do domu w Ostrowi z warszawskiego sądu: "Ciocia niewiele mówiła, czuło się, że jest oszołomiona. Powtarzała tylko: »Wujek to nie ten Witold«".
    "Mama nie brała udziału we wszystkich rozprawach, nie była w stanie" - pamięta Andrzej Pilecki. "Mówiła mi, że widziała pozrywane paznokcie ojca. Któregoś dnia wróciła z Warszawy roztrzęsiona i powiedziała, że ojca skazali. O szczegółach procesu mama opowiedziała mi dopiero kilka lat później - w 1951 r., kiedy byliśmy na wakacjach w Świdrze".
    Syn rotmistrza relacji z procesu słuchał również w radio:
    "Ojca i jego współpracowników obrzucano błotem, mówiono, że są szpiegami, że zdradzili swój kraj. Obawiałem się, że wyrok będzie wysoki. Moich kolegów z gimnazjum skazano na pięć lat tylko za to, że mieli powielacz".
    "W szkole na ścianach wisiały szczekaczki. Kiedy przedstawiano relację z procesu, nauczycielka spytała mnie w obecności całej klasy: »Czy ty jesteś córką tego szpiega?«. Potwierdziłam. Byłam dumna z ojca, bo wiedziałam, że bardzo nas kocha i że jest wielkim patriotą" - wspomina Zofia Optułowicz, córka rotmistrza.

    CYRANKIEWICZ NIE POMÓGŁ

    Andrzej Potocki, siostrzeniec innego oskarżonego członka grupy Pileckiego - Witolda Różyckiego: "Powojenne więzienie i proces były bardzo ciężkimi przeżyciami, porównywalnymi z Oświęcimiem, gdzie wuja poddawano pseudomedycznym eksperymentom".
    W 1948 r., w przerwie rozprawy sądowej, rotmistrz Pilecki zdołał szepnąć do kuzynki Eleonory Ostrowskiej: "Ja już żyć nie mogę, mnie wykończono. Bo Oświęcim to była igraszka".
    "W więzieniu ojciec przebywał w bardzo ciężkich warunkach. Trzymali go w izolatce, zakazali widzeń z rodziną" - opowiada Zofia Obtułowicz. "Boli mnie zaciekłość, jaką kierował się na Sali sądowej prokurator Łapiński wobec mojego ojca. Po rozprawie mama poszła do niego z prośbą o pomoc. Wtedy powiedział jej: »Pani mąż to wrzód na ciele Polski Ludowej, który trzeba wyciąć«".
    Przez lata Czesław Łapiński zaprzeczał, żeby kiedykolwiek wypowiedział takie słowa, ale w sądzie nie starał się nawet oponować.
    Po wyroku, wydanym 15 marca 1948 r., rodzina robiła wszystko, aby rotmistrzowi złagodzono karę.
    Andrzej Pilecki: "Były dwie akcje Oświęcimiaków o pomoc do Cyrankiewicza. U Bieruta interweniowali też państwo Newerly, uratowani przez ojca w czasie wojny z getta".
    Wszystko bez skutku. Według obowiązującej wersji to nie Pilecki, ale Józef Cyrankiewicz - też więzień KL Auschwitz - był organizatorem obozowego podziemia. Jeszcze w latach 90. jako taki, były PRL-owski premier wyzierał z muzealnej gabloty. O Pileckim nie było ani słowa. Spór - czy Cyrankiewicz przyłożył rękę do śmierci Pileckiego, trwa do dziś. Jedno można powiedzieć na pewno - towarzyszowi obozowej niedoli nie pomógł. Bohater walki o wolną Polskę przez komunistów został uznany za zdrajcę. Jego dobrowolnie pójście do Auschwitz okazało się argumentem przeciw oskarżonemu. Witold Pilecki został stracony 25 maja 1948 r.

    TRUDNA EGZYSTENCJA

    Zofia Optułowicz: "Po zamordowaniu ojca, mama, jako nauczycielka nie mogła znaleźć pracy w zawodzie. Mnie, jako córkę zdrajcy Polski Ludowej, nie chcieli przyjąć na studia na politechnice. W końcu udało się, ale robili mi tyle utrudnień, że musiałam z nich zrezygnować".
    Andrzej Pilecki też miał problemy z dostaniem się na studia: "Zaczęło się od tego, że chciałem zrobić kurs szybownictwa w ramach stowarzyszenia »Służba Polsce«. Wszystko szło dobrze, dopóki nie dowiedzieli się, że jestem synem Witolda Pileckiego".
    Patrząc w sądzie na Czesława Łapińskiego, Andrzej Pilecki powiedział: "Przez to, że zamordowaliście mi ojca żyliśmy w nędzy. Byłem w przytułku dla sierot".
    Ryszard Nowakowski, syn innego oskarżonego Jerzego Nowakowskiego: "W czasie wojny ojciec należał do ochrony »Grota« Roweckiego. W momencie aresztowania ojca miałem cztery lata. To było tak silne przeżycie, że dokładnie to pamiętam. Do mieszkania przyszli jacyś panowie, zrobili straszny bałagan, mama płakała. Wyprowadzając ojca, strasznie go pobili. Po aresztowaniu ojca mama nie miała środków do życia. W poszukiwaniu pracy pojechaliśmy do Gdańska. Mama ciężko pracowała, jeździła regularnie do Wronek z paczkami. Opowiedziała mi o procesie i wyroku. Czekałem, aż ojciec wróci po pięciu latach więzienia. Nie czułem wstydu. Wrócił mocno schorowany - gruźlica, cukrzyca, na którą w końcu zmarł".

    KWESTIA WYBORU

    Sąd, który skazał Pileckiego na KS, był całkowicie podporządkowany bezpiece. Nie krył tego nawet jeden z obrońców - Alicja Pintarowa przyznając, że wykonuje tylko instrukcje MBP i jedynym ratunkiem dla oskarżonych jest pójście na współpracę. Na to jednak nikt z grupy rotmistrza nie zgodził się.
    W 2002 r. Pintarowa zeznała prokuratorowi IPN (oczywiście nie przyznając się do winy; procesu Łapińskiego już nie doczekała): "Proces był robiony pod Pileckiego, aby go skazać. Dwa wyroki śmierci [wobec Tadeusza Płużańskiego, mojego ojca i Marii Szelągowskiej; Bierut złagodził im potem kary - Płużańskiemu "ze względu na młody wiek", Szelągowskiej "ze względu na płeć" - red.] miały uzasadnić wyrok na Pileckiego".
    Tadeusz Płużański z Wronek wyszedł w 1956 roku na skutek amnestii. Został filozofem, pedagogiem i poetą. W 1990 r. musiał wrócić do spraw więziennych, przez lata głęboko skrywanych, kiedy Naczelna Prokuratura Wojskowa podjęła rewizję procesu grupy Pileckiego. Podstawą był... niewłaściwy skład sądu z 1948 r. - brakowało jednego ławnika. Początkowo sąd III RP uznał, że wystarczy umorzyć sprawę z uwagi na jej przedawnienie, a oskarżonych zrehabilitować, jednak Płużański wywalczył całkowite anulowanie wyroków. "O ułaskawienie i rehabilitację może się zwracać ktoś, kto ma poczucie winy, a ja i moi współtowarzysze nigdy jej nie mieliśmy. Nie byłem żadnym szpiegiem Andersa, działałem w interesie Polski". Ojciec zmarł w sierpniu 2002 r. Procesu "swojego" prokuratora nie dożył.
    Czesław Łapiński do końca bronił swojej niewinności (w którą chyba uwierzył) i nie skorzystał z ostatniej szansy, aby publicznie powiedzieć prawdę. Podtrzymywał wersję, że oskarżeni byli patriotami, ale wybrali złą drogę szpiegostwa; że został "wepchnięty do procesu w ostatniej chwili, przez przypadek"; że zwierzchnicy "oszukali go" - zapewniali, że wyroki nie są ostateczne; że sprawa Pileckiego była jedyną tego typu w jego karierze; że obecny proces przeciwko niemu jest dalszym ciągiem politycznej nagonki na niego; że miał rodzinę i musiał się przystosować. Tylko co powiedziałby rotmistrz, który osierocił dwójkę dzieci, a żonę uczynił wdową? Co powiedzieliby oskarżeni, którzy co prawda przeżyli stalinowskie więzienia, ale po 1956 r. z trudem wracali do normalnego życia? Pułkownik Czesław Łapiński nie miał takich dylematów - bez trudu został adwokatem, do końca życia utrzymywał się z wysokiej wojskowej emerytury.
    Była to zatem kwestia wyboru. Rotmistrz Witold Pilecki wybrał walkę o niepodległość Polski, pułkownik (wówczas major) Czesław Łapiński i jego kamraci wybrali (z własnej woli, bez przymusu, co potwierdzają dokumenty) służbę komunistom. Konsekwencją pierwszego wyboru było więzienie i śmierć, drugiego - hańba wyroków na polskich patriotów. Rotmistrz Pilecki, maltretowany w ubeckich kazamatach, do końca życia pozostał wierny ideałom: Bóg, Honor, Ojczyzna, idąc - z podniesioną głową - drogą XV-wiecznego ascety Tomasza a Kempis. Za te ideały oddał życie w więzieniu mokotowskim, zamordowany strzałem w tył głowy.
    Miejsca pogrzebania Witolda Pileckiego do dziś nie udało się odnaleźć. Prawdopodobnie spoczywa na cmentarzu służewieckim w Warszawie. Symboliczna mogiła znajduje się na cmentarzu w rodzinnej Ostrowi Mazowieckiej.

    CHROŃMY PAMIĘĆ

    Bohaterska postawa rotmistrza Pileckiego powinna dać do myślenia wszystkim tym, którzy po dziś dzień mają czelność mówić i pisać kłamstwa o "polskich nazistach" oraz "polskich obozach koncentracyjnych". Te skandaliczne wypowiedzi nie tylko przeczą faktom, ale przede wszystkim obrażają pamięć o więźniach. Wpisują się również w od lat powtarzane nieprawdy, że Auschwitz jest wyłącznie miejscem Holokaustu Żydów, a w dalszej kolejności - zagłady Romów. Jeśli w ogóle wspomina się o mordowaniu Polaków, to polskie ofiary są wrzucane do wspólnego kotła, określanego terminem "inne narodowości". Oszczerstwa te powracają ze wzmożoną siłą przy okazji kolejnych rocznic wyzwolenia obozu, które nastąpiło 27 stycznia 1945 r.
    Szczęśliwie na takie kalumnie zaczęły reagować - po latach milczenia - polskie władze. Na przełomie roku 2004 i 2005, w okresie przygotowań do 60. rocznicy wyzwolenia Auschwitz, rozpoczęto w Polsce społeczno-rządową akcję przeciwko fałszowaniu historii o sprawcach zbrodni w nazistowskich obozach, a wiosną 2006 r. - kampanię na rzecz zmiany przez UNESCO oficjalnej nazwy obozu na "Były Niemiecki Nazistowski Obóz Koncentracyjny Auschwitz-Birkenau". W odkłamywanie historii włączyły się również polskie media, zastępując używane do tej pory określenie obóz w Oświęcimiu, nazwą KL Auschwitz.
    Niestety, prócz pozytywnych działań, ciągle pojawiają się nowe problemy, jak ostatni, niezakończony jeszcze polsko-rosyjski konflikt o wystawę na terenie Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau. Rosyjskie media podniosły larum, że Polacy zamknęli rosyjską ekspozycję (takie narodowe wystawy, przygotowane przez kraje okupowane przez hitlerowców w czasie II wojny światowej, których obywatele byli deportowani do obozu, istnieją w muzeum od 1960 r.). To kolejne kłamstwo oświęcimskie. Muzeum nie zamknęło bowiem wystawy. W 2003 r. dotychczasowa ekspozycja została po prostu zdemontowana, gdyż strona rosyjska postanowiła ją zmienić. Słuszne zastrzeżenia strony polskiej wywołało przedstawianie ludności wschodnich terenów II Rzeczypospolitej oraz państw bałtyckich i części Rumunii, jako obywateli ZSRR.
    Po długich latach PRL-u można również pielęgnować pamięć o dobrowolnym więźniu Auschwitz - rotmistrzu Witoldzie Pileckim. W ubiegłym roku Andrzej Pilecki odebrał w imieniu ojca pośmiertny Order Orła Białego, przyznany przez Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego.

    TADEUSZ M. PŁUŻAŃSKI

    Publicystyka Tadeusza M. Płużańskiego na ASME.



    "Nie chcemy być łączone z żadną partią polityczną!" - relacja TV ASME ze "spotkania UPR z pielęgniarkami" w czerwono-białym miasteczku namiotowym w warszawskich Alejach Jerozolimskich
    Wysłane poniedziałek, 2, lipca 2007 przez Krzysztof Pawlak

    Zorganizowana przez Okręg Mazowiecki oraz Oddział Stołeczny UPR pikieta w "miasteczku namiotowym" strajkujących przed Urzędem Rady Ministrów pielęgniarek z OZZPiP przebiegła... dość spokojnie.

    Przy formujących się opodal wejścia do Parku Łazienkowskiego do akcji wręczania ulotek wzywających do reformy systemowej tzw. służby zdrowia przedstawicielach jedynej od kilkunastu lat partii konserwatywno-liberalnej wyrośli natychmiast "ochroniarze" ze związku zawodowego "Sierpień '80", którzy by być po właściwej stronie prawa, wezwali na pomoc funkcjonariuszy policji, by ci z kolei uniemożliwili "obcą" akcję ulotkową. Doszło do wymiany uwag pomiędzy UPR-owcami a przedstawicielami strajkujących pielęgniarek oraz pielęgniarzy, w trakcie której można było dowiedzieć się, że pielęgniarki "nie identyfikują się z żadnymi partiami" oraz że "nie życzą sobie, by jakakolwiek opcja, ktokolwiek z partii brał w tym udział, bo nie identyfikują się z żadną partią w tym kraju" czy "że nie będą TUTAJ rozmawiać, NA ULICY, pod flagami i z wręczaniem ulotek" (oczywiście innych niż własne, związkowe).
    Mimo tych gromkich zapewnień o apolityczności akcji strajkowej i jej czysto "związkowym" charakterze - cały czas, od wielu dni można zobaczyć na rozłożonych w Alejach Ujazdowskich namiotach czerwone transparenty, podpisane m.in. przez "MS", czyli Młodzieżówkę Socjalistyczną, na których wymalowane są hasła "NIE dla prywatyzacji" i "Solidarność społeczna" - jakże zapewne chętnie podziwiane przez urzędujących po drugiej stronie ulicy "prawicowych" reprezentantów ugrupowania Populizm i Socjalizm, w merdiach przedstawianego jako Prawo i Sprawiedliwość. Dodatkowym smaczkiem, znanym z licznych relacji merdialnych oraz własnych UPR-owców, jest fakt wielokrotnych odwiedzin lewicowych osobistości na terenie "miasteczka", zawsze chętnie rozgłaszanych przez megafony strajkujących, z żoną b. Prezydenta RP, tow. Aleksandra Kwaśniewskiego na czele, czy "postępowych" figur w rodzaju Kazimiery Szczuki.
    UPR-owcy zostali przykładnie spisani przez funkcjonariuszy policji i pouczeni, że nie powinni prowadzić na terenie "zalegalizowanej, wielodniowej demonstracji związkowców" własnej akcji politycznej, gdyż... "wynajmujący teren" sobie tego nie życzą (wg relacji spisywanych przez funkcjonariuszy delegatów O. Maz. UPR). Konserwatywni liberałowie, podporządkowując się trotuarowej wykładni prawa, dokonanej przez radiotelefon podoficera policji, przeszli kilkanaście kroków dalej i rozpoczęli akcję wręczania ulotek tłumnie odwiedzającym i Park, i "miasteczko" przechodniom, w których zwracali się do demonstrujących przed budynkami rządowymi z wezwaniem o wspólną obronę przed "próżniaczą i zdemoralizowaną klasą polityczną, która odpowiada za utrzymywanie chorego systemu finansowania lecznictwa" w naszym kraju, o "wyeliminowanie pośredników z klasy politycznej pomiędzy pacjentami a świadczeniodawcami z kręgu lecznictwa" i apelowali o likwidację przymusowych składek na lecznictwo, i zastąpienie ich składkami dobrowolnymi oraz - oczywiście - o pełną prywatyzację służby zdrowia.
    Przy wyciu związkowych syren oraz trzasku potrząsanych przez "siostry" butelek z kamieniami, czujnym nadzorze policjantów oraz "ochroniarzy" ze związku "Sierpień '80" ponadgodzinna akcja mazowiecko-warszawskich struktur Unii Polityki Realnej zakończyła się wraz z rozdaniem ostatniej ulotki.

    Nagranie trwa prawie 6 minut, jest dostępne w Sieci do 15 VII 2007 r.




    Tajemnicza śmierć trzech deputowanych. Opowieść Jurija Felsztyńskiego - wywiad Antoniego Zambrowskiego Wysłane czwartek, 28, czerwca 2007 przez Krzysztof Pawlak

    Gdy nie można im było zatkać usta, nie pozostało nic innego, jak zabić.

    W latach 2003-04 w Rosji zamordowano w tajemniczych okolicznościach trzech deputowanych Dumy Państwowej, uwikłanych w próbę wyjaśnienia sprawy wysadzenia przez agentów Federalnej Służby Bezpieczeństwa domów mieszkalnych w Moskwie i innych miastach Rosji w 1999 roku. Wszyscy oni byli powiązani poprzez mnie z naszą książką "Wysadzić Rosję" oraz wykonanym przy naszym współudziale filmie dokumentalnym na ten temat.

    Jurij Ściekocichin


    Rozpocznijmy od Jurija Ściekocichina, gdyż on pierwszy oglądał tekst naszej (czyli Saszy Litwinienki oraz mojej) książki. Mieszkałem w tym czasie w USA i stamtąd umówiłem się z nim telefonicznie na spotkanie poza granicami Rosji. Ostatecznie spotkaliśmy się konspiracyjnie w hotelu w Zagrzebiu w lecie 2001 roku. Znaliśmy się już ze słyszenia, ale było to nasze pierwsze osobiste spotkanie. On znał moje poprzednie książki, ja jego działalność dziennikarską w "Naszej Gazecie". Gdy zaproponowałem mu przygotowanie wydania nadzwyczajnego "Naszej Gazety", poświęconego tajemnicy wysadzania przez FSB domów mieszkalnych, on początkowo zaoponował, tłumacząc mi, że ich redakcja przez kilka miesięcy prowadziła w tej sprawie dziennikarskie śledztwo. Nigdy też nie było nadzwyczajnego wydania ich gazety. Mimo to zaproponowałem mu, by przejrzał maszynopis książki, i po lekturze rozważył rzecz ponownie. Rano na śniadaniu przyznał, że nie zdawał sobie sprawy z rewelacyjności książki i przyrzekł wydanie nadzwyczajne. Gdy zaproponowałem mu komisję parlamentarną w Dumie Państwowej, odparł mi, że to nie będzie takie proste. I istotnie w sierpniu 2001 roku ukazało się w nakładzie 100 tys. egzemplarzy wydanie nadzwyczajne poświęcone tej sprawie. Cały numer - mniej więcej formatu "Gazety Polskiej" - poświęcony był wysadzaniu domów przez FSB i tylko na ostatniej stronie zamieszczono artykuł Anny Politkowskiej, poświęcony wojnie w Czeczenii. Cały nakład wydania wykupiono w oka mgnieniu.
    Na jesieni 2001 roku zorganizowałem w Paryżu ekipę filmową, która miała nakręcić film dokumentalny pod tytułem "Zamach na Rosję". Jego treść miała koncentrować się na sprawie zapobieżenia przez mieszkańców wysadzeniu przez agentów FSB domu mieszkalnego w Riazaniu. Była to najbardziej kompromitująca wpadka agentów FSB i jej szef Nikołaj Patruszew usiłował uratować ich, tłumacząc tę akcję jako ćwiczenia. Film trwał 43 minuty i był nakręcony przez Francuzów w Rosji. Dziś taki film byłby już nie możliwy, gdyż ci ludzie, którzy udzielali wywiadów filmowcom, w obecnych warunkach rosyjskich już nie odważyli by się zabrać głos publicznie.
    W owym czasie toczyła się walka o niezależność kanału telewizyjnego NTW, wygrana niestety przez władze. Wówczas kierowany przez Borysa Bieriezowskiego kanał telewizyjny TV6 ogłosił, że zaprasza do siebie cały dawny personel NTW i daje im możliwość kontynuowania ich pracy dziennikarskiej w równie niezależnym stylu. Jednocześnie Bieriezowski ogłosił, że przejmuje finansowanie ostatniego etapu nakręcania naszego filmu i że wyemituje go natychmiast po jego ukończeniu. By to uniemożliwić, władze podjęły działania, aby pozbawić Bieriezowskiego praw do tego kanału. Póki trwała o to walka, staraliśmy się w Paryżu jak najszybciej zmontować film. Niestety, władze były szybsze, przy czym miałem wrażenie, że pośpiech władz wynika właśnie z tej deklaracji Bieriezowskiego. Ostatecznie 4 marca 2002 r. ukończyliśmy film i Borys Bieriezowski następnego dnia zwołał w tej sprawie konferencję prasową.

    Siergiej Juszenkow oraz Władimir Gołowlow

    W owym czasie Bieriezowski oraz Siergiej Juszenkow powołali nową partię o nazwie Liberalna Rosja, która zamierzała ubiegać się o mandaty w wyborach do Dumy Państwowej. Obydwaj mieli być współprzewodniczącymi organu kierowniczego stronnictwa. Innym przywódcą stronnictwa był deputowany Dumy Władimir Gołowlow, który odpowiadał za finanse stronnictwa. Zawdzięczał on swe obowiązki kompetencjom w tej dziedzinie, które zyskał, łącząc działalność polityczną z finansową jako przedsiębiorca. Bieriezowski w tym czasie kierował stronnictwem z bezpiecznej odległości w Anglii i na posiedzeniach kierownictwa stronnictwa uczestniczył poprzez telemost z Londynu. Podjęto decyzję o popularyzacji naszego filmu w Rosji. W Paryżu wykonano 1000 kopii filmu i Juszenkow oraz Gołowlow prowadzili zebrania wyborcze w Moskwie i na prowincji w oparciu o projekcję filmu. O zademonstrowaniu filmu w rosyjskiej TV czy w sieci kin nie mogło już być w owym czasie mowy, natomiast projekcja filmu na zebraniach wyborczych dawała niesamowity efekt propagandowy. W związku z tym Juszenkow zaproponował, by również deputowani Dumy obejrzeli ten film na specjalnej projekcji w parlamencie. Posłowie Dumy odrzucili jednak tę propozycję.
    Szanse wyborcze Liberalnej Rosji były dość słabe ze względu na słabość organizacyjną oraz kadrową stronnictwa. Jej orężem natomiast była propagandowa moc żądania, by wyjaśnić sprawę wybuchów w Moskwie i innych miastach w 1999 roku. I w tych warunkach ginie nagle deputowany Dumy Władimir Gołowlow, zabity podczas wieczornej przechadzki z psem dwoma strzałami przez nieznanych sprawców. Śledztwo prowadzone przez prokuraturę budowało różne hipotezy motywów zbrodni: ofiara miała jakieś konflikty na tle finansowym w związku z działalnością handlową i nawet ujawniono jakieś motywy związane z życiem osobistym. Najmniej jakoś akcentowano okoliczność, że poprzez działalność opozycyjną był on na bakier z wszechwładnym FSB.
    Trzeba trafu, że wkrótce po tym mordzie w Moskwie ginie również Siergiej Juszenkow, również zamordowany dwoma wystrzałami przez równie nieznanych sprawców. Tak Liberalna Rosja traci swego współprzewodniczącego działającego na terenie kraju. Po chwili stronnictwo spotyka kolejny cios: Prokuratura Generalna oskarża o zlecenie zabójstwa jednego z przywódców Liberalnej Rosji Kaganiowa. Prokuratorzy zarzucają mu, że zlecił mord, by usunąć konkurenta do kierownictwa partii. Kto chce, niech w to wierzy, ale sąd dał wersji prokuratury wiarę i Kaganiow zostaje skazany na 20 lat pozbawienia wolności. Skutkiem tego "zbiegu" okoliczności jest to, że Liberalna Rosja ponosi klęskę wyborczą, zbierając zaledwie 2 lub 3% głosów wyborców. Ludzie, którzy chcieli ujawnienia zbrodni FSB, zginęli śmiercią skrytobójczą, zaś ich stronnictwo poniosło klęskę.

    Ścikocichin zginął otruty

    W odróżnieniu od Gołowlowa oraz Juszenkowa Jurij Ścikocichin zginął w swym mieszkaniu, otruty prawdopodobnie substancją radioaktywną. O jego śmierci opowiadała mi Ania Politkowska - znana dziennikarka jego gazety, która również nie żyje. Trzeba trafu, że złożyła mu wizytę w domu, ale zastała go już nieprzytomnego. Opowiadała, że był to jedyny pozytywny moment w tej tragicznej historii, że ofiara uniknęła takich męczarni, jakie stały się losem Saszy Litwinienki. Dziś, gdy porównuję różne symptomy ich choroby, odnoszę wrażenie, że i Jurija Ścikocichina otruto - jeśli nie polonem - to jakimś innym środkiem promieniotwórczym. Tyle, że śledztwo w Anglii było bardziej dociekliwe niż w Rosji.
    W podsumowaniu mogę stwierdzić, że mordercy mogli mieć różne motywy zbrodni, ale wspólnym mianownikiem w tej całej sprawie była ich chęć wyjaśnienia spraw opisanych w naszej książce oraz w opracowanym przy naszym współudziale filmie. Gdyby nie ta dociekliwość, wywołująca gniew FSB, wszyscy oni mogli pozostać przy życiu.

    Jurij Felsztyński

    - wysłuchał, zanotował i przetłumaczył
    Antoni Zambrowski

    Artykuł pierwotnie opublikowany w tygodniku "Gazeta Polska"

    Zostań donatorem naszych publicystów:
    Jeśli satysfakcjonuje Cię publicystyka Antoniego Zambrowskiego - możesz wesprzeć Naszego Autora datkiem.
    Konto:
    61 1240 1040 1111 0010 0042 5486
    Bank PeKaO SA III O. w Warszawie
    SWIFT/BIC - PKOPPLPW



    Publicystyka Antoniego Zambrowskiego na ASME


    Dostatnie życie członków 61 central związkowych widać w "dialogu społecznym" podtrzymywanym przez lewicowo zorientowane ugrupowanie Prawo i Sprawiedliwość znane też jako Populizm i Socjalizm - Stanisław Michalkiewicz o wydarzeniach w centrum stolicy "polskiego regionu UE" Wysłane środa, 27, czerwca 2007 przez Krzysztof Pawlak

    | Pobierz |








    Dostatnie życie członków 61 central związkowych widać w "dialogu społecznym" podtrzymywanym przez lewicowo zorientowane ugrupowanie Prawo i Sprawiedliwość znane też jako Populizm i Socjalizm - Stanisław Michalkiewicz o wydarzeniach w centrum stolicy "polskiego regionu UE"
    Wysłane środa, 27, czerwca 2007 przez Krzysztof Pawlak

    "Dzisiaj nastąpił przełom w trwającym od ośmiu dni pacie w stosunkach pomiędzy premierem Kaczyńskim a pielęgniarkami, które demonstrują przed kancelarią premiera i wewnątrz niej. Wczoraj czwórka pielęgniarek okupujących kancelarię postanowiła rozpocząć strajk głodowy. Niestety, nie wiemy czy to było naprawdę, czy też miały te panie głodować między posiłkami, bo dzisiaj ten strajk głodowy został przerwany: pan premier zaproponował paniom kawę. Zdaje się, że się jej napiły, w ten sposób przerywając ścisłą dietę, potem opuściły kancelarię premiera, stwarzając w ten sposób warunki do »dialogu społecznego«" - Stanisław Michalkiewicz, od lat stały współpracownik naszej witryny i niezrównany publicysta prawicowy, komentuje "walki uliczno-gabinetowe" w środowisku lewicowych włodarzy naszego "polskiego regionu UE".

    Pan premier mówił do tej pory, że na podwyżki dla służby zdrowia nie ma pieniędzy, ale w Centrum Dialogu Społecznego może być bardziej ustępliwy. Chyba - też niestety - nie podąży w ślady pani premier Thatcher, która w 1981 roku, kiedy dziewięciu więźniów, terrorystów Irlandzkiej Armii Republikańskiej podjęło strajk głodowy, by wyjednać na niej jakieś ustępstwa, to nie ustąpiła ani na krok. W rezultacie więźniowie zmarli z głodu. Podobnie było w 1984 roku, w przypadku wezwania do strajku pana Artura Scargilla, przywódcy związkowego górników, Strajk trwał cały rok, upór pani "żelaznej premier" też. W wyniku złamania tego strajku i potęgi związków zawodowych Wielka Brytania weszła na drogę dynamicznego rozwoju gospodarczego, przezwyciężając zapaść, w której - przy trzycyfrowej inflacji - była pogrążona od kilkunastu lat.
    Wszystkie te strajki, obecne i przeszłe, np. pod wodzą watażki i warchoła związkowego towarzysza z byłej (?) PZPR-erii Andrzeja Leppera - biorą się stąd, że w 1991 roku sejm kontraktowy obdarzył państwo polskie "pocałunkiem Almanzora": ustawą o związkach zawodowych oraz ustawą o rozwiązywaniu tzw sporów zbiorowych. Ustawy te wprowadzają do organizmu państwowego coś w rodzaju zarazka dżumy, który powoduje, że państwo może zostać sparaliżowane przez bardzo niewielką grupę ludzi - jak widzieliśmy ostatnio - np. przez cztery rezolutne panie...
    Likwidacja ryzyka, na jakie się naraża państwo polskie, gdyby jacyś prawdziwi jego wrogowie chcieli się nim zająć, nie jest niestety priorytetem pana premiera Kaczyńskiego z ugrupowania Populizm i Socjalizm (nasza etykietka sprzed już 4 lat), którego lewicową twarz odważnie ujawnił poseł Kurski w nagraniu przed naszymi kamerami, ani tym bardziej szefów związków zawodowych, którzy korzystają z koniunktury na dostatnie życie związkowe, aż do emerytury, a może i nawet - aż do śmierci...

    Nagranie trwa ponad 7 minut, jest dostępne w Sieci do 11 VII 2007 r. W Klubie TV ASME - wersja o dobrej jakości.




    Psychologia polityczna - Krzysztof Mazur Wysłane środa, 27, czerwca 2007 przez Krzysztof Pawlak

    Od wielu lat znany jest i stosowany przez psychologów tzw. test Roschacha, który w uproszczeniu polega na badaniu skojarzeń, które przychodzą - poddawanym testowi osobom - na widok plam atramentowych. Często także odwołujemy się do tego testu w odpowiedzi na mimowolną reakcję określonej osoby lub grupy osób, zwłaszcza gdy skojarzenia przychodzące tym osobom na widok jakiegoś obiektu są szczególnie intrygujące.

    W ostatnich miesiącach mieliśmy do czynienia z taką małą medialną wojenką polsko-niemiecką, w której głównym orężem obok treści artykułów i felietonów były satyryczne rysunki, komentarze i okładki gazet. Kolejnym akordem tej batalii była okładka tygodnika "Wprost" przedstawiająca niemiecką kanclerkę w towarzystwie braci Kaczyńskich. Jak wynika z relacji innych polskich mediów i większości komentarzy, wszyscy Niemcy uznali ową okładkę za brutalny i niesmaczny atak na niemieckiego dostojnika w osobie pani Merkel, zaś większość polskich komentarzy sprowadzała się do wykazywania, iż Niemcy sami są sobie winni, gdyż wcześniej atakowali naszych bliźniaków poprzez porównywanie ich do kartofli. Jest to o tyle dziwne, że patrząc na sprawę bez uprzedzeń, można stwierdzić, że przede wszystkim okładka "Wprost" jest ani śmieszna, ani intrygująca, a co najważniejsze - trudno zrozumieć, o co w przedstawionym fotomontażu miałoby chodzić. Pani kanclerz Merkel ma "domontowane" piersi jakiejś modelki i jest to jedyna atrakcyjna część tego fotomontażu, gdyż trudno uznać za intrygujące doklejenie do tych piersi dwóch panów, łapiących się już na tzw. pomostówki i pani w wieku pobalzakowskim. Jest to raczej dowcip na poziomie dorastających gimnazjalistów przejawiających predylekcje do gerontofilii. Ale jeżeli kogoś owa okładka mogłaby obrażać - to raczej naszego premiera i prezydenta, wszak ssanie piersi jest stanem naturalnym, ale (pomijając wątki erotyczne) właściwym raczej kilkumiesięcznym oseskom i w związku z tym stanowi symbol niesamodzielności i niedojrzałości. Również tytuł "macocha Europy" jakby sugerował, iż Niemcy, reprezentowani przez swoją panią kanclerz, traktują innych jak niesamodzielnych utrzymanków przyssanych do nie tyle matczynego, ale macoszego niemieckiego cycka, wszak to podobno nasi zachodni sąsiedzi najwięcej zainwestowali w projekt europejskiego superpaństwa.
    Ale jak widać, każdy i tak zobaczy to, co naprawdę siedzi mu z tyłu głowy, stąd też Niemcy odreagowują obecnie pod pretekstem troski o europejską jedność, swoje pretensje do Polaków. Z kolei w Polsce wcale liczni komentatorzy, nie mówiąc o czynnikach oficjalnych, widzą w brukselskim "kompromisie" sukces naszej dyplomacji i koniec europejskiego superpaństwa, chociaż fakty wskazywałyby na coś całkiem przeciwnego.
    Prawdziwe zaś eldorado dla krajowych psychologów klinicznych dostrzegających znaczenie podświadomych skojarzeń mogłyby stanowić reakcje na próby ujawnienia tajnych współpracowników PRL-owskich służb specjalnych. Takiego bogactwa plam w życiorysach oraz skojarzeń związanych z ich pokazywaniem trudno byłoby uzyskać w warunkach zainscenizowanego eksperymentu naukowego. Zupełnym novum zaś jest powstawanie u niektórych osobników skojarzeń jeszcze przed zobaczeniem plamy, na którą to możliwość nie wpadł zapewne nawet Hermann Roschach - wynalazca słynnego testu. Tymczasem po wypowiedzi prezesa Kurtyki, jakoby IPN był w posiadaniu listy ok. 500 osobistości odgrywających dużą rolę w naszym życiu publicznym, a zarejestrowanych niegdyś jako współpracownicy służb specjalnych, powstał taki katalog skojarzeń, który już sam w sobie może więcej powiedzieć o elitach III RP niż wspomniany indeks nazwisk. Profesor Safjan zawyrokował nawet, że najwyższy sprzeciw powinno budzić publiczne ogłoszenie, że „wśród osób sprawujących władzę mamy 500 ukrytych wrogów, którzy mogą być niebezpieczni”. Przy tym zachowaniem nieodpowiedzialnym jest według byłego przewodniczącego TK ogłoszenie, że takie osoby istnieją, natomiast fakt, że nie można im nic zrobić ani chociażby ujawnić ich nazwisk - jest jak najbardziej zachowaniem odpowiedzialnym. Nie można nawet sporządzić listy tych osób, które same w swoich oświadczeniach przyznały się do współpracy, a to z tego względu, że oświadczenia zostały uznane przez TK również jako niezgodne z art. 2. konstytucji mówiącym, że RP jest demokratycznym państwem prawa urzeczywistniającym zasady sprawiedliwości społecznej. Ano, pożyjemy, to i zobaczymy, jaką kolejną plamę legislacyjną wykombinują sejmowi dekomunizatorzy i prezydenccy urzędnicy, i z czym skojarzy się ona strażnikom konstytucji III RP (znamienny jest też Sebastian Karczewski, one man show w dzisiejszym "Naszym Dzienniku", jakby wyprzedzający ustalenia kościelnej komisji historycznej, która stwierdziła, że wśród biskupów jeden był agentem wywiadu PRL).

    Krzysztof Mazur

    Publicystyka Krzysztofa Mazura na ASME


    Gdy protestowali lekarze, można było mówić, że strajkuje elektorat PO, gdy strajkują pielęgniarki - to jest pierwszy poważny konflikt między lewicowym PiS a swoim zapleczem - Łukasz Perzyna o strajku lekarzy i pielęgniarek Wysłane środa, 27, czerwca 2007 przez Krzysztof Pawlak

    | Pobierz |








    Gdy protestowali lekarze, można było mówić, że strajkuje elektorat PO, gdy strajkują pielęgniarki - to jest pierwszy poważny konflikt między lewicowym PiS a swoim zapleczem - Łukasz Perzyna o strajku lekarzy i pielęgniarek
    Wysłane środa, 27, czerwca 2007 przez Krzysztof Pawlak

    "Pamiętam, jak na samym początku swoich rządów, rządów PiS, Kazimierz Marcinkiewicz skorzystał z podpowiedzi doradców ds. wizerunku i zdecydował się zdyskontować sukces polskiego pianisty w konkursie szopenowskim. Zamiast w kancelarii premiera zorganizował konferencję naprzeciwko, pod pomnikiem Szopena. Mówił oczywiście o sukcesach Polski, w dobrej otoczce medialnej dla swego wywodu. Musiał wtedy poświęcić najwyżej trzy minuty, by przejść Aleje Ujazdowskie. Łatwo sobie wyobrazić, co by było, gdyby na podobny pomysł wpadł teraz Jarosław Kaczyński. Pewnie cała operacja trwałaby nie trzy minuty, tylko trzydzieści, przez Aleje musiałyby Go przeprowadzać wzmocnione oddziały policji i mogłoby dojść do gorszących polemik ulicznych z PiS-owskim elektoratem, który dziś rozbił miasteczko namiotowe w Alejach" - Łukasz Perzyna, publicysta "Tygodnika Solidarność" i naszej witryny ASME, przygląda się mocno nagłośnionemu przez merdia konfliktowi rozgrywającemu się głównie na warszawskich ulicach.

    W rządzie, w obozie PiS są specjaliści od dyżurnego optymizmu, od marketingu, podrzucający kolejne "sukcesy" do zdyskontowania w polityce medialnej. Mamy właśnie ODROCZONĄ egzekucję, jeśli chodzi o system liczenia głosów - ogłoszoną na niedawnym szczycie Unii Europejskiej. Wiadomo, że póki będzie rządzić PiS - będziemy mieli do czynienia z korzystnym dla Polski systemem nicejskim, a potem, gdy wejdzie podwójna większość, rządzić nie będzie już PiS, tylko kto inny. Jednak chwyty marketingowe, obliczone na kaptowanie elektoratu Samoobrony i LPR, wydają się wyczerpywać swą moc. Nie da się już mówić bez końca o Euro 2012 i o sukcesach w Brukseli, gdy "faceci w czerni" chronią kancelarią premiera, by ta normalnie funkcjonowała. W namiotach obozuje elektorat lewicowego Populizmu i Socjalizmu, który tak określiliśmy na łamach naszej witryny już przed 4 laty, gdy zdecydowali się na popieranie "opcji prospołecznej", do której znaczenia ideologicznego i doceniania przez PiS przyznał się przed naszymi kamerami sam poseł Jacek Kurski.
    W kraju tej wielkości naszej części Europy niezbędne jest przyznanie się rządzących do wprowadzenia jedynego sensownego rozwiązania - postępującej prywatyzacji lecznictwa. Niestety, nie ma takiej ekipy rządzącej, która chciałaby otwartym tekstem zechciałaby powiedzieć to swoim wyborcom i PiS też do takich należy. O ile należy poprzeć Jarosława Kaczyńskiego w braku akceptacji dla okupacji pomieszczeń rządowych i braku zgody na rozwalenie budżetu, do czego prowadziłaby realizacja rozbuchanych żądań płacowych środowisk służby zdrowia, a później, po powrocie z wakacji - całej sfery budżetowej, to wydaje się, że należy zrozumieć protestujących na elementarnym, ludzkim poziomie, ponieważ władza popełniła wszystkie błędy, które popełnić mogła, bo nieco wcześniej z tego samego budżetu, z którego "ani guzika" premier Kaczyński nie chce oddać pielęgniarkom lekarzom, górnikom i nauczycielom - przyznano znaczące podwyżki, średnio o około 1 tysiąc złotych "dworskim urzędnikom" z IPN i biurokratom ministerialnym z Ministerstwa Rozwoju Regionalnego - dokładnie tyle, ile średnio zarabiają pielęgniarki - zauważa Łukasz Perzyna.

    Wydaje się, że obecna władza wchodzi w swój "etap prawdy". Tego sporu bezduszną "polityką propaństwową" rozwiązać się już nie da - uważa Łukasz Perzyna. Być może zamiast marketingowych pomysłów, referendów, "robinhoodowania" - trzeba powiedzieć, jaki jest stan lecznictwa, sfery budżetowej i do jakiego punktu wyjścia zmierzamy...

    Nagranie trwa ponad 14 minut, jest dostępne w Sieci do 10 VII 2007 r. W Klubie TV ASME - wersja o dobrej jakości.




    Namioty z napisem "JOW" - prof. Jerzy Przystawa Wysłane wtorek, 26, czerwca 2007 przez Krzysztof Pawlak

    Kiedy miesiąc temu rozpoczął się strajk lekarzy zrzeszonych w Ogólnopolskim Związku Zawodowym Lekarzy (OZZL), rząd przyjął starą rzymską strategię "dziel i rządź". Niby dlaczego o reformie Służby Zdrowia rząd ma rozmawiać tylko z lekarzami, którym, jak wszyscy wiemy, dobrze się powodzi, a nie rozmawiać z innymi pracownikami tej Służby? A gdzie salowe, a gdzie pielęgniarki, a gdzie reszta personelu medycznego? Po rozbiciu "Solidarności" na jej gruzach powstały setki związków zawodowych i w samej tylko Służbie Zdrowia mamy ich dzisiaj kilkanaście. Przy takich podziałach w jednym tylko środowisku mogłoby się wydawać, że rządzący mają sytuację komfortową i wystarczy tylko sprytnie rozgrywać animozje środowiskowe.

    Patrząc z dzisiejszej perspektywy, kiedy przed Kancelarią Prezesa Rady Ministrów rozrasta się, z dnia na dzień, miasteczko namiotowe, kiedy zamknięte w tej Kancelarii pielęgniarki przystępują do protestu głodowego, kiedy Forum Związków Zawodowych ogłasza przygotowania do strajku generalnego, a podobne przygotowania zapowiada, w imieniu NSZZ "Solidarność" nawet sam Janusz Śniadek, wygląda na to, że ta stara taktyka rządzących ma szansę się nie sprawdzić, że raczej sprawdza się biblijne przysłowie z Księgi Ozeasza, iż "kto sieje wiatr, ten zbiera burzę".
    Jarosławowi Kaczyńskiemu udało się, chwilowo, zredukować protest pielęgniarek i lekarzy do poziomu absurdu: o miejsce, w którym będzie łaskaw z nimi rozmawiać. One przyszły do Jego kancelarii, On zaś każe im wyjść i udać się na drugi koniec miasta, gdzie - obiecuje - będzie na nie czekał. W mediach publicznych i niepublicznych nad tą absurdalną sytuacją toczą przemądre dysputy dziennikarze, komentatorzy, parlamentarzyści i członkowie rządu. Kto, komu powinien ustąpić? Pielęgniarki premierowi czy premier pielęgniarkom? Przez ile dni można wałkować publicznie ten temat i ile tysięcy wypowiedzi warto w tej sprawie ogłosić i zapisać?
    Przeczytałem dziś rano wypowiedź jakiegoś proroka, że sprawę rozwiąże nadchodząca dzisiaj burza, zimno i deszcze, które przegonią wrzaskliwe baby z trawnika przed KPRM, wiatr porozwala namioty, przymocowane nieprofesjonalnie i byle jak. Będzie kupa śmiechu, jak baby będą zmykały w podkasanych spódnicach.
    Wszelako rząd ma w zapasie lepszy argument: mobilizacja opinii publicznej przeciwko pazernym lekarzom i pielęgniarom, którzy nic tylko więcej pieniędzy i podwyżki, podwyżki, podwyżki... Tak piszą znakomici publicyści: są pielęgniarki i są pielęgniary. Wszyscy wiemy, że w Służbie Zdrowia korupcja goni korupcję, łapówki, prezenty, "dowody wdzięczności". A my? Emeryci i renciści? Profesorowie i nauczyciele? Policjanci i górnicy? Rolnicy i strażacy?
    Prowadząc dyskusję na tym poziomie, rząd stara się przeciwstawić strajkującym lekarzom i pielęgniarkom wszystkich innych źle opłacanych ludzi, których przecież jest nieporównanie więcej. Aby dyskusji dodać pieprzu, tłumaczy opinii publicznej, że przecież pielęgniarkom i lekarzom wcale nie chodzi tak bardzo o pieniądze! Oni wiedzą bardzo dobrze, że pieniędzy nie ma i nie będzie, im chodzi o "sprawy polityczne", o obalenie jedynego, najlepszego od 18 lat rządu i temu tylko służyć mają te hałaśliwe protesty. A im głośniej i częściej zapewnia o tym Jarosław Kaczyński, tym gwałtowniej muszą protestować pielęgniarki - że wcale nie, że nieprawda, że im chodzi tylko o podwyżki, bo za mało zarabiają! O polityce mowy być nie może!
    Ogólnopolski Związek Zawodowy Lekarzy od wielu, wielu lat domaga się systemowej, całościowej reformy Służby Zdrowia. Jego przedstawiciele piszą pisma i projekty do kolejnych premierów, przesyłają ekspertyzy, domagają się rzeczowej dyskusji nad wysuniętymi postulatami. Dr Krzysztof Bukiel, przewodniczący Zarządu Krajowego OZZL, w wywiadzie dla tygodnika "Najwyższy CZAS!" (nr 6. z a10 lutego 2007) mówi tak:
    "Uważamy, że wprowadzenie mechanizmów rynkowych do ochrony zdrowia, w tym prywatyzacji szpitali, konkurencji między ubezpieczycielami oraz środków prywatnych (obok publicznych) do finansowania świadczeń zdrowotnych będzie korzystne dla wszystkich: lekarzy (bo będą lepiej zarabiać), pacjentów (bo będą mieć pewność otrzymania leczenia we właściwym czasie i dobrej jakości), państwa (bo znikną dzisiejsze problemy "służby zdrowia"), podatników (bo pieniądze publiczne na ochronę zdrowia będą wydawane efektywnie). Jednak rządzący nie chcą zgodzić się na te zmiany pod wpływem racjonalnych argumentów. Być może będą skłonni do rozmów pod wpływem niepokoju społecznego, jakim jest strajk lekarzy. Ponieważ jednak strajk można prowadzić - legalnie - tylko w sprawach warunków pracy i płacy (czyli: o podwyżki) - takie właśnie postulaty zgłosiliśmy. Oczywiście jest i taka możliwość, że rządzący będą woleć dać nam podwyżki, nie zmieniając nic w obecnym, złym systemie opieki zdrowotnej. Wówczas - faktycznie - odegramy podobną rolę jak i inne związki zawodowe w innych branżach".
    Zwróćmy uwagę na datę tego wywiadu: 10 lutego. Trzy miesiące później lekarze przystąpili do strajku, wysuwając - legalne! - żądania płacowe. Rząd twierdzi, że im chodzi o POLITYKĘ. Słowo "polityka" ma być w ustach rządu magicznym zaklęciem: o polityce mówić mają prawo tylko ONI - politycy. Słowo "polityka" to jest straszak, który ma zamknąć usta lekarzom i pielęgniarkom, podobnie jak nauczycielom, górnikom i wszystkim innym.
    Lekarze i pielęgniarki, chwilowo, pozwalają się hipnotyzować i tego zakazanego słowa unikają. Jarosław Kaczyński rozmawia z pielęgniarkami nad brzegiem Wisły, w odległym Włocławku i poprzez kamery telewizyjne. Na linię frontu wysyła przesympatyczne buzie miłych pań, których ma w swoich szeregach bez liku: panią Jakubiak, panią Szczypińską, panią Sadurską, panią Stryjską i inne. Najwyraźniej jest przekonany, że przed babami najlepszą ochronę stanowią piękne kobiety. One wszystkie w kółko powtarzają to samo: że strajk polityczny, że nie chodzi o pieniądze, one same przecież doskonale potrafią powiedzieć, gdzie jest polityka, a gdzie coś innego.
    Polityka, jak twierdzi Ojciec Święty Jan Paweł II, to jest "rozumna troska o dobre wspólne". Lekarze, przynajmniej ci, którzy zrzeszyli się w OZZL, doskonale to rozumieją. Od lat, widząc całkowitą nieskuteczność perswazji, nieskuteczność przekonywania polityków do racjonalnego rozwiązywania problemów, jakie nie wydają się łączyć bezpośrednio i partyjnymi rozgrywkami o władzę (lekarzy jest dużo, ale nie aż tylu, żeby o ich głosy koniecznie trzeba było zabiegać), zgłaszają postulaty adresowane do wszystkich Polaków: przyczyną zapaści publicznej Służby Zdrowia, podobnie jak zapaści edukacyjnej, podobnie jak sprawy bezpieczeństwa na drogach, jak samej tych dróg budowy itd., itd., jest niska i obniżająca się z wybory na wybory jakość naszej "klasy politycznej". Przyczyną tego stanu jest rzeczy jest procedura selekcji negatywnej do tej "klasy", jaką jest partyjna ordynacja wyborcza, niesłusznie nazywana "proporcjonalną". Lekarze od lat postulują wprowadzenie w Polsce zasady wyborów w jednomandatowych okręgach wyborczych (JOW). W świetnie redagowanym przez nich miesięczniku "Lekarz Polski" wielokrotnie piszą o tym problemie, a Zarząd Krajowy OZZL już wiele lat temu podjął uchwałę wspierającą w tej sprawie Ruch Obywatelski na rzecz JOW. Wydali świetne ulotki, propagujące ideę JOW, kolportują broszury, uczestniczą w akcjach i manifestacjach JOW.
    Rozmawiam z dr. Krzysztofem Bukielem. Wyznaje mi, że strajkujący nie mają z kim i o czym rozmawiać. Okazuje się, że jedyną osobą w państwie, która ma coś do powiedzenia, jest Premier. Rozmowy z innymi to strata czasu. Nikt inny nic nie może, puste słowa i bezradne rozkładanie rąk. Panie "S" (Stryjska, Sadurska, Szczypińska...) powtarzają tylko jak mantrę: "strajk polityczny, rząd chce rozmawiać, ale nie tutaj, strajk polityczny, nie wiadomo o co chodzi". Ta sytuacja sama w sobie dowodzi, jak daleko zaszła selekcja negatywna: Jarosław Kaczyński, nasz genialny strateg polityczny, w wyniku tej selekcji został, de facto, sam: nikt nie potrafi odgadnąć, co też On planuje, nikt nie potrafi w Jego imieniu się wypowiedzieć. Nawet politycy zachodni, chociaż mają okazję rozmawiać wprost z Jego Wielkim Bratem, zmuszeni są po nocy dzwonić do Niego Samego, żeby się dowiedzieć, czego też naprawdę chce?

    Lekarze i pielęgniarki z każdym dniem co raz lepiej zaczynają zdawać sobie z tego sprawę: konieczne są namioty z napisem "JOW".

    Wrocław, 26 czerwca 2007

    Jerzy Przystawa

  • Prof. Jerzy Przystawa był w kadencji 1990 - 1998 radnym rady miejskiej Wrocławia, startował w wyborach do Senatu Rzeczypospolitej Polskiej przeprowadzonych w dniu 21 września 1997 r.
    Od kilkunastu lat jest jednym z liderów Ruchu Obywatelskiego na rzecz JOW.

    Publicystyka prof. Jerzego Przystawy na ASME.


    Witryna ASME Antysocjalistycznego Mazowsza jest najstarszym serwisem w Sieci - oprócz witryny tematycznej JOW - propagującym ideę JOW

    Trybunał zapomniał o najważniejszym - Stanisław Michalkiewicz Wysłane wtorek, 26, czerwca 2007 przez Krzysztof Pawlak

    Co jest celem państwa? Odpowiedzi na to pytanie udziela art. 5 konstytucji, który stanowi, że "Rzeczpospolita Polska strzeżenie niepodległości i nienaruszalności swojego terytorium, zapewnia wolności i prawa człowieka i obywatela oraz bezpieczeństwo obywateli, strzeże dziedzictwa narodowego oraz zapewnia ochronę środowiska, kierując się zasadą zrównoważonego rozwoju". Mniejsza już o "zasadę zrównoważonego rozwoju", która praktycznie oznacza to, że o rozwoju gospodarczym decydują urzędnicy, kierując się interesem biurokratycznej kasty i możliwościami korupcyjnymi. W tym celu wykorzystują manie różnych obłąkanych docentów; jednym wydaje się, że następuje ocieplenie, innym - że grozi nam epoka lodowcowa, jeszcze innym - że trzeba się zabezpieczyć przed upadkiem asteroidu - i tak dalej. Docenci bowiem żyją z grantów, no a na co można dostać granty, jeśli nie na projekty, z których biurokraci będą mogli wycisnąć forsę i władzę? Teraz akurat najmodniejsze jest ocieplenie i jak się okazuje - szmal można wycisnąć również z ocieplenia. Dla przykładu - w skali międzynarodowej rozwinął się handel limitami na emisję "gazów cieplarnianych". W rezultacie cementownie w Polsce nie mogą produkować tyle cementu, ile by mogły, bo musiałyby wykupić dodatkowe limity na emisję gazów. I tak właśnie państwa mądrzejsze limitują możliwości rozwoju w państwach głupszych.

    Oczywiście państwa mądrzejsze mają jeszcze inne, równie, a może nawet jeszcze bardziej skuteczne sposoby kształtowania polityki państwa głupszych. Jednym z takich sposobów jest agentura wpływu. Tym właśnie tłumaczę sobie niechęć, jaką nie tylko państwa europejskie, ale nawet tamtejsze gryzipióry, a nawet "filozofowie", żywią wobec lustracji w Polsce. Rzecz w tym, że kiedy w połowie lat 80. stało się jasne, iż imperium sowieckie szykuje się do ewakuacji z Europy Środkowej, każdy z bezpieczniaków w tzw. bratnich krajach musiał postawić sobie pytanie egzystencjalne: sowieci się wycofają - a co ze mną? W rezultacie rozpoczęli się przewerbowywać; jedni do CIA, inni do BND, inni - do Mosadu, a jeszcze inni - zostali w GRU. W ten oto sposób państwa ościenne mogą nie tylko penetrować Polskę na wylot, ale również - ręcznie sterować polityczną sceną, wykorzystując związanych z bezpieczniakami dawnych konfidentów, jako agenturę wpływu. Bo obawiam się, że więzi łączące dawnych konfidentów z ich oficerami prowadzącymi wcale nie zostały przerwane. Wskazuje na to choćby identyczny sposób postępowania wszystkich zdemaskowanych konfidentów; najpierw wszystkiemu zaprzeczają, potem sukcesywnie się "przyznają", ale tylko do tego, co im już udowodniono, zaś oficerowie prowadzący w razie czego nadal kryją ich przed sądami, twierdząc, że rejestracje były "fikcyjne". Wygląda to na realizowanie instrukcji na wypadek dekonspiracji, no a jeśli realizowana jest ta instrukcja, to skąd wiemy, że inne - już nie?
    Właśnie prezes IPN dr Janusz Kurtyka poinformował, że Instytut dysponuje listą 500 konfidentów, zajmujących stanowiska publiczne i cieszących się reputacją autorytetów moralnych. Od razu podniósł się raban, żeby broń Boże ich nie ujawniać, bo Trybunał Konstytucyjny uchylił ustawę na podstawie której lista miała być ujawniona. Najdalej poszedł nominalny przywódca Sojuszu Lewicy Demokratycznej, pan Olejniczak, który domaga się rozwiązania IPN.
    Warto w związku z tym przypomnieć, że w 1992 r. Krzysztof Wyszkowski ujawnił, iż podczas negocjowania polsko-niemieckiego traktatu o dobrym sąsiedztwie i przyjaznej współpracy min. Skubiszewski był przez stronę niemiecką szantażowany ujawnieniem jego współpracy z SB w charakterze agenta o pseudonimie "Kosk" i w rezultacie traktat jest niesymetryczny na niekorzyść Polski. Tegośmy się dowiedzieli, ale nie wiemy, kto jeszcze był szantażowany, jakie obietnice poczynił albo jakie przysługi wyświadczył swoim szantażystom i ile za to Polska będzie musiała zapłacić w przyszłości. I dopóki konfidenci nie zostaną ujawnieni, dopóty będą podatni na taki szantaż, a państwa trzecie będą miały możliwość nie tylko żerowania na polskim interesie państwowym, ale również - ręcznego sterowania polską sceną polityczną. Uważam np., że tzw. ruch obywatelskiego nieposłuszeństwa, jaki objął znaczną część kadry wyższych uczelni w Polsce, a także "Ruch na Rzecz Demokracji", zainicjowany przez trzech polityków mających w życiorysach agenturalne epizody, jest tego sterowania przejawem i dowodem. Inaczej musielibyśmy uwierzyć, że dwaj animatorzy uczelnianych protestów tylko przypadkowo byli konfidentami. "A czy w ogóle są przypadki?" - pytał retorycznie Janusz Szpotański.
    Mamy zatem na jednej szali wyrok Trybunału Konstytucyjnego, nawiasem mówiąc, kuriozalny, bo w przeważającej (38 na 39) większości przypadków wskazujący na niezgodność przepisów ustawy z art. 2. konstytucji, mówiącym, iż "Rzeczpospolita Polska jest demokratycznym państwem prawnym urzeczywistniającym zasady sprawiedliwości społecznej" - a z drugiej - realne zagrożenie zarówno niepodległości państwowej (bo cóż to za "niepodległość", jeśli państwa trzecie mogą ręcznie sterować polską sceną polityczną?), integralności terytorialnej (euroregiony - na które podstawieni przez cudzoziemskie razwiedki politycy zgodzą się bez mrugnięcia okiem) i wreszcie - bezpieczeństwa obywateli, którzy z tego powodu mogą być w przyszłości zmuszeni do przelania krwi, a dzisiaj, na Ziemiach Zachdonich - już są zagrożeni w swojej własności. Uważam tedy, iż Trybunał,. wyrokując w sprawie ustawy lustracyjnej, potraktował konstytucję bardzo wybiórczo, całkowicie pomijając art. 5., który mówi, po co w ogóle potrzebne nam jest państwo, z Trybunałem Konstytucyjnym, jako jedną z jego instytucji.

    Stanisław Michalkiewicz

    Publicystyka Stanisława Michalkiewicza na ASME i nagrania TV ASME


    LIST OTWARTY Edwarda Klimczaka, wydawcy dwutygodnika "Pogląd" w Berlinie Zachodnim w latach 1982 – 1991 do Kornela Morawieckiego, przewodniczącego "Solidarności Walczącej" w latach 1982 - 1992 Wysłane poniedziałek, 25, czerwca 2007 przez Krzysztof Pawlak

    Pan
    Kornel Morawiecki
    Przewodniczący "Solidarności Walczącej" 1982 - 1992
    Działacze i członkowie "Solidarności Walczącej"


    Drogi Kornelu!
    Drodzy Koledzy!


    Jako zaproszony z zagranicy uczestnik Obchodów 25-lecia "Solidarności Walczącej", a podczas stanu wojennego przez wiele lat jej aktywny pomocnik, ośmielam się podzielić z Wami kilkoma uwagami dotyczącymi Waszej organizacji i jej możliwości politycznego działania w chwili obecnej.

    Zasługi "Solidarności Walczącej" w walce Polaków o suwerenność zostały podczas Obchodów rzetelnie ocenione i właściwie nagrodzone przez obecny rząd RP, zagranicznych gości, historyków i uczestników szeregu panelowych dyskusji. Nie jest w żadnym wypadku moim zamiarem umniejszanie tych zasług, tym niemniej uważam, że kilka krytycznych refleksji może sprowokować szerszą dyskusję nad możliwościami dalszego działania, jeśli nie chcemy pozostać li-tylko przy statusie weteranów zbierających krótkie oklaski z okazji jubileuszu.

    Podczas obrad i panelowych dyskusji dało się odczuć krytyczne nastawienie uczestników do kompromisowych rezultatów magdalenkowych rokowań, które umożliwiły komunistom nie tylko miękkie lądowanie, ale i daleko idące przejęcie na własność prywatyzowanych części majątku narodowego. Odniosłem wrażenie, że zebrani weterani "Solidarności Walczącej" są do głębi rozczarowani dzisiejszą Polską, a przede wszystkim tym, że zostali przez tych tam na górze oszukani, że owszem zwyciężyli, ale owoce ich zwycięstwa smakują inni, którzy nie przyłożyli doń ręki, albo byli po prostu po przeciwnej stronie. Najlepiej wyraził to jeden z panelistów, zasiadający dzisiaj w radzie miejskiej naprzeciw byłego ubeka, który kiedyś wydał na niego nakaz aresztowania, a dzisiaj pobiera 6 tys. zł renty i inne apanaże, co pozwala mu śmiać się do rozpuku z byłego bojownika o Niepodległą i Solidarną, bo ten z trudem wiąże koniec z końcem.

    I tu powstaje pytanie, dlaczego tak silna organizacja jak "Solidarność Walcząca" z siecią członków w niemal całej Polsce, potrafiąca w stanie wojennym wspaniale stawiać czoła doskonale zorganizowanemu aparatowi ucisku, nie była w stanie w latach 90., a także i później, stworzyć przeciwwagi, choćby w najmniejszym stopniu, przehandlowującym Polskę i dobro społeczne skorumpowanym "elitom" politycznym. Czy w SW zabrakło woli działania politycznego, czy uwierzono, że w suwerennej Polsce wszystko samo przez się będzie sprawiedliwe, czy nie było u przywódców wizji politycznej ani programu otwierającego również i swoim członkom szersze perspektywy? Jak doszło do tego, że SW zniknęła z mapy politycznej Polski? Jest to pytanie do historyków, jak też i do tych, którzy jeszcze dzisiaj mają choćby trochę siły na analizę tego, co zaszło i tego, co się dzieje wokół.

    Dlaczego do dzisiaj członkowie i działacze SW nie włączyli się do oddolnych ruchów demokratycznych proponujących od wielu już lat lepsze rozwiązania polityczne, przy pomocy których można ukrócić korupcję czy przeciwdziałać politycznym sitwom i sprzedajnym politykom?
    Już od początku lat 90. najpoważniejszą propozycją stworzenie solidnych podstaw demokracji "od dołu" jest ruch jednomandatowych okręgów wyborczych JOW domagający się zmiany praktykowanej obecnie, tzw. proporcjonalnej ordynacji wyborczej na ordynację większościową pod hasłem "(własny) poseł z każdego powiatu", bo tylko taka ordynacja, sprawdzona w Anglii, Francji czy Ameryce, zdolna jest na drodze niemanipulowanych wyborów oddolnie wyłonić polityczne elity odpowiedzialne tylko przed własnym elektoratem.

    Drogi Kornelu!

    Podczas Obchodów złożyłem Ci propozycję solidnej dyskusji o jednomandatowych okręgach wyborczych jako rozwiązania ustrojowego. Na to odpowiedziałeś: "To (JOW - przyp. E. K.) nie jest dobre dla Polski". Pojąłem, że jesteś tej propozycji przeciwny, co potwierdzili Twoi współpracownicy. Nie zrezygnowałem jednak z dyskusji i próby przekonania Cię do lepszej wizji Polski, czego niniejszy list jest dowodem.

    Pytam więc, jak może być takie rozwiązanie ustrojowe, jak JOW, dla Polski niedobre, jeśli jest dobre dla Francuzów, Anglików, Amerykanów i jeszcze 60 innych narodów na całym świecie?
    Czy masz inną, lepszą koncepcję wyjścia Polski z wewnętrznego impasu politycznego? Czy nie niepokoi Cię to, że w wyborach do Sejmu bierze udział tylko 40% uprawnionych do głosowania, a Sejm RP legitymuje się zaledwie tylko 10-procentowym poparciem całego elektoratu? Czy nie burzy się w Tobie protest, kiedy dowiadujesz się, że w Sejmie zasiadają posłowie, którzy otrzymali kilkaset zaledwie głosów, a stołek poselski dostali od swojej partyjnej "lokomotywy"? (I dlatego muszą być absolutnie posłuszni swojemu partyjnemu szefowi, a nie odpowiedzialni przed własnymi wyborcami!!!) Czy samobójstwo skorumpowanej pani minister nie jest dla Ciebie wystarczającym dowodem na to, że cały ten system polityczny jest ciężko chory i że należy go poddać gruntownej terapii?

    W kwestii propozycji ustrojowych, jak np. JOW, jest w Polsce dużo osób bardziej kompetentnych ode mnie. Wielu znam od lat osobiście, głęboko cenię ich wiedzę i patriotyczne zaangażowanie. Są to osoby szeroko znane w polskich kręgach politycznych. W przededniu debaty pt. "Spór o Rzeczpospolitą Solidarną", która ma się odbyć w ramach Obchodów SW jutro na Zamku w Książu pod Wałbrzychem zdziwiony jestem, że nie ma ich wśród zapowiedzianych panelistów. Wymienię tu choćby moderatorów Ruchu JOW, profesora Uniwersytetu Wrocławskiego Jerzego Przystawę czy przewodniczącego JOW-u Janusza Sanockiego. Zdziwienie wywołuje również miejsce dyskusji - prowincjonalny zameczek, nieosiągalny dla większości byłych członków i działaczy SW. Niezrozumiałe jest też wyłączenie tej przecież najważniejszej dyskusji z głównego programu Obchodów.

    Drogi Kornelu!

    Jako były przywódca SW posiadasz jeszcze dzisiaj dostatecznie dużo siły politycznej, aby podjąć szeroką dyskusję "De Republika Emendanda" - o naprawie Rzeczypospolitej i swoją osobą dodać impulsu działaniom na rzecz prawdziwej, bo oddolnej demokracji. Wzywam Cię do podjęcia tejże. Jestem przekonany, że miejscem takiej dyskusji powinien być Sejm RP, a panelistami moderatorzy JOW-u (i przeciwnicy też). Myślę, że ten projekt spotkałby się z uznaniem wielu członków SW, którzy choć dzisiaj o dwie dekady starsi (ale i o tyleż mądrzejsi) mogliby go poprzeć i w debatach wziąć udział osobiście.

    Ten mój apel do Ciebie i członków SW jest nie tylko wołaniem o wyrwanie się SW z politycznego niebytu. Jest to jak już kiedyś wołanie "De republika Emendanda". Weźmy wszyscy w niej udział!

    Edward Klimczak
    Berlin
    23 czerwca 2007 r.


    Edward Klimczak
    Przewodniczący "Towarzystwa Solidarność"
    Wydawca dwutygodnika "Pogląd"
    Berlin Zachodni 1982 - 1991


    Witryna ASME Antysocjalistycznego Mazowsza jest najstarszym serwisem w Sieci - oprócz witryny tematycznej JOW - propagującym ideę JOW

    PRZYSZŁYM PREZYDENTEM ROSJI BĘDZIE GENERAŁ BEZPIEKI - wywiad z Jurijem Felsztyńskim Wysłane czwartek, 21, czerwca 2007 przez Krzysztof Pawlak

    Z mieszkającym w USA historykiem rosyjskim Jurijem Felsztyńskim rozmawia Antoni Zambrowski.

    Kim będzie przyszły prezydent Rosji po ustąpieniu prezydenta Putina?
    Mogę się oczywiście mylić, ale sądzę, że w roku 2008 prezydentem Rosji zostanie generał Federalnej Służby Bezpieczeństwa. Rosją rządzą dziś służby specjalne, zaś ich funkcjonariusze - to nie intelektualiści, lecz ludzie myślący według prostych schematów. Rozwiązanie problemu władzy również będzie proste, a być może nawet prymitywne. Na prezydenta służby wylansują swego człowieka. Będzie nim prawdopodobnie generał FSB Sergiusz Iwanow, który dziś już piastuje wysokie stanowisko państwowe.

    Jest I wicepremierem rządu Federacji Rosyjskiej, czyli zastępcą premiera Michała Fradkowa.
    Innym kandydatem może być inny generał FSB o tym samym nazwisku, czyli Wiktor Iwanow. Jest on autorem dotychczasowej polityki kadrowej prezydenta Putina, polegającej na obsadzaniu kluczowych stanowisk państwowych przez oficerów FSB i na zawłaszczaniu w ten sposób państwa przez służby specjalne.

    Pilnie oglądam moskiewską TV, ale nigdy o nim nie słyszałem.
    Woli on przebywanie w cieniu, nawet mówi się o nim po rosyjsku "tieniewoj gienierał", czyli generał z cienia. Inne określenie jest bardziej tradycyjne: szara eminencja. W środkach przekazu mało się o nim mówi i wobec tego jest to dygnitarz niepubliczny.

    Media spekulują, że innym kandydatem jest I wicepremier Wadim Miedwiediew.
    Jeśli dobrze się orientuję, to jest on jedynym kandydatem nie pochodzącym z FSB. W związku z tym nie rokuję mu zbyt wielu szans na wybór. Jest on demonstrowany jako kandydat, aby uprzedzić zarzut, iż liczą się wyłącznie kandydaci ze służb specjalnych. Ale przypuszczam, że gdy zbliży się termin wyborów prezydenckich, realnym kandydatem na ten urząd zostanie ktoś z generałów FSB. I on zostanie prezydentem po Putinie.

    Czy będzie on lepszym prezydentem od Putina?
    Putin był lojalny wobec dwóch koterii - swoich przyjaciół z FSB oraz wobec dawnego dworu Jelcyna. Ten nowy prezydent będzie lojalny wobec tylko jednego ośrodka władzy i wskutek tego będzie gorszy od Putina.

    Dziękuję za pouczającą rozmowę.

    Jurij Felsztyński jest współautorem książki "Wysadzić Rosję" napisanej wspólnie z Aleksandrem Litwinienką, zamordowanym ostatnio w Londynie przez rosyjskie służby. Przebywał on ostatnio w Warszawie w związku z promocją polskiego wydania ich książki, zabronionej na terenie Rosji.

    Artykuł pierwotnie opublikowany w tygodniku "Nasza Polska"


    Zostań donatorem naszych publicystów:
    Jeśli satysfakcjonuje Cię publicystyka Antoniego Zambrowskiego - możesz wesprzeć Naszego Autora datkiem.
    Konto:
    61 1240 1040 1111 0010 0042 5486
    Bank PeKaO SA III O. w Warszawie
    SWIFT/BIC - PKOPPLPW



    Publicystyka Antoniego Zambrowskiego na ASME


    Zawsze byliśmy partią nieukrywającą swojego przywiązania do idei socjaldemokratycznych - Jacek Kurski o swoim ugrupowaniu PiS i losach koalicji rządowej Wysłane środa, 20, czerwca 2007 przez Krzysztof Pawlak

    | Pobierz |







    Zawsze byliśmy partią nieukrywającą swojego przywiązania do idei socjaldemokratycznych - Jacek Kurski o swoim ugrupowaniu PiS i losach koalicji rządowej
    Wysłane środa, 20, czerwca 2007 przez Krzysztof Pawlak

    "Myślę, że na tym polega dramat Unii Polityki Realnej, że formułując mnóstwo słusznych tez, jej czas jeszcze nie nadszedł. Mamy inne społeczeństwo, po pięćdziesięciu latach komunizmu, do którego uczciwe, liberalne tezy jeszcze nie pasują. Musi minąć jeszcze trochę czasu, trzeba pożegnać komunizm, postkomunizm, poczekać na powstanie klasy średniej, wtedy możemy mówić o zbliżeniu między nami i o pominięciu podziału między PiS a UPR" - mówił na samym wstępie swojego spotkania w Centrali UPR Jacek Kurski, prominentny działacz ugrupowania Prawo i Socjalizm, dla którego już przed czterema laty ukuliśmy na naszej witrynie ASME etykietkę "Populizm i Socjalizm".

    Już na wstępie swojego wystąpienia poseł Kurski zadeklarował, że chciałby powrócić do sprawy przywrócenia kary głównej do polskiego kodeksu karnego, o którym to projekcie UPR (od dawna leżącym w przepastnych piwnicach polskiego parlamentu) przypomniał Janusz Korwin-Mikke, założyciel i I prezes UPR.
    Omawiając bieżące wydarzenia z krainy polskiego parlamentaryzmu, ze strony publiczności padały uwagi, że PiS ma nie do końca dograną ekipę pod względem wystąpień medialnych (poruszana była sprawa peronu w miejscowości Włoszczowy i kolejnego pomysłu posła Gosiewskiego na założenie lotniska w okolicach Kielc), z czym zgodził się poseł Kurski, choć zwrócił uwagę, że "są lepsi w kampaniach wyborczych".
    Jacek Kurski uważa, że obecny proces "odzyskiwania Polski", czyli tworzenia tzw. IV RP, może dokonywać się dzięki pojawieniu się konfliktów w obozie pookrągłostołowym, podobnie jak to było w 1918 roku, kiedy to zaborcy Polski skoczyli sobie do gardła w I wojnie światowej i powstała Polska niepodległa; teraz został m.in. przełamany monopol informacyjny ukuty w Magdalence, choć oczywiście dopłaty z budżetu do jego partii miały swoje niebagatelne znaczenie, co skromnie przyznał.
    Poseł Kurski w trakcie wymiany zdań z publicznością pokazał się jako szczery zwolennik odgórnych regulacji relacji płacowych pomiędzy pracodawcą a pracownikiem, co nie powinno nikogo dziwić w świetle wcześniejszej wypowiedzi o hołdzie jego środowiska dla idej socjaldemokratycznych. Dodatkowo uważa, że we wczesnych latach 90. ub. wieku nie było możliwości podejmowania działalności gospodarczej na większą niż lokalną miarę ze względu na ograniczenia i blokady założone przez komunistów na stosunki gospodarcze, m.in. na prywatyzację większych przedsiębiorstw.
    Poseł odpowiadał na wiele pytań dotyczących bieżących wydarzeń na scenie politycznej oraz rozgrywek w rządzącej koalicji PiS, m.in. podzielił się swoim przekonaniem, że na polskiej scenie politycznej są w tej chwili jedynie dwie osobistości, które mają jakąkolwiek charyzmę: jest to - oczywiście jego partyjny szef Jarosław Kaczyński i też - oczywiście - towarzysz Aleksander "Prezio" Kwaśniewski. Wygląda więc na to, że najbliższej przyszłości dojdzie do bardziej ekspresyjnego niż zwykle starcia dwóch nurtów lewicowych: Lewicy i Demokratów pod wodzą aparatczyka PZPR-owskiego "Magistra Golenia" oraz uczciwych i "wreszcie naszych" socjalistów "żoliborskich" spod sztandaru Prawa i Sprawiedliwości.

    Jak więc wiele musiało się zmienić, by tak naprawdę znowu nic nie zostało zmienione: pierwszoplanowe role aktorskie na scenie teatru politycznego PRL, PRL-bis i "polskiego regionu UE" nieprzerwanie od kilkudziesięciu lat grają różne odmiany socjalistów, raz bezbożnych, czasami pobożnych, jak ich określa nasz stały współpracownik Stanisław Michalkiewicz!

    Puszczając wodze fantazji w kierunku przyszłych wyborów parlamentarnych i niedawno upublicznionej propozycji obniżenia progów wyborczych do wysokości 3%, poseł Kurski z dużym zadowoleniem powitałby, przy okazji blokowania list, w takiej konstelacji Unię Polityki Realnej, która "zatykając nos na socjalistów solidarnościowych" mogłaby się znaleźć na prawym skrzydle odpowiednika amerykańskiej Partii Konserwatywnej. Jednak na pytanie o wprowadzenie jednomandatowych okręgów wyborczych odpowiedział, że stanowczo się im sprzeciwia - ze względu na zagrożenie petryfikacji, jak uważa, lokalnych układów oligarchicznych, które są zdominowane - znowu według JE posła - przez byłych PZPR-owców. Poseł zna postulaty Obywatelskiego Ruchu na rzecz JOW od lat, ale po prostu się z nimi nie zgadza...

    Oprócz niewątpliwie korzystnego wyniku tego spotkania wynikającego z publicznego przyznania się prominentnego członka ugrupowania określanego z uporem przez większą część merdiów jako prawicowego - do posługiwania się i przywiązania do idej lewicowych, poseł Kurski zgodził się z Januszem Korwin-Mikkem, że jest już najwyższy czas na powołanie komisji śledczej w sprawie tzw. komisji Michnika, która bez stosownych uprawnień buszowała w początku lat 90. w archiwach PRL-owskiego MSW, dzięki czemu trockista, towarzysz redaktor naczelny bulwarowca "Gazeta Wyborcza" uzyskał swego czasu niezasłużenie spory wpływ na scenę polityczną PRL-bis...

    Nagranie trwa ponad 1 godzinę i 20 minut, jest dostępne w Sieci do 5 VII 2007 r. W Klubie TV ASME - wersja o dobrej jakości.




    Typowy idiota - Krzysztof Mazur Wysłane środa, 20, czerwca 2007 przez Krzysztof Pawlak

    Nie mając pod ręką papierowych i fachowych opracowań, postanowiłem sprawdzić w internetowej Wikipedii terminy donoszące się do osób "inteligentnych inaczej" i stwierdziłem, że w jednym bloku tematycznym opracowane zostały cztery terminy, takie jak: debilizm, idiotyzm, kretynizm i imbecylizm. Osoba opracowująca te hasła w odniesieniu do wszystkich tych znaczeń raczyła zauważyć, że są to terminy "nieużywane obecnie, ze względu na negatywne znacznie w języku potocznym". Chyba tylko ową językową kurtuazją i nieużywaniem określeń uważanych za negatywne należy wytłumaczyć fakt, że redaktor Jacek Żakowski nazwał redaktora Rafała Ziemkiewicza "typowym półinteligentem", a były prezydent Wałęsa określił obecnego prezydenta najpierw jako durnia o niedawno jako "sk...syna", co każdy przyzna - jest znacznie przyjemniejsze w odbiorze niż usłyszenie, że jest się idiotą.

    A swoją drogą to ciekawe, dlaczego znaną powieść Fiodora Dostojewskiego nadal drukuje się pod pierwotnym tytułem "Idiota", skoro jest to termin "nieużywany obecnie" i tym samym zapewne słabo rozumiany przez młodzież. Czy nie czas, aby w ramach przeglądu lektur dopasować również ich tytuły do bardziej współczesnego brzmienia, przecież zamiast "Idioty" może być "Półinteligent", a "Idioci" Larsa von Triera powinny być wyświetlani jako "Psychole od Rydzyka"?
    Ale wracając do naszych baranów lub lepiej półinteligentów, okazuje się, że według uczonego wikipedysty debilizm jest upośledzeniem rozumowania w lekkim stopniu, kretynizm jest wprawdzie cięższym przypadkiem, ale spowodowanym niedoczynnością tarczycy, imbecylizm jest pod tym względem stopniowalny i tylko idiotyzm oznacza jednoznaczne duże upośledzenie czynności umysłowych.
    Skąd wzięło się to nagłe zainteresowanie różnym przypadkami obniżonego poziomu rozwoju intelektualnego? Ano wzięło się z lektury cotygodniowych, sobotnio-niedzielnych felietonów redaktora Żakowskiego w "GW", z których ostatni z 16-17 czerwca br. przesądził, że przestałem uważać redaktora za cynicznego mąciciela, a zacząłem traktować z większym współczuciem, przynależnym osobie dotkniętej tytułową przypadłością.
    Redaktor Żakowski jak zwykle w swoich publicznych wypowiedziach chcąc zdezawuować poczynania obecnej władzy, rozpoczął tekst od krytyki zamiarów ministra Ziobro, który zapowiedział zwiększenie restrykcji wobec przestępców, w tym na bardziej skwapliwym wykorzystywaniu kary więzienia. Red. Żakowski chcąc wykazać nieskuteczność takich restrykcji w walce z przestępczością, doprowadził swój wywód do iście rewolucyjnego stwierdzenia, iż "wbrew temu, co mówi Ziobro, im więcej więźniów dziś, tym więcej przestępców w przyszłości". Owa hipotezy, która w wielu postępowych krajach nie jest już niestety tylko teoretyczną hipotezą, ale praktycznym wskazaniem, prowadzi wprost do uznania, że im mniej więźniów dzisiaj - tym mniej przestępców w przyszłości. Rozumieć to można tylko jako postulat zwolnienia przynajmniej niektórych obecnie przetrzymywanych w celach, co gdyby było prawdziwe, byłoby nie tylko rozwiązaniem tańszym, ale i stanowiłoby sygnał, że oto wchodzimy w epokę raju na ziemi, kiedy to lew obok jagnięcia leży itd. Niestety, rzeczywistość wskazuje na coś całkiem przeciwnego, ale nawet nie w tym rzecz, gdyż nagle nie stąd, ni zowąd redaktor postanowił dać upust wyraźnie gnębiącym go oznakom duszności politycznej i wypalił, że chcąc rzeczywiście zmniejszyć przestępczość - należałoby zalegalizować aborcję, a wynika to stąd, że według potwierdzonych empirycznie badań naukowych "tam gdzie proporcjonalnie więcej kobiet usuwało ciążę, także spadek przestępczości był odpowiednio większy". Aby ograniczyć niniejszy felieton do jako tako strawnej objętości, pominę milczeniem sposób sformułowania samej hipotezy (ze statystycznego punktu widzenia jest dość oczywistym, że w krajach przeżywających kryzys demograficzny może spadać liczba przestępstw, gdyż stetryczali staruszkowie nie organizują skoków rabunkowych, pobić czy innych bandyckich lub chuligańskich wypadów), jak i jej weryfikację, ale nawet gdyby założyć, że redaktor Żakowski ma rację, to tak naprawdę znany postępowiec, abolicjonista i humanitarysta stwierdził, że: po pierwsze, karę śmierci należy wymierzać jeszcze nienarodzonym, gdyż duża część z nich będzie pochodziła z nizin społecznych i prędzej czy później wyrośnie na bandytów (jest to pewna zmodyfikowana wersja "Raportu mniejszości", gdzie też przestępców łapano i skazywano prewencyjnie, jeszcze zanim zdołali popełnić przestępstwo), a po drugie: tym samym znany przeciwnik represji i zarazem postulator resocjalizacji twierdząc, że brak aborcji zwiększa przestępczość, zanegował jednocześnie owe możliwości resocjalizacyjnych narzędzi. Wszak nie pisze już, że należy dawać tym matkom socjal pomoc i inne tego typu wynalazki - tylko umożliwić im prewencyjne usunięcie takiego potencjalnego przestępcy. Ot, jakie wcielenia Lwa Nikołajewicza Myszkina "z tych Myszkinów" ujawniły się dzięki "faszystowskim" rządom braci Kaczyńskich.

    Krzysztof Mazur

    Publicystyka Krzysztofa Mazura na ASME


    W ogóle nie mówi się u nas o usłudze medycznej, a mówi się o pensjach lekarzy! Jest to konsekwencja zatrudniania przez "państwo" lekarzy. "Umiesz liczyć - licz na siebie". Na ZUS proszę już nie liczyć! - Robert Gwiazdowski, prezydent Centrum im. Adama Smitha oraz prezes RN ZUS o przyszłości systemu ubezpieczeń społecznych, emerytalnych w "polskim regionie UE" Wysłane środa, 20, czerwca 2007 przez Krzysztof Pawlak

    | Pobierz |








    W ogóle nie mówi się u nas o usłudze medycznej, a mówi się o pensjach lekarzy! Jest to konsekwencja zatrudniania przez "państwo" lekarzy. "Umiesz liczyć - licz na siebie". Na ZUS proszę już nie liczyć! - Robert Gwiazdowski, prezydent Centrum im. Adama Smitha oraz prezes RN ZUS o przyszłości systemu ubezpieczeń społecznych, emerytalnych w "polskim regionie UE"
    Wysłane środa, 20, czerwca 2007 przez Krzysztof Pawlak

    "Państwo nie może dopuścić do tego, by ludzie umierali na ulicy. System pomocy społecznej powinien być jak najtańszy, a jest jak najdroższy. Tymczasem jest on tak skomplikowany, że jest bardzo drogi. Do 1999 roku w ZUS-ie było zatrudnionych 40 tys ludzi, którzy na liczydłach naliczali emerytury i je wypłacali. Po wprowadzeniu tzw. reformy emerytalnej w ZUS-ie pracuje 50 tys. ludzi, ZUS zafundował sobie kompleksowy system informatyczny do obliczeń. Wydał na program i komputery ponad 3 miliardy złotych. Z taniego systemu przeszliśmy na bardzo drogi system, zupełnie niepotrzebnie. A przecież miało być tak, że każdy miał dostawać od »państwa« sześć stów - nic więcej, by nie umrzeć na ulicy - według założeń, że ludzie nie mają umierać na ulicy (ale gdzieś indziej). Pierwotny cel systemu został więc całkowicie zniekształcony" - mówił Robert Gwiazdowski na spotkaniu zorganizowanym przez Okręg Mazowiecki i Oddział Stołeczny Unii Polityki Realnej.

    Prezes RN ZUS ujawnia w naszym nagraniu prawdziwy cel minionej reformy emerytalnej: ludzie mieli uwierzyć, że od przypilnowania pracodawców, aby ci płacili regularnie składki na ZUS, będzie zależała przyszłość ich emerytur. Tymczasem oczywiście tak nie było, nie jest i nie będzie. Świadczenia są wypłacane z BIEŻĄCYCH wpływów, natomiast znakomicie poprawiła się tzw. ściągalność składek, czyli wpływy tego parapodatku do budżetu państwa - i o to tak naprawdę chodziło! A ludzie po raz kolejny po prostu zostali oszukani... Ten system emerytalny został niedawno pochwalony przez Komisję Europejską - fakt ten wręcz natychmiast powinien powodować włączenie się przeraźliwego dzwonka alarmowego u każdego podatnika. System emerytalny został skomplementowany przez biurokratów za pozostawanie w lepszej sytuacji niż odpowiednie systemy we Włoszech, Francji czy Niemczech - za brak groźby niekontrolowanych wypłat świadczeń emerytarlych. Przedstawiciele Komisji Europejskiej uważali, że ludzie WIEDZĄ, ŻE BĘDĄ MIELI WYPŁACANE MNIEJSZE EMERYTURY - a Polacy w większości nadal uważają, że ich emerytury będą rosły... Tymczasem po roku 2015 - z przyczyn najzwyczajniej demograficznych - ludzi wchodzących na rynek pracy będzie mniej niż jest w tej chwili. A więc wypłaty BIEŻĄCE będą mniejsze - to i wysokość emerytur też się zmniejszy.
    60% składek jest nadal inwestowanych w "bezpieczny i dobrze oprocentowany instrument finansowy", jakim są... obligacje państwa - m.in. po to, by budżet państwa mógł oddać ZUS-owi na wypłatę bieżących emerytur. W przyszłości skarb państwa będzie musiał skądś wziąć pieniądze, by oddać ZUS-owi. Skąd je weźmie - oczywiście z podatków... Na przykładzie z życia wziętym można to opisać, jakby byśmy poszli do banku i zamiast wziąć odsetki za trzymanie przez ileś lat naszych pieniędzy w banku - musielibyśmy oddać pieniądze bankowi za to, że trzymał nasze pieniądze.

    Pozostaje tzw. II filar, tylko że OFE-y nie mogą inwestować w nieruchomości, a za dzisiejszy boom inwestycyjny w nieruchomościach odpowiadają towarzystwa ubezpieczeniowe z Zachodu, które inwestują pieniądze zachodnioeuropejskich emerytów w nasze ziemie i budynki. OFE-y inwestują więc w spółki giełdowe - te, które wykazują najwyższą stopę zysku. Ta zaś bierze się z tego, że firmy nieustająco "redukują koszty". Co jest największym kosztem funkcjonowania przedsiębiorstwa? Płace - czyli ludzie. Firmy "redukują" więc ludzi - ostatnio ORLEN SA ogłosił zwolnienia grupowe. Dodatkowo następuje transfer środków pieniężnych z sektora małych i średnich firm, które nie mogą pozwolić sobie na redukcję personelu - do spółek giełdowych. Tych zredukowanych ludzi trzeba "gdzieś wciągnąć" na rynku pracy. Alternatywą pracy na czarno jest... brak pracy... nie zaś praca w innym miejscu. W Polsce klin podatkowy jest już tak rozległy, że nie opłaca się zatrudnianie pracowników na oficjalnych warunkach. Praca jest za droga. Co czyni coraz więcej osób? Wyjeżdża albo... pracuje nielegalnie.
    Tego wszystkiego niestety nie rozumie premier - który nie ma nawet konta w banku: miejscem, które wybrał na ogłoszenie wprowadzenie tzw. pakietu Kluski, była sala giełdy papierów wartościowych - a co takich wielkich inwestorów, np. Karkosika czy Sołowiowa mogą obchodzić małe i średnie firmy? Kłopot w tym, że i doradcy premiera też nie rozumieją gospodarki - mówi Robert Gwiazdowski, prezydent CAS i prezes Rady Nadzorczej ZUS.
    Podstawą funkcjonowania gospodarki jest popyt. Dla jego utrzymania potrzeba utrzymania stałego poziomu zatrudnienia. Dla zachowania stałego wzrostu zatrudnienia jest potrzebne zachowanie poziomu inwestycji. Dla ich utrzymania jest potrzebne utrzymania odpowiedniej polityki fiskalnej i monetarnej... Nawet kosztem inflacji - dodawał Keynes, na którego przemyśleniach bazuje do dzisiaj większość tzw. ekonomistów mainstreamowych. Krzywa Philipsa pokazywała zależność pomiędzy inflacją a bezrobociem. Mimo że zagięła się ona w 1978 roku, to teoria zadłużania w nieskończoność społeczeństw nadal utrzymywała się, bo Samuelson twierdził, że ZAWSZE będzie rodzić się więcej dzieci niż poprzednich pokoleniach. To też okazało się nieprawdą, a katastrofa zaczęła się w społeczeństwach o rozbudowanych systemach emerytalnych, na Zachodzie. Przymusowe ubezpieczenia społeczne funkcjonowały doskonale do czasu, kiedy mało który członek ubezpieczalni dożywał 65. roku życia. "Niestety", w czasie II wojny światowej upowszechniono penicylinę i ludzie zaczęli żyć dłużej. Systemy tego już nie wytrzymywały. Potrzebowały coraz większego dofinansowania. Tak jest do dziś, dlatego proszę przypomnieć sobie stare porzekadło: "umiesz liczyć - licz na siebie". Na ZUS proszę już nie liczyć - zakończył początek wykładu o obecnym stanie naszego systemu emerytalnego Robert Gwiazdowski, prezes jego rady nadzorczej i znany krzewiciel idej liberalizmu gospodarczego oraz były członek Unii Polityki Realnej.

    Jak przekazuje prezes RN ZUS - ta instytucja nie jest wcale tak bardzo marnotrawna, jeśli chodzi o koszty jej funkcjonowania: na jednego emeryta przeznacza 12 zł swojej obsługi (wysłanie PIT-u, naliczenie emerytury etc.), zaś na obecnym "rynku" za obsługę "emeryto-pracownika" trzeba by zapłacić wyspecjalizowanej w outsoursingu firmie koszta w wysokości 16 złotych. Tylko, że większość rzeczy ZUS robi NIEPOTRZEBNIE! Ale to już nie zależy od jego pracowników... tylko od ustawodawcy, którym od lat są socjaliści różnych odmian.
    Obowiązkowe ubezpieczenia społeczne są socjalistyczne, a nie liberalne! - podkreśla liberalny konserwatysta na stanowisku w państwowej ubezpieczalni, który dobrowolnie zminimalizował swoją płacę tak, jak tylko to było możliwe w ramach przepisów i który przetrwał na tym stanowisku właściwie tylko dzięki ostrym sporom w rządzącej koalicji...
    Robert Gwiazdowski mówił także o pomysłach zgłoszonych przez Centrum im. Adama Smitha do ustawodawcy, mających na celu uproszczenie systemu podatkowego, co skutkowałoby rozwiązaniem wielu problemów i obciążeń dotykających obecnie przedsiębiorców działających na terenie naszego państwa, m.in. znoszących niepotrzebnie restrykcyjną kontrolę podatkową firm i przedsiębiorców, wydawania pieniędzy na inwigilację podatników, co zostało wprowadzone przez tow. prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego w ustawie o wojewódzkich kolegiach skarbowych - pozwalającej m.in. na inwigilowanie samego Prezydenta RP. Być może dlatego były aparatczyk PZPR-owski ma rację, skarżąc się publicznie na poczucie bycie śledzonym przez służby państwowe RP? Na przykład były prezydent nie zadeklarował w swoich zeznaniach PIT-owskich mieszkania w Pałacu Namiestnikowskim, a nie ma takiego przecież przepisu, który wyłączałby prawo korzystania nieodpłatnie z lokalu w Pałacu przez b. towarzysza prezydenta i traktowałby je inaczej od prawa do lokalu służbowego przez ciecia w stróżówce, które należy wykazać w PIT-cie...!

    Nagranie trwa ponad 1 godzinę i 30 minut, jest dostępne w Sieci do 4 VII 2007 r. W Klubie TV ASME - wersja o dobrej jakości.




    Nie można zapominać o kombatantach, ale trzeba wiedzieć, którzy są autentyczni - Łukasz Perzyna o konsekwencjach obchodów 25. rocznicy powstania Solidarności Walczącej Wysłane wtorek, 19, czerwca 2007 przez Krzysztof Pawlak

    | Pobierz |








    Nie można zapominać o kombatantach, ale trzeba wiedzieć, którzy są autentyczni - Łukasz Perzyna o konsekwencjach obchodów 25. rocznicy powstania Solidarności Walczącej
    Wysłane wtorek, 19, czerwca 2007 przez Krzysztof Pawlak

    "W czasie wyzwalania krajów Europy Zachodniej przez armię amerykańską - we Włoszech i Francji pojawił się termin »partyzanci ostatniej godziny« - byli to ci »partyzanci«, którzy w dniach przed wyzwoleniem poszli do lasu, by triumfalnie powitać Amerykanów na swoich terenach. Wielu wśród takich osobników było najwięcej komunistów, którzy do 1941 roku wcale nie byli przeciwnikami Hitlera - do momentu, kiedy batiuszka Stalin nie zmienił zdania. Współcześnie w Rodezji, czyli dziś Zimbabwe, jacyś marksistowscy »weterani« z poduszczenia Roberta Mugabe, osobnicy o podejrzanie młodym wieku, zajmowali farmy Białych pod hasłem »dokończenia rewolucji«, której nie udało się przeprowadzić ćwierć wieku wcześniej. Te dość odległe historycznie i geograficznie zbieżności pojawiają się w momencie, kiedy pozycjonuje się polska scena polityczna na podstawie podziałów sprzed lat. Mieliśmy dopiero co uroczystość niebywale zacną: obchody 25. rocznicy powstania Solidarności Walczącej" - Łukasz Perzyna, publicysta "Tygodnika Solidarność" i naszej witryny ASME, analizuje wydarzenia z ostatnich dni na polskiej scenie politycznej.

    Solidarność Walcząca była organizacją podziemną dość silną jak na nasze warunki, kadrową i mocno ideologiczną. Jej lider Kornel Morawiecki był ostatnim, który dał się złapać Służbie Bezpieczeństwa PRL. Tyle że wśród tych, którzy zapraszali na obchody rocznicy, znalazł się Janusz Kurtyka jako ich główna postać - jego nazwisko na zaproszeniu było wybite większymi literami, no i powyżej niż nazwisko Morawieckiego. Kurtyka jest postacią na wskroś współczesną, nie ma praktycznie żadnych zasług sprzed roku 1989. Kurtyka to nie Zbigniew Bujak, Dariusz Wójcik, Kornel Morawiecki, Jan Olszewski czy inni bohaterowie podziemnej "Solidarności". Prezesostwo IPN Janusza Kurtyki pochodzi z rozdania obecnej ekipy rządzącej. A przecież co innego zapowiadali jej prominentni przedstawiciele - że nie będzie dowartościowania jedynie nurtu okrągłostołowego, ale także Anna Walentynowicz, Andrzej Gwiazda, ci inni, którzy nie zmieścili się w dotychczas fetowanym środowisku - mieli być wreszcie obecni na listach honorowych gości w Pałacu Prezydenckim. Z niej jednak zostało skreślone nazwisko Adama Słomki.
    Pojawia się idea uhonorowania prawami kombatanckimi dawnych uczestników ruchu "Solidarności". Jest to jednak przeszłość stosunkowo nieodległa, nie są to kombatanci lat wojennych. Pamiętając haniebne zachowania urzędników rządu Jerzego Buzka, którzy odchodząc, korzystali z różnych rent i uprawnień, bez skrupułów wyciągali ręce po te świadczenia, pomyślane dla jakiś hutników czy górników z komisji zakładowych, którzy stracili zdrowie w walce z np. SB - pojawia się nuta podejrzliwości, zwłaszcza gdy widać, że różne obchody rocznic wcale nie stały się okazją do prawdziwego pogłębienia historii, a raczej - do odtwarzania sekciarskich podziałów.
    W "Solidarności" było przecież prawie 10 milionów ludzi. Jak można z nich robić kombatantów? I - KTO za to zapłaci? Jak zwykle: podatnicy - czyli oni sami i ich dzieci? - zastanawia się Łukasz Perzyna.

    Nagranie trwa prawie 12 minut, jest dostępne w Sieci do 3 VII 2007 r. W Klubie TV ASME - wersja o dobrej jakości.