lipca 2, 2007 - lipca 24, 2007


Czy premier Kaczyński rozgrywa partię szachów z jednym tylko ruchem wyprzedzającym w głowie? - Łukasz Perzyna o możliwości wielkich przetasowań na scenie politycznej
Wysłane wtorek, 24, lipca 2007 przez Krzysztof Pawlak

"Politycy powtarzają, że sytuacja jest dynamiczna, Przemysław Gosiewski mówi, że »jest możliwy każdy wariant« - politycy tak mówią, kiedy chcą podbić napięcie albo nic nie powiedzieć. Problem w tym, że tym razem Przemysław Gosiewski ma całkowitą rację. Obecnie są możliwe wszystkie polityczne scenariusze - poza jednym: nie da się obecnego kryzysu zażegnać w sposób mechaniczny, jak przed rokiem, kiedy Jarosław Kaczyński wypowiedział w dość tajemniczych okolicznościach współpracę Lepperowi, a minęły trzy tygodni i Lepper wrócił na stanowisko wicepremiera, wszystko potoczyło się dalej, w tym samym składzie rządowym" - Łukasz Perzyna, komentator i publicysta "Tygodnika Solidarność" oraz naszej witryny, analizuje zachowanie się głównych aktorów scen teatru politycznego "polskiego regionu UE".

Dzisiaj sytuacja jest diametralnie odmienna: nie da się zatrzymać machiny afery gruntowej, następują kolejne aresztowania. Przedziwna koalicja LiS domaga się powołania sejmowej komisji śledczej w sprawie "afery CBA", Roman Giertych znalazł się na politycznym aucie, sam posprzątał swoje biurko w Ministerstwie Edukacji Narodowej, któremu dotąd przewodził. To są zmiany strategiczne, nie zaś na poziomie taktyki. Opinia publiczna niedługo będzie oświecana przez media mainstreamowe, które "ujawnią" naganne obyczajowe zjawiska związane z Samoobroną, a szczególnie z jej przewodniczącym, tow. Lepperem Andrzejem, o których było już kilka razy głośno w okolicach hotelu sejmowego. Na pewno też zeznania kolegi Leppera, jednocześnie wysokiego funkcjonariusza tego populistycznego, lewackiego ugrupowania, składane w śledztwie dotyczącym wymuszania usług seksualnych przez polityków Samoobrony na swych współpracownicach - nie przyniosą poprawy wizerunku najwyższych szeregów tego ugrupowania. Jarosław Kaczyński chyba doszedł do wniosku, że dalej z tym ugrupowaniem jechać na jednym wózku się nie da, choć przez długi czas dla wygody traktowania go jako części maszynki do głosowania akceptował kryminalny odorek ciągnący się za wieloma jej członkami i członkiniami.
Podobnie pewnie myśli i elektorat Samoobrony - m.in. byli współpracownicy Andrzeja Leppera i ich rodziny. Mają do niego pretensje za pozbawienie Samoobrony jej elektoratu poprzez przepływ minionych już jej sympatyków do silniejszego koalicjanta.
Wielki gracz stojący za koalicją PiS-LPR-SO, czyli o. Tadeusz Rydzyk - też wielkiego wyboru nie ma, gdyż w oczekiwaniu na przedterminowe wybory nie zdąży już zmontować jakiejkolwiek alternatywy dla PiS.
Ale i Jarosław Kaczyński, szef PiS, ma dylemat - bo i wybory przed terminem nie są korzystne dla jego formacji, i pozostawanie w koalicji też... - zastanawia się Łukasz Perzyna.

Nagranie trwa ponad 12 minut, jest dostępne w Sieci do 7 VIII 2007 r. W Klubie TV ASME - wersja o dobrej jakości.




Burzliwe życie sowieckiego doktora Mengele - Antoni Zambrowski Wysłane środa, 18, lipca 2007 przez Krzysztof Pawlak

Cały świat zna doktora Mengele z niemieckiego obozu koncentracyjnego w Auschwitz. Mało kto słyszał o jego sowieckim odpowiedniku z Łubianki.

Ostatnio wiele było krzyku w środkach przekazu, gdyż Centralne Biuro Śledcze nadało kryptonim "Dr Mengele" jednemu z wątków śledztwa w sprawie lekarza podejrzanego o uśmiercenie swego pacjenta. Ciekawe, czy taki sam szum w lewicowych mediach wywołałoby nadanie temu śledztwu kryptonimu "dr Majranowski"? Tak się bowiem nazywał szef specjalnej pracowni do badań nad zastosowaniem trucizn w działalności sowieckich służb specjalnych. Wiem to, gdyż drugi kanał TV moskiewskiej RTR nadał o nim specjalny film dokumentalny. Po obejrzeniu filmu skojarzyłem sobie, że jaki czas temu kupiłem sobie książkę rosyjskiego pisarza Władimira Bobrieniowa pod tytułem "»Doktor Smiert'« ili warsonofjewskije prizraki", co się tłumaczy na polski "»Dr Śmierć«, czyli widma z zaułka Warsonofjewskiego" (Zaułek ów sąsiaduje z siedzibą KGB na Łubiance, noszącej przez długie lata nazwę placu Feliksa Dzierżyńskiego, i tam z kolei znajdowała się owa specjalna pracownia chemiczna). Książka ukazała się przed 10-ciu laty w wydawnictwie moskiewskim "Olimp" w ramach serii "Russkije tajny", czyli tajemnice rosyjskie. Zawiera ona relację o działalności doktora Grigorija Majranowskiego, opisanego wszelako pod kryptonimem profesora doktora Grigorija Mogilewskiego, prawdopodobnie ze względu na odczucia dzieci i wnuków zbrodniarza, z którymi autor miał kontakt osobisty. Inne dane biograficzne się zgadzają, toteż opierając się na informacjach zawartych w filmie telewizyjnym wykładającym bez osłonek prawdę o zbrodniczej działalności truciciela w białym kitlu, podpieram się dla uzupełnienia obrazu danymi zawartymi w książce.

Początek kariery

Grigorij Mojsiejewicz (czyli syn Mojżesza) Majranowski urodził się w roku 1899 w Baku, czyli w stolicy dzisiejszego Azerbejdżanu, w rodzinie żydowskiej. Podczas studiów medycznych był nawet członkiem żydowskiej partii socjalistycznej "Bund", ale we właściwym czasie przerzucił się do partii bolszewickiej jako bardziej rokującej nadzieje na pomyślną przyszłość. Za młodu przeniósł się też do Moskwy, gdzie usiłował zrobić karierę naukową w dziedzinie medycyny. Karierę w NKWD zawdzięczał swym zainteresowaniom iperytem, gazem trującym stosowanym w I wojnie światowej.
Po odsunięciu przez Stalina ze stanowiska szefa NKWD Nikołaja Jeżowa, który przeszedł do historii jako autor krwawej czystki 1937 roku, jego następca Lawrenti Beria postanowił rozwinąć działalność istniejącej jeszcze w czasach Lenina pracowni specjalnej wykonującej trucizny dla służb specjalnych. Jeżow po smutnych doświadczeniach swego poprzednika na stanowisku ludowego komisarza spraw wewnętrznych Jagody, oskarżonego o trucie wybitnych działaczy bolszewickich, blokował właściwe wykorzystanie tej pracowni. Tymczasem sowieckie służby specjalne potrzebowały skutecznych środków dla cichej likwidacji przeciwników Stalina zagranicą, a nadto środków umożliwiających zastąpienie tortur cielesnych stosowanych w śledztwie jakimś narkotykiem otwierającym usta aresztantom. Wszystkie te kierunki badań usiłował poprowadzić protegowany przez Berię i jego zastępcę Wsiewołoda Mierkułowa Grigorij Majranowski. W swoim czasie próbował on badać działania iperytu na własnej skórze, ale dał się łatwo przekonać czekistom, że lepiej do takich badań nadają się więźniowie polityczni, skazani na karę śmierci (Przed nastaniem Majranowskiego jego pracownia badała działanie trucizn oraz odtrutek na ptakach i zwierzętach, ale wymagający czekiści domagali się preparatów wypróbowanych na ludziach. Majranowski i jego podwładni przystali na ten warunek, więc pracownię przeniesiono w sąsiedztwo gmachu NKWD na Łubiance, łącząc laboratorium chemiczne z pomieszczeniami więziennymi).

Doświadczenia w zakresie zabijania na skazańcach

By ludzkie króliki doświadczalne nie stawiały oporu, wmawiano im, iż trafili do więziennego szpitala, dzięki czemu unikną kuli w potylicę. Wobec tego cały personel pracowni występował w białych fartuchach i pozorował badania lekarskie pacjentów. Najlepiej, bo najbardziej przekonywująco w roli troskliwego lekarza sprawdzał się Grigorij Majranowski. W rzeczywistości wypróbowywano wszelakie rodzaje trucizn podawanych w postaci zastrzyku dożylnego lub domięśniowego oraz trucizny podsuwanej w jedzeniu lub napojach. Poszukiwano właściwych mieszanek oraz metodą prób i błędów dobierano dozy. Ofiary umierały zamknięte w swych celach-pojedynkach częstokroć w wielkich męczarniach, obserwowane przez specjalne okienka przez swych morderców. Przebieg konania dokumentowano. Jęki ofiar były nieraz tak głośne, że trzeba je było zagłuszać przy pomocy głośnej muzyki z płyt.
Wypróbowywano poza tym różne inne narzędzia zatruwania ofiar, by zaspokoić potrzeby skrytobójców z sowieckich służb specjalnych. Jednym z nich była laska z ukrytym szpikulcem, którą można było drasnąć ofiarę i spowodować natychmiastową śmierć. Z tamtych czasów datuje się zażyłość doktora Majranowskiego ze słynnymi sowieckimi skrytobójcami - zabójcą wodza ukraińskich nacjonalistów Konowalca Pawłem Sudopłatowem oraz organizatorem zamachu na Lwa Trockiego Naumem Eitingonem. Dla nich dr Majranowski wykonywał również zadania mordowania pod pozorem leczenia różnych osób, które należało usunąć po cichu, gdyż z różnych względów uwięzienie nie wchodziło w rachubę. Jedną z ofiar doktora Majranowskiego był (już po zakończeniu wojny) obywatel polski narodowości żydowskiej Samet (imienia nie podano), którego winą była chęć wyjazdu do Palestyny. Sprzeciwiały się temu władze sowieckie, gdyż znał on jakieś tajemnice państwowe. Majranowski zamordował go zastrzykiem, a następnie upozorowano śmierć w wyniku potracenia przez samochód.
W nagrodę za pracę dla NKWD wiceminister W. Mierkułow na usilną prośbę Majranowskiego wystąpił w 1943 r. w trybie urzędowym do władz oświatowych ZSRR o nadanie mu stopnia doktora nauk medycznych (czyli doktora habilitowanego) bez obrony pracy habilitacyjnej oraz tytułu profesora bez prowadzenia pracy wykładowcy na wyższej uczelni. Najwyraźniej mało mu było awansu w tymże 1943 roku na pułkownika służb medycznych oraz kilku orderów na mundurze.
Prace laboratorium Majranowskiego zostały mocno przyhamowane po zwycięskiej dla Stalina wojnie, gdy wskutek przejściowego zniesienia kary śmierci zabrakło więźniów skazanych na śmierć dla dalszych doświadczeń z truciznami. Przez jakiś czas jego karierę podtrzymywały wspomniane wyżej usługi dla generałów Sudopłatowa i Eitingona.

Kara za zasługi wobec władzy

Wszystko, co dobre jednak z czasem się kończy i przy kolejnej roszadzie personalnej w MGB nowy minister Wiktor Abakumow zarządził reorganizację pracowni, dzieląc ją na dwie - farmakologiczną oraz chemiczną. Prof. Majranowski pozostał bez przydziału, gdyż kierownikami pracowni zostali jego zastępcy. Po pewnym czasie w grudniu 1951 roku - jak to za rządów tow. Stalina zdarzało - trafił do więzienia i po niezbyt długim śledztwie w lutym roku 1953 otrzymał w trybie zaocznym wyrok 10 lat więzienia (Śledztwo w jego sprawie podjął podpułkownik Michaił Riumin, który się wkrótce zdobył ponurą sławę jako śledczy w sprawie żydowskich "lekarzy-trucicieli" z lecznicy kremlowskiej. Później sam za przekręty w tym głośnym śledztwie skończył z kulą w potylicy.) Oskarżono go o nadużycia służbowe i przekroczenie uprawnień.
Jak bywa w takich sprawach, pisał listy wyjaśniające w różne instancje i tylko szkodził tym sobie. Po śmierci Stalina napisał kilka listów do swego dawnego protektora Berii, który ponownie został ministrem spraw wewnętrznych, ale zyskał tylko tyle, że po aresztowaniu Berii został poddany dodatkowemu śledztwu w sprawie przestępczej, zdaniem prokuratury, działalności jego pracowni. Ostatecznie nowe śledztwo umorzono
Więzień karny Majranowski wrócił z Moskwy po złożeniu zeznań do zbudowanego jeszcze w czasach carskich więzienia w mieście Władimir. Tam wypadło mu siedzieć w jednej celi w towarzystwie dawnego generała NKWD Nauma Eitingona. Po pewnym czasie dołączył do nich inny generał NKWD Paweł Sudopłatow. Na początku 1962 roku "sowiecki dr Mengele" wyszedł na wolność. Jako były kryminalista nie otrzymał prawa zamieszkania u swej rodziny w Moskwie, więc znalazł sobie zatrudnienie na Północnym Kaukazie. Tam na wstępie złożył dyrektorowi swego instytutu naukowo-badawczego donos na jednego z pracowników, który w towarzystwie opowiadał dowcipy o Nikicie Chruszczowie. Majranowski powinien był się cieszyć z dowcipów dworujących z jednego ze swych prześladowców, ale stare nawyki wzięły, jak widać, górę. Można się spodziewać, że nie zyskał sobie w ten sposób przyjaciół w nowym środowisku. Niewiele zresztą już cieszył się życiem, gdyż wkrótce zmarł z dala od swej rodziny i został pochowany na miejscowym cmentarzu.
Trzeba przyznać, że los prawdziwego doktora Mengele - jeśli wierzyć środkom przekazu - był po ucieczce do Ameryki Łacińskiej bardziej korzystny. Natomiast japońscy zbrodniarze z Armii Kwantuńskiej w Mandżurii zostali skazani jeszcze w 1945 roku na karę śmierci za masowe eksperymenty na ludziach, więc przyznajmy, że w sumie sowieckiemu zbrodniarzowi powiodło się nie najgorzej. Choć miał podstawy do traktowania władzy sowieckiej jako wielkiej niewdzięcznicy. Wszak wykonywał gorliwie jej rozkazy, a w nagrodę skończył w więzieniu jako pospolity przestępca i to bez możliwości wyjaśnienia spraw przed sądem. Dalsze sukcesy sowieckich służb specjalnych w skrytobójczym mordowaniu wrogów władzy sowieckiej w Związku Rad i poza jego granicami świadczą natomiast niezbicie, że dr Majranowski miał jednak godnych następców.

Antoni Zambrowski

Artykuł pierwotnie opublikowany w tygodniku "Gazeta Polska"

Zostań donatorem naszych publicystów:
Jeśli satysfakcjonuje Cię publicystyka Antoniego Zambrowskiego - możesz wesprzeć Naszego Autora datkiem.
Konto:
61 1240 1040 1111 0010 0042 5486
Bank PeKaO SA III O. w Warszawie
SWIFT/BIC - PKOPPLPW



Publicystyka Antoniego Zambrowskiego na ASME


Efekt "cięcia po skrzydłach": nowa formacja koalicyjna i odzew "intelektualistów oraz publicystów stanu wojennego" - Stanisław Michalkiewicz o spektakularnych manewrach lidera lewicowo-ludowej koalicji rządowej Wysłane wtorek, 17, lipca 2007 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |







Efekt "cięcia po skrzydłach": nowa formacja koalicyjna i odzew "intelektualistów oraz publicystów stanu wojennego" - Stanisław Michalkiewicz o spektakularnych manewrach lidera lewicowo-ludowej koalicji rządowej
Wysłane wtorek, 17, lipca 2007 przez Krzysztof Pawlak

"Wydaje się, że operacja ciecia po skrzydłach, którą jak przypuszczam, przeprowadził pan premier gwoli zdynamizowania sytuacji politycznej, bo wydawało się, ze rząd powoli dryfuje, - nie przyniosła rezultatów. Po pierwsze: nie powiodła sie operacja »zamknięcia« »pana Andrzeja«, po drugie - nie powiodła się operacja »wyciśnięcia« go z Samoobrony. Wprawdzie można było przypuszczać, że instynkt samozachowawczy posłów Samoobrony dojdzie do głosu, »pan Andrzej« był tym trochę zdetonowany, skończyło się jednak tym, że klub S-O jednogłośnie uchwalił wyjście z koalicji, ale jednocześnie pozostawił Lepperowi decyzję w tej sprawie. Jedyną ofiarą akcji Centralnego Biura Antykorupcyjnego pozostał unioposeł Ryszard Czarnecki..." - Stanisław Michalkiewicz, znamienity publicysta prawicowy i stały współpracownik naszej witryny ASME, opowiada o konsekwencjach zamieszania "na szczycie" "polskiego regionu UE".

Jedynym efektem tej sytuacji jest nowa formacja polityczna LiS - Liga i Samoobrona, która zadeklarował pozostanie w koalicji, ale wydaje się, że więcej kłopotu będzie miał z niej premier Kaczyński niż pożytku, choć pewnie jakiś tam będzie miał, choć pełen różnej udręki. "Sukces" CBA wydaje się był monitorowany przez razwiedkę wyższego szczebla, która monitoruje Polskę, a której to kierownictwo to postanowiło w pewnym momencie przerwać akcję CBA, ostrzegając tow. Leppera. W rezultacie całe państwo polskie może "stanąć w dryfie", ku uciesze państw ościennych.
Drugie skrzydło, które zostało podcięte prze pana premiera, to ojciec Rydzyk. "Wprost", które to pismo uważa Stanisław Michalkiewicz za utworzone przez razwiedkę w czasie najczarniejszej nocy stanu wojennego, którego byłym i pierwszym redaktorem naczelnym był TW "Rycerz", dociera bez trudu do materiałów, do których czasem nawet służbom rządowym trudno dotrzeć. Tygodnik opublikował akurat teraz kwietniowe nagrania z wykładów ojca Rydzyka na uczelni w Toruniu. SM uważa, że ta akcja miała zapobiec "niespodziankom" ze strony radia toruńskiego pod dyrekcją o. Rydzyka, w kontekście tworzenia projektu zmiany ordynacji wyborczej do polskiego parlamentu. Otóż projekt ten przewiduje utworzenie okręgów czteromandatowych, które realnie podwyższają 5-procentowy próg wyborczy dla partii w "polskim regionie UE". Symulacje wskazują na to, że w tej sytuacji DWIE partie mogłyby dostać się do sejmu: PiS i PO - BYĆ MOŻE i SLD, a reszta zostałaby wyeliminowana. Radio Maryja z pewnością przeszkadzałoby w takim scenariuszu.
Ze strony "mocy piekielnych" wspierających atak na Radio Maryja zgłosił się rabin Marvin Hier z Centrum im. Szymona Wiesenthala w Los Angeles, który już wcześniej opublikował swoje żądania pod adresem Ojca Świętego Benedykta XVI, a także i polskiego rządu. Od razu zareagowali i włączyli się w akcję w Polsce zaangażowani "publicyści stanu wojennego", którzy w kolejnym "apelem sztokholmskim" zażądali wdeptania o. Rydzyk w ziemię, chcąc chyba dorównać najgorszemu stylowi publicystyki radiowo-telewizyjnego redaktora Tadeusza Samitkowskiego z roku 1981...
Nagonka na o. Rydzyka zmierza w prostej linii do narzucenia w Polsce ograniczenia wolności słowa, na której granice będą zgadzać się "intelektualiści stanu wojny". Na ich postawie służebnej można było wtedy - i teraz, jak widać - polegać - uważa redaktor Mchalkiewicz.

Nagranie trwa ponad 9 minut, jest dostępne w Sieci do 31 VII 2007 r. W Klubie TV ASME - wersja o dobrej jakości.




Baba z wozu - koniom lżej? Kto zajmie miejsce Samoobrony w koalicji rządowej - Łukasz Perzyna o "aferze gruntowej" Wysłane wtorek, 17, lipca 2007 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |








Baba z wozu - koniom lżej? Kto zajmie miejsce Samoobrony w koalicji rządowej - Łukasz Perzyna o "aferze gruntowej"
Wysłane wtorek, 17, lipca 2007 przez Krzysztof Pawlak

"Poważne zmiany w polskiej polityce dokonują się w klimacie kiczowatej, tandetnej powieści sensacyjnej. Okoliczności »odrolnienia« działki pod Mrągowem przypominają literaturę dla najmniej wymagającego czytelnika, korowód pojawiających się w tym przypadku postaci to też nie jest pisarstwo żadnej wysokiej próby. Jakiś niedoszły gwiazdor telewizyjny, promowany przez Leppera i jego ludzi, jakiś absolwent szkoły wywiadu w Starych Kiejkutach, który po ukończeniu tej szkoły - jak zaręcza minister Wassermann, nie miał już nic wspólnego ze służbami specjalnymi - ta dwójka proponuje na specyficznym, wolnym rynku polskiej korupcji odrolnienie dowolnej działki w kraju, byleby za konkretną sumę. Byłoby to śmieszne, choć jest żałosne, gdyby było wiadomo, że CBA zastawiając pułapkę, nie musiało specjalnie namawiać ludzi z bezpośredniego zaplecza Andrzeja Leppera, by weszli w zastawiana pułapkę" - Łukasz Perzyna, publicysta "Tygodnika Solidarność" i naszej witryny ASME, analizuje okoliczności kolejnego przesilenia w koalicji rządowo-parlamentarnej.

Upadek byłego wicepremiera ukształtował zadziwiający front jego obrońców. Nuworysz w polskiej polityce, wykreowany przez siebie i media przy okazji blokad drogowych jako metody walki politycznej w latach 90. ub. wieku, okazuje się mieć dzisiaj protektorów ze skrajnie przeciwnych krańców: redakcja szpringierowskiego "Dziennika", senator Stefan Niesiołowski, towarzysz przewodniczący eks(?)komunistów Olejniczak. Łączy ich "zrozumienie dla trudnej sytuacji Andrzeja Leppera" i użalanie się nad jego "ciężką dolą". Jeszcze niedawno - w grajdołku polskiego teatru politycznego atakowano premiera Jarosława Kaczyńskiego za to, że sięgnął po głosy Samoobrony, której przewidzi po dziś dzień Lepper. A przecież to "ezelde" zaproponował stanowisko marszałka sejmu Lepperowi, choć ten spędził na nim wyjątkowo krótki czas, i to post(?)komuniści są odpowiedzialni za wprowadzenie na "saloniki" określanego wtedy jako "warchoła polskiej polityki" osławionego miłośnika PGR-ów. To towarzysz Mueller L. (polska pisownia nazwiska) wypromował watażkę związkowego. Teraz, gdy premier lewicowego, choć wywodzącego się z obozu niepodległościowego, PiS pozbył się niewygodnego i skrajnie populistycznego swego konkurenta z rządu - sympatie wielu osobistości życia robaczkowego "polskiego regionu UE" przeniosły się na stronę byłego ministra rolnictwa, do gabinetu którego - według zapewnień Centralnego Biura Antykorupcyjnego - wiodły ścieżki zatrzymanych w aferze "gruntowej" osobników. Rozlegają się głosy polityków, że status CBA, umożliwiający stosowanie prowokacji policyjnej, powinien zostać drastycznie ograniczony, a przecież to oni sami uchwalili go w takim wymiarze nadzwyczajnych prerogatyw, więc może pozostaje jeszcze wiele miejsc i okazji, w których powinien mieć swoje właściwe zastosowanie? - zastanawia się Łukasz Perzyna.
Warto pamiętać, że tylko PZPR/SLD był zdecydowanym przeciwnikiem utworzenia Centralnego Biura Antykorupcyjnego. To niedoszły kandydat SLD do stołka prezydenckiego Włodzimierz Cimoszewicz, pełniący kolejne spektakularne urzędy: premiera, ministra spraw zagranicznych, marszałka sejmu - miał kłopoty z udowodnieniem prawidłowości własnych operacji pieniężnych na warszawskiej giełdzie przy pomocy ewidentnie nie swoich pieniędzy...

Nagranie trwa ponad 15 minut, jest dostępne w Sieci do 31 VII 2007 r. W Klubie TV ASME - wersja o dobrej jakości.




Paść twarzą do wroga - prof. Jerzy Przystawa Wysłane poniedziałek, 16, lipca 2007 przez Krzysztof Pawlak

Dulce, decorum est pro patria mori!
Ale też wszędzie, gdzie walczący pada
Twarzą do wroga - jest pole Cecory.
I tam się Polska nad nim chyli, blada,
Choćby w swym boju sam jeden był całem
Wojskiem i sam był wojska generałem.

(Marian Hemar: "Odpowiedź")

Michał Tadeusz Falzmann, którego 16. rocznica śmierci mija w tym tygodniu, nie wątpliwie "padł twarzą do wroga". Poniedziałek 15 lipca 1991 cały dzień spędził na kontroli w NBP. Nazajutrz wręczył dyrektorowi Oddziału Okręgowego NBP pismo:
"Działając na podstawie upoważnienia nr 01321 z dnia 27 maja 1991 r. Najwyższej Izby Kontroli do przeprowadzenia kontroli w Narodowym Banku Polskim proszę o udostępnienie informacji, objętych tajemnicą bankową, o obrotach i stanach środków pieniężnych (gotówkowych i bezgotówkowych) Funduszu Obsługi Zadłużenia Zagranicznego, Warszawa, ul. Miła 2".

W kilka godzin po tym, jego bezpośredni przełożony, dyr. Anatol Lawina, okazał mu pismo Prezesa NIK, datowane tego samego dnia:
"Nawiązując do mojego pisma z dnia 15 lipca br. Nr DP-85/91... niniejszym potwierdzam ustne polecenie odsunięcia Pana Michała Falzmanna od wszelkich czynności kontrolnych prowadzonych przez Zespół Analiz Systemowych...".

Michał Falzmann, po powrocie do domu poczuł się źle. Na stację Pogotowia Ratunkowego przy ul. Hożej odwoził go, przypadkowo obecny, bohater dzisiejszych dni, przywódca Solidarności Walczącej Kornel Morawiecki. Wg relacji Kornela Morawieckiego, zdając sobie sprawę, że z tego zawału żywy nie wyjdzie, Michał powtarzał kilkakrotnie: "Bank Handlowy jest bankrutem co najmniej od 1969 roku. Nie pozwólcie tego zatuszować".
Do tej ostatniej tezy Michała Falzmanna nawiązywali kilkakrotnie Jarosław i Lech Kaczyńscy, zeznając, jako świadkowie na procesie, jaki autorom książki "Via bank i FOZZ" wytoczył niejaki Dariusz Tytus Przywieczerski i jego znakomita (kiedyś Nr Jeden w Polsce!) firma "Universal". Jeśli bowiem Michał Falzmann miał rację, to fakt bankructwa BH w zupełnie innym świetle stawiał sprawę zadłużenia państwa polskiego. Z prawa bankowego wynika bowiem jednoznacznie, że bankrutowi nie wolno pożyczać pieniędzy, a ten kto to robi - wiedząc, że ma do czynienia z bankrutem - popełnia przestępstwo.

Jak wiemy, Michał Falzmann nachodził kilkakrotnie dzisiejszą Głowę Państwa i Jego Brata, zanudzając ich swoimi niesłychanymi rewelacjami. Ale Bracia Kaczyńscy nie byli jedynymi prominentami III RP, którzy mieli nieprzyjemność wysłuchiwania jego tyrad, argumentacji i oglądania kwitów. Śmiało możemy powiedzieć, że nie zaniedbał on żadnej ścieżki, po której można by dojść i ujawnić prawdę. Przede wszystkim, oczywiście, korzystał on w pełni z drogi służbowej, bombardując swoimi codziennymi notatkami służbowymi swego bezpośredniego szefa i samego Prezesa NIK. Notatki te ukazywały cały bezmiar systematycznego rabunku finansów publicznych, po którego tropach codziennie stąpał niesamowity kontroler Najwyższej Izby Kontroli. Taki, z jakim urzędnicy banków i ministerstw jeszcze się nie spotkali. Zewsząd więc rozlegały się żądania - kierowane do nieszczęsnego i Bogu ducha winnego Waleriana Pańki - aby powstrzymał swego szalonego inspektora! Jak oświadczył później, po śmierci Falzmanna, jego przełożony: "Liczba skarg na M. T. Falzmanna przechodziła ludzkie wyobrażenie!".
Michał Falzmann został skutecznie powstrzymany. Nie dokończył swego dzieła. Ale z tego, co zdążył odkryć i ujawnić wyłania się obraz przerażający, a jego implikacje do dzisiaj stanowią nie rozbrojony ładunek wybuchowy pod sceną polityczną Rzeczypospolitej, bez względu na numerację. Tego ładunku nie rozbroił proces karny w sprawie tzw. afery FOZZ, choć takie było jego zamierzenie i wszyscy bardzo się starali. Szczególnie starali się prokuratorzy, których cała armia prowadziła drobiazgowe śledztwo, ciągnące się przez siedem lat. Nie rozbroili jej kolejni sędziowie, jak wiemy - najlepsi jakich wydała III RP, bo jeden z nich był przecież Ministrem Sprawiedliwości, a drugi jest do dzisiaj zastępcą samego ministra Zbigniewa Zbiory. Nie rozbroił go Raport ministra Macierewicza w sprawie likwidacji WSI, bo temat FOZZ jest tam potraktowany niezwykle ogólnikowo, do tego stopnia, że na podstawie tego Raportu mielibyśmy prawo pomyśleć, że sprawa FOZZ to w ogóle jakiś nic nie znaczący margines! En passant, na str. 20, wspomina jedynie, że zdaniem oficera WSI Grzegorza Żemka (przypadkiem dyrektora generalnego FOZZ i jednoosobowego dysponenta miliarda dolarów z budżetu państwa!) "zyski, jakie można dodatkowo wyciągnąć, sięgają rocznie sumy 500 milionów USD". Pisząc o czasach, kiedy Polska była największą na świecie pralnią brudnych pieniędzy, Raport zajmuje się jakimiś bagatelnymi kwotami, jakimiś 7 tysiącami dolarów dla Malajczyka, jakimiś 15 tysiącami USD dla firmy YUGO, jedyna wykryta "pralnia" to zdaje się agent "Wolfgang Frankel" i jakiś "Maksymilian".

W ubiegłym roku minęła 15. rocznica śmierci Michała Falzmanna. W związku z tym Fundacja Pamięci Michała Falzmanna zwróciła się do Jarosława Kaczyńskiego, Lecha Kaczyńskiego, Kazimierza Marcinkiewicza, Marka Jurka, Mirosława Sekuły, Zbigniewa Zbiory z propozycją uczczenia tej rocznicy i przypomnienia Polsce sprawy, za jaką ten młody człowiek oddał życie. Sądziliśmy, że Rzeczpospolita ma jak najbardziej interes w tym, żeby przypomnieć postać i postawę urzędnika państwowego, który mając pełną świadomość zagrożenia życia (notatka z dnia 21 kwietnia 1991 w jego kalendarzu: "Dalsza praca to osobiste śmiertelne niebezpieczeństwo. Szans na sukces nie widzę żadnych"), nie poddał się naciskom i szantażom, nie uległ próbom "kontrolowanego wręczenia łapówki", prowadził swój samotny bój do końca, do ostatniego tchu.

Niestety, najwyżsi reprezentanci RP nie odpowiedzieli na nasz apel i propozycję. Dla Michała Falzmanna nie znalazło się miejsce w niezliczonych szeregach dekorowanych orderami, krzyżami i odznaczeniami przez nową Głowę Państwa. Jego nazwiska zabrakło nawet przy uroczystościach 25. rocznicy powstania Solidarności Walczącej, co może budzić zdziwienie, jeśli się zważy, że to sam Szef wiózł Michała Falzmanna w jego przedostatnią podróż.

Przypomnijmy więc raz jeszcze słowa Poety:

"...Nie trzeba nadziei.
Potrzebny tylko jeden krzyk Rejtana.
Czasem potrzebna jedna śmierć Okrzei.
Chociażby bitwa była już przegrana
I sztandar w prochu, choćby go deptali.

Ktoś jeszcze zginął. Więc wojna trwa dalej!".

Wrocław, 15 lipca 2007

Jerzy Przystawa

  • Prof. Jerzy Przystawa był w kadencji 1990 - 1998 radnym rady miejskiej Wrocławia, startował w wyborach do Senatu Rzeczypospolitej Polskiej przeprowadzonych w dniu 21 września 1997 r.
    Od kilkunastu lat jest jednym z liderów Ruchu Obywatelskiego na rzecz JOW.

    Publicystyka prof. Jerzego Przystawy na ASME.


    Witryna ASME Antysocjalistycznego Mazowsza jest najstarszym serwisem w Sieci - oprócz witryny tematycznej JOW - propagującym ideę JOW

    Pasmo biznesowych zwycięstw od alej Jerozolimskich i Ujazdowskich po Jerozolimę (i jedno małe upokorzenie) Wysłane poniedziałek, 16, lipca 2007 przez Krzysztof Pawlak

    Francja - jak co roku - znowu obchodziła szumnie u dumnie oraz durnie - rocznicę "zdobycia" Bastylii przez pijany tłumek sankiulotów w poszukiwaniu zapasów alkoholu, i wyzwolenia aż kilkunastu więźniów "krwawej tyranii pomazańca Bożego" (w tym jednego szlachetnego dewianta siedzącego za długi, który zajmował się przez swoje życie głownie atakowaniem Kościoła katolickiego, ale - z pozycji libertyńskich...), i zsyłając na swój, a później inne, "zagraniczne" kraje nieszczęście terroru i krwawej rozprawy z chrześcijaństwem, co na przestrzeni świata i w okresie już trzech wieków przyniosło naprawdę krwawe jatki setkom milionów ofiarom wszelkich socjalizmów: jakobińskiego i antywandejskiego na samym początku, później narodowego w Niemczech, wreszcie "międzynarodowego" w różnych zakątkach kuli ziemskiej, tego "kręczącego szem" ("...ja tu sze tylko kręczę, proszę Wysokiego Sądu...") cały czas... Z okopów "kuńserwatywno-liberalnej" Platformy Obywatelskiej nie wydobył się żaden dźwięk protestu przeciw - po raz pierwszy w ogóle - udziałowi 30 delegatów Wojska Polskiego w tym makabrycznym święcie horroru, ale nie to jest znamienne, bo z szańców PO po prostu już od dawna NIC przytomnego się nie wydobywa. A to jest ponoć zmartwieniem "szoroszów" i wszelkich innych "niechrześcijańskich" i "talmudycznych" znamienitości z Europy i przyległości aspirujących do Mistrzostw Europy w szmacianej piłce, jak to ujawnił - "wprost" za pomocą przypadkowego przekaźnika merdialnego, z UB i piekła "rycerzowego" rodem, jeden zakonnik w służbie mądrości i światła płynących z Orientu... W związku z tym, w "prawicowym" ponoć obecnie i obszczekiwanym przez szermierzy idej postępu jako "terrorystycznie prowadzone" przez reprezentantów PiS, państwowym Polskim Radiu wystąpił tow. Stefan Meller, były pracownik PRL-owskiej Służby... dyplomacji, o podkreślanym dystyngowanie "międzynarodowym", a zatwierdzonym przecież przez i Prawo, i Sprawiedliwość, pochodzeniu, paplając głodne kawałki o "szczęściu" i "znaczącym wymiarze historycznym", jakie jakobini zesłali na Ludzkość od tamtych czasów. Interes "historycznej sprawiedliwości dziejowej" kręci się jak zawsze.

    Komandos "walterowski" Sewek Blumsztajn, nieprzejednany po dzień dzisiejszy w trockistowskich zapędach, płacze ("Dopóki są pieniądze na podwyżki i trwa pamięć o tym pięknym i mądrym proteście") nad rozlanym mlekiem w Alejach Ujazdowskich w Warszawie. Płacze oczywiście na poniedziałkowych łamach wielko-orientalnie zorientowanej i antychrześcijańskiej "Gazety W....schodniej". Płyn ma zapoczątkować przy pomniku Szopena bujny wzrost rekultywowanego przez związkowe pielęgniarki i położne trawnika, a zadeptanego "naśmierć" (pisownia postępowa, łączna) wcześniej przez uczestniczki "miasteczka namiotowego" (ciekawe ile połogów ekstra będzie w wyniku zwyczajnych dla tego typu pikników okoliczności?), które - jak ujawniliśmy to w TV ASME - NIGDY i PRZENIGDY nie miały nic wspólnego z lewackimi bezami tow.tow. Kwaśniewskich, nadsyłanymi z piekarni nomen omen - właśnie walterowskiej, mieszczącej się przy ulicy Augustówka, parę kilometrów dalej. "Cze"-gewarowskie bezy rodem z TVN Style smakują "po europejskiemu" zapewne, choć nie dał się ich aromatem skusić lewicowy (w merdiach cały czas skutecznie okrzyczany jako "prawicowy") rząd po drugiej stronie Alei i "cały pogrzeb na nic"..., bo oto Rzecznik Praw Obywatelskich spokojnie wypunktował, że wyborów "niet" z powodu... braku wywalonych przez opozycję i szanownego pana Prezydenta zapisów wykonawczych do konstytucyjnych wskazań o lustracji kandydatów do ról przedstawicieli ludowych w Stanach Generalnych... A przecież miało być już tak dobrze i spokojnie i bezstresowo! Idea "historycznej sprawiedliwości dziejowej" obsadziła przecież i "Prawą", i Sprawiedliwą, a nawet - kuńserwatywną oraz liberalną - wszystkie już strony.
    Wszyscy czekają więc na powstanie Nowej, Wspaniałej oczywiście i świeżej, bo to jest w "pijarze" ważne, "też oczywiście "kuńserwatywno-liberalnej" formacji z tow. Kwaśniewskim na czele, no, może "drugim czele", bo to będzie "członek manipulowany pod płaszczykiem" raczej "na czele"... Donia Tuska. "Szorosze" płacą, więc i wymagają. Normalna to rzecz w biznesie.

    W Libanie niesprawiedliwy dziejowo Hezbollach zdobył i oficjalnie pokazał w swej TV-propagandówce syjonistyczną merkawę - "niezdobywalną" jak dotąd według Cahału "pancerną pięść" ateistycznej "historycznej sprawiedliwości dziejowej" znad Morza Śródziemnego. To z całą pewnością nie wpłynie dobrze na "standing" interesów bliskowschodnich.

    Aj, nietopsze...

    Krzysztof Pawlak


    Korupcja w demokratycznym państwie prawa - Krzysztof Mazur Wysłane czwartek, 12, lipca 2007 przez Krzysztof Pawlak

    Jeszcze sejm nie zakończył roztrząsania problemu pozbawienia biernego prawa wyborczego osób skazanych za popełnienie przestępstwa, a już premier Kaczyński zdymisjonował wicepremiera Leppera, co "wyprowadziło" Samoobronę z koalicji, ale niestety - tylko na kilka godzin.

    Noc z poniedziałku na wtorek musiała być zaiste bardzo stresująca dla większości mianowańców Samoobrony na różnych lukratywnych posadach w rolniczych agencjach, a Andrzeja Leppera wydarzenia te skłoniły nawet skrytykowania standardów instytucji państwa, które Samoobrona samotrzeć z innym koalicjantami dotychczas mozolnie budowała. Ale nie sama krytyka, ale jej kierunek mógł wywołać co najmniej zdziwienie, gdyż były już minister rolnictwa za przesłankę szczególnej opresyjności państwa uznał wyciąganie ludzi z łóżek o 6 rano. Gdyby taki sąd wyartykułował taki dajmy na to Daniel Olbrychski lub inny przedstawiciel bohemy albo nawet były premier Olszewski słynący z tego, że lubił sobie dłużej pospać, to jeszcze można byłoby od biedy zrozumieć stawiany zarzut, ale dla zawodowego rolnika i ministra rolnictwa godzina 6 rano w środku klimatycznego lata nie powinna chyba kojarzyć się ze środkową fazą snu. Chociaż wiele wskazuje, że udzielając "na gorąco" wywiadów, wicepremier Lepper był właśnie w fazie REM, zwanej czasami fazą snu paradoksalnego.
    Ale wracając do meritum sprawy, dymisja wicepremiera miała związek z podejrzeniem jego udziału w aferze korupcyjnej, której leitmotivem była sprawa tzw. odrolnienia działki w zamian za przyjęcie kilkumilionowej łapówki. Jak więc łatwo zauważyć, sama administracyjna zmiana kwalifikacji ok. 40 ha gruntów (a wcale nie jest to szczególnie duży areał) jest warta kilka milionów złotych oraz ryzyka związanego z ujawnieniem tego przestępczego charakteru. Nikt nie chciał fałszować ksiąg wieczystych, pozbawiać właściciela jego własności etc., natomiast właściciel chciał zarobić na samym fakcie zmiany kwalifikacji działki z rolniczej na np. budowlaną. A wszystko dlatego, że w demokratycznym państwie prawa nie wystarczy być właścicielem działki, aby wybudować sobie na tej działce dom czy gospodę, gdyż na takie luksusy pozwolenie musi wydać odpowiedni organ administracji publicznej. Wydanie takiej zgody jest uwarunkowane przebyciem biurokratycznej drogi przez mękę, co skutkuje tysiącami inwestycji prowadzonych wbrew przepisom prawa, nie wspominając już o drobniejszych naruszeniach przepisów, wszak nawet na wybudowanie wiaty czy oczka wodnego w swoim ogrodzie jest wymagane wcześniejsze zgłoszenie takiego zamiaru odpowiedniemu urzędnikowi. W przypadku odrolnienia działki paranoja jest jeszcze większa, gdyż nie tyle nie brakuje gruntów rolnych, ale tysiące hektarów zalega ugorami, a zjawisko to rośnie z roku na rok. Nie ma też problemu z produkcją rolniczą, a jeżeli już - to z problemem jej ograniczania za pomocą np. kwot mlecznych. Kwoty mleczne oznaczają wszak administracyjne ograniczanie produkcji rolniczej, co dość dziwnie kontrastuje z problemami dotyczącymi odrolnienia atrakcyjnych inwestycyjnie terenów. Zawodowi obrońcy przyrody oraz tworzący prawo zapewne chcieliby, aby wypoczynkowe kurorty oraz ośrodki wczasowe budowano na przedmieściach aglomeracji wojewódzkich, problem tylko w tym, że ludzie wolą odpoczywać w górach, nad morzem i jeziorami, i inwestorzy tam chcą taką infrastrukturę budować.
    Ciekawy jest też inny wątek wspomnianej afery korupcyjnej, gdyż niektóre media zaczynają nieśmiało sugerować, że duża część korupcyjnego łańcucha została zbudowana przez funkcjonariuszy CBA, którzy w ten sposób mieli wystawić na pokuszenie wicepremiera Leppera. Z tego powodu nawet senator Niesiołowski wyraził przewodniczącemu Samoobrony wyrazy solidarności. Jak można było przeczytać: "Użyto w niej najnowocześniejszej techniki i wyrafinowanych metod podsłuchu. Podrabiano dziesiątki dokumentów, tak dobrze, że nawet doświadczeni urzędnicy Ministerstwa Rolnictwa dali się wpuścić w maliny". Nie dał się natomiast wpuścić w maliny wójt gminy Mrągowo, który "przez przypadek" odkrył, że na jednym z dokumentów ktoś perfekcyjnie sfałszował jego pieczątkę. Niestety, przekazujący taką informację dziennikarze nie podali, w jaki sposób wójt odkrył, że akurat ta pieczątka jest fałszywa, wszak wychowani na powieści Marka Twaina "Książę i żebrak" wiedzą, że czasami podróbka jest lepsza od oryginału. Nie wiadomo też, czy fałszywa była sama pieczątka, czy pieczątka i podpis wszak dokument w z nabitą pieczęcią, ale bez podpisu wójta i tak był nieważny. Ale warto zauważyć, że otwiera się nowe pole do tłumaczeń dla oskarżonych lub podejrzewanych o różne niecne sprawki. Taki delikwent zawsze będzie mógł odeprzeć zarzuty, że ta pieczątka i podpis pod nią są sfałszowane, ale tak doskonale, że nie do odróżnienia od oryginału, wszak wiadomo, że służby używają do tego "najnowocześniejszej techniki i wyrafinowanych metod". Zresztą szlak pod takie tłumaczenia został już przetarty przez podejrzewanych o kontakty z byłą Służbą Bezpieczeństwa, a ostatnia dyskusja nt. biernego prawa wyborczego dla skazanych wywołała problem rozdzielenia przestępstw z pobudek politycznych od takich samych, ale popełnionych z bardziej przyziemnych powodów. Każdy wszak wie, że Peter Vogel nie jest zwykłym mordercą i dla każdego jest oczywiste, że jak Andrzej Lepper wziąłby łapówkę - to wyłącznie w celach politycznych. Pomijając oczywiście przy tym tworzących takie przepisy, które nawet przyzwoitych ludzi skłaniają nie tyle do brania, ale przynajmniej do dawania łapówek, co czasami jest jedyną sensowną metodą przebrnięcia przez trudności nie znane w żadnym normalnym ustroju.

    Krzysztof Mazur

    Publicystyka Krzysztofa Mazura na ASME


    Pomiędzy torebką Szczypińskiej a referendum w Rumunii - prof. Jerzy Przystawa Wysłane czwartek, 12, lipca 2007 przez Krzysztof Pawlak

    Polskie media i wybitni przedstawiciele zawodu dziennikarskiego zajęci są komentowaniem niebywałego wydarzenia, jakim jest sąd nad posłem Jackiem Kurskim, "bulterierem PiS-u", za to co powiedział na temat torebki wybitnej parlamentarzystki i gwiazdy mediów, pani Jolanty Szczypińskiej. Sprawa referendum w Rumunii nikogo tu nie zajmuje, co jest zresztą spójne z wynikami badań opinii publicznej, według których Rumuni, w statystycznej ocenie Polaków, należą do narodów najbardziej nie lubianych i lekceważonych.

    Usiłując przeciwstawić się tym dziwacznym i antycywilizacyjnym trendom i postawom, próbowałem w moich poprzednich tekstach przybliżyć nieco niezwykłe wydarzenia, jakie miały miejsce w ostatnich miesiącach w tym zapomnianym przez Polaków kraju, który - bądź co bądź - jest od kilku miesięcy nowym członkiem Unii Europejskiej, na dodatek największym po Polsce krajem byłego obozu sowieckiego. Wydawało by się, że w czasie, gdy nasze władze, nasi dyplomaci tak zaciekle walczą w Brukseli o wyjście z kąta na środek unijnej sceny politycznej, porozumienie i sojusz z państwem takim jak Rumunia byłoby jak najbardziej pożądane i na czasie? Z jakiegoś powodu tak nie jest: ani nasi zawołani dyplomaci, ani znakomici publicyści i analitycy Rumunią się nie interesują.
    Przypomnę więc tylko, że 19 kwietnia parlament rumuński zdjął z urzędu prezydenta Traiana Basescu, że przez cały miesiąc trwały w Rumunii i na świecie masowe demonstracje w jego obronie, że 19 maja odbyło się referendum, które Basescu wygrał z miażdżącą przewagą nad swoimi przeciwnikami politycznymi. Po powrocie na urząd Prezydent przedstawił swój program polityczny, w którym na pierwszym miejscu znalazło się żądanie wprowadzenia jednomandatowych okręgów wyborczych w wyborach parlamentarnych. Basescu zażądał, żeby Parlament do 30 czerwca uchwalił nowe prawo wyborcze.
    We wtorek 3 lipca, prezydent Basescu udzielił wywiadu kanałowi telewizyjnemu "Realitatea TV". Wydarzenie to zostało zrelacjonowane na rumuńskim portalu internetowym HotNews.ro, którego tłumaczenie podaję in extenso: "W wywiadzie, udzielonym we wtorek, 3 lipca 2007, stacji telewizyjnej »Realitatea TV«, prezydent Rumunii Traian Basescu oświadczył: »Jeśli ordynacja wyborcza z jednomandatowymi okręgami wyborczymi nie zostanie przyjęta przez Parlament na początku najbliższej Sesji Parlamentarnej, to podejmiemy przygotowania do referendum w tej sprawie«. Według Basescu, większość parlamentarna składa się z 322 posłów, którzy usiłowali usunąć go z urzędu, co im się nie udało wobec ogromnego, masowego poparcia, jakie okazało mu społeczeństwo rumuńskie".
    Basescu powiedział, że lider SD (Partia Socjaldemokratyczna) Viorei Hrebenciuc, przedstawiciel Mniejszości Węgierskiej Attila Verestoy i marszałek Izby Poselskiej Bogdan Olteanu (Partia Liberalna) doprowadzili do usunięcia Partii Demokratycznej z koalicji rządowej.
    Basescu przypomniał, że trzech szefów partii, Mirce Geoana (Socjaldemokraci), Calin Popescu Tariceanu (premier, szef Partii Liberalnej), Dan Voiculescu (Partia Konserwatywna), podobnie jak szereg innych polityków, obiecali, że do 30 czerwca przeprowadzą uchwalenie nowego prawa wyborczego. Basescu stwierdził, że politycy ci kłamali i wprowadzili społeczeństwo w błąd.
    "Widzimy jasno zmowę pomiędzy 322 parlamentarzystami i ekipą rządową, którzy są zdecydowani uczynić wszystko, aby zachować swój stan posiadania" - kontynuował Basescu.
    Mam wrażenie, że mamy tu do czynienia z sytuacją nie tylko niezwykłą, ale wręcz bezprecedensową: prezydent dużego europejskiego państwa ma przeciwko sobie całą partyjną klasę polityczną, od lewa do prawa, a za sobą jedynie kiepsko poinformowane społeczeństwo. Wydaje się, że jest to sytuacja, która powinna być pasjonująca zarówno dla wszelkiego rodzaju politologów, jak i dla ludzi zajmujących się polityką amatorsko. Co wyniknie z tego rumuńskiego politycznego klinczu? Kto zwycięży? Co w tej sprawie mają do powiedzenia wszelkiego rodzaju "agentury wpływu"? Co na to inni Europejczycy? Zarówno ci "nowi", jak i ci "starzy"? Czy lekceważeni przez nas Rumuni dadzą nam przykład, jak przeciąć pępowinę łączącą kraje "byłego obozu" z ich tak nieodległą przeszłością? Czy polskie tuzy żurnalistyki i publicystyki dojdą do wniosku, że to, co się dzieje w Rumunii, jest dla Polaków bardziej istotne niż cena i kolor torebki p. Szczypińskiej?

    Wrocław, 8 lipca 2007

    Jerzy Przystawa

  • Prof. Jerzy Przystawa był w kadencji 1990 - 1998 radnym rady miejskiej Wrocławia, startował w wyborach do Senatu Rzeczypospolitej Polskiej przeprowadzonych w dniu 21 września 1997 r.
    Od kilkunastu lat jest jednym z liderów Ruchu Obywatelskiego na rzecz JOW.

    Publicystyka prof. Jerzego Przystawy na ASME.


    Witryna ASME Antysocjalistycznego Mazowsza jest najstarszym serwisem w Sieci - oprócz witryny tematycznej JOW - propagującym ideę JOW

    Pierwsza ofiara szczytu w Brukseli, a ofiarami akrobatyki premiera Kaczyńskiego będą wszyscy podatnicy - Stanisław Michalkiewicz o efektach "sukcesu w Brukseli" i premierskich umiejętności rozwiązywania sporów społecznych Wysłane piątek, 6, lipca 2007 przez Krzysztof Pawlak

    | Pobierz |








    Pierwsza ofiara szczytu w Brukseli, a ofiarami akrobatyki premiera Kaczyńskiego będą wszyscy podatnicy - Stanisław Michalkiewicz o efektach "sukcesu w Brukseli" i premierskich umiejętności rozwiązywania sporów społecznych
    Wysłane piątek, 6, lipca 2007 przez Krzysztof Pawlak

    "Jest już pierwsza ofiara szczytu Unii w Brukseli. Jest nim poseł Zalewski, który został zawieszony w prawa członka PiS za publiczną krytykę pani minister Fotygi. Powiedział w radiu TOK FM, że pani Fotyga nie potrafiła odpowiedzieć na pytania, jakie stawiali członkowie komisji spraw zagranicznych sejmu, a które dotyczyły właściwie drobiazgów, mianowicie: na czym polegał ów słynny sukces w negocjacjach w Brukseli w postaci "kompromis z Joaniny" i co właściwie w nich podpisał pan prezydent...? Na razie jest to tajemnica państwowa, na razie musimy się z niej cieszyć" - Stanisław Michalkiewicz, stały współpracownik naszej witryny i znakomity prawicowy publicysta, komentuje najnowsze wydarzenia na scenie teatru politycznego "polskiego regionu UE".

    Mamy więc tajemnicy - oprócz bolesnych - także i radosne. Ta tajemnica należy oczywiście do radosnych. Platforma zgłosiła - oczywiście nieskuteczny - postulat odwołania pani minister ze stanowiska. Posłowie PiS okrzyknęli, że jest to "wbijanie noża w plecy" w naszych nieustających negocjacjach z urzędnikami UE. A przecież - skoro PO jest tak entuzjastycznie nastawiona do Anszlussu Polski przez UE - to skoro delegaci wyborców PO uważają, że pani minister nie wiedziała, co ma podpisać pan prezydent, to jeśli nawet przyjąć, że Polska zobowiązała się do tego, o czym mówią ministrowie innych krajów UE - że mamy przyjąć traktat "reformujący", czyli tak naprawdę konstytucyjny - to posłowie PO powinni się tylko cieszyć... Platformersi mają chyba jakiś dysonans poznawczy...
    W sprawie strajku pielęgniarek premier Kaczyński "wpuścił szczura" miedzy związki zawodowe, zgadzając się na podwyżki "jeśli WSZYSTKIE związki zgodzą się na tę propozycję", a jednocześnie stworzył ze swoim rządem zachętę dla innych grup zawodowych do podobnych wystąpień w przyszłości - komentuje Stanisław Michalkiewicz.

    Nagranie trwa ponad 6 minut, jest dostępne w Sieci do 20 VII 2007 r. W Klubie TV ASME - wersja o dobrej jakości.




    Nieporozumienia z rasizmem - Antoni Zambrowski Wysłane piątek, 6, lipca 2007 przez Krzysztof Pawlak

    Pracownica naukowa Żydowskiego Instytutu Historycznego, dr Alina Cała zarzuciła antysemityzm Kościołowi Katolickiemu w II Rzeczypospolitej, zaś znaną pisarkę katolicką Zofię Kossak-Szczucką nazwała rasistką. Jest to ewidentne nieporozumienie.

    Czy znana polska pisarka Zofia Kossak-Szczucka była rasistką? Tak bowiem twierdzi znana bojowniczka z polskim antysemityzmem, dr. Alina Cała z Żydowskiego Instytutu Historycznego w styczniowym numerze wydawanego po polsku żydowskiego pisma "Midrasz". Wywołała tym zarzutem falę oburzenia i polemiki na łamach wielu gazet, broniących dobrego imienia naszej wielkiej pisarki historycznej i zarazem bohaterskiej działaczki Polski Podziemnej. Jak wiadomo, była ona założycielką konspiracyjnego Komitetu Pomocy Żydom "Żegota", ratującego przez hitlerowskim ludobójstwem tysiące polskich Żydów. Gwoli ścisłości wyznam, że miesięcznik "Midrasz" znam ze słyszenia, natomiast o wypowiedzi pani Aliny przeczytałem ostatnio w "Wysokich Obcasach" - cotygodniowym dodatku kobiecym do "Gazety Wyborczej".
    Spór o rasistowskie poglądy pani Zofii Kossak-Szczuckiej bierze źródło w nieporozumieniu co do treści słowa "rasizm", które zapewne pani Alina przyrównuje do antysemityzmu, nie zdając sobie sprawy z tego, że będąc polską filosemitką czy też nacjonalistką żydowską, również z pewnością jest rasistką (Zetknąłem się przed laty z panią Aliną w "Tygodniku Solidarność", przy zleconym mi do poprowadzenia spotkaniu przedstawicieli mniejszości narodowych. Pozostając pod wrażeniem jej północnosłowiańskiej urody, nie domyśliłem się, niestety, zapytać ją o przynależność narodową, stąd ma niepewność w tym względzie). Tyle, że jej rasizm ma inny wydźwięk, niewątpliwie przyjazny wobec Żydów.

    Rasizm wobec Żydów jest sprzeczny z polską tradycją narodową

    Rasizmem jest bowiem określanie przynależności narodowej człowieka nie na podstawie jego samoświadomości w tym względzie, lecz - jak przewidywały ustawy norymberskie w III Rzeszy - według pochodzenia rodziców lub dziadków. Takie zwyczaje upowszechniły się Polsce wbrew naszej tradycji narodowej - pod wpływem praktyk bolszewickich bądź narodowo-socjalistycznych. W PRL wiele było nieporozumień wynikających z przypisywania pochodzenia żydowskiego na podstawie wyglądu osobnika, a ostatnio już w III RP - pod wpływem jego sukcesu na niwie społeczno-politycznej. Dziś częstokroć wystarczy osiągnąć sukces w polityce, przedsiębiorczości lub przynajmniej w środkach przekazu, by na internetowych forach zostać zaliczonym do "narodu wybranego". Czasem takie wyssane z palca rewelacje wypływają z dawnych ubeckich źródeł, a czasem wręcz z Żydowskiego Instytutu Historycznego.

    Prace Stalina jako źródło nieporozumienia

    Oznaczanie postawy rasistowskiej jako godnej potępienia ma historyczne korzenie z czasów walki o równouprawnienie Murzynów amerykańskich. Rasistami nazywano wówczas białych Amerykanów z południowych stanów, przeciwstawiających się nadaniu praw obywatelskich odróżniającym się od nich kolorem skóry współmieszkańcom. Z kwestią żydowską pojęcie rasizmu w owym czasie nie miało nic wspólnego. Zwłaszcza w Polsce, gdzie Żydzi byli mniejszością religijną i etniczną wyróżniającą się językiem (jidisz), obyczajem i nawet strojem. W Niemczech, w których w XX wieku upowszechniło się zjawisko rasistowskiego antysemityzmu, Żydzi - inaczej jak w Polsce - odróżniali się od pozostałych mieszkańców nie językiem, lecz wyznaniem. Gdy opuszczali gminę wyznaniową, porzucając praktyki religijne, faktycznie zrywali swą więź z judaizmem. Z żydostwem łączyło ich tylko pochodzenie, stąd nagłaśnianie przez narodowych socjalistów kryteriów rasowych przy zwalczaniu licznych przeciwników Hitlera o żydowskim rodowodzie.
    "Wódz całej postępowej ludzkości", tow. Stalin przebywał za młodu w Niemczech i tam na podstawie tamtejszych publikacji marksistowskich napisał swe głośne dzieło "Marksizm a kwestia narodowa". Powołując się na niemieckie autorytety marksistowskie, uznał on, iż Żydzi w odróżnieniu od ludów osiadłych na jednym terytorium nie są narodem, co było skutkiem nieporozumienia. Istotnie: w Niemczech oraz w ojczystej dla Józefa Dziugaświlego Gruzji Żydzi byli jedynie grupą wyznaniową, ale nie mniejszością narodową (Sytuacja w Gruzji przypominała niemiecką z tego względu, że gruzińscy Żydzi byli zupełnie zasymilowani wśród prawosławnych w większości Gruzinów i wyróżniali się jedynie wyznaniem mojżeszowym). Natomiast w Rosji carskiej Żydzi stanowili odrębną grupę etniczną z własnym językiem narodowym.

    W Rosji carskiej lub bolszewickiej było inaczej niż w Polsce

    Rosja carska była wskutek stałych podbojów krajem wielonarodowym i wieloreligijnym, pozbawionym atoli dyskryminacji rasowej zarówno wobec Murzynów, jak i wobec Żydów. Dyskryminowane było natomiast wyznanie mojżeszowe, które w Rosji przed rozbiorami Polski było wręcz tępione (Gdy Iwan Groźny zdobył na Polakach Połock, potopił miejscowych Żydów w rzece). Takie prześladowanie starozakonnych było zresztą w Średniowieczu normą i tylko Polska Piastów oraz Jagiellonów stanowiła wówczas chlubny wyjątek. Po zdobyciu obszernych połaci Rzeczypospolitej Obojga Narodów Rosja przejęła tereny zamieszkane przez liczną rzeszę Żydów, więc wprowadziła zakaz osiedlania się starozakonnych poza dawnymi terenami Litwy i Korony, czyli poza tzw. ciertoj osjedłosti. Później wprowadzono wyjątek dla kupców I gildii, którym pozwalano mieszkać w Rosji właściwej. Te ograniczenia nie dotyczyły atoli przechrztów, którzy posiadali pełnię praw poddanych prawosławnego cara. W odróżnieniu od starozakonnego przechrzta, o ile dobrze znał język rosyjski, mógł w Rosji być oficerem wojska lub ważnym urzędnikiem państwowym.
    Kryteria rasowe przy określaniu przynależności narodowej Żydów wprowadził dopiero w trybie urzędowym wspomniany wyżej Stalin. W Rosji Sowieckiej oddzielono kościół od państwa, toteż kryteria wyznaniowe przestały obowiązywać i narodowość dziedziczono po rodzicach (Dzieci z małżeństw mieszanych etnicznie miały do wyboru narodowość ojca lub matki, choć zwyczajowo w Rosji określano narodowość według przynależności narodowej ojca). Nie brano przy tym pod uwagę takich drobiazgów, jak faktyczna więź z daną wspólnotą etniczną, znajomość języka i kultury narodu, do którego przypisano danego osobnika. Tak dla przykładu ks. Aleksander Mień, wychowany w rosyjskojęzycznej rodzinie prawosławnej, miał w dowodzie osobistym wpisaną narodowość żydowską. Dotyczyło to nie tylko Żydów. Bułat Okudżawa pochodził z mieszanego małżeństwa gruzińsko-ormiańskiego i narodowość odziedziczył po ojcu, choć - wychowany w Moskwie - nie znał ani gruzińskiego, ani ormiańskiego i pisał wyłącznie po rosyjsku. Syn samego Stalina Wasilij również miał zapisaną narodowość gruzińską, choć gdy rozmawiał w Tbilisi ze swą babcią po mieczu, musiał wraz z siostrą Swietłaną korzystać z usług swego przyrodniego brata Jakowa, występującego w roli tłumacza.

    W przedwojennej Polsce panowały inne zwyczaje, wykluczające rasizm

    W Polsce międzywojennej obowiązywały inne kryteria. II Rzeczypospolita była państwem wielonarodowym, ale każdy obywatel sam zgodnie z własną świadomością narodową określał swą przynależność do danej grupy etnicznej. Bywały wskutek tego rodziny, w których rodzeni bracia odmiennie określali swą narodowość. Znane były przypadki, gdy jeden brat czuł się Polakiem, zaś drugi - odpowiednio Niemcem, Ukraińcem lub Żydem (Jeden z braci w rodzinie hrabiów Szeptyckich - Stanisław był polskim generałem i nawet ministrem rządu, drugi - ukraińskim zakonnikiem w unickim zakonie bazylianów, zaś trzeci - Roman jako unicki metropolita Lwowa Andrij przez dziesięciolecia pełnił funkcję duchowego przywódcy galicyjskich Ukraińców).
    Pani Zofia Kossak-Szczucka, wychowana w II Rzeczypospolitej, hołdowała panującym w niej zwyczajom. A polska tradycja z czasów przedrozbiorowych zakładała nie tylko uznawanie polskości Żydów przyjmujących katolicyzm, lecz i ich nobilitację. Tak August III Sas nobilitował "frankistów" przyjmujących w ślad za swym przywódcą chrzest w obrządku rzymsko-katolickim.
    Oczywiście ziemiaństwo polskie szczyciło się zasługami przodków i stare rody mogły spoglądać z góry na niedawnych neofitów, ale nie zmieniało to faktu społecznego, że frankiści stali się polską szlachtą. Takie obyczaje przetrwały do czasów pani Zofii Kossak-Szczuckiej, toteż pochodząca z ziemiaństwa matka poety Brunona Jasieńskiego zadbała o przyjęcie do herbu przez swych szlacheckich krewnych jej syna zrodzonego z męża - Polaka o żydowskim rodowodzie. Nawet rodziny arystokratyczne nie ulegały w Polsce przesądom rasowym, więc ich potomkowie chętnie żenili się z zamożnymi Żydówkami. Warunkiem był oczywiście chrzest i katolicki ślub kościelny. Mój przyjaciel, Andrzej hrabia Broel-Plater mógł wyjechać z PRL w 1969 roku na tzw. żydowskich papierach dzięki temu, że mógł wykazać się posiadaniem żydowskich przodków wobec moczarowego MSW, zaś Janusz Szpotański napisał na tę okoliczność żartobliwy wierszyk: "To żaden wstyd, że hrabia Plater jedzie jako Żyd".
    Wbrew zarzutom pani Aliny, przedwojenny Kościół katolicki w Polsce nie był antysemicki. Owszem trafiali się księża-antysemici, ale sam Kościół - antysemickim nie był. Wręcz przeciwnie: w trosce o zbawienie żydowskich dusz pragnął ich nawrócenia na prawdziwą wiarę, czyli katolicyzm. W Kościele katolickim w Polsce działali tacy duszpasterze, jak ks. Władysław Korniłowicz z Lasek - dziś Sługa Boży, który nawrócił na katolicyzm wielu zobojętniałych na wiarę przodków Polaków żydowskiego pochodzenia, oraz ks. Jan Zieja - studiujący specjalnie judaizm, aby nawracać na katolicyzm Żydów nie tkniętych asymilacją. Według relacji ks. Zieji, jego biskup Zygmunt Łoziński miał zwyczaj przemawiania podczas procesji Bożego Ciała w Pińsku do obserwujących ją starozakonnych po hebrajsku. Wizytówką Kościoła w Polsce był też ks. Tadeusz Puder - sam Żyd z pochodzenia. Wiele rozgłosu w przedwojennych środkach przekazu zyskał on przez fakt spoliczkowania go podczas mszy prymicyjnej przez bojowców z ONR. Nie wyrażało to jednak stosunku do niego hierarchii kościelnej, która wszak umożliwiła mu ukończenie seminarium, a po wyświęceniu na księdza popierała jego działalność kapłańską. Poza tym nie należy zbyt pochopnie osądzać przedwojennych antysemitów w Kościele katolickim. I dziś już po Soborze Watykańskim II, który w swych dokumentach potępił zdecydowanie antysemityzm, też zdarzają się poszczególni księża, którzy nie lubią Żydów, a przed wojną nikt przecież w najczarniejszych snach nie przewidywał Holokaustu.
    Nasza wielka pisarka Zofia Kossak-Szczucka nie była rasistką, gdyż wraz z całym Kościołem w Polsce popierała asymilację, czyli polonizację Żydów i ich nawrócenie na katolicyzm. Zarzut rasizmu wysunięty przez panią Alinę jest więc nieporozumieniem, wynikającym z pomylenia pojęć. Po prostu II Rzeczypospolita jako kraj wielonarodowy stała się areną konfliktów etnicznych, zwłaszcza na tle konkurencji o miejsca pracy i zbyt towarów. Ukraińcy na Kresach Wschodnich mieli rozwiniętą spółdzielczość zaopatrzenia i zbytu, i to od nich nauczyli się Polacy hasła: "swój do swego po swoje", co w końcu lat trzydziestych starozakonni kupcy odbierali jako przejaw dyskryminacji. Ale gdy moja dobra znajoma - Polka i katoliczka - założyła przed wojną sklep spożywczy i chciała takiego samego rabatu w żydowskiej hurtowni, co i konkurujący z nią kupcy żydowscy, usłyszała odpowiedź, iż są to przywileje tylko dla swoich. Pani Alina jest zatem po prostu ślepa na jedno oko i widzi winy tylko po stronie polskiej i katolickiej.

    Utarte stereotypy o okupacji hitlerowskiej są zbyt uproszczone

    Rasizm do Polski w kwestii żydowskiej przynieśli narodowi socjaliści Adolfa Hitlera. Z zapatrzenia w hitlerowskie wzory wywodzi się atakowanie jako Żydów przez radykalnych narodowców Polaków o żydowskim rodowodzie, jeśli różnili się z nimi w poglądach na jakieś istotne sprawy polityczno-społeczne, no i jako skrajny przypadek - wspomniane wyżej spoliczkowanie ks. Tadeusza Pudra podczas mszy prymicyjnej. Artykuły norymberskie stały się jednak prawem w Polsce dopiero podczas hitlerowskiej okupacji. I wtedy to pani Zofia Kossak-Szczucka narażając życie swoje i całej swej rodziny, założyła Komitet Pomocy Żydom "Żegota". Właśnie w imię chrześcijańskiej dewizy pomocy bliźniemu.
    Żydzi, którym udało się przeżyć cudem hitlerowski Holokaust, mają za złe Polakom zjawisko szmalcownictwa, czyli szantażowania dla okupu ukrywających się przed Niemcami Żydów. Zapominają atoli, że w tym procederze brali udział jako szantażyści nie tylko Polacy, ale i Niemcy oraz sami Żydzi (wytł. ASME). Bywały sytuacje, gdy ukrywający Żydów Polacy musieli obawiać się również żydowskich, a nie tylko polskich szmalcowników. Szmalcownictwo było oczywiście formą kolaboracji z niemieckim okupantem, ale wielu Żydów nie tylko trudniło się szmalcownictwem, ale dla przedłużenia swego życia współpracowało z okupantem, służąc w żydowskiej policji w gettach, względnie będąc konfidentami Gestapo lub polskiej, "granatowej" policji. Opowiadał mi mój kolega z Wydziału Ekonomii UW, prof. Andrzej Jezierski, jak w lecie 1943 roku - już po likwidacji warszawskiego Getta taki żydowski konfident policyjny usiłował zadenuncjować jako ukrywających się po aryjskiej stronie Żydów jego oraz jego krewnych - parę znanych aktorów Justynę oraz Jana Kreczmarów. Oskarżenie upadło po sprawdzeniu stanu napletków u obydwu panów.

    Rasizm według sowieckich wzorców

    Dalszy proces utrwalania postaw rasistowskich wobec Polaków żydowskiego pochodzenia rozpoczął się w okresie PRL pod wpływem przenoszenia do Polski sowieckich wzorców. Towarzysze sowieccy nie słyszeli oczywiście o lansowaniu przez Polaków w czasie zaborów hasła asymilacji, czyli polonizacji Żydów polskich celem pozyskania w nich sojuszników w walce o niepodległość, więc uważali Polaków żydowskiego pochodzenia za zwyczajnych Żydów ukrywających swą prawdziwą przynależność narodową. Działo się to w dodatku w czasie, gdy w Związku Sowietów Stalin inicjował kampanię przeciwko "kosmopolitom", polegającą na ujawnianiu żydowskich nazwisk ukrywających się pod rosyjskimi pseudonimami różnych dygnitarzy. W czasie przełomu politycznego, w 1956 roku promoskiewska koteria w PZPR, zwana "natolińczykami", chętnie posługiwała się rasistowskimi hasłami w walce z bardziej liberalną koterią, proreformatorską, zwaną "puławianami". Gdy Polacy okazali się obojętni na hasła antysemickie w 1956 roku i poparli reformatorów w czasie zwycięskiej dla nich październikowej próby sił, stronnictwo moskiewskie oraz sterujący nim Kreml nie zrezygnowali i czekali na kolejną sposobność do antysemickiej czystki.
    Przygotowaniu do niej miała służyć publikacja na Zachodzie pamfletu Witolda Jedlickiego "Chamy i Żydy", przedstawiającego działaczy październikowej odnowy jako Żydów traktujących z pogardą jako "chamów" swych proletariackich przeciwników spod znaku Natolina. Było to obliczone na sukces propagandowy kłamstwo, gdyż Polacy żydowskiego pochodzenia znajdowali się po obydwu stronach partyjnej barykady, zaś w obydwu koteriach panował bolszewicki kult dla robociarskiego chamstwa. Po prostu Witold Jedlicki był w rzeczywistości agentem wpływu gen. Moczara, wybranym dla swej roli na Zachodzie jako Żyd udający się na stałe do Izraela. Gen. Mieczysław Moczar (właściwie Nikołaj Tichonowicz Diomko) sam był z kolei w Polsce rzecznikiem tzw. Rusitów, czyli nacjonalistycznej koterii w KPZR. Liczyli oni na przejęcie władzy na Kremlu podczas październikowego zamachu stanu na plenum KC KPZR w 1964 roku, w wyniku którego obalono Nikitę Chruszczowa, ale zawiedli się, gdyż stanowisko sekretarza generalnego KC KPZR objął po nim Leonid Brieżniew. W dążeniu do władzy w PRL gen. Moczar jako szef MSW wpędził swego protektora Władysława Gomułkę najpierw w konflikt z Kościołem katolickim na tle Milenium Chrześcijaństwa w roku 1966, a następnie przez odpowiednią manipulację - w popieranie antysemickiej czystki zainicjowanej na rozkaz z Kremla przez generałów Moczara i Jaruzelskiego w latach 1967 - 68. Tu trzeba podkreślić okoliczność, że partyjna kampania antysemicka w marcu 1968 roku napotkała przeciwdziałanie Kościoła katolickiego z ks. Prymasem Stefanem Wyszyńskim na czele oraz jego rzeczników w Sejmie PRL w postaci klubu poselskiego "Znak". Pani Alina Cała o tym wszystkim nie raczy jakoś pamiętać.
    Ten z konieczności skrótowy szkic historyczny dowodzi, iż - wbrew twierdzeniom pani Aliny Całej - to nie Kościół katolicki ani katolicka pisarka Zofia Kossak-Szczucka uprawiali pospołu antysemicki rasizm, lecz ich lewicowi przeciwnicy - spod znaku Hitlera oraz Stalina. (wytł. ASME)

    Rasizm filosemitów

    Warto też zwrócić uwagę na fakt, że obok rasizmu antysemickiego, z którym walczy pani Alina Cała, istnieją postawy rasistowskie wyrażane przez środowiska żydowskie oraz filosemickie (wytł. ASME). Przeciwne są one naturalnym procesom asymilacyjnym, którym ulegali i wciąż ulegają polscy Żydzi. Przykładem takich postaw był m.in. obecny guru lewicy laickiej Jacek Kuroń, który swych wychowanków z harcerskiego hufca im. gen. Waltera wychowywał w duchu kultywowania tradycji żydowskich - w imię socjalistycznego internacjonalizmu. Moi koledzy, którzy zaliczyli w swym życiu wychowanie walterowskie, opowiadali mi, że śpiewali na rozkaz Jacka Kuronia podczas marszu obok piosenek polskich, rosyjskich i ukraińskich, również piosenki w języku jidysz. Nie przeszkadzało to Jackowi wytykać swym adwersarzom w ramach koleżeńskiej polemiki żydowskiego pochodzenia, jeśli taki zabieg pedagogiczny uważał za celowy. Wbrew zasadom politycznej poprawności, narzucanej ludziom prawicy podczas dyskutowania tematyki żydowskiej, sam Jacek Kuroń nigdy nie krępował się wywlekania żydowskiego rodowodu opisywanych w swych wspomnieniach lub rozmowach osób. On bowiem był w tej sprawie niczym żona Cezara - poza wszelkim podejrzeniem. Jako czytelnik powieści Zofii Kossak-Szczuckiej i wieloletni przyjaciel (a zarazem adwersarz ideowy) Jacka Kuronia, śmiem powiedzieć pani Alinie Całej, że myli się, usiłując wcisnąć całe bogactwo życia w toporne schematy. Wynikają one z faktu, że pani Alina zamknęła się w swym środowisku intelektualnym niczym ortodoksyjny Żyd w getcie i straciła wskutek braku kontaktu ze zwykłymi ludźmi poczucie rzeczywistości. A szkoda, gdyż nie przystoi intelektualistce paradować niczym dorożkarskiej szkapie w tzw. końskich okularach.

    Antoni Zambrowski

    Artykuł pierwotnie (ze skrótami) opublikowany w tygodniku "Gazeta Polska"

    Zostań donatorem naszych publicystów:
    Jeśli satysfakcjonuje Cię publicystyka Antoniego Zambrowskiego - możesz wesprzeć Naszego Autora datkiem.
    Konto:
    61 1240 1040 1111 0010 0042 5486
    Bank PeKaO SA III O. w Warszawie
    SWIFT/BIC - PKOPPLPW



    Publicystyka Antoniego Zambrowskiego na ASME


    Między groteską a burleską - Krzysztof Mazur Wysłane czwartek, 5, lipca 2007 przez Krzysztof Pawlak

    Końcówkę pierwszego półrocza "Nasz Dziennik" postanowił uczcić bardzo mocnym akcentem, zapowiadając opublikowanie "w najbliższych dniach" materiałów mających niezbicie wykazać, że kierowane pod adresem abp. Wielgusa zarzuty o agenturalną przeszłość były wyssane z brudnego palucha wrogów Kościoła udających dla niepoznaki jego obrońców". Zapowiedź tych demaskujących publikacji została dokonana w aż czterech artykułach, napisanych przez jednego autora, którym był redaktor Sebastian Karczewski, podpisujący się nawet pod jedną filipiką inicjałami, aby jak można rozumieć nieco rozwodnić fakt, że mająca nastąpić demaskacja spisku jest faktycznie jego "one man show". Takoż kolejne dni pokazały, że owe demaskujące materiały to w rzeczywistości polemiki pisane przez red. Karczewskiego cytującego obficie nie tyle jakieś nieznane dokumenty źródłowe, ale wcześniejsze artykuły prasowe nt. abp. Wielgusa publikowane w innych gazetach. Pod szczególnym obstrzałem znaleźli się zwłaszcza publicyści "Gazety Polskiej" i "Rz". Cała akcja redakcji "Naszego Dziennika" - jak łatwo sprawdzić w archiwalnych numerach z ostatniego tygodnia - okazała się rozdętą do granic czytelniczej irytacji pyskówką, w której zaskakiwać może jedynie cierpliwość papieru znoszącego jałowe i nie wnoszące nic nowego do sprawy elukubracje red. Karczewskiego. Jedyną sensowną reakcją - dopóki za serią publikacji nie szły żadne czyny - wydawałoby się wzruszenie ramion, niestety p. Tomasz Sakiewicz, redaktor "GP", dodał wypocinom p. Karczewskiego poloru ważności, publikując list otwarty do... papieża Benedykta XVI. Można rozumieć, że dla każdego jego problem wydaje się najważniejszy na świecie, tak jak siedzącego na krześle dentystycznym zajmuje przede wszystkim dziura w jego zębie, a nie geopolityczne rozważania i Al-Qaida, ale jakieś minimum dystansu do rzeczywistości należałoby jednak zachowywać. Dla niektórych okazuje się to jednakże wysiłkiem ponad ich możliwości, stąd nieważne problemy kościoła w Chinach, mnożące się sekty w Południowej Ameryce, skandale w kościele północno-amerykańskim czy prześladowania chrześcijan w niektórych państwach muzułmańskich. Papież powinien za swój priorytet uznać przeczytanie pasjonujących wywodów redaktora Karczewskiego i po raz wtóry osobiście zainterweniować w sprawie abp. Wielgusa, tym razem w celu zbesztania jego zwolenników, skupionych wokół o. Rydzyka. Ponad 130 biskupów kościoła katolickiego w Polsce, kościelne komisje historyczne, jednoznaczne wypowiedzi części duchowieństwa czy wreszcie inne środki publicznej riposty, w rozumieniu redaktora "GP" - używając młodzieżowego slangu - są "za krótkie". Trudno zresztą powstrzymać się od spostrzeżenia, że poziom owego listu otwartego niespecjalnie swoim poziomem odbiega od poziomu tekstów p. Karczewskiego, a już donos, iż o. Rydzyk obraził panią prezydentową, żonę "najbardziej katolickiego spośród tych, których wybrali Polacy po 1989 r." - to już nawet nie przykład groteski, ale burleski ze striptizem. Przy Jaruzelskim i Kwaśniewskim, prezydent Kaczyński jest może i "najbardziej katolicki" tak jak Gierek był najbardziej liberalny przy Bierucie i Gomułce, ale warto red. Sakiewiczowi zwrócić uwagę, że to prezydent Wałęsa wpinał w klapę symbole maryjne, a Radia Maryja nie lubi go z pewnością bardziej od prezydenta Kaczyńskiego. Teraz po tym dwugłosie redaktorów "ND" i "GP" tylko czekać kiedy głos w rzeczonej kwestii zabierze niezastąpiony abp. Życiński, specjalizujący się w teologii zapomnienia, który akurat był chwilowo zajęty rozważaniami nad cierpieniem kolejnego ujawnionego agenta-duchownego, które to rozważania "GW" zatytułowała bardzo wymownym zawołaniem lubelskiego arcybiskupa: "Trzeba bronić ks. Koprowskiego" Skoro trzeba bronić - to czy nie lepiej od razu napisać jakiś list otwarty do papieża ze skargą na IPN, może i pielęgniarki podłączyłyby się ze swoimi skargami na premiera, a może i pan prezydent poskarżyłby się na Joaninę...?
    Jak zwykle oryginalny pozostał jedynie prałat Jankowski, który nie tylko że rozwija swoje talenty biznesowe, ale także zamiast zawracać głowę watykańskim kurialistom - nawiązuje kontakty z Melem Gibsonem, przekonując słynnego aktora i reżysera, że najlepszym scenariuszem na film byłby właśnie życiorys prałata - a najlepszym wykonawcą głównej roli sam prałat Jankowski. Widać, że po premierze filmu "Strajk - bohaterka z Gdańska" opartym na życiorysie Anny Walentynowicz, także inni słynni gdańszczanie zatęsknili za karierą filmową. Czekamy więc na "Braveheart II" z prałatem Jankowskim w roli głównej będącej syntezą Williama Walace'a i Mateusza Birkuta.

    Krzysztof Mazur

    Publicystyka Krzysztofa Mazura na ASME


    Jan Ptasiński - wiceminister bezpieczeństwa za Oceanem? - Tadeusz M. Płużański Wysłane wtorek, 3, lipca 2007 przez Krzysztof Pawlak

    Jana Ptasińskiego do bezpieki skierowała komunistyczna partia, której zaufanym działaczem był od 1943 r. Zasłużoną funkcję wiceszefa Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego pełnił przez dwa lata - od 5 grudnia 1952 do 9 grudnia 1954. Dbał o właściwą świadomość klasową ubeckich szeregów, tropił wrogów - wewnętrznych i zewnętrznych. Do niedawna mieszkał w Warszawie. Gdzie się teraz podziewa?

    Po rozwiązaniu MBP Jana Ptasińskiego przeniesiono do powstałego na jego miejsce Komitetu ds. Bezpieczeństwa Publicznego przy Radzie Ministrów. Tam też nadzorował - z ramienia PZPR - ubeckie szeregi. Funkcję wiceprzewodniczącego owego komitetu sprawował również przez dwa lata - od 12 grudnia 1954 do 12 grudnia 1956 r. Znów był zastępcą, ale - tak jak w MBP - jakże wpływowym.

    W Alejach Ujazdowskich

    W polskiej "wikipedii", na końcu krótkiego biogramu Ptasińskiego, znalazłem informację: "mieszka w USA". Informację o tyle dziwną, że od lat ten były wiceminister bezpieki mieszkał w Warszawie. Jeszcze niedawno działał aktywnie - jako dawny utrwalacz "ludowej" władzy - w Związku Kombatantów RP, czyli dawnym ZBoWiD-zie (w III RP odebrano mu kombatanckie uprawnienia). Kilka lat temu udało mi się nawet namówić go na spotkanie w warszawskiej centrali owego związku w Alejach Ujazdowskich 6 (vis a vis Ambasady Amerykańskiej). Pod pretekstem zbierania informacji o ucieczce na Zachód wicedyrektora Departamentu X Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, płk. Józefa Światły, chciałem namówić go na ubecką spowiedź. Ptasiński o sobie mówić jednak nie chciał. Na koniec ogólnikowej rozmowy wręczył mi ksero fragmentów swoich niepublikowanych wspomnień (nic ciekawego, głównie opis stanowisk jego kolegów z bezpieczeństwa, co już wówczas można było znaleźć w wielu książkach) i namawiał do czytania "Głosu Kombatanta Armii Ludowej", w którym - z racji swojej partyzanckiej przeszłości - miał pisywać. Podczas niespełna godzinnego spotkania Jan Ptasiński - dobrze trzymający się starszy pan - wyglądał na pewnego siebie - jakby wiedział, że nawet w wolnej Polsce włos mu z głowy nie spadnie. Czy w końcu jednak przestraszył się i uciekł za Ocean?

    Spod znaku Sierpa i Młota

    Po rozmowie z ubekiem sięgnąłem po "Głos Kombatanta AL" - Biuletyn Rady Krajowej Żołnierzy Armii Ludowej. Artykuły Ptasińskiego były niemal w każdym numerze. W jednym (1998 r.) napisał: "Solidna robota, mawiał mój majster przedwojenny, polega nie tylko na rzetelnym jej wykonaniu, ale także, a może przede wszystkim na wykończeniu. Musi ona przyciągać nie tylko oko. Fuszerka zawsze wyjdzie na wierzch". Tekst, który był polemiką z "kłamstwami prawicowych historyków" - Marka Chodakiewicza, Piotra Gontarczyka i Leszka Żebrowskiego, okraszał również cytatami z Andrzeja Frycza-Modrzewskiego i Cypriana Norwida.
    Jan Ptasiński, z zawodu murarz, urodził się 21 kwietnia 1921 r., jako syn Wincentego. Swój trwający do dziś romans z komunizmem rozpoczął w czasie wojny od "ludowej" partyzantki (tak samo jak opisywany w poprzednim numerze "Gazety Polskiej" płk bezpieki Ryszard Nazarewicz).
    Po ponad 10 latach, podczas narady kierownictwa MBP w listopadzie 1954 r. (na krótko przed rozwiązaniem resortu, kiedy władze wiedziały już, że Światło - sam obciążony zbrodniami stalinizmu - wybrał wolność w USA) Ptasiński mówił: "Nasz aparat stoczył wiele zwycięskich walk z bandami, jak też na »cichym froncie«. Duży jest wkład aparatu w dzieło utrwalania władzy ludowej. Te osiągnięcia zawdzięczamy mądremu kierownictwu naszej Partii".
    To właśnie "Partii" zawdzięczał całą swoją karierę. Podczas niemieckiej okupacji związał się z komunistyczną organizacją "Sierp i Młot" w Płońsku. Na jesieni 1943 r. został, w tym samym Płońsku, powiatowym sekretarzem PPR. Używał pseudonimów "Wiarus", "Ksiądz" i "Śmieszny". Dwa lata później, zdaniem historyków, uczestniczył w porwaniu i zamordowaniu działacza PSL Wacława Milczarczyka. Tę sprawę należałoby do końca wyjaśnić.

    "Przypadkowo" w Moskwie

    Z PPR Ptasiński płynnie przeszedł do PZPR, gdzie pełnił szereg eksponowanych funkcji. Był m.in. sekretarzem KW PZPR - najpierw w Rzeszowie, potem w Łodzi i Bydgoszczy, a na końcu w Gdańsku (tę ostatnią funkcję pełnił w latach 1960 - 1967).
    Zaufanemu towarzyszowi i doświadczonemu bezpieczniakowi partia wyznaczała odpowiedzialne zadania, kierując na najtrudniejsze odcinki walki z "kontrrewolucją". Kiedy w czerwcu 1956 r. wybuchło poznańskie powstanie, Ptasiński "przypadkowo" znalazł się w Moskwie. Historycy przypuszczają, że w porozumieniu z Rosjanami, a może nawet z ich polecenia nadzorował przeprowadzanie pacyfikacji w Polsce. Sowiecki wariant "pomocy" dla bratniej partii w przełomowych dla władz PRL-u momentach realizował też później...
    Prócz pracy "na odcinku bezpieczeństwa" Ptasiński miał też niemały wpływ na inną siłową "służbę" - Milicję Obywatelską, choć - tradycyjnie - nie był na samym świeczniku. W latach 1956 - 1960 pełnił funkcję zastępcy komendanta głównego MO.

    Przyjaciel Moczara, piewca Gomułki

    W styczniu 1968 r. Ptasiński ponownie pojechał do Moskwy, tym razem na dłużej. W stolicy Kraju Rad objął stanowisko ambasadora PRL. Jerzy Eisler w książce "Marzec 1968" napisał: "W obliczu ostrej walki frakcyjnej w PZPR trudno nie docenić znaczenia tej nominacji dla Moczara i jego grupy". Były wiceminister bezpieki jest bowiem zaliczany do jednego z przywódców antysemickiej frakcji Mieczysława Moczara. Sam przyznawał, że z tow. "Mietkiem" pozostawał "w bliskich stosunkach przyjacielskich aż do dnia jego śmierci". Rola Ptasińskiego w marcu ’68 mogła być podobna do tej, jaką odegrał podczas poznańskiego czerwca ’56. Potwierdzałoby to tezę, że te antysemickie wydarzenia w Polsce też były sterowane z Moskwy. Ambasadorem w Moskwie Ptasiński był do lipca 1971 r. Prócz innych funkcji partyjno-państwowych, w latach 1961 - 1965 zasiadał w sejmowych ławach, jako PRL-owski poseł.
    Prócz Mieczysława Moczara, wzorem dla niego był również Władysław Gomułka. Później, gdy Ptasiński zajął się pisarstwem (podobnie jak Ryszard Nazarewicz, to widać częsta praktyka u ubeków), wiele artykułów poświęcił towarzyszowi "Wiesławowi", wychwalając jego "polską drogę do socjalizmu". O swoim idolu napisał nawet książkę: "Pierwszy z trzech zwrotów, czyli rzecz o Władysławie Gomułce" (Warszawa 1983). Peany na jego cześć do niedawna drukował też we wspomnianym "Głosie Kombatanta AL". Oto próbka możliwości tego murarza-literata z 2002 r.: "Aresztowany przez własnych towarzyszy, trzymany w ścisłej izolacji, oskarżany o zdradę interesów partii, którą współtworzył i przez okres 5 lat w okresie jej 7-letniego istnienia i działania stał na jej czele (a był to okres najtrudniejszy w jego działaniu), a zarazem oskarżany o zdradę główną wobec państwa i narodu. Nie dał się jednak złamać, a używając słów Juliana Marchlewskiego, powiedzieć trzeba o nim: »Twardy był człowiek i twardy miał żywot. (...) Proletariuszem był. Z tych robociarzy polskich, których żadna moc nie złamie« (słowami tymi Marchlewski charakteryzował Marcina Kasprzaka). Gomułka mawiał o tym okresie "Sam obroniłem swoją głowę". I to jest święta prawda".
    Miłość Ptasińskiego była jednak nieodwzajemniona, gdyż w czasie, kiedy Gomułka siedział w więzieniu, wsadzony przez bezpiekę za "odchylenie prawicowo-nacjonalistyczne", Ptasiński był wiceszefem MBP.
    W swoich książkach i artykułach Jan Ptasiński (czasem pod pseudonimem Leszek Sławomirski; czyżby czegoś się jednak obawiał, np. wizyty prokuratora IPN?) opisywał też trudne początki "ludowej" władzy i wychwalał wielkie wyczyny "ludowej" partyzantki.

    "Kłamać byle śmiało"

    Z jednym z tekstów Ptasińskiego, opluwającym Hieronima Dekutowskiego "Zaporę" (dowódcę Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość na Lubelszczyźnie) i jego żołnierzy ("Trybuna Ludu, 8 marca 1989 r.) polemizował na łamach "Przeglądu Tygodniowego" Władysław Siła-Nowicki, inspektor WiN w Lubelskiem (jak łatwo się przekonać, polemika jest bardzo łagodna ze względu na niepewną jeszcze sytuację polityczną): "Janowi Ptasińskiemu jako wiceministrowi Bezpieczeństwa Publicznego chyba jest wiadome, że oddziały urzędu bezpieczeństwa, milicji i wojska bynajmniej nie były bierne w stosunku do działającej w terenie partyzantki, zwalczając ją w sposób bezwzględny. Wiadomości zaś o okrutnym zamordowaniu sióstr Janiny i Sabiny Gajewskich za popieranie władzy ludowej - wyrywaniu włosów, obcinaniu języków i uszu - są po prostu całkowicie nieprawdziwe. (...) Dziś, po 40-tu latach można podawać takie fakty chyba jedynie w myśl maksymy Voltaire’a - »kłamać byle śmiało, zawsze coś zostanie« [wiele kłamstw funkcjonuje niestety do dziś - TMP.]". Siła-Nowicki prowadził z resortem Ptasińskiego rozmowy o ujawnieniu oddziałów "Zapory", które zakończyły się wyłapaniem i zamordowaniem wielu żołnierzy Dekutowskiego, w tym samego "Zapory".

    ****

    Gdzie jest dziś Jan Ptasiński? Czy dawny partyzant, ubek i milicjant, potem poseł i ambasador, w końcu działacz kombatancki, pisarz i publicysta, rzeczywiście - wzorem swojego dawnego kolegi Józefa Światły - uciekł przed odpowiedzialnością do USA?

    Tadeusz M. Płużański

    Publicystyka Tadeusza M. Płużańskiego na ASME.


    Biedna ofiara PRL i III RP - Antoni Zambrowski Wysłane wtorek, 3, lipca 2007 przez Krzysztof Pawlak

    Zmarła przed dwoma laty działaczka "S" z Jeleniej Góry nie doczekała się moralnej satysfakcji i zadośćuczynienia za prześladowania w stanie wojennym.

    Panią mgr Danielę Brodnicką-Bawińską poznałem jako dziennikarz "Tygodnika Solidarność", kiedy przejąłem pilotowanie jej sprawy, zlecone red. Andrzejowi Gelbergowi z działu związkowego przez redaktora naczelnego Jarosława Kaczyńskiego. Później Jarosław Kaczyński odszedł z naszego tygodnika do Kancelarii Prezydenta RP Lecha Wałęsy, zaś redaktorem naczelnym został z nominacji przewodniczącego związku "S" Mariana Krzaklewskiego właśnie Andrzej Gelberg. On też powierzył mi swe obowiązki dotyczące pani Danieli.

    Złotousta działaczka "S"

    Wcześniej była ona mianowaną nauczycielką historii w Zespole Szkół Rolniczych w Jeleniej Górze i w czasie solidarnościowego karnawału zasłynęła w swym mieście jako płomienna i złotousta obrończyni spraw pracowniczych. Gdy nadszedł stan wojenny, podpadła za to pełnomocnikowi WRON-y, pułkownikowi Tadeuszowi Jemiole, który kazał usunąć ją ze szkoły, by "nie bałamuciła młodzieży". Jak opowiadano, najbardziej naraziła się ona dwom oficerom LWP - pułkownikom Bukowskiemu i Strychalskiemu, wizytującym służbowo jej skromne mieszkanie, gdyż na ścianie - o zgrozo! - wisiały katolicki krucyfiks oraz portret marszałka Józefa Piłsudskiego. Stwierdzili więc autorytatywnie w imieniu WRON-y, że osoba o mesjanistycznym światopoglądzie, w dodatku wyznająca tak wrogie poglądy polityczne nie może pracować w socjalistycznej szkole. A że w dodatku przeziębiła się podczas surowej zimy 1982 roku i długo chorowała, władze zmusiły leczącą ją lekarkę, by wypisała dokument stwierdzający, iż pani Daniela jest chora na otwartą gruźlicę i nie może mieć kontaktu z młodzieżą. W zasadzie należało ją wysłać na leczenie do sanatorium, ale władze szkolne oraz pełnomocnik WRON dobrze wiedzieli, że pani Danieli gruźlica nie zagraża, więc wyrzucili ją na bruk. Pozostawili ją na utrzymaniu męża - Anatola Bawińskiego, nauczyciela wychowania fizycznego. Pani Daniela była osobą energiczną, w obronie praworządności dotarła aż do Warszawy i uzyskała audiencję u ministra rolnictwa Wojteckiego jako zwierzchnika Zespołu Szkół Rolniczych. Niestety, decyzje w jej sprawie pozostawały w gestii SB, toteż przyrzeczenia ministra, że przywróci sprawiedliwość, pozostały nie urzeczywistnione. I tak trwało do "okrągłego stołu" w 1989 roku i zwycięstwa wyborczego "Solidarności". Ponieważ ustalono wówczas, że osoby wydalone z pracy za działalność związkową mogą wrócić na dawne stanowisko, zgłosiła się ona do swojej niegdyś szkoły i ku swemu zdumieniu dowiedziała, że jej ten przepis nie dotyczy. Wszak nie wyrzucono jej z pracy za działalność związkową, lecz jedynie zawieszono w obowiązkach ze względu na otwartą gruźlicę. Zaczęła więc obijać progi w urzędach podlegających nowemu solidarnościowemu premierowi Tadeuszowi Mazowieckiemu, ale wbrew jej oczekiwaniom urzędnicy nie umieli jej pomóc.

    Strajk głodowy w siedzibie mazowieckiej "S"

    Wówczas na zaproszenie przewodniczącego Zarządu Regionalnego NSZZ "Solidarność" Mazowsza Michała Boni i przy poparciu jego zastępcy Macieja Jankowskiego zajęła ona mały pokoik na wysokim parterze w nowej siedzibie Zarządu Regionu Mazowsze przy Alejach Ujazdowskich i ogłosiła głodówkę protestacyjną, domagając się przywrócenia do pracy. Stało się tak dokładnie w 10. rocznicę podpisania porozumień sierpniowych. Wszyscy byli przekonani, że ten protest długo nie potrwa, gdyż jej racje są nazbyt ewidentne. W rzeczywistości strajk głodowy trwał 72 dni i red. Andrzej Gelberg pytał na łamach "Tygodnika Solidarność", czy władze czekają, aż ona sobie umrze. Na szczęście przewodniczący związku "S" Lech Wałęsa zgłosił swą kandydaturę na stanowisko prezydenta RP. Zaapelował do pani Danieli, by zachowała swe cenne życie dla związku i kraju, a on jako prezydent przyczyni się do załatwienia jej problemów. Pani Daniela głodówkę przerwała, ale zarazem oświadczyła, iż jest to jedynie jej zawieszenie i że nie opuści siedziby Zarządu Regionu aż do zwycięstwa. Okazało się, że była przewidująca, gdyż prezydent Wałęsa wykręcił się ze swych obietnic sianem. Lepiej postąpił jego następca na stanowisku przewodniczącego związku "S" Marian Krzaklewski, który ogłosił, iż związek jest stroną w tej sprawie i wystąpił w imieniu pani Danieli do sądu pracy o przywrócenie jej do szkoły.

    Sądy bronią komunistycznego bezprawia

    Jako dziennikarz Tygodnika "S", towarzyszyłem pełnomocnikowi Komisji Krajowej, mec. Stanisławowi Sikorze w kolejnych rozprawach sądowych, przegrywanych przez nas wobec postawy postkomunistycznych sędziów, odrzucających prawdę o komunistycznym bezprawiu. Wtedy przekonałem się, czym jest tzw. wymiar sprawiedliwości w III RP. Zarówno Rejonowy Sąd Pracy w Jeleniej Górze, jak i Wojewódzki Sąd Pracy we Wrocławiu oddaliły jej powództwo pod pozorem, iż pani Daniela była sama sobie winna, gdyż nie zgłosiła się we właściwym czasie na Komisję Zdrowia w Jeleniej Górze. Dopiero Sąd Najwyższy uznał panią Danielę za ofiarę stanu wojennego i anulując wyroki poprzednich instancji, przywrócił ją do pracy w jej szkole. Niestety, nawet Sąd Najwyższy nie mógł spełnić słusznych postulatów pani Danieli, których urzeczywistnienie przyrzekł jej przew. Marian Krzaklewski. A przyrzekł jej: tryumfalny powrót do dawnej szkoły, odpowiednie odszkodowanie materialne za długie lata biedowania bez pracy oraz ukaranie winnych. To ostatnie nie było łatwe, gdyż awansowany na generała Tadeusz Jemioło był już w tym czasie komendantem Akademii Obrony Narodowej w Rembertowie pod Warszawą. Stanowisko nauczyciela historii w Zespole Szkól Rolniczych zajmowała od lat inna - Bogu ducha winna - osoba. W tych warunkach pani Daniela zażądała, by przywrócił ją do pracy w trybie administracyjnym urzędujący minister rolnictwa. Powoływała się na okoliczność, że w takim trybie została z pracy usunięta. W tym czasie właśnie został powołany rząd premiera Jana Olszewskiego i jego minister rolnictwa Gabriel Janowski był skłonny wykonać ten gest sprawiedliwości i satysfakcji. Aliści prezydent Lech Wałęsa, zagrożony przez złożoną w Sejmie przez min. Antoniego Macierewicza listą domniemanych TW na stanowiskach państwowych, ów rząd obalił, wkrótce potem rozwiązał Sejm i ogłosił nowe wybory, które wygrali postkomuniści. Pani Daniela została na lodzie, a raczej w małym pokoiku na parterze siedziby Zarządu Regionu.

    Następne lata protestu

    Trzeba przyznać, że postkomuniści również składali oferty pani Danieli. Posłanka Izabela Sierakowska nawiedziła ją parokrotnie, proponując załatwienie jej sprawy za powrót z "Solidarności" do Związku Nauczycielstwa Polskiego. Pani Daniela propozycję tę jednak odrzuciła. A miała prawo obrazić się na swój związek, gdyż stosunki jej z nowym kierownictwem Zarządu Regionu, z hutnikiem Gąsiorowskim na czele, bardzo się zaostrzyły. Uciążliwa lokatorka po wielu latach protestacyjnego pobytu w siedzibie związku wielu działaczom działała na nerwy i nawzajem.
    W 1998 roku Zarząd Regionu sprzedał swą siedzibę innemu właścicielowi, więc wiceprzewodniczący Aleksander Piwoński, powiadamiając ją o tym, zażądał, by zwolniła swój pokój. Gdy odmówiła, w jesienny poranek 16 września 1998 r. młodzi pracownicy Zarządu Regionu wynieśli ją z jej pokoju w nocnej koszuli na mokrą od deszczu ławkę na podwórku i tam ją pozostawili. Wrócić po swoje rzeczy jej nie dano, straciła więc w jednej chwili cały swój dobytek i pieniądze.
    Dobrzy ludzie wspomagający ją przez te lata przynieśli jej inne ubrania, pościel i nawet duży namiot turystyczny. Gdy trwała nadal w swym namiocie, korzystając z nadejścia zimy, ci sami szefowie Zarządu Regionu pod pozorem troski o jej zdrowie wezwali policję i pogotowie. Zabrano ją przemocą w piątek 4 grudnia 1998 r. do Lecznicy Psychiatrycznej przy ul. Nowowiejskiej. Cały jej dobytek zgromadzony ponownie w namiocie znowu zaginął. Ze szpitala zabrał ją 7 grudnia prawowity małżonek najpierw do mieszkania zaprzyjaźnionej z nią pani Barbary Błasińskiej, a następnie do domu w Jeleniej Górze. Widywałem ją jeszcze kilkakrotnie w Warszawie, ale później straciłem kontakt, ponieważ nie mieli w domu telefonu.
    Żadna z gazet nie chciała już więcej o niej pisać. Cały jej protest okazał się daremny. Od wspólnych znajomych słyszałem, że jest poważnie chora. Żyła w nędzy, na utrzymaniu męża. Nie stać ich było na porządne leczenie ani nawet na podstawowe leki. A ostatnio od pani Barbary Błasińskiej dowiedziałem się, że Anatol Bawiński przyjechał do niej do Warszawy po pozostawione niegdyś rzeczy i powiedział, że Daniela nie żyje. Zmarła w nędzy i opuszczeniu w kwietniu 2005 roku, tuż po śmierci naszego papieża. Nie jest to niestety jedyny znany mi przypadek bezdusznego potraktowania w III RP ludzi zasłużonych dla "Solidarności". Znacznie lepiej się wiedzie dziś ludziom, którzy "Solidarność" zwalczali.

    Antoni Zambrowski

    Artykuł pierwotnie opublikowany w tygodniku "Gazeta Polska"

    Zostań donatorem naszych publicystów:
    Jeśli satysfakcjonuje Cię publicystyka Antoniego Zambrowskiego - możesz wesprzeć Naszego Autora datkiem.
    Konto:
    61 1240 1040 1111 0010 0042 5486
    Bank PeKaO SA III O. w Warszawie
    SWIFT/BIC - PKOPPLPW



    Publicystyka Antoniego Zambrowskiego na ASME


    Warto, by premier Jarosław Kaczyński dostrzegł też szatana korupcji we własnych szeregach - Łukasz Perzyna o coraz bardziej wątpliwej jakości etycznej postaw biurokratów PiS Wysłane wtorek, 3, lipca 2007 przez Krzysztof Pawlak

    | Pobierz |







    Warto, by premier Jarosław Kaczyński dostrzegł też szatana korupcji we własnych szeregach - Łukasz Perzyna o coraz bardziej wątpliwej jakości etycznej postaw biurokratów PiS
    Wysłane wtorek, 3, lipca 2007 przez Krzysztof Pawlak

    "Nie dalej jak w ostatni weekend Jarosław Kaczyński mówiąc o klimacie towarzyszącym protestom społecznym w Polsce, tym razem dość specyficznym, bo przecież zwróconym przeciwko władzy wybranej głosami tych ludzi, którzy dzisiaj rozbijają miasteczko namiotowe przed kancelarią premiera, użył nawiązującej do literatury romantycznej formuły o tym szatanie, który był czynny przy tej właśnie okazji. Można powiedzieć, że jeśli Jarosław Kaczyński jest wytrawnym politykiem i znakomitym wizjonerem - to teologiem jest bez wątpienia dużo gorszym, podobnie jak Konrad Ujejski nie był najwyższej jakości poetą" - Łukasz Perzyna, publicysta "Tygodnika Solidarność" i naszej witryny ASME, komentuje najnowsze ekwilibrystyki słownej i lawiracje czołowego przedstawiciela partii "składającej hołd dla idei socjaldemokratycznych", jak to odważnie przed naszymi kamerami ujawnił poseł Jacek Kurski.

    Obecna władza chce przetrzymać najnowszy kryzys - poczekać, aż "miasteczko namiotowe" samo się zwinie sprzed okien kancelarii premiera. Tym razem "zaraza zapanowała w Grenadzie" zaraz następnego dnia, bo oto właśnie dzień później zostali aresztowani przy okazji wręczenia kontrolowanej oferty korupcyjnej dyrektorzy Centralnego Ośrodka Sportu, będący nominatami i kolegami PiS-owskiego ministra sportu Tomasza Lipca. Z nim samym ekipa rządząca ma już pewien problem od dłuższego czasu, gdy po raz pierwszy w mediach rozeszły się plotki o mało sportowym zachowywaniu się na arenach wyczynowych tego niezbyt doniosłego byłego sportowca. Populizm i Socjalizm (etykietka nadana przez ASME już przed 4 laty) ma cały czas krótką ławkę przy doborze swoich przedstawicieli do miejsc w administracji centralnej. Minister Lipiec pochodzi z kręgu tzw. młodych wilczków z okresu "prezydencko-warszawskiego" Lecha Kaczyńskiego i obecnego środowiska PiS. Jaka będzie przyszłość Tomasza Lipca? Wszystko wskazuje, że już nie ministerialna - zastanawia się Łukasz Perzyna.
    Bracia Kaczyńscy kiedyś obiecywali "tanie państwo", podczas gdy teraz proponują kolejne miniministerstwo dla potrzeby doglądania projektu organizacji mistrzostw Euro 2012, ale to już nie minister Lipiec będzie jego szefem...
    Jeszcze nie ma stadionu narodowego - a już pojawiła się z nim związana korupcja, i to wśród "jedynie uczciwych" przedstawicieli PiS, bo wręczone kontrolowane 60 tys. złotych było pierwszą "ratą" za wynajęcie hali warszawskiego Torwaru, a przy okazji wyszło na jaw, że miały powstać spółki obsługujące będący dopiero w formie projektu warszawski stadion narodowy pomyślany na miejscu Stadionu X-lecia PRL. To chyba jakaś ezoteryczna emanacja murszejącej betonowej skorupy sztandarowej budowli Centralnego Ośrodka Sportu tej sowieckiej, marionetkowej struktury quasi-państwowej ujawniła przyzwyczajenie do korupcyjnych zachowań TAKŻE i wśród przedstawicieli ugrupowania Prawo i Sprawiedliwość...
    Szatan najwyraźniej dobrze się czuje w szeregach Populizmu i Socjalizmu, ciekawe, co zrobi z tym faktem premier i wizjoner, choć kiepski teolog Jarosław Kaczyński? - stawia pytanie Łukasz Perzyna.

    Nagranie trwa ponad 12 minut, jest dostępne w Sieci do 17 VII 2007 r. W Klubie TV ASME - wersja o dobrej jakości.




    Dziadostwa ci u nas dostatek - Janusz Sanocki Wysłane poniedziałek, 2, lipca 2007 przez Krzysztof Pawlak

    Jak się okazuje, konflikt między rodzinami Giertychów i Kuroniów sięga kilku pokoleń wstecz. Maciej Giertych przypomniał, że przodek Jacka Kuronia - Władysław na czele bojówki Polskiej Partii Socjalistycznej obrabował fabrykę dziadka Macieja Giertycha, co w konsekwencji stało się przyczyną bankructwa przodka uniodeputowanego. Jak widać, historyczne konsekwencje różnych wydarzeń są często daleko idące. Jeśli ród Kuroniów nie wymrze (a patrząc na Macieja Kuronia, można się o to niepokoić), to za kolejne sto lat praprawnuczki obu rodów, kłócąc się na forum Parlamentu Wszechgalaktycznego, wypomną sobie winy dziadków.

    Z drugiej strony, wspomnienie historycznego konfliktu jest pozytywnym objawem tradycji rodzinnej. Okazuje się wszakże, że tradycja kultywowana jest nie tylko w rodzinach katolickich (Giertych), ale też w socjalistycznej na wskroś rodzinie Kuroniów.
    Skoro tak mocne są konflikty rodzinne to, co dopiero mówić o sporach między narodami. Polski rząd zabiega właśnie o to, by władze Republiki Federalnej Niemiec uznały, iż roszczenia zwrotu majątków wysuwane przez Niemców wobec Polski są bezprawne. Rząd niemiecki sprytnie odpowiada, że roszczeń Pruskiego Powiernictwa nie popiera, ale odcinać też się nie zamierza. W efekcie może się zdarzyć, że Polacy będą zmuszani oddawać majątki na Ziemiach Zachodnich nie państwu niemieckiemu, ale poszczególnym Niemcom. Właśnie Powiernictwo Pruskie pozwało rząd polski do Strasburga i jak wygra, to posypią się pozwy jak lawina. Już dziś polskie sądy w Olsztyńskiem zasądzają zwroty majątków na rzecz osób, które wyjechały w latach 70. Zagrożenie zatem okazało się realne pomimo niegdysiejszych zapewnień takich tuzów polskiej dyplomacji, jak Tadeusz Mazowiecki, Bronisław Geremek czy Krzysztof Skubiszewski. Tak na marginesie to, kto jeszcze pamięta tego wybitnego męża stanu jak Skubiszewski? A kto pamięta Jana Krzysztofa Bieleckiego, Henryka Goryszewskiego, Hannę Suchocką, Marka Belkę? Wszyscy ci - wybitni swego czasu ludzie - po okresie swojego premierowania czy ministrowania zapadają w głuchą niepamięć. Jedynie prokurator czasem wyciąga któregoś z nich - jeśli jest ku temu powód.
    Wszyscy ci - pożal się Boże - politycy okazują się wyjętymi z kapelusza króliczkami. Swoją pozycję zdobywają nie dzięki zasługom osobistym, własnemu dorobkowi, oparciu społecznemu. W pewnym momencie przypadkowe okoliczności wyrzucają ich na świecznik, gdzie przez krótką chwile brylują, świecąc nie swoim blaskiem, a potem zapadają w niepamięć.
    Czy można się dziwić, że te - najczęściej przypadkowe osoby - narobiły w polityce polskiej masę błędów i że dopiero po 17 latach od podpisania umowy polsko-niemieckiej okazuje się, że nie zabezpiecza ona naszych interesów?
    Dotykamy tu znów kwestii sposobu, w jaki wyłaniane są polityczne elity kraju. Wszystkie błędy ostatnich kilkunastu lat wynikają ze słabości tych elit. A ta z kolei jest prostym wynikiem absurdalnego systemu wyborów partyjnych, wypychających na powierzchnię partyjne wydmuszki wedle uznania wodza rządzącej akurat formacji. Czasem w jakichś wycinkowych sprawach wódz może mieć dobrą koncepcję i coś mu się może udać, ale generalnie metoda jest samobójcza i prowadzi do wyjałowienia polskiej polityki. W końcu zostaje w niej tylko kilku baronów i ich wierni słudzy.
    Mija 18 lat od upadku komunizmu, a wyjałowiona partyjnie gleba nie wydała żadnych nowych, znaczących postaci polskiej polityki. Nic więc dziwnego, że istotne okazuje się, że dziadziuś gościa z jednego obozu politycznego podbił sto lat temu oko pradziadziusiowi dzisiejszemu konkurentowi. Śp. Jerzy Giedroyc mawiał, że Polską rządzą wciąż trumny Piłsudskiego i Dmowskiego. Jak się okazuje - miał rację z czego niespecjalnie należy się cieszyć.

    Nie muszę dodawać, że Jerzy Giedroyc był zdecydowanym zwolennikiem Jednomandatowych Okręgów Wyborczych, w odróżnieniu od tych, którym za program polityczny dla Polski na dziś wystarcza grzebanie w trumnach dziadków.

    Janusz Sanocki

  • Janusz Sanocki był burmistrzem Nysy, jest jednym z liderów Obywatelskiego Ruchu na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych.

    Witryna ASME Antysocjalistycznego Mazowsza jest najstarszym serwisem w Sieci - oprócz witryny tematycznej JOW - propagującym ideę JOW

    Walka z wychodkami - Stanisław Michalkiewicz Wysłane poniedziałek, 2, lipca 2007 przez Krzysztof Pawlak

    "Za strach, za smak upokorzenia zapłaci czelna mu hołota". Czyż nie w tym właśnie kierunku rozwija się propaganda zjednoczonej Europy przeciwko Polsce, że oto ośmieliła się nie siedzieć cicho i ochoczo się poświęcać, jak było zaplanowane, tylko spróbowała się postawić? Właściwie nawet nie postawić, tylko na użytek tubylczej opinii przysłonić listkiem figowym w postaci pierwiastkowego systemu liczenia głosów figę w postaci zgody na konstytucję Eurosojuza, ale i to zostało ocenione jako nadzwyczajne zuchwalstwo. Nie tylko zuchwalstwo, ale "nacjonalismus". Tak samo narzekał pewien mizantrop: "Ludzie to straszni egoiści; każdy myśli tylko o sobie. O mnie myślę ja jeden na całym świecie".

    Propaganda ta robi ogromne wrażenie na nadwiślańskich europejsach, którzy aż się zwijają ze wstydu ("ha, będą ze wstydu się wiły dziewki fabryczne, brzuchate kobyły, krzywych pędraków sromne nosicielki!") na myśl, że tacy na przykład Francuzi mogą uważać ich za nacjonalistów i ksenofobów. Większej hańby, jak wiadomo, być już nie może, stąd toczą baranim wzrokiem w kierunku Aleksandra Kwaśniewskiego. Jużci; za komuny było lepiej. Polska jęczała pod strasznym knutem Sowieckiego Sojuza, dzięki czemu najlepsza część narodu, którą bezlitosna junta generała Jaruzelskiego wypuszczała na Zachód, mogła drapować się tam w płaszcz Konrada, którym po powrocie na ojczyzny łono można było przykrywać różne wstydliwe zakątki, z tajną współpracą inclus. Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, bo oto uzyskaliśmy namacalny dowód, że najlepsza część narodu, a w każdym razie ta, która się za taką uważa, to banda przeraźliwych idiotów. "Gazeta Wyborcza" ogłosiła ludowy sondaż na temat, czy należało bronić pierwiastkowego systemu głosowania, czy nie. Aż 53 procent respondentów odpowiedziało, że owszem, trzeba było, jak najbardziej jego bronić, tego pierwiastkowego systemu, ale bez uciekania się do weta, tylko poprzez kompromis. Takie rzeczy 53 procent czytelników "Gazety Wyborczej" mówi zupełnie serio. Ach, po stokroć rację miał Pan Jezus mówiąc o takich, że "nie wiedzą, co czynią". Jakże mają wiedzieć, co czynią, skoro nawet nie wiedzą, co plotą?
    Tymczasem w Warszawie, a konkretnie wzdłuż Alei Ujazdowskich, od Belwederu w stronę Placu na Rozdrożu, mniej więcej w rejonie kancelarii premiera, pielęgniarki w towarzystwie obrońców praw człowieków urządziły piknik, nazwany "miasteczkiem namiotowym". Pretekstem do pikniku jest okoliczność, iż cztery ich koleżanki były "przetrzymywane" w gmachu kancelarii premiera. Wprawdzie premier i jego urzędnicy twierdzili, że kobiety te mogły w każdej chwili wyjść i nawet doradzali im zrobienie takiego kroku, ale one nie chciały nawet o tym słyszeć, bo jużci - status osoby "przetrzymywanej" jest z pewnością bardziej romantyczny. Widocznie jednak miały świadomość groteskowości tej sytuacji, bo postanowiły zaostrzyć protest, podejmując głodówkę. Czy tylko w przerwach między posiłkami, czy naprawdę - tego jeszcze nie wiemy, ale niewątpliwie ta głodówka miała na celu skłonienie premiera Kaczyńskiego nie tyle do "podjęcia rozmów", ale podjęcia ich właśnie w Kancelarii, a nie w "Centrum Dialogu Społecznego" (nawiasem mówiąc, nawet nie wiedziałem, że i w Polsce istnieje taka idiotyczna instytucja!). Byłem ogromnie zaciekawiony, czy premier Kaczyński podda się temu uczuciowemu szantażowi, czy też pozostanie odporny na te histerie, biorąc przykład z Małgorzaty baronessy Thatcher, w swoim czasie premierki Wielkiej Brytanii, ochrzczonej przez Sowieciarzy "Żelazną Damą". Otóż w roku 1981 grupa więźniów z IRA, odsiadująca wyroki za terroryzm, podjęła w więzieniu strajk głodowy, żeby ich wypuścić na wolność. Premier Thatcher zupełnie nie reagowała na te inicjatywy. W rezultacie dziewięciu więźniów zagłodziło się na śmierć, a pozostałym na ten widok wrócił apetyt i na tym strajk się zakończył. Na wyrazy oburzenia ówczesnych profesorów Rzeplińskich odpowiedziała nie bez słuszności, że każdy człowiek ma prawo odmówić przyjmowania posiłków, a państwo ma obowiązek taką decyzję uszanować. Jest to oczywiście podejście humanistyczne, w odróżnieniu od tak zwanego "humanitarnego", według którego głodującego człowieka należy karmić siłą, wtłaczając mu do żołądka pożywienie przy pomocy gumowego szlaucha. Miałem zatem nadzieję, że pielęgniarki, jeśli by naprawdę zaczęły głodować, nie byłyby karmione siłą, ale - że premier z powodu tego głodowania nie zacznie też z nimi rozmawiać. Kiedy na skutek antyrobotniczych zarządzeń kanclerza Bismarcka wybuchły w Prusach rozruchy, król czynił mu gorzkie wyrzuty. - Wie pan, czym to się skończy? Pod moimi oknami postawią dwie szubienice; jedną dla mnie, a drugą dla pana! - No i co dalej, Najjaśniejszy Panie - zapytał "żelazny kanclerz"? - Jak to co? Nic. Będziemy umarli - odparł zaskoczony król. - Umrzeć i tak kiedyś musimy, Najjaśniejszy Panie - odpowiedział Bismarck - ale to nie powód, żeby teraz robić głupstwa. Teraz też nie ma żadnego powodu, żeby robić głupstwa i pozwalać jednym grupom społecznym na ograbianie współobywateli za pośrednictwem rządu, zwłaszcza, że pod kancelarią premiera nie stoją żadne tam szubienice, tylko namioty i przenośne wychodki. Rząd, który przestraszyłby się wychodków, nie zasługuje nawet na splunięcie.
    Jak dotąd premier Kaczyński zachowuje się całkiem rozsądnie. Podobnie, jak premier Małgorzata Thatcher, która podczas potężnego strajku górników w roku 1984 wprawdzie zaleciła policji unikanie zbędnej przemocy i demonstracji siły, ale też nie ustąpiła Arturowi Scargilowi ani na krok i po roku położyła kres panoszeniu się związków zawodowych w Wielkiej Brytanii, zapoczątkowując w ten sposób gospodarcze odrodzenie tego kraju. Miejmy nadzieję, że strajk służby zdrowia zakończy się postawieniem 61 działających w Polsce central związkowych do kąta i zasadniczą zmianą ustawy o związkach zawodowych z 1991 roku, która jest prawdziwym pocałunkiem Almanzora, jaki PRL złożyła na czole III Rzeczypospolitej.

    Stanisław Michalkiewicz

    Publicystyka Stanisława Michalkiewicza na ASME i nagrania TV ASME