lipca 24, 2007 - sierpnia 8, 2007

Ważne jest, by pamiętać, kto jeszcze posiada armaty, a kto je bezpowrotnie stracił - Łukasz Perzyna o przyszłości polskiego parlamentaryzmu Wysłane środa, 8, sierpnia 2007 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |







Ważne jest, by pamiętać, kto jeszcze posiada armaty, a kto je bezpowrotnie stracił - Łukasz Perzyna o przyszłości polskiego parlamentaryzmu
Wysłane środa, 8, sierpnia 2007 przez Krzysztof Pawlak

"Przynajmniej część polityków w Polsce zrezygnowała z wakacji. Za to polska polityka in gremio - wyzbywa się istotnego atrybutu - powagi. No bo najpierw Jarosław Kaczyński, polityk znany z nie tylko tego, że z dumą podkreślał, że nie ma konta bankowego, ale również życia prywatnego, czyli m.in. urlopów, obwieszcza właśnie, że przerywa urlop, by oświadczyć, że jeśli koalicja się rozpadnie - to będzie wina Samoobrony. Dzień później Andrzej Lepper, współkoalicjant »ciężko chory« jak mówili jedni, »polityk z zagrożonym immunitetem«, jak mówili drudzy, obwieszcza, »strzelając z patyka", że tak naprawdę koalicja istnieć przestała, ale to w żaden sposób wina Samoobrony, a jej ministrowie oddają się »do dyspozycji premiera«. Problem w tym, że ustawa zasadnicza w żaden sposób nie uwzględnia czegoś takiego jak »oddanie się do dyspozycji«" - Łukasz Perzyna, publicysta "Tygodnika Solidarność" i naszej witryny ASME, komentuje wydarzenia z ostatnich dni występów wesołego teatrzyku parlamentarnego.

Straszny pomór padł w ostatnich dniach na zatrudnionych w posadach rządowych przedstawicieli Samoobrony, choć to przecież ludzie względnie młodzi, a nawet do niedawna hiperaktywni, pamiętając mnóstwo wyjazdów zagranicznych, a także takie spektakularne działania jak np. zatrudnienie specjalnej "montażystki wizażu" przez ministerkę Kalatę - na koszt ministerstwa, czyli tak naprawdę - podatników.
Jak się wydaje - Jarosław Kaczyński, zachowując dla siebie stanowisko głównego sprawcy wydarzeń politycznych w Polsce, z częścią nich jako ewidentnych prowokacji wymierzonych w koalicjantów, został na pozycji przewodniczącego kabaretu politycznych scen aktorskich. Pojawiła się za to nowa zmienna - kwestia subwencji, dotacji budżetowych dla ugrupowań, które mogą stracić właśnie PiS, a także post(?)komunistyczny Sojusz Lewicy Demokratycznej. A to może być bardzo bolesna nauczka dla mocno etatystycznego ugrupowania premiera, które właśnie dzięki tym "rządowym" subwencjom zdołało uzyskać sukces w ostatnich wyborach parlamentarnych i prezydenckich. Choć sojusznicy z chimerycznego związku zwanego LiS-em uważają, że ich wyniki w sondażach dostarczają im satysfakcji, to jednak ich były (?) koalicjant trzyma wszystkie sznurki w garści...

Nagranie trwa ponad 12 minut, jest dostępne w Sieci do 16 VIII 2007 r. W Klubie TV ASME - wersja o dobrej jakości.




Bohater Polski Podziemnej
Generał August Emil Fieldorf:
miejsce pogrzebania nieznane, mordercy nieosądzeni - Tadeusz M. Płużański
Wysłane środa, 8, sierpnia 2007 przez Krzysztof Pawlak

Inne artykuły Tadeusza M. Płużańskiego na ten temat:

Stalinizm trzyma się mocno

Mordercy generała Fieldorfa

Apelujemy do władz RP: Sprawdźmy wniosek byłej stalinowskiej prokurator o przyznanie brytyjskiego obywatelstwa
Czy Helena Wolińska-Brus musi być bezkarna?

4 lutego 1953 r. komuniści zamordowali gen. Augusta Emila Fieldorfa "Nila", żołnierza I Brygady Legionów, uczestnika wojny 1920 r., podczas niemieckiej okupacji szefa "Kedywu" Komendy Głównej Armii Krajowej, zastępcę ostatniego dowódcy AK, gen. Leopolda Okulickiego "Niedźwiadka".
Reprezentanci tego samego zbrodniczego systemu, którzy najpierw skazali na śmierć tego bohatera Polski Podziemnej, 4 lipca 1958 r., na fali "odwilży" zmienili swój stosunek do zgładzonego generała. Generalna Prokuratura postanowiła wówczas uznać, że nie było wystarczających dowodów, aby wydać wyrok na Fieldorfie. Specyficzne było to jednak uniewinnienie, gdyż polegało jedynie na... umorzeniu sprawy.


Niewiele zmieniło się progu wolnej Polski. 7 marca 1989 r. Prokurator Generalny dogorywającego właśnie PRL uznał, że generał Fieldorf "nie popełnił zarzucanych mu czynów". A zatem nie mordował radzieckich partyzantów i skoczków, "lewicowych podziemnych ugrupowań niepodległościowych" i nie współpracował z hitlerowcami podczas okupacji, co zarzucał mu kłamliwy stalinowski akt oskarżenia. Tego aktu też nie można przecież nazwać rehabilitacją, która skutkowałaby anulowaniem wyroku.
Do dziś nie wiadomo również, gdzie komuniści pogrzebali zmasakrowane ciało Augusta Emila Fieldorfa. Rodzinie generała, mimo wieloletnich poszukiwań, nie udało się tego ustalić. Nawet władze wolnej Polski - przez kilkanaście lat - nie zrobiły nic, aby ustalić prawdę. Odkłamywanie historii generała rozpoczęło się dopiero niedawno, w IV RP. 30 lipca 2006 r. prezydent Lech Kaczyński odznaczył pośmiertnie gen. Augusta Emila Fieldorfa Orderem Orła Białego. Rada Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa szuka obecnie, przy użyciu nowoczesnych technik komputerowych, doczesnych szczątek generała na warszawskim Służewcu, w miejscu, gdzie komuniści prawdopodobnie zakopali jego ciało po skrytobójczym mordzie.

OSTATNIA SZANSA
NA OSĄDZENIE MORDERCÓW


Nadal nie udało się także osądzić żadnego z odpowiedzialnych za śmierć gen. Fieldorfa. Śledztwo w sprawie mordu sądowego wszczęła w... 1992 r. (czyli 15 lat temu!!!) Główna Komisja Badania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu (poprzedniczka Instytutu Pamięci Narodowej). Część oprawców już wówczas nie żyła, a żyjących - z niewyjaśnionych do dziś powodów - nie osądzono.
Widząc opieszałość organów ścigania, sprawę wzięła w swoje ręce Maria Fieldorf-Czarska, wnosząc do sądu oskarżenie przeciwko mordercom ojca: "Kilka lat temu Sąd Okręgowy w Warszawie ostatecznie i bez możliwości odwołania umorzył sprawę, stwierdzając, że... zbrodniarze działali zgodnie z obowiązującym wówczas - stalinowskim - prawem. Rozprawa była tajna, dziennikarzy wyproszono. Kiedy zaprotestowałam, pani prokurator zagroziła, że oskarży mnie o obrazę majestatu sądu. W 1952 r. mordu sądowego na moim ojcu też dokonano za zamkniętymi drzwiami. Poczułam się, jakbym nadal żyła w tamtych strasznych czasach".
Za rządów AW"S" śledztwo w sprawie mordu sądowego na Fieldorfie, od prokuratury powszechnej, przejął nowo powstały IPN. Mimo wielokrotnych zapewnień jego przedstawicieli nie skutkowało ono wniesieniem aktów oskarżenia wobec winnych śmierci generała.
"IPN zajął się jedynie sprawą Heleny Wolińskiej, też ściganej na mój wniosek. Ta stalinowska prokuratorka najpierw - pod dyktando bezpieki - wydała nakaz aresztowania ojca, a potem bezprawnie go przedłużała. Teraz jednak mieszka w Oksfordzie, ma brytyjskie obywatelstwo i nic nie można jej zrobić. Dobrze, że chociaż poprzedni minister obrony narodowej Radosław Sikorski odebrał jej wysoką emeryturę mundurową" - mówi Maria Fieldorf-Czarska.
Kilka miesięcy temu Brytyjczycy nie zgodzili się na wydanie tej stalinowskiej zbrodniarki wymiarowi sprawiedliwości RP. Podali trzy powody odmowy ekstradycji. Po pierwsze: tzw. względy humanitarne, czyli wiek, stan zdrowia i sytuacja osobista podejrzanej. Po drugie - od popełnienia przestępstw minęło już ponad 50 lat. Po trzecie - "wystąpiły znaczne opóźnienia w prowadzenia sprawy", czyli, że Polska późno wystąpiła z wnioskiem o ekstradycję, bo dopiero po kilku latach od upadku komunizmu w naszym kraju.
Maria Fieldorf-Czarska nie traci jednak nadziei. Liczy na to, że nowe władze Instytutu Pamięci Narodowej pociągną do odpowiedzialności żyjących jeszcze morderców ojca - przynajmniej tych, żyjących w Polsce. To ostatnia szansa, aby postawić przed sądem oprawców legendarnego dowódcy Polskiego Państwa Podziemnego.

KAZIMIERZ GÓRSKI
I ALICJA GRAFF


O jakie osoby, winne śmierci generała, chodzi? Prócz Heleny Wolińskiej żyje sobie spokojnie - na warszawskim Mokotowie - emerytowany oficer śledczy Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, ppor. Kazimierz Górski. Kiedy 13 grudnia 1950 r., na rozkaz dyrektora Departamentu Śledczego MBP, płk. Józefa Goldberga-Różańskiego, "Nil" został osadzony w więzieniu przy ul. Rakowieckiej, śledztwo - za zgodą naczelnika Wydziału Śledczego MBP, ppłk. Ludwika Serkowskiego - przejął Górski. Intensywne przesłuchania (w sumie było ich 15) prowadził od 21 grudnia 1950 r. do 14 lipca 1951 r. Górski sporządził również wspomniany na wstępie kłamliwy akt oskarżenia przeciwko generałowi.
Górski nigdy nie stanął przed sądem. Kiedy kilka lat temu dał się namówić na krótką rozmowę telefoniczną, podkreślał, że ma kłopoty rodzinne i jest bardzo chory. Zaprzeczył, jakoby stosował jakikolwiek nacisk w śledztwie, spisywał jedynie zeznania Fieldorfa. Twierdził również, że charakter śledztwa nie zależał od niego, że wykonywał tylko rozkazy przełożonych. Na koniec wyraził żal, że musiał uczestniczyć w tej sprawie, gdyż generał był człowiekiem na wysokim poziomie, bardzo inteligentnym.
Nakaz wykonania wyroku śmierci na Fieldorfie podpisała prokuratorka Alicja Graff, wówczas wicedyrektorka Departamentu III Generalnej Prokuratury. W piśmie do naczelnika więzienia mokotowskiego prosiła "o wydanie niezbędnych zarządzeń do wykonania egzekucji". Jej mąż, Kazimierz Graff, też był funkcjonariuszem stalinowskiego systemu bezprawia. Ten przedwojenny absolwent prawa na UW, żołnierz Września, potem żołnierz Armii Czerwonej i LWP, po wojnie - pracując w wojskowej prokuraturze - oskarżał m.in. legendarnego dowódcę Konspiracyjnego Wojska Polskiego, kpt. Stanisława Sojczyńskiego "Warszyca", który został rozstrzelany 17 lutego 1947 r. Podobnie, jak w przypadku generała "Nila", był to mord sądowy. Podobnie, jak Kazimierz Górski, państwo Alicja i Kazimierz Graffowie mieszkają w Warszawie.

WITOLD GATNER:
WYOK WYKONANY


Alicja Graff mogła w ogóle nie widzieć generała. Widział go na pewno Witold Gatner, też stalinowski prokurator. Gatner nadzorował egzekucję, patrząc Fieldorfowi prosto w oczy. Dziś w ogóle nie zgadza się na rozmowę. Jeszcze niedawno był szefem zespołu radców prawnych w znanej firmie Agros. Pół wieku temu, razem z naczelnikiem więzienia Alojzym Grabickim i lekarzem więziennym Maksymilianem Kasztelańskim podpisał ostatnie zarządzenie w sprawie "Nila":
"O g. 15 doprowadzono skazanego Augusta Emila Fieldorfa na miejsce stracenia. Prokurator odczytał sentencję wyroku Sądu Najwyższego z dnia 20 października 1952 r. Wydziału IV Sądu Wojewódzkiego dla m. st. Warszawy z 16 kwietnia 52 r. oraz decyzję Rady Państwa z 3 lutego 53 r. o nieskorzystaniu z prawa łaski w stosunku do Augusta Emila Fieldorfa, po czym zarządził wykonanie wyroku. Wykonawca przystąpił do wykonania. Wyrok wykonano przez powieszenie [tak postępuje się z pospolitymi przestępcami - TMP]. Po stwierdzeniu zgonu przez lekarza więziennego Prokurator ogłosił, że wyrok został wykonany. Zakończono i podpisano o godz. 15.25".
Tego samego dnia przed południem Maria Fieldorf poszła do Generalnej Prokuratury, aby dowiedzieć się o los ojca. Usłyszała, że w sprawie nic się nie zmieniło.
Są też relacje, które mówią, że "Nil" został zabity w nie mniej okrutny sposób - strzałami w plecy podczas sprowadzania po piwnicznych schodach. Zbrodni miał dokonać funkcjonariusz służby więziennej "Poniatowszczak", nazywany tak przez więźniów z powodu okazałych bokobrodów. Inni więźniowie przypuszczają, że generała zakatowano, łamiąc mu kości, bo nie chciał wysłuchać wyroku na klęczkach.

JARUZELSKI
NIE POMÓGŁ


W wolnej Polsce oficjalnie obchodzimy uroczystości związane z życiem i śmiercią gen. Fieldorfa. Inaczej było w PRL. Rodzina musiała długo czekać na jakiekolwiek upamiętnienie generała. Dopiero w 1959 r. (rok po "uniewinnieniu" Fieldorfa) komunistyczne władze zgodziły się na postawienie symbolicznego grobu na warszawskim cmentarzu powązkowskim. Jednak na tablicy mogło znaleźć się tylko nazwisko i pseudonim konspiracyjny Fieldorfa.
Na początku lat 80. Janina Fieldorf wystąpiła do ówczesnego ministra obrony narodowej (a był nim Wojciech Jaruzelski) o ustalenie miejsca pochówku i zgodę na napis, informujący, kim był jej mąż i w jaki sposób zginął.
"Jaruzelski powiedział, że nie udało mu się odnaleźć miejsca spoczynku ojca. Musieliśmy zgodzić się na napis na symbolicznym grobie" - opowiada córka "Nila" Maria Fieldorf-Czarska.
Po 50 latach nadal nie wiadomo, dokąd wywieziono ciało generała i gdzie został pogrzebany, bo o pochówku nie można tu mówić. W taki sam, bestialski sposób Sowieci zza Buga postąpili z polskimi oficerami w Katyniu, po morderstwie wrzucając ich przecież nie do grobów, tylko do bezimiennych dołów śmierci.
Pół wieku to także - jak widać - za mało, aby ustalić, w jakich okolicznościach zginął gen. Fieldorf, czyli jak w majestacie stalinowskiego bezprawia został zamordowany przez komunistycznych siepaczy.

GDZIE LEŻY
GEN. FIELDORF?


Symboliczny grób generała nie jest jednak jedynym śladem na Powązkach. W księgach cmentarnych można znaleźć inny... grób z nazwiskiem Augusta Fieldorfa. Na marginesie ktoś zanotował: zezwolenie na pochowanie w kwaterze oficerskiej, rok 1972 i podpis - Główny Zarząd Polityczny. Szefem GZP był wówczas Jaruzelski.
"Oficerowie gabinetu ministra obrony powiedzieli mamie, że są pewne poszlaki, że grób »Nila« znajduje się na Powązkach" - przypomina sobie Maria Fieldorf-Czarska.
A może chodziło tylko o zmylenie śladu? Wskazany grób jest zaniedbany, nie ma na nim żadnej tablicy, nie wiadomo, czyje prochy kryje.
Rodzina przypuszcza, że ciało Fieldorfa zostało zakopane przez ubecję w Lesie Kabackim. Współwięźniowie z Mokotowa uważają z kolei, że generał spoczął na cmentarzu służewieckim - miejscu masowych pochówków ofiar stalinowskiego terroru. Z informacji, które uzyskałem po latach badania sprawy mordu sądowego na gen. Fieldorfie, wynika natomiast, że mógł zostać pogrzebany na Okęciu przy fosach. Ma tam spoczywać również rotmistrz Witold Pilecki i inne ofiary komunistycznych morderców. Ten ślad, podobnie, jak inne, też powinno się sprawdzić. Tego wymaga historyczna prawda i pamięć o narodowych bohaterach. To nasz obowiązek wobec przyszłych pokoleń.

Tadeusz M. Płużański

Publicystyka Tadeusza M. Płużańskiego na ASME.


Postawy wobec prawa wyborczego w świetle papieskich intencji - Jerzy Gieysztor Wysłane środa, 8, sierpnia 2007 przez Krzysztof Pawlak

"Aby wszyscy obywatele, zarówno indywidualnie, jak i zbiorowo mogli czynnie uczestniczyć w życiu publicznym i nim kierować" - taka jest modlitewna intencja ogólna Papieża Benedykta XVI na lipiec roku 2007. Jej aktualność z upływem lipca się nie kończy, ale w polskiej prasie katolickiej trudno znaleźć publikacje, zauważające znaczenie prawa wyborczego, jako wspierającego modlitwę sposobu realizacji wyrażonych w tej intencji oczekiwań (z pewnością nie tylko papieskich, np. w przywołującym papieską intencję na stronie 6. miesięczniku "POSŁANIEC" na lipiec 2007, wydawanym przez Ojców Jezuitów i poświęconym problematyce opisanej na okładce hasłami "katolik w życiu publicznym, dla wspólnego dobra, polityka i sumienie" - brak jakiegokolwiek odniesienia do prawa wyborczego). O ile bowiem możliwość czynnego uczestnictwa obywateli w życiu publicznym zależy od ich czynnego prawa wyborczego, czyli prawa do głosowania, to możliwość kierowania życiem publicznym - o co modli się Benedykt XVI - zależy od posiadania przez nich biernego prawa wyborczego, czyli prawa do kandydowania w wyborach. A właśnie tego biernego prawa wyborczego w wyborach do Sejmu RP pozbawia nas konsekwentnie dotychczasowa ordynacja wyborcza (wytł. ASME), nie zmienna co do zasady partyjnej reglamentacji kandydowania, chociaż modyfikowana wielokrotnie. Dopuszcza ona zgłaszanie kandydatów tylko przez komitety wyborcze, które spełniają kryteria partii politycznych, a blokuje możliwość indywidualnego kandydowania obywateli. Wyklucza więc w praktyce realizację papieskich wskazań. (wytł. ASME)

Dla tych, którzy rozumieją naganność partyjnej ordynacji wyborczej i dążą do wprowadzenia równego dla wszystkich prawa do kandydowania w wyborach przeprowadzanych w jednomandatowych okręgach wyborczych (JOW) papieska intencja jest moralnym wsparciem i potwierdza opinie, które znaczenie ordynacji wyborczej stawiają wyżej, nawet od znaczenia konstytucji, gdyż żaden inny akt prawny nie posiada takiego wpływu na realizację papieskich oczekiwań.
Wypływająca z chrześcijańskiej miłości do człowieka papieska intencja, zachowując neutralność względem politycznych opcji, wskazuje jedną z najistotniejszych zasad polityki, jest więc na wskroś polityczna. Tak rozumiana i godna wielkiej wdzięczności "polityczność" papieskich zaleceń wspiera trwające ponad 10 lat ostrzeganie różnych środowisk - w tym także naszych duszpasterzy - przed uleganiem pokusie złudnej neutralności politycznej w zakresie problemu wyborczego. Przypomnijmy więc, że samo tylko piętnowanie zła, jako skutku - bez wskazywania jego przyczyn jest syzyfową pracą, natomiast w odniesieniu do problemu wyborczego tworzy złudę pozornej neutralności. Bo piętnowanie nieodpowiedzialności polityków przy przemilczaniu odzierania tych polityków z osobistej odpowiedzialności przed wyborcami przez ordynację partyjnych list wyborczych i jednoczesne zachęcanie do głosowania na te listy, jest zaprzeczeniem politycznej neutralności. Bowiem służąc układaczom i beneficjantom partyjnych list wyborczych, tym samym godzi się na blokowanie swobody kandydowania. Jest więc sprzeczne z papieską intencją i co więcej, akceptując prawo wyborcze skutkujące nieodpowiedzialnością - jest opowiedzeniem się po stronie zła.
Należy też przypomnieć, że wraz z wielkością autorytetu osób akceptujących partyjny przywilej wyborczy, wzrasta ich odpowiedzialność za takie wspieranie zła w życiu publicznym. Przy czym usprawiedliwianie tej akceptacji nieświadomością w zakresie mechanizmów wyborczych, nie umniejsza zła, obiektywnie wyrządzanego taką postawą. A elementami tego zła są także; nieuchronne obniżanie autorytetu własnego oraz instytucji reprezentowanych przez osoby przyjmujące postawę takiej pozornej neutralności.
Nieświadomość znaczenia rodzaju ordynacji wyborczej dla skutkowania odpowiedzialnością oraz innymi istotnymi następstwami jest spowodowana wielopokoleniową, czarną dziurą edukacyjną w zakresie problemu wyborczego. Ponadto w ostatnim 15-leciu - pomimo braku jawnej cenzury - blokowane jest wprowadzenie uczciwej wiedzy na ten temat do systemu państwowej edukacji. A w rezultacie braku pogłębionej analizy problemu wyborczego, nawet absolwenci odpowiednich kierunków akademickich dysponują wiedzą wyrywkową, propagującą ordynację partyjną, jako "jedynie słuszną". W telewizji, konsekwentnie blokującej publiczną debatę na temat wyborczy, utytułowani politolodzy pieczołowicie gloryfikują ordynację partyjną, wykazując propagandową służebność wobec jej beneficjantów, a partyjny przywilej układania list wyborczych przedstawiając jako równie niezmienny, jak w czasach socjalizmu przedstawiali "kierowniczą rolę partii".
Tu zauważmy, że partyjny przywilej układania list wyborczych w praktyce kontynuuje kierowniczą rolę partii z tą różnicą, że w złagodzonej i spluralizowanej formie. Gdy kandydowanie do Sejmu warunkuje partyjna akceptacja, a wielkie okręgi wyborcze generują po kilkuset kandydatów, niemożliwe jest poznanie choćby tylko niektórych z nich, co skłania do oddawania głosów na kandydatów pierwszych z listy popieranej partii. Skutkiem czego to partyjni układacze list wyborczych dokonują faktycznego wyboru posłów. Wyborcy, stawiając krzyżyk, dają im tylko zgodę na wybór dokonany wcześniej w wyniku wewnątrz partyjnych targów. Tak wyłonieni posłowie, świadomi komu naprawdę zawdzięczają swoje mandaty, zależni są od układaczy list wyborczych, a nie od wyborców i dlatego - gdy nie można dwóm panom służyć - odpowiedzialność posłów przed wyborcami jest fikcyjna.
Wyborcy pozbawieni wpływu na swoich formalnych wybrańców widzą coraz wyraźniej, że przez partie traktowani są instrumentalnie. Dlatego chociaż absencja wyborcza przekraczająca 60% jest oczywiście godna ubolewania, to jest jednocześnie dowodem i miarą racjonalnego sprzeciwu wobec wyborczej farsy ze strony obywateli - wyborców. Znacząca część nie uczestniczących w głosowaniu postrzega partyjną ordynację jako przyczynę przepaści oddzielającej wyborców od nieodpowiedzialnych przed nimi posłów. Taki pozorujący demokrację stan rzeczy nawet przez tygodnik "WPROST" został nazwany "wyborczym oszustwem".
Jednak pomimo już kilkunastoletniego braku instytucjonalnej cenzury większość mediów w Polsce blokuje informacje uświadamiające znaczenie ordynacji wyborczej. Np. gdy w roku 1993 czołowe miejsca w światowych mediach zajmowała zmiana ordynacji wyborczej we Włoszech - polskie milczały. Podobnie jest obecnie w odniesieniu do wydarzeń w Rumunii; media ukrywają przed Polakami trwające od początku bieżącego roku zmagania z partyjniactwem, w których rumuński prezydent, popierany przez społeczeństwo, odważnie forsuje wprowadzenie jednomandatowych okręgów wyborczych (więcej: Jerzy Przystawa "Porozmawiajmy o cenzurze w IV RP" na stronach http://www.jow.pl/).

W kontekście wyżej, skrótowo przedstawionej sytuacji w zakresie problemu wyborczego, przywołana na początku modlitewna intencja Benedykta XVI, a także zalecenie Jana Pawła II z adhortacji o powołaniu i misji świeckich w Kościele i w świecie "Christifideles laici": "Zaangażowanie polityczne ma dotyczyć wszystkich i służyć wszystkim" (miesięcznik "POSŁANIEC", wydawany przez Ojców Jezuitów, Lipiec 2007, strona 6.), podnoszą rangę wyzwania, które powinny podjąć opiniotwórcze środowiska i osoby odpowiedzialne za rozwój społecznej nauki Kościoła i jej upowszechnianie.
Tym wyzwaniem dla katolickich uczelni i ich samodzielnych pracowników - pozwalającym ocenić sposoby wyłaniania elity władzy i spośród nich wskazać skutkujący najlepszym wypełnianiem papieskich oczekiwań - jest oparta na szerokiej wiedzy, wszechstronna analiza problemu wyborczego i towarzysząca jej debata. Gdy godnym rozpatrzenia będzie każdy argument, to w takiej debacie mogą się przydać materiały i wnioski z permanentnego seminarium na temat problemu wyborczego, jakim jest ciąg kilkudziesięciu konferencji zorganizowanych przez Obywatelski Ruch na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych (JOW) (zainicjowany w roku 1993, Obywatelski Ruch na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych [JOW] nie jest partią polityczną, a jedynym jego dążeniem jest wprowadzenie JOW w wyborach do Sejmu). Natomiast zgodność tych wniosków z fundamentami filozofii i moralności chrześcijańskiej zawsze można sprawdzić, pamiętając, że:
"Skoro ordynacja wyborcza ma służyć wyłanianiu przedstawicieli narodu do rozsądnego działania na rzecz dobra wspólnego - a takie działanie, jak każde z wypełniających przykazanie miłości, warunkowane jest odpowiedzialnością - to skutkowanie odpowiedzialnością powinno być najważniejszą miarą oceny przy porównywaniu różnych rodzajów ordynacji" (JG).
Natomiast dla mediów katolickiej, a zwłaszcza dla periodyków i publicystów, tym wyzwaniem jest pełne otwarcie na upowszechnianie głosów takiej debaty.

Jak zawsze są więc dwie możliwości:
1. Zgodnie z interesem pasożytniczej klasy politycznej beneficjantów partyjnego przywileju wyborczego - tak jak dotychczas - trzymać się z dala od badania wpływu rozwiązań ustrojowych na moralność w polityce i w konsekwencji - opóźniać uświadomienie przez Polaków znaczenia ordynacji wyborczej, podobnie jak robią to uczelnie i media akceptujące ordynację wyborczą, degenerującą życie publiczne i godzącą w narodową rację stanu.
2. Zgodnie z lipcową intencją modlitewną Ojca Świętego, wziąć ordynację wyborczą na warsztat, odważnie głosić prawdę o moralnych skutkach zastosowania dotychczasowej - zwodniczo nazywanej proporcjonalną - i porównywać je ze skutkami ordynacji zapewniającej równe prawo do kandydowania w jednomandatowych okręgach wyborczych. Przez to wypełniać wspomnianą wcześniej lukę edukacyjną w społecznej świadomości, a w konsekwencji wzmacniać autorytet Kościoła i dobrze służyć narodowi.

W Średniowieczu - pogardliwie postrzeganym nieraz, jako mroczne - oświatę np. w zakresie płodozmianu Kościół niósł pod strzechy, bo już wtedy doceniano znaczenie spójności w zaspakajaniu duchowych i materialnych potrzeb człowieka.
Trudniejsze, ale też znacznie ważniejsze od wdrażania zasad uprawy roli jest zmierzenie się z problemem wyborczym. Ten trud trzeba jednak podjąć dlatego, że uświadamianie znaczenia ordynacji wyborczej - która w decydujący sposób wpływa na większość dziedzin życia społecznego - warunkuje spójność intencji i działań chrześcijańskiej nauki społecznej, a także upowszechniających ją katolickich mediów.

Wrocław 1.08.2007

Jerzy Gieysztor jest działaczem Obywatelskiego Ruchu na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych


Witryna ASME Antysocjalistycznego Mazowsza jest najstarszym serwisem w Sieci - oprócz witryny tematycznej JOW - propagującym ideę JOW


Kto pod kim dołki kopie... - Krzysztof Mazur Wysłane środa, 8, sierpnia 2007 przez Krzysztof Pawlak

W 2000 r., kiedy dogorywała AW"S", a na jej resztkach tworzyły się dwie największe obecnie partie, tj. PiS i PO, posłowie tamtego - jak się zwykło uważać - prawicowego sejmu uchwalili zmianę ustawy o partiach politycznych, która to zmiana wprowadzała subwencję budżetową dla tych partii politycznych i koalicji, które w wyborach przekroczyły określone progi wyborcze. Był to już drugi - po wprowadzeniu w 1993 r. do ordynacji wyborczej tzw. progów kwalifikowanych - krok w kierunku tzw. porządkowania rodzimej sceny politycznej, które to porządkowanie polegało na eliminowaniu konkurencji politycznej i utrwalaniu sytuacji, w której szanse reelekcji posiadaliby na zmianę przedstawiciele zaledwie kilku ugrupowań. Chociaż jak pokazały ostatnie dwa lata rządów PiS, marzeniem braci Kaczyńskich był dualistyczny podział sceny politycznej, przy czym najlepiej, aby z jednej strony stał duży PiS, zasilony elektoratem skonsumowanej Samoobrony i LPR, a także przetrzebionej PO, a z drugiej jakiś wariant kwaśniewszczyzny, chociażby pod postacią LiD-u i postępowej społecznie części PO.

To, że subwencja budżetowa miała i ma nadal charakter ekskluzywistyczny, doskonale wiedzą wszyscy politycy, a otwarcie przyznał to ostatnio publicznie wicepremier Giertych, potwierdzając, że cofnięcie subwencji niweczy wyborcze szanse danej partii w wyborach. Już to powszechne przekonanie jest wystarczającym powodem dla uznania przepisów wprowadzających subwencję budżetową za niezgodnych co najmniej z kilkoma przepisami konstytucji RP, w tym na pewno z art. 96.2, stanowiącym, że wybory do sejmu są m.in. równe i proporcjonalne, a przecież w odwodzie pozostaje jeszcze wunderwaffe TK, czyli art. 2. z odwołaniem się do "demokratycznego państwa prawnego", którego interpretacja jest - jak się okazało przy okazji ustawy lustracyjnej - bardzo pojemna. Także art. 32.2 głosi, że "nikt nie może być dyskryminowany w życiu politycznym, społecznym lub gospodarczym z jakiejkolwiek przyczyny", a czym jest opodatkowywanie jednych w celu subwencjonowania partii, na których opodatkowani w życiu nie oddaliby swojego głosu - jak nie "dyskryminacją w życiu politycznym"? Znana jest nawet przyczyna tej dyskryminacji, którą jest przekonanie części polityków, że niektóre partie i poglądy nie mają prawa do istnienia na politycznym targowisku.
Rozbudowałem nieco ten wątek, gdyż politykami, którzy najsilniej optowali za utrzymaniem subwencji budżetowych, byli właśnie politycy skupieni w PiS-ie, przy czym najczęściej powtarzanym argumentem było twierdzenie, że finansowanie z budżetu uchroni naszą politykę przed korupcją i zjawiskiem klientelizmu politycznego. Akcja chłopców Mariusza Kamińskiego w Ministerstwie Rolnictwa pokazuje, że korupcja ma się dobrze, taśmy Beger pokazują, że pojawiła się nawet tzw. korupcja polityczna, a ostatnie spoty PiS, wyświetlane w ramach "kampanii przeciw obłudzie", twierdzą, że istnieją nawet partie inkasujące dziesiątki miliony złotych i nie robiące dla kraju niczego konstruktywnego. Najbardziej zresztą przejął się tym Andrzej Lepper, który chcąc wyrwać Donalda Tuska i jego kolegów z oparów niekonstruktywności, publicznie zaproponował im postawienie konstruktywnego wotum nieufności. Oczywiście premierowi Kaczyńskiemu i jego spin-doktorom chodziło pewnie o nieco inny konstruktywizm, chociażby o taki, jaki prezentuje Samoobrona pozostająca konsekwentnie w nieistniejącej koalicji. Swoją drogą, trudno zrozumieć na czym politycy PiS-u i LiS-u opierają przekonanie, że wśród narodu większy aplauz uzyska ta partia, która zostanie oficjalnie wyślizgana z koalicji kosztem tej partii, która owego wyślizgania dokonałaby? Przy takiej niechęci wszystkich do zerwania nieistniejącej koalicji może się okazać, że nieistnienie koalicji będzie trwało aż do jesieni 2009 r.
A wracając do głównego wątku, to od dłuższego czasu żywiłem przekonanie, że w Polsce jeżeli coś zmienia się we właściwym kierunku to nie dlatego, że rządowa większość tego szczerze chciała, ale dlatego, że zewnętrzne okoliczności ową większość do tego przymuszały. Odrzucenie przez Sąd Najwyższy odwołania PiS-u od decyzji PKW ostatecznie wyrwałoby rządzącą partię z finansowego seraju, co zapewne pozwoliłoby dostrzec niektórym politykom zalety całkowitego skasowania zasilania partii politycznych środkami budżetowymi. Problem w tym, czy politycy PO widząc taką sromotę partii Kaczyńskich, potrafiliby powstrzymać się przed pokusą całkowitego upokorzenia przeciwnika, ale wtedy musieliby głosować przeciwko likwidacji subwencji i przeciwko wcześniejszym wyborom, a to nieco zakłóciłoby odbiór tej partii wśród tzw. inteligencji, czyli osób prenumerujących "GW" i "Politykę". Jak na mój kołtuński rozum - bardziej prawdopodobna jest raczej transakcja wiązana, w której zgoda na "naprawienie" skutków nieroztropności skarbnika Czartoryskiego (jak widać, nieufność zakonu PeCetowców wobec PiS-owskiej frakcji arystokratycznej okazała się uzasadniona) będzie się wiązała ze zgodą na zmianę ordynacji wyborczej, bo w końcu jakimiś sposobami ustalony wcześniej parlamentarny oligopol należy jednak utrzymywać.

Krzysztof Mazur

Publicystyka Krzysztofa Mazura na ASME



Ogólnokrajowe obchody 63. rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego oraz nagranie z warszawskich ulic
Wysłane piątek, 3, sierpnia 2007 przez Krzysztof Pawlak

Po raz pierwszy w historii PRL i obecnej PRL-bis nadano obchodom rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego rangę ogólnokrajową. Doszło do tego w wyniku usilnych starań rządzącej koalicji PiS-LPR-Samoobrona, w której za takim przedstawieniem aktu bezprzykładnego bohaterstwa mieszkańców jednej z europejskich stolic w czasie II wojny światowej oraz równie nie mającego porównania barbarzyństwa okupantów - jednego, socjalistyczno-narodowego, niemieckiego, schodzącego ze sceny, drugiego na nią wkraczającego, komunistycznego, sowieckiego - optowało ugrupowanie Prawo i Sprawiedliwość, wywodzące swoje korzenie ideowe z idei sanacyjnej II Rzeczypospolitej oraz specyficznej atmosfery socjalizujących elit warszawskiej dzielnicy Żoliborz.

Czy obecne polskie społeczeństwo "zdało egzamin" z tak pojętego i propagowanego przez spadkobierców ostatniej ekipy politycznej II RP poczucia patriotyzmu, a także, czy sami organizatorzy to umieli - sami Państwo muszą rozstrzygnąć - na podstawie relacji żurnalistycznych, zebranych przez naszą redakcję w wyniku kwerendy w wydaniach polskich gazet z dnia 2 sierpnia 2007 roku.

Jako oczywisty załącznik wprowadzamy do tego anonsu nagranie TV ASME dokonane na warszawskim placu Powstańców Warszawy oraz kwaterach Powstańców Warszawskich na Powązkach - Cmentarzu Wojskowym.




Centusie (czyli Krakówek)
Syrena pamięci bez pamięci

O godz. 17 wczoraj w Krakowie zawyły syreny. W ten sposób miasto uczciło 63. rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego. Niestety, wielu krakowianom o godzinie "W" musieli przypominać policjanci.
Zgodnie z wcześniejszym apelem wojewody małopolskiego wczoraj o godz. 17 Kraków powinien na minutę wstrzymać oddech. Na dźwięk syren miały zatrzymać się krakowskie tramwaje i autobusy. Hołd powstańcom mieli złożyć również przechodnie. Jednak tylko nieliczni z nich przystanęli na chwilę.
Sytuację na niektórych skrzyżowaniach starali się ratować policjanci drogówki, którzy otrzymali rozkaz małopolskiego komendanta policji, by o godz. 17 na minutę wstrzymać ruch samochodowy i pieszy na ulicach Krakowa.
Byli jednak i tacy, którym nie trzeba było przypominać o rocznicy. - Zatrzymałem się, ponieważ z mediów dowiedziałem się, że w tym roku rocznica Powstania Warszawskiego będzie uczczona minutą ciszy - powiedział nam młody mężczyzna, jeden z nielicznych, którzy przystanęli na placu przed Galerią Krakowską. - Chciałem w ten sposób uczcić pamięć tamtych wydarzeń i ludzi. Mój dziadek trochę mi o tym opowiadał.
Na placu Wszystkich Świętych wśród tych, którzy przystanęli był pan Adam. - Jestem z Warszawy, mam 72 lata, pamięć o powstaniu jest dla mnie czymś oczywistym - zaznacza. - Jednak widzę, że nie dla wszystkich. Przykro tak stać i patrzeć na obojętność ludzi, zwłaszcza młodych. Jeżeli dla nich godzina "W" jest tylko zwykłą siedemnastą, to po co było to powstanie - zastanawia się pan Adam.
Również Angela Chien, turystka z Zurychu, uczciła pamięć warszawskich powstańców minutą ciszy. - O tym, co się stało w Warszawie, nie można zapomnieć. My też nie powinniśmy - przekonuje. - Wiem, przez co przeszliście. Wiem, co chcecie uczcić. Widzę, że część z was nosi dzisiaj na rękach biało-czerwone szarfy.

(ANKO, APO, BAN, JK)
http://www.dziennik.krakow.pl/public/?2007/08.02/Kraj/06/06.html

1 VIII 1944. Pamiętamy? Rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego krakowianie uczcili jedynie w Rynku
Kraków uczcił Powstańców Warszawy mszą świętą w bazylice Mariackiej


Wyjące syreny, urwane na chwilę rozmowy, stojący na baczność ludzie - tak było wczoraj w Rynku Głównym o 17-tej - słynnej godzinie "W", o której 63 lata temu rozpoczęło się Powstanie Warszawskie. Tak miało być w całym Krakowie. Jednak apel prezydenta Jacka Majchrowskiego o uczczenie pamięci ofiar minutą ciszy, w innych dzielnicach miasta przeszedł niemal bez echa.

W Rynku Głównym
Rynek Główny roił się od biało-czerwonych flag, opasek i chorągiewek już na długo przed wybiciem godziny 17. Większość ludzi przyszła tu specjalnie na obchody rocznicy wybuchu powstania, część znalazła się na rynku przypadkiem, ale rzadko zdarzało się, by ktoś nie wiedział co się dzieje. O wyposażenie przechodniów w opaski i materiały informacyjne dbali m.in. młodzi przedstawiciele Polskiego Towarzystwa Gimnastycznego "Sokół".
- Ludzie chętnie biorą od nas ulotki. Nawet sami po nie przychodzą. Zgłaszają się też turyści zagraniczni po materiały w języku angielskim. Dla dzieci mamy specjalnie przygotowane komiksy - powiedziała Paulina Banaś z PTG "Sokół". Biało-czerwone opaski na ramionach nosili niemal wszyscy - od kilkuletnich maluchów po ludzi starszych.
Wraz z wybiciem godziny "W" w całym Krakowie odezwały się syreny Centralnego Systemu Alarmowego. Wtedy ludzie spacerujący po Rynku Głównym przystanęli na chwilę, siedzący na ławkach wstali ze swoich miejsc, zamilkły rozmowy, a z Wieży Mariackiej rozległ się hejnał przytłumiony wyciem seren.
- Całą minutę stałem na baczność. Jestem patriotą i uważam, że uczczenie pamięci poległych w '44 roku to moja powinność - z dumą mówił Zbigniew Frysztacki. - Tyle razy oglądałem obchody rocznicy powstania w telewizji i postanowiłem, że muszę zobaczyć to na żywo. Cieszę się, że doczekałem czasów, kiedy taka uroczystość ma miejsce właśnie w Krakowie - dodał.
Również zagraniczni turyści nie byli zaskoczeni, kiedy zawyły syreny. Questin Jozefiak, który przyjechał z Francji na wakacje, doskonale wiedział co dzieje się na krakowskim rynku. - To dobrze, że pamięta się o tak ważnych wydarzeniach. Takie uroczystości są potrzebne - powiedział nam Questin.
Gdy minęła minuta ciszy przechodnie wrócili do swoich zajęć. Część udała się do kościoła Mariackiego, by uczestniczyć we mszy świętej w intencji poległych w powstaniu żołnierzy Armii Krajowej. Potem przedstawiciele władz miasta, kombatanci złożyli kwiaty na Grobie Nieznanego Żołnierza przy placu Matejki.

W Nowej Hucie
Inaczej było w pozostałych częściach miasta. Gdy rozległy się syreny, wystawa na placu Centralnym "Nowa Huta - najmłodsza siostra Krakowa" cieszyła się dużo większym zainteresowaniem 63. rocznica wybuchu Powstania Warszawskiego. Nikt się nie zatrzymał, nikt nie przerwał rozmowy. Było tak jak przed 17. Z około 20 zapytanych przez nas ludzi, tylko garstka wiedziała, co się dzieje. - Mój mąż brał udział w powstaniu. Każdą rocznicę przeżywam osobiście - mówiła wzruszona mieszkanka Nowej Huty. To ona była jedną z nielicznych, którzy wiedzieli dlaczego wyją syreny.

W Rynku Podgórskim
Wraz z wybiciem godziny 17 zaledwie kilkoro ludzi przystanęło na Rynku Podgórskim. Gdy zamilkły syreny, odezwały się dzwony w kościele pod wezwaniem św. Józefa. Poza tym, nic szczególnego, czym uczczono by pamięć powstańców, się tam nie działo. Większość przechodniów zignorowała sygnał godziny "W".

Na rondzie Matecznego
Na rondzie Matecznego przystanęło kilka tramwajów i samochodów. W ten sposób nieliczni kierowcy odpowiedzieli na apel prezydenta Majchrowskiego. Reszta jechała dalej. Inaczej jednak zachowali się przechodnie. Wśród rozmów i śmiechów przemieszczali się wokół ronda.
Gazeta Krakowska
http://krakow.naszemiasto.pl/wydarzenia/755292.html

Pamięć Krakowa o Powstaniu Warszawskim
szj 2007-08-01, ostatnia aktualizacja 2007-08-01 22:21
Tegoroczne obchody rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego różniły się nieco od poprzednich.
Oprócz głównych uroczystości w stolicy, w innych miastach Polski również zawyły syreny alarmowe. W 63. rocznicę godziny "W", także w Krakowie oddano hołd powstańcom. Jednak mimo apeli władz różnego szczebla tylko nieliczni krakowianie przystanęli bądź zatrzymali samochody o godz. 17, by oddać hołd poległym. (...)
http://miasta.gazeta.pl/krakow/1,35798,4358322.html

Gdańsk oddał hołd Powstańcom Warszawskim
Michał Tusk 2007-08-01, ostatnia aktualizacja 2007-08-01 20:07
(...) Pierwszy raz gdańskie uroczystości z okazji 63. rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego otrzymały tak godną oprawę. Niestety, część przechodniów i kierowców nie posłuchała apeli o minutę postoju o godz. 17, gdy w Gdańsku zawyły syreny
Uroczystość zainaugurowano wyciem syren alarmowych, dokładnie o godzinie "W". Powagę tej daty pierwszy raz podkreśliły flagi państwowe wywieszone na ulicach oraz budynkach administracji publicznej. Niestety, mimo apelu prezydenta Gdańska tylko część przechodniów zdecydowała się przystanąć na minutę i uczcić ciszą bohaterów powstania. Nie popisali się również kierowcy, choć trudno im się dziwić - w praktyce w centrum większość z nich stała w korkach, a tuż przy pomniku policja kierująca ruchem wręcz nakazywała kontynuowanie jazdy. Niespodzianką była obecność na obchodach dwóch grup skrajnie prawicowych - Obozu Narodowo-Radykalnego i Ligi Obrony Suwerenności, które transparentami i brunatno-zielonymi mundurami zwracały na siebie uwagę zebranych. Narodowcy nie zakłócali jednak samej uroczystości. (...)
http://miasta.gazeta.pl/trojmiasto/1,35612,4358073.html

Lublin
WCZORAJ, GODZINA 17

Zawyły syreny. Ta chwila miała służyć uczczeniu pamięci powstańców. Na placu Litewskim było sporo ludzi, ale przystanęli tylko nieliczni, większość spieszyła się do swoich spraw. KAK,
http://www.kurierlubelski.pl/index.php?module=dzial&func=viewpub&tid=9&pid=41735

Lublin uczcił rocznicę wybuchu powstania
biel 2007-08-01, ostatnia aktualizacja 2007-08-01 21:48
(...) Gdy równo o godz. 17 z ratusza rozległ się przeciągły dźwięk syreny część przechodniów była zaskoczona, ale duża część stanęła i poświęciła niemal dwie minuty, by oddać hołd powstańcom, warszawiakom i Polskiemu Państwu Podziemnemu. Pod Bramą Krakowską na baczność stanęli wszyscy przechodnie, ale ruch na deptaku nie zamarł. Niektórzy (niestety w większości młodzi ludzie) nic sobie z ryku syreny nie robili i szli dalej, a pracownicy firmy Kom-Eko opróżniający deptakowe śmietniki ani myśleli przerwać pracę. (...)
http://miasta.gazeta.pl/lublin/1,35640,4358284.html

Białystok
Białystok przystanął na chwilę

Wycie syren przypomniało wszystkim białostoczanom o 63 rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego
Już przed pamiętną godziną "W" na skwerze przed pomnikiem Armii Krajowej zgromadziły się poczty sztandarowe. Na honorowych miejscach zasiedli kombatanci, w tym kilku żyjących jeszcze uczestników Powstania Warszawskiego z naszego regionu. Kiedy zaczęły wyć syreny ruch w mieście na chwilę zwolnił. (..)
http://www.poranny.pl/apps/pbcs.dll/article?AID=/20070801/BIALYSTOK/70801018

Białystok obchodził 63. rocznicę Powstania Warszawskiego
lex 2007-08-01, ostatnia aktualizacja 2007-08-02 10:23
O godz. 17 wyjące syreny odbiły się echem jedynie od ścian kamienic
Harcerze, żołnierze, urzędnicy... i państwowy hymn z głośników, którego prawie nikt nie śpiewał. Pod pomnik AK przy ul. Kilińskiego przyszła wczoraj garstka pamiętających o 63. rocznicy Powstania Warszawskiego. Było jak zwykle: przedstawiciele i różnych instytucji złożyli kwiaty po pomnikiem, wygłoszono krótką mowę. O godz. 17 wyjące syreny odbiły się echem jedynie od ścian kamienic, bo na białostoczanach nie wywarły wrażenia.(...)
http://miasta.gazeta.pl/bialystok/1,35235,4358093.html

Podlasie
W naszym regionie najwcześniej obchody zaczęły się w Ełku, gdzie już o godz. 12 złożono kwiaty przy pomniku "Poległym za Wolną i Niepodległą Polskę”. W parku Solidarności przy ul. Małeckiego zgromadziło się wielu mieszkańców i kombatantów z ełckiego oddziału Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej. W Suwałkach na budynku urzędu miejskiego wywieszono flagi, a w Ostrołęce o godz. 17 zatrzymały się wszystkie pojazdy komunikacji miejskiej.
http://www.wspolczesna.pl/apps/pbcs.dll/article?AID=/20070801/AKTUALNOSCI/70801035/-1/aktualnosci

Bydgoszcz w godzinę "W"
daw 2007-08-01, ostatnia aktualizacja 2007-08-01 19:53
Ulotki zrzucone nad miastem, barykada ustawiona przy Gdańskiej i trzy minuty ciszy - w ten sposób bydgoszczanie uczcili 63. rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego
Najwięcej osób zebrało się na Starym Rynku. Większość miała w rękach ulotki przypominające o rocznicy z przedrukiem odezwy do Polaków z 3. sierpnia 1944. Dostali je od harcerzy stojących w kilku miejscach naszego miasta, m.in. przy specjalnej barykadzie ustawionej w okolicy skrzyżowania Gdańskiej i Jagiellońskiej.
Podobne ulotki miały spaść na Starówkę z awionetki. Silny wiatr sprawił jednak, że minęły Stary Rynek i spadły na poboczne uliczki w okolicy hali targowej. Kulminacyjny moment obchodów przypadł na godzinę "W", czyli 17. Wtedy zawyły syreny, a setki bydgoszczan stanęły na trzy minuty w ciszy i skupieniu. (...)
http://miasta.gazeta.pl/bydgoszcz/1,35590,4358020.html

Łodź
Punktualnie o godz. 17, czyli o godzinie "W", kiedy wybuchło powstanie, zawyły w mieście syreny. Część samochodów na ul. Piotrkowskiej stanęła.
http://lodz.naszemiasto.pl/wydarzenia/755312.html

W Łodzi po raz pierwszy uroczystości upamiętniające wybuch Powstania Warszawskiego odbyły się przed Grobem Nieznanego Żołnierza. O godz. 17 zewsząd było słychać syreny alarmowe, ale przechodnie nei zatrzymywali się, aby uczcić pamięć powstańców Także kierowcy nie przystanęli, być może, żeby nie powiększać chaosu na ulicach, spowodowanego rozkopaniem miasta. (KUP, PAP)
Dziennik Łódzki - wydanie PDF 02.08.2007

Łódź pamiętała o godzinie "W"
Dzisiaj 12:30, aktualizacja: 2007-08-02 12:30:30
1 sierpnia 1944, godzina 17. Dokładnie 63 lata temu wybuchło Powstanie Warszawskie. Łódzkie uroczystości związane z obchodami rocznicy odbyły się przy Grobie Nieznanego Żołnierza na placu Katedralnym oraz w Pasażu Schillera.
Mieszkańcy Łodzi pamiętali aby uczcić godzinę "W". O godzinie 17 zawyły syreny miejskie, na minutę stanęły miejskie tramwaje oraz autobusy, które udekorowano flagami narodowymi. Łódzkie uroczystości związane 63 rocznicą wybuchu Powstania Warszawskiego odbyły się na placu Katedralnym przy Grobie Nieznanego Żołnierza.
- Dzięki Powstaniu Warszawskiemu, które było nie tylko walką o Warszawę, ale także walką o niepodległość Polski, nasz kraj nie został siedemnastą republiką sowiecką - mówił Tadeusz Michalski, przewodniczący Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej, rozpoczynając środową uroczystość.
Na placu Katedralnym oprócz licznej grupy łodzian pojawili się przedstawiciele władz samorządowych oraz łódzkich służb mundurowych. Kwiaty na Grobie Nieznanego Żołnierza złożyli m.in. wojewoda łódzki Helena Pietraszkiewicz, Marszałek Województwa Łódzkiego Włodzimierz Fisiak, Wiceprezydenci: Włodzimierz Tomaszewski i Marek Michalik, Poseł Sylwester Pawłowski, Dyrektor Instytutu Pamięci Narodowej w Łodzi Marek Drużka, Komendant Wojewódzki policji w Łodzi insp. Ferdynand Skiba, zastępca Komendanta Miejskiego Policji w Łodzi podinsp. Paweł Karolak, Kurator Oświaty w Łodzi Barbara Kochanowska oraz przedstawiciele żołnierzy Armii Krajowej i harcerze.
- Powstanie Warszawskie choć często wymazywane z pamięci jest symbolem wielkiego heroizmu i walki. W końcu 180 tys. ludności cywilnej i 18 tys. żołnierzy Armii Krajowej to wielka ofiara - powiedział gazecie wiceprezydent Łodzi Włodzimierz Tomaszewski. Dzięki zmianom ustrojowym młodzież więcej dowiaduje się o Powstaniu Warszawskim i wyposażona w tą wiedzę uczestniczy w obchodach. To jest wielka radość i mam nadzieję, ze coraz więcej młodzieży w dużej liczbie będzie uczestnikami tych i podobnych obchodów - dodaje wiceprezydent Tomaszewski.
Druga cześć uroczystości odbyła się w Pasażu Schillera. Podczas niej odtwarzano powstańcze pieśni. Przechodzący ulica Piotrkowska łodzianie z zaciekawieniem zatrzymywali się przy pasażu by posłuchać nagrań.
- Nie wiedziałam, że w Pasażu Schillera będą odbywać się jakieś obchody wybuchu Powstania Warszawskiego. Jestem tu przypadkiem i z chęcią posłucham tych pieśni. Swój samochód też zatrzymałam o 17 - mówi łodzianka Katarzyna Gumkowska.
http://www.wiadomosci24.pl/artykul/lodz_pamietala_o_godzinie_w_36419.html

Płock
Płockie wystawy o Powstaniu Warszawskim
aw, ad
2007-08-01, ostatnia aktualizacja 2007-08-01 20:58
O godz. 17 nie zawyły jednak w Płocku syreny, tak jak w większości polskich miast. Starsi ludzie, m.in. żołnierze AK, którzy przyszli przed Odwach, byli rozżaleni.
http://miasta.gazeta.pl/plock/1,35681,4358208.html

Poznań
Powstanie Warszawskie. Pamiętaliśmy?

Katarzyna Michalak
2007-08-01, ostatnia aktualizacja 2007-08-01 20:39
O godz. 17 zawyły w Poznaniu syreny, a w Sanktuarium Maryjnym w Licheniu zabił największy w Polsce dzwon.
W 63. rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego wczoraj w mieście zatrzymały się tramwaje, gdzieniegdzie przystawali przechodnie.
Swoich pojazdów nie zatrzymali jednak poznańscy kierowcy, dlatego w parku przed kościołem oo. Dominikanów, gdzie zgromadzili się kombatanci AK, hałas z ulicy zakłócił minutę ciszy. Sędziwi żołnierze mieli żal, że strażnicy miejscy nie zatrzymali na chwilę ruchu. (...)
http://miasta.gazeta.pl/poznan/1,36001,4358149.html

Opole
Rocznica Powstania Warszawskiego. Zawyły syreny
Punktualnie o 17.00 na kilka minut zawyły w Opolu syreny.
To próba miejskiego systemu alarmowania i jednocześnie upamiętnienie 63. rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego. (TO WSZYSTKO o opolskim "uczczeniu")
http://www.nto.pl/apps/pbcs.dll/article?AID=/20070801/AKTUALNOSCI/70801020

W godzinę "W" w Toruniu zawyły syreny
mc 2007-08-01, ostatnia aktualizacja 2007-08-01 17:50
Toruń nie zapomniał o 63. rocznicy wybuchu powstania warszawskiego. W środę o 17 - godzinie "W" - w całym mieście zawyły syreny. (...)
http://miasta.gazeta.pl/torun/1,35576,4357436.html

Zielona Góra pamięta o Powstaniu Warszawskim
Julita Cichońska
2007-08-01, ostatnia aktualizacja 2007-08-01 19:41
Ok. 60 osób przyszło w środę do Muzeum Ziemi Lubuskiej na wernisaż wystawy poświęconej bohaterskim powstańcom. (...)
http://miasta.gazeta.pl/zielonagora/1,35161,4357960.html




Jedna recenzja z obchodów w Warszawie:

(...) Kilka minut po 17 na warszawskim Cmentarzu Powązkowskim, jak co roku pod pomnikiem Gloria Victis, zebrali się: weterani walk, władze państwa oraz mieszkańcy stolicy, aby uczcić wydarzenie z sierpnia 1944 roku. Jednym z punktów programu było uroczyste złożenie wieńców przed pomnikiem, dokonane przez delegacje w asyście żołnierzy z kompanii reprezentacyjnej Wojska Polskiego i harcerzy.
Obchodom przypatrywałem się za pośrednictwem jednego z kanałów telewizyjnych, transmitujących je na żywo. To co zobaczyłem wywołało we mnie poczucie głębokiego zniesmaczenia. Nie potrafię znaleźć racjonalnej odpowiedzi na pytanie: dlaczego delegacja Światowego Związku Żołnierzy AK w kolejce do złożenia wieńca została umieszczona za przedstawicielami CBA (wieniec składał Mariusz Kamiński) i Kontrwywiadu Wojskowego (wieniec złożony przez Antoniego Macierewicza).
Z tego co zobaczyłem, wyciągnąłem wniosek: w dniu święta narodowego, tak ważnego dla wszystkich Polaków, nie uszanowano najważniejszych - nie uszanowano powstańców. Nie przypominam sobie, żeby w latach poprzednich oddzielny wieniec składał przedstawiciel Kontrwywiadu Wojskowego, ta instytucja była zawsze "przypisana" do wieńca od Ministerstwa Obrony Narodowej.
Nie chodzi mi o to, aby za wszelką cenę skrytykować CBA, czy Kontrwywiad, Kamińskiego, czy Macierewicza - oni również, tak jak każdy inny człowiek, warszawiak, Polak mają prawo do złożenia wieńców. Chciałbym tylko, aby pamiętali, że w dniu takim, jak 1 sierpnia oczy całego kraju nie powinny kierować się ku nim. Tego dnia najważniejsi są byli powstańcy, którzy ich gestem mogli poczuć się dotknięci, żeby nie powiedzieć znieważeni.
Być może niektórzy nie zgodzą się ze mną (jestem ciekaw innych poglądów), jednak moim zdaniem w dniu 1 sierpnia, oddając hołd poległym za wolną ojczyznę, miejsce przed powstańcami mogą zajmować tylko najważniejsi przedstawiciele państwa polskiego tacy, jak prezydent, czy premier. W końcu chyba po to są obchody tej rocznicy, aby oddać honor właśnie powstańcom.
Michał Jóźwiak
http://www.wiadomosci24.pl/artykul/jakie_czasy_takie_obchody_rocznicy_powstania_36373.html




Nagranie trwa ponad 7 minut, jest dostępne w Sieci do 3 X 2007 r.

Odpal klip

Podobne produkty marketingowe: PiS, LPR i Samoobrona - Łukasz Perzyna o dalszych losach rozpadającej się koalicji ugrupowań populistycznych i socjalistycznych Wysłane czwartek, 2, sierpnia 2007 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |







Podobne produkty marketingowe: PiS, LPR i Samoobrona - Łukasz Perzyna o dalszych losach rozpadającej się koalicji ugrupowań populistycznych i socjalistycznych
Wysłane czwartek, 2, sierpnia 2007 przez Krzysztof Pawlak

"Wprawdzie tylko 18% internautów uczestniczących w naprędce zorganizowanej sondzie uznaję, że Wojciech Mojzesowicz będzie dobrym ministrem rolnictwa, ale Wojciech Mojzesowicz właśnie nominację odebrał i przystępuje do oczyszczania ministerstwa z ludzi Andrzeja Leppera. Zapewne sięgnie po tego samego człowieka, który przez dłuższy czas umożliwiał Lepperowi normalne funkcjonowanie resortu, czyli Marka Zagórskiego, który de facto zajmował się rolnictwem, by minister mógł zajmować się polityką i reprezentacją. Wiadomo, że dziś polska wieś dzięki dopłatom »europejskim« ma nieco inne kłopoty niż kolejki pod elewatorami i w skupie, co było jeszcze w latach 90. codzienną rzeczywistością" - Łukasz Perzyna, publicysta "Tygodnika Solidarność" i naszej witryny ASME, omawia scenariusz przyszłych losów ugrupowań rządzącej koalicji.

Jarosław Kaczyński w sposób brutalny pokazał, kto tak naprawdę rządzi w koalicji i rządzie. Przedstawiony przez Samoobronę kandydat na ministra rolnictwa Krzysztof Sikora dysponował jednym atutem: zaufaniem Andrzeja Leppera. Poza tym nie miał nic wspólnego z rolnictwem, będąc raczej "specjalistą" od spraw wojskowych i ich tajemnic. Premier powołał na ministra kandydata najbardziej trudnego do zniesienia przez koalicjantów z Samoobrony. Wojciech Mojzesowicz był swego czasu kontrkandydatem Leppera do rządzenia Samoobroną. Wypełniony po uszy obsesją na punkcie Braci senator Niesiołowski porównał ich do "podwójnego Napoleona". Teraz ów "Napoleon" powołał upokarzającego lidera post-PZPR-owsko-lewicowo-populistycznej formacji - podobnie jak niegdyś prawdziwy Napoleon powoływał fikcyjne królestwa, obsadzając ich trony swoimi, wcale nie posiadającymi "błękitnej krwi", znajomymi i rodziną. Pamiętając przypadek krótkotrwałego ministra "taksówkarskiego" Krzysztof Jurgiela - można mieć wrażenie, że i obecny urzędnik od rolnictwa nie zagrzeje długo miejsca i nawet w PiS nie będzie po nim płaczu.
Połączone siły LiS-a nie dostały w ostatnich sondażach dodatkowych punktów poparcia ze strony ich dotychczasowych elektoratów. Nie zadziałał efekt nowości. Może więc tow. Lepper nie będzie chciał robić za konia pociągowego dla całkowicie już chyba pozbawionego popularności w polskim społeczeństwie ministra edukacji. Jarosław Kaczyński, zachęcony postępującym procesem destrukcji koalicjantów, może jednak zdecydować się na wyznaczenie wcześniejszego terminu wyborów. Wiele do stracenia na takim scenariuszu mieliby posłowie Samoobrony, którzy nabrali rozliczne kredyty, mają często na karku postępowania komornicze. Zaś PiS mógłby z tryumfem oświadczyć, że dokonuje realizacji projektu "taniego państwa", likwidując specjalnie dla osadzenia na stołkach ministerialnych reprezentantów koalicjantów powołane ministerstwa: Budownictwa i Gospodarstwa Morskiego oraz oraz odchudzając z ludzi LPR i Samoobrony agendy rządowe.
"Prawicawe" PiS liczy oczywiście na wchłoniecie elektoratów obu lewicowych ugrupowań...

Nagranie trwa ponad 14 minut, jest dostępne w Sieci do 16 VIII 2007 r. W Klubie TV ASME - wersja o dobrej jakości.




Czy brakiem wewnętrznej spójności swojej osobowości Prezydent RP zarazi cały naród? - Stanisław Michalkiewicz o memento, jakim jest kolejna rocznica wybuchu Powstania Warszawskiego Wysłane środa, 1, sierpnia 2007 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |








Czy brakiem wewnętrznej spójności swojej osobowości Prezydent RP zarazi cały naród? - Stanisław Michalkiewicz o memento, jakim jest kolejna rocznica wybuchu Powstania Warszawskiego
Wysłane środa, 1, sierpnia 2007 przez Krzysztof Pawlak

"Mamy 63. rocznicę 63 dni bitwy o Warszawę, Powstania Warszawskiego. Pan Prezydent Kaczyński przemawiając w Muzeum Powstania Warszawskiego do weteranów i licznej publiczności powiedział, że walka o Polskę to najważniejsza sprawa i że zawsze należy to robić. Szkoda, że nie zawsze pan prezydent o tym pamięta, bo jesteśmy w przededniu podjęcia decyzji o przyjęciu lub odrzuceniu Traktatu Reformującego, który jest niczym innym, jak zmienioną nazwą konstytucji Unii Europejskiej i przyjęcie tego dokumentu oznacza zrzeczenie się suwerenności państwowej. Być może nie natychmiastową i tak spektakularną jak skapitulowanie przed Niemcami, ale jednak to byłaby pełzająca kapitulacja" - Stanisław Michalkiewicz z okazji obchodów Powstania Warszawskiego przypomina konsekwencję dzisiejszych działań aktorów sceny politycznej.

Widać wyraźnie, że nie ma logiki w tym postępowaniu, bo albo walka o suwerenność jest rzeczą podstawową, albo też ratyfikujemy ten "traktat". Widoczne już są konsekwencje oddawania po kawałku suwerenności państwowej nad terytorium Rzeczypospolitej - choćby w okolicy rzeczki Rospudy, gdzie o tym, że ważniejsze są żaby niż warunki życia obywateli naszego kraju - decyduje Bruksela. To urzędnicy z powstającej UE określają, którędy w Polsce ma pobiec szlak drogowy, o czym zapomina najwyraźniej Prezydent Rzeczypospolitej, który zobowiązał się do obrony spójności i całości terytorium kraju...

Nagranie trwa ponad 10 minut, jest dostępne w Sieci do 15 VIII 2007 r. W Klubie TV ASME - wersja o dobrej jakości.




Demokratyczne salto mortale - Krzysztof Mazur Wysłane wtorek, 31, lipca 2007 przez Krzysztof Pawlak

Wprawdzie większość polityków udała się na niezasłużony wakacyjny odpoczynek, ale tegoroczne wakacje mimo tego są jednymi z najbardziej upolitycznionych, a to ze względu na nieustające spekulacje nt. przyszłości rządowej koalicji czy wcześniejszych wyborów. Co do wyborów, to według prezydenta Kaczyńskiego są one niezbędne i najlepiej byłoby, aby miały miejsce na wiosnę przyszłego roku, a według premiera Kaczyńskiego - są prawdopodobne na 90 proc., ponadto pierwszy minister również uważa, że termin wiosenny byłby najlepszy.

No właśnie, co i rusz pojawiają się takie określenia jak "najlepszy", "rozwiązanie najkorzystniejsze" etc. i w odniesieniu nie tylko do terminu wyborów, ale także innych ważnych spraw ustrojowych, jak np. zmiany ordynacji wyborczej. Sugeruje to, że wypowiadający takie opinie odnoszą się do określonych kryteriów, przy czym po bliższym przyjrzeniu się owym kryteriom można nabrać zasadniczych wątpliwości co do ich istotności. Biorąc pierwszy z brzegu przykład: zarówno premier, jak i prezydent wiosenny termin przedterminowych wyborów uważają za najlepszy ze względu na fakt, iż w 2011 roku Polska ma objąć w Unii tzw. prezydencję, co jest wprawdzie przykładem chwalebnej dalekowzroczności, ale cokolwiek nieadekwatnej do realnej sytuacji. Kampanie wyborcze mamy obecnie permanentnie, Polska zaś obejmie prezydencję 1 lipca 2011 roku, czyli równie dobrze można argumentować, że niedobrze byłoby, aby prowadził ją rząd mający odejść natychmiast po jej zakończeniu. Już lepiej, aby ową prezydencję prowadził rząd wybrany np. w wiosennych wyborach AD 2011, a o przełożeniu wyborów na wiosnę postuluje się już w naszym kraju od dobrych dziesięciu lat.
Uczestniczyłem również niedawno w dyskusji nt. ordynacji wyborczej i w pewnym momencie wszyscy dyskutanci pomimo różnic zapatrywań na wyborcze systemy zgodzili się, że obecnie nikt nie zastanawia się nad celem istnienia parlamentu, z którego to celu w sposób naturalny wynika charakterystyka pożądanego posła i ewentualne ramy prawne chociażby w jakiś minimalny sposób sprzyjające takim pozytywnym delegacjom. Gdybyśmy, dajmy na to, założyli, że parlament jest miejscem, w którym niektórzy mogliby realizować swój sposób na życie, ewentualnie zdobywać środki na spłatę długów lub doskonalić się w trudnej sztuce pląsania na parkiecie telewizji TVN, to ordynacja powinna nie tylko zakładać progi wyborcze, ale nawet niektórym partiom czy osobom zapewniać indywidualne metody pomnażania głosów poprzez stanowienie rodzajów kwot, jakie stosują niektóre amerykańskie uniwersytety wobec swoich Afroamerykanów. Ale jeżeli przyjmiemy, że parlament stanowi prawo decydujące o tym, w jaki sposób i w jakich warunkach będą żyli pozostali krajanie, to wypadałoby, aby prawo to stanowili ludzie, którzy mieliby dar właściwego osądu rzeczywistości i wyobraźnię pozwalającą na ubranie tego splotu różnych interesów i zapędów w system sprawiedliwych praw. Czy demokracja jest w stanie zapewnić wybór wyłącznie takich Katonów? Oczywiście nie, tak jak autokracja nie chroni przez różnymi neronkami czy stalinkami, ale z pewnością dobrym pomysłem nie jest ochlokracja, której pochwałę na łamach "Rz" wygłosił ostatnio dyżurny politolog kraju, pan doktor Migalski. Ów uczony, zatrudniony na Uniwersytecie Śląskim, napisał, że "...zakaz kandydowania do Sejmu dla przestępców byłby niedemokratyczny, niekonstytucyjny i nieskuteczny", a to dlatego, że "naruszałby bowiem podstawowe zasady systemu zwanego władzą ludu. W tego typu systemie suwerenem jest właśnie demos i od jego widzimisię zależy, kto znajdzie się w ciałach przedstawicielskich i będzie go reprezentował". Uczony politolog nie przejmuje się przy tym takim np. drobiazgiem, że obecnie posłami są np. osoby, które w swoim okręgu wyborczym zdobyły znacznie mniej osób niż ich konkurenci, a mandat zawdzięczają skrojonej na ich miarę ordynacji z wyborczymi progami. Ten fakt skoro jest skuteczny jest w oczach politologa, również zapewne demokratyczny i konstytucyjny, co tu zresztą powątpiewać - gdyby nie był konstytucyjny, to z pewnością już dawno prezes Safjan lub prezes Stępień nie zostawiliby na takiej ordynacji suchej nitki. A skoro zostawili nie tylko nitkę, ale nawet całą materię ustawową, to widocznie jest ona arcykonstytucyjna. Okazuje się, że bierne prawo wyborcze dla kryminalistów i innych przestępców stanowi niepodważalny element demokratycznego państwa prawa, chociaż z drugiej strony w świetle definicji tegoż demokratycznego państwa prawa trudno zrozumieć, dlaczego demokratyczna decyzja demokratycznie wybranych posłów miałaby być niedemokratyczna i w dodatku nieskuteczna.
A skoro o skuteczności mowa, to właśnie takie kryterium zdaje się wyzierać z oficjalnych wypowiedzi zarówno premiera i jego akolitów, jak i ze strony polityków największej partii opozycyjnej. To właśnie - coraz bardziej oficjalnie - skuteczność w formowaniu i trwaniu rządu jest tym najważniejszym kryterium, wokół którego koncentrują się zabiegi wyznaczające zarówno termin wyborów, jak i sposób wybierania parlamentarzystów. Oczywiście, skuteczność jest cechą pożądaną pod warunkiem, że godne pochwały i wdrożenia są cele, które się zamierza skutecznie realizować. Tymczasem my te zamierzone cele już dość dobrze poznaliśmy, stąd też i owa niedwuznacznie sugerowana rezerwa wobec skuteczności w ich realizacji, podobnie jak z rezerwą wypada podejść do ostatnich opinii jaśnie oświeconych politologów i publicystów - vide cytowany wcześniej politolog Migalski lub red. Mazurek we "Wprost"- którzy uważają, że lepsi "odrażający, brudni i źli" lub "dzicy populiści" w sejmie i rządzie niż w pozaparlamentarnej opozycji. Tak naprawdę chodzi zaś o utrzymanie status quo i powtarzanie starych, wypróbowanych, propagandowych klisz, jak ta zastosowana przez tandem Mazurek - Zalewski piszący o Lepperze, który chciał zapisać się do UPR, "ale nie mógł znaleźć cyrku, w którym oni teraz występują". Cóż, redaktorzy "Wprost" powtarzający obecnie postulaty, które UPR głosiła już kilkanaście lat temu, pewnie muszą jakoś leczyć swoje kompleksy, z naszej strony wypada tylko przypominać, że to "nie nasz cyrk i nie nasze małpy"

Krzysztof Mazur

Publicystyka Krzysztofa Mazura na ASME


OBRAZ NAZBYT WYKRZYWIONY
Znowu o Dworcu Gdańskim - Antoni Zambrowski
Wysłane poniedziałek, 30, lipca 2007 przez Krzysztof Pawlak

Znana dziennikarka Teresa Torańska nakręciła w Izraelu film, zatytułowany "Dworzec Gdański" i pokazany na dorocznym (już IV-tym z kolei) festiwalu "Żydowskie Motywy" w Warszawie w kinie "Muranów". Z tego względu zapewne został nadany przez TVN, dzięki czemu go sobie obejrzałem.

Przyznam szczerze, że darzę od dłuższego czasu przyjaźnią Teresę Torańską i jestem jej niezmiernie wdzięczny za to, że w kolejnych wydaniach jej światowej sławy zbioru rozmów z PRL-owskimi prominentami pt. "Oni" jest coraz więcej wzmianek o mojej skromnej osobie i to mimo zakazów kuroniowego "salonu". Dlatego z uwagą śledzę twórczość dziennikarską Teresy, zarówno w prasie, jak i telewizji. Moje uwagi krytyczne nie wynikają bynajmniej z niechęci do autorki głośnych wywiadów - wręcz przeciwnie, raczej z tego, że śledząc uważnie jej twórczość nieraz dojrzę jakieś błędy. Jak mawiali starożytni Rzymianie: amicus Plato, sed magis amica veritas (jest mym przyjacielem Platon, ale prawdę darzę jeszcze większą przyjaźnią). Często się różnimy, ale staram się oddzielać błędy od osoby je popełniającej.
Omawiany tu film zawiera zapis rozmów z polskimi Żydami, którzy opuścili PRL w pamiętnych latach 1968-69 pod wpływem antysemickiej kampanii ówczesnych władz komunistycznych z Władysławem Gomułką na czele. Tytuł filmu nawiązuje do dworca kolejnowego w Warszawie, skąd miejscowi Żydzi wyjeżdżali do Wiednia, a stamtąd do Izraela lub gdzie indziej. Teresa Torańska spotkała się ze swoimi izraelskimi dziś rozmówcami w tamtejszej miejscowości wczasowej Aszkelon i nagrała ich wynurzenia po latach. Jest to typowy dla niej schemat wywiadu. Teresa, pełna ciepła dla swych rozmówców, zadaje im pytania, a oni, nakręcani przez kamerę, odpowiadają na nie w miarę swych możliwości. Również i ten film zawiera wszystkie zalety głośnych wywiadów światowej zaiste sławy dziennikarki. Ludzie otwierają się wobec niej i bez żadnych zahamowań mówią, co myślą na omawiany temat. Tak wykonany wywiad pozwala znakomicie zrozumieć świat wewnętrzny bohaterów wywiadu, ale w niczym nie koryguje wypowiadanych przez nich bzdur czy głupot.
Pod tym względem film Teresy Torańskiej nie jest jeszcze najgorszy. Sądząc z recenzji Pawła T. Felisa, zamieszczonej w "Gazecie Wyborczej", na festiwalu "Żydowskie Motywy" pokazywano filmy o skrajnie antypolskiej wymowie. Przykładem może być "Świat Marii" Michała Bukojemskiego, który przedstawia Polaków jako antysemitów, wspomagających hitlerowców w tropieniu i mordowaniu Żydów. Obawiam się, że w przyszłości będziemy mieli do czynienia - zgodnie z zapowiedzią zawartą już w dziełach Jana Tomasza Grossa - z obrazem Polaków bez żadnej hitlerowskiej asysty prowadzących dzieło żydowskiej zagłady. Stąd konieczność reakcji na takie filmy, której na łamach "Gazety Wyborczej" niestety nie uświadczysz.
Choć film Teresy Torańskiej wolny jest od tak antypolskiego nastawienia, mimo to wypowiedzi jej rozmówców wywołują we mnie masę zastrzeżeń swą wyjątkową jednostronnością. Dobrze pamiętam tamte czasy, chociaż większość gomułkowsko-moczarowskiej kampanii spędziłem w więzieniu na Mokotowie, a później w Barczewie pod Olsztynem. Trudno było stamtąd obserwować zachowania prostych ludzi, ale widać było jak na dłoni zamiary partyjno-ubeckich animatorów i wykonawców tej kampanii. Po wyjściu na wolność zdążyłem jeszcze odprowadzić kilku przyjaciół na przysłowiowy dziś Dworzec Gdański, choć byłem przeciwny tamtej emigracji - zwłaszcza dzieci PRL-owskich prominentów. Uważałem, że powinni solidarnie znosić trudy znoszenia uroków ustroju, do którego budowy przymuszali Polaków ich ojcowie.
Co istotniejsze, zapamiętałem Polskę i Polaków owych lat całkiem odmiennie niż izraelscy rozmówcy Teresy Torańskiej. Oni mają do dziś kompleks odrzucenia przez Polaków, niezdolnych do gestu solidarności wobec swych znajomych Żydów wyrzucanych na emigrację z ojczystego kraju. Jeden z rozmówców Teresy z wyraźnym wzruszeniem opowiada, że tylko jeden z jego znajomych Polaków wyraził nadzieję, iż uda mu się wrócić z powrotem do kraju. Ten sam rozmówca opowiada dla kontrastu, jak zupełnie obca osoba w Izraelu dała mu pieniądze na taksówkę. Do głowy atoli mu nie przychodzi, że w Polsce trwała antysemicka kampania w środkach przekazu, której musieli się przeciwstawić zwyczajni, prości ludzie, a nikt im nie podpowiadał, jak się mają zachować w tak niecodziennej sytuacji. Natomiast w Izraelu tamtejsze media nawoływały do aktów solidarności z nowymi przybyszami. Stąd ta różnica w postawach. Ale ten sam rozmówca jakoś nie pamięta (w odróżnieniu ode mnie) ani powszechnej radości w Polsce, że prozachodnie siły zbrojne Izraela pobiły na głowę arabskich sojuszników Moskwy, sprawującej wtedy protektorat nad Polską, ani powszechnego gestu solidarności z Żydami, kiedy tysiące młodych Polaków zapuszczały wtedy brody.
Pamiętam też zawiść rodowitych Polaków, że w odróżnieniu od żydowskich potomków nie mogą wyjechać z PRL na Zachód - do wolnego świata. Oni w odróżnieniu od Żydów musieli pozostać tu - by użyć określenia z czasów stanu wojennego - na dużym spacerniaku. Tym bardziej, że składający podanie o wyjazd do Izraela - bo takie były wymogi urzędowe - najczęściej wybierali jednak jako ostateczny cel podróży bynajmniej nie Ziemię Obiecaną, lecz Danię, Szwecję, Wielką Brytanię czy USA, zaś żydowskie pochodzenie było tylko pretekstem do emigracji.
W filmie Teresy Torańskiej zabrakło też refleksji, że ówczesna antysemicka kampania toczyła się z inicjatywy Kremla i Łubianki, wręcz wymuszana na prosowieckich władzach PRL przez bezkarną w owych czasach moskiewską agenturę spod znaku generałów Jaruzelskiego i Diomki-Moczara. Że ofiarą ubeckiej kampanii padło wielu rodowitych Polaków, jak usunięci wtedy z wojska za nieprawomyślność generałowie Józef Kuropieska, Adam Uziembło oraz Tadeusz Bończa-Pióro. Tacy Polacy zostali pozbawieni możliwości zbawiennej ucieczki na Zachód, choć brali czasem cięższe cięgi z ręki reżymu. Również rasistowski charakter tej kampanii, której ofiarą padali ludzie nawet nie poczuwający się do żydostwa, kompletnie spolonizowani, jeśli tylko podpadli władzy ludowej, a raczej sowieckiej agenturze, wynikał wszak z narzucania Polsce obcych jej tradycji rasistowskich wzorców rodem z Kraju Rad.
Teresa Torańska jest dobrą znajomą gen. Wojciecha Jaruzelskiego, ale podczas wywiadów z nim nacechowanych wzajemnym zrozumieniem nie wydusiła z niego szczerego wyznania odnośnie jego haniebnej roli w tej moskiewskiej czystce. Toteż łzy wzruszenia nad swoją dolą przelewane przez izraelskich rozmówców Teresy Torańskiej z braku tego personalnego adresu spadają zbiorowo na nasze polskie głowy. Wyznam szczerze, że jeśli taki "człowiek honoru" jak gen. Jaruzelski nie poczuwa się do winy organizowania tej w jeszcze większym stopniu antypolskiej, co antyżydowskiej akcji marcowej, to co tu mówić o winie nas - pozostałych Polaków? A przecież co i rusz musimy świecić oczami w tej sprawie za niego i jego kompanów.
Może warto by było, aby Teresa Torańska nakręciła film zawierający rozmowy o tych wszystkich pominiętych w "Dworcu Gdańskim" sprawach? Z pod innym kątem dobranymi rozmówcami. Gorąco bym ją do tego zachęcał.

Antoni Zambrowski

Zostań donatorem naszych publicystów:
Jeśli satysfakcjonuje Cię publicystyka Antoniego Zambrowskiego - możesz wesprzeć Naszego Autora datkiem.
Konto:
61 1240 1040 1111 0010 0042 5486
Bank PeKaO SA III O. w Warszawie
SWIFT/BIC - PKOPPLPW



Publicystyka Antoniego Zambrowskiego na ASME


Agenci w lesie i w domu - Tadeusz M. Płużański Wysłane poniedziałek, 30, lipca 2007 przez Krzysztof Pawlak

Dzięki IPN - instytucji tak znienawidzonej przez czerwonych i różowych - dowiadujemy się coraz więcej nie tylko o mechanizmach totalitarnego państwa, o bohaterach walki z komuną, ale o zdrajcach, którzy donosili na żołnierzy niepodległościowego podziemia, opozycjonistów, pisarzy. Także o kapowaniu na swoich najbliższych.

IPN ujawnił niedawno nazwiska ludzi winnych śmierci mjr. Józefa Kurasia. "Ognia", legendy antykomunistycznego oporu na Podhalu. Zdradziły go trzy osoby związane wcześniej z oddziałami "Ognia"- Stanisław Byrdak, Antoni Twaróg i Stefania Kruk. Decydującą rolę - jak się przypuszcza - odegrała ta ostatnia - łączniczka i matka jednego ze złapanych i maltretowanych przez bezpiekę "ogniowców". Dzięki donosom KBW osaczył Kurasia w lutym 1947 r. w Ostrowsku.

"ZAPORĘ" WYDAŁ "OPAL"

Przykładów jest więcej. O tym, kto wydał Hieronima Dekutowskiego "Zaporę", dowiedzieliśmy się dopiero niedawno. W książkach wydawanych w ostatnich latach na temat tego dowódcy WiN z Lubelszczyzny osoba ta pojawia się bardzo często. Zawsze jednak w pozytywnym świetle, jako bohaterski przyboczny "Zapory". Tak o Stanisławie Wnuku "Opalu" pisze Henryk Pająk w książce "Zaporowcy przed sądem UB" czy Ewa Kurek w "Zaporczykach". Szczególnie w tej ostatniej pozycji jest przedstawiany jako wzór patrioty i przyjaciel Hieronima Dekutowskiego.
Tymczasem rzeczony "Opal" był agentem UB. Spośród aż 63 konfidentów bezpieki, którzy działali w otoczeniu "Zapory" po wojnie, okazał się najskuteczniejszy.
Stanisław Wnuk współpracował z resortem - bagatela - ponad 40 lat - od 1946 r. do 1989 r. To on właśnie odegrał kluczową rolę w akcji rozpracowania i aresztowania Dekutowskiego. Chęć wydania swojego dowódcy zadeklarował już w 1946 r. Ostatecznie "Zapora", razem ze swoimi żołnierzami, wpadł we wrześniu 1947 r.
Historycy oceniają, że "Opal" przyczynił się do aresztowania również innych żołnierzy niepodległościowego podziemia. Aż do śmierci kilka lat temu bardzo aktywnie działał w gronie kombatantów środowiska "Zaporczyków". Chętnie przedstawiał swoje heroiczne czyny. Zmarł niedługo przed ujawnieniem dokumentów na swój temat, które odnalazły się w IPN.

PIĘĆ TYSIĘCY ZA "LALKA"

Podobnie rzecz się miała z innym bohaterem antysowieckiego podziemia - Józefem Franczakiem "Lalkiem". 21 października 1963 r. ten ostatni partyzant II RP zginął w obławie przeprowadzonej przez SB, KBW i milicję w Majdanie Kozic Górnych, wiosce nieopodal Piask na Lubelszczyźnie.
Przez lata utrzymywała się wersja, że zadenuncjował go sąsiad - Wacław Beć, u którego ukrywał się feralnego dnia. Tak myślała rodzina i okoliczna ludność. To oskarżenie powtórzył i utrwalił na kolejne kilka lat Henryk Pająk, m.in. w książce "Uskok kontra UB". Tymczasem obciążony został niewinny człowiek. Jak wynika z akt znajdujących się w IPN SB wydał bezpiece TW "Michał" - Stanisław Mazur - stryjeczny brat Danuty Mazur (narzeczonej "Lalka" i matki jego syna). Pozostawał poza podejrzeniami właśnie dzięki opinii mieszkańców podlubelskich miejscowości, dla których zdrajcą był Wacław Beć. Nie zmienił tego fakt, że 12 czerwca 1964 r. Sąd Wojewódzki w Lublinie skazał Becia na 5 lat więzienia za współpracę z "Lalkiem".
Z bezpieką Stanisław Mazur współpracował jeszcze długo po śmierci "Lalka". Trwała ona od przełomu 1962/63 r. do 11 maja 1967 r. TW "Michał" przekazywał m.in. informacje o nastrojach ludności wsi, w których wcześniej ukrywał się Franczak i rozpracowywał jego najbliższych współpracowników. To prawdopodobnie na podstawie donosów Mazura aresztowano i osądzono Wacława Becia. Za kapowanie dostał w sumie 12.050 zł, z tego prawie połowę - ok. 5000 zł za ustalenie miejsca pobytu "Lalka".

ŻONY W SŁUŻBIE BEZPIEKI

Częste były przypadki donoszenia na bliskich. We wrześniu 2006 r. Peter Raina - opozycjonista związany z KOR, współpracownik paryskiej "Kultury" - otrzymał z IPN status pokrzywdzonego. Po zapoznaniu się z zawartością swojej teczki napisał książkę "Bliski szpieg", w której ujawnił, że agentem bezpieki była jego żona Barbara Wereszczyńska. Donosiła na niego przez 14 lat małżeństwa, aż do nagłej śmierci w 1982 r., w wieku 40 lat.
Znane są już inne tego rodzaju dramaty - na Pawła Jasienicę (właściwie Leona Lecha Beynara), po wojnie żołnierza "Łupaszki", a później wybitnego popularyzatora polskiej historii, też kapowała jego żona, z tą różnicą, że agentką UB była jeszcze przed ich poznaniem.
Ostatnio w księgarniach można znaleźć nowe wydania sztandarowych książek Jasienicy - "Polski Piastów" i "Polski Jagiellonów". Do druku przygotowywane są kolejne prace. Wznowienia są możliwe, ponieważ po wieloletnim procesie, w grudniu 2006 r. zakończył się spór o prawa autorskie do prac Jasienicy. Sąd przyznał je w całości córce z pierwszego małżeństwa - Ewie Beynar-Czeczott, procesującej się z synem z drugiego małżeństwa - Markiem O’Bretenny. Wcześniej ośmiu adwokatów odmówiło jej reprezentowania, a dwukrotnie przegrała sprawę, ze względu na przedawnienie roszczeń, które należało wnieść do trzech lat po śmierci Jasienicy.
Kiedy w 2002 r. córka pisarza przejrzała w IPN jego teczkę, doszła do wniosku, że Marek O’Bretenny nie ma moralnego prawa do dziedziczenia po jej ojcu. Okazało się bowiem, że druga żona autora, Nena O’Bretenny była agentką bezpieki. Donosiła nie tylko na Jasienicę, ale i jego przyjaciół i znajomych, m.in.: Kisielewskich, Wańkowiczów, Bartoszewskich, Grochowiaka, Słonimskiego czy kardynała Stefana Wyszyńskiego. Ostatni donos na męża opisywał pogrzeb Jasienicy.
Z dokumentów IPN wynika, że Nena O’Bretenny (TW "Ewa") "zlecenie na Jasienicę" dostała jeszcze w latach 60. Po ślubie z owdowiałym pisarzem zmieniła pseudonim na TW "Max". Do swojej śmierci w 1997 r. nie przyznała się do współpracy z bezpieką. Historię tę opisała Joanna Siedlecka w jednym z rozdziałów wydanej w 2005 r. książki "Obława. Losy pisarzy represjonowanych". Pod koniec 2006 r. ukazał się zbiór wspomnień Ewy Beynar-Czeczott, "Mój ojciec Paweł Jasienica". W maju 2007 r. wybitny pisarz został pośmiertnie odznaczony przez Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego Krzyżem Wielkim Orderu Odrodzenia Polski.
Niewiele brakowało, aby w 1980 r. z agentką bezpieki Matyldą Sobieską połączył się węzłem małżeńskim lider Ruchu Młodej Polski - Aleksander Hall. Materiały na ten temat opracował historyk IPN Sławomir Cenckiewicz. Do ślubu ostatecznie nie doszło, ale Matylda, ps. "Andrzej" zdążyła przekazać SB szereg informacji o Hallu, środowisku RMP (Arkadiuszu Rybickim, Jacku Bartyzelu, Marianie Piłce, Januszu Majewskim) i Konfederacji Polski Niepodległej (przyjaźniła się z rodziną Leszka Moczulskiego). Za każdy pisemny donos Sobieska otrzymywała 1500 zł.

OJCOWIE I SYNOWIE

Donosili też synowie na ojców. I tak jeden z autorytetów moralnych lewicy, znany pisarz i publicysta Andrzej Szczypiorski kapował na swojego ojca - też Andrzeja (działacza PPS), pomagając bezpiece w zakończonej sukcesem akcji sprowadzenia go do kraju z Anglii, gdzie pozostał po wojnie na emigracji. Szczypiorski junior TW został już w latach 50. (pseudo "Miglanc", potem "Marek"). Miał za sobą udział w Powstaniu Warszawskim w szeregach AL. i roczny pobyt w Sachsenhausen. W "wolnej" Polsce został aktywistą ZMP, potem PZPR. Jako współpracownik Departamentu I Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego wyjechał na placówkę dyplomatyczną do Danii. Z bezpieką utrzymywał kontakty w latach 60., a niewykluczone, że i później, kiedy związał się z opozycją. Napisał kilka książek. Zmarł w 2000 r.
Tradycje kapowania w rodzinie Szczypiorskiego były bardzo mocne - dla bezpieki pracowało siedem osób, w tym bracia i siostry jego ojca. Żona brata jeszcze przed wojną była członkiem Komunistycznego Związku Młodzieży Polskiej i Komunistycznej Partii Polski. W styczniu 1942 r. wstąpiła do PPR, była łączniczką i sekretarką Pawła Findera i Marcelego Nowotki. Po wojnie pracowała w milicji. To tych tradycji nawiązał też syn Andrzeja Szczypiorskiego juniora, który donosił na ojca za pieniądze jako TW "Gaweł".
"Od chwili upadku PRL należałem do zwolenników ujawnienia wszystkich tajnych dokumentów wyprodukowanych w ciągu półwiecza władzy komunistycznego reżimu. Nie przypuszczałem, że tym samym domagam się ujawnienia rodzinnej tajemnicy. Po trzech latach mojej pracy w Instytucie Pamięci Narodowej, po siedemnastu latach od śmierci mojego Ojca, w lipcu 2003 roku otworzyłem teczkę tajnego współpracownika Służby Bezpieczeństwa, używającego pseudonimu »Lachowicz«. Dowiedziałem się z niej, że mój Ojciec przez ponad trzydzieści lat współpracował z UB i SB, dostarczając zamówione raporty i donosy oraz - przez większą część tego okresu - pobierając za to wynagrodzenie". Tak napisał kilka lat temu w artykule w "Rzeczpospolitej" "Lachowicz, mój ojciec" Ryszard Terlecki z krakowskiego IPN o współpracy Olgierda Terleckiego - pisarza historycznego (autor m.in. monografii o generale Władysławie Sikorskimi popularnej historii II wojny światowej) z bezpieką. Agent "Lachowicz" (wcześniej "Rudnicki") donosił głównie na środowisko paryskiej "Kultury" i londyńskiej emigracji.
W miarę ujawniania dokumentów Instytutu Pamięci Narodowej będą z pewnością wychodziły na jaw nowe historie, również o ludzkich dramatach. Ale jeśli chcemy żyć w normalnym kraju, musimy poznać nawet najbardziej bolesną prawdę o swojej historii.

Tadeusz M. Płużański

Publicystyka Tadeusza M. Płużańskiego na ASME.


Jak skręcić biczyk z piasku? - prof. Jerzy Przystawa Wysłane poniedziałek, 30, lipca 2007 przez Krzysztof Pawlak

Dziś prawie wszyscy, łącznie z Wielkim Wodzem, głoszą, że wybory już raczej bliżej niż dalej, rozpoczyna się więc przedwyborcze dzielenie skóry na niedźwiedziu, uczone analizy analityków i przepowiednie politycznych jasnowidzów. Wszyscy też, od prawa do lewa i wokół, mają świadomość, że wybory w tej samej ordynacji do niczego sensownego nie doprowadzą: polska nawa państwowa dryfuje w nieokreślonym kierunku i wznoszenie głośnych okrzyków przy uszkodzonym sterze oraz nielojalnej załodze w niewielkim tylko stopniu pomaga przy wytyczaniu i trzymaniu się kursu. Co raz powszechniej staje się zrozumiałym, że tzw. klucz proporcjonalny - głosowanie na listy partyjne - to jest mechanizm podziału i dezintegracji sceny politycznej i co raz częściej wygłaszane są marzenia o "dwupartyjnym parlamencie" i jak by to było dobrze, gdyby tak się wreszcie "ułożyło", że z jednej strony patriotyczna prawica, z drugiej jeszcze bardziej patriotyczna lewica, stabilny rząd i w ogóle wspaniale. Kłopot jednakże w tym, że z mechanizmem dezintegracji - który wymusza rozdrobnienie i nietrwałe koalicje - poradzić by mógł sobie tylko jakiś Wielki Autorytet, jaki byłby w stanie nakłonić Polaków do zaufania mu i zagłosowania na ludzi przez niego wskazanych. Tak się jednak składa, że ostatnim takim autorytetem był nieśmiertelny Lech Wałęsa i w roku 1989 był on w stanie, rzeczywiście, nawet konia wypromować na senatora. Niestety, ludzie przez niego wypromowani okazali się - by nikogo nie urazić - nie najwyższej jakości - a on sam cały ten autorytet roztrwonił błyskawicznie. W pozostawionym przez niego zwierzyńcu politycznym nie pojawiła się żadna charyzmatyczna postać, która byłaby w stanie natchnąć Polaków zaufaniem i nadzieją. I trudno się temu dziwić, jeśli się pamięta klucz, według którego rekrutowano ludzi do Magdalenki i "okrągłego stołu", a więc i kandydatów do historycznego zdjęcia z Wałęsą.

Jest znane wyjście z tego politycznego impasu, sprawdzone i wypraktykowane w świecie, jest prosty sposób na zastąpienie mechanizmu podziału i dezintegracji - mechanizmem łączenia i integrowania - tym sposobem są wybory w jednomandatowych okręgach wyborczych na wzór brytyjski, First-Past-The-Post. O takim wyjściu nie chcą jednak słyszeć nasze pociotki po Wałęsie, albowiem na jego przykładzie przekonali się, jak ryzykowną rzeczą są wybory w okręgu jednomandatowym. Pamiętają przecież, że ten sam Lech Wałęsa, który - dopiero co! - był w stanie jednym palcem wskazać ze stuprocentową pewnością wszystkich posłów i senatorów, w kolejnych wyborach upadł tak nisko, że poparło go nie więcej niż 1% wyborców! I wiedzą, że to się może każdemu przytrafić, żeby nie wiem gdzie szyto mu nowe garnitury i dobierano nie wiadomo jak pachnące krawaty!

Idą więc dalej tą samą drogą kwadratowania koła, czyli usiłując scalić scenę polityczną przy pomocy mechanizmu dezintegrującego, dobierając nowe elementy procedury, zmieniając przeliczniki, wielkości okręgów wyborczych, zasady rejestracji itd. itp. Ostatnio pojawił się nowy, genialny pomysł: wybory w 115 okręgach czteromandatowych! Chytrze kombinują: czteromandatowe okręgi oznaczają, że "naturalny próg wyborczy" zostanie wywindowany na wysokość kilkunastu procent, w ten sposób wycięte zostaną takie partie jak Liga, Samoobrona, PSL a może nawet i SLD i wtedy: hulaj dusza! Wszystkie mandaty przypadną PiS i PO!!

W Polsce, przy takim poziomie nauk politycznych, jaki odziedziczyliśmy po komunizmie, wszystko jest możliwe. Skoro można było wprowadzić tak absurdalny system wyborczy, w jakim wybiera się posłów do Parlamentu Europejskiego, więc i ten pomysł ma prawo doczekać się realizacji. Warto zatem uświadomić sobie dwie rzeczy.

Po pierwsze, system taki w jaskrawy sposób łamałby konstytucyjną zasadę proporcjonalności.

Politolodzy na świecie od dawna wprowadzili pewien sposób oceny, czy wybory są, czy nie są "proporcjonalne". Tą miarą jest tzw. indeks dysproporcjonalności, inaczej zwany indeksem L-S lub indeksem Gallaghera. Odpowiada to czemuś, co w naukach ścisłych określane jest jako "średnie odchylenie kwadratowe". Gdyby wybory były naprawdę proporcjonalne, a więc gdyby procent zdobytych przez wszystkie partie mandatów był równy procentowi uzyskanych głosów wyborców, to ten indeks wynosił by ZERO. Tak jednak nigdy nie jest i wybory tym bardziej są "nieproporcjonalne", im większa jest wartość tego indeksu. Tak argumentowali Kaczyński, Dorn, Marcinkiewicz i inni, kiedy w roku 2001 skarżyli ordynację wyborczą do Trybunału Konstytucyjnego: "Otóż efekt, do jakiego prowadzi system wyborczy do Sejmu zawarty w ordynacji z 1993 r.: 15,8 w 1993 r. i 9,8 w 1997 r. - sytuuje ten system wśród systemów większościowych z okręgami jednomandatowymi, gdzie indeks L-S wynosi odpowiednio: Wielka Brytania - 10,8; Nowa Zelandia - 11,1; Kanada - 11,3; Francja - 13,9; Indie - 17,8" (zob.: http://jow.pl/pdf/biuletyn08.pdf). Te porównania są wymowne, ale wybrane trochę na "chybił - trafił", bo np. w przypadku wyborów w Wielkiej Brytanii mamy i inne wyniki: np. w roku 1951 - 2,80; w r. 1955 - 4,20; w r. 1970 - 6,62 itd. (zob. http://www.jow.org.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=291&Itemid=96&limit=1&limitstart=5). Ale to tylko dodatkowo podnosi zasadność skargi konstytucyjnej .

Stosowane do tej pory w Polsce metody d’Hondta, Sainte-Lague, Hare czy Niemeyera są metodami rozdziału proporcjonalnego tylko w sensie ASYMPTOTYCZNYM, a więc gdy okręgi są bardzo duże i rozdziela się bardzo dużo mandatów. W Polsce mamy okręgi od 7-mio do 19-to mandatowych. Im mniej mandatów na okręg, tym gorzej spisują się wszystkie te naukowe przybliżenia. W symulacji komputerowej przeprowadzonej przez nas na statystyce wielu milionów wyborów (zob. http://www.jow.org.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=291&Itemid=96), pokazaliśmy, że w przypadku okręgów 12-to mandatowych najbardziej prawdopodobna (środek krzywej "dzwonowej") wartość indeksu L-S wynosi ok. 6,5; dla 9-cio mandatowych ok. 9; dla 7-mio mandatowych ok. 11,5. Okręgów 4-ro mandatowych nie badaliśmy, ale bez ryzyka większego błędu można założyć, że maksimum krzywej powędruje w okolice 20. Takiej "proporcjonalności" wyborów mogło by być za dużo nie tylko dla Rzecznika Praw Obywatelskich ale nawet dla tak skądinąd "spolegliwych" sędziów Trybunału Konstytucyjnego!

Po drugie: według matematyka Krzysztofa Ciesielskiego, ordynacja proporcjonalna winna się raczej nazywać paradoksalną, a to dlatego, że kryją się w niej pułapki trudne do przewidzenia. Może się więc zdarzyć, że nasi "inżynierowie ordynacyjni" mogą na tych zabiegach przejechać się, jak Zabłocki na mydle, a przestrogą dla nich mógłby być los Silvio Berlusconiego, który na swoją zgubę wprowadził osławione "porcato" - czyli blokowanie list wyborczych. Podobnie zresztą jak na machinacjach z ordynacją w roku 2001 przejechały się AW"S" i Unia Wolności. Chodzi o to, że obecnie średni okręg wyborczy liczy sobie ok. 730 tysięcy wyborców, przy 115 okręgach będą to okręgi trzykrotnie mniejsze i wielkie miasta przestaną odgrywać tak kluczową rolę. Jak wiemy, w tzw. terenie nasze wspaniałe partie polityczne, poza SLD i PSL, mają struktury raczej śladowe. Dowodzą tego wybory samorządowe, gdzie np. w ostatnich wyborach PSL zdobył 253 mandaty wójtów, burmistrzów i prezydentów miast, podczas gdy PiS - 77, a PO zaledwie 46.

Oczywiście, w ordynacji paradoksalnej tak być nie musi. Sezonowe partie polityczne mogą co sezon zmieniać kostiumy, kompozycję, barwy i programy. Do dzisiaj jedynymi nie sezonowymi partiami były SLD i PSL. Jednakże na naszych oczach SLD przekształca się w LiD, podobnie jak znikają Samoobrona i LPR, transformując się w LiS. PO i PiS napinają muskuły, demonstrując wolę wiecznego trwania. Warto jednak pamiętać, że obie te partie istnieją dopiero drugi sezon polityczny, a w połowie sezonu 1997 - 2001 AW"S" i UW też wyglądały jak skonstruowane na zawsze. Może uda im się przetrwać kolejne majstrowanie przy ordynacji wyborczej i przejdą na drugi brzeg suchą nogą? Jedno jest jednak pewne: na takich machinacjach najgorzej wyjdziemy my, obywatele Rzeczypospolitej.

Jerzy Przystawa

  • Prof. Jerzy Przystawa był w kadencji 1990 - 1998 radnym rady miejskiej Wrocławia, startował w wyborach do Senatu Rzeczypospolitej Polskiej przeprowadzonych w dniu 21 września 1997 r.
    Od kilkunastu lat jest jednym z liderów Ruchu Obywatelskiego na rzecz JOW.

    Publicystyka prof. Jerzego Przystawy na ASME.


    Witryna ASME Antysocjalistycznego Mazowsza jest najstarszym serwisem w Sieci - oprócz witryny tematycznej JOW - propagującym ideę JOW

    Moje kolejne sprostowanie rodzinne - Antoni Zambrowski Wysłane czwartek, 26, lipca 2007 przez Krzysztof Pawlak

    W numerze "Gazety Polskiej" z dnia 20 czerwca 2007 r. ukazał się obszerny artykuł Bohdana Urbankowskiego pt. "Łagodna rewolucja - z szubienicami w tle" poświęcony m.in. tzw. Żołnierzom Wyklętym z powojennego podziemia antykomunistycznego. Od lat darzę przyjaźnią kilku z nich, by wymienić mego świadka bierzmowania w obozie internowania Antoniego Hedę "Szarego", kolegę redakcyjnego z "Tygodnika Solidarność" Stanisława Murzańskiego lub śp. Zdzisława Szpakowskiego. W więzieniu mokotowskim oraz w Barczewie siedziałem z wieloma z nich w latach 1968-69 i przeżywałem jak swoje ich dramaty życiowe. Przyklasnąłbym więc chętnie intencjom autora artykułu. Niestety jedno zdanie – wybite jako tzw. lead i wyniesione na okładkę, budzi mój sprzeciw. Brzmi ono: "Nie wypadało mówić o wyrzynaniu wiernych rządowi Rzeczypospolitej oddziałów, o wysyłaniu tysięcy Polaków do rosyjskich łagrów i do bardziej swojskich obozów speckomisji Zambrowskiego". Jest to ewidentny fałsz, gdyż zamiast kazamatów MBP Stanisława Radkiewicza oraz lochów jeszcze okrutniejszej Informacji Wojskowej występują tu obozy pracy Komisji Specjalnej do walki z nadużyciami, z Romanem Zambrowskim na czele. Tymczasem ta Komisja - cokolwiek by o niej nie sądzić - była powołana nie do walki z podziemiem antykomunistycznym, lecz - pod publiczkę - do walki ze spekulacją, czyli paskarstwem. Zastępowanie Stanisława Radkiewicza i sowieckich nadzorców Informacji Wojskowej przez skłóconego od wielu lat z Radkiewiczem Romana Zambrowskiego to m.in. chwyt Zjednoczenia Patriotycznego "Grunwald". Sam byłem mimowolnym świadkiem takiej masówki "Grunwaldu" pod dawną siedzibą MBP 8 marca 1981 roku, ewidentnie skierowanej przez ówczesnego sekretarza KW PZPR Stanisława Kociołka przeciwko mazowieckiej "Solidarności", obchodzącej uroczyście 13. rocznicę wydarzeń marcowych.
    Napisałem wtedy protest przeciwko takiej manipulacji, za który właśnie trafiłem w stanie wojennym do Białołęki. Dlatego apeluję po koleżeńsku do Bohdana Urbankowskiego: miej na względzie, że takie fałsze niczym kropla dziegciu w miodzie psują efekt słusznego w zamyśle działania.

    Antoni Zambrowski

    Zostań donatorem naszych publicystów:
    Jeśli satysfakcjonuje Cię publicystyka Antoniego Zambrowskiego - możesz wesprzeć Naszego Autora datkiem.
    Konto:
    61 1240 1040 1111 0010 0042 5486
    Bank PeKaO SA III O. w Warszawie
    SWIFT/BIC - PKOPPLPW



    Publicystyka Antoniego Zambrowskiego na ASME


    Samym kabaretem człowiek nie pożyje Wysłane czwartek, 26, lipca 2007 przez Krzysztof Pawlak

    Pan prezydent ogłosił żałobę narodową, która zakończyła się wczoraj. Można już pisać w lżejszej formie. Żałoba po katastrofie autokaru z polskimi pielgrzymami pod francuskim miastem Grenoble została przyjęta w wielu środowiskach z mieszanymi uczuciami, tak samo jak kilka poprzednich, wprowadzanych przez post(?)komunistycznego prezydenta Kwaśniewskiego, potem przez JE Lecha Kaczyńskiego - ze względu na coraz bardziej widoczną dewaluację tego pojęcia w sytuacji, gdy na polskich fatalnej jakości drogach codziennie ginie do 15 osób, z którego to faktu nikt nie czyni spektakularnych, "propaństwowych" gestów. W końcach tygodni, kiedy to Polacy, tak samo jak wiele innych, zmotoryzowanych nacji, wracają z wypoczynku lub sąsiedzkich odwiedzin, niestety ginie w wypadkach samochodowych do kilkudziesięciu najczęściej niewinnych uczestników ruchu drogowego, których śmierci nie poważyło się wykorzystać do markietingiarskiego manewru politycznego żadne jeszcze populistyczne, a nawet "sprawiedliwe", a może i jak niemal wszystkie inne - "solidarne społeczne", czyli socjalistyczne w mowie poprawnie politycznej, ugrupowanie. To zapewne jednak kwestia czasu.

    Ze wszech miast jednak słuszna jest decyzja premiera Kaczyńskiego, by nie ujawniać podjętej ponoć już decyzji w gronie biura politycznego PiS dotyczącej losów koalicji rządowej - właśnie podyktowana obowiązującą w kraju żałobą narodową. Tak powiedział poważny w końcu (w opinii innych urzędników) ober-urzędnik w Polsce, zwolennik szczególnej powagi w stosunku do symboliki urzędowo-państwowej.

    Nie samym kabaretem istota myśląca i czująca w końcu żyje.

    Krzysztof Pawlak


    Czy "wirtuoz intrygi" tym razem osiągnie sukces? - Stanisław Michalkiewicz o kresie projektu IV Rzeczpospolitej Wysłane wtorek, 24, lipca 2007 przez Krzysztof Pawlak

    | Pobierz |








    Czy "wirtuoz intrygi" tym razem osiągnie sukces? - Stanisław Michalkiewicz o kresie projektu IV Rzeczpospolitej
    Wysłane wtorek, 24, lipca 2007 przez Krzysztof Pawlak

    "Wygląda na to, że IV Rzeczpospolita - bo tak nazywał się ten polityczny eksperyment - dobiega kresu, bo wszystko na to wskazuje, że pan premier Kaczyński w rocznicę objęcia urzędu postawił swoim koalicjantom propozycję nie do odrzucenia. Koalicjanci w postaci LiS-a - bardzo osobliwej partii, ponieważ tworzą ją dwie partie zachowujące swoje odrębne struktury, tworząc smoka-dwugłowca, o których Stanisław Lem pisał, że wyginęły z przyczyn naturalnych - zachowują się jak zespół muzyczny, który ma grać na nerwach panu premierowi. "Dziesięć warunków dobrego rządzenia" zostaje uzupełnione przez LiS-a swoimi dopiskami, choć ultimatum nie zostało przedstawione jedynie Samoobronie i LPR, ale także ojcu Rydzykowi" - Stanisław Michalkiewicz, świetny publicysta prawicowy i nasz stały współpracownik, komentuje wydarzenia na scenie aktorstwa politycznego Rzeczyposplitej.

    Premier Kaczyński przestrzegł o. Rydzyka przed "angażowaniem się w przedsięwzięcia marginalne", które w najbliższej przyszłości "doznają szalonej kompromitacji moralnej, jakiej nie da się obronić nawet w Kościele", jednocześnie zapewniając o swej wysokiej ocenie możliwości kontaktowania się z "ważną częścią elektoratu" za pomocą Radia Maryja. Tymczasem doszło do tajemniczego spotkania przedstawicieli LiS-a z Jego Ekscelencją biskupem Sławojem Leszkiem Głodziem, szefem zespołu duszpasterskiej troski o Radio Maryja, w Jego podlaskiej rezydencji. O czym tam mówiono, Stanisław Michalkiewicz tego oczywiście nie wie, ale sam fakt spotkania ma swój ciężar gatunkowy, co mogło zirytować premiera Kaczyńskiego. Premier Giertych zapowiedział, że po urlopie "na 99% nie wróci już do swego pokoju w MEN", a także jako wicepremier. Pada więc pytanie o formę, jaką przybierze kres IV Rzeczypospolitej - czy będziemy mieli do czynienia z przedterminowymi wyborami, czy z konstruktywnym wotum nieufności. To drugie jest mniej prawdopodobne, zwłaszcza gdy wiadomo już o przymiarkach, czynionych przez rządzące ugrupowanie Populizm i Socjalizm, do wprowadzenia zmian w ordynacji wyborczej, co wcale nie martwi "spolegliwej opozycji", czyli Platformy Obywatelskiej! Wiadomo też, że będzie niewielka frekwencja, więc o wszystkim zadecydują działacze partyjni z rodzinami, a więc - nic właściwie się nie zmieni, poza skutecznym "cięciem po skrzydłach" oznaczającym podział władzy między PO a PiS, z eliminacją już całkowitą LPR i Samoobrony - zastanawia się Stanisław Michalkiewicz.
    "Inna rzecz, że nie muszę wszystkiego rozumieć, co czyni »wirtuoz intrygi«, któremu często się zdarza, że te intrygi rozłażą mu się w palcach" - uśmiecha się dobrotliwie prawicowy publicysta.

    Nagranie trwa ponad 10 minut, jest dostępne w Sieci do 7 VIII 2007 r. W Klubie TV ASME - wersja o dobrej jakości.




    Spełniamy europejskie standardy dekadencji - Krzysztof Mazur Wysłane wtorek, 24, lipca 2007 przez Krzysztof Pawlak

    W minioną sobotę późnym popołudniem podróżowałem wraz z rodziną po Sądecczyźnie, kiedy w okolicach Grybowa rozległo się przeraźliwe wycie syren, a za nim pojawiło się kilka policyjnych samochodów, brutalnie spychających nadjeżdżające z naprzeciwka samochody na pobocze drogi. Szczęściem nawałnica ta dopadła nas akurat w miejscu, gdzie na poboczu był wybrukowany chodnik, więc nie musieliśmy jak inni uciekać prawie do pobliskiego rowu, ale jak konieczność, to konieczność. Miewałem już takie przypadki, gdy jakaś firma logistyczna przewoziła wysoko gabarytowe ładunki, dlatego też pierwszą myślą było, że i tak jest tym razem. Nie wiedziałem wtedy jeszcze, że w okolicach Gorlic odbywa się kolejna polityczna ekumenia pod nazwą Łemkowska Watra, ale sytuacją nieco rozjaśnił mi widok pędzącego VIP-owskiego autobusu otoczonego wianuszkiem kolejnych pojazdów policyjnych, karetki pogotowia (akurat nie strajkowali?) i wozu strażackiego. Najprawdopodobniej kawalkada owa była na wyposażeniu prezydenta Juszczenki, gdyż o ile mi wiadomo, pan prezydent Kaczyński w Łemkowskiej Watrze nie uczestniczył, ale procedury chroniące polskich dygnitarzy są podobne, o czym praktycznie każdy kierowca zdążył się już chociaż raz w swoim życiu przekonać.
    Wspominam o tym drobnym incydencie, gdyż przez ostatnie kilka dni mieliśmy istny zalew wyrazów zainteresowania, które najważniejsi w państwie politycy wydobyli ze swoich współczujących serduszek na wieść o tragedii polskich pielgrzymów we Francji. Ta kolejna obłuda narodowej żałoby i pokazowa troska na użytek co większego wypadku połączona z masową nagonką na przebrzydłych kapitalistów, którym tylko zysk w głowie, mocno kontrastuje z codziennymi przejawami egoizmu i buńczuczności, których jeden z przykładów opisałem na wstępie. Wiadomo, że media pokażą prezydenta w kasku górniczym lub obok łóżka poszkodowanego w wypadku, co ma unaoczniać, jak władza dba o swój lud, ale trudno na ekranach mediów zobaczyć, jak ta sama władza ma nas daleko gdzieś, gdy przyjdzie jej chociażby przejechać kilka kilometrów rządowym samochodem po publicznej drodze. Wtedy nasze życie, życie naszych bliskich nie jest warte protokołu bezpieczeństwa zaprojektowanego tak, aby ochroniarze demokratycznych wybrańców mieli jak najmniej roboty.
    Ale jest także drugi aspekt opisywanych spraw. Otóż praktycznie w tym samym czasie kiedy nadeszła tragiczna informacja z Francji, niektóre media (np. "Rz") podały, że na Filipinach także wydarzył się tragiczny wypadek, gdyż na skutek wypadku ciężarówki przewożącej ludzi zginęło 10 osób w wieku 20-30 lat, a wiele innych zostało rannych. Z ciekawości przejrzałem doniesienia z ostatnich kilku miesięcy dotyczące tego typu wypadków na Filipinach i okazało się, że kraj ten nie jest rozpieszczany pod względem takich sytuacji, gdyż pół roku temu błotna lawina zabiła tam ok. tysiąca osób, a w ostatnim półroczu wydarzyło się co najmniej kilka wypadków (pomijając liczne przypadki zamachów), w których życie traciło zawsze kilka - kilkadziesiąt osób (np. w lutym br. wybuch cysterny z gazem płynnym zabił 50 osób). Gdyby za każdym tego wypadkiem ichniejszy prezydent chciał ogłaszać żałobę narodową, to Filipińczycy musieliby cały rok patrzeć na opuszczoną do połowy masztu flagę i słuchać Rolling Stonesów, gdyż jak wiadomo, słuchanie tej kapeli to żadna rozrywka, ale umartwianie się. Filipińczycy nie byli także rozpieszczani przez swoich kolejnych okupantów, a po uzyskaniu niepodległości przydarzył się Filipińczykom np. Ferdynand Marcos, który pieniądze z państwowej domeny lubił kolekcjonować podobno nawet bardziej niż Andrzej Lepper honorowe doktoraty. Żona prezydenta Marcosa, pani Imalda, oprócz tego, że miała ponad 1200 par butów, to nosiła dodatkowo kuloodporny stanik, przy których to fanaberiach bezy prezydentowej Kwaśniewskiej to wycieniowany styl rustykalny lub posługując się językiem młodzieżowym - zwykła wiocha. Filipiny i Polskę łączy podobna powierzchnia państwowego terytorium, katolicyzm jako dominujące wyznanie i wzrost gospodarczy na poziomie 7 proc w pierwszym kwartale 2007 r. Na początku lat 60. mieliśmy również bardzo podobną liczbę ludności, gdyż Polska na koniec 1960 r. liczyła dokładnie 30 milionów obywateli, a Filipinom do tej liczby brakowało ok. miliona mieszkańców. Obecnie Filipiny zamieszkuje blisko 90 milionów obywateli (dominantą są to ludzie młodzi w wieku do 30 lat), czyli trzy razy więcej niż niespełna pół wieku temu, podczas gdy w tym samym okresie Polaków przybyło mniej niż jedna trzecia, a pan premier winę za fakt, iż nie jest nas 60 milionów, zrzuca na niemiecką okupację. Przy tej okazji warto zastanowić się, który kraj - pamiętając o zamachach, separatystach, kataklizmach, wypadkach etc. - naprawdę żyje, a w którym - powtarzając za tytułem powieści Isaaka Asimova - szykuje się "koniec wieczności".

    Krzysztof Mazur

    Publicystyka Krzysztofa Mazura na ASME


    Czy premier Kaczyński rozgrywa partię szachów z jednym tylko ruchem wyprzedzającym w głowie? - Łukasz Perzyna o możliwości wielkich przetasowań na scenie politycznej Wysłane wtorek, 24, lipca 2007 przez Krzysztof Pawlak

    | Pobierz |