sierpnia 12, 2007 - września 12, 2007

Nie usłyszeliśmy nowych haseł ani odpowiedzi na podstawowe pytania - Łukasz Perzyna o początku kampanii wyborczych głównych ugrupowań w "polskim rejonie UE" Wysłane środa, 12, września 2007 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |








Nie usłyszeliśmy nowych haseł ani odpowiedzi na podstawowe pytania - Łukasz Perzyna o początku kampanii wyborczych głównych ugrupowań w "polskim rejonie UE"
Wysłane środa, 12, września 2007 przez Krzysztof Pawlak

"Kiedy szefem amerykańskiej Rezerwy Federalnej, czyli odpowiednika naszego Narodowego Banku Polskiego, banku centralnego, był Alan Greenspan, który przemawiał bardzo zawile, zwykł mówić, że »jeżeli Państwo zrozumieliście połowę z tego, co mówiłem, to znaczy, że nie się postarałem«. Wydaje się, że jedną z głównych przesłanek, którą rozkręcająca się kampania wyborcza PiS będzie musiała spełnić, będzie wytłumaczenie wyborcom, dlaczego mając większość parlamentarną, Jarosław Kaczyński zdecydował się ją zburzyć, dlaczego mając przed sobą dwa lata kadencji parlamentarnej i praktycznie zhołdowanych i spacyfikowanych koalicjantów, zagrożonych przez pięcioprocentowy próg wyborczy w kolejnych wyborach - zdecydował się jednak przeciąć ten węzeł gordyjski i dokonać pospiesznej weryfikacji wyborczej" - Łukasz Perzyna, publicysta "Tygodnika Solidarność" i stały współpracownik naszej witryny ASME, analizuje początki kampanii wyborczej do nowego sejmu Rzeczypospolitej.

Sondaże wskazują, że elektorat PiS wcale nie maleje, choć Jarosław Kaczyński, pielęgnujący swój wizerunek jako spadkobiercy "lewicowej inteligencji żoliborskiej" i czasów sanacji - jak mało kto przed nim zraził sobie swoich sympatyków zawiązaniem koalicji z obciążonymi kryminalnymi zarzutami pretorianami lidera warcholskiej lewackiej Samoobrony. Jak mówią jego sympatycy - decyzja o weryfikacji wyborczej nastąpiła dlatego, że PiS ma plany rządów nie na dwa lata, lecz na lat dziesięć. Wzrost optymizmu konsumenckiego Polaków naprawdę ma miejsce, wskazują na to badania socjologiczne, przyszłość z igrzyskami dla mas w postaci meczów piłki kopanej Euro 2012 wygląda na razie różowo. Następne wybory odbędą się właśnie przed terminem mundialu. Dlatego też PiS przedstawia do nowych wyborów tę samą ekipę polityczną.
Po stronie najwygodniejszego dla PiS sparringpartnera - czyli post(?)komunistów przemalowanych po raz kolejny w nowe barwy (po KPP/PPR/PZPR/PKL/SdRP/SLD) toczy się walka o schedę po "towarzyszu Olku" - "Disko"-Kwaśniewskim, który wszelkimi sposobami stara się usunąć w cień byłego "żelbetonowego premiera", tow. Leszka Muellera (pisownia europejska nazwiska), nawet wypychając go do emerytalnej formy post(?)komunistów - Krajowej Partii Emerytów i Rencistów (Swoją drogą - to ciekawy socjologiczno-sondażowniany fakt, że ten niegdysiejszy nowo-twór prokremlowskich byłych kolaborantów sowieckich okupantów Polski STALE jest uwzględniany w tzw. Badaniach opinii publicznej, choć OD LAT nie można dostrzec żadnej aktywności politycznej jego przedstawicieli... Wiele to mówi o jakości tych "sądarzy" - red. ASME). W ramach nowych szat chcą powrócić byli członkowie "establiszmętu" post(?)komunistycznego, jak tow.tow. Lech Nikolski czy Włodzimierz "Cimoszenko" Cimoszewicz.
W tym trójkącie bermudzkim Platforma Obywatelska (Ratunkowa dla Swoich Obywateli - jak zawsze ją określaliśmy na ASME) wydaje się ugrupowaniem najmniej wyrazistym. Choć jeśli w jej barwach wystąpi Bogdan Borusewicz, inicjator strajku sierpniowego AD 1980 w stoczni gdańskiej, który w dotychczasowej kadencji sejmowej wystąpił z poręki PiS - będzie to nowa jakość.
I zwolennicy PiS, i sympatycy PO - pójdą do wyborów jak na referendum. Zapowiada się ostra rywalizacja wyborcza...

Nagranie trwa ponad 17 minut, jest dostępne w Sieci do 25 IX 2007 r. W Klubie TV ASME - wersja o dobrej jakości.





Chcemy, by rządziła Prawda, Honor, Sprawiedliwość - kandydat na posła na Sejm RP Janusz Korwin-Mikke o powodach utworzenia koalicji UPR-LPR-RP
Wysłane wtorek, 11, września 2007 przez Krzysztof Pawlak

"Stale padają pytania, dlaczego startujecie w koalicji - akurat z LPR i RP - a nie z PiS? Wczoraj we Wrocławiu odpowiadałem, że istnieje pięć ważnych powodów i jest jeszcze jeden, szósty, może nieważny - bo nam tego PiS nie proponowało. Podobnie jest z Platformą Obywatelską. Z LPR jest sprawa inna - przede wszystkim łączy nas podstawowa rzecz: głęboka niechęć do tych, ktorzy przy okrągłym stole postanowili, że w Polsce prawica nie może dojść do władzy. Wszelka prawica, zarówno narodowa, katolicka jak i konserwatywno-liberalna. To nas łączy. Oczywiście wiele nas różni, ale negocjacje przebiegły dość spokojnie i koncyliacyjnie. Wspólnie nie chcemy być w Związku Socjalistycznych Republik Europejskich, czyli Unii Europejskiej, nie chcemy Traktatu Reformującego, oczywiście każda partia pozostaje przy własnym programie. Natomiast gdybyśmy nie połączyli sie - to każda gazeta napisałaby, że UPR dostaje 1%, LPR - też 1%, Prawica Rzeczypospolitej... hmmm... jak zawsze. A teraz, NA STARCIE, dostaliśmy ponad 6%!" - I prezes Unii Polityki Realnej Janusz Korwin-Mikke wyjaśnia powody zawiązania wyborczego TRIUMWIRATU na prawicy.

Walczymy o KILKANAŚCIE procent poparcia! Jest to obopólny interes, dziennikarze robią, co mogą, żeby nas podzielić, wynaleźć jakieś dziury... Robią to oczywiście celowo, po to, by jak zawsze powiedzieć, że nie warto na nas głosować - zauważa Janusz Korwin-Mikke. Proszę zauważyć, że to dzięki założeniu sojusz z UPR, LPR wyłączył się z sojuszu z Samoobroną, a więc to my spowodowaliśmy, że tego ugrupowania nie będzie w Sejmie. Po raz pierwszy mogą Państwo głosować na UPR, MAJĄC PEWNOŚĆ, że wchodzimy do Sejmu - stwierdza jeden z założycieli jedynej partii konserwatywno-liberalnej w Polsce.

Nagranie trwa ponad 8 minut i jest dostępne w Sieci do 25 IX 2007 r.




Kto przypilnuje Balcerowicza? - Stanisław Michalkiewicz Wysłane wtorek, 11, września 2007 przez Krzysztof Pawlak

Rzadko kiedy jakieś wydarzenie następuje znienacka. Z reguły poprzedzają je różne zwiastuny, zwane niekiedy znakami. Na przykład jesień. Przejście od lata do jesieni następuje płynnie; dni są wprawdzie podobne, jeden do drugiego, ale na przykład bociany zaczynają zbierać się w stada, podobnie jak szpaki, których garściami Pan Bóg obsiewa jesienną ziemię. Podobnie w polityce. Wszyscy zastanawiają się, czy 7 września Sejm podejmie uchwałę o samorozwiązaniu. Wprawdzie aż trzy ugrupowania złożyły projekty takiej uchwały, ale wiadomo, że si duo dicunt idem, non est idem, co się wykłada, że gdy dwóch mówi to samo, to wcale nie jest to samo - a cóż dopiero, gdy trzech? Ale od czegóż znaki?

Bo właśnie pojawił się znak wskazujący, że wybory chyba jednak się zbliżają. Objawy konsolidacji wystąpiły bowiem w środowisku faryzeuszy, których wybitnym przedstawicielem od dawna jest Tadeusz Mazowiecki. Wraz z "drogim Bronisławem", czyli Bronisławem Geremkiem i Lechem Wałęsą podpisali "Deklarację Gdańską 2007, w której czytamy m.in., że "nie można stawiać partyjnych, grupowych czy osobistych interesów ponad interes zbiorowy". Jest to oczywiście stwierdzenie ze wszech miar słuszne, więc tylko wypada wyrazić żal, że żaden z sygnatariuszy Deklaracji Gdańskiej nie stosował się do tej wskazówki. Lech Wałęsa, na przykład, dla osobistego interesu doprowadził do obalenia rządu premiera Olszewskiego. Tadeusz Mazowiecki z kolei, w interesie "lewicy laickiej" próbował blokować rozwój normalnego systemu partyjnego, kierując się zasadą "pacta sunt servanda", to znaczy - że umów należy dotrzymywać. Problem jednak w tym, że nie miał na myśli umowy z narodem czy "społeczeństwem obywatelskim", jak kto woli, tylko - z naszymi okupantami, z którymi umówił się przy "okrągłym stole". Ta lojalność Tadeusza Mazowieckiego wobec naszych okupantów odbija się Polsce bolesną czkawką aż do dnia dzisiejszego, ale za to pana Tadeusza okadza tylu wynajętych pochlebców, że chodzi on nieustannie in odore sanctitatis. No i wreszcie - "drogi Bronisław". Jako minister spraw zagranicznych w rządzie charyzmatycznego premiera Buzka (1997 - czerwiec 2000), doprowadził do zdyskredytowania prezesa Kongresu Polonii Amerykańskiej Edwarda Moskala, skutecznie rozbijając polskie lobby na terenie amerykańskim. Być może dzwonkiem alarmowym dla prof. Geremka była udana akcja w sprawie przyjęcia Polski do NATO, kiedy to Edward Moskal zmobilizował aż 9 milionów amerykańskich Polaków, pokazując siłę skonsolidowanej politycznie Polonii. Ale prof. Geremek wcale nie musiał się z tego cieszyć. Prof. Geremek mógł sobie myśleć, że po co w Stanach Zjednoczonych lobby polskie, skoro działa tam już lobby żydowskie? Interes lobby żydowskiego nie zawsze pokrywa się z interesem polskim, a prawdę mówiąc, pokrywa się bardzo rzadko. Stąd też kolportowane z inicjatywy warszawskiego MSZ oskarżenia prezesa Edwarda Moskala o - jakże by inaczej! - "antysemityzm", doprowadziły do stopniowej erozji wpływów politycznych KPA w Stanach, a rozbijacka działalność agentury dokończyła dzieła. Dzisiaj polskiego lobby w USA praktycznie nie ma i jest to niewątpliwy rezultat działalności "drogiego Bronisława", podyktowanej interesem, nazwijmy to - "grupowym", a nie "zbiorowym, czyli polskim interesem państwowym. Podobnie zresztą zachował się "drogi Bronisław" w ostatnich miesiącach, kiedy to nie wahał się oskarżać Polski o "faszyzm", kiedy tylko urażona została jego niebotyczna pycha.
Wspominam o tej przedwyborczej konsolidacji faryzeuszów, bo właśnie w dzienniku "Dziennik" ukazał się kolejny znak zbliżających się wyborów w postaci informacji, iż Leszek Balcerowicz założył fundację, która "przypilnuje polityków". Chodzi o to, że jak który polityk zacznie podczas kampanii wyborczej gadać jakieś "głupstwa", to wynajęci przez fundację Leszka Balcerowicza "młodzi zdolni" hunwejbini, natychmiast zrobią z niego marmoladę - rozumiem, że za pośrednictwem mediów utworzonych w swoim czasie za pieniądze razwiedki i stąd kierujących się "interesem grupowym". Ciekawe, jakimi kryteriami będą kierowali się "młodzi zdolni" hunwejbini? Czy na przykład za punkt odniesienia będą przyjmowali poczynania Leszka Balcerowicza, z okresu, gdy był on wicepremierem i ministrem finansów? To być może, ale - powiedzmy sobie szczerze - w tych okresach Leszek Balcerowicz też nie wymyślił prochu. W roku 1990, poprzez kombinację "zmiennej stopy oprocentowania", podwyższenia oprocentowania lokat bankowych i "stabilizacji" kursu dolara, doprowadził do niebywałego wydrenowania Polski z pieniędzy, szacowanego nawet na 17 mld dolarów. Po tej operacji w Polsce do dnia dzisiejszego nie może odtworzyć się "klasa średnia", co widać wyraźnie choćby poprzez strukturę oszczędności. Czy Leszek Balcerowicz obniżył kiedy jakieś podatki? Nie przypominam sobie. Za to Leszek Balcerowicz odpowiada za cztery wiekopomne reformy charyzmatycznego premiera Buzka, w którego rządzie, jako przewodniczący UW, do czerwca 200 r. był wicepremierem i ministrem finansów. Reformy te, których celem było stworzenie nisz ekologicznych dla zaplecza politycznego AW"S" i UW, gwałtownie podwyższyły koszty funkcjonowania państwa. Wiedząc, że wkrótce pojawi się "dziura budżetowa", Leszek Balcerowicz w czerwcu 2000 r. wycofał w rządu Unię Wolności i uzyskawszy w nagrodę posadę prezesa NBP, rozpoczął się pryncypialnie i krytycznie mądrzyć. Domyślam się tedy, że "młodzi zdolni" hunwejbini z fundacji będą odnosić się raczej do teoretycznych niż do praktycznych osiągnięć Leszka Balcerowicza, bo to zawsze trudniej sprawdzić.

Stanisław Michalkiewicz

Publicystyka Stanisława Michalkiewicza na ASME i nagrania TV ASME


Polska walczyła, a Oni stali na lewym brzegu Wisły - Tadeusz M. Płużański Wysłane niedziela, 9, września 2007 przez Krzysztof Pawlak

Wojska frontu białoruskiego dowodzone przez Konstantego Rokossowskiego (późniejszego "marszałka Polski") pod koniec lipca dotarły do przedmieść prawobrzeżnej Warszawy i wydawało się, że wkrótce wkroczą do miasta. Dowództwo Armii Krajowej uznało, że jest to najlepszy moment, aby zaatakować wycofujących się Niemców, a wobec Rosjan wystąpić w roli gospodarzy. Taki plan zakładała akcja "Burza", której Powstanie Warszawskie było częścią. Stalin zatrzymał jednak Armię Czerwoną, praktycznie przy braku reakcji ze strony aliantów zachodnich. Powstanie było dla niego wymarzoną sytuacją, aby rękami hitlerowców wymordować Polaków i zrównać z ziemią niepokorne miasto.

Rozkaz o wybuchu walk w Warszawie wydał 31 lipca 1944 roku dowódca AK, gen. Tadeusz Komorowski "Bór", uzyskując akceptację Delegata Rządu Jana Stanisława Jankowskiego. Bezpośrednim powodem podjęcia decyzji właśnie w tym momencie były informacje, że do Warszawy zbliżają się sowieckie czołgi. Wywiadowcy Armii Krajowej donieśli dowództwu, że widziano je na Grochowie i na Pradze.
Władze Polski Podziemnej zdawały sobie sprawę, że zajęcie miasta przez Sowietów skończyłoby się skazaniem na śmierć żołnierzy Armii Krajowej pod pretekstem ich współpracy z hitlerowcami. "Bór" Komorowski zakładał, że jeżeli AK nie wystąpi zbrojnie, może zrobić to komunistyczne podziemie w sile około 500 żołnierzy, rzecz jasna na rozkaz Moskwy. Od 25 lipca na ulicach Warszawy zaczęły bowiem pojawiać się odezwy informujące o ucieczce Komendy Głównej Armii Krajowej i o przejęciu dowództwa nad siłami zbrojnymi podziemia przez kontrolowaną przez Sowietów Armię Ludową. Od końca lipca oddana przez Sowietów Związkowi Patriotów Polskich radiostacja "Kościuszko" wzywała warszawiaków do natychmiastowego podjęcia walki. Obawiano się, że komunistyczna dywersja może doprowadzić do spontanicznych i niekontrolowanych przez legalne polskie władze wystąpień zbrojnych przeciwko Niemcom, na czele których staną agenci Moskwy. Niemcom łatwiej byłoby wówczas pokonać Polaków, a Armia Czerwona szybciej zajęłaby Warszawę i ruszyła dalej na Zachód, niewykluczone, że zdobywając całe Niemcy. Te wszystkie elementy nie pozostawały bez wpływu na podjęcie ostatecznej decyzji o wybuchu Powstania.
Dowództwo AK zakładało, że Armia Czerwona będzie chciała szybko wejść do Warszawy. Jednym z celów ofensywy ze wschodu było przecież zdobycie miasta, które miało nastąpić do 6 sierpnia. Kontruderzenie niemieckie zatrzymało co prawda Sowietów, ale od 20 sierpnia mogli kontynuować natarcie.
Liczono również, że kiedy armia radziecka wkroczy, nie będzie miała wyjścia i pomoże Powstańcom we wspólnej walce z Niemcami. Ta pomoc polegałaby na zrzutach broni, na osłonie przestrzeni powietrznej Warszawy przed nalotami niemieckiego lotnictwa, a także na udostępnieniu sowieckich lotnisk do lądowania samolotów aliantów zachodnich, idących z pomocą walczącej stolicy.

MIKOŁAJCZYK W MOSKWIE

Premier polskiego rządu Stanisław Mikołajczyk, udający się pod koniec lipca na rozmowy do Moskwy, liczył, iż ewentualny wybuch Powstania w stolicy wzmocni jego pozycję negocjacyjną wobec Sowietów. 3 sierpnia, a więc już po rozpoczęciu walk w Warszawie rozmawiał ze Stalinem. Mikołajczyk pytał: - Dzisiaj otrzymałem telegram z wiadomością, że 40.000 ludzi rozpoczęło Powstanie Warszawskie. Proszę o dostarczenie broni na punkty, które kontrolują.
Stalin: - Nie mamy zbyt wiele informacji o tym, że Armia Krajowa dokonała czegoś ważnego.
Mikołajczyk nie dawał za wygraną: - Czy może pan pomóc tym ludziom przez dostarczenie im broni?
Stalin był bezwzględny: - Nie pozwolimy na żadną akcję poza naszą linią [wpływów, a więc do Wisły - TMP]. Dlatego musi się pan porozumieć z Komitetem Lubelskim [PKWN]. My go popieramy. Jeżeli pan tego nie zrobi, rozmowa nasza nie da rezultatów. Nie możemy mieć do czynienia z dwoma rządami [londyńskim i lubelskim].
Zabiegi o pomoc dla Powstania czynił też w Moskwie brytyjski premier Winston Churchill. 5 sierpnia 1944 r. Stalin odpowiedział, że wiadomości pochodzące od Polaków są znacznie przesadzone, a AK składa się z kilku oddziałów nazywających się bezpodstawnie dywizjami, które nie byłyby w stanie zdobyć miasta.
9 sierpnia odbyła się druga rozmowa Mikołajczyka ze Stalinem. Premier RP wrócił do najważniejszej dla niego i Polaków sprawy Powstania: - Prosiłbym teraz pana o natychmiastową pomoc dla Warszawy, w której wszyscy zjednoczyli się w śmiertelnej walce przeciw Niemcom.
Stalin: - Jakiego rodzaju pomoc jest im potrzebna?
Mikołajczyk: - Potrzebna jest im broń...
Stalin odparł na to, że Armia Czerwona chciałaby przystąpić do szybkiego szturmu na Warszawę, ale... z wielu przyczyn nie może. Po chwili dodał enigmatycznie, że swoją decyzję uzależnia od nawiązania należytego kontaktu z Warszawą.
Mikołajczyk: - Czy nie mógłby pan powiedzieć mi czegoś, co napełniłoby nadzieją serca Polaków w tych trudnych czasach?
Stalin: - Czyż nie przywiązuje pan zbyt wiele wagi do słów? Nie powinno się polegać na słowach. Czyny są ważniejsze.

JAKIE CZYNY PODJĘLI SOWIECI?

Przez cały sierpień i pierwszą dekadę września lotnictwo sowieckie w żaden sposób nie pomogło Powstańcom, pozwalając przy tym niemieckim Sztukasom na bombardowanie polskich punktów oporu. Rosjanie nie pozwalali nawet na lądowanie na swoich lotniskach alianckich samolotów, które zrzucały walczącej Warszawie uzbrojenie i zaopatrzenie.
Na nic zdały się również interwencje Churchilla u prezydenta USA Franklina Delano Roosevelta, aby podjąć wspólną pomoc dla Powstańców, a zarazem przeciwstawić się polityce Moskwy.
Dopiero w połowie września, aby zachować pozory wobec zachodnich sojuszników, Moskwa zgodziła się na loty wahadłowe. Pomoc ta przyszła jednak za późno i jej skuteczność była ograniczona wobec skurczenia się obszaru Warszawy opanowanego przez Armię Krajową. Rosjanie rozpoczęli również symboliczne zrzuty amunicji (która nie pasowała do broni powstańców), żywności i środków opatrunkowych. Propagandowy wydźwięk miało także zajęcie przez Sowietów prawobrzeżnej Pragi, co - dodajmy - zajęło im zaledwie cztery dni.
W drugiej połowie września oddziały 2. dyw. piechoty WP próbowały uchwycić przyczółki w lewobrzeżnej Warszawie, ale same - nieliczne i pozbawione wystarczającego wsparcia ogniowego - poniosły bardzo ciężkie straty, około 2000 zabitych i zaginionych.
Mimo mydlenia oczu aliantom, Moskwa robiła wszystko, aby Powstanie Warszawskie zakończyło się klęską. Swoich prawdziwych intencji Stalin zresztą nigdy specjalnie nie ukrywał. Kiedyś wypowiedział znamienne słowa, świadczące o jego zamiarach: powstanie warszawskie jest "bezsensowną i przerażającą awanturą", a dowództwo sowieckie musi "odgrodzić się od awantury warszawskiej". Tego postanowienia, wynikającego z politycznej strategii, bezwzględnie przestrzegał.

GODZINA "W" OKIEM KOMUNISTÓW

Zarówno w czasie trwania Powstania, jak i przez cały PRL propaganda komunistyczna przedstawiała sprawy zupełnie inaczej. Ryszard Nazarewicz (partyjny historyk, po wojnie zastępca szefa stołecznego Urzędu Bezpieczeństwa w randze pułkownika; przesłuchiwał wielu polskich patriotów - podobno nigdy nikogo nie uderzył, ale nie było też osoby, której nie złamałby w śledztwie; żyje do dziś, nie rozliczony ze swojej zbrodniczej działalności) pisał w tekście "Polityczne aspekty Powstania Warszawskiego", "Nowe Drogi", sierpień 1977): "Ze względów politycznych pomniejszano również znaczenie radzieckich zrzutów broni, amunicji, żywności i lekarstw dla Warszawy, wyolbrzymiając znaczenie zrzutów z Zachodu, chociaż od pierwszych chwil Powstania władze brytyjskie stawiały różne przeszkody lotom do Warszawy".
To oczywiste kłamstwo. Brytyjczycy rzeczywiście nie kwapili się z wysyłaniem pomocy, ale odnośnie stanowiska Stalina premier Wielkiej Brytanii Winston Churchill zauważył kiedyś słusznie: "Rosjanie pragnęli doprowadzić do całkowitego zniszczenia polskich antykomunistów przy jednoczesnym zachowaniu pozorów, że idą im na pomoc".
Inny komunista Zenon Kliszko (od 1931 r. członek Komunistycznej Partii Polski, potem PPR i PZPR) twierdził, że wybuch Powstania opóźnił "wyzwolenie" Polski przez Sowietów. Przypominał, że w międzyczasie powstała jedyna realna siła - Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego, prawdziwy reprezentant polskich interesów. A zatem - zdaniem komunistycznych propagandystów - Powstanie przerwało sielankę oczekiwania na Armię Czerwoną.
"Wielcy myśliciele" poprzedniego okresu wysuwali jeszcze jeden "argument" - AK nie uzgodniła swoich planów z Armią Czerwoną. Ryszard Nazarewicz: "Dowództwu Armii Radzieckiej prowadzącej już na terytorium Polski operacje, które decydowały o skróceniu niewoli i uratowaniu milionów Polaków, nie tylko nie dano możliwości wypowiedzenia się co do celowości Powstania i sposobów współdziałania z nim, lecz nie powiadomiono go nawet o tym zamiarze".
Tylko jak można było podjąć współpracę z ZSRS, który nie ukrywał swoich zaborczych i zbrodniczych planów, ze Stalinem, który nazwał Powstanie "warszawską awanturą". Konstanty Rokossowski takimi oto słowy miał (po latach) ocenić szanse Powstania: "Oto kiedy był najbardziej sprzyjający moment do rozpoczęcia powstania w stolicy Polski! Jeśli nastąpiłoby jednoczesne uderzenie wojsk Frontu ze wschodu, powstańców zaś w samej Warszawie (ze zdobyciem mostów), to można byłoby w tym momencie liczyć na wyzwolenie Warszawy i jej utrzymanie".
To czysta demagogia. Po pierwsze, wariant, o którym mówił Rokossowski, mógł zostać zrealizowany. Po drugie i najważniejsze - Sowieci nie myśleli o wyzwoleniu Polski, ale o jej zajęciu i zniewoleniu. Po 17 stycznia 1945 r., kiedy w wyniku sowieckiej ofensywy Armia Czerwona weszła do ruin zniszczonej przez Niemców Warszawy, NKWD rozpoczął brutalną rozprawę z AK. Już w marcu 16 przywódców Polskiego Państwa Podziemnego "zaproszono na rozmowy", po czym aresztowano i skazano. Tak wyglądała współpraca ze strony Stalina.

NIE ZOSTALIŚMY 17. REPUBLIKĄ ZSRS

Wspomniany już Zenon Kliszko pisał: "Powstanie było konfrontacją idei, programów ludzi - historyczną konfrontacją obozu polskiej reakcji z obozem polskiej demokracji. W wyniku tej konfrontacji powstał szeroki prąd demokratyczny, skupiający wszystkie antyfaszystowskie stronnictwa, partie i grupy polityczne na platformie ideowej Krajowej Rady Narodowej".
W praktyce ten "szeroki front" stanowiły nie "stronnictwa, partie", ale importowana z Moskwy zbrodnicza grupa pod nazwą PPR, inspirowana przez Stalina. W wyniku tej "konfrontacji idei" Polska na 45 lat znalazła się pod jarzmem obcego państwa i straciła niepodległość.
Brak sowieckiej pomocy dla Powstania Warszawskiego wynikał z konsekwentnej realizacji przez Moskwę scenariusza, który sprowadzał się do stworzenia wasalnego rządu w pozornie suwerennej Polsce. Rozbicie przez Niemców największego polskiego ośrodka walki o niepodległość stwarzało wymarzoną sytuację dla Stalina i zależnego od niego PKWN, przekształconego w noc sylwestrową 1944 r. w tzw. Rząd Tymczasowy, we wprowadzaniu w życie tego planu.
Pojawiające się do dziś twierdzenia, że podjęcie decyzji o wybuchu Powstania Warszawskiego było błędem i w efekcie straciliśmy kwiat patriotycznej młodzieży - przyszłej polskiej elity - nie biorą pod uwagę faktu, że gdyby Niemcy nie zabili i wymordowali polskich patriotów, zrobiłyby to NKWD i UB. Stalin, wstrzymując ofensywę, miał zatem ułatwione zadanie. Z drugiej jednak strony, przywódca Związku Sowieckiego, widząc bohaterską walkę Polaków, zrozumiał, jak trudno będzie ich zsowietyzować i musiał zrezygnować z planów stworzenia z naszego kraju 17. republiki ZSRS. Zatrzymując prawie na pół roku na linii Wisły Armię Radziecką, ocaliliśmy także Niemcy, które nie zostały w całości zajęte przez Sowietów. Dzisiejsza Europa byłaby inna.

Tadeusz M. Płużański

Publicystyka Tadeusza M. Płużańskiego na ASME.


O odpowiedzialności publicysty - polemika Antoniego Zambrowskiego ze Stanisławem Michalkiewiczem oraz artykuł "Dzieci jednego Boga" Wysłane niedziela, 9, września 2007 przez Krzysztof Pawlak

Drogi Stasiu, dzięki Tobie osiągnąłem istotny dla mnie sukces dziennikarski. Już wiele razy polemizowałem z Tobą, a raczej z tezami Twoich artykułów, ale trafiło się wreszcie ślepej kurze ziarno i po raz pierwszy z internetu moja polemika przeniosła się na łamy prasy. "Gazeta Polska" zamieściła bowiem moją polemikę z Twoim artykułem "Dzieci gorszego Boga?". (Dotychczas żadna z zaprzyjaźnionych redakcji nie chciała zamieścić moich polemik z Twoimi artykułami). Mimo to starym zwyczajem nadal kontynuuję dyskusję z Tobą na gościnnych łamach ASME, gdyż "Gazeta Polska" nie dała mi miejsca na wypowiedzenia wszystkich mych przemyśleń w tym względzie, zaś tu nie ma ograniczeń ani merytorycznych, ani pod względem ilości słów.

Twój artykuł w "Naszym Dzienniku" z 21 lipca br. wywołał we mnie masę wątpliwości i zastrzeżeń. Jesteś uznanym publicystą prawicowym, rzekłbym guru dużego odłamu opinii publicznej w dzisiejszej Polsce i to powinno zobowiązywać Cię do większej troski o precyzję przekazywanej czytelnikom informacji. Atakujesz w swym tekście w "Naszym Dzienniku" znanego publicystę ukraińskiego, śp. Dmitra Doncowa, obciążając go odpowiedzialnością moralną za zgubne skutki jego publicystyki, których on zapewne nawet nie przewidywał. A sam rozgrzeszasz naszych narodowców, wysuwając zaskakującą tezę, iż nasi narodowcy na tle swych młodszych - ukraińskich braci "prezentują się niezwykle łagodnie, żeby nie powiedzieć - safandulsko". Jest to fałsz. Historyk Obozu Narodowego powinien w tym momencie zaprotestować. Nasi narodowcy z całą pewnością nie byli i nie są safandułami. W chwili potrzeby umieli uciekać się do przemocy. Nie zawsze wybierali opcje najkorzystniejsze dla swych celów, czyli dla dobra narodu polskiego, ale nie brak im było ani odwagi, ani poświęcenia. Zacznijmy najpierw od przykładów chwalebnych. Gdy siedziałem po raz pierwszy w więzieniu (było to na wiosnę 1968 roku na Mokotowie), wstrząsnęła mną więzienna legenda o straconym tam młodym żołnierzu NSZ, który podczas "kiblowego" procesu powiedział do swych sędziów: "Prócz Orła Białego i Narodu Polskiego, pierdolę wszystko w dupę - w tym pana sędziego!". I z satysfakcją przyjął KS-a, czyli wyrok śmierci. Narodowcy polscy często uciekali się do przemocy fizycznej, a nieraz i do gwałtu wobec swych przeciwników ideowych i politycznych i sami to opiewali ("Brzmią pod Łodzią brauningi, błyszczą majchrów się klingi, to obrońcy Narodu z socjałami bój wiodą"). Morderca prezydenta Gabriela Narutowicza był odważnym fanatykiem, który swym czynem w sumie zaszkodził wizerunkowi Obozu Narodowego, ale nie safandułą. Nie rozumiem, skąd więc takie diagnozy w Twoim artykule. Owszem z Obozu Narodowego pochodzili konformiści, którzy w godzinie próby poszli na układy z NKWD i później tworzyli jako "PAX" część krajobrazu politycznego PRL, ale to zupełnie coś innego niż nadmiar łagodności lub safandulstwo.
Jesteś działaczem UPR, która sama określa się jako stronnictwo konserwatywno-liberalne, ale widać gołym okiem, że - jak wielu w UPR - sympatyzujesz z ideami polskiego nacjonalizmu. I nie dziwota. Każdy naród dąży do posiadania swego narodowego państwa, które by broniło jego interesu narodowego. Oczywiście trudno jest wykroić tak granice państwowe, by w nich nie było mniejszości narodowych i te też muszą korzystać z przywilejów obywatelskich. Ale państwo - dla przykładu polskie - zostało powołane, by w pierwszym rzędzie broniło interesu Polaków. Dlatego mamy prawo mieć pretensje do polskich sędziów, którzy wyżej stawiają interes przybywających z RFN Niemców nad interes mieszkających w kraju ojczystym Polaków. W wielu swych artykułach bronisz polskiego interesu narodowego i wielka chwała Ci za to.
W dzisiejszych czasach jest wiele zamieszania spowodowanego nieraz umyślnym myleniem pewnych podstawowych pojęć i w publicystyce, i co gorsza - w prawie. Marian Krzaklewski jako przywódca "Solidarności" chciał, aby w konstytucji RP zapisano we wstępie, iż Polska jest państwem narodowym Polaków. Większość sejmowa z Aleksandrem Kwaśniewskim oraz Tadeuszem Mazowieckim na czele zapisała wobec tego potworka prawnego: "My naród polski - wszyscy obywatele Rzeczypospolitej". W ten sposób zakwestionowano pojęcie prawne osoby narodowości polskiej obok narodowości ukraińskiej, białoruskiej, niemieckiej, żydowskiej itp. Każdy obywatel Polski, nawet jak ten piłkarz pochodzący z narodu Ibo w Nigerii, ma być eo ipso Polakiem. Przecież to bzdura. Polakiem jest człowiek poczuwający się do narodowości polskiej. Ktoś, kto jest rasistą, będzie nalegał na tym, by osoba narodowości polskiej miała rodziców Polaków. Ja rasistą nie jestem i decydująca jest dla mnie polska samoświadomość narodowa. Poza tym Polakami są ludzie o polskiej samoświadomości narodowej, nawet posiadający obce obywatelstwo. Jeśli w domu mówią z dziećmi po polsku, to ich polskość jest nie do podważenia.
To samo dotyczy osób narodowości ukraińskiej. Pamiętam scenę w TVP, gdy zapatrzony w literę takiego konstytucyjnego "prawa", znany dziennikarz pytał kierownictwo Związku Ukraińców w Polsce, czy czują się Polakami. Dla niego było rzeczą oczywistą, że tak. Oni natomiast przezornie milczeli. Po co bowiem mieliby zakładać Związek Ukraińców i dbać o przechowanie mowy i kultury ukraińskiej u swych dzieci i wnuków, jeśli mają się czuć Polakami?

Jest to zgubny wpływ europejskiej Hakaty na prawo międzynarodowe i poprawność polityczną. We Francji, każdy obywatel - niezależnie od faktycznej narodowości - jest Francuzem. Nie ma Basków, Bretończykow, Korsykańczyków i innych autochtonicznych mniejszości narodowych. Dzięki temu nie ma konieczności zaspokajania ich praw do narodowej oświaty i kultury oraz narodowego języka w powszechnych środkach przekazu. I Francja czuje się państwem wzorcowym w europejskiej demokracji. Wszak każdy urodzony we Francji jest Francuzem. Natomiast Polska przedwrześniowa była i pozostaje w ocenach "historyków europejskich" państwem półfaszystowskim, uciskającym swe liczne mniejszości narodowe, mimo że te mniejszości miały w Polsce większe uprawnienia narodowe niż we Francji. Miały swe narodowe stronnictwa polityczne, swe szkolnictwo podstawowe i średnie, własne organizacje sportowe i kulturalne. "Uciskani" przez polskich antysemitów Żydzi mieli przed wojną w Polsce multum legalnych partii politycznych, legalne i poczytne gazety z jidysz, po hebrajsku i po polsku, kluby sportowe, teatry i nawet kinematografię w jidysz. Ale to Francja bryluje jako wzorzec demokracji.

Zabieram głos w internecie, by móc dokładnie wyjaśnić, o co mi chodzi. Na Zachodzie co i rusz myli się narodowość z obywatelstwem oraz z drugiej strony - narodowość z pochodzeniem. Wpływa to przez indukcję na poziom naszych dyskusji, choć w polskim przedwojennym prawie te sprawy były uregulowane w sposób jak najbardziej właściwy. Na to nakłada się dodatkowo określanie narodowości nie poprzez samoświadomość narodową delikwenta, lecz poprzez dziedziczność (Są to wpływy obce, pochodzące z III Rzeszy oraz Związku Rad. Szczególnie wpływy sowieckie w dobie PRL odegrały tu istotną rolę). Tymczasem wystarczy popatrzeć na nazwiska ludzi, by stwierdzić, że wielu ludzi czujących się Polakami ma nazwiska niemieckie, rosyjskie, ukraińskie itp. Posłanka SLD Anita Błochowiakówna pochodząca spod Łodzi zapewne nie zdaje sobie sprawy, że ma typowe nazwisko ukraińskie o bardzo ironicznym wydźwięku. Trzeba więc odróżniać Polaków ukraińskiego pochodzenia od polskich Ukraińców etnicznych o ukraińskiej samoświadomości narodowej.
To pomieszanie pojęć wpływa negatywnie na dyskusję o stosunkach polsko-ukraińskich. Mój przydługi wstęp ma służyć wyjaśnieniu podstawowych pojęć i uniknięciu nieporozumień w sporze.
Rozumiem, że masz jak najlepsze intencje, ale obawiam się, że nie wszystkie Twoje tezy sprzyjają ich rozwikłaniu. Najważniejsze wynikają z negacji przez Ciebie konieczności pojednania polsko-ukraińskiego, a co najważniejsze - z negowania znaczenia niepodległości Ukrainy dla polskiego bezpieczeństwa narodowego. Prof. Bohdan Osadczuk nie był odkrywcą prawdy, że nieumiejętność rozwiązania przez Polskę kwestii ukraińskiej była przyczyną rozbiorów i utraty niepodległości. Powiadasz niefrasobliwie o red. Jerzym Giedroyciu: "przekonanie to żywił wbrew powszechnie znanym faktom, iż Polska przez kilka wieków istniała bez niepodległej Ukrainy nawet jako mocarstwo, a po 1918 roku też jakoś sobie radziła". Przypisujesz ten rzekomy błąd księcia Pana wpływowi prof. Bohdana Osadczuka. Jest to fałsz. Historycy Obozu Niepodległościowego jeszcze przed prof. Bohdanem Osadczukiem oraz red. Jerzym Giedroyciem odkryli, że gdyby Polacy i Ukraińcy wspólnie bronili Rzeczypospolitej Trojga (a nie Dwojga) Narodów - do rozbiorów by nie doszło. Również gdyby pielęgnowany przez marszałka Piłsudskiego zamiar odbudowy niepodległej Ukrainy z atamanem Petlurą na czele nie upadł w maju 1920 roku wskutek braku odzewu wśród ukraińskiego chłopstwa i gdyby przetrwała zaprzyjaźniona z Polską Republika Ukraińska, układ sił w Europie byłby inny, więc pakt Hitlera ze Stalinem nie byłby śmiercionośny dla II Rzeczypospolitej. Chłopstwo ukraińskie za swe zaniechanie zostało ukarane sztucznym, stalinowskim głodem na Ukrainie w czasie I stalinowskiej pięciolatki. Pochłonął on kilka milionów istnień ludzkich. Ta tragedia narodowa Ukraińców powinna być dla nich przestrogą, że narody płacą straszliwą cenę za swe zaniechania. W niepodległej Ukrainie tego głodu by nie było, jak nie było go w niepodległej Polsce. Straconych okazji niestety nie da się odtworzyć.

Inspiracje "księcia Pana" były oczywiście inne. Red. Jerzy Giedroyc jako piłsudczyk był kontynuatorem polskiego programu prometejskiego, głoszącego dążenie do rozbicia wielonarodowego państwa rosyjskiego na wiele niepodległych państw narodowych. Stąd jego pomysły, by popierać niepodległość Litwy, Białorusi i Ukrainy. Nad Wisłą podobne pomysły propagował red. Bohdan Skaradziński z warszawskiego Klubu Inteligencji Katolickiej wydając głośną książkę w drugim obiegu. Program prometejski wynikał z naturalnego u zwolenników walki o niepodległość Polski poszukiwania sojuszników w tym zbożnym dziele wśród narodów uciskanych przez Rosję.
Zauważyłem już przez lekturę Twoich licznych artykułów, że nie jesteś jego entuzjastą, ale obawiam się, że wynika to z grzesznego egoizmu. Nie porusza Ciebie cierpienie narodów znoszących wciąż rosyjskie panowanie. Jest to w pewnym sensie nawiązanie do dziedzictwa śp. Romana Dmowskiego. Przeciwnicy Romana Dmowskiego najczęściej wysuwają przeciwko niemu zarzuty, iż był ojcem chrzestnym współczesnego polskiego antysemityzmu. Tym argumentem szermowano ostatnio, protestując przeciwko odsłonięciu jego pomnika na placu Na Rozdrożu w Warszawie. Tymczasem z punktu widzenia zgubnego wpływu jego idei na polskie losy najcięższe były jego błędy w sprawie ukraińskiej. Nasi narodowcy byli i pozostają przeciwnikami aspiracji niepodległościowych Ukraińców i w ten sposób uczyli Ukraińców obawiania się skutków polskich knowań. Ze zgubnymi skutkami dla mieszkających wśród Ukraińców Polaków, o ile byli liczebnie słabsi.
Paradoksalnie nasi narodowcy są starszymi braćmi ukraińskich nacjonalistów. Pod wpływem ich działalności wyrósł w Galicji ukraiński ruch nacjonalistyczny. Panowie w Toronto, którzy tak Cię drażnią, mają niczym psy prof. Pawłowa odruch warunkowy na Lachów. Jeśli jest to uczucie szczere, a nie podsycane przez moskiewskie ruble, to dowodzi, że nie potrafią oni wyciągać wniosków z popełnianych błędów. Wbrew temu, coś napisał w swym artykule, w okresie międzywojennym dla patriotów ukraińskich po dojściu Stalina do władzy w Moskwie oraz Hitlera w Berlinie jedyną opcją możliwą do przyjęcia była opcja polska. Być może wobec niepodległościowych apetytów było by to mniejsze zło, ale lepszy rydz niż nic - mówi polskie przysłowie. Gdy przyszła niemiecka okupacja w wykonaniu komisarza Rzeszy Ericha Kocha, to ukraińscy nacjonaliści powinni byli wyciągnąć właściwe wnioski. Tymczasem podjęli walkę z żywiołami polskimi na Kresach. Obudzili się z ręką w nocniku, kiedy na miejsce Niemców przyszli Sowieci i UPA musiała stoczyć z nimi walkę na śmierć i życie. I tu popełniasz błąd, ponieważ nie chcesz przyjąć do wiadomości faktu, że w ukraińskiej (ale nie polskiej) świadomości UPA było czymś na kształt naszego NSZ - żołnierzami wyklętymi. Przekładając na PRL-owskie realia, Ukraińcy mają do wyboru albo tradycje bitwy pod Lenino, albo tradycje żołnierzy wyklętych, czyli - wracając na grunt ukraiński - albo tradycje walk milionów swych rodaków w szeregach regularnej Armii Sowieckiej lub ukraińskiej partyzantki sowieckiej (jak formacje Kowpaka), albo tradycje powojennej UPA toczącej straceńczą walkę z Sowietami. Morderca tysięcy Polaków na Wołyniu Kłym Sawur zginął w walce z oddziałem NKWD.
Twój dobry znajomy z ROPCiO Marian Gołębiowski za młodu jako dowódca oddziału WiN wspólnie z banderowcami toczył walki przeciwko NKWD i polskiej bezpiece. Powtórzyłbyś mu swe słowa z artykułu o akcji "Wisła", że była dorobkiem polskich mimo wszystko (a nie chińskich) komunistów? Zbyt łatwo rezygnujesz naszego ważnego doświadczenia w tym względzie.
Gorzka dla nas prawda o współczesnej Ukrainie jest taka, że na wschodniej Ukrainie ludzie mówią po rosyjsku i nie lubią banderowców, zaś na dawnych naszych Kresach mówią dobrze po ukraińsku i wspominają banderowców dobrym słowem. Natomiast jednym i drugim nauczyciele oraz podręczniki wpajają w szkole rosyjskie bzdury o walkach wyzwoleńczych ludu ukraińskiego przeciwko imperialistycznym zapędom polskich (sic!) magnatów. A przecież wojna Bohdana Chmielnickiego była w dużym stopniu walką kozaczyzny i ukraińskiego chłopstwa z ukraińskimi magnatami, posiadającymi swe prywatne armie z kozakami w roli żołnierzy. I dlatego ta wojna miała charakter wojny domowej z charakterystycznym przeciąganiem przeciwnika na swoją stronę. Te karty naszej wspólnej historii są załgane przez rosyjską historiografię, dominującą do dziś na Ukrainie.
Stąd wniosek, że potrzebna nam jest prawda o naszych wspólnych dziejach. Potrzebne nam wspólne dociekanie prawdy. I wspólna modlitwa nad ofiarami bratobójczych walk oraz bratobójczych rzezi. Musimy mieć świadomość, że wielu Polaków ma ukraińskie korzenie, zaś wielu Ukraińców - nawet nie zdając sobie z tego sprawy - ma korzenie polskie. Polacy i Ukraińcy nieraz w sensie dosłownym są braćmi. Moja koleżanka z "Naszego Dziennika" zapytała mnie pewnego razu, jak ja mogę być takim ukrainofilem, jeśli pomiędzy naszymi narodami było morze nienawiści. Odpowiedziałem jej, że owszem, ale i było również morze miłości - tyle było przecież mieszanych małżeństw polsko-ukraińskich. Owocem takiego małżeństwa jest wszak zasłużony w demaskowaniu ukraińskich nacjonalistów pan Wiktor Poleszczuk.

Publicyści powinni pisać całą prawdę o naszych konfliktach, ale też i prawdę o wspólnych bohaterach. Chociażby o etnicznym Ukraińcu Andriju Potebni, który będąc carskim oficerem, poszedł do polskiego powstania i zginął po bohatersku w oddziale Langiewicza w bitwie pod Skałką. O ukraińskich żołnierzach gen. Bezruczki zasłużonych w odpieraniu nawały bolszewickiej w sierpniu 1920 roku pod Zamościem i pod Warszawą (Wielu z nich jest pochowanych na cmentarzu prawosławnym na warszawskiej Woli. Nie pamiętamy o nich niestety podczas obchodów rocznicy "cudu nad Wisłą"). O Kazimierzu Pużaku - etnicznym Ukraińcu (ps. Bazyli, czyli po ukraińsku Wasyl) i Polaku z wyboru, marszałku okupacyjnego parlamentu Polski Podziemnej, zmarłym po powrocie z sowieckiego porwania 16-tu polskich przywódców na Łubiankę w PRL-owskim więzieniu w Rawiczu.
Trzeba budować łączące nas pomosty w świadomości naszych czytelników. Żeby nie było stereotypów zakłócających nasze współżycie. Interes narodowy wymaga, by nie dać obcym fajdać sobie na głowę, ale i nie mnożyć bez potrzeby wrogów. Mam nadzieję, że się z tym zgodzisz.

Z wyrazami szczerej przyjaźni Antoni Zambrowski




Dzieci jednego Boga - Antoni Zambrowski

Polacy i Ukraińcy są dziećmi jednego Boga i powinni miłować się jak bracia. Powinni, ale tego nie czynią.

Wybitny publicysta prawicowy Stanisław Michalkiewicz zamieścił na łamach sobotniego "Naszego Dziennika" z 21 - 22 lipca br. artykuł pod tytułem "Dzieci gorszego Boga?". Pyta w nim, czy Polacy we własnej ojczyźnie mają prawo czcić pamięć polskich ofiar ludobójstwa. Odpowiedź nasuwa się sama. Oczywiście, że mamy do tego prawo. Co więcej, mamy obowiązek pamiętania i czczenia pamięci polskich ofiar rzezi na Wołyniu oraz w Galicji (właściwej, czyli Wschodniej) w roku 1943. Co do tego jesteśmy ze Stanisławem Michalkiewiczem jak najbardziej zgodni. Moją niezgodę wywołują natomiast niektóre tezy tego artykułu.

Czy pojednanie jest potrzebne?

Po pierwsze, twierdzi w nim autor, iż oszustwem, i to zuchwałym, jest postulat pojednania pomiędzy narodem polskim a narodem ukraińskim. A to dlatego, że naród polski nie żywi wrogości wobec narodu ukraińskiego i od niego wrogości nie doznaje. Wrogość panuje jedynie pomiędzy Polakami a banderowcami. Czy jest tak w istocie? Obawiam się, że Stanisław Michalkiewicz zachowuje się tu niczym ów mnich, co w piątek przemianował kotlet schabowy, nadając mu nazwę dania rybnego i spożył w spokoju ducha. Wszak rzecz nie w nazewnictwie. Żyję na Bożym świecie wiele lat i wielokrotnie spotykałem się z objawami niechęci Polaków do Ukraińców i Ukraińców do Polaków. W czasach PRL byłem świadkiem, jak Ukraińcy obawiali się rozmawiania po swojemu w miejscach publicznych z obawy na reakcję Polaków oraz podobnych obaw wśród mieszkających w sowieckim Lwowie Polaków. Oczywiście w myśl działań owego mnicha można każdego Ukraińca mającego pretensje do Polaków określić jako banderowca, ale to niczego nie zmieni. Jest w Rosji i na Ukrainie wielu ludzi czujących wstręt do nacjonalistów ukraińskich spod znaku Stepana Bandery, ale traktujących Polskę jako kraj od wieków usiłujący podbić i ujarzmić Ukrainę. W tym właśnie duchu znakomity rosyjski reżyser Bortko przenosi obecnie na ekran znany utwór Mikołaja Gogola "Taras Bulba". Kto to czytał, wie, że jest to literatura piękna najwyższej próby, ale zarazem utwór wyjątkowo polakożerczy. Kto więc wytłumaczy milionom czytelników Mikołaja Gogola, a zwłaszcza przyszłym widzom kasowego filmu, że akces szlachty ukraińskiej do Korony na Unii Lubelskiej był nie tylko dobrowolny, ale wręcz zbyt wyrywny?! Znacznie rozumniej zachowała się szlachta białoruska, która zagwarantowała sobie równorzędność instytucji państwowych Korony oraz Wielkiego Księstwa Litewskiego (czyli de facto Białorusi). Kto wytłumaczy też im, że powstanie Bohdana Chmielnickiego zapoczątkowało wojnę domową na Ukrainie kozaków z ukraińskimi magnatami, jak Jarema Wiśniowiecki, a nie wojnę narodowo-wyzwoleńczą przeciwko Lachom, co jest stereotypową tezą historiografii rosyjskiej.

Polska opcja - najkorzystniejsza dla Ukraińców

Moje zdumienie ponadto budzi teza Stanisława Michalkiewicza, że nie można mieć za złe współpracy banderowców z III Rzeszą, gdyż "trudno wymagać, by byli lojalni wobec Związku Sowieckiego i Józefa Stalina, a także Rzeczypospolitej Polskiej, którą też uważali za swojego wroga". Otóż spośród trzech możliwych w II Rzeczypospolitej opcji najlepszą dla Ukraińców mimo wszystko była opcja polska. I były stronnictwa ukraińskie, które mimo wszystkie błędy polskich władz w sprawie ukraińskiej na współpracę z Polską stawiały. Po owocach ich poznacie je. Do dnia dzisiejszego dawne polskie Kresy Wschodnie są najbardziej ukraińskim obszarem na terenie dzisiejszej Ukrainy. Przyłączając 17 września 1939 roku polskie Kresy Wschodnie do sowieckiej Ukrainy oraz sowieckiej Białorusi, Stalin strzelił sobie samobójczą bramkę, ponownie infekując już zrusyfikowane zdawałoby się tereny.
Przy sposobności przypomnijmy sobie, że wkroczenie Armii Czerwonej na Kresy stało się sygnałem do krwawej rzezi mieszkających tam żywiołów polskich przez czerwone bandy ukraińsko-żydowskie oraz białorusko-żydowskie. Szkoda, że nikt nie podliczył ofiar tej rzezi od lat przygotowywanej przez agendy Międzynarodówki Komunistycznej. Jeśli w czasach PRL można było półgębkiem wspominać rzeź na Polakach dokonywaną przez UPA, to o wrześniowej komunistycznej rzezi na wezwanie Kremla do dnia dzisiejszego panuje cisza w polskich środkach przekazu.
Nie rozumiem też, w imię czego Stanisław Michalkiewicz zamierza bronić dziś komunistycznej akcji "Wisła", polegającej na wysiedleniu na Ziemie Odzyskane wszystkich bez wyjątku (bez względu na sympatie polityczne) Ukraińców, w tym zaliczonych do nich Łemków i Bojków. Decyzję podjęły władze komunistyczne na ewidentny rozkaz z Kremla, gdy akcja wysiedlania Ukraińców z Polski Ludowej na tereny Ukrainy Sowieckiej zawiodła (Ludzie kryli się przed tą akcją po lasach. Volens nolens wypadło wysiedlać ich zamiast na sowiecki wschód na polskie Ziemie Zachodnie). Oczywiście nie można porównywać tego z wywózkami Polaków przez NKWD, ale o humanitaryzmie tej akcji też bez kłamania nie da się mówić.
Temat ten podejmuje Stanisław Michalkiewicz w pierwszym zdaniu artykułu i tego zdania w żaden sposób nie mogę zrozumieć: "Społeczeństwo ukraińskie cieszy się w Polsce licznymi swobodami, obejmują one m.in. możliwość otwartego krytykowania władz polskich, co prawda »komunistycznych«, nie mniej jednak polskich, a nie dajmy na to, chińskich, na przykład za operację »Wisła«. Przecież jesteśmy krajem demokratycznym i polscy Ukraińcy mają u nas prawo do krytyki nie tylko dawnych władz komunistycznych, ale i władz aktualnych. Korzystają z tego prawa m.in. ukraińscy członkowie władz dawnej Unii Demokratycznej-Unii Wolności i na łamach »Gazety Wyborczej« dokładają co sił obecnemu rządowi".
Stanisławowi Michalkiewiczowi kojarzy się to z działaniem lobby żydowskiego, co jest o tyle dziwne, że środowiska żydowskie w świecie zwalczają antysemityzm ukraiński z jeszcze większą zajadłością niż antysemityzm polski. Rozwiązanie zaś tej zagadki jest niezmiernie proste: "Gazeta Wyborcza" jest wciąż sterowana zza grobu przez wiecznie żywego Jacka Kuronia, który za swą stałą obronę Ukraińców przed polskimi oskarżeniami otrzymał zaszczytny tytuł "Łycaria Hałyczyny". Jak pamiętamy, na jego pogrzebie głos zabierał sam Wiktor Juszczenko, kładąc na trumnie tradycyjny ukraiński rusznyk, czyli wyszywany ręcznik. Tu przy sposobności przypomnę, że trop żydowski jest tu o tyle bez sensu, że Adam Michnik tak naprawdę nie jest Żydem, gdyż został wzięty przez państwo Szechterów do adopcji z polskiego sierocińca. (wytł. ASME) Już więcej byłoby sensu w tropieniu żydowskich śladów w dorobku bliskiego sercu Stanisława Michalkiewicza śp. Stefana Kisielewskiego, który - jak twierdzi znakomity znawca przedmiotu, red. Paweł Siergiejczyk - sam miał żydowskich przodków po kądzieli. Ale jak wiadomo - nic z tego faktu dla dorobku Kisiela nie wynika.

Źródło błędu

Źródło błędu Stanisława Michalkiewicza leży, jak się wydaje w niedocenianiu, wagi strategicznego partnerstwa polsko-ukraińskiego w dzisiejszej Europie. Dlatego dokłada "Kulturze" paryskiej i jej twórcy, red. Jerzemu Giedroyciowi za ich bezsporne zasługi w sprawie porozumienia polsko-ukraińskiego. Tłumaczy ich "błąd" w tym zakresie zgubnym wpływem prof. Bohdana Osadczuka, którego - absolutnie bezpodstawnie - zalicza do banderowców. To mniej więcej tak, jak by Stanisława Michalkiewicza zaliczyć do KOR-owców i to jeszcze z lewicowej orientacji. Na początku hitlerowskiej okupacji Polski Bohdan Osadczuk musiał salwować się ucieczką przed bojówkarzami banderowskimi aż do Berlina, gdyż groziła mu śmierć z ich ręki. W czasach, gdy Stanisław Michalkiewicz był redaktorem naczelnym tygodnika "Najwyższy CZAS!" blisko lokującego się do UPR, zamieścił na jego łamach mój obszerny wywiad z prof. Bohdanem Osadczukiem, w którym ten prominentny rozmówca zdecydowanie potępił OUN, UPA oraz rzezie Polaków przez ukraińskich nacjonalistów i żałował, że jako doradca prezydentów niepodległej Ukrainy Leonida Krawczuka oraz Leonida Kuczmy nie zdołał ich namówić do urzędowego oświadczenia potępiającego ludobójstwo na Polakach. Nie jestem entuzjastą Aleksandra Kwaśniewskiego i zbojkotowałem ceremonię dekoracji przez niego orderem Orła Białego mych wieloletnich przyjaciół Jacka Kuronia oraz Karola Modzelewskiego, ale ze wszech miar popieram nadanie tego najwyższego polskiego odznaczenia prof. Bohdanowi Osadczukowi.
Przy sposobności się dostało też od Stanisława Michalkiewicza mojej koleżance Bogumile Berdychowskiej, która jest polską góralką i nauczyła się z własnej ochoty ukraińskiego, stając się dla wielu Ukraińców przykładem bezinteresownej sympatii Polaków do Ukrainy.
Z uporem godnym lepszej sprawy kolega Michalkiewicz kwestionuje ewidentną prawdę, że w interesie niepodległej Polski jest istnienie niepodległej Ukrainy. Polemizując z red. Giedroyciem, twierdzi, iż "Polska przez kilka wieków istniała bez niepodległej Ukrainy nawet jako mocarstwo, a i po 1918 roku też jakoś sobie radziła". Jak gdyby rzecz nie skończyła się rozbiorami i Polski, i Ukrainy, zaś międzywojenne 20-lecie - okupacją Polski oraz Ukrainy najpierw przez III Rzeszę, a następnie przez Związek Rad. Natomiast niewątpliwą słuszność ma Stanisław Michalkiewicz, gdy upiera się przy tym, że współpraca i porozumienie polsko-ukraińskie nie musi oznaczać - w myśl doktryny Jacka Kuronia - ustępowania na każdym kroku Ukraińcom, a zwłaszcza pogrobowcom UPA i to w sprawach, gdzie długofalowy interes i Polski, i Ukrainy wymaga, aby o naszych sprawach - w tym i o najbardziej bolesnych - mówić całą prawdę.

Zadośćuczynienie na zasadach wzajemności

Stanisława Michalkiewicza poruszyło oświadczenie Światowego Związku Ukraińców z siedzibą w kanadyjskim Toronto na 60-lecie akcji "Wisła", w którym kierownictwo owego związku domaga się od władz polskich zadośćuczynienia ofiarom wysiedlenia Ukraińców oraz Łemków i Bojków z ich ojcowizny.
Stanisława Michalkiewicza drażni określanie przez Światowy Związek Ukraińców naszych terenów południowo-wschodnich jako "ukraińskie terytorium etniczne". Ja bym nie łamał kopii o to określenie, lecz jedynie przypomniał tym panom z Toronto, że jeśli istotnie są patriotami niepodległej Ukrainy, to nie powinni podważać dobrosąsiedzkich stosunków polsko-ukraińskich. To dzisiejsza Rosja, a nie demokratyczna Polska, jest otwartym wrogiem pełnej niepodległości Ukrainy oraz jej akcesu do NATO i Unii Europejskiej. Poza tym panowie z Toronto powinni zdawać sobie sprawę, że w odróżnieniu od granic państwowych pojęcie terenów etnicznych są znacznie bardziej rozciągliwe i dyskusyjne. I że z kolei polskie tereny etniczne sięgają w głąb dzisiejszej Ukrainy i to dalej na wschód niż rzeka Zbrucz.
Jestem gorącym zwolennikiem zadośćuczynienia ofiarom akcji "Wisły", ale na warunkach wzajemności. Polskie ofiary krwawej przemocy na Ukrainie również zasługują na zadośćuczynienie. Kraj, którego obywatele zawinili, niech płaci. Zwłaszcza, że wznosi się pomniki sprawcom zbrodni. A poza tym do tej pory nie rozwiązano kwestii tragicznych skutków wywózki do Kazachstanu Polaków ze zlikwidowanego przez Stalina polskiego okręgu autonomicznego im. Juliana Marchlewskiego na Podolu. Koszty ich powrotu do Polski lub na Ukrainę nie muszą obciążać jedynie społeczeństwa polskiego, jeśli w 1936 roku ci ludzie byli wprawdzie Polakami i za to zostali ukarani, ale byli też obywatelami Ukraińskiej Republiki Rad.
Panowie z Toronto wolą jednak zadzierać z Polską, a nie ze spadkobierczynią Stalina - Federacją Rosyjską. I dlatego z rachunkiem za ukraińskie krzywdy spieszą przezornie do rządu polskiego, a nie na Kreml.

Antoni Zambrowski

Artykuł pierwotnie opublikowany w tygodniku "Gazeta Polska"

Zostań donatorem naszych publicystów:
Jeśli satysfakcjonuje Cię publicystyka Antoniego Zambrowskiego - możesz wesprzeć Naszego Autora datkiem.
Konto:
61 1240 1040 1111 0010 0042 5486
Bank PeKaO SA III O. w Warszawie
SWIFT/BIC - PKOPPLPW



Publicystyka Antoniego Zambrowskiego na ASME

Sojusz tronu z szynkwasem - Stanisław Michalkiewicz Wysłane niedziela, 9, września 2007 przez Krzysztof Pawlak

Wprawdzie toruńska prokuratura nie dopatrzyła się cech przestępstwa w wypowiedziach ojca Tadeusza Rydzyka skierowanych do studentów Wyższej Szkoły Kultury Społecznej i Medialnej, ale organizacje żydowskie z samym przewodniczącym Ligi Antydefamacyjnej Abrahamem Foxmanem nie dają za wygraną, domagając się ograniczenia wolności słowa w Polsce. Podnoszone z tej strony argumenty nie wszystkim jednak trafiają do przekonania, bo oskarżenia o "antysemityzm", na skutek ich nadużywania, zupełnie się zdewaluowały i na normalnych ludziach przestały robić wrażenie. Inny jest jednak porządek, że tak powiem, prywatny, a inny - oficjalny. Oficjalnie oskarżenia o antysemityzm traktowane są ze śmiertelną powagą - tym większą, im większe jest uzależnienie instytucji lub organizacji od lichwiarskiej międzynarodówki. Dlatego też rządy, zwłaszcza te "wrażliwe społecznie", co to własnych obywateli sprzedają lichwiarskiej międzynarodówce w niewolę, na każde skinienie jej rzeczników, składają się jak scyzoryki i posłusznie "piętnują" oraz "zwalczają".

Monitorująca sytuację w Polsce "Gazeta Wyborcza", piórem swego Głównego Teologa, red. Turnaua, nie ukrywa rozczarowania rezultatami obrad Episkopatu na Jasnej Górze. Najwyraźniej spodziewali się ("a myśmy się spodziewali..."), że biskupi posłusznie ułożą jakąś deklarację potępiającą, w której własnymi słowami wyrażą oczekiwania Abrahama Foxmana i innych funkcjonariuszy współczesnej Policji Myśli. Jednak JE bp Tadeusz Pieronek zachęcał, by "żywi" nie tracili nadziei. Wydaje się, że wpływ "żywych" na Episkopat jest wystarczająco duży, by można było powołać zespół gwoli donosu na o. Rydzyka do generała redemptorystów, o. Tobina. Wydaje się, że JE abp Gocłowski i JE abp Życiński są tym szczególnie udelektowani, każdy zresztą z innych powodów.
Pierwszy przypadek wydaje się oczywisty. Radio Maryja, TV "Trwam" i toruńska Szkoła, niezależnie od innych zalet, przedstawiają znaczną wartość materialną. Czy ewentualne spieniężenie tych obiektów rozwiązałoby finansowe problemy wynikające z afery wydawnictwa Stella Maris? Jeśli nawet niezupełnie, to też warto się zakręcić. Oczywiście o takich sprawach nie trzeba głośno mówić, natomiast głośno należy protestować przeciwko "językowi nienawiści", jaki Ministerstwo Miłości, kierowane przez dawnych stalinowców ze stowarzyszenia Otwarta Rzeczpospolita, wykryło w Radiu Maryja. W tym właśnie kierunku zmierza retoryka JE abpa Życińskiego, który przypomniał, że "w każdym człowieku jest dziecko Boże". Naprawdę? Kontekst wypowiedzi Ekscelencji skłaniał do wniosku, że "dzieci Boże", a właściwie Boże kobiety, skłonny byłby on wiedzieć raczej w uczestniczkach marcowego zebrania u pani prezydentowej, natomiast czy jakieś "dzieci Boże" są w Radio Maryja - aaa, to już nie jest takie oczywiste. Wydaje się, że Kazimiera Iłłakowiczówna ujmowała to jednak mniej koniunkturalnie od Ekscelencji: "Nie można tego obejść: Bóg jest wszędzie! (...) jeśli w Żydzie zamęczonym niewinnie przez Niemców, to także w Niemcach tych?". A to ci dopiero historia: Bóg w Niemcach, tzn. pardon, w jakich tam "Niemcach"... - w "nazistach", bo przecież to oni zamęczali niewinnych Żydów!
Trudno byłoby zrozumieć, jaki jest tak naprawdę najważniejszy zarzut wobec ojca Tadeusza Rydzyka i Radia Maryja, gdyby nie okoliczność, że "z obfitości serca usta mówią". Ja już dawno podejrzewałem, że tak naprawdę idzie o to, że Radio Maryja popiera nie tę partię, co trzeba. Wyobraźmy sobie, że Radio Maryja poparłoby Unię Wolności, urządzało audycje z udziałem "drogiego Bronisława", Leszka Balcerowicza czy Tadeusza Mazowieckiego. Czy ktokolwiek ośmieliłby się wytykać mu "polityczne zaangażowanie"? Ponieważ jednak jest odwrotnie, ponieważ w ostatnich wyborach Radio Maryja poparło PiS, napotykamy takie oto zbawienne pouczenia pod adresem "mediów katolickich": "Misja Kościoła nauczającego, w tym mediów katolickich, powinna służyć dobru Ojczyzny, nie utożsamiając się z żadnym ugrupowaniem politycznym". Pomijam już to, że polityczne zaangażowanie, do którego katolicy są tak intensywnie zachęcani, polega przecież nie na popieraniu wszystkich ugrupowań politycznych na raz, tylko na popieraniu wybranego ugrupowania i zwalczaniu wszystkich pozostałych. Ale "dobro Ojczyzny"... Jedne ugrupowania polityczne uważają np., Ojczyźnie będzie najlepiej, jeśli rząd obłoży obywateli wysokimi podatkami i będzie ściśle reglamentował gospodarkę. Inne - odwrotnie - że Ojczyzna zyska na tym, gdy podatki będą niskie, a gospodarka poddana deregulacji. Na czym polega "służenie dobru Ojczyzny" przez "media katolickie"? Przecież nie mogą one jednocześnie popierać programów diametralnie różnych. Muszą wybrać ten, który uważają za najlepszy dla kraju, a to oznacza siłą rzeczy, jakieś "utożsamienie się" z ugrupowaniem, które taki program głosi.
Wreszcie przestroga przed sojuszem "tronu z ołtarzem". Rzeczywiście - taki sojusz bywa kłopotliwy, jak zresztą wszystko na tym świecie, gdzie nie ma rzeczy doskonałych. Ale jeśli nawet nie ma doskonałych, to są lepsze i gorsze. Otóż gorszy od sojuszu tronu z ołtarzem, w którym ołtarz czasami wpływał mitygująco na tron, jest sojusz tronu z szynkwasem, którym zastąpiony zostanie ołtarz. W takim sojuszu szynkwas pobudza tylko tron do coraz to większych szaleństw. Czyż nie w tym kierunku zmierza Unia Europejska ze swoją zasadą "państwa neutralnego światopoglądowo"? Ta zasada nakierowana jest na wyrugowanie chrześcijaństwa z przestrzeni publicznej, a w tej sytuacji ołtarze muszą zostać zastąpione szynkwasami.

Stanisław Michalkiewicz

Publicystyka Stanisława Michalkiewicza na ASME i nagrania TV ASME


Polityczna deweloperka - Krzysztof Mazur Wysłane czwartek, 6, września 2007 przez Krzysztof Pawlak

Ostatnimi czasy można zaobserwować interesujące zjawisko społeczno-psychologiczne. Otóż okazuje się, że nie ma takiego kłamstwa, którego nie można upowszechniać pod groźbą całkowitego blamażu, gdyż na każde kłamstwo - nawet wydawałoby się ewidentnie zdemaskowane - zawsze znajduje się antidotum w postaci wykrętu, zaprzeczenia lub przekierowania uwagi na inny temat. Cóż z tego, że nawet ktoś nagra delikwenta na wideo lub zarejestruje jego rozmowy, skoro w najgorszym wypadku, kiedy już nic nie można zarzucić takiemu dowodowi, zawsze można ten fakt przemilczeć lub zasugerować, że to czego się nie nagrało, było właśnie tym decydującym o obliczu sprawy. Jak daleko sprawy zaszły, świadczy przypadek biduli Leppera, który nie dość, że przez kilka tygodni epatował nas swoim DNA, to teraz publicznie i do mikrofonów wyznał swoje grzechy nieczystości, posuwając się w tym ekshibicjonizmie nawet do zasugerowania intymnych kontaktów z prostytutką. Tymczasem nazajutrz po tych wynurzeniach oburzone na media posłanki Hojarska i bodajże Beger również publicznie oznajmiły, że one nie wierzą "w te zdrady". Nie wiem, jaki dowód można jeszcze przedstawić posłankom, aby ustąpiła ich niewiara, ale warto zauważyć w tym pewien paradoks, kto wie, czy nie większym niż ten wynikający ze słynnego "paragrafu 22". Posłanki oświadczając, że "nie wierzą", zakwestionowały tym samym prawdomówność i swoją wiarę w słowa Andrzeja Leppera, ale z drugiej strony zrobiły to, aby wiary w Andrzeja Leppera nie utracić. Czyż niewiara w szczerość przewodniczącego z chęci zachowania wiary w jego szczerość nie zasługuje na specjalne uhonorowanie jako przykład prawdziwie heroicznej wiary w człowieka?
Ale właściwie miało być o nieco innym zjawisku, chociaż oczywiście powiązanym z opisywanymi przypadkami. Otóż niektórzy jeszcze pamiętają, jak przed wyborami pewna partia rządząca obiecywała wybudowanie trzech milionów mieszkań. W tym celu ministrem rolnictwa zrobiono nawet dawnego PZPR-owskiego aparatczyka, a później lewicowca pełną gęba - pana Andrzeja Aumillera. Aumiller wprawdzie trzech milionów mieszkań nie zbudował, podobnie jak nie dokonał tego rząd premierów Marcinkiewicza i Kaczyńskiego, ale nie można powiedzieć, że urzędujący gabinet nie ma żadnych zasług na polu budownictwa. I nie chodzi o proponowane zmiany w prawie budowlanym, ale o fakt, że w ostatnich miesiącach w samej tylko Warszawie powstały co najmniej dwa miasteczka: jedno białe i drugie biało-czerwone. Wprawdzie obie te aglomeracje nie umywają się do pomarańczowego miasteczka, które nie tak znowu dawno pobudowało się na placu Niezależności w Kijowie, no ale tam w roli głównego dewelopera występował magnat finansowy Sörös, którego możliwości są z pewnością większe niż polskich pielęgniarek i zwolenników Janusza Kaczmarka razem wziętych. Nie na darmo jednakże mądrzy ludzie powiadają, że Historia jest nauczycielką życia. Po odtrąbionym urbi et orbi sukcesie pomarańczowej rewolucji okazuje się, że tak naprawdę Ukraina jest w gospodarczym i politycznym chaosie, i szykuje się do nowych przyśpieszonych wyborów podobnie zresztą jak Polska, chociaż głosowanie nad samo rozwiązaniem jeszcze się nie odbyło, a w związku z tym, że poseł Suski straszy swoich klubowych kolegów dyscypliną i wykreślaniem z list wyborczych, to można wnioskować, że nawet część posłów PiS-u może nagle zachorować i nie przyjść na głosowanie. Oczywiście gdyby wyborów nie było, to poseł Suski mógłby do woli skreślać sobie takich posłów z list, mógłby to nawet robić codziennie przez dwa lata z rzędu. A co do nauk płynących z konstruowania owych politycznych metropolii lub chociażby miasteczek, to widać, że tak jak w rzeczywistości z betonu i stali, również w polityce ważne są fundamenty. Trwałość dotychczasowych ustrojów, partii politycznych, koalicji czy rządów świadczy, że budowle te były pomyślane doraźnie, na chwilę, na zasadzie, aby dorwać się do władzy - a później zobaczymy. I stąd też brały się taki nominacje jak panów Kaczmarka, Kornatowskiego, Netzla etc., a pewnie też i tego "debila łysego" z podsłuchanych rozmów, który nie był w układzie - ale czy to oznacza, że jest tym, kim jest ze względu na swoje osobiste zalety i posiadane kwalifikacje? Ludzie, którym udało się przynajmniej jakiś czas pomieszkać w bardziej normalnych krajach, powiadają, że gdy tam wystąpi jakiś problem, to w pierwszym rzędzie zastanawiają się jak ten problem rozwiązać, natomiast w Polsce najpierw wszyscy szukają winnego. Jak widać na przykładzie ostatnich afer korupcyjnych, przecieków etc., spostrzeżenie to jest jak najbardziej trafione, co najgorsze winnych albo trudno wskazać, a jeszcze trudniej skazać - ale mało kto zawraca sobie głowę mechanizmami, które owe patologie generują. Do fundamentów nikt nie ma cierpliwości, zwłaszcza że ta część budowli mało przemawia do wyobraźni politycznej klienteli.

Krzysztof Mazur

Publicystyka Krzysztofa Mazura na ASME


Komunistyczne zbrodnie na grząskim gruncie europejskiego prawa
ENA na Wolińską-Brus i Michnika-Szechtera - Tadeusz M. Płużański
Wysłane środa, 5, września 2007 przez Krzysztof Pawlak

W czerwcu ub.r., po ośmiu latach (!!!) od wysłania przez polski sąd wniosku o ekstradycję Heleny Wolińskiej-Brus (właściwie Fajgi Mindli Danielak), Brytyjczycy odmówili wydania nam tej inkwizytorki, która w latach 1950 - 1953, jako prokuratorka Naczelnej Prokuratury Wojskowej, z pogwałceniem stalinowskiego prawa, na polecenie bezpieki, pozbawiła wolności 16 osób. Jedną z nich był szef "Kedywu" Armii Krajowej, gen. August Emil Fieldorf "Nil", który po ciężkim śledztwie został skazany i zamordowany. Teraz IPN chce zastosować wobec Wolińskiej ENA (europejski nakaz aresztowania).

Aby do tego doszło, nakaz tymczasowego aresztowania muszą najpierw wydać Polacy. Przed miesiącem Wojskowy Sąd Okręgowy w Warszawie uznał jednak, że wydany w 1999 r. analogiczny nakaz nadal obowiązuje. Ten wyrok zaskarżył do Sądu Najwyższego Instytut Pamięci Narodowej, argumentując, że wniosek o areszt musi zostać rozszerzony o nowe zarzuty, które postawiono stalinowskiej prokuratorce. Chodzi o to, aby zwiększyć szanse na jej wydanie z Wielkiej Brytanii. SN ma rozpatrzyć zażalenie Instytutu 19 września. Jednak nawet w przypadku odmownej decyzji sądu, IPN i tak będzie się starał o ściganie Wolińskiej na podstawie ENA. Wtedy podstawą będzie nakaz aresztowania, wydany kilka lat temu.

TRZY POWODY ODMOWY

Odwołanie się do procedur ENA nie byłoby konieczne, gdyby Brytyjczycy zgodzili się na zwykłą ekstradycję Wolińskiej. Home Office stwierdziło jednak, że "nie byłoby to właściwe". W uzasadnieniu podano trzy powody. Po pierwsze, były to tzw. względy humanitarne, czyli wiek, stan zdrowia i sytuacja osobista podejrzanej. Po drugie - od popełnienia przestępstw minęło już ponad 50 lat. Po trzecie - "wystąpiły znaczne opóźnienia w prowadzenia sprawy", z czego miało wynikać, że Polska nie spieszyła się z wystąpieniem z wnioskiem o ekstradycję, bo zrobiła to dopiero po kilku latach od upadku komunizmu w naszym kraju. Akurat ten argument powinien nam dać do myślenia.
Tym samym, mimo zdziwienia polskich organów sprawiedliwości (zabrakło zdecydowanego protestu, co może świadczyć o stopniu determinacji naszych śledczych w osądzeniu zbrodniarki), sprawa ekstradycji Wolińskiej została definitywnie zamknięta. Chcieliśmy się jeszcze odwoływać od odmownej decyzji, ale okazało się (czy ktoś w IPN zna prawo?), że stronie polskiej zażalenie nie przysługuje. Nasi prokuratorzy dowiedzieli się, że... takie prawo mieli tylko ich brytyjscy koledzy, którzy w przewidzianym czasie nie skorzystali z tego uprawnienia.
W międzyczasie, w 2006 r., MON zawiesiło wypłacanie Wolińskiej 1,5 tys. zł wojskowej emerytury (to jedyny sukces naszego kraju wobec byłej stalinowskiej prokuratorki). Udało się bowiem ustalić, że do pobierania takiego świadczenia - od dawna - brakowało jej wysługi lat.
Na gruncie prawa międzynarodowego pozostają w tej chwili starania o przekazanie Wolińskiej polskiemu wymiarowi sprawiedliwości z wykorzystaniem ENA.

90 DNI NA WYDANIE

Europejski nakaz aresztowania jest uproszczoną formą ekstradycji, obowiązującą tylko na terenie państw należących do Unii Europejskiej. ENA został wprowadzona w 2002 r., aby ścigać osoby winne 32 "poważnych przestępstw" (w tym zaprzeczanie Holokaustu). Aby ENA można było stosować w Polsce, Sejm zmienił konstytucję.
W odróżnieniu od ekstradycji, nie obowiązuje tu zasada podwójnej karalności, czyli, że czyn musi być ścigany w obu krajach - w kraju, w którym podejrzany mieszka i w kraju, który stara się o wydanie tej osoby. Tak więc - w przypadku Heleny Wolińskiej - Wielka Brytania wcale nie musi uznawać jej czynów za przestępcze, aby akceptować polski nakaz aresztowania i wydać ją naszemu krajowi.
W porównaniu do zwykłej procedury ekstradycyjnej ENA znacznie przyspieszył też procedury ścigania, również jeśli chodzi o decyzyjność. O wydaniu danej osoby ostatecznie decyduje nie organ władzy wykonawczej (jak w przypadku ekstradycji), tylko sąd.
Miarą skuteczności ENA niech będą dane za 2005 r., z których wynika, że w 23 krajach UE na tej podstawie wydanych zostało ok. 6900 nakazów aresztowania. Co najmniej 1700 spraw zakończyło się aresztem.
I teraz najważniejsze - każde państwo, do którego zwrócono się o ENA, ma 90 dni od momentu aresztowania ściganej osoby na przekazanie jej krajowi, który się o to ubiega. W tym czasie sąd państwa, w którym podejrzany mieszka (w przypadku Wolińskiej Wielka Brytania) orzeka o dopuszczalności zastosowania ENA.
Praktyka pokazuje jednak, że przepisy związane z europejskim nakazem aresztowania nie są traktowane przez wszystkich jednakowo. W Polsce nie ma z tym większych problemów - nasi obywatele podejrzani o popełnienie przestępstw za granicą są na ogół wydawani władzom obcych państw. Gorzej jest z działaniem przepisów ekstradycyjnych w drugą stronę (vide sprawa Edwarda Mazura).
Przeszkodą w zastosowaniu ENA może być także stan zdrowia osoby podejrzanej. Niektórzy prawnicy zwracają uwagę, że w przypadku Wolińskiej pojawi się jeszcze jeden kłopot: szanse powodzenia polskiego wniosku maleją, gdyż Wielka Brytania już raz zajmowała się sprawą i odmówiła ekstradycji stalinówki. A w świetle europejskiego prawa dwa razy nie powinno się wchodzić do tej samej rzeki.

MICHNIK DO UZUPEŁNIENIA

Polski prokurator jest jednak optymistą: "Sprawa Wolińskiej nie budzi żadnych wątpliwości prawnych i istnieją podstawy, żeby ją postawić przed sądem". Gorzej jest w innych sprawach. Nasza Temida zamierza objąć ENA również byłego stalinowskiego sędziego wojskowego - Stefana Michnika-Szechtera, mieszkającego w Szwecji (czasem pod pseudonimem Karol Szwedowicz). W jego przypadku istnieje kluczowa dla ekstradycji wątpliwość dowodowa: podana przez Michnika w Szwecji data urodzenia różni się bowiem o jeden dzień od tej znajdującej się w dokumentach polskich.
W papierach Michnika są też luki. A jeżeli we wniosku o ENA nie przedstawimy wszystkich zarzutów, o które ma być oskarżony, to później nie ma już możliwości ich uzupełnienia. Niepełny i źle udokumentowany wniosek może zostać odrzucony.
Jakie zarzuty Polska stawia Stefanowi Michnikowi? Brał m.in. udział w bezprawnym przedłużaniu aresztu wobec Józefa Stemlera. Ten były wiceminister informacji w Delegaturze Rządu na Kraj, którego Sowieci uniewinnili w moskiewskim Procesie Szesnastu przywódców Polskiego Państwa Podziemnego w 1945 r., został później aresztowany w stalinowskiej Polsce. Zarzucono mu szpiegowanie na rzecz USA w ramach "imperialistycznej siatki ordynariusza kieleckiego Czesława Kaczmarka". W lutym 1955 r. Stemler został skazany na sześć lat więzienia, obniżone następnie na mocy amnestii o połowę. Biskupa Kaczmarka tak zmaltretowano fizycznie i psychicznie w śledztwie, że z więzienia wyszedł jako wrak człowieka. IPN nadal sprawdza, czy istnieją podobne przypadki, w których Michnik naruszył prawo, pozbawiając wolności inne osoby.

CZY IZRAEL LEŻY W EUROPIE?

W latach 50., jako sędzia Wojskowego Sądu Rejonowego w Warszawie, w sfingowanych procesach Stefan Michnik-Szechter wydawał wyroki śmierci na przedwojennych oficerów WP i żołnierzy antykomunistycznego podziemia. Na Michnikowej liście niewinnie skazanych i straconych są m.in. zrehabilitowani później: mjr. Zefiryn Machalla i mjr. NSZ Karol Sęk.
W "zakresie" sędziego Michnika (modne ostatnio sformułowanie prawnicze) Polska nie takich sukcesów, jakimi można było się pochwalić w przypadku prokurator Wolińskiej. MON nie mógł mu spektakularnie odebrać emerytury wojskowej, gdyż takiej nie pobiera (biedaczyna zbyt krótko walczył w mundurze o socjalistyczną Polskę).
Natomiast ściganie Michnika było równie skuteczne. O jego wydanie też starano się niemal od początku wolnej Polski. Wszystko spełzło jednak na niczym, gdyż IPN pod kierownictwem poprzedniego prezesa - Leona Kieresa zadowolił się informacją, że szans na jego ekstradycję nie ma, bo Szwecja nie odda nam swojego obywatela.
Zastosowanie ENA nie było możliwe wobec Salomona Morela, oskarżonego o przyczynienie się do śmierci ok. 1,5 tys. więźniów obozu w Świętochłowicach. Izrael, gdzie uciekł w latach 90., nie należy bowiem do UE. Dlatego jego prawdziwa ojczyzna mogła dwukrotnie odmówić nam ekstradycji zbrodniarza (na podstawie umów dwustronnych) i chroniła go zażarcie aż do momentu jego śmierci w lutym br. w Tel Awiwie. Nie przeszkadza to jednak Izraelowi podkreślać swoje związki ze Starym Kontynentem, a nawet starować w rozgrywkach Mistrzostw Europy w piłce nożnej. Nie przeszkadza to również nieustannie grać fałszywą nutą polskiego antysemityzmu.

Tadeusz M. Płużański

Publicystyka Tadeusza M. Płużańskiego na ASME.


Mit Janusza Kaczmarka został szybko rozwiany, w wyborach odbędzie się konfrontacja jego "naiwnego" patrona oraz adepta, który popełnił błąd - Łukasz Perzyna o zakończeniu "sprawy krawata" Wysłane wtorek, 4, września 2007 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |








Mit Janusza Kaczmarka został szybko rozwiany, w wyborach odbędzie się konfrontacja jego "naiwnego" patrona oraz adepta, który popełnił błąd - Łukasz Perzyna o zakończeniu "sprawy krawata"
Wysłane wtorek, 4, września 2007 przez Krzysztof Pawlak

"Słowa Jarosława Kaczyńskiego w jego telewizyjnym wystąpienia, że PiS jest gotów nawet podjąć ryzyko utraty władzy, by oczyścić życie polityczne z korupcji i »układu« - brzmieć muszą paradoksalnie w uszach kibiców i sympatyków tego ugrupowania, bo co to za premier, który sprawując wciąż władzę i nawet pozbawiony większości, mogący jednak forsować swoje rozwiązania ustawowe drogą mozolnych kompromisów parlamentarnych - chce zaryzykować to wszystko dla wyborów przed terminem. Te słowa jednak nie były zaadresowane do żelaznego elektoratu PiS i jego aparatu partyjnego, były one przeznaczone dla Polaków, którzy interesują się polityką od święta. Mogą mu przynieść wymierną, pozytywną wartość w sondażach" - Łukasz Perzyna, publicysta "Tygodnika Solidarność" i stały współpracownik naszej witryny, komentuje najnowsze wydarzenia na wzburzonej scenie teatru politycznego naszego kraju.

Czas wyborów i weryfikacji wyborczej zbliża się stopniowo. W tym momencie odwołanie się do opinii publicznej, i w dodatku w takim stylu, jest już elementem kampanii wyborczej, adresowanej do "milczącej większości", która na co dzień nie trzyma ani z PiS, ani z PO. Ta "opinia publiczna" przestała już wierzyć byłemu ministrowi spraw wewnętrznych Kaczmarkowi, który był bohaterem wydarzeń z ostatnich tygodni. Jednak to nie za czasów rządów post(?)komunistów ten były PZPR-owiec doszedł do najwyższych stanowisk w biurokracji centralnej. Zrobił karierę w PiS-owskim państwie walki z korupcją i domniemanym "układem". To właśnie Kaczyńscy stworzyli "układ", który właśnie demontują. Za ten manewr "Gazeta Wyborcza" czyni zarzut Braciom K., że kogoś, kogo wcześniej wypromowali, chwilę później - utrącili. Jednak "opinia publiczna" nie wierzy byłemu ministrowi właśnie dlatego, że okazał się niewdzięczny - zdradził stanowisko, na którym miał zwalczać oligarchizację kraju i walczyć o czystość oraz przejrzystość życia publicznego - zauważa Łukasz Perzyna. 70% badanych respondentów wyraża brak zaufania do Janusza Kaczmarka. Takiego wyniku nie miał żaden PiS-owski kandydat, nie miał tyle Lech Kaczyński, gdy konkurował z Donaldem Tuskiem. To jest symbol normalności w polskiej polityce - uważa Łukasz Perzyna. Oznacza też fakt porażki byłych koalicjantów Jarosława Kaczyńskiego: Samoobrony z tow. Lepperem na czele i Ligi Polskich Rodzin z Romanem Giertychem.

Nagranie trwa ponad 16 minut, jest dostępne w Sieci do 18 IX 2007 r. W Klubie TV ASME - wersja o dobrej jakości.




Geremkowszczyzna jest gotowa szargać majestat i prestiż Rzeczypospolitej, byle tylko dogodzić swym faryzejskim ambicjom - Stanisław Michalkiewicz o obelżywym wystąpieniu byłego prezydenta Republiki Czeskiej Wacława Havla Wysłane wtorek, 4, września 2007 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |







Geremkowszczyzna jest gotowa szargać majestat i prestiż Rzeczypospolitej, byle tylko dogodzić swym faryzejskim ambicjom - Stanisław Michalkiewicz o obelżywym wystąpieniu byłego prezydenta Republiki Czeskiej Wacława Havla
Wysłane wtorek, 4, września 2007 przez Krzysztof Pawlak

"Wygląda na to, że wojna na górze, której jesteśmy świadkami od 2005 roku, weszła na wyższy stopień eskalacji. O tym świadczy nakaz zatrzymania pana Andrzeja Krauzego i nakaz przeszukania jego domu w Gdyni. To oznacza, że premier Kaczyński podjął rękawicę, jak rzuciła mu opozycja, a zwłaszcza dawni koalicjanci i postanowił przejść do konfrontacji. To jest zasadnicza zmiana w dotychczasowym sposobie funkcjonowania Polski, bo wydaje się łamać najważniejszą zasadę niepisanej konstytucji II RP, ustaloną przy tzw. okrągłym stole, która brzmi: »My nie ruszamy waszych Wy nie ruszacie naszych«. Wojna wchodzi w fazę właściwą. Sojusz Lewicy Demokratycznej zrozumiał, że to już jest na poważnie, bo gdy zatrzymani zostali panowie Krawczyk, Kornatowski i Netzel, postanowił, że będzie głosował za samorozwiązaniem sejmu" - Stanisław Michalkiewicz, wyśmienity komentator sceny politycznej w "polskim regionie UE" i stały współpracownik naszej witryny ASME, opisuje wydarzenia z dni minionych.

Piątkowa konferencja prokuratury potwierdziła przypuszczenia Stanisława Michalkiewicza o działaniach razwiedki w Polsce. Komendant główny policji i Prokurator generalny z jakiegoś powodu za najważniejszego swego zwierzchnika pana Krauze, ba jak inaczej wytłumaczyć, że minister spraw wewnętrznych "z wywieszonym językiem" biegnie do hotelu, w którym ma wynajęty apartament polski oligarcha, by zdać mu relacje wydarzeń. To jest jedna sprawa medalu, drugą są zagadkowe związki pana Prezydenta RP z panem Krauze, nawet rodzinne koneksje, fakt posiadania prywatnego numeru telefonu komórkowego do najważniejszej osobistości w Polsce.
Przedterminowe wybory parlamentarne najwyraźniej już się zbliżają, bo mobilizują się "starzy faryzeusze" w osobach panów Mazowieckiego, Geremka i Lecha Wałęsy, którzy właśnie wydali "deklarację gdańską", w której napisali, z nie powinno przekładać się prywaty nad interes publiczny, co jest oczywistą prawdą. SM jednak żałuje, że kiedy byli u władzy, nie umieli stosować tej zasady wobec siebie, za co obdarzył ich właśnie tym epitetem.
Również symptomem "geremkowszczyzny" - postawy, która polega na podkopywaniu z niskich pobudek podstaw suwerenności Rzeczypospolitej - jest niedawne wystąpienie byłego prezydenta Republiki Czeskiej, który w Krakowie powiedział, że wybory powinny odbyć się pod międzynarodowym nadzorem. Jest to obelga dla międzynarodowego wizerunku Rzeczypospolitej Polskiej... Inspiracja do tego wystąpienia pochodziła z pewnością ze środowiska warszawskiego "ethosu i donosu"...

Nagranie trwa ponad 10 minut, jest dostępne w Sieci do 18 IX 2007 r. W Klubie TV ASME - wersja o dobrej jakości.




Dzień Wielkiego Oszustwa - prof. Jerzy Przystawa Wysłane sobota, 1, września 2007 przez Krzysztof Pawlak

"Jeśli Polacy dzisiaj tak nisko cenią własne przedstawicielstwo, także naszą Izbę, to nie tylko ze względu na jakość pracy, ale także z tego pierwotnego powodu, jakim jest poczucie niepełnego uczestnictwa, często fałszywego, zafałszowanego uczestnictwa obywateli w akcie wyborczym. Polacy od lat mają przekonanie - i to przekonanie narasta - że dzień, w którym wybierają swoich parlamentarzystów, jest tak naprawdę dniem wielkiego oszustwa polskiego wyborcy przez aparaty partyjne".

Kto to powiedział? Kiedy padły te wstrząsające słowa?

Wypowiedział je z trybuny sejmowej, w dniu 3 stycznia 2003 r., ówczesny wicemarszałek Sejmu, przywódca głównej partii opozycyjnej, Donald Tusk.

Od tamtej pory Donald Tusk stanął w szranki o urząd prezydenta RP i poprowadził swoją partię do wyborów parlamentarnych. Kolejny Dzień Wielkiego Oszustwa wypadł w niedzielę 25 września 2005 r. W czasie tych zmagań, podczas których Donald Tusk wypłynął jako główny konkurent obecnego prezydenta i przywódca partii, o której wszyscy zgodnie twierdzą, ze wygra następne wybory, nie specjalnie przejmował się tym, że właśnie uczestniczy w tym, co sam określił jako oszustwo.

Dzisiaj Donald Tusk jest głównym bohaterem mediów, zwołuje konferencje prasowe, bezkompromisowo krytykuje Prawo i Sprawiedliwość, za najważniejsze swoje zadanie uważa doprowadzenie do bezzwłocznego ogłoszenia kolejnych wyborów. Wygląda na to, że te wybory odbędą się za około dwa miesiące.

Co się takiego stało, co istotnego uległo zmianie, że kolejne wybory, czy to we wrześniu, październiku, listopadzie czy nawet na wiosnę, nie będą już "dniem wielkiego oszustwa polskiego wyborcy przez aparaty partyjne"?

Wrocław, 21 sierpnia 2007

Jerzy Przystawa

  • Prof. Jerzy Przystawa był w kadencji 1990 - 1998 radnym rady miejskiej Wrocławia, startował w wyborach do Senatu Rzeczypospolitej Polskiej przeprowadzonych w dniu 21 września 1997 r.
    Od kilkunastu lat jest jednym z liderów Ruchu Obywatelskiego na rzecz JOW.

    Publicystyka prof. Jerzego Przystawy na ASME.


    Witryna ASME Antysocjalistycznego Mazowsza jest najstarszym serwisem w Sieci - oprócz witryny tematycznej JOW - propagującym ideę JOW

    Skazano trzeciego milicjanta pacyfikującego manifestację "Solidarności" w stanie wojennym
    Zabójstwo w Lubinie (symbolicznie) osądzone - Tadeusz M. Płużański
    Wysłane sobota, 1, września 2007 przez Krzysztof Pawlak

    31 sierpnia 1982 r. w Lubinie od zomowskich kul zginęło trzech mężczyzn, a 11 osób zostało rannych. Jednym z dowódców pacyfikujących solidarnościową demonstrację był wiceszef miejscowej komendy Milicji Obywatelskiej, Jan M. Jego proces ciągnął się niemal od początku wolnej Polski. W końcu - w lipcu br. - wrocławski sąd skazał go na siedem lat więzienia. Tyle lat dostał za "sprawstwo kierownicze" zabójstwa. Za to - jak stwierdził oskarżyciel posiłkowy - że "milicjanci strzelali do bezbronnych ludzi jak do kaczek".

    Sędzia-sprawozdawca Zbigniew Muszyński tłumaczył, że w przypadku M. sąd skorzystał z nadzwyczajnego złagodzenia kary, gdyż... od wydarzeń upłynęło 25 lat: "Gdyby oskarżony został skazany tuż po wydarzeniach, dawno temu wyszedłby z więzienia". Na korzyść byłego milicjanta świadczył również "pozytywny tryb życia oraz fakt, że nigdy nie był karany". Tak prawo wolnej Polski traktuje komunistycznych oprawców.

    PRZYNAJMNIEJ 15 LAT

    Wyrok na Janie M. nie jest jeszcze prawomocny, a nawet, gdy się uprawomocni, skazany spędzi za kratami nie więcej niż trzy i pół roku, gdyż... obejmie go amnestia z 1989 r. Tę dodatkową łaskawość dla byłego milicjanta rzecznik prasowy Sądu Okręgowego we Wrocławiu Bogusław Tomicki tłumaczył tym, że była to co prawda ostatnia amnestia w naszym kraju, ale pierwsza wydana przez demokratyczne władze. Zgodnie z tą ustawą, karę można złagodzić o połowę, jeśli jej wymiar nie przekracza 10 lat więzienia. A w przypadku M. można było zastosować amnestię, bo wcześniej sędzia... nadzwyczajnie złagodził karę. Argumentem było również to, że na mocy tej samej amnestii zmniejszono kary dwóm pozostałym milicjantom, którzy za pacyfikację lubińskiej manifestacji zostali skazani we wcześniejszym procesie, (o czym niżej).
    Jednym z zabitych w Lubinie był Andrzej Trajkowski. Został śmiertelnie postrzelony w głowę. Miał 32 lata. Jego żona, Stanisława po wyroku sądu powiedziała: - To za niski wyrok za zabicie człowieka. Zabójca męża powinien dostać przynajmniej 15 lat.
    Jan M. do winy - rzecz jasna - nie przyznał się. Od początku procesu odpowiedzialnością obarczał przełożonych. Sąd nie miał jednak wątpliwości, że to on jest bezpośrednio odpowiedzialny za śmierć manifestantów.
    Jan M. dostał jeszcze jedną jakże dotkliwą karę - przez pięć lat nie będzie mógł zajmować stanowisk w administracji publicznej. Dodatkowo, wspólnie z dwoma wcześniej skazanymi funkcjonariuszami MO musi zapłacić 18 tys. zł poszkodowanym i oskarżycielom posiłkowym.

    JARUZELSKI ZDRAJCA
    I MORDERCA NARODU


    W uzasadnieniu wyroku sąd powrócił do tragicznego 31 sierpnia 1982 r. My też odtwórzmy przebieg wydarzeń. Trwa kolejny miesiąc stanu wojennego. W centrum Lubina gromadzi się tłum ludzi. Pokojowa manifestacja mieszkańców była odpowiedzią na wezwanie podziemnych władz "Solidarności", aby upamiętnić drugą rocznicę Porozumień Gdańskich. Opis dalszych wypadków znajdujemy w albumie "Solidarność XX lat historii" (wyd. Volumen 2000 r.): "Siły milicyjne składające się z 33 funkcjonariuszy NOMO [dla przypomnienia: Nieetatowe Oddziały Milicji Obywatelskiej - przyp. TMP], 34 żołnierzy ROMO [Rezerwowe Oddziały Milicji Obywatelskiej - TMP] oraz 33 ORMO-wców [Ochotnicza Rezerwa Milicji Obywatelskiej - TMP] są przygotowane do zapobieżenia demonstracji. Nomowcy, dowodzeni przez por. Maja, posiadają broń palną. O godz. 14 romowcy rozciągają kordon, który zagradza dostęp do placu Wolności. Ludzie tam zebrani układają z kwiatów krzyż. Skandują m.in.: "Precz z komuną", "Uwolnić Wałęsę", "Jaruzelski zdrajca i morderca narodu". O 15.30 rozpoczyna się wiec. Zebrani odpowiadają gwizdami na apel wzywający do rozejścia się. W wyniku ataku milicji i ostrzału gazowego ludzie z placu uciekają w boczne uliczki. Pojawia się pluton ZOMO z KW MO z Legnicy, który otwiera ogień w kierunku demonstrantów. (...) Zomowcy urządzili regularne polowanie nie tylko na demonstrantów, ale i na przygodnych przechodniów, ścigając ich po całym mieście i strzelając z otwartych drzwi milicyjnych nysek granatami gazowymi i petardami oraz ostrą amunicją. Śmierć ponoszą Andrzej Trajkowski i Mieczysław Poźniak [25 lat - TMP]. Trafiony w tył głowy Michał Adamowicz [28 lat - TMP] umiera trzy dni później. Akcja milicyjna kończy się w późnych godzinach nocnych. Osiem osób ma rany postrzałowe, a trzy osoby inne obrażenia [wielu zostanie kalekami do końca życia - TMP]".

    ZMOWA MILCZENIA

    Podczas lubińskiej pacyfikacji porucznik Jan M. dowodził oddziałem ZOMO w jednym z trzech rejonów placu i kazał rzucać w tłum granatami z gazem łzawiącym. Po chwili poprosił dyżurnego komendy o wsparcie, otrzymując zgodę na rozproszenie tłumu. Wtedy milicjanci otworzyli ogień. Strzelali do tłumu, na oślep. Pociski uderzały w asfalt, murawę, ściany budynków, szklane gabloty w sklepach. Śmiertelne kule trafiły trzech mężczyzn stojących na przystanku...
    - Jan M. wiedział, że zwartym oddziałom NOMO i ZOMO wydano broń długą i amunicję bojową, i tolerował strzelanie do manifestantów, godząc się na ewentualne skutki takiego rozwoju wypadków. Jego podwładni strzelali do bezbronnych ludzi, gdy nie było zagrożenia - mówił sędzia Zbigniew Muszyński. - Jan M. nie podjął żadnych decyzji dotyczących przerwania strzelania, aby ostatecznie opuścić samowolnie stanowisko dowodzenia, godząc się tym samym na samowolę oddziałów zwartych.
    Sędzia przypomniał słowa jednego z byłych ZOMO-wców przesłuchiwanych w sprawie, który powiedział, że "M. rozpętał wojnę na ulicach Lubina i uciekł". Zgromadzony materiał dowodowy potwierdził, że w trakcie pacyfikacji Jan M., po wydaniu rozkazu rozproszenia demonstracji, kiedy usłyszał, że są ranni, opuścił miejsce zdarzenia, pojechał na komendę milicji i nie wrócił już na ulice Lubina.
    Muszyński powołał się także na milicyjne raporty, z których wynika, iż lubińską pacyfikację określano mianem sukcesu, gratulowano podwładnym dobrej służby i cieszono się z "pokonania przeciwnika".
    W czasie śledztwa i procesu nie udało się ustalić nazwisk funkcjonariuszy, którzy strzelali. Ślady zbrodni zaczęto zacierać niemal od razu. Kilka dni po masakrze zastępca komendanta wojewódzkiego MO w Legnicy Bogdan Garus odznaczył milicjantów i polecił zachowanie tajemnicy służbowej. Ta zbrodnicza zmowa milczenia trwa do dziś. Broń, z której strzelano do bezbronnych, przestrzelono, a następnie sprzedano za granicę.
    Ale czy rzeczywiście aparat śledczy wolnej Polski jest tak ułomny, aby nie móc odnaleźć sprawców?

    CZWARTA ODSŁONA

    Proces Jana M. był już czwartą odsłoną procesu lubińskiego. Pierwsza rozprawa odbyła się w 1993 r. Po dwóch latach sąd uniewinnił wspomnianego wyżej Bogdana Garusa z braku wystarczających dowodów. Wobec Jana M. i Tadeusza Jarockiego (dowódcy jednego z plutonów ZOMO) umorzono postępowanie ze względu na... przedawnienie. Było to możliwe dzięki zmianie kwalifikacji czynu milicjantów ze "sprawstwa kierowniczego" (o co oskarżał ich prokurator) na "sprowadzenie powszechnego niebezpieczeństwa dla zdrowia i życia ludzi" oraz "nieumyślnie spowodowanie śmierci przez niedopełnienie obowiązków służbowych". Sąd stwierdził bowiem, że nie ma dowodów, aby oskarżeni działali w zamiarze zabójstwa i w jakikolwiek sposób namawiali do tego zomowców: "wyposażenie ZOMO w długą broń i ostrą amunicję nie wystarczy, by przypisać oskarżonym zamiar zabójstwa".
    Drugi proces, po apelacji, rozpoczął się w 1997 r., ale i tym razem oskarżeni nie ponieśli kary. Tym razem sąd uznał co prawda, że są oni winni śmierci manifestantów, ale kara podlega umorzeniu... ze względu na amnestię z 1984 r. Podczas ogłaszania wyroku zebrani w gmachu sądu koledzy zabitych i ich rodziny krzyczeli: - "Hańba", "Komunistyczny sąd", "Kontynuacja PRL".
    Sprawa ponownie trafiła do Sądu Apelacyjnego, który dopatrzył się uchybień proceduralnych: pod uzasadnieniem wyroku podpisali się dwaj sędziowie i czterej ławnicy (czyli o jednego za dużo). Rozstrzygające było orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego, który zadecydował, że nie ma amnestii dla winnych zbrodni PRL, m.in. dlatego, że ich czyny nie były wtedy ścigane. Dlatego też sąd nie mógł zastosować amnestii z 1984 r.
    W końcu wrocławski Sąd Okręgowy skazał trzech milicjantów - Bogdana Garusa i Jana M. na dwa i pół roku pozbawienia wolności (po zastosowaniu amnestii z 1989 r. 15 miesięcy), a Tadeusza Jarockiego na pięć lat (po amnestii dwa i pół roku). Sąd uznał, że Bogdan Garus nie tylko zatwierdził plan działania ZOMO wobec manifestantów, ale doskonale wiedział, że będą wyposażeni w długą broń i ostrą amunicję. Tadeusz Jarocki, były dowódca plutonu ZOMO, rozkazał swym ludziom utworzenie tyraliery i skierowanie broni w kierunku manifestantów. Rozkaz wstrzymania ognia wydał dopiero wtedy, gdy padł pierwszy zabity.
    Jan M. - jak już wiemy - wydał rozkaz rozproszenia demonstracji. W przeciwieństwie do kolegów nie poszedł jednak siedzieć. Sąd uznał apelację oskarżycieli, w której domagali się przekazania jego sprawy do ponownego rozpoznania, zamierzając postawić byłemu milicjantowi zarzut "sprawstwa kierowniczego" zabójstwa. Finałem jest wyrok wydany w ubiegłym miesiącu, skazujący Jana M. na siedem lat więzienia.

    KTO TU RZĄDZI

    W albumie "Solidarność XX lat historii" czytamy dalej: "Zbrodnia ta wywołała następne demonstracje trwające jeszcze kolejne dwa dni, a miasto zostało dosłownie zalane przez oddziały MO. (...) Nie można jednak wykluczyć, że Lubin został wytypowany dla wykazania stopnia determinacji władz gotowych »bronić socjalizmu jak niepodległości«".
    Do podobnych wniosków doszedł sąd, skazując Jana M.: "Lubin został wybrany przez partyjny aparat komunistyczny do krwawej i bezwzględnej rozprawy z opozycją. Władze chciały pokazać, kto tu rządzi".
    Nawiązując do tych słów, trzeba zadać sobie jeszcze jedno pytanie - dlaczego do żadnej odpowiedzialności nie pociągnięto wspomnianego aparatu kierowniczego, w tym komendanta wojewódzkiego MO w Legnicy (przełożonego Bogdana Garusa) i komendanta miejskiego MO w Lubinie (przełożonego Jana M.)? Podobnie jest niestety z innymi zbrodniami komunistycznymi.

    Tadeusz M. Płużański

    Publicystyka Tadeusza M. Płużańskiego na ASME.


    Pozbycie się skompromitowanych koalicjantów przełoży się na punkty dla PiS - Łukasz Perzyna o konsekwencjach zmian w kręgach rządowych Wysłane środa, 15, sierpnia 2007 przez Krzysztof Pawlak

    | Pobierz |








    Pozbycie się skompromitowanych koalicjantów przełoży się na punkty dla PiS - Łukasz Perzyna o konsekwencjach zmian w kręgach rządowych
    Wysłane środa, 15, sierpnia 2007 przez Krzysztof Pawlak

    "Zmiany dokonane w rządzie w jakimś sensie - za pięć dwunasta - gdy kończy się chyba kadencja parlamentarna - kładą kres pewnym tendencjom w polskiej polityce, zgodnymi z teorią Kopernika - Greshama o wypieraniu dobrej monety przez gorszą. Oto Romana Giertycha zastępuje profesor Legutko, publicysta, intelektualista i filozof, ktoś kogo bardziej niż mundurowanie młodzieży będzie interesować stan ich umysłów. Ministerka Kalata, była kandydatka SLD do różnych gremiów, która dała się poznać głównie nie ze strony walki o aktywizację zawodową Polaków, tylko raczej z walki o własny wizerunek za pomocą opłacanych przez podatników wizażystek - przestała być gwiazdą tego rządu. Wreszcie młodziankowatego ministra Wiecheckiego od spraw morskich, który dał się poznać głównie z tego, że... był młody - zastępuje minister Gróbarczyk, fachowiec z »okołomorskich« kręgów administracji państwowej. Jednym słowem, trzeba było aż perspektywy przyspieszonych wyborów, by ministrowie, który szkodzili wizerunkowi rządu - zostali wymienieni na fachowców. Może więc to szkoda, że kampania wyborcza nie odbywa się w Polsce częściej" - zastanawia się Łukasz Perzyna, publicysta "Tygodnika Solidarność" i naszej witryny ASME, nad rzadkim w naszym kraju zjawiskiem w miarę kompetentnych urzędników na swoich miejscach

    Zadziwiające jest, z jakim "westchnieniem ulgi" przyjęły te zmiany kręgi prasowe zachodniej Europy, głównie Niemiec i Francji, co powinno skłaniać do zastanowienia nad motywami stojącymi za takim zachowaniem wpływowych mediów. Ten sygnał z Polski, że premier Kaczyński zgarnia premię, że w sposób przykładny pozbył się obciążających wizerunek jego rządu osobistości z ugrupowań przez dwa lata tworzących koalicję PiS-LPR-Samoobrona, jest z całą pewnością dobrze odczytywany w głównych stolicach tzw. UE. W sezonie ogórkowym, który także istnieje w gazetach zachodnich, taki temat ma swoją moc - uważa Łukasz Perzyna.
    Jeśli tylko Centralne Biuro Antykorupcyjne będzie konsekwentnie kontynuować swoją pracę, skierowaną we WSZYSTKICH kierunkach - może widoczne straty ugrupowania Jarosława Kaczyńskiego na politycznej giełdzie nie będą tak głębokie, jak się spodziewano...

    Nagranie trwa ponad 11 minut, jest dostępne w Sieci do 28 VIII 2007 r. W Klubie TV ASME - wersja o dobrej jakości.




    Rywin na premiera rządu marzeń - Krzysztof Mazur Wysłane poniedziałek, 13, sierpnia 2007 przez Krzysztof Pawlak

    Jak doniosły media na pytanie, kogo Polacy najchętniej widzieliby na stanowisku premiera, podobno najwięcej osób wskazało na Kazimierza Marcinkiewicza, który wzorem wielu rodaków wyjechał okresowo na Wyspy Brytyjskie, celem zarobienia paru groszy i "podszlifowania języka". Jednocześnie nieoceniona "Gazeta Wyborcza" ustaliła, że największym wzięciem wśród Polaków cieszyłaby się koalicja PO-LiD z Kwaśniewskim na czele, co wskazuje, że pewnie nie byli to ci sami reprezentatywni Polacy, którzy na premiera wskazali Marcinkiewicza.

    Jednocześnie jakby tych personalnych układanek było jeszcze mało, nieformalna koalicja Ligi i Samoobrony, zwana popularnie LiS-em, zapowiedziała postawienie konstruktywnego wotum nieufności oraz kandydaturę byłego ministra Kaczmarka na premiera. Wiele wskazuje, że nie tylko Lepperowi, który pomimo udrożnienia żył nadal wskazuje wyraźne oznaki niedotlenienia, ale i Romanowi Giertychowi busola zdrowego rozsądku przestała pokazywać właściwy azymut. Mimo wszystko nawet obawy wynikające z przedterminowych wyborów i realna groźba degradacji do roli opozycji pozaparlamentarnej nie upoważnia do tak kompromitujących posunięć. Ale posłowie LPR i Samoobrony ostatnią nadzieję pokładają obecnie w o. Rydzyku, chłonąc każdą literę z "Naszego Dziennika", skąd zapewne z artykułu Magdaleny Stawarskiej dowiedzieli się, że nawet pomimo poparcia dla skrócenia kadencji sejmu przez PiS, PO, SLD i PSL i tak do "skrócenia kadencji sejmu zabraknie jeszcze 46 głosów"... Bidula-dziennikarka prawdopodobnie nie zdawała już matury z matematyki, więc się dziewczynie zgubiło gdzieś 100 posłów, a wyliczywszy, że połączone kluby PiS i PO liczą 181 osób (w rzeczywistości liczą 281), oparła na tym swój błyskotliwy artykuł zapełniający pierwsze kolumny poniedziałkowego wydania "ND". Niestety, panowie z LiS-u, sejm może przegłosować skrócenie kadencji i bez waszego poparcia, gorzej: zasada ta działa także w drugą stronę, tzn. poparcie samego LiS-u nie wystarczy, aby premierem został Janusz Kaczmarek, nawet gdyby jutro taki wariant jako prawdopodobny opisała redaktorka Stawarska.
    Nawet Leszek Miller, który co i rusz popisuje się topornymi bon motami, na swojego zmiennika nie forsował Zbigniewa Sobotki, a jego kompana Jagieły - na ministra sprawiedliwości. W bardziej honorowych czasach funkcjonowały takie wynalazki, jak np. maski wstydu, którymi obdarzano skazanych za co bardziej pospolite wykroczenia. Takim, dajmy na to, plotkarzom zakładano maski z długimi jęzorami, zaś kłamcy byli przyozdabiani maskami uniemożliwiającymi mówienie. Pomimo, że maski te były kwalifikowane jako narzędzia tortur, to powiedzmy sobie szczerze - ile ich współczesne zastosowanie oszczędziłoby tortur zdezorientowanym telewidzom, słuchaczom i czytelnikom, a i wyborcom oszczędziłaby czasu, skracając okres kampanii wyborczej do niezbędnego minimum! A tak mamy postęp i na premiera ochotniczo zgłosił się już także Wojciech Olejniczak, który obiecywał, że urząd ten będzie pełnił jedynie do przyśpieszonych wyborów, ale chyba nikt mu nie uwierzył i słusznie - gdyż Olejniczak należy do spadkobierczyni partii, która gdy w czerwcu 1945 r. weszła do Tymczasowego Rządu Jedności Narodowej, to swoją misję w owym tymczasowym rządzie uznała za zakończoną dopiero w czerwcu roku 1989. Rację tedy należałoby przyznać Andrzejowi Lepperowi, który pomimo kłopotów z myśleniem miewa czasami przebłyski politycznego instynktu i który na konferencji w Zielnowie oznajmił, że "my wszyscy żyjemy w chorym państwie". Dla mnie pierwszą oznaką tej choroby jest to, że taki właśnie Andrzej Lepper już tyle lat jest wybierany na posła oraz wicemarszałka i wicepremiera rządu. Przyznam nieskromnie, że jak tylko Zbigniew Ziobro oznajmił, że posiada materialny dowód kłamstwa Leppera, od razu przewidziałem, że były wicepremier zapowie, że Ziobro dał mu cynk, ale już w momencie, kiedy miał wyłączony dyktafon. Nie wyjaśnił jedynie, po co w ogóle Ziobro ten dyktafon włączał, no bo chyba nie po to, by kombinować, jak go wyłączyć tak, aby nie nagrało się jego ostrzeżenie względem Leppera. Pomijając oczywiście powód, dla którego Ziobro faktycznie Leppera nagrywał, bo przy natłoku wątków na takie poboczne dywagacje już po prostu nie starcza miejsca i czasu.
    Przyznam, że po tym nawale kandydatów na premiera i filipik słyszanych od Wierzejskiego przez Piskorskiego i Szmajdzińskiego aż po redaktorów "GW" z pewną ulgą po głównych "Wiadomościach" TVP upewniłem się, że premierem jest nadal Jarosław Kaczyński i to całkiem elegancko ubrany oraz uczesany. W swoim wystąpieniu premier zapowiedział przyśpieszone wybory i postraszył telewidzów, że po wyborach jego rząd nadal będzie kontynuował swoja misję. Jakie wybory, panie premierze, "Naszego Dziennika" pan nie czytasz, czy co...

    Krzysztof Mazur

    Publicystyka Krzysztofa Mazura na ASME


    Kaczyński - przeproś! - Janusz Sanocki Wysłane poniedziałek, 13, sierpnia 2007 przez Krzysztof Pawlak

    Kiedy w 2006 r., w trakcie kampanii samorządowej zdarzyło mi się podróżować po kraju, na każdym kroku widziałem reklamowe bilbordy PiS, na których Jarosław Kaczyński zachwalał miejscowym wyborcom w Limanowej, Zabrzu, Myślenicach - a to jakiegoś Kłośkiewicza, a to Wasiaka, a gdzie indziej Jujczaka. Takich godnych zaufania kandydatów do samorządu z ramienia PiS było w całym kraju kilkadziesiąt tysięcy i za wszystkich własną twarzą ręczył człowiek, który właśnie wygrał wybory i który zaręczał, że wybuduje nam wolną od korupcji IV Rzeczpospolitą.

    Nie minęło więcej jak dwa lata i okazało się, że z tym zaufaniem bywa różnie. Swoje stanowisko stracił Sikorski - minister sprawiedliwości, Dorn wisiał na włosku, zrezygnował z posady ministra spaw wewnętrznych, z wiceszefa PiS poleciał Paweł Zalewski, wicepremier Lepper - wartościowy koalicjant "znalazł się w kręgu podejrzeń" i w godzinę go nie było. W końcu z fotela ministra spraw wewnętrznych w spektakularny sposób wystrzelił Janusz Kaczmarek - jako źródło "przecieku", uniemożliwiającego złapanie na gorącym uczynku samego Leppera.
    Za Kaczmarkiem polecieli szef policji i CBŚ. W nocy policja w ich mieszkaniach przeprowadziła rewizje. Słowem: atmosfera jak w czasach wielkiej czystki za Stalina, brakuje tylko pokazowych procesów, wyrywania paznokci i obozów na Syberii, z których się nie wraca.
    Przy czym - nikt nie może stwierdzić, że Kaczyński nie ma racji. Z informacji przytoczonych w prasie wynika, że Kaczmarek mógł rzeczywiście stanowić źródło przecieku. W przeddzień akcji w ministerstwie rolnictwa spotkał się z Krauzem i posłem Samoobrony. Potem Lepper został ostrzeżony. Być może Kaczmarek to po prostu zwykły zdrajca. Po co spotykał się z Krauzem, w jakim celu wcześniej przyjmował w swoim gabinecie Kulczyka?
    No, ale skoro Kaczmarek to zdrajca, to w jaki sposób Kaczyński powierzył mu jedną z najbardziej wpływowych i ważnych funkcji? Ten sam Kaczyński, który ma w swoim ręku służby specjalne, Macierewicza, Wassermana, archiwa IPN, który kazał kandydatom do PiS wypełniać kilkunastostronicowe ankiety i który publicznie zapewniał, że PiS to po prostu sama patriotyczna śmietanka Narodu Polskiego. I ten sam Kaczynski, który swoim poparciem napchał do samorządów w całym kraju cała masę Kłośkiewiczów i Wasiaków. Jaka jest wartość tych ludzi? Zapewne różna. Ale skoro sam wódz nie był w stanie dopatrzyć się prawdziwej wartości Zalewskiego, Kaczmarka, Sikorskiego i innych ze swojego otoczenia - to jak z perspektywy Warszawy mógł dojrzeć prawdziwą wartość ludzi, za których ręczył mieszkańcom Limanowej, Zabrza czy Nysy? Jarosław Kaczyński zwalniając ludzi ze swojego otoczenia, pokazuje swoją konsekwencję. Ale pokazuje też, że jego rekomendacje udzielane kandydatom na posłów i radnych były kompletnie pozbawione wartości. Kaczyński rekomendując różnych kandydatów jako tych, którzy przywrócą Polsce prawo i sprawiedliwość - postępował, zatem jak człowiek kompletnie nieodpowiedzialny. Dlaczego to czynił? Dlaczego tak oszukiwał? Bo taki był jego partyjny interes - wprowadzić jak najwięcej kandydatów PiS do sejmu i samorządów. Teraz w sprawie Kaczmarka i innych Kaczyński mówi: "Nie jestem w stanie ręczyć za nikogo, nawet za najbliższe otoczenie". W tej sytuacji premier - zanim poda się do dymisji i sam trafi przed prokuratora - powinien solennie i głośno przeprosić Polaków za wszystkie te wyborcze kłamstwa. Nie muszę dodawać, że kłamstwa te wynikają wprost z partyjnej ordynacji wyborczej i że Kaczyński akurat nie różni się tu od innych partyjnych kłamców, zachwalających nam po całej Polsce ludzi, których nigdy nie widzieli na oczy.
    Jednak tylko Jarosław Kaczyński stara się pokazać jako człowiek konsekwentny. Skoro tak, to w świetle tego, co zrobił w kolejnych kampaniach wyborczych - rekomendując społeczeństwu ludzi nieodpowiednich - powinien natychmiast nas wszystkich przeprosić. No i oczywiście zmienić ordynację wyborczą, żeby więcej nie musiał się tak wygłupiać.

    Janusz Sanocki

  • Janusz Sanocki był burmistrzem Nysy, jest jednym z liderów Obywatelskiego Ruchu na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych.

    Witryna ASME Antysocjalistycznego Mazowsza jest najstarszym serwisem w Sieci - oprócz witryny tematycznej JOW - propagującym ideę JOW

    Na co liczą? - prof. Jerzy Przystawa Wysłane niedziela, 12, sierpnia 2007 przez Krzysztof Pawlak

    Niezwykła, jedyna w swoim rodzaju I Rzeczpospolita, owoc trudu dziesiątków pokoleń, miała w swojej konstrukcji wadę ustrojową, która w ogromnym stopniu przyczyniła się do jej upadku i zniknięcia z mapy Europy. Wadą tą była zasada liberum veto, przez 160 lat uważana za jeden z kanonów wolności obywatelskiej. To unikalne społeczeństwo, przez nieżyczliwych krytyków wyszydzane i pokazywane jako przykład warcholstwa, nierządu i anarchii, kierowało się potrzebą szerokiego konsensu, zgody, umowy obywatelskiej przez wszystkich akceptowanej. Uzyskanie takiej zgody było nie lada wyczynem, proces dochodzenia do niej budował postawy obywatelskie, uczył odpowiedzialności za państwo. Jak pisze brytyjski historyk: "Proces, dzięki któremu ta zgraja uzbrojonych jeźdźców ostatecznie osiągała jednomyślną decyzję, wybierając jednego spośród dziesiątków kandydatów i jedną spośród dziesiątków opinii, można opisać jedynie jako akt zbiorowej intuicji" (Norman Davies, "Boże Igrzysko", str. 316, ZNAK, Kraków, 2002).
    Ta "zbiorowa intuicja" strzegła Rzeczpospolitą dobrze przez ok. 160 lat, do czasu, gdy w 1652 roku, przekupiony przez Janusza Radziwiłła, poseł Jan Siciński, po raz pierwszy skorzystał z tego prawa i zerwał Sejm. Od tej pory wrogowie Rzeczypospolitej odkryli złowrogie możliwości tego przepisu i już do końca jej dni wykorzystywali go w sposób bezwzględny i cyniczny. Jak wiemy, caryca Katarzyna stanęła zbrojnie w obronie tej "kardynalnej wolności" i przeciwstawiła się zdecydowanie zamiarom reformatorów. Ale fakt, że pomimo tej wady I Rzeczpospolita przetrwała ponad trzy stulecia, może być prawdziwym powodem do dumy z naszej narodowej spuścizny. Było to możliwe dzięki pewnym zapomnianym zaletom tego narodu: umiłowaniu wolności, szlacheckiej godności i dumy, a przede wszystkim czemuś, co ten sam Norma Davies określił jako "patriotyzm, który przybrał wymiar religii". (Norman Davies: "Serce Europy", ANEKS, Londyn, 1995).
    Ta "religia patriotyzmu" pozwoliła Polakom przetrwać noc rozbiorów i pozwoliła na powstanie II Rzeczypospolitej. Ta nowa Rzeczpospolita, powstała z scalenia trzech rozbiorów, różnych tradycji, doświadczeń cywilizacyjnych, języków, obyczajów, systemów prawnych i kultur politycznych dokonała ogromnego wysiłku edukacyjnego i przez 20 lat swego istnienia wychowała niezwykłe pokolenie patriotów i obywateli. Niestety, z przyczyn, których warto dociekać, zafundowała sobie kolejną wadę ustrojową, która od początku korodowała jej system państwowy. Tą wadą była niemądra, korupcjogenna, dezintegrująca organizm państwowy, ordynacja wyborcza do Sejmu. To w wyniku tej wady, w ciągu 21 lat państwo polskie miało 32 premierów, czyli, średnio, jednego premiera na nieco dłużej niż pół roku. To ta wada była główną przyczyną rozlewu krwi podczas Zamachu Majowego i przy innych okazjach, to ta wada kazała poszukiwać remedium w zapędach dyktatorskich i innych karkołomnych próbach naprawy. Naturalnie, że przy takim sposobie rządzenia trudno było odpowiednio przygotować się do historycznych wyzwań, do skutecznego przeciwstawienia się zagrożeniom ze Wschodu i Zachodu. Tę opłakaną sytuację łagodziła ta sama "religia patriotyzmu", która kazała obywatelom tej Rzeczypospolitej dawać heroiczne przykłady ofiarności i oddania sprawie publicznej. I nie tylko tym "szarym obywatelom", zwykłym polskim patriotom, ale także i wielu z tych "na górze", dla których słowo "Polska", "dobro Ojczyzny", "dobro wspólne", nie były słowami pustymi, retorycznymi chwytami używanymi dla zamaskowania ich egoistycznych i niecnych intencji.

    III Rzeczpospolita, powstała na gruzach komunizmu, z powodów, których też warto dociekać, zafundowała sobie podobną, a de facto, tę samą wadę ustrojową, która zatruwała życie publiczne międzywojennej Polski: partyjną ordynację wyborczą do Sejmu, którą uparto się nazywać "proporcjonalną", chociaż z pojęciem proporcji ma nie wiele wspólnego. Skutkiem tej wady, podobnie jak przed wojną, jest dezintegracja sceny politycznej, rozbicie partyjne, potępieńcze swary i waśnie, i cały ten nieustanny, gorszący spektakl, który trwa nieprzerwanie od 18 lat. W odróżnieniu jednak od II Rzeczypospolitej, ta dzisiejsza nie ma już tych "soków życiowych", tych sił zdrowego, wolnego, dumnego organizmu, które pozwalały Polakom tamtego pokolenia kochać swoją ojczyznę, poświęcać się dla niej, czerpać optymizm i energię z tego niebywałego wyczynu, jakim było zbudowanie - po latach niewoli, swojego państwa i tego niezwykłego wyczynu, jakim była bohaterska obrona tego państwa przed nawałnicą sowiecką. Nie ma przede wszystkim tej niezwykłej, wyjątkowej kadry nauczycieli - edukatorów, którzy potrafili w swoich wychowanków zaszczepić i rozwinąć te cnoty, bez których niemożliwe jest trwałe istnienie wolnego i niezależnego narodu. Wspólnym wysiłkiem niemiecko-sowieckim te kadry nauczycieli i wychowawców zostały wytrzebione, a pół wieku komunistycznej edukacji, płukania mózgów i postaw obywatelskich wyprodukowało społeczeństwo chore, obolałe, bez wiary we własne siły i bez zaufania do swoich umiejętności i możliwości. Jest faktem wielokrotnie stwierdzonym przez socjologów, że polskie społeczeństwo charakteryzuje zaniżona samoocena, że sami oceniamy siebie gorzej niż najbardziej nieżyczliwe nam narody. Jest to element całkowicie nowy, zupełnie nieznany obywatelom tak I jak II Rzeczypospolitej.
    Na tę chorobę, chorobę niewiary w swoje możliwości i braku zaufania, nie pomógł krótkotrwały, niezborny i amatorski wysiłek "Solidarności" i podziemnego ruchu oporu. Tego wszystkiego było za mało, żeby przygotować kadry i odbudować obywatelskie umiejętności, niezbędne do budowy i trwania samodzielnego państwa. Nie mówiąc o tym, że wrogowie Polski nie zasypiali gruszek w popiele i cały czas działali, systematycznie i wytrwale, żeby do takiej odbudowy postaw i sprawności nie dopuścić. A kiedy, niczym feniks z popiołów pojawiła się III RP, to w przeciwieństwie do II nie przyciągnęła ona z powrotem swoich dzieci, rozrzuconych po świecie, gdzie zdobywali kwalifikacje jakże potrzebne ich Ojczyźnie. Jak wiemy, do II Rzeczypospolitej ciągnęli z emigracji polscy profesorowie, uczeni, inżynierowie, budowniczowie - w niej bowiem zobaczyli szansę swojej samorealizacji. III Rzeczpospolita nie tylko nie przyciągnęła znaczącej liczby Polaków z emigracji, ale przeciwnie, jesteśmy świadkami niebywałego eksodusu, ucieczki setek tysięcy, może już nawet milionów, najbardziej energicznej i przedsiębiorczej części społeczeństwa. Zaginął gdzieś religijny patriotyzm Polaków, nie tak dawno na Uniwersytecie Warszawskim odbyła się "debata oksfordzka", której mottem było "Patriotyzm nie ma przyszłości"!
    Polska młodzież akademicka, ta właśnie, która ma budować i rozwijać państwo, pozostała w rękach "starych mistrzów", w rękach propagatorów pseudonauki, pseudowiedzy, pseudowychowców pseudoobywatelskich postaw. Nie przeprowadzono bowiem żadnej weryfikacji kadr nauczycielskich i wszyscy ci, którzy dokonali takich spustoszeń w umysłach pokoleń młodzieży - pozostali na swoich stanowiskach i nadal sprawują akademicki rząd dusz. Trudno się dziwić, że młodzież, która ma takich wychowawców, marzy tylko, żeby jak najszybciej wyjechać, gdzie tylko się da.
    Wada konstrukcyjna III RP, fatalna, korupcjogenna ordynacja wyborcza jest mechanizmem, który za każdym obrotem maszyny wyborczej wyrzuca z siebie coraz gorszy produkt, ludzi coraz marniejszej jakości, coraz bardziej nieodpowiedzialnych, coraz bardziej cynicznych, coraz bardziej zapatrzonych tylko w osobistą karierę i dobrobyt. Widzimy to doskonale po poziomie debaty publicznej, po oratorskich popisach zapatrzonych w siebie, prymitywnych, niewykształconych i niewychowanych amatorów, którzy bez zażenowania demonstrują nam nieznajomość języka polskiego, brak wykształcenia, manier i kultury, a za to bezczelność i hucpiarską pewność siebie. Wszystkie te postawy umacniają i wspierają media, od dawna już nie kierujące się interesem polskim, lecz swoich - najczęściej zagranicznych - mocodawców.

    Premier już prawie ogłosił datę nowych wyborów. Podobnie wypowiedzieli się liderzy największej partii opozycyjnej. Kampania wyborcza już się rozpoczęła, partie już emitują w telewizji swoje "spoty" wyborcze.
    Czego oczekują politycy III/IV RP po nowych wyborach, na co liczą? Czy liczą na ustabilizowanie się sceny politycznej, na wyłonienie stabilnej większości, stabilnego rządu, który będzie w stanie rozwiązać narosłe problemy? Jarosław Kaczyński oświadczył w wywiadzie dla tygodnika "Wprost", że jeśli w nowym Sejmie nie będzie miał 280 mandatów, to jako były szef partii politycznej będzie w samotności dumał nad niewdzięcznością Polaków! Jarosław Kaczyński naprawdę wierzy, że po nowych wyborach będzie miał w Sejmie absolutną większość? Bo zamiast wyborów urządzi nam "plebiscyt"?
    Każdy przytomny człowiek rozumiejący działanie mechanizmów wyborczych wie, że taka ordynacja jak w Polsce czyni taki wynik wyborów praktycznie niemożliwym do uzyskania. Poucza o tym nie tylko doświadczenie 18 lat postkomunizmu w Polsce, ale tego samego uczy doświadczenie wszystkich innych krajów wokoło. Co więcej, tego samego uczy doświadczenie państw zachodnich, które podobne mechanizmy wyborcze stosują. Jarosław Kaczyński wierzy w swoją gwiazdę i umiejętność sprawiania cudów. Jak dotąd nie bardzo się z tym popisał, ale wolno mu. Jego cyniczni przeciwnicy upatrują innych powodów jego pośpiechu z ogłoszeniem nowych wyborów: problemy z rozliczeniem minionej kampanii wyborczej i potrzebę uprzedzenia niekorzystnego wyroku Sądu Najwyższego w tej sprawie.
    To można zrozumieć. Ale na co liczy Platforma Obywatelska? Że ta sama farsa powtórzy się przy zamianie ról i że to posłowie PO i ich drużynnicy czerpać będą korzyści ze sprawowania urzędów państwowych i posad towarzyszących? Bo przecież nie liczą na to, że Platforma, jak Kaczyński, zdobędzie 280 mandatów i będzie samodzielnie rządziła?
    Ile lat jeszcze będziemy chodzić w kółko, z tą samą chorobą w środku, trzymając się za brzuch? Czekamy na miłosierdzie Unii Europejskiej, która wreszcie przyśle tu swoich komisarzy, aby zaprowadzić trochę porządku w tym państwie sezonowym, które samo nie jest w stanie zagospodarować swoich historycznych możliwości? Czy na jakiś desperacki wybuch społeczny, bo zegar historii pokazuje, że co pewien czas w Polsce musi się coś stać, aby wypuścić parę z polskiego kotła? Czy to co stanowiło wyróżnik obywateli I i II Rzeczypospolitej, ich troska o swoje państwo, zostało już całkiem wykorzenione i pozostali już tylko pieczeniarze bez sumienia? Czy naprawdę nie jesteśmy w stanie poradzić sobie z wadą ustrojową, którą dzisiaj wskazać potrafi już bez mała każde dziecko?

    Wrocław, 11 sierpnia 2007

    Jerzy Przystawa

  • Prof. Jerzy Przystawa był w kadencji 1990 - 1998 radnym rady miejskiej Wrocławia, startował w wyborach do Senatu Rzeczypospolitej Polskiej przeprowadzonych w dniu 21 września 1997 r.
    Od kilkunastu lat jest jednym z liderów Ruchu Obywatelskiego na rzecz JOW.

    Publicystyka prof. Jerzego Przystawy na ASME.


    Witryna ASME Antysocjalistycznego Mazowsza jest najstarszym serwisem w Sieci - oprócz witryny tematycznej JOW - propagującym ideę JOW