października 5, 2007 - października 19, 2007

Polska może się stać nawet jednym z najbardziej stabilnych baraków w nowym obozie, który będzie nazywać się Unia Europejska - Stanisław Michalkiewicz o pomijanych przez merdia elementach kampanii wyborczej Wysłane piątek, 19, października 2007 przez Krzysztof Pawlak

"Proszę Państwa, jestem w tej komfortowej sytuacji, że większą część kampanii wyborczej obserwowałem z oddalenia, bo byłem w Kanadzie i Stanach Zjednoczonych. Nawet mogę powiedzieć, że wciągnęła mnie ta obserwacja do pewnego wszelako momentu, w którym przeczytałem deklarację pani minister Anny Fotygi, że Polska jest gotowa do podpisania Traktatu Reformującego Unię Europejską. Ta deklaracja zaskoczyła mnie podwójnie, bo zadałem sobie pytanie się, W CZYIM imieniu wypowiada się pani Fotyga, bo na własne uszy słyszałem w Chicago deklarację pana Prezydenta, że Polska »zajmuje w sprawie Traktatu stanowisko identyczne ze stanowiskiem brytyjskim«. Otóż stanowisko brytyjskie polega wcale nie polega na gotowości podpisania Traktatu, raczej polega na pewnych oporach dopóki w Traktacie nie znajdą się pewne WYRAŹNIE ZAZNACZONE zastrzeżenia, polegające na tym, że Wielka Brytania nie ma być związana polityką zagraniczną Unii Europejskiej. No i wygląda na to, że zalecenia parlamentu brytyjskiego idą w takim kierunku, że w Polsce powinno zostać przeprowadzone referendum. O tej sprawie nic nie słychać, pani Fotyga deklaruje, że Polska jest gotowa do podpisania Traktatu Reformującego. W tym momencie cała kampania przestała mnie interesować, dlatego, że toczy się ona w gruncie rzeczy o to, KTO zainkasuje honorarium za formalne wyrzeczenie się suwerenności państwowej. Nie mówię tu o wszystkich ugrupowaniach, mówię o tych, które są przeciwne przyjęciu w ogóle Traktatu Reformującego, są one skupione w porozumieniu politycznym Liga Prawicy Rzeczypospolitej - to jest jeden obóz polityczny przeciwko drugiemu obozowi politycznemu, który jest zainteresowany w przyjęciu honorarium za dwie rzeczy: za zrzeczenie się suwerenności państwowej i za zgodę na zainstalowanie na terenie Polski Żydolandu" - Stanisław Michalkiewicz, znakomity publicysta prawicowy i stały współpracownik naszej witryny ASME, analizuje meandry teatru wyborczego odbywającego się za nasze pieniądze na naszych oczach.

Wymownym wyrazem przygotowań instalacji "Żydolandu" jest reaktywacja masońskiej loży żydowskiej B'nai B'rith za pomocą Ambasady amerykańskiej - po 70 latach nieobecności, bo została jej działalność zakazana dekretem Prezydenta RP Mościckiego z 1938 roku, a teraz pojawiła się w trakcie wydarzenia wysłanniczka Kancelarii Prezydenta RP, ministerka Ziomecka z komunikatem, że "pan Prezydent wyraża radość z reaktywacji Loży". Na stronach internetowych Ambasady USA w Polsce Stanisław Michalkiewicz przeczytał oświadczenie loży B'nai B'rith o jej programie politycznym; jej dwoma głównymi zadaniami będą: zrealizowanie żądań roszczeń majątkowych lobby żydowskiego (te 65 miliard ów $) i "pacyfikacja Radia Maryja".
Media dla zasłony dymnej zajmują się w tych dniach "prostą kobietą", posłanką Sawicką z PO, która chciała służyć "swoim zadem" Krajowi w ramach kursu członków rad nadzorczych państwowych spółek - podobnie jak pan Bartoszewski w ramach znajomości "lotnictwa podziemnego" w radzie spółki LOT. Czar prysnął, zobaczyliśmy rozbeczane babsko przed kamerami telewizyjnymi, które apelowało do pana Kamińskiego, by jej " nie dożynał" - ale wiele nie powinno się wymagać od prostych bab.
Wygląda na to, że eksperyment pod nazwą "suwerenna Rzeczypospolita Polska" dobiega kresu na naszych oczach - uważa Stanisław Michalkiewicz. Z punktu widzenia niemieckiego jest to sytuacja docelowa...

Nagranie trwa prawie 12 minut, jest dostępne w Sieci do 2 XI 2007 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




Wodo czarna i głębsza od nocy... - prof. Jerzy Przystawa Wysłane piątek, 19, października 2007 przez Krzysztof Pawlak

Czarna wodo w wiślanym zalewie,
Jak stąd blisko do tych gwiazd na niebie.
Lepka wodo, zatruta fenolem,
Tyś dla ciała jako święty olej.


Komunikat PAP z soboty 20 października 1984:
"19 bm. Około godziny 22.00 w okolicach miejscowości Przysiek koło Torunia został uprowadzony przez nieznanych sprawców ksiądz Jerzy Popiełuszko, ur. 23.09.1947, zamieszkały w Warszawie. Rysopis: wzrost około 170 cm, szczupły, twarz owalna, cera blada, włosy jasnoblond. Ubrany w sutannę i spodnie sztruksowe... Prokuratura Rejonowa i Wojewódzki Urząd Spraw Wewnętrznych w Toruniu proszą wszystkich, którzy mogą udzielić informacji o skontaktowanie się".


Organa działały sprawnie, już we wtorek, 23 października, trzej oficerowie SB, Piotrowski, Chmielewski i Pękala, którzy przyznali się do porwania i zamordowania Księdza, byli pod kluczem. Przyznali się do torturowania, zabicia i wrzucenia ciała do Wisły. Z jakiegoś jednak powodu nie potrafili wskazać dokładnie miejsca wrzucenia zwłok, bo każdy z nich wskazywał inne miejsce. Z tego powodu liczne grupy płetwonurków przez cały tydzień przeszukiwały dno rzeki, a ogromne zastępy milicji i wojska, na wszelki wypadek, poszukiwały zwłok na ziemi i w powietrzu. Ostatecznie, we wtorek, 30 października, ok. godziny 16-tej, w towarzystwie kamer telewizyjnych i mikrofonów radiowych, zwłoki Księdza Jerzego zostały wyłowione przy tamie we Włocławku.
Błyskawicznie przeprowadzony został proces zabójców. Trwał on od 27 grudnia 1984 do 7 lutego 1985. Obrady były jawne i transmitowane przez radio i telewizję. Episkopat Polski systematycznie publikował stenogramy z całości obrad w "Piśmie Okólnym". Trzej esbecy przyznali się do popełnienia zbrodni i szczegółowo opisali wstrząsającą Drogę Krzyżową Jerzego Popiełuszki. Na podstawie ich relacji przy drodze toruńsko-bydgoskiej powstały stacje tej Drogi, gdzie od ćwierć wieku modlą się pobożni pielgrzymi. Na procesie dobrego imienia Księdza Jerzego podjęli się bronić, jako oskarżyciele posiłkowi, wybitni adwokaci: Jan Olszewski (późniejszy poseł i premier), Krzysztof Piesiewicz (senator), Edward Wende (senator) i Andrzej Grabiński. Mordercy zostali skazani: Grzegorz Piotrowski na 25 lat więzienia, Leszek Pękala na 15, Waldemar Chmielewski na 14, a ich szef, Adam Pietruszka na 25 lat. Wszyscy, za dobre sprawowanie, po nadzwyczajnym złagodzeniu kar, już dawno wyszli na wolność. Pomimo szybkiego ujęcia sprawców i skazania ich, opinia publiczna potępiła zgodnie reżim komunistyczny, a Polska zyskała jeszcze jednego świętego - męczennika.
Należę do ludzi, którzy od samego początku kwestionowali i kwestionują przyjętą oficjalnie wersję mordu na Jerzym Popiełuszce, kwestionują prawdziwość zeznań Piotrkowskiego i spółki, podważają wiarygodność sędziów, adwokatów i ekspertów uczestniczących w tamtym procesie i przygotowaniach do niego. Jest tak dlatego, że uznane za prawdziwe fakty sprzeczne są ze zdrowym rozsądkiem i logiką, istnieją również fakty, które wprost zaprzeczają ustaleniom śledztwa i sądu. Do tego stopnia, że istnieją poważne podstawy, aby wątpić, czy to Piotrowski i jego kompani naprawdę zamordowali Jerzego Popiełuszkę, a nie są jedynie wynajętymi aktorami w tym historycznym teatrze. Wymownie świadczy o tym tytuł książki Wojciecha Sumlińskiego "Kto naprawdę Go zabił?" (Rosner i wspólnicy, Warszawa, 2005), napisanej w oparciu o materiały uzyskane z IPN.
W październiku 1984 Redakcja wrocławskiego podziemnego kwartalnika "Obecność" poprosiła mnie o opracowanie kalendarium sprawy zabójstwa Księdza Jerzego. Zostało ono opublikowane w nr 8 "Obecności", pod koniec roku 1984. Pod datą 27 października przedstawiłem sprawozdanie z zakończonego tego dnia XVII Plenum KC PZPR, na którym gen. Czesław Kiszczak obszernie referował sprawę i postępy śledztwa, sylwetki aresztowanych sprawców. "Niestety, nie mogę obecnie udzielić informacji ani nawet dostatecznie wiarygodnych domniemań, co do losów ofiary porwania. Podejrzani składają w śledztwie krańcowo różne zeznania... jeden ze sprawców zeznaje, że ksiądz Popiełuszko został po uprowadzeniu pozostawiony żywy na przedmieściach Torunia. Długotrwałe poszukiwania w tym rejonie, z udziałem znacznych sił i środków nie przyniosły jednak żadnych rezultatów... Żadnych śladów nie znaleziono...".
Pod omówieniem wystąpienia Kiszczaka zanotowałem: "Pomimo tych zapewnień gen. Kiszczaka »z kół zbliżonych do MSW« przedostaje się wiadomość, że ciało ks. Jerzego Popiełuszki zostało jeszcze przed południem wyłowione z zalewu wiślanego k. Włocławka".
Wynika z tego, że przy pomocy jakiejś dziwnej telepatycznej mocy, opowiadający sobie tę historię prokuratorzy, po prostu przewidzieli to, co stało się całe trzy doby później, bo we wtorek 30 października! Pamiętam zdziwienie i rozbawienie, jakie towarzyszyło mi owego popołudnia, kiedy słuchałem reportażu radiowego z ukończonych spektakularnym sukcesem poszukiwań przy tamie we Włocławku!
Ponieważ jestem człowiekiem wychowanym na naukach ścisłych, nie wierzę w telepatię zbiorową. Było dla mnie od początku oczywiste, że całe te "poszukiwania" i "wyławiania" to wyreżyserowane widowisko dla maluczkich. Kiedy się okazało, że do takiego przebiegu wypadków nie mają zastrzeżeń ani uczeni eksperci od anatomopatologii, zarówno państwowi, jak i kościelni, ani jeszcze bardziej uczeni sławni mecenasi stojący po stronie prawdy, stało się jasne, że mamy do czynienia ze zmową, której celem jest ukrycie prawdy o prawdziwym przebiegu i przyczynach mordu na Jerzym Popiełuszce.
Z moimi podejrzeniami dzieliłem się z kim mogłem, usiłując je opublikować w podziemiu, a nawet posyłając je red. Jerzemu Giedroyciowi do Paryża. Z jakiegoś jednak powodu nikomu nie odpowiadała moja "spiskowa wizja wydarzeń" i do pierwszej publikacji doszło dopiero w roku 1998, w "Tygodniku Nowojorskim". Dzisiaj sprawa przedstawia się już inaczej. Poza kilkoma moim publikacjami ukazała się książka Krzysztofa Kąkolewskiego "Ksiądz Jerzy w rękach oprawców", potem pisali inni, wreszcie pojawiła się wspomniana już książka Wojciecha Sumlińskiego. Dzisiaj wiemy już z pewnością nie tylko to, że ciało znaleziono wtedy i tam, gdzie to wskazywała krążąca po Polsce od piątku 26 października plotka, ale także znaleziono świadków, którzy widzieli, jak w czwartek, 25 października, akurat w tym samym miejscu, w którym nazajutrz płetwonurkowie znaleźli zwłoki, jacyś osobnicy wrzucali, późną nocą, pakunek, który nie mógł być niczym innym, jak tym właśnie co w piątek znaleziono! Wiemy natomiast, że 25 października Piotrowski, Pękala i Chmielewski byli już od dwóch dni pod kluczem w więzieniu MSW przy ul. Rakowieckiej. Jest oczywiste, że siedząc za kratkami, nie mogli jednocześnie wrzucać ciała do Wisły!
Te ustalenia, i wiele innych faktów, i poszlak, rozbijają w proch i pył legendę skonstruowaną podczas Procesu Toruńskiego i nadal podawaną nam do wierzenia, zarówno przez "czynniki państwowe" jak i kościelne. Dzisiaj wiemy na pewno, że ksiądz Jerzy Popiełuszko został porwany 19 października 1984 roku, a jego zmaltretowane ciało wyciągnięto z Wisły 30 października. Reszta jest esbecką konfabulacją, niezgodną z innymi znanymi faktami i ze zdrowym rozsądkiem. "Nie wiemy ani jak, ani gdzie, ani kto, ani dlaczego?".
I wiemy jeszcze jedno. Wiemy, że żyją ludzie, którzy znają prawdę, a przynajmniej ci, którzy tę prawdę systematycznie i uparcie fałszowali, tworząc w jej miejsce obrazek pasyjny, który tę prawdę skutecznie zaciemnia.
Jesteśmy w apogeum kampanii wyborczej do Sejmu. Podczas tej kampanii dowiadujemy się, że prokuratorzy, że śledczy ścigają i ujawniają przestępstwa sprzed wielu lat, także takie, które już dawno uległy przedawnieniu. Nie słyszymy nic, żeby przedmiotem zainteresowania służb było wykrycie i ujawnienie prawdy o mordzie popełnionym na Kapłanie "Solidarności". Prokurator Andrzej Witkowski, który miał odwagę podjąć ten trop, w roku 1991 został odsunięty od śledztwa przez ministra Wiesława Chrzanowskiego, podobno na polecenie z Kancelarii Prezydenta RP. Po 10 latach prok. Witkowski, już w IPN, ponownie podjął przerwany wątek, ale szybko kierownictwo IPN pracę tę przerwało i odsunęło go od śledztwa. Nic nam nie wiadomo, żeby obecne władze IPN albo minister sprawiedliwości podjęli jakieś zdecydowane kroki, aby przybliżyć nam prawdę.
Wniosek nasuwa się jeden. Razem z trumną Jerzego Popiełuszki pochowano jakąś bardzo przykrą prawdę. Prawdę tak nieznośną, że żadna z uczestniczących w tym historycznym procesie stron do dziś robi wszystko, aby nie została ona ujawniona.

Zabójstwo Jerzego Popiełuszki wyznaczę cezurę dziejowa, od której zaczyna się nieustający ciąg "zgód narodowych" i koncyliacji pomiędzy komunistycznym reżimem, Kościołem i "Solidarnością". Po Procesie Toruńskim rozpoczynają się intensywne rozmowy pomiędzy przedstawicielami wszystkich Wysokich Stron, które potem przechodzą w Magdalenkę, "okrągły stół" i pełną już zgodę narodową w wyborach czerwcowych 1989. Ta zgoda rozkwita na naszych oczach w codziennych występach "kampanijnych", w których po jednej stronie zasiadają przedstawiciele ówczesnego reżimu i bohaterowie opozycji, i podziemia. Jest oczywiste, że prawda o morderstwie Jerzego Popiełuszki nie ma tu nic do szukania.

Wodo czarna i głębsza od nocy,
Rzecznym błotem przemyj ślepcom oczy.

(z wiersza Tadeusza Szymy, "Tygodnik Powszechny" 11 XI 1984)

Wrocław, 19 października 2007

Jerzy Przystawa

  • Prof. Jerzy Przystawa był w kadencji 1990 - 1998 radnym rady miejskiej Wrocławia, startował w wyborach do Senatu Rzeczypospolitej Polskiej przeprowadzonych w dniu 21 września 1997 r.
    Od kilkunastu lat jest jednym z liderów Ruchu Obywatelskiego na rzecz JOW.

    Publicystyka prof. Jerzego Przystawy na ASME.


    Witryna ASME Antysocjalistycznego Mazowsza jest najstarszym serwisem w Sieci - oprócz witryny tematycznej JOW - propagującym ideę JOW

    Post(?)komunistów wspierają i PiS, i PO - "porażające" swą "oczywistą oczywistością" doniesienia wczorajszych wydań prasy w przedwyborczym zgiełku Wysłane piątek, 19, października 2007 przez Krzysztof Pawlak

    Wczorajszy "Der Dziennik" opisał sprawę ostatecznego rozstania się byłego komisarza stolicy, byłego premiera "Dymisjonarza" Kazimierza Marcinkiewicza ze swoją ostatnią partią - PiS. List w tej sprawie miał być napisany w Londynie już 2 września, ale obaj zainteresowani - Marcinkiewicz i jego były już szef partyjny Jarosław Kaczyński - nie byli zainteresowani ujawnieniem w czasie kampanii wyborczej całości sprawy. Powiedzmy sobie szczerze: to raczej pan Marcinkiewicz sprytnie wyczekał na odpowiedni moment i ten nadszedł w przedostatnim dniu zgiełku przedwyborczego. Ale po panu żoliborskim inteligencie ta stęchła rewelacja spłynęła jak po kaczce, bo i rzeczywiście: któż to BYŁ i JEST pan Marcinkiewicz? Warszawscy wyborcy dobitnie już się wypowiedzieli, co o nim sądzą.

    PiS szermowało zawsze hasłem czystości swych szeregów oraz szlachetnością metod używanych do walki politycznej, oczywiście całe zło, jakie istnieje na tym gorzkim świecie, przypisując swoim przeciwnikom, ale im dłużej pozostają przy rządowym żłobie, tym bardziej ich zwolennikom muszą otwierać się oczy, choćby z takich powodów jak zmiany ramówek w "publicznej" stacji TVP na potrzeby widowisk medialno-wyborczych, o czym nie bez złośliwości doniosła wczorajsza "gazeta robiona przez półinteligentów dla ćwierćinteligentów": "O zmianie ramówki TVP zdecydowała szefowa »Jedynki« Małgorzata Raczyńska, bliska znajoma rodziny Kaczyńskich. - Uznała, że konferencja szefa CBA odsłaniająca patologie życia publicznego powinna być zaprezentowana na antenie ogólnopolskiej jako istotna dla opinii publicznej - wyjaśnia Aneta Wrona, rzeczniczka TVP", o czym podano w serwisie Onet-u. Mowa oczywiście o efektywnej i efektownej najnowszej działalności Centralnego Biura Antykorupcyjnego związanej z posłanką PO Beatą Sawicką. W PIS okrzyknięto ją "prywatyzatorką szpitali", co sprawę poprawy jakości funkcjonowania lecznictwa w naszym kraju od razu położyło, jeśli chodzi o taką metodę jego naprawy, nawet sam Prezydent RP, "Brat Mniejszy" uznał za celowe zaświadczyć o swej kompletnej niechęci do prywatyzowania czegokolwiek w tym sektorze gospodarki, co kończy kwestię na wiele lat. Ale i w "prawy oraz sprawiedliwym" towarzystwie koncepcje kapitalistycznych wzorców w lecznictwie nie są do końca wyrwane z korzeniami, o czym świadczy kolejne doniesienie redakcji z Czerskiej o osławionym już byłym pośle Tomaszu Markowskim z bydgosko-warszawskich elit "prawicawych", który... właśnie chciał sprywatyzować sobie szpital w Bydgoszczy: "Prywatyzację miejskiego szpitala w Bydgoszczy wspiera wiceprzewodniczący Klubu Parlamentarnego PiS Tomasz Markowski. Znalazł nawet prywatnego inwestora, pisze »Gazeta Wyborcza«. (...) Tomasz Markowski - szef PiS w Bydgoszczy i jeden z najbliższych współpracowników Jarosława Kaczyńskiego - pół roku temu zaangażował się w prywatyzację tej lecznicy. To do niego zwróciła się warszawska spółka Magodent, która chciała przejąć szpital miejski. »Tak, spotkałem się z przedstawicielami Magodentu« - potwierdza poseł. »Ale w sprawie prywatyzacji szpitala miejskiego rozmawiałem również z inną spółką« - dodaje szybko (...)" - tym razem z serwisu Wirtualnej Polski. Obie formacje nie różnią się więc zbytnio od siebie.
    Obie formacje są z uporem maniaka w tzw. merdiach "mainstreamowych" przezywane prawicowymi, a tu taka ładna i zwięzła notatka o "konserwatywno-liberalnej" Platformie Ratunkowej dla Swoich Obywateli: "Tusk do wyborców lewicy: proszę o głosy" - to sam tytuł, a dalej rozwinięcie: "Szef PO Donald Tusk poprosił w Krakowie sympatyków lewicy o głosy poparcia dla PO w nadchodzących wyborach parlamentarnych. Przekonywał, że głos oddany na mniejszą partię, zostanie zmarnowany. (...)". Tym razem delatorem jest mocno już pro-rządowy dziennik "Rzeczpospolita". Dla porównania i zobrazowania widocznej już od dawna zażyłości z post(?)komunistami "antykomunistów werbalnych", mających dodatkowo przeogromny kompleks w stosunku do byłych właścicieli PRL i obecnej PRL-bis, warto przywołać i utrwalić dla potomności inny "news" o "prawych", szlachetnych działaczach tzw. IV RP: "»Dziennik«: To sztabowcy PiS namówili otoczenie Aleksandra Kwaśniewskiego, by w debacie z Donaldem Tuskiem zapytał lidera PO o prywatyzację szpitali i odczytał mu fragment programu Platformy. Według ustaleń gazety Adam Bielan przed poniedziałkową debatą Kwaśniewski - Tusk przekazał współpracownikowi Kwaśniewskiego program PO z zakreślonym fragmentem, który wskazywał słaby punkt. Waldemar Dubaniowski nie chciał ujawnić, skąd pomysł, by Kwaśniewski w debacie wykorzystał argument będący kanwą kampanii PiS. Nie zaprzeczył jednak, że to Bielan podpowiedział mu tę strategię. (...)" - znowu Onet. Działający na rzecz prywatyzacji szpitali (vide casus posła Markowskiego) - przekazujący podpowiedzi swym rzekomym wrogom ideowym, by jednocześnie rzeczoną prywatyzację placówek ratowania zdrowia uczynić sztandarowym "argumentem zła" w obozie ponoć konkurencyjnej, choć tak naprawdę - też wygodnie sparringpartnerskiej formacji. Czyż ci wszyscy: SLD/LiD, PO i PiS - nie są wszyscy siebie warci? Na dobitkę kolejna rewelacja: "Dzięki debacie Tusk - Kwaśniewski notowania LiD wyszły z zapaści spowodowanej »filipińską chorobą« byłego prezydenta, pisze »Gazeta Wyborcza«. Od poniedziałku poparcie dla centrolewicowej koalicji wzrosło o 4 pkt i powróciło do poziomu 15% - to wyniki najnowszego codziennego sondażu »Wyborczej« i »Polityki«. (...)" - WP.
    Warto też znowu przypomnieć: wszystkie te partie są nieodmiennymi zwolennikami utraty suwerenności przez Rzeczpospolitą na rzecz coraz bardziej socjalistycznej Unii Europejskiej, za pomocą tzw. Traktatu Reformującego, czyli kosmetycznie odmłodzonej, już raz odrzuconej tzw. Konstytucji UE.

    Jeden dzień - a takie wcale nie zaskakujące podsumowania, czynione przez zaangażowane po stronach swoich ulubieńców redakcje. Ich zestawienie przynosi jedynie potwierdzenie "oczywiście oczywistej i porażającej" przedwyborczej uwagi:

    Nie marnujmy głosu na partie Kaczyńskiego i Tuska. Jest alternatywa: ludzie Unii Polityki Realnej na liście nr 3, Ligi Polskich Rodzin



    Krzysztof Pawlak
    redaktor naczelny ASME


    Warto pójść do urny, by sprawić, by następna kampania nie była jak koszulka dziecka: krótka i brudna - Łukasz Perzyna w przedwyborczym komentarzu Wysłane czwartek, 18, października 2007 przez Krzysztof Pawlak

    | Pobierz |







    Warto pójść do urny, by sprawić, by następna kampania nie była jak koszulka dziecka: krótka i brudna - Łukasz Perzyna w przedwyborczym komentarzu Wysłane czwartek, 18, października 2007 przez Krzysztof Pawlak

    "W czasach, kiedy Europa miała panujących z Bożej łaski, a nie wybieranych prezydentów przez elektorat w wyborach, podczas jednej z bitew do generała austro-węgierskiego podbiegł adiutant i zawołał: »Panie generalne, sytuacja jest poważna!«. Generał natychmiast sprostował ten komunikat, mówiąc: »Sytuacja jest beznadziejna, ale nie poważna!«. W znacznej mierze sytuacja polskiej klasy politycznej, tych, którzy żyją z polityki: ekspertów demoskopijnych, politologów, publicystów, komentatorów politycznych, wreszcie tego najbardziej zaangażowanego elektoratu, który żyje polityką - jest taka, jak z tej anegdoty. Jednym słowem: może i beznadziejna. Ale z pewnością nie: poważna" - Łukasz Perzyna, publicysta "Tygodnika Solidarność" i naszej witryny ASME, komentuje najnowsze wydarzenia z teatru politycznego.

    To nie jest poważna kampania przedwyborcza: jest jak koszula dziecka: krótka i brudna. Nawet posłowie z ostatnich ław PiS nie traktowali poważnie Jarosława Kaczyńskiego, kiedy ten groził rozwiązaniem parlamentu. Tak samo posłowie PO nie wierzyli w takie wydarzenie, bo niby dlaczego SLD miał tak zagłosować? Jednak post(?)komuniści tak zrobili, bo wierzyli w swoją "wygraną": zdobycie poparcia wystarczającego do przyszłej walki o powrót do rządów. Kampania toczy się pełną parą, tylko jaka to para? Para ta idzie w gwizdek - uważa Łukasz Perzyna.
    Krótka kampania obfituje w zaskakujące zwroty: urzędujący premier pokonał byłego prezydenta, wobec którego ma widoczny kompleks niższości. Wydawało się, że Jarosław Kaczyński ma już wygrane wybory. Z pełnym zadufaniem poszedł na drugą debatę z Donaldem Tuskiem - i ją sromotnie przegrał. Sprawa zwycięzcy wyborów pozostaje otwarta. Tak zachwalani (głównie przez siebie samych) Adam Bielan i Michał Kamiński, stratedzy medialni PiS - nie zrozumieli podstawowych zasad kampanii wyborczych. Zapomnieli o "efekcie świeżości" i efekcie pierwszeństwa - pamiętać będzie się o DWÓCH debatach wygranych przez Donalda Tuska.
    Nagłośnione przez "publiczną" stację telewizyjną wydarzenie ze sfer przestępczych, czyli przyłapanie przez CBA posłanki Sawickiej na gorącym uczynku przy odbieraniu "koperty" równoważy z całą pewnością skandal z byłym posłem Tomaszem Markowskim, który wyłudził pieniądze z Kancelarii Sejmu, czyli pieniądze podatnika w wysokości 144 tysięcy złotych na opłacenie mieszkania w Warszawie - dom PiS nie jest też czysty... Janusz Korwin-Mikke już wiele razy powtarzał, że 80% klasy politycznej nadaje się tylko do więzienia... I pewnie dlatego, by takich rzeczy nie mówił publicznie - nie został wpuszczony przez redaktorkę Lichocką do programu "Forum" w TVP. Jak jest więc publicystyka w tej kampanii? Można powiedzieć po staropolsku: licha... Można też powiedzieć inaczej: Lichocka...

    Nagranie trwa ponad 13 minut, jest dostępne w Sieci do 1 XI 2007 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




    Stereotypy na temat PiS i Platformy Obywatelskiej - czy są prawdziwe? Wysłane środa, 17, października 2007 przez Krzysztof Pawlak

    Prawo i Sprawiedliwość: ugrupowanie "walczące z Układem", mającym postać figury retorycznej "III RP", nazywanej przez konserwatywnych liberałów trafniej PRL-bis. Platforma Obywatelska - reprezentantka "klasy średniej", ludzi młodych, z optymizmem patrzących w przyszłość, pełnych wigoru i energii, zdolnych do budowy wolnorynkowej wersji "Polski nowoczesnej", na miarę XXI wieku. Czy te stereotypy, wpajane od lat przez merdia "mainstreamu": przez rozgłośnie radiowe, redakcje prasowe i stacje TV - są prawdziwe? Spróbujmy się przyjrzeć im poprzez krzywe zwierciadło, podsunięte przez przygotowane przez konkurencyjne sztaby wyborcze materiały propagandowe, rozpowszechniane w polskiej części Sieci...

    Ugrupowanie Prawo i Sprawiedliwość, jakże chętnie przedstawiające się w osobach Braci Kaczyńskich i ich pomocników jako "jedyne antykomunistyczne ugrupowania na scenie polskiej". Sięgnijmy do znanych postaci w szeregach zwanego przez warszawską ulicę Populizmu i Socjalizmu:

    "Andrzej Kryże, wiceminister sprawiedliwości - był członkiem PZPR do jej końca (1990 r). Skazywał w stanie wojennym. Skazał między innymi Bronisława Komorowskiego z PO za udział w demonstracjach antykomunistycznych.

    Zbigniew Wasserman - Minister Koordynator ds. Służb Specjalnych, PRL-owski prokurator od lat 70. ub. wieku.

    Wojciech Jasiński, minister skarbu - członek PZPR w latach 1976 - 1981, szef Wydziału Spraw Wewnętrznych w Płockim Urzędzie Miasta, przybudówki SB, co ciekawe, w czasie debaty sejmowej, indagowany na okoliczność przynależności do PZPR, Jasiński nie przyznał się do tego, a w jego życiorysie zaprezentowanym posłom nie było na ten temat ani słowa.

    Andrzej Aumiller, powołany 03.11.2006 na stanowisko ministra budownictwa - zasłużony komunista, wieloletni członek PZPR, a następnie i Unii Pracy.

    Anna Kalata od 06.05.2005 ministerka Pracy i Polityki Społecznej. Członkini PZPR, jak i SLD.

    Marek Grabowski - wiceminister zdrowia (członek PZPR i SLD) dzięki rekomendacji SLD był zastępcą głównego inspektora sanitarnego w rządach Leszka Millera i Marka Belki. Premier powołał go na stanowisko wbrew wcześniejszym zapowiedziom polityków PiS, że w rządzie nie będzie osób rekomendowanych na publiczne funkcje przez SLD

    Ewa Sowińska od 07.04.2006 Rzeczniczka Praw Dziecka z ramienia LPR. W latach 1977-1980 należała do Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Dzisiaj już nawrócona w "najlepszym rządzie od 17 lat" odpowiada za prawa dzieci.

    Krzysztof Zaręba, wiceminister środowiska, były członek PZPR, a w rządzie Leszka Millera główny inspektor ochrony danych osobowych. Premier powołał go na stanowisko wbrew wcześniejszym zapowiedziom polityków PiS, że w rządzie nie będzie osób rekomendowanych na publiczne funkcje przez SLD

    Maciej Łopiński, rzecznik prezydenta RP - w okresie 1975 - grudzień 1981 należał do PZPR i pracował na nomenklaturowym stanowisku sekretarza redakcji gdańskiego tygodnika "Czas", klasycznego pisma partyjnego "po linii i na bazie" (szefostwo z PZPR-owskiej nomenklatury, cenzura, wytyczne z KW itd.).

    Ryszard Siewierski, zastępca komendanta głównego policji - członek PZPR do końca (1990).

    Stanisław Kostrzewski, od 25.02.2006 skarbnik PiS - był aktywnym członkiem PZPR do końca jej działalności. żeby było ciekawiej - od 31.12.2005 jest wiceprezesem Banku Ochrony Środowiska i nie ma tu żadnego konfliktu interesów lub niejasności.

    Henryk Biegalski, nominowany i odwołany z funkcji szefa Centralnego Zarządu Służby Więziennej, od 1969 r. do końca lat 80. był członkiem PZPR. Od marca 1982 r. należał do Komisji Bezpieczeństwa i ładu Publicznego KW PZPR w Gdańsku.

    Bogdan Socha, od 05.05.2006 nowy wiceminister pracy - był do samego końca członkiem PZPR. Pracował w Komitecie ds. Młodzieży i Kultury Fizycznej, kierowanym przez Aleksandra Kwaśniewskiego.

    Jerzy Bahr, 19.05.2006 mianowany ambasadorem RP w Moskwie - w latach 1976 - 1980 w randze I sekretarza pracował w Ambasadzie PRL w Bukareszcie (sekretarz ds. prasowych). Do stanu wojennego był członkiem PZPR. Za prezydentury Kwaśniewskiego był po Siwcu (od marca 2005) szefem BBN i członkiem RBN.

    Krzysztof Czabański, mianowany 01.07.2006 na prezesa Polskiego Radia SA - były dziennikarz m.in. "Sztandaru Młodych" i "Zarzewia". W latach 1967 - 1980 należał do PZPR.

    Stanisław Podlewski, mianowany 17.07.2006 dyrektorem departamentu rybołówstwa w ministerstwie rolnictwa - należał do PZPR do końca jej istnienia.

    Marcin Wolski, 21.07.2006 mianowany został dyrektorem I programu PR - od 1975 roku do końca był w PZPR, będąc m.in. sekretarzem POP w PR.

    Tomasz Gąska, mianowany 25.07.2006 nowym wiceprezesem Radia PiK z nadania PiS - były PZPR-owski aparatczyk, który strzegł linii partii i bronił stanu wojennego. Był członkiem PZPR, sekretarzem Podstawowej Organizacji Partyjnej w tygodniku "Fakty" i zastępcą redaktora naczelnego tej gazety od 1979 roku, przez stan wojenny, aż do upadku komunizmu, odznaczony medalem im. Janka Krasickiego. Używając pseudonimu Tomasz Hellen pisał m.in. peany na temat WRON, a w tekście "Jaka może byc' partia" nawoływał do odrodzenia w PZPR "ducha leninowskich zasad".

    Romuald Poliński, mianowany 07.08.2006 przez premiera wiceministrem pracy, był przez wiele lat członkiem PZPR, a w rządach SLD doradcą ministrów Kołodki i Belki. Premier powołał go na stanowisko wbrew wcześniejszym zapowiedziom polityków PiS, że w rządzie nie będzie osób rekomendowanych na publiczne funkcje przez SLD

    Jan Sulmicki, kandydat na prezesa Narodowego Banku Polskiego, zgłoszony 11.12.2006 przez Kaczyńskiego - były aktywista PZPR w SGPiS (obecnie SGH), także w stanie wojennym. 14.12.2006 zrezygnował z kandydowania z "powodów rodzinnych".

    Zbigniew Graczyk, 09.01.2007 mianowany wiceministrem gospodarki morskiej - przez 20 lat należał do PZPR, będąc między innymi
    członkiem jej Komitetu Wojewódzkiego w Szczecinie. Był również w kierownictwie nomenklaturowej spółki Interster, która była folwarkiem partyjnych dygnitarzy, m.in. Sekuły i Rakowskiego".




    Z najnowszych faktów: pamiętamy, że niedawno została zaakceptowana przez PiS-owskiego ministra transportu koncesja na dalszą część budowy autostrady A1, przyznana dla jednego z tzw. oligarchów PRL-owskich, których zwalczanie wziął na swe sztandary Jarosław Kaczyński przed dwom laty - Jana Kulczyka. Ojciec tego "barana", bo nie "barona" biznesowego rozwinięcia PRL-bis, był członkiem tzw. misji wojskowej PRL w Berlinie Zachodnim - czyli delegaturze wywiadu wojskowego PRL - "polskiej" okupacyjnej strefy sowieckich wpływów w Europie. Syn został "doceniony" przez władze PiS.

    Dla porównania - sięgnijmy do założonej przez TW "MUSKA", "agenta gospodarczego wywiadu" PRL, wieloletniego członka Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, członka Grupy Bilderberg, jak się sami określają: rady konsultacyjnej kręgów światowej dyplomacji, rządowych i biznesowych - tow. Andrzeja Olechowskiego partii Platforma Obywatelska, zwana przez warszawską ulicę Platformą ratunkową dla Swoich Obywateli, kiedy po klęsce rządu TW "Doktora" Jerzego Buzka układ AW"S"-UW doprowadził do coraz wyraźniejszego spadku poparcia dla "towarzyszy rewizjonistów socjalizmu" z grupy KOR-owskiej byłych członków PZPR-erii. Wtedy nazywali się Unią Wolności, choć przedtem byli znani jako ROAD, Unia Demokratyczna, potem zaś - i do dzisiaj Partia Demokratyczna, czyli ci, który nie zdążyli do szlupy ratunkowej znanej jako PO.




    Tekst pochodzi z odmętów Sieci, choć z całą pewnością był pierwotnie opublikowany w "Naszym Dzienniku" przy okazji poprzedniej kampanii wyborczej do parlamentu w 2005 r.

    "Sprawnie zarządzane, tanie państwo, pełna przejrzystość i uczciwość administracji państwowej - takie deklaracje słychać z ust polityków Platformy Obywatelskiej i jej kandydata do najwyższego urzędu w państwie Donalda Tuska. Tymczasem zarówno wśród obecnych działaczy partii, jak i tych, którzy z różnych powodów opuścili jej szeregi, nie brakuje osób pozostających w konflikcie z prawem, zamieszanych w cały szereg do dziś niewyjaśnionych afer i skandali lub po prostu takich, które zarządzając samorządowym i państwowym mieniem, wykazały się zwykłą nieudolnością.
    Przyspieszona prywatyzacja mienia państwowego i reprywatyzacja to jedno ze sztandarowych haseł Platformy Obywatelskiej, partii, która ma ambicje współtworzenia rządu. Partia ta - jak wielokrotnie zapewniali jej działacze za pośrednictwem mediów - dysponuje sporą grupą "doświadczonych fachowców" gotowych podjąć trudy nowoczesnego zarządzania Polską. Nie ulega wątpliwości, że jednym z owych "fachowców", którzy mogą znaleźć się w składzie Rady Ministrów, jest Janusz Lewandowski, były minister przekształceń własnościowych w rządach Jana Krzysztofa Bieleckiego i Hanny Suchockiej. Lewandowski okazał się tak wielkim "specjalistą" od prywatyzacji mienia państwowego, że.... zainteresowała się nim krakowska prokuratura, która po wielomiesięcznym śledztwie oskarżyła go o działanie na szkodę interesu publicznego i prywatnego, niedopełnienie obowiązków i przekroczenie uprawnień wynikających z zajmowanego stanowiska. Postępowanie prokuratorskie i wreszcie proces sądowy, w którym głównym oskarżonym stał się właśnie Lewandowski, dotyczyły skandalicznych nieprawidłowości w procesie prywatyzacyjnym krakowskich spółek Skarbu Państwa: Techmy i KrakChemii.

    W przygotowanym akcie oskarżenia, który prokuratura skierowała do sądu już w styczniu 1997 r., byłemu ministrowi zarzucono m.in. pomijanie korzystniejszych ofert, poświadczenie nieprawdy w antydatowanym dokumencie, wyrażenie zgody na sprzedaż akcji pomimo upływu terminu, przyjęcie zaniżonej stopy kredytu refinansowego, nienaliczanie odsetek karnych i doprowadzenie do stworzenia mechanizmu samofinansowania zakupu spółki poprzez przejęcie przez nabywców dywidendy.
    Straty poniesione z tytułu nieprawidłowości przy prywatyzacji krakowskich spółek oszacowano w akcie oskarżenia na 2 mln 389 tys. zł. W marcu br. krakowski sąd co prawda uniewinnił Lewandowskiego, jednak przed kilkoma tygodniami krakowska prokuratura natychmiast po otrzymaniu uzasadnienia wyroku sądowego złożyła w tej sprawie odwołanie, wskazując na niezwykle wybiórcze wykorzystanie przez sąd zebranych dowodów. Prawdopodobnie więc eurodeputowany PO Janusz Lewandowski ponownie stanie przed sądem. Raczej nie w charakterze świadka.

    Chłopcy z ferajny
    Specjalistą może nie tyle od prywatyzacji, ile od prywaty ma być też sekretarz PO Grzegorz Schetyna, którego w środowiskach bliskich PO nazywa się "Grześmożewszystko". W sierpniu br. tygodnik "Newsweek" napisał, że jeden z wrocławskich przedsiębiorców po rozmowie ze Schetyną, w zamian za sponsorowanie klubu koszykarskiego Śląsk Wrocław, otrzymał w ciągu zaledwie dwóch tygodni pozwolenie na postawienie budynku we Wrocławiu. Firma żony Schetyny - Kaliny, otrzymała wyłączne prawo do zdobywania sponsorów dla koszykarskiego klubu z Wrocławia, pobierając za to niemałe prowizje. Prezesem Rady Nadzorczej SSA Śląsk Wrocław jest właśnie Grzegorz Schetyna. Według dziennikarzy "Newsweeka", maleńka agencja jego żony od każdej kwoty wpłacanej przez sponsorów brała prowizję - nawet w wysokości 30 proc. umowy. Co ciekawe - właśnie firma "Effectica" należąca do żony Schetyny wsparła kampanię PO, przygotowując bezpłatnie projekty plakatów wyborczych. Zdaniem sekretarza PO, była to darowizna. On sam skierował przeciwko "Newsweekowi" pozew do sądu, jednak nigdy publicznie nie odpowiedział w sposób przekonywający na stawiane mu w artykule zarzuty.
    W ocenie Zbigniewa Ziobry (PiS), jeżeli te zarzuty się potwierdzą, mielibyśmy do czynienia z przypadkiem płatnej protekcji. I jeszcze jeden przykład obrotności znajomego Tuska Andrzeja M., który jest oskarżony o działanie na szkodę Zakładów Mięsnych w Kościerzynie, przez co przedsiębiorstwo straciło 6 mln zł. Tusk poręczył za Andrzeja M., którego poznał w stanie wojennym i który kierował drukarnią wydającą książki Tuska, że ten będzie się stawiał na rozprawy.

    Afera "jednorękich bandytów"
    Równie niewyjaśniony jednoznacznie w oczach opinii publicznej pozostał związek czołowego działacza Platformy Obywatelskiej Zbigniewa Chlebowskiego z tzw. aferą jednorękich bandytów. Sprawa dotyczyła rzekomych 10 mln USD, jakie miał wziąć Jerzy Jaskiernia (SLD) za wprowadzenie korzystnych dla właścicieli automatów do gier losowych zapisów w ustawie o grach losowych. W trakcie wyjaśniania tej głośnej afery korupcyjnej broniący swojego kolegi postkomuniści wskazali na fakty mogące świadczyć, że to właśnie Zbigniew Chlebowski (PO) na posiedzeniu podkomisji miał zgłosić poprawkę zmniejszającą opłaty za automaty z 200 do 50 euro miesięcznie. Chlebowski oczywiście zaprzeczył wszystkim zarzutom, uznając je za absurdalne, w jego obronie wystąpili też koledzy klubowi i liberalne media. Sęk w tym, że ówczesny szef Kancelarii Premiera Marek Wagner i wiceminister finansów Rober Kwaśniak zaprezentowali notatki, jakie sporządzili pracownicy resortu finansów, gdyż podczas posiedzeń podkomisji sejmowych nie są sporządzane stenogramy. Na dokumentach z 25 września i 6 grudnia 2002 roku widniało nazwisko Chlebowskiego jako autora poprawki obniżającej wysokość opłat. Jak poinformowała "Rzeczpospolita" w numerze z 4 grudnia 2003 r., posła Zbigniewa Chlebowskiego (PO) obciążył również Stanisław Matuszewski, prezes Izby Producentów i Operatorów Urządzeń Rozrywkowych. Chlebowski, zapewniając gorliwie o swojej niewinności, odpierał zarzuty, wskazując jako autorkę poprawki posłankę Błochowiak z SLD. Wątpliwości co do związków działacza PO z poprawkami do owej ustawy pozostały jednak do dziś.

    Poseł nie kaktus
    "Poseł nie kaktus - pić musi" - żartują sobie w prywatnych rozmowach pracownicy hotelu sejmowego. Najwyraźniej potrzeba bliższego kontaktu z wysokoprocentowym trunkiem okazała się nie do odparcia dla posłanki Iwony Śledzińskiej-Katarasińskiej z Platformy Obywatelskiej, która w czerwcu tego roku, prowadząc samochód pod wpływem alkoholu, spowodowała kolizję drogową. Badanie alkomatem wykazało 0,24 promila alkoholu w wydychanym powietrzu. Dopuszczalna norma to 0,2 promila. Policjanci zabrali jej prawo jazdy, ale po decyzji sądu grodzkiego musieli je zwrócić, gdyż posłankę chroni immunitet poselski. Liderzy PO zapowiadali wykluczenie z partii Katarasińskiej, tak się jednak nie stało. Dodajmy, że była ona typowana na ministra kultury. Trzy dni przed wyborami wykluczono z Platformy kandydującego do Sejmu, który i tak się dostał, prezesa Związku Górnośląskiego Krzysztofa Szygę. Został on skazany za zniesławiające artykuły pod adresem władz Siemianowic Śląskich, publikowane na łamach lokalnej gazety.

    Choroba nepotyzmu
    Jak pokazuje przykład byłej posłanki PO Zyty Gilowskiej, członkowie tej partii cierpią również na chorobę nepotyzmu. Była wiceprzewodnicząca Platformy Obywatelskiej zatrudniała własną synową jako szefową swojego biura poselskiego. Ale że "pecunia non olet", więc - jak informował "Newsweek" - również syn Zyty Gilowskiej - Paweł, czerpał pełnymi garściami, wypłacając sobie wynagrodzenia z publicznych pieniędzy przeznaczonych na prowadzenie biura poselskiego. Gilowska, broniąc się, twierdziła, że sytuacja ta była znana władzom partii, a kroki dyscyplinarne wobec niej podjęto dopiero po publikacjach prasowych. Ostatecznie odeszła z Platformy.
    Piętnujący, skądinąd słusznie, wpadających w konflikty z prawem posłów Samoobrony liderzy PO nie chcą jednak pamiętać o czarnych owcach w swoim stadzie. Do Sejmu dostał się właśnie lekarz Andrzej Sośnierz, oskarżony o niegospodarność w Śląskiej Regionalnej Kasie Chorych, której był dyrektorem w latach 1999-2002. Przy zawieraniu umowy (2000/2001) z firmą ComputerLand na dostawę chipowych kart ubezpieczenia zdrowotnego sprzedał jej miejsce reklamowe na kartach. Prokuratura uważa, że w ten sposób ŚRKCh straciła 3,2 mln zł. Proces w tej sprawie przed Sądem Okręgowym w Katowicach właśnie się zakończył, a wyrok ma być ogłoszony 20 października. Prokurator zażądał dla Sośnierza dwóch lat więzienia w zawieszeniu na trzy lata, 10 tys. zł grzywny oraz zakazu sprawowania stanowisk w oddziałach Narodowego Funduszu Zdrowia przez trzy lata.

    Ryba psuje się od głowy
    Niechlubny przykład ze swoich sejmowych kolegów najwyraźniej wziął również Marek Tałasiewicz, były wojewoda szczeciński. Obecnie już do Platformy Obywatelskiej nie należy, ale był jednym z założycieli tej partii i jej pełnomocnikiem w Szczecinie. Jest jednym z głównych oskarżonych w procesie zarządu upadłej Stoczni Szczecińskiej. Tałasiewicz w 1998 roku, po odwołaniu go z pracy w urzędzie wojewódzkim, został wiceprezesem Porta Holding. W tym - bodajże najgłośniejszym - procesie dotyczącym afery gospodarczej, jaka miała miejsce w III RP, Zarząd Stoczni Szczecińskiej Porta Holding SA został oskarżony o przekroczenie swoich uprawnień i niedopełnienie obowiązków, przez co w latach 1999-2000 miał narazić spółkę na szkody w wysokości ponad 68 mln zł. Marek Tałasiewicz oczywiście nie przyznaje się do zarzucanych mu czynów.

    Niegospodarny Poznań
    Do popełnienia przestępstwa działania na szkodę miasta nie przyznaje się również prezydent Poznania Ryszard Grobelny, popierany przez Platformę Obywatelską. Oficjalnie członkiem PO on nie jest, jednak już od dwóch kadencji pełnił swoją funkcję dzięki poparciu Platformy Obywatelskiej w tym mieście. W poniedziałek, 10 października, prokuratura w Gorzowie postawiła Grobelnemu zarzut wyrządzenia miastu szkody w wielkich rozmiarach (w wysokości 1,2 mln zł) przez niedopełnienie obowiązków służbowych w zakresie dotyczącym przystąpienia przez miasto do spółki "Kupiec Poznański". O całej aferze informowaliśmy już na łamach "Naszego Dziennika". Przypomnijmy tylko, że w 1997 roku Grobelny był członkiem zarządu Poznania i uczestniczył w rozmowach z przedstawicielami spółki "Kupiec Poznański". Chodziło o wspólną inwestycję - stworzenie nowoczesnego centrum handlowego. Miasto aportem wniosło do spółki grunty - ponad 3,6 tys. m kw. terenu. Kupcy mieli wyłożyć gotówkę na budowę obiektu. Do 1998 roku miasto sprzedało kupcom udziały za ponad 3,4 mln zł. Centrum ostatecznie powstało w 2001 roku. Za grunty wniesione do spółki "Kupiec Poznański" miasto otrzymało ponad 50 proc. udziałów. Zdaniem prokuratury, ich wycena w momencie wnoszenia ich do spółki była zaniżona, przez co mniejsza była także wartość udziałów, które miasto potem zbyło kupcom. Popierany przez PO prezydent Ryszard Grobelny będzie przesłuchany przez prokuraturę również w innym śledztwie prowadzonym przez prokuraturę w Zielonej Górze, a dotyczącym zbycia przez Poznań atrakcyjnych gruntów rodzinie Jana Kulczyka po mocno zaniżonej cenie. Niewykluczone, że również w tym przypadku Grobelnemu zostaną postawione zarzuty. Badająca sprawę NIK stwierdziła, że jego działania w zakresie sprzedaży tej nieruchomości podejmowane były z naruszeniem zasad rzetelności i gospodarności.

    Układ warszawski
    Mieszkańcy stolicy, gdzie w I turze wyborów prezydenckich Donald Tusk (PO) zdobył więcej głosów niż prezydent Lech Kaczyński, zdają się zapominać, że to właśnie w tym mieście przez wiele lat funkcjonowała lokalna sitwa zwana układem warszawskim. Należeli do niej politycy PO (a wcześniej UW) na czele z Pawłem Piskorskim, sekretarzem generalnym tej partii i byłym prezydentem Warszawy, bliskim współpracownikiem Tuska. To podczas jego rządów dokonano licznych nadużyć, związanych głównie z inwestycjami - budową trasy i mostu Siekierkowskiego oraz mostu Świętokrzyskiego i tunelu pod Wisłostradą (tzw. afera mostowa). Kontrola NIK wykazała, że na pierwszej inwestycji miasto straciło 30 mln zł, a druga kosztowała niemal dwukrotnie więcej, niż zakładano. Według NIK, stało się tak w wyniku niedostatecznego nadzoru gminy Warszawa Centrum. W wystąpieniu pokontrolnym NIK stwierdziła, że realizację trasy i mostu Siekierkowskiego ocenia negatywnie, zwłaszcza jej etap wstępny, w którym wyłoniona w owym przetargu firma Transprojekt Gdański opracowała dokumentację projektową inwestycji. Negatywnie oceniono także kwestie wykupu gruntów pod budowę. NIK skrytykowała również umowy kontraktowe zawarte z wykonawcami robót. Wartość kontraktu była tam podawana w euro; przy wypłacie należności sumę należało przeliczyć na złotówki. W związku z ryzykiem przeliczeniowym zawarto klauzulę, która jednak nie zapewniała równości stron. Spór arbitrażowy między Warszawą a jednym z wykonawców w kwestii przeliczeń waluty spowodował, że miasto straciło 11,5 mln zł. Z powodu źle przeprowadzonych prac projektowych miasto straciło ponad 15 mln zł. Poza tym nie wyegzekwowało od firmy Transprojekt Gdański należących się stolicy ponad 2 mln zł kary za nieterminową realizację zleconych prac.
    Ponadto do prokuratury trafiło zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa niegospodarności przez władze, powołanej m.in. przez gminę Centrum spółki Trasa Świętokrzyska i narażenie jej na 8,6 mln zł strat. Dziwnym trafem kontrakty (w przypadku mostu Świętokrzyskiego z pominięciem procedur przetargowych) na te budowy zdobywał biznesmen Wojciech Ławniczak, którego żona była wówczas radną PO. Inny działacz Platformy Wojciech Kozak, prezydent, a wcześniej wiceprezydent Warszawy, jest zamieszany w aferę związaną z kompleksem Złote Tarasy. Wskutek złej wyceny gruntów wniesionych do spółki z holenderskim udziałowcem ING Real Estate przez gminę Centrum straciła ona na tym ok. 103 mln zł. Kozak w 2001 r. podpisywał umowę o zawiązaniu spółki Złote Tarasy. Prokuratura postawiła mu zarzut nadużycia władzy, a następnie umorzyła śledztwo wobec niego z uwagi na przedawnienie. Przeciwko byłym członkom zarządu gminy Centrum skierowano do sądu akt oskarżenia. Niejasności, dotyczących sposobu sprawowania władzy w stolicy przez Piskorskiego, jest zdecydowanie więcej: nieoficjalnie mówi się m.in. o nadużyciach związanych z decyzjami o udostępnieniu gruntów budowlanych spółdzielni mieszkaniowej "Dembud".

    Kosmetyczna czystka
    Na te skandale wywołane przez działaczy PO partyjne władze zareagowały z dużym opóźnieniem (grudzień 2004 r.) i w dodatku niemrawo. Zapowiadana czystka w warszawskich strukturach Platformy okazała się iście kosmetycznym zabiegiem. Wyrzucono... jedną osobę, kilka dalszych zawieszono w członkostwie. Oszczędzono Piskorskiego, który w dodatku z list PO został eurodeputowanym. Tymczasem od 2002 r. skutecznie z układem warszawskim rozprawiał się Lech Kaczyński. Po objęciu fotela prezydenta Warszawy skierował do prokuratury czterdzieści zawiadomień o popełnieniu przestępstw, z jakimi miał być związany Piskorski.

    Nie lepiej w Krakowie
    O zwykłej nieudolności i nieumiejętności zarządzania miastem i zasobami ludzkimi można powiedzieć w przypadku byłego prezydenta Grodu Kraka Andrzeja Gołasia (startował w wyborach parlamentarnych z listy PO). W grudniu 1998 r. kierowane przez niego władze Krakowa wyemitowały euroobligacje, co spowodowało zwiększenie zadłużenia gminy o ok. 138 mln zł. Za czasów Gołasia publiczne pieniądze Krakowa rozchodziły się zresztą nader szybko. W ciągu tylko połowy 1999 r. na delegacje zagraniczne zarządu miasta wydano ok. 152 tys. zł. Sam Gołaś skorzystał z okazji, by odwiedzić Chicago, Weimar, Toronto i Izrael. Kiedy w październiku 1999 r. samorządowcy z Małopolski wybrali się do Papieża, w samolocie skromnie skorzystali z taniej "klasy ekonomicznej". Wyjątkiem był Gołaś, który zasiadł, jak informuje portal strona.krakow.pl, w czterokrotnie droższej "klasie biznes."

    Uczciwi "inaczej"
    Doświadczenia z politykami i samorządowcami Platformy Obywatelskiej w ostatnich latach w jaskrawy sposób wskazują, że tworzony przez nich rząd i administracja państwowa nie będzie prawdopodobnie ani tania, ani skuteczna i sprawna, ani uczciwa. Czy fachowcy związani z Platformą Obywatelską, którzy niebawem będą współdecydować o finansach publicznych i majątku narodowym, okażą się chociaż kompetentni? Można w to wątpić, biorąc pod uwagę fakt, iż spółka medialna 4 Media utworzona przez Jacka Merkla, bliskiego współpracownika Tuska, wydająca onegdaj m.in. dziennik "Życie", z przyczyn finansowych upadła po niespełna trzech latach działalności.
    Merklem zainteresowała się z kolei gdańska prokuratura. Prowadzone śledztwo ma ustalić, co się stało z 9 mln zł, które zniknęły z kont firm Media Trust i 4 Media, w których władzach on zasiadał. W 2002 r. pożyczkę w takiej wysokości udzieliła Media Trust izraelska firma Poalim Trust Services. Kwota następnie trafiła do 4 Media, a później ślad po niej zaginął. Merkel już nie w PO, ale nadal ma członkostwo w - powiązanym z Platformą - Stowarzyszeniu Młodych Demokratów. Zarzuty prokuratorskie ciążą również na pośle mijającej kadencji, wybranym w ostatnich wyborach na senatora - Tadeuszu Maćkale. Jako prezydent Lubina w latach 1994-1998 bezpodstawnie nie wypełniał obowiązku płacenia podatku VAT przez gminę. Straciła ona przez to 386 tys. zł, a Skarb Państwa 1 mln zł.

    Ale to nie wszystkie ciemne strony tej liberalnej formacji. Media nieustannie podają informacje m.in. o lokalnej sitwie stworzonej przez samorządowców PO w Jastrzębiu Zdroju, zarzucając im korupcję, czy też o liderze lubuskiej Platformy biznesmenie Jacku Bachalskim. Zachowuje się on jak lokalny baron, wywierając naciski na nieprzychylnych mu dziennikarzy."

    Autorami tekstu są: Wojciech Wybranowski i Zenon Baranowski".




    Wracając do czasów obecnych - trzeba pamiętać o najnowszym argumencie stojącym za brakiem chęci poparcia Platformy Ratunkowej dla Swoich Obywateli. Oto wieloletni PZPR-owiec, szef POP na Wydziale Historii Uniw. Warszawskiego, specjalista jedynie w dziedzinie średniowiecznych lupanarów paryskich, otwarcie zaciera dłonie w nadziei powrotu do żłobu decyzyjnego: "Jesteśmy gotowi utworzyć rząd z Platforma Obywatelską" - zadeklarował członek LiD i eurodeputowany Bronisław Geremek. Przyznał, że lewica będzie czekała na taką propozycję ze strony PO. "Dla dobra Polski jesteśmy w stanie rządzić w koalicji z Platformą Obywatelską" - mówił były szef MSZ podczas konwencji wyborczej LiD".
    Z drugiej strony - lider PiS Jarosław Kaczyński wyraźnie dał wsparcie dla p[ost(?)komunistycznej formacji stojącej za byłym tzw. prezydentem wszystkich UB-eków, tow., Aleksandrem Kwaśniewskim, rozgrywając PIERWSZĄ debatę właśnie z nim - jako, według słów samego prezesa PiS "prawdziwym szefem Platformy, nie zaś z pomagierem" - i nie uzyskując wyraźnego zwycięstwa nad swym sparringpartnerem. Tow. Kwaśniewskiemu no nic innego nie chodziło - gdyż jego pole zwycięstw znajduje się na zupełnie innej płaszczyźnie, o czym dowodnie mogliśmy się przekonać, kiedy PO te debacie w niemieckim tygodniku "Der Spiegel" został zamieszczony natychmiast artykuł sugerujący "powrót do gry" byłego aparatczyka PZPR-owskiego - znowu na niwie międzynarodowej, jak to było w przypadku rojeń środowiska "dworu" "Disko-Ola" o funkcji przewodniczącego Paktu NATO. Tym razem sugestie mówiły o poparciu przez niemieckich socjalistów dla kandydatury "nosiciela filipińskiej zarazy" na stolec nowo tworzonego stanowiska przewodniczącego Rady Unii Europejskiej.

    Dalsze dni kampanii wyborczej przed zbliżającym się dniem plebiscytu "socjalista narodowy czy socjalista międzynarodowy" pokazały, że właściwe wszystko zostało już ustalone - w "poważnej grze", o której decydują merdia "mainstreamu", zostały tylko ugrupowania byłych uczestników obrad w Magdalence oraz tzw. okrągłego stołu: PO, LID/PZPR i PiS - wszystkie zgadzające się z Anszlusem Polski przez Związek Socjalistycznych Republik Europejskich, czyli UE, dlatego słynny dylemat pokazany przez Janusza Korwin-Mikkego: wybory pomiędzy "dżumą i tyfusem" - nadal jest niestety aktualny.

    To jest bardzo skrótowy wybór danych na temat obu "przewodnich sił" i stojących ZA NIMI post(?)komunistycznych rozdających krupierów ze środowiska "okrągłego stołu", którego twórcą był tzw. generał MO Czesław Kiszczak - któremu w ciągu dwóch lat, tak samo jak i w poprzednim okresie rządów bezpośrednich byłych władców PRL, sprawowania władzy przez "antykomunistów" - nic przykrego się nie wydarzyło..

    Czy w takim razie głosowanie na kandydatów Unii Polityki Realnej - na listach Ligi Polskich Rodzin - nie jest prawdziwym wyborem?
    To jest już ostatnia alternatywa.

    Krzysztof Pawlak
    redaktor naczelny ASME


    Kampania wyborcza - Sprostowanie Janusza Korwin-Mikkego w sprawie Partii Obnażaczek Wysłane wtorek, 16, października 2007 przez Krzysztof Pawlak

    Pierwszy Prezes Unii Polityki Realnej Janusz Korwin-Mikke przegrał proces w trybie wyborczym z Partią Obnażaczek - za nazywanie ich (to te nieudane feminazistki z fiurerką Gretkowską na czele) Partią Ekshibicjonistek.
    Musi teraz "odszczekać" swoje słowa, co czyni bardzo chętnie, dzieląc się z opinią, za przeproszeniem, publiczną swoim Sprostowaniem.

    Poniżej przedstawiamy Państwu treść Sprostowania:



    Pan Prezes prosi wszystkich PT Sympatyków i Członków UPR - o rozpowszechnianie Sprostowania!


    Kanada jeszcze nie dojrzała - prof. Jerzy Przystawa Wysłane poniedziałek, 15, października 2007 przez Krzysztof Pawlak

    W środę, 10 października, w kanadyjskiej prowincji Ontario, odbyły się wybory do parlamentu prowincji połączone z referendum w sprawie reformy systemu wyborczego. Od 215 lat Kanadyjczycy posługują się starym "westminsterskim" system wyborczym, First-Past-The-Post, który oznacza wybory w jednomandatowych okręgach wyborczych (JOW) w jednej turze. Wybory w tym systemie przeprowadzane są zarówno na poziomie federalnym, jak i w poszczególnych prowincjach. Do Parlamentu Ontario wybiera się 107 deputowanych w JOW, a do Izby Niższej Parlamentu Federalnego 308 posłów, w tym z Ontario 103.

    Ten "przestarzały" system wyborczy stale krytykowany jest przez "nowe siły", które uważają, że system ten przeszkadza im w dojściu do władzy. Podnoszone są zarzuty, że (1) system ten jest "nie fair", albowiem powstaje w zasadzie dwupartyjny układ, w którym "trzecia partia" z reguły dostaje mniej miejsc w parlamencie, niż by to wynikało z proporcji oddanych głosów. Twierdzi się (2), że system ten dyskryminuje kobiety, których reprezentacja w parlamencie jest zbyt nikła, a także mniejszości narodowe i etniczne. Podnosi się też (3) syndrom "zmarnowanego głosu", a więc, że wyborcy - z konieczności - aby nie zmarnować głosu, głosują na tego, kto ich zdaniem może wygrać, a nie na tego, na kogo by chcieli. Gdyby zamiast JOW były, jak w Polsce, elity partyjne, to każdy mógłby sobie oddawać głos na kogo by chciał, a tak też może, ale z tego prawa nie korzysta, bo obawia się, że gdyby skorzystał, to jego głos byłby zmarnowany. Odpowiednio do tego reklamowane są zalety systemu "proporcjonalnego", a więc (1) że w systemie "proporcjonalnym" rządzą "koalicje większościowe" (szczególnie wymowny jest taki argument w Polsce!), co ma być korzystne, bo w obecnej sytuacji to jest nieomal dyktatura jednej partii; (2) system "proporcjonalny" ma być sprawiedliwszy, bo będą i kobiety, i mniejszości seksualne, i inne; trzecia partia będzie "języczkiem u wagi", a nie ignorowaną mniejszością parlamentarną. W kampanii referendalnej podnoszono też znakomite przykłady demokracji europejskich, takich jak Szwajcaria czy Holandia, gdzie jest i sprawiedliwość, i koalicje, i mniejszości, i w ogóle prawdziwa demokracja.
    Kanadyjscy reformatorzy nie zaproponowali zresztą ani ordynacji szwajcarskiej, ani holenderskiej, tylko system mieszany - Mixed Member Proportional - MMP - w którym 90 miejsc miało być, po staremu, rozdzielanych w JOW, a tylko 39 pomiędzy listy partyjne wg "zasady proporcjonalności". Byłby to więc system najbardziej zbliżony do systemu włoskiego, który właśnie dwa lata temu został we Włoszech zastąpiony przez "porcato" Berlusconiego.
    Formalna kampania referendalna trwała trzy miesiące i według oficjalnych danych kosztowała ok. 7 milionów dolarów. Obserwując tę kampanię przez internet, byłem zbudowany jakością (techniczną i redakcyjną!) dziesiątków stron internetowych reklamujących nowe rozwiązanie i bezlitośnie krytykujących system JOW. Podkreślam tutaj techniczne i dziennikarskie walory tej kampanii, bo merytoryczna strona przedstawianej argumentacji, dla człowieka znającego funkcjonowanie systemów proporcjonalnych "od podszewki" była, częstokroć, zdumiewająca, by nie powiedzieć wprost - demagogiczna.
    Być może do podobnego wniosku doszli również i wyborcy prowincji Ontario, ponieważ w środowym referendum większością ponad 63% głosów proponowaną reformę odrzucili.
    Nie jest to pierwsza porażka kanadyjskich reformatorów prawa wyborczego. Podobne referenda odbyły się w 2005 roku w dwu innych prowincjach Kanady: a mianowicie w Prince Edward Island i w British Columbia. Jak z tego wynika, obywatele Kanady nie dojrzeli jeszcze do "nowoczesnego", partyjnego systemu wyborczego i nadal chcą wybierać swoich przedstawicieli w systemie jednomandatowym, nie zważając na tak głośno podnoszoną kwestię "sprawiedliwości".
    Dobrą ilustracją tej konserwatywnej postawy były środowe wyniki wyborów do Parlamentu Ontario. Na 107 miejsc 71 zdobyli kandydaci Partii Liberalnej, 26 uzyskali Postępowi Konserwatyści (Progressive Conservatives), a tylko 10 Nowi Demokraci. Rzeczą interesującą jest, że mandatu nie zdobył lider Postępowych Konserwatystów John Tory, który przegrał wybory w swoim okręgu. Oczywiste jest, że taka przykra sytuacja nie mogłaby mieć miejsca, gdyby wybory były na listy partyjne, bo w takich wyborach jeszcze świat nie słyszał, żeby lider partii, która wchodzi do parlamentu, mógł przegrać wybory!

    No, ale w przestarzałym kanadyjskim systemie wyborczym tak, niestety, jest i dlatego rozumiemy dobrze powody, dla których liderzy partii politycznych w Polsce słyszeć nie chcą nawet o tym, żeby na temat takich wyborów wolno było chociaż podebatować publicznie! A kysz, przepadnij! Tym bardziej, że wszystkie badania opinii publicznej pokazują, że gdyby Polakom, niczym jakimś niedojrzałym Kanadyjczykom, pozwolić na przeprowadzenie referendum w sprawie JOW, to wynik nie byłby ani odrobinę lepszy niż w Ontario czy na Wyspie Księcia Edwarda. Dojrzałym demokratom wolno tylko pasjonować się wynikami debaty Kaczyński - Tusk czy Kaczyński - Kwaśniewski, ale w żadnym wypadku nie tym, czy narzucony nam partyjniacki system wyborczy dobrze służy Polsce.

    Jerzy Przystawa

  • Prof. Jerzy Przystawa był w kadencji 1990 - 1998 radnym rady miejskiej Wrocławia, startował w wyborach do Senatu Rzeczypospolitej Polskiej przeprowadzonych w dniu 21 września 1997 r.
    Od kilkunastu lat jest jednym z liderów Ruchu Obywatelskiego na rzecz JOW.

    Publicystyka prof. Jerzego Przystawy na ASME.


    Witryna ASME Antysocjalistycznego Mazowsza jest najstarszym serwisem w Sieci - oprócz witryny tematycznej JOW - propagującym ideę JOW

    Po następnej tzw. debacie: nie marnujmy głosu na partie Kaczyńskiego i Tuska Wysłane sobota, 13, października 2007 przez Krzysztof Pawlak

    Jak w przypadku poprzedniej tzw. debaty, a właściwie: poklepywania się po plecach dwóch socjalistów: chowu sowieckiego, tow. "Disko-Ola" Kwaśniewskiego oraz uczciwego patrioty polskiego, rodu PPS-iackiego wywodzącego się z tzw. intelig_i_encji żoliborskiej, przewodniczącego ugrupowania okrzykniętego przez warszawską ulicę Populizmem i Socjalizmem Jarosława Kaczyńskiego - tak i debata Jarosław Kaczyński versus przewodniczący Platformy Ratunkowej dla Swoich Obywateli Donald Tusk niczego istotnego nie pokazała, może tylko dla mniej zorientowanych w kulisach polskiego teatru politycznego obserwatorów więcej wątpliwości zostało posianych dzięki wyjątkowej ogólnikowości wypowiadanych przez dyskutantów tez i "argumentów", najczęściej po prostu żywcem wziętych z populistycznego i ubogiego słownika lewackich broszur Samoobrony - nieodrodnego dziecka politycznego dolnych warstw byłej (?) PZPR-erii, której tak wielu członków znajdowało się i nadal znajduje się na znaczących stanowiskach i funkcjach obu formacji.

    Obaj Szanowni Dyskutanci pokazali, że nie mają większych różnic między swoimi poglądami na przyszłość Polski - którą widzą jako jedynie jakąś zamierającą strukturę regionalną, i już pozbawioną suwerenności w ramach Paneuropejskiej Krainy Szczęśliwości Powszechnej, zwanej inaczej przez konserwatywnych liberałów Związkiem Socjalistycznych Republik Europejskich. Programy gospodarcze, o ile ich cienie zarysów zostały przywołane w wypowiedziach liderów PiS i PO, nie wznoszą się nigdy ponad to, co zostało już zakreślone, ograniczone i przydzielone przez centralno-unijnych planistów z brukselskiej Państwowej Komisji Planowania Gospodarczego. Obie formacje w osobach swych przywódców "pochylały się z troską" nad dolą najnowszej fali emigracji zarobkowej Polaków, chociaż powszechna pamięć o wezwaniach PiS i PO do masowych wyjazdów "za chlebem" do Wielkiej Brytanii, Irlandii, Holandii, Belgii i Hiszpanii czy Włoch nie powodowała żadnych zmarszczek na miedzianych czołach Jarosława Kaczyńskiego czy Donalda Tuska.

    Dlatego nie można dziwić się, że na witrynie Youtube.pl powstała satyryczna wersja kolejnej "debaty", tym razem Kaczyński - Tusk, w wykonaniu użytkownika LibertyUPR, zapewne sympatyka naszego ugrupowania Unii Polityki Realnej. Padają w niej znowu niecenzuralne słowa, które nigdy nie byłyby użyte w publicznej dyskusji przez osoby życia publicznego, ale kamery nie docierają jeszcze (na szczęście, kolego NZS-owcu Mariuszu Kamiński...) w każdy zakątek kuluarów teatru politycznego, więc prawdopodobieństwo "szczerej" rozmowy w wersji zaproponowanej przez użytkownika Youtube - sympatyka UPR jest całkiem, całkiem...

    Poniżej dajemy próbki satyrycznej interpretacji wypowiedzi wodzów PO i PiS, z nagrania dostępnego w serwisie Youtube:

    "Prowadzący: No dobra, teraz bez ściemy. Powiedzcie Polakom, kim jesteście i dlaczego warto głosować na was i na wasze partie...
    Donald Tusk: Zacznijmy może od 1990 roku, kiedy to założyłem KLD, partię dzięki której płacimy teraz haracz na ZUS i podatek dochodowy. Jednym z działaczy KLD był obecny prezes zarządu TV PiS Andrzej Urbański, ten sam grubasek, który za chwilę podejdzie, by zrobić sobie z nami fotkę. Moją pierwszą w pierwszą demokratyczną partię doprowadziłem oczywiście do ruiny, po czym utworzyłem Unię Wolności, ugrupowanie wspierające rząd Jerzego Buzka, któremu Skiba pokazał kiedyś d***, po strajkach, o ironio!, pielęgniarek. Buzek jest teraz oczywiście jednym z liderów Platformy, mojej kolejnej partii, która jakimś cudem ciągle istnieje, mimo że nie ma żadnego konkretnego programu. Największym jednak skandalem jest to, że w trakcie tej debaty wycierałem sobie ***** liberalizmem i wolnym rynkiem, jednocześnie nie wspominając słowem o tym, że Platforma Obywatelska była obok SLD najbardziej wspierającą Unię Europejską partią w Polsce... (...)
    Jarosław Kaczyński: Wiesz, Donald, czasami naprawdę wydaje mi się, że Polacy to naród złożony w całości z tępoli. Przecież w moim rządzie było więcej członków PZPR niż w SLD, a wspomniany przez Ciebie Urbański sam był zamieszany w podejrzane interesy z oskarżonym o korupcję działaczem Sojuszu. I zawsze mnie to śmieszy, że moi fani całkowicie ignorują obecność mojego brata w Magdalence. Moją walkę z »układem« można porównać z wojną w Wietnamie: trwa, i trwa, i trwa... Więc w czym problem? Naiwne babcie myślą, że jestem drugim Piłsudskim, do papieża jeszcze trochę mi brakuje, ale wydaje mi się, że idę w dobrym kierunku... (...) Donek, zadzwonisz dzisiaj wieczorem do mnie, jak co dzień i prześlesz mi całusy?".

    Warto zapamiętać: nie marnujmy głosu na partie Kaczyńskiego i Tuska




    Niech politycy po tych wyborach nie będą musieli nas przepraszać, że zaproszą na kolejne - Łukasz Perzyna o stylu obecnej kampanii wyborczej Wysłane piątek, 12, października 2007 przez Krzysztof Pawlak

    | Pobierz |







    Niech politycy po tych wyborach nie będą musieli nas przepraszać, że zaproszą na kolejne - Łukasz Perzyna o stylu obecnej kampanii wyborczej
    Wysłane piątek, 12, października 2007 przez Krzysztof Pawlak

    "W poprzednim ustroju takie filmy, które były nieprawomyślne albo były ambitne, albo po prostu różniły się od »Bitwy pod Grunwaldem« - wszystkie takie filmy dla ludzi myślących, inteligentnych były wyświetlane w kinach studyjnych. Czym się one różniły od filmów »normalnych« - po prostu wyrobioną publicznością nikt nie szeleścił papierkami od cukierków, a popkornu jeszcze nie było. Kina studyjne stały się mekką koneserów. Dzisiaj mamy do czynienia z kampania studyjną - politycy przemieszczają się z piskiem opon pomiędzy studiami telewizyjnymi, politycy rozmawiają ze sobą nawzajem, debatują nad tym, jak debatować" - Łukasz Perzyna, komentator "Tygodnika Solidarność" i naszej witryny ASME, pochyla się z niesmakiem nad teatrem politycznym w dobie propagandy przedwyborczej.

    W najbliższy piątek dojdzie do debaty dwóch rywali: Jarosława Kaczyńskiego i Donalda Tuska. Może przy goleniu przed tym zdarzeniem przyjdzie im coś świeżego do głowy? W poniedziałek nadpłynie rozmowa lidera PO Tuska z towarzyszem Kwaśniewskim. W tej kampanii nie widać wielkich tłumów, wielkich przemarszów, działania odbywają się w studiach telewizyjnych, jakby siły oszczędzano na następne wybory, może nie tak odległe? Teraz tylko odbywają się debaty telewizyjno-radiowe, debaty o debatach, nawet są już debaty publicystów o debatach... I to prowadzone przez żurnalistów, którzy przegrali swe ambicje do zastępowania polityków w ich rolach: Tomasza Lisa i Bronisława Wildsteina...

    Nagranie trwa 8 minut, jest dostępne w Sieci do 26 X 2007 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




    Filipiński wirus opanowuje Polskę - wskazana profilaktyka! Wysłane piątek, 12, października 2007 przez Krzysztof Pawlak

    Towarzysz "Olo-Disko" Kwaśniewski utrzymuje, że w czasie pobytu w Indiach Południowo-wschodnich zapadł na chorobę wywołaną zakaźnym wirusem tamtejszego pochodzenia. To ponura wiadomość, bo znając możliwości byłego "prezydenta wszystkich UB-eków", ma On wszelkie możliwości rozwleczenia choróbska w wielu środowiskach, od żurnalizdycznego po "hajsiociety" post(?)komunistycznej proweniencji.

    Przy okazji wykonywania moich codziennych obowiązków żurnalisty, musiałem odwiedzić wczoraj gmach Telewizji w Warszawie przy placu Napoleona, od niedawna w skali czasowej Miasta Nieujarzmionego - Powstańców Warszawy, gdzie z pewnością wirus jest już aktywny od kilku dni, przeniesiony za pomocą osób ze sztabu byłych PPZR-owców odwiedzających studia przy ulicy Woronicza czy Radiokomitetu nieopodal. Warszawskie środowisko żuranalizdyczne jest w końcu nie tak rozległe, wirus z pewnością w nim już hula od dłuższego czasu. Swego czasu zastanawiałem się, czym tak często zostawali zaatakowani jego przedstawiciele - zanim oczywiste wyjaśnienie zostało nam zaserwowane przez uczonych samozwańczych lekarzy-diagnostów ze sztabu obecnej mutacji KPP/PPR/PZPR/SLD – LiD. To okropne skutki zagranicznych wojaży!
    Po przeczytaniu wiadomości, że za sprawę tow. Kwaśniewskiego wziął się SanEpid - poczułem się gorzej. Od razu podrałowałem do miejsca sprzedaży artykułów pierwszej pomocy i nabyłem antybiotyczne środki natychmiastowej reakcji - portugalskiej proweniencji. Zapewniali, że smaczne. Rozpocząłem prewencję na własną rękę, choć nie w pojedynkę, bo zainteresowanych prewencją od razu okazało się wielu z zagrożonych środowiskowo... Nie chcę też doświadczyć zapowiadanej przez przedstawicieli ugrupowania PiS izolacji wespół-zespół ze środowiskiem byłych właścicieli PRL. Radzę Państwu to samo - ale oczywiście z umiarem w spożyciu lekarstw - bo wiadomo: In vino Veritas!

    Na zdrowie!

    Krzysztof Pawlak



    Klip wyborczy redaktora naczelnego ASME Krzysztofa Pawlaka
    Wysłane środa, 10, października 2007 przez Krzysztof Pawlak

    Prezentujemy Państwu nagranie TV ASME - klip wyborczy redaktora naczelnego ASME, dwukrotnego wiceprezesa Okręgu Mazowieckiego UNII POLITYKI REALNEJ, uczestnika i dokumentalisty Grupy Warszawskiej Ogólnopolskiego Ruchu na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych - Krzysztofa Pawlaka.

    Nagranie trwa ponad minutę, jest dostępne w Sieci do 21 X 2007 r.




    Prałat, kapelan Rodzin Katyńskich Zdzisław Peszkowski - odszedł na wieczną służbę Wysłane wtorek, 9, października 2007 przez Krzysztof Pawlak

    Odszedł od nas do służby w niebieskich zastępach ksiądz Zdzisław Peszkowski, kapelan Rodzin Katyńskich, cudem ocalony z komunistycznej rzezi polskich oficerów w Ostaszkowie, Katyniu, Miednoje i innych miejscach kaźni, przygotowanej przez sowieckich oprawców działających ramię w ramię z nazistowskimi bandytami w ramach dzieła zniszczenia polskiej inteligencji po przegranej wojnie obronnej roku 1939.

    Ksiądz prałat był też kapelanem Chorych Polonii i naczelnym kapelanem Związku Harcerstwa Polskiego poza granicami Kraju. Pełnił także funkcję prezesa Fundacji "Golgota Wschodu". To poprzez Jego starania udało się m.in. doprowadzić do końca budowę cmentarzy w miejscu pochówku polskich ofiar totalitarnych, socjalistycznych utopii - w Katyniu, Miednoje i Charkowie. W styczniu 2006 r. przez aklamację Sejm zgłosił Jego kandydaturę do pokojowej Nagrody Nobla.

    Był opiekunem I Motocyklowego Rajdu Katyńskiego, który został od tego momentu doroczną tradycją. Działał na rzecz pojednania polsko-rosyjskiego...

    Cześć Jego pamięci!

    R.I.P.


    Zabawa znalezionym granatem - prof. Andrzej Czachor Wysłane poniedziałek, 8, października 2007 przez Krzysztof Pawlak

    Potwór Pana Cogito
    Pozbawiony jest wymiarów
    Trudno go opisać
    Wymyka się definicjom


    5 września 2007 to data tragiczna w dziejach rodzaju ludzkiego. Komisja Parlamentu Brytyjskiego o nazwie Human Fertilization and Embriology Authority wydała zezwolenie na umieszczanie ludzkiego materiału genetycznego w jądrach komórek zwierzęcych, celem tworzenia embrionów hybrydowych i uzyskiwania tzw. komórek macierzystych ("Rzeczpospolita" z 6 września 2007, art. Izy Redlińskiej "Powstaną hybrydy ludzi i zwierząt"; BBC NEWS z dn. 5 września 2007). Komisja wydała więc zezwolenie na zatarcie granicy między człowiekiem a zwierzęciem - otwarto furtkę dla biologicznej infekcji rodzaju ludzkiego. I nie należy się uspokajać faktem, że tak powstałe embriony mają istnieć tylko 14 dni. Próg szacunku człowieka dla człowieczeństwa, dla wyjątkowości istoty ludzkiej został przekroczony. Decyzja taka dotyczy całego rodzaju ludzkiego i podejmując ją, ci Anglicy dokonali brutalnej uzurpacji uprawnień. Zdradzili tym aktem całą rodziną ludzką, powołali do istnienia nowy wymiar deprawacji gatunku, wpuścili zarazę do miasta ludzi.
    Doświadczenie wskazuje, że furtki dla atrakcyjnego zła nie da się uchylić tylko trochę. Skoro jest taka furtka, to wkrótce znajdą się jednostki przedsiębiorcze i bez zasad, którzy otworzą ją szeroko. Było wiele takich sytuacji w historii - streszcza je legenda o skrzynce Pandory, o diable w butelce. Ale operacje na ludzkich genach to już nie diabeł - to cały szatan. Przypominam tuwimowską definicję: rozrywka - to zabawa znalezionym granatem. Czy mamy czekać spokojnie, aż pojawi się "zwierzoczłekoupiór"?
    Nie chciałbym doczekać epoki nowego rasizmu, gdy łącząc się w związki małżeńskie, ludzie będą wpierw badać swą gatunkową "czystość". Jedząc potrawę mięsną, zawsze chciałbym mieć pewność, że nie jestem po części ludożercą. Do tej pory informację o koniu cesarza Kaliguli, który został mianowany senatorem, traktowałam jako zabawną ciekawostkę, ale czy w przyszłości mamy stanąć przed propozycją, by na prezydenta wybrać - centaura?
    Dopuszczenie ww. manipulacji genetycznych to zagrożenie tak poważne i natychmiastowe, że właściwie nie ma czasu na dyskusję. Szacunek dla własnej odrębności gatunkowej jest naszym kanonicznym obowiązkiem względem przyszłych pokoleń. Należy zablokować dokonywanie międzygatunkowych manipulacji z udziałem ludzkich genów, traktując je jako zbrodnię przeciw ludzkości. Potencjał szkodliwości takich doświadczeń "naukowych" jest niewyobrażalnie duży; większy niż tworzenie arsenałów nuklearnych czy światowy terroryzm.
    Pomysł implantacji ludzkich genów do komórek zwierzęcych wprowadzany jest do świadomości w propagandowej otoczce sugerującej doraźną korzyść terapeutyczną. To utrudnia osąd i reakcję ludzi. Nie oszukujmy się jednak - to nie badania naukowe są celem tych genetycznych manipulacji, lecz poszukiwanie pieniędzy i medialnej sensacji przez niefrasobliwych "naukowców". Swoboda badań naukowych to hasło piękne, lecz nie uzasadnia ono kreacji zagrożeń, które mogą wyrwać się spod wszelkiej kontroli. Tak nie wolno - tu niezbędna jest natychmiastowa blokada i zakaz kontynuacji takich badań. Nie uchylajmy tej furtki, bo jest takie prawo natury: jeśli może się stać coś złego - to się stanie.
    Są naukowcy o mentalności technokratów - liczy się sukces, etyka dla nich nie istnieje. To oni doszli tu do głosu, lansując nieskrępowany rozwój badań nad genetyką i uzyskując takie uprawnienie. Zacierając granicę między człowiekiem i zwierzęciem, zacierają przy okazji pryncypialną różnicę między dobrem a złem, pożytkiem a szkodą, rozumem a głupotą, wzniosłością a trywialnością. Rujnują sferę świętości w której człowiek, zbudowany na obraz i podobieństwo Boga-Stwórcy, przez wieki niesie i wzbogaca depozyt wartości stanowiących o jego człowieczeństwie i kulturze. Tak nie wolno - non possumus. Powiedzmy to jasno - nauka nie może służyć splugawieniu człowieka i jego duchowemu samobójstwu.

    Prof. dr hab. Andrzej Czachor




    Apel "non possumus" o zakaz tworzenia embrionów ludzko-zwierzęcych.

    Apelujemy do wszystkich ludzi, środowisk, organizacji rządów - wyraźcie swój sprzeciw wobec potwornej decyzji brytyjskiego parlamentu, sankcjonującej tworzenie embrionów ludzko-zwierzęcych. Chcemy tego czy nie - ta decyzja dotyczy przyszłości nas wszystkich, naszych dzieci i wnuków. Żądajcie zakazu, wywierajcie nacisk na wszystkie dostępne Wam sposoby. Jeśli istnienie Organizacji Narodów Zjednoczonych ma mieć sens, to powinna ona zakazać tego rodzaju inicjatyw i wymusić respektowanie zakazu. W interesie przyszłości ludzi na planecie Ziemia.

    Poprzyj Apel "non possumus", podając nazwisko i imię, zawód, miasto zamieszkania, ew. tytuły na adres a.czachor@cyf.gov.pl. Lista tych nazwisk będzie prezentowana ww. adresatom Apelu.

    Prof. dr hab. Andrzej Czachor jest szefem Warszawskiej Grupy Obywatelskiego Ruchu na rzecz JOW

    Jeszcze jeden sondaż dzisiaj... - Krzysztof Mazur Wysłane poniedziałek, 8, października 2007 przez Krzysztof Pawlak

    Kampania wyborcza nabrała prędkości i obecnie pędzi już średnio trzy sondaże na dzień, mamy już nie tylko sondaże ogólnokrajowe, ale i lokalne: wojewódzkie, powiatowe i gminne, każde medium za punkt honoru wzięło sobie opublikowanie co najmniej kilku takich do wyborów.

    Po odkryciu rzeczywistej "obiektywności" tych narządzi miałem cichą nadzieję, że w kolejnej kampanii elektorska brać będzie podchodziła do tych wszystkich słupków i procentów z należytym dystansem, podobnie jak media będą nieco bardziej powściągliwe z korzystania z tego rodzaju propagandy. Tymczasem obecnie sondaże są już takimi samymi chwytami reklamowo-propagandowymi jak słynne spoty z "mordo ty moja" na czele. Przedwyborczy okres obrodził w taką liczbę ankiet, że poprzednie kampanie mogłyby się schować, a "GW" zaproponowała swoim czytelnikom nawet codzienne śledzenie sondażowych trendów. Właśnie w piątek doszło do pokonania kolejnego punktu oporu i jedna z sondażowni wymyśliła, aby obdarzyć PiS poparciem 41 procent wyborców, co prezydent Łodzi Kropiwnicki okrzyknął natychmiast "liczbą dnia". Tymczasem po bliższym przyjrzeniu się owemu sondażowi można było wyczytać, że wyniki uzyskano na ok. 800-osobowej próbie telefonicznej, co czyni je tak samo wiarygodnymi, jak większość obietnic składanych w okresie kampanii przez kandydatów na parlamentarzystów. Jak na razie rekordem głupoty było ogłoszenie podobnego, bo telefonicznego sondażu przeprowadzonego na zlecenie lokalnego oddziału "GW" z tym, że "reprezentacyjna" próba wynosiła aż... czterysta z groszami osób. Jak tak dalej pójdzie, to lada chwila doczekamy sondaży na próbach 40, a może nawet dziesięcioosobowych. Co ciekawe, w tym samym wydaniu "GW" opublikowano np. sondaż, który komitetowi LPR "dawał" 0,9-procentowe poparcie w województwie podkarpackim, gdzie LPR zawsze uzyskiwało najlepsze wyniki w kraju, podczas gdy ogólnopolski sondaż przedstawiony w tej samej gazecie kilka stron wcześniej pokazywał poparcie dal tej partii na poziomie 3 procent. Nikomu także nie przeszkadza, że Partia Kobiet, która zarejestrowała listy zaledwie w kilku okręgach wyborczych i może liczyć w skali kraju na wynik w granicach drugiego miejsca po przecinku, według niektórych badaczy opinii regularnie notuje osiągi na poziomie 3 procent. Ale w przeciwnym przypadku media nie mogłyby poinformować swoich odbiorców, że partia Gretkowskiej prześcignęła LPR, jak to miało np. miejsce po "prawyborach" we Wrześni. Oczywiście o tym, że w Bochni LPR "skoczyła" z kolei do ponad 11 procent, a Partii Kobiet nie zanotowano - tam w ogóle już nie informowano. Nadal więc trwa festiwal tłamszenia poglądów i ukierunkowywania ich na pożądane tory. Rzeszowskie "Nowiny" zamieściły nawet wywiad z utytułowanym lekarzem, który na pytanie jak zagłosuje 21 października, odpowiedział - zgodnie z wyuczoną od lat logiką - wyborczą, że zagłosuje na te partie, które mają największe szanse te wybory wygrać. Oczywiście po to, aby nie zmarnować swojego głosu. Okazuje się więc, że obecnie "zmarnowanie" głosu nie oznacza już, że głosuje się na partie, która nie mają szans na przekroczenie progu - na obecnym etapie dziejowym głos zmarnowany to głos oddany na partię, która wyborów nie ma szans wygrać. Warto zwracać uwagę na te kolejne chwyty propagandowe, abyśmy przetrwali następujące po sobie próby zniechęcenia nas do naszych własnych przekonań. Miejmy nadzieję, że ta linia oporu będzie broniła się dłużej niż do dnia wyborów, po to abyśmy nie byli skazani na rządy monopartii, bo takie schematy przecież już przerabialiśmy.

    Krzysztof Mazur

    Publicystyka Krzysztofa Mazura na ASME


    Relacja TV ASME z Konferencji Patronów Honorowych Ruchu JOW w Łochowie, 23.09.2007 Wysłane piątek, 5, października 2007 przez Krzysztof Pawlak

    | Pobierz |








    Relacja TV ASME z Konferencji Patronów Honorowych Ruchu JOW w Łochowie, 23.09.2007
    Wysłane piątek, 5, października 2007 przez Krzysztof Pawlak

    Prezentujemy Państwu nagranie TV ASME z Konferencji Patronów Honorowych Obywatelskiego Ruchu na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych, która odbyła się w Łochowie (woj. Mazowieckie) w dniach 21 - 23.09.2007 r. Podczas tej konferencji został przyjęty wniosek Patronów Honorowych Ruchu JOW do Rzecznika Praw Obywatelskich o podjęcie działań w sprawie zmiany systemu wyborczego do Sejmu - złożony na ręce przedstawiciela RPO, p. Waldemara Rataja. Z jego zawartością można zapoznać się w artykule na naszej witrynie: "Spotkanie patronów honorowych Ruchu JOW, Łochów 21-23 IX 2007 - konferencja z udziałem przedstawiciela Rzecznika Praw Obywatelskich ".

    Nagranie trwa 25 minut, jest dostępne w Sieci do 19 X 2007 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.







    Po wyborach w studiach telewizji publicznej spotkają się politycy i skutecznie rozliczą jej decydentów za działania przedwyborcze - Łukasz Perzyna o jakości programów "misyjnych" TVP Wysłane piątek, 5, października 2007 przez Krzysztof Pawlak

    | Pobierz |







    Po wyborach w studiach telewizji publicznej spotkają się politycy i skutecznie rozliczą jej decydentów za działania przedwyborcze - Łukasz Perzyna o jakości programów "misyjnych" TVP
    Wysłane piątek, 5, października 2007 przez Krzysztof Pawlak

    "Słowa »Mordo ty moja!« stały się jednym z liczmanów, haseł wywoławczych w Warszawie. Toasty już się wznosi »by żyło się lepiej«, niewątpliwie polityczne reklamówki telewizyjne wpływają na codzienne rozmowy i obyczajowość Polaków, bo to coś świeżego, nowego, bo tak naprawdę cała kampania ogranicza się w 70% do telewizji. Partie nie robią już przemarszów czy wielkich mityngów, jak w poprzednich kampaniach. Nie ma już »nieprzebranych tłumów« - za to tłumy Polaków śledziły debatę Kwaśniewski - Kaczyński w telewizji. 10 milionów odbiorców przed telewizorami jest argumentem za tym, że nieprawdą jest, jakoby Polaków nie interesowała wielka polityka" - Łukasz Perzyna, komentator polityczny "Tygodnika Solidarność" i naszej witryny ASME, analizuje wydarzenia z desek teatru politycznego w minionych dniach.

    Tak wielką oglądalność dla stacji telewizyjnych gromadził - zachowując proporcje i szacunek dla tej wielkiej figury Polaka-papieża - jedynie Jan Paweł II. Ta debata, remisowa ze wskazaniem na Jarosława Kaczyńskiego, stała się festiwalem demokracji - uważa Łukasz Perzyna.
    Pasjonującą rzeczą stała się konfrontacja publicznych wizerunków publicznych obu liderów z jakimś stereotypem, ukształtowanym od wielu lat. Obaj są obecni w polityce od lat 70 ub. wieku. O "JarKaczu" mówiło się, że jest efektywny w destrukcji, zaś o Kwaśniewskim - że jest mediatorem, arbitrem, nie jest zaś fajterem i tych powodów nie umiał poskromić tow. Leszka Millera i jego łajdackich kompanów. Tym razem pierwszy zaatakował tow. Kwaśniewski. Zobaczyliśmy nerwowe grymasy byłego prezydenta, w odpowiedzi zaś - swobodną pracę rąk i mimikę, gestykulacją, w sumie nic z tego, czym byłaby skłonna straszyć dzieci Platforma Obywatelska.
    Od razu pozostali politycy nabrali chętki na tego typu teatrzyki: Waldemar Pawlak zaproponował 10 debat, które z pewnością znudziłyby każdego.
    W parę godzin później w programie drugim publicznej telewizji, w audycji "Forum" wydarzył się skandal: nie wpuszczono do niego Janusza Korwin-Mikkego, który był pełnomocnym przedstawicielem LPR. Ten kiepski, bo nudny i pozbawiony polotu program nie jest prywatną własnością prezesa Urbańskiego - jest własnością abonentów, którzy płaca na niego i na inne "misyjne" audycje ciężkie pieniądze - zwraca uwagę Łukasz Perzyna.

    Nagranie trwa ponad 14 minut, jest dostępne w Sieci do 18 X 2007 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.