października 19, 2007 - listopada 6, 2007

Basescu i "klasa polityczna" Wysłane wtorek, 6, listopada 2007 przez Krzysztof Pawlak

Wiele wskazuje na to, że w Rumunii toczy się ostra walka pomiędzy prezydentem Traianem Basescu i partyjną większością tzw. klasy politycznej, która najpierw usiłowała prezydenta usunąć z urzędu, a gdy to się nie udało, usiłuje sabotować jego decyzję odwołania się do narodu i wprowadzenia JOW na drodze powszechnego referendum. Wieści dochodzące do nas z tego kraju, jak na razie nie cieszą się wzięciem w Polsce, trudno także uzyskać więcej informacji na ten temat za pośrednictwem Wydziału Prasowego Ambasady Rumunii w Polsce. Aby choć w minimalnym stopniu wypełnić tę lukę informacyjną, przytaczam za rumuńskim portalem HotNews.ro z 6 listopada:

Prezydent Basescu: "Odwołam wielu ambasadorów"

Rumuński Prezydent Traian Basescu, wyznał w trakcie talk-show na kanale telewizji publicznej, że jest niezadowolony z pracy wielu ambasadorów rumuńskich. Stwierdził, że wielu dyplomatów nie rozumie właściwie swojej roli i nie angażuje się aktywnie w problemy obywateli rumuńskich za granicą. Prezydent dodał, że ambasadorowie rumuńscy często na pierwszym miejscu stawiają swoje własne interesy i pogardzają innymi Rumunami.
Pytany w sprawie ostatnich problemów Rumunów we Włoszech, Prezydent powiedział, że jednym z najpoważniejszych problemów, z jakimi Rumunia się spotyka, są przestępcze zachowania się obywateli rumuńskich romskiego pochodzenia.
Prezydent ostro skrytykował ministra Spraw Zagranicznych Adriana Cioroianu, domagając się jego dymisji, po tym, jak minister oświadczył, że ci, którzy dopuszczają się przestępstw, powinni być zsyłani do obozów karnych na pustyni egipskiej.
Następnie Prezydent wystąpił w obronie projektu ordynacji wyborczej z jednomandatowymi okręgami wyborczymi (JOW), w sprawie której zarządził referendum narodowe na dzień 25 listopada br.
Prezydent wyjaśnił, że inny system wyborczy, także z JOW, został zaproponowany przez poważną rumuńską organizację pozarządową, a następnie przejęty przez rząd, który zobowiązał się do przeprowadzenia odpowiednich zmian na drodze parlamentarnej. Niestety, w trakcie rozlicznych debat parlamentarnych wprowadzono wiele poprawek, które całkowicie tę ideę zniekształciły i zepsuły.
Prezydent oczekuje przedstawienia mu do akceptacji ostatecznej wersji nowej ordynacji wyborczej, ale rozważy ją dopiero po referendum. Jego zdaniem, ta ostateczna wersja jest niczym innym, jak kolejną próbą gry na zwłokę i uniknięcia wprowadzenia rzeczywistej reformy prawa wyborczego.

Za HotNews.ro z 6 listopada 2006 (tłum. JP)

Jerzy Przystawa

  • Prof. Jerzy Przystawa był w kadencji 1990 - 1998 radnym rady miejskiej Wrocławia, startował w wyborach do Senatu Rzeczypospolitej Polskiej przeprowadzonych w dniu 21 września 1997 r.
    Od kilkunastu lat jest jednym z liderów Ruchu Obywatelskiego na rzecz JOW.

    Publicystyka prof. Jerzego Przystawy na ASME.


    Witryna ASME Antysocjalistycznego Mazowsza jest najstarszym serwisem w Sieci - oprócz witryny tematycznej JOW - propagującym ideę JOW

    Będziemy musieli ponieść konsekwencje "wyłamania się z szeregu" - Tomasz Sakiewicz, redaktor naczelny "Gazety Polskiej", o praktyce wojny mediów "walterowskich" z mediami "IV RP" Wysłane wtorek, 6, listopada 2007 przez Krzysztof Pawlak

    | Pobierz |






    Będziemy musieli ponieść konsekwencje "wyłamania się z szeregu" - Tomasz Sakiewicz, redaktor naczelny "Gazety Polskiej", o praktyce wojny mediów "walterowskich" z mediami "IV RP" Wysłane wtorek, 6, listopada 2007 przez Krzysztof Pawlak

    "Sąd warszawski zadecydował o zatrzymaniu mnie i mojej zastępczyni na 48 godzin, mamy w kajdankach trafić na salę sądową. Sąd zdecydował się - jak twierdzi - usprawnić w ten sposób usprawnić proces, który wytoczyła nam TVN za artykuł o Milanie Suboticiu. Jak przypominam, »Gazeta Polska« ponad rok temu ujawniła, że Milan Subotić był agentem wojskowych służb specjalnych, zarówno komunistycznych, jak i już w III RP. Milan Subotić najpierw do niczego się nie przyznawał, po jakimś czasie, kiedy cztery gazety naraz ujawniły jego dokumenty z IPN, okazało się, że przyznaje się do faktu współpracy z komunistycznymi służbami specjalnymi, natomiast zaprzecza, że pracował w służbach wojskowych w III RP. Telewizja TVN zapowiedziała szereg procesów wytoczonych przeciw nam i słowa tego dotrzymała. Jak do tej pory wiadomo nam o procesie cywilnym, który wytoczył czterem osobom z redakcji - czyli mnie i innym trzem osobom z redakcji »GP« Milan Subotić - i tym samym osobom wytoczyła sprawę karną telewizja TVN, również jakieś doniesienia do prokuratury zgłosili posłowie Platformy Obywatelskiej... W efekcie samej tej tylko sprawy dziennikarze »Gazety Polskiej« muszą co parę tygodni trafiać przed sąd albo podejmować jakieś czynności, co zajmuje jakąś część naszej pracy, także i mnie, pomijając szereg innych procesów (m.in. z Adamem Michnikiem), które mnie osobiście zajmują niemalże codziennie klika godzin, bo muszę pojawiać się na sali sądowej, albo muszę szukać jakiegoś pisma procesowego - tak więc jest to niezwykle skuteczna metoda, by sparaliżować pracę naszego pisma i zniszczyć nas finansowo i zaszczuć nas psychicznie, bo ktoś, kto jest nieustannie poddany presji wymiaru sprawiedliwości - zaczyna popełniać błędy..." - Tomasz Sakiewicz, redaktor naczelny "Gazety Polskiej", w nagraniu TV ASME, przedstawia punkt widzenia redakcji znanego pisma antykomunistycznego.

    "Ta rozprawa wcale nie miała mieć miejsca, bo sąd nie mógł ustalić miejsca pobytu jednego z oskarżonych... Więc nie było możliwości nawet procesowej zaistnienia rozprawy. Ale »mainstreamowe« media przedstawiły to inaczej – coś, co w ogóle w Europie nie istnieje jako spór miedzy poszczególnymi ośrodkami medialnymi - tam nie ma nawet możliwości pojawienia się oskarżenia w sprawie karnej pomiędzy redakcjami - mówi Tomasz Sakiewicz.
    To jest spuścizna "Układu" - obozu "okrągłego stołu", który był trzonem tzw. III RP, czyli czegoś, co konserwatywni liberałowie nazywają PRL-bis... Jego przedstawiciele w imię wolności i walki z obozem Braci Kaczyńskich nie przebierają w środkach w stosunku do tych, którzy usiłują wyłamać się "z szeregu"... Redakcja "Gazety Polskiej" doświadcza tego na własnej skórze...

    Nagranie trwa ponad 6 minut, jest dostępne w Sieci do 19 XI 2007 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




    Wrześniowa tragedia na Kresach Wschodnich - Antoni Zambrowski Wysłane niedziela, 4, listopada 2007 przez Krzysztof Pawlak

    Polska ludność na Kresach przeżyła z rąk bojówek komunistycznych terror gorszy od rabacji galicyjskiej 1846 roku.

    17 września 1939 roku Stalin w porozumieniu z Hitlerem wysłał Armię Czerwoną do walki przeciwko Polsce. Jak określił wtedy londyński "The Times", było to "pchniecie Polski nożem w plecy", choć bardziej by pasowało określenie o pchnięciu Polski bagnetem. Prezydent RP prof. Ignacy Mościcki stwierdził w wydanym w tej sprawie orędziu do narodu: "Gdy armia nasza z bezprzykładnym męstwem zmaga się z przemocą wroga (...) nasz sąsiad wschodni najechał nasze ziemie, gwałcąc obowiązujące umowy i odwieczne zasady moralności" (cyt. wg "Najnowszej historii Polski" prof. Wojciecha Roszkowskiego). Nota sowiecka, której przyjęcia odmówił ambasador RP w Moskwie Wacław Grzybowski, uzasadniała kłamliwie ten wrogi akt rzekomym rozpadem państwa polskiego i koniecznością otoczenia opieką pozostawionych na pastwę losu "jedinokrownych" (związanych wspólną krwią) braci Białorusinów i Ukraińców.

    Dni nieustającego koszmaru

    Dla polskiej ludności na terenach Kresów Wschodnich zaczęły się dni nieustającego koszmaru. Komunistyczne bojówki ukraińskie, białoruskie i żydowskie rozpoczęły - głównie na terenach wiejskich, gdzie nie mogły napotkać na przeciwdziałanie wojska oraz policji - okrutną rzeź znajdujących się tam żywiołów polskich, swą bezwzględnością przypominającą sceny z czasów małopolskiej rabacji Jakuba Szeli w czasie powstania krakowskiego 1846 roku. Wtedy polscy chłopi, podpuszczeni przez austriackiego zaborcę, rżnęli polskich ziemian, podejrzewanych o dążenia patriotyczne i niepodległościowe. "Mego dziada piłą rżnęli" - wspominał po latach bohater "Wesela" Stanisława Wyspiańskiego. Moi koledzy z polskiego sierocińca nad Wołgą wspominali z taką samą grozą okrutny los zarówno polskich ziemian, jak i chłopów, zwłaszcza osadników wojskowych, wyrzynanych przez bojówki komunistyczne działające na ich terenie. "Dobry pan - na jeden raz, zły pan - na dwa razy... przecinania żywcem piłą". Była to reakcja na wezwania sowieckich dowódców wyrażone w ulotkach zrzucanych z samolotów. W czasie studiów na Uniwersytecie Moskiewskim czytałem wydany w Mińsku w 1940 roku rosyjski podręcznik historii Polski pióra białoruskiego historyka prof. Piczety, a w nim przytoczony w załączniku apel marszałka Siemiona Timoszenki - we wrześniu 1939 roku dowódcy frontu ukraińskiego. W swym apelu wzywał on owych "jedinokrownych" braci białoruskich i ukraińskich: "Bieritie topory i kosy i rieżtie polskich panow!" (Bierzcie do rąk siekiery i kosy i rżnijcie polskich panów). Więc rżnęli. W miastach i miasteczkach, gdzie istniały duże skupiska ludności żydowskiej, to samo czyniły komunistyczne bojówki złożone z Żydów.
    Moi koledzy z sierocińca zostali wywiezieni wraz z rodzicami w głąb Rosji już podczas pierwszej wywózki przez NKWD Polaków 10 lutego 1940 roku i nie mieli zielonego pojęcia o krwawej czystce etnicznej, podjętej na Wołyniu i Galicji Wschodniej w 1943 roku przez oddziały UPA. Nie ma mowy, by ich relacje odzwierciedlały jakieś inne wydarzenia, oprócz tych, których byli świadkami po 17 września 1939 roku. Niestety, nie ma w Polsce historyków, którzy udokumentowali by wrześniową rzeź Polaków na wzór dokumentalnego dzieła państwa Siemaszków o rzezi Polaków przez UPA. Nie znalazłem wzmianek na ten temat ani w "Najnowszej historii politycznej Polski" Władysława Poboga-Malinowskiego, ani w "Najnowszej historii Polski" prof. Wojciecha Roszkowskiego. Jedynym dokumentem w tej sprawie są wspomnienia mego kolegi z sierocińca, śp. Zdzisława Rataja, w których opisuje on okrucieństwa popełnione przez czerwoną bojówkę białoruską na terenie Polesia, gdzie jego ojciec był leśniczym.

    Są to skutki antypolskiej działalności Kominternu

    Znam te sprawy ze słyszenia i nie wiem, kto przygotowywał organizacyjnie te struktury terrorystyczne, jeśli się zważy, że Komintern, czyli Międzynarodówka Komunistyczna, jeszcze w 1937 roku rozwiązała swoją polską sekcję - Komunistyczną Partię Polski wraz z jej kresowymi organizacjami, czyli Komunistyczną Partią Zachodniej Białorusi oraz Komunistyczną Partią Zachodniej Ukrainy. Ten sam los spotkał też komunistyczną młodzieżówkę, czyli Komunistyczny Związek Młodzieży Polski wraz z komsomołem Zachodniej Białorusi oraz Zachodniej Ukrainy. Być może rozwiązano struktury organizacyjne, ale pozostali wyznawcy tej ideologii, którzy w stosownej chwili podjęli swe krwawe działania? Czytałem w swoim czasie opublikowane na łamach "Z pola walki" przemówienie Grigorija Zinowjewa - na początku lat 20. przewodniczącego Komitetu Wykonawczego Kominternu, później zdymisjonowanego i zgładzonego w stalinowskiej czystce. Mówił on do zebranych w Moskwie działaczy KPP, że bolszewicy przed I wojną światową nie zdawali sobie sprawy z wagi kwestii narodowej. W swym przemówieniu zwracał on uwagę, że w walce z wrogim Moskwie państwem polskim należy kłaść nacisk na konflikty narodowe pomiędzy Polakami a mniejszościami etnicznymi. Jak widać, Stalin zgładził Zinowjewa jako swego rywala w walce o władzę na Kremlu, ale myśl wdrożył w życie.
    Antypolska rabacja trwała przez kilka dni aż do wkroczenia jednostek Armii Czerwonej na dany teren. Od tego momentu zwalczaniem żywiołów polskich zajmowało się NKWD. Tak relacjonowali mi sprawę koledzy z sierocińca. Dziś wiem, że i krasnoarmiejcy również dopuszczali się gwałtów na jeńcach polskich i czasami na polskiej ludności cywilnej. Są to jednak przypadki znacznie lepiej udokumentowane, jeśli mogę przeczytać o nich w podręcznikach. Natomiast o antypolskich pogromach dokonywanych przez ukraińskie, białoruskie i żydowskie bojówki komunistyczne nie ma w znanej mi literaturze historycznej żadnej wzmianki. Nie mamy pojęcia, jak liczne były ofiary tych pogromów.
    Ciekawa rzecz. Wiele razy czytałem w wydawnictwach emigracyjnych wspomnienia Polaków z Kresów, w których z bólem opisywali powitanie wkraczających oddziałów Armii Czerwonej przez ludność białoruską, ukraińską i żydowską. Słyszałem o budowaniu przez miejscową ludność łuków tryumfalnych dla wyzwolicieli. Nigdy jak dotąd nie napotkałem na opisy antypolskich pogromów. Co się stało z ich świadkami? Nie można było opowiadać o takich zbrodniach w czasach PRL. Sam pamiętam strach kolegi z pracy, który jako harcerz brał udział w obronie Grodna przed Sowietami i był świadkiem mordowania przez nich polskich jeńców. W żaden sposób nie mogłem go namówić do spisania przy mej asyście wspomnień z tych wydarzeń dla prasy drugiego obiegu. Od upadku PRL minęło już chwała Bogu kilkanaście lat. Nie rozumiem więc trwającego wciąż milczenia nad tymi trumnami. Czas najwyższy, by IPN zajął się tą sprawą, gdyż świadkowie tych krwawych wydarzeń coraz liczniej zaludniają cmentarze. Za jakiś czas pozostaną w tej sprawie jedynie przysłowiowe "białe plamy" w naszej zbiorowej pamięci narodowej.
    Wątpię też, by można było liczyć na dokumenty w postsowieckich archiwach w Rosji, na Ukrainie lub Białorusi. Krzywdy ludności polskiej nikogo w owym czasie w administracji sowieckiej nie obchodziły, nikt więc ich nie dokumentował. W Związku Sowieckim panowała wtedy antypolska psychoza nakręcana przez Stalina. Wszystko to ustało, dopiero kiedy Hitler napadł na swego dotychczasowego przyjaciela i Stalinowi zaczęło zależeć na dobrych stosunkach z naszymi sojusznikami zachodnimi - z Wielką Brytanią i USA, bez czyich dostaw wojennych Armia Czerwona nie stawiła by czoła niemieckiemu najeźdźcy. Ale i wtedy Stalina nie stać było na samokrytykę w sprawie jego stosunku do Polaków. Bogu ducha winnych polskich więźniów GUŁAG-u zwolniono nie poprzez rehabilitację, lecz jedynie na mocy amnestii. Władze sowieckie nie chciały się przyznać do mordu katyńskiego na polskich oficerach. A gdy po wielu latach Michaił Gorbaczow został zmuszony do przyznania się do popełnienia tej zbrodni przez NKWD, z całym bolszewickim cynizmem wymyślił dla równowagi czarną legendę o mordowaniu przez Polaków tysięcy jeńców rosyjskich po zwycięskiej kampanii 1920 roku. I tę legendę głosiły rosyjskie środki przekazu, co sam obserwowałem w moskiewskiej telewizji. Nasze obecne stosunki z rządzoną przez prezydenta Putina Rosją również nie skłaniają do nadziei, że rosyjscy historycy powiedzą w tej sprawie prawdę. Do tej pory nie dojrzeli oni do uznania sowieckiej, a zatem i rosyjskiej winy w rozpętaniu II wojny światowej poprzez wsparcie hitlerowskiego najazdu na Polskę.

    Antoni Zambrowski

    Zostań donatorem naszych publicystów:
    Jeśli satysfakcjonuje Cię publicystyka Antoniego Zambrowskiego - możesz wesprzeć Naszego Autora datkiem.
    Konto:
    61 1240 1040 1111 0010 0042 5486
    Bank PeKaO SA III O. w Warszawie
    SWIFT/BIC - PKOPPLPW



    Publicystyka Antoniego Zambrowskiego na ASME


    Mamy do czynienia ze obrażonymi zwyciężonymi oraz ze zwycięzcami, którzy nie potrafią udźwignąć swojego zwycięstwa - Łukasz Perzyna o pierwszych powyborczych tygodniach na scenach teatru politycznego Wysłane niedziela, 4, listopada 2007 przez Krzysztof Pawlak

    | Pobierz |







    Mamy do czynienia ze obrażonymi zwyciężonymi oraz ze zwycięzcami, którzy nie potrafią udźwignąć swojego zwycięstwa - Łukasz Perzyna o pierwszych powyborczych tygodniach na scenach teatru politycznego Wysłane niedziela, 4, listopada 2007 przez Krzysztof Pawlak

    "Po tych wyborach miało już być w Polsce poważnie, przynajmniej nie tyle sam wynik, chociaż i on wskazuje jednoznacznie zwycięzcę, co sama frekwencja powinna się do tego przyczynić: bo inny jest mandat parlamentu, jeżeli głosuje 40% ludzi, zupełnie inny, jak w tym roku, kiedy głosuje ponad 55%. Kiedy w trakcie kampanii cytowałem anegdotę o sprostowaniu komunikatu adiutanta austriackiego generała, że »sytuacja jest na pewno beznadziejna, ale nie poważna« - spodziewałem się, że w polskiej polityce komunikat ten okaże się wartością przemijającą. Dzisiaj jak się wydaje, mamy do czynienia z obrażonymi przegranymi i zwycięzcami, którzy nie do końca umieją swoje zwycięstwo udźwignąć. Mamy oto od kilku dni komunikaty medialne, że prezydent Kaczyński - który przecież tych wyborów nie przegrał - jest obrażony na Donalda Tuska. Co ciekawsze, Michał Kamiński podczas celebrowanej mocno konferencji w Kancelarii Prezydenta RP - zastrzegł jednoznacznie, że Prezydent RP pamięta o swoich konstytucyjnych powinnościach i nie zamierza faktu powołania premiera sabotować, ale jest jeden problem: »opinia publiczna«, komentatorzy i analitycy polityczni i pewnie sam Donald Tusk - wszyscy nie pamiętają, O CO się obraził Prezydent Kaczyński. O co więc miałby się obrażać - i za co miałby ten drugi przepraszać?" - zastanawia się Łukasz Perzyna, publicysta "Tygodnika Solidarność" i stały współpracownik naszej witryny ASME, w swym kolejnym TV-felietonie .

    Wiadomo, że w najbliższej przyszłości będzie chodziło o coś, co wymowni Francuzi nazywają "cohabitation" między premierem z PO a prezydentem z poparcia PiS. Widać już pierwsze symptomy przyszłych zgrzytów. Jest to wynik długotrwałego wpływu "młodych i dobrze zapowiadających się" tzw. spin-doktorków z otoczenia Prezydenta RP, którzy nadal "dobrze się bawią", choć wciągnęli w pułapkę medialną swego patrona. Dla Joachima Brudzińskiego, odpowiedzialnego za politykę medialną PiS, nie ma takiego problemu. Jego patron ma do niego zaufanie.
    Obóz zwycięskiej i za niedługą chwilę władzy PO staje przed problemem, czy zwycięstwo ograniczy się do "fruktów", czyli dzielenia stanowisk pomiędzy koalicjantów "liberalno"-ludowych, co wróżyłoby zaledwie administrowanie krajem, czy będzie chodziło o rzeczywiste rozpoczęcie "ery PO" w Polsce. Wynik wyborczy wydaje się być znakomitym wstępem do tego projektu. PO osiągnęła znacznie lepszy wynik niż w 2001 roku tow. Leszek Mueller (pisownia europejska nazwiska - ASME) na czele z post(?)komunistami z SLD. PO połączyła przynajmniej kilka elektoratów: ludzi stawiających na liberalizację gospodarki, stawiających na swobodę prowadzenia działalności gospodarczej, przeciwników stylu rządzenia reprezentowanego przez Braci Kaczyńskich i PiS, oraz tych, którzy w przedwyborczym marketingu PO dostrzegli nową jakość na przyszłość. Jednak jest pewien problem w tworzącej się nowej koalicji: były premier Pawlak ma być odpowiedzialny za "dialog społeczny", polityk, który zasłynął już jako "wielki niemowa", o którego trudnościach w kontakcie z wyborcami i innymi politykami powstały już anegdoty - ten wybór nie wydaje się dobrze wróżyć na przyszłość...

    Nagranie trwa prawie 13 minut, jest dostępne w Sieci do 18 XI 2007 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




    Basescu: "Powtórzę referendum, jeśli nie zostanie uznane za ważne" Wysłane niedziela, 4, listopada 2007 przez Krzysztof Pawlak

    Prezydent Rumunii Traian Basescu w wywiadzie telewizyjnym, 1 listopada, wyjaśnił powody, które skłoniły go do żądania referendum w sprawie jednomandatowych okręgów wyborczych w tym samym czasie, w którym odbędą się wybory do Parlamentu Europejskiego. Prezydent zapowiedział też, ze gdyby referendum miało okazać się nieważne (z powodu braku quorum), wówczas będzie się domagał powtórzenia głosowania.

    "Zarządzę referendum ponownie. Zapowiadam też, że w roku 2008 odbędą się następne referenda, ponieważ jest szereg problemów, w których konieczne jest poznanie stanowiska Rumunów" - powiedział Basescu.
    Prezydent dodał, że zorganizowanie referendum tego samego dnia, w którym odbywać się będą wybory do PE, będzie dowodem na to, że rząd jest w stanie oszczędzać na wydatkach, a także dodatkowym elementem zachęcającym Rumunów do wzięcia udziału w głosowaniu. Będzie też elementem mobilizacji dla ludzi popierających partie polityczne wspierające Prezydenta.
    Zdaniem Basescu, referendum o jednomandatowe okręgi wyborcze stanowi wielką okazję dla reformy całej klasy politycznej, w kontekście europejskim.
    W referendum w dniu 25 listopada Rumuni odpowiedzą na pytanie czy wolą głosować na listy partyjne, czy też na konkretne osoby w jednomandatowych okręgach wyborczych.
    Tymczasem, według Radia France International, minister Spraw Wewnętrznych Cristian David zapowiedział, że głosowanie nad kandydatami do Parlamentu Europejskiego i głosowanie w referendum odbędą się tego samego dnia, ale w różnych miejscach. Minister wyjaśniał, że powodem jego decyzji są względy logistyczne: w obu głosowaniach obowiązują różne systemy rejestracji wyników. Kieruje nim pragnienie uniknięcia okazji do fałszowania wyników.
    Warto dodać, że decyzja Ministra jest sprzeczna z tym, czego domaga się Prezydent: Basescu chce, żeby oba głosowania odbywały się w tym samym miejscu.

    Informacje za HotNews.ro z 2 listopada 2007

    Jerzy Przystawa

  • Prof. Jerzy Przystawa był w kadencji 1990 - 1998 radnym rady miejskiej Wrocławia, startował w wyborach do Senatu Rzeczypospolitej Polskiej przeprowadzonych w dniu 21 września 1997 r.
    Od kilkunastu lat jest jednym z liderów Ruchu Obywatelskiego na rzecz JOW.

    Publicystyka prof. Jerzego Przystawy na ASME.


    Witryna ASME Antysocjalistycznego Mazowsza jest najstarszym serwisem w Sieci - oprócz witryny tematycznej JOW - propagującym ideę JOW

    Pierwsze demonstracje obłudy - Krzysztof Mazur Wysłane piątek, 2, listopada 2007 przez Krzysztof Pawlak

    Jeszcze nowo wybrani posłowie nie otrzymali zaświadczeń od sędziego Ferdynanda Rymarza (czternasty rok w PKW), jeszcze nie powstał nowy rząd, a już mamy pierwsze materializacje tych obaw, które zwolennikom prawicy i wolnego rynku kazały z dystansem podchodzić do "nowej nadziei", uosabianej przez Tuska i jego towarzyszy partyjnych.

    Przy okazji "spowiedzi" Michała Boniego można zauważyć, że ewolucja stosowanych chwytów socjotechnicznych jest bardzo dynamiczna, gdyż to co powiedział i jak to zrobił Boni, było twórczym połączeniem tradycyjnego już zestawu tłumaczeń ujawnionych agentów, z rzewnym spektaklem, który w wersji mocno przerysowanej zaprezentowała niedawno pani Sawicka, nb. była posłanka PO. Co do Boniego, to sprawa jest tak jasna, że liczne komentarze usprawiedliwiające jego zachowanie świadczyć mogą jedynie, jakiemu skundleniu uległa debata publiczna i jaki poziom bezczelności prezentują politycy, którzy w niedawnych wyborach otrzymali po kilkadziesiąt, a nawet kilkaset tysięcy głosów poparcia. Okazuje się, że Michał Boni był człowiekiem, który chciał mieć i żonę, i kochankę, a obok tego chciał również działać w opozycji, spotykając się równolegle z funkcjonariuszami SB. Później chciał być ministrem, ale wstydził się przyznać do niechlubnej przeszłości i wstydził się tak aż przez siedemnaście lat, a przezwyciężyć ten wstyd pomogła mu dopiero propozycja objęcia wysokiego państwowego stołka. Boni jest z wykształcenia kulturoznawcą, co zapewne spowodowało, że już w rządzie Mazowieckiego został wiceministrem od pracy, w rządzie Bieleckiego ministrem pracy, a w rządzie Buzka - szefem gabinetu politycznego ministra pracy. Już to wskazuje, że jest człowiekiem niezastąpionym, perełką gabinetów i narzędziem mającym sprawić, że będzie się żyło lepiej. Wszystkim. A co z tymi, którzy dotychczas twierdzili, że Boni - jak wielu mu podobnych - padł ofiarą "ludzi chorych z nienawiści"? Odpowiedź można znaleźć w "GW", która piórem Marka Beylina wzywa, aby podobnego wsparcia, jak to, które otrzymał Boni, udzielić wszystkim "zaszczuwanym przez lustrację", gdyż "przed Bonim wiele osób zostało pomówionych o współpracę z SB". Problem tylko w tym, że jak napisano powyżej, Boniego nie zaszczuła lustracja - tylko propozycja wysokiego stołka, bo gdyby nie taka propozycja, to jest pewne, że do publicznej spowiedzi nie doszłoby nigdy, a po drugie: skoro "pomówiony" Boni po kilkunastu latach w końcu przyznał, że jego współpraca z SB to nie tylko dwie esbeckie fiszki, to może i pozostali "pomówieni o współpracę" mają jednak coś do opowiedzenia, tylko na razie nie dostali wystarczająco zachęcającej propozycji ministerialnej posady?
    Mamy więc już pierwsze przykłady "bombardowania miłością", jest też coraz więcej sygnałów świadczących o charakterze i kierunku liberalnych reform, które obiecywali zwycięzcy wyborów. Mówi się w związku z tym o zniesieniu abonamentu radiowo-telewizyjnego, ale nikt nie powiedział o prywatyzacji telewizji publicznej. Zapowiadana jest też wielka reforma ustawy o podatku VAT, ale stawki oczywiście mają pozostać na tym samym poziomie. Z kolei "GW" na pierwszej stronie wielkimi literami informuje, że "Prąd wolny, ale za to dużo droższy". Związek przyczynowo-skutkowy został więc już zasugerowany, co oznacza, że "wolny prąd" równa się wolny rynek, a ten z kolei równa się drożyźnie. A przecież nie powiedziano, czy znosząc abonament telewizyjny, nowa koalicja nie zastąpi go nowym podatkiem akcyzowym, płaconym z rachunkami za prąd, wszak takie propozycje były niedawno całkiem serio przedstawiane? Jak doskonale pamiętamy, najtrwalszym skutkiem rządów Kongresu Liberalno-Demokratycznego było uczulenie społeczeństwa na przymiotnik "liberalny" i sprowadzenie wolnego rynku do mechanizmów tworzących zasadniczą treść ustrojową "III RP". Większe bezrobocie nam już pewnie nie grozi, raczej zaczyna brakować rąk do pracy, ale w temacie drożyzny jeszcze wiele pozostało do osiągnięcia. Tak to już jest, że jak taniej odwaga (vide "spowiedź" Boniego) - zaczynają drożeć artykuły z koszyka dóbr i usług konsumpcyjnych.

    Krzysztof Mazur

    Publicystyka Krzysztofa Mazura na ASME


    Gra w JOW - prof. Jerzy Przystawa Wysłane środa, 31, października 2007 przez Krzysztof Pawlak

    Oświadczenie Ludwika Dorna, iż PiS gotów jest porozumieć się z Platformą w sprawie takiej korekty Konstytucji, żeby umożliwić wprowadzenie jednomandatowych okręgów wyborczych (JOW) w wyborach do Sejmu, oznacza, że "gra w JOW" weszła w nową fazę. Stało się jasne, że dalsze udawanie, iż sprawy nie ma, że propozycja JOW nie istnieje, że dalsze zamilczanie tematu i nie dopuszczanie go do publicznego dyskursu - już pożytku nie przynosi i trzeba się z tym tematem, nolens-volens, zmierzyć. Za trzy tygodnie odbędzie się w Rumunii narodowe referendum w tej sprawie i można z prawdopodobieństwem bliskim "1" przewidzieć, że Prezydent Traian Basescu to referendum wygra, a więc - że następne wybory parlamentarne w Rumunii odbędą się już w jednomandatowych okręgach wyborczych. Ponieważ taki wynik będzie oznaczał kolejną kompromitację obecnej rumuńskiej klasy politycznej i parlamentu (przypominam, że w majowym referendum Traian Basescu wygrał z parlamentem walkę o swoją prezydenturę stosunkiem głosów 3 do 1), więc nieuniknione będą przedterminowe wybory parlamentarne. Jakby się dyktatorzy i cenzorzy polskich mediów nie starali, wypadków tych ukryć się nie da, znaczenie i pozycja Rumunii w Unii Europejskiej wzrośnie, w przeciwieństwie do Polski, bez względu na nasze historyczne zasługi w powalaniu komunizmu na kolana. Taka bowiem jest natura ludzka, że tych, którzy potrafią się postawić i cenią swoją wartość - inni szanują, a usłużnymi lokajami się gardzi, bez względu na to, jak bardzo są użyteczni.

    Wieloletnie, systematyczne i solidarne, eliminowanie tematu JOW z dyskursu publicznego znacznie opóźniło naprawę ustroju państwa, ale sprawa się rozeszła i dotarła do świadomości wielu Polaków. Polacy dowiedzieli się już, że istnieje sensowna alternatywa dla szkodliwego i korupcjogennego systemu wyborczego, z jakim mają od 18 lat do czynienia, że jest to alternatywa prosta i zrozumiała, a na dodatek, że proponujemy im system wyborczy, który od ponad dwustu lat z powodzeniem stosują u siebie Anglicy, Amerykanie i Kanadyjczycy. Jakby się rodzimi oficerowie "frontu ideologicznego" nie starali, jakby nie były przykre historyczne doświadczenia "przyjaźni polsko-amerykańskiej" czy polsko-angielskiej" - nasi Rodacy, w swojej masie, pozostali anglo- i amerykofilami, i trudno im wmówić, że coś, co w Anglii czy Ameryce sprawdza się i dobrze działa, to w Polsce będzie akurat odwrotnie. Na nic się też nie przydały sofistyczne wygibasy wynajętych politruków, którzy usiłowali nas przekonać, że system JOW to system jaskrawej niesprawiedliwości (bo winner takes all - zwycięzca bierze wszystko), że "nie ma nic wspólnego z demokracją", że wygrają w nim "same Stokłosy", że system morduje małe partie polityczne, że grozi nam horrendalne zjawisko strasznego gerrymanderizmu, że wreszcie polskie społeczeństwo jest niedojrzałe i nie potrafi wybierać, jeśli nie podpowiedzą nam kogo wybrać światłe autorytety i liderzy partii politycznych.
    Wygląda więc na to, że polska klasa polityczna zdała już sobie sprawę z tego, że jednomandatowych okręgów wyborczych uniknąć się nie da, że można tylko grać na zwłokę, a także sprytnie manipulować terminem JOW, wykorzystując znikomą wiedzę, jaką Polacy mają o systemach wyborczych w innych krajach i skutkach ich działania. JOW mają bowiem nie tylko Amerykanie i Anglicy, ale i Francuzi, JOW są w Korei Północnej, były nawet w Rosji i na Ukrainie, są w Niemczech i w Australii. Wszędzie tam znaczą coś innego, jest więc w czym wybierać. Ruch Obywatelski na rzecz JOW od lat proponuje brytyjski system First-Past-The-Post, czyli "zwycięzca bierze wszystko", w małych okręgach wyborczych. Inaczej jest we Francji, jeszcze inaczej w Australii, nie mówiąc już o Korei Północnej, gdzie wprawdzie są okręgi jednomandatowe, ale kandydatów na posłów ma prawo wystawiać tylko partia - jedna i jedyna partia komunistyczna. W manipulacji pojęciem JOW spore doświadczenie ma już Prawo i Sprawiedliwość, ponieważ był już w Sejmie zgłoszony projekt tej partii, gdzie były okręgi jednomandatowe jak najbardziej, ale w efekcie była to propozycja jeszcze głębszego upartyjnienia państwa niż to ma miejsce obecnie. Można się także uczyć od Rumunów, gdzie partie polityczne próbowały różnych sposobów na "wykiwanie" swojego prezydenta! Ostatni projekt wysunięty w rumuńskim parlamencie (jeszcze tydzień temu!) przewidywał JOW z progiem 5%!!!
    Gra w JOW będzie się teraz w Polsce toczyć dwukierunkowo: z jednej strony kontynuowana będzie dotychczasowa gra na zwłokę: opóźnić, odsunąć jak najdalej tę koszmarną perspektywę, że wyborcy mogliby rzeczywiście decydować o tym, kto wejdzie do Sejmu! Z drugiej strony będzie trwała manipulacja znaczeniem terminu "jednomandatowe okręgi wyborcze" tak, aby partie miały jak największe przywileje i wpływ na wynik wyborów. Walka więc teraz toczyć się będzie nie o to, czy wprowadzić JOW w wyborach do Sejmu, tylko: jakie to będą JOW? Brytyjskie, australijskie, francuskie czy jeszcze jakieś inne? Po niemiecku - w połowie, po japońsku - w dwóch trzecich czy po włosku - w trzech czwartych?

    Jakie musi być zasadnicze kryterium oceny jakości proponowanej ordynacji wyborczej?

    Dla Polski konieczna jest taka ordynacja, która odbierze partiom politycznym wszelkie przywileje i zminimalizuje ich wpływ na wynik wyborów, a obywatelom stworzy największe możliwości kontrolowania władzy. I pod tym kątem powinniśmy patrzeć na wszystkie propozycje, jakie będą zgłaszane i wysuwane.

    Kryterium to najlepiej spełnia najstarszy, najlepiej sprawdzony brytyjski system wyborczy: małe okręgi jednomandatowe, wybory w jednej turze, kandydować może każdy, kto zbierze 10 podpisów wyborców z jego okręgu i wpłaci nie wielką kaucję, np. 2000 złotych. Wydaje się, że świetnie rozumie to Prezydent Rumunii i wkrótce da nam przykład, że wprowadzenie takiego samego jest całkowicie realne. Za taką racją stoi dwustuletnie doświadczenie Brytyjczyków i Kanadyjczyków. Te przykłady wystarczą, żeby przekonać większość Polaków. Trzeba tylko doprowadzić do tego, żeby partyjna "gra w JOW" zamieniła się w grę o JOW, którą najlepiej rozstrzygnie referendum narodowe.

    Jerzy Przystawa

  • Prof. Jerzy Przystawa był w kadencji 1990 - 1998 radnym rady miejskiej Wrocławia, startował w wyborach do Senatu Rzeczypospolitej Polskiej przeprowadzonych w dniu 21 września 1997 r.
    Od kilkunastu lat jest jednym z liderów Ruchu Obywatelskiego na rzecz JOW.

    Publicystyka prof. Jerzego Przystawy na ASME.


    Witryna ASME Antysocjalistycznego Mazowsza jest najstarszym serwisem w Sieci - oprócz witryny tematycznej JOW - propagującym ideę JOW

    Stalinowski Holokaust Polaków - Antoni Zambrowski Wysłane niedziela, 28, października 2007 przez Krzysztof Pawlak

    W sierpniu br. powinniśmy obchodzić 70. rocznicę stalinowskiego ludobójstwa polskiej mniejszości narodowej na terenach Związku Sowieckiego. Paradoksalnie wiadomo w Polsce na ten temat mniej niż o sztucznym, stalinowskim głodzie na Ukrainie w roku 1932. Tymczasem ów głód pochłonął pewną (dziś chyba nie do ustalenia) liczbę chłopów narodowości polskiej na terenie sowieckiej Ukrainy, ale jej nie da się porównać do liczby ofiar ludobójstwa NKWD w przysłowiowym już dziś roku 1937. Stanowił on szczyt liczbowy krwawej czystki, trwającej od 1 grudnia 1934 roku, czyli od zamachu na pierwszego sekretarza leningradzkiej organizacji bolszewickiej Siergieja Kirowa, a zakończonej dymisją szefa NKWD Nikołaja Jeżowa i zastąpieniem go przez jego zastępcę i rywala Berię. W ten sposób Stalin - jako pomysłodawca i faktyczny sprawca tej krwawej łaźni aparatu sowieckiego zwalił na Jeżowa odpowiedzialność za masowe ludobójstwo, którego świadkiem było całe społeczeństwo sowieckie.

    Strach być Polakiem


    Świat słyszał o procesach pokazowych dawnych przywódców sowieckich skłóconych ze Stalinem, jak Lew Kamieniew, Grigorij Zinowjew oraz Nikołaj Bucharin lub o zamordowaniu dowódców sowieckich, jak marszałkowie Tuchaczewski, Jegorow oraz Blucher. Komuniści polscy przeżyli jako wielki swój dramat rozwiązanie polskiej sekcji Kominternu, czyli Międzynarodówki Komunistycznej i rozstrzelanie lub uwięzienie jej przywódców. Natomiast mało się wie o masowej rzezi zwykłych sowieckich obywateli, zwłaszcza ludziach obydwu płci narażonych na represje NKWD za sam fakt posiadania w dowodzie osobistym zapisu w rubryce piątej o narodowości polskiej. By uprzytomnić grozę położenia każdego Polaka w owym czasie, przytoczę świadectwo osoby postronnej, bo Nikity Chruszczowa. Był on w owym czasie członkiem stalinowskiej ekipy jako sekretarz organizacji moskiewskiej WKP(b) i zapewne sam miał na ręku krew niezliczonych Polaków zamieszkałych na swe nieszczęście w sowieckiej stolicy. W czasach po XXII zjeździe KPZR opowiadał on o chwilach grozy, jakie sam przeżył, gdy Jeżow opowiedział Stalinowi, iż jego pupil Nikita Chruszczow jest naprawdę nie Rosjaninem, lecz Polakiem i jego prawdziwe nazwisko brzmi Chruszczowski. Zagadnięty przez Stalina w tej sprawie, Chruszczow zaprzeczył, tłumacząc, iż pochodzi z położonej w obwodzie kurskim wsi Kalinowka i został ochrzczony w cerkwi prawosławnej. Przy najbliższej sposobności sam Jeżow potwierdził wersję Chruszczowa, tłumacząc się, iż wypowiedział swe rewelacje pod wpływem alkoholu. Mianowany przez Stalina na superkata Jeżow przeżywał przy wykonywaniu swych krwawych funkcji straszliwe przeciążenia nerwowe, które topił w alkoholu. Opowieść Chruszczowa powinna uprzytomnić nam katusze, jakie przeżywali nasi rodacy na sowieckiej ziemi. Jeśli po 20 latach przywódca sowiecki wciąż pamiętał swój strach spowodowany oskarżeniem o bycie Polakiem, jak mieli się czuć prawdziwi Polacy w owym czasie ?!

    Likwidacja polskich okręgów autonomicznych

    Ofiarą stalinowskich represji skierowanych pod adresem sowieckich Polaków padli w pierwszy rzędzie polscy mieszkańcy dwóch przygranicznych okręgów autonomicznych na Mińszczyźnie w Białorusi i Podolu na Ukrainie. Nosiły one w swej nazwie imiona dwóch wybitnych polskich komunistów Feliksa Dzierżyńskiego oraz Juliana Marchlewskiego. Powołano je po przegranej w 1920 roku z Polską wojnie, gdyż szef polskiej misji rządowej na rokowaniach pokojowych w Rydze, prof. Stanisław Grabski z lekkim sercem zrezygnował z roszczeń terytorialnych wobec Mińszczyzny i Żytomierszczyzny, zamieszkałych w większości przez ludność polską (Uczynił tak, gdyż hołdował endeckim mrzonkom o spolonizowaniu miejscowych żywiołów białoruskich i ukraińskich na polskich Kresach Wschodnich. Nie chciał więc dodatkowych zdobyczy terytorialnych, przyczyniających się do pomnożenia żywiołów wschodniosłowiańskich na terenach państwa polskiego). Bolszewicy postanowili zorganizować tam polskie okręgi autonomiczne z polską oświatą i polskim językiem urzędowym, traktowane jako kuźnia kadr dla przyszłej Polskiej Republiki Rad. Niestety, dalsze lata funkcjonowania tych okręgów zrodziły obawy, iż ludność polska na terenach przygranicznych jako klerykalna i nacjonalistyczna będzie raczej oparciem dla antysowieckich akcji władz polskich. Wobec tego Stalin zarządził likwidację tych okręgów, zaś ich ludność wysiedlono do Kazachstanu, gdzie przebywa do dnia dzisiejszego. Niewykluczone, że wielu polskich mieszkańców tzw. Dzierżyńszczyzny spoczywa w tajnych grobach w lesie w Kuropatach pod Mińskiem. Te miejsce spoczynku tysięcy ofiar stalinowskiego terroru odkrył i nagłośnił znany białoruski działacz niepodległościowy Zianon Poźniak, ale prezydent Łukaszenka uniemożliwia badania archeologiczne celem wyjaśnienia sprawy.

    Wymyślona przez NKWD Polska Organizacja Wojskowa

    Polskim ofiarom NKWD w czasie jeżowszczyzny zarzucano działalność na rzecz POW (Polskiej Organizacji Wojskowej), czyli organizacji istniejącej w czasie walk o niepodległość Polski. Oczywiście w owym czasie - po podpisaniu polsko-sowieckiego paktu o nieagresji żadnej takiej organizacji, prowadzonej przez polskie służby specjalne, nie było. Skąd takie antypolskie urojenia w chorym mózgu Stalina - trudno orzec. Czytałem niegdyś w rosyjskim piśmie emigracyjnym "Kontynent" takie przypuszczenia, iż polscy komuniści posiedli pewną wiedzę o współpracy Stalina z carską Ochraną, więc postanowił ich wytracić, nim wykorzystają tę wiedzę przeciwko niemu. Potwierdzeniem tej sugestii była okoliczność, iż pierwsze represje wobec polskich komunistów rozpoczęły się w Charkowie - ówczesnej stolicy Ukrainy Sowieckiej. W charkowskich archiwach carskiej ochrany znaleziono ponoć teczki z raportami Stalina dla Ochrany. Wtajemniczonym w te rewelacje był ponoć I sekretarz KC partii bolszewickiej na Ukrainie Stanisław Kosior - polski górnik z Donbassu, szef kijowskiego okręgu wojskowego, gen. Jona Jakir oraz marszałek Michaił Tuchaczewski. Wszyscy oni padli ofiarą czystki.
    Wersja ta nie wyjaśnia jednak kwestii, dlaczego właśnie Polacy stali się pierwszą etniczną ofiarą stalinowskich represji. Aresztowano wtedy w ciągu kilku miesięcy 1937 roku ponad 150 tys. Polaków oraz pewną liczbę pochodzących z Polski Żydów, Ukraińców i Białorusinów. Większość zatrzymanych Polaków zginęła od kuli w potylicę. Byli to w większości ludzie osiedleni od pokoleń na terenie państwa rosyjskiego - potomkowie zesłańców lub wędrowców za chlebem. Pozbawieni bliższej rodziny w kraju, nie odważyli się w stosownej chwili repatriować się do niepodległej Polski bez zapewnionego dachu nad głową i pracy, toteż bez żadnego wpływu na wybór swego losu padli ofiarą nieoczekiwanego polowania NKWD na Polaków.
    Oprócz tego przebywała w ZSRR spora liczba polskich komunistów, kryjących się przed wyrokami polskich sądów. Nieopatrznie wybrali schronienie w Sowietach, więc trafili niespodziewanie dla siebie do znacznie gorszych lochów NKWD. Nie mieli oni do czynienia, jak w niepodległej Rzeczypospolitej, z normalną rozprawą przed niezawisłym sądem w obecności legalnego obrońcy, lecz z zaocznym wyrokiem tzw. OSO, czyli trójki złożonej z NKWD-zistów oraz prokuratora, rozpatrujących sprawę w trybie błyskawicznym na podstawie samych akt śledztwa.
    Wśród bardziej znanych ofiar stalinowskiego terroru warto wymienić wybitnego polskiego poetę Brunona Jasieńskiego (autora kontrowersyjnego poematu o Jakubie Szeli oraz głośnej wskutek międzynarodowego skandalu powieści "Palę Paryż"), dwóch partyjnych poetów pomniejszego lotu - Stanisława Ryszarda Standego oraz Witolda Wandurskiego, znanego partyjnego intelektualistę Jana Hempla opisanego przez Władysława Broniewskiego w głośnym wierszu "Rozmowa z Janem" o wielkich piecach w Magnitogorsku. Zginęli w czystce ludzie dla Stalina zupełnie niegroźni, jak odsunięci od działalności politycznej komunistyczni weterani - staruszek Adolf Warski-Warszawski lub schorowana Maria Koszutska, znana lepiej jako Wera Kostrzewa. Gniew Stalina nie oszczędził nawet jego własnego szwagra Stanisława Redensa - zasłużonego oprawcę z NKWD. W większości ofiarami tego polowania byli Bogu ducha winni ludzie z zapisem "Polak" w dowodzie.
    Czystka 1937 roku ogarnęła mniej więcej dwa miliony ofiar, ale Polacy stanowili wśród nich najliczniejszą kategorię etniczną. Dlatego śmiało można potraktować polskie ofiary "jeżowszczyzny" jako ofiary celowego, antypolskiego ludobójstwa.

    Polacy i później wielokrotnie padali ofiarą stalinowskiego gniewu - we wrześniu 1939 roku podczas wkroczenia Armii Czerwonej na Kresy, w ramach deportacji żywiołów polskich w latach 1940-41, katyńskiej masakry polskich oficerów oraz wskutek represji NKWD podczas następnego sowieckiego "wyzwalania". Nie możemy jednak zapominać o naszych rodakach na terenie Związku Sowieckiego, którzy pierwsi padli ofiarą stalinowskich represji.

    Antoni Zambrowski

    Zostań donatorem naszych publicystów:
    Jeśli satysfakcjonuje Cię publicystyka Antoniego Zambrowskiego - możesz wesprzeć Naszego Autora datkiem.
    Konto:
    61 1240 1040 1111 0010 0042 5486
    Bank PeKaO SA III O. w Warszawie
    SWIFT/BIC - PKOPPLPW



    Publicystyka Antoniego Zambrowskiego na ASME


    Donald Tusk powoli zaczyna przejmować w polskiej polityce rolę głównego stratega, którą przez ostatnie dwa lata niepodzielnie sprawował Jarosław Kaczyński - Łukasz Perzyna o wynikach wyborczego pojedynku Wysłane czwartek, 25, października 2007 przez Krzysztof Pawlak

    | Pobierz |






    Donald Tusk powoli zaczyna przejmować w polskiej polityce rolę głównego stratega, którą przez ostatnie dwa lata niepodzielnie sprawował Jarosław Kaczyński - Łukasz Perzyna o wynikach wyborczego pojedynku Wysłane czwartek, 25, października 2007 przez Krzysztof Pawlak

    "W polskiej polityce, w komentowaniu jej i ocenianiu należy unikać patosu, bo nie ma w niej walki na śmierć i życie, poza tą marketingową, opartą na chwytach typowo kampanijnych - bo przecież ścierają się dawni koledzy, niedawni koledzy czy jeszcze dawniejsi koledzy z »Solidarności« po jednej stronie, a po drugiej: koledzy z PZPR, komunistycznych organizacji młodzieżowych. Choć obecność takich osobistości jak jedna z legend z Sierpnia '80 i późniejszej opozycji antykomunistycznej Bogdana Lisa na listach LiD-u czy nieudany atak na mandat sejmowy Jana Lityńskiego w tych samych barwach wskazują, że przemieszało się wszystko i do końca. To nie tylko niedoszła koalicja PO-PiS może być odbierana jako spór w rodzinie przez mniej zorientowaną część elektoratu, ale generalnie polscy politycy wydają się tworzyć taką jedną wielką rodzinę dbającą o swoje interesy, czego może dowodzić niechęć do wyborów jednomandatowych. Dzisiaj rozmawiałem z Maciejem Płażyńskim, spytałem Go o reperkusje frekwencji rekordowej w wyborach do sejmu - dla legitymizacji mandatu, czy wzmacnia go ona... Oczywiście, że tak, ale nie w równym stopniu!" - Łukasz Perzyna, publicysta "Tygodnika Solidarność" i stały współpracownik naszej witryny ASME, analizuje wynik wyborów parlamentarnych sprzed kilku dni.

    Jeden poseł zyskuje 100.000 głosów, drugi - pociągnięty przez "lokomotywy wyborcze" - zyskuje kilkaset głosów. Jednym słowem: w daremnym oczekiwaniu na abdykację klasy politycznej z takich swoich przywilejów jak immunitety, diety, dotacje, subwencje partyjne, systemu ordynacji proporcjonalnej pozwalającej się dostawać nieznanym ludziom do parlamentu - w oczekiwaniu na radykalną zmianę, która pewnie nie nastąpi w tej kadencji - wypada się cieszyć z wysokiej frekwencji. Tyle że ci, którzy najwięcej o tym mówili w szalenie atrakcyjnych dla przedstawicieli mediów konferencjach z doskonałym kateringiem, w drogich wnętrzach hotelowych - należą do tej właśnie najbardziej ograniczonej kasty polityczno-medialnej. Wynik tych wyborów jest ich porażką, w sensie frekwencyjnym, gdyż myśleli, że do urny pójdzie ten sam "stan wyborczy", który decydował jak dotąd o wyborze "władzy" w Polsce. Wzrost chęci decydowania o swoich reprezentantach w parlamencie był widoczny jednak wśród tych, którzy przypisują swoje powodzenie życiowe własnym działaniom, a nie zaklęciom polityków.
    Jarosław Kaczyński popełnił główny błąd, polegając na podszeptom swoich mało umiejętnych "spin-doktorów", szykując się jednak do debaty telewizyjnej Tusk - Kaczyński. Gdyby jej uniknął, może straciłby 2, może nawet 3 procent, ale dowiózłby przewagę PiS do końca kampanii. Wielkim zwycięzcą tego wyborczego wyścigu okazał się Donald Tusk, ale - nie Platforma Obywatelska. Jan Maria Władysław Rokita, w końcu znaczący członek PO, przestał być widoczny, raczej już nie jako "wielki nieobecny", tylko "mały nieobecny", w końcu desygnował swoją żonę do PiS... Podobnie jak Jarosław Gowin, który w Krakowie przegrał z radykałem, bo nie konserwatystą - Zbigniewem Ziobro. Tusk potraktował tę kampanię jako przygrywkę do wyborów prezydenckich i wygrał swoich konkurentów w PO. Jedyne, co może uniemożliwić sprawowanie władzy Donaldowi Tuskowi przez pełną, czteroletnią kadencję, to perspektywa wyborów prezydenckich w 2010 roku...

    Nagranie trwa prawie 13 minut, jest dostępne w Sieci do 8 XI 2007 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




    Zwycięstwo Platformy Obywatelskiej zostanie pobłogosławione przez takie środowiska, o których nie tylko "Teologom", ale i "Filozofom" się nie śniło - Stanisław Michalkiewicz w pierwszych refleksjach powyborczych Wysłane środa, 24, października 2007 przez Krzysztof Pawlak

    | Pobierz |







    Zwycięstwo Platformy Obywatelskiej zostanie pobłogosławione przez takie środowiska, o których nie tylko "Teologom", ale i "Filozofom" się nie śniło - Stanisław Michalkiewicz w pierwszych refleksjach powyborczych Wysłane środa, 24, października 2007 przez Krzysztof Pawlak

    "Proszę Państwa - jesteśmy już »po harapie«, czyli po wyborach, no i można się pokusić o pierwsze podsumowanie. Oczywiście wypada przyznać rację panu prezydentowi Kwaśniewskiemu, choć przyzwyczaił on nas do tego, że nigdy nie wiadomo, kiedy mówi na serio, to jednak tym razem mówi jedna serio, że jest to »koniec IV Rzeczypospolitej«, cokolwiek to nie miałoby oznaczać. Oznacza to też jednak, że prawdziwym zwycięzcą, czyli tym, który skonsumuje sukces Platformy Obywatelskiej, będą środowiska polityczne, biznesowe, towarzyskie, których eksponentem nie jest PO, tylko Lewica i Demokraci. To jest prawdziwy zwycięzca tych wyborów, w związku z tym nie jest wykluczone, że sukces PO ma charakter etapu z pewnego punktu widzenia, etapu, który ma umożliwić powrót na scenę środowisku LiD, które za cztery lata, a może i wcześniej będą korzystać z tego samego, a może i nawet większego wsparcia, z jakiego korzystała Platforma w tych wyborach czy w czasie minionego okresu dwóch lat" - Stanisław Michalkiewicz, jeden z najlepszych prawicowych publicystów i stały współpracownik naszej witryny ASME, analizuje zwycięstwo Platformy Obywatelskiej w ledwo minionych wyborach

    To wsparcie będzie pochodziło ze strony mediów, pozostających pod kontrolą razwiedki, która zostanie odbudowana po tych lekkich stratach, jakie poniosła w wyniku likwidacji WSI przez rząd Jarosław Kaczyńskiego i innych jego działań. Odbudowana razwiedka oczywiście zadba też o zaplecze finansowe, bo to było podstawą umowy zawartej w Magdalence w 1989 roku i później przy tzw. okrągłym stole. Lewica i Demokraci nie tylko będą wzmocnieni przez razwiedkę, ale także – wsparciem bratnich partii socjaldemokratycznych i socjalistycznych, bo przecież w przyszłej UE nie będzie można pozwolić na pozostawienie nieujednoliconego "frontu demokratycznego", w Imperium wszystko musi być na jednakie kopyto.
    Na co zatem głosowali ci, którzy głosowali na Platformę Obywatelską? Program rządu przecież nie istnieje – będzie dopiero ustalany w trakcie "rozmów koalicyjnych" z PSL, a z nim platformersi różnią się w wielu istotnych kwestiach. Co sądzić w takim razie o tych wyborcach? To są zwyczajni durnie! - wyjaśnia Stanisław Michalkiewicz.
    Z wygranej Platformy cieszy się oczywiście "zagranica". Kanclerzyna Anielica Merkel następnego dnia w towarzystwie innych członków swego rządu uświetniła swoją osobą zjazd Związku Wypędzonych z panią Steinbach, która zdaje się staję się "ukochaną duszeńką" tamtejszych rządów... To pokazuje, w jakim kierunku zmierzamy, podobnie jak ostentacyjna rezygnacja w przyszłej polityce zagranicznej RP, póki ona jeszcze będzie istniała, z opcji amerykańskiej na rzecz opcji europejskiej, czemu dał wyraz pan Bronisław Komorowski - bo wygrało te wybory Towarzystwo Przyjaźniej Polsko-Niemieckiej, a przegrało Towarzystwo Przyjaźnie Polsko-Izraelskiej.
    Inna rzecz, że dotąd nie wiedzieliśmy, w jaki sposób USA nas traktuje: jako kraj sprzymierzony czy jako kraj podbity, bo tylko na kraj podbity nakłada się kontrybucje, a tak można było traktować poparcie rządu amerykańskiego dla żądań żydowskiego Przemysłu Holokaustu...
    Doradcą ds. polityki zagranicznej Donalda Tuska ma być pan Władysław Bartoszewski, co oczywiście wróży polskiej polityce zagranicznej jak najgorzej, bo pan Bartoszewski jest "człowiekiem kulturalnym". Tzn., że gdy kiedyś ktoś dał Mu jakąś zapomogę, a był taki okres, gdy utrzymywał się z obcych jałmużn (głównie niemieckich) w czasach, gdy SB-ecja Go prześladowała – to jako człowiek kulturalny nie jest niewdzięcznikiem i nie będzie przecież nic mówił przeciw niemieckim żądaniom, a o panu Donaldzie Tusku "w tym temacie" to wiele mówić nie da się...

    Nagranie trwa prawie 11 minut, jest dostępne w Sieci do 7 XI 2007 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




    Referendum o JOW w Rumunii - prof. Jerzy Przystawa Wysłane środa, 24, października 2007 przez Krzysztof Pawlak

    We wtorek 23 października 2007 r. prezydent Traian Basescu podpisał dekret ogłaszający przeprowadzenie referendum w sprawie ordynacji wyborczej do Parlamentu. Wyborcom zostanie postawione pytanie: "Czy zgadzasz się, żeby w następnych wyborach posłowie i senatorowie byli wybierani w jednomandatowych okręgach wyborczych na dwu oddzielnych kartach wyborczych?". Referendum odbędzie się razem z wyborami do Parlamentu Europejskiego w dniu 25 listopada 2007 r.

    Decyzja ta jest punktem kulminacyjnym dwuletniej walki pomiędzy prezydentem Basescu i premierem Calinem Popescu Tariceanu, a de facto, praktycznie całą klasą polityczną zasiadającą w parlamencie rumuńskim. W kwietniu Parlament przegłosował odwołanie Prezydenta z jego urzędu, ale w referendum, które odbyło się 19 maja, Traian Basenu uzyskał ok. 75-procentowe poparcie Rumunów. Po powrocie na urząd Prezydent zażądał od Parlamentu zmiany systemu wyborczego i wprowadzenia JOW. Jego żądanie miało charakter ultymatywny i zapowiedział, że jeśli do poniedziałku, 22 października Parlament nie zmieni odpowiednio ordynacji wyborczej, to ogłosi referendum w tej sprawie.
    Partie polityczne usiłowały wyprowadzić Prezydenta w pole i pod szyldem wyborów jednomandatowych wprowadzić coś przeciwnego. Sam Premier jest zwolennikiem wprowadzenia JOW "na wzór niemiecki", a więc systemu mieszanego. Taką propozycję wysunęła też organizacja pozarządowa "Prodemocrazia" i jej projekt cieszył się uznaniem parlamentarnej komisji kodyfikacyjnej. Nie godził się na to Prezydent i tydzień temu skierował list do Parlamentu, domagając się spełnienia jego żądań. Premier odpowiedział, że Parlament jest gotów się dostosować i pracuje nad odpowiednim projektem. Partie próbowały grać na zwłokę i w czwartek ubiegłego tygodnia Komisja Kodyfikacyjna przygotowała zmieniony projekt, w którym zredukowano liczbę posłów i senatorów prawie o połowę, wszyscy mieli być wybierani w JOW, ale wprowadzono próg 5%! Komisja stwierdziła też, że do przeprowadzenia pełnej procedury legislacyjnej potrzebuje kilku tygodni. W poniedziałek, 22 października, projekt został skierowany do Senatu.

    Jak widzimy, Traian Basescu pozostał nieugięty. Oświadczył, że tymi sztuczkami nie da się wyprowadzić w pole: chce uczciwych wyborów w jednomandatowych okręgach wyborczych na wzór amerykański i ogłasza referendum na niedzielę, 25 listopada 2007.

    Jerzy Przystawa

  • Prof. Jerzy Przystawa był w kadencji 1990 - 1998 radnym rady miejskiej Wrocławia, startował w wyborach do Senatu Rzeczypospolitej Polskiej przeprowadzonych w dniu 21 września 1997 r.
    Od kilkunastu lat jest jednym z liderów Ruchu Obywatelskiego na rzecz JOW.

    Publicystyka prof. Jerzego Przystawy na ASME.


    Witryna ASME Antysocjalistycznego Mazowsza jest najstarszym serwisem w Sieci - oprócz witryny tematycznej JOW - propagującym ideę JOW

    Fikcja pojedynku zamiast demokratycznych wyborów - prof. Jerzy Przystawa Wysłane wtorek, 23, października 2007 przez Krzysztof Pawlak

    Ile posła na warszawiaka?

    Widok kilometrowych kolejek Polaków, oczekujących przed polskimi konsulatami w Londynie, i gdzie indziej, dla jednych stanowił powód dumnej refleksji z patriotycznego zaangażowania naszych Rodaków na Obczyźnie, dla innych okazję do sarkastycznych komentarzy i nowych "Polish jokes" pod adresem Polaków, którzy nawet wyborów nie są w stanie sprawnie zorganizować. Jeszcze innym serce rosło na myśl, że tak wysoko stanęła nam dzisiaj świadomość obywatelska i że Polacy wreszcie zaczynają "dojrzewać do demokracji". Słuchając uważnie rozlicznych komentarzy - nie usłyszałem jednak, że te gigantyczne kolejki mówią jeszcze o czymś może znacznie ważniejszym, a niewidocznym: o fikcyjności demokratycznych zasad i pogwałceniu praw obywatelskich poprzez złe, sprzeczne z konstytucją prawo wyborcze.

    Konstytucja RP gwarantuje nam, że wybory do Sejmu mają być równe i proporcjonalne. W interpretacji prymitywnych konstytucjonalistów zasada równości wyborów do Sejmu sprowadza się, jak "za komuny", do tego, że każdy wyborca ma tylko jeden głos. I taką prymitywną "równość" zapewnia ordynacja wyborcza. Ordynacja wyborcza, w założeniu jej autorów, zapewnia też jeszcze inną "równość", a więc że "równa jest siła głosu" każdego wyborcy, co oznacza, że - w zasadzie - każdy wyborca wybiera "jednakową cząstkę izby ustawodawczej", czyli, że na każdego wyborcę przypada taka sama "cząstka posła" lub, że tyle samo obywateli przypada na jednego posła. Jest to tzw. norma przedstawicielska, która w Polsce wynika z podzielenia ok. 30 milionów uprawnionych do głosowania przez liczbę posłów. Norma ta wynosi więc ok. 66 tysięcy. Jaki to ma związek z Polakami głosującymi za granicą?
    Według art. 31.2 Ordynacji wyborczej do Sejmu, wszyscy Polacy głosujący za granicami kraju oddają swoje głosy na listy wyborcze zarejestrowane w okręgu Warszawa I. Na okręg ten przypada 19 mandatów poselskich. Ma to wynikać z liczby mieszkańców podzielonej przez normę przedstawicielską. Ilu Polaków głosuje w okręgu Warszawa I i jak to się ma do tej normy, i zasad?
    Według danych z poprzednich wyborów, w okręgu tym zarejestrowano 1.393.568 wyborców. Jeśli podzielimy tę liczbę przez 66 tysięcy, to wyjdzie nam 21, a więc - gdyby były zachowane zasady równości i proporcjonalności, to warszawiacy powinni wybierać co najmniej 21 posłów, a nie 19. Ale za granicami Polski przebywa, wg oficjalnych danych, ok. 2 miliony dorosłych Polaków! Oni wszyscy mają prawo do głosu i możliwość głosowania w okręgu Warszawa - Centrum. Dwa miliony podzielone przez 66 tysięcy, daje co najmniej 30 mandatów! W takim razie, w okręgu warszawskim Polacy powinni wybierać nie 19, ale 50 posłów! Patriotyczne zaangażowanie naszych Rodaków, ich wielogodzinne wystawanie pod konsulatami, idzie więc w gwizdek i jest, w istocie, marnowane, a siła ich obywatelskiego poparcia jest wykorzystywana w minimalnym stopniu. Wbrew Konstytucji i zapisanym w niej prawom.
    Jest to, oczywiście, wina złego prawa wyborczego, a ten smutny fakt, to tylko jedna z licznych ilustracji tej wadliwej konstrukcji. Problemów takich nie znają Anglicy czy Amerykanie, których system wyborczy - jednomandatowe okręgi wyborcze i związane z nim zapisy - w pełni gwarantują równość praw wyborczych obywateli. Ciekaw jestem, czy nasi Rodacy, w tak ogromnej liczbie pracujący w Wielkiej Brytanii, USA czy Kanadzie - mają tego świadomość? Czy ze swego pobytu na Wyspach Brytyjskich przywiozą do Polski także wiedzę o tym, że państwo może być sensownie urządzone, a demokratyczne wybory parlamentarne to nie jest urządzany za ogromne pieniądze sondaż popularności tego czy innego polityka, że wybory do Izby Ustawodawczej, to nie plebiscyt, że o coś innego w nich chodzi?

    Krzepka demokracja

    Według Redaktora Naczelnego "Rzeczpospolitej", "Polski system partyjny, polska demokracja okrzepła. I to jest najważniejsze przesłanie tych wyborów". Trafność tej obserwacji można kwestionować. Krzepko, niczym zęby trzonowe, trzymają się tylko dwie formacje postkomunistyczne: SLD i PSL, wbrew burzom i nawałnicom, chociaż ich śmierć jest zapowiadana niemal w każdej kolejnej kampanii wyborczej. Jak długo utrzymają się na scenie PO i PiS, to rzecz ciekawa? Jarosław Kaczyński zapowiedział publicznie, że jeśli po wyborach nie będzie miał w Sejmie 280 posłów, to zrezygnuje z szefowania partii i "w samotności będzie rozmyślał nad niewdzięcznością Polaków". Na razie ma tych posłów o połowę mniej, ale nie zanosi się na to, żeby szukał gdzieś miejsca na swój Sulejówek. Jedno jest pewne: zgodnie z logiką partyjniackiego systemu wyborczego żadnej partii nie udało się zdobyć bezwzględnej większości, a więc mandatu do samodzielnego rządzenia. Czeka więc nas kolejna "powtórka z rozrywki", czyli ten sam błędny krąg niemocy rządzących, zrzucających odpowiedzialność za nie wywiązywanie się z wyborczych obietnic na koalicjantów lub niekonstruktywną opozycję. Aczkolwiek Donald Tusk, podpisując publicznie "Dekalog Platformy", zadbał, aby jego zobowiązania publiczne były w miarę ogólne i niekonkretne, jak "rzeczywista walka z korupcją", "podniesienie poziomu edukacji", "szybkie wypełnienie misji w Iraku", "przyspieszenie budowy stadionów", "radykalne podniesienie płac", "przyspieszenie wzrostu gospodarczego". Zabrakło natomiast konkretnych i uroczystych zobowiązań, jakimi było wprowadzenie zasady jednomandatowych okręgów wyborczych w wyborach do Sejmu, likwidacja Senatu, zmniejszenie liczby posłów do 230. Wynika z tego, że w osobie nowego szefa państwa mamy wytrawnego polityka, który doskonale rozumie, że polityka, to nie jest żadne tam realizowanie potrzeb społecznych, lecz nieustanne leninowskie "kto - kogo?".

    Co oznacza wysoka (stosunkowo!) frekwencja?

    Prawie o 5 milionów więcej Polaków, w porównaniu do roku 2005, którzy karnie stawili się w punktach wyborczych, doprowadziło nieomal do zawału informatyczny system wyborczy. Aż strach pomyśleć, co by się działo, gdyby frekwencja była taka, jaka z reguły występuje w Wielkiej Brytanii, albo - nie daj Boże - gdyby Polacy posłuchali "dobrych rad" prof. Szewacha Weissa, który w przeddzień wyborów zalecał w Polskim Radio wprowadzenie przymusu głosowania (swoją drogą, ciekawe, czy w Izraelu już jest obowiązek głosowania?)! Te dodatkowe miliony wyborców świadczyć mają o "przebudzeniu się świadomości obywatelskiej" i większym zaangażowaniu, a więc o "dojrzewaniu" i "normalnieniu" polskiej demokracji.
    Takie wnioskowanie jest nieuprawnione. Niska frekwencja w kolejnych wyborach w Polsce świadczy przede wszystkim o tym, że Polacy nie rozumieją i nie akceptują reguł partyjnej gry, w którą są wciągani przy każdych kolejnych wyborach. Nie rozumieją i nie akceptują tych wszystkich dontów, santlagów czy harenimejerów, zmodyfikowanych lub nie, po niemiecku czy skandynawsku. Nie rozumieją i nie akceptują pojawiania się w parlamencie i na scenie politycznej ludzi znikąd, o których nikt nie słyszał i na których prawie nikt nie oddał swego głosu. Różnica, pomiędzy tymi i poprzednimi wyborami, sprowadza się do tego, że Wielkiemu Mistrzowi, Jarosławowi Kaczyńskiemu, udało się stworzyć wrażenie, że nie są to wybory do parlamentu, ale Pojedynek Gigantów (tak przecież określił to szef telewizji publicznej!), w którym wszyscy mamy być sędziami. Walcząc, niczym Chuck Norris lub nowe wcielenie Bruce’a Lee - jeden przeciwko wszystkim - popełnił tylko ten błąd, że na swojego najgroźniejszego przeciwnika wyznaczył Aleksandra Kwaśniewskiego. I to się nie udało i teraz konieczne są okłady na stłuczoną pupę, a przeciwnicy pokazują mu gest Kozakiewicza. Odniósł jednak drobny sukces, za który Donald Tusk będzie mu szczególnie wdzięczny: w tej bijatyce udało mu się wykopać poza ring Leppera i Giertycha, co zostało przyjęte z wielkim uznaniem przez wszystkie uczestniczące strony. W telewizji mogliśmy oglądać spontaniczny entuzjazm w sztabie wyborczym PO i skandowanie: "Nie ma Leppera! Nie ma Leppera...!".

    I to jest, jak się wydaje, jedyny istotny efekt tych wyborów: oczyszczona została scena polityczna z "przystawek do »okrągłego stołu«". W rządzie Donalda Tuska bez wątpienia znajdą się ministrowie rządu Jarosława Kaczyńskiego, a i jemu samemu też banicja nie grozi. Szacowny mebel, o którym wielu chciało by myśleć, że poszedł już na śmietnik albo przynajmniej do lamusa, nadal trzyma się dobrze. Wszystko wskazuje na to, że bez jednomandatowych okręgów wyborczych nie uda nam się z nim rozstać.

    Wrocław, 23 października 2007

    Jerzy Przystawa

  • Prof. Jerzy Przystawa był w kadencji 1990 - 1998 radnym rady miejskiej Wrocławia, startował w wyborach do Senatu Rzeczypospolitej Polskiej przeprowadzonych w dniu 21 września 1997 r.
    Od kilkunastu lat jest jednym z liderów Ruchu Obywatelskiego na rzecz JOW.

    Publicystyka prof. Jerzego Przystawy na ASME.


    Witryna ASME Antysocjalistycznego Mazowsza jest najstarszym serwisem w Sieci - oprócz witryny tematycznej JOW - propagującym ideę JOW

    Elektoraty się nie dodały... - Janusz Korwin-Mikke o przyczynach przegranej KW LPR Wysłane poniedziałek, 22, października 2007 przez Krzysztof Pawlak

    | Pobierz |







    Elektoraty się nie dodały... - Janusz Korwin-Mikke o przyczynach przegranej KW LPR Wysłane poniedziałek, 22, października 2007 przez Krzysztof Pawlak

    "Mówię po solidnym laniu, jakie dostaliśmy w wyborach. Ja nie jestem demokratą, więc nie powinno mnie to interesować, ale skoro bierze się udział w wyborach, no to trzeba się starać mieć JAKIŚ wynik... Muszę powiedzieć, że przyczyn jest wiele, ale główną przyczyną jest to, że nasze elektoraty się nie dodały. Wyraźnie nasz elektorat nie darował nam naszego wejścia w sojusz z LPR. Oni starali się, jak mogli - przeszli nawet ekonomicznie na naszą, prawą gospodarczo stronę, jednak nasi wyborcy nie zrozumieli tego, a przyczyną było to także, że w kampanii cały czas prezentowany był pan Roman Giertych. ON występował, za mało było UPR-owców, mnie nie było prawie w ogóle, pan prezes Wojciech Popiela nie dla wszystkich się kojarzy z UPR... W sumie razem 4/5 w telewizji to była LPR... Pewnie też część elektoratu LPR nie zniosła sojuszu z UPR... W poprzednich wyborach LPR miała dobry wynik, bo była poparta przez o. Rydzyka... Było też takie dziwne zjawisko, że wyborcy LPR poparli teraz PiS, bo jak wmówiono, że »teraz trzeba walczyć, bo inaczej będzie jakieś nieszczęście« - wypowiedzi pana Giertycha i Kaczyńskiego były wzajemnie o sobie były złe, więc wyborcy woleli oddać głos na większego pewniaka. Nas w telewizji w ogóle nie przedstawiano..." - Janusz Korwin-Mikke "na gorąco" przedstawia analizę porażki komitetu Wyborczego Ligi Polskich Rodzin w tegorocznych wyborach w wykonaniu Romana Giertycha, Wojciecha Popieli i Marka Jurka.

    Padliśmy ofiarą walki na noże miedzy dwiema koncepcjami. Ważną rzeczą jest to, że w ferworze walki zostało coś pominięte: otóż pan Kaczyński w między czasie podpisał - parafował - coś, co Polskę ostatecznie doprowadzi do utraty suwerenności. Nikogo to w ogóle nie obeszło. PO teraz wygrała - więc nawet nie będzie walki o tzw. Kartę Praw Podstawowych, która jak zacznie obowiązywać, doprowadzi nas do spadku tempa rozwoju gospodarczego - przypominam, że niesławne KLD zaczęło swoje rządy od ustanowienia koncesji na paliwa i przymusu zapinania pasów w samochodach. Wielu zwolenników wolności gospodarczej głosujących na PO zawiedzie się więc srodze - wieszczy Janusz Korwin-Mikke.
    Stracimy nawet autonomię, bo o suwerenności już nie można mówić - także w wyniku działań PiS. Nie stało się to nawet tematem wyborczym - ubolewa JKM. Po zdradzie PiS wydawało się mi, że przynajmniej połowa elektoratu LPR/PiS przerzuci na KW LPR - nic takiego nie nastąpiło...!
    To były ostatnie wybory pod władzą jakiegokolwiek państwa polskiego, bo najprawdopodobniej po styczniu 2008 przestanie ono istnieć....

    Nagranie trwa prawie 8 minut, jest dostępne w Sieci do 5 XI 2007 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




    Tak czy owak: PSL - Krzysztof Mazur Wysłane poniedziałek, 22, października 2007 przez Krzysztof Pawlak

    Po ogłoszeniu wyników głosowania w większości obwodów w kraju można wskazać na dwa zasadnicze zaskoczenia. Pierwszym jest wyjątkowo wysoka przewaga PO nad PiS, jak też bezwzględnie doskonały wynik partii Donalda Tuska, któremu osobiście również nie wróżyłem wyborczego sukcesu. Drugim jest wyjątkowo niskie poparcie udzielone komitetowi LPR, co jest o tyle przykre, że z list tego komitetu startowali przedstawicieli UPR, a wynik jest gorszy niż ten, który UPR uzyskiwała, startując do parlamentu samodzielnie. Jakich tłumaczeń nie wymyślić by na tę okoliczność, świadczy ów wynik, że istnienie zdyscyplinowanego UPR-owskiego elektoratu na poziomie 150-200 tys. osób jest pobożnym życzeniem, z kolei masowe głosowanie przez młodzież na PO świadczy o kosmopolityzowaniu się przyszłościowego elektoratu. Wysoka frekwencja szczególnie do ostatnich minut głosowania nieco przypominała zresztą atmosferę referendum nad przystąpieniem naszego kraju do UE, stąd też uwagi o plebiscytowym charakterze tych wyborów mają pewne uzasadnienie.

    Układ sił w parlamencie, jaki rysuje się z ogłoszonych wyników głosowania, wskazuje na powstanie koalicji PO i PSL, a znając pazerność na stołki działaczy partii Pawlaka, z pewnością taki mariaż będzie kupiony przez Tuska za znacznie wyższą cenę niż za podobne poparcie Kaczyński płacił Samoobronie. Pawlak i jego stronnicy mają świadomość, że bez ich głosów nawet tak wyraźne zwycięstwo nie pozwoli PO stworzyć sejmowej większości, stąd też granice kompromisu ludowców będą ograniczane jedynie możliwościami jakiejś koalicji PO z PiS lub PO z LiD-em. A takie rozwiązania, przynajmniej na razie, wydają się dość odległe. Nie są jednakże wykluczone, a przyznaję, że po wyborczej niedzieli trudno stawiać na jakiekolwiek pewniki. Sytuacja jest zresztą pod tym względem podobna do tej po wyborach z 2001 r., kiedy podobnym wynikiem co PO mógł pochwalić się SLD, ale na koalicjanta i tak musiał zaprosić PSL, którym wówczas kierował Jarosław Kalinowski. Na nic zdało się więc zminimalizowanie liczby partii w sejmie do czterech, skoro i tak bez koalicji się nie obejdzie. Ale widząc układ w senacie, w którym wybory odbywają się w systemie większościowym, nie jest wykluczone, że PO może dogadać się z PiS w sprawie zmian w konstytucji i wprowadzenia takiej ordynacji, która skutkowałaby systemem dwupartyjnym. W końcu taki był przecież również cel partii Kaczyńskich. Jak pokazały wybory, Polacy nie lubią zbyt długo myśleć nad urną, w końcu kilkanaście lat zamulania głów telewizyjnymi pseudoteleturniejami wyrobiło plebiscytowy sposób decydowania. Warto więc odnotować, że 21 października 2007 r. "zmarnowało" się wyjątkowo mało głosów, a to oznacza, że nasza demokracja wkroczyła w bardziej dojrzałą fazę. Pełną dojrzałość osiągniemy dopiero jednakże wtedy, gdy bez sondaży i agitacji mainstreamowych sami odgadniemy ich intencje i zgodnie z nimi zagłosujemy przy 100 proc. frekwencji.

    Krzysztof Mazur

    Publicystyka Krzysztofa Mazura na ASME


    Polska może się stać nawet jednym z najbardziej stabilnych baraków w nowym obozie, który będzie nazywać się Unia Europejska - Stanisław Michalkiewicz o pomijanych przez merdia elementach kampanii wyborczej Wysłane piątek, 19, października 2007 przez Krzysztof Pawlak

    | Pobierz |